Jedno królestwo Pożoga - Maciej Wasilewski

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (33,92 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Dla lu­dzi nie­złom­nychi bro­nią­cych pa­trio­ty­zmu.

ROZ­DZIAŁ PIERW­SZY

WY­SPA AGOJ. KO­PAL­NIA

Po­lana usłana ko­lo­ro­wymi pą­kami przy­cią­gała owady łak­nące nek­taru. Kwiaty roz­po­ście­rały swoje płatki, wy­cho­dząc na­prze­ciw słońcu. Po­śród ja­snych pro­mieni wy­ło­niła się po­stać męż­czy­zny. Po­dzi­wiał to piękne zja­wi­sko, jakby nic in­nego się nie li­czyło. Tylko on i na­tura. Się­gnął po kwie­cie, ze­rwał je i za­cią­gnął się za­pa­chem. Po chwili jed­nak w jego rę­kach za­miast ro­śliny po­ja­wił się po­piół. To, co wi­dział, za­mie­niło się w zglisz­cza. Nie wie­dział, jak to się stało. Wo­kół niego za­częły krą­żyć dzi­waczne upiory. Nie ro­zu­miał, co do niego mó­wią. Zo­stał wy­sta­wiony na próbę.

- Precz, zo­staw­cie mnie! Nie od­dam wam mo­jej du­szy!

Dwa znaki na jego rę­kach tknęły w niego siłę do walki. Nie­bie­ska po­świata roz­cho­dziła się po okry­wa­ją­cej go sza­cie, od­rzu­ca­jąc zjawy da­leko od niego.

- Udo­wod­ni­łeś nam, że je­steś go­dzien mocy, którą cię ob­da­ro­wu­jemy - ode­zwał się ktoś w kom­na­cie. - Zbudź się i roz­wiąż za­gadkę, a znaj­dziesz od­po­wie­dzi na to, co cię trapi, straż­niku.

Me­hajro le­żał koło żony, a jego ciało za­częło się uno­sić, ale czyjś głos wy­rwał go z uro­je­nia. Za­rządca spadł na Be­atę, bu­dząc ją ze snu.

- Czy ty, mężu, osza­la­łeś, że tak się na mnie rzu­casz! - krzyk­nęła zde­ner­wo­wana żona.

- Nic nie pa­mię­tam. - Me­hajro roz­ło­żył ręce. - Znowu mi się coś śniło.

- Co­raz go­rzej z tobą, prze­by­wa­nie w kom­na­cie ma na cie­bie zły wpływ - po­wie­działa srogo Be­ata.

- Nie prze­sa­dzaj, ko­cha­nie, aż tak źle ze mną nie jest. Le­piej obudźmy Enoda. Trzeba da­lej czy­tać dzien­nik, bo czas nas goni.

- No tak, le­piej uni­kać pro­blemu. Ale je­śli coś bę­dzie się z tobą działo, to na mnie nie licz. - Be­ata uśmiech­nęła się po­błaż­li­wie.

WY­SPA AZAO. PORT MO­DAR

Dzień wcze­śniej. Po­wrót króla Do­riana

Władca scho­dził ze statku w bar­dzo złym sta­nie, oparty na barku jed­nego z żoł­nie­rzy. Uj­rzał ran­nych lu­dzi i do­piero wtedy do­tarło do niego, co wy­da­rzyło się w kró­le­stwie Kor­rida. Przy­po­mniało mu się pa­no­wa­nie jego brata Da­nvona. Wi­dział to samo, co za­stał po jego śmierci. Port w owej chwili stał się miej­scem cier­pie­nia nie­win­nych ofiar. Po po­licz­kach władcy spły­wały łzy bez­rad­no­ści. Czemu wcze­śniej go nie po­wstrzy­ma­łem? - my­ślał co­raz bar­dziej roz­go­ry­czony Do­rian. Król zsu­nął się z ra­mie­nia wo­jaka, upa­da­jąc na ko­lana. Czy tak jak ja upa­dłem, pad­nie moje kró­le­stwo? - Czarne my­śli na­wie­dziły jego głowę.

Po chwili koło ojca zna­lazł się Ty­ron, a po nim Re­gor.

- Tato, co ci jest? - za­py­tał zmar­twiony syn.

- Nic, synu, to tylko ob­jaw bez­rad­no­ści. We­zwij do mnie brata.

- Za­raz po­wi­nien tu być. Co chcesz zro­bić, oj­cze?

- Przez to wszystko jest ze mną co­raz go­rzej. Nie czuję się na si­łach, aby unieść ten cię­żar.

- Co ty wy­ga­du­jesz, tato, nie mo­żesz za­wieść sie­bie, a tym bar­dziej pod­da­nych. Wy­trzy­ma­łeś tyle cier­pie­nia, a te­raz chcesz się pod­dać trwo­dze. Bę­dziemy wal­czyć do śmierci, na­wet o ka­wa­łek ziemi. Nie zlęk­niemy się mroku ani nie klęk­niemy przed nim. A te­raz się pod­nieś, oj­cze, i wy­da­waj roz­kazy, rządź i nie trać wiary.

Do­rian po­pa­trzył na syna ze zdzi­wie­niem. Nie mógł uwie­rzyć w to, co sły­szy. Ty­ron mó­wił zu­peł­nie jak jego żona. Kró­le­wicz wy­cią­gnął rękę, aby po­móc ojcu wstać. Kiedy władca sta­nął na nogi, przy­tu­lił syna. Wszyst­kie osoby przy­glą­da­jące się tej sce­nie były oszo­ło­mione tym, jak mocna więź ich łą­czy.

- Re­go­rze, po­mo­żesz Fal­kowi w por­cie z ran­nymi. Trzeba ich gdzieś ulo­ko­wać.

- Tak, mój królu.

Na mo­stek wbie­gał Ty­nos, zmie­rza­jąc wprost w ra­miona ojca.

- Bra­ko­wało mi cię, tato.

- Do­brze być znów w domu. A te­raz, moi sy­no­wie, mu­simy opa­no­wać sy­tu­ację w por­cie.

Prze­cho­dząc mię­dzy ran­nymi, król spo­strzegł, jak nie­uf­nie mu się przy­glą­dali. Do jego nogi pod­bie­gło dziecko.

- Znaj­dzie król moją mamę? - spy­tało.

Do­rian po­pa­trzył mu w oczy, da­jąc mu otu­chy.

- Zro­bię, co w mo­jej mocy, chłop­czyku, aby ją od­na­leźć - od­rzekł, głasz­cząc jego włosy. - Ty­no­sie, synu, chcę się wi­dzieć z Akli­sem!

- Za­raz po niego po­ślę - od­parł syn.

- Będę cze­kał w cha­cie Al­kida, do­brze mi się tam my­śli. - Na ustach króla za­go­ścił uśmiech.

Kilka chwil póź­niej

- Pa­nie, wzy­wa­łeś mnie? - za­py­tał Aklis.

- Tak, sia­daj. Prze­my­śla­łem wszystko i mam dla cie­bie roz­kazy. Żoł­nie­rze mają pa­tro­lo­wać mury przez cały czas, zmie­nia­jąc się co go­dzinę. Ma­cie do­kład­nie ob­ser­wo­wać mo­rze, nic nie może ujść wa­szej uwa­dze. Niech straż­nicy pil­nują oca­la­łych, bo z tego, co wiem, wróg może przy­bie­rać po­stać nor­mal­nych lu­dzi. Ulo­ku­jemy ich w dwóch ma­ga­zy­nach.

- Wy­ko­nam roz­kazy. Czy mogę za­py­tać, gdzie jest Al­kid?

- Zo­stał, by wal­czyć z wro­giem, da­jąc nam czas na ucieczkę - od­po­wie­dział Do­rian.

- Miał tylko cztery okręty, a mimo to za­ata­ko­wał. Mogę się od niego uczyć mę­stwa i po­świę­ce­nia.

- Nie bój się, do­wódco, on nie da się tak ła­two za­bić.

W tym mo­men­cie do chaty wpa­ro­wał Re­gor.

- Prze­pra­szam że prze­szka­dzam, ale przy­był po­sła­niec z pół­noc­nej grani - za­mel­do­wał ka­pi­tan straży.

- Wpro­wadź go tu - od­po­wie­dział Do­rian.

Po chwili go­niec klęk­nął przed kró­lem.

- Wstań, nie mu­sisz mi się kła­niać. Mów, co masz do po­wie­dze­nia.

- Po­ste­ru­nek na pół­nocy padł, za­ata­ko­wany przez statki Runa.

- A to stary cap. Chce z nami wojny, to ją bę­dzie miał. - Do­rian ude­rzył pię­ścią w stół. - Sprzy­siągł się z si­łami zła. W która stronę po­pły­nęli?

- W kie­runku lu­dów bar­ba­rzyń­skich.

- Re­go­rze, daj­cie jeść jemu i jego pod­wład­nym. Opa­trz­cie im rany, bo każdy żoł­nierz się przyda. Akli­sie, ob­ser­wuj­cie uważ­nie za­chód - po­le­cił władca.

- Nie będą tak zde­ter­mi­no­wani, aby wspi­nać się od strony zbo­cza zamku - za­uwa­żył do­wódca.

- Nie zdziwi mnie to, je­śli spró­bują tak zro­bić.

- Na wszelki wy­pa­dek wy­dam roz­kaz, aby go­to­wać wrzą­tek na mu­rach za­chod­nich - do­dał Aklis.

WY­SPA AGOJ. KO­PAL­NIA

- Enod, obudź się, przy­nie­śli nam śnia­da­nie - sztur­chał kro­ni­ka­rza Me­hajro.

- Tak, tak, już wstaję. Nie da­cie po­spać zmę­czo­nemu czło­wie­kowi - od­parł za­spany.

- Bę­dziesz spał do woli, gdy roz­wią­żemy za­gadkę - wtrą­ciła się Be­ata. - Mam do­syć sie­dze­nia w tej kom­na­cie, a mój mąż do­staje ja­kie­goś po­mie­sza­nia w gło­wie.

- Żono, aż tak źle ze mną nie jest. Już ci to po­wta­rza­łem - wark­nął Me­hajro. - Jedzmy, to może uda nam się dzi­siaj skoń­czyć czy­ta­nie.

Je­dli w ci­szy, kiedy za­rządca spo­strzegł, że sre­brzane wrota po­ły­skują na nie­bie­sko. Po­pa­trzył po obec­nych, czy wi­dzą to samo, ale żadne z nich nie za­re­ago­wało. Coś jed­nak ze mną jest nie tak - po­my­ślał Me­hajro. Po chwili i jego nad­garstki za­częły mi­go­tać. - Czy tylko ja to wi­dzę? Co to ma zna­czyć? - za­sta­wiał się. Blask za­nikł, a jemu ode­chciało się jeść.

- Je­śli moi to­wa­rzy­sze się na­je­dli, to pro­po­nuję wyjść na świeże po­wie­trze - po­wie­działa Be­ata. - Na sło­neczku bę­dzie nam się le­piej czy­tało.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki