Jeden telefon - Justyna Sołdaczuk

-
Proszę czekać

Rozdział 1

- Kalina Malina, biuro obsługi klienta sieci komórkowej. W czym mogę pomóc? - wyrecytowała lekko znudzona. Spodziewała się kolejnego niezadowolonego klienta oraz litanii jego skarg.

- Pomocy... - Cichy męski głos w słuchawce sprawił, że oniemiała. - Potrzebuję pomocy - powtórzył błagalnym tonem.

- Czy to są jakieś żarty? - zapytała, modląc się w duchu, aby nieznajomy przytaknął.

- Nie! Oni są coraz bliżej, zaraz mnie znajdą. - Panika w głosie młodego mężczyzny podkreślała powagę sytuacji. Dziewczyna nagle zdała sobie sprawę, że od jej decyzji może zależeć czyjeś życie. Na samą myśl o tym, co musiał przeżywać nieznajomy przeszył ją nieprzyjemny dreszcz. Na zewnątrz starała się zachować spokój, choć włosy jeżyły się jej na karku od nadmiaru emocji. Był późny wieczór, w biurze zostało już niewielu pracowników. Nie miała czasu na informowanie przełożonych. Sama musiała zadecydować, co dalej.

- Co mam zrobić? - odparła, jednocześnie zastanawiając się nad konsekwencjami swojej decyzji.

- Wezwij gliny - wysapał. Kalina wywnioskowała, że nieznajomy zaczął się szybko przemieszczać.

- Tylko gdzie? - powiedziała bezradnie.

- Na ulicę Królewską. Tylko szybko! - rzucił do słuchawki. Chwyciła swój smartfon, drżącą dłonią wybrała numer alarmowy.

- Nie rozłączaj się - poprosiła w pustą przestrzeń, gdyż nieznajomy upuścił telefon. Łoskot upadającego urządzenia odbił się echem w słuchawce. W oddali dało się słyszeć podniesione głosy. Wydawało jej się nawet, że dobiegł do niej odgłos wystrzału. Na więcej nie mogła sobie pozwolić, gdyż w jej smartfonie odezwał się głos dyspozytora. Pospiesznie podała wszystkie informacje, jakie zdobyła. Kiedy znów włożyła swoje słuchawki, dotarł do niej tylko przeciągły sygnał zerwanego połączenia.

- Proszę, wytrzymaj, policja już jedzie - szepnęła bardziej do siebie. Modliła się w duchu, aby nieznajomy wyszedł cało z opresji. Zdjęła słuchawki, okulary w zielonych oprawkach wylądowały obok. Emocje niespiesznie zaczynały opadać. Kalina schowała twarz w drżących dłoniach, czarne włosy spłynęły falami na rozognione policzki. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, ile ta niedorzeczna sytuacja ją kosztowała. Szybko bijące serce nadal galopowało, uparcie przypominając o zdenerwowaniu. Wzięła kilka głębokich wdechów, na ekranie komputera pojawiła się ikonka kolejnego połączenia, które Kalina zbyła cichym westchnieniem. Nie miała siły na dalsze rozmowy. Jednak musiała odbyć jeszcze jedną, należało powiadomić szefa. Ich rozmowy są nagrywane, więc nie było sensu niczego ukrywać. Z ociąganiem wstała z fotela, wolnym krokiem ruszyła w stronę gabinetu przełożonego.

***

Wychodząc z biurowca była wyzuta ze wszystkich sił. Tornado emocji porządnie dało jej w kość. Trudne sytuacje przeżywała za dwoje. Taka zdarzyła się jej pierwszy raz w życia, a miała już dwadzieścia jeden lat. Cała rozmowa nadal tkwiła w jej głowie. Chciała wiedzieć jedno: czy przeżył?

- Muszę się dowiedzieć czy mu pomogłam, inaczej sumienie nie da mi spokoju, a bezsenność mnie wykończy. Nie chcę wykitować w tak młodym wieku - mamrotała pod nosem. Nogi same zaprowadziły ją na przystanek. Nim się spostrzegła jechała tramwajem na ulicę Królewską. Rzadko odwiedzała Śródmieście, zdecydowanie wolała swoje spokojne i zielone Bemowo. Co chciała znaleźć na miejscu? Kogo spotkać? Nie miała pojęcia, niewidzialna siła kazała jej tam pojechać.

Wysiadła z tramwaju, rozejrzała się dookoła. Nic szczególnego się nie działo. Zimne wieczorne powietrze owiało jej rozgrzane policzki. Marzec nie rozpieszczał wiosennymi temperaturami. Chłód pomógł jej wrócić do rzeczywistości. Żadnej karetki, wozu policyjnego, a przede wszystkim czarnego worka na ulicy. Uspokojona nieco ruszyła wzdłuż chodnika. Mijała ludzi spieszących się do domu. Nikogo podejrzanego. "Chyba zdążyłam mu pomóc." Westchnęła w duchu, kiedy dotarła do końca ulicy. Spoglądając w rozgwieżdżone niebo zdała sobie sprawę, że musi być już bardzo późno.

- Wracam do domu. Nic tu po mnie. - Odwróciła się na pięcie. Ostatnie, co rzucił jej się w oczy to napis KASYNO.

***

Dotarła do domu około północy. Najciszej jak potrafiła przekręciła klucz w zamku. "Tylko nie skrzyp." Zaklinała rzeczywistość. Wiedziała, że nie wszyscy członkowie rodziny śpią snem kamiennym.

- Udało się - szepnęła naciskając klamkę. Wślizgnęła się do środka, w mieszkaniu panowały egipskie ciemności. Znała jednak tu każdy kąt. Odwiesiła kurtkę na wieszak, ledwie zrobiła kolejny krok, a zimny nos kudłatego psa wylądował na jej dłoni.

- O matko... - Drgnęła przestraszona. - Fuks, co ty sobie wyobrażasz. Wiesz, jak mnie wystraszyłeś. - Próbowała szeptem zganić czworonoga. Młody labrador nic sobie z tego nie robił. Mimo że w tym momencie niezbyt dobrze widziała swojego pupila, wiedziała, że on właśnie wesoło merda ogonem. Zawsze tak robił, kiedy ktoś z rodziny próbował go skarcić. Ledwie dokończyła zdanie, a w kuchni zapaliło się nikłe światło.

- Oho. Nie tylko ty czuwasz na swojej pozycji - mruknęła klepiąc psa po głowie. Kalina ruszyła w stronę kuchni, wiedziała, że rozmowa z mamą jej nie ominie. Weszła do niewielkiego pomieszczenia. Tak jak się spodziewała rodzicielka siedziała przy stole otulona różowym szlafrokiem, wpatrując się w mrok za oknem.

- Cześć, mamo - bąknęła niemrawo, siadając naprzeciwko. - Dlaczego jeszcze nie śpisz? - Dopiero wypowiadając ostatnie słowo zdała sobie sprawę jak głupio to zabrzmiało. Matka przeniosła na nią zmartwione spojrzenie.

- Dziecko, gdzieś ty była? Widzisz, która godzina? - Złość mieszała się z ulgą. - Dlaczego nie zadzwoniłaś? Wiesz, jak się martwiłam... - mówiła pospiesznie przytłumionym głosem.

- Przepraszam... - bąknęła, skubiąc róg wysłużonego obrusu. - Powinnam dać znać, że będę później.- W głowie kalkulowała, ile może powiedzieć rodzicielce.

- Czy coś się stało? Kłopoty w pracy? - Złość całkiem się ulotniła zamieniając się miejscami ze zmartwieniem. W twarzy córki czytała jak w otwartej księdze.

- Niby nic... - Kalina podniosła wzrok. Nie było sensu ściemniać, mama i tak już wiedziała, że coś się wydarzyło.

- Ale... - Próbowała wyciągnąć jakieś konkrety z córki. Dziewczyna wzięła głęboki wdech, Fuks położył łeb na jej kolanach.

- Miałam dziś taki dziwny telefon... - zaczęła. Matka wysłuchała jej bez żadnego komentarza. - Dopiero, gdy pojechałam na wskazaną ulicę uspokoiłam swoje sumienie - dodała na koniec lekko zakłopotana. W spojrzeniu matki jednak dostrzegła zrozumienie.

- Dobrze zrobiłaś, córciu. - Poklepała Kalinę po dłoni. - Jestem z ciebie dumna - powiedziała szczerze. - A teraz pora do łóżek, bo jutro czeka nas kolejny dzień. - Wstała od stołu.

- Dobranoc, mamo - szepnęła Kalina. - Jeszcze raz przepraszam, że się nie odezwałam. - Było jej głupio, widząc zmęczenie na twarzy matki.

- Śpij dobrze. - Dorota uśmiechnęła się ciepło, wychodząc z kuchni. Kalina zrobiła to samo, wzięła szybki prysznic, nim poszła do siebie, zajrzała za ścianę. W pokoju obok brat spał jak zabity. Podeszła bliżej, poprawiła zsuwającą się kołdrę.

- Oj, Michał, Michał... - szepnęła, przykrywając go po same uszy. Mogła w końcu iść do siebie. Ledwie opadła na swoje łóżko, a poczuła jak czworonożny przyjaciel wdrapuje jej się pod nogi. - Fuks, złaź z kołdry - mruknęła, pies o dziwo posłuchał. Gdy oboje wygodnie się ułożyli, dziewczyna poczuła jak okropnie jest zmęczona. Dziękowała w duchu, że jutrzejsze zajęcia zaczynają się dopiero o dziewiątej. Mogła odespać trudy dzisiejszego wieczoru. Nim ciężkie powieki całkowicie opadły, Kalina ostatni raz pomyślała o tajemniczym nieznajomym.

- Mam nadzieję, że przeżyłeś - powiedziała bezgłośnie nim odpłynęła w marzenia senne.

Rozdział 2

Wyglądał jak Thomas z "Więźnia labiryntu", patrzył mi głęboko w oczy. Bukiet czerwonych róż nie mieścił mu się w dłoniach, pudełko drogich czekoladek wychylało się z ozdobnej torebki. To wszystko było dla mnie, tego byłam pewna. Nieznajomy był na wyciągnięcie ręki, wpatrując się we mnie odezwał się głębokim głosem:

- Dziękuję za uratowanie mi życia... - Jego głos spowodował, że przyjemny dreszcz przeszedł mi po kręgosłupie. - Nigdy ci tego nie zapomnę. - Nachylał się nade mną, jego usta były coraz bliżej, przymknęłam oczy. Czekałam, kiedy jego miękkie wargi zatopią się w moich spragnionych ustach i...

- Co jest? Przecież facet tak się nie ślini. - Momentalnie otworzyła oczy. Ku jej zdumieniu nad sobą nie ujrzała przystojniaka z ekranu filmowego tylko psa, który swoim jęzorem próbował ją obudzić.

- Fuks, przestań. - Odganiała się od zwierzęcia, które zeskoczyło z łóżka wesoło merdając ogonem. Dopiero wtedy Kalina zdała sobie sprawę, że budzik w telefonie wyje niemiłosiernie. Jednym ruchem wyłączyła ustrojstwo. W pokoju zapanowała cisza, dziewczyna mogła w końcu zebrać myśli. Przetarła zaspane oczy.

- To był tylko sen - westchnęła, odrzucając kołdrę. - Może kiedyś i ja poznam jakiegoś sensownego chłopaka... - mamrotała pod nosem, kierując się w stronę łazienki. Dziś wyjątkowo nie musiała czekać w kolejce, wszyscy domownicy byli już poza domem. "Michaś siedzi w ławce, mamuśka pewnie już nakłada komuś farbę na włosy, a tatuś najprawdopodobniej przemierza zbyt szybko ulice Warszawy swoim autobusem" - pomyślała, wchodząc pod prysznic, na twarzy błąkał się uśmiech. Rodzice i brat byli jej oparciem od zawsze. Szybka kąpiel rozbudziła ją całkowicie, zerknęła na zegarek. Musiała się pospieszyć, pan profesor nie lubił spóźnialskich. Szybko włożyła jeansy i obszerny sweter. Rozczesała czarne włosy, na twarz nałożyła odrobinę pudru. Tyle musiało wystarczyć. "I tak nikt nie zwróci na mnie uwagi." Wzruszyła ramionami odchodząc od lustra. W kuchni na stole leżały gotowe kanapki. "Mamuśka jest niezastąpiona" - pomyślała z ulgą. Chwyciła drugie śniadanie, torbę pełną podręczników. Pożegnała się z pupilem, po czym ruszyła na uczelnię.

Bemowo o tej porze nie było zakorkowane, więc autobus mknął po drodze bez niepotrzebnych przystanków. Kalina wysiadła wcześniej niż powinna. Początek marca rozpieszczał promieniami słonecznymi, dlatego też postanowiła się przespacerować. Szybkim krokiem zmierzała na teren uczelni. Budząca się do życia zieleń koiła nerwy dnia poprzedniego. Nie tylko to wprawiało Kalinę w dobry nastrój, kolor mundurów studentów z kierunków wojskowych również jej się podobał. Przemierzając zadbany teren, przyglądała się przyszłym wojskowym, od dziecka marzyła, żeby mieć męża żołnierza. Nikt z rodziny nie miał pojęcia, skąd jej się to wzięło, sama zainteresowana również nie wiedziała. W końcu odnalazła odpowiedni budynek oraz salę, przed którą stali znajomi z grupy.

- Cześć - przywitała się krótko, nie chcąc wzbudzać zainteresowania swoim przybyciem. Ci mniej skupieni na notatkach odpowiedzieli niemal natychmiast, pozostali zgłębiali pospiesznie wiedzę, gdyż czekało ich kolokwium. Tylko jeden student wgapiał się w ekran swojego smartfonu. Ku niezadowoleniu Kaliny podniósł na nią oczy.

- Nasza kujonka przyszła - powiedział złośliwie, posyłając dziewczynie krzywy uśmieszek.

- Spadaj - mruknęła pod nosem przewracając oczami. Była jedną z dwóch dziewczyn w grupie, co wiązało się z niechcianą uwagą płci przeciwnej. Po pół roku studiowania większość przywykła do tego, tylko Borys nie mógł odpuścić Kalinie. Może nie była pięknością, ale umysłu ścisłego i łatwości pochłaniania wiedzy zazdrościł jej każdy, szczególnie Borys, który nie był w stanie pogodzić się z tym, że nie jest najlepszy.

- O proszę... Nasza zmora ma zły humor. Czyżby nie nauczyła się na kolosa? - drwił bez mrugnięcia okiem.

- Chyba ty - syknęła, posyłając mu mordercze spojrzenie. Chciała dodać coś jeszcze, gdy poczuła czyjąś dłoń na ramieniu.

- Daj spokój. Nie ma co strzępić języka na tego palanta. - Usłyszała za plecami podniesiony głos Gabrysi. Tak jak dziewczyna zamierzała, jej słowa dotarły do chłopaka, który w odpowiedzi tylko prychnął pogardliwie. Tym razem nie udało mu się wyprowadzić Kaliny z równowagi.

- Masz rację - westchnęła ciężko, zerkając na uśmiechniętą twarz przyjaciółki. Jej obecność pomagała znosić przytyki bogatego lalusia, jak między sobą dziewczyny nazywały Borysa.

- Uczyłaś się? - zapytała Gabi, choć było to pytanie retoryczne, jednak chciała odwrócić uwagę koleżanki od zmartwień.

- Nie miałam, kiedy. Byłam wczoraj w robocie do późna, rano prawie zaspałam - mówiła lakonicznie, zastanawiając się czy podzielić się z Gabryśką wczorajszą historią. - Muszę polegać na tym, co zapamiętałam na zajęciach - przyznała poprawiając zsuwające się z nosa okulary.

- Ja wkuwałam cały wieczór i nie czuję się zbyt pewnie - bąknęła nieco ciszej przyjaciółka, bo na końcu korytarza zauważyła nadchodzącego profesora.

- Pan Mireczek jest zbyt leniwy, nie będzie się przechadzał po sali, to ci pomogę... - obiecała Kalina konspiracyjnym szeptem. W końcu na jej twarzy pojawił się lekki uśmiech. Obecność przyjaciółki dodawała jej otuchy. Marna pewność siebie i branie wszelkich słów krytyki do serca zawsze były największą bolączką dwudziestojednolatki. Mimo usilnych prób Gabi, mierna samoocena Kaliny nie uległa zmianie. Dotyczyła ona głównie wyglądu i życia uczuciowego. Jeżeli chodzi o naukę, Kalina wiedziała, że może ufać swoim zdolnościom, z których chętnie czerpała Gabrysia oraz część grupy, z którą dobrze się dogadywała.

Studenci zaczęli wchodzić do sali, dziewczyny ulokowały się w jednej z ostatnich ławek. Wszyscy bez słowa wyjęli kartki, ruszył czas, kiedy można było pochwalić się swoją wiedzą.

***

Po całym dniu zajęć Kalina zmęczona wróciła do domu. Od progu przywitał ją śmiech brata bawiącego się z psem. Odgłosy telewizora dochodzące z pokoju rodziców oraz zapach zupy ogórkowej dochodzący z kuchni wskazywały, że wszyscy domownicy są w mieszkaniu. Dziewczyna powiesiła kurtkę, z ulgą zdjęła buty.

- Cześć, już jestem - przywitała się od progu podniesionym głosem. Ledwie znów chwyciła torbę z podręcznikami, a kudłata istota zjawiła się u jej stóp. Kalina z czułością pogłaskała łaszącego się do niej psa. Zaraz za nim stał Michał.

- Cześć siostra - powiedział radośnie. Przysunął się bliżej, na co zmierzwiła jego gęste, czarne włosy.

- Jak było w szkole? - zapytała z zaciekawieniem.

- Spoko. - Wzruszył ramionami.

- Żadnych jedynek, ani bójek? - Puściła do niego oczko.

- Nic z tych rzeczy - zapewnił, po czym zniżył głos do szeptu. - Ale ty chyba narozrabiałaś. - Popatrzył zmartwiony na twarz Kaliny, która momentalnie stała się blada.

- Ja...? Nie wiem... - dukała zdumiona. - O co ci chodzi? - wydusiła w końcu coś sensownego.

Michał dał jej znać ruchem dłoni, aby jeszcze się przybliżyła. Od razu to zrobiła.

- Podsłuchałem, jak mama tłumaczyła tacie, że odebrała zawiadomienie z policji. - Przerwał na moment, rozglądając się, czy aby mama nie wychodzi z kuchni. - Podobno adresowany do ciebie - dodał jeszcze ciszej. - Chyba nie zabiłaś tego Borysa? - zapytał pospiesznie.

- Skąd przyszło ci to do głowy? - Rozbawienie i ulga opanowały jej umysł. Domyślała się co takiego jest w tej korespondencji.

- Tyle razy mówiłaś, że jak będzie cię dalej przezywał, to go w końcu zabijesz - powiedział marszcząc nos.

- Nic z tych rzeczy. - Poklepała brata po ramieniu, na twarzy chłopca pojawiła się ulga.

- Czyli nie trafisz za kratki? - Kalina przytaknęła, powstrzymując się od śmiechu. - To dobrze. Sama mówiłaś, że to buc... Więc nie warto - dodał poważnie. - To o co chodziło mamie? - Podrapał się po głowie.

- Nie wiem, ale zaraz się dowiem - skłamała.

- Aaaa... powiesz mi o co chodziło? - poprosił błagalnym tonem. Jak na swoje dziesięć lat był bardzo ciekawski, czasem nawet próbował udawać dorosłego.

- No pewnie - zapewniła, krzyżując za plecami palce. Nie chciała burzyć spokoju młodszego brata. Wymyślaniem wyjaśnień zajmie się później. Przybiła bratu piątkę, po czym ruszyła do kuchni, gdzie krzątała się mama.

- Hej - przywitała się po raz kolejny.

- Cześć, córciu. - Starsza kobieta posłała ciepły uśmiech w kierunku swojego dziecka. - Siadaj, właśnie odgrzewam zupę. - Zachęciła gestem.

- Twojej ogórkowej nigdy nie odmówię - przyznała szczerze, siadając za stołem.

- Jak tam na uczelni? - zapytała Dorota, wyjmując talerz z szafki nad zlewem.

- Dobrze, podobno przyszedł do mnie list. - Od razu zmieniła temat.

- Nie list, tylko wezwanie. - Matka zniżyła głos, przymykając drzwi. - Skąd wiesz? - zapytała, unosząc równo wyregulowane brwi.

- Michał podsłuchał, ale nie miej mu tego za złe. - Złożyła ręce w błagalnym geście. Dorota tylko pokręciła głową. - Po prostu w naszym mieszkaniu nic się nie ukryje - odparła Kalina pospiesznie.

- Musimy z ojcem rozmawiać dużo ciszej, skoro ściany mają uszy. - Wskazała dłonią parapet, na którym piętrzyły się rachunki i korespondencja. Kalina od razu otworzyła kopertę, pobieżnie przeczytała zawarte tam informacje. Matka postawiła przed nią talerz z parującą zupą.

- Dziękuję - bąknęła znad listu.

- Kiedy przesłuchanie? - zapytała od razu siadając obok córki. Po relacji wczorajszych wydarzeń właśnie tego się spodziewała.

- Niestety jutro - jęknęła, odkładając zapisaną drobnym druczkiem kartkę. - Może byś ze mną poszła? - Popatrzyła błagalnym wzrokiem na mamę. Nie chciała iść na komisariat sama, mimo że nic nie zrobiła.

- O której?

- Zajęcia mam do czternastej, a na przesłuchaniu mam się stawić godzinę później. - Kalkulowała w głowie czas przejazdu komunikacją.

- Kochanie, nie mogę, mam na drugą zmianę. - Dotknęła dłoni córki. - A może ojciec? - zaproponowała szybko, widząc zmartwioną twarz Kaliny.

- No co ty? - Dziewczyna pokręciła głową. - Narobi mi tylko siary.

- Kalinka, nie mów tak. Ojciec jest trochę nerwowy, ale potrafi poradzić sobie w trudnej sytuacji. - Zmarszczyła brwi, nie podobał jej się komentarz córki.

- Jednak wolałabym go tam nie ciągnąć - sapnęła poirytowana. Nie wyobrażała sobie siebie pośród mundurowych. Zaczął ogarniać ją stres. - Może poproszę Gabi. - Nagle wpadła na pomysł, który wydał jej się idealnym rozwiązaniem.

- Koniecznie. - Dorota ją poparła. Ona również nie chciała, aby jej dziecko zostało z tym same. - A teraz jedz, bo ci wystygnie.

Kalina ochoczo chwyciła łyżkę, była naprawdę głodna.

Najedzona zaszyła się w swoim pokoju. Należało wziąć się za naukę, jutro czekała ją kolejna wejściówka. Nie zawsze mogła liczyć na posiadaną wiedzę, należało ją również przyswoić w sporych ilościach. W między czasie wysłała SMA-a do Gabrysi, która obiecała jej towarzyszyć. Obłożona podręcznikami i notatkami powtarzała materiał, kiedy do pokoju wparował Michał. Spojrzała na niego spod oka.

- Chyba o czymś zapomniałeś - upomniała go, zanim zdołał otworzyć buzię.

- Nie bądź taką sztywniarą. - Wyszczerzył zęby w stronę siostry.

- Michał - powiedziała tonem nieznoszącym sprzeciwu.

- No dobra - bąknął niezadowolony. Odwrócił się na pięcie, wyszedł zamykając za sobą drzwi, po czym stanął przed nimi i zapukał donośnie.

- Proszę. - Kalina uśmiechnęła się pod nosem. Jednak młodego dało się czegoś nauczyć. Chłopiec po raz kolejny wparował do jej pokoju.

- Od razu lepiej - pochwaliła go, odkładając podręcznik. - Co chciałeś? - zapytała, robiąc mu miejsce obok siebie. Chłopiec od razu wskoczył na łóżko, jego gwałtowne ruchy sprawiły, że notatki Kaliny zaczęły się unosić. Złapała je w ostatnim momencie, nim wylądowały za łóżkiem. Zerknęła srogo na młodego, który zdążył przybrać minę niewiniątka.

- Sorki. - Uśmiechnął się przepraszająco. Ten uśmiech zawsze działał na Kalinę. Pokręciła tylko lekko głową.

- Czytałaś już ten list?- zapytał konspiracyjnym szeptem.

- Taaakkk... - powiedziała powoli. Na biegu próbowała wymyśleć jakąś bajeczkę, którą łyknie nastolatek.

- Co oni od ciebie chcą? - dociekał uważnie przyglądając się siostrze.

- Nic takiego. - Wzruszyła ramionami. - Mam się zgłosić, bo ostatnio znalazłam na ulicy czyjś portfel. - Uznała, że taka wersja powinna być wiarygodna. Michał momentalnie zmarszczył czoło, jakby się intensywnie nad czymś zastanawiał. - Pierwsze słyszę - powiedział powoli. - Nie kręcisz?

- Nie - zaprzeczyła zbyt gwałtownie. - Nic nie mówiłam, bo od razu oddałam zgubę i myślałam, że na tym się skończy. - Wzruszyła ramionami, aby dodać sobie wiarygodności. Chłopiec skinął głową, przyjmując taką wersję wydarzeń.

- To dobrze, bo się trochę martwiłem - przyznał, lekko się rumieniąc.

- Jesteś kochany. - Kalina objęła go ramieniem, zrobiło jej się miło. - Mój mały braciszek... - Nie zdołała dokończyć.

- Kalina, nie jestem mały - przerwał jej obrażony, wyplątując się z jej objęć. - Jeżeli wszystko gra, to idę odrobić lekcje. - Wstał z łóżka. Siostra posłała mu ciepły uśmiech. "Kiedy on tak urósł?" - zastanawiała się, biorąc podręcznik do ręki.