Ta książka ma swoją duszę, a jest nią muzyka. Na końcu e-booka znajdziesz ścieżkę dźwiękową dopasowaną do klimatu każdego rozdziału.
Słowo od autora
To nie jest wymyślona historia - wszystko, co opisuję na tych stronach, wydarzyło się naprawdę. Przez lata nosiłem te wspomnienia w sobie, aż w końcu poczułem, że muszą zostać opowiedziane. Tak powstała ta książka.
Nie napisałem jej, by się chwalić ani udowadniać, że da się "z niczego zrobić coś". Szukałem w tych wydarzeniach głębszego sensu i chcę, abyście wyruszyli w tę poszukiwania razem ze mną.
Miałem dwadzieścia lat, jedną torbę, pięćdziesiąt euro w kieszeni i bilet w jedną stronę. Leciałem w nieznane - bez znajomości języka, bez planu i pojęcia, co mnie czeka. W czasach bez Google'a, tłumaczy w telefonie czy map w kieszeni, moimi jedynymi przewodnikami były odwaga i paraliżujący strach.
To, co miało być zwykłą pracą sezonową, stało się surową szkołą życia, samotności i ludzkiej natury.
Zobaczyłem bogactwo, które potrafi oślepić, i biedę, która uczy pokory. Zrozumiałem, że ostatecznie nie liczy się to, ile posiadasz, ale czy potrafisz pozostać sobą nawet wtedy, gdy świat wokół błyszczy złotem.
Ta opowieść jest o mnie, ale może być też o Tobie - o każdym, kto kiedyś stanął na granicy marzeń i rzeczywistości. To relacja z podróży mojego życia, gdzie każdy dzień był wyzwaniem, a każda chwila lekcją, która zmieniła mnie na zawsze. Przeżyjesz ze mną niepewność pierwszych kroków, żar hiszpańskiego słońca i radość z najmniejszych sukcesów.
Czy zrealizowałem swoje marzenia? Odpowiedź znajdziecie w tej oraz kolejnych częściach serii. Życie rzadko bywa łatwe, ale zawsze warto oswoić emocje, które nam towarzyszą.
Zapraszam Cię do mojego świata. Przeżyj tę podróż, poczuj napięcie i odkryj smak nieznanego. Przekonaj się, jak wytrwałość potrafi odmienić los. To dopiero początek - reszta czeka za bramą.
Miguel Polako
Rozdział 1 - Lot w nieznane
Stoję przy basenie, woda lśni w słońcu Andaluzji, a ja czuję na karku 45 stopni upału. Kilka dni temu byłem chłopakiem z polskiej wsi, który nigdy nie widział palmy na żywo. Teraz mam w kieszeni 50 euro i klucze do świata, którego nie rozumiem.
Ale zacznijmy od początku - od dnia, w którym moje życie ważyło tyle, co jedna torba i bilet w jedną stronę...
Jak tu trafiłem? Wszystko zaczęło się od jednego telefonu w poniedziałkowe popołudnie..."
To, co się wydarzyło, na zawsze zmieniło moje życie. Do dziś trudno mi uwierzyć, że to wszystko naprawdę miało miejsce.
Miałem dwadzieścia lat i mieszkałem z rodzicami na wsi. Do najbliższej miejscowości było cztery kilometry, a miasteczko było tak małe, że każdy znał każdego. Chciałem się usamodzielnić, szukałem pierwszej pracy i pragnąłem udowodnić najbliższym, że potrafię coś osiągnąć na własny rachunek.
Był rok 2004. Bezrobocie w Polsce biło rekordy, więc znalezienie pracy w małej miejscowości, gdzie na jedno miejsce przypadało trzystu kandydatów, graniczyło z cudem. W końcu się udało - w maju zacząłem swoją pierwszą, stabilną, choć niezbyt fascynującą pracę.
Nie chciałem tylko wegetować od pierwszego do pierwszego. Czułem, że życie to coś więcej niż powtarzalne dni odmierzane kolejnymi wypłatami. Byłem ciekaw świata, innych kultur i języków. Marzyłem, że kiedyś stworzę coś własnego - miejsce, w którym będę pracował u siebie.
Wiedziałem jedno: zostając na miejscu, nic spektakularnego się nie wydarzy. Chyba jednak potrzebowałem emocji i adrenaliny, choć nie spodziewałem się, że dostanę ich aż taki ładunek, o czym dowiecie się w dalszej części tej książki.
Na początku sierpnia los rzucił mi wyzwanie. Przypadkiem spotkałem człowieka, u którego wcześniej pracowałem sezonowo. Powiedział krótko, że zna kogoś, kto szuka pracownika w Hiszpanii. Dodał, że po tym, jak przykładałem się do pracy u niego, widzi w tym miejscu tylko mnie.
- Mogę cię zarekomendować. Dzwonić? - zapytał.
Nie myślałem długo.
- Jak najbardziej!
Wykonał telefon. Po drugiej stronie usłyszałem głos w języku angielskim. Rozmawiali chwilę, po czym mój znajomy odłożył słuchawkę.
Był poniedziałek.
Gdy zapytałem, ile mam czasu na podjęcie decyzji, usłyszałem:
- W środę wylatujesz z Berlina. Mój znajomy przyjedzie po ciebie i poleci z tobą.
Pomyślałem: w porządku, przynajmniej pokaże mi wszystko na miejscu.
Czułem dziwną mieszankę paraliżującego strachu i czystej ekscytacji. Dopiero co podpisałem umowę o pracę w Polsce, a teraz miałem powiedzieć, że odchodzę. Wahałem się, ale ostatecznie uznałem: albo teraz, albo nigdy.
Przecież wcześniej nie byłem nawet w Warszawie, a tu nagle otwierał się przede mną cały świat.
"Podlewanie palm" - tyle wiedziałem o moich przyszłych obowiązkach.
Hiszpania wydawała się wtedy krajem z innej planety. Mało kto tam bywał, nawet turystycznie. Nie znałem języka, nie znałem szczegółów, a mimo to coś w środku podpowiadało mi, że taka szansa może się już nigdy nie powtórzyć. To była moja jedyna droga, by wyjść z domu i zacząć pisać własną historię.
Wróciłem do domu i oznajmiłem rodzicom:
- Pojutrze wyjeżdżam do Hiszpanii.
- Jak pojutrze? Co ty wyrabiasz? - pytali z niedowierzaniem.
Próbowali mnie odwieść od tego pomysłu, naciskali, ale odpowiedziałem spokojnie:
- To moja decyzja. Jestem dorosły i jest ona nieodwołalna.
Ojciec tylko pokręcił głową.
- Jak się nie uda i wrócisz... co wtedy?
- Chcę spróbować. Później będziemy się martwić - uciąłem.
Bilet przyszedł w jedną stronę. Ktoś obcy zorganizował wyjazd, a ja nie miałem pojęcia, co zabrać do walizki. Spakowałem kilka ubrań, dokumenty i parę drobiazgów, które miały mi przypominać dom.
Podróż do Berlina dłużyła się niemiłosiernie. Każda kolejna tablica z nazwą niemieckiego miasta uświadamiała mi, że nie ma już odwrotu. Kiedy dotarliśmy na lotnisko, poczułem się jak mrówka w mrowisku. Hala była ogromna, wszystko błyszczało, a wokół rozbrzmiewał obcy gwar.
Nie wiedziałem, gdzie iść ani co zrobić z bagażem. Osoba, która mnie wiozła, pomogła mi przejść odprawę, wskazała drogę do bramek i wtedy... nastąpiła niespodzianka.
Okazało się, że nikt ze mną nie leci. Właśnie wtedy po raz pierwszy w życiu zostałem naprawdę sam. Stałem na środku lotniska w Berlinie z jedną torbą, pięćdziesięcioma euro w kieszeni i biletem w jedną stronę. Nigdy wcześniej nie leciałem samolotem. Nigdy nie byłem tak daleko od wszystkiego, co znałem.
W samolocie czułem się jak intruz. Siedzący obok Niemcy rozmawiali w języku, który był dla mnie tylko szumem. Każdy dźwięk silnika wydawał się złowrogi.
Serce waliło mi jak młotem, a w głowie huczały pytania: co, jeśli nikt mnie nie odbierze? Co, jeśli popełniłem życiowy błąd?
Nie wiedziałem jeszcze, co mnie czeka. Ale jedno było pewne - kości zostały rzucone. Zawsze lubiłem ryzyko, ale to, co zrobiłem, przerosło moje własne oczekiwania.
Miałem dwadzieścia lat i właśnie zaczynałem żyć naprawdę.
Rozdział 2 - Człowiek z kartką
Z okna samolotu najpierw widziałem góry, potem białe chmury, które wyglądały jak oceany waty cukrowej. A gdy maszyna przygotowywała się do lądowania, zobaczyłem z góry ziemię całkowicie żółtą - jakby słońce rozlało po niej złoto. Obok biegła autostrada, która prowadziła gdzieś w nieznane.
Pomyślałem wtedy:
"Nawet jeśli się nie uda, warto będzie choć przez chwilę to zobaczyć".
Serce waliło mi jak młotem, a w głowie krążyły myśli:
Co, jeśli się nie uda?
Co, jeśli zrobię coś źle?
Co, jeśli... przepadnę?
I wtedy dotarło do mnie coś, co ścisnęło mnie w środku jeszcze mocniej.
Te pięćdziesiąt euro, które miałem w kieszeni, nagle przestało mieć jakiekolwiek znaczenie - to była tylko iluzja, cienka granica między tym, że w razie czego sobie poradzę, a tym, że zostaję z niczym.
To było za mało, żeby wrócić do Polski.
Za mało nawet na jedną noc w hotelu, gdyby coś poszło nie tak.
Dzień przed wyjazdem dopiero założyłem konto w banku, więc nie miałem jeszcze karty.
Gdybym utknął, byłbym całkowicie bezradny - nikt nie miałby jak mi pomóc, bo nawet nie byłoby gdzie przesłać pieniędzy.
Zostałem z tym sam.
Pięćdziesiąt euro w kieszeni i sto złotych na telefonie - może dziesięć minut rozmowy.
I właśnie w tym momencie zrozumiałem, że tak naprawdę nie mam żadnego odwrotu.
Że wszystko, co przede mną, jest jedyną drogą, jaka mi została.
Wtedy poczułem silne szarpnięcie. Gdy koła samolotu dotknęły ziemi, wiedziałem, że to nie sen. To działo się naprawdę.
Był początek sierpnia. W Berlinie, z którego startowałem, padał deszcz, a termometr pokazywał około szesnastu stopni. Byłem ubrany w letnią katanę i bluzę, zupełnie nieprzygotowany na to, co czekało mnie na miejscu. Gdy samolot wreszcie wylądował, gorące powietrze uderzyło mnie od razu - wilgotne, ciężkie i obce.
Znalazłem się w tłumie ludzi na lotnisku. Wszyscy mówili szybko w języku, którego zupełnie nie rozumiałem. Byłem sam, zagubiony, a każdy kolejny krok wydawał się trudniejszy od poprzedniego. Trzymałem w ręku swoją małą torbę i czułem, że od tej chwili nie ma już odwrotu.
Zgodnie z instrukcją miałem szukać faceta z kartką z moim imieniem. Problem w tym, że w hali czekało co najmniej dwudziestu ludzi z tabliczkami. Kompletnie się tego nie spodziewałem.
Nagle ją dostrzegłem...
Moje imię było na niej wyraźnie napisane.
Poczułem potężną ulgę. Kierowcą był rodowity Niemiec okazało się że to mój nowy Szef, więc pomyślałem, że w samochodzie przynajmniej nie będzie problemu z komunikacją.
- Hallo! Wie war die Reise? Wie heißt du? - powiedział, uśmiechając się do mnie.
Uśmiechnąłem się niepewnie. Zrozumiałem może co dziesiąte słowo, reszta brzmiała jak szum.
"Okej... coś odpowiedzieć... muszę coś powiedzieć..." - pomyślałem, czując mieszankę strachu i ekscytacji.
To był pierwszy moment, w którym naprawdę dotarło do mnie, że jestem całkowicie zdany na kogoś obcego w nieznanym kraju.
Ruszyliśmy w stronę samochodu. Patrzyłem na otoczenie: szlabany, parkingi, wiaty na auta - wszystko wyglądało inaczej niż w Polsce. Każdy ruch wydawał się nowy i nieznany.
W radiu leciała hiszpańska muzyka, która uderzała w uszy, mieszając się z szumem silnika i wiatrem uderzającym w szyby. Była jedyną znajomą rzeczą w całym tym chaosie, a mimo to tylko potęgowała moje poczucie samotności.
Po drodze mój szef musiał odwiedzić kogoś w szpitalu. Zostawił mnie samego w barze. Zamówił mi kawę i poprosił, żebym poczekał, aż załatwi sprawę.
Siedziałem przy stoliku, patrząc na ludzi wokół. Wszystko było nowe: zapachy, dźwięki, głośne rozmowy i gwałtowna gestykulacja.Czułem każdą sekundę zmęczenia po podróży, która zaczęła się w środę o 22:00. Teraz było południe kolejnego dnia.
Ta kawa była mi potrzebna jak powietrze. Chyba nigdy wcześniej nie piłem czegoś tak pysznego. Dawała mi siłę, by przetrwać kolejne godziny w tym obcym świecie.
Autostrada była długa, kręta i pustynna. Czułem się mały wobec tej przestrzeni, jakbym wszedł do zupełnie innego wymiaru.
Oleandry, palmy i drzewa oliwne mijały jedno po drugim, a każdy oddech wypełniało gorące, obce powietrze.
Po około godzinie zjechaliśmy na boczny, gruntowy trakt biegnący obok plantacji pomarańczy i drzew oliwnych. Krajobraz był piękny, ale im bliżej byliśmy celu, tym większe narastało we mnie napięcie.
Nagle samochód zatrzymał się przed ogromną bramą. Była potężna - miała może z pięć metrów wysokości. Obok rozciągał się płot zwieńczony drutem kolczastym.
Wtedy naprawdę się przestraszyłem.
Serce waliło mi jak młotem, a w głowie pojawiły się najczarniejsze myśli:
"Czy to obóz pracy? Czy zabiorą mi paszport?".
Siedziałem w samochodzie, wpatrując się w metal i drut, zupełnie sparaliżowany strachem. To, co wcześniej wydawało się fascynujące, nagle stało się groźne i przytłaczające.
- Wir sind schon da - powiedział Szef
Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Skinąłem tylko głową, czując mieszankę przerażenia i dzikiej ciekawości.
Brama przed nami powoli zaczęła się otwierać. Wiedziałem, że zaraz przekroczę próg świata, którego nie znam...
a ten krok może zmienić wszystko.