Rozdział 4
Bartosz Bogucki usiadł w kuchni na wysokim hokerze i zacisnął prawą dłoń na zimnej butelce piwa. Od jakiegoś czasu stronił od alkoholu. Starał się, aby jego umysł pracował bez jakichkolwiek zakłócaczy, a już wielokrotnie budził się w nocy z jakimś pomysłem do sprawdzenia i cieszył się wtedy, że nie jest otumaniony procentami.
W domu, a dokładniej w salonie mieszkania swojej dziewczyny, na jednej ze ścian zawiesił trzy wielkie korkowe tablice i niczym detektywi w amerykańskich filmach zbierał wszystkie dane odnośnie do prowadzonego śledztwa w sprawie zaginięcia komisarza Maksymiliana Obrębskiego.
Jego kolegi.
Przełożonego.
Kogoś, komu zawdzięczał tak wiele, a który sam poszedł na akcję, gdy on był na przymusowym urlopie, za co zapłacił wysoką cenę. Od blisko dwóch miesięcy nikt nie wiedział, gdzie jest.
Starszy aspirant na lewej skrajnej planszy zamontował cyfry, które odliczały dni od tego zdarzenia, niczym timer na bombie, tylko tutaj wzrost wartości zbliżał do nieuchronnej katastrofy. Początkowo wiara, że komisarz znajdzie się lada dzień, była olbrzymia. Każdy telefon wprawiał policjanta w euforię, bo wierzył on, że zaraz usłyszy głos kolegi, który z ironią w głosie rzuci jakieś niedorzeczne tłumaczenie swojej dłuższej absencji. Z czasem zaczął brać pod uwagę inne scenariusze, ale zawsze w grę wchodziła tylko jedna opcja.
Komisarz Maksymilian Obrębski żyje.
Beata wielokrotnie powtarzała, że musi być gotowy na każde rozwiązanie, i mimo że sama cierpiała, ponieważ sprawa dotyczyła jej byłego chłopaka, z którym spędziła kilka lat, to ona odgrywała rolę tej racjonalnej, twardo stąpającej po ziemi.
Najgorsze, że Bogucki popadał w coraz większy obłęd. Potrafił wstać o drugiej w nocy i wypisywać wszystkich usługodawców, którzy mogli przebywać w okolicy, mimo że robił to już wcześniej. Rozmawiał już ze wszystkimi śmieciarzami, listonoszami, ludźmi od gazu, prądu czy światłowodów, którzy pracowali w tym terenie, poszerzając sukcesywnie obszar o kolejne kilometry.
Gdy jeden pan z gazowni odmówił mu kolejnej rozmowy, bo śpieszył się do szpitala do żony, której kilka godzin wcześniej usunięto wyrostek robaczkowy, wpadł w szał. Skończyło się skargą na niego i ostrzeżeniem.
- Bogucki, nie możesz wpieprzać się w to śledztwo. Jeszcze raz tak zrobisz, to wylecisz z roboty. I nie będę się cackał, bo szukasz jednego z naszych. Zasady to zasady i masz ich, kurwa, przestrzegać.
Nie dyskutował z komendantem. Wiedział, że każdemu na komisariacie, a w sumie każdemu funkcjonariuszowi w całym kraju, zależy na odnalezieniu Maksa, ale mimo to gdzieś w środku miał przekonanie graniczące z pewnością, że tylko on jest w stanie odnaleźć kolegę.
Dlatego po wyjściu z gabinetu szefa wszystkich szefów, jak wielu mówiło na przełożonego, postanowił, że musi bardziej uważać, bo rezygnować nie planował, nawet wiedząc, jakie mogłyby być konsekwencje, gdyby go złapano na kontynuacji prywatnego śledztwa. Przeszedł w tryb jeszcze większej konspiracji.
Już praktycznie z nikim nie rozmawiał na temat poszukiwań. Zbierał dowody w domu Beaty, wieszał je na ścianie i gdy wracał, zasiadał na krześle i całymi dniami się na nie gapił, tak jakby miały mu coś powiedzieć. Wyszeptać rozwiązanie, na które nikt inny nie wpadł.
- Jak śledztwo? Zamknęliście tego gwałciciela? - rzuciła dla odwrócenia uwagi Beata i zaczęła zapinać długi sweter.
Bogucki podniósł na nią wzrok, jakby dopiero teraz zorientował się, że nie jest sam, i sięgnął po plaster suszonego jabłka z talerza leżącego przed nim. Od jakiegoś czasu Beata próbowała go na różne sposoby dokarmiać, rozstawiając po mieszkaniu miseczki z suszonymi owocami lub orzeszkami.
- Do końca szedł w zaparte. Tak jakby w ogóle nie brał pod uwagę, że go zdemaskujemy. Bogaty, dobrze ubrany, a skurwiel nad skurwiele. Obrzydliwy typ. Bliski byłem tego, żeby strzelić mu w ryja.
- Nie dziwię się. - Kobieta podeszła bliżej mężczyzny i podrapała go po głowie, wiedząc, jak bardzo to lubi. - To jest najgorsze. Ludzie myślą, że jak ktoś ma kasę, chodzi w eleganckich ciuchach, to nic złego drugiemu człowiekowi nie zrobi. - Beata usiadła na drugim wysokim stołku i chwyciła za świeże jabłko, które leżało w misce. Wgryzła się w nie, a po jej brodzie poleciało kilka kropli słodkiego soku. Siedzieli tak w ciszy, którą przerwała ona: - Wszyscy są bardzo poruszeni tym całym zdarzeniem i jest pomysł na serię spotkań odnośnie do radzenia sobie w takich sytuacjach.
- A nie mamy takich już? - Bogucki obrócił się w stronę kobiety i skrzyżował ręce na brzuchu, przy czym poczuł własne wystające żebra. Nie lubił siebie samego w takim wydaniu, ale nie potrafił się zmusić do jedzenia, a budowanie masy, co już parokrotnie w życiu robił, zupełnie nie wchodziło w grę. Jedzenie przestało mu smakować i przynosić jakiekolwiek pozytywne doznania.
- Są, ale wiesz, każdy taki gwałt, który wzbudza zainteresowanie telewizji, mediów społecznościowych, powoduje panikę, szczególnie wśród kobiet, chociaż też rodziców nastolatek, a to generuje potrzebę organizacji takich spotkań.
- Czyli kolejna pogadanka o tym, jak sobie radzić? - spytał Bartosz, a w odpowiedzi zobaczył delikatny ruch głowy na bok.
- Mam nadzieję, że nie. Chciałabym, aby wyszło nam coś nietypowego. Oczywiście będą spotkania z instruktorami krav magi, którzy pokażą, jak się bronić. Mają być też zajęcia z krzyczenia.
- Krzyczenia? - Policjant zmarszczył brwi i sięgnął po kolejne suszone jabłko, choć parokrotnie się przekonał, że zjadane na pusty żołądek mogą wywołać nie lada problem.
- Tak, nie wiem, czy wiesz, ale ofiary przemocy rzadko kiedy krzyczą.
- Dlaczego?
- Bo się boją, bo nie potrafią. Głos gdzieś grzęźnie w gardle i mimo tego, że są oko w oko z zagrożeniem, nie potrafią wydusić z siebie dźwięku, który zaalarmuje kogoś i dzięki temu zwiększy szanse na wyjście z opresji. Co ważne, tego można się nauczyć.
- Skąd wiesz?
Bartosz pochylił się ku niej i położył dłonie na jej udach. Ona jednak westchnęła, spuściła głowę, a jej twarz spochmurniała. Zapadła dojmująca cisza, co oznaczało jedno. Strachy z przeszłości.
Bartosz Bogucki wstał i otoczył Beatę swoimi umięśnionymi ramionami, których muskulatura mocno ostatnio się uwypukliła. Strata masy ciała plus katorżnicze treningi, które serwował sobie regularnie, by chociaż przez chwilę nie myśleć, przynosiły wymierne efekty.
- Gdy zaczęłam studia, poszłam z koleżanką na domówkę do innej dziewczyny od nas z roku. Dopiero się poznawaliśmy, ale każdy był otwarty na nowe znajomości. Cieszyłam się na to wszystko. Przyjechałam z małej miejscowości. Każda rzecz mnie fascynowała. Transport publiczny, sklepy, natłok restauracji i barów. U nas w Radomiu wszystko było dość przewidywalne, opatrzone. A tutaj metro, Pałac Kultury, kina, teatry. Na każdym rogu coś, co mnie elektryzowało i przyciągało niczym magnes opiłki metalu.
Na chwilę zamilkła, a Bartosz pogłaskał ją po plecach swoimi wielkimi dłońmi, z których zawsze się śmiała, że wyglądają niczym przeszczepy od niedźwiedzia.
- Pamiętam, że bardzo wtedy padało. Nie zdążyłam jeszcze przywieźć jesiennych butów, więc koleżanka, z którą mieszkałam, pożyczyła mi cieplejsze, trochę za duże, ale i tak lepsze niż moje trampki, w których cały czas chodziłam. Gdy przyjechałyśmy na miejsce, doznałam szoku. Muzyka dudniła już na przystanku, który znajdował się jakieś dwieście metrów od domu, do którego szłyśmy. Jeju, jak my się cieszyłyśmy. Z tego, co wcześniej zrozumiałam, miało być nas kilka osób, a przyszło dobre trzydzieści i cały czas napływali nowi. Istne szaleństwo. Bawiłam się super... - Wyswobodziła się z uścisku, pocałowała Bartosza w policzek i przeszła na drugą stronę blatu. - Nie wiem, ile wypiłam. Później próbowałam sobie przypomnieć, ale nie potrafiłam. Nigdy nie ciągnęło mnie do alkoholu, bo w młodości napatrzyłam się, co procenty robią z człowiekiem, więc nie wlewałam w siebie wódki, jak to robili niektórzy. Za to Hania, moja koleżanka, popłynęła. Z każdą godziną bardziej przechodziła na drugą stronę mocy. Koło pierwszej w nocy stwierdziłam, że czas wracać. Planowałyśmy dostać się do domu autobusem nocnym, ale ona nie nadawała się na taką podróż, a może bardziej ja na jej eskortowanie wśród gapiących się obcych, którzy niewybrednie komentują. Zamówiłam taksówkę, chociaż stanowiło to dla mnie spory wydatek. Wiesz, u mnie w domu się nie przelewało, więc nadwyżek na rozbijanie się taksówkami nie miałam. Przyjechał starszy pan, to znaczy koło pięćdziesiątki. - Prychnęła, a na jej twarzy pojawił się uśmiechopodobny grymas. - Nawet nie zwróciłam uwagi na jego wygląd. Może gdybym to zrobiła, nie wsiadłybyśmy do samochodu.
Kobieta położyła dłonie na blacie, zamknęła oczy i powoli wypuściła powietrze, układając usta w dzióbek. Bartosz przyglądał się jej uważnie, ale nie drgnął. Znali się już na tyle dobrze, że wiedział, że nie chce z jego strony litości. Chce po prostu opowiedzieć mu swoją historię.
- Ja nie mieszkałam zbyt długo w stolicy, ale od razu wiedziałam, że coś jest nie tak. Pojechał w innym kierunku. Chwilę czekałam, zanim spytałam, co się dzieje i dlaczego jedzie nie tam, gdzie powinien. Kiedyś nasłuchałam się od ojca, że taksówkarze to oszuści i naciągają, szczególnie przyjezdnych lub tych pod wpływem. Niestety gość milczał. Kazałam mu się zatrzymać, ale ponownie mnie zignorował. Zaczęłam krzyczeć, że zgłoszę go do urzędu miasta czy innego miejsca, które odpowiada za licencje dla kierowców. Jednak i tym się nie przejął. W pewnym momencie skręcił w las. Potrząsnęłam Hanią, ale ona nie zareagowała. Leżała na siedzeniu nawalona jak bela. Totalnie odpłynęła. Po chwili zatrzymał samochód. Panowała przerażająca ciemność. Byłam ja, ten popieprzony facet i niekontaktująca z rzeczywistością koleżanka, która nie reagowała na moje zaczepki, trząsanie nią czy nawet policzkowanie.
Beata w końcu spojrzała na Boguckiego, a po jej policzkach powoli spływały łzy.
- Wiedziałam, że będzie źle. Że trafiłyśmy na jakiegoś psychola, tylko pytanie było, co dokładnie chce nam zrobić... Okraść, zgwałcić, a może zabić? Gdy stanął w końcu, odwrócił się, a na twarzy miał najokropniejszy uśmiech, jaki kiedykolwiek widziałam. Nie wiem, jak on przeszedł testy psychologiczne na kierowcę, ale na pewno było z nim coś nie tak.
Ponownie zrobiła przerwę. W końcu milczący rozmówca nie wytrzymał, wstał i podszedł do niej. Objął delikatnie i momentalnie wyczuł, jak jego ukochana się cała trzęsie. Nie oponowała, zatopiła się w jego ramionach. Dłuższą chwilę trwali w milczeniu, którą w końcu przerwała ona:
- Kazał mi się rozebrać. Oczywiście powiedziałam, żeby spieprzał, i zaczęłam szarpać się z klamką. Skurwiel zablokował zamki. Darłam się na niego, cały czas próbując otworzyć drzwi lub chociaż okno. Niestety byłam bez szans. Wtedy wyciągnął broń.
- O kurwa... - wyszeptał Bartosz, a ona delikatnie wyswobodziła się z objęć i pokręciła głową.
- Nigdy wcześniej ani później się tak nie bałam. Zupełnie nie wiedziałam, co robić, a na dodatek koło mnie leżała niczym worek ziemniaków koleżanka i czułam, że powinnam się nią opiekować. Ponownie rozkazał mi się rozebrać. Zrobiło się groźnie, więc nie spiesząc się, posłuchałam go... Zdjęłam kurtkę i liczyłam, że jakimś cudem to wystarczy. Ale nie. Z drwiną na twarzy, śmiejąc się chrapliwie, kazał kontynuować. Zdjęłam jeszcze sweter i wtedy stał się cud. Hania się obudziła i zrobiła coś, co chyba uratowało nam życie. Podniosła się i nawet nie otworzyła oczu, tylko zaczęła rzygać. Czegoś takiego nie widziałam nigdy. Ta drobna dziewczyna wyrzucała z siebie to, co w niej tkwiło, w sposób obrzydliwy i taki hardcorowy... - W tym momencie Beata zaśmiała się głośno i wytarła spływające po policzkach łzy ściągaczem szarej bluzy, którą założyła po powrocie z pracy. - A najśmieszniejsza w tym wszystkim była reakcja tego skurwiela. Zaczął się na nią wydzierać z powodu uszkodzenia tapicerki. Krzyczał, że zapłacimy za wymianę i takie tam. Wyszedł z auta i otworzył z jej strony drzwi, żeby wyciągnąć ją na zewnątrz. W tym całym wzburzeniu zapomniał o broni, którą chwilę wcześniej mierzył do mnie. Nie czekałam. Zabrałam ją, wyskoczyłam z samochodu i wycelowałam w niego. Na szczęście należałam do bardzo nielicznej grupy osób, które trzymały w swoim życiu broń. Nielegalnie, ale jednak. Mój wujek, brat matki, kochał strzelać i jak jeździłam do niego z braćmi na wakacje, to czasami pozwalał nam walić do puszek. Nie szło mi jakoś specjalnie dobrze, ale potrafiłam odpowiednio chwycić, odbezpieczyć, a następnie strzelić. Oczywiście wcześniej moimi przeciwnikami były puszki po piwie czy coli, ale w tej sytuacji czułam, że jestem gotowa na wszystko. On albo my.
- Strzeliłaś? - zapytał z przejęciem w głosie Bogucki, cały czas głaszcząc dziewczynę.
- Na szczęście nie musiałam. Hania jakoś doszła do siebie na raz-dwa i zaczęła grzebać w CB-radiu w jego aucie. Oczywiście darł się na nas, że tak nie można. W końcu udało jej się połączyć. Niestety nie wiedziałyśmy, gdzie jesteśmy, a facet, mimo że mierzyłam do niego z broni, milczał jak grób w tej kwestii, grożąc nam raz po raz. Żadna z nas nie potrafiła prowadzić, więc nie było opcji, żebyśmy same wyjechały z lasu. W końcu za namową dyspozytorki zaczęłyśmy trąbić. Po pięciu minutach zobaczyłyśmy światła. Obie popłakałyśmy się z radości. Jakiś mężczyzna mieszkający niedaleko się zaniepokoił, wsiadł w piżamie do auta i zaczął szukać źródła dźwięku. Gdy nas znalazł, myślał, że trafił na jakieś porachunki gangsterskie. Dwie dziewczyny, jedna z bronią, i dziwny facet. Na szczęście szybko wszystko wyjaśniłyśmy. Później jakoś poszło. Podał nam adres, a dyspozytorka wezwała policję.
- Masakra.
- No, ale to nie koniec. Okazało się, że facet miał na koncie już kilka gwałtów, ale ofiary tego nie zgłaszały, bo straszył je, że wie, gdzie mieszkają. Poza tym były pijane i w sumie to one chciały z nim współżyć.
- O matko... - Bogucki podniósł dwa palce do góry niczym zgłaszający się do odpowiedzi uczeń i zmarszczył brwi. - Ale to w jaki sposób policja się dowiedziała?
- No tak, ty wszystko wyłapiesz - zaśmiała się i pokiwała głową z uznaniem. - Zgodziłam się na wywiad dla lokalnej telewizji, a zakończyłam go prośbą do potencjalnych ofiar o zgłaszanie się. Wtedy jeszcze nie wiedziałam o innych kobietach, ale pewność tego gościa świadczyła dla mnie o tym, że to nie jego pierwszy raz. Że kiedyś komuś zrobił już krzywdę.
- Smutne jak cholera.
- Dokładnie... - sapnęła przeciągle i położyła głowę na jego ramieniu. - Od tego czasu nie jeżdżę taksówkami sama, przeszłam kilka szkoleń z samoobrony i prowadziłam już wiele pogadanek o tym, jak sobie radzić.
- Nie wiedziałem - wyszeptał jej do ucha i delikatnie pogłaskał po plecach.
- Jeszcze wiele rzeczy o mnie nie wiesz.
- Oby kolejne nie były takie straszne.
- Nie, na szczęście takich już nie mam zbyt wiele na swoim koncie.
- Zbyt wiele? - Odsunął się od niej i spojrzał, marszcząc brwi.
Beata wymknęła się z jego ramion i podeszła do szafki. Wyciągnęła patelnię, po czym zaczęła wyjmować z lodówki produkty do przygotowania obiadu, który zobligowała się wcześniej zrobić.
- Oj, nie mam już nic. Nikt mnie nie porwał, nie zrobił nic złego. Na szczęście, ale od samego obserwowania tego całego gówna robi się słabo i smutno. Jakby mnie to po części dotyczyło. W sprawie Zuzanny najgorsze jest, że wydarzyło się to w centrum miasta, chodziło tak dużo osób wkoło i nikt nie zareagował.
- Wiem, jedna z kobiet, którą udało się wychwycić na kamerze i zidentyfikować, powiedziała, że nie podejrzewała, że tam dzieje się cokolwiek złego. - Bogucki pokręcił głową. - Ot, jakaś para, która nie ma swojego kąta lub nie zdążyła do niego dotrzeć. Twierdziła, że parę razy już widziała takie rzeczy, ale nie wiem, czy tak sobie wmawiała, żeby się lepiej poczuć, czy faktycznie tak było.
- Średnie tłumaczenie. Ludzie zupełnie nie myślą. Wystarczyłoby odejść kawałek, wybrać numer alarmowy i poinformować o zdarzeniu. Może przerwaliby schadzkę kochanków, ale mogła też komuś uratować życie lub zminimalizować traumy. I właśnie o tym są pogadanki. Przede wszystkim jak się zachowywać.
- Uciekać - wtrącił Bartosz i wyjął ryż z szuflady. To on zawsze był odpowiedzialny za jego przygotowanie, ponieważ Beata miała niesamowity dar do rozgotowywania go.
- Tak, ale jak?
- Szybko - odpowiedział z pewnością w głosie i wykonał kilka dynamicznych ruchów rękami, jakby biegł.
- Te twoje złote myśli są naprawdę cenne - prychnęła rozbawiona. - Ostatnio trafiłam na zbiór ciekawych, a bardziej niestandardowych rad. I na przykład jeżeli wydaje nam się, że ktoś za nami jedzie, to najlepiej zacząć uciekać w kierunku, z którego auto nadjechało. Jeśli faktycznie nas śledzi, musi zawrócić, czym od razu przyciągnie uwagę. Plus zajmie mu to dłuższą chwilę.
- Sprytne! - Przeciął foliowe opakowanie dwóch torebek i wsypał zawartość do garnka, po czym zalał wodą, posolił i postawił na płycie indukcyjnej. Już dawno porzucił rytuał dziesięciokrotnego przelewania ryżu wodą. Nie czuł różnicy, a jak mówiła jego ciotka, jak nie czuć różnicy, to po co przepłacać, a w tym przypadku męczyć się za bardzo.
- Kolejna sprawa to to, co zupełnie przypadkiem zrobiła Hania, czyli wymioty. Prowokacja wymiotów, jak już wiemy, że mamy do czynienia ze zboczeńcem, może zdecydowanie ostudzić i obrzydzić mu jego zamiary. Nikt nie lubi obcować z umorusaną wymiocinami kobietą. Alternatywna opcja to posikanie się w gacie.
- O ja pierdzielę, nigdy o tym nie pomyślałem. - Bogucki wydął wargi i pokiwał potakująco głową.
- Bo nigdy nikt nie gapił się na ciebie w taki sposób, że czułeś, że rozbiera cię wzrokiem, śliniąc się przy tym, i to bez twojej zgody, zainteresowania. Nigdy nikt nie obmacywał cię w miejscu publicznym, nie rzucał w twoją stronę niewybrednych propozycji.
- A w twoją?
- Oczywiście. Jak byłam w siódmej klasie, musiałam wyjść z autobusu, bo jakiś facet włożył mi rękę pod spódnicę. Nikt nie zareagował, chociaż wydawało mi się, że kilka osób zauważyło, ale widząc przerażenie w moich oczach, odwrócili wzrok, a ja bałam się odezwać. Niestety ten obleśny typ wysiadł na tym samym przystanku co ja i szedł za mną. Myślałam, że umrę ze strachu. Weszłam do jakiegoś sklepu i się popłakałam. Właścicielka od razu się mną zainteresowała. Dała mi jakieś ziółka do wypicia na uspokojenie, po czym kazała synowi odprowadzić mnie do domu.
- Jestem w szoku... - Wypuścił powietrze i wcisnął przycisk "power" na płycie indukcyjnej. - Ja chyba żyję w jakimś innym świecie.
- Nie, tylko jak coś nas bezpośrednio nie dotyczy, to często się tym nie interesujemy. Takich przypadków jest mnóstwo, a większość jest ignorowana. Zresztą nikt nie ściga sprawcy jednorazowego macania, zawsze może powiedzieć, że autobus nagle zahamował i ręce jakiegoś typka przypadkiem wylądowały na jędrnych pośladkach niewinnej nastolatki. Poza tym ofiary nie zgłaszają tego. Teraz, gdyby mi się coś takiego stało, pewnie bym zareagowała, ale gdy miałam te naście lat? Zapomnij. Nie powiedziałam o tym w domu. Ani rodzicom, ani braciom. Tak naprawdę jesteś pierwszą osobą, której o tym mówię. To tym bardziej nie miałabym odwagi pójść na policję. Poza tym wtedy całą winę wzięłam na siebie.
- Serio?
- Tak. Długo wmawiałam sobie, że to przeze mnie. - Beata położyła na desce paprykę, a przed nią cebulę i pomidory, które chwilę wcześniej wyciągnęła z szafki, i zaczęła je kroić. - Że jakoś go sprowokowałam. Gdy zrozumiałam, że to nieprawda, nie miało to już znaczenia, a opowiadanie bliskim czegoś z przeszłości niczemu nie służyło. Zresztą teraz nie mówię tego, by wzbudzać litość, więc przestań tak na mnie patrzeć. - Zrobiła wielkie oczy, dając znać, że ma się uspokoić. - Chodzi bardziej o to, że wy, faceci, nigdy nie spotykacie się z takimi rzeczami. Was nikt nie obmacuje. Nie gwiżdże na wasz widok. Nie puszcza zbereźnych haseł. Nie gwałci.
- Bo jesteśmy sprawcami.
- Nie "wy". - Ostatnie słowo mocniej zaakcentowała i wrzuciła zawartość deski na patelnię. - To jakiś promil promila stanowi problem. Cała reszta musi wspierać nas, aby takie rzeczy się nie działy.
- Wiem. Ale i tak to jest smutne, że jedna płeć cierpi przez drugą. Że to jedna ma na stałe przypisaną rolę napastnika...
- No, ale też są przypadki, kiedy to mężczyźni są ofiarami - wtrąciła Beata i zamieszała podsmażane warzywa.
- Tak, ale to chyba zdarza się równie często jak zaćmienie księżyca.
- Rzadko, ale nie aż tak. - Kobieta wyciągnęła z szafki nad płytą indukcyjną olej oraz koszyczek z przyprawami i zaczęła w nim grzebać. - Mężczyźni niestety też są bici, poniżani, może z gwałtem faktycznie nie mają problemów zbytnio, ale nie można tego lekceważyć. Ja niestety w mojej pracy spotkałam się z facetami w roli tych pokrzywdzonych.
- Serio? - zdziwił się Bogucki i zanurzył łyżkę w wodzie z gotującym się ryżem, po czym zamieszał.
- Tak, i powiem ci, że było mi ich mega żal. Na przykład taki w wieku około trzydziestu lat, wysportowany, całkiem przystojny, młody prawnik. Związał się z koleżanką z pracy, która nie wytrzymując stresu zapieprzania w kancelarii, zaczęła go męczyć. Najpierw były wyzwiska, a z czasem poszła w ruch przemoc. I co najbardziej zaskakujące, to była filigranowa blondynka o urodzie aniołka, a nie szczypała się. Napieprzała go równo, we wszystko. Wyszło to na jaw, ponieważ podczas cotygodniowego spotkania w pracy z szefem chłopak zaczął nagle kaszleć, a następnie pluć krwią. Okazało się, że uszkodziła mu chyba płuca, ale nie pamiętam dokładnie. Lekarz od razu, jak zobaczył ślady, wiedział, że facet został pobity, ale on milczał. Oczywiście ta lafirynda cały czas stała u jego boku, więc ten powtarzał jak zaklęty, że się przewrócił. Na szczęście lekarz należał do tych myślących i wiedział, że coś jest nie tak. Pracowałam wtedy w szpitalu, pomagałam kobietom po poronieniach i innym po ciężkich diagnozach, więc wezwał mnie. Też od razu wyczułam, że coś jest nie tak. - Beata pomieszała raz jeszcze warzywa, sięgnęła tym razem do szafki po lewej stronie i wyciągnęła pomidorową passatę, po czym odkręciła słoik jednym pewnym ruchem, wprawiając Bartosza w zdumienie. - Jak poprosiłam ją, żeby wyszła, i ta po długich negocjacjach odpuściła, to niestety nawet wtedy nic nie powiedział. Wiedziałam, że boi się mówić, jak ona stoi pod drzwiami i zapewne podsłuchuje. Więc czekałam. Gdy w końcu pojechała do domu, chociaż zapowiadała, że będzie spała na krześle pod jego salą, bo nie chce zostawiać go samego, pojawiłam się ja, cała na biało. - Zaśmiała się w głos i zamieszała sos. - Pamiętam, że było późno i już dawno powinnam być w domu. Gdy weszłam do jego sali, udawał, że śpi, chociaż jeszcze chwilę temu słyszałam, jak żegna się ze swoją dziewczyną, zapewniając o swoich uczuciach.
- Już mi go żal
- I słusznie. Usiadłam koło niego i czekałam. Nie odzywałam się, tylko siedziałam grzecznie. W końcu on sam zaczął, od razu z grubej rury. Nie wiem, dlaczego rozgryzł mnie w mig i wiedział, że nie odpuszczę, jak nie powie mi prawdy.
- I co ci opowiedział?
- Wszystko... - Pokręciła głową. - O tym, jak najpierw go wyzywała, obrażając, mówiąc straszne rzeczy na jego rodzinę, bliskich. Zrzucał to na przepracowanie, za dużo na głowie. Ona później przepraszała, a on nie potrafił się długo gniewać. Pierwszy raz uderzyła go, gdy sprawa, którą chciała dostać, przypadła innemu adwokatowi, co ważne, facetowi. I to było zapalnikiem. Podobno przez dobrą godzinę darła się na niego, że faceci są do niczego, a i tak dostają to, co chcą. Że ona musi trzy razy ciężej pracować, a i tak nie zawsze cokolwiek z tego ma.
- Chyba ma rację.
- Niestety tak, tylko czy to powód do agresji? Niestety działamy cały czas w świecie, gdzie istnieją pewne beznadziejne zasady i ludzie się nadal tego trzymają. Popatrz na topowe firmy, z reguły na ich czele stoją mężczyźni i nie dlatego, że są mądrzejsi, tylko dlatego, że się utarło, że mężczyzna przewodzący firmą będzie dawał jej więcej profitów. Tylko nikt nie sprawdził, co się stanie, jak będzie to kobieta. Często pomijane są w awansach, bo jak tłumaczą niektórzy szefowie, "pewnie zaraz zajdzie w ciążę i co my zrobimy". Tylko często kobiety, gdy wracają do pracy po urodzeniu dziecka, są jeszcze efektywniejsze niż wcześniej, a już wcześniej zapieprzały bardziej niż koledzy na takim samym stanowisku.
- Dobra, a co z tym kolesiem, co go lała laska?
- No co? - Wzruszyła ramionami. - Dostało mu się za całe zło tego świata. Za brak awansu. Za to, że w zarządzie są sami faceci. Ale nawet za to, że w podstawówce nauczycielka wysłała na olimpiadę tylko chłopców, mimo że ta jego dziewczyna niby też zasługiwała, ale babka tłumaczyła swoją decyzję tym, że jej uczennica bardzo się denerwuje i pewnie przez to nie podoła.
- Słabe.
- No tak, tylko czy upoważnia to do lania innych, i to metalową pałką?
- Metalową pałką? - powtórzył po Beacie Bogucki i włożył do ust kolejną garść suszonych jabłek.
- Tak, nie pamiętam, skąd ją miała w domu, ale przywaliła mu czymś takim. Na szczęście chłopak po moich dłuższych namowach zgodził się zeznawać. Podobno od dawna zastanawiał się nad zerwaniem. Miał nawet gdzie zamieszkać, jedyne, czego się bał, to co z pracą. Czy dziewczyna nie zrobi jakiejś krzywej akcji, oskarżając go o cokolwiek. To jednak się szybko rozwiązało, bo jak policja przyszła po nią do kancelarii - w tym momencie odwróciła się do Bartosza i puściła do niego oczko, z czego odczytał, że miała w tym udział - problem niespodziewanych spotkań w pracy zniknął bezpowrotnie.