Jeden dzień z tobą - Shari Low

-
Proszę czekać

W dniu, w którym się poznajemy...

Tress Wal­ker, 42 lata -?pro­jek­tantka wnętrz, pocho­dzi z New­ca­stle. W dniu, w któ­rym poznała swo­jego męża, Maxa, pra­co­wała w Glas­gow. Obec­nie spo­dziewa się ich pierw­szego, długo wycze­ki­wa­nego dziecka.

Max Wal­ker, 35 lat -?dyrek­tor finan­sowy w Bra­la­tech. Wycho­wał się w Weir­bridge, dokąd wró­cił, by zamiesz­kać z żoną, Tress.

Noah Clark, 35 lat -?pedia­tra w Glas­gow Cen­tral Hospi­tal. Naj­lep­szy przy­ja­ciel Maxa od dzie­ciń­stwa. Nie­dawno świę­to­wał jede­na­stą rocz­nicę ślubu z żoną, Anyą.

Anya Clark, 34 lata -?dyrek­torka sprze­daży w Bra­la­tech. Córka Ame­ry­ka­nina i Szkotki. Poznała Noaha i Maxa pierw­szego dnia stu­diów na Uni­wer­sy­te­cie w Glas­gow i od tam­tej pory jest z Noahem.

Nancy Jen­kins, 66 lat -?wdowa; jej mąż, Peter, z któ­rym prze­żyła ponad czter­dzie­ści lat, zmarł na raka. Pra­cow­nica szkol­nej sto­łówki, prze­wod­ni­cząca pro­gramu Straży Sąsiedz­kiej, kobieta żywioł.

Eddie Mac­kie, 66 lat -?chło­pak Nancy z cza­sów nasto­let­nich.

Val Mur­ray, 66 lat -?przy­ja­ciółka Nancy od chwili, gdy poznały się w szkole pod­sta­wo­wej w Weir­bridge, całe wieki temu. Żona Dona, miło­ści swo­jego życia, ze zła­ma­nym ser­cem patrząca, jak jej uko­chany zmaga się z demen­cją.

Big Angie, 50 lat -?kolejna przy­ja­ciółka i sąsiadka Nancy. Kie­row­czyni auto­busu, która uwiel­bia opo­wia­dać całemu światu o swo­ich dole­gli­wo­ściach zwią­za­nych z meno­pauzą.

Johnny Roberts, 66 lat -?dawny szkolny kolega Val i Nancy.

Dr Che­ska Ayton, 35 lat -?ordy­na­torka oddziału ratun­ko­wego w Glas­gow Cen­tral Hospi­tal i przy­ja­ciółka Noaha jesz­cze z cza­sów stu­diów medycz­nych.

Dr Richard Camp­bell, 44 lata -?ordy­na­tor oddziału inten­syw­nej tera­pii w Glas­gow Cen­tral Hospi­tal.

Geo­r­gina i Colin Wal­ke­ro­wie, oboje 66 lat -?pełni fan­ta­zji rodzice Maxa. Miesz­kają na Cyprze i uwiel­biają dobrą zabawę.

Rozdział 1. Tress

Roz­dział 1

Tress

Dwie pio­nowe zmarszczki mię­dzy brwiami męża, wyżło­bione przez stres, wywo­łały u Tress uśmiech. Jeśli dalej będzie się tak zamar­twiał, Max Wal­ker zdąży się posta­rzeć o dzie­sięć lat, zanim ich dziecko przyj­dzie na świat.

Odsta­wił nie­wielką torbę podróżną na pod­łogę w przed­po­koju i wycią­gnął do niej ręce. W jego gło­sie pobrzmie­wał ten sam nie­po­kój, który malo­wał się na jego przy­stoj­nej twa­rzy.

-?Cho­lera, nie chcę cię zosta­wiać. To naprawdę bez­na­dziejny moment. Ale jutro wie­czo­rem wra­cam, więc pil­nuj, żeby ten mały gość sie­dział tam bez­piecz­nie i w cie­pełku, i powiedz mu, żeby się nie spie­szył.

Dźwięk klak­sonu cze­ka­ją­cej na zewnątrz tak­sówki wymu­sił pauzę, zanim zdo­łała odpo­wie­dzieć. Odru­chowo poło­żyła dłoń na swoim brzu­chu, okrą­głym jak piłka do ska­ka­nia.

-?Prze­stań się mar­twić. Zostały nam jesz­cze trzy tygo­dnie, a jeśli jest choć tro­chę podobny do mnie, to i tak się spóźni, bo teraz pew­nie tylko dry­fuje sobie tam w środku i błogo się relak­suje.

Wypo­wia­da­nie słowa "on" wciąż spra­wiało jej dreszcz rado­ści. Przez jakieś pięć minut zasta­na­wiali się, czy nie pocze­kać z pozna­niem płci dziecka do porodu, ale szybko porzu­cili ten pomysł. Max roz­pacz­li­wie chciał wie­dzieć, bo nie zno­sił nie­pew­no­ści, a drze­miąca w Tress pro­jek­tantka wnętrz chciała wie­dzieć wcze­śniej, by móc już zacząć pla­no­wać ide­alny pokoik dzie­cięcy.

-?A teraz idź. Baw się dobrze. Prze­stań się zamar­twiać. Pokaż, jaki jesteś genialny. A jutro wie­czo­rem wróć do domu i wyści­skaj swoją żonę - zażar­to­wała, pochy­la­jąc się nad brzu­chem, żeby poca­ło­wać go w usta.

Poło­żył dłoń na jej karku, obej­mu­jąc go deli­kat­nie, a kciu­kiem musnął jej poli­czek.

-?Masz poję­cie, jak bar­dzo cię kocham, Tress Wal­ker? -?wymru­czał, pozo­sta­jąc tak bli­sko, że czuła jesz­cze mię­towy zapach jego pasty do zębów.

-?Na tyle, żeby zro­bić mi dziecko i ska­zać się na mnie do końca życia.

Uśmiech­nął się sze­roko, po czym znów ją poca­ło­wał.

-?Wła­śnie tak. To twoje roman­tyczne podej­ście do życia i te czułe wyzna­nia miło­ści tak mnie urze­kły.

Z zewnątrz ponow­nie roz­legł się klak­son.

Par­sk­nęła śmie­chem i lekko go ode­pchnęła.

-?Cóż, wygląda na to, że twój tak­sów­karz nie podziela tego miło­snego nastroju, więc rusz ten swój wyjąt­kowo jędrny tyłek, żeby prze­stał wresz­cie trą­bić. Nancy z sąsiedz­twa zaraz go zno­kau­tuje pra­wym pro­stym, jeśli będzie tak dalej hała­so­wał.

Nie prze­sa­dzała. Nie bez powodu od chwili, gdy Nancy Jen­kins została sze­fową Straży Sąsiedz­kiej w tej czę­ści Weir­bridge, na ich ulicy prak­tycz­nie nie zda­rzały się prze­stęp­stwa. Daw­niej Weir­bridge było uro­czą wio­ską pod Glas­gow, ale z cza­sem roz­ro­sło się do roz­mia­rów nie­wiel­kiego mia­steczka, a wraz z tym poja­wiła się także spo­ra­dyczna prze­stęp­czość. Nancy, kobieta o naj­więk­szym sercu pod słoń­cem -?dopóki ktoś nie wszedł jej w drogę -?znała w oko­licy każ­dego. Choć for­mal­nie przy­słu­gi­wała jej już eme­ry­tura, dar­mowe prze­jazdy auto­bu­sem i spo­kojne życie, zgło­siła się na ochot­nika, by pil­no­wać bez­pie­czeń­stwa na uli­cach. Nawet miej­scowe łobuzy bały się kobiety, która kie­dyś przy­ła­pała zło­dzieja pró­bu­ją­cego wła­mać się do jej domu i zagro­ziła, że jeśli jesz­cze raz go zoba­czy, prze­bije mu nerki dru­tami do robó­tek. Kiedy poli­cja zabrała go do aresztu, ode­tchnął z ulgą.

Klak­son zabrzmiał po raz kolejny.

-?Dobra, dobra! -?krzyk­nął Max, wychy­la­jąc głowę przez otwarte drzwi wej­ściowe.

Na widok jego wciąż zmarsz­czo­nego czoła serce Tress zmię­kło. Ta kon­fe­ren­cja nie mogła przy­paść w gor­szym momen­cie. Jako dyrek­tor finan­sowy sto­sun­kowo mło­dego tech­no­lo­gicz­nego start-upu na co dzień pra­co­wał w biu­rze w Glas­gow, a do cen­trali w Lon­dy­nie jeź­dził zwy­kle raz lub dwa razy w mie­siącu. Dzi­siej­szy wyjazd był dodat­kową podróżą na połu­dnie z oka­zji dorocz­nej kon­fe­ren­cji firmy, ale oboje uzgod­nili już wcze­śniej, że będzie to jego ostat­nia podróż przed naro­dzi­nami dziecka.

Tress wciąż nie mogła się nadzi­wić, że tak sek­sowny facet wyko­nuje tak mało sek­sowny zawód. Naj­bar­dziej nie­zwy­kłe było jed­nak to, że czło­wiek, który z powo­dze­niem mógłby dora­biać jako model do kata­lo­gów, nie miał w sobie ani odro­biny zaro­zu­mia­ło­ści czy roz­dę­tego ego. Jego auten­tyczna ser­decz­ność i zaraź­liwy śmiech były pierw­szymi rze­czami, jakie w nim zauwa­żyła -?zaraz po dobrych oczach i uśmie­chu, od któ­rego aż krę­ciło jej się w gło­wie -?kiedy kilka lat wcze­śniej dosłow­nie na niego wpa­dła w Greggs w cen­trum Glas­gow. Przy­je­chała wtedy do Szko­cji szu­kać twe­edu dla firmy zaj­mu­ją­cej się pro­jek­to­wa­niem komer­cyj­nych wnętrz, w któ­rej pra­co­wała. Wyszła na krótki spa­cer po Geo­rge Squ­are z biura dostawcy znaj­du­ją­cego się w cen­trum mia­sta, a potem wstą­piła do pie­karni, żeby coś prze­ką­sić. To był naj­bar­dziej okle­pany banał świata. Oboje jed­no­cze­śnie się­gnęli po bagietkę z pastą z tuń­czyka i chru­piącą sałatką, a potem przez dobrą minutę prze­rzu­cali się uprzej­mo­ściami:

-?Weź ją.

-?Nie, ty weź.

W końcu ustą­piła jego rycer­sko­ści. Tego dnia zdo­była jed­no­cze­śnie bagietkę z tuń­czy­kiem i faceta. Pozna­nie miło­ści swo­jego życia, ślub w ciągu nie­spełna roku i prze­pro­wadzka do Szko­cji nie znaj­do­wały się w życio­wym bingo, a jed­nak wła­śnie tutaj była. I ani przez sekundę tego nie żało­wała.

Opie­rała się ramie­niem o fra­mugę drzwi i patrzyła, jak jej mąż scho­dzi ścieżką. Zanim wsiadł do Skody kombi, by udać się w pięt­na­sto­mi­nu­tową drogę na lot­ni­sko w Glas­gow, poma­chał jej i posłał całusa. Tak­sówka ruszyła ulicą, a Tress wes­tchnęła i wró­ciła do kuchni. Się­gnęła po tele­fon komór­kowy, żeby zadzwo­nić do zastęp­czyni swo­jego męża w cza­sie jego nie­obec­no­ści.

Nancy ode­brała po pierw­szym sygnale.

-?Zaczęło się? Dziecko się rodzi?

-?To pierw­sze, o co pytasz za każ­dym razem, kiedy od trzech mie­sięcy odbie­rasz tele­fon. Nie, jesz­cze się nie rodzi.

-?Och, dzięki Bogu. -?W gło­sie Nancy zabrzmiała szczera ulga. -?Wła­śnie nało­ży­łam płyn do trwa­łej i gdy­bym teraz musiała go zmyć, wyglą­da­ła­bym tak, jakby pora­ził mnie prąd pod­czas wymiany wtyczki w łado­warce do mojego Dysona. Wspo­mi­na­łam już, że mam nowego Dysona? -?dodała swoim naj­lep­szym, uda­wa­nie wytwor­nym tonem.

-?Raz czy dwa. Albo wła­ści­wie za każ­dym razem, kiedy od tam­tej pory ze sobą roz­ma­wiamy -?odparła z uśmie­chem Tress.

Bez trudu wyobra­ziła sobie, co dzieje się w kuchni Nancy, w sąsied­nim domku. Ten obraz przy­po­mi­nał jej kuch­nię rodzin­nego domu w New­ca­stle. Prze­pro­wa­dzili się tam na nowo wybu­do­wane osie­dle, kiedy była jesz­cze mała, razem z innymi rodzi­nami, które od lat cze­kały na miesz­ka­nia komu­nalne. Jej mama, Julie, miesz­kała tam aż do swo­jej śmierci kilka lat wcze­śniej. Przez całe życie ota­czali ją ci sami sąsie­dzi -?rodziny, które wspól­nie wycho­wy­wały dzieci, matki, które stały się dla sie­bie przy­ja­ciół­kami i opar­ciem pod­czas wzlo­tów i upad­ków, roz­wo­dów, ponow­nych mał­żeństw, łez, świę­to­wa­nia, bólu, szczę­ścia, strat i miło­ści. Wiele z nich, podob­nie jak Julie, samot­nie wycho­wy­wało dzieci. Więk­szość pra­co­wała przy­naj­mniej na jed­nym eta­cie, a cza­sem nawet na dwóch lub trzech. Wszyst­kie poma­gały sobie nawza­jem. Nie było ide­al­nie, ale Tress była wdzięczna każ­dej z tych kobiet. Współ­two­rzyły jej dzie­ciń­stwo, zro­biły wszystko, by było szczę­śliwe, i trosz­czyły się o jej mamę aż do dnia, gdy rak piersi ode­brał ją światu w zde­cy­do­wa­nie zbyt mło­dym wieku pięć­dzie­się­ciu pię­ciu lat.

Nancy miała podobną paczkę przy­ja­ció­łek. Tress była wręcz pewna, że jej kole­żanka Angie sie­dzi wła­śnie przy kuchen­nym stole, poda­jąc papierki do trwa­łej ondu­la­cji dru­giej przy­ja­ciółce, Val, która nawija wałki na siwie­jące włosy Nancy. Nancy ni­gdy nie zastąpi mamy, ale od chwili, gdy Tress prze­pro­wa­dziła się do Weir­bridge, oto­czyła ją opieką. Tress była jej ogrom­nie wdzięczna za tro­skę, za śmiech i za nie­po­skro­mioną miłość do ręcz­nie robio­nych ubra­nek dla nie­mow­ląt.

-?Wła­śnie mówi­łam Val i Angie, że przez ostat­nie tygo­dnie dzier­gam ze stresu jak sza­lona. Mam nadzieję, że lato będzie bez­na­dziejne, bo to dziecko ma już czter­na­ście swe­ter­ków, dwa­dzie­ścia dwie cza­peczki i tyle ręka­wi­czek, że mogłoby bez pro­blemu prze­trwać dzie­ciń­stwo na Sybe­rii.

Tress par­sk­nęła śmie­chem, aż zakuło ją z boku. Skrzy­wiła się.

-?Co? Co to było? -?natych­miast zapy­tała Nancy.

-?Nic! -?zapew­niła szybko Tress.

-?Coś było. Zmie­nił ci się oddech.

-?Nancy, mar­nu­jesz się w szkol­nej sto­łówce. Nie jest jesz­cze za późno, żebyś została poli­cyjną śled­czą?

-?Pew­nie nie, ale bra­ko­wa­łoby mi cia­sta kar­me­lo­wego. A tak w ogóle, kocha­nie, na pewno wszystko w porządku?

-?Tak, wszystko dobrze. Dzwo­nię tylko powie­dzieć, że Max już poje­chał na lot­ni­sko, więc teraz ty dowo­dzisz.

Nancy nawet nie pró­bo­wała ukryć dez­apro­baty.

-?Na­dal nie mogę uwie­rzyć, że zosta­wia cię w takim momen­cie.

-?Nic się nie sta­nie! Do ter­minu zostały jesz­cze trzy tygo­dnie, a nie będzie go tylko do jutrzej­szego wie­czora. Będzie dobrze.

-?Wiem, ale to nie zna­czy, że przez resztę dnia nie będę narze­kać na tego two­jego przy­stoj­nego dry­blasa razem z Val i Angie.

-?Nie spo­dzie­wa­ła­bym się po tobie niczego innego...

-?Cho­ciaż Angie twier­dzi, że jeśli kie­dy­kol­wiek ci się znu­dzi, to chęt­nie go od cie­bie przej­mie.

To znowu roz­ba­wiło Tress. Angie była pięć­dzie­się­cio­let­nią kie­row­czy­nią auto­busu, która nie dawała sobie wejść na głowę i wszę­dzie cho­dziła z dwoma wachla­rzami, narze­ka­jąc każ­demu, kto chciał słu­chać, na "to całe prze­kwi­ta­nie". Łagodny i uprzejmy Max nie wytrzy­małby z nią nawet do obiadu -?po pro­stu by go prze­żuła i wypluła.

-?Powiedz jej, że dzię­kuję za pro­po­zy­cję, ale na razie go sobie zatrzy­mam.

-?Przy­kro mi, Angie, zostaje z nią -?oznaj­miła Nancy jed­nej ze swo­ich samo­zwań­czych fry­zje­rek, po czym wró­ciła do roz­mowy z Tress. -?A teraz słu­chaj. Dzwoń do mnie co dwie godziny i nie waż się robić niczego męczą­cego. Dziś wie­czo­rem wycho­dzę, ale przed­tem zaj­rzę do cie­bie. A jutro przy­niosę obiad i urzą­dzimy sobie mara­ton Net­flixa i chill, jak to wy, mło­dzi, mówi­cie.

-?Nancy, to zna­czy coś zupeł­nie innego, niż ci się wydaje...

Nancy już jej nie słu­chała.

-?Val mówiła, że poja­wił się tam jakiś nowy film z tym Pierce'em Bro­sna­nem. Och, powiem ci, nie wyrzu­ci­ła­bym go z łóżka za to, że nakru­szył her­bat­ni­kami.

Tress usły­szała w tle wybuch śmie­chu.

-?Jeste­ście nie­re­for­mo­walne. Koń­czę już, bo jesz­cze moje dziecko sły­szy przez brzuch to, co wyga­du­je­cie, i wła­śnie się demo­ra­li­zuje. Dzięki, Nancy.

-?Zawsze do usług, kocha­nie. Do zoba­cze­nia póź­niej. I nie zapo­mnij powie­dzieć, jaka piękna wyszła mi trwała. Dodat­kowe punkty dosta­niesz, jeśli stwier­dzisz, że wyglą­dam jak Madonna. Jeste­śmy pra­wie w tym samym wieku i myślę, że gdyby zdjąć z niej cały ten wypeł­niacz i skó­rzane gacie, wyglą­da­ły­by­śmy jak bliź­niaczki. Trzy­maj się.

Po tym kolej­nym, wypo­wie­dzia­nym z kamienną twa­rzą życio­wym afo­ry­zmie Nancy się roz­łą­czyła, zosta­wia­jąc Tress jak zwy­kle roz­ba­wioną.

Po śmierci mamy bywały chwile, kiedy Tress była prze­ko­nana, że już ni­gdy wię­cej nie poczuje, że gdzieś naprawdę przy­na­leży. Julie była jedy­naczką. Tress rów­nież. Nie miały nikogo poza sobą, więc przez całe życie były tylko we dwie. Wszystko zmie­niło się, kiedy poznała Maxa. Od rodzin­nego mia­sta dzie­liły ją setki kilo­me­trów, ale teraz miała męża, jego przy­ja­ciele przy­jęli ją z otwar­tymi ramio­nami, a kobiety z mia­steczka stały się jej przy­ja­ciół­kami. To był świat Maxa, lecz z cza­sem stał się także jej świa­tem.

Tress odło­żyła tele­fon na kuchenny stół i zapa­rzyła sobie her­batę. Dużo mleka. Bez cukru. Była dopiero ósma rano, ale nie spała już od godziny i czuła się wykoń­czona. Zmę­czona, ale szczę­śliwa -?tak naj­kró­cej można było pod­su­mo­wać całą jej ciążę. Z kub­kiem z napi­sem Nie jestem w ciąży, po pro­stu zja­dłam wszyst­kie ciastka -?oczy­wi­ście pre­zen­tem od Nancy - prze­szła do biurka, które urzą­dziła w oran­że­rii z wido­kiem na ogród. Na bla­cie sta­rego maho­nio­wego biurka -?jej ulu­bio­nego zna­le­zi­ska z wyprawy po skle­pach cha­ry­ta­tyw­nych przy głów­nej ulicy Weir­bridge -?leżały poroz­kła­dane pro­jekty wnętrz.

Maxowi ani tro­chę nie prze­szka­dzało, że chciała urzą­dzić dom po swo­jemu. Kupił go od rodzi­ców za bez­cen, kiedy kilka mie­sięcy przed ich pozna­niem prze­nie­śli się na eme­ry­turę na Cypr. Ide­alny moment. On wró­cił z miesz­ka­nia w cen­trum Glas­gow do domu, w któ­rym dora­stał, a Tress rzu­ciła pracę i prze­pro­wa­dziła się z New­ca­stle do Szko­cji.

Kiedy zamiesz­kała w Weir­bridge, Max na­dal pra­co­wał, a ona, wyko­rzy­stu­jąc swój talent do pro­jek­to­wa­nia wnętrz, zajęła się domem. Prze­kształ­ciła zwy­czajny, wolno sto­jący dom z trzema sypial­niami w prze­piękne, otwarte wnę­trze w stylu nowo­cze­snej sto­doły. Więk­szość prac wyko­nała sama - tape­to­wała, ukła­dała płytki, malo­wała ściany, remon­to­wała starą kuch­nię i łazienki, odna­wiała tapi­cerkę i przy­wra­cała świet­ność pięk­nym sta­rym meblom wyszu­ka­nym w anty­kwa­ria­tach i skle­pach z uży­wa­nymi rze­czami. Jeśli cze­goś nie umiała, po pro­stu się tego uczyła. Pra­co­wała nawet fizycz­nie razem z ekipą budow­laną, kiedy zdzie­rali stropy, burzyli ściany, ukła­dali w całym domu pod­łogi z orze­cha wło­skiego i odsła­niali ory­gi­nalną cegłę. Efekt koń­cowy zachwy­cał. Cza­sem wciąż nie mogła uwie­rzyć, że naprawdę tu mieszka. Ani że zain­spi­ro­wana domem, który stwo­rzyła, i wie­lo­let­nim doświad­cze­niem zdo­by­tym przy pro­jek­to­wa­niu prze­strzeni biu­ro­wych oraz hoteli, ode­szła z firmy, w któ­rej pra­co­wała jesz­cze w dniu Wiel­kiej Walki o Bagietkę z Tuń­czy­kiem, i zało­żyła wła­sną pra­cow­nię pro­jek­to­wa­nia wnętrz.

Na początku miała tylko jed­nego klienta, ale dzięki pole­ce­niom firma z roku na rok się roz­wi­jała. Teraz miała stałą bazę klien­tów i zle­ce­nia roz­pi­sane na kilka kolej­nych mie­sięcy. Spe­cja­li­zo­wała się w kre­atyw­nych roz­wią­za­niach przy nie­wiel­kich budże­tach. Pro­jek­to­wała wszystko -?od nowych deko­ra­cji okien po kom­plek­sowe aran­ża­cje całych domów. Co prawda jesz­cze nie zara­biała tyle, ile w poprzed­niej pracy, ale razem z docho­dami Maxa żyli bar­dzo kom­for­towo. Poja­wie­nie się dziecka miało wiele zmie­nić, jed­nak pla­no­wali, że będzie pra­co­wała z domu, dopa­so­wu­jąc obo­wiązki do rytmu dnia malu­cha. Nancy zgło­siła się na ochot­nika do opieki nad dziec­kiem pod­czas spo­tkań z klien­tami, pod warun­kiem że będą odby­wały się po połu­dniu, kiedy skoń­czy pracę jako kucharka w liceum w Weir­bridge.

Tress wła­śnie miała naszki­co­wać kilka nowych pomy­słów na aran­ża­cję wyku­sza w domku pani Gal­bra­ith, Clo­ver­leaf Cot­tage, kiedy kolejne ziew­nię­cie wywo­łało kłu­cie w boku. Potarła bolące miej­sce, a chwilę póź­niej poczuła mocne kop­nię­cie w brzuch. Pro­jekt wyku­sza pani Gal­bra­ith mógł pocze­kać. Naj­wy­raź­niej jej mały loka­tor doma­gał się krót­kiej drzemki, zanim pozwoli mamie zabrać się do pracy.

Na kuchen­nym stole tele­fon zapisz­czał, infor­mu­jąc, że bate­ria jest już na wyczer­pa­niu. Tress pod­nio­sła go, pod­łą­czyła do łado­warki przy biurku, po czym ostroż­nie poło­żyła się na kre­mo­wej, lnia­nej sofie (pięć­dzie­siąt fun­tów za sofę z dru­giej ręki i kolejne pięć­dzie­siąt za mate­riał, któ­rym wła­sno­ręcz­nie ją obiła) i zamknęła oczy...

Nie była pewna, czy obu­dził ją ostry ból, czy dzwo­nek tele­fonu sta­cjo­nar­nego, bo w pół­śnie oba te zda­rze­nia wyda­wały się nastą­pić dokład­nie w tej samej chwili.

Tress mimo­wol­nie krzyk­nęła, gwał­tow­nie pod­ry­wa­jąc się do pozy­cji sie­dzą­cej. W tej samej chwili ode­szły jej wody. O Jezu. Nie. Jesz­cze nie. To nie był czas. Do ter­minu zostały jesz­cze trzy tygo­dnie. Za wcze­śnie. Za wcze­śnie. CHO­LER­NIE ZA WCZE­ŚNIE. Serce waliło jej jak osza­lałe. Strach spa­ra­li­żo­wał reak­cje, unie­ru­cho­mił ciało i wyczy­ścił umysł. To nie mogło się dziać. Nie teraz. Potrze­bo­wała pomocy.

-?Max!

Imię wyrwało się z jej ust, zanim przy­po­mniała sobie, że Maxa tu nie ma. Był w dro­dze do Lon­dynu. I dla­czego ten prze­klęty tele­fon wciąż dzwo­nił?

Głę­boki oddech. Głę­boki oddech. Uspo­kój się. Oddy­chaj. Zmuś płuca do pracy. Wdech. Wydech. Będzie dobrze. To na pewno Max dzwo­nił przed wej­ściem do samo­lotu. Powie mu, żeby wra­cał, że dziecko już się rodzi. Dobrze. Da radę. Nie miała prze­cież wyboru.

Z całej siły ode­pchnęła się rękami od sofy i zdo­łała wstać. Zro­biła zale­d­wie dwa kroki, kiedy tele­fon prze­stał dzwo­nić, a włą­czyła się auto­ma­tyczna sekre­tarka.

-?Dzień dobry. Z tej strony Agnes Wel­ling­ton ze Sto­ny­bridge Place. Nancy Jen­kins dała mi pani numer, bo chcia­ła­bym odno­wić salon i dodać mu odro­biny bla­sku. Była­bym wdzięczna za tele­fon pod ten numer. To jest...

Tress nie usły­szała reszty wia­do­mo­ści, bo dokład­nie w tej chwili kolejna fala lęku nie­mal ode­brała jej wła­dzę w nogach. Chwy­ciła się kra­wę­dzi biurka i spoj­rzała na zegar wiszący nad nim.

9.50.

Dzięki Bogu. Samo­lot Maxa odla­ty­wał dopiero o 10.40. Na­dal był na lot­ni­sku.

Się­gnęła po tele­fon komór­kowy i... Cho­lera. Ekran był cał­ko­wi­cie czarny. Prze­su­nęła dło­nią wzdłuż prze­wodu i zoba­czyła, że kabel wysu­nął się z gniazda USB w ścia­nie. Ta cała nowo­cze­sna tech­no­lo­gia zde­cy­do­wa­nie nie była jej sprzy­mie­rzeń­cem.

Porwała tele­fon sta­cjo­narny i... Szlag. Jaki był jego numer? Miała go zapi­sa­nego w komórce, ale mie­siąc wcze­śniej firma, w któ­rej pra­co­wał, zmie­niła ope­ra­tora tele­fonicznego i nie zdą­żyła jesz­cze zapa­mię­tać nowego numeru.

Drżą­cymi rękami zaczęła gorącz­kowo szu­kać kartki, na któ­rej go zapi­sała, gdy prze­szył ją kolejny ostry ból.

O jasna cho­lera.

To nie wyglą­dało dobrze.

Zaci­snęła zęby i pró­bo­wała oddy­chać zgod­nie z zale­ce­niami, ale doszła do wnio­sku, że kto­kol­wiek twier­dził, iż to pomaga, naj­wy­raź­niej ni­gdy nie pró­bo­wał oddy­chać z kulą do krę­gli zakli­no­waną mię­dzy narzą­dami wewnętrz­nymi.

Kiedy naj­gor­szy ból minął, się­gnęła po notat­nik i zdo­łała wystu­kać numer z pierw­szej strony na tele­fo­nie sta­cjo­nar­nym.

-?Cześć -?ode­brał natych­miast, zanim u niej zdą­żył zabrzmieć pierw­szy sygnał.

-?Max, to ja! Chyba zaczyna się poród...

Prze­rwał jej głos męża.

-?Tu Max Wal­ker z Bra­la­tech. Przy­kro mi, że nie mogę teraz ode­brać tele­fonu. Zostaw wia­do­mość, a oddzwo­nię naj­szyb­ciej, jak to będzie moż­liwe.

Nieee!

Roz­pacz­li­wie wal­cząc z paniką ści­ska­jącą gar­dło, Tress już miała powtó­rzyć swoją pilną wia­do­mość, kiedy roz­legł się dzwo­nek do drzwi. To może być on. Może cze­goś zapo­mniał. Albo po pro­stu coś prze­czuł i zawró­cił. Odło­żyła słu­chawkę. W tej samej chwili coś z głu­chym stu­kiem spa­dło na pod­łogę w przed­po­koju. Poczta. To był tylko listo­nosz.

Ostroż­nie opa­dła z powro­tem na sofę i jęk­nęła, powstrzy­mu­jąc łzy, gdy pró­bo­wała uspo­koić oddech.

To. Nie. Mogło. Się. Dziać.

Gdzie był Max? Dla­czego nie odbie­rał tele­fonu? Jak miała się z nim skon­tak­to­wać? Potrze­bo­wała go tutaj. Natych­miast. Bo była nie­mal pewna, że wła­śnie dziś przyj­dzie na świat ich dziecko.

Rozdział 2. Noah

Roz­dział 2

Noah

Żadna ilość kawy nie mogła dziś popra­wić samo­po­czu­cia Noaha Clarka, ale i tak zamie­rzał spró­bo­wać. Posta­wił kubek na chro­mo­wa­nej pod­stawce eks­presu, wło­żył kap­sułkę z espresso i naci­snął przy­cisk. Zaci­snął zęby, a od dźwięku pra­cu­ją­cego urzą­dze­nia nie­mal zatęt­niło mu w skro­niach.

O ósmej rano zde­cy­do­wa­nie nie nada­wał się do funk­cjo­no­wa­nia, a przy­czyn tego stanu było wiele. Wszystko zaczęło się od tygo­dnia noc­nych dyżu­rów na oddziale pedia­trycz­nym Szpi­tala Cen­tral­nego w Glas­gow, a potem doszło jesz­cze o kilka piw za dużo wypi­tych wczo­raj, pod­czas pierw­szego wol­nego dnia. Sam kac dałoby się jesz­cze prze­żyć, gdyby poprzed­niego wie­czoru, po potęż­nej kłótni z Anyą, nie zasnął na kana­pie. Sam był sobie winien. Naro­bił sobie nadziei. Myślał, że wresz­cie dowie się, co dzieje się z jego żoną. Że uda im się napra­wić dystans, który wyrósł mię­dzy nimi. Sądząc po tym, że całą noc pró­bo­wał uło­żyć swoje sto osiem­dzie­siąt osiem cen­ty­me­trów wzro­stu na dwu­oso­bo­wej sofie, naj­wy­raź­niej nic z tego nie wyszło.

Opu­ścił czoło na chłodny mar­mur wyspy kuchen­nej, lecz natych­miast pode­rwał głowę, gdy do kuchni wkro­czyła Anya. Wyso­kie obcasy wystu­ki­wały o gra­ni­tową posadzkę ostre klik, klik, brzmiące niczym seria z kara­binu sztur­mo­wego. A może tylko jego ska­co­wany mózg odbie­rał to wła­śnie w ten spo­sób.

Dopiero po chwili zorien­to­wał się, skąd bie­rze się drugi dźwięk. Zmru­żył oczy i spoj­rzał w jej stronę. To kółka bia­łej kabi­no­wej walizki Sam­so­nite tur­ko­tały po pod­ło­dze. Na walizce spo­czy­wała dopa­so­wana kolo­ry­stycz­nie torba podróżna, na wysu­wa­nej rączce wisiała torebka, a obok stała jesz­cze torba na lap­topa.

No tak.

Dziś wyjeż­dżała... na... na...

Nie.

Nic.

Kom­plet­nie nic nie przy­cho­dziło mu do głowy.

Jakiś wyjazd służ­bowy.

Był nie­mal pewien, że wid­niał w kalen­da­rzu, a skoro tak, był też stu­pro­cen­towo pewien, że nie zamie­rza o niego pytać. To tylko otwo­rzy­łoby kolejny roz­dział nie­koń­czą­cej się kłótni pod tytu­łem: "Ni­gdy nie inte­re­su­jesz się moją karierą".

Ostat­nio wra­cali do niej nie­mal rów­nie czę­sto jak do jesz­cze bar­dziej przy­gnę­bia­ją­cego tematu zało­że­nia rodziny. Ta dys­ku­sja rów­nież poja­wiała się zde­cy­do­wa­nie zbyt czę­sto, a wczo­raj skoń­czyła się kolejną wer­sją dobrze zna­nego:

-?To jest mój czas i nie zamie­rzam rezy­gno­wać ze swo­jego życia tylko po to, żeby przez następne dwa lata sie­dzieć w domu, naba­wić się hemo­ro­idów i być wiecz­nie oble­pioną mar­chew­ko­wym purée.

Tak.

Znowu wypły­nął ten sam stary argu­ment.

Noah nie miał poję­cia, jak w ogóle do tego doszło. Zresztą nie miało to już zna­cze­nia. Ostat­nio potra­fili zamie­nić zwy­kłe "dzień dobry" w apo­ka­lip­tyczną bitwę na śmierć i życie.

Dla­tego zaczął pojed­naw­czo, łagod­nym tonem:

-?Cześć.

-?Cześć -?odpo­wie­działa chłodno, rów­nie ostro, jak stu­kały jej obcasy.

-?Posłu­chaj, możemy poroz­ma­wiać? Naprawdę prze­pra­szam za wczo­raj.

I naprawdę prze­pra­szał.

Wie­czór zaczął się prze­cież tak dobrze. Przy­go­to­wał kola­cję z oka­zji rocz­nicy ślubu. Zapa­lił świece. W tle grał John Legend. Wszystko, co Anya uwiel­biała. Ugo­to­wał swoje popi­sowe danie -?fan­ta­styczny gulasz rybny, któ­rego nauczyła go ghań­ska bab­cia i który Anya wręcz uwiel­biała. Wszystko było gotowe na ósmą, bo uznał, że do tej godziny na pewno wróci do domu. Ich rocz­nica rów­nież wid­niała w kalen­da­rzu. Jede­na­ście lat mał­żeń­stwa. Pra­wie pięt­na­ście lat od dnia, kiedy poznali się pod­czas pierw­szego dnia Anyi na Uni­wer­sy­te­cie w Glas­gow. Noah był wtedy na dru­gim roku medy­cyny, a Max koń­czył drugi rok finan­sów, gdy nowa stu­dentka biz­nesu weszła na spo­tka­nie dla pierw­szo­rocz­nych z nie­ukry­waną cie­ka­wo­ścią wyma­lo­waną na swo­jej pięk­nej twa­rzy. W tam­tych cza­sach nosiła dłu­gie aż do pasa war­ko­czyki, a w jej sze­roko otwar­tych oczach malo­wało się nie­do­wie­rza­nie, że naprawdę tam jest.

Max Wal­ker, jego naj­lep­szy przy­ja­ciel od dzie­ciń­stwa, zauwa­żył ją pierw­szy i szturch­nął Noaha łok­ciem w żebra.

-?Chyba wła­śnie się zako­cha­łem -?zagwiz­dał, pró­bu­jąc otrzą­snąć się z kaca po Jaeger Bom­bach, kiedy dziew­czyna zbli­żała się do ich sto­lika.

Obaj nale­żeli do uni­wer­sy­tec­kiej dru­żyny koszy­kar­skiej i tra­fili na dwu­go­dzinny dyżur przy sta­no­wi­sku rekru­tu­ją­cym nowych zawod­ni­ków do sek­cji spor­to­wych.

-?Tak, już chyba dzie­siąty raz od rana -?odparł Noah z uśmie­chem, odsu­wa­jąc Maxa za sie­bie i posy­ła­jąc dziew­czy­nie swój naj­bar­dziej ujmu­jący uśmiech.

Była olśnie­wa­jąca.

Miała pra­wie metr osiem­dzie­siąt wzro­stu. Poru­szała się z natu­ralną swo­bodą spor­t­smenki. Dłu­gie rzęsy oka­lały brą­zowe oczy, w które Noah mógłby patrzeć co naj­mniej przez następną godzinę.

Oczy­wi­ście Max natych­miast uru­cho­mił cały swój urok oso­bi­sty i prze­szedł do flirtu na pozio­mie kwa­li­fi­ka­cji olim­pij­skich. Tak było od zawsze. We wszyst­kim był pierw­szy. Naj­pierw dzia­łał, dopiero potem myślał. To on pierw­szy zapra­szał dziew­czyny na randki, pierw­szy zapi­sy­wał ich na skoki spa­do­chro­nowe, pierw­szy orga­ni­zo­wał spon­ta­niczne imprezy, a Noah zwy­kle dowia­dy­wał się o wszyst­kim dopiero wtedy, gdy pod drzwi ich wspól­nego miesz­ka­nia zja­wiało się dwa­dzie­ścia osób z boom­bok­sem.

Tym razem jed­nak Anya nie dała się uwieść jego uro­dzie ani całym pokła­dom uroku oso­bi­stego. Zamiast tego spoj­rzała na Noaha z zacie­ka­wie­niem.

-?A co z tobą? -?zapy­tała z roz­ba­wie­niem pobrzmie­wa­ją­cym w gło­sie. - Uwa­żasz, że powin­nam poświę­cić całe swoje życie spor­towi?

Jej sek­sowny ame­ry­kań­ski akcent prze­są­dził sprawę.

Póź­niej dowie­dział się, że jej ojciec był Ame­ry­ka­ni­nem, a matka Szkotką. Poznali się, gdy ojciec Anyi przy­je­chał do Szko­cji pra­co­wać przy wspól­nym pro­jek­cie z RAF-em w bazie Leu­chars nie­da­leko St Andrews. Zako­chali się w sobie, pobrali i zostali w Szko­cji tak długo, jak długo trwało jego odde­le­go­wa­nie. Kiedy Anya miała trzy lata, wró­cili do Sta­nów Zjed­no­czo­nych, ale kilka razy w roku przy­la­ty­wali do Szko­cji, by odwie­dzić rodzinę jej mamy w Fife. Jej rodzice na­dal miesz­kali w Ame­ryce, jed­nak gdy przy­szło do wyboru stu­diów, Anya posta­no­wiła wró­cić do korzeni swo­jej matki. Noah już wtedy wie­dział, że do końca życia będzie wdzięczny za tę decy­zję.

Ni­gdy nie flir­to­wał z kobie­tami, które dopiero co poznał. A już na pewno nie z kimś, kim wyraź­nie zain­te­re­so­wał się Max. Ale tej kobie­cie po pro­stu nie spo­sób było się oprzeć.

-?Abso­lut­nie nie -?odpo­wie­dział Noah, pod­czas gdy Max patrzył na niego z otwar­tymi ustami. -?Uwa­żam, że powin­naś zosta­wić sobie przy­naj­mniej jeden wie­czór w tygo­dniu, żeby gdzieś wyjść ze mną.

Max teatral­nie roz­ło­żył ręce.

-?To był naj­gor­szy tekst na pod­ryw, jaki w życiu sły­sza­łem. Nie daj się nabrać -?ostrzegł Anyę. -?Bo potem będziesz musiała słu­chać jego bez­na­dziej­nych gadek. Ostat­nia kobieta, z którą się spo­ty­kał, umarła z nudów. Naprawdę. Tra­giczna histo­ria. Nawet napi­sali o tym arty­kuły medyczne.

-?Cóż... -?Anya prze­cią­gnęła słowo, trzy­ma­jąc ich obu w nie­pew­no­ści. - Mam cał­kiem wysoki próg bólu, więc chyba zary­zy­kuję.

Przy­wo­łu­jąc w pamięci całe dwa tygo­dnie, które kie­dyś wytrzy­mał na zaję­ciach teatral­nych, Max dosłow­nie spadł z krze­sła, uda­jąc omdle­nie, pod­czas gdy Noah pode­rwał się na nogi i trium­fal­nie wyrzu­cił pięść w górę. Anya wybuch­nęła śmie­chem.

-?Wy zawsze tacy jeste­ście?

Noah nie potra­fił prze­stać się uśmie­chać.

-?Nie. Prze­waż­nie spła­wiam go, kiedy tra­fia mi się coś lep­szego. Napi­jesz się ze mną cze­goś w barze?

Porzu­cili Maxa, a pod koniec popo­łu­dnia Noah zapy­tał Anyę, czy może ją poca­ło­wać.

Nie odmó­wiła.

I tak wła­śnie się zaczęło.

Noah.

Anya.

Razem od tam­tej pory.

Mimo całego tego przed­sta­wie­nia Max naprawdę cie­szył się ich szczę­ściem, a przez następ­nych pięt­na­ście lat Noah każ­dego dnia był wdzięczny, że tam­tego ranka wybrała wła­śnie jego.

Poprzed­niego wie­czoru, gdy zegar wybił dwu­dzie­stą, wra­cał myślami do tam­tego pierw­szego dnia. O wpół do dzie­wią­tej pró­bo­wał jesz­cze ura­to­wać gulasz rybny. O dzie­wią­tej otwo­rzył piwo i wyrzu­cił całą potrawę do kosza, docho­dząc do wnio­sku, że Anya raczej nie zamie­rza wpaść do domu na rocz­ni­cową kola­cję. Przez chwilę zasta­na­wiał się, czy nie zadzwo­nić do Maxa i nie spraw­dzić, czy jest na siłowni, żeby do niego dołą­czyć na ich codzien­nym tre­ningu, ale po raz pierw­szy od dawna nie miał na to naj­mniej­szej ochoty. Nawet prze­mknęło mu przez myśl, żeby wpaść do Tress, zjeść z nią cia­sto i obej­rzeć kilka odcin­ków pro­gra­mów o urzą­dza­niu wnętrz, ale nie chciał swoim roz­go­ry­cze­niem i zawo­dem prze­bi­jać bańki szczę­ścia, w któ­rej żyła pod­czas ciąży. Zamiast tego wró­cił do diety z cza­sów stu­diów medycz­nych -?wrzu­cił pizzę do pie­kar­nika, prze­łą­czał kanały w tele­wi­zji i osta­tecz­nie zatrzy­mał się na sta­rym fil­mie wojen­nym. Wszystko było lep­sze niż wła­sne życie, które przy nim wyda­wało się jesz­cze bar­dziej do bani.

Kiedy Anya wró­ciła do domu o dwu­dzie­stej dru­giej, led­wie potra­fił na nią spoj­rzeć.

Zatrzy­mała się w progu, ogar­nia­jąc wzro­kiem to, co zoba­czyła.

Opusz­czony roman­tyczny stół.

Brudne garnki i tale­rze przy zle­wie.

Wypa­lone świece.

-?Noah... Prze­pra­szam, powi­nie­neś mnie uprze­dzić...

-?Nie sądzi­łem, że muszę. Wszyst­kiego naj­lep­szego z oka­zji rocz­nicy - odparł, nie­na­wi­dząc chłodu, który zabrzmiał w jego gło­sie.

To nie był on.

Ni­gdy nie zacho­wy­wał się w taki małost­kowy spo­sób.

Max przez całe życie powta­rzał mu, że jest aż nazbyt wylu­zo­wany.

Ale nie tego wie­czoru.

Anya wciąż przyj­mo­wała postawę obronną.

-?Musia­łam zostać dłu­żej w pracy. W przy­szłym tygo­dniu mamy ważną pre­zen­ta­cję, a jutro jadę na kon­fe­ren­cję, więc...

Prze­stał jej słu­chać.

Po nara­sta­ją­cym zde­ner­wo­wa­niu w jej gło­sie wie­dział już, że wysia­dła z pociągu pod nazwą "prze­pro­siny" i wła­śnie wsia­dła do eks­presu "obrona za wszelką cenę".

-?Anya... Ty w ogóle jesz­cze tego chcesz?

Schy­liła się i zdjęła swoje czarne lakie­ro­wane szpilki, jedną po dru­giej, tra­cąc przy tym dobre dzie­sięć cen­ty­me­trów wzro­stu. Obci­sła spód­nica kostiumu krę­po­wała jej ruchy, gdy pode­szła do stołu i nalała do kie­liszka resztkę czer­wo­nego wina z butelki. Odkąd objęła sta­no­wi­sko dyrek­torki sprze­daży i mar­ke­tingu w Bra­la­te­chu, jej styl ubie­ra­nia zde­cy­do­wa­nie wszedł na wyż­szy poziom. To Max uprze­dził ją, że zwolni się tam takie sta­no­wi­sko, a ona sama zgło­siła się do zarządu i zdo­była tę pracę, zanim jesz­cze ogło­sze­nie o rekru­ta­cji zdą­żyło się uka­zać.

Noah widział, że zwleka z odpo­wie­dzią, więc cztery piwa, które zdą­żył już wypić, prze­jęły nad nim kon­trolę i popchnęły go do dal­szych pytań.

-?Na­dal chcesz nas? Mał­żeń­stwa? Dzieci? Wspól­nego życia? Zesta­rzeć się razem?

-?Oczy­wi­ście, że chcę -?odpo­wie­działa znu­żo­nym gło­sem, led­wie na niego patrząc, gdy przy­sia­dła na pod­ło­kiet­niku kanapy. -?Po pro­stu ta praca wiele dla mnie zna­czy. Jestem w niej dobra, Noah. Kocham ją. I na razie pochła­nia mnie bez reszty.

-?A nasza rodzina?

Wie­dział, że zabrzmiał dzie­cin­nie, ale od dwóch lat cze­kał, aż do niego wróci. Od dwóch lat odkła­dali swoje życie na póź­niej przez pracę, która zabie­rała jej cały czas.

-?Noah, nie mogę teraz o tym roz­ma­wiać. Jestem zbyt zmę­czona. Tak, chcę być z tobą w mał­żeń­stwie. Nie, na­dal nie jestem gotowa na dzieci.

-?A jeśli ja jestem? Prze­cież usta­li­li­śmy, że zaczniemy się sta­rać już w zeszłym roku, a ty od tam­tej pory cią­gle to odkła­dasz. Jeśli naprawdę tego chcesz, pocze­kam. Tylko... nie jestem już pewien, czy ty na­dal tego chcesz. Teraz. Albo kie­dy­kol­wiek.

Ile razy w ciągu ostat­niego roku odbyli tę samą roz­mowę? Za każ­dym razem odpo­wia­dała tak samo: Tak, na­dal chcę zało­żyć z tobą rodzinę. Nie, jesz­cze nie teraz, ale wkrótce. Każ­dego dnia w pracy ota­czały go dzieci i ich rodziny i każ­dego dnia coraz moc­niej utwier­dzał się w prze­ko­na­niu, że wła­śnie tego pra­gnie. Zawsze mówili, że założą rodzinę tuż po trzy­dzie­stce. Oboje mieli już trzy­dzie­ści pięć lat, a on był na to gotowy od dawna. Naj­wy­raź­niej Anya wciąż nie.

-?W takim razie może powin­ni­śmy poroz­ma­wiać o tym, czy w ogóle mamy jesz­cze wspólną przy­szłość -?wypa­liła.

Zamarł.

Szok spra­wił, że gwał­tow­nie uniósł głowę.

-?Co?

-?Sama już nie wiem, czy w ogóle chcę mieć dzieci. Po pro­stu... nie jestem pewna, czy widzę sie­bie w tej roli. A jeśli dla cie­bie to waru­nek nie do nego­cja­cji...

Urwała, ale reszta wybrzmiała aż nadto wyraź­nie. Mimo że piwo szu­miało mu w gło­wie ugryzł się w język. Za wszelką cenę nie chciał powie­dzieć cze­goś, czego póź­niej będzie żało­wał. Z jed­nej strony przy­naj­mniej była szczera. I to przy­nio­sło mu ulgę...

...dopóki nie zaczęła się wyco­fy­wać.

-?Prze­pra­szam, nie to mia­łam na myśli. Posłu­chaj, nie mogę teraz o tym roz­ma­wiać. Jestem zmę­czona.

Wstała z kanapy. Jej wyspor­to­wane, smu­kłe ciało poru­szało się z taką natu­ralną gra­cją, że aż ści­snęło go w sercu.

Boże, jak bar­dzo ją kochał.

-?Nie odchodź, Anya. Zostań. Poroz­ma­wiaj ze mną.

Szła dalej. Po chwili usły­szał tylko ciche kroki na scho­dach pro­wa­dzą­cych do ich sypialni. Nie poszedł za nią.

Zamiast tego wycią­gnął z lodówki pierw­szą z kilku kolej­nych puszek piwa i wpa­try­wał się w tele­wi­zor, nawet nie reje­stru­jąc, co leci na ekra­nie. Potrze­bo­wał tylko jakie­goś dźwięku. Cze­go­kol­wiek, co nie pozwoli mu roz­sy­pać się na kawałki.

Tele­wi­zor wciąż grał osiem godzin póź­niej, kiedy obu­dził się z jękiem po nocy spę­dzo­nej na kana­pie.

W myślach raz po raz odtwa­rzał ich roz­mowę. Od początku do końca. Potem od końca do początku. Ana­li­zo­wał każde słowo, roz­pacz­li­wie pra­gnąc do niej wró­cić i wszystko wyja­śnić.

Ale widok Anyi z walizką mówił jasno, że ta roz­mowa jesz­cze długo się nie odbę­dzie.

Teraz, mimo pul­su­ją­cego bólu głowy i obo­la­łego ciała, musiał spró­bo­wać.

Kiedy pod­nio­sła z wyspy kuchen­nej klu­czyki do samo­chodu, zro­bił ostat­nią próbę zna­le­zie­nia choć odro­biny poro­zu­mie­nia.

-?Anya, zacze­kaj... Prze­pra­szam. Możemy poroz­ma­wiać? Pięć minut...

-?Nie. Muszę zdą­żyć na samo­lot i nie zamie­rzam go prze­ga­pić. Jadę swoim samo­cho­dem i zosta­wię go na lot­ni­sku. Poroz­ma­wiamy, kiedy wrócę.

I to było wszystko. Jesz­cze raz stu­kot jej szpi­lek roz­legł się po kafel­kach niczym seria z kara­binu maszy­no­wego. Ode­szła. Znik­nęła.

Cho­lera.

Noah nalał sobie kolejną kawę i wyszedł z kub­kiem na zewnątrz. Chłodne lutowe powie­trze przy­nio­sło ulgę jego pul­su­ją­cej gło­wie. Dopiero gdy wró­cił do kuchni po następną dolewkę, zauwa­żył sto­jącą na pod­ło­dze torbę na lap­topa. Anya musiała ją prze­oczyć, gdy chwy­ciła pozo­stałe bagaże i wybie­gła z domu. Natych­miast do niej zadzwo­nił, żeby dać jej znać, ale połą­cze­nie od razu prze­kie­ro­wało go na pocztę gło­sową. Nie zosta­wił wia­do­mo­ści. Jeśli była na niego zła, ist­niała spora szansa, że nawet by jej nie odsłu­chała.

Spró­bo­wał innego spo­sobu.

Anya ni­gdy nie wsia­dała do samo­lotu, nie roz­ma­wia­jąc tuż przed odlo­tem i zaraz po lądo­wa­niu ze swoją asy­stentką, Carą. Praca była dla niej zbyt ważna, żeby zary­zy­ko­wać prze­ocze­nie wia­do­mo­ści od klienta.

Noah odszu­kał numer Cary w kon­tak­tach i wybrał połą­cze­nie.

-?Dzień dobry, dział sprze­daży Bra­la­tech, z tej strony Cara, asy­stentka Anyi Clark. W czym mogę pomóc?

Rany, biedna kobieta musiała wypo­wia­dać tę for­mułkę przy każ­dym ode­bra­nym tele­fo­nie.

-?Cześć, Cara, tu Noah.

Przez lata kilka razy spo­tkali się na fir­mo­wych impre­zach. Roz­ma­wiał z nią też dość regu­lar­nie -?zwy­kle wtedy, gdy dzwo­niła poin­for­mo­wać go, że Anya znowu wróci późno albo nie dotrze na coś, co wcze­śniej zapla­no­wali, bo utknęła w pracy. Naj­wy­raź­niej łatwiej było jej zle­cać komuś innemu prze­ka­zy­wa­nie takich wia­do­mo­ści. Cara o tym wie­działa. On też. A jasną stroną było to, że z cza­sem stwo­rzyli coś w rodzaju cichego poro­zu­mie­nia.

-?Cześć, Noah. Jak się masz?

Naj­chęt­niej odpo­wie­działby, że ma kaca, jest wście­kły i ma poważne podej­rze­nia, że wła­śnie roz­pada mu się życie, ale zamiast tego powie­dział:

-?Świet­nie. Tak, wszystko dobrze. A ty?

-?Ach, sam wiesz. Za dużo pracy, za mało pie­nię­dzy. Tylko nie mów tego swo­jej żonie.

Mimo pul­su­ją­cego bólu głowy kąciki jego ust lekko się unio­sły.

-?Tra­fi­łaś pod wła­ściwy adres. Słu­chaj, możesz prze­ka­zać Anyi wia­do­mość?

Zapa­dła chwila ciszy i domy­ślił się, że Cara zasta­na­wia się, dla­czego nie zadzwoni po pro­stu do wła­snej żony.

-?Po pro­stu... eee... jej tele­fon od razu prze­łą­cza na pocztę gło­sową, a ja zaraz wycho­dzę pobie­gać, więc pomy­śla­łem, że pew­nie poroz­ma­wiasz z nią wcze­śniej niż ja.

Kła­mał jak z nut, ale pozo­sta­wało mu tylko mieć nadzieję, że Cara nie posiada zdol­no­ści tele­pa­tycz­nych.

-?Eee... tak, tylko... rzecz w tym, że nie będę mogła prze­ka­zać jej wia­do­mo­ści, dopóki w ponie­dzia­łek nie wróci do pracy.

Nie dało się nie usły­szeć w jej gło­sie waha­nia. To był ton czło­wieka, który wła­śnie mówi coś, co nie­uchron­nie wywoła pro­blemy, ale nie ma innego wyj­ścia.

-?Tak, wiem, że dziś jej nie ma.

-?Och, całe szczę­ście! -?wyrwało się Carze z wyraźną ulgą. - Prze­pra­szam. Przez moment myśla­łam, że wła­śnie mamy jedną z tych fil­mo­wych scen, w któ­rych przy­pad­kiem mówię mężowi, że jego żona wcale nie jest tam, gdzie on myśli, i wybu­cha wielka afera. Już widzia­łam się na bez­ro­bo­ciu w naj­bliż­szej przy­szło­ści.

Noah zmu­sił się do śmie­chu.

-?Nie, jesteś bez­pieczna. Wie­dzia­łem, że dziś nie będzie jej w biu­rze. Po pro­stu pomy­śla­łem, że pew­nie będzie do cie­bie dzwo­nić.

To zaczy­nało robić się znacz­nie bar­dziej skom­pli­ko­wane, niż przy­pusz­czał, i coraz mniej rozu­miał dla­czego.

-?Raczej nie. Mówiła, że w spa, do któ­rego jadą, nie ma zasięgu, więc nie będzie się odzy­wać. Bar­dzo się cie­szę, że wresz­cie może tro­chę odpo­cząć z sio­strą. Mam wra­że­nie, że ona ni­gdy nie wycho­dzi z pracy, więc ten wyjazd naprawdę dobrze jej zrobi. A tak w ogóle... jaką wia­do­mość mam jej prze­ka­zać?

Zapa­dła cisza. Trwała pełne pięć sekund. Potem roz­le­gło się spa­ni­ko­wane:

-?To było...

Zastygł. Znów zapa­dła cisza. Jego mózg odma­wiał współ­pracy, a on roz­pacz­li­wie pró­bo­wał zro­zu­mieć, co wła­śnie usły­szał. Cara była nie­zwy­kle kom­pe­tentna i ni­gdy niczego nie myliła. To ozna­czało, że prze­ka­zała mu praw­dziwe infor­ma­cje. Był tylko jeden pro­blem. Żona powie­działa mu, że leci do Lon­dynu na kon­fe­ren­cję służ­bową.

Jego żona nie­na­wi­dziła spa.

Jego żona nie miała sio­stry.

A skoro nie była na kon­fe­ren­cji ani w miej­scu, któ­rego nie zno­siła, z fik­cyjną człon­ki­nią rodziny, to gdzie, do cho­lery, była?

-?Masz rację! Zupeł­nie o tym zapo­mnia­łem. Nie ma sprawy, ale jeśli będzie się odzy­wać, poproś ją, żeby do mnie zadzwo­niła.

Noah zakoń­czył połą­cze­nie i opu­ścił głowę, aż ponow­nie oparła się o blat kuchen­nej wyspy.

A więc to miał być wła­śnie ten dzień. Dzień, w któ­rym wresz­cie dowie się, co naprawdę dzieje się z jego żoną.

Rozdział 3. Nancy

Roz­dział 3

Nancy

-?Tress to naprawdę wspa­niała dziew­czyna. Znam Maxa Wal­kera od dziecka. Bie­gał po tym ogródku i wspi­nał się na tamte drzewa. -?Nancy ski­nęła głową w stronę dębów, któ­rych gałę­zie wysta­wały ponad płot za kuchen­nym oknem. -?Tak się cie­szę, że oże­nił się z kimś takim. Ugh, od tych opa­rów można tu paść.

Zapach amo­niaku uno­szący się w kuchni wystar­czyłby, żeby posta­wić na nogi psy z oddziału sape­rów, więc Nancy psik­nęła odro­biną koko­so­wego odświe­ża­cza Glade, żeby jakoś to zrów­no­wa­żyć. To był jej ulu­biony zapach. Zawsze przy­po­mi­nał jej waka­cje z Pete­rem na Costa del Cho­ler­nie Dro­gie w latach osiem­dzie­sią­tych. Sma­ro­wali się koko­so­wym olej­kiem do opa­la­nia i sma­żyli po cztery godziny z każ­dej strony, sztur­cha­jąc się nawza­jem, kiedy trzeba było się obró­cić niczym kur­czaki na roż­nie. Potem wra­cali do domu, czu­jąc się naja­trak­cyj­niej­szymi ludźmi na świe­cie... aż zaczy­nała scho­dzić skóra i znów lądo­wali w weł­nia­nych swe­trach, pach­nący alo­esem, odkła­da­jąc co tydzień dychę na kolejne waka­cje. To były piękne czasy. Tylko wtedy nie wie­dzieli, jak strasz­liwą cenę przyj­dzie im kie­dyś zapła­cić za te wszyst­kie tygo­dnie spę­dzone na słońcu. Rak skóry. Ode­brał jej Petera, zanim zdą­żył przejść na eme­ry­turę i zoba­czyć wszyst­kie miej­sca, które pla­no­wali jesz­cze razem odwie­dzić.

-?Ała! Jezu, Val, szarp­nę­łaś tym wał­kiem jak gumką od maj­tek! -?zawo­łała Nancy, wywo­łu­jąc u przy­ja­ciółki salwę śmie­chu.

-?Kocha­nie, gdyby gumka od moich maj­tek miała strze­lić, uwierz mi, echo nio­słoby się po całym kory­ta­rzu. -?Val zatrzę­sła swo­imi krą­gło­ściami, nakła­da­jąc Nancy prze­zro­czy­sty foliowy cze­pek. -?No, gotowe. Trzy­dzie­ści minut i wyj­dziesz, wyglą­da­jąc tak. -?Unio­sła pudełko z farbą, na któ­rym wid­niała piękna trzy­dzie­sto­latka o buj­nych rudych lokach oka­la­ją­cych ide­alną twarz z wyso­kimi kośćmi policz­ko­wymi i napom­po­wa­nymi ustami.

Nancy wstała i pode­szła do czaj­nika.

-?Taa, chyba tylko jeśli przy oka­zji przy­pniesz mi z tyłu głowy żabkę do wło­sów, bo ostatni raz widzia­łam swoje kości policz­kowe w latach osiem­dzie­sią­tych.

-?Da się zała­twić. -?Angie wzru­szyła ramio­nami. -?Myślę też o uru­cho­mie­niu domo­wej lipo­suk­cji odku­rza­czem. Ludzie dadzą się nabrać na wszystko.

Chi­cho­cząc, Nancy włą­czyła czaj­nik i się­gnęła do szafki po puszkę z her­bat­ni­kami. Nie była jesz­cze nawet dzie­siąta, ale wstała o pią­tej, więc według jej zegara bio­lo­gicz­nego zbli­żała się już pora obiadu. Zdjęła pokrywkę z puszki i posta­wiła ją na środku stołu, po czym usta­wiła obok czaj­nika trzy kubki. Dla niej i Val her­bata, ale Angie zawsze przy­no­siła wła­sne ziółka -?jakiś zie­lony wywar, który podobno poma­gał na ude­rze­nia gorąca. Nancy uwa­żała to za kom­pletne bzdury, ale jeśli napój pach­nący szpi­na­kiem popra­wiał Angie samo­po­czu­cie, to nie miała nic prze­ciwko. Spoj­rzała na przy­ja­ciółkę i od razu zna­la­zła źró­dło prze­ciągu, który wychła­dzał kuch­nię. Ta kobieta i jej meno­pauza sta­no­wiły zagro­że­nie dla spo­łe­czeń­stwa.

-?Angie, kocham cię, ale jeśli nie zamkniesz tego okna, to nie dożyję wie­czora. Tra­fię do Glas­gow Cen­tral z hipo­ter­mią. I będziesz miała to na sumie­niu. Będziesz leżeć po nocach i myśleć: "Nancy Jen­kins stra­ciła ostat­nią szansę na odro­binę roman­ty­zmu, bo ja od świtu wyma­chi­wa­łam rękami przy jej otwar­tym oknie".

Angie z wyraźną nie­chę­cią zamknęła białe prze­suwne okno i się­gnęła po swoje wachla­rze.

-?Mogło być gorzej. Moja sio­stra Joanie mówiła, że przez kilka mie­sięcy miała wra­że­nie, jakby jej cipka pło­nęła. Nie wiem tylko, jak mia­ła­bym ją wysta­wić przez twoje kuchenne okno, żeby tro­chę ją ochło­dzić.

Val pokrę­ciła głową z kamienną twa­rzą.

-?Chyba nie bez nacią­gnię­cia jakie­goś mię­śnia.

Nancy dodała z równą powagą:

-?Albo bez zafun­do­wa­nia listo­no­szowi traumy.

To znów dopro­wa­dziło całą trójkę do wybu­chu śmie­chu.

Kiedy Nancy zro­biła her­batę i napoje, wszyst­kie usia­dły przy stole. Motyle w jej brzu­chu jed­nak wcale nie zamie­rzały odpo­cząć. Co jej w ogóle strze­liło do głowy, żeby wybie­rać się dziś na to spo­tka­nie? Pięć­dzie­się­cio­le­cie ukoń­cze­nia szkoły śred­niej w Weir­bridge. W tam­tych cza­sach więk­szość koń­czyła naukę po czwar­tej kla­sie, mając szes­na­ście lat, więc cho­dziło o rocz­nik 1973. Mogła rów­nie dobrze zało­żyć tablicę rekla­mową z napi­sem: "Matko jedyna, ale jestem stara" z przodu i "Żało­sna baba pró­bu­jąca odzy­skać mło­dość" z tyłu. Miała sześć­dzie­siąt sześć lat, od czte­rech lat była wdową, a jeśli naprawdę tam pój­dzie, spo­tka ludzi, któ­rych nie widziała od cza­sów, gdy po ziemi cho­dziły dino­zaury. W tym Eddiego Tyra­no­zau­rusa Mac­kiego. Jej pierw­szą miłość. Ostatni raz widzieli się na szkol­nej potań­cówce w czerwcu 1973 roku. Ale im mniej mówiło się o tam­tym wie­czo­rze, tym lepiej.

-?Jesteś pewna, że nie zmie­nisz zda­nia i nie pój­dziesz dziś ze mną, kocha­nie? -?zapy­tała Nancy Val chyba po raz setny.

I po raz setny Val pokrę­ciła głową.

-?Kochana, cie­szę się z two­jego szczę­ścia, prze­cież wiesz. I bar­dzo mnie raduje, że zanosi się u cie­bie na mały flirt. Ale prę­dzej wydłu­ba­ła­bym sobie oczy kijem, niż poszła na taki zjazd. I to moje osta­teczne słowo.

Nancy wie­działa, że nie ma sensu naci­skać, ale jesz­cze się nie pod­da­wała. Doszła do wnio­sku, że jeśli uda jej się wcią­gnąć Val w jak naj­wię­cej przy­go­to­wań do wie­czoru, to w końcu prze­ła­mie upór przy­ja­ciółki i ta pój­dzie z nią choćby z czy­stej cie­ka­wo­ści.

Nie­świa­doma, że Nancy wciąż pla­no­wała zwer­bo­wać ją na swoją skrzy­dłową, Val się­gnęła do sto­ją­cej na środku stołu puszki z her­bat­ni­kami, wyjęła kar­me­lowy wafe­lek, roz­pa­ko­wała go i zmie­niła temat.

-?Wiesz, kochana, w tym tygo­dniu lep­szym pomy­słem byłaby chyba wizyta u fry­zjera. Nikomu nie robi­łam trwa­łej ondu­la­cji w domu od cza­sów, gdy wszyst­kie nasze kole­żanki chciały wyglą­dać jak Oli­via New­ton-John śpie­wa­jąca You're the One That I Want.

-?Wiem, ale to była decy­zja pod­jęta w panice dziś rano o szó­stej w ASDA. Nie mogłam spać, więc wysko­czy­łam po boche­nek chleba. Wró­ci­łam z zesta­wem do trwa­łej, kosme­ty­kami, któ­rych nie umiem uży­wać, i trzy­pa­kiem maj­tek, które oka­zały się strin­gami. Oddam je. Jesz­cze zro­bi­ła­bym sobie nimi krzywdę. A chleba oczy­wi­ście zapo­mnia­łam kupić. -?Nancy wes­tchnęła. -?Ale dzię­kuję wam obu, że przy­szły­ście mi z pomocą. Nie­wiele osób mogę obu­dzić o siód­mej rano, spa­ni­ko­wana jak kura bez głowy. Po pro­stu... cóż... kiedy Eddie widział mnie ostatni raz, mia­łam dłu­gie loki i wyglą­da­łam jak sur­ferka potar­gana mor­skim wia­trem. Teraz wyglą­dam raczej tak, jak­bym przez pół­tora tygo­dnia stała w ule­wie pod­czas mon­sunu. Ura­to­wa­ły­ście mnie, dziew­czyny.

Val prze­łknęła spory kęs wafelka, zanim odpo­wie­działa.

-?Nie ma za co. Mark spę­dza dziś dzień z ojcem, więc tra­fi­łaś na dobry moment. Szcze­rze mówiąc, miło było choć na chwilę wyjść z domu.

-?Jak się trzyma Don, Val? -?zapy­tała Angie.

Nancy regu­lar­nie odwie­dzała dom Val, odda­lony o jakieś dzie­sięć minut drogi, więc znała odpo­wiedź. Cho­dziły razem do szkoły i przy­jaź­niły się od tam­tej pory, choć nie spę­dzały ze sobą każ­dej wol­nej chwili. Przez te wszyst­kie lata zali­czyli nie­zli­czone wspólne imprezy we czwórkę -?Val z mężem Donem oraz Nancy z Pete­rem -?i zawsze świet­nie się bawiły. Ponie­waż ona i Peter nie mieli dzieci, z oka­zji świąt, Nowego Roku czy uro­dzin czę­sto wyjeż­dżali do cie­płych kra­jów. A kiedy zosta­wali w domu, uwiel­biali spo­ty­kać się z Val i Donem oraz ich dziećmi.

Nancy była przy Val, gdy kilka lat wcze­śniej jej córkę Dee zabił kie­rowca odu­rzony nar­ko­ty­kami. Val z kolei jako pierw­sza zapu­kała do drzwi Nancy po dia­gno­zie Petera. A kiedy zmarła naj­lep­sza przy­ja­ciółka Val, Josie -?ach, tej kobiety nie dało się zastą­pić -?Nancy także była przy niej. Miały nadzieję, że to już koniec nie­szczęść, ale potem u Dona, tego sil­nego, dobrego, cudow­nego czło­wieka, zdia­gno­zo­wano demen­cję. Boże święty, to było okrutne. Aż trudno było uwie­rzyć, jak zale­d­wie kilka lat tej cho­roby potra­fiło zmie­nić zdro­wego, aktyw­nego, peł­nego życia męż­czy­znę w zagu­bio­nego i zdez­o­rien­to­wa­nego czło­wieka. Dla Val rów­nież było to nie­zwy­kle trudne. Nie ozna­czało to jed­nak, by choć przez sekundę się zawa­hała. Nancy patrzyła z podzi­wem, jak przy­ja­ciółka po pro­stu chwy­ciła ten pro­blem za rogi i sta­wiła mu czoła. W ciągu ostat­nich dwóch lat obie stały się dla sie­bie praw­dzi­wym opar­ciem i teraz widy­wały się nie­mal codzien­nie.

Nancy przy­słu­chi­wała się roz­mo­wie, gdy Val odpo­wia­dała Angie.

-?Wiesz, Angie, to okropna cho­roba. -?Val wes­tchnęła. -?Jed­nego dnia nie pamięta nawet mojego imie­nia, a następ­nego znów jest moim daw­nym Donem i śmie­jemy się razem jak kie­dyś. Takich dni jest coraz mniej, ale to one dodają mi sił. No i Mark. To praw­dziwy skarb. Naprawdę. Zagląda do nas co drugi dzień, a raz w tygo­dniu spę­dza z ojcem cały swój dzień wolny. Nie wiem, co bym bez niego zro­biła.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki