Przedmowa
dr Deepak Chopra
Na pierwszy rzut oka wydaje się dziwne, że
umysł stanowi problem, a jeszcze dziwniejsze, że umysł jest problemem
dla umysłu. Mamy jednak wiele dowodów na cierpienie umysłu we
współczesnym społeczeństwie (jedno z badań pokazuje, że od 2010 roku
liczba Amerykanów, którzy stale zażywają antydepresanty, podwoiła się, a kolejne miliony ludzi zażywają stale środki przeciwlękowe). Można by
sądzić, że każda propozycja rozwiązania problemu cierpienia umysłu
powinna spotykać się z reakcjami w postaci nadziei i ulgi.
Czasem umysł tak bardzo może się w sobie zagubić, że dana osoba
doświadcza zaburzenia tożsamości, która staje się wewnętrznie
skonfliktowana i pogmatwana. Gdy Rumi pyta: "Kim jestem pośród tego
strumienia myśli?", mówi to w imieniu wszystkich współczesnych ludzi.
Przerażający jest już sam chaos umysłu, a szukanie ulgi w cierpieniu
poprzez zatopienie się w nadciągającym strumieniu myśli nie przynosi
efektów.
Książka o jodze Eddiego Sterna - wnikliwa, szeroko zakrojona, a niekiedy
wręcz odkrywcza - to optymistyczne spojrzenie na to, jak można zakończyć
cierpienie umysłu. Autor nie skupia się wyłącznie na terapeutycznym
wymiarze jogi. W kolejnych rozdziałach znajdujemy szerokie omówienie
leżącej u jej podstaw filozofii, uniwersalności tej praktyki,
drzemiącego w niej potencjału niesienia pomocy biednym i odrzuconym,
którzy tkwią w pułapkach najgorszego rodzaju cierpienia, łącznie ze
społecznościami więźniów. Jednak głównym przesłaniem tej książki jest
uleczenie za pomocą "jednej prostej rzeczy" - regularnego, gorliwego
praktykowania jogi.
Trudno zaakceptować uleczenie, a najtrudniej to zrobić w przypadku
leczenia umysłu. Rumi zmagał się z umysłem wypełnionym niezliczonymi, na
pozór przypadkowymi myślami, a nasz dzisiejszy krajobraz mentalny,
zaburzony przez gry komputerowe, media społecznościowe i internet, byłby
czymś zupełnie obcym w średniowiecznej Persji czy starożytnych Indiach.
Mimo to Rumi, tak samo jak każda inna w pełni świadoma osoba, która
doznała przebudzenia, wie, że ludzie są gotowi przez całe życie trwać w zaprzeczeniu rzeczywistości, w obawie przed własnymi impulsami i pragnieniami, całkowicie przekonani o tym, że bardziej ponure aspekty
psychiki muszą pozostawać stłumione. I mogą głęboko tkwić w społecznym
konformizmie.
Kiedy William Blake chodził ulicami osiemnastowiecznego Londynu,
"słabości i niedoli piętno", które widział u mijanych przez siebie
ludzi, było rezultatem "kajdan / wykutych w ludzkiej duszy"1 - te
słowa nękają mnie gdzieś z tyłu głowy od trzydziestu lat. Gdy umysł
funkcjonuje jednocześnie jako strażnik więzienny i więzień,
niewiarygodnie trudno znaleźć sposób na uśmierzenie mentalnego
cierpienia.
Eddie Stern, który ma duże doświadczenie jako nauczyciel jogi i wykładowca, wie wszystko o tym, jak motywować swoich obecnych i przyszłych uczniów. Dla większości czytelników będzie to być może
najbardziej przekonująca warstwa tej książki - wychodząca od budowania
mostu między dawnymi Indiami ryszich a współczesnym świeckim światem.
Joga znajduje się obecnie u szczytu popularności, ale trendy są
kapryśne, a Stern wie, że jeśli zatrzymamy się na poziomie zajęć jogi,
jeśli nie powstanie pełna wizja potencjału tej praktyki, istnieje realne
ryzyko, że okaże się ona zjawiskiem przemijającym.
Wizja ta opiera się na idei jogi jako więzi, która oznacza pokonanie
podziału jaźni. Przeciwieństwem więzi jest oddzielenie, a jego
ostateczną formą, która dotyka każdego z nas, jest oddzielenie umysłu od
jego własnej zasadniczej natury. Do tego problemu można podchodzić z wielu stron i temu właśnie w umiejętny sposób poświęcona jest ta
książka. Każda pojedyncza komórka - nerki, serca czy płuca - jest w swoim naturalnym stanie nierozerwalnie powiązana ze wszystkimi innymi.
Komórki nie powątpiewają we własną egzystencję. Funkcjonują całościowo i proponują model życia jako przepływu energii i informacji. Tak samo
związek między umysłem a biologią stanowi ważny wątek w nauczaniu Sterna
o jodze.
Można też skupić się na innych niepokojących oznakach oddzielenia:
skomplikowanych relacjach, sytuacjach niepokojów społecznych i wszelkiego rodzaju zachowaniach autodestrukcyjnych, łącznie z uzależnieniami i zaburzeniami wynikającymi ze złego stylu życia, którym
można zapobiegać, a które ludzie zazwyczaj nasilają, zamiast pomóc sobie
w uleczeniu. Ostatecznie jednak joga zwraca się przede wszystkim do
oddzielonej od siebie jaźni. Gdyby nie podzielone "ja", umysł nie byłby
swoim własnym wrogiem, ciało nie zostałoby opuszczone jako coś, co można
lekceważyć, odrzucić bądź czego należy się wstydzić (z wyjątkiem tych
obdarzonych wspaniałymi, pięknymi ciałami, ale nawet oni muszą stawić
czoła widmu czasu i starzenia się).
Jednym z głównych założeń jogi jest to, że problem nie znajduje się na
tym samym poziomie co rozwiązanie. Dopóki pozostajemy w stanie
oddzielenia od samych siebie, przytłacza nas to. Istnieją tylko trzy
możliwe postawy wobec cierpienia umysłowego: żyć z nim, naprawić je albo
od niego uciec. Niestety, wszystkie trzy skazane są na porażkę, i to z tego samego powodu. Umysł, który próbuje żyć z cierpieniem, naprawić
sytuację albo uciec od niej, to ten sam umysł, który uległ podziałowi
wskutek oddzielenia. Pofragmentowany umysł jest jak Humpty
Dumpty2, którego upadek jest źle rozumiany. Rozbitego jajka z pewnością nie naprawią "wszyscy konni i wszyscy dworzanie", a prawdziwy
problem polega na tym, że Humpty Dumpty nie umie się sam na nowo
poskładać.
Joga rozwiązuje ten dylemat, proponując pewne prawdy, które następnie
urzeczywistniają się w praktyce jogi i medytacji. Mówiłem już o pierwszej z nich - że poziom problemu nigdy nie jest tym samym co poziom
rozwiązania. Oto pozostałe gorzkie prawdy, tak jak je rozumiem:
Poziomem rozwiązania jest świadomość, ze swojej natury pełna, całościowa
i niepodzielna.
Świadomość, jako źródło aktywności twórczej, zawsze jest obecna w swojej
czystej, całościowej formie.
Gdy umysł doświadcza swojego źródła w czystej świadomości, pojawiają się
rozwiązania - nie jako skutek wysiłku skierowanego na ukrócenie
cierpienia, ale poprzez sam stan poczucia jedności. Nie potrzeba do tego
działania z zewnątrz, motywacji ani myślenia.
Ciało, mózg, umysł i wszechświat to różne formy świadomości. Każda z nich jest samoregulująca, podobnie jak całość. Jedna komórka potrafi
utrzymać się przy życiu w dobrej formie, w stanie doskonałej równowagi.
I to samo dotyczy każdego poziomu Natury.
Gdy samoregulacja się nie udaje, przyczyną jest utrata kontaktu z całością. Doświadczenie czystej świadomości przywraca samoregulację. To
w ten sposób ciało, mózg, umysł i wszechświat wracają do stanu jedności.
Wiem, że wykorzystanie jogi w celu przywrócenia wszechświata do jego
naturalnego stanu brzmi niewiarygodnie, a teza ta jest zbyt rozległa, by
zgłębić ją na jednej czy dwóch stronach. Jednak gdy joga przywraca nas
naszym źródłom i pozwala nam doświadczyć stanu przebudzenia, nie ma
alternatywy i sama rzeczywistość, którą nazywamy wszechświatem, musi
zmienić się razem ze wszystkim innym.
Przy całej swej popularności w Indiach joga jest uwikłana w skomplikowane myślowe zawiłości, kontrowersje filozoficzne i niekończące
się zmagania ze starożytnymi tekstami, wśród konkurujących ze sobą
nauczycieli, systemów i tak dalej. Bardzo podziwiam Eddiego Sterna za
to, że do tego chaosu wprowadza jasność i "współodczuwanie", bo właśnie
od tego zależy przyszłość. Ogólnie mówiąc, książka ta oferuje
najłagodniejszy i najbardziej dostępny sposób, by poznać cały potencjał
jogi. O ile ludzie mają nieskończony potencjał - oto jeszcze jedna z prawd o świadomości - o tyle joga rozwija pole możliwości, jakie
normalnie nie jest dostępne podzielonej jaźni. Stern nie pozwala nam ani
na chwilę zapomnieć o naszym niewykorzystanym potencjale. I to, być
może, jest główna lekcja płynąca z jego nauczania i jego życia.
Przeł. Stanisław Barańczak (przekład dostosowany). [wróć]
Humpty Dumpty - bohater angielskiego wierszyka, ma postać upersonifikowanego jajka; fragment ten bezpośrednio odnosi się do treści wierszyka: "Humpty Dumpty sat on a wall. / Humpty Dumpty had a great fall / All the king's horses and all the king's men / Couldn't put Humpty together again" (Humpty Dumpty na murze siadł. / Humpty Dumpty z wysoka spadł. / I wszyscy konni i wszyscy dworzanie / Złożyć do kupy nie byli go w stanie.) [przyp. red.]. [wróć]
Rozdział 1
Czym jest joga?
Jeśli jakąś praktykę duchową na Zachodzie
obśmiano, wykpiono i ubrano w stereotypy, to właśnie jogę. Czemu nie?
Łatwo przecież śmiać się z zachodnich joginów. Naszych koczków na czubku
głowy, drogich legginsów, nasion chia, smoothies, toreb na matę do jogi
przewieszonych przez ramię, wyjazdów w zaciszne miejsca, kryształów,
ciągłego mówienia "namaste", omowania i siedzenia po turecku gdzie tylko
się da - jeśli ktoś chce się pośmiać, ma duże pole do popisu. Dwieście
lat temu, w czasach brytyjskiej okupacji, jogini w Indiach też byli
wyśmiewani i oczerniani przez pierwszych przybyszów, którzy nigdy
wcześniej czegoś podobnego nie widzielia1. Już relacje Johna
Ovingtona datowane nawet na 1698 rok opisują "bolesne i nienaturalne
pozycje" filozofów żebraków obsypanych popiołem, znanych jako fakirzy.
Określano tak perskich ascetów, których wrzucano do tej samej kategorii
co hinduskich joginów. Naga Sannjasinowiea2 buntowali się
zbrojnie przeciw hegemonii Kompanii Wschodnioindyjskiej i od połowy
XVIII do początków XIX wieku wywoływali wraz z muzułmańskimi fakirami
powstania i ataki na Kompanię w Bengalu, co doprowadziło ostatecznie do
wielkich represji wobec wszystkich organizacji
ascetycznycha3.
To, że ludzie Zachodu wrzucili Naga Sannjasinów, fakirów i joginów z porządków bardziej łagodnych do tej samej kategorii niebezpiecznych,
posługujących się przemocą ascetów, jest prawdopodobnie jedną z przyczyn
tego, że w XVIII i XIX wieku joga wyszła z mody. Choć wprawdzie uważano
joginów za niebezpiecznych, brudnych, kłamliwych łajdaków (nawet dziś
można znaleźć przykłady podobnych poglądów), to praktyki i założenia
filozoficzne przetrwały jakoś ten trudny okres w Indiach i odrodziły się
wraz ze Sri Krishnamacharyąa4, Swamim
Sivanandąa5 i podróżą jogi na Zachód pod koniec XIX wieku. W 2014 roku miejsce narodzin jogi, Indie, z premierem Narendrą Modim,
gorliwym zwolennikiem tej praktyki, zaczęły znów w jej kwestii stawać na
wysokości zadaniaa6. Pomysł Modiego, by ustanowić Międzynarodowy
Dzień Jogi na rzecz globalnej harmonii oraz wewnętrznego i zewnętrznego
pokoju, został poparty przez każdy kraj reprezentowany w Organizacji
Narodów Zjednoczonych i pomógł Indiom odzyskać prymat w świecie jogi.
Choć niektórzy powiedzą, że nigdy nie straciły z nią kontaktu, to w końcówce lat 80. XX wieku dużo czasu spędziłem, podróżując z północy na
południe Indii w poszukiwaniu nauczycieli jogi i znalazłem ich względnie
niewielu. W 1990 roku w Mysore były tylko dwie czy trzy szkoły jogi -
dziś jest ich prawie pięćdziesiąt. Mysore jest obecnie uważane za jedną
ze stolic jogi w Indiach, głównie za sprawą wpływów Pattabhiego Joisa.
Jogiczny krajobraz Indii zmienił się nie do poznania.
Do Ameryki joga przybyła w XIX wieku i w dużej mierze zagościła w jej
kulturze. Choć Amerykanie na początku studiowali teksty jogiczne - Ralph
Waldo Emerson kochał Bhagawadgitę - niewielu tak naprawdę praktykowało
jogę. Niemniej w ciągu nieco ponad dwustu lat zaczęło uprawiać jogę
wiele milionów ludzi z wszelkich środowisk - w samych Stanach
Zjednoczonych w 2017 roku jakąś formę jogi praktykowało około
trzydzieści sześć milionów osób, i to nie tylko takich, dla których ma
to związek z duchowością. Sięgają po nią dzieci w szkołach, starsze
osoby na wózkach, więźniowie, osoby cierpiące na zespół stresu
pourazowego, pacjenci szpitali i ludzie, którzy po prostu mają w życiu
dużo zwyczajnego stresua7. Joga przynosi ukojenie i nikogo nie
dyskryminuje.
Należy jednak uzmysłowić sobie, że mamy dziś w Stanach Zjednoczonych do
czynienia z bardzo realnym zderzeniem kultur w pełnej krasie. W latach
60. XX wieku Wschód skonfrontował się z Zachodem, w wyniku czego powstał
ruch hippisowski, w którym pokolenie młodych próbowało uwolnić się od
więzów ascezy lat wojennych i restrykcyjnych ideałów rodziny nuklearnej.
Jeśli spojrzymy na to, co działo się w świecie jogi w ciągu ostatnich
trzydziestu lat, to od razu zauważymy, że teraz to raczej Zachód
pochłania Wschód, a coś, co było nieskrępowanym uznaniem duchowości,
zmieniło kurs na czołowe zderzenie z konsumpcjonizmem. Stało się zatem
coś dokładnie przeciwnego niż to, co miała obiecywać i zapewnić joga.
Indie, zwłaszcza za czasów premiera Modiego, zaczęły odzyskiwać jogę
jako część swego dziedzictwa kulturowego, którym z pewnością jest.
Jednak po drodze Zachód zaadoptował jogę jako jedno ze swoich własnych
dzieci, a ona w doprawdy niezwykły sposób przystosowała się do życia w USA, łącznie z sekularyzacją samej praktyki kontemplacyjnej.
Trudno mi oddzielić starożytną kulturę indyjską czy hinduską od praktyki
jogi i nie jestem pewien, czy przemiana praktyki kontemplacyjnej,
mistycznej, w zupełnie świeckie zajęcia fitness to dobry pomysł. Gdy
usuniemy z praktyki aspekt kontemplacyjny, to czy można ją wciąż nazywać
jogąa8? Z drugiej strony joga sama dowiodła, że jest czymś ponad
przekonaniami religijnymi i że sięgają po nią ludzie reprezentujący
najrozmaitsze religijne nurty i także ci niereligijni, którzy praktykują
jogę, bo uspokaja umysł, redukuje stres i sprawia, że czują się czystsi
wewnętrznie. Pewien pastor, który ćwiczy ze mną, wykorzystuje czas, gdy
wykonuje się głębokie oddechy pod koniec praktyki, do refleksji nad
niedzielnym kazaniem. Rabin podczas praktyki odnajduje cichą przestrzeń,
której nie daje mu modlitwa mówiona. Wszystkie tradycje
judeochrześcijańskie mają odgałęzienia mistyczne, w których poszukuje
się bezpośredniej relacji z bóstwem, ale często uważa się je za
marginalne. Tradycje wschodnie nie rozróżniały świata i świętości. Jogę,
rytuał i ziemię postrzegano jako jedność. Były w swoim rdzeniu
mistyczne. Dziś często zapominamy o różnicy między religią a mistycyzmem, dogmatem a kontemplacją. W tym właśnie specjalizuje się
joga. To mistycyzm w przystępnej formie. Jest kontemplacyjna od
pierwszych niemal chwil - zazwyczaj od momentu, gdy człowiek kładzie
się, by odpocząć po pierwszych ćwiczeniach.
Niektóre elementy jogi są głęboko powiązane z tradycją hinduską, inne
nie. W starożytnych tekstach można odnaleźć sugestie, że joga przekracza
kultury, czas, miejsca i to, co dziś nazywamy religiąa9. Choć
joga rzeczywiście pochodzi z Indii i jest zakorzeniona w hinduskiej
myśli, to jednocześnie wyjątkowo dobrze przyjmuje się w innych
miejscach, jest praktykowana na każdym kontynencie, przez ludzi
pochodzących z różnych środowisk i kultur. Znaczące jest to, że spośród
milionów osób, które regularnie praktykują jogę, wiele doświadcza
podobnych jej skutków: czujemy się lepiej, mamy spokojniejszy umysł,
jesteśmy zdrowsi, a w wielu przypadkach mamy też większe poczucie celu.
Naprowadza nas to na źródło tradycji hinduskiej zwane Wieczną Drogą,
inaczej sanatana dharma - zanim nazwano ją hinduizmem. Oprócz bóstw i reinkarnacji hinduizm zajmuje się ideą, według której każde istnienie ma
cel i powinniśmy starać się żyć tak, by ten cel osiągnąć. Właśnie w taki
sposób patrzę na jogę.
Tak wiele spraw na świecie nas dzieli - polityka, religia, drużyny
sportowe, wszystkie nasze osobiste opinie, idee i przekonania. Rzadko
znajdujemy coś, co nas łączy. Jedną z tych rzeczy jest joga, która
potrafi pomóc pokonać różnice, bo jej podstawą jest jasność umysłu,
współczucie, współodczuwanie, dobroć, miłość i troska - te wszystkie
stany umysłu i emocje, które przekraczają religie i inne zjawiska, które
odsuwają nas od siebie. Są to rzeczy, które nas łączą albo przypominają
nam o tym, że jesteśmy tak naprawdę połączeni - nie rzeczy, które nas
dzielą. Oczywiście na rynku nie zawsze widzimy ich odzwierciedlenie, ale
jeśli chodzi o efekty doświadczane przez ludzi poprzez jogę, to korzyści
są mniej więcej takie same. Uważam, że to coś niesłychanie ciekawego i właśnie przez to, między innymi, zacząłem się zastanawiać, jaki
mechanizm powoduje, że joga działa na tak wielu różnych ludzi, niemal
bez względu na to, jaki jej rodzaj praktykują.
Słowo "joga"
Słowo "joga" ma kilka znaczeń. Są to między innymi: "połączenie",
"skupienie", "droga" i "relacja". Sam wyraz pochodzi od korzenia yuj,
co oznacza: "ujarzmić albo połączyć", dlatego właśnie słowo "joga"
najczęściej kojarzy się z ideą połączenia. Starożytny gramatyk sanskrytu
Panini napisał, że słowo "joga" można definiować na dwa sposoby, w zależności od zastosowania. Pierwszy to yujir yoge, który opisuje akt
połączenia lub ujarzmienia - na przykład przyłączenia wołu do wozu. W tym sensie używano wyrazu "joga" w najstarszych naukach starożytnego
kanonu sanatana dharma, zwanego wedami. Jednak w przypadku praktyki
jogi, która została uznana za dyscyplinę duchową w późniejszych latach,
w czasie ery upaniszad (800-500 p.n.e.), prawidłowa derywacja pochodzi
od yuj samadau, co oznacza mniej więcej, że joga to pewien specjalny
typ skupienia zwany samadhia10. Oznacza to "pochłonięcie",
naturalną tendencję umysłu, by dać się pochłonąć przez różne rzeczy -
myśli, przedmioty, pracę, idee, miłość czy określone cele. Gdy mówimy o pochłonięciu umysłu przez cele duchowe, to wówczas umysł ma przybierać
formę tego, co kontemplujemy, a w końcu ten głęboki poziom pochłonięcia
prowadzi do wniknięcia w naszą prawdziwą naturę i do doświadczenia jej.
Na najgłębszym poziomie samadhi docieramy do wiedzy o swoim wnętrzu,
swojej jaźni.
Skupienie
Około dwóch tysięcy lat temu pewien mędrzec (ryszi) zwany Patańdźali
zebrał istniejące nauki o jodze i usystematyzował je w formie znanej
jako sutry. Sutra jest formą literacką oznaczającą, że autor nie
stworzył systemu ani nie napisał dzieł oryginalnych, ale połączył nauki,
praktyki i metody, które już istniały, i zebrał je bądź skodyfikował pod
jednym tytułem. W hinduizmie funkcjonuje sześć szkół filozoficznych, a każdej z nich odpowiada sutra zawierająca jej naukia11. Jeśli
chodzi o jogę, tekst nazywa się Jogasutry Patańdźalego i zawiera 196
sutr. Sutra to krótkie zdanie, kilka słów kryjących za sobą znacznie
szersze znaczenie. Komentarze do tych krótkich form podawane przez
innych mędrców i świętych ujawniają szczegóły i omawiają niuanse tego,
co właściwie mówi dana sutra, bo najczęściej jest je dość trudno
zrozumieć w pierwszym czytaniu.
Patańdźali wyjaśnił w Jogasutrach, że samadhi, najwyższy stopień
skupienia, to termin oznaczający wrodzoną zdolność umysłu do poddania
się pochłonięciu przez przedmiot kontemplacji. Pisma Patańdźalego nie są
jedynymi omówieniami jogi, choć w istocie jednymi z najpełniejszych.
Inne, które pojawiły się po nich, miały różne cele, ale wszystkie łączy
wspólny element - przeświadczenie o tym, że aby osiągnąć cele, trzeba
umieć się skupić. Dlatego Patańdźali w drugiej sutrze swojej księgi
definiuje jogę jako zdolność wybiórczego eliminowania wszelkich
doraźnych myśli czy ruchów odbywających się w umyśle i do podjęcia
decyzji o tym, gdzie umysł ma być czy też na czym osoba chce się
skupića12. Jak stwierdził mój nauczyciel sanskrytu Vyaas (Wjasa)
Houston, Jogasutry to mapa drogowa dla wewnętrznej świadomości. Te
krótkie, zwięzłe aforyzmy, naładowane sensem, prowadzą nas przez coraz
głębsze stany umysłu, świadomości i rzeczywistości. Wiele z nauk
zawartych w sutrach - niektóre z nich będą omówione w tej książce - jest
dziś doprawdy niesamowicie aktualnych. Jak to możliwe? Myślę, że to
dlatego, że umysł, którym posługujemy się dziś, nie różni się od umysłów
ludzi żyjących dwa czy nawet pięć tysięcy lat temu. Cierpimy, walczymy,
doświadczamy radości i pożądania, wątpimy, poszukujemy. Dążenie do
poznania siebie samych, do stawiania pytań o to, kim jesteśmy i co tu
robimy, nie jest wcale nowe. Tego typu pytania i wątpliwości to po
prostu część nas samych i właśnie ten impuls tysiące lat temu skłonił
ludzi do stworzenia systemów jogi. I ten sam impuls każe tak wielu
ludziom dzisiaj ją praktykować.
Najstarszy komentarz do Jogasutr napisał starożytny mędrzec Wjasa (nie
mój nauczyciel sanskrytu). Analizuje on pięć podstawowych wzorów czy też
stanów umysłua13. Jasno widzimy, że tych pięć wzorców tak
naprawdę nie zmieniło się w ogóle w ciągu dwóch tysięcy lat. Pierwsze
dwa stany umysłu nie sprzyjają praktyce jogi, ale pozostałe trzy już
tak. Jednak dopiero dwa ostatnie stany sprzyjają samadhi, całkowitemu
pochłonięciu.
Stany te to:
Rozproszenie.
Omamienie.
Skupienie chwilowe.
Jednolitość.
Powściągnięcie.
Osoba o niespokojnym umyśle nie będzie chciała praktykować jogi,
ponieważ nie potrafi się skupić nawet na chwilę. Umysł skacze z miejsca
na miejsce, w ogóle się nie zatrzymuje, tak jakby cierpiał na zaburzenie
koncentracji uwagi (ang. attention deficit disorder, ADD). Znam
mnóstwo ludzi z ADD, którzy są wydajni i odnoszą sukcesy, ale jest im
trudno systematycznie praktykować jogę. Czasem łatwiejsze wydają im się
praktyki medytacji, takie jak medytacja transcendentalna (ang.
transcendental meditation, TM). Osoba o otępiałym umyśle ma obsesję na
punkcie swoich problemów - myśli o nich, analizuje je i w nieskończoność
rozpamiętuje. Wszyscy doświadczyliśmy jakiegoś problemu, konfliktu,
złamanego serca czy rozczarowania, które zajęło nasze myśli czasem do
tego stopnia, że rodzina czy przyjaciele chcieli potrząsnąć nami i krzyknąć: "Daj już z tym spokój!". Otępiałemu umysłowi bardzo trudno
jest wykonać jakiekolwiek praktyki kontemplacyjne albo w ogóle cokolwiek
innego niż obsesyjne myślenie o własnych problemach. Skrajnym przykładem
problemu dotykającego otępiały umysł jest zaburzenie
obsesyjno-kompulsywne.
Umysł rozproszony, choć brzmi to dziwnie jako określenie umysłu kogoś,
kto wykonuje praktyki duchowe, to stan umysłu większości z nas, gdy
przychodzimy na pierwsze zajęcia jogi. Potrafimy się skoncentrować na
chwilę, ale potem wracamy do rozproszenia. Ten stan umysłu dobrze znają
niemal wszyscy praktykujący jogę - przez chwilę się skupiamy, ale potem
myśli zaczynają uciekać. Akt uchwycenia umysłu po tym, jak zaczął się
oddalać, a następnie powrót do miejsca, w którym chcemy go widzieć, to
jedna z podstawowych czynności, jakich uczymy się podczas praktyki jogi.
Mogą tego dokonać nawet osoby o umysłach skłonnych do rozkojarzenia.
Rozwijamy dzięki temu moc skupienia uwagi - dostajemy okazję, by
pracować nad uchwyceniem umysłu w chwili, gdy staje się niespokojny.
Ludzie o tym typie umysłowości wiedzą, że potrzebują jogi czy medytacji,
ponieważ doświadczyli i spokoju, i rozproszenia umysłu - i chcieliby
wzmocnić swoją umiejętność pozostawania bardziej spokojnymi i zrelaksowanymi. To dlatego mówi się, że umysł osoby przychodzącej na
jogę znajduje się w dużej mierze w trzecim, rozproszonym stanie
świadomości. Jeśli określasz siebie jako osobę, której umysł łatwo
poddaje się rozproszeniu, to mam dla ciebie dobrą wiadomość: jesteś
idealnym kandydatem do praktyki jogi!
Ostatnie dwa stany umysłu - jednolity i powściągnięty - to stany, w których może zaistnieć samadhi. "Powinniśmy pamiętać" - powiedział Swami
Hariharananda - "że naszą mentalną słabością jest jedynie niezdolność to
utrzymania w umyśle trwale dobrych intencji. Jednak, jeśli
przezwyciężymy fluktuacje świadomości, będziemy zdolni pozostać trwale w naszych dobrych intencjach, a zatem i posiąść mentalną moc. Wraz ze
wzrostem spokoju [umysłu], również ta moc będzie wzrastać. Szczytem
takiego spokoju jest samadhi"a14. Ten cytat szczególnie lubię,
bo jego główny przekaz jest jasny: w jodze nie chodzi o przymuszenie
umysłu do znalezienia się w trwałym stanie skupienia czy ciała do
wykonania skomplikowanej pozycji - chodzi o spokój i wypełnienie umysłu
naturalnym stanem dobroci. Jest to jego podstawowa, przyrodzona cecha,
którą przykryto zbyt dużą liczbą analiz. Czasem gdy siedzę i medytuję,
nie robię nic innego jak po prostu wyczuwam i współodczuwam ten stan
dobroci we mnie. Jak wiele osób, dość surowo oceniam siebie samego. Wolę
krytykę od komplementów, bo wysłuchanie, co było dobre, stawia jedynie
bariery na drodze temu, co powinno być naprawione. Nie wszystko jednak
trzeba naprawiać - czasem w porządku jest zostawić sprawy takimi, jakie
są. Kiedy siedzę i czuję naturalną dobroć, która jest we mnie,
automatycznie przychodzi do mnie prawdziwe uczucie spokoju. To kojące,
bo z tego punktu widzenia dobroć nie jest czymś, do czego dążymy, czy
czymś, co staramy się osiągnąć w życiu - ona po prostu jest. Musimy
tylko pozwolić, by była trochę bardziej obecna.
W ostatnich dwóch stanach umysłu z listy Wjasy - jednolitym i powściągniętym - zachodzi najgłębsze doświadczenie samadhi, znane
również jako stan jogi. W skupionym stanie umysłu potrafisz skierować
uwagę na wszystko, co chciałbyś kontemplować - czy będzie to oddech,
mantra, czy coś innego - na tak długo, jak chcesz. To nie jest łatwe.
Trudno jest utrzymać uwagę na jednej rzeczy dłużej niż dosłownie przez
kilka sekund. W powściągniętym stanie umysłu nie ma myśli, wahań, nie ma
żadnego przedmiotu oprócz ciebie samego, na którym skupia się twój
umysł. Przestaje istnieć podmiot i przedmiot, a jedynym doświadczeniem
jest znajdująca się w niebycie świadomość. Gdziekolwiek spojrzysz,
czegokolwiek posłuchasz, powąchasz albo dotkniesz, istnieje tylko
świadomość. W najgłębszym stanie samadhi nie ma już żadnych przedmiotów,
pozostaje tylko podmiot. Nazywa się to vishesha, czyli to, co zostało po
tym, jak wszystkie zdolne do zmiany przedmioty świata już nie zabarwiają
naszego doświadczenia. Czasem określa się to jako "świadomość jedności".
Joga jako droga
Mistrz jogi z południowych Indii Sri K. Pattabhi Jois napisał, że słowo
"joga" ma kilka znaczeń. Wśród nich są "relacja", "środek",
"zjednoczenie", "wiedza", "materia" i "logika"a15. Jako jedyny
zdefiniował praktykę jogi w odniesieniu do jednej z sutr Patańdźalego -
o numerze II.26, która mówi, że joga to upaya, drogaa16. Cóż to
jest za droga? Taka, która przynosi kres dezorientacji umysłu poprzez
szczególny rodzaj ograniczenia mentalnego prowadzącego do samowiedzy,
ograniczenia, które pozwala nam odróżnić świadomość od filmu
wyświetlanego w kinie naszego życia, myśli i pragnień, jakie odbijają
się na jego ekranie. Praktyka jogi oznacza zatem wyzwolenie od myślenia
uwarunkowanego.
Jois pisze:
Powiedzmy więc, że znaczeniem słowa joga jest upaya, co oznacza droga,
ścieżka, którą podążamy, albo za pomocą której możemy coś osiągnąć. Jaka
jest więc droga, którą powinniśmy podążać? Co powinniśmy chcieć osiągnąć
albo kogo? Umysł powinien dążyć do tego, co najlepsze [...], a droga do
umocowania umysłu w jaźni niech będzie znana jako jogaa17.
Idea upayi jest w skomplikowany sposób połączona z poczuciem relacji,
którą Jois wymienia jako pierwszą, gdy definiuje jogę. To dlatego, że
dzięki praktyce jogi i związanym z nią praktykom kontemplacyjnym
zyskujemy dostęp do intymnej relacji z własnym ciałem, oddechem, umysłem
i poczuciem sensu. To właśnie intymne poczucie łączności z samymi sobą
prowadzi nas ku pewności siebie i poczuciu komfortu związanego z tym,
kim jesteśmy i co tutaj robimy. To naturalnie prowadzi nas do głębszego
i najistotniejszego pytania, które w końcu musimy sobie zadać: kim
jestem ponad to, że jestem sumą mojego ciała, emocji, myśli czy
wspomnień? To główne pytania naszego życia: kim jestem? Co tutaj robię?
Moja nauczycielka angielskiego w dziewiątej klasie, pani Jane Bendetson,
zadała mojej klasie te pytania jako najważniejsze, jakie można w ogóle
sobie kiedykolwiek zadać, i dodała do nich kolejne: co powinienem
następnie zrobić? Tak naprawdę pytania te są jedyną rzeczą, jaką
zapamiętałem z nauki w szkole średniej.
Joga to przede wszystkim praktyka. Jogini uważali, że powinniśmy
praktykować jogę tak samo, czy też nadając jej taką samą wagę, jak temu,
że codziennie myjemy zęby. Praktykując asany (pozycje jogi) i ćwiczenia
oddechowe - co omówię w kolejnych rozdziałach tej książki - oczyszczamy
wewnętrznie nasze ciało, wzmacniamy mięśnie, kości, narządy wewnętrzne,
układ nerwowy, umysł i emocje. Już odrobina praktyki może zdziałać cuda
- nie musimy ćwiczyć godzinami albo codziennie, aż do wyczerpania.
Jedyne, co należy zrobić, to upewnić się, że odrobina praktyki każdego
dnia stała się w naszym życiu priorytetem i że będziemy ją wykonywać tak
długo, aż stanie się zwyczajem, powtarzalnym elementem naszej codziennej
rutyny, częścią rytuału, który składa się na rytm naszego życia.
Wszelkie praktyki - duchowe, fizyczne czy artystyczne - zaczynają
przynosić efekty dopiero wtedy, gdy wykonuje się je szczerze i regularnie. Jedna z najczęściej cytowanych sutr Patańdźalego, I.14,
dotyczy właśnie tego:
Sa tu d?rgha k?la nairantarya satk?r? sevito drdha bh?mih.
Ale ono (ćwiczenie jogiczne) [dopiero wtedy przechodzi w] trwały
stopień jogi (bhumi), [gdy się je] uprawia długi czas, bez przerw i ze skupioną uwagą (satkara).
Być może ważniejsze od samej dyscypliny jest to, co ona uruchamia.
Neurobiolog i psycholog Rick Hanson pisał o tym szeroko w książce
Szczęśliwy mózg, w której formułuje różnicę między stanami mentalnymi
i cechami mentalnymi. Często padamy ofiarą swoich stanów mentalnych -
złości, zazdrości, oceniania, zemsty, lenistwa, apatii, nudy, pragnienia
- czasem podążamy za nimi i utożsamiamy się z nimi. Są one jednak
przejściowe - pojawiają się i znikają. Powtarzają się częściej, gdy za
nimi podążamy. Gdy praktykujemy regularnie, zaczynamy uruchamiać
mentalną cechę świadomości, która jest bardziej niezawodna i otwarta niż
zmieniające się stany. Poprzez praktykę rozwijamy w świadomości spokój,
poszerzamy perspektywę, a to może pomóc nam zatrzymać się tak, by nie
przygniotły nas silne emocje.
Prawdziwym celem praktyki jest więc wykształcenie silnych cech
mentalnych. Patańdźali nie definiuje praktyki jako sprawnego wykonywania
pozycji jogi, ale jako środek do uruchomienia mentalnej cechy
świadomości, która prowadzi ku wiedzy. Wjasa odnosił się właśnie do tych
zmieniających się stanów, kiedy mówił o umyśle rozproszonym, a jedną z pierwszych rzeczy, jakie daje nam joga, jest zdolność obserwowania
zmieniających się stanów bez ulegania im. Wiele osób doświadczyło tego,
że dzięki praktyce jogi rzadziej złoszczą się albo potrafią ugryźć się w język, zanim coś powiedzą, nie bacząc na konsekwencje swoich słów -
nawet jeśli praktykują dopiero od niedawna. Dzieje się tak dlatego, że
cecha świadomości zaczyna być w nas tak samo, jeśli nie bardziej, obecna
niż zmieniające się stany mentalne.
Sadhana, środek
W przypadku wielu idei jogicznych i wielu słów spisanych w sanskrycie
jedno słowo prowadzi do innego, które uwypukla jeszcze więcej niuansów
znaczenia. W praktyce jogi istnieje specjalne słowo z nią powiązane,
sadhana, opisujące techniki, praktyki, których używamy, by dążyć w kierunku samowiedzy, świadomości lub wyzwolenia. Słowo sadhana często
tłumaczy się jako "praktyka duchowa", a celem praktyki duchowej jest
zazwyczaj wyzwolenie od cierpienia: wyzwolenie od utożsamienia się z czymkolwiek innym niż świadomość. Sadhany to środki, którymi posługujemy
się, by utożsamić się z poczuciem wewnętrznej świadomości i usunąć
pokrywę konfuzji, narracji i dążeń, które uniemożliwiają nam bycie tym,
kim naprawdę jesteśmy.
Wpływowy nauczyciel jogi z Ćennaj A.G. Mohan ujął to bardzo trafnie, gdy
mówił o różnych warstwach znaczenia i doświadczenia, które w tradycji
hinduskiej porównuje się do warstw obieranej cebuli. Analogię tę bardzo
często stosuje się do opisu praktyki duchowej - obierasz kolejne warstwy
identyfikacji, aż zostanie tylko świadomość. "Ale - zauważa Mohan - któż
jest tym, kto obiera cebulę? Ten, kto ją obrał, nie znika razem z nią".
Sadhana to obieranie cebuli, a tym, kto tego dokonuje, jest nasz
wewnętrzny impuls dążenia do wiedzy.
Sadhana to decyzja, by nasze duchowe cele stały się priorytetowe, i znalezienie dla nich czasu. Duchowym celem może być:
praktykowanie jogi,
praktykowanie medytacji,
praktykowanie dobroci, wdzięczności lub przebaczenia,
zrównoważone życie,
utrzymanie spokoju umysłu i postawy akceptacji,
służenie potrzebującym,
praktykowanie cierpliwości,
bycie lepszym słuchaczem.
Jeśli twierdzimy, że wprawdzie chcemy którejkolwiek z wymienionych
rzeczy, ale nie podejmujemy aktywnie kroków, by je zrobić, to nie możemy
tak naprawdę powiedzieć, że ich chcemy. Jeśli mówię, że chciałbym
prowadzić bardziej medytacyjne życie, ale nie znajduję czasu, by
codziennie praktykować medytację, to może tak naprawdę tego nie chcę.
Chcemy tych rzeczy, które tak naprawdę robimy, a czasem nasze cele czy
pomysły nie są prawdziwe - to tylko idee, które nam się podobają. W sadhanie ważne jest, by zrozumieć, czego tak naprawdę chcę. A jeśli
naprawdę chcę tej rzeczy, to poświęcę na nią czas. To jasne jak słońce.
Nie martw się, że nie robisz rzeczy, których tak naprawdę nie chcesz
robić. Jeśli mówisz, że chcesz medytować, a nigdy tego nie robisz, to
prawdopodobnie wcale tego nie chcesz. Jeśli zaakceptujesz to, że nie
chcesz medytować, to nie będziesz czuć się źle z tym, że tego nie
robisz, i będziesz mógł wykreślić medytację z listy rzeczy, które wydaje
ci się, że chcesz robić. Rzeczy, które robią inni ludzie, więc tobie
także wydają się dobrym pomysłem, ale gdy przychodzi co do czego,
okazuje się, że to nie dla ciebie. Wówczas będziesz mógł to zastąpić
czymś, co naprawdę chcesz robić. Czasem rzeczywiście chcemy nauczyć się
czegoś czy coś praktykować, ale trudno nam znaleźć na to czas. W takim
przypadku trzeba nauczyć się być bardziej zdyscyplinowanym i pogodzić
się z tym, że nie obędzie się bez poniesienia odrobiny trudu. W sanskrycie nazywa się to tapas. Stąd właśnie biorą się satysfakcja,
sukces, a nawet wybitność - z przezwyciężenia bariery, jaką jest albo
rozpoczęcie czegoś, albo ukończenie. Wiedza, czego chcesz, to sadhya -
cel; droga, którą przemierzamy, by to osiągnąć, upaya - to sadhana.
Jak pisze Timothy Ferris w książce Plemię mentorów, "życie karze za
mgliste pragnienia i nagradza za konkretne oczekiwania"1.
Następujące trzy słowa stanowią konkretny plan, mapę drogową praktyki
duchowej:
sadhya: sformułowanie celu,
sadhana: praktyka, czyli środek do osiągnięcia celu,
upaya: trzymanie się obranej drogi.
Naszym celem niekoniecznie musi być wyzwolenie. Może to być po prostu
ruch przez trzydzieści minut dziennie dla zdrowia. Może to być
siedmiominutowa medytacja w celu uspokojenia umysłu. Może to być
wyśpiewanie 108 razy mantry, by wyrazić pobożność. Cel, jaki sobie
obieramy, powinien być realny, inaczej stracimy zapał. Jeśli obierzesz
sobie mały, osiągalny cel i go zrealizujesz, powoli twoje cele będą
mogły stawać się coraz bardziej zniuansowane. Na przykład: cel, by mniej
się złościć albo nie dać się zirytować nieistotnym sprawom. To się
zacznie dziać naturalnie, gdy codzienna dyscyplina wejdzie ci w krew.
Istnieje inna definicja upayi, którą lubię - ta wykorzystywana w dźjotiś, czyli wedyjskiej astrologii. Upaya w astrologii to środek
przekazywany przez astrologa komuś, kto ma dosha, inaczej defekt w jakimś miejscu swojej karty, który powoduje problemy albo stawia w życiu
przeszkody. Astrolog może zasugerować, by osoba ta powtarzała konkretną
mantrę, ubierała się w konkretny kolor, karmiła konkretne zwierzę,
wszystko w konkretnym dniu tygodnia, przez określony czas, by w ten
sposób usunąć ów defekt. Taka upaya to lekarstwo-rytuał, a jego celem
jest usunięcie przeszkody. W jodze największą przeszkodą jest pozbawiony
dyscypliny umysł, przywiązany do tego, by cały czas o czymś myśleć,
przywiązany do opinii, ocen i idei, co z kolei prowadzi do fałszywych
identyfikacji: jestem demokratą, jestem republikaninem, jestem
weganinem, jestem joginem, który praktykuje ashtangę, jestem joginem,
który praktykuje jogę Iyengara, jestem złą osobą, jestem wspaniałą
osobą. To tylko szablony myślowe, a my z jakiegoś powodu zdecydowaliśmy
się im wierzyć. Praktyki jogi, zwłaszcza osiem stopni jogi (ashtanga
joga), są lekiem, którego używamy, by usunąć defekt będący następstwem
wytworzonych percepcji wiążących nas z fałszywym poczuciem samych
siebie. To fałszywe poczucie nie niesie ze sobą satysfakcji czy
szczęścia, nie wypełnia naszego wewnętrznego celu jako istot ludzkich.
Joga usuwa defekt umysłu przywiązanego do własnej słuszności.
Podsumujmy, co wynika z naszej analizy słowa "joga":
joga pochodzi od korzenia
yuj, co oznacza "ujarzmić albo połączyć",
wskazuje na pewien typ koncentracji, gdy umysł daje się całkowicie
pochłonąć przez przedmiot, na którym się skupiamy,
joga to upaya, środek zaradczy łagodzący siłę identyfikacji z ideami i obiektami innymi niż nasza wewnętrzna uważność,
relacja w jodze odnosi się do naszych relacji z ciałem, emocjami,
myślami, wspomnieniami oraz wewnętrznym poczuciem samego siebie i celu,
praktyki medytacyjne jogi ujawniają naszą wrodzoną dobroć,
joga stawia trzy najważniejsze pytania, jakie możemy zadać sobie w życiu: Kim jestem? Co tutaj robię? Co powinienem zrobić?
T. Ferris, Plemię mentorów, przeł. M. Lipa, MT Biznes, Warszawa 2018, s. 15. [wróć]