Jeden długi weekend - Shari Low

Kup ebooka

32.90 zł
27.31 zł (23,03 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Od Shari

Od Shari...

Kocha­nie!

Witaj ponow­nie! Dzię­kuję, że się­gnę­łaś (lub się­gną­łeś) po kolejną moją książkę, a jeśli to nasze pierw­sze spo­tka­nie -?witaj! Mam nadzieję, że spodo­bają Ci się słowa, które za chwilę wypeł­nią kolejne strony.

Chcia­łam napi­sać kilka słów o tym, jak powstała ta książka, bo tym razem nie jest to histo­ria, którą pier­wot­nie pla­no­wa­łam opo­wie­dzieć. Jed­nak, jak w przy­padku wielu moich powie­ści, praw­dziwe życie rzu­ciło mi pod nogi nie­ocze­ki­wany zakręt, który cał­ko­wi­cie zawład­nął moimi myślami i popro­wa­dził wyobraź­nię w zupeł­nie nowym kie­runku. Więk­szość rze­czy, które mnie spo­ty­kają -?dobrych i złych -?prę­dzej czy póź­niej tra­fia do moich ksią­żek, a to wyda­rze­nie było jed­nym z tych, które odła­mały maleńki kawa­łek mojego serca.

We wrze­śniu ubie­głego roku lecia­łam z mojego domu w Glas­gow do Los Ange­les. Przez kilka dni pra­wie nie spa­łam, bo jed­no­cze­śnie żon­glo­wa­łam samymi eks­cy­tu­ją­cymi spra­wami -?pre­mierą One Chri­st­mas Eve, popraw­kami do One Year After You i pisa­niem dwóch nowych ksią­żek -?a przy tym zma­ga­łam się z rze­czami już znacz­nie mniej przy­jem­nymi: pro­ble­mami zdro­wot­nymi w rodzi­nie, dwiema dru­zgo­cą­cymi stra­tami i remon­tem domu, który spra­wił, że przez nie­mal mie­siąc miesz­ka­łam w zim­nym, zaku­rzo­nym gru­zo­wi­sku, mając za towa­rzy­stwo wyłącz­nie mikro­fa­lówkę. Praw­dzi­wie (nie­zbyt) gla­mour.

Kiedy tam­tego ranka przy­je­chała po mnie tak­sówka na lot­ni­sko, byłam na nogach od dwu­dzie­stu czte­rech godzin, a walizkę pako­wa­łam w cha­otycz­nym, pozba­wio­nym snu pośpie­chu -?gdzieś pomię­dzy pisa­niem kolej­nych stron, reali­zo­wa­niem zobo­wią­zań pro­mo­cyj­nych zwią­za­nych z nową książką a wyrzu­ca­niem wszyst­kich szybko psu­ją­cych się pro­duk­tów z misy na owoce i z lodówki.

Nie piszę tego, by wzbu­dzić współ­czu­cie, lecz by nakre­ślić tło mojego ogrom­nego błędu. Gigan­tycz­nego. Jed­nego z naj­bar­dziej kolo­sal­nych w histo­rii.

Ni­gdy nie noszę biżu­te­rii w podróży, więc -?jak zawsze -?wło­ży­łam rze­czy, które kocham naj­bar­dziej, do małego czar­nego aksa­mit­nego woreczka. Sie­dem pier­ścion­ków. Trzy z nich były zwy­kłą biżu­te­rią sztuczną, ale obok nich spo­czy­wał kom­plet obrą­czek, który mój mąż poda­ro­wał mi z oka­zji naszej dwu­dzie­stej pią­tej rocz­nicy ślubu, kolejny dro­go­cenny pier­ścio­nek, który dosta­łam ponad trzy­dzie­ści lat temu, oraz... wciąż nie potra­fię pisać o tym bez łez... dymny kwarc opra­wiony w złoto, nale­żący do mojej uko­cha­nej, nie­od­ża­ło­wa­nej babci, Betty. Nie jestem mate­ria­listką. Nie jestem też szcze­gól­nie "biżu­te­ryjną" osobą. Ale te cztery pier­ścionki były jed­nymi z nie­licz­nych rze­czy na świe­cie, które naprawdę uwiel­bia­łam.

Wsu­nę­łam wore­czek do tyl­nej kie­szeni torebki i wtedy popeł­ni­łam błąd - nie zasu­nę­łam zamka. Zamiast tego wrzu­ci­łam do środka pasz­port, port­fel, szczotkę do wło­sów i tuzin innych rze­czy, zatrza­snę­łam magne­tyczne zapię­cie i wybie­głam z domu, sły­sząc pona­gla­jące trą­bie­nie tak­sów­ka­rza.

Zapewne domy­ślasz się, co wyda­rzyło się potem, dla­tego w tym miej­scu oddam tę histo­rię jed­nej z moich ulu­bio­nych boha­te­rek -?mojej uko­cha­nej Val. To wła­śnie ona powinna ją opo­wie­dzieć.

Przez lata Val poja­wiała się w więk­szo­ści moich ksią­żek, a jej wiel­kie, odważne i lojalne serce inspi­ro­wane było moją bab­cią, która nosiła ten dymny kwarc na dłoni, a która kie­dyś trzy­mała moją. To, co roze­gra się na tych stro­nach, jest podróżą Val, nie moją -?choć swoją wła­sną histo­rię dopo­wiem w ostat­nim roz­dziale.

Tym­cza­sem pozwólmy Val prze­jąć opo­wieść. A Wy, dro­dzy czy­tel­nicy -?jeśli podró­żu­je­cie z czymś cen­nym -?zapnij­cie tę torebkę.

Z miło­ścią,

Shari xx

Podczas tej podróży poznacie...

Pod­czas tej podróży pozna­cie...

Val Mur­ray -?uwiel­bianą mamę, bab­cię i przy­ja­ciółkę, obda­rzoną sze­ro­kimi ramio­nami, ogrom­nym ser­cem oraz nie­wy­czer­pa­nymi pokła­dami empa­tii, tro­ski i kar­me­lo­wych wafel­ków.

Carly Mor­ton -?sio­strze­nicę Val i jedną z jej ulu­bio­nych osób na świe­cie. Szczę­śli­wie zamężna ze swoim dru­gim mężem, Samem, ale zma­ga­jąca się z pustką w domu, odkąd jej syno­wie -?dwu­dzie­sto­dwu­letni Mac i dwu­dzie­sto­letni Benny -?wyfru­nęli w świat, by reali­zo­wać swoje marze­nia.

Carol Cooper -?była modelka, obec­nie influ­en­cerka w mediach spo­łecz­no­ścio­wych, żona brata Carly, Cal­luma (i tak, ich imiona są zde­cy­do­wa­nie zbyt podobne -?co nie­ustan­nie dez­orien­tuje star­szych człon­ków rodziny) oraz mama dwu­dzie­sto­trzy­let­nich bliź­nia­czek, Char­lotte i Toni.

Sophie Smith -?nauczy­cielka w szkole pod­sta­wo­wej, córka nado­pie­kuń­czego Sida, sio­stra Erin, obec­nie sin­gielka -?choć w ten week­end zamie­rza zmie­nić swój sta­tus.

Erin Smith -?sio­stra Sophie, pra­cuje w mar­ke­tingu i mediach spo­łecz­no­ścio­wych dla lon­dyń­skiej marki bie­liź­nia­nej.

Ash Ait­ken -?były chło­pak Sophie, jak dotąd jedyna miłość jej życia i ten, któ­rego stra­ciła.

Alice McLenn -?matka Rory'ego, żona Larry'ego McLenna, sprzą­taczka pra­cu­jąca na dwie zmiany, która mimo samot­nego życia u boku męża, któ­rym gar­dzi, wciąż potrafi odna­leźć drobne prze­bły­ski rado­ści.

Larry McLenn -?mąż Alice, były poli­tyk, któ­rego publiczny upa­dek zruj­no­wał karierę i znisz­czył jego rodzinę.

Rory Bro­okes (McLenn) -?syn Alice i Larry'ego, bie­gły księ­gowy śled­czy w Fiel­dow Finan­cial Group, mąż nie­zwy­kle ele­ganc­kiej Julii, obec­nie zma­ga­jący się z kolej­nym oso­bi­stym kry­zy­sem.

Julia Fiel­dow Bro­okes -?dba­jąca o wize­ru­nek, żyjąca w sepa­ra­cji żona Rory'ego oraz córka jego szefa, Rogera Fiel­dowa.

Roger Fiel­dow -?ceniony prze­ło­żony i men­tor Rory'ego, zało­ży­ciel i pre­zes Fiel­dow Finan­cial Group.

Albie Pratt -?począt­ku­jący komik stand-upowy i przy­ja­ciel Rory'ego jesz­cze z cza­sów szkoły śred­niej.

Dok­tor Richard Camp­bell -?ordy­na­tor Szpi­tal­nego Oddziału Ratun­ko­wego w Glas­gow Cen­tral Hospi­tal.

Rozdział 1. Val Murray

Roz­dział 1

Val Mur­ray

Zasta­na­wia­łam się, czy gdy­bym wrzu­ciła tele­fon do puszki na her­bat­niki i z całej siły doci­snęła szczelną pokrywkę, prze­stałby dzwo­nić. Jakiś men­talny zator spra­wiał, że nie potra­fi­łam sobie przy­po­mnieć, jak wyłą­czyć to cho­ler­stwo (dla­czego nie ma po pro­stu zwy­kłego przy­ci­sku on/off?). Nie należę do osób, które wyko­nują dra­ma­tyczne gesty w rodzaju rzu­ce­nia nim o ścianę czy zgnie­ce­nia go pod obca­sami moich nie­bie­skich, futrza­stych pan­to­fli, bo wtedy musia­ła­bym kupić nowy. A mar­no­wa­nie pie­nię­dzy w ten spo­sób jest sprzeczne z moją filo­zo­fią życiową. Nie będziesz wyda­wać ciężko zaro­bio­nych oszczęd­no­ści ani eme­ry­tury na nowo­cze­sne badzie­wie w rodzaju wypa­sio­nych tele­fonów czy desi­gner­skich tore­bek. Nato­miast absur­dal­nie dro­gie bilety na kon­cert Toma Jonesa... Cóż, to była inwe­sty­cja w dobro­stan oso­bi­sty.

Ta myśl przy­wo­łała wspo­mnie­nie, które natych­miast ścią­gnęło mi do gar­dła bole­sną gulę. Mój mąż, Don. Na milio­nie przy­jęć. Przez ponad czter­dzie­ści lat mał­żeń­stwa. Śpie­wa­jący It's Not Unu­sual. Z gesty­ku­la­cją, swoim głę­bo­kim, sek­sow­nym gło­sem i tym łobu­zer­skim bły­skiem w oku, bo wie­dział, że mnie roz­śmie­sza. Bły­skiem, który kilka lat temu przy­ga­siła cho­roba Alzhe­imera, a nieco ponad mie­siąc temu zgasł cał­kiem, kiedy odszedł w moich ramio­nach.

Nagle ból wspo­mnie­nia był bru­tal­niej­szy niż lęk przed roz­mową z kim­kol­wiek przez tele­fon, więc ode­bra­łam.

-?Halo?

-?Ile razy pomy­śla­łaś o wyrzu­ce­niu tele­fonu przez okno, zanim ode­bra­łaś, cio­ciu Val?

Moja sio­strze­nica, Carly, od zawsze miała nie­sa­mo­witą zdol­ność czy­ta­nia mi w myślach i tym razem też była bli­sko prawdy. Jestem jej ofi­cjalną cio­cią, odkąd Don i ja pobra­li­śmy się ponad cztery dekady temu. Z rado­ścią wzię­li­śmy pod skrzy­dła córkę jego star­szego brata. Nie cho­dziła jesz­cze wtedy do liceum, a teraz ma ponad pięć­dzie­siątkę, więc prze­ry­wana linia mię­dzy rodziną z krwi a powi­no­wac­twem dawno już się zatarła.

-?Ani razu -?odpo­wie­dzia­łam, zaj­mu­jąc swoje miej­sce przy naszym wysłu­żo­nym, dębo­wym bla­cie stołu. Dziś nazwa­liby go "ręko­dzie­łem" albo "meblem z odzy­sku", ale prawda była taka, że był po pro­stu stary i kochany. -?Mia­łam zamiar wsa­dzić cie­bie do puszki na her­bat­niki.

-?Przy­ty­łam dwa funty od samego wyobra­że­nia -?odpa­ro­wała Carly, a ja się uśmiech­nę­łam.

Moja sio­strze­nica jest jedną z moich ulu­bio­nych osób, które zostały mi na tym świe­cie, ale tym razem jej głos ani odro­binę nie zmniej­szył mojego nie­po­koju. Tak było każ­dego dnia od śmierci Dona. Łomo­czące serce, bez­senne noce, prze­pla­tane para­li­żu­jącą trwogą, która wyłą­czała moje ciało i umysł komórka po komórce, aż led­wie funk­cjo­no­wa­łam.

W doro­słym życiu ponio­słam trzy straty, które nie­mal mnie zła­mały. Pierw­sza, gdy moja córka Dee została potrą­cona przez naćpa­nego kie­rowcę, mając nie­spełna trzy­dzie­ści lat. Druga, gdy moja naj­lep­sza przy­ja­ciółka, Josie, zmarła nagle -?zale­d­wie kilka godzin po tym, jak tań­czy­ły­śmy do utraty tchu, piły­śmy szam­pana i śmia­ły­śmy się do łez na weselu. I trze­cia -?teraz, kilka tygo­dni po poże­gna­niu miło­ści mojego życia.

Don odszedł pierw­szego kwiet­nia. Prima apri­lis. Nawet wtedy musiał mieć ostatni żart. Od tam­tej pory życz­liwi ludzie powta­rzają wszyst­kie te banały. Że żałoba to cena za miłość. Że czas leczy rany. Że lepiej kochać i stra­cić... Ale te wszyst­kie fra­zesy spra­wiają tylko, że zaci­skam zęby i krzy­czę w myślach, że naj­wy­raź­niej nie znali Dona Mur­raya, bo tutaj nic z tego nie ma zasto­so­wa­nia. Jest tylko roz­dzie­ra­jąca, bru­talna dziura w sercu, która boli fizycz­nie, nawet gdy sta­ram się jakoś prze­trwać codzien­ność.

-?Nie powin­naś już sie­dzieć w tak­sówce? -?zapy­tała Carly, a po moich ramio­nach prze­bie­gła nowa fala napię­cia. Tak­sówka. Ta, która miała mnie zawieźć na lot­ni­sko, na lot do Lon­dynu, gdzie miesz­kała od dwu­dzie­stu paru lat.

-?Nie, jestem spa­ko­wana i gotowa, ale jesz­cze w domu.

Jej pyta­nie spra­wiło, że spoj­rza­łam na zegar w kuchni. Dzie­sięć po ósmej. Cho­lera. Tak­sówka była zamó­wiona na ósmą, a ja kom­plet­nie stra­ci­łam poczu­cie czasu.

-?Zwy­kle przy­sy­łają SMS, że już są, ale pocze­kaj...

Obcasy moich pan­to­fli kli­kały po pane­lach, gdy pospie­szy­łam kory­ta­rzem w sze­re­gowcu, w któ­rym miesz­ka­łam od dnia naszego ślubu. Kie­dyś nie było niczym nie­zwy­kłym brać ślub led­wie po skoń­cze­niu szkoły. Więk­szość moich zna­jo­mych zamie­niła wtedy dom rodzi­ców na swój pierw­szy, mał­żeń­ski. Ale czasy się zmie­niły. I dobrze. Nie­wiele z tam­tych mło­dzień­czych mał­żeństw prze­trwało próbę czasu, a nie­które z tych, które prze­trwały, były po pro­stu dwójką ludzi uwię­zio­nych w umo­wie, z któ­rej nie mieli siły, ener­gii ani środ­ków się wyplą­tać. Ja mia­łam szczę­ście. Tra­fił mi się dobry czło­wiek, któ­rego kocha­łam do dnia jego śmierci, i dom, który wyku­pi­li­śmy od gminy w cza­sach, gdy Span­dau Bal­let było na szczy­tach list. Nie był oka­zały, ale był naj­szczę­śliw­szym domem, gdy wycho­wy­wa­li­śmy tu rodzinę, i wie­dzia­łam, że ni­gdy bym go nie zamie­niła.

Gdy otwo­rzy­łam drzwi wej­ściowe, ude­rzył mnie gorąc nie­zwy­kle cie­płego jak na maj poranka. Spoj­rza­łam w lewo, w stronę par­kingu na końcu sze­regu, gdzie krępy, czer­wo­no­licy facet wysia­dał z czer­wo­nej Škody z napi­sem "taxi" na drzwiach. Cho­lera, pew­nie stał tam już od ósmej. I nie wyglą­dał na zachwy­co­nego cze­ka­niem.

Całe życie miesz­ka­łam w Weir­bridge, w wio­sce, gdzie wszy­scy się znają, więc w dzie­wię­ciu na dzie­sięć przy­pad­ków roz­po­zna­wa­łam miej­sco­wych tak­sów­ka­rzy. Dzi­siaj nie. Tego faceta ni­gdy wcze­śniej nie widzia­łam.

Zasło­nił oczy dło­nią, mru­żąc je w słońcu, potem poma­chał i wska­zał na zega­rek.

-?Stoję tu już dzie­sięć minut! -?krzyk­nął, a ja w gło­wie odję­łam mu kilka fun­tów z napiwku za tę nutę agre­sji w gło­sie.

-?Już idę, prze­pra­szam! -?odkrzyk­nę­łam i pośpie­szy­łam z powro­tem do środka.

-?Wła­śnie stra­ci­łam bębe­nek -?jęk­nęła Carly w słu­chawce. -?Dobra, koń­czę, cio­ciu Val. Do zoba­cze­nia za parę godzin. Będę w hali przy­lo­tów. I, Val...

Cza­sem opusz­czała "cio­ciu" i wcale mi to nie prze­szka­dzało.

-?Tak się cie­szę, że przy­jeż­dżasz.

-?Ja też, kocha­nie -?powie­dzia­łam i mia­łam nadzieję, że zabrzmiało prze­ko­nu­jąco.

Bo prawda była taka, że wcale nie chcia­łam jechać. Chcia­łam kazać temu opry­skli­wemu tak­sów­ka­rzowi spa­dać. Chcia­łam wró­cić do domu. Wejść na górę i poło­żyć się do łóżka. I zostać tam, aż na otwar­tej ranie w piersi po bru­tal­nym wyrwa­niu serca zro­śnie się nowa skóra. Ale nie mogłam. Obie­ca­łam wszyst­kim, któ­rych znam, że polecę do Lon­dynu.

-?Muszę koń­czyć. Do zoba­cze­nia. Kocham cię nad życie.

-?Ja cie­bie też -?usły­sza­łam, zanim roz­łą­czy­łam się i wrzu­ci­łam tele­fon do torebki na kon­soli w przed­po­koju.

Czu­łam, jak przy­spie­sza mi puls, jak drżą mi dło­nie i jak tępy ból głowy po zbyt wielu bez­sen­nych nocach wwierca się w skro­nie. Spró­bo­wa­łam się ogar­nąć.

Dobra, Val Mur­ray, zbierz się. Nie będziesz tu sie­dzieć i się nad sobą uża­lać. Dasz radę. Pod­cią­gnij majtki sil­nej, nie­za­leż­nej kobiety i ruszaj. Bo tak naprawdę nie ma dobrych opcji.

W kuchni wło­ży­łam kubek do zmy­warki, spraw­dzi­łam tylne drzwi i ogrze­wa­nie. Mimo że był maj, wciąż rano usta­wi­łam je na godzinę, żeby ogrzać dom -?teraz, gdy nie budzi­łam się już w cie­ple dużych ramion mojego Dona.

W przed­po­koju zdję­łam z wie­szaka jasno­nie­bie­ską kurtkę pasu­jącą do obca­sów i mojego fir­mo­wego eyeli­nera (lata osiem­dzie­siąte i maki­jaż Prin­cess Diana nie zostaną zapo­mniane, póki żyję), włą­czy­łam alarm, który mój syn Michael zamon­to­wał dekadę temu, zarzu­ci­łam torebkę na ramię, chwy­ci­łam dużą walizkę reje­stro­waną i mniej­szą kabi­nową i wyszłam, zamy­ka­jąc za sobą drzwi.

Nie dotar­łam jesz­cze do końca ścieżki, gdy mój wzrok padł na tabliczkę Neigh­bo­ur­hood Watch przy­twier­dzoną do latarni kilka metrów dalej. Moja przy­ja­ciółka Nancy powie­siła ją lata temu jako psy­cho­lo­giczny "odstra­szacz ninja" po tym, jak jakiś gów­niarz wła­mał się do szopy Dona i ukradł nasze deko­ra­cje świą­teczne oraz jego nowiutką kosiarkę Flymo. Być może przez chwilę życzy­łam sobie, żeby tym cho­ler­stwem odciął sobie palce u nóg. Niech będzie, chcia­łam, żeby tak się stało.

Nagle w mojej gło­wie zde­rzyła się cała lawina myśli. A jeśli ktoś wła­mie się do domu, gdy będę w Lon­dy­nie? Dziś potra­fią obejść każdy alarm. A jeśli zabiorą moje kosz­tow­no­ści? Nie­wiele ich mam. Tele­wi­zor, który Don kupił do oglą­da­nia meczów, kilka sztuk biżu­te­rii i...

Stop. Cof­nij. Kilka sztuk biżu­te­rii.

-?Jedzie pani czy nie?! -?wark­nął tak­sów­karz, widząc, że stoję jak wryta. Kolejne funty mniej z napiwku.

-?Już idę, sło­neczko -?odkrzyk­nę­łam z nutą sar­ka­zmu.

Zosta­wi­łam walizki i wbie­głam z powro­tem do domu. Otwo­rzy­łam drzwi. Wyłą­czy­łam alarm. Rzu­ci­łam torebkę. Tym razem skrę­ci­łam w stronę scho­dów i wpa­dłam na górę z pręd­ko­ścią fretki na kofe­inie. Nie do pomy­śle­nia było, że mia­ła­bym gdzie­kol­wiek jechać bez ludzi, któ­rych kocha­łam naj­bar­dziej. A raczej -?bez tego, co mi po nich zostało.

Otwo­rzy­łam wieko sta­rej maho­nio­wej szka­tułki po mamie. Ni­gdy nie mia­ły­śmy w niej nic naprawdę cen­nego, ale jed­nak. Odsu­nę­łam plą­ta­ninę kolo­ro­wych korali i wiszą­cych kol­czy­ków i wyję­łam podu­szeczkę z czte­rema pier­ścion­kami, które ceni­łam bar­dziej niż jakie­kol­wiek inne mate­rialne rze­czy.

Zło­dzieje mogli zabrać tele­wi­zor. Nawet dzie­się­cio­let­nią kanapę czy fryt­kow­nicę bez­tłusz­czową, któ­rej wciąż nie umia­łam obsłu­żyć. Ale nie dostaną pier­ścionka, któ­rym Don mi się oświad­czył, gdy led­wie skoń­czy­li­śmy szkołę. Ani jego obrączki. Ani pięk­nego bia­ło­zło­tego pier­ścionka z dia­men­tową literą D, który mie­sią­cami spła­ca­li­śmy, gdy kupi­li­śmy go Dee na jej dwu­dzie­ste pierw­sze uro­dziny. Ani szma­rag­do­wego pier­ście­nia kok­taj­lo­wego, który nale­żał do mojej uko­cha­nej Josie.

Zoba­czy­łam mały czarny aksa­mitny wore­czek z kol­czy­kami w kształ­cie miga­ją­cych bał­wan­ków, które dosta­łam na ostat­nie święta. Wysy­pa­łam je, wło­ży­łam pier­ścionki do środka i zacią­gnę­łam sznu­reczki.

Na zewnątrz zatrą­bił klak­son. Nie musia­łam być detek­ty­wem, by wie­dzieć, do kogo. Zigno­ro­wa­łam pokusę poka­za­nia mu przez okno cze­goś, co zszo­ko­wa­łoby sąsia­dów. Z worecz­kiem w dłoni zbie­głam na dół, otwo­rzy­łam klapę torebki i wsu­nę­łam go do tyl­nej kie­szeni, a na wierzch wrzu­ci­łam szczotkę do wło­sów.

Kolejny sygnał klak­sonu. Cho­lera. Zarzu­ci­łam pasek na ramię, wstu­ka­łam cztery cyfry alarmu i wyszłam, zanim roz­legł się długi sygnał potwier­dza­jący jego włą­cze­nie.

-?Jakże uprzej­mie z pana strony, że cze­kał pan tak cier­pli­wie - powie­dzia­łam kie­rowcy, któ­rego twarz przy­brała jesz­cze bar­dziej pur­pu­rowy odcień.

Nie­chęt­nie pomógł mi wło­żyć walizki do bagaż­nika. Na licz­niku było już sześć fun­tów opłaty za cze­ka­nie. Dała­bym sie­dem, gdyby był uprzejmy.

Przez dwa­dzie­ścia minut drogi z Weir­bridge na lot­ni­sko w Glas­gow pano­wała gro­bowa cisza. I dobrze. Gdyby pró­bo­wał poga­wędki, pew­nie zapy­tałby, dokąd lecę i dla­czego, a ja nie ufa­łam sobie, że odpo­wie­dzia­ła­bym bez wybu­chu pła­czu. Nie teraz. Nie, gdy wyjeż­dża­łam z domu po raz pierw­szy od śmierci Dona...

Zablo­ko­wa­łam tę myśl. Don nie chciałby, żebym sie­działa sama, zwłasz­cza że tylu bli­skich było teraz poza mia­stem. Mój syn Michael pole­ciał tydzień temu do Austra­lii, na wyjazd zapla­no­wany od roku przez jego cudowną, austra­lij­ską żonę. Chciał go odwo­łać do ostat­niej chwili i zgo­dził się tylko dla­tego, że ja mia­łam lecieć do Lon­dynu do Carly.

Podob­nie było z Nancy. Więk­szość dni spę­dza­ły­śmy razem, ale Nancy była na waka­cjach ze swoim part­ne­rem, John­nym, które zare­zer­wo­wali kilka mie­sięcy temu, a ja upie­ra­łam się, że musi jechać. Poza tym dwu­ty­go­dniowy pobyt Nancy na słońcu zbiegł się z prze­rwą w naszym gra­fiku opieki nad dziećmi. Nancy i ja zazwy­czaj opie­ko­wa­ły­śmy się dwu­let­nim syn­kiem naszej przy­ja­ciółki Tress, Bud­dym, kilka dni w tygo­dniu, ale tym razem wybrał się na tygo­dniowy wyjazd z Tress i jej part­ne­rem, Noahem, do dziad­ków malu­cha na Cyprze. Osta­tecz­nie, podob­nie jak Michael, Nancy poje­chała na waka­cje tylko dla­tego, że powie­dzia­łem jej, że przyj­muję zapro­sze­nie Carly i spę­dzam dwa tygo­dnie na Costa Del Chi­swick. Jasne, mogłam zre­zy­gno­wać, gdy lot Nancy do Malagi był już w powie­trzu, ale moja sio­strze­nica też nie dała się prze­ko­nać.

-?Albo ty przy­je­dziesz do mnie, albo ja przy­jadę do cie­bie, cio­ciu Val. A wiesz, jak dopro­wa­dzam cię do szału, gdy prze­sta­wiam ci szu­flady i zja­dam wszyst­kie her­bat­niki. I nawet nie wspo­mnę o tym, jak ostat­nio przy­pad­kiem ska­so­wa­łam wszyst­kie odcinki Law & Order: Spe­cial Vic­tims Unit z two­jego deko­dera.

Może rze­czy­wi­ście było coś w tym, żeby na chwilę wyje­chać. W domu Don był wszę­dzie. W każ­dej poduszce, kącie i szafce. Jego kubek wciąż stał na suszarce, bo nie potra­fi­łam go scho­wać. W sza­fie czu­łam jego zapach. Kap­cie stały po jego stro­nie łóżka. Nie wyobra­ża­łam sobie dnia, w któ­rym nie będę potrze­bo­wała ich widoku.

Może dobrze było też wyje­chać z Weir­bridge. Codzienny spa­cer zawsze koń­czył się na cmen­ta­rzu, na ławce naprze­ciw jego grobu. Leżał obok naszej Dee. Roz­ma­wia­łam z nimi oboj­giem.

-?Skan­dal -?wark­nął tak­sów­karz, wjeż­dża­jąc do strefy wysia­da­nia na lot­ni­sku w Glas­gow. -?Sześć fun­tów za pięć minut. Ten rząd...

Wyłą­czy­łam go w gło­wie. Kiedy samo­chód się zatrzy­mał, chwy­ci­łam torebkę i wysia­dłam. Posta­wi­łam ją na mniej­szej walizce, owi­nę­łam pasek wokół wysu­wa­nego uchwytu, zapła­ci­łam gotówką (z napiw­kiem mniej­szym, niż by dostał, gdyby miał w sobie choć odro­binę uprzej­mo­ści) i ruszy­łam w stronę ter­mi­nalu.

Przy sta­no­wi­sku odprawy wyję­łam dowód i tele­fon z przed­niej kie­szeni, nada­łam dużą walizkę i skie­ro­wa­łam się do kon­troli bez­pie­czeń­stwa. To był ostatni moment, by się wyco­fać. Mogłam zawró­cić. Wró­cić do domu. Ukryć się. Ale wie­dzia­łam, że przy­nio­słoby to tylko zmar­twie­nie tym, któ­rzy mnie kochają, więc szłam dalej.

Przez bramkę. Wzdłuż kolejki. Kin­dle wyjęty. Kosme­tyki też. Torebka i walizka kabi­nowa na taśmę.

Na szczę­ście ska­ner do niczego się nie przy­cze­pił, bo nie mia­ła­bym w sobie siły, by roz­kleić się przed życz­li­wym straż­ni­kiem. Wystar­czy­łoby, żeby powie­dział, że moja pla­sti­kowa torebka tra­fia do loso­wej kon­troli na obec­ność nar­ko­ty­ków, a ja pew­nie wybu­chła­bym pła­czem w jego ramio­nach, wyzna­jąc wszyst­kie smutki od lat sie­dem­dzie­sią­tych. Wszystko to sie­działo mi w gar­dle, gotowe wylać się na pierw­szą przy­ja­zną twarz.

Chyba dobrze, że nie mia­łam czasu na kawę.

Gdy tylko moja torebka i walizka zje­chały z taśmy, ruszy­łam olim­pij­skim mar­szem przez strefę bez­cłową i w dół kory­ta­rza, który wyda­wał się mieć kilo­metr dłu­go­ści, do strefy Bri­tish Air­ways na lot do Heath­row. Kiedy skrę­ci­łam przy bramce numer 19, zzia­jana i pod­de­ner­wo­wana, zauwa­ży­łam, że torebka prze­chy­liła się do przodu na walizce, więc ją popra­wi­łam i dołą­czy­łam do końca kolejki pasa­że­rów, któ­rych wezwano już na pokład.

Kilka cha­otycz­nych chwil póź­niej sie­dzia­łam już w samo­lo­cie, obok bar­dzo poważ­nego biz­nes­mena, któ­rego demon­stra­cyjne uni­ka­nie kon­taktu wzro­ko­wego jasno dawało do zro­zu­mie­nia, że nie jest zain­te­re­so­wany poga­wędką z przy­pad­kową kobietą w samo­lo­cie. Może i lepiej. Nie miał poję­cia, że od uprzej­mego uśmie­chu dzieli go potok żałoby. Choć nie zaszko­dzi­łaby mała pomoc przy wło­że­niu mojej walizki i torebki do schowka nad głową. Nie dla­tego, że jestem jakąś bez­radną, nie­po­radną kobietą -?bo bar­dzo daleko mi do tego, o czym prze­kona się sukin­syn, który ukradł Donowi kosiarkę Flymo, jeśli kie­dy­kol­wiek go dopadnę. Pro­blem pole­gał na tym, że mam metr pięć­dzie­siąt sie­dem wzro­stu, a pod­no­sze­nie cię­żaru tak wysoko spra­wiło, że ramiączko sta­nika strze­liło. Tego ranka rycer­skość była defi­ni­tyw­nie mar­twa. Mój Don pomógłby każ­demu bez chwili waha­nia. Sama ta myśl wywo­łała drże­nie brody, które pró­bo­wa­łam ukryć, zapa­da­jąc się w fotel.

Lot z Glas­gow do Lon­dynu trwał nie­spełna godzinę, a ja spę­dzi­łam go z zamknię­tymi oczami, psy­chicz­nie przy­go­to­wu­jąc się na to, co mnie czeka. Sama świa­do­mość, że nie będę sama, że ktoś będzie na mnie patrzył - nawet ktoś, kogo uwiel­biam -?spra­wiała, że broda znów zaczy­nała mi drżeć.

Kiedy ponad dekadę temu zgi­nęła Dee, czu­łam to samo. A może gorzej. To była tak bru­talna śmierć, że przez mie­siące nie spa­łam, a jed­no­cze­śnie nie potra­fi­łam znieść zatro­ska­nych twa­rzy bli­skich. Każ­dej nocy wymy­ka­łam się więc z domu i godzi­nami cho­dzi­łam bez celu mię­dzy bez­oso­bo­wymi, pustymi alej­kami naszego lokal­nego super­mar­ketu, z koszy­kiem, który pra­wie zawsze pozo­sta­wał pusty, wdzięczna, że nikt nawet nie spoj­rzy w moją stronę. Nawet ochro­nia­rze przy­zwy­cza­ili się do mojego widoku do tego stop­nia, że sta­łam się dla nich nie­wi­dzialna. Wtedy marzy­łam, by być nie­wi­dzialna dla całego świata. Było ciężko i trwało to długo, ale w końcu zna­la­złam drogę, która przy­wró­ciła mi siłę i odbu­do­wała miłość do życia. Nie nowe życie. Po pro­stu inne. Róż­nica pole­gała na tym, że przez każdy dzień tam­tej żałoby -?i przez czter­dzie­ści kilka lat wcze­śniej -?Don był przy mnie. A teraz go nie było.

Deli­katne ude­rze­nie kół o pas star­towy oznaj­miło lądo­wa­nie. Jakoś udało mi się samo­dziel­nie ścią­gnąć walizkę z półki i nie było mi szcze­gól­nie przy­kro, gdy roz­huś­tała się jak waha­dło i solid­nie trza­snęła w tyłek nie­po­moc­nego jego­mo­ścia w gar­ni­tu­rze obok. Uda­łam, że nic nie zauwa­ży­łam, sku­piona na typo­wym "łok­cie na zewnątrz" prze­py­cha­niu się do wyj­ścia.

Odwie­dza­łam Carly, jej brata Cal­luma i jego żonę Carol (tak, ich imiona są zde­cy­do­wa­nie zbyt podobne) wiele razy, więc do odbioru bagażu poszłam na auto­pi­lo­cie, cią­gnąc za sobą kabi­nową walizkę z przy­piętą na wierz­chu torebką.

Tym razem moja duża walizka poja­wiła się jako jedna z pierw­szych, więc rzu­ci­łam -?przy­znaję, nieco trium­falne -?spoj­rze­nie w stronę pana z gar­ni­tu­rem, który teraz z nie­cier­pli­wo­ścią wpa­try­wał się w taśmę. Karma cza­sem jed­nak ist­nieje, pomy­śla­łam, gdy w rekor­do­wym tem­pie prze­szłam przez drzwi do hali przy­lo­tów, sądząc, że to ja będę cze­kać na Carly. Ale nie. Stała tam, z ramio­nami sze­roko otwar­tymi i z kub­kiem ze Star­bucksa w każ­dej dłoni.

-?Bar­dziej cie­szysz się na tę her­batę czy na mnie? -?zapy­tała z uśmie­chem. To była nasza rodzinna stra­te­gia. Humor jako pla­ster na każdą emo­cję. Uda­waj, aż sta­nie się prawdą.

Mój uśmiech był auto­ma­tyczny. Tak się posta­rała -?prze­ko­nała mnie do przy­jazdu, zare­zer­wo­wała bilet, teraz cze­kała i otwie­rała przede mną swój dom -?nie było mowy, żebym przy­je­chała tu i się roz­sy­pała.

-?Zde­cy­do­wa­nie na cie­bie, kocha­nie -?odpo­wie­dzia­łam, obej­mu­jąc ją ostroż­nie, by nie wylać napo­jów.

-?Tak się cie­szę, że jesteś, cio­ciu Val -?wyszep­tała w moje włosy, a ja prze­łknę­łam ślinę.

Nie roz­syp się. NIE ROZ­SYP SIĘ.

Odchrząk­nę­łam.

-?Ja też, skar­bie.

Część mnie naprawdę to czuła. Carly była jedną z tych życio­wych sił, które kar­mią duszę, i w innych oko­licz­no­ściach była­bym zachwy­cona wspól­nym cza­sem. Teraz, pod sztucz­nym uśmie­chem i uda­waną pogodą ducha, czu­łam się tylko roz­bita. A ona, choć widzia­łam tro­skę w jej napię­tym uśmie­chu, kochała mnie na tyle, żeby pod­trzy­my­wać tę grę.

-?Dobra, dawaj tę dużą walizkę i chodź za mną. Par­king był kosz­mar­nie zapchany, a miej­sce, które w końcu zna­la­złam, jest chyba bli­żej Korn­wa­lii niż Lon­dynu, więc czeka nas spa­cer.

Nie żar­to­wała. Pra­wie dwa­dzie­ścia minut póź­niej moje haluksy wrzesz­czały w futrza­stych pan­to­flach, gdy wresz­cie wtasz­czy­ły­śmy bagaże i sie­bie do samo­chodu Carly -?jakie­goś dużego, luk­su­so­wego modelu z napi­sem "Evo­que" z tyłu.

-?Wiem, nie oce­niaj mnie -?jęk­nęła Carly. -?Jeź­dzi­łam moim sta­rym Mini, dopóki nie zaczęły odpa­dać z niego czę­ści, i wiem, że prze­sko­czy­łam na drugi koniec skali bły­sku, ale... dobra, powiem szcze­rze. Ja go cho­ler­nie kocham. Ma pod­grze­wane sie­dze­nia. Grzeje mi tyłek.

-?W takim razie wyba­czam ci tę eks­tra­wa­gan­cję -?rzu­ci­łam. -?Cie­płe pośladki są ważne.

Carly par­sk­nęła śmie­chem, nachy­liła się i znów mnie uści­skała.

-?Będzie dobrze, cio­ciu Val.

-?Wiem, kocha­nie. Wiem.

Poczu­łam, jak gar­dło znów się zaci­ska. Nie płacz. Nie płacz. Dasz radę.

Po raz kolejny odchrząk­nę­łam, wypro­sto­wa­łam plecy i -?bar­dziej dla odwró­ce­nia uwagi niż z potrzeby -?opu­ści­łam lusterko pasa­żera, by spraw­dzić odbi­cie. Wyglą­da­łam dokład­nie tak samo jak rano. Mój pla­ty­nowy blond bob, się­ga­jący tuż pod brodę, był spry­skany lakie­rem do kon­sy­sten­cji cegły, więc nie drgnął ani o mili­metr. Grzywka leżała ide­al­nie nad brwiami, które w latach sie­dem­dzie­sią­tych wysku­ba­łam za bar­dzo i teraz musia­łam je dory­so­wy­wać. Kto by pomy­ślał, że krza­cza­ste brwi wrócą do łask? Nie­bie­ski tusz i eyeli­ner się nie roz­ma­zały, a usta wciąż miały kolor Avon Twin­kle Pink.

Mimo to potrze­bo­wa­łam kolej­nego roz­pra­sza­cza, więc pod­cią­gnę­łam torebkę na kolana, otwo­rzy­łam magne­tyczne zapię­cie i odchy­li­łam klapę. Spoj­rza­łam na dwie prze­grody i poczu­łam, że coś jest nie tak, choć nie umia­łam od razu powie­dzieć co. Aż w końcu do mnie dotarło.

-?O cho­lera, zgu­bi­łam szczotkę do wło­sów.

-?Mam jakąś w torebce, jeśli masz ochotę zary­zy­ko­wać botu­lizm, grze­biąc w jej cze­lu­ściach. Jestem pewna, że na dnie czai się kanapka z kur­cza­kiem Coro­na­tion z zeszłego tygo­dnia.

-?Zary­zy­kuję -?zaśmia­łam się i już mia­łam zamknąć torebkę, gdy jak kula wybu­rze­niowa ude­rzyła mnie świa­do­mość.

O Boże. Nie.

Moje oczy zaczęły gorącz­kowo prze­szu­ki­wać wnę­trze, a ręce wycią­gały wszystko po kolei. Tele­fon. Port­fel. Per­fumy. Szminka. Rachu­nek za prąd -?nie mam poję­cia, co tam robił, bo prze­cież zapła­ci­łam. Puder. Karta pokła­dowa. Gumki do wło­sów. Grze­bień Dona. Pla­sti­kowa łyżeczka, którą zawsze nosi­łam na wypa­dek, gdyby mały Buddy potrze­bo­wał awa­ryj­nego jogurtu. Chu­s­teczki. Mię­tówki. Drobne.

Szczotki nie było.

Rana w mojej piersi znów roz­warła się na oścież.

I nie było też małego woreczka.

Moje naj­cen­niej­sze pier­ścionki znik­nęły.

Rozdział 2. Sophie Smith

Roz­dział 2

Sophie Smith

Sophie wypa­trzyła tak­sówkę w stre­fie pod­jazdu i odbioru na lot­ni­sku w Glas­gow i ruszyła pro­sto w jej stronę. Kolejka do ofi­cjal­nych lot­ni­sko­wych tak­só­wek przed ter­mi­na­lem była ogromna, a pamię­tała, że dwa lata i mie­siąc temu, gdy przy­le­ciała tu ostat­nio, wyglą­dała dokład­nie tak samo. Tam­tego dnia jej były chło­pak, Ash, prze­szedł z budynku ter­mi­nalu na par­ter par­kingu i stam­tąd zamó­wił Ubera. Dziś posta­no­wiła zro­bić to samo.

Szła tą samą drogą co wtedy i wła­śnie miała otwo­rzyć apli­ka­cję, gdy pod­je­chała czer­wona Škoda, z któ­rej wysia­dła kobieta z blond bobem i zmę­czo­nym wyra­zem twa­rzy. Ruszyła w stronę głów­nego budynku, jakby dźwi­gała na bar­kach cały cię­żar świata. Sophie była pra­wie pewna, że rozu­mie to uczu­cie -?sama czuła się dokład­nie tak samo.

Pochy­liła się, by mówić przez uchy­loną szybę od strony pasa­żera.

-?Dzień dobry, zawie­zie mnie pan do cen­trum Glas­gow?

-?Jestem pry­wat­nym prze­wo­zem. Mogę zabie­rać tylko wcze­śniej zamó­wione kursy. Takie jest prawo -?odparł ostro kie­rowca, led­wie na nią patrząc.

Zasko­czona i w rów­nym stop­niu ziry­to­wana jego opry­skli­wo­ścią, Sophie wie­działa, że powinna odpu­ścić, ale nie było w zasięgu wzroku żad­nej innej tak­sówki, a ona po pro­stu chciała już dotrzeć na miej­sce. Iry­ta­cja prze­jęła stery.

-?Więc jeśli zadzwo­nię do waszej firmy i zamó­wię kurs, może mnie pan zabrać?

-?Nie mam czasu na takie gadki -?burk­nął. Wyraź­nie był pod­de­ner­wo­wany, oczy latały mu na boki, jakby spraw­dzał, czy ktoś go obser­wuje.

-?Ja też nie. Nie­ważne. Zamó­wię kogoś innego.

Już się pro­sto­wała, gdy usły­szała:

-?Trzy­dzie­ści fun­tów. Bez licz­nika. Bie­rze albo nie.

Instynkt pod­po­wia­dał jej, że to zły pomysł. Facet już zacho­wy­wał się jak dupek. Ale trzy­dzie­ści fun­tów i był tu, na miej­scu? Alter­na­tywa w postaci nie wia­domo jak dłu­giego cze­ka­nia wcale jej nie kusiła.

-?Dobra -?powie­działa i wsko­czyła do środka.

Nie była jed­nak cał­kiem lek­ko­myślna. Pierw­sze, co zro­biła, to dys­kret­nie zro­biła zdję­cie iden­ty­fi­ka­tora kie­rowcy i wysłała je ojcu.

W aucie jakie­goś typa. Jeśli mnie porwie, włącz tryb Liama Neesona i przy­jedź po mnie. X

Odpo­wiedź przy­szła nie­mal natych­miast.

Znajdę Cię. Mam odpo­wied­nie umie­jęt­no­ści... Ale mogę potrze­bo­wać wspar­cia, bo nie jestem już naj­lep­szy w biciu pory­wa­czy. Nie, odkąd nad­wy­rę­ży­łem plecy na polu gol­fo­wym. Baw się dobrze na kon­cer­cie. Uwa­żaj na sie­bie. X

Sophie poczuła, jak po ciele spływa jej fala wstydu. Kon­cert. To był powód, który podała ojcu, mówiąc, że jedzie do Glas­gow. Gdyby znał prawdę...

Otrzą­snęła się. Skup się na tym, co ważne. Krok po kroku. Krok pierw­szy: doje­chać do hotelu i zosta­wić torbę. Dalej na razie nie wybie­gaj. Zresztą to poczu­cie winy było nie­do­rzeczne. Jej ojciec był setki kilo­me­trów stąd, w domku wypo­czyn­ko­wym na obrze­żach Reading, w któ­rym miesz­kał z jej mamą. Nie mógł jej zoba­czyć i z jed­nego SMS-a nie był w sta­nie wyczy­tać, że robi cokol­wiek poza tym, co powie­działa. Nawet nie zapy­tał, na jaki kon­cert jedzie ani z kim. Było w porządku.

Odpi­sała.

Będę uwa­żać. Zadzwo­nię póź­niej. Kocham Cię. Xx

A zaraz potem napi­sała do star­szej sio­stry, Erin.

Tata coś podej­rzewa.

Odpo­wiedź była natych­mia­stowa. Erin pra­co­wała w mar­ke­tingu, zaj­mo­wała się komu­ni­ka­cją i mediami spo­łecz­no­ścio­wymi dla marki bie­liź­niar­skiej w Cam­den, więc tele­fon prak­tycz­nie był przy­kle­jony do jej ręki.

Jesteś pewna, czy tylko masz para­noję?

To na pewno para­noja.

Tak myśla­łam. Czemu po pro­stu mu nie powiesz? Masz dwa­dzie­ścia sześć lat i jesteś silną, nie­za­leżną kobietą, która sama decy­duje o swoim życiu i prze­zna­cze­niu.

Kciuki Sophie śmi­gały po ekra­nie.

A powie­dzia­łaś mu, że palisz i masz tatuaż na tyłku?

Touché. Muszę lecieć. Piszę infor­ma­cję pra­sową o wstaw­kach w ubra­niach. Życie marzeń.

Uśmie­cha­jąc się, Sophie odło­żyła tele­fon na kolana i przez kilka minut patrzyła przez okno na niebo nad mia­stem, które poko­chała, gdy była tu z Ashem.

Wła­ści­wie jutro miną dokład­nie dwa­dzie­ścia cztery mie­siące od dnia, gdy wyje­chała. Data wryła się jej w pamięć, bo jutro była też druga rocz­nica dnia, w któ­rym Ash Ait­ken oświad­czył się jej po zale­d­wie czte­rech mie­sią­cach zna­jo­mo­ści.

Poznali się pod­czas wyprawy z ple­ca­kiem po Azji. Gdyby ktoś powie­dział jej, że poje­dzie aż na Bali i zako­cha się od pierw­szego wej­rze­nia w face­cie z Glas­gow, uzna­łaby, że ktoś dosy­pał cze­goś podej­rza­nego do fajki wod­nej. A jed­nak dokład­nie tak się stało. Natych­miast zła­pali kon­takt -?i nie tylko dla­tego, że oboje nie­dawno zdo­byli kwa­li­fi­ka­cje nauczy­ciel­skie i wzięli prze­rwę od zastępstw, by przez kilka mie­sięcy podró­żo­wać. Jakie były na to szanse? Jakby to było prze­zna­cze­nie. A przy­naj­mniej tak sobie wma­wiali.

Zmie­nili plany, żeby móc podró­żo­wać razem, i od tam­tej chwili byli nie­roz­łączni. Po trzech mie­sią­cach sza­leń­czego zako­chi­wa­nia się na gorą­cych, dusz­nych pla­żach i w cha­otycz­nych, tęt­nią­cych życiem mia­stach, przy­je­chała z nim do jego rodzin­nego Glas­gow na błogi, wspa­niały pobyt, który skoń­czył się po zale­d­wie czte­rech tygo­dniach. Wyda­wało się, jakby minęło całe życie.

Pla­no­wała zostać dłu­żej, ale mama zadzwo­niła z naj­gor­szą wia­do­mo­ścią, jaką Sophie kie­dy­kol­wiek usły­szała. Do dziś pamię­tała tylko frag­menty słów. Źle się czuła. Bada­nia. Szpi­tal. Leka­rze. Dia­gnoza. Rak trzustki. Nie rozu­miała wtedy, jak poważne to było ani jakie są roko­wa­nia, ale wie­działa jedno -?musi wró­cić. Natych­miast. A to ozna­czało zosta­wie­nie Asha.

Następ­nego dnia, zanim poje­chali na dwo­rzec, skąd miała wsiąść w pociąg do Lon­dynu, a potem do Reading, poszli na Geo­rge Squ­are w cen­trum mia­sta. Każdy szcze­gół tam­tego popo­łu­dnia do dziś odtwa­rzał się w jej gło­wie jak film.

Traw­niki i ławki były pełne ludzi. Kilka osób przy­sta­nęło, gdy Ash wycią­gnął pier­ścio­nek -?srebrną obrączkę z jade­item, którą podzi­wiała pod­czas postoju w Peki­nie. Nie­kon­wen­cjo­nalny, ale poko­chała gest i jego uważ­ność.

Na szczę­ście nie uklęk­nął -?to był ten rodzaj sceny, który tra­fia do mediów spo­łecz­no­ścio­wych i zostaje tam na zawsze. Zamiast tego pochy­lił się, oparł czoło o jej czoło, trzy­ma­jąc pier­ścio­nek mię­dzy nimi.

-?Sophie, wiem, że to wcze­śnie i pew­nie powi­nie­nem zostać aresz­to­wany za stal­king, ale nie chcę już ni­gdy być bez cie­bie. Każda chwila, od kiedy się pozna­li­śmy, była lep­sza od poprzed­niej. Jestem z tobą nie­wia­ry­god­nie szczę­śliwy i nie chcę, żeby to się skoń­czyło. Sophie Smith, wyj­dziesz za mnie?

-?Och, kochana, powiedz "tak"! -?zawo­łały dwie star­sze panie jedzące pasz­te­ciki z Greggs na naj­bliż­szej ławce. Zde­cy­do­wa­nie zasłu­gi­wały na wieczną obec­ność w social mediach.

Kiedy Sophie otrzą­snęła się z osłu­pie­nia, miała ochotę być impul­sywna, dzika i roman­tyczna. Naprawdę. Z wielu powo­dów. Po pierw­sze dla­tego, że od chwili, gdy ich spoj­rze­nia spo­tkały się na balij­skiej plaży o zacho­dzie słońca, czuła dokład­nie to samo. Zaczęli roz­ma­wiać i -?choć brzmiało to banal­nie -?jakby natych­miast wie­dzieli o sobie nie­mal wszystko. A to, czego nie wie­dzieli, w kolej­nych dniach i tygo­dniach doda­wało tylko nowych warstw eks­cy­ta­cji. Kochała go. Był pierw­szym -?i miała nadzieję, że ostat­nim -?męż­czy­zną, któ­rego poko­chała.

Ale...

-?Nie mogę -?wyszep­tała, a głos zała­mał jej się na tych sło­wach. -?Bo jeśli teraz powiem "tak", zawsze będę pamię­tać, że było w tym coś smut­nego, bo wła­śnie cię zosta­wia­łam.

To było za dużo wszyst­kiego. Za dużo emo­cji. Za dużo zamie­sza­nia. Za dużo ludzi, któ­rzy jej potrze­bo­wali.

-?Może innym razem? -?spró­bo­wała zażar­to­wać drżą­cym gło­sem. -?Zapy­tasz mnie jesz­cze raz? Póź­niej. Kiedy mama wyzdro­wieje?

Wes­tchnął, uśmiech­nął się i poca­ło­wał ją w czoło.

-?Dobrze... Obie­caj, że wró­cisz, a ja zapy­tam cię znowu za rok. Wła­śnie tutaj. A jeśli powiesz "nie", zapy­tam znowu w kolej­nym roku. I następ­nym. Będę cię pytał każ­dego czwar­tego maja, aż powiesz "tak".

-?Obie­cuję -?wyszep­tała, nie wie­dząc, czy jej serce pęka, czy puch­nie tak bar­dzo, że zaraz eks­plo­duje.

Wtedy zauwa­żyła, że dwie panie z pasz­te­ci­kami zamarły z jedze­niem w pół drogi do ust, cze­ka­jąc na odpo­wiedź. Kolejne kilka osób w pobliżu rów­nież patrzyło, cze­ka­jąc na wielki finał. Zawio­dła już Asha, a teraz miała zawieść i ich.

-?Ale Ash... -?dodała cicho, tak by sły­szał tylko on. -?Mamy publicz­ność. Więc teraz masz się ucie­szyć i wyca­ło­wać mi twarz, żeby nie wyglą­dało, że powie­dzia­łam "nie". Bo nie powie­dzia­łam. Powie­dzia­łam tylko "póź­niej".

I tak zro­bili. Poki­wała głową z prze­sadną rado­ścią, on uniósł pięść w geście triumfu, pod­niósł ją i zakrę­cił, a potem cało­wali się, aż uci­chły okla­ski. Ostat­nie, co zapa­mię­tała, zanim ruszyli "w stronę zachodu słońca" (czyli w stronę Dworca Glas­gow Cen­tral), było mruk­nię­cie jed­nej z pań:

-?Och, Daphne, nic dziw­nego, że zaja­dam emo­cje. To mia­sto to emo­cjo­nalny rol­ler­co­aster.

Kiedy pociąg ruszał, Sophie nie miała poję­cia, co ją czeka. Nie wie­działa o strasz­nych rze­czach, które miały się wyda­rzyć, ani o tym, że ból nad­cho­dzą­cych mie­sięcy sprawi, że kilka mie­sięcy póź­niej cał­ko­wi­cie zerwie kon­takt z Ashem. Że już ni­gdy wię­cej się nie ode­zwą. I że z wielu powo­dów, o któ­rych teraz nie chciała myśleć, nie wróci do Glas­gow aż do tego week­endu.

Jesz­cze wczo­raj nie była pewna, czy w ogóle przy­je­dzie. W końcu jed­nak uznała, że teraz albo ni­gdy. Szkoła zamknęła się wczo­raj na ferie, więc co innego miała robić? Drugi rok z rzędu uczyła drugą klasę, więc plany lek­cji na kolejny semestr miała już gotowe. Jej sze­ścio­latki i sied­mio­latki były tak pod­eks­cy­to­wane wol­nym, że jej samej się to udzie­lało. A jeśli z tego wszyst­kiego nic nie wyj­dzie, przy­naj­mniej opo­wie im o swo­jej podróży do Szko­cji i wple­cie kilka histo­rii o zam­kach oraz legen­dach o potwo­rach miesz­ka­ją­cych w jezio­rach.

Nie żeby w ten week­end pla­no­wała jakie­kol­wiek zwie­dza­nie. Była tu tylko z jed­nego powodu -?żeby zna­leźć Asha.

Jed­nak teraz, gdy tak­sówka zje­chała z lot­ni­ska i włą­czyła się na pas pro­wa­dzący na auto­stradę do cen­trum, wąt­pli­wo­ści i lęk znów zaczęły ją dopa­dać. Czy kto­kol­wiek znaj­duje szczę­ście, goniąc za żalem? I czy nie będzie za późno, by to napra­wić?

Chciała tylko powie­dzieć prze­pra­szam. Popro­sić o wyba­cze­nie. Dowie­dzieć się, czy on wciąż czuje to samo, wciąż ją kocha, wciąż jej chce. A jeśli tak -?tym razem nie będzie na tyle głu­pia, by pozwo­lić mu odejść.

Kie­rowca chrząk­nął z przodu.

-?Dokąd w cen­trum?

-?Do Hotelu Geo­rge Squ­are Grand.

Wes­tchnął prze­sad­nie.

-?W sam śro­dek. Oczy­wi­ście. Ruch tam jest teraz kosz­marny, zwłasz­cza z tymi absur­dal­nymi ogra­ni­cze­niami do dwu­dzie­stu mil na godzinę. Szyb­ciej byłoby wysiąść i iść pie­szo. Te całe zie­lone bred­nie. Ogra­ni­cze­nia pręd­ko­ści, strefy niskiej emi­sji. Pie­przeni radni nisz­czą to mia­sto. Idioci, każdy jeden.

Był wyraź­nie wzbu­rzony, a nawet z tyl­nego sie­dze­nia widziała, że jego twarz poczer­wie­niała z iry­ta­cji. Może gdyby otwo­rzył okno albo włą­czył kli­ma­ty­za­cję, pozbyłby się też potu błysz­czą­cego na karku.

Sophie wes­tchnęła. Powinna była pocze­kać w kolejce. Albo zna­leźć auto­bus. Albo iść pie­szo. Cokol­wiek, byle nie to.

Mama zawsze mówiła jej, że przy­ciąga sie­roty i zbłą­kane dusze. Nowe dziecko w szkole? Sophie przy­pro­wa­dzała je na her­batę. Błą­ka­jący się pies? Zbie­rała go z ulicy, wyda­wała kie­szon­kowe na puszkę karmy i prze­my­cała do kuchni. Naj­wy­raź­niej przy­ciągała też nie­to­le­ran­cyj­nych, zgorzk­nia­łych face­tów, któ­rzy chcieli wygła­szać tyrady na każdy temat. Przez moment roz­wa­żała powie­dze­nie mu, że jest star­szą sio­strą Grety Thun­berg, żeby zoba­czyć, czy eks­plo­duje mu głowa, ale nie chciała spo­wo­do­wać karam­bolu.

Odwra­ca­jąc się, by wło­żyć tele­fon do torby obok sie­bie, dostrze­gła coś na pod­ło­dze za fote­lem kie­rowcy. Guzik jej dżin­sów zapro­te­sto­wał, gdy się­gnęła w dół, po czym nie­mal natych­miast cof­nęła rękę, gdy palce natra­fiły na wło­sie szczotki do wło­sów. Patrząc na tłu­ste, przy­klap­nięte włosy kie­rowcy, uznała, że raczej nie była jego. Ktoś musiał ją zgu­bić.

Pod­nio­sła ją i dopiero gdy usia­dła pro­sto, zauwa­żyła, że w szczotkę zaplą­tało się coś jesz­cze. Dwa cien­kie czarne sznurki przy­mo­co­wane do małego czar­nego, aksa­mit­nego woreczka.

Zacie­ka­wiona wyplą­tała je z wło­sia, otwo­rzyła wore­czek i wysy­pała zawar­tość na dłoń, wyda­jąc z sie­bie cichy okrzyk, gdy wypa­dły z niego cztery pier­ścionki.

Jej reak­cja przy­cią­gnęła uwagę kie­rowcy.

-?Chce pani coś powie­dzieć? -?rzu­cił wyzy­wa­jąco, patrząc na nią w lusterku. Naj­wy­raź­niej sądził, że odnosi się do jego tyrady o miej­skich wła­dzach.

-?Nie, po pro­stu... zna­la­złam coś na pod­ło­dze. Ktoś zgła­szał zgubę?

W lusterku zoba­czyła podejrz­li­wość.

-?Nie. -?Odpo­wie­dział ostroż­nie. -?Co to?

-?Szczotka do wło­sów. I jeden, dwa, trzy, cztery pier­ścionki.

Przyj­rzała się im uważ­niej. Gładka złota obrączka była wyraź­nie męska - więk­sza od pozo­sta­łych. Dwa kolejne też były złote -?jeden z trzema dia­men­tami, drugi z dużym pro­sto­kąt­nym szma­rag­dem. Wyglą­dały na stare, może nawet zabyt­kowe. Czwarty był srebrny lub z bia­łego złota, z deli­kat­nym sku­pi­skiem dia­men­tów. Z początku wyda­wał się okrą­gły, ale teraz zoba­czyła, że two­rzy literę D.

D jak Diana. Tak miała na imię jej mama. W jej gło­wie coś zasko­czyło. Gdyby wie­rzyła w znaki od losu, uzna­łaby to za cał­kiem wyraźny sygnał, że powinna była przy­je­chać do Glas­gow.

A pier­ścionki? Nie­trudno było domy­ślić się, co się stało. Szczotka musiała wypaść z torby czy ple­caka i pocią­gnąć je za sobą. Ktoś gdzieś będzie ich szu­kał.

-?No dobrze. Pro­szę je rzu­cić na przed­nie sie­dze­nie, a ja zgło­szę w cen­trali, że je zna­la­złem, a potem oddam na poli­cję.

Coś w jego tonie -?a może to, że od pierw­szej chwili był opry­skliwy - spra­wiło, że na karku Sophie zje­żyły się włosy.

-?Może pan zadzwo­nić do cen­trali teraz? Na wypa­dek, gdyby ktoś już dzwo­nił w tej spra­wie?

Pauza. Było widać, że iry­tuje go pod­wa­ża­nie jego słów.

-?Licz­nik nie jest włą­czony -?powie­dział, wyraź­nie arty­ku­łu­jąc każde słowo, jakby mówił do dziecka. -?Zgło­szę póź­niej, kiedy uznają, że wró­ci­łem do pracy.

Kła­mał. Nie miała na to żad­nych dowo­dów, a intu­icja nie była jej naj­moc­niej­szą stroną, ale po pro­stu to czuła.

W więk­szo­ści kon­fron­ta­cji w życiu wyco­fy­wała się i wybie­rała łatwiej­szą drogę, ale dziś coś w niej nie ustę­po­wało. Samo­chody mknęły obok, a fakt, że jego spoj­rze­nie co chwilę wra­cało do lusterka, spra­wiał, że czuła nie­po­kój. Wola­łaby, żeby patrzył na drogę.

-?To może tak: pro­szę mnie wysa­dzić przy komi­sa­ria­cie w cen­trum, zapłacę wię­cej, a ja zaniosę je do środka. Na pewno ktoś bar­dzo chce je odzy­skać.

Nie spodo­bało mu się to.

-?Powie­dzia­łem, żeby je rzu­cić na przód. To moja tak­sówka, kocha­nie. Tak to działa. Jeśli coś tu zostaje, to ja decy­duję, co z tym zro­bić.

Cho­lera. Cho­lera. Cho­lera.

Zamknęła oczy, wzięła oddech. Co to za róż­nica? To nie jej pier­ścionki. Nie wie, do kogo należą. Mogą być kra­dzione. Może ktoś wła­śnie zmie­rzał do lom­bardu. A może...

Nie. Nawet jako dwu­dzie­sto­sze­ścio­let­nia kobieta w takich chwi­lach sły­szała głos mamy, zachę­ca­jący ją, by wal­czyła o swoje.

-?Skoro i tak chce je pan oddać poli­cji, to pro­szę pójść ze mną. Jeśli będzie nagroda, może być dla pana. Ja tylko chcę mieć pew­ność, że tra­fią do jakiejś bazy danych i wrócą do wła­ści­ciela.

-?Jak pani śmie... Suge­ruje pani, że nie można mi zaufać?

-?Nie! -?skła­mała.

Scho­wała pier­ścionki do woreczka i zacią­gnęła sznurki, po czym popra­wiła pas bez­pie­czeń­stwa, który nagle wydał się jej zbyt cia­sny. Ta podróż przy­bie­rała kie­ru­nek, który bar­dzo jej się nie podo­bał. Gdyby nie czte­ro­pa­smowa auto­strada, kaza­łaby mu się zatrzy­mać.

-?Suka.

Pra­wie nie­sły­szalne. Pra­wie. Wyszep­tał to pod nosem, ale usły­szała wyraź­nie. Pas awa­ryjny nagle wydał się bez­piecz­niej­szą opcją niż sie­dze­nie w tym samo­cho­dzie.

Jak do tego doszło? Poprzed­nio spo­ty­kała tu tylko życz­li­wych ludzi i roz­mow­nych tak­sów­ka­rzy z zabaw­nymi aneg­do­tami. Tym razem była w mie­ście nie­całą godzinę i już wda­wała się w otwarty kon­flikt z face­tem, który wła­śnie nazwał ją suką, jadąc sie­dem­dzie­siąt mil na godzinę.

Gdyby była tu Erin, szybko posta­wi­łaby go do pionu i roz­wa­liła dach tego auta, ale Sophie taka nie była. Zawsze była media­torką. Tą cichą. Tą, która stała z boku i wszystko ana­li­zo­wała -?zwy­kle za długo.

Ale nie dziś. Gdy tylko zjadą z auto­strady, zażąda, by zatrzy­mał się przy komi­sa­ria­cie. Wła­ści­wie powinna już spraw­dzić, gdzie jest naj­bliż­szy. Wycią­gnęła tele­fon. Szyb­kie spoj­rze­nie w lusterko -?jego oczy były skie­ro­wane na drogę, ale szkar­łatna twarz i pul­su­jąca żyła przy szczęce zdra­dzały wście­kłość.

Jej kciuki pra­co­wały jak sza­lone, gdy spraw­dzała w Google naj­bliż­szy komi­sa­riat. Zaraz mieli minąć jeden w dziel­nicy Govan, kilka zjaz­dów dalej. Nawet jeśli wej­dzie z nią do środka, może go zosta­wić i zamó­wić inną tak­sówkę spod komi­sa­riatu. Nie było mowy, by znów wsia­dła do tego auta. Tak, to wła­śnie...

-?Idiota! -?syk­nął z przodu.

Głowa Sophie pode­rwała się w górę dokład­nie w chwili, gdy samo­chód gwał­tow­nie zje­chał w bok, a z jego ust wydo­był się wście­kły war­kot pod adre­sem bia­łego vana, który ich wyprze­dził. Tego typu sytu­acje zda­rzały się codzien­nie, ale ten kie­rowca brał je do sie­bie. To był naj­gor­szy pora­nek w jej życiu. Przy­je­chała tu, by zary­zy­ko­wać serce. Okła­mała ojca. A teraz czuła się jak w kolej­nym fil­mie z serii Szybcy i wście­kli: Zabój­cza tak­sówka.

Led­wie skoń­czyła tę myśl, gdy zoba­czyła, jak głowa kie­rowcy opada do tyłu. Poczuła, jak samo­chód zaczyna się śli­zgać. Koły­sać. A potem -?nie, nie, nie -?wiro­wać.

Huk.

Głu­che ude­rze­nie.

Prze­ra­ża­jące uczu­cie, że rzuca nią na bok, potem do przodu, potem znów do tyłu.

A potem ból. Okropny, palący ból.

Sophie w jed­nej chwili zro­zu­miała, że to nie skoń­czy się dobrze.

Tata ni­gdy jej tego nie wyba­czy. Kłam­stwa. Powrotu po Asha. Tego, że umrze.

To były jej ostat­nie myśli, zanim wszystko pogrą­żyło się w czerni.