Je2bnik. Ona. Tom 3 - Agnieszka Peszek

Kup ebooka

45.90 zł
36.72 zł (34,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Star­szy aspi­rant Bar­tosz Bo­gucki usiadł na­prze­ciwko ele­gancko ubra­nego męż­czy­zny.

Metr dzie­więć­dzie­siąt trzy. Równo przy­strzy­żony za­rost. Zgrabny nos, pełne usta. Oczy brą­zowe, a wo­kół nich rzęsy o dłu­go­ści prze­kra­cza­ją­cej prze­ciętną. Typ przy­cią­ga­jący uwagę, a do tego strój świad­czący o cał­kiem gru­bym port­felu. Nie­pre­ten­sjo­nalny, ale z klasą.

Ca­ło­kształt wy­wo­łu­jący za­wiść u ko­le­gów i wes­tchnię­cia u płci prze­ciw­nej.

Ale po­li­cjant mu nie za­zdro­ścił. Sie­dzieli te­raz w nie­wiel­kim po­miesz­cze­niu w ko­mi­sa­ria­cie nie dla­tego, że chciał z nim po­roz­ma­wiać o po­go­dzie czy ostat­nim wy­stę­pie pol­skiej re­pre­zen­ta­cji w piłce noż­nej. Po­wód był zde­cy­do­wa­nie po­waż­niej­szy i wszystko wska­zy­wało, że je­den z obec­nych nie wyj­dzie z tego star­cia zbyt szczę­śliwy.

- Pro­szę się przed­sta­wić - za­czął po­li­cjant bez słowa wpro­wa­dze­nia. Wi­dział, jak ro­bili tak inni, więc on rów­nież nie pla­no­wał się pa­tycz­ko­wać. Włą­czył nie­wielki dyk­ta­fon, który wy­cią­gnął z szu­flady biurka, i po­ło­żył go przed sobą.

Roz­mówca uśmiech­nął się i po­pra­wił man­kiet śnież­no­bia­łej ko­szuli, mimo że z per­spek­tywy po­li­cjanta wy­glą­dała nie­na­gan­nie.

- Grze­gorz Więc­kow­ski.

- Kiedy i gdzie się pan uro­dził?

- W sto­licy, dwu­dzie­stego trze­ciego kwiet­nia, rocz­nik osiem­dzie­siąty piąty.

- Czym się pan zaj­muje?

- Pro­wa­dzę ro­dzinny biz­nes. Ca­te­ring, kilka re­stau­ra­cji. Pew­nie pan sły­szał o Zdro­wej Mi­sce? - Wy­piął klatkę pier­siową, jakby wy­peł­nia­jąca go duma prze­stała się w nim mie­ścić.

- Nie - od­po­wie­dział sta­now­czo po­li­cjant, mimo że do­brze znał tę firmę. Ja­kiś czas temu za­sta­na­wiał się nad je­dze­niem pu­deł­ko­wym, ale po przej­rze­niu wszyst­kich ofert stwier­dził, że zde­cy­do­wa­nie nie jest to po­mysł na jego kie­szeń. Zo­stał więc przy ży­wie­niu w domu i spo­ra­dycz­nie w ba­rach mlecz­nych, bo na szczę­ście jesz­cze nie wszyst­kie po­umie­rały.

- To mój główny pro­jekt, który bar­dzo dy­na­micz­nie re­kla­mu­jemy i...

- Nie to jest przed­mio­tem na­szej roz­mowy. Tak jak mó­wi­łem wcze­śniej, chciał­bym po­roz­ma­wiać o ostat­nich wy­da­rze­niach, które miały miej­sce na ty­łach jed­nego z pana lo­ka­lów.

- Już wszystko po­wie­dzia­łem i nie mam zu­peł­nie nic do do­da­nia. Nie wiem, po co za­wra­ca­cie mi głowę. Ta­kie nę­ka­nie oby­wa­teli chyba nie jest zgodne z prze­pi­sami. Każdy po­wi­nien być trak­to­wany jako nie­winny do mo­mentu udo­wod­nie­nia mu winy.

- Ro­zu­miem pana nie­za­do­wo­le­nie, ale wy­pły­nęły nowe fakty.

- Nowe fakty? - po­wtó­rzył po funk­cjo­na­riu­szu i za­ło­żył nogę na nogę, jakby sie­dział w knaj­pie, a nie na prze­słu­cha­niu w spra­wie gwałtu i próby za­bój­stwa.

- Tak, ale przej­dziemy do tego póź­niej. Z tego, co pan ze­znał, to tań­czył pan z Zu­zanną Za­jąc, zga­dza się? - Bar­tosz Bo­gucki za­ło­żył ręce na brzu­chu, który przez ostat­nie mie­siące zro­bił się wręcz wklę­śnięty. Ni­gdy nie na­le­żał do oty­łych, ale te­raz stres dał się we znaki. Gdyby nie Be­ata, jesz­cze bar­dziej zszedłby z wagi. To ona sie­działa przy nim i pil­no­wała, czy na pewno je to, co mu przy­go­to­wała. Cza­sami się na nią wku­rzał, miał ochotę wyjść z jej miesz­ka­nia i nie wró­cić, ale wie­dział, że uko­chana chce dla niego jak naj­le­piej, a poza tym sama cierpi.

Wy­pro­sto­wał się i po­ło­żył łok­cie na stole, gdy Więc­kow­ski się ode­zwał:

- Tak. Ko­cham ta­niec, kie­dyś na­wet cho­dzi­łem na za­ję­cia. Zresztą w moim lo­kalu czę­sto urzą­dzane są po­kazy. Za­sadą ta­kich wie­czo­rów salsy jest to, że pro­simy do tańca na­wet nie­zna­jome osoby, dla­tego nie jest ni­czym po­dej­rza­nym, że się z nią chwilę po­krę­ci­łem po par­kie­cie.

- I pani Za­jąc była wła­śnie taką nie­zna­jomą? - Zmru­żył de­li­kat­nie oczy, aby wzbu­dzić w roz­mówcy tro­chę stra­chu.

- Tak. Jedną z kilku, na które spa­dło to szczę­ście. - Fa­cet uśmiech­nął się.

Bar­tosz Bo­gucki do­brze wie­dział, że dla wielu ko­biet pląsy z sie­dzą­cym przed nim męż­czy­zną były ni­czym zła­pa­nie Pana Boga za nogi. Ta­kie cia­cho, jak pew­nie wiele z nich okre­ślało fa­ce­tów po­kroju Więc­kow­skiego, sta­no­wiło nie lada atrak­cję. Kilka mi­nut na par­kie­cie mo­gło dać do­bry po­czą­tek do cze­goś wię­cej. Zo­sta­nie dziew­czyną, a może na­wet i żoną ta­kiego go­ścia dla nie­któ­rych sta­no­wiło ży­ciowy cel, a naj­gor­sze było to, że on do­brze o tym wie­dział.

- Spo­tkał pan wcze­śniej Zu­zannę Za­jąc? - kon­ty­nu­ował prze­py­ty­wa­nie star­szy aspi­rant.

- Tak jak mó­wi­łem wie­lo­krot­nie, nie. Ni­gdy nie mie­li­śmy przy­jem­no­ści się po­znać.

Jego głos brzmiał nie­zwy­kle pew­nie, a ru­chy nie wzbu­dzały po­dej­rzeń. Ostat­nio Bo­gucki wiele roz­ma­wiał ze swoją dziew­czyną, psy­cho­lożką, która wy­ło­żyła mu pod­stawy ana­li­zo­wa­nia ludz­kich za­cho­wań. Za­bawa w roz­pra­co­wy­wa­nie ich spra­wiała mu nie­zwy­kłą frajdę. Pa­trzył na źre­nice, zmiany wy­razu twa­rzy, na­pię­cie ciała i pró­bo­wał wy­czy­tać z nich jak naj­wię­cej.

Strach było wi­dać od razu. Lu­dzie po­cili się po­nad normę. In­nym trzę­sły się dło­nie lub za­ci­skali je w pię­ści, cza­sami też ob­ser­wo­wał roz­sze­rze­nie źre­nic, dla­tego by­stro wle­piał wzrok w twarz prze­słu­chi­wa­nego, aby tego nie prze­ga­pić.

Te­raz jed­nak sie­dział przed nim za­wo­dowy po­ke­rzy­sta, nie tylko w prze­no­śni, ale i w ży­ciu co­dzien­nym.

Grze­gorz Więc­kow­ski od pię­ciu lat z cał­kiem spo­rymi suk­ce­sami grał w tę kar­cianą grę na are­nie eu­ro­pej­skiej. Po­li­cjant zna­lazł na­wet kilka wzmia­nek o nim na por­ta­lach te­ma­tycz­nych do­ty­czą­cych roz­gry­wek po­ke­ro­wych. Nic więc dziw­nego, że nie­ru­chomą mi­mikę twa­rzy, czyli tak zwany po­ker face, miał opa­no­waną do per­fek­cji. Mi­ni­ma­li­za­cja re­ak­cji, pełne sku­pie­nie. Na­wet do­sko­nałe prze­szko­le­nie, które za­pew­niła Bo­guc­kiemu Be­ata, nic nie da­wało, po­nie­waż naj­zwy­czaj­niej w świe­cie nie miał ma­te­riału do ba­da­nia. Twarz sie­dzą­cego na­prze­ciwko męż­czy­zny wy­glą­dała ni­czym od­lew lub jakby po­zba­wiona była uner­wie­nia.

- Jest pan tego pe­wien, że ni­gdy się nie spo­tka­li­ście? - Nie od­pusz­czał star­szy aspi­rant Bar­tosz Bo­gucki. - Ma­cie na Fa­ce­bo­oku cał­kiem sporo wspól­nych zna­jo­mych jak na lu­dzi zu­peł­nie so­bie ob­cych...

Pod­su­nął męż­czyź­nie li­stę wszyst­kich osób, które ich łą­czyły. Część uży­wała peł­nych imion i na­zwisk, ale kilka miało dziw­nie brzmiące nicki, jak "Bo­ska El­wira" czy "Ga­meER". Na­pi­sał do nich wszyst­kich z za­py­ta­niem, czy wie­dzą, czy Zu­zanna Za­jąc i Grze­gorz Więc­kow­ski się znają. Z pięt­na­stu osób od­po­wie­działy tylko trzy, mimo że aż osiem od­czy­tało wia­do­mość. Nie­stety oba­wiał się, że nikt nie chce pod­paść sie­dzą­cemu na­prze­ciwko męż­czyź­nie. Wy­glą­dało na to, że się nie pa­tycz­ko­wał i na­wet zna­jo­mych po­tra­fił roz­sta­wiać po ką­tach.

Dwie wy­mi­gały się nie­zna­jo­mo­ścią jed­nej lub dru­giej strony, za to nie­jaka Ka­ro­lina My­śli­bor­ska, ma­jąca usta­wione w tle zdję­cie z Big Be­nem, jako je­dyna po­twier­dziła, że to, co czuł, jest prawdą. Tak, znali się. Kie­dyś Zu­zanna spo­ty­kała się z ko­legą Więc­kow­skiego, a mimo to cały czas do niej za­ry­wał, jak to okre­śliła dziew­czyna. Nie mógł od­pu­ścić, po­nie­waż tamta zde­cy­do­wa­nie wo­lała jego kum­pla.

- Wspólni zna­jomi... - prych­nął prze­słu­chi­wany i z sze­ro­kim uśmie­chem na ustach po­krę­cił głową. - Ja przyj­muję za­pro­sze­nia prak­tycz­nie od wszyst­kich. Nie ma to dla mnie żad­nej war­to­ści. Fa­ce­book, In­sta­gram czy ja­kieś Tik­Toki to gówno, które nas za­lewa. Prę­żące się na nich blon­dynki z cyc­kami więk­szymi niż ich głowy. W mo­jej pracy ważne jest, aby lu­dzie my­śleli, że ich lu­bię i coś nas łą­czy. Jara ich ilu­zja, że znają się z kimś faj­nym, zna­nym.

- Czyli pa­nem? - rzu­cił Bo­gucki z szy­der­czym uśmie­chem na twa­rzy.

Wzru­szył tylko ra­mio­nami i nic nie po­wie­dział.

- To po co się pan tam udziela?

- Ta­kie gów­niane mamy czasy. Tak jak mó­wi­łem, tego wy­maga moja praca. Tego, abym po­ka­zy­wał się wśród pa­to­ce­le­bry­tów, któ­rzy za kasę mnie pro­mują i spra­wiają, że do mo­ich lo­kali przy­cho­dzą tłumy. Po­wo­dują, że moje pu­dełka sprze­dają się jak świeże bu­łeczki. Nie mam więc na co na­rze­kać, może je­dy­nie na to, że cza­sami mu­szę roz­ma­wiać z ludźmi, któ­rzy ni­czego nie po­tra­fią. Któ­rzy są de­bi­lami i w nor­mal­nych cza­sach, nie­ska­żo­nych cy­be­ri­dio­tami, nie mu­siał­bym z nimi ob­co­wać. Oni nic w ży­ciu by nie osią­gnęli, a tak wy­daje im się, że są kimś.

- Aha. - Star­szy aspi­rant wes­tchnął i po­stu­kał dłu­go­pi­sem po biurku od­gra­dza­ją­cym go od prze­słu­chi­wa­nego. - To jesz­cze na ko­niec dwa py­ta­nia... O któ­rej wy­szedł pan z klubu tego wie­czora?

- Mó­wi­łem już, chwilę przed pół­nocą. Nie cho­dzę późno spać, bo rano lu­bię po­bie­gać lub po­ćwi­czyć na si­łowni.

- Jest pan pewny tej go­dziny? - Bo­gucki się przy­su­nął, aby móc le­piej ob­ser­wo­wać jego twarz, a w szcze­gól­no­ści źre­nice.

- Oczy­wi­ście. Moja dziew­czyna to po­twier­dziła. Wku­rza mnie, że cały czas krą­żymy wo­kół tego sa­mego. Nie ma­cie no­wych py­tań i tylko mnie nę­ka­cie.

- Hmm... - Po­li­cjant przy­gryzł dolną wargę, a jego ką­ciki ust de­li­kat­nie się unio­sły. On, w prze­ci­wień­stwie do roz­mówcy, nie na­le­żał do do­brych gra­czy. Nie po­tra­fił kła­mać, a tym bar­dziej w oczy. - Nie­stety pana dziew­czyna, a z tego, co wiem, to już pana była, tego nie po­twier­dziła przy dru­giej roz­mo­wie. Gdy roz­ma­wiała bez pana przy boku, stwier­dziła, że nie ma już ta­kiej pew­no­ści, o któ­rej pan wró­cił, ale było to zde­cy­do­wa­nie po pierw­szej w nocy, może na­wet póź­niej. Poza tym pana ko­mórka dwa­dzie­ścia po pierw­szej lo­go­wała się w oko­li­cach No­wego Światu, czyli pra­wie czter­na­ście ki­lo­me­trów od pana miesz­ka­nia na Wi­la­no­wie.

- To ja­kaś po­myłka.

Twarz prze­słu­chi­wa­nego na­wet nie drgnęła, ale Bo­gucki miał wra­że­nie, że źre­nice mu się po­sze­rzyły. W tym mo­men­cie ża­ło­wał, że nie na­grywa filmu z tego prze­słu­cha­nia albo ktoś nie sie­dzi obok i nie wspiera w ob­ser­wa­cji. Zde­cy­do­wa­nie ła­twiej by­łoby wy­chwy­cić ta­kie niu­anse.

- Do­dat­kowo mamy świadka, który ze­znał, że męż­czy­zna, który zgwał­cił w bra­mie Zu­zannę Za­jąc, po czym pró­bo­wał ją za­bić, miał płaszcz w dość nie­ty­po­wym ko­lo­rze.

Grze­gorz Więc­kow­ski au­to­ma­tycz­nie prze­niósł wzrok na prze­wie­szone przez pu­ste krze­sło na­kry­cie wierzch­nie w ko­lo­rze musz­tar­do­wym, ra­czej mało oczy­wi­stym dla trzy­dzie­sto­pię­cio­let­niego fana szyb­kich sa­mo­cho­dów i im­prez. Od­cień ko­ja­rzył się z kimś o dwie de­kady star­szym, bar­dziej uło­żo­nym.

- To nie jest je­dyny taki płaszcz w oko­licy. Je­żeli in­sy­nu­uje pan, że to do­wód w spra­wie, to ośmie­sza pan sie­bie oraz całą po­li­cję, ale w su­mie to się nie dzi­wię. Co rusz wy­cho­dzą wa­sze nie­do­cią­gnię­cia. - Męż­czy­zna mie­rzył po­li­cjanta wzro­kiem ni­czym re­wol­we­ro­wiec trzy­ma­jący rękę na spu­ście i go­towy do strzału w każ­dym mo­men­cie.

- Oczy­wi­ście, że nie mam pew­no­ści, dla­tego żeby pana wy­kre­ślić z li­sty po­dej­rza­nych, będę mu­siał po­pro­sić o to na­kry­cie wierzch­nie, prze­ba­damy je i czym prę­dzej zwró­cimy, rzecz ja­sna je­śli okaże się, że nie miał pan z tym nic wspól­nego. - Bo­gucki kiw­nął głową w stronę płasz­cza i za­czął za­kła­dać rę­ka­wiczki, które od po­czątku spo­tka­nia le­żały na du­żym stru­no­wym worku.

- Nie może pan ot tak go za­brać, na­tych­miast żą­dam ad­wo­kata. To jest ła­ma­nie mo­ich praw, tak nie można!

Star­szy aspi­rant za­trzy­mał się w pół ru­chu i spoj­rzał na męż­czy­znę. Ten do­piero te­raz zro­zu­miał, że jest na prze­gra­nej po­zy­cji, i mo­men­tal­nie się od­sło­nił. Jego żu­chwa de­li­kat­nie wy­su­nęła się do przodu, a mię­śnie na po­licz­kach za­ry­so­wały moc­niej. Jed­nak nie to cie­szyło po­li­cjanta naj­bar­dziej, ale złość, która po­ja­wiła się w oczach Grze­go­rza Więc­kow­skiego. Wcze­śniej wy­zbyte emo­cji, może wręcz ży­cia, te­raz pło­nęły, bez­li­to­śnie ob­na­ża­jąc męż­czy­znę.

- Oczy­wi­ście. - Bo­gucki uniósł dło­nie w ge­ście ka­pi­tu­la­cji. - Pro­szę dzwo­nić, gdzie­kol­wiek pan chce, a ja w tym cza­sie we­zwę pro­ku­ra­tora, aby do­peł­nił for­mal­no­ści w spra­wie pana aresz­to­wa­nia.

Star­szy aspi­rant wstał i ru­szył w stronę drzwi, jed­nak nie opu­ścił po­miesz­cze­nia, tylko sta­nął z dło­nią na klamce i od­wró­cił się. To była jego chwila triumfu jako po­li­cjanta, bo sam do­padł fa­ceta. Mu­siał więc oso­bi­ście umie­ścić wi­sienkę na tym tor­cie.

- Mu­szę po­wie­dzieć, że fajne ma pan ta­tu­aże. Szcze­gól­nie te na dło­niach, mają moc.

Nic wię­cej nie mu­siał do­da­wać. Grze­gorz Więc­kow­ski za­ci­snął palce, jakby chciał je na­gle ukryć. To ich opis po­zwo­lił na iden­ty­fi­ka­cję gwał­ci­ciela, który za­ata­ko­wał wra­ca­jącą z im­prezy dziew­czynę. Była sama. Wsta­wiona. Za­cze­pił ją praw­do­po­dob­nie już poza klu­bem. Nie­wiele z tego pa­mię­tała, na­wet twa­rzy, ale wie­działa, że po­wie­działa "nie". On jed­nak nie słu­chał, za­cią­gnął ją do bramy przy ru­chli­wej ulicy, przy­parł przo­dem do muru, za­darł su­kienkę i bru­tal­nie zgwał­cił. Pró­bo­wała z nim wal­czyć, ale zde­cy­do­wa­nie gó­ro­wał nad nią wzro­stem i masą. Nie miała sił. Za­mknęła oczy, li­cząc, że za­raz skoń­czy się ten kosz­mar.

Gdy z niej wy­szedł, ode­tchnęła. Pa­trzyła na brudną ścianę ozdo­bioną wul­gar­nymi na­pi­sami, li­cząc, że on za­raz so­bie pój­dzie. Ale wtedy oparł jedną rękę na ścia­nie tuż przy jej twa­rzy, a drugą za­ci­snął od przodu na jej szyi.

Wtedy za­uwa­żyła dziwne zdo­bie­nia na jego knyk­ciach.

W kształ­cie gwiaz­dek. Nie­dawno zro­biony ta­tuaż.

Ura­to­wał ją pies, który za­czął uja­dać.

Wcze­śniej mi­jało ich kilka osób, ale nikt nie za­re­ago­wał.

Ot, para bzy­ka­jąca się w bra­mie. Nic szcze­gól­nego w im­pre­zo­wej czę­ści sto­licy.

To pies wy­ka­zał się naj­więk­szą em­pa­tią. Nie­stety gdy wraz z wła­ści­cie­lem po­de­szli bli­żej, gwał­ci­ciel uciekł w bramę, prze­biegł przez po­dwórko i znik­nął. Zresztą dwu­dzie­sto­sied­mio­letni Mi­łosz Kow­nacki na­wet za nim nie ru­szył. Od razu wy­cią­gnął te­le­fon i za­dzwo­nił po po­go­to­wie, po czym okrył roz­trzę­sioną dziew­czynę swoją kurtką i pró­bo­wał po­cie­szyć do­brym sło­wem.

Po­li­cjant do­brze wie­dział, że gdyby nie zwie­rzak tego czło­wieka, do­szłoby do jesz­cze więk­szej tra­ge­dii. Moc za­ci­sku dłoni sprawcy na wą­tłej szyi ko­biety i tak spo­wo­do­wała na­ru­sze­nie krtani i za­kaz mó­wie­nia na dłu­gie ty­go­dnie. Do­piero po trzech dniach, ze względu na stan emo­cjo­nalny, po­zwo­lono mu do niej wejść. Wtedy po raz pierw­szy Bar­tosz ją zo­ba­czył. Zde­cy­do­wa­nie nie przy­po­mi­nała sie­bie ze zdjęć z me­diów spo­łecz­no­ścio­wych czy na­wet tego z do­wodu, który po­brzy­dzał chyba każ­dego.

Prawe oko było le­dwo wi­doczne, a ciemne sińce pod le­wym wy­glą­dały, jakby ja­kieś dziecko pró­bo­wało zro­bić ma­ki­jaż, uży­wa­jąc wę­gla wy­mie­sza­nego z fio­le­to­wymi cie­niami. Dolna warga na środku przy­ozdo­biona była wiel­kim stru­pem, a z pra­wego po­liczka wy­sta­wało kilka za­koń­czeń nici. Z tego, co do­wie­dział się po­li­cjant, sprawca, ucie­ka­jąc, po­pchnął ko­bietę. Ta upa­dła na le­żące na ziemi ka­wałki szkła, które wbiły jej się w czoło i skórę na po­liczku.

No i jesz­cze sińce wo­kół szyi, zdo­biące ją ni­czym ko­lia.

Jed­nak nie to sta­no­wiło naj­więk­szy pro­blem.

Jak to po­wie­działa Be­ata, rany się za­goją. Może zo­staną bli­zny, ale gwałtu ni­gdy nie wy­maże z pa­mięci. Za­wsze bę­dzie z nią. Znisz­czy to jej re­la­cje z męż­czy­znami. Bę­dzie się bała do­tyku, bli­sko­ści, a sto­su­nek z fa­ce­tem może być eta­pem zna­jo­mo­ści, do któ­rego już ni­gdy nie do­trze.

Moż­liwe, że sprawca nie tylko zbru­kał jej ciało, ale też za­brał ma­rze­nia o mi­ło­ści, ślu­bie, gro­madce dzieci, sta­ro­ści we dwoje.

Te kilka mi­nut, pod­czas któ­rych za­spo­koił swoje chore żą­dze, znisz­czyło ją bez­pow­rot­nie, ale Bo­gucki li­czył, że dzięki jego upo­rowi on też już się nie pod­nie­sie. Naj­pierw opra­co­wał z ry­sow­ni­kiem szkic ta­tu­ażu, o któ­rym na­pi­sała mu po­krzyw­dzona. Uży­wała ta­bletu, by nie ob­cią­żać krtani, gdy w końcu dała się Be­acie na­mó­wić do współ­pracy. Zresztą psy­cho­lożka była przy każ­dej roz­mo­wie, a Bar­tosz pro­wa­dził ją naj­de­li­kat­niej, jak po­tra­fił.

Gdy już w końcu uzbie­rał za­da­wa­la­jący go ze­staw in­for­ma­cji, długo szu­kał opi­sa­nego wzoru w ne­cie, jed­no­cze­śnie wy­sy­ła­jąc ry­su­nek do sto­łecz­nych ta­tu­ato­rów z za­py­ta­niem, czy któ­ryś ta­kiego nie wy­ko­ny­wał.

Nikt nie od­po­wie­dział. Sam na­tknął się na fo­to­gra­fię męż­czy­zny, u któ­rego za­uwa­żył po­dobny wzór. Do­tych­czas Więc­kow­ski nie zna­lazł się w kręgu po­dej­rza­nych, więc nikt go nie spraw­dzał do­kład­niej, a pod­czas ich wcze­śniej­szych roz­mów no­sił rę­ka­wiczki na dło­niach, co nie było ni­czym nad­zwy­czaj­nym, bio­rąc pod uwagę zi­mową aurę za oknem.

Bo­gucki za­mknął za sobą drzwi do po­miesz­cze­nia prze­słu­chań, zo­sta­wia­jąc w środku pa­ni­ku­ją­cego te­raz sprawcę, i ru­szył w stronę swo­jego po­koju, gdzie co­dzien­nie mie­rzył się z wi­do­kiem pu­stego biurka.

- To już czas - roz­legł się za nim zna­jomy głos.

Od razu się cały na­piął. Wie­dział, że to na­stąpi prę­dzej czy póź­niej, ale zde­cy­do­wa­nie li­czył na póź­niej.

- Ju­tro przed­sta­wię ci two­jego no­wego part­nera - oznaj­mił ko­men­dant.

Stał jesz­cze chwilę, li­cząc na wię­cej in­for­ma­cji, ale się nie do­cze­kał.

Rozdział 2

On

Praw­do­po­do­bień­stwo tra­fie­nia szóstki w to­to­lotka to jak 1 do 13 983 816.

Praw­do­po­do­bień­stwo, że umrzemy, po­nie­waż coś na nas spad­nie, to jak 1 do 373 787.

A szanse na to, że po­kona nas dżuma, eks­perci oce­niają za­le­d­wie na 1 do 54 059 705.

A jaka jest szansa, że znaj­dziesz na ulicy nie­przy­tom­nego czło­wieka?

Ja ni­gdy w ży­ciu nie mia­łem szczę­ścia, chyba że do tych złych rze­czy.

Jak nie zro­bi­łem pracy do­mo­wej, to na­uczy­cielka od razu to wy­ła­py­wała, jakby ktoś wy­po­sa­żył ją w ja­kiś ma­giczny ra­dar. Do od­po­wie­dzi też wzy­wany by­łem tylko wtedy, gdy zu­peł­nie nic nie ku­ma­łem. Gdy spo­ra­dycz­nie się na­uczy­łem, bo matka mnie wy­bła­gała, fa­cetka omi­jała mnie wzro­kiem, a pa­lec na li­ście w dzien­niku lą­do­wał li­nijkę nad lub pod moim na­zwi­skiem.

Gdy je­dyny raz w ży­ciu przy­nio­słem do domu zwie­rzę, ma­łego kotka, oka­zało się, że jest chory i po ty­go­dniu już nie żył. Cho­ciaż nie wiem, czy moja matka nie po­dała mu cze­goś, bo oj­ciec strasz­nie się wściekł i sły­sza­łem, jak płacz­li­wym to­nem mó­wiła mu, że szybko po­zbę­dzie się pro­blemu. Oczy­wi­ście póź­niej już nie do­pa­dała mnie taka na­iw­ność i oszczę­dza­łem czwo­ro­no­gom trau­ma­tycz­nego prze­ży­cia, czyli tra­fie­nia w na­sze cztery ściany.

Ze stu­diów też wy­le­cia­łem, bo za­bra­kło mi szczę­ścia.

Eg­za­min ze sta­ty­styki na­le­żał do naj­gor­szych z moż­li­wych. Już na pierw­szym roku każdy opo­wia­dał, jaką kosą jest pro­wa­dząca i że bez skru­pu­łów uwala więk­szość stu­den­tów. Nie wiem dla­czego, ale po­sta­no­wi­łem za­wal­czyć. Jak nie ja udo­wod­nić, że mam ja­kąś war­tość. Że nie je­stem, jak twier­dził mój oj­ciec, le­niem, le­se­rem i ży­cio­wym prze­gra­nym. Chcia­łem w końcu po­czuć się nie jak ostatni de­bil, jak więk­szość o mnie my­ślała, a co nie­któ­rzy na­wet wy­po­wia­dali tego typu opi­nie na głos.

Ale jak zwy­kle da­łem dupy.

Przez trzy ty­go­dnie przy­go­to­wy­wa­łem ściągi. Ze­staw dłu­go­pi­sów wy­po­sa­ży­łem w naj­do­sko­nal­sze kar­teczki z wie­dzą z ca­łego roku. Gdy wcho­dzi­li­śmy na salę, ja­kaś dłu­go­noga pipa na mnie wpa­dła, a wszystko wy­pa­dło mi na pod­łogę. Może gdy­bym w ży­ciu miał odro­binę szczę­ścia, skoń­czy­łoby się tylko na tej za­baw­nej sce­nie, ale nie.

Wszystko roz­sy­pało się po pod­ło­dze wy­ło­żo­nej okrop­nym li­no­leum w ko­lo­rze brudu, dzięki czemu plamy były nie­do­strze­galne. I jak to w moim ży­ciu naj­czę­ściej bywa, pech wy­sko­czył zza rogu w po­staci asy­stenta wy­kła­dow­czyni, który ocho­czo ru­szył mi na ra­tu­nek. Może gdy­bym miał tro­chę oleju w gło­wie, skap­nął­bym się, że on już wie. Ale nie. Za­afe­ro­wany eg­za­mi­nem nie po­łą­czy­łem kro­pek. A nie­stety gad był cwany. Za­wsze ubrany w dzi­waczny swe­te­rek z daru dla po­wo­dzian, któ­rego nikt inny na­wet za do­płatą nie chciał za­ło­żyć, szcze­rzył się do tej piły, dok­tor ha­bi­li­to­wa­nej od nauk okrut­nych, jakby od niej za­le­żał jego los.

Za­ją­łem miej­sce w po­ło­wie auli, bo ja­koś tak wy­my­śli­łem, że bę­dzie naj­le­piej. Ku­jony przy­cho­dzą wcze­śniej i sia­dają z przodu, a ci, co chcą ścią­gać, to na ty­łach, więc ja­koś na­tu­ral­nie chcia­łem się wpa­so­wać do tych uczci­wych.

Do­piero po pół go­dziny, gdy za­do­wo­lony z sie­bie pi­sa­łem eg­za­min, ten li­zus ze sztucz­nym uśmie­chem sta­nął nade mną i osten­ta­cyj­nie, tak żeby wszy­scy wie­dzieli, za­ko­mu­ni­ko­wał, że wy­la­tuję. Pró­bo­wa­łem jesz­cze coś tłu­ma­czyć, ale mój za­pał gdzieś szybko się ulot­nił i bez walki po­zwo­li­łem wy­kre­ślić się z li­sty stu­den­tów.

Dla­tego gdy zo­ba­czy­łem ob­cego męż­czy­znę le­żą­cego w krza­kach, po­czu­łem, jak­bym tra­fił szczę­śliwy los na lo­te­rii, cho­ciaż byłby to pierw­szy raz.

Pew­nie więk­szość lu­dzi we­zwa­łaby po­go­to­wie, po­li­cję, ale ja ga­pi­łem się na niego, jak zwy­kle przy­gry­za­jąc we­wnętrzną część po­liczka. Prawą.

Już na­wet wy­bie­ra­łem 112, bo nie wie­dzia­łem, czy po­wi­nie­nem we­zwać po­go­to­wie, czy po­li­cję, ale gdy kciuk pra­wej ręki wi­siał kilka mi­li­me­trów nad zie­loną słu­chawką, zre­zy­gno­wa­łem.

Ja­koś w so­bie czu­łem, że będą się mnie cze­piać. Na pewno znaj­dzie się ktoś, kto stwier­dzi, że to ja zro­bi­łem mu krzywdę, bo to, że zo­stał po­bity, wie­dzia­łem od razu. Po­darte ubra­nie, za­dra­pa­nia na twa­rzy. By­łem pe­wien, że nikt nie uwie­rzy, że prze­jeż­dża­łem obok i chcia­łem się od­lać. Jak zwy­kle wy­pi­łem za dużo coli, a po czymś ta­kim mu­szę za­trzy­my­wać się co go­dzinę albo i czę­ściej.

Nikt mi tego nie łyk­nie.

A po co mi to było? Od ja­kie­goś czasu mam wra­że­nie, że wszy­scy się mnie o coś cze­piają.

Ostat­nio na­wet babka w skle­pie zro­biła ra­ban, bo gdy wy­ry­wa­łem z rolki to­rebkę na bułki, ode­rwały mi się dwa wo­reczki. Darła się, jak­bym otruł jej całą ro­dzinę lub zro­bił inne świń­stwo. A ja po pro­stu za mocno szarp­ną­łem, i tyle.

Pa­trzy­łem na le­żą­cego na ziemi nie­przy­tom­nego fa­ceta, my­śląc in­ten­syw­nie, co ra­czej nie zda­rzało mi się zbyt czę­sto.

Zo­sta­wić też nie chcia­łem, ja­koś tak po ludzku zro­biło mi się go szkoda. Mrozu może nie było, ale no­cami pa­no­wał przy­mro­zek, więc zo­sta­wia­jąc go tu, ska­zał­bym go na śmierć, a jak na­wet nie, to od­mro­że­nia.

Pod­je­cha­łem bli­żej sa­mo­cho­dem, opu­ści­łem rampę i wtur­la­łem go­ścia na pakę, co oka­zało się nie lada wy­zwa­niem.

Kie­dyś w ja­kimś pro­gra­mie mó­wili, że ciało ludz­kie mar­twe czy nie­przy­tomne jest jakby cięż­sze - i mieli ra­cję.

Pierw­szy raz w ży­ciu ucie­szy­łem się, że wożę me­ble.

Ta gów­niana praca, o któ­rej nikt nie wie­dział, pierw­szy raz przy­nio­sła mi coś do­brego.

W końcu mia­łem ko­goś, kto mnie wy­słu­cha i nie bę­dzie kry­ty­ko­wał.

Ko­goś na kształt przy­ja­ciela.

Rozdział 3

Ona

Kie­dyś sły­sza­łam, że gdy czło­wieka coś boli, to jego mózg jest w sta­nie ogar­nąć tylko jedno źró­dło dys­kom­fortu, dru­giego nie wy­chwy­tuje. Dla­tego rzu­cane cza­sami dla śmie­chu ha­sło: "Jak boli cię ko­lano, uderz się w pisz­czel"... ma tro­chę sensu.

I chyba na po­dob­nej za­sa­dzie po­sta­no­wi­łam za­dzia­łać.

Nie chcia­łam się bić, ale prze­kie­ro­wać moje my­śli gdzie in­dziej.

Fi­bro­mial­gia mnie zjada.

Naj­gor­sze, że me­dy­cyna cały czas tak mało o niej wie.

Przy­czyna?

Jesz­cze nie do końca po­twier­dzona, ale po­dobno to ja­kiś de­fekt genu, który wpływa na syn­tezę trans­por­tera se­ro­to­niny, co od­dzia­ło­wuje na prze­wod­nic­two w sy­nap­sach. Co cie­kawe, praw­do­po­dob­nie prze­wle­kły stres, trau­ma­tyczne prze­ży­cia i zły stan psy­chiczny mogą ak­ty­wo­wać cho­robę.

I znowu wra­cam do punktu wyj­ścia - mo­jej ro­dziny, która kon­cer­towo znisz­czyła mi na­wet i zdro­wie.

Spie­przyła.

To przez nich cier­pię ka­tu­sze.

Ból staje się co­raz gor­szy, a ja cza­sami mam wra­że­nie, że nie je­stem w sta­nie już tego ogar­nąć, że trawi mnie od środka, a ja po­woli się w tym za­tra­cam.

Le­karz po­wie­dział, że usta­wie­nie le­ków chwilę trwa. Że nie ma ma­gicz­nej ta­bletki, która roz­wiąże wszyst­kie moje pro­blemy tu i te­raz. A w su­mie to na­wet jak ją znajdę, to nie wia­domo, jak długo ten stan bę­dzie się utrzy­my­wał.

Dla­tego co­raz czę­ściej spę­dzam cią­gnące się w nie­skoń­czo­ność mi­nuty, le­żąc na zim­nej po­sadce, cze­ka­jąc, aż moje ciało opa­nuje spo­kój.

Nie­stety nie za­wsze to po­maga. Wtedy sta­ram się sku­piać na czymś in­nym, a jest na czym.

Na pierw­sze miej­sce już od dawna wy­suwa się Mak­sy­mi­lian Ob­ręb­ski.

A pre­cy­zyj­niej ko­mi­sarz Mak­sy­mi­lian Ob­ręb­ski.

Ni­gdy tak na­prawdę nikt nas so­bie nie przed­sta­wił. Mi­ja­li­śmy się na ko­ry­ta­rzu. Kilka razy po­wie­dział do mnie nieme "dzień do­bry" czy "dzię­kuję", gdy pew­nego dnia we współ­dzie­lo­nym po­miesz­cze­niu so­cjal­nym, bo u nas ro­biono re­mont, po­da­łam mu szklankę.

No i to­wa­rzy­szy­łam mu w pro­wa­dzo­nych przez niego śledz­twach. Pod­su­wa­łam do­wody, które umy­kały po­li­cji.

Można by rzec, że by­łam jego asy­stentką, prawą ręką, o któ­rej nie miał zie­lo­nego po­ję­cia.

I tyle, a może aż tyle.

Dla mnie bar­dzo dużo.

Ni­gdy z ni­kim się nie przy­jaź­ni­łam.

Ni­gdy na­wet nie mo­głam na­zwać ni­kogo ko­le­żanką lub ko­legą, z wy­jąt­kiem Gabi i Wioli.

Dla­tego gdy do­wie­dzia­łam się, że znik­nął, po­czu­łam, że ból zwią­zany z cho­robą i moim zde­wa­sto­wa­nym bio­drem jesz­cze bar­dziej eska­luje, cho­ciaż wcze­śniej my­śla­łam, że go­rzej być nie może. W ta­kich mo­men­tach tylko myśl, że mogę przy­ło­żyć rękę do jego od­na­le­zie­nia, mo­ty­wo­wała mnie, aby wstać z łóżka, ubrać się, zjeść coś i wyjść z domu.

Cho­ciaż aspekt je­dze­niowy za­czął sta­wać się nie lada pro­ble­mem. Od lat utrzy­muję tę samą wagę. Nie by­łam ni­gdy nad wy­raz szczu­pła, na­zwa­ła­bym się osobą nor­mal­nej wagi, co po­twier­dzało BMI, ale od ja­kie­goś czasu za­uwa­ża­łam, że moje po­liczki po­woli za­czy­nają się za­pa­dać, a mała oponka na brzu­chu prze­stała być wi­doczna.

- Ba­siu, wszystko z tobą do­brze? - spy­tała Ga­bry­sia, gdy kilka dni wcze­śniej na siłę wy­cią­gnęła mnie na obiad. Wzbra­nia­łam się rę­koma i no­gami, ale wie­dzia­łam, że nie utrzy­mam ta­kiego sta­tusu zbyt długo. Dziew­czyny, które ura­to­wały mi ży­cie, jak lu­bię o nich my­śleć, nie po­tra­fią od­pu­ścić.

- Tak - od­par­łam ze sztucz­nym uśmie­chem. - Stwier­dzi­łam, że czas o sie­bie za­dbać. Za­czę­łam od diety, a nie­długo, jak po­czuję się le­piej, ru­szę z ćwi­cze­niami.

- Su­per - za­re­ago­wała Wiola, prze­szy­wa­jąc mnie na wskroś spoj­rze­niem, przed któ­rym nie mia­łam gdzie uciec. - Sto­su­jesz ja­kąś spe­cjalną dietę?

- No... - To py­ta­nie tro­chę zbiło mnie z pan­ta­łyku. Nie przy­go­to­wa­łam się do niego. Ni­gdy się nie od­chu­dza­łam i zu­peł­nie się na tym nie zna­łam. W domu ro­dzin­nym ja­dłam, jak mi da­wali, a i tak cały czas cho­dzi­łam głodna. Gdy w końcu się uwol­ni­łam od tych tok­sycz­nych lu­dzi, któ­rzy we­dług akt byli moją ro­dziną, mo­głam za­cząć jeść, jak chcia­łam, kiedy chcia­łam i co chcia­łam, więc ko­rzy­sta­łam z tego peł­nymi gar­ściami, i to do­słow­nie.

Do czasu, aż cho­roba po­zba­wiła mnie chęci do cze­go­kol­wiek, na­wet le­że­nia na ka­na­pie, oglą­da­nia Przy­ja­ciół i je­dze­nia prin­gle­sów o dziw­nym smaku "ori­gi­nal". Wszystko prze­stało mi spra­wiać przy­jem­ność. Jakby ktoś na­ci­snął ma­giczny gu­zik "off", wy­łą­cza­jąc wszyst­kie ośrodki przy­jem­no­ści, a prze­ka­zu­jąc całe za­an­ga­żo­wa­nie mo­jego or­ga­ni­zmu na de­lek­to­wa­nie się bó­lem.

Po kilku ta­kich ty­go­dniach ma­ra­zmu i otę­pie­nia, gdy w pracy wy­łą­czy­łam się ni­czym bez­mó­zga ameba, po­sta­no­wi­łam po­wie­dzieć "dość".

Nie chcia­łam po tylu cier­pie­niach, ja­kie za­ser­wo­wało mi ży­cie, skoń­czyć w ten spo­sób.

Nie chcia­łam od­pusz­czać.

Nie mia­łam ni­kogo bli­skiego poza dziew­czy­nami, ale czu­łam, że mogę zro­bić coś do­brego.

Po­móc zna­leźć Ob­ręb­skiego i wnieść coś do pro­wa­dzo­nych spraw.

Dla swo­jego do­bra.

I do­bra ofiar.

Rozdział 4

Bar­tosz Bo­gucki usiadł w kuchni na wy­so­kim ho­ke­rze i za­ci­snął prawą dłoń na zim­nej bu­telce piwa. Od ja­kie­goś czasu stro­nił od al­ko­holu. Sta­rał się, aby jego umysł pra­co­wał bez ja­kich­kol­wiek za­kłó­ca­czy, a już wie­lo­krot­nie bu­dził się w nocy z ja­kimś po­my­słem do spraw­dze­nia i cie­szył się wtedy, że nie jest otu­ma­niony pro­cen­tami.

W domu, a do­kład­niej w sa­lo­nie miesz­ka­nia swo­jej dziew­czyny, na jed­nej ze ścian za­wie­sił trzy wiel­kie kor­kowe ta­blice i ni­czym de­tek­tywi w ame­ry­kań­skich fil­mach zbie­rał wszyst­kie dane od­no­śnie do pro­wa­dzo­nego śledz­twa w spra­wie za­gi­nię­cia ko­mi­sa­rza Mak­sy­mi­liana Ob­ręb­skiego.

Jego ko­legi.

Prze­ło­żo­nego.

Ko­goś, komu za­wdzię­czał tak wiele, a który sam po­szedł na ak­cję, gdy on był na przy­mu­so­wym urlo­pie, za co za­pła­cił wy­soką cenę. Od bli­sko dwóch mie­sięcy nikt nie wie­dział, gdzie jest.

Star­szy aspi­rant na le­wej skraj­nej plan­szy za­mon­to­wał cy­fry, które od­li­czały dni od tego zda­rze­nia, ni­czym ti­mer na bom­bie, tylko tu­taj wzrost war­to­ści zbli­żał do nie­uchron­nej ka­ta­strofy. Po­cząt­kowo wiara, że ko­mi­sarz znaj­dzie się lada dzień, była ol­brzy­mia. Każdy te­le­fon wpra­wiał po­li­cjanta w eu­fo­rię, bo wie­rzył on, że za­raz usły­szy głos ko­legi, który z iro­nią w gło­sie rzuci ja­kieś nie­do­rzeczne tłu­ma­cze­nie swo­jej dłuż­szej ab­sen­cji. Z cza­sem za­czął brać pod uwagę inne sce­na­riu­sze, ale za­wsze w grę wcho­dziła tylko jedna opcja.

Ko­mi­sarz Mak­sy­mi­lian Ob­ręb­ski żyje.

Be­ata wie­lo­krot­nie po­wta­rzała, że musi być go­towy na każde roz­wią­za­nie, i mimo że sama cier­piała, po­nie­waż sprawa do­ty­czyła jej by­łego chło­paka, z któ­rym spę­dziła kilka lat, to ona od­gry­wała rolę tej ra­cjo­nal­nej, twardo stą­pa­ją­cej po ziemi.

Naj­gor­sze, że Bo­gucki po­pa­dał w co­raz więk­szy obłęd. Po­tra­fił wstać o dru­giej w nocy i wy­pi­sy­wać wszyst­kich usłu­go­daw­ców, któ­rzy mo­gli prze­by­wać w oko­licy, mimo że ro­bił to już wcze­śniej. Roz­ma­wiał już ze wszyst­kimi śmie­cia­rzami, li­sto­no­szami, ludźmi od gazu, prądu czy świa­tło­wo­dów, któ­rzy pra­co­wali w tym te­re­nie, po­sze­rza­jąc suk­ce­syw­nie ob­szar o ko­lejne ki­lo­me­try.

Gdy je­den pan z ga­zowni od­mó­wił mu ko­lej­nej roz­mowy, bo śpie­szył się do szpi­tala do żony, któ­rej kilka go­dzin wcze­śniej usu­nięto wy­ro­stek ro­bacz­kowy, wpadł w szał. Skoń­czyło się skargą na niego i ostrze­że­niem.

- Bo­gucki, nie mo­żesz wpie­przać się w to śledz­two. Jesz­cze raz tak zro­bisz, to wy­le­cisz z ro­boty. I nie będę się cac­kał, bo szu­kasz jed­nego z na­szych. Za­sady to za­sady i masz ich, kurwa, prze­strze­gać.

Nie dys­ku­to­wał z ko­men­dan­tem. Wie­dział, że każ­demu na ko­mi­sa­ria­cie, a w su­mie każ­demu funk­cjo­na­riu­szowi w ca­łym kraju, za­leży na od­na­le­zie­niu Maksa, ale mimo to gdzieś w środku miał prze­ko­na­nie gra­ni­czące z pew­no­ścią, że tylko on jest w sta­nie od­na­leźć ko­legę.

Dla­tego po wyj­ściu z ga­bi­netu szefa wszyst­kich sze­fów, jak wielu mó­wiło na prze­ło­żo­nego, po­sta­no­wił, że musi bar­dziej uwa­żać, bo re­zy­gno­wać nie pla­no­wał, na­wet wie­dząc, ja­kie mo­głyby być kon­se­kwen­cje, gdyby go zła­pano na kon­ty­nu­acji pry­wat­nego śledz­twa. Prze­szedł w tryb jesz­cze więk­szej kon­spi­ra­cji.

Już prak­tycz­nie z ni­kim nie roz­ma­wiał na te­mat po­szu­ki­wań. Zbie­rał do­wody w domu Be­aty, wie­szał je na ścia­nie i gdy wra­cał, za­sia­dał na krze­śle i ca­łymi dniami się na nie ga­pił, tak jakby miały mu coś po­wie­dzieć. Wy­szep­tać roz­wią­za­nie, na które nikt inny nie wpadł.

- Jak śledz­two? Za­mknę­li­ście tego gwał­ci­ciela? - rzu­ciła dla od­wró­ce­nia uwagi Be­ata i za­częła za­pi­nać długi swe­ter.

Bo­gucki pod­niósł na nią wzrok, jakby do­piero te­raz zo­rien­to­wał się, że nie jest sam, i się­gnął po pla­ster su­szo­nego jabłka z ta­le­rza le­żą­cego przed nim. Od ja­kie­goś czasu Be­ata pró­bo­wała go na różne spo­soby do­kar­miać, roz­sta­wia­jąc po miesz­ka­niu mi­seczki z su­szo­nymi owo­cami lub orzesz­kami.

- Do końca szedł w za­parte. Tak jakby w ogóle nie brał pod uwagę, że go zde­ma­sku­jemy. Bo­gaty, do­brze ubrany, a skur­wiel nad skur­wiele. Obrzy­dliwy typ. Bli­ski by­łem tego, żeby strze­lić mu w ryja.

- Nie dzi­wię się. - Ko­bieta po­de­szła bli­żej męż­czy­zny i po­dra­pała go po gło­wie, wie­dząc, jak bar­dzo to lubi. - To jest naj­gor­sze. Lu­dzie my­ślą, że jak ktoś ma kasę, cho­dzi w ele­ganc­kich ciu­chach, to nic złego dru­giemu czło­wie­kowi nie zrobi. - Be­ata usia­dła na dru­gim wy­so­kim stołku i chwy­ciła za świeże jabłko, które le­żało w mi­sce. Wgry­zła się w nie, a po jej bro­dzie po­le­ciało kilka kro­pli słod­kiego soku. Sie­dzieli tak w ci­szy, którą prze­rwała ona: - Wszy­scy są bar­dzo po­ru­szeni tym ca­łym zda­rze­niem i jest po­mysł na se­rię spo­tkań od­no­śnie do ra­dze­nia so­bie w ta­kich sy­tu­acjach.

- A nie mamy ta­kich już? - Bo­gucki ob­ró­cił się w stronę ko­biety i skrzy­żo­wał ręce na brzu­chu, przy czym po­czuł wła­sne wy­sta­jące że­bra. Nie lu­bił sie­bie sa­mego w ta­kim wy­da­niu, ale nie po­tra­fił się zmu­sić do je­dze­nia, a bu­do­wa­nie masy, co już pa­ro­krot­nie w ży­ciu ro­bił, zu­peł­nie nie wcho­dziło w grę. Je­dze­nie prze­stało mu sma­ko­wać i przy­no­sić ja­kie­kol­wiek po­zy­tywne do­zna­nia.

- Są, ale wiesz, każdy taki gwałt, który wzbu­dza za­in­te­re­so­wa­nie te­le­wi­zji, me­diów spo­łecz­no­ścio­wych, po­wo­duje pa­nikę, szcze­gól­nie wśród ko­biet, cho­ciaż też ro­dzi­ców na­sto­la­tek, a to ge­ne­ruje po­trzebę or­ga­ni­za­cji ta­kich spo­tkań.

- Czyli ko­lejna po­ga­danka o tym, jak so­bie ra­dzić? - spy­tał Bar­tosz, a w od­po­wie­dzi zo­ba­czył de­li­katny ruch głowy na bok.

- Mam na­dzieję, że nie. Chcia­ła­bym, aby wy­szło nam coś nie­ty­po­wego. Oczy­wi­ście będą spo­tka­nia z in­struk­to­rami krav magi, któ­rzy po­każą, jak się bro­nić. Mają być też za­ję­cia z krzy­cze­nia.

- Krzy­cze­nia? - Po­li­cjant zmarsz­czył brwi i się­gnął po ko­lejne su­szone jabłko, choć pa­ro­krot­nie się prze­ko­nał, że zja­dane na pu­sty żo­łą­dek mogą wy­wo­łać nie lada pro­blem.

- Tak, nie wiem, czy wiesz, ale ofiary prze­mocy rzadko kiedy krzy­czą.

- Dla­czego?

- Bo się boją, bo nie po­tra­fią. Głos gdzieś grzęź­nie w gar­dle i mimo tego, że są oko w oko z za­gro­że­niem, nie po­tra­fią wy­du­sić z sie­bie dźwięku, który za­alar­muje ko­goś i dzięki temu zwięk­szy szanse na wyj­ście z opre­sji. Co ważne, tego można się na­uczyć.

- Skąd wiesz?

Bar­tosz po­chy­lił się ku niej i po­ło­żył dło­nie na jej udach. Ona jed­nak wes­tchnęła, spu­ściła głowę, a jej twarz spo­chmur­niała. Za­pa­dła doj­mu­jąca ci­sza, co ozna­czało jedno. Stra­chy z prze­szło­ści.

Bar­tosz Bo­gucki wstał i oto­czył Be­atę swo­imi umię­śnio­nymi ra­mio­nami, któ­rych mu­sku­la­tura mocno ostat­nio się uwy­pu­kliła. Strata masy ciała plus ka­torż­ni­cze tre­ningi, które ser­wo­wał so­bie re­gu­lar­nie, by cho­ciaż przez chwilę nie my­śleć, przy­no­siły wy­mierne efekty.

- Gdy za­czę­łam stu­dia, po­szłam z ko­le­żanką na do­mówkę do in­nej dziew­czyny od nas z roku. Do­piero się po­zna­wa­li­śmy, ale każdy był otwarty na nowe zna­jo­mo­ści. Cie­szy­łam się na to wszystko. Przy­je­cha­łam z ma­łej miej­sco­wo­ści. Każda rzecz mnie fa­scy­no­wała. Trans­port pu­bliczny, sklepy, na­tłok re­stau­ra­cji i ba­rów. U nas w Ra­do­miu wszystko było dość prze­wi­dy­walne, opa­trzone. A tu­taj me­tro, Pa­łac Kul­tury, kina, te­atry. Na każ­dym rogu coś, co mnie elek­try­zo­wało i przy­cią­gało ni­czym ma­gnes opiłki me­talu.

Na chwilę za­mil­kła, a Bar­tosz po­gła­skał ją po ple­cach swo­imi wiel­kimi dłońmi, z któ­rych za­wsze się śmiała, że wy­glą­dają ni­czym prze­szczepy od niedź­wie­dzia.

- Pa­mię­tam, że bar­dzo wtedy pa­dało. Nie zdą­ży­łam jesz­cze przy­wieźć je­sien­nych bu­tów, więc ko­le­żanka, z którą miesz­ka­łam, po­ży­czyła mi cie­plej­sze, tro­chę za duże, ale i tak lep­sze niż moje trampki, w któ­rych cały czas cho­dzi­łam. Gdy przy­je­cha­ły­śmy na miej­sce, do­zna­łam szoku. Mu­zyka dud­niła już na przy­stanku, który znaj­do­wał się ja­kieś dwie­ście me­trów od domu, do któ­rego szły­śmy. Jeju, jak my się cie­szy­ły­śmy. Z tego, co wcze­śniej zro­zu­mia­łam, miało być nas kilka osób, a przy­szło do­bre trzy­dzie­ści i cały czas na­pły­wali nowi. Istne sza­leń­stwo. Ba­wi­łam się su­per... - Wy­swo­bo­dziła się z uści­sku, po­ca­ło­wała Bar­to­sza w po­li­czek i prze­szła na drugą stronę blatu. - Nie wiem, ile wy­pi­łam. Póź­niej pró­bo­wa­łam so­bie przy­po­mnieć, ale nie po­tra­fi­łam. Ni­gdy nie cią­gnęło mnie do al­ko­holu, bo w mło­do­ści na­pa­trzy­łam się, co pro­centy ro­bią z czło­wie­kiem, więc nie wle­wa­łam w sie­bie wódki, jak to ro­bili nie­któ­rzy. Za to Ha­nia, moja ko­le­żanka, po­pły­nęła. Z każdą go­dziną bar­dziej prze­cho­dziła na drugą stronę mocy. Koło pierw­szej w nocy stwier­dzi­łam, że czas wra­cać. Pla­no­wa­ły­śmy do­stać się do domu au­to­bu­sem noc­nym, ale ona nie nada­wała się na taką po­dróż, a może bar­dziej ja na jej eskor­to­wa­nie wśród ga­pią­cych się ob­cych, któ­rzy nie­wy­bred­nie ko­men­tują. Za­mó­wi­łam tak­sówkę, cho­ciaż sta­no­wiło to dla mnie spory wy­da­tek. Wiesz, u mnie w domu się nie prze­le­wało, więc nad­wy­żek na roz­bi­ja­nie się tak­sów­kami nie mia­łam. Przy­je­chał star­szy pan, to zna­czy koło pięć­dzie­siątki. - Prych­nęła, a na jej twa­rzy po­ja­wił się uśmie­cho­po­dobny gry­mas. - Na­wet nie zwró­ci­łam uwagi na jego wy­gląd. Może gdy­bym to zro­biła, nie wsia­dły­by­śmy do sa­mo­chodu.

Ko­bieta po­ło­żyła dło­nie na bla­cie, za­mknęła oczy i po­woli wy­pu­ściła po­wie­trze, ukła­da­jąc usta w dzió­bek. Bar­tosz przy­glą­dał się jej uważ­nie, ale nie drgnął. Znali się już na tyle do­brze, że wie­dział, że nie chce z jego strony li­to­ści. Chce po pro­stu opo­wie­dzieć mu swoją hi­sto­rię.

- Ja nie miesz­ka­łam zbyt długo w sto­licy, ale od razu wie­dzia­łam, że coś jest nie tak. Po­je­chał w in­nym kie­runku. Chwilę cze­ka­łam, za­nim spy­ta­łam, co się dzieje i dla­czego je­dzie nie tam, gdzie po­wi­nien. Kie­dyś na­słu­cha­łam się od ojca, że tak­sów­ka­rze to oszu­ści i na­cią­gają, szcze­gól­nie przy­jezd­nych lub tych pod wpły­wem. Nie­stety gość mil­czał. Ka­za­łam mu się za­trzy­mać, ale po­now­nie mnie zi­gno­ro­wał. Za­czę­łam krzy­czeć, że zgło­szę go do urzędu mia­sta czy in­nego miej­sca, które od­po­wiada za li­cen­cje dla kie­row­ców. Jed­nak i tym się nie prze­jął. W pew­nym mo­men­cie skrę­cił w las. Po­trzą­snę­łam Ha­nią, ale ona nie za­re­ago­wała. Le­żała na sie­dze­niu na­wa­lona jak bela. To­tal­nie od­pły­nęła. Po chwili za­trzy­mał sa­mo­chód. Pa­no­wała prze­ra­ża­jąca ciem­ność. By­łam ja, ten po­pie­przony fa­cet i nie­kon­tak­tu­jąca z rze­czy­wi­sto­ścią ko­le­żanka, która nie re­ago­wała na moje za­czepki, trzą­sa­nie nią czy na­wet po­licz­ko­wa­nie.

Be­ata w końcu spoj­rzała na Bo­guc­kiego, a po jej po­licz­kach po­woli spły­wały łzy.

- Wie­dzia­łam, że bę­dzie źle. Że tra­fi­ły­śmy na ja­kie­goś psy­chola, tylko py­ta­nie było, co do­kład­nie chce nam zro­bić... Okraść, zgwał­cić, a może za­bić? Gdy sta­nął w końcu, od­wró­cił się, a na twa­rzy miał naj­okrop­niej­szy uśmiech, jaki kie­dy­kol­wiek wi­dzia­łam. Nie wiem, jak on prze­szedł te­sty psy­cho­lo­giczne na kie­rowcę, ale na pewno było z nim coś nie tak.

Po­now­nie zro­biła prze­rwę. W końcu mil­czący roz­mówca nie wy­trzy­mał, wstał i pod­szedł do niej. Ob­jął de­li­kat­nie i mo­men­tal­nie wy­czuł, jak jego uko­chana się cała trzę­sie. Nie opo­no­wała, za­to­piła się w jego ra­mio­nach. Dłuż­szą chwilę trwali w mil­cze­niu, którą w końcu prze­rwała ona:

- Ka­zał mi się ro­ze­brać. Oczy­wi­ście po­wie­dzia­łam, żeby spie­przał, i za­czę­łam szar­pać się z klamką. Skur­wiel za­blo­ko­wał zamki. Dar­łam się na niego, cały czas pró­bu­jąc otwo­rzyć drzwi lub cho­ciaż okno. Nie­stety by­łam bez szans. Wtedy wy­cią­gnął broń.

- O kurwa... - wy­szep­tał Bar­tosz, a ona de­li­kat­nie wy­swo­bo­dziła się z ob­jęć i po­krę­ciła głową.

- Ni­gdy wcze­śniej ani póź­niej się tak nie ba­łam. Zu­peł­nie nie wie­dzia­łam, co ro­bić, a na do­da­tek koło mnie le­żała ni­czym wo­rek ziem­nia­ków ko­le­żanka i czu­łam, że po­win­nam się nią opie­ko­wać. Po­now­nie roz­ka­zał mi się ro­ze­brać. Zro­biło się groź­nie, więc nie spie­sząc się, po­słu­cha­łam go... Zdję­łam kurtkę i li­czy­łam, że ja­kimś cu­dem to wy­star­czy. Ale nie. Z drwiną na twa­rzy, śmie­jąc się chra­pli­wie, ka­zał kon­ty­nu­ować. Zdję­łam jesz­cze swe­ter i wtedy stał się cud. Ha­nia się obu­dziła i zro­biła coś, co chyba ura­to­wało nam ży­cie. Pod­nio­sła się i na­wet nie otwo­rzyła oczu, tylko za­częła rzy­gać. Cze­goś ta­kiego nie wi­dzia­łam ni­gdy. Ta drobna dziew­czyna wy­rzu­cała z sie­bie to, co w niej tkwiło, w spo­sób obrzy­dliwy i taki hard­co­rowy... - W tym mo­men­cie Be­ata za­śmiała się gło­śno i wy­tarła spły­wa­jące po po­licz­kach łzy ścią­ga­czem sza­rej bluzy, którą za­ło­żyła po po­wro­cie z pracy. - A naj­śmiesz­niej­sza w tym wszyst­kim była re­ak­cja tego skur­wiela. Za­czął się na nią wy­dzie­rać z po­wodu uszko­dze­nia ta­pi­cerki. Krzy­czał, że za­pła­cimy za wy­mianę i ta­kie tam. Wy­szedł z auta i otwo­rzył z jej strony drzwi, żeby wy­cią­gnąć ją na ze­wnątrz. W tym ca­łym wzbu­rze­niu za­po­mniał o broni, którą chwilę wcze­śniej mie­rzył do mnie. Nie cze­ka­łam. Za­bra­łam ją, wy­sko­czy­łam z sa­mo­chodu i wy­ce­lo­wa­łam w niego. Na szczę­ście na­le­ża­łam do bar­dzo nie­licz­nej grupy osób, które trzy­mały w swoim ży­ciu broń. Nie­le­gal­nie, ale jed­nak. Mój wu­jek, brat matki, ko­chał strze­lać i jak jeź­dzi­łam do niego z braćmi na wa­ka­cje, to cza­sami po­zwa­lał nam wa­lić do pu­szek. Nie szło mi ja­koś spe­cjal­nie do­brze, ale po­tra­fi­łam od­po­wied­nio chwy­cić, od­bez­pie­czyć, a na­stęp­nie strze­lić. Oczy­wi­ście wcze­śniej mo­imi prze­ciw­ni­kami były puszki po pi­wie czy coli, ale w tej sy­tu­acji czu­łam, że je­stem go­towa na wszystko. On albo my.

- Strze­li­łaś? - za­py­tał z prze­ję­ciem w gło­sie Bo­gucki, cały czas głasz­cząc dziew­czynę.

- Na szczę­ście nie mu­sia­łam. Ha­nia ja­koś do­szła do sie­bie na raz-dwa i za­częła grze­bać w CB-ra­diu w jego au­cie. Oczy­wi­ście darł się na nas, że tak nie można. W końcu udało jej się po­łą­czyć. Nie­stety nie wie­dzia­ły­śmy, gdzie je­ste­śmy, a fa­cet, mimo że mie­rzy­łam do niego z broni, mil­czał jak grób w tej kwe­stii, gro­żąc nam raz po raz. Żadna z nas nie po­tra­fiła pro­wa­dzić, więc nie było opcji, że­by­śmy same wy­je­chały z lasu. W końcu za na­mową dys­po­zy­torki za­czę­ły­śmy trą­bić. Po pię­ciu mi­nu­tach zo­ba­czy­ły­śmy świa­tła. Obie po­pła­ka­ły­śmy się z ra­do­ści. Ja­kiś męż­czy­zna miesz­ka­jący nie­da­leko się za­nie­po­koił, wsiadł w pi­ża­mie do auta i za­czął szu­kać źró­dła dźwięku. Gdy nas zna­lazł, my­ślał, że tra­fił na ja­kieś po­ra­chunki gang­ster­skie. Dwie dziew­czyny, jedna z bro­nią, i dziwny fa­cet. Na szczę­ście szybko wszystko wy­ja­śni­ły­śmy. Póź­niej ja­koś po­szło. Po­dał nam ad­res, a dys­po­zy­torka we­zwała po­li­cję.

- Ma­sa­kra.

- No, ale to nie ko­niec. Oka­zało się, że fa­cet miał na kon­cie już kilka gwał­tów, ale ofiary tego nie zgła­szały, bo stra­szył je, że wie, gdzie miesz­kają. Poza tym były pi­jane i w su­mie to one chciały z nim współ­żyć.

- O matko... - Bo­gucki pod­niósł dwa palce do góry ni­czym zgła­sza­jący się do od­po­wie­dzi uczeń i zmarsz­czył brwi. - Ale to w jaki spo­sób po­li­cja się do­wie­działa?

- No tak, ty wszystko wy­ła­piesz - za­śmiała się i po­ki­wała głową z uzna­niem. - Zgo­dzi­łam się na wy­wiad dla lo­kal­nej te­le­wi­zji, a za­koń­czy­łam go prośbą do po­ten­cjal­nych ofiar o zgła­sza­nie się. Wtedy jesz­cze nie wie­dzia­łam o in­nych ko­bie­tach, ale pew­ność tego go­ścia świad­czyła dla mnie o tym, że to nie jego pierw­szy raz. Że kie­dyś ko­muś zro­bił już krzywdę.

- Smutne jak cho­lera.

- Do­kład­nie... - sap­nęła prze­cią­gle i po­ło­żyła głowę na jego ra­mie­niu. - Od tego czasu nie jeż­dżę tak­sów­kami sama, prze­szłam kilka szko­leń z sa­mo­obrony i pro­wa­dzi­łam już wiele po­ga­da­nek o tym, jak so­bie ra­dzić.

- Nie wie­dzia­łem - wy­szep­tał jej do ucha i de­li­kat­nie po­gła­skał po ple­cach.

- Jesz­cze wiele rze­czy o mnie nie wiesz.

- Oby ko­lejne nie były ta­kie straszne.

- Nie, na szczę­ście ta­kich już nie mam zbyt wiele na swoim kon­cie.

- Zbyt wiele? - Od­su­nął się od niej i spoj­rzał, marsz­cząc brwi.

Be­ata wy­mknęła się z jego ra­mion i po­de­szła do szafki. Wy­cią­gnęła pa­tel­nię, po czym za­częła wyj­mo­wać z lo­dówki pro­dukty do przy­go­to­wa­nia obiadu, który zo­bli­go­wała się wcze­śniej zro­bić.

- Oj, nie mam już nic. Nikt mnie nie po­rwał, nie zro­bił nic złego. Na szczę­ście, ale od sa­mego ob­ser­wo­wa­nia tego ca­łego gówna robi się słabo i smutno. Jakby mnie to po czę­ści do­ty­czyło. W spra­wie Zu­zanny naj­gor­sze jest, że wy­da­rzyło się to w cen­trum mia­sta, cho­dziło tak dużo osób wkoło i nikt nie za­re­ago­wał.

- Wiem, jedna z ko­biet, którą udało się wy­chwy­cić na ka­me­rze i zi­den­ty­fi­ko­wać, po­wie­działa, że nie po­dej­rze­wała, że tam dzieje się co­kol­wiek złego. - Bo­gucki po­krę­cił głową. - Ot, ja­kaś para, która nie ma swo­jego kąta lub nie zdą­żyła do niego do­trzeć. Twier­dziła, że parę razy już wi­działa ta­kie rze­czy, ale nie wiem, czy tak so­bie wma­wiała, żeby się le­piej po­czuć, czy fak­tycz­nie tak było.

- Śred­nie tłu­ma­cze­nie. Lu­dzie zu­peł­nie nie my­ślą. Wy­star­czy­łoby odejść ka­wa­łek, wy­brać nu­mer alar­mowy i po­in­for­mo­wać o zda­rze­niu. Może prze­rwa­liby schadzkę ko­chan­ków, ale mo­gła też ko­muś ura­to­wać ży­cie lub zmi­ni­ma­li­zo­wać traumy. I wła­śnie o tym są po­ga­danki. Przede wszyst­kim jak się za­cho­wy­wać.

- Ucie­kać - wtrą­cił Bar­tosz i wy­jął ryż z szu­flady. To on za­wsze był od­po­wie­dzialny za jego przy­go­to­wa­nie, po­nie­waż Be­ata miała nie­sa­mo­wity dar do roz­go­to­wy­wa­nia go.

- Tak, ale jak?

- Szybko - od­po­wie­dział z pew­no­ścią w gło­sie i wy­ko­nał kilka dy­na­micz­nych ru­chów rę­kami, jakby biegł.

- Te twoje złote my­śli są na­prawdę cenne - prych­nęła roz­ba­wiona. - Ostat­nio tra­fi­łam na zbiór cie­ka­wych, a bar­dziej nie­stan­dar­do­wych rad. I na przy­kład je­żeli wy­daje nam się, że ktoś za nami je­dzie, to naj­le­piej za­cząć ucie­kać w kie­runku, z któ­rego auto nad­je­chało. Je­śli fak­tycz­nie nas śle­dzi, musi za­wró­cić, czym od razu przy­cią­gnie uwagę. Plus zaj­mie mu to dłuż­szą chwilę.

- Sprytne! - Prze­ciął fo­liowe opa­ko­wa­nie dwóch to­re­bek i wsy­pał za­war­tość do garnka, po czym za­lał wodą, po­so­lił i po­sta­wił na pły­cie in­duk­cyj­nej. Już dawno po­rzu­cił ry­tuał dzie­się­cio­krot­nego prze­le­wa­nia ryżu wodą. Nie czuł róż­nicy, a jak mó­wiła jego ciotka, jak nie czuć róż­nicy, to po co prze­pła­cać, a w tym przy­padku mę­czyć się za bar­dzo.

- Ko­lejna sprawa to to, co zu­peł­nie przy­pad­kiem zro­biła Ha­nia, czyli wy­mioty. Pro­wo­ka­cja wy­mio­tów, jak już wiemy, że mamy do czy­nie­nia ze zbo­czeń­cem, może zde­cy­do­wa­nie ostu­dzić i obrzy­dzić mu jego za­miary. Nikt nie lubi ob­co­wać z umo­ru­saną wy­mio­ci­nami ko­bietą. Al­ter­na­tywna opcja to po­si­ka­nie się w ga­cie.

- O ja pier­dzielę, ni­gdy o tym nie po­my­śla­łem. - Bo­gucki wy­dął wargi i po­ki­wał po­ta­ku­jąco głową.

- Bo ni­gdy nikt nie ga­pił się na cie­bie w taki spo­sób, że czu­łeś, że roz­biera cię wzro­kiem, śli­niąc się przy tym, i to bez two­jej zgody, za­in­te­re­so­wa­nia. Ni­gdy nikt nie ob­ma­cy­wał cię w miej­scu pu­blicz­nym, nie rzu­cał w twoją stronę nie­wy­bred­nych pro­po­zy­cji.

- A w twoją?

- Oczy­wi­ście. Jak by­łam w siód­mej kla­sie, mu­sia­łam wyjść z au­to­busu, bo ja­kiś fa­cet wło­żył mi rękę pod spód­nicę. Nikt nie za­re­ago­wał, cho­ciaż wy­da­wało mi się, że kilka osób za­uwa­żyło, ale wi­dząc prze­ra­że­nie w mo­ich oczach, od­wró­cili wzrok, a ja ba­łam się ode­zwać. Nie­stety ten ob­le­śny typ wy­siadł na tym sa­mym przy­stanku co ja i szedł za mną. My­śla­łam, że umrę ze stra­chu. We­szłam do ja­kie­goś sklepu i się po­pła­ka­łam. Wła­ści­cielka od razu się mną za­in­te­re­so­wała. Dała mi ja­kieś ziółka do wy­pi­cia na uspo­ko­je­nie, po czym ka­zała sy­nowi od­pro­wa­dzić mnie do domu.

- Je­stem w szoku... - Wy­pu­ścił po­wie­trze i wci­snął przy­cisk "po­wer" na pły­cie in­duk­cyj­nej. - Ja chyba żyję w ja­kimś in­nym świe­cie.

- Nie, tylko jak coś nas bez­po­śred­nio nie do­ty­czy, to czę­sto się tym nie in­te­re­su­jemy. Ta­kich przy­pad­ków jest mnó­stwo, a więk­szość jest igno­ro­wana. Zresztą nikt nie ściga sprawcy jed­no­ra­zo­wego ma­ca­nia, za­wsze może po­wie­dzieć, że au­to­bus na­gle za­ha­mo­wał i ręce ja­kie­goś typka przy­pad­kiem wy­lą­do­wały na jędr­nych po­ślad­kach nie­win­nej na­sto­latki. Poza tym ofiary nie zgła­szają tego. Te­raz, gdyby mi się coś ta­kiego stało, pew­nie bym za­re­ago­wała, ale gdy mia­łam te na­ście lat? Za­po­mnij. Nie po­wie­dzia­łam o tym w domu. Ani ro­dzi­com, ani bra­ciom. Tak na­prawdę je­steś pierw­szą osobą, któ­rej o tym mó­wię. To tym bar­dziej nie mia­ła­bym od­wagi pójść na po­li­cję. Poza tym wtedy całą winę wzię­łam na sie­bie.

- Se­rio?

- Tak. Długo wma­wia­łam so­bie, że to przeze mnie. - Be­ata po­ło­żyła na de­sce pa­prykę, a przed nią ce­bulę i po­mi­dory, które chwilę wcze­śniej wy­cią­gnęła z szafki, i za­częła je kroić. - Że ja­koś go spro­wo­ko­wa­łam. Gdy zro­zu­mia­łam, że to nie­prawda, nie miało to już zna­cze­nia, a opo­wia­da­nie bli­skim cze­goś z prze­szło­ści ni­czemu nie słu­żyło. Zresztą te­raz nie mó­wię tego, by wzbu­dzać li­tość, więc prze­stań tak na mnie pa­trzeć. - Zro­biła wiel­kie oczy, da­jąc znać, że ma się uspo­koić. - Cho­dzi bar­dziej o to, że wy, fa­ceci, ni­gdy nie spo­ty­ka­cie się z ta­kimi rze­czami. Was nikt nie ob­ma­cuje. Nie gwiż­dże na wasz wi­dok. Nie pusz­cza zbe­reź­nych ha­seł. Nie gwałci.

- Bo je­ste­śmy spraw­cami.

- Nie "wy". - Ostat­nie słowo moc­niej za­ak­cen­to­wała i wrzu­ciła za­war­tość de­ski na pa­tel­nię. - To ja­kiś pro­mil pro­mila sta­nowi pro­blem. Cała reszta musi wspie­rać nas, aby ta­kie rze­czy się nie działy.

- Wiem. Ale i tak to jest smutne, że jedna płeć cierpi przez drugą. Że to jedna ma na stałe przy­pi­saną rolę na­past­nika...

- No, ale też są przy­padki, kiedy to męż­czyźni są ofia­rami - wtrą­ciła Be­ata i za­mie­szała pod­sma­żane wa­rzywa.

- Tak, ale to chyba zda­rza się rów­nie czę­sto jak za­ćmie­nie księ­życa.

- Rzadko, ale nie aż tak. - Ko­bieta wy­cią­gnęła z szafki nad płytą in­duk­cyjną olej oraz ko­szy­czek z przy­pra­wami i za­częła w nim grze­bać. - Męż­czyźni nie­stety też są bici, po­ni­żani, może z gwał­tem fak­tycz­nie nie mają pro­ble­mów zbyt­nio, ale nie można tego lek­ce­wa­żyć. Ja nie­stety w mo­jej pracy spo­tka­łam się z fa­ce­tami w roli tych po­krzyw­dzo­nych.

- Se­rio? - zdzi­wił się Bo­gucki i za­nu­rzył łyżkę w wo­dzie z go­tu­ją­cym się ry­żem, po czym za­mie­szał.

- Tak, i po­wiem ci, że było mi ich mega żal. Na przy­kład taki w wieku około trzy­dzie­stu lat, wy­spor­to­wany, cał­kiem przy­stojny, młody praw­nik. Zwią­zał się z ko­le­żanką z pracy, która nie wy­trzy­mu­jąc stresu za­pie­prza­nia w kan­ce­la­rii, za­częła go mę­czyć. Naj­pierw były wy­zwi­ska, a z cza­sem po­szła w ruch prze­moc. I co naj­bar­dziej za­ska­ku­jące, to była fi­li­gra­nowa blon­dynka o uro­dzie aniołka, a nie szczy­pała się. Na­pie­przała go równo, we wszystko. Wy­szło to na jaw, po­nie­waż pod­czas co­ty­go­dnio­wego spo­tka­nia w pracy z sze­fem chło­pak za­czął na­gle kasz­leć, a na­stęp­nie pluć krwią. Oka­zało się, że uszko­dziła mu chyba płuca, ale nie pa­mię­tam do­kład­nie. Le­karz od razu, jak zo­ba­czył ślady, wie­dział, że fa­cet zo­stał po­bity, ale on mil­czał. Oczy­wi­ście ta la­fi­rynda cały czas stała u jego boku, więc ten po­wta­rzał jak za­klęty, że się prze­wró­cił. Na szczę­ście le­karz na­le­żał do tych my­ślą­cych i wie­dział, że coś jest nie tak. Pra­co­wa­łam wtedy w szpi­talu, po­ma­ga­łam ko­bie­tom po po­ro­nie­niach i in­nym po cięż­kich dia­gno­zach, więc we­zwał mnie. Też od razu wy­czu­łam, że coś jest nie tak. - Be­ata po­mie­szała raz jesz­cze wa­rzywa, się­gnęła tym ra­zem do szafki po le­wej stro­nie i wy­cią­gnęła po­mi­do­rową pas­satę, po czym od­krę­ciła słoik jed­nym pew­nym ru­chem, wpra­wia­jąc Bar­to­sza w zdu­mie­nie. - Jak po­pro­si­łam ją, żeby wy­szła, i ta po dłu­gich ne­go­cja­cjach od­pu­ściła, to nie­stety na­wet wtedy nic nie po­wie­dział. Wie­dzia­łam, że boi się mó­wić, jak ona stoi pod drzwiami i za­pewne pod­słu­chuje. Więc cze­ka­łam. Gdy w końcu po­je­chała do domu, cho­ciaż za­po­wia­dała, że bę­dzie spała na krze­śle pod jego salą, bo nie chce zo­sta­wiać go sa­mego, po­ja­wi­łam się ja, cała na biało. - Za­śmiała się w głos i za­mie­szała sos. - Pa­mię­tam, że było późno i już dawno po­win­nam być w domu. Gdy we­szłam do jego sali, uda­wał, że śpi, cho­ciaż jesz­cze chwilę temu sły­sza­łam, jak że­gna się ze swoją dziew­czyną, za­pew­nia­jąc o swo­ich uczu­ciach.

- Już mi go żal

- I słusz­nie. Usia­dłam koło niego i cze­ka­łam. Nie od­zy­wa­łam się, tylko sie­dzia­łam grzecz­nie. W końcu on sam za­czął, od razu z gru­bej rury. Nie wiem, dla­czego roz­gryzł mnie w mig i wie­dział, że nie od­pusz­czę, jak nie po­wie mi prawdy.

- I co ci opo­wie­dział?

- Wszystko... - Po­krę­ciła głową. - O tym, jak naj­pierw go wy­zy­wała, ob­ra­ża­jąc, mó­wiąc straszne rze­czy na jego ro­dzinę, bli­skich. Zrzu­cał to na prze­pra­co­wa­nie, za dużo na gło­wie. Ona póź­niej prze­pra­szała, a on nie po­tra­fił się długo gnie­wać. Pierw­szy raz ude­rzyła go, gdy sprawa, którą chciała do­stać, przy­pa­dła in­nemu ad­wo­ka­towi, co ważne, fa­ce­towi. I to było za­pal­ni­kiem. Po­dobno przez do­brą go­dzinę darła się na niego, że fa­ceci są do ni­czego, a i tak do­stają to, co chcą. Że ona musi trzy razy cię­żej pra­co­wać, a i tak nie za­wsze co­kol­wiek z tego ma.

- Chyba ma ra­cję.

- Nie­stety tak, tylko czy to po­wód do agre­sji? Nie­stety dzia­łamy cały czas w świe­cie, gdzie ist­nieją pewne bez­na­dziejne za­sady i lu­dzie się na­dal tego trzy­mają. Po­patrz na to­powe firmy, z re­guły na ich czele stoją męż­czyźni i nie dla­tego, że są mą­drzejsi, tylko dla­tego, że się utarło, że męż­czy­zna prze­wo­dzący firmą bę­dzie da­wał jej wię­cej pro­fi­tów. Tylko nikt nie spraw­dził, co się sta­nie, jak bę­dzie to ko­bieta. Czę­sto po­mi­jane są w awan­sach, bo jak tłu­ma­czą nie­któ­rzy sze­fo­wie, "pew­nie za­raz zaj­dzie w ciążę i co my zro­bimy". Tylko czę­sto ko­biety, gdy wra­cają do pracy po uro­dze­niu dziecka, są jesz­cze efek­tyw­niej­sze niż wcze­śniej, a już wcze­śniej za­pie­przały bar­dziej niż ko­le­dzy na ta­kim sa­mym sta­no­wi­sku.

- Do­bra, a co z tym ko­le­siem, co go lała la­ska?

- No co? - Wzru­szyła ra­mio­nami. - Do­stało mu się za całe zło tego świata. Za brak awansu. Za to, że w za­rzą­dzie są sami fa­ceci. Ale na­wet za to, że w pod­sta­wówce na­uczy­cielka wy­słała na olim­piadę tylko chłop­ców, mimo że ta jego dziew­czyna niby też za­słu­gi­wała, ale babka tłu­ma­czyła swoją de­cy­zję tym, że jej uczen­nica bar­dzo się de­ner­wuje i pew­nie przez to nie po­doła.

- Słabe.

- No tak, tylko czy upo­waż­nia to do la­nia in­nych, i to me­ta­lową pałką?

- Me­ta­lową pałką? - po­wtó­rzył po Be­acie Bo­gucki i wło­żył do ust ko­lejną garść su­szo­nych ja­błek.

- Tak, nie pa­mię­tam, skąd ją miała w domu, ale przy­wa­liła mu czymś ta­kim. Na szczę­ście chło­pak po mo­ich dłuż­szych na­mo­wach zgo­dził się ze­zna­wać. Po­dobno od dawna za­sta­na­wiał się nad ze­rwa­niem. Miał na­wet gdzie za­miesz­kać, je­dyne, czego się bał, to co z pracą. Czy dziew­czyna nie zrobi ja­kiejś krzy­wej ak­cji, oskar­ża­jąc go o co­kol­wiek. To jed­nak się szybko roz­wią­zało, bo jak po­li­cja przy­szła po nią do kan­ce­la­rii - w tym mo­men­cie od­wró­ciła się do Bar­to­sza i pu­ściła do niego oczko, z czego od­czy­tał, że miała w tym udział - pro­blem nie­spo­dzie­wa­nych spo­tkań w pracy znik­nął bez­pow­rot­nie.