Szpital
(...)
Już zawsze będzie miał pięćdziesiąt pięć lat. Właśnie tyle. Można się na tym zatrzymać, zachować ten obraz przed oczami.
Nigdy nie będzie starszy - nie będzie miał zmarszczek ani siwych włosów, nie pogorszy mu się wzrok i nie będzie go bolał kręgosłup. Nie dopadnie go nigdy żaden ból. Będzie on - ludzka istota - i cały wszechświat zamknięty w nim. Ciemne mądre oczy, kręcone włosy, nieśmiały uśmiech.
Będzie spacerował po górach, bez zadyszki - patrzył - oglądał świat z ciekawością w oczach, wędrował. Będzie chłonął życie, przyjmował je jak dar. Taki już będzie. Nigdy nic tego nie zmieni. Pozostanie niezmieniony.
I może to jest jedyna nagroda za umieranie.
***
Oczy rozszerzone gorączką. Wyschnięte usta, zwilżam mu je co chwilę.
Odrobina wody. Podaję mu ją łyżeczką. Nie może jej przełknąć - ale czasem przełyka - próbuje - dzielny, posłuszny nawet w umieraniu.
Nogi spuchnięte. Wkładam na nie skarpetki, a potem zdejmuję i tylko przykrywam je pledem.
Oddycha! Oddycha! Oddycha!
Otwiera oczy. Patrzy na mnie przytomnie. Więc będzie lepiej, poprawi się, choćby do jutra...
Cały czas trzymam jego rękę. Czasem drży lekko w mojej dłoni. Otwarta, biała - jak muszla.
***
Jesteśmy przy nim na zmianę. Jeden przyjaciel, potem drugi, potem kuzyn. I potem ja. Od czasu do czasu przychodzi pielęgniarka - przyjazna, żartująca. Pomaga mi wykonać wiele czynności - po czym śpieszy gdzieś dalej.
Kiedy przyjaciele odchodzą - zostajemy sami - w ciszy.
Wiem, że czujemy nawzajem swoją obecność.
***
Tak bardzo nie chciałam odchodzić tego wieczoru. Wszystko mnie zatrzymywało. Nawet ściany zdawały się chwytać mnie za poły płaszcza - zostań, poczekaj...
Ale rozsądek - ta nieszczęsna broń bezradnych ludzi - rozsądek, który tak mocno wpajano mi w dzieciństwie, mówił: idź, jest dziewiąta, prześpij się. Przyjdziesz rano.
W nocy będą przyjaciele, na zmianę jeden, potem drugi. Od rana ja - rano jest więcej czynności do wykonania - potem znowu oni i ja.
W końcu wychodzę.
Jeszcze raz omiatam wzrokiem cały pokój. Książki do samego sufitu - każda z nich pieczołowicie przez niego ułożona na półce i prawie każda przeczytana. Płyty, mnóstwo płyt. Ulubione przedmioty, wszystkie on tu przyniósł, ustawił - pracowita ludzka mróweczka...
Na biurku laptop, który już nie dojechał...
Zegarek z czarnym plastikowym paskiem - wyciągam dłoń, żeby wziąć ten zegarek, chciałabym mieć go w nocy przy sobie na znak jakiejś łączności, ale napotykam jego spojrzenie spod przymrużonych powiek i cofam rękę.
Idę w końcu - na korytarzu już prawie zawracam, przecież mogę zostać jeszcze chwilę...
Ale przyjeżdża winda. Słucham jej nakazu. Taka jest złowroga władza nad nami przedmiotów i mechanizmów... Więc wsiadam.
Na dole zamyka się za mną brama.
Wychodzę na mglistą, ciemną ulicę. Podjeżdża taksówka.
Potem jak zwykle jadę pustymi ciemnymi ulicami: mój dom, schody, pokój, łóżko.
Tylko do rana, tylko zasnąć na chwilę. Zamknąć oczy, nie myśleć...
On nie jest sam, nie jest sam. Będą z nim, coś zaradzą. Nie pozwolą mu tak po prostu...
Spał, kiedy odchodziłam. Kiedy obudzi się rano, znowu będę.
Co mu przywieźć - może jakiś owoc?
Nie martw się teraz, śpij. Jutro...
Krótko po północy dzwoni przyjaciel.
Jutra już nie będzie.