Od Shari
Od Shari...
Kochanie!
Witaj ponownie! Dziękuję, że sięgnęłaś (lub sięgnąłeś) po kolejną moją
książkę, a jeśli to nasze pierwsze spotkanie -?witaj! Mam nadzieję, że
spodobają Ci się słowa, które za chwilę wypełnią kolejne strony.
Chciałam napisać kilka słów o tym, jak powstała ta książka, bo tym razem
nie jest to historia, którą pierwotnie planowałam opowiedzieć. Jednak,
jak w przypadku wielu moich powieści, prawdziwe życie rzuciło mi pod
nogi nieoczekiwany zakręt, który całkowicie zawładnął moimi myślami i poprowadził wyobraźnię w zupełnie nowym kierunku. Większość rzeczy,
które mnie spotykają -?dobrych i złych -?prędzej czy później trafia do
moich książek, a to wydarzenie było jednym z tych, które odłamały
maleńki kawałek mojego serca.
We wrześniu ubiegłego roku leciałam z mojego domu w Glasgow do Los
Angeles. Przez kilka dni prawie nie spałam, bo jednocześnie żonglowałam
samymi ekscytującymi sprawami -?premierą One Christmas Eve, poprawkami
do One Year After You i pisaniem dwóch nowych książek -?a przy tym
zmagałam się z rzeczami już znacznie mniej przyjemnymi: problemami
zdrowotnymi w rodzinie, dwiema druzgocącymi stratami i remontem domu,
który sprawił, że przez niemal miesiąc mieszkałam w zimnym, zakurzonym
gruzowisku, mając za towarzystwo wyłącznie mikrofalówkę. Prawdziwie
(niezbyt) glamour.
Kiedy tamtego ranka przyjechała po mnie taksówka na lotnisko, byłam na
nogach od dwudziestu czterech godzin, a walizkę pakowałam w chaotycznym,
pozbawionym snu pośpiechu -?gdzieś pomiędzy pisaniem kolejnych stron,
realizowaniem zobowiązań promocyjnych związanych z nową książką a wyrzucaniem wszystkich szybko psujących się produktów z misy na owoce i z lodówki.
Nie piszę tego, by wzbudzić współczucie, lecz by nakreślić tło mojego
ogromnego błędu. Gigantycznego. Jednego z najbardziej kolosalnych w historii.
Nigdy nie noszę biżuterii w podróży, więc -?jak zawsze -?włożyłam
rzeczy, które kocham najbardziej, do małego czarnego aksamitnego
woreczka. Siedem pierścionków. Trzy z nich były zwykłą biżuterią
sztuczną, ale obok nich spoczywał komplet obrączek, który mój mąż
podarował mi z okazji naszej dwudziestej piątej rocznicy ślubu, kolejny
drogocenny pierścionek, który dostałam ponad trzydzieści lat temu, oraz...
wciąż nie potrafię pisać o tym bez łez... dymny kwarc oprawiony w złoto,
należący do mojej ukochanej, nieodżałowanej babci, Betty. Nie jestem
materialistką. Nie jestem też szczególnie "biżuteryjną" osobą. Ale te
cztery pierścionki były jednymi z nielicznych rzeczy na świecie, które
naprawdę uwielbiałam.
Wsunęłam woreczek do tylnej kieszeni torebki i wtedy popełniłam błąd -
nie zasunęłam zamka. Zamiast tego wrzuciłam do środka paszport, portfel,
szczotkę do włosów i tuzin innych rzeczy, zatrzasnęłam magnetyczne
zapięcie i wybiegłam z domu, słysząc ponaglające trąbienie taksówkarza.
Zapewne domyślasz się, co wydarzyło się potem, dlatego w tym miejscu
oddam tę historię jednej z moich ulubionych bohaterek -?mojej ukochanej
Val. To właśnie ona powinna ją opowiedzieć.
Przez lata Val pojawiała się w większości moich książek, a jej wielkie,
odważne i lojalne serce inspirowane było moją babcią, która nosiła ten
dymny kwarc na dłoni, a która kiedyś trzymała moją. To, co rozegra się
na tych stronach, jest podróżą Val, nie moją -?choć swoją własną
historię dopowiem w ostatnim rozdziale.
Tymczasem pozwólmy Val przejąć opowieść. A Wy, drodzy czytelnicy -?jeśli
podróżujecie z czymś cennym -?zapnijcie tę torebkę.
Z miłością,
Shari xx
Podczas tej podróży poznacie...
Podczas tej podróży poznacie...
Val Murray -?uwielbianą mamę, babcię i przyjaciółkę, obdarzoną szerokimi ramionami, ogromnym sercem oraz niewyczerpanymi pokładami empatii, troski i karmelowych wafelków.
Carly Morton -?siostrzenicę Val i jedną z jej ulubionych osób na
świecie. Szczęśliwie zamężna ze swoim drugim mężem, Samem, ale zmagająca
się z pustką w domu, odkąd jej synowie -?dwudziestodwuletni Mac i dwudziestoletni Benny -?wyfrunęli w świat, by realizować swoje marzenia.
Carol Cooper -?była modelka, obecnie influencerka w mediach
społecznościowych, żona brata Carly, Calluma (i tak, ich imiona są
zdecydowanie zbyt podobne -?co nieustannie dezorientuje starszych
członków rodziny) oraz mama dwudziestotrzyletnich bliźniaczek, Charlotte
i Toni.
Sophie Smith -?nauczycielka w szkole podstawowej, córka nadopiekuńczego
Sida, siostra Erin, obecnie singielka -?choć w ten weekend zamierza
zmienić swój status.
Erin Smith -?siostra Sophie, pracuje w marketingu i mediach
społecznościowych dla londyńskiej marki bieliźnianej.
Ash Aitken -?były chłopak Sophie, jak dotąd jedyna miłość jej życia i ten, którego straciła.
Alice McLenn -?matka Rory'ego, żona Larry'ego McLenna, sprzątaczka
pracująca na dwie zmiany, która mimo samotnego życia u boku męża, którym
gardzi, wciąż potrafi odnaleźć drobne przebłyski radości.
Larry McLenn -?mąż Alice, były polityk, którego publiczny upadek
zrujnował karierę i zniszczył jego rodzinę.
Rory Brookes (McLenn) -?syn Alice i Larry'ego, biegły księgowy śledczy w Fieldow Financial Group, mąż niezwykle eleganckiej Julii, obecnie
zmagający się z kolejnym osobistym kryzysem.
Julia Fieldow Brookes -?dbająca o wizerunek, żyjąca w separacji żona
Rory'ego oraz córka jego szefa, Rogera Fieldowa.
Roger Fieldow -?ceniony przełożony i mentor Rory'ego, założyciel i prezes Fieldow Financial Group.
Albie Pratt -?początkujący komik stand-upowy i przyjaciel Rory'ego
jeszcze z czasów szkoły średniej.
Doktor Richard Campbell -?ordynator Szpitalnego Oddziału Ratunkowego w Glasgow Central Hospital.
Rozdział 1. Val Murray
Rozdział 1
Val Murray
Zastanawiałam się, czy gdybym wrzuciła telefon do puszki na herbatniki i z całej siły docisnęła szczelną pokrywkę, przestałby dzwonić. Jakiś mentalny zator sprawiał, że nie potrafiłam sobie przypomnieć, jak wyłączyć to cholerstwo (dlaczego nie ma po prostu zwykłego przycisku on/off?). Nie należę do osób, które wykonują dramatyczne gesty w rodzaju rzucenia nim o ścianę czy zgniecenia go pod obcasami moich niebieskich, futrzastych pantofli, bo wtedy musiałabym kupić nowy. A marnowanie pieniędzy w ten sposób jest sprzeczne z moją filozofią życiową. Nie będziesz wydawać ciężko zarobionych oszczędności ani emerytury na nowoczesne badziewie w rodzaju wypasionych telefonów czy designerskich torebek. Natomiast absurdalnie drogie bilety na koncert Toma Jonesa... Cóż, to była inwestycja w dobrostan osobisty.
Ta myśl przywołała wspomnienie, które natychmiast ściągnęło mi do gardła
bolesną gulę. Mój mąż, Don. Na milionie przyjęć. Przez ponad
czterdzieści lat małżeństwa. Śpiewający It's Not Unusual. Z gestykulacją, swoim głębokim, seksownym głosem i tym łobuzerskim
błyskiem w oku, bo wiedział, że mnie rozśmiesza. Błyskiem, który kilka
lat temu przygasiła choroba Alzheimera, a nieco ponad miesiąc temu zgasł
całkiem, kiedy odszedł w moich ramionach.
Nagle ból wspomnienia był brutalniejszy niż lęk przed rozmową z kimkolwiek przez telefon, więc odebrałam.
-?Halo?
-?Ile razy pomyślałaś o wyrzuceniu telefonu przez okno, zanim odebrałaś,
ciociu Val?
Moja siostrzenica, Carly, od zawsze miała niesamowitą zdolność czytania
mi w myślach i tym razem też była blisko prawdy. Jestem jej oficjalną
ciocią, odkąd Don i ja pobraliśmy się ponad cztery dekady temu. Z radością wzięliśmy pod skrzydła córkę jego starszego brata. Nie chodziła
jeszcze wtedy do liceum, a teraz ma ponad pięćdziesiątkę, więc
przerywana linia między rodziną z krwi a powinowactwem dawno już się
zatarła.
-?Ani razu -?odpowiedziałam, zajmując swoje miejsce przy naszym
wysłużonym, dębowym blacie stołu. Dziś nazwaliby go "rękodziełem" albo
"meblem z odzysku", ale prawda była taka, że był po prostu stary i kochany. -?Miałam zamiar wsadzić ciebie do puszki na herbatniki.
-?Przytyłam dwa funty od samego wyobrażenia -?odparowała Carly, a ja się
uśmiechnęłam.
Moja siostrzenica jest jedną z moich ulubionych osób, które zostały mi
na tym świecie, ale tym razem jej głos ani odrobinę nie zmniejszył
mojego niepokoju. Tak było każdego dnia od śmierci Dona. Łomoczące
serce, bezsenne noce, przeplatane paraliżującą trwogą, która wyłączała
moje ciało i umysł komórka po komórce, aż ledwie funkcjonowałam.
W dorosłym życiu poniosłam trzy straty, które niemal mnie złamały.
Pierwsza, gdy moja córka Dee została potrącona przez naćpanego kierowcę,
mając niespełna trzydzieści lat. Druga, gdy moja najlepsza przyjaciółka,
Josie, zmarła nagle -?zaledwie kilka godzin po tym, jak tańczyłyśmy do
utraty tchu, piłyśmy szampana i śmiałyśmy się do łez na weselu. I trzecia -?teraz, kilka tygodni po pożegnaniu miłości mojego życia.
Don odszedł pierwszego kwietnia. Prima aprilis. Nawet wtedy musiał mieć
ostatni żart. Od tamtej pory życzliwi ludzie powtarzają wszystkie te
banały. Że żałoba to cena za miłość. Że czas leczy rany. Że lepiej
kochać i stracić... Ale te wszystkie frazesy sprawiają tylko, że zaciskam
zęby i krzyczę w myślach, że najwyraźniej nie znali Dona Murraya, bo
tutaj nic z tego nie ma zastosowania. Jest tylko rozdzierająca, brutalna
dziura w sercu, która boli fizycznie, nawet gdy staram się jakoś
przetrwać codzienność.
-?Nie powinnaś już siedzieć w taksówce? -?zapytała Carly, a po moich
ramionach przebiegła nowa fala napięcia. Taksówka. Ta, która miała mnie
zawieźć na lotnisko, na lot do Londynu, gdzie mieszkała od dwudziestu
paru lat.
-?Nie, jestem spakowana i gotowa, ale jeszcze w domu.
Jej pytanie sprawiło, że spojrzałam na zegar w kuchni. Dziesięć po
ósmej. Cholera. Taksówka była zamówiona na ósmą, a ja kompletnie
straciłam poczucie czasu.
-?Zwykle przysyłają SMS, że już są, ale poczekaj...
Obcasy moich pantofli klikały po panelach, gdy pospieszyłam korytarzem w szeregowcu, w którym mieszkałam od dnia naszego ślubu. Kiedyś nie było
niczym niezwykłym brać ślub ledwie po skończeniu szkoły. Większość moich
znajomych zamieniła wtedy dom rodziców na swój pierwszy, małżeński. Ale
czasy się zmieniły. I dobrze. Niewiele z tamtych młodzieńczych małżeństw
przetrwało próbę czasu, a niektóre z tych, które przetrwały, były po
prostu dwójką ludzi uwięzionych w umowie, z której nie mieli siły,
energii ani środków się wyplątać. Ja miałam szczęście. Trafił mi się
dobry człowiek, którego kochałam do dnia jego śmierci, i dom, który
wykupiliśmy od gminy w czasach, gdy Spandau Ballet było na szczytach
list. Nie był okazały, ale był najszczęśliwszym domem, gdy
wychowywaliśmy tu rodzinę, i wiedziałam, że nigdy bym go nie zamieniła.
Gdy otworzyłam drzwi wejściowe, uderzył mnie gorąc niezwykle ciepłego
jak na maj poranka. Spojrzałam w lewo, w stronę parkingu na końcu
szeregu, gdzie krępy, czerwonolicy facet wysiadał z czerwonej Škody z napisem "taxi" na drzwiach. Cholera, pewnie stał tam już od ósmej. I nie
wyglądał na zachwyconego czekaniem.
Całe życie mieszkałam w Weirbridge, w wiosce, gdzie wszyscy się znają,
więc w dziewięciu na dziesięć przypadków rozpoznawałam miejscowych
taksówkarzy. Dzisiaj nie. Tego faceta nigdy wcześniej nie widziałam.
Zasłonił oczy dłonią, mrużąc je w słońcu, potem pomachał i wskazał na
zegarek.
-?Stoję tu już dziesięć minut! -?krzyknął, a ja w głowie odjęłam mu
kilka funtów z napiwku za tę nutę agresji w głosie.
-?Już idę, przepraszam! -?odkrzyknęłam i pośpieszyłam z powrotem do
środka.
-?Właśnie straciłam bębenek -?jęknęła Carly w słuchawce. -?Dobra,
kończę, ciociu Val. Do zobaczenia za parę godzin. Będę w hali przylotów.
I, Val...
Czasem opuszczała "ciociu" i wcale mi to nie przeszkadzało.
-?Tak się cieszę, że przyjeżdżasz.
-?Ja też, kochanie -?powiedziałam i miałam nadzieję, że zabrzmiało
przekonująco.
Bo prawda była taka, że wcale nie chciałam jechać. Chciałam kazać temu
opryskliwemu taksówkarzowi spadać. Chciałam wrócić do domu. Wejść na
górę i położyć się do łóżka. I zostać tam, aż na otwartej ranie w piersi
po brutalnym wyrwaniu serca zrośnie się nowa skóra. Ale nie mogłam.
Obiecałam wszystkim, których znam, że polecę do Londynu.
-?Muszę kończyć. Do zobaczenia. Kocham cię nad życie.
-?Ja ciebie też -?usłyszałam, zanim rozłączyłam się i wrzuciłam telefon
do torebki na konsoli w przedpokoju.
Czułam, jak przyspiesza mi puls, jak drżą mi dłonie i jak tępy ból głowy
po zbyt wielu bezsennych nocach wwierca się w skronie. Spróbowałam się
ogarnąć.
Dobra, Val Murray, zbierz się. Nie będziesz tu siedzieć i się nad sobą
użalać. Dasz radę. Podciągnij majtki silnej, niezależnej kobiety i ruszaj. Bo tak naprawdę nie ma dobrych opcji.
W kuchni włożyłam kubek do zmywarki, sprawdziłam tylne drzwi i ogrzewanie. Mimo że był maj, wciąż rano ustawiłam je na godzinę, żeby
ogrzać dom -?teraz, gdy nie budziłam się już w cieple dużych ramion
mojego Dona.
W przedpokoju zdjęłam z wieszaka jasnoniebieską kurtkę pasującą do
obcasów i mojego firmowego eyelinera (lata osiemdziesiąte i makijaż
Princess Diana nie zostaną zapomniane, póki żyję), włączyłam alarm,
który mój syn Michael zamontował dekadę temu, zarzuciłam torebkę na
ramię, chwyciłam dużą walizkę rejestrowaną i mniejszą kabinową i wyszłam, zamykając za sobą drzwi.
Nie dotarłam jeszcze do końca ścieżki, gdy mój wzrok padł na tabliczkę
Neighbourhood Watch przytwierdzoną do latarni kilka metrów dalej. Moja
przyjaciółka Nancy powiesiła ją lata temu jako psychologiczny
"odstraszacz ninja" po tym, jak jakiś gówniarz włamał się do szopy Dona
i ukradł nasze dekoracje świąteczne oraz jego nowiutką kosiarkę Flymo.
Być może przez chwilę życzyłam sobie, żeby tym cholerstwem odciął sobie
palce u nóg. Niech będzie, chciałam, żeby tak się stało.
Nagle w mojej głowie zderzyła się cała lawina myśli. A jeśli ktoś włamie
się do domu, gdy będę w Londynie? Dziś potrafią obejść każdy alarm. A jeśli zabiorą moje kosztowności? Niewiele ich mam. Telewizor, który Don
kupił do oglądania meczów, kilka sztuk biżuterii i...
Stop. Cofnij. Kilka sztuk biżuterii.
-?Jedzie pani czy nie?! -?warknął taksówkarz, widząc, że stoję jak
wryta. Kolejne funty mniej z napiwku.
-?Już idę, słoneczko -?odkrzyknęłam z nutą sarkazmu.
Zostawiłam walizki i wbiegłam z powrotem do domu. Otworzyłam drzwi.
Wyłączyłam alarm. Rzuciłam torebkę. Tym razem skręciłam w stronę schodów
i wpadłam na górę z prędkością fretki na kofeinie. Nie do pomyślenia
było, że miałabym gdziekolwiek jechać bez ludzi, których kochałam
najbardziej. A raczej -?bez tego, co mi po nich zostało.
Otworzyłam wieko starej mahoniowej szkatułki po mamie. Nigdy nie
miałyśmy w niej nic naprawdę cennego, ale jednak. Odsunęłam plątaninę
kolorowych korali i wiszących kolczyków i wyjęłam poduszeczkę z czterema
pierścionkami, które ceniłam bardziej niż jakiekolwiek inne materialne
rzeczy.
Złodzieje mogli zabrać telewizor. Nawet dziesięcioletnią kanapę czy
frytkownicę beztłuszczową, której wciąż nie umiałam obsłużyć. Ale nie
dostaną pierścionka, którym Don mi się oświadczył, gdy ledwie
skończyliśmy szkołę. Ani jego obrączki. Ani pięknego białozłotego
pierścionka z diamentową literą D, który miesiącami spłacaliśmy, gdy
kupiliśmy go Dee na jej dwudzieste pierwsze urodziny. Ani szmaragdowego
pierścienia koktajlowego, który należał do mojej ukochanej Josie.
Zobaczyłam mały czarny aksamitny woreczek z kolczykami w kształcie
migających bałwanków, które dostałam na ostatnie święta. Wysypałam je,
włożyłam pierścionki do środka i zaciągnęłam sznureczki.
Na zewnątrz zatrąbił klakson. Nie musiałam być detektywem, by wiedzieć,
do kogo. Zignorowałam pokusę pokazania mu przez okno czegoś, co
zszokowałoby sąsiadów. Z woreczkiem w dłoni zbiegłam na dół, otworzyłam
klapę torebki i wsunęłam go do tylnej kieszeni, a na wierzch wrzuciłam
szczotkę do włosów.
Kolejny sygnał klaksonu. Cholera. Zarzuciłam pasek na ramię, wstukałam
cztery cyfry alarmu i wyszłam, zanim rozległ się długi sygnał
potwierdzający jego włączenie.
-?Jakże uprzejmie z pana strony, że czekał pan tak cierpliwie -
powiedziałam kierowcy, którego twarz przybrała jeszcze bardziej
purpurowy odcień.
Niechętnie pomógł mi włożyć walizki do bagażnika. Na liczniku było już
sześć funtów opłaty za czekanie. Dałabym siedem, gdyby był uprzejmy.
Przez dwadzieścia minut drogi z Weirbridge na lotnisko w Glasgow
panowała grobowa cisza. I dobrze. Gdyby próbował pogawędki, pewnie
zapytałby, dokąd lecę i dlaczego, a ja nie ufałam sobie, że
odpowiedziałabym bez wybuchu płaczu. Nie teraz. Nie, gdy wyjeżdżałam z domu po raz pierwszy od śmierci Dona...
Zablokowałam tę myśl. Don nie chciałby, żebym siedziała sama, zwłaszcza
że tylu bliskich było teraz poza miastem. Mój syn Michael poleciał
tydzień temu do Australii, na wyjazd zaplanowany od roku przez jego
cudowną, australijską żonę. Chciał go odwołać do ostatniej chwili i zgodził się tylko dlatego, że ja miałam lecieć do Londynu do Carly.
Podobnie było z Nancy. Większość dni spędzałyśmy razem, ale Nancy była
na wakacjach ze swoim partnerem, Johnnym, które zarezerwowali kilka
miesięcy temu, a ja upierałam się, że musi jechać. Poza tym
dwutygodniowy pobyt Nancy na słońcu zbiegł się z przerwą w naszym
grafiku opieki nad dziećmi. Nancy i ja zazwyczaj opiekowałyśmy się
dwuletnim synkiem naszej przyjaciółki Tress, Buddym, kilka dni w tygodniu, ale tym razem wybrał się na tygodniowy wyjazd z Tress i jej
partnerem, Noahem, do dziadków malucha na Cyprze. Ostatecznie, podobnie
jak Michael, Nancy pojechała na wakacje tylko dlatego, że powiedziałem
jej, że przyjmuję zaproszenie Carly i spędzam dwa tygodnie na Costa Del
Chiswick. Jasne, mogłam zrezygnować, gdy lot Nancy do Malagi był już w powietrzu, ale moja siostrzenica też nie dała się przekonać.
-?Albo ty przyjedziesz do mnie, albo ja przyjadę do ciebie, ciociu Val.
A wiesz, jak doprowadzam cię do szału, gdy przestawiam ci szuflady i zjadam wszystkie herbatniki. I nawet nie wspomnę o tym, jak ostatnio
przypadkiem skasowałam wszystkie odcinki Law & Order: Special
Victims Unit z twojego dekodera.
Może rzeczywiście było coś w tym, żeby na chwilę wyjechać. W domu Don
był wszędzie. W każdej poduszce, kącie i szafce. Jego kubek wciąż stał
na suszarce, bo nie potrafiłam go schować. W szafie czułam jego zapach.
Kapcie stały po jego stronie łóżka. Nie wyobrażałam sobie dnia, w którym
nie będę potrzebowała ich widoku.
Może dobrze było też wyjechać z Weirbridge. Codzienny spacer zawsze
kończył się na cmentarzu, na ławce naprzeciw jego grobu. Leżał obok
naszej Dee. Rozmawiałam z nimi obojgiem.
-?Skandal -?warknął taksówkarz, wjeżdżając do strefy wysiadania na
lotnisku w Glasgow. -?Sześć funtów za pięć minut. Ten rząd...
Wyłączyłam go w głowie. Kiedy samochód się zatrzymał, chwyciłam torebkę
i wysiadłam. Postawiłam ją na mniejszej walizce, owinęłam pasek wokół
wysuwanego uchwytu, zapłaciłam gotówką (z napiwkiem mniejszym, niż by
dostał, gdyby miał w sobie choć odrobinę uprzejmości) i ruszyłam w stronę terminalu.
Przy stanowisku odprawy wyjęłam dowód i telefon z przedniej kieszeni,
nadałam dużą walizkę i skierowałam się do kontroli bezpieczeństwa. To
był ostatni moment, by się wycofać. Mogłam zawrócić. Wrócić do domu.
Ukryć się. Ale wiedziałam, że przyniosłoby to tylko zmartwienie tym,
którzy mnie kochają, więc szłam dalej.
Przez bramkę. Wzdłuż kolejki. Kindle wyjęty. Kosmetyki też. Torebka i walizka kabinowa na taśmę.
Na szczęście skaner do niczego się nie przyczepił, bo nie miałabym w sobie siły, by rozkleić się przed życzliwym strażnikiem. Wystarczyłoby,
żeby powiedział, że moja plastikowa torebka trafia do losowej kontroli
na obecność narkotyków, a ja pewnie wybuchłabym płaczem w jego
ramionach, wyznając wszystkie smutki od lat siedemdziesiątych. Wszystko
to siedziało mi w gardle, gotowe wylać się na pierwszą przyjazną twarz.
Chyba dobrze, że nie miałam czasu na kawę.
Gdy tylko moja torebka i walizka zjechały z taśmy, ruszyłam olimpijskim
marszem przez strefę bezcłową i w dół korytarza, który wydawał się mieć
kilometr długości, do strefy British Airways na lot do Heathrow. Kiedy
skręciłam przy bramce numer 19, zziajana i poddenerwowana, zauważyłam,
że torebka przechyliła się do przodu na walizce, więc ją poprawiłam i dołączyłam do końca kolejki pasażerów, których wezwano już na pokład.
Kilka chaotycznych chwil później siedziałam już w samolocie, obok bardzo
poważnego biznesmena, którego demonstracyjne unikanie kontaktu
wzrokowego jasno dawało do zrozumienia, że nie jest zainteresowany
pogawędką z przypadkową kobietą w samolocie. Może i lepiej. Nie miał
pojęcia, że od uprzejmego uśmiechu dzieli go potok żałoby. Choć nie
zaszkodziłaby mała pomoc przy włożeniu mojej walizki i torebki do
schowka nad głową. Nie dlatego, że jestem jakąś bezradną, nieporadną
kobietą -?bo bardzo daleko mi do tego, o czym przekona się sukinsyn,
który ukradł Donowi kosiarkę Flymo, jeśli kiedykolwiek go dopadnę.
Problem polegał na tym, że mam metr pięćdziesiąt siedem wzrostu, a podnoszenie ciężaru tak wysoko sprawiło, że ramiączko stanika strzeliło.
Tego ranka rycerskość była definitywnie martwa. Mój Don pomógłby każdemu
bez chwili wahania. Sama ta myśl wywołała drżenie brody, które
próbowałam ukryć, zapadając się w fotel.
Lot z Glasgow do Londynu trwał niespełna godzinę, a ja spędziłam go z zamkniętymi oczami, psychicznie przygotowując się na to, co mnie czeka.
Sama świadomość, że nie będę sama, że ktoś będzie na mnie patrzył -
nawet ktoś, kogo uwielbiam -?sprawiała, że broda znów zaczynała mi
drżeć.
Kiedy ponad dekadę temu zginęła Dee, czułam to samo. A może gorzej. To
była tak brutalna śmierć, że przez miesiące nie spałam, a jednocześnie
nie potrafiłam znieść zatroskanych twarzy bliskich. Każdej nocy
wymykałam się więc z domu i godzinami chodziłam bez celu między
bezosobowymi, pustymi alejkami naszego lokalnego supermarketu, z koszykiem, który prawie zawsze pozostawał pusty, wdzięczna, że nikt
nawet nie spojrzy w moją stronę. Nawet ochroniarze przyzwyczaili się do
mojego widoku do tego stopnia, że stałam się dla nich niewidzialna.
Wtedy marzyłam, by być niewidzialna dla całego świata. Było ciężko i trwało to długo, ale w końcu znalazłam drogę, która przywróciła mi siłę
i odbudowała miłość do życia. Nie nowe życie. Po prostu inne. Różnica
polegała na tym, że przez każdy dzień tamtej żałoby -?i przez
czterdzieści kilka lat wcześniej -?Don był przy mnie. A teraz go nie
było.
Delikatne uderzenie kół o pas startowy oznajmiło lądowanie. Jakoś udało
mi się samodzielnie ściągnąć walizkę z półki i nie było mi szczególnie
przykro, gdy rozhuśtała się jak wahadło i solidnie trzasnęła w tyłek
niepomocnego jegomościa w garniturze obok. Udałam, że nic nie
zauważyłam, skupiona na typowym "łokcie na zewnątrz" przepychaniu się do
wyjścia.
Odwiedzałam Carly, jej brata Calluma i jego żonę Carol (tak, ich imiona
są zdecydowanie zbyt podobne) wiele razy, więc do odbioru bagażu poszłam
na autopilocie, ciągnąc za sobą kabinową walizkę z przypiętą na wierzchu
torebką.
Tym razem moja duża walizka pojawiła się jako jedna z pierwszych, więc
rzuciłam -?przyznaję, nieco triumfalne -?spojrzenie w stronę pana z garniturem, który teraz z niecierpliwością wpatrywał się w taśmę. Karma
czasem jednak istnieje, pomyślałam, gdy w rekordowym tempie przeszłam
przez drzwi do hali przylotów, sądząc, że to ja będę czekać na Carly.
Ale nie. Stała tam, z ramionami szeroko otwartymi i z kubkiem ze
Starbucksa w każdej dłoni.
-?Bardziej cieszysz się na tę herbatę czy na mnie? -?zapytała z uśmiechem. To była nasza rodzinna strategia. Humor jako plaster na każdą
emocję. Udawaj, aż stanie się prawdą.
Mój uśmiech był automatyczny. Tak się postarała -?przekonała mnie do
przyjazdu, zarezerwowała bilet, teraz czekała i otwierała przede mną
swój dom -?nie było mowy, żebym przyjechała tu i się rozsypała.
-?Zdecydowanie na ciebie, kochanie -?odpowiedziałam, obejmując ją
ostrożnie, by nie wylać napojów.
-?Tak się cieszę, że jesteś, ciociu Val -?wyszeptała w moje włosy, a ja
przełknęłam ślinę.
Nie rozsyp się. NIE ROZSYP SIĘ.
Odchrząknęłam.
-?Ja też, skarbie.
Część mnie naprawdę to czuła. Carly była jedną z tych życiowych sił,
które karmią duszę, i w innych okolicznościach byłabym zachwycona
wspólnym czasem. Teraz, pod sztucznym uśmiechem i udawaną pogodą ducha,
czułam się tylko rozbita. A ona, choć widziałam troskę w jej napiętym
uśmiechu, kochała mnie na tyle, żeby podtrzymywać tę grę.
-?Dobra, dawaj tę dużą walizkę i chodź za mną. Parking był koszmarnie
zapchany, a miejsce, które w końcu znalazłam, jest chyba bliżej
Kornwalii niż Londynu, więc czeka nas spacer.
Nie żartowała. Prawie dwadzieścia minut później moje haluksy wrzeszczały
w futrzastych pantoflach, gdy wreszcie wtaszczyłyśmy bagaże i siebie do
samochodu Carly -?jakiegoś dużego, luksusowego modelu z napisem "Evoque"
z tyłu.
-?Wiem, nie oceniaj mnie -?jęknęła Carly. -?Jeździłam moim starym Mini,
dopóki nie zaczęły odpadać z niego części, i wiem, że przeskoczyłam na
drugi koniec skali błysku, ale... dobra, powiem szczerze. Ja go cholernie
kocham. Ma podgrzewane siedzenia. Grzeje mi tyłek.
-?W takim razie wybaczam ci tę ekstrawagancję -?rzuciłam. -?Ciepłe
pośladki są ważne.
Carly parsknęła śmiechem, nachyliła się i znów mnie uściskała.
-?Będzie dobrze, ciociu Val.
-?Wiem, kochanie. Wiem.
Poczułam, jak gardło znów się zaciska. Nie płacz. Nie płacz. Dasz radę.
Po raz kolejny odchrząknęłam, wyprostowałam plecy i -?bardziej dla
odwrócenia uwagi niż z potrzeby -?opuściłam lusterko pasażera, by
sprawdzić odbicie. Wyglądałam dokładnie tak samo jak rano. Mój platynowy
blond bob, sięgający tuż pod brodę, był spryskany lakierem do
konsystencji cegły, więc nie drgnął ani o milimetr. Grzywka leżała
idealnie nad brwiami, które w latach siedemdziesiątych wyskubałam za
bardzo i teraz musiałam je dorysowywać. Kto by pomyślał, że krzaczaste
brwi wrócą do łask? Niebieski tusz i eyeliner się nie rozmazały, a usta
wciąż miały kolor Avon Twinkle Pink.
Mimo to potrzebowałam kolejnego rozpraszacza, więc podciągnęłam torebkę
na kolana, otworzyłam magnetyczne zapięcie i odchyliłam klapę.
Spojrzałam na dwie przegrody i poczułam, że coś jest nie tak, choć nie
umiałam od razu powiedzieć co. Aż w końcu do mnie dotarło.
-?O cholera, zgubiłam szczotkę do włosów.
-?Mam jakąś w torebce, jeśli masz ochotę zaryzykować botulizm, grzebiąc
w jej czeluściach. Jestem pewna, że na dnie czai się kanapka z kurczakiem Coronation z zeszłego tygodnia.
-?Zaryzykuję -?zaśmiałam się i już miałam zamknąć torebkę, gdy jak kula
wyburzeniowa uderzyła mnie świadomość.
O Boże. Nie.
Moje oczy zaczęły gorączkowo przeszukiwać wnętrze, a ręce wyciągały
wszystko po kolei. Telefon. Portfel. Perfumy. Szminka. Rachunek za prąd
-?nie mam pojęcia, co tam robił, bo przecież zapłaciłam. Puder. Karta
pokładowa. Gumki do włosów. Grzebień Dona. Plastikowa łyżeczka, którą
zawsze nosiłam na wypadek, gdyby mały Buddy potrzebował awaryjnego
jogurtu. Chusteczki. Miętówki. Drobne.
Szczotki nie było.
Rana w mojej piersi znów rozwarła się na oścież.
I nie było też małego woreczka.
Moje najcenniejsze pierścionki zniknęły.
Rozdział 2. Sophie Smith
Rozdział 2
Sophie Smith
Sophie wypatrzyła taksówkę w strefie podjazdu i odbioru na lotnisku w Glasgow i ruszyła prosto w jej stronę. Kolejka do oficjalnych lotniskowych taksówek przed terminalem była ogromna, a pamiętała, że dwa lata i miesiąc temu, gdy przyleciała tu ostatnio, wyglądała dokładnie tak samo. Tamtego dnia jej były chłopak, Ash, przeszedł z budynku terminalu na parter parkingu i stamtąd zamówił Ubera. Dziś postanowiła zrobić to samo.
Szła tą samą drogą co wtedy i właśnie miała otworzyć aplikację, gdy
podjechała czerwona Škoda, z której wysiadła kobieta z blond bobem i zmęczonym wyrazem twarzy. Ruszyła w stronę głównego budynku, jakby
dźwigała na barkach cały ciężar świata. Sophie była prawie pewna, że
rozumie to uczucie -?sama czuła się dokładnie tak samo.
Pochyliła się, by mówić przez uchyloną szybę od strony pasażera.
-?Dzień dobry, zawiezie mnie pan do centrum Glasgow?
-?Jestem prywatnym przewozem. Mogę zabierać tylko wcześniej zamówione
kursy. Takie jest prawo -?odparł ostro kierowca, ledwie na nią patrząc.
Zaskoczona i w równym stopniu zirytowana jego opryskliwością, Sophie
wiedziała, że powinna odpuścić, ale nie było w zasięgu wzroku żadnej
innej taksówki, a ona po prostu chciała już dotrzeć na miejsce. Irytacja
przejęła stery.
-?Więc jeśli zadzwonię do waszej firmy i zamówię kurs, może mnie pan
zabrać?
-?Nie mam czasu na takie gadki -?burknął. Wyraźnie był poddenerwowany,
oczy latały mu na boki, jakby sprawdzał, czy ktoś go obserwuje.
-?Ja też nie. Nieważne. Zamówię kogoś innego.
Już się prostowała, gdy usłyszała:
-?Trzydzieści funtów. Bez licznika. Bierze albo nie.
Instynkt podpowiadał jej, że to zły pomysł. Facet już zachowywał się jak
dupek. Ale trzydzieści funtów i był tu, na miejscu? Alternatywa w postaci nie wiadomo jak długiego czekania wcale jej nie kusiła.
-?Dobra -?powiedziała i wskoczyła do środka.
Nie była jednak całkiem lekkomyślna. Pierwsze, co zrobiła, to dyskretnie
zrobiła zdjęcie identyfikatora kierowcy i wysłała je ojcu.
W aucie jakiegoś typa. Jeśli mnie porwie, włącz tryb Liama Neesona i przyjedź po mnie. X
Odpowiedź przyszła niemal natychmiast.
Znajdę Cię. Mam odpowiednie umiejętności... Ale mogę potrzebować wsparcia,
bo nie jestem już najlepszy w biciu porywaczy. Nie, odkąd nadwyrężyłem
plecy na polu golfowym. Baw się dobrze na koncercie. Uważaj na siebie. X
Sophie poczuła, jak po ciele spływa jej fala wstydu. Koncert. To był
powód, który podała ojcu, mówiąc, że jedzie do Glasgow. Gdyby znał
prawdę...
Otrząsnęła się. Skup się na tym, co ważne. Krok po kroku. Krok pierwszy:
dojechać do hotelu i zostawić torbę. Dalej na razie nie wybiegaj.
Zresztą to poczucie winy było niedorzeczne. Jej ojciec był setki
kilometrów stąd, w domku wypoczynkowym na obrzeżach Reading, w którym
mieszkał z jej mamą. Nie mógł jej zobaczyć i z jednego SMS-a nie był w stanie wyczytać, że robi cokolwiek poza tym, co powiedziała. Nawet nie
zapytał, na jaki koncert jedzie ani z kim. Było w porządku.
Odpisała.
Będę uważać. Zadzwonię później. Kocham Cię. Xx
A zaraz potem napisała do starszej siostry, Erin.
Tata coś podejrzewa.
Odpowiedź była natychmiastowa. Erin pracowała w marketingu, zajmowała
się komunikacją i mediami społecznościowymi dla marki bieliźniarskiej w Camden, więc telefon praktycznie był przyklejony do jej ręki.
Jesteś pewna, czy tylko masz paranoję?
To na pewno paranoja.
Tak myślałam. Czemu po prostu mu nie powiesz? Masz dwadzieścia sześć lat
i jesteś silną, niezależną kobietą, która sama decyduje o swoim życiu i przeznaczeniu.
Kciuki Sophie śmigały po ekranie.
A powiedziałaś mu, że palisz i masz tatuaż na tyłku?
Touché. Muszę lecieć. Piszę informację prasową o wstawkach w ubraniach.
Życie marzeń.
Uśmiechając się, Sophie odłożyła telefon na kolana i przez kilka minut
patrzyła przez okno na niebo nad miastem, które pokochała, gdy była tu z Ashem.
Właściwie jutro miną dokładnie dwadzieścia cztery miesiące od dnia, gdy
wyjechała. Data wryła się jej w pamięć, bo jutro była też druga rocznica
dnia, w którym Ash Aitken oświadczył się jej po zaledwie czterech
miesiącach znajomości.
Poznali się podczas wyprawy z plecakiem po Azji. Gdyby ktoś powiedział
jej, że pojedzie aż na Bali i zakocha się od pierwszego wejrzenia w facecie z Glasgow, uznałaby, że ktoś dosypał czegoś podejrzanego do
fajki wodnej. A jednak dokładnie tak się stało. Natychmiast złapali
kontakt -?i nie tylko dlatego, że oboje niedawno zdobyli kwalifikacje
nauczycielskie i wzięli przerwę od zastępstw, by przez kilka miesięcy
podróżować. Jakie były na to szanse? Jakby to było przeznaczenie. A przynajmniej tak sobie wmawiali.
Zmienili plany, żeby móc podróżować razem, i od tamtej chwili byli
nierozłączni. Po trzech miesiącach szaleńczego zakochiwania się na
gorących, dusznych plażach i w chaotycznych, tętniących życiem miastach,
przyjechała z nim do jego rodzinnego Glasgow na błogi, wspaniały pobyt,
który skończył się po zaledwie czterech tygodniach. Wydawało się, jakby
minęło całe życie.
Planowała zostać dłużej, ale mama zadzwoniła z najgorszą wiadomością,
jaką Sophie kiedykolwiek usłyszała. Do dziś pamiętała tylko fragmenty
słów. Źle się czuła. Badania. Szpital. Lekarze. Diagnoza. Rak trzustki.
Nie rozumiała wtedy, jak poważne to było ani jakie są rokowania, ale
wiedziała jedno -?musi wrócić. Natychmiast. A to oznaczało zostawienie
Asha.
Następnego dnia, zanim pojechali na dworzec, skąd miała wsiąść w pociąg
do Londynu, a potem do Reading, poszli na George Square w centrum
miasta. Każdy szczegół tamtego popołudnia do dziś odtwarzał się w jej
głowie jak film.
Trawniki i ławki były pełne ludzi. Kilka osób przystanęło, gdy Ash
wyciągnął pierścionek -?srebrną obrączkę z jadeitem, którą podziwiała
podczas postoju w Pekinie. Niekonwencjonalny, ale pokochała gest i jego
uważność.
Na szczęście nie uklęknął -?to był ten rodzaj sceny, który trafia do
mediów społecznościowych i zostaje tam na zawsze. Zamiast tego pochylił
się, oparł czoło o jej czoło, trzymając pierścionek między nimi.
-?Sophie, wiem, że to wcześnie i pewnie powinienem zostać aresztowany za
stalking, ale nie chcę już nigdy być bez ciebie. Każda chwila, od kiedy
się poznaliśmy, była lepsza od poprzedniej. Jestem z tobą niewiarygodnie
szczęśliwy i nie chcę, żeby to się skończyło. Sophie Smith, wyjdziesz za
mnie?
-?Och, kochana, powiedz "tak"! -?zawołały dwie starsze panie jedzące
paszteciki z Greggs na najbliższej ławce. Zdecydowanie zasługiwały na
wieczną obecność w social mediach.
Kiedy Sophie otrząsnęła się z osłupienia, miała ochotę być impulsywna,
dzika i romantyczna. Naprawdę. Z wielu powodów. Po pierwsze dlatego, że
od chwili, gdy ich spojrzenia spotkały się na balijskiej plaży o zachodzie słońca, czuła dokładnie to samo. Zaczęli rozmawiać i -?choć
brzmiało to banalnie -?jakby natychmiast wiedzieli o sobie niemal
wszystko. A to, czego nie wiedzieli, w kolejnych dniach i tygodniach
dodawało tylko nowych warstw ekscytacji. Kochała go. Był pierwszym -?i miała nadzieję, że ostatnim -?mężczyzną, którego pokochała.
Ale...
-?Nie mogę -?wyszeptała, a głos załamał jej się na tych słowach. -?Bo
jeśli teraz powiem "tak", zawsze będę pamiętać, że było w tym coś
smutnego, bo właśnie cię zostawiałam.
To było za dużo wszystkiego. Za dużo emocji. Za dużo zamieszania. Za
dużo ludzi, którzy jej potrzebowali.
-?Może innym razem? -?spróbowała zażartować drżącym głosem. -?Zapytasz
mnie jeszcze raz? Później. Kiedy mama wyzdrowieje?
Westchnął, uśmiechnął się i pocałował ją w czoło.
-?Dobrze... Obiecaj, że wrócisz, a ja zapytam cię znowu za rok. Właśnie
tutaj. A jeśli powiesz "nie", zapytam znowu w kolejnym roku. I następnym. Będę cię pytał każdego czwartego maja, aż powiesz "tak".
-?Obiecuję -?wyszeptała, nie wiedząc, czy jej serce pęka, czy puchnie
tak bardzo, że zaraz eksploduje.
Wtedy zauważyła, że dwie panie z pasztecikami zamarły z jedzeniem w pół
drogi do ust, czekając na odpowiedź. Kolejne kilka osób w pobliżu
również patrzyło, czekając na wielki finał. Zawiodła już Asha, a teraz
miała zawieść i ich.
-?Ale Ash... -?dodała cicho, tak by słyszał tylko on. -?Mamy publiczność.
Więc teraz masz się ucieszyć i wycałować mi twarz, żeby nie wyglądało,
że powiedziałam "nie". Bo nie powiedziałam. Powiedziałam tylko
"później".
I tak zrobili. Pokiwała głową z przesadną radością, on uniósł pięść w geście triumfu, podniósł ją i zakręcił, a potem całowali się, aż ucichły
oklaski. Ostatnie, co zapamiętała, zanim ruszyli "w stronę zachodu
słońca" (czyli w stronę Dworca Glasgow Central), było mruknięcie jednej
z pań:
-?Och, Daphne, nic dziwnego, że zajadam emocje. To miasto to emocjonalny
rollercoaster.
Kiedy pociąg ruszał, Sophie nie miała pojęcia, co ją czeka. Nie
wiedziała o strasznych rzeczach, które miały się wydarzyć, ani o tym, że
ból nadchodzących miesięcy sprawi, że kilka miesięcy później całkowicie
zerwie kontakt z Ashem. Że już nigdy więcej się nie odezwą. I że z wielu
powodów, o których teraz nie chciała myśleć, nie wróci do Glasgow aż do
tego weekendu.
Jeszcze wczoraj nie była pewna, czy w ogóle przyjedzie. W końcu jednak
uznała, że teraz albo nigdy. Szkoła zamknęła się wczoraj na ferie, więc
co innego miała robić? Drugi rok z rzędu uczyła drugą klasę, więc plany
lekcji na kolejny semestr miała już gotowe. Jej sześciolatki i siedmiolatki były tak podekscytowane wolnym, że jej samej się to
udzielało. A jeśli z tego wszystkiego nic nie wyjdzie, przynajmniej
opowie im o swojej podróży do Szkocji i wplecie kilka historii o zamkach
oraz legendach o potworach mieszkających w jeziorach.
Nie żeby w ten weekend planowała jakiekolwiek zwiedzanie. Była tu tylko
z jednego powodu -?żeby znaleźć Asha.
Jednak teraz, gdy taksówka zjechała z lotniska i włączyła się na pas
prowadzący na autostradę do centrum, wątpliwości i lęk znów zaczęły ją
dopadać. Czy ktokolwiek znajduje szczęście, goniąc za żalem? I czy nie
będzie za późno, by to naprawić?
Chciała tylko powiedzieć przepraszam. Poprosić o wybaczenie. Dowiedzieć
się, czy on wciąż czuje to samo, wciąż ją kocha, wciąż jej chce. A jeśli
tak -?tym razem nie będzie na tyle głupia, by pozwolić mu odejść.
Kierowca chrząknął z przodu.
-?Dokąd w centrum?
-?Do Hotelu George Square Grand.
Westchnął przesadnie.
-?W sam środek. Oczywiście. Ruch tam jest teraz koszmarny, zwłaszcza z tymi absurdalnymi ograniczeniami do dwudziestu mil na godzinę. Szybciej
byłoby wysiąść i iść pieszo. Te całe zielone brednie. Ograniczenia
prędkości, strefy niskiej emisji. Pieprzeni radni niszczą to miasto.
Idioci, każdy jeden.
Był wyraźnie wzburzony, a nawet z tylnego siedzenia widziała, że jego
twarz poczerwieniała z irytacji. Może gdyby otworzył okno albo włączył
klimatyzację, pozbyłby się też potu błyszczącego na karku.
Sophie westchnęła. Powinna była poczekać w kolejce. Albo znaleźć
autobus. Albo iść pieszo. Cokolwiek, byle nie to.
Mama zawsze mówiła jej, że przyciąga sieroty i zbłąkane dusze. Nowe
dziecko w szkole? Sophie przyprowadzała je na herbatę. Błąkający się
pies? Zbierała go z ulicy, wydawała kieszonkowe na puszkę karmy i przemycała do kuchni. Najwyraźniej przyciągała też nietolerancyjnych,
zgorzkniałych facetów, którzy chcieli wygłaszać tyrady na każdy temat.
Przez moment rozważała powiedzenie mu, że jest starszą siostrą Grety
Thunberg, żeby zobaczyć, czy eksploduje mu głowa, ale nie chciała
spowodować karambolu.
Odwracając się, by włożyć telefon do torby obok siebie, dostrzegła coś
na podłodze za fotelem kierowcy. Guzik jej dżinsów zaprotestował, gdy
sięgnęła w dół, po czym niemal natychmiast cofnęła rękę, gdy palce
natrafiły na włosie szczotki do włosów. Patrząc na tłuste, przyklapnięte
włosy kierowcy, uznała, że raczej nie była jego. Ktoś musiał ją zgubić.
Podniosła ją i dopiero gdy usiadła prosto, zauważyła, że w szczotkę
zaplątało się coś jeszcze. Dwa cienkie czarne sznurki przymocowane do
małego czarnego, aksamitnego woreczka.
Zaciekawiona wyplątała je z włosia, otworzyła woreczek i wysypała
zawartość na dłoń, wydając z siebie cichy okrzyk, gdy wypadły z niego
cztery pierścionki.
Jej reakcja przyciągnęła uwagę kierowcy.
-?Chce pani coś powiedzieć? -?rzucił wyzywająco, patrząc na nią w lusterku. Najwyraźniej sądził, że odnosi się do jego tyrady o miejskich
władzach.
-?Nie, po prostu... znalazłam coś na podłodze. Ktoś zgłaszał zgubę?
W lusterku zobaczyła podejrzliwość.
-?Nie. -?Odpowiedział ostrożnie. -?Co to?
-?Szczotka do włosów. I jeden, dwa, trzy, cztery pierścionki.
Przyjrzała się im uważniej. Gładka złota obrączka była wyraźnie męska -
większa od pozostałych. Dwa kolejne też były złote -?jeden z trzema
diamentami, drugi z dużym prostokątnym szmaragdem. Wyglądały na stare,
może nawet zabytkowe. Czwarty był srebrny lub z białego złota, z delikatnym skupiskiem diamentów. Z początku wydawał się okrągły, ale
teraz zobaczyła, że tworzy literę D.
D jak Diana. Tak miała na imię jej mama. W jej głowie coś zaskoczyło.
Gdyby wierzyła w znaki od losu, uznałaby to za całkiem wyraźny sygnał,
że powinna była przyjechać do Glasgow.
A pierścionki? Nietrudno było domyślić się, co się stało. Szczotka
musiała wypaść z torby czy plecaka i pociągnąć je za sobą. Ktoś gdzieś
będzie ich szukał.
-?No dobrze. Proszę je rzucić na przednie siedzenie, a ja zgłoszę w centrali, że je znalazłem, a potem oddam na policję.
Coś w jego tonie -?a może to, że od pierwszej chwili był opryskliwy -
sprawiło, że na karku Sophie zjeżyły się włosy.
-?Może pan zadzwonić do centrali teraz? Na wypadek, gdyby ktoś już
dzwonił w tej sprawie?
Pauza. Było widać, że irytuje go podważanie jego słów.
-?Licznik nie jest włączony -?powiedział, wyraźnie artykułując każde
słowo, jakby mówił do dziecka. -?Zgłoszę później, kiedy uznają, że
wróciłem do pracy.
Kłamał. Nie miała na to żadnych dowodów, a intuicja nie była jej
najmocniejszą stroną, ale po prostu to czuła.
W większości konfrontacji w życiu wycofywała się i wybierała łatwiejszą
drogę, ale dziś coś w niej nie ustępowało. Samochody mknęły obok, a fakt, że jego spojrzenie co chwilę wracało do lusterka, sprawiał, że
czuła niepokój. Wolałaby, żeby patrzył na drogę.
-?To może tak: proszę mnie wysadzić przy komisariacie w centrum, zapłacę
więcej, a ja zaniosę je do środka. Na pewno ktoś bardzo chce je
odzyskać.
Nie spodobało mu się to.
-?Powiedziałem, żeby je rzucić na przód. To moja taksówka, kochanie. Tak
to działa. Jeśli coś tu zostaje, to ja decyduję, co z tym zrobić.
Cholera. Cholera. Cholera.
Zamknęła oczy, wzięła oddech. Co to za różnica? To nie jej pierścionki.
Nie wie, do kogo należą. Mogą być kradzione. Może ktoś właśnie zmierzał
do lombardu. A może...
Nie. Nawet jako dwudziestosześcioletnia kobieta w takich chwilach
słyszała głos mamy, zachęcający ją, by walczyła o swoje.
-?Skoro i tak chce je pan oddać policji, to proszę pójść ze mną. Jeśli
będzie nagroda, może być dla pana. Ja tylko chcę mieć pewność, że trafią
do jakiejś bazy danych i wrócą do właściciela.
-?Jak pani śmie... Sugeruje pani, że nie można mi zaufać?
-?Nie! -?skłamała.
Schowała pierścionki do woreczka i zaciągnęła sznurki, po czym poprawiła
pas bezpieczeństwa, który nagle wydał się jej zbyt ciasny. Ta podróż
przybierała kierunek, który bardzo jej się nie podobał. Gdyby nie
czteropasmowa autostrada, kazałaby mu się zatrzymać.
-?Suka.
Prawie niesłyszalne. Prawie. Wyszeptał to pod nosem, ale usłyszała
wyraźnie. Pas awaryjny nagle wydał się bezpieczniejszą opcją niż
siedzenie w tym samochodzie.
Jak do tego doszło? Poprzednio spotykała tu tylko życzliwych ludzi i rozmownych taksówkarzy z zabawnymi anegdotami. Tym razem była w mieście
niecałą godzinę i już wdawała się w otwarty konflikt z facetem, który
właśnie nazwał ją suką, jadąc siedemdziesiąt mil na godzinę.
Gdyby była tu Erin, szybko postawiłaby go do pionu i rozwaliła dach tego
auta, ale Sophie taka nie była. Zawsze była mediatorką. Tą cichą. Tą,
która stała z boku i wszystko analizowała -?zwykle za długo.
Ale nie dziś. Gdy tylko zjadą z autostrady, zażąda, by zatrzymał się
przy komisariacie. Właściwie powinna już sprawdzić, gdzie jest
najbliższy. Wyciągnęła telefon. Szybkie spojrzenie w lusterko -?jego
oczy były skierowane na drogę, ale szkarłatna twarz i pulsująca żyła
przy szczęce zdradzały wściekłość.
Jej kciuki pracowały jak szalone, gdy sprawdzała w Google najbliższy
komisariat. Zaraz mieli minąć jeden w dzielnicy Govan, kilka zjazdów
dalej. Nawet jeśli wejdzie z nią do środka, może go zostawić i zamówić
inną taksówkę spod komisariatu. Nie było mowy, by znów wsiadła do tego
auta. Tak, to właśnie...
-?Idiota! -?syknął z przodu.
Głowa Sophie poderwała się w górę dokładnie w chwili, gdy samochód
gwałtownie zjechał w bok, a z jego ust wydobył się wściekły warkot pod
adresem białego vana, który ich wyprzedził. Tego typu sytuacje zdarzały
się codziennie, ale ten kierowca brał je do siebie. To był najgorszy
poranek w jej życiu. Przyjechała tu, by zaryzykować serce. Okłamała
ojca. A teraz czuła się jak w kolejnym filmie z serii Szybcy i wściekli: Zabójcza taksówka.
Ledwie skończyła tę myśl, gdy zobaczyła, jak głowa kierowcy opada do
tyłu. Poczuła, jak samochód zaczyna się ślizgać. Kołysać. A potem -?nie,
nie, nie -?wirować.
Huk.
Głuche uderzenie.
Przerażające uczucie, że rzuca nią na bok, potem do przodu, potem znów
do tyłu.
A potem ból. Okropny, palący ból.
Sophie w jednej chwili zrozumiała, że to nie skończy się dobrze.
Tata nigdy jej tego nie wybaczy. Kłamstwa. Powrotu po Asha. Tego, że
umrze.
To były jej ostatnie myśli, zanim wszystko pogrążyło się w czerni.