Jedną nogą w świecie mody. Jak mimo ułomności zostałem modelem - Mario Galla

-
Proszę czekać

JA MO­DE­LEM?

Paździer­nik 2007 roku. Miałem dwa­dzieścia je­den lat. To było zwy­czaj­ne so­bot­nie popołudnie. Ostat­nia noc dała mi moc­no w kość, w głowie mi hu­czało i z każdym kro­kiem, który był tak męczący, że nie wie­działem, jak mam przeżyć następne go­dzi­ny, prze­kli­nałem dzień, w którym wymyślono ten przeklęty tru­nek - jäger­me­ister. Moja dziew­czy­na Lea człapała w mil­cze­niu obok mnie. Czuła się nie le­piej ode mnie. Włożyła swo­je duże ciem­ne oku­la­ry á la Au­drey Hep­burn, i słusznie, bo słońce nad ham­bur­skim Grin­del­ho­fem było już ni­sko na nie­bie. Mnie świe­ciło pro­sto w oczy.

Na szczęście z na­sze­go miesz­ka­nia do Stre­at Pi­noy­fo­od nie było da­le­ko.

Ten mały fi­li­piński ba­rek szyb­kiej obsługi na Grin­de­lal­lee często był na­szym pierw­szym przy­stan­kiem, na którym prze­ga­nia­liśmy śnia­da­niem uciążli­we­go kaca. Mie­li tam wiel­gach­ne, su­pertłuste bur­ge­ry z praw­dzi­wy­mi ko­tle­ta­mi, które długo wy­smażali na płycie i obkłada­li świeżymi po­mi­do­ra­mi, ce­bulką, sałatą i se­rem. Do tego ich spe­cjal­ny sos azja­tyc­ki, duża por­cja fry­tek i zim­na coca-cola li­ght - i można było zacząć dzień.

NIE­OCZE­KI­WA­NA PRO­PO­ZY­CJA

Lea zo­stała na zewnątrz i usiadła przy jed­nym z dwóch pla­sti­ko­wych sto­lików, które stały na uli­cy przed ba­rem.

- To, co zwy­kle? - wy­mam­ro­tałem do niej.

Skinęła głową, a ja otwo­rzyłem drzwi. Cho­ciaż wie­działem, co chcę wziąć, wpa­try­wałem się nie­obec­nym wzro­kiem w jadłospis nad ladą. Myślę na­wet, że na kil­ka se­kund za­mknąłem oczy.

- Hej, co ma być? - Człowiek za ladą szcze­rzył do mnie zęby.

Na­gle pomyślałem o me­czu St. Pau­li na własnym bo­isku: mu­siała się już zacząć dru­ga połowa. Czy wczo­raj wie­czo­rem nie zakłada­liśmy się w pi­jac­kim za­mro­cze­niu o to, czy wy­gra St. Pau­li? Z kim oni właści­wie grają? Już nie pamiętałem. Czy wziąłem ja­kieś pie­niądze? Prze­szu­kałem kie­sze­nie ma­ry­nar­ki mar­ki Prin­gle of Sco­tland za pięćset euro, którą to trzy dni temu od­ku­piłem od kum­pla za sie­dem­dzie­siąt, i zna­lazłem zmięto­szoną dwu­dziestkę.

- Nie wiesz, jak idzie St. Pau­li? - spy­tałem i wygładziłem bank­not.

- Pro­wadzą je­den do zera.

- Mhmmm.

- Chcesz coś zjeść?

- Taaa.

Zamówiłem, prze­sta­wiłem się na au­to­pi­lo­ta i możli­wie naj­wy­god­niej oparłem się ple­ca­mi o szybę, żeby po­cze­kać na je­dze­nie. Na tych kil­ka mi­nut nie opłacało się ru­szać w da­leką drogę na zewnątrz.

- Prze­pra­szam, czy mogę o coś za­py­tać? - ode­zwał się znów typ zza lady.

- Tak, ze spe­cjal­nym so­sem - od­rzekłem bez­wied­nie.

- Nie, nie. - Roześmiał się. - Sos do­sta­niesz, spo­koj­na głowa. O co in­ne­go chciałem za­py­tać. Właśnie cię ob­ser­wo­wałem i...

Nie słuchałem go zbyt uważnie.

- ...zadałem so­bie py­ta­nie, czy już ktoś robił ci zdjęcia.

- Ja­kie zdjęcia masz na myśli?

Uśmiechnął się do mnie.

Dla­cze­go tak dziw­nie za­lot­nie na mnie pa­trzy, prze­le­ciało mi przez myśl. Sta­ry, sto­isz tu za ladą w tej bu­dzie z fryt­ka­mi i py­tasz mnie o zdjęcia? Pil­nuj le­piej, żeby bur­ge­ry były porządnie wy­smażone.

- Pro­fe­sjo­nal­ne zdjęcia - od­po­wie­dział. - Jako mo­de­lo­wi.

- Daj spokój, mam jesz­cze taki łeb po wczo­raj­szej nocy. - Wku­rzo­ny machnąłem ręką. - Jest tu jakaś ukry­ta ka­me­ra, czy co? Zupełnie so­bie z tym dziś nie radzę.

- Nie, mówię zupełnie poważnie.

- Ja też!

- Wiem, że to może za­brzmi trochę dziw­nie, ale daj mi swój nu­mer te­le­fo­nu...

Ależ oczy­wiście. I co jesz­cze? Może chcesz do tego mój ad­res, a naj­le­piej też ad­res mo­ich ro­dziców, na wy­pa­dek gdy­by przez week­end nie było mnie w mieście? Wyraź się w końcu!

- ...bo, no tak, więc...

Te­raz byłem na­prawdę za­cie­ka­wio­ny.

- Pra­co­wałem wcześniej w agen­cji mo­de­lin­go­wej i wciąż pra­cuję dla nich jako łowca ta­lentów. Masz piękną twarz, a sądząc z tego, co widzę pod ma­ry­narką, również do­brze wy­tre­no­wa­ne ciało. Jeśli chcesz, załatwię ci spo­tka­nie kwa­li­fi­ka­cyj­ne.

Na­prawdę nie byłem w sta­nie pro­wa­dzić dys­ku­sji o ja­kich­kol­wiek agen­cjach, nie mówiąc już o po­dej­mo­wa­niu de­cy­zji. Miałem znacz­nie bar­dziej ba­nal­ne pro­ble­my. Po pierw­sze: jak uspo­koić wal­ce pa­ro­we, które tańczą w mo­jej głowie w sza­lo­nym ryt­mie pio­sen­ki Di­sco Pogo? Po dru­gie: gdzie są te bur­ge­ry?

- A poza tym na­zy­wam się Ni­hat. - I całą swoją uwagę znów poświęcił gril­lo­wi.

- Faj­nie, Ma­rio je­stem.

Jeśli nie dam mu swo­je­go nu­me­ru, na pew­no się ob­ra­zi i nie będzie się sta­rał porządnie przy­go­to­wać je­dze­nia, którego aku­rat dzi­siaj w żad­nym ra­zie nie może spie­przyć, pomyślałem so­bie i pewną ręką za­pi­sałem mu go na ulot­ce. Wie­działem prze­cież, gdzie go szu­kać, gdy­by spo­tkało mnie coś złego. Po­tem Ni­hat podał nam bur­ge­ry. W końcu!

- Fryt­ki za­raz będą - zawołał.

St. Pau­li wy­grało osta­tecz­nie dwa do zera. Dla nas, ham­bur­czyków, była to naj­wy­raźniej szczęśliwa so­bo­ta.

TE­LE­FON

Z agen­cji za­dzwo­ni­li we wto­rek po południu. Roz­mo­wa nie trwała na­wet dwóch mi­nut. Po­da­no mi ter­min, go­dzinę spo­tka­nia i ad­res. Myk, myk. W ciągu trzech dni, które tym­cza­sem minęły, nie przeszła mi na­wet przez myśl ta cała mo­de­lin­go­wa hi­sto­ria, bo i tak nie trak­to­wałem tego poważnie. Ale Ni­hat naj­wy­raźniej do­trzy­mał słowa. Na­tych­miast wy­go­oglałem nazwę tej fir­my i nie mogłem uwie­rzyć w to, co zo­ba­czyłem na mo­ni­to­rze. Za­dzwo­ni­li do mnie właśnie z jed­nej z naj­lep­szych nie­miec­kich agen­cji mo­de­lin­go­wych. Mu­siałem to od razu opo­wie­dzieć Lei, która aku­rat z kil­kor­giem przy­ja­ciół przy­go­to­wy­wała ko­lację. O lu­dzie, będą kom­plet­nie za­sko­cze­ni. Ja i mo­de­ling, aku­rat ja!

Po­gnałem do kuch­ni i kie­dy wy­rzu­całem z sie­bie swoją nie­wia­ry­godną hi­sto­ryjkę, od razu wy­czy­tałem z ich twa­rzy, co mnie za chwilę cze­ka. Ktoś za­wsze musi być kozłem ofiar­nym i znieść bez słowa pro­te­stu grad do­cinków. Te­raz ko­lej przyszła właśnie na mnie. Muszę jed­nak przy­znać, że do­star­czyłem swo­im kum­plom ide­al­ne­go pre­tek­stu.

- Hej, spójrz na tego mo­de­la. - PJ się roześmiał i wska­zał na mnie.

Den­nis z eg­zal­tacją pod­niósł się z krzesła i z ręką na bio­drze nie­na­tu­ral­nie prze­szedł się aż do drzwi, odwrócił i po­wie­dział:

- Dra­mat, ko­cha­nie!

PJ pra­wie tur­lał się ze śmie­chu po podłodze.

- Tak, tak, Bru­ce Dar­nell. - Uśmie­chałem się od ucha do ucha. - Możecie mnie spo­koj­nie po­sa­dzić na końcu stołu, ale daj­cie mi le­piej jesz­cze jedną porcję tego cur­ry! Je­stem głodny jak wilk!

Lea czu­le przesłała mi nad stołem całusa. Uważała tę nową sy­tu­ację za eks­cy­tującą co naj­mniej tak samo jak ja, tyl­ko ja sta­rałem się nie dać tego po so­bie po­znać. A ona pro­mie­niała i pękała z dumy!

W AGEN­CJI

Dwa dni później stało się. Zna­lazłem jakąś wymówkę, żeby wyjść z biu­ra pół go­dzi­ny wcześniej, i po­je­chałem au­to­bu­sem na Gold­be­ku­fer, do jed­nej z naj­lep­szych dziel­nic miesz­kal­nych Ham­bur­ga.

Chłopie, chłopie, myślałem, gdy stałem przed wy­twor­nym wejściem do agen­cji i gapiłem się na wy­po­le­ro­waną do połysku mosiężną ta­bliczkę. Wyglądało na to, że do­brze im się wie­dzie.

Podałem re­cep­cjo­ni­st­ce swo­je na­zwi­sko i za­pro­wa­dzo­no mnie do holu. Sie­działo tam już sześciu in­nych chłopaków, którzy obojętnie przeglądali ja­kieś ma­ga­zy­ny mody. Jesz­cze i to, ca­sting gru­po­wy. Stłumiłem po­de­ner­wo­wa­nie i zacząłem lu­stro­wać każdego ze swo­ich kon­ku­rentów. Od razu zro­biło mi się go­rzej.

- O cho­le­ra, wszy­scy świet­nie wyglądają! - zakląłem po ci­chu. Próbowałem nie dać nic po so­bie po­znać i żeby się czymś zająć, wziąłem z dużego stołu kon­fe­ren­cyj­ne­go nie­miec­kie­go "Vo­gue'a". Chłopa­ki na­prawdę wyglądały tak, jak so­bie wy­obrażałem praw­dzi­wych mo­de­li: uśmiech jak z re­kla­my pa­sty do zębów, sek­sow­ne ciała, włosy ułożone na żel. Moja ułomność nie miała dla mnie w tym mo­men­cie żad­ne­go zna­cze­nia. Myślałem ra­czej: człowie­ku, masz wiel­gach­ny nos, twój tors jest zbyt ma­syw­ny, a w porówna­niu z tymi su­per­me­na­mi masz ra­czej zero prze­ci­nek zero szans na zo­sta­nie mo­de­lem. Dla­cze­go mie­li­by wziąć aku­rat cie­bie, jeśli mogą mieć tych chłopaków?

Na ścia­nie na­prze­ciw­ko mnie wi­siał duży ekran. Le­ciało MTV, ale bez dźwięku. Gdy­by nie te­le­wi­zor, mogłaby to być równie do­brze po­cze­kal­nia ja­kie­goś den­ty­sty. Tak się w każdym ra­zie tam czułem. Ścia­na po pra­wej stro­nie była z mlecz­ne­go szkła i można ją było prze­su­wać. Za nią znaj­do­wały się właściwe po­miesz­cze­nia agen­cji. Ludz­kie cie­nie wciąż prze­miesz­czały się tam w jedną i drugą stronę, ale ni­cze­go nie dało się roz­po­znać. Za każdym ra­zem kie­dy je­den z tych cie­ni pod­cho­dził do drzwi, resz­ta chłopaków od­wra­cała się z na­dzieją, by później znów roz­cza­ro­wa­na poświęcić uwagę ma­ga­zy­nom. Ta ścian­ka działowa wy­da­wała się ba­rierą nie do po­ko­na­nia. Nie wie­działem dla­cze­go, w końcu to oni mnie za­pro­si­li - ale mimo to wszyst­ko wy­da­wało mi się ta­kie nie­rze­czy­wi­ste. Czy za tymi drzwia­mi z mlecz­ne­go szkła na­prawdę spełniają się ma­rze­nia? Jest tam ja­kieś wejście do no­we­go życia?

PIERW­SZE ZDJĘCIA

Wkrótce ma­gicz­na ścia­na otwo­rzyła się po raz pierw­szy, do na­szej po­cze­kal­ni wszedł jakiś mężczy­zna i za­brał ze sobą do tej zie­mi obie­ca­nej pierw­sze­go chłopa­ka. Po­wta­rzało się to w piętna­sto­mi­nu­to­wym ryt­mie, dopóki nie zo­stał już tyl­ko je­den - ja!

- Cześć, je­stem Chri­stian, od­po­wia­dam za nowe twa­rze, ale to wszyst­ko pew­nie już słyszałeś - po­wie­dział, kie­dy szliśmy przez agencję. Stanęliśmy przed białą ścianą. - Te­raz zro­bi­my ci kil­ka zdjęć, żeby zo­ba­czyć, jak so­bie da­jesz radę, do­brze?

- Nie ma pro­ble­mu. - Próbowałem za­tu­szo­wać swoją ner­wo­wość non­sza­lancją. - Po­radzę so­bie.

- Bar­dzo do­brze. Roz­bierz się do pasa. Za­raz przyj­dzie ktoś z apa­ra­tem.

Ro­ze­brałem się, fo­to­graf wy­szedł zza rogu i od razu zaczął pstry­kać zdjęcia.

- Mam coś zro­bić?

- Nie, nie. - Machnął ręką. - Bądź po pro­stu zupełnie na­tu­ral­ny.

Na­tych­miast za­uważyłem jego kry­tycz­ne spoj­rze­nie, kie­dy zo­ba­czył mój ma­syw­ny tors. Grałem jesz­cze wte­dy w klu­bie w ko­szykówkę, na po­zy­cji, na której trze­ba być bar­dzo sil­nym. A po­nie­waż przy wzroście stu osiem­dzie­sięciu sześciu cen­ty­metrów do gry w środ­ku pola byłem trochę za ni­ski, mu­siałem zrówno­ważyć swo­je bra­ki siłą mięśni. Każdą wolną chwilę spędzałem za­tem z chłopa­ka­mi w klu­bie McFit i wy­ci­skałem ciężary.

- Li­ght like a fe­ather! 5 - wołaliśmy do sie­bie, dokład­nie tak jak Mu­ham­mad Ali. Lu­dzie ko­cha­ni, na­prawdę prze­sa­dza­liśmy. Wle­wałem w sie­bie kok­taj­le białkowe, bez końca brałem ta­blet­ki z kre­atyną i tak in­ten­syw­nie bu­do­wałem masę mięśniową, że w pew­nym mo­men­cie ważyłem dzie­więćdzie­siąt ki­lo­gramów - to była ab­so­lut­nie mak­sy­mal­na waga przy moim wzroście.

A te­raz stałem tu­taj.

- Masz piękną twarz - po­wie­dział w końcu fo­to­graf. - Po­do­ba mi się. Żebyśmy cię przyjęli, mu­sisz jed­nak stać się bar­dziej sprężysty i atle­tycz­ny. Masz pre­dys­po­zy­cje, ale ukry­wasz je pod tymi wszyst­ki­mi mięśnia­mi. Mniej cho­dzi nam o masę, a bar­dziej o rzeźbę ciała.

- Ma­rio, masz to coś. - Chri­stian kiwnął po­ta­kująco głową. - Biorę pod uwagę, że cię przyj­mie­my, ale daj­my so­bie trochę cza­su. Jeśli tego chcesz, jeśli na­prawdę miałbyś ochotę pra­co­wać jako mo­del, to po­wo­li gub masę, żebyś nie wyglądał jak mięś niak. Wy­bacz, że mówię to tak wprost.

- W porządku. - Roześmiałem się.

Miał prze­cież rację. Na­prawdę wyglądałem jak mniej­sza wer­sja Do­lpha Lund­gre­na z fil­mu Roc­ky IV - w kan­cik i z fa­so­nem. Ale właśnie ten styl był wówczas w mo­dzie. Słucha­liśmy Bu­shi­da i 50 Cen­ta, sza­le­liśmy za gang­sta ra­pem6 i uda­wa­liśmy mo­ca­rzy.

- Mógłbyś też trochę ogra­ni­czyć wi­zy­ty w so­la­rium. Może dziew­czy­ny, które w week­en­dy przy­jeżdżają z przed­mieść na ba­sen, za tym sza­leją, ale my tu­taj nie za bar­dzo. Za­tem, Ma­rio, za­cznij pra­co­wać nad gu­bie­niem mięśni i zgłoś się, kie­dy po­czu­jesz, że je­steś go­to­wy, do­brze? Już się cieszę, że do nas dołączysz.

Chri­stian podał mi rękę i już się chciał pożegnać, gdy zacząłem się namyślać. Mu­siałem mu o tym ko­niecz­nie po­wie­dzieć!

- Yyy, Chri­stian - zająknąłem się zakłopo­ta­ny. Nie bar­dzo wie­działem, jak mam to po­wie­dzieć.

- Tak?

- Jest jesz­cze jed­na rzecz.

- Co ta­kie­go?

- Naj­prościej będzie, jeśli ci to pokażę.

Usiadłem na krześle, na którym leżały moja ko­szul­ka i swe­ter, roz­piąłem dżinsy i ściągnąłem je aż do ko­stek. Chri­stian pa­trzył na mnie, jak gdy­bym małym stat­kiem ko­smicz­nym wylądował właśnie wprost przed jego no­sem. Jego spoj­rze­nie prze­wier­cało moją or­tezę, usta miał otwar­te, ale nie po­wie­dział ani słowa. Było dla mnie ja­sne, że w tym mo­men­cie muszę przejąć ster, rozłado­wać napięcie i skie­ro­wać roz­mowę na właściwe tory.

- Do­bra, wyszło szydło z wor­ka! - Klasnąłem w dłonie i ze­rwałem się z krzesła. - Mam pewną ułomność. Nie wiem, czy możecie z tym coś zro­bić, czy też mogłoby to was ogra­ni­czać w na­szej współpra­cy.

Chri­stian wciąż nic nie mówił.

- To zna­czy, o ile w ogóle jakaś współpra­ca jest możliwa - szyb­ko do­rzu­ciłem.

W mil­cze­niu i z ręką na bro­dzie, chy­ba żeby za­sy­gna­li­zo­wać, że właśnie in­ten­syw­nie się za­sta­na­wia, ob­szedł mnie trzy razy, uważnie mnie tak­sując.

- Ma­rio - po­wie­dział w końcu su­cho, gdy już skończył swój obchód - co to za za­sra­ne wi­do­wi­sko?

- No, moja pra­wa noga jest znacz­nie krótsza, dla­te­go noszę pro­tezę. Po­praw­nie w języku me­dycz­nym po­wi­nie­nem właści­wie po­wie­dzieć: or­tezę, ale mało kto zna ten ter­min, więc za­zwy­czaj mówię o pro­tezie. Ta na­zwa jest chy­ba częściej używa­na.

- Mhmmm - wy­mru­czał i prze­je­chał obie­ma rękami po włosach.

- Ale mogę nią robić wszyst­ko - dodałem szyb­ko, w na­dziei, że w za­rod­ku zduszę myśli, które już zaczął snuć. - Ska­kać, bie­gać, grać w piłkę nożną. Żaden pro­blem!

- Wszyst­ko ja­sne - po­wie­dział po­tem bar­dzo zde­cy­do­wa­nie, z rękami opar­ty­mi na bio­drach. - Jeśli wpad­niesz tu znów i two­je ciało mi się spodo­ba, znaj­dzie­my ja­kieś roz­wiąza­nie. Damy so­bie z tym radę.

- Se­rio? Na­wet w tej sy­tu­acji? - po­wie­działem zdzi­wio­ny. Z tym się nie li­czyłem.

- Świat jest wiel­ki, a klien­ci mają najróżniej­sze życze­nia. Może będzie­my cię mo­gli gdzieś umieścić, może nie. Tak jak po­wie­działem: jeśli cię przyj­mie­my.

To brzmiało fair.

- A te­raz zdej­mij spodnie do końca. Muszę to coś... yyy... tę or­tezę dokład­nie sfo­to­gra­fo­wać, żeby inni w agen­cji też wie­dzie­li, w co się wpusz­czają...

- ...za­nim zde­cy­dują: tego bie­rze­my, tego ka­lekę! - Zaśmiałem się.

Chri­stian również zaczął się śmiać.

- To mi się po­do­ba. Mam co do cie­bie do­bre prze­czu­cia. Nie bra­ku­je ci po­czu­cia hu­mo­ru. A w tej branży będziesz go po­trze­bo­wał.

Uff! Pierw­szy krok zro­bio­ny. Bar­dzo do­brze, że po­wie­działem całą prawdę, za­miast cer­to­lić się tyl­ko po to, by sztucz­nie utrzy­my­wać przy życiu myśl o tym świe­cie fan­ta­zji. Moją ułomność mo­gli wy­ko­rzy­stać jako wymówkę, żeby mnie nie przyjąć, a tego nie chciałem. Nie dało się prze­cież wy­klu­czyć, że po­wie­dzie­li­by: "Jak to, Ma­rio jest nie­pełno­spraw­ny? Dla­cze­go ten chłopak od razu o tym nie po­wie­dział? W ta­kim ra­zie jest kom­plet­nie bezużytecz­ny!".

Myślę, że pew­ne­go dnia i tak mu­siałbym wyłożyć kar­ty na stół - le­piej więc wcześniej niż później. Mimo to trochę się bałem tej chwi­li. Nie miałem pojęcia, jaki sto­su­nek do nie­pełno­spraw­ności mają lu­dzie ze świa­ta mody i jak za­re­agują na moją or­tezę. Za­sad­ni­czo nie mam pro­blemów z pew­nością sie­bie. Prze­ciw­nie. Po­tra­fię bar­dzo dokład­nie oce­nić, co mogę, a cze­go nie. Ale po­ru­szałem się po całkiem ob­cym te­re­nie. Zna­lazłem się na­gle w sy­tu­acji, w której mu­siałem się dosłownie obnażyć przed ludźmi, z którymi nie miałem przed­tem nic wspólne­go.

Zna­lazłem się w sy­tu­acji, w której łatwo było mnie zra­nić - przez całe swo­je życie za­wsze tego uni­kałem, a te­raz mu­siałem się li­czyć z tym, że zo­stanę od­rzu­co­ny i usłyszę od­mowę. Ale każdy kie­dyś musi podjąć to ry­zy­ko, jeśli nie chce drep­tać w miej­scu. Jak traf­nie rze­kli EPMD, je­den z naj­lep­szych ra­per­skich duetów wszech czasów: It's like lot­to. You have to be in it to win it7.

NOWE CIAŁO

Przez następne czte­ry mie­siące tre­no­wałem, tre­no­wałem, tre­no­wałem, przy czym sku­piałem się pra­wie wyłącznie na wy­trzy­małości. Prze­ra­białem pełny pro­gram i w siłowni mu­siałem się do­pie­ro przy­zwy­czaić do tego, że nie kon­ku­ruję z chłopa­ka­mi w "pa­ker­skim" kąciku, tyl­ko idę tam, gdzie chodzą dziew­czy­ny. To zna­czy na bieżnię, tre­nażer elip­tycz­ny (cros­stra­iner) i ste­per. Mu­siałem oczy­wiście tego i owe­go wysłuchać, bo nie mogłem kum­plom zdra­dzić swo­ich planów. Co miałem im po­wie­dzieć? "Wie­cie co, chcę zo­stać mo­de­lem i wolę dziś iść na ste­per. Mój tyłek musi być le­piej wy­rzeźbio­ny!"? Nie, nie! Nie­ważne, jak bym to sfor­mułował, na długi czas zo­stałbym ofiarą zna­jo­mych i mu­siałbym wysłuchi­wać głupich żartów. Wiem, bo sam nie in­a­czej się za­cho­wy­wałem.

Mu­siałem oczy­wiście dbać o swo­je mięśnie. Żeby je zmniej­szyć, ale żeby jed­no­cześnie zy­skały wy­ra­zi­sty wygląd, tę rzeźbę, na której mi zależało, pra­co­wałem tyl­ko z lek­ki­mi ciężar­ka­mi, za to w nie­skończo­ność po­wta­rzałem ćwi­cze­nia. Czte­ry razy w ty­go­dniu po trzy, czte­ry go­dzi­ny tre­nin­gu to był stan­dard. Miałem przed ocza­mi cel i chciałem go osiągnąć jak naj­szyb­ciej. Ra­dy­kal­nie zmie­niłem też dietę, co nie było ta­kie łatwe, po­nie­waż mu­siałem co­dzien­nie wy­gry­wać walkę ze stołówką w Nord­deu tscher Rund­funk8, gdzie zdo­by­wałem wy­kształce­nie jako han­dlo­wiec spe­cja­li­sta do spraw ko­mu­ni­ka­cji biu­ro­wej9. Sta­rałem się jeść jak naj­mniej węglo­wo­danów i zupełnie zre­zy­gno­wać z piz­zy, fry­tek, bur­gerów, ma­ka­ro­nu, ke­ba­bu i ka­na­pek. W jadłospi­sie były: ryby, sałata, owo­ce i wa­rzy­wa. I przy po­ran­nym spraw­dza­niu wagi mogłem pa­trzeć, jak ki­lo­gra­my grzecz­nie zni­kają. Bye, bye, ko­cha­ne. Znajdźcie so­bie nowy do­me­czek!

Schudłem dwa­naście ki­lo­gramów, ważyłem już tyl­ko sie­dem­dzie­siąt osiem, ale w swo­im pojęciu wciąż wyglądałem zdro­wo. Moja dziew­czy­na oczy­wiście cie­szyła się ze zmian, które we mnie za­uważyła, cho­ciaż jesz­cze zupełnie nie poj­mo­wała ich skutków. Niby jak miała je poj­mo­wać, jeśli na­wet ja sam nie miałem bla­de­go pojęcia, co mnie cze­ka w naj­bliższych mie­siącach? Oto za­tem mam ta­kie ciało, ciało mo­de­la Ma­ria, ja­kie­go żądała agen­cja. Wie­działem wpraw­dzie, że nie wyglądam jesz­cze ide­al­nie, ale byłem na do­brej dro­dze. Mogłem wystąpić w po­ka­zie!

Po­tem już wszyst­ko poszło szyb­ko. Za­dzwo­niłem do agen­cji, umówiłem się na następny dzień, znów zro­bio­no mi zdjęcia i bez dal­szych dys­ku­sji przyjęto. Myślę, że mój swo­bod­ny i na­tu­ral­ny sto­su­nek do ułomności ko­niec końców roz­strzygnął o tym, że pod­pi­sa­li ze mną kon­trakt. Nig­dy nie jąkałem się, zmie­sza­ny, żeby uspra­wie­dli­wić swoją od­mien­ność albo wręcz się z niej tłuma­czyć. To im chy­ba za­im­po­no­wało, tak myślę. Lea po­wie­działa mi: "Idź tam i po pro­stu bądź sobą, bądź Ma­riem, wte­dy nie będą mo­gli cię nie po­ko­chać".

W efek­cie spośród chłopaków, którzy wte­dy cze­ka­li w holu na swoją szansę, udało się tyl­ko mnie. Po­zo­stałych nig­dy więcej nie wi­działem.

Moja pierw­sza kar­ta mo­de­la w całości składała się z tak zwa­nych po­la­ro­idów, naj­zwy­czaj­niej­szych w świe­cie po­la­ro­idów, które pro­wi­zo­rycz­nie zro­bi­liśmy w agen­cji. Była to kart­ka for­ma­tu A5, z przo­du mieściło się jed­no duże zdjęcie, a z tyłu od dwóch do czte­rech mniej­szych zdjęć mo­de­la, wy­mia­ry ciała i ad­res agen­cji. Moja twarz była nie­doświe­tlo­na, bez ma­ki­jażu od­po­wied­nie­go do stro­ju. Nie do­stałem też na­prawdę sty­lo­wych, de­si­gner­skich ciuchów. Wy­da­wało mi się to dziw­ne i zupełnie poważnie za­da­wałem so­bie py­ta­nie, jak na pod­sta­wie tych ama­tor­skich zdjęć Karl La­ger­feld albo Wol­fgang Joop mie­li­by wy­ro­bić so­bie o mnie zda­nie. Ja bym sie­bie nie za­trud­nił. W każdym ra­zie nie ta­kie­go. Nie znałem me­cha­nizmów rządzących tą branżą i po pro­stu za­ufałem swo­jej agen­cji, która prze­cież po­win­na wie­dzieć, co robi. Cóż mi po­zo­stało?

KO­NIEC CZE­KA­NIA

Do­bre sześć ty­go­dni minęło, za­nim znów się do mnie zgłosi­li. W tym biz­ne­sie obłędnie dużo cza­su upływa na cze­ka­niu. Cze­ka­niu na sa­mo­lot, fo­to­gra­fa, zapłatę, ale co naj­ważniej­sze: cze­ka­niu na ten te­le­fon, który wszyst­ko zmie­nia.

Aku­rat sie­dzie­liśmy z matką, oj­czy­mem i moją dziew­czyną przy ko­la­cji w blo­ku w Ep­pen­dor­fie, tuż za ro­giem mo­jej daw­nej szkoły, kie­dy usłyszałem dzwo­nek komórki. Spoj­rzałem na wyświe­tlacz: Chri­stian z agen­cji.

- Nie od­bie­rzesz? - spy­tała Lea i za­nu­rzyła pie­czo­ne­go ziem­nia­ka w twa­rożku z ziołami.

- Mój agent - po­wie­działem pod­eks­cy­to­wa­ny do ze­bra­nych. - Dla­cze­go dzwo­ni tak późno?

- Nie do­wiesz się, jeśli nie od­bie­rzesz - stwier­dziła Lea, z przy­jem­nością przeżuwając swo­je­go ziem­nia­ka.

- Od­bie­raj, już. - Pod­nie­co­na mat­ka ge­sty­ku­lo­wała nożem.

- Ma­rio Gal­la, słucham - przed­sta­wiłem się z dy­stan­sem, jak gdy­bym nie wie­dział, kto jest na li­nii.

- Ma­rio, masz pierw­sze zle­ce­nie. Gra­tu­luję!

Całko­wi­cie osłupiałem. Moje ser­ce łomo­tało ile sił. Chciałem coś po­wie­dzieć, co­kol­wiek, ale za­brakło mi tchu. Najchętniej wy­sko­czyłbym w górę z radości, a w ułamku se­kun­dy prze­le­ciały mi przez głowę naj­dzik­sze myśli. Do bie­gu, go­to­wi, start... w końcu... te­raz mam kupę kasy na wyciągnięcie ręki... świe­tla­na przyszłość pełna euro i do­larów... wiel­ki świat, ko­cha­ny...

Po­wo­li się uspo­koiłem.

- Tak, su­per. Kie­dy by to miało być? - od­po­wie­działem trochę obłudnie. Nie in­te­re­so­wał mnie ter­min, tyl­ko jak wy­so­kie miało być moje ho­no­ra­rium. Ale jesz­cze nie miałem od­wa­gi za­py­tać. Chri­stian opo­wie­dział mi trochę o se­sji, o tym, jaki fo­to­graf miał robić zdjęcia, to wszyst­ko też było bar­dzo in­te­re­sujące.

Lea i mat­ka z cie­ka­wością gapiły się na mnie, tyl­ko André całą uwagę nadal poświęcał swo­je­mu ste­ko­wi z polędwi­cy. Cze­kałem, aż roz­mo­wa będzie do­bie­gać końca. Miałem plan, żeby tuż przed finałem za­cho­wać się jak Co­lum­bo. Zro­bić to tak jak on, uśpiw­szy czuj­ność prze­ciw­ni­ka. Prze­cież właśnie ten de­tek­tyw, kie­dy był już pra­wie przy drzwiach, od­wra­cał się, za­wsze pogrążony w myślach, jesz­cze raz i mi­mo­cho­dem rzu­cał: "Ach, tak, byłbym za­po­mniał...".

Chwy­ciłem frytkę, na­brałem nią sosu bar­be­cue i włożyłem do ust.

- Wszyst­ko za­po­wia­da się świet­nie - mlasnąłem. - Ach, byłbym za­po­mniał. Jak się mają spra­wy z gażą?

Chri­stian zaczął się śmiać.

- Ma­rio, co ro­zu­miesz przez gażę?

Pra­wie się za­krztu­siłem.

- Masz zdjęcia próbne.

Nie re­ago­wałem.

- Będzie cię fo­to­gra­fo­wał Mo­ritz Schmid. To bar­dzo do­bry fo­to­graf.

- No i? - po­wie­działem su­cho.

- To jest tak - wyjaśnił Chri­stian - że Mo­ritz nie do­sta­je za to żad­nych pie­niędzy. Wizażyst­ka nie do­sta­je pie­niędzy i sty­list­ka też nic za to nie do­sta­je...

Tak, wszyst­ko ja­sne, pomyślałem w tym mo­men­cie. To ja do­stanę tyl­ko ze dwa tysiące euro na początek. Też do­brze.

- ...i ty, tak jak wszy­scy inni, również nie do­sta­jesz za to nic.

Słowo "nic" do­dat­ko­wo za­ak­cen­to­wał, żebym wresz­cie na­prawdę ska­po­wał.

Nic? Zero? Właści­wie nie tak to so­bie wy­obrażałem. Zupełnie nie tak. Nie poj­mo­wałem, dla­cze­go mam pra­co­wać za nic. Uśmiech zniknął mi z twa­rzy równie szyb­ko, jak się po­ja­wił.

Se­sja miała się odbyć w środ­ku ty­go­dnia gdzieś na Pu­sta­ci Lüne­bur­skiej, w ciągu dnia, kie­dy po­wi­nie­nem nor­mal­nie pra­co­wać w biu­rze.

- I co, masz czas i ochotę?

- Ja­sne - po­wie­działem szyb­ko i zacząłem apa­tycz­nie grze­bać w ta­le­rzu.

Coś wymyślę, żeby się uspra­wie­dli­wić w NDR, ale mój nastrój spadł poniżej zera. W myślach szyb­ko streściłem to, co Chri­stian mi właśnie po­wie­dział: mam olać naukę, żeby po­je­chać na sesję, która po pierw­sze odbędzie się na ja­kimś cho­ler­nym za­du­piu, a po dru­gie nikt mi za nią nie zapłaci. Szcze­rze mówiąc, jak dla mnie to nie był do­bry in­te­res. Chri­stian za­uważył, że mój początko­wy en­tu­zjazm co­raz bar­dziej gasł.

- Ma­rio, tak po pro­stu jest. Żeby do­sta­wać zle­ce­nia, które przy­noszą pie­niądze, mu­sisz mieć naj­pierw świet­ne zdjęcia. Do­pie­ro kie­dy skom­ple­tu­jesz praw­dziwą książkę mo­de­la, z którą klient będzie mógł coś zro­bić, kie­dy będziesz miał zdjęcia, które pokażą twoją pla­stycz­ność, do­pie­ro wte­dy będziesz rzu­cał się klien­tom w oczy. Na tych po­la­ro­idach, które zro­biliśmy ci w agen­cji, da­le­ko nie za­je­dziesz. Mu­sisz mieć tego świa­do­mość. Początki za­wsze są trud­ne. Te­raz ważne jest, co ty z tym zro­bisz, a przede wszyst­kim czy je­steś gotów za­in­we­sto­wać we własną ka­rierę.

Wszyst­ko mogłem po­wie­dzieć, ale nie to, że de­cy­zja była dla mnie oczy­wi­sta. Kon­trakt już pod­pi­sałem, myślałem więc, że te­raz ofi­cjal­nie je­stem praw­dzi­wym mo­de­lem! Byłem młody, naiw ny i po­trze­bo­wałem pie­niędzy, które nadal płynęły obok mnie.

- Ma­rio, słuchaj. Masz nie­wia­ry­god­ne szczęście. Mo­ritz jest świet­nym fo­to­gra­fem. Po se­sji do­sta­niesz na­prawdę do­sko­nałe zdjęcia. Je­stem tego pe­wien.

- Mhmmm - mruknąłem, nie­szczególnie pod wrażeniem.

- Większość mo­de­li w two­jej sy­tu­acji zapłaciłaby kupę kasy za to, żeby móc umieścić ta­kie zdjęcia w swo­im port­fo­lio. A ty masz szansę do­stać je za dar­mo.

Cho­ciaż jego słowa brzmiały, oczy­wiście, sen­sow­nie, było to dla mnie pierw­sze poważne roz­cza­ro­wa­nie, którego się nie spo­dzie­wałem. Zupełnie se­rio myślałem, że wiel­kie kon­trak­ty z mega budżeta­mi tak po pro­stu na mnie cze­kają. Rze­czy­wi­stość do­padła mnie bez ostrzeżenia.

Trochę podłama­ny po­dziękowałem Chri­stia­no­wi za te­le­fon i za­trosz­czyłem się naj­pierw o trzy żądne wie­dzy sępy, które chciały wszyst­ko jesz­cze raz dokład­nie usłyszeć z mo­ich ust. Ro­dzi­ce i Lea cie­szy­li się z no­win dużo bar­dziej niż ja.

- To su­per! - mówiła uszczęśli­wio­na mama.

Lea wyści­skała mnie i czu­le pocałowała w usta, co w tej aku­rat chwi­li nie bar­dzo mnie po­cie­szyło.

- Żad­nych pie­niędzy! - mam­ro­tałem wciąż pod no­sem. - Żad­nych pie­niędzy.

PIERW­SZA SE­SJA

Se­sja odbyła się ty­dzień później. Po­je­cha­liśmy pociągiem ze sta­cji Ham­burg Dam­m­tor na Pu­stać Lüne­burską. Agen­cja po­kryła kosz­ty podróży, sie­dem i pół euro, co wówczas nie przy­niosło mi żad­nych ko­rzyści, bo z bi­le­tem stu­denc­kim i tak jeździłem za dar­mo. Nie po­wstrzy­mało mnie to przed zro­bie­niem małego do­dat­ko­we­go in­te­re­su. Po­przed­nie­go wie­czo­ru umówiłem się z Ti­nem, dru­gim mo­de­lem w tej se­sji próbnej, i wyko­rzystałem okazję, żeby go trochę wy­py­tać.

- Jak to jest? Też nic nie do­sta­jesz?

- Nie­ee, to tyl­ko zdjęcia próbne - od­po­wie­dział, jesz­cze trochę śpiący.

- Hmm, czy to na­prawdę ma sens?

- To nor­mal­ne. Ja w tym roku...

Zaczął li­czyć na pal­cach.

- ...za­li­czyłem już piętnaście ta­kich. Nie licząc tej dzi­siej­szej.

- Świet­nie, kur­ka - po­wie­działem prze­rażony. - Piętnaście razy gdzieś jeździłeś i nie do­sta­wałeś za to ani cen­ta?

- Ja­sne. - Tino się do mnie uśmiechnął. - A co ty myślisz?

Chwi­lo­wo zupełnie nie myślałem.

Już chciałem od­po­wie­dzieć: "No, że na­tych­miast wy­star­tu­je­my z ogólno­kra­jową kam­pa­nią! Bo cóż in­ne­go?", ale so­bie da­ro­wałem.

Czułem się tak pod­le, że najchętniej wy­rzy­gałbym się na podłogę przed nami. Piętnaście występów na wrzo­so­wi­sku za fri­ko? Słowa Tina brzmiały w mo­jej głowie jesz­cze długo, kie­dy pod­miej­skie dziel­ni­ce Ham­bur­ga prze­la­ty­wały obok nas jed­na za drugą.

Roz­bi­liśmy obóz w ład­nym domu z muru pru­skie­go, należącym do krew­nych kogoś z ze­społu, więc jego wy­najęcie nic nie kosz­to­wało. Tam zo­sta­wia­liśmy mnóstwo wa­li­zek, ubrań i wszel­kie­go in­ne­go ekwi­pun­ku, kie­dy jeździ­liśmy po oko­li­cy, żeby robić zdjęcia. Było dość cha­otycz­nie - sty­list­ka przy­je­chała z dziec­kiem, które przez cały czas ka­pry­siło, w kółko ry­czało i de­ner­wo­wało nas wszyst­kich, a nie dało się go uci­szyć. Wy­jazd miał w so­bie coś z wy­ciecz­ki szkol­nej: ściśnięci w szóstkę sie­dzie­liśmy w sta­rym gol­fie trójce z ciu­cha­mi, apa­ra­ta­mi i sta­ty­wa­mi na ko­la­nach i krążyliśmy po la­sach Pu­sta­ci Lüne­bur­skiej. Właści­wie wy­obrażałem so­bie, że moja pierw­sza se­sja będzie trochę bar­dziej wy­kwint­na.

Cały dzień cie­szyłem się na to, że wskoczę w końcu w gar­ni­tur z klasą, za­cznę po­zo­wać aż do prze­sa­dy sek­sow­nie i po pro­stu będę się świet­nie bawił. Po­tem pierw­szy raz rzu­ciłem okiem na ciu­chy i za­li­czyłem twar­de lądo­wa­nie.

- O mój Boże. Co to jest? - Roześmiałem się głośno i pod­niosłem wy­so­ko biały ob­szer­ny swe­ter, na którym wid­niało coś w ro­dza­ju głowy Dar­tha Va­de­ra i na­pis "IT'S A COLD WORLD". Coś ta­kie­go mógłby ewen­tu­al­nie włożyć mój młod­szy brat, ale nie ja na swo­jej pierw­szej se­sji. Czy na­prawdę chciałbym mieć ta­kie zdjęcia w port­fo­lio? Hmmm. Do wy­bo­ru był jesz­cze ol­brzy­mi czer­wo­ny płaszcz ja­kie­goś japońskie­go pro­jek­tan­ta, który uznałem za trochę bar­dziej sty­lo­wy i który, jak wszy­scy wie­lo­krot­nie i aż nad­to wyraźnie pod­kreślali, był me­ga­dro­gi, ale moje myśli kręciły się wokół cze­goś zupełnie in­ne­go: prze­cież w tych wo­rach w roz­mia­rze XXL w ogóle nie będzie widać mo­je­go ciała! Czy nie o to cho­dzi, żebym do­stał zdjęcia, na których klien­ci będą mo­gli zo­ba­czyć, ja­kie wspa­niałe mam kształty?

Ale w porządku, to była moja pierw­sza se­sja i nie chciałem od początku ucho­dzić za za­ro­zu­mial­ca. Grałem w tę grę ze wszyst­ki­mi i dawałem się fo­to­gra­fo­wać w naj­bar­dziej zwa­rio­wa­nych ko­stiu­mach, ja­kie tyl­ko były w tym skarb­czy­ku, na­wet jeśli w niektórych wyglądałem jak Mar­sja­nin. Na ko­niec dnia mogłem do swo­jej książki dodać trzy na­prawdę piękne zdjęcia. Agen­cja była szczęśliwa, zespół był szczęśliwy, więc ja też.

Pod­czas se­sji stało się ze mną coś, co uświa­do­miłem so­bie do­pie­ro, gdy znów sie­działem przy swo­im biur­ku w NDR i przeglądałem pa­pie­ry. Po raz pierw­szy w życiu zro­zu­miałem, co to zna­czy mieć praw­dzi­we ma­rze­nie, a przede wszyst­kim dążyć do tego, żeby się spełniło. Lu­dzie z tego ze­społu - fo­to­graf i jego asy­stent, wizażyst­ka, ten dru­gi mo­del i sty­list­ka, która na­wet za­brała ze sobą dziec­ko - poświęcili wie­le wysiłku, za który nie do­sta­li ani cen­ta, za­in­we­sto­wa­li mnóstwo cza­su i ener­gii, a to wszyst­ko tyl­ko dla­te­go, że nie wy­obrażali so­bie, by mo­gli się poświęcić cze­mu­kol­wiek in­ne­mu.

Na­wet jeśli ciu­chy nie były ta­kie, jak so­bie wy­obrażałem, a styl mógłby być, jak dla mnie, nie­co ele­gant­szy, czułem prze­cież na tej se­sji ener­gię, która po­ru­szała mnie do głębi. Spra­wiało mi to po pro­stu radość, na­prawdę wie­le radości. Je­steś w dro­dze z grupą kre­atyw­nych lu­dzi, do­brze się ba­wisz, fo­to­graf na­ci­ska mi­gawkę apa­ra­tu i po­ka­zu­je ci zdjęcie, jesz­cze zupełnie nie­obro­bio­ne, ale już w tym mo­men­cie wygląda ono tak bo­sko, że mógłbyś robić jed­no sal­to za dru­gim, i myślisz so­bie: gdy­bym na­prawdę mógł w tym od­nieść suk­ces, byłoby to ab­so­lut­nie fan­ta­stycz­ne.

SZA­RA CO­DZIEN­NOŚĆ ZA­MIAST BARW­NE­GO ŚWIA­TA FAN­TA­ZJI

To po­czu­cie, że każdy uczest­nik włożył w pracę tak wie­le ser­ca, po pro­stu mnie nie opusz­czało, po­nie­waż pomiędzy tym, co przeżyłem pod­czas se­sji fo­to­gra­ficz­nej, a moją biu­rową co­dzien­nością ziała prze­paść. I każdy se­gre­ga­tor, który znu­dzo­ny zdej­mo­wałem z półki lub na nią wkładałem, przy­po­mi­nał mi o tym. Co­dzien­nie odbębniałem swo­je obo­wiązki i człapałem do domu. Tak mijał ty­dzień za ty­go­dniem, mie­siąc za mie­siącem. Nie po­wiem z ręką na ser­cu, że jakoś szczególnie zależało mi na mo­ich stu­diach, ale też nadal mi one nie prze­szka­dzały. To, co robiłem w biu­rze, było mi po pro­stu do bólu obojętne. Praw­dzi­we życie pro­wa­dziłem i tak tyl­ko w week­en­dy. Od po­nie­działko­we­go po­ran­ka do piątko­we­go popołudnia wypełniałem swo­je za­da­nia i za­ra­białem pie­niądze, ale po­tem obwiązywały mnie inne za­sa­dy: spo­ty­kałem się z przy­ja­ciółmi, prze­pusz­czałem kasę, słuchałem głośno mu­zy­ki i im­pre­zo­wałem, im­pre­zo­wałem, im­pre­zo­wałem. Nig­dy nie ma­rzyłem o tym, żeby zo­stać mo­de­lem. Właści­wie wte­dy w ogóle nie miałem ma­rzeń, może oprócz tego, żeby być sław­nym i bo­ga­tym. Tak jak my wszy­scy. Ale jak to zro­bić, nie miałem pojęcia. Byłem tyl­ko jed­nostką z pie­przo­ne­go stra­co­ne­go po­ko­le­nia nie­miec­kiej młodzieży po­szu­kującej swo­jego Ido­la, swo­jej szan­sy na za­ist­nie­nie.

O tym, jak bar­dzo byłem wówczas za­gu­bio­ny i nie wie­działem, co zro­bić ze swo­im życiem, naj­le­piej świad­czy to, w jaki sposób w sierp­niu 2006 roku zde­cy­do­wałem się na naukę w NDR.

Wszyst­ko zaczęło się od ame­ry­kańskie­go se­ria­lu te­le­wi­zyj­ne­go Orły z Bo­sto­nu. Oglądałem jedną serię za drugą i byłem pod ta­kim wrażeniem, że za­pi­sałem się na uni­wer­sy­tet na pra­wo. Na­prawdę! Wy­obraźcie to so­bie! Zupełnie poważnie myślałem, że naj­bar­dziej się spełnię, jeśli będę pro­wa­dzić ta­kie życie jak ci te­le­wi­zyj­ni gwiaz­do­rzy pa­le­stry! Cho­dzić w dro­gich gar­ni­tu­rach, właści­wie mi­mo­cho­dem wy­gry­wać spra­wy sądowe, za­wsze mieć kil­ka plików bank­notów, każdy o no­mi­na­le tysiąca, a wie­czo­ra­mi, po wspa­niałych trium­fach dnia, na ta­ra­sie na da­chu kan­ce­la­rii po­pi­jać drogą whi­sky, palić pa­pie­ro­sy i fi­lo­zo­fo­wać o pięknych ko­bie­tach. Tak, właśnie tak po­win­no wyglądać moje życie...

Za­pi­sałem się za­tem na stu­dia praw­ni­cze. Moi ro­dzi­ce, którzy, to lo­gicz­ne, naj­le­piej orien­to­wa­li się w mo­ich za­le­tach i wa­dach, nie po­tra­fi­li wpraw­dzie zro­zu­mieć, dla­cze­go podjąłem taką de­cyzję, ale mi na to po­zwo­li­li. Pew­nie myśleli: kto wie, być może na­sze dziec­ko ma jakąś cechę, której przez ostat­nie dwa­dzieścia je­den lat nie od­kry­liśmy. Są poza tym gor­sze rze­czy niż mieć syna, który chce zo­stać ad­wo­ka­tem.

Nie trze­ba było jed­nak wie­le cza­su, by wrócił mi rozsądek. Gdy pierw­sze­go dnia na uni­wer­sy­te­cie zo­ba­czyłem swo­ich ko­legów, z którymi nie miałbym ocho­ty w wol­nej chwi­li wypić na­wet kawy, i poważnie zająłem się ma­te­riałem z zajęć, szyb­ko stało się dla mnie ja­sne, że do Orłów z Bo­sto­nu bar­dzo mi da­le­ko.

Wie­czo­rem leżałem w łóżku, gapiłem się w su­fit i pro­wa­dziłem ze sobą w myślach roz­mowę, którą właści­wie po­wi­nie­nem był przepro­wa­dzić wie­le ty­go­dni wcześniej.

- Ma­rio, bądź w końcu ze sobą uczci­wy. Wte­dy sam stwier­dzisz, że nie na­da­jesz się na praw­ni­ka.

- Tak, tak, ale wy­obrażałem so­bie, że to będzie ta­kie eks­cy­tujące.

- Do­sko­na­le wiesz, że tego nie chcesz. Pra­wo jest dla cie­bie o wie­le za nud­ne. Je­steś dość twórczym ty­pem!

- Na­prawdę masz ja­kieś ta­len­ty? - za­py­tałem sam sie­bie. - Może do­brze ry­su­jesz? Zaj­mo­wałeś się tym kie­dy­kol­wiek? Może przez ty­dzień, jeśli w ogóle, ale za­wsze byli inni, którzy ry­so­wa­li le­piej. Mimo to jed­nak ta dzie­dzi­na za­wsze cię in­te­re­so­wała, praw­da?

- Tak, ja­sne!

- No to może jakiś zawód związany z me­dia­mi? Ci wszy­scy lu­dzie w me­diach prze­cież coś tworzą: jed­ni ry­sują ko­mik­sy, kręcą fil­my, inni piszą sce­na­riu­sze i ar­ty­kuły w ga­ze­tach albo do­bie­rają mu­zykę do au­dy­cji ra­dio­wych. Tam nie jest tak ciem­no­sza­ro jak na stu­diach praw­ni­czych, tyl­ko ko­lo­ro­wo. A ty po pro­stu się pomiędzy nich wmie­szasz.

- Do­bry po­mysł! I co te­raz?

- Po­szu­kaj stażu w ja­kimś przed­siębior­stwie me­dial­nym!

- Do­bra.

- Zo­bacz­my w Go­ogle'u, czy coś cie­ka­wie brzmi.

Otwo­rzyłem swo­je­go lap­to­pa, który stał obok łóżka, i wrzu­ciłem do wy­szu­ki­war­ki hasła "pra­ca ze szko­le­niem" i "me­dia". Po mniej niż dwóch mi­nu­tach zna­lazłem.

- Chłopie, mam coś: han­dlo­wiec w dzia­le mediów au­dio wi­zu­al­nych.

- Brzmi nieźle.

- Bin­go! W week­end przy­siądziesz i na­pi­szesz po­da­nie o staż. Słowo?

- Słowo!

MOJE STU­DIA

Od RTL i sta­cji te­le­wi­zyj­nej Ham­burg 1 do­stałem pocztą od­po­wiedź od­mowną, ale już kil­ka dni później byłem w kon­tak­cie te­le­fo­nicz­nym z panią Som­mer z NDR, moją późniejszą kie­row­niczką stu­diów.

- Proszę pana, pańska apli­ka­cja bar­dzo nam się po­do­bała. Mamy jed­nak, nie­ste­ty, tyl­ko dwa miej­sca na szko­le­nie han­dlow­ca w dzia­le mediów au­dio­wi­zu­al­nych, które możemy komuś przy­dzie­lić. Jeśli na­to­miast cho­dzi o szko­le­nie na han­dlowców w dzia­le ko­mu­ni­ka­cji biu­ro­wej, to jest jesz­cze trzy­naście wol­nych miejsc. Jeżeli nie ma pan nic prze­ciw­ko temu, mo­gli­byśmy uwzględnić pana w pro­ce­sie re­kru­ta­cyj­nym właśnie tam. Co pan o tym myśli?

Co ja o tym myślę? Zupełnie nic!

- Och, nie - od­po­wie­działem non­sza­lanc­ko. - "Han­dlo­wiec w dzia­le ko­mu­ni­ka­cji biu­ro­wej" to brzmi tak, jak by to określić, pa­pier­ko­wo, zupełnie bez­barw­nie i nie­kre­atyw­nie.

- Proszę pana... - Pani Som­mer na­tych­miast próbowała mnie prze­ko­nać, że jest wręcz prze­ciw­nie. - Ma pan całko­wi­cie fałszy­we wy­obrażenie o tym cu­dow­nym za­wo­dzie wy­ma­gającym ogrom­nej kre­atyw­ności. Gdy­by pan wie­dział, jak wszech stron­ny...

- Prze­pra­szam, ale jak na­zy­wa się to szko­le­nie, jesz­cze raz? - prze­rwałem jej nie­grzecz­nie.

- Han­dlo­wiec w dzia­le ko­mu­ni­ka­cji biu­ro­wej.

- No to prze­cież byłbym se­kre­tarką dla całej fir­my! - burknąłem opry­skli­wie.

Zupełnie szcze­rze: po tak nie­miłej od­po­wie­dzi sam na pew­no bym sie­bie nie za­trud­nił, ale ko­cha­nej pani Som­mer wy­da­wałem się naj­wy­raźniej tak sym­pa­tycz­ny, że moja zu­chwałość zupełnie jej nie po­ru­szała.

Te­raz do­pie­ro na do­bre się rozkręciła i przez ko­lej­ne dzie­sięć mi­nut opi­sy­wała mi tę pracę tak pięknie, że nie­spo­dzie­wa­nie ja też się za­chwy­ciłem - na­prawdę nie­wia­ry­god­ne.

- Nie, proszę pana, niech się pan nie mar­twi! To zupełnie nie jest tak, jak pan so­bie wy­obraża. Mamy tu sil­nie zmo­ty­wo­wa­nych młodych lu­dzi, którzy tworzą au­dy­cje i układają ramówki - mówiła kwie­ciście. - Zależnie od tego, w ja­kiej re­dak­cji pan jest...

Jak gdy­by w ogóle nie było ad­mi­ni­stra­cji!

- ...ale po prze­czy­ta­niu pańskiej apli­ka­cji w ogóle się o to nie mar­twię. Fan­ta­stycz­nie pa­su­je pan do na­szej fir­my.

W końcu prze­stałem się wahać i po­wie­działem so­bie: sta­ry, zro­bisz to. Spróbu­jesz!

Pierw­szy etap, sied­mio­go­dzin­ny ma­ra­ton te­sto­wy w cen­trum re­kru­ta­cji, gdzie wraz z po­nad tysiącem in­nych kan­dy­datów zo­stałem prze­ma­glo­wa­ny od góry do dołu, o dzi­wo, po­ko­nałem ich i na­prawdę zo­stałem za­pro­szo­ny na oso­bistą roz­mowę kwa­li­fi­ka­cyjną.

Nie możesz te­raz tego skno­cić, wciąż wbi­jałem so­bie do głowy i skru­pu­lat­nie przy­go­to­wy­wałem się na wszyst­kie możliwe sce­na­riu­sze. Spraw­dzałem hi­sto­rię Nord­deut­scher Rund­funk i uczyłem się na pamięć roz­ma­itych bzdur, ale w końcu wszyst­ko poszło in­a­czej.

- Proszę pana, czy czu­je się pan wyróżnio­ny tym, że właśnie pana ko­niecz­nie chce­my za­trud­nić? - Tak brzmiało pierw­sze py­ta­nie, które już na początku roz­mo­wy kom­plet­nie zbiło mnie z tro­pu.

To była moja pierw­sza roz­mo­wa kwa­li­fi­ka­cyj­na w życiu i nie miałem żad­ne­go go­to­we­go po­mysłu, jak po­wi­nie­nem za­re­ago­wać. Dziś wiem, jak to działa: człowiek musi po pro­stu jak naj­le­piej mówić o so­bie. Na­wet jeśli cze­goś nie umiesz, za­pew­niaj po pro­stu, że umiesz. Pod­czas eg­za­mi­nu i tak nicze­go nie mogą ci udo­wod­nić, nie­ważne, czy kłamiesz, czy nie. Oczy­wiście, że w kry­zy­so­wej sy­tu­acji po­tra­fisz z gumy do żucia, kawałka dru­tu i atra­men­tu zbu­do­wać ra­kietę zdolną do lotu. Co to za py­ta­nie! To dla cie­bie bułka z masłem! Po pro­stu za­cho­wuj się jak po­li­tyk w talk-show, a naj­gor­sze będziesz miał za sobą.

Aha, ale taki cwa­ny wte­dy jesz­cze nie byłem, bo moja wer­sja brzmiała mniej więcej tak:

- Tak... yyy... je­stem, tak myślę, po pro­stu... hmmm... sym­pa­tycz­ny... to zna­czy... z tych rze­czy tu­taj... i... por­tier od razu wska­zał mi drogę, czy­li gdzie muszę pójść, do ja­kie­go po­miesz­cze­nia i tak... ma­cie tu państwo na­prawdę pięknie... ach, tak, właśnie, je­den z państwa współpra­cow­ników to­wa­rzy­szył mi na­wet aż tu­taj, był bar­dzo przy­jaźnie na­sta­wio­ny, a ja z nim przez chwilę roz­ma­wiałem... tak... i... yyy... myślę, że ja też je­stem miłym człowie­kiem... tak ogólnie, i dla­te­go, tak uważam, pa­suję do tego oto­cze­nia.

To nie są żarty! Na­prawdę mówiłem ta­kie bzdu­ry w obec­ności sze­fa szko­le­nia NDR. Przede mną sie­działo gre­mium złożone z pięciu osób, które wciąż robiły no­tat­ki i przez cały czas kry­tycz­nie na mnie spoglądały. Na­gle jakaś ko­bie­ta pod­niosła głowę, spoj­rzała na mnie i za­py­tała krótko:

- I to tyle?

Sie­działem jak zbi­ty pies. Nie miałem na­wet na so­bie ko­szu­li, jak inni kan­dy­da­ci, tyl­ko skrom­ny swe­ter z kołnie­rzem, z Esprit.

- Tak, myślę, że to wszyst­ko - od­po­wie­działem. - Po pro­stu uważam się za miłego człowie­ka i at­mos­ferę tu­taj również uważam za bar­dzo miłą.

Ko­bie­ta nie­wzru­szo­na opuściła głowę i za­pi­sała coś w no­te­sie. Za­wa­liłem to. Zupełnie, aż do tego stop­nia to za­wa­liłem. Gdzież py­ta­nie, gdzie widzę sie­bie za dzie­sięć lat, de­ner­wo­wałem się. Na to się przy­go­to­wałem. Po pro­stu uważam, że je­stem miły? Sta­ry, czy ty cza­sem słyszysz, co mówisz? Wy­szed łem z bu­dyn­ku, roz­siadłem się na naj­bliższej ławce i naj­pierw za­pa­liłem gru­be­go jo­in­ta, żeby ochłonąć. Kom­plet­nie to za waliłem.

Mimo to mnie przyjęli.

Stu­dia zacząłem we wrześniu 2006 roku. Osiem­naście mie­sięcy miałem już za sobą, a przed sobą jesz­cze nie­cały rok. Trak­to­wałem to jako dość luźną możliwość za­ra­bia­nia pie­niędzy, ale, jak już wspo­mniałem, nie angażowałem w to ser­ca. Pra­ca biu­ro­wa nie dawała mi praw­dzi­we­go spełnie­nia.

MA­RZE­NIA O SUK­CE­SIE

Za­raz po pierw­szej se­sji na ba­gnach Pu­sta­ci Lüne­bur­skiej zacząłem się wgry­zać w tę ma­te­rię i co ty­dzień ku­po­wałem so­bie w kio­sku między­na­ro­do­we ma­ga­zy­ny mody. Ale te­raz nie in­te­re­so­wały mnie już, jak przed­tem, ar­ty­kuły, a tyl­ko re­kla­my.

- Ale nie zmie­nisz się te­raz w geja, praw­da? - lubiła żar­to­wać Lea, gdy przez mi­nutę wpa­try­wałem się w ja­kie­goś typa w bok­ser­kach. Po ci­chu cie­szyła się jed­nak jak mała księżnicz­ka z tego, że przy śnia­da­niu mogła przeglądać nie wczo­rajszą ga­zetę, tyl­ko naj­now­sze nu­me­ry "Vo­gue'a", "GQ", "Numéro" czy "L'Of­fi­ciel Hom­mes".

Kie­dy po­ka­zy­wa­liśmy so­bie na­wza­jem różne kam­pa­nie, myś lałem, że na każdej z nich ci mo­de­le za­ra­biają gru­be mi­lio­ny. Zacząłem ma­rzyć - o No­wym Jor­ku i Me­dio­la­nie, słyn­nych pro­jek­tan­tach, wiel­kich po­ka­zach pr?t-a-por­ter w Paryżu i o tym, jak byłoby wspa­nia­le zo­ba­czyć swoją twarz na okład­kach wszyst­kich ma­ga­zynów, które czy­tałem. Życie top mo­de­la wy­obrażałem so­bie jak w ki­czo­wa­tym hol­ly­wo­odz­kim fil­mie i czułem się na nie go­to­wy. Wiem, to może za­brzmieć dziw­nie, ale od da­wien daw­na miałem dość wy­bu­jałe ego i do­sko­na­le od­naj­dy­wałem się w ele­ganc­kim i pre­stiżowym świe­cie mody. Spośród wszyst­kich sied­miu grzechów głównych py­cha była moim ulu­bio­nym.

Chciałem mieć nie tyl­ko po pro­stu od­lo­to­we zdjęcia, lecz także od­lo­to­we zdjęcia dla od­lo­to­wych klientów w od­lo­to­wych ma­ga­zy­nach. Był naj­wyższy czas, żeby wsko­czyć na następny po­ziom. Moim pro­ble­mem było wyłącznie to, że zupełnie nie wie­działem, jak mógłbym sa­mo­dziel­nie wpłynąć na swoją ka­rierę albo przy­najm­niej ją przy­spie­szyć. Komórka za­wsze leżała w zasięgu ręki. Każdego dnia miałem na­dzieję na te­le­fon z agen­cji, ale nie działo się zupełnie nic. To było dość de­pry­mujące, lecz do­sko­na­le zda­wałem so­bie sprawę, że moja szan­sa na­dej­dzie. A wte­dy, tak, wte­dy mu­siałem być go­to­wy.

Moja dru­ga se­sja próbna odbyła się trzy mie­siące po pierw­szej, na początku czerw­ca 2008 roku. Byłem umówio­ny z Be­nem Lam­ber­tym, fo­to­gra­fem, i jego ekipą w bu­dyn­ku uni­wer­sy­te­tu przy sta­cji Ber­li­ner Tor, nie­da­le­ko mo­je­go miesz­ka­nia. W sier­miężności ta se­sja ni­czym nie ustępowała mo­je­mu de­biu­to­wi na Pu­sta­ci Lüne­bur­skiej. Był przy­jem­ny, ciepły let­ni wieczór, a ja gnałem po pra­cy w biu­rze wprost do tego roz­ległego be­to­no­we­go kom­plek­su, gdzie przez naj­bliższe pięć go­dzin co mi­nutę za­da­wałem so­bie py­ta­nie, co tam właści­wie robię. Wraz z dwo­ma in­ny­mi mo­de­la­mi stałem jak zamówio­ny i nie­ode­bra­ny to­war pod jakąś kosz­mar­nie nędzną ścianą z sza­rej masy pa­pie­ro­wej i śmier­tel­nie się nu­dziłem, bo nie działo się ab­so­lut­nie nic. Cze­ka­nie! Cze­ka­nie! W ten sposób nic się z tą ka­rierą nie da zro­bić. De­ner­wo­wałem się z po­wo­du stra­co­ne­go cza­su i za­zdrościłem w myślach swo­jej pacz­ce, która w par­ku miej­skim aku­rat sączyła wy­bor­ne piwo.

Nig­dy jed­nak nie należy za­po­mi­nać: nic nie dzie­je się bez przy­czy­ny! Wszyst­ko ma sens, na­wet jeśli komuś ob­ja­wi się on o wie­le później. Przy­pa­dek spra­wił, że pod­czas tej se­sji po­znałem sty­listkę, która następne­go roku za­trud­niła mnie do ma­ga­zy­nu "Oy­ster". Miała dla tego au­stra­lij­skie­go pi­sma stwo­rzyć serię zdjęć i przy­padł jej w udzia­le rzad­ki przy­wi­lej sa­mo­dziel­ne­go za­pla­no­wa­nia całej pro­duk­cji, który ra­czej nie przysługu­je sty­li­stom. I pomyślała przy tym również o mnie. Bom­ba!

Tego dnia na­uczyłem się znaj­do­wać coś po­zy­tyw­ne­go w każdej sy­tu­acji. Gdy po­ka­załem Lei zdjęcia Bena, z początku nie była zbyt­nio za­chwy­co­na, za­py­tała tyl­ko krótko:

- Co to ma być?

W mój oso­bi­sty gust także nie tra­fiały, ale to były moje pierw­sze praw­dzi­we zdjęcia por­tre­to­we i miały mi już dwa ty­go­dnie później otwo­rzyć ko­lej­ne, ważne drzwi.

PRZED­MO­WA

Ważna rola mo­de­la

Pro­jek­tant bez mo­de­li jest jak ma­larz bez płótna. Płótno to pod­sta­wa jego twórczości; właśnie na nim po­wsta­je dzieło. Ma­larz może zre­zy­gno­wać z pędzli, farb albo ołówków. Ale nie z płótna. To ono nie­sie jego wizję, na­da­je jej wy­miar fi­zycz­ny. W ten sposób płótno sta­je się istotną częścią sztu­ki. Nie ma ob­ra­zu bez płótna. Bez ob­ra­zu nie ma ma­larza. Tak to już jest.

Pre­zen­ta­cja praw­dzi­wej mody na wiel­kim po­ka­zie jest sztuką. Nie ma dru­giej ta­kiej sy­tu­acji, w której związek i zależność pomiędzy pro­jek­tan­tem a mo­de­lem ujaw­niałyby się tak wyraźnie, wręcz boleśnie.

Po­kaz mody jest dla każdego pro­jek­tan­ta punk­tem kul­mi­na­cyj­nym i zde­cy­do­wa­nie naj­ważniej­szym mo­men­tem se­zo­nu. Pół roku pra­cu­je się na ten dzień, w którym ko­lek­cja zo­sta­je pierw­szy raz za­pre­zen­to­wa­na pu­blicz­ności. Wszyst­ko musi być do­sko­nałe, a napięcie osiąga szczyt, gdy pierw­szy mo­del wy­cho­dzi na wy­bieg. A co, jeśli mo­del pójdzie w niewłaści­wym kie­run­ku, po­tknie się albo na­wet upad­nie? Ka­ta­stro­fa! Przez ten krótki kwa­drans pro­jek­tant jest całko­wi­cie zależny od mo­deli.

Od­po­wied­nio duża jest za­tem także pre­sja ciążąca na tych za­zwy­czaj młodych lu­dziach. Nie­wie­le osób, które marzą o za­wo­dzie mo­de­la, ma tę świa­do­mość. Widzą one tyl­ko życie pełne bla­sku, im­pre­zy i ce­le­brytów - ale nie ciężką pracę, która się za tym kry­je. Od mo­de­la ocze­ku­je się całko­wi­te­go sku­pie­nia, pro­fe­sjo­na­li­zmu, punk­tu­al­ności i dys­cy­pli­ny. Musi per­fek­cyj­nie opa­no­wać swoją rolę. Nie­ważne, czy jest dziew­czyną, czy chłopa­kiem, ma szes­naście czy sześćdzie­siąt sześć lat, ma zły dzień czy wal­czy z syn­dro­mem zmia­ny stref cza­so­wych. Po­kaz wy­klu­cza ja­kie­kol­wiek ulgi. Dla pro­jek­tan­ta staw­ka jest po pro­stu zbyt wy­so­ka. Nie można so­bie po­zwo­lić na błąd.

All eyes on the mo­del. Gdy po­kaz się za­czy­na, cała uwa­ga pu­blicz­ności sku­pia się na mo­de­lu. Mi­chal­sky Show ogląda na wi­dow­ni do dwóch tysięcy osób, a na żywo w in­ter­ne­cie ko­lej­ne dzie­sięć tysięcy.

Wszy­scy wi­dzo­wie patrzą na tego jed­ne­go je­dy­ne­go człowie­ka, który w świe­tle re­flek­torów idzie po wy­bie­gu. Ten człowiek, nasz mo­del, jest zupełnie sam, bo pro­jek­tant pod­czas po­ka­zu pra­cu­je na za­ple­czu. Nie może pomóc. Wie jed­nak, że ubra­nia mogą być wspa­nia­le za­pro­jek­to­wa­ne, ale jeśli nie zo­staną do­brze za­pre­zen­to­wa­ne, w oczach kry­tycz­nej pra­sy fa­cho­wej i kupców nie mają szans. Kro­je, ko­lo­ry i ma­te­riały działają tyl­ko wte­dy, gdy ide­al­nie współgrają z po­stawą i kro­kiem mo­dela i gdy ten ma cha­ryzmę.

Dla­te­go tak ważny jest wybór mo­de­li do każdego po­ka­zu. Nig­dy przy tym nie ro­zu­miałem, dla­cze­go tak wie­lu lu­dzi w na­szej branży de­fi­niu­je piękno tyl­ko jako nie­ska­zi­tel­ność, smukłość i młodość. Mo­de­le mają za za­da­nie po­ka­zać moją modę i tchnąć w nią życie. Przy jed­no­li­tym ka­no­nie uro­dy to nie­możliwe. Dla­te­go świa­do­mie wy­bie­ram na ca­stin­gach również mo­de­li, którzy do tego ideału nie pa­sują - od­po­wia­dają przyjętemu prze­ze mnie mot­tu Real clo­thes for real pe­ople1. Dla­te­go w pre­zen­ta­cji mo­jej ko­lek­cji na je­sień/zimę 2011 wystąpili też sześćdzie­sięciocz­te­ro­let­nia Eve­lyn Hall i sześćdzie­sięcio­pięcio­let­ni Pat Cle­ve­land. Uno­si­li się w mo­ich ubra­niach nad wy­bie­giem i wypełnili swoją cha­ryzmą całą salę. Ci dwo­je sta­no­wią naj­lep­szy dowód na to, że piękno nie jest kwe­stią wie­ku czy ciała, tkwi wyłącznie w głowie. W ta­kim sa­mym stop­niu do­ty­czy to Ma­ria.

Gdy pierw­szy raz zo­ba­czyłem Ma­ria, od razu miałem do­bre prze­czu­cia. Pod­czas ca­stin­gu do mo­je­go po­ka­zu wio­sna/lato 2011 był jed­nym z mniej więcej dwu­stu mo­de­li, którzy pre­zen­to­wa­li się tego dnia. Że ma piękną twarz i wspa­niałe ciało, widać było już na jego kar­cie. Ale tak na­prawdę za­fa­scy­no­wało mnie to, że wśród in­nych chłopaków on cały czas pro­mie­niał. Przy tym jego ułomność nig­dy nie była dla mnie pro­ble­mem. Tak na­prawdę do­pie­ro na trze­ci rzut oka do­strzegłem, że szedł in­a­czej niż chłopcy obok nie­go. Gdy go o to za­gadnąłem, rzu­cił mi­mo­cho­dem: "Ach, to... Je­stem troszkę nie­pełno­spraw­ny". Pomyślałem so­bie: jeśli on trak­tu­je to na ta­kim lu­zie, dla­cze­go ja nie miałbym zro­bić tak samo?

Na­tu­ral­ne i nie­skom­pli­ko­wa­ne po­dejście Ma­ria do jego upośle­dze­nia jest im­po­nujące i po pro­stu cu­dow­ne. Jego radość życia i po­zy­tyw­na ener­gia mają taką moc, że nie­pełno­spraw­ność nie od­gry­wa żad­nej roli. Ten chłopak za­li­cza się do lu­dzi, którzy nie tyl­ko niesłycha­nie do­brze wyglądają, lecz także prze­ko­nują do sie­bie in­nych. A to ce­cha do­bre­go mo­de­la. Nie muszę do­da­wać, że Ma­rio pra­cu­je do­sko­na­le. Co do tego nie miałem wątpli­wości już na ca­stin­gu i od razu wpi­sałem go na swoją listę. Inni mo­de­le po­trze­bo­wa­li do tego trzech lub czte­rech po­dejść, większość nig­dy nie sta­nie u mnie na wy­bie­gu.

Gdy po­kaz się kończy, wszy­scy mo­de­le wraz ze mną jesz­cze raz wy­chodzą na wy­bieg. Salę wypełniają bra­wa i światła fle­szy. Na­wet po dzie­siątym po­kazie wciąż jest to dla mnie wyjątko­wy mo­ment. Wi­zja, która wie­le mie­sięcy wcześniej po­wstała w mo­jej głowie jako in­spi­ra­cja, do­tarła do pu­blicz­ności. A to byłoby nie­możliwe bez fan­ta­stycz­nych mo­de­li ta­kich jak Ma­rio. Ja to wiem.

Nie ma po­ka­zu bez mo­de­li. Bez po­ka­zu nie ma pro­jek­tan­ta. Tak to już jest.

Mi­cha­el Mi­chal­sky

MOJA OR­TE­ZA I JA

Mam PFFD. Po roz­wi­nięciu: Pro­xi­mal Fe­mo­ral Fo­cal De­fi­cien­cy. Wiem, to brzmi jak na­zwa ja­kiejś fan­ta­stycz­nej bro­ni z Gwiezd­nych wo­jen.

- Ka­pi­ta­nie, ata­kują nas!

- Wszy­scy na sta­no­wi­ska! Pro­xi­mal Fe­mo­ral Fo­cal De­fi­cien­cy! Go­to­wi? Ognia!

Ale, nie­ste­ty, to nic eks­cy­tującego. Tak po an­giel­sku na­zy­wa się wro­dzo­ny nie­dzie­dzicz­ny nie­do­rozwój kości udo­wej. Jeśli wada jest nie­wiel­ka, nie­wiel­ki jest także nie­do­rozwój, ale w skraj­nych przy­pad­kach kość udo­wa prak­tycz­nie nie ist­nie­je. Kie­dy patrzę w dół i widzę te ni kości, ni ości, umiej­sco­wiłbym swój przy­pa­dek chy­ba gdzieś pośrod­ku ska­li. Może byłby to złoty śro­dek.

Możliwe, że dla kogoś to dziw­nie za­brzmi, ale nig­dy nie zaj­mo­wały mnie me­dycz­ne szczegóły mo­jej dość rzad­kiej wady. Dla­cze­go? Na­wet naj­lep­si le­ka­rze świa­ta do dziś głowią się, w czym tkwi jej przy­czy­na. Oni nie wiedzą, mnie to nie in­te­re­su­je - za­my­ka­my te­mat. Je­stem po pro­stu uni­ka­tem, nie pro­duk­tem ma­so­wym.

Już z badań pre­na­tal­nych moja mat­ka do­wie­działa się, że uro­dzi nie­pełno­spraw­ne­go chłopca. Szcze­rze mówiąc, uważam, że to nie­wy­obrażalne psy­chicz­ne obciążenie. Mie­siącami nie­cier­pli­wie cze­kasz na na­ro­dzi­ny swo­je­go pierw­sze­go dziec­ka, cie­szysz się, że od­mien­ny stan, w którym je­steś, kie­dyś wresz­cie się skończy, a po­tem do­wia­du­jesz się, że naj­gor­sze do­pie­ro przed tobą. Mat­ka miała tyl­ko dwa­dzieścia dwa lata, kie­dy mnie uro­dziła.

Pierw­sze osiem­naście mie­sięcy po mo­ich na­ro­dzi­nach minęło jesz­cze w miarę spo­koj­nie, po­nie­waż - jak każde nor­mal­ne nie­mowlę - tyl­ko racz­ko­wałem. Po­tem dość szyb­ko do­stałem pierwszą or­tezę, ale równie do­brze można byłoby toto za­mie­nić na drew­nianą nogę, taką, jaką mają pi­ra­ci, bo wie­le więcej niż sztyw­no kuśtykać się z tym nie dało. Tech­ni­ka or­to­pe­dycz­na była jesz­cze w po­wi­ja­kach. Dwa lata później skon­stru­owa­no coś, co przy­najm­niej umożli­wiało mi nor­mal­ne sie­dze­nie przy sto­le. Me­ta­lo­wy pa­sek, który można było roz­piąć i zapiąć, po­zwa­lał nie­co zgiąć nie­ru­chomą or­tezę. Było trochę jak pod­czas wy­jaz­du na nar­ty: zapiąć wiąza­nia, roz­piąć wiąza­nia. Tyl­ko że to nie były wa­ka­cje!

MAMA JEST NAJ­LEP­SZA!

Pierw­sze praw­dzi­we wy­zwa­nie dla mat­ki nie miało wie­le wspólne­go z moją nie­pełno­spraw­nością, wy­ni­kało bo­wiem z tego, że roz­padł się jej związek z moim oj­cem. Ro­dzi­ce nig­dy się nie po­bra­li. Ale po roz­sta­niu - miałem wte­dy dwa lata - byli w przy­ja­ciel­skich sto­sun­kach, w prze­ciw­nym ra­zie z pew­nością nie po­zo­sta­li­by obo­je w Schne­ver­din­gen, siel­skim mia­stecz­ku na skra­ju re­zer­wa­tu przy­ro­dy Pu­stać Lüne­bur­ska2, gdzie dia­beł mówi do­bra­noc li­so­wi i zającowi. Do ukończe­nia czwar­te­go roku życia miesz­kałem z mamą prak­tycz­nie rzut ka­mie­niem od ojca, ale - szcze­rze mówiąc - nie­wie­le pamiętam z tam­te­go okre­su. Zmie­niło się to do­pie­ro, gdy mat­ka przyjęła po­sadę w ham­bur­skiej po­li­cji i prze­pro­wa­dzi­liśmy się do Eimsbüttel. Tyrała co­dzien­nie jak wół, cza­sem na­wet na dwa eta­ty, żeby ni­cze­go mi nie bra­ko­wało. Mówię bez naj­mniej­szej prze­sa­dy: poświęcała się bez­wa­run­ko­wo, aby umożliwić mi względnie do­bre życie mimo nie­pełno­spraw­ności. Co mam po­wie­dzieć? Mama jest naj­lep­sza!

Pod­czas po­wta­rzających się okresów przy­spie­szo­ne­go wzro­stu, które w tej fa­zie roz­wo­ju są prze­cież zupełnie nor­mal­ne, moje ciało ule­gało zmia­nom. Nie­ste­ty, kości cho­rej nogi nie chciały współpra­co­wać z resztą or­ga­ni­zmu, więc tuż przed szósty­mi uro­dzi­na­mi zo­stałem zupełnie wy­klu­czo­ny z nor­mal­nego życia. Trze­ba było sko­ry­go­wać kości. Je­dy­ny szpi­tal, w którym spe­cja­liści po­tra­fi­li prze­pro­wa­dzić tego typu ope­rację, mieścił się w Ki­lo­nii. No to w drogę!

Jesz­cze dziś do­brze pamiętam dok­to­ra Fric­ke­go, or­dy­na­to­ra. Miał far­bo­wa­ne na czar­no, roz­wi­chrzo­ne włosy i za­wsze nosił złote oku­la­ry pi­lot­ki. Dzi­siaj na­zwałbym go wy­traw­nym gra­czem, któremu ko­bie­ty padały do stóp. Dzień po ope­ra­cji przy­szedł do mo­jej sali z ta­bu­nem pielęgnia­rek, trochę pożar­to­wał i bez ostrzeżenia uniósł moją do­pie­ro co zo­pe­ro­waną nogę. Darłem się jak opętany.

- I co, boli cię? - Uśmiechnął się swo­bod­nie i pod­ciągnął nogę jesz­cze wyżej.

- Aaauu - jęknąłem. - Aaauu... Niech pan opuści... Aaauu... W dół... Aaauu...

- Bar­dzo do­brze. - Roześmiał się tyl­ko i zaczął wy­gi­nać nogę w lewo i w pra­wo.

Gdy­bym był większy i miał więcej sił, praw­do­po­dob­nie rzu­ciłbym mu się do gardła. Ale wcisnąłem tyl­ko twarz w po­duszkę, żeby znów głośno nie krzy­czeć. Po kil­ku se­kun­dach puścił, odesłał sio­stry i po­wie­dział coś, co za­pa­miętałem so­bie na całe życie:

- Ból, na­wet tak strasz­ny jak ten te­raz, dokład­nie w tej chwi­li, mija. Tak, ból mija!

Miał rację. Mijał. Wciąż i wciąż.

Mój pierw­szy po­byt w szpi­ta­lu trwał trzy ty­go­dnie. Po­tem pra­wie dwa mie­siące leżałem w domu. Byłem całko­wi­cie za­gip­so­wa­ny od brzu­cha w dół, włącznie ze zdrową nogą, żebym nie mógł się ru­szyć na­wet o cen­ty­metr. Tak bar­dzo mnie cie­szyło, że w końcu będę mógł się bawić z ko­le­ga­mi na podwórku, ale nic z tego. Złapałem in­fekcję i znów mu­siałem iść pod nóż. Całkiem do­brze po­ra­dziłem so­bie z po­bytem w szpi­ta­lu, lecz dla mat­ki był to praw­dzi­wy kosz­mar. Dzień w dzień po pra­cy jeździła sto ki­lo­metrów do Ki­lo­nii i gdy tyl­ko kończyły się go­dzi­ny od­wie­dzin, tą samą drogą wra­cała. Na do­da­tek miałem wkrótce pójść do szkoły, a nikt nie po­tra­fił jej po­wie­dzieć, ile cza­su mi­nie, za­nim znów za­cznę cho­dzić.

Sa­na­to­rium dla ma­tek i dzie­ci w Büsum, lato 1990

PO­BYT W SZPI­TA­LU

Od­dział dzie­cięcy kilońskie­go szpi­ta­la przy­po­mi­nał dom wa­riatów. Tak mi się w każdym ra­zie wówczas wy­da­wało. Chłopak z sąsied­niej sali miał dziw­ne skur­cze i tłukł przy tym sam sie­bie, dla­te­go pielęgniar­ki mu­siały go przy­pi­nać do łóżka. Gdy przy­cho­dziły go umyć i choćby na se­kundę spusz­czały z oka, na­tych­miast wy­ry­wał so­bie wszyst­kie dre­ny, rur­ki i przyglądał się, jak jego krew try­skała na białe ścia­ny. Na­zwałem go Sörkan Gnój, bo te dwa słowa wy­po­wia­dał pod no­sem od rana do wie­czo­ra. Naj­go­rzej było nocą.

Sie­dem ty­go­dni w gip­sie po mo­jej pierw­szej ope­ra­cji nogi w szpi­ta­lu w Ki­lo­nii, lato 1991

Na od­dzia­le pa­no­wał nie­mal całko­wi­ty spokój, tyl­ko przez ścianę sali słyszałem jego nie­ustające mam­ro­ta­nie: "Sörkan Gnój, Sörkan Gnój, Sörkan Gnój...".

Po­zo­sta­li chłopcy na od­dzia­le nie byli ani trochę lep­si. Pamiętam Rol­fa. Był nie­co star­szy ode mnie, miał może sie­dem, może osiem lat i przez cały dzień nie robił nic in­ne­go, tyl­ko dzier­gał na dru­tach albo szy­dełkował. Wy­da­wał mi się kom­plet­nie sfik­so­wa­ny. Wciąż opo­wia­dał o swo­ich po­za­ziem­skich przy­ja­ciołach i o tym, że jest częścią ko­smicz­ne­go ru­chu, który tu, na Zie­mi, działał w pod­ziem­nych ugru­po­wa­niach, by pew­ne­go dnia opa­no­wać naszą pla­netę. Se­rio, se­rio, właśnie tak! A po­tem co? Każdy do­sta­nie po wydzier­ganym na dru­tach swe­trze, czy jak? Gdy­by nie od­wie­dza­li mnie co­dzien­nie ro­dzi­ce, którzy przy no­si­li mi pizzę i bur­ge­ry, chy­ba­bym zwa­rio­wał.

Wkrótce po­tem dość do­brze orien­to­wałem się na od­dzia­le dzie­cięcym i dokład­nie wie­działem, gdzie kto leży i na co cho­ru­je. W sali obok umiesz­czo­no dziew­czynkę, która miała tę samą wadę co ja, tyl­ko objęła ona oby­dwie nogi. Dziew­czyn­ka ta była tam już całą wiecz­ność, po­nie­waż podjęła naj­bar­dziej ra­dy­kalną de­cyzję, jaką mogła podjąć: zde­cy­do­wała się na przedłużenie nóg!

Jest to możliwe tyl­ko w dzie­ciństwie, kie­dy kości nie są jesz­cze zbyt twar­de. Me­to­da działa tak: wokół nogi wkręca się w kość kil­ka pierście­ni, które każdego dnia rozkręca się o jedną dzie­siątą mi­li­me­tra. Żeby nie po­wsta­wały krwia­ki i za­pa­le­nia, pierście­nie co­dzien­nie się czyści. Najlżej­szy do­tyk spra­wia przy tym tak nie­znośny ból, że najchętniej byś umarł. W śre­dnio­wie­czu to narzędzie tor­tur na­zy­wa­no chy­ba ma­de­jo­wym łożem. Ta bied­na dziew­czyn­ka prze­cho­dziła co dnia męki pie­kiel­ne. Na samo wy­obrażenie, jak strasz­nie mu­siała cier­pieć, in­nym dzie­ciom łzy sta­wały w oczach. Na­wet Rolf Ko­smi­ta be­czał w swoją szy­dełkową po­duszkę.

Jej krzy­ki tak głęboko wwier­ciły się w moją podświa­do­mość, że często śniła mi się po no­cach. Wy­obrażałem so­bie, jak prze­rażająca musi być wie­dza, że tak samo będzie ju­tro, po­ju­trze, w przyszłym ty­go­dniu, za mie­siąc i przez następne dwa, trzy lata. Moje osiem ty­go­dni w gip­sie to był przy tym raj na zie­mi, po pro­stu kasz­ka z mlecz­kiem. I kie­dy dok­tor Fric­ke pytał, czy mnie boli, trochę wsty­dziłem się od­po­wia­dać.

Pew­ne­go dnia, gdy jej krzyk wyjątko­wo głośno niósł się po ko­ry­ta­rzu, przy­siągłem so­bie: Nig­dy, Ma­rio! Jeśli kie­dy­kol­wiek ktoś cię o to za­py­ta, nie zgo­dzisz się na tę tor­turę. Nig­dy!

Rok później, już w pod­stawówce, znów dłuższy czas leżałem w szpi­ta­lu, po­nie­waż mu­sie­li mi usunąć me­ta­lo­we płytki, które miały sta­bi­li­zo­wać kości. Od­by­wały się tam wpraw­dzie lek­cje, ale czułem się kom­plet­nie nie­do­ciążony i miałem poważne oba­wy, że nie od­ro­bię po­tem za­ległości w na­uce w sto­sun­ku do swo­ich ko­legów z kla­sy. Cho­ciaż miałem do­pie­ro sie­dem lat, jed­no wie­działem na pew­no: jeśli te­raz nie do­dam gazu i nie do­pil­nuję, żeby jak naj­szyb­ciej opuścić ten in­te­res, będzie słabo. To za­dzi­wiające, jak szyb­ko można wy­zdro­wieć, jeśli się ma ogień przy du­pie.

Pierw­szy dzień w szko­le, lato 1992

PRAW­DZI­WI PRZY­JA­CIE­LE

Björn, He­iko, Lino i Danz­ko byli naj­lep­szy­mi przy­ja­ciółmi, ja­kich można so­bie wy­obra­zić. Po lek­cjach uczy­li mnie wszyst­kie­go, co należało nad­ro­bić. Mu­siałem się nieźle przykładać, bo im szyb­ciej się uczyłem, tym więcej cza­su mo­gliśmy spędzać na dwo­rze, na uli­cy. Za­wsze też dba­liśmy o to, żeby mieć w miarę przy­zwo­ite oce­ny, bo wte­dy ro­dzi­ce da­wa­li nam spokój i mog liśmy robić tyle głupot, ile chcie­liśmy. Od pod­stawówki aż do ma­tu­ry two­rzy­liśmy zgraną paczkę, w której je­den dru­gie­go wyciągał z ta­ra­patów.

Kie­dy byliśmy w dru­giej kla­sie, je­den taki z czwar­tej się na mnie uwziął. Ze względu na nie­pełno­spraw­ność byłem dla nie­go łatwym ce­lem, więc wy­ko­rzy­sty­wał każdą okazję, żeby się ze mnie na­bi­jać na oczach wszyst­kich. Chłopak po pro­stu nie mógł prze­stać mnie sztur­chać i wy­krzy­ki­wać za mną głupot, dopóki Danz­ko, który aku­rat był mi­strzem północ­nych Nie­miec w ta­ekwon­do w gru­pie chłopców do dzie­sięciu lat, pod­szedł do nie­go i jak spor­to­wiec po­pro­sił go, żeby zo­sta­wił mnie w spo­ko­ju. Następne­go dnia szy­ka­ny trwały jed­nak nadal, a ka­ra­te kid Danz­ko po­czuł się zmu­szo­ny pu­blicz­nie za­de­mon­stro­wać chłopa­ko­wi na długiej prze­rwie, co po­tra­fi czem­pion sztuk wal­ki. Pan Miy­agi byłby dum­ny! Po tej ak­cji miałem spokój, a cała szkoła wie­działa, że z tym z dru­giej kla­sy le­piej nie za­dzie­rać.

Po­tem moja mama po­znała swo­je­go obec­ne­go męża, André. To było za­baw­ne. André był do­brym kum­plem oj­czy­ma mo­je­go ku­zy­na, u którego często w dzie­ciństwie no­co­wałem. Wpa­dał tam od cza­su do cza­su, za­ma­wiał pizzę i grał z nami w Nin­ten­do. Znałem go za­tem długo przed­tem, za­nim mama mi go przed­sta­wiła. Był dla mnie jak star­szy brat. To on na­uczył mnie ta­kich pod­sta­wo­wych rze­czy jak jaz­da na ro­we­rze czy gra w piłkę nożną. André za­wsze zachęcał mnie, żebym nie usta­wał w sta­ra­niach, do­pin­go­wał mnie też wte­dy, kie­dy nie szło mi za do­brze i byłem bli­ski tego, żeby rzu­cić wszyst­ko w kąt.

- Pod­dać się to nie jest roz­wiąza­nie, Ma­rio! - mówił za­wsze i po­ma­gał mi się pod­nieść, kie­dy ze czter­dzie­sty raz spadłem z ro­we­ru. - Nie­ważne, ile razy padłeś na pysk. Dopóki wsta­jesz, wszyst­ko jest w porządku. Wierz w sie­bie i nie trać cier­pli­wości. Zo­ba­czysz, na­uczysz się tej sztucz­ki!

Był trochę jak sym­pa­tycz­na wer­sja Oli­ve­ra Kah­na3, który za każdym ra­zem, gdy jego drużyna zo­sta­wała w tyle, po­py­chał ją naprzód słowa­mi: "Da­lej, da­lej, za­wsze da­lej!". André na­prawdę był szczęścia­rzem, nie tyl­ko jeśli cho­dzi o moją matkę.

GDY MOJA NOGA LE­CIAŁA

Cho­ciaż mu­siałem w dzie­ciństwie po­ko­nać wie­le przeszkód, a moje życie, zwłasz­cza w pierw­szych la­tach, z po­wo­du nie­pełno­spraw­ności pod­le­gało skraj­nym ogra­ni­cze­niom, nig­dy nie za­da­wałem so­bie py­ta­nia o sens tego wszyst­kie­go. Nie wiem, co bym myślał, gdy­bym na przykład stra­cił nogę w wy­pad­ku. Ale że po pro­stu taki przy­szedłem na świat, nie znałem in­nej sy­tu­acji. Dla mnie mój stan był normą. Zda­rzały się oczy­wiście chwi­le, kie­dy prze­kli­nałem te ogra­ni­cze­nia, głównie ze względów prak­tycz­nych.

Kie­dy byłem młod­szym młod­zi­kiem w klu­bie piłkar­skim ETV Ham­burg, grałem w le­gen­dar­nym me­czu prze­ciw­ko Al­to­nie 93. Stałem na bram­ce i wi­działem, jak piłka kop­nięta przez prze­ciw­ników ląduje w moim polu kar­nym. Sprin­tem ru­szyłem ze swo­je­go miej­sca i z całej siły ją wy­ko­pałem. Moja or­te­za się przy tym złamała, a jej dol­na część prze­le­ciała wy­so­kim łukiem dwa­dzieścia metrów. Na­past­nik prze­ciw­nej drużyny był w ta­kim szo­ku, że na­tych­miast zaczął pisz­czeć jak mała dziew­czyn­ka, bo naj­wy­raźniej myślał, że na­prawdę ode­rwała mi się sto­pa i leży te­raz za­krwa­wio­na gdzieś na bo­isku. Również ro­dzi­ce, którzy sta­li przy bocz­nej li­nii bo­iska, wtóro­wa­li mu krzy­kiem. Był niezły cyrk. Zdro­wo wku­rzo­ny, w pod­sko­kach do­tarłem do swo­jej uszko­dzo­nej "sto­py", żeby spraw­dzić, czy da się jej jesz­cze używać, i po­ma­chałem kum­plom, którzy sta­li tuż obok bo­iska i oczy­wiście zna­ko­mi­cie się ba­wi­li, oglądając ten nie­ocze­ki­wa­ny dra­mat, za­nim po­mo­gli mi zejść z mu­ra­wy.

W ta­kich sy­tu­acjach bywałem wściekły jak wszy­scy dia­bli, ale nie na do­bre­go Boga, tyl­ko na swo­ich tech­ników or­to­pe­dycz­nych, którzy - jak widać - grze­szy­li nie­dbal­stwem. Coś ta­kie­go po pro­stu nie miało pra­wa się zda­rzyć, co też im zresztą ja­sno po­wie­działem. Poza tym re­gu­lar­nie do­wia­dy­wa­li się, co mi się po­do­bało, a co nie i ja­kie ulep­sze­nia mnie sa­tys­fak­cjo­nują, ale tech­nika nie po­zwa­lała im, nie­ste­ty, spełnić większości mo­ich życzeń. W tym cza­sie przy­najm­niej nie mu­siałem już jeździć da­le­ko do Ki­lo­nii, mogłem załatwiać spra­wy związane z or­tezą we właśnie otwar­tym zakładzie or­to­pe­dycz­nym w Al­to­nie.

Po­tem nad­szedł ten wiel­ki dzień, na który cze­kałem je­de­naście lat: chłopa­kom z działu ba­daw­czo-roz­wo­jo­we­go na­prawdę udało się zbu­do­wać dla mnie or­tezę, która dokład­nie od­po­wia­dała moim wy­obrażeniom. To było nie do opi­sa­nia. Jak za do­tknięciem cza­ro­dziej­skiej różdżki wszyst­ko się zmie­niło. W końcu mogłem się na­prawdę wy­sza­leć, miałem dużo większą swo­bodę ru­chu i nie byłem już na co dzień tak ogra­ni­czo­ny. Pierw­szy raz w życiu nie czułem się upośle­dzo­ny.

PRZE­NIG­DY!

Dwa lata później mój le­karz po­pro­sił mnie o spo­tka­nie i w roz­mo­wie przed­sta­wił ewen­tu­al­ność przedłużenia nogi. Jesz­cze za­nim zdążył dokończyć zda­nie, wpadłem mu w słowo i po­wie­działem zde­cy­do­wa­nie:

- Prze­nig­dy!

- Do­brze cię ro­zu­miem, Ma­rio - sta­rał się mnie uspo­koić - ale prze­myśl to, proszę, na spo­koj­nie. To ważna de­cy­zja, która zde­ter­mi­nu­je resztę two­je­go życia. A cza­su na ta­kie le­cze­nie nie ma już zbyt wie­le.

- Mamo, a co ty na to? - za­py­tałem matkę. - Uważasz, że tego po­trze­buję? Wszyst­ko prze­cież idzie bar­dzo do­brze, odkąd mam tę nową or­tezę.

- To możesz wie­dzieć tyl­ko ty - po­wie­działa moja mama i wzięła mnie za rękę. - Te­raz je­steś już do­sta­tecz­nie duży, żeby sa­mo­dziel­nie de­cy­do­wać. Będzie­my cię we wszyst­kim wspie­rać, ale do ni­cze­go cię nie zmu­si­my. To two­je życie.

- Pa­nie dok­to­rze, zo­staw­my to tak, jak jest!

Nie te­raz, myślałem. Nie te­raz, kie­dy życie właśnie za­czy­na mi spra­wiać praw­dziwą radość. Chciałem roz­ko­szo­wać się swoją młodością, cho­dzić z kum­pla­mi na im­pre­zy i po­zna­wać słod­kie dzie­wusz­ki. Noga nie spra­wiała mi już prak­tycz­nie żad­nych pro­blemów. Dla­cze­go więc miałbym re­zy­gno­wać z tej wol­ności, za którą tak długo tęskniłem? Mo­jej mat­ce spadła z ser­ca cała la­wi­na ka­mie­ni. Nic wpraw­dzie nie po­wie­działa, również później, ale do­sko­na­le to czułem.

Gdy­bym rze­czy­wiście przy­stał na przedłużanie nogi, nie byłbym tym Ma­riem, którym je­stem dzi­siaj. Moja pew­ność sie­bie i po­zy­tyw­ne na­sta­wie­nie do życia mogły się prze­cież ob­ja­wić do­pie­ro w tym cza­sie. Za­wie­rałem przy­jaźnie, robiłem ze swoją paczką wszyst­kie możliwe głupo­ty, ja­kie można so­bie wy­obra­zić, za­ko­chi­wałem się w dziew­czy­nach, a dziew­czy­ny za­ko­chi­wały się we mnie. Wszyst­kie­go tego mogłem doświad­czyć tyl­ko dla­te­go, że pro­wa­dziłem nor­mal­ne życie i nie trak­to­wałem sie­bie jak ofia­ry, z którą los źle się ob­szedł.

Wie­le lat później do­wie­działem się od mat­ki, która nadal utrzy­my­wała kon­takt z ro­dzi­ca­mi tam­tej dziew­czyn­ki ze szpi­ta­la, że nie wy­trzy­mała tego przedłużania nogi do końca. Cho­ciaż prze­kro­czyła już półme­tek tej bo­le­snej dro­gi, mu­siała to prze­rwać. O nie­ee, w żad­nym ra­zie! Na to nie miałem ocho­ty. Za­py­ta­no kie­dyś Da­laj­lamę, dla­cze­go właści­wie my, lu­dzie, je­steśmy tu, na zie­mi, a on od­po­wie­dział: "Myślę, że głównym ce­lem życia jest po­szu­ki­wa­nie szczęścia"4.

Otóż to. Chciałem w końcu żyć.