Jedną nogą w świecie mody. Jak mimo ułomności zostałem modelem - Mario Galla


Reflow text when sidebars are open.
Październik 2007 roku. Miałem dwadzieścia jeden lat. To było zwyczajne sobotnie popołudnie. Ostatnia noc dała mi mocno w kość, w głowie mi huczało i z każdym krokiem, który był tak męczący, że nie wiedziałem, jak mam przeżyć następne godziny, przeklinałem dzień, w którym wymyślono ten przeklęty trunek - jägermeister. Moja dziewczyna Lea człapała w milczeniu obok mnie. Czuła się nie lepiej ode mnie. Włożyła swoje duże ciemne okulary á la Audrey Hepburn, i słusznie, bo słońce nad hamburskim Grindelhofem było już nisko na niebie. Mnie świeciło prosto w oczy.
Na szczęście z naszego mieszkania do Streat Pinoyfood nie było daleko.
Ten mały filipiński barek szybkiej obsługi na Grindelallee często był naszym pierwszym przystankiem, na którym przeganialiśmy śniadaniem uciążliwego kaca. Mieli tam wielgachne, supertłuste burgery z prawdziwymi kotletami, które długo wysmażali na płycie i obkładali świeżymi pomidorami, cebulką, sałatą i serem. Do tego ich specjalny sos azjatycki, duża porcja frytek i zimna coca-cola light - i można było zacząć dzień.
NIEOCZEKIWANA PROPOZYCJA
Lea została na zewnątrz i usiadła przy jednym z dwóch plastikowych stolików, które stały na ulicy przed barem.
- To, co zwykle? - wymamrotałem do niej.
Skinęła głową, a ja otworzyłem drzwi. Chociaż wiedziałem, co chcę wziąć, wpatrywałem się nieobecnym wzrokiem w jadłospis nad ladą. Myślę nawet, że na kilka sekund zamknąłem oczy.
- Hej, co ma być? - Człowiek za ladą szczerzył do mnie zęby.
Nagle pomyślałem o meczu St. Pauli na własnym boisku: musiała się już zacząć druga połowa. Czy wczoraj wieczorem nie zakładaliśmy się w pijackim zamroczeniu o to, czy wygra St. Pauli? Z kim oni właściwie grają? Już nie pamiętałem. Czy wziąłem jakieś pieniądze? Przeszukałem kieszenie marynarki marki Pringle of Scotland za pięćset euro, którą to trzy dni temu odkupiłem od kumpla za siedemdziesiąt, i znalazłem zmiętoszoną dwudziestkę.
- Nie wiesz, jak idzie St. Pauli? - spytałem i wygładziłem banknot.
- Prowadzą jeden do zera.
- Mhmmm.
- Chcesz coś zjeść?
- Taaa.
Zamówiłem, przestawiłem się na autopilota i możliwie najwygodniej oparłem się plecami o szybę, żeby poczekać na jedzenie. Na tych kilka minut nie opłacało się ruszać w daleką drogę na zewnątrz.
- Przepraszam, czy mogę o coś zapytać? - odezwał się znów typ zza lady.
- Tak, ze specjalnym sosem - odrzekłem bezwiednie.
- Nie, nie. - Roześmiał się. - Sos dostaniesz, spokojna głowa. O co innego chciałem zapytać. Właśnie cię obserwowałem i...
Nie słuchałem go zbyt uważnie.
- ...zadałem sobie pytanie, czy już ktoś robił ci zdjęcia.
- Jakie zdjęcia masz na myśli?
Uśmiechnął się do mnie.
Dlaczego tak dziwnie zalotnie na mnie patrzy, przeleciało mi przez myśl. Stary, stoisz tu za ladą w tej budzie z frytkami i pytasz mnie o zdjęcia? Pilnuj lepiej, żeby burgery były porządnie wysmażone.
- Profesjonalne zdjęcia - odpowiedział. - Jako modelowi.
- Daj spokój, mam jeszcze taki łeb po wczorajszej nocy. - Wkurzony machnąłem ręką. - Jest tu jakaś ukryta kamera, czy co? Zupełnie sobie z tym dziś nie radzę.
- Nie, mówię zupełnie poważnie.
- Ja też!
- Wiem, że to może zabrzmi trochę dziwnie, ale daj mi swój numer telefonu...
Ależ oczywiście. I co jeszcze? Może chcesz do tego mój adres, a najlepiej też adres moich rodziców, na wypadek gdyby przez weekend nie było mnie w mieście? Wyraź się w końcu!
- ...bo, no tak, więc...
Teraz byłem naprawdę zaciekawiony.
- Pracowałem wcześniej w agencji modelingowej i wciąż pracuję dla nich jako łowca talentów. Masz piękną twarz, a sądząc z tego, co widzę pod marynarką, również dobrze wytrenowane ciało. Jeśli chcesz, załatwię ci spotkanie kwalifikacyjne.
Naprawdę nie byłem w stanie prowadzić dyskusji o jakichkolwiek agencjach, nie mówiąc już o podejmowaniu decyzji. Miałem znacznie bardziej banalne problemy. Po pierwsze: jak uspokoić walce parowe, które tańczą w mojej głowie w szalonym rytmie piosenki Disco Pogo? Po drugie: gdzie są te burgery?
- A poza tym nazywam się Nihat. - I całą swoją uwagę znów poświęcił grillowi.
- Fajnie, Mario jestem.
Jeśli nie dam mu swojego numeru, na pewno się obrazi i nie będzie się starał porządnie przygotować jedzenia, którego akurat dzisiaj w żadnym razie nie może spieprzyć, pomyślałem sobie i pewną ręką zapisałem mu go na ulotce. Wiedziałem przecież, gdzie go szukać, gdyby spotkało mnie coś złego. Potem Nihat podał nam burgery. W końcu!
- Frytki zaraz będą - zawołał.
St. Pauli wygrało ostatecznie dwa do zera. Dla nas, hamburczyków, była to najwyraźniej szczęśliwa sobota.
TELEFON
Z agencji zadzwonili we wtorek po południu. Rozmowa nie trwała nawet dwóch minut. Podano mi termin, godzinę spotkania i adres. Myk, myk. W ciągu trzech dni, które tymczasem minęły, nie przeszła mi nawet przez myśl ta cała modelingowa historia, bo i tak nie traktowałem tego poważnie. Ale Nihat najwyraźniej dotrzymał słowa. Natychmiast wygooglałem nazwę tej firmy i nie mogłem uwierzyć w to, co zobaczyłem na monitorze. Zadzwonili do mnie właśnie z jednej z najlepszych niemieckich agencji modelingowych. Musiałem to od razu opowiedzieć Lei, która akurat z kilkorgiem przyjaciół przygotowywała kolację. O ludzie, będą kompletnie zaskoczeni. Ja i modeling, akurat ja!
Pognałem do kuchni i kiedy wyrzucałem z siebie swoją niewiarygodną historyjkę, od razu wyczytałem z ich twarzy, co mnie za chwilę czeka. Ktoś zawsze musi być kozłem ofiarnym i znieść bez słowa protestu grad docinków. Teraz kolej przyszła właśnie na mnie. Muszę jednak przyznać, że dostarczyłem swoim kumplom idealnego pretekstu.
- Hej, spójrz na tego modela. - PJ się roześmiał i wskazał na mnie.
Dennis z egzaltacją podniósł się z krzesła i z ręką na biodrze nienaturalnie przeszedł się aż do drzwi, odwrócił i powiedział:
- Dramat, kochanie!
PJ prawie turlał się ze śmiechu po podłodze.
- Tak, tak, Bruce Darnell. - Uśmiechałem się od ucha do ucha. - Możecie mnie spokojnie posadzić na końcu stołu, ale dajcie mi lepiej jeszcze jedną porcję tego curry! Jestem głodny jak wilk!
Lea czule przesłała mi nad stołem całusa. Uważała tę nową sytuację za ekscytującą co najmniej tak samo jak ja, tylko ja starałem się nie dać tego po sobie poznać. A ona promieniała i pękała z dumy!
W AGENCJI
Dwa dni później stało się. Znalazłem jakąś wymówkę, żeby wyjść z biura pół godziny wcześniej, i pojechałem autobusem na Goldbekufer, do jednej z najlepszych dzielnic mieszkalnych Hamburga.
Chłopie, chłopie, myślałem, gdy stałem przed wytwornym wejściem do agencji i gapiłem się na wypolerowaną do połysku mosiężną tabliczkę. Wyglądało na to, że dobrze im się wiedzie.
Podałem recepcjonistce swoje nazwisko i zaprowadzono mnie do holu. Siedziało tam już sześciu innych chłopaków, którzy obojętnie przeglądali jakieś magazyny mody. Jeszcze i to, casting grupowy. Stłumiłem podenerwowanie i zacząłem lustrować każdego ze swoich konkurentów. Od razu zrobiło mi się gorzej.
- O cholera, wszyscy świetnie wyglądają! - zakląłem po cichu. Próbowałem nie dać nic po sobie poznać i żeby się czymś zająć, wziąłem z dużego stołu konferencyjnego niemieckiego "Vogue'a". Chłopaki naprawdę wyglądały tak, jak sobie wyobrażałem prawdziwych modeli: uśmiech jak z reklamy pasty do zębów, seksowne ciała, włosy ułożone na żel. Moja ułomność nie miała dla mnie w tym momencie żadnego znaczenia. Myślałem raczej: człowieku, masz wielgachny nos, twój tors jest zbyt masywny, a w porównaniu z tymi supermenami masz raczej zero przecinek zero szans na zostanie modelem. Dlaczego mieliby wziąć akurat ciebie, jeśli mogą mieć tych chłopaków?
Na ścianie naprzeciwko mnie wisiał duży ekran. Leciało MTV, ale bez dźwięku. Gdyby nie telewizor, mogłaby to być równie dobrze poczekalnia jakiegoś dentysty. Tak się w każdym razie tam czułem. Ściana po prawej stronie była z mlecznego szkła i można ją było przesuwać. Za nią znajdowały się właściwe pomieszczenia agencji. Ludzkie cienie wciąż przemieszczały się tam w jedną i drugą stronę, ale niczego nie dało się rozpoznać. Za każdym razem kiedy jeden z tych cieni podchodził do drzwi, reszta chłopaków odwracała się z nadzieją, by później znów rozczarowana poświęcić uwagę magazynom. Ta ścianka działowa wydawała się barierą nie do pokonania. Nie wiedziałem dlaczego, w końcu to oni mnie zaprosili - ale mimo to wszystko wydawało mi się takie nierzeczywiste. Czy za tymi drzwiami z mlecznego szkła naprawdę spełniają się marzenia? Jest tam jakieś wejście do nowego życia?
PIERWSZE ZDJĘCIA
Wkrótce magiczna ściana otworzyła się po raz pierwszy, do naszej poczekalni wszedł jakiś mężczyzna i zabrał ze sobą do tej ziemi obiecanej pierwszego chłopaka. Powtarzało się to w piętnastominutowym rytmie, dopóki nie został już tylko jeden - ja!
- Cześć, jestem Christian, odpowiadam za nowe twarze, ale to wszystko pewnie już słyszałeś - powiedział, kiedy szliśmy przez agencję. Stanęliśmy przed białą ścianą. - Teraz zrobimy ci kilka zdjęć, żeby zobaczyć, jak sobie dajesz radę, dobrze?
- Nie ma problemu. - Próbowałem zatuszować swoją nerwowość nonszalancją. - Poradzę sobie.
- Bardzo dobrze. Rozbierz się do pasa. Zaraz przyjdzie ktoś z aparatem.
Rozebrałem się, fotograf wyszedł zza rogu i od razu zaczął pstrykać zdjęcia.
- Mam coś zrobić?
- Nie, nie. - Machnął ręką. - Bądź po prostu zupełnie naturalny.
Natychmiast zauważyłem jego krytyczne spojrzenie, kiedy zobaczył mój masywny tors. Grałem jeszcze wtedy w klubie w koszykówkę, na pozycji, na której trzeba być bardzo silnym. A ponieważ przy wzroście stu osiemdziesięciu sześciu centymetrów do gry w środku pola byłem trochę za niski, musiałem zrównoważyć swoje braki siłą mięśni. Każdą wolną chwilę spędzałem zatem z chłopakami w klubie McFit i wyciskałem ciężary.
- Light like a feather! 5 - wołaliśmy do siebie, dokładnie tak jak Muhammad Ali. Ludzie kochani, naprawdę przesadzaliśmy. Wlewałem w siebie koktajle białkowe, bez końca brałem tabletki z kreatyną i tak intensywnie budowałem masę mięśniową, że w pewnym momencie ważyłem dziewięćdziesiąt kilogramów - to była absolutnie maksymalna waga przy moim wzroście.
A teraz stałem tutaj.
- Masz piękną twarz - powiedział w końcu fotograf. - Podoba mi się. Żebyśmy cię przyjęli, musisz jednak stać się bardziej sprężysty i atletyczny. Masz predyspozycje, ale ukrywasz je pod tymi wszystkimi mięśniami. Mniej chodzi nam o masę, a bardziej o rzeźbę ciała.
- Mario, masz to coś. - Christian kiwnął potakująco głową. - Biorę pod uwagę, że cię przyjmiemy, ale dajmy sobie trochę czasu. Jeśli tego chcesz, jeśli naprawdę miałbyś ochotę pracować jako model, to powoli gub masę, żebyś nie wyglądał jak mięś niak. Wybacz, że mówię to tak wprost.
- W porządku. - Roześmiałem się.
Miał przecież rację. Naprawdę wyglądałem jak mniejsza wersja Dolpha Lundgrena z filmu Rocky IV - w kancik i z fasonem. Ale właśnie ten styl był wówczas w modzie. Słuchaliśmy Bushida i 50 Centa, szaleliśmy za gangsta rapem6 i udawaliśmy mocarzy.
- Mógłbyś też trochę ograniczyć wizyty w solarium. Może dziewczyny, które w weekendy przyjeżdżają z przedmieść na basen, za tym szaleją, ale my tutaj nie za bardzo. Zatem, Mario, zacznij pracować nad gubieniem mięśni i zgłoś się, kiedy poczujesz, że jesteś gotowy, dobrze? Już się cieszę, że do nas dołączysz.
Christian podał mi rękę i już się chciał pożegnać, gdy zacząłem się namyślać. Musiałem mu o tym koniecznie powiedzieć!
- Yyy, Christian - zająknąłem się zakłopotany. Nie bardzo wiedziałem, jak mam to powiedzieć.
- Tak?
- Jest jeszcze jedna rzecz.
- Co takiego?
- Najprościej będzie, jeśli ci to pokażę.
Usiadłem na krześle, na którym leżały moja koszulka i sweter, rozpiąłem dżinsy i ściągnąłem je aż do kostek. Christian patrzył na mnie, jak gdybym małym statkiem kosmicznym wylądował właśnie wprost przed jego nosem. Jego spojrzenie przewiercało moją ortezę, usta miał otwarte, ale nie powiedział ani słowa. Było dla mnie jasne, że w tym momencie muszę przejąć ster, rozładować napięcie i skierować rozmowę na właściwe tory.
- Dobra, wyszło szydło z worka! - Klasnąłem w dłonie i zerwałem się z krzesła. - Mam pewną ułomność. Nie wiem, czy możecie z tym coś zrobić, czy też mogłoby to was ograniczać w naszej współpracy.
Christian wciąż nic nie mówił.
- To znaczy, o ile w ogóle jakaś współpraca jest możliwa - szybko dorzuciłem.
W milczeniu i z ręką na brodzie, chyba żeby zasygnalizować, że właśnie intensywnie się zastanawia, obszedł mnie trzy razy, uważnie mnie taksując.
- Mario - powiedział w końcu sucho, gdy już skończył swój obchód - co to za zasrane widowisko?
- No, moja prawa noga jest znacznie krótsza, dlatego noszę protezę. Poprawnie w języku medycznym powinienem właściwie powiedzieć: ortezę, ale mało kto zna ten termin, więc zazwyczaj mówię o protezie. Ta nazwa jest chyba częściej używana.
- Mhmmm - wymruczał i przejechał obiema rękami po włosach.
- Ale mogę nią robić wszystko - dodałem szybko, w nadziei, że w zarodku zduszę myśli, które już zaczął snuć. - Skakać, biegać, grać w piłkę nożną. Żaden problem!
- Wszystko jasne - powiedział potem bardzo zdecydowanie, z rękami opartymi na biodrach. - Jeśli wpadniesz tu znów i twoje ciało mi się spodoba, znajdziemy jakieś rozwiązanie. Damy sobie z tym radę.
- Serio? Nawet w tej sytuacji? - powiedziałem zdziwiony. Z tym się nie liczyłem.
- Świat jest wielki, a klienci mają najróżniejsze życzenia. Może będziemy cię mogli gdzieś umieścić, może nie. Tak jak powiedziałem: jeśli cię przyjmiemy.
To brzmiało fair.
- A teraz zdejmij spodnie do końca. Muszę to coś... yyy... tę ortezę dokładnie sfotografować, żeby inni w agencji też wiedzieli, w co się wpuszczają...
- ...zanim zdecydują: tego bierzemy, tego kalekę! - Zaśmiałem się.
Christian również zaczął się śmiać.
- To mi się podoba. Mam co do ciebie dobre przeczucia. Nie brakuje ci poczucia humoru. A w tej branży będziesz go potrzebował.
Uff! Pierwszy krok zrobiony. Bardzo dobrze, że powiedziałem całą prawdę, zamiast certolić się tylko po to, by sztucznie utrzymywać przy życiu myśl o tym świecie fantazji. Moją ułomność mogli wykorzystać jako wymówkę, żeby mnie nie przyjąć, a tego nie chciałem. Nie dało się przecież wykluczyć, że powiedzieliby: "Jak to, Mario jest niepełnosprawny? Dlaczego ten chłopak od razu o tym nie powiedział? W takim razie jest kompletnie bezużyteczny!".
Myślę, że pewnego dnia i tak musiałbym wyłożyć karty na stół - lepiej więc wcześniej niż później. Mimo to trochę się bałem tej chwili. Nie miałem pojęcia, jaki stosunek do niepełnosprawności mają ludzie ze świata mody i jak zareagują na moją ortezę. Zasadniczo nie mam problemów z pewnością siebie. Przeciwnie. Potrafię bardzo dokładnie ocenić, co mogę, a czego nie. Ale poruszałem się po całkiem obcym terenie. Znalazłem się nagle w sytuacji, w której musiałem się dosłownie obnażyć przed ludźmi, z którymi nie miałem przedtem nic wspólnego.
Znalazłem się w sytuacji, w której łatwo było mnie zranić - przez całe swoje życie zawsze tego unikałem, a teraz musiałem się liczyć z tym, że zostanę odrzucony i usłyszę odmowę. Ale każdy kiedyś musi podjąć to ryzyko, jeśli nie chce dreptać w miejscu. Jak trafnie rzekli EPMD, jeden z najlepszych raperskich duetów wszech czasów: It's like lotto. You have to be in it to win it7.
NOWE CIAŁO
Przez następne cztery miesiące trenowałem, trenowałem, trenowałem, przy czym skupiałem się prawie wyłącznie na wytrzymałości. Przerabiałem pełny program i w siłowni musiałem się dopiero przyzwyczaić do tego, że nie konkuruję z chłopakami w "pakerskim" kąciku, tylko idę tam, gdzie chodzą dziewczyny. To znaczy na bieżnię, trenażer eliptyczny (crosstrainer) i steper. Musiałem oczywiście tego i owego wysłuchać, bo nie mogłem kumplom zdradzić swoich planów. Co miałem im powiedzieć? "Wiecie co, chcę zostać modelem i wolę dziś iść na steper. Mój tyłek musi być lepiej wyrzeźbiony!"? Nie, nie! Nieważne, jak bym to sformułował, na długi czas zostałbym ofiarą znajomych i musiałbym wysłuchiwać głupich żartów. Wiem, bo sam nie inaczej się zachowywałem.
Musiałem oczywiście dbać o swoje mięśnie. Żeby je zmniejszyć, ale żeby jednocześnie zyskały wyrazisty wygląd, tę rzeźbę, na której mi zależało, pracowałem tylko z lekkimi ciężarkami, za to w nieskończoność powtarzałem ćwiczenia. Cztery razy w tygodniu po trzy, cztery godziny treningu to był standard. Miałem przed oczami cel i chciałem go osiągnąć jak najszybciej. Radykalnie zmieniłem też dietę, co nie było takie łatwe, ponieważ musiałem codziennie wygrywać walkę ze stołówką w Norddeu tscher Rundfunk8, gdzie zdobywałem wykształcenie jako handlowiec specjalista do spraw komunikacji biurowej9. Starałem się jeść jak najmniej węglowodanów i zupełnie zrezygnować z pizzy, frytek, burgerów, makaronu, kebabu i kanapek. W jadłospisie były: ryby, sałata, owoce i warzywa. I przy porannym sprawdzaniu wagi mogłem patrzeć, jak kilogramy grzecznie znikają. Bye, bye, kochane. Znajdźcie sobie nowy domeczek!
Schudłem dwanaście kilogramów, ważyłem już tylko siedemdziesiąt osiem, ale w swoim pojęciu wciąż wyglądałem zdrowo. Moja dziewczyna oczywiście cieszyła się ze zmian, które we mnie zauważyła, chociaż jeszcze zupełnie nie pojmowała ich skutków. Niby jak miała je pojmować, jeśli nawet ja sam nie miałem bladego pojęcia, co mnie czeka w najbliższych miesiącach? Oto zatem mam takie ciało, ciało modela Maria, jakiego żądała agencja. Wiedziałem wprawdzie, że nie wyglądam jeszcze idealnie, ale byłem na dobrej drodze. Mogłem wystąpić w pokazie!
Potem już wszystko poszło szybko. Zadzwoniłem do agencji, umówiłem się na następny dzień, znów zrobiono mi zdjęcia i bez dalszych dyskusji przyjęto. Myślę, że mój swobodny i naturalny stosunek do ułomności koniec końców rozstrzygnął o tym, że podpisali ze mną kontrakt. Nigdy nie jąkałem się, zmieszany, żeby usprawiedliwić swoją odmienność albo wręcz się z niej tłumaczyć. To im chyba zaimponowało, tak myślę. Lea powiedziała mi: "Idź tam i po prostu bądź sobą, bądź Mariem, wtedy nie będą mogli cię nie pokochać".
W efekcie spośród chłopaków, którzy wtedy czekali w holu na swoją szansę, udało się tylko mnie. Pozostałych nigdy więcej nie widziałem.
Moja pierwsza karta modela w całości składała się z tak zwanych polaroidów, najzwyczajniejszych w świecie polaroidów, które prowizorycznie zrobiliśmy w agencji. Była to kartka formatu A5, z przodu mieściło się jedno duże zdjęcie, a z tyłu od dwóch do czterech mniejszych zdjęć modela, wymiary ciała i adres agencji. Moja twarz była niedoświetlona, bez makijażu odpowiedniego do stroju. Nie dostałem też naprawdę stylowych, designerskich ciuchów. Wydawało mi się to dziwne i zupełnie poważnie zadawałem sobie pytanie, jak na podstawie tych amatorskich zdjęć Karl Lagerfeld albo Wolfgang Joop mieliby wyrobić sobie o mnie zdanie. Ja bym siebie nie zatrudnił. W każdym razie nie takiego. Nie znałem mechanizmów rządzących tą branżą i po prostu zaufałem swojej agencji, która przecież powinna wiedzieć, co robi. Cóż mi pozostało?
KONIEC CZEKANIA
Dobre sześć tygodni minęło, zanim znów się do mnie zgłosili. W tym biznesie obłędnie dużo czasu upływa na czekaniu. Czekaniu na samolot, fotografa, zapłatę, ale co najważniejsze: czekaniu na ten telefon, który wszystko zmienia.
Akurat siedzieliśmy z matką, ojczymem i moją dziewczyną przy kolacji w bloku w Eppendorfie, tuż za rogiem mojej dawnej szkoły, kiedy usłyszałem dzwonek komórki. Spojrzałem na wyświetlacz: Christian z agencji.
- Nie odbierzesz? - spytała Lea i zanurzyła pieczonego ziemniaka w twarożku z ziołami.
- Mój agent - powiedziałem podekscytowany do zebranych. - Dlaczego dzwoni tak późno?
- Nie dowiesz się, jeśli nie odbierzesz - stwierdziła Lea, z przyjemnością przeżuwając swojego ziemniaka.
- Odbieraj, już. - Podniecona matka gestykulowała nożem.
- Mario Galla, słucham - przedstawiłem się z dystansem, jak gdybym nie wiedział, kto jest na linii.
- Mario, masz pierwsze zlecenie. Gratuluję!
Całkowicie osłupiałem. Moje serce łomotało ile sił. Chciałem coś powiedzieć, cokolwiek, ale zabrakło mi tchu. Najchętniej wyskoczyłbym w górę z radości, a w ułamku sekundy przeleciały mi przez głowę najdziksze myśli. Do biegu, gotowi, start... w końcu... teraz mam kupę kasy na wyciągnięcie ręki... świetlana przyszłość pełna euro i dolarów... wielki świat, kochany...
Powoli się uspokoiłem.
- Tak, super. Kiedy by to miało być? - odpowiedziałem trochę obłudnie. Nie interesował mnie termin, tylko jak wysokie miało być moje honorarium. Ale jeszcze nie miałem odwagi zapytać. Christian opowiedział mi trochę o sesji, o tym, jaki fotograf miał robić zdjęcia, to wszystko też było bardzo interesujące.
Lea i matka z ciekawością gapiły się na mnie, tylko André całą uwagę nadal poświęcał swojemu stekowi z polędwicy. Czekałem, aż rozmowa będzie dobiegać końca. Miałem plan, żeby tuż przed finałem zachować się jak Columbo. Zrobić to tak jak on, uśpiwszy czujność przeciwnika. Przecież właśnie ten detektyw, kiedy był już prawie przy drzwiach, odwracał się, zawsze pogrążony w myślach, jeszcze raz i mimochodem rzucał: "Ach, tak, byłbym zapomniał...".
Chwyciłem frytkę, nabrałem nią sosu barbecue i włożyłem do ust.
- Wszystko zapowiada się świetnie - mlasnąłem. - Ach, byłbym zapomniał. Jak się mają sprawy z gażą?
Christian zaczął się śmiać.
- Mario, co rozumiesz przez gażę?
Prawie się zakrztusiłem.
- Masz zdjęcia próbne.
Nie reagowałem.
- Będzie cię fotografował Moritz Schmid. To bardzo dobry fotograf.
- No i? - powiedziałem sucho.
- To jest tak - wyjaśnił Christian - że Moritz nie dostaje za to żadnych pieniędzy. Wizażystka nie dostaje pieniędzy i stylistka też nic za to nie dostaje...
Tak, wszystko jasne, pomyślałem w tym momencie. To ja dostanę tylko ze dwa tysiące euro na początek. Też dobrze.
- ...i ty, tak jak wszyscy inni, również nie dostajesz za to nic.
Słowo "nic" dodatkowo zaakcentował, żebym wreszcie naprawdę skapował.
Nic? Zero? Właściwie nie tak to sobie wyobrażałem. Zupełnie nie tak. Nie pojmowałem, dlaczego mam pracować za nic. Uśmiech zniknął mi z twarzy równie szybko, jak się pojawił.
Sesja miała się odbyć w środku tygodnia gdzieś na Pustaci Lüneburskiej, w ciągu dnia, kiedy powinienem normalnie pracować w biurze.
- I co, masz czas i ochotę?
- Jasne - powiedziałem szybko i zacząłem apatycznie grzebać w talerzu.
Coś wymyślę, żeby się usprawiedliwić w NDR, ale mój nastrój spadł poniżej zera. W myślach szybko streściłem to, co Christian mi właśnie powiedział: mam olać naukę, żeby pojechać na sesję, która po pierwsze odbędzie się na jakimś cholernym zadupiu, a po drugie nikt mi za nią nie zapłaci. Szczerze mówiąc, jak dla mnie to nie był dobry interes. Christian zauważył, że mój początkowy entuzjazm coraz bardziej gasł.
- Mario, tak po prostu jest. Żeby dostawać zlecenia, które przynoszą pieniądze, musisz mieć najpierw świetne zdjęcia. Dopiero kiedy skompletujesz prawdziwą książkę modela, z którą klient będzie mógł coś zrobić, kiedy będziesz miał zdjęcia, które pokażą twoją plastyczność, dopiero wtedy będziesz rzucał się klientom w oczy. Na tych polaroidach, które zrobiliśmy ci w agencji, daleko nie zajedziesz. Musisz mieć tego świadomość. Początki zawsze są trudne. Teraz ważne jest, co ty z tym zrobisz, a przede wszystkim czy jesteś gotów zainwestować we własną karierę.
Wszystko mogłem powiedzieć, ale nie to, że decyzja była dla mnie oczywista. Kontrakt już podpisałem, myślałem więc, że teraz oficjalnie jestem prawdziwym modelem! Byłem młody, naiw ny i potrzebowałem pieniędzy, które nadal płynęły obok mnie.
- Mario, słuchaj. Masz niewiarygodne szczęście. Moritz jest świetnym fotografem. Po sesji dostaniesz naprawdę doskonałe zdjęcia. Jestem tego pewien.
- Mhmmm - mruknąłem, nieszczególnie pod wrażeniem.
- Większość modeli w twojej sytuacji zapłaciłaby kupę kasy za to, żeby móc umieścić takie zdjęcia w swoim portfolio. A ty masz szansę dostać je za darmo.
Chociaż jego słowa brzmiały, oczywiście, sensownie, było to dla mnie pierwsze poważne rozczarowanie, którego się nie spodziewałem. Zupełnie serio myślałem, że wielkie kontrakty z mega budżetami tak po prostu na mnie czekają. Rzeczywistość dopadła mnie bez ostrzeżenia.
Trochę podłamany podziękowałem Christianowi za telefon i zatroszczyłem się najpierw o trzy żądne wiedzy sępy, które chciały wszystko jeszcze raz dokładnie usłyszeć z moich ust. Rodzice i Lea cieszyli się z nowin dużo bardziej niż ja.
- To super! - mówiła uszczęśliwiona mama.
Lea wyściskała mnie i czule pocałowała w usta, co w tej akurat chwili nie bardzo mnie pocieszyło.
- Żadnych pieniędzy! - mamrotałem wciąż pod nosem. - Żadnych pieniędzy.
PIERWSZA SESJA
Sesja odbyła się tydzień później. Pojechaliśmy pociągiem ze stacji Hamburg Dammtor na Pustać Lüneburską. Agencja pokryła koszty podróży, siedem i pół euro, co wówczas nie przyniosło mi żadnych korzyści, bo z biletem studenckim i tak jeździłem za darmo. Nie powstrzymało mnie to przed zrobieniem małego dodatkowego interesu. Poprzedniego wieczoru umówiłem się z Tinem, drugim modelem w tej sesji próbnej, i wykorzystałem okazję, żeby go trochę wypytać.
- Jak to jest? Też nic nie dostajesz?
- Nieee, to tylko zdjęcia próbne - odpowiedział, jeszcze trochę śpiący.
- Hmm, czy to naprawdę ma sens?
- To normalne. Ja w tym roku...
Zaczął liczyć na palcach.
- ...zaliczyłem już piętnaście takich. Nie licząc tej dzisiejszej.
- Świetnie, kurka - powiedziałem przerażony. - Piętnaście razy gdzieś jeździłeś i nie dostawałeś za to ani centa?
- Jasne. - Tino się do mnie uśmiechnął. - A co ty myślisz?
Chwilowo zupełnie nie myślałem.
Już chciałem odpowiedzieć: "No, że natychmiast wystartujemy z ogólnokrajową kampanią! Bo cóż innego?", ale sobie darowałem.
Czułem się tak podle, że najchętniej wyrzygałbym się na podłogę przed nami. Piętnaście występów na wrzosowisku za friko? Słowa Tina brzmiały w mojej głowie jeszcze długo, kiedy podmiejskie dzielnice Hamburga przelatywały obok nas jedna za drugą.
Rozbiliśmy obóz w ładnym domu z muru pruskiego, należącym do krewnych kogoś z zespołu, więc jego wynajęcie nic nie kosztowało. Tam zostawialiśmy mnóstwo walizek, ubrań i wszelkiego innego ekwipunku, kiedy jeździliśmy po okolicy, żeby robić zdjęcia. Było dość chaotycznie - stylistka przyjechała z dzieckiem, które przez cały czas kaprysiło, w kółko ryczało i denerwowało nas wszystkich, a nie dało się go uciszyć. Wyjazd miał w sobie coś z wycieczki szkolnej: ściśnięci w szóstkę siedzieliśmy w starym golfie trójce z ciuchami, aparatami i statywami na kolanach i krążyliśmy po lasach Pustaci Lüneburskiej. Właściwie wyobrażałem sobie, że moja pierwsza sesja będzie trochę bardziej wykwintna.
Cały dzień cieszyłem się na to, że wskoczę w końcu w garnitur z klasą, zacznę pozować aż do przesady seksownie i po prostu będę się świetnie bawił. Potem pierwszy raz rzuciłem okiem na ciuchy i zaliczyłem twarde lądowanie.
- O mój Boże. Co to jest? - Roześmiałem się głośno i podniosłem wysoko biały obszerny sweter, na którym widniało coś w rodzaju głowy Dartha Vadera i napis "IT'S A COLD WORLD". Coś takiego mógłby ewentualnie włożyć mój młodszy brat, ale nie ja na swojej pierwszej sesji. Czy naprawdę chciałbym mieć takie zdjęcia w portfolio? Hmmm. Do wyboru był jeszcze olbrzymi czerwony płaszcz jakiegoś japońskiego projektanta, który uznałem za trochę bardziej stylowy i który, jak wszyscy wielokrotnie i aż nadto wyraźnie podkreślali, był megadrogi, ale moje myśli kręciły się wokół czegoś zupełnie innego: przecież w tych worach w rozmiarze XXL w ogóle nie będzie widać mojego ciała! Czy nie o to chodzi, żebym dostał zdjęcia, na których klienci będą mogli zobaczyć, jakie wspaniałe mam kształty?
Ale w porządku, to była moja pierwsza sesja i nie chciałem od początku uchodzić za zarozumialca. Grałem w tę grę ze wszystkimi i dawałem się fotografować w najbardziej zwariowanych kostiumach, jakie tylko były w tym skarbczyku, nawet jeśli w niektórych wyglądałem jak Marsjanin. Na koniec dnia mogłem do swojej książki dodać trzy naprawdę piękne zdjęcia. Agencja była szczęśliwa, zespół był szczęśliwy, więc ja też.
Podczas sesji stało się ze mną coś, co uświadomiłem sobie dopiero, gdy znów siedziałem przy swoim biurku w NDR i przeglądałem papiery. Po raz pierwszy w życiu zrozumiałem, co to znaczy mieć prawdziwe marzenie, a przede wszystkim dążyć do tego, żeby się spełniło. Ludzie z tego zespołu - fotograf i jego asystent, wizażystka, ten drugi model i stylistka, która nawet zabrała ze sobą dziecko - poświęcili wiele wysiłku, za który nie dostali ani centa, zainwestowali mnóstwo czasu i energii, a to wszystko tylko dlatego, że nie wyobrażali sobie, by mogli się poświęcić czemukolwiek innemu.
Nawet jeśli ciuchy nie były takie, jak sobie wyobrażałem, a styl mógłby być, jak dla mnie, nieco elegantszy, czułem przecież na tej sesji energię, która poruszała mnie do głębi. Sprawiało mi to po prostu radość, naprawdę wiele radości. Jesteś w drodze z grupą kreatywnych ludzi, dobrze się bawisz, fotograf naciska migawkę aparatu i pokazuje ci zdjęcie, jeszcze zupełnie nieobrobione, ale już w tym momencie wygląda ono tak bosko, że mógłbyś robić jedno salto za drugim, i myślisz sobie: gdybym naprawdę mógł w tym odnieść sukces, byłoby to absolutnie fantastyczne.
SZARA CODZIENNOŚĆ ZAMIAST BARWNEGO ŚWIATA FANTAZJI
To poczucie, że każdy uczestnik włożył w pracę tak wiele serca, po prostu mnie nie opuszczało, ponieważ pomiędzy tym, co przeżyłem podczas sesji fotograficznej, a moją biurową codziennością ziała przepaść. I każdy segregator, który znudzony zdejmowałem z półki lub na nią wkładałem, przypominał mi o tym. Codziennie odbębniałem swoje obowiązki i człapałem do domu. Tak mijał tydzień za tygodniem, miesiąc za miesiącem. Nie powiem z ręką na sercu, że jakoś szczególnie zależało mi na moich studiach, ale też nadal mi one nie przeszkadzały. To, co robiłem w biurze, było mi po prostu do bólu obojętne. Prawdziwe życie prowadziłem i tak tylko w weekendy. Od poniedziałkowego poranka do piątkowego popołudnia wypełniałem swoje zadania i zarabiałem pieniądze, ale potem obwiązywały mnie inne zasady: spotykałem się z przyjaciółmi, przepuszczałem kasę, słuchałem głośno muzyki i imprezowałem, imprezowałem, imprezowałem. Nigdy nie marzyłem o tym, żeby zostać modelem. Właściwie wtedy w ogóle nie miałem marzeń, może oprócz tego, żeby być sławnym i bogatym. Tak jak my wszyscy. Ale jak to zrobić, nie miałem pojęcia. Byłem tylko jednostką z pieprzonego straconego pokolenia niemieckiej młodzieży poszukującej swojego Idola, swojej szansy na zaistnienie.
O tym, jak bardzo byłem wówczas zagubiony i nie wiedziałem, co zrobić ze swoim życiem, najlepiej świadczy to, w jaki sposób w sierpniu 2006 roku zdecydowałem się na naukę w NDR.
Wszystko zaczęło się od amerykańskiego serialu telewizyjnego Orły z Bostonu. Oglądałem jedną serię za drugą i byłem pod takim wrażeniem, że zapisałem się na uniwersytet na prawo. Naprawdę! Wyobraźcie to sobie! Zupełnie poważnie myślałem, że najbardziej się spełnię, jeśli będę prowadzić takie życie jak ci telewizyjni gwiazdorzy palestry! Chodzić w drogich garniturach, właściwie mimochodem wygrywać sprawy sądowe, zawsze mieć kilka plików banknotów, każdy o nominale tysiąca, a wieczorami, po wspaniałych triumfach dnia, na tarasie na dachu kancelarii popijać drogą whisky, palić papierosy i filozofować o pięknych kobietach. Tak, właśnie tak powinno wyglądać moje życie...
Zapisałem się zatem na studia prawnicze. Moi rodzice, którzy, to logiczne, najlepiej orientowali się w moich zaletach i wadach, nie potrafili wprawdzie zrozumieć, dlaczego podjąłem taką decyzję, ale mi na to pozwolili. Pewnie myśleli: kto wie, być może nasze dziecko ma jakąś cechę, której przez ostatnie dwadzieścia jeden lat nie odkryliśmy. Są poza tym gorsze rzeczy niż mieć syna, który chce zostać adwokatem.
Nie trzeba było jednak wiele czasu, by wrócił mi rozsądek. Gdy pierwszego dnia na uniwersytecie zobaczyłem swoich kolegów, z którymi nie miałbym ochoty w wolnej chwili wypić nawet kawy, i poważnie zająłem się materiałem z zajęć, szybko stało się dla mnie jasne, że do Orłów z Bostonu bardzo mi daleko.
Wieczorem leżałem w łóżku, gapiłem się w sufit i prowadziłem ze sobą w myślach rozmowę, którą właściwie powinienem był przeprowadzić wiele tygodni wcześniej.
- Mario, bądź w końcu ze sobą uczciwy. Wtedy sam stwierdzisz, że nie nadajesz się na prawnika.
- Tak, tak, ale wyobrażałem sobie, że to będzie takie ekscytujące.
- Doskonale wiesz, że tego nie chcesz. Prawo jest dla ciebie o wiele za nudne. Jesteś dość twórczym typem!
- Naprawdę masz jakieś talenty? - zapytałem sam siebie. - Może dobrze rysujesz? Zajmowałeś się tym kiedykolwiek? Może przez tydzień, jeśli w ogóle, ale zawsze byli inni, którzy rysowali lepiej. Mimo to jednak ta dziedzina zawsze cię interesowała, prawda?
- Tak, jasne!
- No to może jakiś zawód związany z mediami? Ci wszyscy ludzie w mediach przecież coś tworzą: jedni rysują komiksy, kręcą filmy, inni piszą scenariusze i artykuły w gazetach albo dobierają muzykę do audycji radiowych. Tam nie jest tak ciemnoszaro jak na studiach prawniczych, tylko kolorowo. A ty po prostu się pomiędzy nich wmieszasz.
- Dobry pomysł! I co teraz?
- Poszukaj stażu w jakimś przedsiębiorstwie medialnym!
- Dobra.
- Zobaczmy w Google'u, czy coś ciekawie brzmi.
Otworzyłem swojego laptopa, który stał obok łóżka, i wrzuciłem do wyszukiwarki hasła "praca ze szkoleniem" i "media". Po mniej niż dwóch minutach znalazłem.
- Chłopie, mam coś: handlowiec w dziale mediów audio wizualnych.
- Brzmi nieźle.
- Bingo! W weekend przysiądziesz i napiszesz podanie o staż. Słowo?
- Słowo!
MOJE STUDIA
Od RTL i stacji telewizyjnej Hamburg 1 dostałem pocztą odpowiedź odmowną, ale już kilka dni później byłem w kontakcie telefonicznym z panią Sommer z NDR, moją późniejszą kierowniczką studiów.
- Proszę pana, pańska aplikacja bardzo nam się podobała. Mamy jednak, niestety, tylko dwa miejsca na szkolenie handlowca w dziale mediów audiowizualnych, które możemy komuś przydzielić. Jeśli natomiast chodzi o szkolenie na handlowców w dziale komunikacji biurowej, to jest jeszcze trzynaście wolnych miejsc. Jeżeli nie ma pan nic przeciwko temu, moglibyśmy uwzględnić pana w procesie rekrutacyjnym właśnie tam. Co pan o tym myśli?
Co ja o tym myślę? Zupełnie nic!
- Och, nie - odpowiedziałem nonszalancko. - "Handlowiec w dziale komunikacji biurowej" to brzmi tak, jak by to określić, papierkowo, zupełnie bezbarwnie i niekreatywnie.
- Proszę pana... - Pani Sommer natychmiast próbowała mnie przekonać, że jest wręcz przeciwnie. - Ma pan całkowicie fałszywe wyobrażenie o tym cudownym zawodzie wymagającym ogromnej kreatywności. Gdyby pan wiedział, jak wszech stronny...
- Przepraszam, ale jak nazywa się to szkolenie, jeszcze raz? - przerwałem jej niegrzecznie.
- Handlowiec w dziale komunikacji biurowej.
- No to przecież byłbym sekretarką dla całej firmy! - burknąłem opryskliwie.
Zupełnie szczerze: po tak niemiłej odpowiedzi sam na pewno bym siebie nie zatrudnił, ale kochanej pani Sommer wydawałem się najwyraźniej tak sympatyczny, że moja zuchwałość zupełnie jej nie poruszała.
Teraz dopiero na dobre się rozkręciła i przez kolejne dziesięć minut opisywała mi tę pracę tak pięknie, że niespodziewanie ja też się zachwyciłem - naprawdę niewiarygodne.
- Nie, proszę pana, niech się pan nie martwi! To zupełnie nie jest tak, jak pan sobie wyobraża. Mamy tu silnie zmotywowanych młodych ludzi, którzy tworzą audycje i układają ramówki - mówiła kwieciście. - Zależnie od tego, w jakiej redakcji pan jest...
Jak gdyby w ogóle nie było administracji!
- ...ale po przeczytaniu pańskiej aplikacji w ogóle się o to nie martwię. Fantastycznie pasuje pan do naszej firmy.
W końcu przestałem się wahać i powiedziałem sobie: stary, zrobisz to. Spróbujesz!
Pierwszy etap, siedmiogodzinny maraton testowy w centrum rekrutacji, gdzie wraz z ponad tysiącem innych kandydatów zostałem przemaglowany od góry do dołu, o dziwo, pokonałem ich i naprawdę zostałem zaproszony na osobistą rozmowę kwalifikacyjną.
Nie możesz teraz tego sknocić, wciąż wbijałem sobie do głowy i skrupulatnie przygotowywałem się na wszystkie możliwe scenariusze. Sprawdzałem historię Norddeutscher Rundfunk i uczyłem się na pamięć rozmaitych bzdur, ale w końcu wszystko poszło inaczej.
- Proszę pana, czy czuje się pan wyróżniony tym, że właśnie pana koniecznie chcemy zatrudnić? - Tak brzmiało pierwsze pytanie, które już na początku rozmowy kompletnie zbiło mnie z tropu.
To była moja pierwsza rozmowa kwalifikacyjna w życiu i nie miałem żadnego gotowego pomysłu, jak powinienem zareagować. Dziś wiem, jak to działa: człowiek musi po prostu jak najlepiej mówić o sobie. Nawet jeśli czegoś nie umiesz, zapewniaj po prostu, że umiesz. Podczas egzaminu i tak niczego nie mogą ci udowodnić, nieważne, czy kłamiesz, czy nie. Oczywiście, że w kryzysowej sytuacji potrafisz z gumy do żucia, kawałka drutu i atramentu zbudować rakietę zdolną do lotu. Co to za pytanie! To dla ciebie bułka z masłem! Po prostu zachowuj się jak polityk w talk-show, a najgorsze będziesz miał za sobą.
Aha, ale taki cwany wtedy jeszcze nie byłem, bo moja wersja brzmiała mniej więcej tak:
- Tak... yyy... jestem, tak myślę, po prostu... hmmm... sympatyczny... to znaczy... z tych rzeczy tutaj... i... portier od razu wskazał mi drogę, czyli gdzie muszę pójść, do jakiego pomieszczenia i tak... macie tu państwo naprawdę pięknie... ach, tak, właśnie, jeden z państwa współpracowników towarzyszył mi nawet aż tutaj, był bardzo przyjaźnie nastawiony, a ja z nim przez chwilę rozmawiałem... tak... i... yyy... myślę, że ja też jestem miłym człowiekiem... tak ogólnie, i dlatego, tak uważam, pasuję do tego otoczenia.
To nie są żarty! Naprawdę mówiłem takie bzdury w obecności szefa szkolenia NDR. Przede mną siedziało gremium złożone z pięciu osób, które wciąż robiły notatki i przez cały czas krytycznie na mnie spoglądały. Nagle jakaś kobieta podniosła głowę, spojrzała na mnie i zapytała krótko:
- I to tyle?
Siedziałem jak zbity pies. Nie miałem nawet na sobie koszuli, jak inni kandydaci, tylko skromny sweter z kołnierzem, z Esprit.
- Tak, myślę, że to wszystko - odpowiedziałem. - Po prostu uważam się za miłego człowieka i atmosferę tutaj również uważam za bardzo miłą.
Kobieta niewzruszona opuściła głowę i zapisała coś w notesie. Zawaliłem to. Zupełnie, aż do tego stopnia to zawaliłem. Gdzież pytanie, gdzie widzę siebie za dziesięć lat, denerwowałem się. Na to się przygotowałem. Po prostu uważam, że jestem miły? Stary, czy ty czasem słyszysz, co mówisz? Wyszed łem z budynku, rozsiadłem się na najbliższej ławce i najpierw zapaliłem grubego jointa, żeby ochłonąć. Kompletnie to za waliłem.
Mimo to mnie przyjęli.
Studia zacząłem we wrześniu 2006 roku. Osiemnaście miesięcy miałem już za sobą, a przed sobą jeszcze niecały rok. Traktowałem to jako dość luźną możliwość zarabiania pieniędzy, ale, jak już wspomniałem, nie angażowałem w to serca. Praca biurowa nie dawała mi prawdziwego spełnienia.
MARZENIA O SUKCESIE
Zaraz po pierwszej sesji na bagnach Pustaci Lüneburskiej zacząłem się wgryzać w tę materię i co tydzień kupowałem sobie w kiosku międzynarodowe magazyny mody. Ale teraz nie interesowały mnie już, jak przedtem, artykuły, a tylko reklamy.
- Ale nie zmienisz się teraz w geja, prawda? - lubiła żartować Lea, gdy przez minutę wpatrywałem się w jakiegoś typa w bokserkach. Po cichu cieszyła się jednak jak mała księżniczka z tego, że przy śniadaniu mogła przeglądać nie wczorajszą gazetę, tylko najnowsze numery "Vogue'a", "GQ", "Numéro" czy "L'Officiel Hommes".
Kiedy pokazywaliśmy sobie nawzajem różne kampanie, myś lałem, że na każdej z nich ci modele zarabiają grube miliony. Zacząłem marzyć - o Nowym Jorku i Mediolanie, słynnych projektantach, wielkich pokazach pr?t-a-porter w Paryżu i o tym, jak byłoby wspaniale zobaczyć swoją twarz na okładkach wszystkich magazynów, które czytałem. Życie top modela wyobrażałem sobie jak w kiczowatym hollywoodzkim filmie i czułem się na nie gotowy. Wiem, to może zabrzmieć dziwnie, ale od dawien dawna miałem dość wybujałe ego i doskonale odnajdywałem się w eleganckim i prestiżowym świecie mody. Spośród wszystkich siedmiu grzechów głównych pycha była moim ulubionym.
Chciałem mieć nie tylko po prostu odlotowe zdjęcia, lecz także odlotowe zdjęcia dla odlotowych klientów w odlotowych magazynach. Był najwyższy czas, żeby wskoczyć na następny poziom. Moim problemem było wyłącznie to, że zupełnie nie wiedziałem, jak mógłbym samodzielnie wpłynąć na swoją karierę albo przynajmniej ją przyspieszyć. Komórka zawsze leżała w zasięgu ręki. Każdego dnia miałem nadzieję na telefon z agencji, ale nie działo się zupełnie nic. To było dość deprymujące, lecz doskonale zdawałem sobie sprawę, że moja szansa nadejdzie. A wtedy, tak, wtedy musiałem być gotowy.
Moja druga sesja próbna odbyła się trzy miesiące po pierwszej, na początku czerwca 2008 roku. Byłem umówiony z Benem Lambertym, fotografem, i jego ekipą w budynku uniwersytetu przy stacji Berliner Tor, niedaleko mojego mieszkania. W siermiężności ta sesja niczym nie ustępowała mojemu debiutowi na Pustaci Lüneburskiej. Był przyjemny, ciepły letni wieczór, a ja gnałem po pracy w biurze wprost do tego rozległego betonowego kompleksu, gdzie przez najbliższe pięć godzin co minutę zadawałem sobie pytanie, co tam właściwie robię. Wraz z dwoma innymi modelami stałem jak zamówiony i nieodebrany towar pod jakąś koszmarnie nędzną ścianą z szarej masy papierowej i śmiertelnie się nudziłem, bo nie działo się absolutnie nic. Czekanie! Czekanie! W ten sposób nic się z tą karierą nie da zrobić. Denerwowałem się z powodu straconego czasu i zazdrościłem w myślach swojej paczce, która w parku miejskim akurat sączyła wyborne piwo.
Nigdy jednak nie należy zapominać: nic nie dzieje się bez przyczyny! Wszystko ma sens, nawet jeśli komuś objawi się on o wiele później. Przypadek sprawił, że podczas tej sesji poznałem stylistkę, która następnego roku zatrudniła mnie do magazynu "Oyster". Miała dla tego australijskiego pisma stworzyć serię zdjęć i przypadł jej w udziale rzadki przywilej samodzielnego zaplanowania całej produkcji, który raczej nie przysługuje stylistom. I pomyślała przy tym również o mnie. Bomba!
Tego dnia nauczyłem się znajdować coś pozytywnego w każdej sytuacji. Gdy pokazałem Lei zdjęcia Bena, z początku nie była zbytnio zachwycona, zapytała tylko krótko:
- Co to ma być?
W mój osobisty gust także nie trafiały, ale to były moje pierwsze prawdziwe zdjęcia portretowe i miały mi już dwa tygodnie później otworzyć kolejne, ważne drzwi.
Ważna rola modela
Projektant bez modeli jest jak malarz bez płótna. Płótno to podstawa jego twórczości; właśnie na nim powstaje dzieło. Malarz może zrezygnować z pędzli, farb albo ołówków. Ale nie z płótna. To ono niesie jego wizję, nadaje jej wymiar fizyczny. W ten sposób płótno staje się istotną częścią sztuki. Nie ma obrazu bez płótna. Bez obrazu nie ma malarza. Tak to już jest.
Prezentacja prawdziwej mody na wielkim pokazie jest sztuką. Nie ma drugiej takiej sytuacji, w której związek i zależność pomiędzy projektantem a modelem ujawniałyby się tak wyraźnie, wręcz boleśnie.
Pokaz mody jest dla każdego projektanta punktem kulminacyjnym i zdecydowanie najważniejszym momentem sezonu. Pół roku pracuje się na ten dzień, w którym kolekcja zostaje pierwszy raz zaprezentowana publiczności. Wszystko musi być doskonałe, a napięcie osiąga szczyt, gdy pierwszy model wychodzi na wybieg. A co, jeśli model pójdzie w niewłaściwym kierunku, potknie się albo nawet upadnie? Katastrofa! Przez ten krótki kwadrans projektant jest całkowicie zależny od modeli.
Odpowiednio duża jest zatem także presja ciążąca na tych zazwyczaj młodych ludziach. Niewiele osób, które marzą o zawodzie modela, ma tę świadomość. Widzą one tylko życie pełne blasku, imprezy i celebrytów - ale nie ciężką pracę, która się za tym kryje. Od modela oczekuje się całkowitego skupienia, profesjonalizmu, punktualności i dyscypliny. Musi perfekcyjnie opanować swoją rolę. Nieważne, czy jest dziewczyną, czy chłopakiem, ma szesnaście czy sześćdziesiąt sześć lat, ma zły dzień czy walczy z syndromem zmiany stref czasowych. Pokaz wyklucza jakiekolwiek ulgi. Dla projektanta stawka jest po prostu zbyt wysoka. Nie można sobie pozwolić na błąd.
All eyes on the model. Gdy pokaz się zaczyna, cała uwaga publiczności skupia się na modelu. Michalsky Show ogląda na widowni do dwóch tysięcy osób, a na żywo w internecie kolejne dziesięć tysięcy.
Wszyscy widzowie patrzą na tego jednego jedynego człowieka, który w świetle reflektorów idzie po wybiegu. Ten człowiek, nasz model, jest zupełnie sam, bo projektant podczas pokazu pracuje na zapleczu. Nie może pomóc. Wie jednak, że ubrania mogą być wspaniale zaprojektowane, ale jeśli nie zostaną dobrze zaprezentowane, w oczach krytycznej prasy fachowej i kupców nie mają szans. Kroje, kolory i materiały działają tylko wtedy, gdy idealnie współgrają z postawą i krokiem modela i gdy ten ma charyzmę.
Dlatego tak ważny jest wybór modeli do każdego pokazu. Nigdy przy tym nie rozumiałem, dlaczego tak wielu ludzi w naszej branży definiuje piękno tylko jako nieskazitelność, smukłość i młodość. Modele mają za zadanie pokazać moją modę i tchnąć w nią życie. Przy jednolitym kanonie urody to niemożliwe. Dlatego świadomie wybieram na castingach również modeli, którzy do tego ideału nie pasują - odpowiadają przyjętemu przeze mnie mottu Real clothes for real people1. Dlatego w prezentacji mojej kolekcji na jesień/zimę 2011 wystąpili też sześćdziesięcioczteroletnia Evelyn Hall i sześćdziesięciopięcioletni Pat Cleveland. Unosili się w moich ubraniach nad wybiegiem i wypełnili swoją charyzmą całą salę. Ci dwoje stanowią najlepszy dowód na to, że piękno nie jest kwestią wieku czy ciała, tkwi wyłącznie w głowie. W takim samym stopniu dotyczy to Maria.
Gdy pierwszy raz zobaczyłem Maria, od razu miałem dobre przeczucia. Podczas castingu do mojego pokazu wiosna/lato 2011 był jednym z mniej więcej dwustu modeli, którzy prezentowali się tego dnia. Że ma piękną twarz i wspaniałe ciało, widać było już na jego karcie. Ale tak naprawdę zafascynowało mnie to, że wśród innych chłopaków on cały czas promieniał. Przy tym jego ułomność nigdy nie była dla mnie problemem. Tak naprawdę dopiero na trzeci rzut oka dostrzegłem, że szedł inaczej niż chłopcy obok niego. Gdy go o to zagadnąłem, rzucił mimochodem: "Ach, to... Jestem troszkę niepełnosprawny". Pomyślałem sobie: jeśli on traktuje to na takim luzie, dlaczego ja nie miałbym zrobić tak samo?
Naturalne i nieskomplikowane podejście Maria do jego upośledzenia jest imponujące i po prostu cudowne. Jego radość życia i pozytywna energia mają taką moc, że niepełnosprawność nie odgrywa żadnej roli. Ten chłopak zalicza się do ludzi, którzy nie tylko niesłychanie dobrze wyglądają, lecz także przekonują do siebie innych. A to cecha dobrego modela. Nie muszę dodawać, że Mario pracuje doskonale. Co do tego nie miałem wątpliwości już na castingu i od razu wpisałem go na swoją listę. Inni modele potrzebowali do tego trzech lub czterech podejść, większość nigdy nie stanie u mnie na wybiegu.
Gdy pokaz się kończy, wszyscy modele wraz ze mną jeszcze raz wychodzą na wybieg. Salę wypełniają brawa i światła fleszy. Nawet po dziesiątym pokazie wciąż jest to dla mnie wyjątkowy moment. Wizja, która wiele miesięcy wcześniej powstała w mojej głowie jako inspiracja, dotarła do publiczności. A to byłoby niemożliwe bez fantastycznych modeli takich jak Mario. Ja to wiem.
Nie ma pokazu bez modeli. Bez pokazu nie ma projektanta. Tak to już jest.
Michael Michalsky
Mam PFFD. Po rozwinięciu: Proximal Femoral Focal Deficiency. Wiem, to brzmi jak nazwa jakiejś fantastycznej broni z Gwiezdnych wojen.
- Kapitanie, atakują nas!
- Wszyscy na stanowiska! Proximal Femoral Focal Deficiency! Gotowi? Ognia!
Ale, niestety, to nic ekscytującego. Tak po angielsku nazywa się wrodzony niedziedziczny niedorozwój kości udowej. Jeśli wada jest niewielka, niewielki jest także niedorozwój, ale w skrajnych przypadkach kość udowa praktycznie nie istnieje. Kiedy patrzę w dół i widzę te ni kości, ni ości, umiejscowiłbym swój przypadek chyba gdzieś pośrodku skali. Może byłby to złoty środek.
Możliwe, że dla kogoś to dziwnie zabrzmi, ale nigdy nie zajmowały mnie medyczne szczegóły mojej dość rzadkiej wady. Dlaczego? Nawet najlepsi lekarze świata do dziś głowią się, w czym tkwi jej przyczyna. Oni nie wiedzą, mnie to nie interesuje - zamykamy temat. Jestem po prostu unikatem, nie produktem masowym.
Już z badań prenatalnych moja matka dowiedziała się, że urodzi niepełnosprawnego chłopca. Szczerze mówiąc, uważam, że to niewyobrażalne psychiczne obciążenie. Miesiącami niecierpliwie czekasz na narodziny swojego pierwszego dziecka, cieszysz się, że odmienny stan, w którym jesteś, kiedyś wreszcie się skończy, a potem dowiadujesz się, że najgorsze dopiero przed tobą. Matka miała tylko dwadzieścia dwa lata, kiedy mnie urodziła.
Pierwsze osiemnaście miesięcy po moich narodzinach minęło jeszcze w miarę spokojnie, ponieważ - jak każde normalne niemowlę - tylko raczkowałem. Potem dość szybko dostałem pierwszą ortezę, ale równie dobrze można byłoby toto zamienić na drewnianą nogę, taką, jaką mają piraci, bo wiele więcej niż sztywno kuśtykać się z tym nie dało. Technika ortopedyczna była jeszcze w powijakach. Dwa lata później skonstruowano coś, co przynajmniej umożliwiało mi normalne siedzenie przy stole. Metalowy pasek, który można było rozpiąć i zapiąć, pozwalał nieco zgiąć nieruchomą ortezę. Było trochę jak podczas wyjazdu na narty: zapiąć wiązania, rozpiąć wiązania. Tylko że to nie były wakacje!
MAMA JEST NAJLEPSZA!
Pierwsze prawdziwe wyzwanie dla matki nie miało wiele wspólnego z moją niepełnosprawnością, wynikało bowiem z tego, że rozpadł się jej związek z moim ojcem. Rodzice nigdy się nie pobrali. Ale po rozstaniu - miałem wtedy dwa lata - byli w przyjacielskich stosunkach, w przeciwnym razie z pewnością nie pozostaliby oboje w Schneverdingen, sielskim miasteczku na skraju rezerwatu przyrody Pustać Lüneburska2, gdzie diabeł mówi dobranoc lisowi i zającowi. Do ukończenia czwartego roku życia mieszkałem z mamą praktycznie rzut kamieniem od ojca, ale - szczerze mówiąc - niewiele pamiętam z tamtego okresu. Zmieniło się to dopiero, gdy matka przyjęła posadę w hamburskiej policji i przeprowadziliśmy się do Eimsbüttel. Tyrała codziennie jak wół, czasem nawet na dwa etaty, żeby niczego mi nie brakowało. Mówię bez najmniejszej przesady: poświęcała się bezwarunkowo, aby umożliwić mi względnie dobre życie mimo niepełnosprawności. Co mam powiedzieć? Mama jest najlepsza!
Podczas powtarzających się okresów przyspieszonego wzrostu, które w tej fazie rozwoju są przecież zupełnie normalne, moje ciało ulegało zmianom. Niestety, kości chorej nogi nie chciały współpracować z resztą organizmu, więc tuż przed szóstymi urodzinami zostałem zupełnie wykluczony z normalnego życia. Trzeba było skorygować kości. Jedyny szpital, w którym specjaliści potrafili przeprowadzić tego typu operację, mieścił się w Kilonii. No to w drogę!
Jeszcze dziś dobrze pamiętam doktora Frickego, ordynatora. Miał farbowane na czarno, rozwichrzone włosy i zawsze nosił złote okulary pilotki. Dzisiaj nazwałbym go wytrawnym graczem, któremu kobiety padały do stóp. Dzień po operacji przyszedł do mojej sali z tabunem pielęgniarek, trochę pożartował i bez ostrzeżenia uniósł moją dopiero co zoperowaną nogę. Darłem się jak opętany.
- I co, boli cię? - Uśmiechnął się swobodnie i podciągnął nogę jeszcze wyżej.
- Aaauu - jęknąłem. - Aaauu... Niech pan opuści... Aaauu... W dół... Aaauu...
- Bardzo dobrze. - Roześmiał się tylko i zaczął wyginać nogę w lewo i w prawo.
Gdybym był większy i miał więcej sił, prawdopodobnie rzuciłbym mu się do gardła. Ale wcisnąłem tylko twarz w poduszkę, żeby znów głośno nie krzyczeć. Po kilku sekundach puścił, odesłał siostry i powiedział coś, co zapamiętałem sobie na całe życie:
- Ból, nawet tak straszny jak ten teraz, dokładnie w tej chwili, mija. Tak, ból mija!
Miał rację. Mijał. Wciąż i wciąż.
Mój pierwszy pobyt w szpitalu trwał trzy tygodnie. Potem prawie dwa miesiące leżałem w domu. Byłem całkowicie zagipsowany od brzucha w dół, włącznie ze zdrową nogą, żebym nie mógł się ruszyć nawet o centymetr. Tak bardzo mnie cieszyło, że w końcu będę mógł się bawić z kolegami na podwórku, ale nic z tego. Złapałem infekcję i znów musiałem iść pod nóż. Całkiem dobrze poradziłem sobie z pobytem w szpitalu, lecz dla matki był to prawdziwy koszmar. Dzień w dzień po pracy jeździła sto kilometrów do Kilonii i gdy tylko kończyły się godziny odwiedzin, tą samą drogą wracała. Na dodatek miałem wkrótce pójść do szkoły, a nikt nie potrafił jej powiedzieć, ile czasu minie, zanim znów zacznę chodzić.
Sanatorium dla matek i dzieci w Büsum, lato 1990
POBYT W SZPITALU
Oddział dziecięcy kilońskiego szpitala przypominał dom wariatów. Tak mi się w każdym razie wówczas wydawało. Chłopak z sąsiedniej sali miał dziwne skurcze i tłukł przy tym sam siebie, dlatego pielęgniarki musiały go przypinać do łóżka. Gdy przychodziły go umyć i choćby na sekundę spuszczały z oka, natychmiast wyrywał sobie wszystkie dreny, rurki i przyglądał się, jak jego krew tryskała na białe ściany. Nazwałem go Sörkan Gnój, bo te dwa słowa wypowiadał pod nosem od rana do wieczora. Najgorzej było nocą.
Siedem tygodni w gipsie po mojej pierwszej operacji nogi w szpitalu w Kilonii, lato 1991
Na oddziale panował niemal całkowity spokój, tylko przez ścianę sali słyszałem jego nieustające mamrotanie: "Sörkan Gnój, Sörkan Gnój, Sörkan Gnój...".
Pozostali chłopcy na oddziale nie byli ani trochę lepsi. Pamiętam Rolfa. Był nieco starszy ode mnie, miał może siedem, może osiem lat i przez cały dzień nie robił nic innego, tylko dziergał na drutach albo szydełkował. Wydawał mi się kompletnie sfiksowany. Wciąż opowiadał o swoich pozaziemskich przyjaciołach i o tym, że jest częścią kosmicznego ruchu, który tu, na Ziemi, działał w podziemnych ugrupowaniach, by pewnego dnia opanować naszą planetę. Serio, serio, właśnie tak! A potem co? Każdy dostanie po wydzierganym na drutach swetrze, czy jak? Gdyby nie odwiedzali mnie codziennie rodzice, którzy przy nosili mi pizzę i burgery, chybabym zwariował.
Wkrótce potem dość dobrze orientowałem się na oddziale dziecięcym i dokładnie wiedziałem, gdzie kto leży i na co choruje. W sali obok umieszczono dziewczynkę, która miała tę samą wadę co ja, tylko objęła ona obydwie nogi. Dziewczynka ta była tam już całą wieczność, ponieważ podjęła najbardziej radykalną decyzję, jaką mogła podjąć: zdecydowała się na przedłużenie nóg!
Jest to możliwe tylko w dzieciństwie, kiedy kości nie są jeszcze zbyt twarde. Metoda działa tak: wokół nogi wkręca się w kość kilka pierścieni, które każdego dnia rozkręca się o jedną dziesiątą milimetra. Żeby nie powstawały krwiaki i zapalenia, pierścienie codziennie się czyści. Najlżejszy dotyk sprawia przy tym tak nieznośny ból, że najchętniej byś umarł. W średniowieczu to narzędzie tortur nazywano chyba madejowym łożem. Ta biedna dziewczynka przechodziła co dnia męki piekielne. Na samo wyobrażenie, jak strasznie musiała cierpieć, innym dzieciom łzy stawały w oczach. Nawet Rolf Kosmita beczał w swoją szydełkową poduszkę.
Jej krzyki tak głęboko wwierciły się w moją podświadomość, że często śniła mi się po nocach. Wyobrażałem sobie, jak przerażająca musi być wiedza, że tak samo będzie jutro, pojutrze, w przyszłym tygodniu, za miesiąc i przez następne dwa, trzy lata. Moje osiem tygodni w gipsie to był przy tym raj na ziemi, po prostu kaszka z mleczkiem. I kiedy doktor Fricke pytał, czy mnie boli, trochę wstydziłem się odpowiadać.
Pewnego dnia, gdy jej krzyk wyjątkowo głośno niósł się po korytarzu, przysiągłem sobie: Nigdy, Mario! Jeśli kiedykolwiek ktoś cię o to zapyta, nie zgodzisz się na tę torturę. Nigdy!
Rok później, już w podstawówce, znów dłuższy czas leżałem w szpitalu, ponieważ musieli mi usunąć metalowe płytki, które miały stabilizować kości. Odbywały się tam wprawdzie lekcje, ale czułem się kompletnie niedociążony i miałem poważne obawy, że nie odrobię potem zaległości w nauce w stosunku do swoich kolegów z klasy. Chociaż miałem dopiero siedem lat, jedno wiedziałem na pewno: jeśli teraz nie dodam gazu i nie dopilnuję, żeby jak najszybciej opuścić ten interes, będzie słabo. To zadziwiające, jak szybko można wyzdrowieć, jeśli się ma ogień przy dupie.
Pierwszy dzień w szkole, lato 1992
PRAWDZIWI PRZYJACIELE
Björn, Heiko, Lino i Danzko byli najlepszymi przyjaciółmi, jakich można sobie wyobrazić. Po lekcjach uczyli mnie wszystkiego, co należało nadrobić. Musiałem się nieźle przykładać, bo im szybciej się uczyłem, tym więcej czasu mogliśmy spędzać na dworze, na ulicy. Zawsze też dbaliśmy o to, żeby mieć w miarę przyzwoite oceny, bo wtedy rodzice dawali nam spokój i mog liśmy robić tyle głupot, ile chcieliśmy. Od podstawówki aż do matury tworzyliśmy zgraną paczkę, w której jeden drugiego wyciągał z tarapatów.
Kiedy byliśmy w drugiej klasie, jeden taki z czwartej się na mnie uwziął. Ze względu na niepełnosprawność byłem dla niego łatwym celem, więc wykorzystywał każdą okazję, żeby się ze mnie nabijać na oczach wszystkich. Chłopak po prostu nie mógł przestać mnie szturchać i wykrzykiwać za mną głupot, dopóki Danzko, który akurat był mistrzem północnych Niemiec w taekwondo w grupie chłopców do dziesięciu lat, podszedł do niego i jak sportowiec poprosił go, żeby zostawił mnie w spokoju. Następnego dnia szykany trwały jednak nadal, a karate kid Danzko poczuł się zmuszony publicznie zademonstrować chłopakowi na długiej przerwie, co potrafi czempion sztuk walki. Pan Miyagi byłby dumny! Po tej akcji miałem spokój, a cała szkoła wiedziała, że z tym z drugiej klasy lepiej nie zadzierać.
Potem moja mama poznała swojego obecnego męża, André. To było zabawne. André był dobrym kumplem ojczyma mojego kuzyna, u którego często w dzieciństwie nocowałem. Wpadał tam od czasu do czasu, zamawiał pizzę i grał z nami w Nintendo. Znałem go zatem długo przedtem, zanim mama mi go przedstawiła. Był dla mnie jak starszy brat. To on nauczył mnie takich podstawowych rzeczy jak jazda na rowerze czy gra w piłkę nożną. André zawsze zachęcał mnie, żebym nie ustawał w staraniach, dopingował mnie też wtedy, kiedy nie szło mi za dobrze i byłem bliski tego, żeby rzucić wszystko w kąt.
- Poddać się to nie jest rozwiązanie, Mario! - mówił zawsze i pomagał mi się podnieść, kiedy ze czterdziesty raz spadłem z roweru. - Nieważne, ile razy padłeś na pysk. Dopóki wstajesz, wszystko jest w porządku. Wierz w siebie i nie trać cierpliwości. Zobaczysz, nauczysz się tej sztuczki!
Był trochę jak sympatyczna wersja Olivera Kahna3, który za każdym razem, gdy jego drużyna zostawała w tyle, popychał ją naprzód słowami: "Dalej, dalej, zawsze dalej!". André naprawdę był szczęściarzem, nie tylko jeśli chodzi o moją matkę.
GDY MOJA NOGA LECIAŁA
Chociaż musiałem w dzieciństwie pokonać wiele przeszkód, a moje życie, zwłaszcza w pierwszych latach, z powodu niepełnosprawności podlegało skrajnym ograniczeniom, nigdy nie zadawałem sobie pytania o sens tego wszystkiego. Nie wiem, co bym myślał, gdybym na przykład stracił nogę w wypadku. Ale że po prostu taki przyszedłem na świat, nie znałem innej sytuacji. Dla mnie mój stan był normą. Zdarzały się oczywiście chwile, kiedy przeklinałem te ograniczenia, głównie ze względów praktycznych.
Kiedy byłem młodszym młodzikiem w klubie piłkarskim ETV Hamburg, grałem w legendarnym meczu przeciwko Altonie 93. Stałem na bramce i widziałem, jak piłka kopnięta przez przeciwników ląduje w moim polu karnym. Sprintem ruszyłem ze swojego miejsca i z całej siły ją wykopałem. Moja orteza się przy tym złamała, a jej dolna część przeleciała wysokim łukiem dwadzieścia metrów. Napastnik przeciwnej drużyny był w takim szoku, że natychmiast zaczął piszczeć jak mała dziewczynka, bo najwyraźniej myślał, że naprawdę oderwała mi się stopa i leży teraz zakrwawiona gdzieś na boisku. Również rodzice, którzy stali przy bocznej linii boiska, wtórowali mu krzykiem. Był niezły cyrk. Zdrowo wkurzony, w podskokach dotarłem do swojej uszkodzonej "stopy", żeby sprawdzić, czy da się jej jeszcze używać, i pomachałem kumplom, którzy stali tuż obok boiska i oczywiście znakomicie się bawili, oglądając ten nieoczekiwany dramat, zanim pomogli mi zejść z murawy.
W takich sytuacjach bywałem wściekły jak wszyscy diabli, ale nie na dobrego Boga, tylko na swoich techników ortopedycznych, którzy - jak widać - grzeszyli niedbalstwem. Coś takiego po prostu nie miało prawa się zdarzyć, co też im zresztą jasno powiedziałem. Poza tym regularnie dowiadywali się, co mi się podobało, a co nie i jakie ulepszenia mnie satysfakcjonują, ale technika nie pozwalała im, niestety, spełnić większości moich życzeń. W tym czasie przynajmniej nie musiałem już jeździć daleko do Kilonii, mogłem załatwiać sprawy związane z ortezą we właśnie otwartym zakładzie ortopedycznym w Altonie.
Potem nadszedł ten wielki dzień, na który czekałem jedenaście lat: chłopakom z działu badawczo-rozwojowego naprawdę udało się zbudować dla mnie ortezę, która dokładnie odpowiadała moim wyobrażeniom. To było nie do opisania. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wszystko się zmieniło. W końcu mogłem się naprawdę wyszaleć, miałem dużo większą swobodę ruchu i nie byłem już na co dzień tak ograniczony. Pierwszy raz w życiu nie czułem się upośledzony.
PRZENIGDY!
Dwa lata później mój lekarz poprosił mnie o spotkanie i w rozmowie przedstawił ewentualność przedłużenia nogi. Jeszcze zanim zdążył dokończyć zdanie, wpadłem mu w słowo i powiedziałem zdecydowanie:
- Przenigdy!
- Dobrze cię rozumiem, Mario - starał się mnie uspokoić - ale przemyśl to, proszę, na spokojnie. To ważna decyzja, która zdeterminuje resztę twojego życia. A czasu na takie leczenie nie ma już zbyt wiele.
- Mamo, a co ty na to? - zapytałem matkę. - Uważasz, że tego potrzebuję? Wszystko przecież idzie bardzo dobrze, odkąd mam tę nową ortezę.
- To możesz wiedzieć tylko ty - powiedziała moja mama i wzięła mnie za rękę. - Teraz jesteś już dostatecznie duży, żeby samodzielnie decydować. Będziemy cię we wszystkim wspierać, ale do niczego cię nie zmusimy. To twoje życie.
- Panie doktorze, zostawmy to tak, jak jest!
Nie teraz, myślałem. Nie teraz, kiedy życie właśnie zaczyna mi sprawiać prawdziwą radość. Chciałem rozkoszować się swoją młodością, chodzić z kumplami na imprezy i poznawać słodkie dziewuszki. Noga nie sprawiała mi już praktycznie żadnych problemów. Dlaczego więc miałbym rezygnować z tej wolności, za którą tak długo tęskniłem? Mojej matce spadła z serca cała lawina kamieni. Nic wprawdzie nie powiedziała, również później, ale doskonale to czułem.
Gdybym rzeczywiście przystał na przedłużanie nogi, nie byłbym tym Mariem, którym jestem dzisiaj. Moja pewność siebie i pozytywne nastawienie do życia mogły się przecież objawić dopiero w tym czasie. Zawierałem przyjaźnie, robiłem ze swoją paczką wszystkie możliwe głupoty, jakie można sobie wyobrazić, zakochiwałem się w dziewczynach, a dziewczyny zakochiwały się we mnie. Wszystkiego tego mogłem doświadczyć tylko dlatego, że prowadziłem normalne życie i nie traktowałem siebie jak ofiary, z którą los źle się obszedł.
Wiele lat później dowiedziałem się od matki, która nadal utrzymywała kontakt z rodzicami tamtej dziewczynki ze szpitala, że nie wytrzymała tego przedłużania nogi do końca. Chociaż przekroczyła już półmetek tej bolesnej drogi, musiała to przerwać. O nieee, w żadnym razie! Na to nie miałem ochoty. Zapytano kiedyś Dalajlamę, dlaczego właściwie my, ludzie, jesteśmy tu, na ziemi, a on odpowiedział: "Myślę, że głównym celem życia jest poszukiwanie szczęścia"4.
Otóż to. Chciałem w końcu żyć.