1. ŚWIĘTO WIOSNY
Kwiecień 1938 r., Bydgoszcz
Zagrzmiało dwukrotnie. Odległe gromy z jasnego nieba zwiastowały wiosenną burzę. A może to bogowie zwoływali się na ucztę? Co uradzą przy biesiadnym stole? Pozostawią za sobą radosne śmiechy i zapach ambrozji czy porozbijane w gniewie naczynia i świat potrzaskany?
Robert Meissner wyszedł ze szkoły wyjściem od Reymonta. Stał wśród obsypanych młodymi listkami drzew i wdychał zapachy. Piękny dzień, nawet w niebie dzisiaj radośnie – pomyślał i odruchowo spojrzał w górę. Nad jego głową, na trzech poziomach, wiosna odgrywała swój spektakl. Na najwyższym pierzaste cirrusy grały w berka z wiatrem. Niżej jaskółki zawzięcie atakowały stada muszek. A nad samą ziemią para bąków odgrywała taniec godowy, wirując wokół niewidocznej osi. Tak się zapatrzył, że nie usłyszał dziewczęcego głosu. Zawołała po raz drugi, głośniej.
– Robert, co żeś się tak zamyślił?
Usłyszał wprawdzie wołanie, nadal jednak nie reagował. Od dawna nikt go tak nie nazywał. W szkole i na podwórku był Koniu. Tak właśnie: Koniu w wołaczu. Nie pamiętał już, kto przed laty wymyślił tego Koniu. Przezwisko nie było obraźliwe. Nawet do niego pasowało, przynajmniej wtedy. Miał wysokie czoło, pociągłą twarz, wydatną szczękę z siodełkiem pośrodku brody i zapadnięte policzki. Jeśli spojrzeć obiektywnie, jego fizjonomia rzeczywiście przypominała koński łeb. Z resztą ciała było podobnie. Nogi długie, chude, z wystającymi kolanami i stopami, które nie wyglądały wprawdzie jak kopyta, ale w proporcji do reszty były za duże. I tak został Koniu. Nie przepadał za swoim przezwiskiem, nie miał już końskiej twarzy, jednak się do niego przyzwyczaił.
– Robert, nie słyszysz?
Dopiero teraz zrozumiał, że dziewczyna woła właśnie jego. To Pyza, zdrobniale Pyzik, koleżanka z pierwszej licealnej dziewcząt. Siedziała na murku i machała nogami. Wyglądało, jakby na niego czekała. Podszedł do niej.
– Cześć!
Chciał powiedzieć "Cześć, Pyza!", na szczęście w porę ugryzł się w język. Jeżeli ona nie nazywała go Koniu, on nie powinien nazywać jej Pyzą. Nie przepadał za Koniu, ona bez wątpienia nienawidziła tej Pyzy. Zapomniał imienia, to nieszczęsne przezwisko przylgnęło do niej na dobre. Zupełnie jak Koniu do niego. Usiłował sobie przypomnieć, nic jednak nie przychodziło mu do głowy.
Po raz pierwszy przyjrzał się jej dokładnie. W białej bluzce i granatowej, plisowanej spódnicy, mundurku dziewcząt z "Dwójki", wyglądała uroczo. Jedynym odstępstwem od regulaminu była rozpięta o guzik za głęboko bluzeczka. Jaka wysoka! Nie zauważył, kiedy tak wystrzeliła w górę. Włosy do ramion, czarne, poskręcane w loki. Z pewnością nie była piękna urodą, jakiej się oczekuje od debiutującej aktoreczki. Nie miała ślicznej twarzy, widział drobne mankamenty. Nos troszkę za długi, usta zbyt szerokie, kości policzkowe nieco wystające. Dwa małe pryszcze na policzku. Nie był zresztą pod tym względem lepszy. Ale te oczy! Przepastne, czarne, o migdałowym, orientalnym owalu. Roześmiane. Pod nimi niewielkie, dodające uroku woreczki. Nie była lalką, lecz urokliwą, pełną życia panną. Owszem, pucułowatą, jednak nazwanie jej Pyzą było teraz draństwem. Wysmuklała, nabrała kobiecych kształtów, urosły jej piersi. Nie przypominała niskiej i grubej dziewczynki, jaką zapamiętał sprzed dwóch lat. Na murku, dyndając nogami, siedziała atrakcyjna dziewczyna. Mijali się codziennie, a on nie dostrzegał przemian, jakie w niej zachodziły.
Wika wiele by dała, żeby pozbyć się tej okrutnej Pyzy, była jednak bezradna. Od szkolnego przezwiska nikt jeszcze nie uciekł. Przed dwoma laty postanowiła zrobić wszystko, aby straciło rację bytu. Przestała podjadać, jeździła na rowerze, chodziła na lekcje jazdy konnej i tańca. Przez ten czas wyrosła i wypiękniała. Część kilogramów zgubiła, część poszła w dodatkowe centymetry. Do zrzucenia pozostało naprawdę niewiele. Pyza, która przylgnęła do niej jak rzep i nie chciała się odczepić, była obecnie przezwiskiem zdecydowanie krzywdzącym.
Przeszła do rzeczy bez zbędnych słów.
– Nie wiesz, jak mam na imię? – Było jej przykro, że nie pamiętał, ale przynajmniej nie nazwał jej Pyzą. Nie obraziła się. – Wiktoria, Wika. W następną sobotę jest zabawa dla klas licealnych – zagaiła. – Przyjdziesz?
– No nie wiem, nie zastanawiałem się. Prawdę powiedziawszy, nie umiem tańczyć.
– Wybierzmy się razem. Poćwiczymy i nie będziesz podpierał ściany. Do balu jeszcze dziesięć dni, mnóstwo czasu. Wystarczy, jeśli się postaramy. Co o tym myślisz?
– Naprawdę chciałabyś? Będziesz mnie uczyła?
Nie powiedział wszystkiego. Fakt, nie tańczył najlepiej, na szkolną zabawę nie chciał jednak pójść z zupełnie innej przyczyny. Nie miał ochoty siedzieć przy stoliku w towarzystwie klasowych oferm i gapić się z zazdrością, jak inni tańczą z najładniejszymi dziewczynami. Przypomniał sobie katastrofę sprzed roku. Wtedy załamał się po czwartej odmowie. Koleżanki najwyraźniej za nim nie przepadały. Wyszedł grubo przed końcem i pomaszerował prosto do swojej dobrej wróżki, pani Anieli, wylać u niej żale na świat, a na kobiety w szczególności.
Wikę podjęcie decyzji o zaproszeniu Roberta wiele kosztowało. W końcu to chłopcy są od zapraszania dziewcząt, nie odwrotnie. Nie miała jednak wyboru, bo kto poprosi do tańca Pyzę? Żeby się koledzy naśmiewali: "Wszystkie odmówiły, więc tylko Pyza ci pozostała"? Znała te teksty. Niejedną noc przepłakała, kiedy docierały do jej uszu. Robert nie był wyśnionym rycerzem, przynajmniej kilku pociągało ją bardziej, mieli już jednak dziewczyny. W grę wchodzili jeszcze koledzy z innych szkół, lecz bała się, że odmówią, a na dokładkę rozpowiedzą, że ich zapraszała. Tego by już nie zniosła. W jej chłodno kalkulującej główce Robert był drugim, ale bezpieczniejszym wyborem.
– Dlaczegóż by nie...
– Wspaniale. Gdzie będziemy ćwiczyć?
– U mnie w domu. Mam gramofon i płyty. Podejrzewam, że jesteś beznadziejny, ale jeżeli poćwiczymy, będzie dobrze.
– Co na to twoi rodzice? Możesz mnie zaprosić?
– Tatusia nie ma, on zawsze w pracy, mama jest wyrozumiała, we wszystkim się zgadzamy, a brat jest młodszy, więc go przegnam, żeby nam nie przeszkadzał.
– To kiedy zaczynamy?
– Gdzieś się spieszysz?
– Ani trochę, nie mam na dzisiaj żadnych planów.
– Myślałam, że gnasz do domu zakuwać matmę, kujonie.
– Oj, Wika, daj spokój.
Był nastawiony pokojowo. Nie mogło być inaczej, tak go oczarowała.
– Tylko nie obiecuj sobie za wiele. Jest mi potrzebny partner do tańca, do niczego więcej. Mam chłopca, ale jest z Torunia i nie może przyjechać na naszą zabawę. – Tego chłopca, wiedziona intuicją, wymyśliła na poczekaniu.
– O! – Nie umiał ukryć rozczarowania. – Ale skoro jesteś zajęta...
– A gdybym nie była zajęta, coś by to zmieniało?
Mogła być Pyzą, inteligencji jej jednak nie brakowało.
– Nie, skądże, ale szkoda. Twój chłopak jest na pewno starszy?
Wiek pozostawał istotnym kryterium atrakcyjności. Starszy chłopak bił na głowę młodszych rywali. Zupełnie jak u morsów.
– Nooo. O dwa lata, jest studentem. I jest taaaki przystojny. Ale niedawno się na niego zbiesiłam. Może nawet z nim zerwę. Chciałbyś, żebym go rzuciła?
Nie miała do tej pory wielu okazji do flirtowania. Wiadomo, Pyza. W trakcie rozmowy odkrywała w sobie ten dar i to odkrycie ją upajało. Tym chłopakiem z Torunia zupełnie go dobiła. Nie wiedział, co powiedzieć. Nie miał żadnego doświadczenia we flirtach i w odróżnieniu od niej brakowało mu talentu do takich słownych potyczek.
– Zrobisz, jak zechcesz. – Jedynie taka, niezbyt błyskotliwa, odpowiedź przyszła mu do głowy. Ona pierwsza zwróciła na niego uwagę. Zapewne dlatego z każdą chwilą piękniała w jego oczach.
Nie jest wcale gruba, żadna z niej pyza. Jest taka ładna. Wiedział, że jej ojciec, inżynier Kawecki, pracuje w Polskim Kablu. Wika od czasu do czasu urządzała prywatki, co peszyło go jeszcze bardziej. Nigdy nie był zapraszany na domowe imprezy urządzane przez kolegów i koleżanki z zamożniejszych domów. Zamknięte towarzystwo, do którego przepustką była pozycja rodziców. Jego spowijała gęsta jak mgła aura obojętności. Dotąd specjalnie mu to nie przeszkadzało.
Wika doszła do wniosku, że przesadziła i speszyła chłopaka, który był jej potrzebny. Żeby to szybko odkręcić, zaczęła wyjaśniać kroki do one-stepa. Naturalnym gestem położyła dłoń na jego ramieniu, tak jej podpowiadała intuicja. Poczuł, że w miejscu, którego dotyka, skóra pulsuje żywym ogniem. Nie umiał się skupić na skomplikowanych krokach.
Dotarli do ładnej, położonej w głębi ogrodu willi. Nie imponowała wielkością, jednak wszystko w niej było proporcjonalne i pełne małomiasteczkowego uroku. Drzwi otworzyła elegancka kobieta w średnim wieku. Podobieństwo z córką było widoczne. Pomyślał, że jej matka ładnie się starzeje. Miała ciepłe, mądre oczy i sympatyczne kurze łapki.
– To jest Robert, mamo. Chodzi do naszego liceum. Będziemy się uczyli tańczyć.
– Miło mi pana poznać, zapraszam. – Uśmiechała się przyjaźnie. Córka wtajemniczyła ją wcześniej w swoje plany.
Zaprowadziły go do salonu umeblowanego meblami gdańskimi. Wykonane z ciemnego dębu, bogato rzeźbione, stwarzały atmosferę mieszczańskiej solidności. Mama Wiki wyszła na chwilę. Wróciła z herbatą i domową szarlotką.
– Zanim zaczniecie tańczyć, zjedzcie coś.
Nie wiedział, jak się zachować. Mieszkał w oficynie, dwa szczeble drabiny społecznej niżej. Szczebel wyżej byli ci, którzy mieszkali od frontu. Na samym szczycie elita, dzieci wyższych urzędników i zamożnej inteligencji, jak Wika Kawecka. Podziały wśród dorosłych przenosiły się na uczniów. Siedząc w salonie Wiki, zrozumiał, jak bardzo brakuje mu obycia. Nigdy w takim domu nie był i nie wiedział, co wypada. Ten salon, gdańskie meble, towarzystwo eleganckich, pewnych siebie kobiet. Wszystko to go przytłaczało. Na szczęście obie panie zadbały, żeby czuł się swobodnie, a szarlotka była doskonała. Mama Wiki posiedziała chwilę, potem zostawiła ich samych.
– Mamy dwie godziny, zwiń dywan!
Klasnęła jak instruktorka tańca i włączyła gramofon – najnowszy model z napędem elektrycznym. Na licealnych potańcówkach tańczono popularne tańce: bostona, shimmy, one-stepa, walca, walczyka, tango, mazura, charlestona. Zaczęli od walca. Poszło nieźle, Robert umiał tańczyć walca. Żeby nie tracić czasu, przeszli do mazura. Mazura też znał. Wika zrobiła wielkie oczy.
– Czy ty mnie przypadkiem nie zrobiłeś w konia?
Dostali głupawki i nie mogli się w żaden sposób uspokoić. Aż jej mama zajrzała, żeby sprawdzić, co ich tak rozbawiło.
– A cóż to za hałasy, moi państwo?
Próbowali wyjaśnić, jednak bez przerwy wybuchali śmiechem. Wreszcie Wika, ocierając łzy, wyjaśniła, dlaczego im tak wesoło.
– Koniu nie zrobił cię w konia. Znam tylko dwa tańce. Kroków nauczyła mnie sąsiadka, starsza pani, która tańczyła kiedyś w balecie.
Miał słuch i nieźle się poruszał, więc szło im doskonale. Wika prowadziła. Okazało się, że tańczy bardzo dobrze. Brała lekcje w prywatnej szkole tańca dla panien i tańczyła na prywatkach. Na tych, które sama urządzała. Na inne nie chodziła, nawet jeśli była zapraszana.
– Na razie ja poprowadzę, potem ty przejmiesz wodzenie. W tańcu – dodała znacząco – potrzebujemy zdecydowanych mężczyzn, którzy poprowadzą.
– A już ty szczególnie potrzebujesz, żeby ci ktoś mówił, co masz robić. Czy zezwalasz swojemu chłopakowi, aby tobą dyrygował?
– Prawdę mówiąc, mój chłopak mię nuży. Muszę pomyśleć o zmianie. – Obserwowała, jak zareaguje. – Wymienię go na innego, naturalnie studenta.
Na szczęście przeszli do one-stepa i nie mogła go dłużej dręczyć.
– Dzisiaj to ostatni taniec. Jutro też masz się postarać.
– Jak najbardziej, pani profesor, stanę na głowie, obiecuję.
One-stepa zatańczyli z przytupem, bawiąc się doskonale. Nawet się spocili, ona niewiele, za to on porządnie.
Jakie ma urocze rumieńce, a że policzki troszkę pucułowate? Jeszcze nigdy nie był tak blisko z dziewczyną. Odkrył właśnie, że to niezrównane przeżycie. Nozdrza wypełniały odurzające zapachy. Nuta jej potu, woń kwiatów we włosach i coś jeszcze. W tajemnicy przed mamą użyła kropelkę jej perfum. W tańcu przybliżał głowę i wdychał czarujący bukiet.
Skończyli punktualnie, jak zaplanowała.
– Całkiem nieźle. Nie przypuszczałam, że tak udatnie1 nam pójdzie.
– Bardzo jesteś łaskawa. Dla rezerwowego to wielki zaszczyt.
– Ależ proszę. – Dygnęła przed nim jak dobrze wychowana panienka. – Jeszcze jedno. Jak u ciebie z ubraniami?
Lekko zaczerwienił się ze wstydu.
– Kiepsko. Urosłem ostatnio, więc już dawno należało kupić nowe.
Tu był jego słaby punkt. Pocerowane, niemodne, czasami przenicowane ubrania zamiast zachęcać do zawarcia znajomości, odstraszały nieliczne dziewczyny, które mogły się nim zainteresować. Na lepsze stroje nie było go jednak stać.
– Są ci potrzebne spodnie i koszula. Najlepiej dwie, jak się spocisz, będziesz mógł zmienić. Wielu tak robi na balach.
– Ty też zmieniasz bluzkę? – Po raz pierwszy pozwolił sobie na więcej niż poprawność.
– Ja się nie pocę. Ale na wszelki wypadek, gdybym była rozrywaną, wezmę zapasową.
– Z pewnością będziesz. Do takiej ślicznej dziewczyny ustawi się kolejka.
Właśnie powiedział swój pierwszy komplement. Nawet nieźle wypadł. Jej się spodobał. Nic by nie miała przeciwko takiej kolejce.
– Chyba nie jesteś zazdrosny?
– A może jestem?
– Żeby być zazdrosnym, trzeba mieć do tego jakiś grunt. Zazdrosnym może być mąż, narzeczony, kochanek. – Uśmiechała się ironicznie. – Do której kategorii ty aspirujesz? Niech zgadnę: narzeczonego!
– Ale ty jesteś okrutna!
Zauważył już, że ona ogrywa go łatwo i z wdziękiem, a w szermierce słownej nigdy jej nie dorówna.
Szybko powróciła do tematu jego stroju.
– Znam jednego krawca. Jest niedrogi i solidny. Jeżeli zechcesz, jutro po lekcjach zaprowadzę cię do niego.
– Jesteś kochana. W wakacje zarobiłem trochę pieniędzy. I tak bym musiał kupić coś z ubrań, a ty mi przynajmniej doradzisz.
– Postaram się.
– To do jutra.
Wracał zygzakami i w podskokach. Im bliżej domu, tym podskoków i zygzaków było mniej. Nie cieszył się jak jeszcze przed chwilą. Zawsze tak było. Dom nie był tym dobrym miejscem, do którego wracamy we wspomnieniach i nosimy w sercu przez całe życie. Mieszkał z matką, Jadwigą Meissner, w maleńkim dwupokojowym mieszkaniu na drugim piętrze oficyny przy Nowodworskiej. Wychowywała go samotnie.
Ojcem Roberta był Piotr Sahajdaczny, zawadiacki oficer wywodzący się z kozackiej szlachty, która przed wiekami osiadła w Rzeczypospolitej. Rotmistrz Sahajdaczny służył w stacjonującym w pobliskim Toruniu 18 Pułku Ułanów. Kiedy Jadwiga powiedziała mu, że jest w ciąży, odmówił ślubu. Nie pociągała go i nie miał zamiaru przez resztę życia płacić za szaleństwa nocy świętego Antoniego. W ową upalną czerwcową noc za dużo wypił i stracił głowę. Poczęli Roberta na nadwiślańskich błoniach. Piotr miał dwadzieścia dwa lata, był podporucznikiem, a świat stał przed nim otworem. Z niezrozumiałych powodów syna nie uznał, alimentów nie płacił.
Robert wyrastał na ładnego, pogodnego i mądrego chłopca. Zawstydzona Opatrzność postanowiła w ten sposób wynagrodzić mu brak ojca, nie miała jednak żadnego wpływu na matkę. Jadwiga Meissner nienawidziła mężczyzn, przenosząc na płeć męską zbiorową odpowiedzialność za postępek Sahajdacznego.
Rodzina Meissnerów mieszkała we Lwowie od pokoleń. Przybyli do Galicji z austriackiego Tyrolu. Podczas wojennej zawieruchy młodziutka Jadwiga straciła rodziców i przywędrowała za pracą do Bydgoszczy. Jeszcze we Lwowie skończyła szkołę ekonomiczną. W Bydgoszczy pracowała jako księgowa w Bydgoskiej Fabryce Maszyn. Zarabiała tyle, że była w stanie utrzymać ich dwoje, również w trudnych czasach wielkiego kryzysu.
Była kobietą pozbawioną ciepła, wręcz zimną. Nie potrafiła zapewnić synowi czułości, dotyku, pocałunków, pieszczot, słów miłości i poczucia bezpieczeństwa, którymi inne mamy tak szczodrze obdarowują swoje dzieci. Miał matkę, która ciągle narzekała, ciągle go krytykowała i ciągle czegoś zabraniała, nie dając w zamian matczynej miłości. Nieustannymi przesłuchaniami, tyradami, a jeśli zaszła potrzeba – podstępem, wyciągała z małego chłopca jego najskrytsze tajemnice po to tylko, aby je obwieścić całemu światu.
Wracając ze szkoły z podbitym okiem, był z siebie dumny. Taka jest kolej rzeczy. Chłopcy bili się od zawsze i będą się bili do końca świata, ponieważ leży to w ich naturze. Dziewczynki niezawodnie to wyczuwają. Chętnie się bawią z największymi łobuzami, maminsynków nie lubią.
Jego rozpacz uosabiała powracająca z pracy matka. Wydobywała z niego imię rywala, następnie szła na skargę do rodziców kolegi, który miał nieszczęście z nim zadrzeć, a nawet do szkolnej wychowawczyni. Nie przespał wiele nocy, rozpaczając po takich interwencjach. Co następnego dnia wygadywali koledzy, jakich obelg musiał wysłuchać, ile razy do lima pod okiem dołączało boleśniejsze, na sercu – tylko on wiedział.
Kiedy był starszy, uświadomił sobie, że nie zdarzyło się jej powiedzieć czegoś pogodnego. Nigdy nie pochwaliła ani jego, ani kogokolwiek. W jej ponurym świecie wszyscy byli źli, wszyscy czemuś winni. Słowa nie służyły wymianie myśli, lecz karaniu i zadawaniu bólu. Musiał wysłuchiwać sączonego z jej ust jadu dzień po dniu, miesiąc po miesiącu, rok po roku. Nie spoczęła, dopóki nie postawiła na swoim. Niezależnie od okoliczności, niezależnie, jak istotna była sprawa, musiała mieć rację.
– Czy mogę pójść na podwórko, mamo?
– Odrobiłeś już lekcje, Roberciku?
Nienawidził tego Robercika. Prosił, żeby go tak nie nazywała. Jak grochem o ścianę.
– Tak, mamo, odrobiłem.
– Co miałeś zadane?
Karnie wymienił zadania domowe, chociaż pilno mu było na podwórko.
– Ta pokaż, co masz w kieszeniach.
Robiła to rzadko, lecz akurat dzisiaj miała ten kaprys.
– Co to jest? – Trzymał w ręku pudełko zapałek.
– To zapałki, mamo. Pudełko jest puste. Do zabawy.
– W co się będziecie bawili, syneczku?
– Pójdziemy do parku i będziemy się bawili w budzik. To taka fajna zabawa. Łapiemy do pudełka pszczołę i przykładamy do ucha. Ona wtedy bzyczy jak budzik. – Uśmiechał się na myśl o czekającej go zabawie.
Powiedziała "syneczku", uśpiła jego czujność. Zamiast powiedzieć: "Jeszcze nie wiem", wyznał prawdę.
– Kategorycznie zabraniam tej idiotycznej zabawy. Nie pójdziesz dzisiaj na podwórko!
– Ale, mamo, co złego w takiej zabawie? Wszystkie dzieci się tak bawią. Jak pszczoła już pobzyczy, to ją wypuszczamy. Nie robimy jej krzywdy.
– Tobie, głuptasie, stanie się krzywda. Użądli cię! Od użądlenia osy można umrzeć.
Nienawidziła pszczół i os. Jak zresztą wszelkich stworzeń, dużych i małych. Z wzajemnością. Jeżeli bzyczący huncwot wleciał do mieszkania, rozpoczynała taniec świętego Wita. Wymachiwała rękami, próbując odgonić przybłędę. Zdarzało się, że podrażniona osa odpłacała użądleniem, pogłębiając jej nienawiść do bzyczącego bractwa.
– Lubię się bawić w budzik, wszyscy lubimy, będę ostrożny, mamo, obiecuję. Pszczoła mnie nigdy nie użądliła. Naprawdę.
– Ta się ze mną nie handrycz. Wiesz, że tego nie znoszę – prychnęła.
Dalsza rozmowa przebiegała według ustalonego scenariusza. Prędzej czy później musiał przyznać, że zabawa w budzik jest niebezpieczna, że jest jej wdzięczny, ponieważ go uchroniła przed użądleniem, i więcej nie będzie się tak bawił.
– Tak, mamo, zrozumiałem. Miałaś oczywiście rację.
Jak dziecko ma się mierzyć z dorosłym, własną matką, która zapewnia, że chce dla niego jak najlepiej, a nieustannie go krzywdzi? Nachodziły go myśli o ucieczce z domu. Marzenie ośmiolatka – uciec jak najdalej. Był za mały, aby zrozumieć przyczynę, zrozumieć niesprawiedliwość, z jaką traktuje go los. Był za mały, żeby się odciąć emocjonalnie od dręczącej go kobiety. Była matką, a on, jak każde dziecko, kochał matkę. Wołanie "mamo", gdy nie słyszał w odpowiedzi "słucham cię, synku", pozostawiało w ustach gorzki posmak. Wystąpiły symptomy nerwicy, chociaż ani on, ani matka nie zdawali sobie sprawy, jaka jest przyczyna jąkania, dlaczego niemal codziennie wymiotuje. Jadwiga Meissner była zbyt prymitywna, żeby pojąć związek pomiędzy objawami nerwicowymi syna a swoimi metodami wychowawczymi.
– Mamusiu, bardzo, bardzo cię proszę.
– Proszę, zgódź się.
– Mamusiu, proszę, co ci zależy?
Nie pojmowała znaczenia chwytającego za serce słowa "proszę". Dla niej ten, kto prosił, chciał odebrać coś, co się jej należało. Nienawidziła mówić "tak", ponieważ wyrażenie zgody było równoznaczne z przyznaniem się do porażki. Rzadsze i rzadsze prośby chłopczyka odbijały się od nieczułego serca.
Jej apodyktyczność przybierała najróżniejsze formy. Prawie nigdy nie udawało mu się dokończyć zdania. Już w połowie wiedziała, co ma do powiedzenia i przerywała. Swoje sprawy do niego przedstawiała, na nic się nie oglądając, nie było dla niej świętości. Czy jadł, czy odrabiał lekcje, czy niósł akurat wazę gorącej zupy, cokolwiek. Nie stanowiło dla niej problemu natychmiastowe wstrzymanie każdej aktywności. Jeżeli coś do niego miała, wymagała niepodzielnej uwagi, bezzwłocznego wykonania polecenia.
Miała też inne obsesje. Szczególnie dwie dawały mu się we znaki, pomimo że same w sobie nie wyglądały groźnie. Problemem była ich nagminność. Chora wyobraźnia chorej kobiety podpowiadała wykroczenia, za które synowi należy się reprymenda. Większość owych przewin, na ogół drobnych, była wyimaginowana. Po prostu źle się czuła, jeżeli przez dłuższy czas go nie krytykowała. Czegoś jej wtedy brakowało. Drugi irytujący zwyczaj polegał na wydawaniu polecenia zrobienia czegoś, co właśnie robił albo przed chwilą skończył robić.
Nie wiadomo, co nią powodowało. Najbardziej prawdopodobne było, że zbierała plusy w jakimś paranoicznym konkursie na antymatkę. Była jak automat, którego pan konstruktor nie wyposażył w sprzężenie zwrotne i z tego powodu nie docierały do niego informacje o reakcji otoczenia na jego poczynania. Dlatego nigdy ich nie korygował, niezależnie od konsekwencji, do autodestrukcji włącznie.
Z tym wszystkim czuł, że jest nikim. Z wiekiem twardniał jednak i zaczynał rozumieć, że pozbawiła go dzieciństwa, pozbawiła poczucia bezpieczeństwa, odebrała pewność siebie. Doświadczał zła w czystej jego postaci.
Jakim sposobem zachował pogodę ducha, pogodny uśmiech, pozostanie niewyjaśnioną tajemnicą. Mimo to płacił nieswoje rachunki. W szkole nie był lubiany. Nie potrafił dociec przyczyny. W podstawówce, owszem, bywał złośliwy. Szybko jednak zrozumiał, że to do niczego dobrego nie prowadzi. W gimnazjum bardzo się zmienił. Przestał dokuczać, był uczynny, dawał ściągać, nie wymądrzał się i nie wyrywał do odpowiedzi. Odkrył zalety powściągliwości. Niechęć rówieśników jednak pozostała. Nie umiał zgłębić jej natury. Może dziewczyny wyczuwały zło, które w jego duszy zasiała matka. Niebezpieczeństwo, przed którym przestrzegała kobieca intuicja. Wika na szczęście żadnego zła nie wyczuła.
Ciepło i miłość odnalazł u Anieli Ćwiklińskiej – sąsiadki, która mieszkała na pierwszym piętrze ich oficyny. Starsza pani pięknie przeżyła swoje życie. Młodziutka Aniela przyjechała do Warszawy z prowincji. Debiutowała jako tancerka w rewii. Występowała w warszawskich teatrach i kabaretach. Prześliczna i powabna, potrafiła wykorzystać swe uroki. Kochanków miała legiony. Przez buduar uroczej Anieli przewijali się dziedzice rodzinnych fortun, ogniści oficerowie carscy, synowie przemysłowców, rasowi bogacze. Latami umiejętnie łączyła niezbyt imponującą karierę artystyczną z wygodnym życiem utrzymanki. Bywała muzą poetów i malarzy. Przychodzili dla ponętnego ciała, którym ich obdarowywała szczodrze i bezinteresownie, oraz w poszukiwaniu natchnienia. Literaci i podobne im pięknoduchy przy kielichu absyntu dyskutowali w jej przytulnym gniazdku o Młodej Polsce. Byli wśród nich prawdziwi rewolucjoniści, którzy w wolnej ojczyźnie zasłużyli na własną ulicę.
Burzliwa młodość przeminęła, a pani Aniela nadal wiodła ciekawe życie. Lata wojenne stanowiły w jej biografii sekretną kartę. Nie wiadomo, co wtedy porabiała. Przy Nowodworskiej zamieszkała w 1926 roku. Zarabiała na życie lekcjami gry na pianinie. Raz w roku sprzedawała cenną błyskotkę z kolekcji, którą przewidująco zachowała na jesienne lata. Pieniądze z lekcji uzupełniane dochodami ze sprzedaży klejnotów pozwalały żyć na przyzwoitej stopie.
Poznała Roberta, kiedy poszedł do pierwszej klasy. Na prośbę matki opiekowała się nim do jej powrotu z pracy. Miała pięćdziesiąt lat i niezaspokojony instynkt macierzyński. Chłopiec przebojem zdobył jej serce. Opowiadała zapamiętane z dzieciństwa baśnie. Siedział na kanapie, zasłuchany, z piernikiem toruńskim w rączce i ufną trwogą w sercu. Były to jego najpiękniejsze chwile.
Pani Aniela okazywała mu serce, ratowała rozdeptywaną duszę, rozmawiała jak z dorosłym i o wszystkim, co jego interesowało. Nigdy nie narzucała swojej woli. Przekonał się, że również on może mieć rację, nie musi zawsze ustępować. To ona uczyła go gry na pianinie, podtykała niemoralne powieści, które pożerał jak grzeszny zakonnik dzieła z Indeksu. A przede wszystkim z uwagą wysłuchiwała wszystkiego, co miał do powiedzenia. Kiedy podrósł, odwdzięczał się drobnymi przysługami. Przynosił węgiel z piwnicy, rąbał drewno na podpałkę, robił zakupy, wyżymał ciężkie pranie i rozwieszał we wspólnej suszarni na poddaszu. Ratunek w osobie wyrozumiałej, ciepłej i mądrej pani Anieli nadszedł w ostatniej chwili. Do przełomu doszło przed czterema laty. Do Jadwigi Meissner dotarło wreszcie, że syn bardziej kocha starszą panią z pierwszego piętra niż matkę. Zabrała się energicznie za jego dyscyplinowanie.
– Masz od dzisiaj przestać chodzić do tej... do tej... – póki co zmełła w ustach obelgę – Ćwiklińskiej. Mój błąd, że cię do niej posyłałam, ale nie miałam innego wyjścia. Niedawno się dowiedziałam, że ta kobieta się źle prowadziła. Nie ma potrzeby, żebyś ją odwiedzał.
– Mamo, co w tym złego, że raz na jakiś czas wpadnę do pani Anieli? Ona tyle wie, bardzo się o mnie troszczy, lubi mnie, rozmawiamy.
– No właśnie, rozmawiacie. Czy nie mówiłam, że była lafiryndą? Masz przestać do niej chodzić! Ta zrozumiałeś?! – już się nie hamowała.
Bardziej go zranić nie mogła. Nazwanie pani Anieli, osoby mu najbliższej, lafiryndą było tą kroplą, która przelała czarę goryczy. Pojął, że nic nie jest winien kobiecie, która go urodziła, bo ona jest zła. Niedobrze się stało, że przez wszystkie te lata maltretowania nigdy nie płakał. Gdyby po słowach tak okrutnych wybuchał płaczem, matka być może ograniczyłaby swe zapędy pedagogiczne. Lecz nie płakał, tylko w milczeniu przełykał krzywdy zamiast łez, a ona nie widziała powodu do zmiany postępowania. Wszak wszystko robiła dla jego dobra. Jak choćby w ten dzień, dwa miesiące temu. Nieopatrznie wyznał, że po lekcjach co bardziej przedsiębiorczy chłopcy obmacują koleżankom piersi. Bogiem a prawdą wyciągnęła od niego tę skandaliczną informację podstępem. Zapytała, obiecując, że nikomu nie powie. Na wywiadówce, z mściwym błyskiem w oku, obwieściła to zaskoczonym rodzicom. Wymieniła nawet nazwiska jawnogrzeszników płci obojga. Przecież dziewczynki, które się pozwalają obmacywać, są współwinne. Nie dopowiedział, że jedną obmacuje kilku i ona nie ma wtedy wiele do powiedzenia, ponieważ dwóch ją przytrzymuje. Napawała się spojrzeniami, jakimi obrzucali ją oburzeni rodzice. Jeżeli były nienawistne, czuła się najlepiej. Jakie to przyniesie konsekwencje, jej nie obchodziło.
O tym, co zrobiła, dowiedział się następnego dnia. Był to najgorszy dzień w jego życiu. Został najbardziej znienawidzonym i pogardzanym uczniem w klasie. Wieść o podłej zdradzie i o postępku matki obiegła zresztą całą szkołę.
– Koniu: jąkała i kapuś!
Nie wiedział, gdzie się podziać, przepłakał wiele nocy. Dla kolegów i koleżanek, szczególnie tych obmacywanych, był od tej pory trędowaty. Wstydził się powiedzieć pani Anieli, bo to on zawinił. Wygadał się, choć powinien przewidzieć, jakie będą skutki tej jego niedyskrecji.
Nazywając uroczą starszą panią lafiryndą dlatego, że miłością i oddaniem zajęła w sercu syna miejsce jej przeznaczone, Jadwiga Meissner popełniła błąd. Nieokrzepły w życiowych zmaganiach czternastolatek został postawiony przed diabelską alternatywą. Dana przez naturę miłość do matki czy ratowanie własnej duszy, resztek szacunku dla siebie. Zbuntował się. Wypowiedział naturze jej prawa, wypowiedział matce posłuszeństwo, które miał wyryte w sercu.
Przez lata wypracował zdumiewający sposób przekazywania myśli. Rozmawiając z nią, każde – literalnie każde – zdanie poddawał autocenzurze. Rozpatrywał wszelkie możliwe reakcje matki. Zastanawiał się, co może wykorzystać przeciwko niemu. Jeżeli analiza wypadła negatywnie, zmieniał treść albo z niego rezygnował. Ta unikalna umiejętność pozwoliła wyleczyć się z jąkania. W nadzwyczajnym tempie, bez pomocy psychologów, psychiatrów, logopedów. Jąkała, kiedy zdanie ułoży się w głowie i zaczyna je wypowiadać, z góry wie, na którym słowie się zatnie. Zacina się właśnie dlatego, że wie. Potrafił nawet w trakcie mówienia zastępować krytyczny wyraz synonimem, jakby znał na pamięć słownik wyrazów bliskoznacznych.
Chcąc uniknąć rozmów korekcyjnych, przed którymi nie miał się gdzie skryć, spotykał się z panią Anielą w parku. Gawędzili sobie, siedząc na ławce pod kasztanem. Nie wiadomo, jak by się ta zimna wojna skończyła, zapewne po raz kolejny uległby emocjonalnemu szantażowi, który pozostawał niezawodną bronią matki. Swoją ofiarę, własne dziecko, szantażowała cynicznie, bez skrupułów.
Zrządzeniem Opatrzności wtedy właśnie Jadwiga Meissner zapadła na gruźlicę. Choroba miała nieostry przebieg, jednak ją wyczerpywała. Nie była już w stanie narzucać swojej woli w każdej, nawet nieistotnej sprawie. Zabrakło sił, żeby dręczyć syna tak długo, aż ustąpi.
Odczuwał niewyobrażalną ulgę i nawet się tego uczucia nie wstydził. Gotów był oddać duszę diabłu, byle koszmary nie powróciły. Dom pozostał miejscem pozbawionym szczęścia, lecz zdatnym już do zniesienia, chociaż jeszcze niedawno z każdego kąta wypełzało szaleństwo. Przestał zwracać uwagę na to, co mówiła. Potrafił, patrząc jej hardo w oczy, wycedzić: "Idź do diabła!", trzasnąć drzwiami i zejść piętro niżej.
Pierwsze kroki skierował naturalnie do pani Anieli. Musiał się z nią podzielić swoim szczęściem.
– Poznałem dziewczynę. Ma na imię Wika i jest cudowna!
Pani Aniela wysłuchała zachwytów i opisów niezliczonych zalet Wiki z wyrozumiałością. Z przenikliwością kobiety znającej życie dostrzegła w tych jego zachwytach nadzieję na głębokie uczucie. Co jakiś czas zadawała dociekliwe, lecz życzliwe pytanie. Udzieliła też kilku wskazówek. Radząc mu, jak powinien postępować z dziewczyną, z góry wiedziała, że i tak postąpi po swojemu.
Zakochany młody dureń nawet najlepszych rad nie posłucha – rozmarzyła się. Wychodził z ociąganiem, najchętniej rozprawiałby o niej do rana. Zamiast pójść do domu, długo jeszcze wałęsał się po parku, przeżywając swoje szczęście. Pani Aniela odprowadzała go wzrokiem. Widząc jego swobodny, jak nigdy jeszcze, krok, przeniosła się wspomnieniami w odległą przeszłość. Niżynski... Jak on lekko tańczył.
Rok 1913. Niezapomniany wieczór kwietniowy. Na scenie "Balety Rosyjskie" Diagilewa, prapremiera Święta wiosny. Siedziała w loży Teatru Maryjskiego w Petersburgu z generałem Brusiłowem. Była jego kochanką. W sąsiedniej loży piękny jak młody bóg Jesienin2 z żoną – Isadorą3. Kłaniał się i rozjaśniał świat swoim naiwnym uśmiechem wiejskiego chłopca. Jak Robert, kiedy opowiadał o swojej dziewczynie.
Do domu wrócił późno, matka już spała. Jej nic nie powie. Gdyby się nieopatrznie wygadał, chciałaby wiedzieć, kim są jej rodzice, ile zarabiają, jaki mają dom, i w ten sposób zbrukałaby pierwsze kochanie. Dlatego nie powie.
W domu Wiki Kaweckiej, po wyjściu Roberta, odbyła się ważna rozmowa.
– No i jak, mamo?
– Nooo... – pani Hanka zawiesiła głos.
– Och, nie dręcz mnie, powiedz, co o nim myślisz. – Wika straciła cierpliwość.
– Myślę, że Bodo to on nie jest, ale ujdzie. Ujdzie... A jak ci poszło?
– Doskonale! Nie wiedziałam, że oni są tacy, no wiesz, naiwni. Jak naopowiadałam o swoim chłopaku, zwiesił nos na kwintę. Dałam mu do zrozumienia, że nie jest bez szans, tylko się musi baaardzo postarać. – Mrugnęła porozumiewawczo. – Kocham cię, mamusiu. Pędzę do krawca.
Pani Hanka brakiem powodzenia córki i jej ohydnym przezwiskiem martwiła się jeszcze bardziej niż Wika. Prawdę mówiąc, to ona podpowiedziała, żeby zamiast się wypłakiwać w poduszkę w oczekiwaniu na księcia z bajki, wzięła sprawy w swoje ręce.
– Czemu sama nie zaprosisz jakiegoś sympatycznego chłopca? Nie musi być najprzystojniejszy, wystarczy, że się przy nim pokażesz. Potem pójdzie gładko. Ci, do których wzdychasz, będą zabiegali o wpis w karneciku. Przekonasz się!
Pobiegła do pracowni Abrahama Nomberga. Krawiec był godny zaufania, jednak, jak każdy dobry fachowiec, nie był tani. Za bardzo wszak zależało jej na sobotniej zabawie, aby taka błahostka ją powstrzymała. Po drodze przeskakiwała z nogi na nogę, jakby grała w klasy.
– Panie Abrahamie, przyprowadzę kolegę ze szkoły. U niego się nie przelewa, a ma pójść ze mną na bal. Zróbmy tak. Pan poda najniższą cenę, żeby nie dopłacać. To raptem spodnie i dwie koszule. On się nie może o naszej rozmowie dowiedzieć – wyrecytowała jednym tchem.
– Rozumie się i powodzenie składam.
Tym razem to Robert na nią czekał.
– Jak ci minął dzień? – wpatrywał się w nią z zachwytem i niezbyt mądrym wyrazem twarzy.
– Doskonale. A tobie? – Podziw odebrała jako należny hołd.
– Nadzwyczajnie.
Nadzwyczajność polegała na liczeniu minut do spotkania z nią.
– Idziemy do krawca.
Z wdziękiem weszła mu na głowę, a on się jej podporządkował. Nomberg powitał ich uprzejmie. Rodzina Kaweckich ubierała się u niego od lat.
– Dzień dobry, szanowne państwo. Jaki szykowny kawaler! Z panienką Wiką piękna z was para.
Nie skomentował, jedynie lekko poczerwieniał. Wika zarumieniła się jeszcze bardziej, jednak – ku jego zaskoczeniu – nie sprostowała. Okazało się, że doskonale wie, jakich koszul on potrzebuje.
– Dopasowana w ramionach, luźna w rękawie, wykładany kołnierz w stylu romantycznym – instruowała krawca. – Będziesz wyglądał jak Lord Byron.
Widziała, że wprawdzie chudy, ale ma wypukłą klatkę i w tym fasonie będzie mu do twarzy. Taki krój nie pasował na chuderlaka, lecz dla niego był doskonale dobrany.
– I koniecznie białe guziki w błękitnym odcieniu. Tak, te przystają.
Widać było, że moda ją pasjonuje.
Po uzgodnieniu szczegółów Robert zadał najważniejsze pytanie.
– Ile to będzie kosztowało?
Miał odłożone dwadzieścia trzy złote, wątpił jednak, czy to wystarczy.
– Przyszedłszy do ceny, uszyję taka jedna koszula za pięć złoty.
Dla krawca najważniejsze było, żeby panienka wyszła zadowolona.
– Doskonale – ucieszył się. – Naprawdę świetna cena. Prawdziwa okazja.
Wierzysz w okazja, chłopcze? Życie cię nauczy, że okazja nie ma – pomyślał Nomberg, wzdychając.
– Spodnie dobrze leżące w stanie, szersze w nogawkach. Na dole nieco zwężone. Naturalnie delikatna wełna. Taka lejąca się. Kolana nie będą się wypychały – wyjaśniła, chcąc się wykazać zmysłem praktycznym.
Krawiec dokładnie go obmierzył.
– Za spodnie jak dla szanowny pan zaledwie piętnaście złoty.
Na szczęście niewiele zabrakło, w razie czego doniosę.
– Mam, proszę pana, tylko dwadzieścia trzy. Może sam przyszyję guziki? – zaproponował. Trochę wstydził się przed Wiką.
Krawiec machnął ręką. Przywykł do targowania, a zobaczywszy Roberta, spodziewał się, że będzie gorzej.
– Szanowny pan mnie wyjścia nie zostawiasz. Uszyję ubrań z guzikiem za dwadzieścia trzy.
Wika chętnie by mu pożyczyła dwa złote, nie chciała go jednak zawstydzić.
Potańcówka, szumnie nazywana balem, była z wytęsknieniem wyczekiwana przez licealistów. Tych, którzy nie podpierali ścian. Przygotowania nie poszły na marne, Robert i Wika pięknie się prezentowali. Wdzięk i elegancja tańczącej pary rzucały się w oczy. Dziewczyna wpisywała do karnecika chętnych na kolejne tańce, a Robert bezradnie się przyglądał. Kilku chłopców z drugiej licealnej zamierzało najwyraźniej odbić mu partnerkę. Takie miała plany. Pokazać się i wymienić Roberta na któregoś z tych, do których od dawna wzdychała.
Tańczyła z Władkiem z klasy maturalnej, najmłodszym synem starosty. Starsi bracia zadbali o edukację seksualną młodego. Robił to już z wiejskimi dziewuchami. Wiką nie był specjalnie zainteresowany. Chciał jedynie pokazać kolegom, że żadna mu się nie oprze.
– Widzę, Pyziku, że Koniu się w tobie zabujał. Nawet ładnie wyglądacie, ale do siebie nie pasujecie. Zasługujesz na kogoś lepszego.
Była zirytowana, nazwał ją Pyzikiem, jemu jednak gotowa była wybaczyć wszystko. No, niemal wszystko. To do niego najczęściej wzdychała. Powiedziała zatem coś, co mogło go zainteresować. Niech nie myśli, żem jest gęś.
Władek trafnie odebrał zachętę, podniecała go myśl o ściąganiu majteczek Pyzie, która mu się coraz bardziej podobała. Żeby wziąć zadatek, manewrował w kierunku najciemniejszego kąta. Zamiast podejść do sprawy jak należy, stworzyć nastrój, na którym dziewczynie zależało, poszedł na skróty i obmacywał jej piersi. Nie wziął pod uwagę, że ona w tych sprawach była zielona.
Robert zauważył oczywiście te oburzające manewry. Chusteczka wysunięta z kieszonki, krawat w kretyńskie wzorki... No po prostu bubek...! Palant! Co ona w nim widzi? – Był zazdrosny jak Otello, właśnie przerabiali Szekspira. – Zatańczyłem z nią parę razy i już ten kretyn mi ją odbija. Podchodzi i bierze jak swoją. A ona się do niego mizdrzy jak, jak... No nie, Desdemona była wierna.
To, co zrobił Władek, to było dla niej za szybko i zaszło za daleko. Odtąd, sama nie wiedząc dlaczego, chętnym na taniec wyjaśniała, że właśnie obiecała kilka kolejnych Robertowi.
– Karnecik gdzieś się zapodział.
Kiedy orkiestra zrobiła przerwę, młodzież wysypała się przed budynek, chcąc w zakamarkach ogrodu skryć się przed ciekawskimi. Wika i Robert znaleźli się w najdalszym jego zakątku.
– Pierwszorzędnie nam idzie, naprawdę. Nie przypuszczałam, że tak dobrze wypadniemy.
– To przede wszystkim twoja zasługa. – Komplementy wychodziły mu coraz lepiej.
Stali w półmroku, on wielce speszony. Nie wiedział, jak się zachować, nie był jeszcze tak blisko z dziewczyną. No i sceneria – noc, ogród. Chciał ją objąć, ale jak? Pani Aniela trafnie przewidziała, pogrążył się w jej oczach i wyleciały mu z głowy wszelkie jej rady. Wreszcie zebrał się na odwagę i otoczył Wikę ramieniem. Niezdarnie i niepewnie. Był przekonany, że go zaraz odepchnie i jeszcze wyśmieje. Jednak nic takiego nie zrobiła. Zapytała:
– Ciekawe, czy umiesz całować. Sprawdzimy? Tak na próbę?
Długo czekała na tę chwilę, kiedy przestanie być Pyzą, a będzie tą dziewczyną, za którą uganiają się chłopcy. Nie chciała marnować tego dnia tylko dlatego, że Władek był taki niegodziwy.
– Tak na próbę – zgodził się skwapliwie.
Pierwszy raz się całował. Stali pod starym wiązem, więc odruchowo przyparł ją do drzewa. Całym ciałem czuła jego docisk. Była podekscytowana, a nawet podniecona. Większość koleżanek miała już swoich chłopców. Kiedy zadzierały nosa, zazdrościła im. Nareszcie i ona się całowała, poznawała smak pocałunku. Nie mogli przestać. Gdy im się wreszcie udało, zmieszani i zawstydzeni tkwili w bezruchu, dotykając się jedynie dłońmi. Zupełnie nie wiedział, co powiedzieć. Wika, bardziej obyta, podjęła rozmowę.
– Potrafisz całować – pochwaliła na wyrost. – Podobało ci się?
Nie sprzeciwiała się, więc pocałował ją ponownie. Poszło jeszcze lepiej. Nie zderzyli się zębami.
Orkiestra zaczęła grać, więc wrócili na parkiet. Tańczyli bostona, potem tango. Zmęczeni przysiedli na chwilę i pili lemoniadę. Wodzirej zawołał:
– Biały walc! Panie proszą panów.
Niektóre dziewczęta już wcześniej zwróciły uwagę na Roberta. Urok tej pary nie mógł ujść ich uwagi. Nawet dwie chciały z nim zatańczyć i jednocześnie ruszyły w jego kierunku. Wika zauważyła oczywiście to małe zamieszanie. Zrobiła się zazdrosna. Aby nie wypaść gorzej, zaprosiła Marka, który już wcześniej chciał z nią tańczyć. A on zapytał wprost:
– Chodzisz z Koniu? Nie wiedziałem.
– Ależ skąd! Nie, jesteśmy tylko... no... dzisiaj tańczymy.
– Umów się ze mną. Zapraszam do kina, potem pójdziemy na lody.
Nie było go na liście marzeń, w sekretnej klasyfikacji stał jednak nieporównanie wyżej od Roberta. Chodził do klasy maturalnej, był przystojny, świetnie grał w piłkę, wystrzałowo się ubierał i podobał się dziewczynom. Takiego chłopaka wszystkie by jej zazdrościły. Wahała się. Przed chwilą całowała się z Robertem, teraz podrywa ją Marek. Dwa lata wyrzeczeń nie poszły na marne.
– No, Pyza, jak będzie?
Koszmarnie! Właśnie stracił swoją szansę.
– Wspaniale, że zapraszasz, ale na randki brak mi czasu. Mam inne zajęcia.
– Daj znać, jak zmienisz zdanie. Będę czekał.
Robert tańczył z Brigitte, pogodną Niemką, która chodziła do jednej klasy z Wiką. Nie była tak ładna, lecz miała w sobie to coś: nadzwyczajne piersi, i jak mało która poruszała biodrami. Mieszkała w sąsiedniej kamienicy. Znali się, a na podwórku dzieciaki gadały, jak im pasowało, po polsku lub niemiecku. Rozmawiali po niemiecku. To był ukłon w jej stronę.
– Wika jest twoją dziewczyną?
– Niee, tylko ze sobą tańczymy.
– To mi nie wygląda na "tylko tańczenie". Jesteście dzisiaj nierozłączni.
– "Z Wiką nie ma żartów – w miłości czy w gniewie. Co myśli, nikt nie zgadnie; co zrobi, nikt nie wie"4.
Rozbawił ją do łez.
Wika zawrzała słusznym oburzeniem. A to ciećwierz! Ledwo go spuściłam z oka, już podrywa tę krowę! Następny taniec był wolny, nadający się do przytulania, jak również do robienia wymówek.
– Coś jej naopowiadał? – naskoczyła na niego. – Nawet stąd słyszałam, jak wam wesoło. Może zmienisz partnerkę? Mię tak nie rozśmieszałeś – irytowała się.
– Nie chcę zmieniać partnerki. Chcę z tobą tańczyć, rozmawiać, chodzić na spacery, całować cię, tylko ty mi się podobasz.
Poczuła w sercu przyjemne ciepło, zdobył się na kolejną deklarację.
– Skąd ci przyszło do głowy, że ja mam ochotę się z tobą spotykać?
– No, nie wiem, ale bardzo bym chciał.
– I sądzisz, że jak się raz jeden pozwoliłam pocałować, to marzę o randkowaniu z tobą?
– Na pewno chcesz wrócić do tego swojego chłopaka. – Śmiałość szybko go opuszczała.
– Gdybyś nie flirtował z Brigitte, to kto wie? Może bym wybrała ciebie.
– O jakim flircie mówisz? Raz zatańczyliśmy.
– A co ją tak rozśmieszyło?
– Spytała, czy jesteś moją dziewczyną.
– I co jej powiedziałeś? – zainteresowała się.
Powtórzył jej ten wierszyk.
– I to ją aż tak rozśmieszyło? – Też parsknęła śmiechem.
– No właśnie.
– Twoje szczęście, że nie próbowałeś udawać mojego chłopaka. – Wyjaśnienie ją usatysfakcjonowało. Nie drążyła więcej tematu.
– Gdzie byś mię zaprosił, gdybym się zgodziła? – Patrzyła na niego teraz łaskawszym okiem.
– Może spacer nad Brdą, potem lody u Wiktora?
Była to najlepsza kawiarnia w Bydgoszczy. Położona na bulwarze, z widokiem na zakole rzeki, przytulna, pachnąca kawą. Ulubione miejsce spotkań zakochanych.
– Niech będzie, dam się zaprosić – przyzwoliła łaskawie. – Ale tylko dlatego, że lubię lody od Wiktora, więc sobie za wiele nie obiecuj.
Samo domniemanie, że może coś sobie obiecywać, wielce mu pochlebiało. Odprowadził ją pod sam dom. Po drodze się całowali, a Wika za nic by nie wyznała, co naprawdę się z nią dzieje. On już wiedział, co czuje. Tak bardzo mu się podobała. Zauroczyła go urodą, uśmiechem, dowcipem, sposobem poruszania, zapachem, spojrzeniem. Wszystkim. Mógłby ją całować bez końca. Nieustannie o niej myślał. Umówili się na randkę w niedzielne południe na Plantach.
Po śniadaniu poszedł do pani Anieli o wszystkim jej opowiedzieć. Wika go zaczarowała. Pani Aniela znała ten stan. Jej kochankowie, wprawdzie nie po pierwszych pocałunkach, byli w podobnym. Jej syn – tak o nim myślała – przeżywał pierwszą miłość. Mogła podpowiedzieć, jak się dobrać do Wiki, za nic jednak nie odarłaby jego uczucia z magii, nie pozbawiła przeżywanych na jej oczach rozterek.
Niepokoiła się, widząc, jak podle potraktował go los. Nie miał ojca, okazało się, że ma bezduszną matkę. Nadchodziły chwile, kiedy naprawdę się o niego obawiała. Również ona odetchnęła, gdy Jadwiga Meissner zachorowała. Nie przeszkadzało jej, że mijając ją na schodach, okazuje oblicze Meduzy5. Z rozbawieniem patrzyła, jak zachowując pozory, nieudolnie ją obraża. W ustach mełła nieodmiennie tę "kurwę". Wymawiała bezgłośnie, lecz tak poruszała wargami, żeby Aniela wiedziała. Na nic innego nie było jej stać. Widząc, że syn nic sobie z jej słów nie robi, a kiedy wprost obraża Anielę, karze ją, schodząc piętro niżej, poprzestawała na epitecie "ta kobieta". To określenie tolerował, chociaż wiedział, jaka bezbrzeżna nienawiść się za nim kryła.
Pani Aniela była tak szczęśliwa, widząc, jak Robert otrząsa się z destrukcyjnego wpływu matki, że zniosłaby nawet wykrzyczaną w twarz obelgę. Cieszyła się razem z nim, gdyż i ona miała udział w tym sukcesie.
Wysłuchała z wyrozumiałością peanów na cześć Wiki. Zorientowała się, że Robert nie za bardzo wie, co dziewczyna może mu dać, wobec tego, zamiast podpowiadać, zacytowała poetę:
Kto po wzięciu pocałunku
i po dalszy ciąg nie sięga,
godzien stracić to, co zyskał,
stary, głupi niedołęga...
Kolejną zwrotkę dopowiedziała już w myślach.
Mówisz, że to gwałt? Lecz gdybyś
duszę kobiet dobrze znał ty,
wiedziałbyś, że nic milszego
nie ma dla nich nad te gwałty... 6
Pierwsza miłość to nie pora na branie gwałtem. Te mądrości muszą na swój czas poczekać. Najlepiej, jeśli sam do nich dojdzie.
Przyszedł nad Brdę przed czasem. Na pewno nie przyjdzie. Umówiła się, żeby mi przytrzeć nosa. Na jej widok twarz mu pojaśniała, serce zabiło mocniej. Jednak przyszła! Wika, najcudowniejsza dziewczyna na świecie. Wzięła go pod rękę. Czegóż więcej mógł chcieć? Chłopak jak on, przeciętny z przeciętnych, nawet nie marzył, że dziewczyna z dobrego domu pójdzie z nim do łóżka. Szczytem oczekiwań były pocałunki, może niewinne pieszczoty.
Uważała podobnie. Przez myśl jej nie przeszło, że to właśnie on będzie tym pierwszym. Chciała jedynie czuć to samo, co pod wiązem. Oparła się o drzewo i zamknęła oczy. Natychmiast poczuła na ustach jego wargi. Rozchyliła je i wysunęła język. Miała ochotę poznać smak nieprzyzwoitych pocałunków. Była otwarta, do pewnych granic oczywiście. Masturbowała się, marząc o niektórych kolegach albo aktorach. Nie mogła się powstrzymać, pomimo że ksiądz Ozga, szkolny katecheta, grzmiał, jaki to straszny grzech. Na spowiedzi pytał dziewczyn, czy to robiły. Nie wprost, ale tak, żeby było wiadomo, o co chodzi. Była na tyle roztropna, by się nie przyznawać.
Poczuł jej język w ustach, zakręciło mu się w głowie i stracił kontrolę nad sobą. Ona zaś znalazła się w innym świecie. Czuła więcej i bardziej niż za pierwszym razem. Głucho westchnęła, nie rozumiejąc, co się z nią dzieje. Dlaczego jestem tak podniecona? To są chyba te motylki w brzuchu. Czy z innym będzie tak samo? Nieźle. Całujemy się, a ja myślę o innych. Jej język śmielej zatrzepotał.
Kiedy się wreszcie od siebie oderwali, pogłaskała go delikatnie po twarzy.
– Podobam ci się, prawda?
– Zakochałem się w tobie! – wyrwało mu się bezwiednie.
Kiedy ta deklaracja padła, zrozumiał, że jest najszczerszą prawdą. Teraz to Wika całowała jego, było jej niewyraźnie. Chciała go wykorzystać, a on wziął wszystko na poważnie. Oj, Koniu, co ja z tobą teraz pocznę? Tego mu nie wyjawiła, lecz robiła to, co jej wychodziło najlepiej, flirtowała.
– Potrafisz dziewczynę zbałamucić! Zaś ja daję wiarę wszystkim twoim zapewnieniom. Jestem niemądra, prawda?
– Jesteś najcudowniejszą dziewczyną na świecie.
Pogoda była piękna, panował nietypowy jak na kwiecień gorąc. Doszli do końca bulwaru i nie mieli ochoty wracać, poszli więc dalej drogą ciągnącą się wzdłuż rzeki. Natrafili na polanę. Mieli ją tylko dla siebie. Usiedli na trawie.
– Powiedz, co ci się u mnie podoba?
Wbrew pozorom zadała trudne pytanie. Był zbyt nieśmiały, żeby wymienić piersi albo tyłek. A te były bez wątpienia mocnymi stronami Wiki. Czuł, że porusza się po niebezpiecznym terenie.
– No... oczy, brwi, śliczny nosek. I jesteś taka zgrabna! – Na nic innego się nie odważył.
– Zaledwie tyle? I nic więcej ci się u mnie nie podoba?
– Wszystko mi się podoba.
– Zechciałbyś rozwinąć temat? – Jego zakłopotanie ją rozbawiło.
Nie wiedział, co powiedzieć, więc postanowiła mu pomóc.
– A moje piersi? Czy ci się podobają?
Jak już sama zapytała, przemógł nieśmiałość.
– Są takie piękne. Jak senne marzenie.
Przynajmniej się nie bierze do obmacywania. Przez myśl mi nie przeszło, że Władek potrafi być taki bezczelny.
– Jakie znowu marzenie, przecież tu jestem. Jeżeli bardzo pragniesz, może zezwolę dotknąć. Chciałbyś?
– Naprawdę? Pozwolisz dotknąć?
Coś się w nim wtedy przełamało. Poczuł, że nieśmiałość mu ciąży i musi się jej jak najprędzej pozbyć. Próbował ją dotknąć. Zaśmiała mu się w nos i uchyliła. Jak Władek mnie obmacywał, obraziłam się, a jemu wszystko uchodzi, wcale się na niego nie gniewam. Oj, Wika, pilnuj ty się!
– Nie obiecałam, że pozwolę dotykać teraz. Powiedziałam, że może kiedyś...
Jej słowa już do niego nie docierały. Doskoczył, objął ją i przycisnął do trawy. Wyrwała się i uciekła. Na skraju polanki leżała kłoda. Wystarczająco duża, żeby się za nią schować. Gonili się wokół niej. Miał niewielką szansę schwytania Wiki, chyba że zechce pomóc. Tak wypadło, że spóźniła się przy zawracaniu, a on ją wtedy złapał. Zdyszana i zaróżowiona czekała, co zrobi, a samo czekanie było ekscytujące. Musiał ją tam dotknąć. Wyciągnął rękę, jednak coś kazało mu się powstrzymać. Trwali tak przez dłuższą chwilę, wreszcie zamknęła oczy i drżąc, podała mu swoją pierś.
– I jak się teraz czujesz, bezecniku? Nie chciałeś czekać, aż zezwolę, tylko wziąłeś siłą. Czy już zawsze będziesz mię zmuszał do wszystkiego przemocą?
Branie siłą ma swój urok. Kiedy ją przytrzymywał, a ona się wyrywała, czuł, jak jej ciało się pręży, a ona dyszy podnieceniem. Z trudem nad sobą panował.
– Wiesz, że niczego bez twojej zgody nie wezmę. Przysięgam! Nie będę cię nakłaniał, żebyś robiła coś wbrew sobie.
Wika chrząknęła, zadowolona z tej deklaracji.
– Co teraz powiesz o moich piersiach? Nadal ci się podobają czy zmieniłeś zdanie? Znalazłeś może jakieś mankamenta?
– Twoje piersi są takie... takie... Nie ma piękniejszych!
Kiedy jej dotykał, czuła, że dzieje się z nią coś niesamowitego. Jak tak dalej pójdzie, skończę zupełnie nie tam, gdzie zamierzałam. Uświadomiła sobie, że niewinny flirt zaczyna wymykać się spod kontroli, a jej to zupełnie nie przeszkadza. Trudno, nic nie poradzę. Muszę się tylko bardziej pilnować.
– Chodźmy na te lody. U Wiktora będę przynajmniej bezpieczna.
W podziękowaniu za błyskotliwy dowcip pocałował ją w policzek.
– Proszę, jaki się szarmancki zrobiłeś. Gdyby nie ta brutalna napaść na bezbronną kobietę, pewnie bym się dała nabrać.
– Przecież nie byłem brutalny! – zaprotestował oburzony.
– I jeszcze nieustannie mi przerywasz! Widzę, że żadna przy tobie nie jest bezpieczna. Najlepiej zajmij się Brigitte. Ona z pewnością przystanie na wszystko, co ci przyjdzie do głowy.
– Wiesz dobrze, że inne dla mnie nie istnieją.
– Nie wątpię. Nie istnieją, dopóki nie zniknę za rogiem.
– Jesteś niemożliwa, ale twoje dowcipy są nadzwyczajne. Lubię, jak się nade mną pastwisz.
– A to paradne! Ja ci przymawiam, ponieważ na to absolutnie zasługujesz, a ty masz z tego przyjemność. Nie wiesz przypadkiem, dokąd nas to zaprowadzi?
Do Wiktora. Tym razem byli zgodni. Zjedli pyszne lody, a on zapłacił. Chciała się dołożyć, jednak nie pozwolił, pomimo że były to jego ostatnie pieniądze.
– Mam do ciebie prośbę.
– Słucham. Gdzie tem razem chcesz mię dotknąć?
Polubił jej żarty. Były cięte i z klasą.
– Gdybyś przypadkiem znała kogoś, kto potrzebuje korepetycji... mogę dawać z matmy i historii.
Spodobało się jej, że sam rozwiązuje swoje problemy. Pewno, że pomogę, nieuków nie brakuje. Od dzisiaj jest moim chłopakiem. Dobrze, żem posłuchała dobrych rad mamy i zaprosiła go na bal. Tylko plany miałam zupełnie inne...
– Obiecuję, zrobię, co mogę.
Miał zmartwienie. Potrzebował pieniędzy. Tak chciał zaimponować swojej dziewczynie, że nieustannie o nich myślał. Pragnął zapraszać ją na lody, na tańce, jak koledzy z zamożnych domów. Dla niej był gotów na wszystko. W wyobraźni ratował ją z wszelkich opresji. Wymyślanie takich przygód stało się jego pasją. Nie wiedział niestety, jak zdobyć pieniądze. Na zarabianie brakło już czasu. Zresztą, ile mógł zarobić, był przecież uczniem. Przez chwilę naturalna dla jego wieku uczciwość walczyła z próżnością, z chęcią imponowania dziewczynie. Rezultat był łatwy do przewidzenia. Zdecydował, że ukradnie coś wartościowego. Co jest wartościowe? Wiadomo, złoto! Tylko gdzie ja znajdę złoto?
Odpowiedź nadeszła sama. Na lekcji religii. Pękaty jak imbryk ksiądz Ozga z namaszczeniem wykaligrafował na tablicy temat katechezy. Siódme przykazanie: "Nie kradnij!". Rozejrzał się po klasie. Spochmurniał na widok Roberta. Nie udało się usunąć go ze szkoły. Na radach pedagogicznych próbował coś w tej materii zrobić, natrafiał jednak na mur niechęci. Dyrektor, nauczyciel historii, nauczycielka geografii, która się w historyku podkochiwała, i inni nie pozwolili posłać aroganckiego bękarta na zieloną trawkę. Wiadomo, poczęty w grzechu, którego piętno będzie nosił całe życie. Wielu księży myślało podobnie. Uczniowie pisali w ciszy i skupieniu, on przeniósł się w czasy inkwizycji. O czym ksiądz śnił na jawie, zdradzać nie wypada. Nigdy się ze swoich marzeń nie wyspowiadał.
Robert z ponurą miną siedział nad pustą kartką. Jakkolwiek by się starał, i tak dostanie pałę. Po co się wysilać? Na szczęście za każdym razem, kiedy katecheta próbował wywalić go ze szkoły, rada pedagogiczna usadzała go.
Wtedy doznał olśnienia. Złoto jest w kościele, zawsze tam było, dużo złota! Okradnie kościół św. Stanisława, w którym Ozga był proboszczem. Nie miał wyrzutów sumienia. Jak sprzedać ukradzione przedmioty, pomyśli później. Nie wszystko naraz. Kielich mszalny, monstrancja, patena, złota puszka i relikwiarz. Te dewocjonalia poznał na religii, a były jeszcze inne.
Nieźle się obłowię! Muszę wziąć worek, żeby wszystko zabrać. Nic nie zostawię katabasowi7! To będzie zemsta za moje krzywdy. Chyba nie mogę się pomodlić za powodzenie, chociaż dlaczego nie? Czy to Bóg go zatrudnił, czy się sam na synekurę wprosił?
Nie zdąży ukraść i spieniężyć sprzętów liturgicznych do niedzieli, ale na przyszłą randkę powinien być gotowy. Im szybciej to zrobi, tym lepiej, nie ma co zwlekać, bo się jeszcze z tego zwlekania rozmyśli. No i straci mniej nerwów. Co jest potrzebne do włamania? Solidny łom, worek, latarka i saperka. Łom i worek znalazł w piwnicy. Saperkę pożyczył od kolegi.
Zaschło mu w gardle, ręce drżały, czoło pokryły kropelki potu, tętno przyspieszyło. Z trudem nad sobą zapanował i z duszą na ramieniu wyruszył na swój pierwszy skok. Przekradając się ciemnymi zaułkami, dotarł do kościoła, który był położony wyjątkowo korzystnie. Okolica odludna, las blisko. Przeskoczył przez płot przykościelnego cmentarza, dotarł do tylnych drzwi i łomem wyważył je z zawiasów. Odgłosy, jakie się rozległy, były głośne jak wystrzały armatnie. Zamarł, gotów do ucieczki. Nikt się nie pojawił, było cicho, aż dzwoniło w uszach. Owinął głowę chustą, zostawiając szparę na oczy, jak w gangsterskich filmach. Dotąd nie znalazł się w tak wielkim niebezpieczeństwie. Mógł jedynie zgadywać, jak się zachowa. Niespodziewanie przestał się bać. Myśli miał klarowne, oddech spokojny, a tętno lekko przyspieszone.
Pochłonęła go aksamitna ciemność nasycona zapachem stearyny. Drzwi prowadzące na zakrystię były zamknięte, więc je również wyłamał. Wszedł do środka i zapalił latarkę. W pomieszczeniu było jedno ozdobione witrażem okno. Centralne miejsce zajmowała solidna, okuta szafa. Spróbował ją otworzyć. Mimo że się natężył, sztaby nie ustąpiły. Zbierał siły do kolejnej próby, gdy wtem usłyszał szuranie. Ktoś szedł przez kościół. To nie był duch, odgłosy pochodziły z tego świata. Zgasił latarkę. Drogę ucieczki miał odciętą. W ostateczności mógł wyskoczyć przez okno. Nie otwierało się, więc musiałby je wybić.
Ksiądz Ozga wracał z brydża. Grał słabo, nie wynik się jednak liczył, ale z kim grał. Jego partnerami byli ludzie wpływowi. Podczas gry gawędzili o ważnych sprawach. Brydżyk był zakrapiany, więc nabrał ochoty na kielicha przed zaśnięciem, a na plebanii wódka się skończyła. Wszedł do zakrystii, nie zwracając uwagi, że drzwi są otwarte. Wszedł i stanął oko w oko z zamaskowanym bandytą. Strach go sparaliżował.
Robert uderzył owiniętym w komżę łomem, trafiając w skroń. Ozga upadł na podłogę. Chłopak spojrzał na leżącą bez ruchu bryłę. Wtedy dotarło do niego, że zabił człowieka! Krew uderzyła mu do głowy. Czytał w bulwarówkach opisy brutalnych morderstw popełnianych przez zaskoczonych na gorącym uczynku włamywaczy. Planując swój skok, nawet o tym nie pomyślał. Jemu morderstwo nie mogło się przytrafić! Bryła drgnęła i zajęczała, ksiądz ożył. Odczuł niewyobrażalną ulgę. Wyciągnął sznur z jakiejś sukienki i związał księdzu ręce. Ozga odzyskał przytomność i płaczliwie błagał o litość. Chłopak obszukał mu kieszenie. Znalazł wypchany portfel i pęk kluczy. Jeden pasował do szafy. Pakował do worka wszystko, jak leci. Przerażony ksiądz nie protestował. Robert się nie odzywał, żeby Ozga nie rozpoznał go po głosie.
Wyszedł z kościoła i przeskoczył przez płot. Przemykał ulicą Kapliczną. Od Fordońskiej nadchodził patrol. W ostatniej chwili schował się we wnęce budynku. Serce waliło jak oszalałe, zagłuszając stukot butów. Kiedy go minęli, odczekał chwilę, przeciął Fordońską i zapadł w las. Był wreszcie bezpieczny. Z ostrożności nie zapalił latarki. Szedł wolno, uważając na wystające korzenie, gałęzie i doły. Dopiero za miastem wybrał odpowiednie miejsce i wykopał dół. W portfelu znalazł pięćdziesiąt złotych – akurat dzisiaj księdzu szła karta. Pieniądze włożył do kieszeni. Portfel wrzucił do worka, który ukrył w wykopie. Zakopał dół, starannie zamaskował ślady. "Przestępcy wpadają przez przypadek" – doradzali początkującym kryminalistom autorzy kryminałów. Na koniec porobił znaki. Świtało. Ozga z pewnością wszczął alarm i cała policja w Bydgoszczy została postawiona na nogi, dlatego wyszedł z lasu dopiero wtedy, kiedy na ulicach zaroiło się od spieszących do pracy robotników. Do domu wrócił przed siódmą. Matka krzątała się przy śniadaniu. Dziwiło ją, że się gdzieś szwendał po nocy, ale o nic nie pytała.
– Zarobiłem na korepetycjach. – Dał jej trzydzieści złotych.
Przytuliła go. Zawsze się wtedy irytował, lecz tego nie okazywał. Nie potrafił wybaczyć, więc musiał udawać. Jej czas minął – choćby go przytulała sto razy dziennie, przeszłości nie zmieni. Z jej oczu poleciały łzy. Wydała ostatnie pieniądze, a do wypłaty pozostały trzy dni.
Był z siebie dumny. Jak Robin Hood obrabował bogatego opata, a pieniądze rozdał ubogim. Matka była bez wątpienia uboga.
Następnego dnia mieli religię. Katecheta pojawił się w szkole z obandażowaną głową. Nie mógł się pohamować i przez pół godziny grzmiał o mękach piekielnych, jakie czekają bandytę, który podniósł rękę na Kościół. W takich chwilach głos księdza, ku jego wielkiemu niezadowoleniu, stawał się piskliwy.
– Kto okradł Pana Boga, jest na wspak przesiąknięty złem. Jego grzech śmiertelny na obliczu śmierci będzie mu wypomniany, znakiem czego zbawienia ten zbrodniarz nie dostąpi. Będzie się smażył w piekle! – wykrzyknął mściwie.
Nieustannie prosił o modlitwę i ofiarę na odkupienie dewocjonaliów. Wyglądało, że najbardziej zależy mu na datkach. Na przerwach wszyscy dyskutowali o napadzie. Koledzy prześcigali się w obrzucaniu obelgami bandyty, który obrabował Kościół. Słuchając ich, doskonale się bawił.
Po lekcjach zaszedł do biblioteki. W encyklopedii, tej z Europą na byku8, wyczytał, że temperatura topnienia złota wynosi ponad tysiąc stopni, więc zrezygnował z pomysłu przetopienia łupu. Nawet na oko była to za wysoka temperatura. Dowiedział się również, że złoto jest łatwo kowalne. Potrzebował jedynie bezpiecznego miejsca, gdzie go nikt nie nakryje, i narzędzi.
Umówili się z Wiką na sobotę. Zaprosił ją na zabawę ludową, potańcówkę pod gołym niebem. Na plantach nad Kanałem Bydgoskim było miejsce specjalnie do tego przeznaczone. Drewniany podest, na którym tańczyło kilkadziesiąt par. Wika nigdy na takiej zabawie nie była. Idę na randkę z moim chłopakiem – powtarzała, zachwycona perspektywą randki i tańców.
Grała wojskowa orkiestra, było gwarnie i wesoło. Bawili się doskonale, tańczyli tylko ze sobą. Wyjaśnił, że takie tutaj panują obyczaje. Nie chciał, żeby tańczyła z innymi, było to proszenie się o kłopoty. Na tańce przychodzili chłopcy z robotniczych dzielnic. Z nimi żartów nie było. Przypadkowy partner mógł wpaść na pomysł, że to jemu należą się następne tańce, jak również względy dziewczyny. Przez cały wieczór niewiele się działo. Pod koniec niektórzy sporo wypili. Jeden, szczególnie agresywny, przyczepił się i próbował odciągnąć Wikę. Nie było wyjścia, musiał się o nią bić. Przeciwnik był kilka lat starszy, niższy, ale dużo więcej ważył i cieszył się zasłużoną sławą awanturnika. Na wiadomość, że będą się bili o dziewczynę, zgromadził się tłumek widzów. Wika, nieświadoma swojej roli trofeum dla zwycięzcy, stanęła nieco z boku i wystraszona śledziła rozwój wydarzeń. Widzowie byli zgodni, z jej chłopaka zostanie mokra plama. Przestraszyła się wtedy jeszcze bardziej i zbladła.
Walka nie trwała długo. Serią lewych prostych powstrzymywał chaotyczne ataki przeciwnika. Tańcząc na nogach, był dla niego nieuchwytny. Wyczekał, aż się odsłoni, wtedy uderzył. Prawym sierpowym trafił bezpośrednio na szczękę i było po zabawie. Niedoszły partner Wiki z trudem dźwigał się na nogi. O dalszej walce nawet nie myślał. Kibice patrzyli z niedowierzaniem. Chudy dryblas bez trudu rozłożył ich kompana. Robert, nie czekając na rozwój zdarzeń, wyprowadził Wikę z parku. Było już późno, więc i tak by wychodzili. Wpatrywała się w niego z podziwem. Wprawdzie nie znosiła przemocy fizycznej, on jednak walczył w jej obronie. Czuła się jak dama dworu, która rzuciła rękawiczkę swojemu rycerzowi.
– Ale chryja! Czy możesz wyjaśnić, co się wydarzyło i jakżeś to zrobił? – W pytaniu nie było tym razem ironii.
– Od pewnego czasu trenuję boks. W szkole nikt o tym nie wie. Koledzy się nabijali: maminsynek i takie tam. Ciągle obrywałem, było mi wstyd. Miałem tego dosyć, dlatego zacząłem trenować. Wiesz, jak to jest.
Kilka lat temu zgłosił się do sekcji bokserskiej Zawiszy Bydgoszcz. W wojskowym klubie boks stał na wysokim poziomie. Trener przyglądał się chuderlakowi z rezerwą. Widząc jego determinację, zgodził się jednak na trening próbny. Okazało się, że ma wrodzony talent, robił szybkie postępy.
Wiedziała, jak to jest. Nauczyła się, że słowa potrafią zadać ból. Jej ta nieszczęsna Pyza pozostawiła podobne sińce, jak jemu pięści kolegów.
– Ten łobuz, który się tobie narzucał, nie miał szansy.
– Nic ci się nie jest? – język się jej plątał z wrażenia.
– Nawet mnie nie trafił.
– Należy ci się podziękowanie.
Pocałunek był słodki, zaś księżyc życzliwie im przyświecał. Kiedy się żegnali, była rozkojarzona. Pierwszy raz przeżyła taką przygodę. I musiała przyznać, że było to ekscytujące doświadczenie.
– Spotkajmy się jutro. Będę wiedziała, jakie masz korepetycje.
Nie zdradził, że pieniądze nie są już potrzebne. Sprawiłby jej przykrość. Z natury delikatny, szanował uczucia innych. Rozumiał, jakie to istotne, ponieważ matka się z nim nie liczyła. Nie chciał być taki jak ona.
– Zrobiłam to specjalnie dla ciebie.
Jej pierwsze wyznanie. Nie padły magiczne dwa słowa, ale było blisko. Tylko – co powiedzą koleżanki? Ona i Koniu. Będą dokuczać, nabijać się z jego byle jakich ubrań, ze wszystkiego. Nawet z tej nieszczęsnej oficyny. Przypomną sobie, że nie ma ojca. Słowo "bękart" nie padnie. Od czasu, kiedy dyrektor szkoły przywołał do porządku księdza, który nazywał tak Roberta, nikt sobie na takie draństwo nie pozwalał. Znajdą inne sposoby, będą robić złośliwe przytyki. Co tam, niech gadają. W domu również szykuje się niezła przeprawa. Owszem, podoba się mamie, ale przecież nie jako chłopak ukochanej córeczki.
W niedzielę, tradycyjnie, poszli na błonia. Wika przyniosła koszyk z kanapkami i owocami. Zabrała też pled, na którym wygodnie się zmieścili. Na polanie szybko się rozpakowali. Wtulona w niego sięgnęła do koszyka, z którego wyjęła kartkę zapisaną jej eleganckim, kobiecym pismem. Data, adres, nazwisko, przedmiot i cena za lekcję. Przeczytał, ile zarobi, i zmienił zdanie. Za sprawą talentów negocjacyjnych Wiki suma była wyższa, niż oczekiwał, a pieniądze się przydadzą. Jak to zakochani, rozmawiali przyciszonymi głosami.
– Jestem szczęściarzem, że mam taką dziewczynę.
– Coś ty!
– Może ja na ciebie nie zasługuję? Jesteś za ładna, za mądra i w ogóle. Jak ci się odwdzięczę?
– Pozwól, głuptasie, że sama będę decydowała, kto na mnie zasługuje. Jak myślisz, czemu żem cię zaprosiła na bal? Tak przypadkiem, bo nikogo nie było pod ręką? Ja też lubię nasze spotkania. Tylko nie mogę sobie przypomnieć, kiedy zostałam twoją dziewczyną. To na pewno wina mojej kiepskiej pamięci. A czem się wywdzięczysz? Przychodzi mi do głowy kilka pomysłów. Poczekam, aż będziesz miał pokaźniejszy dług. Teraz chcę ponownie usłyszeć, co ci się we mnie podoba. Tem razem nie pomiń żadnego szczegółu.
– Nogi masz piękne. Takie długie i smukłe, że trudno od nich oderwać wzrok. A jaki zgrabny tyłek. Dasz dotknąć?
Wiedziała, że tak chłopcy nazywają ich pupy. To takie podniecające, kiedy twój chłopak mówi, że masz zgrabny tyłek i jeszcze pcha się z łapami!
– Zaledwie tyle, nic więcej? Myślałam, że ci się bardziej podobam.
– Twoje piersi! Są miękkie i jednocześnie takie sprężyste.
Do czegoś się to dotykanie przydało. Przynajmniej wie, jakie mam piersi. Była z nich bardzo dumna. Łazienkowe lustro, niemy powiernik, służyło nieustannemu potwierdzaniu tej opinii.
– Jak możesz chwalić coś, czego nie widziałeś? – Zatkało go tak, że zaniemówił. – No co, zamurowało cię?
– Pokażesz mi swoje piersi? Naprawdę?
– Może tak, a może jednak nie. Sama nie wiem. Chyba nie pokażę. Muszę się zastanowić. Ale staraj się, staraj. Myślałam, że się na mnie rzucisz i rozerwiesz mi bluzkę, jak wczoraj.
– Przecież ja...! Skąd ci... Nie... – protestował przeciwko takiej insynuacji.
– Widzę, że nabierasz manier – przerwała nieudolne tłumaczenia. Ale ten tyłek? Fuj! Gdzieś się takich skandalicznych wyrazów nauczył? Na pewno od kolesiów z klubu bokserskiego. W naszym liceum nikt się tak nie wyraża.
Zmienił podejście. Po co się tłumaczyć, skoro można całować? Po kilku pocałunkach sama nabrała ochoty na więcej. Pokaże kawałeczek ciała, taki niewielki, tylko – co pokazać? W końcu nie ma się czego wstydzić. Od walki bokserskiej zaczęła się też interesować jego ciałem.
– Zdejmuj koszulę, chcę cię obejrzeć. Nie kupię kota w worku.
Na plaży chłopcy i dziewczęta opalali się obok siebie. Nie wzbudzało to większych emocji. Czym innym było zdjęcie koszuli, kiedy byli sami. Poczuł się niezręcznie, jednak ją z ociąganiem ściągnął. Dzięki wyczerpującym treningom był proporcjonalnie zbudowany. Z pewnością nie jak atleta, ale mięśnie wyraźnie rysowały się pod skórą. Szerokie ramiona, wypukła klatka piersiowa, płaski brzuch. Jedynie ta chudość. Mogła policzyć żebra. Skóra na nich była mocno naciągnięta. Jednak i to się jej podobało. Widziała filmy z Jamesem Stewartem. Nawet się w nim podkochiwała, a też był chudy.
Nie przypuszczała, że tak wygląda, oceniała po zapadniętych policzkach. Widywała kolegów w strojach do zajęć fizycznych i w samych kąpielówkach na plaży. Nie przypominali Roberta. Był jednym z wyższych w szkole. Miał aż sto osiemdziesiąt dwa centymetry. Podniecało ją, że jest taki wysoki. Poskręcane w kędziory czarne włosy i wyraziste piwne oczy. Bez skrępowania gładziła go po torsie. Śledziła palcem falistą linię, jaką tworzyły sterczące nad klatką piersiową żebra. Oszołomiony, zamknął oczy. Wice też było łatwiej, kiedy nie patrzył. Przestała, a on jeszcze długo czuł jej dotyk.
– Opowiedz o treningach. Wiesz, że wczoraj byłeś niesamowity? Nigdy bym nie pomyślała, że potrafisz tak boksować.
– Trenuję od trzech lat. Zgłosiłem się do klubu, jak Horst, ten Niemiec z "Jedynki", po raz kolejny złoił mi skórę.
– Horst, ten rudzielec z odstającemi uszami?
– Właśnie on. Trener uważa, że mam talent, jednak nie mam zacięcia na zawodowego boksera. Wystarczy mi w zupełności boks amatorski.
Trenować zaczął, kiedy choroba pozbawiła matkę energii niezbędnej, aby mu się przeciwstawiać. Wcześniej nawet o tym słyszeć nie chciała. Wymusiła na nim przyznanie, że boks jest brutalnym sportem i nie będzie go uprawiać. Po tej rozmowie wymiotował żółcią. Potem poszedł prosto do pani Anieli, która miała swoje sposoby, żeby go postawić na nogi. Tego już naturalnie Wice nie zdradził.
– Lubisz się bić?
– W ringu tak, nawet bardzo. To uczciwa walka. Jeden na jednego. Ta sama waga, takie same rękawice, przejrzyste zasady. Nie wolno uderzać poniżej pasa. A ciosy zadane rękawicą nie bolą tak, jak się wydaje. W życiu jest inaczej, dlatego wolę boks.
Ścisnęła jego biceps, wypukły i twardy jak kamień.
– Z tobą czuję się bezpieczna.
– Do bezpieczeństwa nie jestem ci potrzebny. Takiej pięknej dziewczyny nikt nie skrzywdzi.
– Nie bądź naiwny. Właśnie te ładne są krzywdzone najczęściej.
– W takim razie jestem potrzebny, będę cię bronił.
Resztę dnia przegadali. O szkole, o nauczycielach, o kolegach i koleżankach, o wszystkim, co było dla nich ważne.
– Jak spędzisz kanikułę?
– Pojadę do Włocławka, do Celulozy9. Mama załatwiła pracę.
Bardzo chciała, żeby wakacje spędzili razem. Jednak również z jej strony istniała przeszkoda.
– Wyjeżdżamy z mamą i bratem do Francji. Ciocia wyszła za Francuza. Mają śliczny domek nad morzem, widziałam zdjęcia. Jeszcze u niej nie byliśmy. Gdyby to był inny wyjazd, tobym się wymigała, żeby spędzić wakacje z tobą. Za to następne wakacje będą nasze. Będziemy po maturze i będziemy dorośli. – A ja stracę z tobą cnotę. Uśmiechnęła się tajemniczo. – Praca w Celulozie jest na pewno ciężka, dasz sobie radę?
– Przynajmniej dobrze płacą. Jestem silny, więc sobie poradzę. Jak będzie ciężko, pomyślę o tobie. Jeżeli już mówimy o tym, co nas czeka po maturze, mam pewne obawy.
– Obawy? Czego się boisz?
Pomyślała, że teraz powie, że wydarzy się coś złego i ją zostawi.
– Powiem, tylko obiecaj, że nikomu nie powtórzysz.
– Obiecuję, kochany. – Uwielbiała wszelkie sekrety.
"Kochany". Pierwszy raz tak go nazwała. Dla niego wielkie przeżycie.
– Myślę, że w przyszłym roku będzie wojna.
– Wojna? – przestraszyła się. – Przecież nic nie zapowiada wojny.
– Tak się wszystkim zdaje. Ja uważam inaczej. Wojna będzie. Wezmę w niej udział, bo dostanę powołanie do wojska. Chociaż nie mam ochoty, nie będę zgrywał bohatera. Obawiam się, że jak zacznę kochać ojczyznę, to mnie będzie bolało.
– Wszyscy mówią, że gdyby, nie daj Boże, doszło do wojny, wspólnie z Francuzami pokonamy Niemców. Mamy wspaniałą armię. Wygraliśmy z bolszewikami, więc i z Niemcami sobie poradzimy.
– Nie mam zamiaru cię przekonywać. Myśl, co chcesz. Musiałem ci powiedzieć, bo cię kocham. Prosiłem tylko, żebyś nie rozpowiadała, ponieważ za takie słowa mogę mieć kłopoty. I to poważne.
Na jednego zdrajcę przypadał tysiąc niewinnie posądzonych o zdradę.
– Za jakie słowa? – zaniepokoiła się.
– Obawiam się, że wojnę z Niemcami przegramy. Mają nowoczesną armię, tysiące czołgów i samolotów, a my? My mamy kawalerię! Nie pomogą parady, prężenie muskułów, nawet błogosławienie armat. Jeszcze niedawno myślałem jak wszyscy. W gazetach na okrągło piszą, jacy to wspaniali jesteśmy. Ciągle te same napuszone, głupie frazesy, od których rzygać się chce.
Nauczyciel historii, profesor Imiałek, żołnierz II Brygady Legionów, na kółku historycznym dyskutował z uczniami. Nie mówił wprost, ale wystarczająco jasno dawał do zrozumienia. Pani Aniela myślała podobnie: "Rządzą nami głupcy, dlatego wojna będzie, a my ją przegramy".
– Brzmi to jak jakiś koszmar. Jak cię słucham, zaczynam się bać.
– Przepraszam, Wika. – Objął ją. – Niepotrzebnie cię wystraszyłem. Nie powinienem, rozmawialiśmy przecież o wakacjach.
– Przynajmniej jesteś szczery i nie traktujesz mnie protekcjonalnie, czego nie znoszę. Nie masz za co przepraszać. Mówisz, że będzie wojna i my ją przegramy? To straszne! Nic nie można zrobić?
– Nic. Ani oni, ani my swojej polityki nie zmienimy. Jedziemy na zderzenie czołowe. Nie mówiłem ci jeszcze, ale chciałem studiować u Wawelberga.
– Tak, żeby się mnie pozbyć! – Tupnęła.
– Przestań na chwilę żartować, chciałem zostać inżynierem, jak twój ojciec.
– Jesteś ambitny, już zauważyłam. Może tego nie dostrzegasz, ale interesuje mię wszystko, co jest ważne dla ciebie. Mam nadzieję, że wojny nie będzie, pójdziesz do Wawelberga i skończysz z wyróżnieniem. A jeżeli liczysz, że w ten sposób czmychniesz, to się srodze mylisz. Pojadę za tobą. Pójdę na Uniwersytet Warszawski. – No, wciąż jeszcze nie wiesz? – Niestety, muszę już iść, zrobiło się późno. Nie rozumiem, jak ten czas tak szybko zleciał.
– W takim razie na następną randkę zabieram cię na kajak. Popłyniemy w górę Brdy tak daleko, jak damy radę, potem wrócimy z prądem.
– Cudownie! Psujesz mnie. Sama nigdy bym na to nie wpadła.
Czekały go pracowite dni. Pierwszy raz poszedł na wagary i od razu na cały tydzień. Z domu wymknął się o czwartej nad ranem. W torbie miał latarkę, kowadło, saperkę, dwa różnej wielkości młotki, kanapki i termos z herbatą.
Szybko odnalazł miejsce, w którym ukrył łup. Ziemia była spulchniona, więc bez trudu wydobył worek ze złotem. Zasypał dół, zarzucił worek na ramię i ruszył przed siebie. Niewielki lasek nie spełniał jego wymagań. Był za mały, kręciło się po nim zbyt wielu spacerowiczów. Przeszedł w dwie godziny dwanaście kilometrów. Nawet się nie zasapał, pomimo że torba była ciężka. Dotarł do rzeki parę kilometrów za miastem. W tym miejscu przepływała przez bujny las. Skręcił w wąską ścieżkę prowadzącą w głąb niego i znalazł zagubioną w puszczy niewielką polanę, na której nie było śladów człowieka.
Ustawił kowadło i zaczął wyklepywać sztabkę z monstrancji. Żałował, że niszczy piękny przedmiot, jednak nie miał wyboru. Zamierzał uformować regularny kształt. Poszło nadspodziewanie łatwo. Złotą cegiełkę włożył do wewnętrznej kieszeni bluzy. Ważyła, jak się miało okazać, niemal czterysta gramów, trzynaście uncji. Sprawdził w banku, kurs wynosił trzydzieści pięć dolarów za uncję czystego złota10. Jego złoto było niższej próby. Liczył, że dostanie połowę, czyli siedemnaście do osiemnastu dolarów za uncję. Za sztabkę wychodziło dwieście trzydzieści. Po obowiązującym kursie – tysiąc dwieście złotych.
Będziemy bogaci. Matka zrezygnuje z pracy. Stać nas będzie na dobre jedzenie, lekarza. Na wszystko.
Pomimo ciężkich przejść nie przestawał się o nią troszczyć. Dana przez naturę więź trzymała na krótkiej smyczy, chociaż rozum podpowiadał inaczej. Ten sam instynkt czynił ją bezkarną, kiedy go niszczyła, usiłując kształtować wbrew woli. Mówi się, że matczyna miłość jest ślepa. Nie wiadomo dlaczego, nie mówi się, że miłość dziecka do matki jest tak samo ślepa.
We wtorek pojechał pociągiem do Warszawy. Odwiedził kilku jubilerów. Rzeczywistość sprowadziła go na ziemię. Złoto było wysokiej próby, osiemnastokaratowe, żaden jednak nie chciał dać tyle, na ile liczył. Widzieli przed sobą młodego chłopaka, więc zamierzali go wycisnąć jak cytrynę. Wybrał trzech, którzy oferowali najwyższą cenę, i rozpoczął negocjacje. Wreszcie sprzedał sztabkę. Dostał dziewięćset złotych. Mniej, niż oczekiwał, nadal jednak były to dla niego oszałamiające pieniądze. Cały czas bał się, że ktoś go zadenuncjuje i zostanie aresztowany, więc po zainkasowaniu zapłaty odetchnął z ulgą.
– Gdybyś miał tego więcej, wal prosto do mnie – zaproponował jubiler.
– Prawdę mówiąc, liczyłem na trochę wyższą cenę.
Nie chciał się niepotrzebnie narażać, więc zdecydował, że niezależnie od ceny sprzeda złoto temu jubilerowi.
– Pogadamy, jak przyjdziesz. Może coś dorzucę.
Korzystając z okazji, omówili szczegóły następnej transakcji. Pijąc koniak na zapleczu, Robert poczuł się bardzo ważny. Jubiler w młodości był włamywaczem. Wiedział, kiedy się wycofać. Za pieniądze z napadów otworzył własny interes. Domyślił się oczywiście, skąd pochodzi złoto. Podpytał podekscytowanego transakcją i alkoholem młodzieńca i zaproponował, że kupi kamienie półszlachetne, które ten powydłubywał z precjozów przed ich przerobieniem na sztabki.
– Nie mają wielkiej wartości, ale szkoda, żeby się zmarnowały. Wprawię je w pierścionki zaręczynowe. Cierpiały obmacywane przez klechów, na dziewczęcych palcach będą szczęśliwe. – Mrugnął porozumiewawczo. – A ty trzymaj gębę na kłódkę, jedziemy teraz na jednym wózku.
– Najładniejszy kupię dla mojej dziewczyny.
– Masz dziewczynę? Gratuluję. Zaradny jej się chłopak trafił.
Był w domu o dwudziestej drugiej. Matka jeszcze nie spała. Położył na stole siedemset złotych.
– Złożysz wypowiedzenie. Do końca tygodnia pieniędzy będzie dużo więcej. Umówisz wizytę u doktora Knauffa.
Knauff był znanym ftyzjatrą. Wizyta u niego kosztowała trzydzieści złotych.
– Przed pójściem do lekarza kup sobie jakieś ubranie. Jutro koniecznie idź do banku i załóż konto. Wpłać na nie czterysta złotych.
– Skąd masz tyle pieniędzy?
– Nie pytaj, bo i tak nie powiem. Nie grozi mi niebezpieczeństwo, nie zrobiłem nic, czego bym się wstydził.
Nie musiała pytać. O napadzie na kościół mówili wszyscy. Skojarzenie kilku faktów nawet dla niej nie stanowiło problemu. W dniu napadu wyszedł z domu na całą noc, teraz przynosi tyle pieniędzy. Przewlekła choroba pozbawiła ją energii. Słysząc, że nie będzie musiała pracować, odczuła wielką ulgę. Pomyślała, że to los wynagrodził ją za to, że dobrze wychowała syna.
Spał zaledwie kilka godzin. Tego dnia przekuł na sztabki pozostałe przedmioty. Na czwartek zaplanował wyjazd do Warszawy. Jeżeli nic złego się nie wydarzy, wróci jako bogaty człowiek. Postanowił, że niczego w swoim życiu nie zmieni. Z kryminałów dowiedział się, że przestępcy wpadają, ponieważ zamiast siedzieć cicho, szastają forsą. Jemu takie niebezpieczeństwo nie groziło. Musiał zachować pieniądze na przynajmniej rok utrzymania. Za bardzo nie było czym szastać. Matka, zanim zachorowała, zarabiała trzysta złotych miesięcznie. Teraz jedynie dwieście dwadzieścia, ponieważ musiała ograniczyć czas pracy.
Miał wilczy apetyt, toteż zażyczył sobie obfitszych posiłków. To również będzie kosztować. Jak przytyje, bardziej spodoba się Wice. Na tym zależało mu najbardziej. Nie będzie ograniczał wydatków. Lody, tańce, kino. Kupi sobie wreszcie przyzwoite ubrania. Wika pomyśli, że wydaje pieniądze zarabiane na korepetycjach. Zresztą, może tak zrobić, pieniądze za korepetycje wydawać na randkach. Policzył, ile potrzebują, i nie uważał się za bogacza. Do bogactwa sporo mu jeszcze brakowało.
Wracał z Warszawy z duszą na ramieniu. W wewnętrznej kieszeni bluzy miał trzy tysiące sześćset pięćdziesiąt złotych. Prawdziwą fortunę. Usiedli z matką w kuchni. Położył na stole trzy tysiące pięćset. Pobladła i zakryła twarz dłońmi.
– O mój Boże. Aż tyle!?
– Te pieniądze ukryję. Nie możesz ich wpłacić na konto.
Skinęła głową. Wiedziała, dlaczego nie może złożyć w banku takiej sumy.
– Zrobiłam, jak mówiłeś, założyłam konto i wpłaciłam czterysta. Reszta się rozeszła. Wydałam na lekarza, kupiłam wyjściowy kostium. Mój najlepszy był poprzecierany w wielu miejscach. W tym nowym od razu lepiej się poczułam. Poszłam do fryzjera, wykupiłam lekarstwa i zrobiłam wielkie zakupy do domu. Niewiele zostało.
– Doskonale! Potrzebujemy trzy tysiące na rok, tyle w zupełności wystarczy. Nie będziesz pracowała, dlatego życie będzie trochę tańsze. Mamy więc rezerwę. Wystarczy na lekarza, lekarstwa i – uniósł palec – pojedziesz do Ciechocinka. Na cały miesiąc. To najlepsze uzdrowisko na twoje dolegliwości i jest blisko.
Zostawił ją, bo tak płakała, że rozmowa nie miała sensu. Pomyślał z goryczą, że odpłaca wielkodusznością za całe zło, jakiego od niej doświadczył. Nic do niej nie czuł, jednak była matką, więc miał obowiązek tak postępować.
W sobotę poszedł do pani Anieli. Nie mógł się doczekać spotkania, miał dla niej prezenty. W księgarni na Brackiej kupił Flirt z Melpomeną Boya. Podarował jej elegancko zapakowaną książkę, bombonierkę z ulubionymi pralinkami i bukiet róż. Bardzo się wzruszyła. Żeby ukryć łzę, poszła do kuchni nalać wody do flakonu. Wróciła opanowana. Wzięła go pod brodę i zajrzała w oczy. To, co w nich wyczytała, najwyraźniej ją zainteresowało.
– Opowiadaj o Wice.
Wiedziała, że nie podziękowaniami, lecz tą nieskomplikowaną prośbą sprawi mu największą radość.
W niedzielę przyszedł na przystań przed czasem. Powietrze było rześkie, woda błękitna, a niebo bezchmurne. Zrzucił kajak na wodę, wymył, przyniósł wiosła i kapoki. Czekając, śmiał się do siebie i odmieniał "moja dziewczyna" przez wszystkie przypadki. Przyniosła koszyk pełen smakołyków. Chciała płacić, była zaskoczona, że już zapłacone. Przebrała się w kostium kąpielowy i powiosłowali w górę rzeki. Usiadła z przodu. Wolała siedzieć z tyłu, było jednak w zwyczaju, że kobiety siadają z przodu.
– O, piękna nieznajoma, w górę rzeki popłyniemy, jak usiedliśmy. Z powrotem siądziesz z tyłu i zostaniesz kapitanem.
– Naprawdę? Strasznie dziękuję, tajemniczy nieznajomy. Chciałam siedzieć z tyłu, ale wiem, że my, nieporadne kobiety, mamy przykazane siadać z przodu.
– Zmieniam ten głupi zwyczaj w hołdzie dla twojej urody.
Pierwsza godzina zeszła na odnajdywaniu wspólnego rytmu, co wcale nie było łatwe. Nie mieli wprawy – jego nie było dotąd stać na wypożyczenie kajaka, ona nie miała z kim pływać – w dodatku wiosłowali pod wartki na tym odcinku prąd. Cieszyło ich wszystko, co robili wspólnie. Po dzisiejszej wycieczce wiele sobie obiecywali. Otoczenie nastrajało optymistycznie. Piękna pogoda, rzeka, kajak i ich dwoje. Niczego więcej do szczęścia nie potrzebowali. Brda wiła się malowniczo wśród zarośli z łoziny poprzeplatanej przygarbionymi do ziemi, rosochatymi wierzbami. Kolor wody zmieniał się z pogodą. W słońcu mieniła się barwami tęczy.
Wreszcie się zgrali. Wiosła poruszane zgodną pracą rąk i barków miarowo rozcinały wodę. Nie był to wielki wysiłek, odczuwali przyjemne zmęczenie. Wiosłowanie dawało im wiele radości. Ze swego miejsca mógł podziwiać piękno natury, jak również magię wdzięcznie się skręcających kobiecych bioder. Przesłonięte woalem czarnych włosów, z fascynującymi wycięciami, wygrały bezapelacyjnie z pięknem przyrody. Płynęli już trzy godziny. Na jej plecach pojawiła się ciemna, z wolna rosnąca plama. W tym miejscu rzeka przepływała przez sosnowy las. Dopłynęli do opadającej ku wodzie bindugi, z której przed laty flisacy spuszczali pnie, żeby je spławić z prądem. Znaleźli na niej doskonałe miejsce na piknik. Nasłonecznione, porośnięte trawą, suche, zasłonięte od rzeki krzakami. Robert wciągnął kajak na brzeg i wyjął koc. Rozłożyli zapasy i zgłodniali po kilku godzinach wiosłowania, rzucili się na jedzenie. Po zaspokojeniu apetytu Wika wyciągnęła się na słońcu. Jego ułożyła tak, żeby głowę opierał wygodnie na jej podbrzuszu. Ptaki śpiewały, rzeka bystro toczyła swoje wody, nozdrza wypełniał jej zapach, odurzający zapach młodej kobiety. Głaskała go po włosach, bawiła się, nawijając na palce loki, drapała pazurkami po ramionach, po szyi. Wydawało mu się, że trafił do raju.
– Nie ugniatam cię?
– Takie już jesteśmy. Dociskacie, przyciskacie, a nam nie przeszkadza. – Miało zabrzmieć dwuznacznie.
Leżeli tak długo, aż natura wzięła górę i zaczęli się całować. Rozgrzane słońcem ciała w kostiumach kąpielowych były jak nagie. Na jej skórze pojawiły się drobniutkie kropelki potu.
– Czy nie uważasz, że jesteśmy Adamem i Ewą? Jak myślisz, nadaję się na Ewę? Jestem wystarczająco ładna?
– Jesteś od niej piękniejsza. Podasz jabłko?
– Ktoś nas wtedy przegoni. Wąsaty leśniczy z dubeltówką.
Fizyczna bliskość podniecała, wpatrywali się w siebie jak para bobrów na wiosnę.
– Zakochałam się w tobie, zupełnie nie rozumiem, jak to się stało. Łatwo mogę stracić głowę, przeto musimy coś z tem zrobić. Rozumiesz, najmilszy, że nie mogę ci się oddać, chociaż bardzo tego pragnę. Powiem, co nam wolno robić, a czego w żadnem razie nie powinniśmy – wyznała nieoczekiwanie.
Nie spodziewał się, że jego dziewczyna jest taka otwarta. Nie miał pojęcia, co mogą, a czego nie mogą.
– Nie wiem, co możemy robić. Bez twojej zgody nawet nie mrugnę.
– Widzisz, kochany, w tem problem. Mogę się zgodzić na coś, czego później będę żałowała.
– Aż tak?
– Aż tak, aż tak. A co myślałeś, żem jest z lodu? Możesz mię dotykać, ale tylko powyżej pasa. Jeżeli masz ochotę, naturalnie. Poniżej jest zabronione. – Zmarszczyła nos, udając smętną minę.
Zobaczy jej cudowne piersi, będzie je pieścił i całował. Nawet o tym nie marzył. Fala gorąca rozlała się po całym ciele. Próbował jej dotknąć, ale go odepchnęła. Miała jednoczęściowy, dopasowany kostium. Z bliska, przez cienki materiał, widział szczegóły, których wcześniej nie dostrzegał. Fascynował go wzgórek łonowy i pojedyncze czarne włoski na wewnętrznej stronie ud, zapowiedź czekających go rozkoszności.
Z niewinnym uśmiechem opuściła ramiączko. Powoli przesunęła ręką wzdłuż ciała i strąciła drugie. Pochłaniał ją wzrokiem, jak zaczarowany. Kostium trzymał się już tylko na piersiach. Pociągnęła w dół, odsłaniając niewinne, dziewczęce piersi. Pełne, białe w delikatnym odcieniu różu, kształtu połówki dorodnego jabłka. Od białego tła wydatnie odcinały się obrzmiałe, ciemnoczerwone sutki. Zsunęła kostium do bioder i podwinęła, żeby nie opadł.
– I jak, najdroższy, podobają się? Mowę ci odjęło? No dobrze, nie musisz nic mówić, zajmij się nimi, gapo. – Obrzuciła go tym swoim spojrzeniem.
Zatonął w jej piersiach. Były twarde i miękkie jednocześnie. Brodawki w jego ustach stwardniały. Wika wydawała przy tym pobudzające zmysły, pożądliwe odgłosy. Nigdy takich nie słyszał. Dotarł do niego zapach, jakiego nie znał. Przywodzący do szaleństwa zapach podniecenia kobiety. Miał potężny wzwód.
– Coś ci tam urosło – zachichotała.
– Urosło, ale to wcale nie jest zabawne. – Przestał się wstydzić swoich przeżyć. – Nawet sobie nie wyobrażasz, jakie to męczące.
Było jej szczerze żal, że się męczy dlatego, że ona aż tak mu się podoba.
– Nie pomogę ci, biedaku, chociaż bardzo bym chciała.
Jak wszystkie dziewczyny, była nieuświadomiona. Przez myśl jej nie przeszło, że może, nie tracąc dziewictwa, zaspokajać ukochanego. Wiedzę o miłości innej niż platoniczna młodzież wykradała, skąd się dało. Robert chodził do biblioteki miejskiej i stojąc przy regale, przeglądał podręczniki medyczne. Wstydził się zabrać "taką" książkę do stolika. Za wiele z tych podręczników nie wyczytał, lecz zdobył przynajmniej ogólną wiedzę, co ma kobieta w miejscu, które go najbardziej interesowało. Były też grzeszne dzieła literackie, które podtykała pani Aniela, oraz wiedza szeptana od kolegów.
Kąpali się, chlapiąc jak dzieci, Wika piszczała i śmiała się jednocześnie. Ściskał ją pod wodą, pieścił jej piersi rozbryzgami. Wreszcie, wysuszeni słońcem, zjedli resztki prowiantu i z żalem odpłynęli.
– To był cudowny dzień. – Była ogromnie utrudzona i jeszcze bardziej zachwycona. – Tyle atrakcyj! A największą byłeś ty. Chcę jeszcze! A może wolisz Brigitte? – nie dawała spokoju Bogu ducha winnej dziewczynie.
– Nie opowiadaj głupstw. Mogę na ciebie patrzeć bez końca.
– Skoro tak, urwijmy się jutro z lekcyj. Co ty na to?
– Niezły z ciebie numerek! Taka porządna panienka, kto by pomyślał. No pewnie!
– A co! Uwielbiam narobić głupot. I ciebie mam ochotę sprowadzić na złą drogę.
We wtorek poszedł na plebanię. Drzwi otworzył ksiądz Ozga.
– Proszę księdza, ten napad mnie oburzył. Trzeba szatana, żeby podnieść rękę na Kościół. – Wyjął z kieszeni pogniecione wcześniej dwadzieścia złotych, starannie rozprostował i podał księdzu. – Na odkupienie zrabowanych przedmiotów. Zarobiłem na korepetycjach.
– Bóg zapłać, synu. Zrobisz większą przysługę sobie i Panu Bogu, jak również z następnych korepetycji przyniesiesz datek.
Cynizmu nauczyła go matka. Gdyby tylko umiała czytać w myślach. Zapewniał, z odpowiednim na tę okazję wyrazem twarzy, że tak, że ma rację, jak zwykle go przekonała, że ją kocha za wszystko, co dla niego zrobiła – myśląc, jak go upokorzyła. Wymuszona dwulicowość stała się jego drugą naturą. Uczciwy pozostawał wobec tych, których kochał i szanował. Lista była wyjątkowo krótka. Pani Aniela, Wika i profesor Imiałek. Wobec kolegów był na swój sposób uczciwy. Zdystansowany; jak miał skłamać – nie mówił nic.
Ozga był w zgoła odmiennym nastroju. Może byłem zbyt surowy dla tego chłopaka? Pierwszy przyniósł pieniądze, chociaż bękart. Oto zagadka wyroków boskich. Na następnej religii pochwalił go za szczodrość i dał za przykład.
Robert w tajemnicy przed Wiką poszedł do krawca i zamówił ubranie. Nie garnitur, jak zamożniejsi koledzy. Na wojenną tułaczkę potrzebował solidnego ubrania podróżnego z najlepszego angielskiego sukna.
– Nie wiem, jak szanowny pan policzyć. Panienka Wika i jej rodzina to moje najlepsze klienty. Dlatego u mnie dla nich wielka rabata. Kiedy panienka pan przyprowadziła, dla niej dałem rabata. Bez panienka, proszę zrozumieć, nie mogę. Ja muszę utrzymać piątka dzieci i żona. A moja dzieci taka apetytna...
Wyraźnie się rozpędzał, więc mu przerwał.
– Zapłacę bez rabata.
Kiedy usłyszał cenę, pomyślał, że coś się z tą rabatą nie zgadza, ale niech tam. Do targów z panem Abrahamem jeszcze nie dorósł.
– Zgoda. A pan się postara, żeby ubranie było wystrzałowe.
– Będzie wystrzałowe, niech się szanowny pan nie obawia. Panienka Wika pan jeszcze bardziej polubi w ten ubrań.
Z rozpędu kupił dwie pary doskonałych butów Baty i dobrej jakości bieliznę.
– Poproszę jeszcze wełniany sweter w szpic. Aha, i tę czapkę z daszkiem. – Zawsze o takiej marzył.
Pani Aniela podejrzewała go od dnia, w którym podarował jej prezenty. Wiedziona intuicją poskładała w całość kilka faktów. Pralinki od Bliklego – czyli był w Warszawie, i to w tajemnicy? Zdobył niemałe pieniądze. Zaglądając mu w oczy, dostrzegła w nich pewność siebie i zadziorny optymizm. Już wtedy się domyśliła. Kiedy zauważyła, że Jadwiga Meissner nie pracuje, a żyją na dotychczasowym poziomie, miała już pewność. To Robert okradł kościół!
Wiedziała, że wkrótce wybuchnie wojna. Przeczuwała, że jej nie przeżyje. Już na ten temat rozmawiali. Własnych dzieci nie miała, więc nadzieję na spełnione życie pokładała w nim. Na swój sposób była z niego dumna. Osiemnastoletni chłopiec potrafił popełnić ryzykowne przestępstwo, spieniężyć łup i nie dać się przy tym złapać.
Do wakacji pozostał miesiąc. Czas uciekał zakochanym z prędkością Błękitnego Ekspresu. Wika na przemian roniła łzy i się śmiała, nie wiadomo właściwie z czego.
– Masz mi być wiernym, pamiętaj! Żadnych dziewczyn. Jak się spotkamy po wakacjach, poznam, bo jestem czarownicą – ostrzegała, marszcząc śmiesznie nos.
W Celulozie zameldował się bezpośrednio po zakończeniu roku szkolnego. Początkowo chciał zrezygnować, ale Wika wyjechała, a rezerwa finansowa nie była wielka. Liczył, że za zarobione pieniądze będzie jej mógł fundować kino, kawiarnię, tańce, drobne prezenty, jak to robili chłopcy z zamożnych domów. Z korepetycji miał zamiar zrezygnować, żeby z nią spędzać więcej czasu.
Trafił do czteroosobowej brygady. Przerzucali bale z zalegającego na placu stosu na taśmociąg. Drewno trafiało do kadzi, w której wygotowywano z niego celulozę. Praca była ciężka, nawet dla nawykłych do wysiłku robotników.
Wynagrodzenie wypłacano co tydzień. Pierwsza wypłata okazała się twardą lekcją życia. Koledzy dostali po osiemdziesiąt złotych. Nadeszła jego kolej. Kasjer wypłacił zaledwie pięćdziesiąt. Oczywiście zaprotestował.
– Jesteś młodociany, więc tyle się należy – powiedział kasjer i chciał zakończyć dyskusję, zatrzaskując okienko.
Ich nieformalny szef Zygmunt Zaremba był szybszy. Zablokował je.
– Słuchaj, gnido. Albo wypłacisz, ile trzeba, albo ten złodziejski ryj tak obijemy, że cię własna matka nie pozna.
Wystraszony kasjer bez słowa dopłacił trzydzieści złotych. Próbował oszukać. Liczył, że Robert nie będzie dochodził należnych pieniędzy. Nie wyszło, ponieważ ładowacze stanęli za nim murem. Dla nich ważne było, że nie odstawał w pracy. Polubili go i traktowali jak swego.
Wynajmowali kwaterę składającą się z dużego pokoju, do którego wstawili cztery łóżka, kuchni z piecem na drewno i łazienki. Prowadzili wspólną kuchnię. Wpłacali po równo, gotowali na zmianę jednodaniowe posiłki. Dało się wytrzymać. Przywykł do ciężkiej pracy i nie narzekał.
Przeszedł przy okazji skrócony kurs nauk politycznych. Jego towarzysze należeli do Polskiej Partii Socjalistycznej. PPS po odzyskaniu niepodległości odgrywała istotną rolę. Pierwszy premier II RP, Ignacy Daszyński, był socjalistą. Zaremba tłumaczył, dlaczego nie wolno stawiać znaku równości pomiędzy socjalizmem a komunizmem, jak to cynicznie i notorycznie czyniła prawica, żeby zniechęcić do nich wyborców.
– Socjalizm to sprawiedliwy podział zysku pomiędzy pracownikami a pracodawcą. Bismarck powiedział: "Kto nie był socjalistą za młodu, ten będzie skurwysynem na starość". A komunizm? Sam wiesz, szkoda gadać!
Socjalistyczna wizja porządku świata odpowiadała Robertowi. Nie tolerował prawicy, która odmieniając przez wszystkie przypadki wzniosłe hasła "Bóg, honor, ojczyzna", pośród nienawistnej wrzawy, dla zdobycia władzy posuwała się do każdej nikczemności. Prawica dysponowała jednak istotnym atutem. Bezwarunkowym poparciem Kościoła. Doszedł do wniosku, że socjalizm oparty jest na sprawiedliwych podstawach. Nie widział powodu, dla którego miałby szanować kapitał oraz przyznawać ludziom rzekomo lepiej urodzonym absurdalne przywileje. Zdefiniował swoje poglądy polityczne. Został demokratą i socjalistą. Postanowił, że ze światopoglądem nie będzie się afiszował.
W Celulozie przepracował pełne dwa miesiące.
Wrócił do domu tydzień przed rozpoczęciem roku szkolnego. Rozpierała go duma, zaoszczędził pięćset złotych. Matka przyjechała z Ciechocinka wcześniej. Z entuzjazmem opowiadała o zabiegach, wieczornych potańcówkach i znajomościach, które nawiązała. Słuchał jednym uchem.
Wieczorem odwiedził panią Anielę. Kupił dla niej różę. Czerwoną, wysmukłą, poetycką. Miała akurat urodziny. Podarował jej kopertę.
– Wiem. Damom pieniędzy się nie daje, nadchodzą jednak ciężkie czasy, dlatego odstąpiłem od zasady.
W kopercie było pięćdziesiąt dolarów. Zrobiło się jej wilgotno pod oczami. Nawet o tym pomyślał!
– Więcej tego nie rób. Nigdy! Wiesz, o czym mówię, prawda?
– Pani wiedziała?
– Naturalnie, że wiedziałam. Proszę, nie rób tego więcej. Chciwość zatruwa duszę. A teraz opowiadaj, jak było w Celulozie.
Nie mógł się doczekać spotkania z Wiką. Wróciła wkrótce po nim. Rozpromieniona, opalona i stęskniona. Wakacje udały się nadzwyczajnie. Zwiedziła Francję, poznała wielu młodych Francuzów. Język znała dobrze, zatem mogła z nimi rozmawiać, a nawet flirtować. Dzielnie odrzucała zaloty wykraczające poza niewinny flirt. Nie mogła się wyleczyć z miłości do Roberta.
Ciocia Julka okazała się czarującą kobietą. Z urody podobna do siostry, mamy Wiki, miała odmienny charakter. Mieszkała we Francji od siedemnastu lat, podziwiała francuską kulturę, styl życia, jak również powszechną swobodę obyczajów. Nie była libertynką, jednak poglądy na seks miała otwarte. Szybko się zaprzyjaźniły. W domu, położonym parę minut spacerem od morza, każdy spędzał czas, jak lubił. Ciotka zabierała ją do pobliskiego miasteczka. Zadbała, żeby dziewczyna poznała miejscową młodzież.
– Jesteś młoda, piękna, możesz tańczyć, flirtować. Życie jest krótkie, a uroda przemija. Drugi raz nie będziesz miała osiemnastu lat. Jeżeli się nie wyszumisz, będziesz sobie potem wypominała – przekonywała z goryczą w głosie.
Spacerowały po plaży. Brodząc w płytkiej wodzie, gawędziły godzinami. O życiu, o miłości, o sztuce, o wszystkim. Julka odkryła, że siostrzenica jest nieuświadomiona. W katolickim kraju nie miała z kim rozmawiać o seksie. Z mamą się rozumiały, nie potrafiły jednak przełamać bariery wstydu. Postanowiła ją wyedukować. Nic im nie wyjaśnią, a potem lamentują, jak dziewczę zajdzie w ciążę. Najchętniej by ją wtedy ukamienowali. Załgana klerokracja! Po jej wykładach Wika była najlepiej uświadomioną dziewczyną z II LO.
Korzystając z resztek lata, niemal codziennie pływali kajakiem. Zatrzymywali się na bindudze, do której droga robiła się coraz krótsza. Dla ochrony przed deszczem zbudowali szałas. Zaczęli od solidnego szkieletu, który wykonał Robert. Potem wspólnie poprzetykali żerdzie cienkimi witkami wierzbowymi. Konstrukcja była gotowa. Wystarczyło pokryć ją gałęziami. Podłogę wyłożyli drobnymi gałązkami świerkowymi. Rozłożyli w środku koc i mieli przytulne, pachnące żywicą schronienie.
– Nasz pierwszy dom – rozmarzyła się Wika.
– Dom, który razem zbudowaliśmy. – Zaniósł ją do środka.
Ciepłem swoich ciał rozgrzali wnętrze, zrobiło się intymnie. Z rzeki szałas był niewidoczny. Stapiał się z leśnym tłem, zapewniał poczucie bezpieczeństwa. Nawet w niepogodę spędzali czas na błogim migdaleniu. Wika zataiła nowo nabytą wiedzę. Zdecydowała, że przyjdzie na to czas, kiedy drzewa się zazielenią. Gdyby zaczęli teraz, całą zimę żyliby jedynie wspomnieniami.
Wrota Świątyni Marsa z wolna się otwierały11. Jeszcze w 1938 istniała szansa na sojusz Polski z III Rzeszą, o co usilnie zabiegali Niemcy. Hitler planował agresję na Francję już w 1939 roku. Najpierw jednak musiał zabezpieczyć tyły. Do tego niezbędny był sojusz z Polską. Nazywany przez Piłsudskiego idiotą minister spraw zagranicznych Józef Beck swoją polityką potwierdził niestety opinię Marszałka. Odrzucając propozycję Hitlera, izolował Polskę. Żaden rozsądny polityk nie mógł traktować poważnie gwarancji, jakich 3 kwietnia 1939 roku udzieliły Polsce, nie mając zamiaru ich dotrzymać, Anglia i Francja. Już wkrótce okazało się, że nie są warte papieru, na którym je spisano.
Rozwścieczony Hitler zażądał teraz zgody na przyłączenie do III Rzeszy Wolnego Miasta Gdańska oraz eksterytorialnej autostrady do Prus Wschodnich, niezbędnej w wojnie z ZSRR, do której nakłaniały go elity angielskie i francuskie. Wystarczyło przeczytać Mein Kampf, żeby wiedzieć, że akurat do tego nie trzeba go było specjalnie przekonywać. Niemcy mogli zaatakować ZSRR wyłącznie z Prus Wschodnich. Żeby prowadzić wojnę z terenu odciętych od III Rzeszy przez polski "korytarz" Prus, Hitler musiał mieć Gdańsk oraz eksterytorialną autostradę. Nie było innego sposobu transportowania wojsk na front wschodni przez terytorium neutralnej Polski.
Gdańsk formalnie pozostawał wolnym miastem. Wolą gdańszczan był częścią Niemiec. Polaków zamieszkiwało w nim zaledwie sześć procent. Polska, "oddając Gdańsk", potwierdziłaby jedynie stan faktyczny, "oddałaby" miasto, które do niej nie należało. Niemiecki ruch tranzytowy przebiegał polskimi drogami. Kilkanaście procent dochodów budżetu II RP pochodziło z niemieckich opłat tranzytowych. Na wybudowanie autostrady zgoda była. Układ Wersalski zobowiązał Polskę do zapewnienia tranzytu do Prus Wschodnich oraz Gdańska. Umożliwiając tranzyt, wydając zgodę na budowę autostrady, nikomu zatem łaski Polska nie robiła. Poprawiała jedynie warunki tranzytu, zapewniając zwiększenie dochodów z opłat tranzytowych. Kością niezgody była eksterytorialność liczącej kilkadziesiąt kilometrów autostrady. Eksterytorialność zapewniająca niezakłócone funkcjonowanie podczas wojny z ZSRR.
Czy mgliste pojęcie "honor narodu", którym Beck uzasadnił w Sejmie odmowę, warte było sześciu milionów wymordowanych Polaków, wywózek kolejnych milionów nieszczęśników na Syberię, niewyobrażalnych cierpień, straszliwych zniszczeń, utraty w wyniku "zwycięskiej" wojny jednej trzeciej terytorium, wreszcie pięciu lat brutalnej okupacji, po której nastąpiło pół wieku dyktatury komunistycznej? Czy ustępstwa zapobiegłyby wojnie? Niewykluczone, że potrzebne byłyby kolejne. Trudno odgadnąć, jakie. Dla każdego polityka, który zachował odrobinę rozsądku, jasnym było, że odmowa oznacza wojnę. Beck doprowadził do wojny z III Rzeszą, tak naprawdę wojny w obronie ZSRR, którą Polska przegrać musiała, a sam uciekł do Rumunii. Bezpieczny, w luksusowym hotelu w rumuńskim Braszow, udzielił wywiadu, w którym, na przekór faktom, bronił swojej samobójczej polityki12.
Robert co jakiś czas spotykał się potajemnie z Horstem, nicponiem, za przyczyną którego trenował boks. Łączyła ich mistyczna więź, byli bliźniakami zamieszkującymi inne wymiary. Spotykając się w krzakach nad Brdą, obaj wielce ryzykowali. Horst, członek Hitlerjugend, przekazywał niepokojące wieści.
– I co, pierdolony Polaczku, myślisz, że z nami wygracie?
– No nie, pojebany faszysto, tym razem nie wygramy.
– Zostały ci resztki rozumu, czubku, dlatego dam ci radę. Dobrą radę, więc zrób, co mówię. Po kapitulacji nie wracaj do Bydgoszczy. Przyczaj się gdzieś, gdzie nikt nie będzie zadawał pytań. Na kilka miesięcy, nawet dłużej.
Tak gawędzili ukryci w krzakach, pijąc najtańsze wino z jednej butelki. Pierwszy wychodził Horst. Robert dopiero chwilę po nim.
Z Wiką nie rozmawiał o polityce ani o nadchodzącej wojnie, nie chciał jej niepokoić. Nadeszła zima. Spotykali się w kawiarniach, na które było go stać, na lodowisku, na spacerach. Chodzili do kina na każdy nowy film. Zajmowali miejsca w ostatnim rzędzie, przy ścianie. Zdarzały się filmy, z których nic nie pamiętali. Nie mieli swojego miejsca, w którym mogli być razem, więc z niecierpliwością odliczali dni do wiosny. Do wypraw kajakowych powrócili pod koniec marca, nie zważając na wiosenne chłody. Szałas przetrwał nienaruszony. Dodatkowo go uszczelnili, a przed wejściem rozpalali niewielkie ognisko. W środku było ciepło i przytulnie.
Patrząc na Roberta, Wika nie mogła wyjść ze zdumienia. Jak on się zmienił! Zupełnie nie przypomina chudzielca, jakim był przed rokiem. Nie mogła się nacieszyć, że ma chłopca, którego zazdroszczą jej koleżanki. Nabrał ciała, żebra nie sterczały. Był teraz szczupły w pociągający sposób. Największa przemiana zaszła na twarzy, z pewnością nie przypominała już końskiego pyska.
Zapatrzona w swojego pięknego chłopaka, zdecydowała zrobić użytek z nauk cioci Julki. Mieli dziewiętnaście lat, czuli się dorośli. Migdalili się w szałasie, wtedy położyła rękę na jego namiocie. Pierwszy raz go tam dotykała, dla obojga ogromne przeżycie. Speszył się.
– Jesteś tego pewna? Czy nasza umowa przestała obowiązywać?
– Umowę zawsze można zerwać albo zmienić. Zmieniam naszą, od dzisiaj nie mamy już niektórych zakazów.
– Wiesz, że niczego bardziej nie pragnę, ale liczysz się tylko ty, twoje dobro.
– Moje dobro szepcze mi do ucha, żebyś wreszcie ściągnął te gatki.
Ze wstydu poczerwieniał, ale oczywiście ściągnął. Uwolniony penis sterczał jak maszt.
– O rany! Jaki wielki. Jeszcze nigdy nie widziałam, to skąd miałam wiedzieć?
Najpierw mu się przyglądała, pochylając komicznie głowę to na jedną, to na drugą stronę, jakby chciała podejrzeć, co ma z boku. Potem ujęła w dłoń i pogłaskała. Zesztywniał, jakby miał zaraz eksplodować.
– Teraz moja kolej. Zobaczysz, co mam pod majteczkami. Byłeś ciekawy, prawda?
Był zbyt podniecony, aby odpowiedzieć. Ściągnęła spódnicę. Została w samych majtkach, które zdejmowała wolno, cała w pąsach. Chwila była magiczna. Po raz pierwszy widział ją nagą. Obcował z bóstwem, olśniewającą niebianką, zbyt doskonałą na kobietę z krwi i kości. Urzeczony pięknem jej ciała, wpatrywał się w nią z uwielbieniem, nie potrafiąc wydusić z siebie słowa.
– Jaka jesteś piękna – odzyskał wreszcie mowę.
– Przy tobie czuję się piękna. – Ślicznie się uśmiechając, wyciągnęła ręce. – Chodź do mnie.
– Uwielbiam, kiedy się tak uśmiechasz.
– Co chcesz zrobić? Tylko się na mnie gapić? Na nic więcej nie masz ochoty?
Tym pytaniem przywołała go do rzeczywistości. Nie wiedział, co robić. Wiedział, co chce zrobić. Wejść w nią, przeżyć to wreszcie.
– Nie mam pojęcia. Wydaje mi się, że... że sam nie wiem. – Wyglądał, jakby się zgubił i nie wiedział, dokąd iść.
Ujęła swoją drżącą dłonią jego drżącą dłoń i położyła na cipce. Prowadząc rękę, odkrywała przed nim najskrytsze sekrety swojego ciała. Miał wrażenie, że dotyka najcenniejszego klejnotu. Kiedy ich dłonie się rozłączyły, na jego dłoni pozostał ślad jej tajemnicy.
Obydwoje poskramiali dłonią szalejące hormony, on robił to zresztą znacznie częściej, znali więc swoje ciała. Teraz uczyli się zaspokajać wzajemnie. Czas upływał w zaczarowanym świecie spojrzeń, dotyków i westchnień.
Nie mógł zasnąć, przeróżne myśli krążyły mu po głowie. Dotyczyły, jakżeby inaczej, pożądania, które nieustannie bywa wyklinane, a ci, którzy ciskają na nie gromy, księża oraz ich poplecznicy, boją się, a nawet nienawidzą kobiet. Najchętniej by wymazali Pieśń Salomona ze Starego Testamentu. A przecież rozgraniczanie miłości od pożądania nie ma sensu. Rozsadzało go uczucie spełnienia. Koledzy się przechwalali, że to robili. Podejrzewał, że niektórzy chcieli sobie dodać ważności. A on miał najwspanialszą dziewczynę na świecie i nawet żywcem przypalany nie zdradziłby, co robili.
Przez całą wiosnę uczyli się swoich ciał i nigdy nie mieli dosyć.
Dzień był upalny. Leżeli na trawie, kropelki potu błyszczały w słońcu. Dotknęła go.
– Czemu on tak sterczy?
– Bo chce ciebie.
– I jak mię chce, to sterczy jak drąg?
– Sterczy jak drąg.
– Im bardziej chce, tem bardziej sterczy?
– Im bardziej chce, tym bardziej sterczy.
– A jak nie sterczy, to co? Nie chce mnie wtedy?
– Chce, oczywiście, że chce, tylko inaczej.
– Aha! A skąd się bierze, to co z niego wytryskuje?
– Z moich jajek.
– Z twoich jajek? Jajka znoszą kury. Czemu u ludzi jest odwrotnie?
– Nie wiem, na biologii o tym nie mówili.
– Ale się z tobą dyskutuje. No przemów wreszcie!
– Czy możesz rozsunąć nogi? Chcę cię dotknąć.
– Tylko jedno ci w głowie. Jak mam z tobą rozmawiać?
Nalegał, żeby na wakacje wyjechała za granicę. Nie chciała o tym słyszeć. Była szczęśliwa i nie miała zamiaru trwonić swego szczęścia. Zresztą, jej rodzice nie planowali wakacji za granicą. Był jednak nieugięty. Zawsze ustępliwy, tym razem się postawił i nawet nie chciał dyskutować. Koniec końców uległa namowom. Napisała do cioci z prośbą o zaproszenie. Nie chciała w liście wyjaśniać wszystkiego. Wiedziała, że nie przekona rodziców do przeczekania nadciągającej wojennej zawieruchy poza Polską.
Ojciec Wiki, inżynier Kawecki, nigdy by się nie zgodził. Był patriotą, wierzył, że Polska poradzi sobie z Niemcami, a alianci przyjdą z pomocą. Został powołany do wojska 30 sierpnia, wzięty do niewoli 20 września. W ciągu tych trzech tygodni jego oddział był w nieustannym odwrocie. Jak się straszliwie mylił, zrozumiał pewnej ponurej kwietniowej nocy 1940 roku, wieziony wraz z innymi wziętymi do niewoli oficerami "czarną wroną" do Lasu Katyńskiego. W ostatniej modlitwie dziękował Bogu, że córka jest bezpieczna.
Tłumaczył Wice, że we Francji będzie miała możliwość wyboru. W zależności od sytuacji może zostać albo wracać. W końcu się zgodziła, pod warunkiem, że cały lipiec spędzą razem. Dla niego nie był to żaden warunek, lecz najwspanialszy prezent. Nie miała pomysłu, jak się urwać spod kurateli rodziców. Wciągnęła do spisku dwie koleżanki, które miały podobny problem. Sprytne smarkule obmyśliły plan. Powiedzą, że jadą do Zakopanego i będą chodziły po górach. Odprowadzane przez troskliwych rodziców, wsiądą do pociągu Tatry. Wysiądą na najbliższej stacji i pierwszym powrotnym wrócą do swoich ukochanych. Ponowne spotkanie wyznaczyły na 31 lipca.
W maju zdawali maturę. Zamiast, jak większość maturzystów, wkuwać przedmioty egzaminacyjne, z wielkim zapałem zgłębiali anatomię ludzkiego ciała. Gdyby to był przedmiot maturalny, zdaliby z wyróżnieniem. A tak musieli się zadowolić przeciętnymi ocenami. Stopnie na świadectwach straciły znaczenie. W przeddzień wojny królową nauk była balistyka.
Pani Aniela poprosiła o radę porucznika Szpota, a potem odbyła poważną rozmowę ze swoim wychowankiem. Przekonany rozsądnymi argumentami, złożył podanie do Wyższej Szkoły Budowy Maszyn w Poznaniu. Po dwóch tygodniach otrzymał pismo informujące, że został przyjęty. Chętnych na studia, ze zrozumiałych względów, nie było wielu. Pojechał do Poznania i wpłacił sto osiemdziesiąt złotych wpisowego. Odebrał zaświadczenie o wpisaniu na listę studentów. Jeszcze tego samego dnia zaniósł je pani Anieli. Większość maturzystów z wpisowym wstrzymywała się do jesieni. Porucznik Szpot zaniósł zaświadczenie do Wojskowej Komendy Uzupełnień. Na podstawie zaświadczenia o przyjęciu na studia WKU awansowała Roberta Meissnera na stopień podchorążego. Dzięki dalekowzroczności pani Anieli był jedynym absolwentem II LO rocznika trzydziestego dziewiątego, który na wojnę wyruszył jako podchorąży. Pozostali zaczynali w stopniu szeregowego.
Uzgodnili, że wakacje spędzą pod żaglami. Romantycznie i będą się mogli zajmować wiadomo czym. Przyszedł list od cioci Julki:
Wujek ma kłopoty ze zdrowiem. Lekarze zalecili zmianę klimatu. Sprzedaliśmy dom w Bretanii, przeprowadzamy się do Szwajcarii. Zapraszamy na wakacje. Doskonale się składa, bo Wika pomoże nam się zagospodarować w nowym domu.
Wyjechali 16 czerwca. Autobusem do Chojnic, potem dwie godziny na piechotę do miejscowości Charzykowy. W Polsce było niewiele jezior13. Miasteczko stało się więc niejako z konieczności ośrodkiem żeglarskim. DZ – dezeta, jacht, który wyczarterowali, wyglądała jak szalupa okrętowa. Długości ośmiu metrów, miała dwa maszty. Była wprawdzie przeznaczona dla liczniejszej załogi, ale dwoje żeglarzy bez czterech lewych rąk mogło sobie poradzić. Dezeta oferowała dwuosobowej załodze naprawdę komfortowe warunki. Za niewielką dopłatą wypożyczyli namiot rozpinany na bomie, pomiędzy masztami. Jacht miał odkryty pokład, dlatego namiot był przydatny.
Sezon żeglarski jeszcze się nie rozpoczął, dostrzegli tylko dwa żagle w oddali. Pierwszego dnia poznawali zasady żeglowania. Zrezygnowali ze stawiania niewielkiego foka, a pod dwoma żaglami jacht okazał się prosty w obsłudze. Kosztem trzech niekontrolowanych zwrotów przez rufę, w pakiecie z guzami od przelatującego bomu i beczką śmiechu – opanowali podstawowe umiejętności. Wypatrzyli dogodne miejsce na biwak z niewielką, piaszczystą plażą i po długim, pełnym emocji dniu dobili do przystani. Postawili namiot i rozłożyli materace, zamieniając jacht w hotel na wodzie. Zjedli kolację, którą wspólnie przygotowali. Wika chciała pokazać, jak o niego dba, ale chętnie zgodziła się na wspólne gotowanie. Szczególnie zadowolona była, ponieważ obrał, a nawet pokroił w kostkę cebulę. Tej czynności nie znosiła. Po kolacji pływali w jeziorze, z którego wygonił ich dopiero chłód.
– Co ci tak dynda? – Wskazała skurczonego od zimna ptaszka. – Czy on już taki zostanie? Nazwę go koliberek. – Krztusiła się ze śmiechu.
– Nie wiesz, że od zimna się kurczy? – Zaraził się jej wesołością.
Kochali się pod gwiazdami, potem siedzieli przy ognisku otoczeni ciszą i zapachami nocy. Wtuleni w siebie wpatrywali się w milczeniu w snopy iskier. Prócz nich na całej planecie nie było nikogo. Po północy wrócili na jacht. Wyczerpani przeżyciami pierwszego dnia wakacji natychmiast zasnęli.
Obudzili się późno, wykąpali, zjedli śniadanie, potem podnieśli żagle. Wiało mocniej. Szkwały pokrywały błękitną toń jeziora zmarszczkami. Z żeglowaniem też sobie lepiej radzili. Na obiad popłynęli do Charzykowa. W sezonie otwierano tam jadłodajnię. Jedzenie podawali smaczne. Zdecydowali, że będą się w niej stołować. Pieniędzy mieli aż za dużo, Wika dostała kieszonkowe na wczasy. Nie mogła tylko pojąć, skąd Robert miał przez cały rok na wszystkie wydatki. Na szkolne imprezy i na randki przychodził w nowych, eleganckich ubraniach. Na co dzień również lepiej się ubierał. Trochę jeszcze podrósł, a przede wszystkim nabrał ciała i zmężniał. Nie uszło to uwadze dziewcząt. Te, które go nie zauważały, nagle się nim zainteresowały. Pociągał je, tym bardziej że miał dziewczynę, co w ich rozumieniu oznaczało, że przekroczył próg wtajemniczenia. Gdyby Wika chciała go teraz poderwać, miałaby konkurentki.
Odbili od kei. Na całym jeziorze bieliły się tylko trzy żagle, gdzieś w dali. Wika zdjęła kostium i wyciągnęła się na dnie. Podał jej złożony koc.
– Podłóż pod siebie, bo ci gretingi odcisną na tyłku wzorek w szkocką kratę.
– A ty? Nie rozbierzesz się? Wydaje ci się, że dziewczyny mają inne potrzeby? Możesz oglądać mię do woli, i jak widzę po kąpielówkach, patrzenie na mnie nie sprawia ci przykrości. Ja też chcę popatrzeć. Oprócz twojego, zaznaczam skromnie, nie widziałam innego, ale coś mi się wydaje, że jest wielki.
Najwspanialsze dzieło natury, misterium miłości i płodności, ludzie o chorych duszach przedstawiali jako plugawość. Mimowolnie uległ tej obłudnej kulturze grzechu. Rozmawiając o akcie miłosnym, odczuwał skrępowanie. Wika była niezależna, presji katechetów nie uległa. Zazdrościł jej swobody, z jaką rozprawiała o erotyce.
– Nie bądź taki skromny, ściągaj te gatki. Jak długo mam czekać?
Jego kołek, uwolniony wreszcie, wyskoczył jak sprężyna.
– Miarkując po tym, jaki zrobił się wielgachny, dzisiaj pragnie mnie nawet bardziej niż wczoraj. – Wpatrywała się w penisa z nietajoną satysfakcją.
– No pewnie! A nawet sobie nie wyobrażasz, jak pragnął cię wczoraj.
Patrząc na nią, obmyślał, co będą robili w nocy. Opryskał ją. Zaprotestowała głośno, piszcząc, i natychmiast mu się zrewanżowała. Tak byli sobą zajęci, że zapomnieli o bożym świecie. Dopiero łopot żagli ich otrzeźwił. Zacumowali w swojej zatoce. Wykąpali się, potem zjedli kolację. Było jeszcze jasno, lecz słońce rzucało coraz dłuższe cienie. Wika poszła na jacht, pogrzebała w bagażu, a kiedy wróciła, położyła coś na kocu.
– Wiesz, co to jest?
Przed nim leżały trzy prezerwatywy.
– Czy to znaczy...?
– Tak, najdroższy, to znaczy, że stracę dziewictwo, razem je stracimy.
Chłonął ją każdą cząstką swojego ciała. Obrzmiałe pożądaniem piersi, twarde sutki, płaskości i gładkości brzucha, doskonałość pępka, pokryty czarnymi włosami magiczny trójkąt, ucisk oplatających go ramion, smak rozchylonych ust, wilgoć rozpuszczonych włosów i zakochaną twarz.
Czuła, jak jego ciało twardnieje, czuła kąsanie w piersi, wstrząsał nią dreszcz pożądania.
– Och tak, tak, tak! – dyszała w jego niecierpliwe usta.
– Taka piękna, taka moja. – I już na niej był.
– Och, Ro bert, Ro bert. Teraz! Tak! – Żeby go przyjąć, wypchnęła biodra.
Wchodził w nią ostrożnie, niezdarnie.
Poczuła w sobie opór.
– Wbij się! – krzyknęła, nieprzytomna z pragnienia.
Gwałtownym pchnięciem wdarł się w jej śliską, gorącą miękkość.
– Jak boli!
– Przestanę! – Chciał z niej wyjść, ale go uwięziła w splocie ud i ramion.
– Nie... Tak...! Chcę, żeby bolało! Moje serce, poruszyłeś moje serce! – Łapczywie chwytała powietrze.
Wedrzeć się w głąb przez ustępujący pod naciskiem obrzmiałego penisa elastyczny opór. Wyciągnąć i wsadzić, i jeszcze raz, i do końca. Jęcząc z rozkoszy, przepychał się przez mokry i ciasny tunel.
– Nie jestem ze szkła. Możesz mocniej. Tak, tak, tak! Ja spadam, Robercie. Spa...dam!
Fale rozkoszy uderzały w nią, jedna po drugiej. Oczy zamknięte, brwi ściągnięte, paznokcie drapiące po plecach. Rozedrgane mięśnie pochwy obkurczały się, wyciskając nasienie.
Było to dla nich magiczne przeżycie. Głośne krzyki przecinały nocną ciszę. Później, dużo później, leżąc w jego objęciach, opowiadała, jak cudownie jej było.
– Tak marzyłam, żebyś to ty był moim pierwszym.
– Nigdy nie myślałem o innej. Gdyby nie ta popieprzona wojna, po studiach prosiłbym cię o rękę.
Podobni innym kochankom, żywili się powtarzaniem miłosnych zaklęć. Wszeptywał jej do ucha, jak ją ubóstwia.
Spała z twarzą wtuloną w swoje ulubione miejsce pod jego obojczykiem. Ze szczęścia nie mógł zasnąć. Wsłuchiwał się w jej sny. Oddychała miarowo i cicho. Rano, w południe, przeciągając się szeroko, rzucił światu wyzwanie z nieposkromioną pychą dojrzałego samca. A ona się tej demonstracji męskości przyglądała z wielkim zainteresowaniem.
Byli wściekle głodni, więc zrezygnowali z kąpieli i na śniadanie popłynęli do Charzykowa. Powitało ich zupełnie inne miasteczko. Zaroiło się od żeglarzy. Była niedziela i prawdziwy początek wakacji. Popołudnie spędzili na tarasie kawiarenki. Łatwo im przychodziło nawiązywanie znajomości. Poznali żeglarzy, którzy co roku przyjeżdżali pod żagle. Było też kilka par, głównie studentów, którzy spędzali wakacje podobnie jak oni.
– Miałeś doskonały pomysł z tą dezetą. Trudno będzie znaleźć odludne miejsce na brzegu.
– Nie widzę problemu, nikt się nie zorientuje, jesteś cichutka jak myszka.
Dotąd takie żarty były zarezerwowane dla niej. W nagrodę poczęstowała go lekkim kopnięciem pod stołem. Zrewanżował się, gładząc jej nogę stopą. Odpowiedziała dyskretnym uśmiechem. Po obiedzie żeglowali wzdłuż brzegu. Odkryli wiele zagubionych w głuszy uroczych zakątków. Wika była optymistką.
– Może jachty na tę noc pozostaną na przystani, a my będziemy mieli naszą zatoczkę tylko dla siebie?
– Z pewnością nie będzie nikogo. Jesteś w czepku urodzona, a mnie przy tobie szczęście sprzyja. – Zaraziła go swoim optymizmem.
– No widzisz, zaczynasz myśleć do przodu. O jak dobrze!
Ostatnia uwaga odnosiła się do tego, co robił. Pieścił jej piersi. Były bardzo wrażliwe. Poznawał je gorliwie, więc wiedział, jak się nimi zajmować. Zrozumiał, że w miłości dawaniem bierze się więcej niż braniem. Nie wiedział, czy każdy tak czuje. Wika na pewno. Tyle dawała, że musiała mieć z tego czystą radość. Dopłynęli do swojej zatoczki, a ona zarządziła koniec żeglowania. Uśmiechała się przy tym tajemniczo. Był przekonany, że coś knuje, i to coś będzie słodkie. Czas spędzili na kąpielach i opalaniu. Nasmarował ją olejkiem do opalania. Szczególnie starannie wysmarował piersi i wewnętrzną stronę ud. Pachniała oszałamiająco. Kiedy słońce zaszło, pogrzebała w bagażu, potem poszła gdzieś ścieżką wzdłuż jeziora. W ręku trzymała kosmetyczkę.
Zapadł zmierzch, rozpalili ognisko. Rozbierała się, oświetlona migotliwym blaskiem płomieni. Kiedy ściągnęła majteczki, oniemiał. Znikła dolna część futerka. Pozostało na wzgórku łonowym, między nogami była wygolona. Mógł dokładnie obejrzeć cipkę. Przełknął ślinę, bo na sam widok zaschło mu w gardle.
– Wyglądasz cudownie, a ja zupełnie tracę głowę.
– Podobam ci się? A myślałam, że mię nazwiesz kobietą upadłą.
– Wpierw musiałbym stracić rozum. Jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Mam ciebie i mam cię tylko dla siebie. To jest tak, jakbym powiesił w domu oryginał Mony Lizy i nikomu nie pokazywał.
– Porównujesz mię do Mony Lizy?
– Jesteś daleko piękniejsza. Chodziło mi o to, że mam cię dla siebie.
– Skoro tak uważasz, należy ci się nagroda. Niech no pomyślę. Ty zrób, co masz zrobić. Wiesz, co masz zrobić, prawda?
Szybko ściągnął kąpielówki. Usiadła na kocu i poklepała obok siebie.
– Chodź tu, nie bój się, nie gryzę.
Akurat to zapewnienie miało znaczenie. Usiadł, a ona ułożyła się tak, że penis znalazł się blisko jej twarzy. Zaskakiwała go nie raz, jednak o tym, co zamierzała, nawet nie marzył. Zupełnie niespeszona, wzięła w rękę i lizała po samym czubku. Pomyślał, że jeżeli trafi do nieba i tak go nic lepszego nie spotka. Widok rozpalił do białości, a lizanie było spełnieniem nienazwanych marzeń. Spróbowała wziąć do buzi. Miała trudność, ale dała radę. Zaczęła przesuwać ustami w górę i w dół. Wyczuła, że jest blisko, więc się odwróciła na plecy i zachęcająco rozwarła nogi. Jej uda miały kształt tak doskonały, jakby je wyrzeźbił Michał Anioł. Pieścił ich wewnętrzną stronę, coraz bliżej cipki. Poczuł nieznany zapach tak odurzający, jak woń jej podniecenia. Całował już między nogami. Wtedy się rozśpiewała, a dźwięki, które wydawała, przypominały muzykę. Delikatnie, muśnięciami języka, lizał łechtaczkę. Tak potraktowana, wbiła się dłońmi w jego włosy, a jej ciało poruszało się własnym rytmem. Unosiła biodra i je opuszczała. Wydawała gardłowe, takie dzikie odgłosy.
Wreszcie spłynął na nią orgazm. Ciałem wstrząsały dreszcze, oczy uciekły gdzieś w bok i w głąb. Krzyki z wolna ucichały.
– O Boże! Co to było? Aż się wierzyć nie chce!
– Musiało być niesamowite, bo słyszeli cię nawet w Charzykowie. Czy wiesz, jak dźwięk niesie po wodzie?
– Wielkie mi halo, niech dziewczyny zazdroszczą.
Przywarli do siebie i znieruchomieli. Szeptał jej do ucha słowa, które w takich chwilach szepczą kochankowie. Potem podgryzał wypełnione szeptami ucho, ona wkładała do jego ucha koniuszek języka. Uśmiechała się przy tym z wyrazem twarzy, jakiego u niej dotąd nie widział.
– Żebyś o mnie źle nie myślał, muszę ci coś wyjaśnić. W wakacje ciocia się zorientowała, żem zielona w ars amandi, zaczem powyjaśniała to i owo. Zapewniała, że tak się we Francji kochają niemal wszyscy. Naturalnie u nas o takich sprawach się nie mówi. Jeśli masz inne fantazje, chętnie się z niemi zapoznam. Po tem, com przeżyła, jestem otwarta.
– Uwielbiam twoją ciocię. Marzyłem o tobie, a nie, jak to będziemy robili. Będę to musiał nadrobić.
Od samego rana na jeziorze zaroiło się od jachtów. Na niewielkim akwenie pływały blisko siebie. Wiała trójka. Wspaniała żeglarska pogoda. Podciągnęli się w obsłudze jachtu i nie musieli świecić oczami. Jadłodajnia w porze obiadowej była oblężona. Nawiązywali znajomości. Wika, jak Wenus, ściągała na swą orbitę zauroczonych jej urodą panów. On nie był równie popularny wśród pań. Brakowało mu pewności siebie, którą płeć piękna nadzwyczaj ceni. A ona rozkoszowała się popularnością. Choć jej serce było zajęte, miłym jej było, że wielu pragnie, żeby było wolne. Po obiedzie całe towarzystwo przeniosło się na wystawione na kei ławki. Dyskutowali o wielu sprawach, jednak temat wojny powracał nieustannie. Dominował optymizm i wiara w zwycięstwo. Mężczyźni celowali w buńczucznych deklaracjach. Podczas rozmów o wojnie Robert się nie odzywał. Ponieważ inni mieli aż za wiele do powiedzenia, formułując mimochodem kaskady odkrywczych myśli, jego milczenie uchodziło niezauważone.
Wika wiedziała, że wojna jest nieunikniona. Przekonywał ją, jednak teraz sama to rozumiała. Trudno było przewidzieć, kiedy się zakończy wojenna zawierucha. Robert twierdził, że muszą przegrać. Im lepiej go poznawała, tym bardziej doceniała jego inteligencję i bardziej ufała jego osądom.
Żeglarze, kiedy się już wygadali, przy okazji rozbijając w pył Wehrmacht, gromadnie wypłynęli na jezioro. Na wodzie zapanował wesoły rejwach, słychać było przekrzykiwania i śmiechy. Pod wieczór Robert i Wika wpłynęli do swojej zatoczki. Cumowały tam cztery jachty, a dzień się jeszcze nie skończył. Niedaleko stara wierzba pochylała się nad trzcinami. Do niej zacumowali i dołączyli do studenckiego bractwa przy ognisku. Niektórych zdążyli już poznać. Powitano ich serdecznie.
Po kolacji ktoś puścił w obieg flaszkę, potem drugą. Dziewczyny popijały już wódkę, ale nigdy przy ognisku i z gwinta, jak niebieskie ptaki. Kiedy pierwsza pociągała łyk, reszta dodawała jej odwagi oklaskami i okrzykami. Każda chciała zasłużyć na uznanie, więc nie trzeba ich było namawiać. Atmosfera zrobiła się swobodna, a dziewczyny śmiały się najgłośniej.
Jeden grał na gitarze, wszyscy śpiewali. Piosenki żeglarskie, żołnierskie, harcerskie i inne ze Śpiewnika Śniegockiego. Ognisko, dźwięk gitary, młode, radosne głosy utworzyły magiczny krąg. Oczy błyszczały, znikły wszelkie problemy, liczyło się tu i teraz. Skończyli w nocy. Wszyscy mieli małe namioty, które wcześniej rozbili na polanie. Tylko oni nocowali na wodzie. A noc na jachcie niosła z sobą zapach przygody, dalekich rejsów, egzotycznych krajów.
Kolejne dni upływały jak w kalejdoskopie. Wiedząc, że czasu utraconego nie odzyskają, cieszyli się każdą chwilą, nawet wspólnym milczeniem.
– Moje serce, obejmij mnie, nim czar pryśnie. Nie mów nic, lękam się, że spłoszymy nasze wspólne myśli.
Wskazówka zegara nieubłaganie dobijała do dwunastej. Przyszłość widzieli zasnutą gęstą mgłą. Wrócili do Bydgoszczy kilka dni przed wyjazdem Wiki do Szwajcarii. Wydarzenia potoczyły się błyskawicznie. Ani się nie obejrzał, jak ze łzami w oczach, ściskając w ręku kartkę z adresem, spoglądał na znikający w oddali pociąg. I jeszcze pożegnalny gwizd lokomotywy...
Więcej czasu spędzał z matką. Miał przeczucie, że jej już nie zobaczy. W trosce o swoje życie zdecydował, że po zakończeniu działań wojennych nie powróci do Bydgoszczy. Horst przekazywał niepokojące informacje, ostrzegał i nalegał. Niemcy robili listy Polaków. Nie wiadomo było, co planowali. Mógł się spodziewać najgorszego.
Martwił się o panią Anielę. Nie miała innych znajomych, oprócz pewnego niepozornego pana, który często ją odwiedzał. Przez przypadek dowiedział się, że jest porucznikiem, nazywa się Krzysztof Szpot. Zastanawiał się nieraz, w jakim celu przychodzi. Jeżeli na niego wpadał, nieodmiennie siedzieli w salonie i jak wyczuwał, przed jego przyjściem o czymś dyskutowali.
A ona nikogo się nie bała. Boga, śmierci ani ludzi. Miała tylko jedną słabość. Bezgranicznie kochała swojego przybranego syna. W roku 1926 za zasługi dla ojczyzny miała otrzymać Order Orła Białego. Pamiętnej kwietniowej nocy, po powrocie z premiery Baletów Rosyjskich, kiedy wyczerpany zmaganiami miłosnymi Brusiłow wreszcie zasnął, Aniela zakradła się do gabinetu lekkomyślnego kochanka i przejrzała dokumenty, które leżały na biurku i w szufladach. To, co zapamiętała, wystarczyło, żeby Austriacy doszli, kim jest rosyjski szpieg o kryptonimie Opernball-1314. Był nim szef sztabu 8 Korpusu C.K Armii, pułkownik Redl. Postawiony przed wyborem: hańba lub samobójstwo, palnął sobie w łeb. Straty, jakie na skutek jego działalności poniosły podczas wojny Austro-Węgry, były niewyobrażalne. Dokonania pani Anieli pomogły brygadierowi Piłsudskiemu wynegocjować z Austriakami zgodę na utworzenie Legionów. Kapituła zapoznała się z wnioskiem o przyznanie Anieli Ćwiklińskiej zaszczytnego odznaczenia. Wydawało się, że jednomyślnie zaaprobuje wniosek. Głos zabrał wtedy prymas, kardynał Hlond. Pod nieobecność Piłsudskiego przewodniczył posiedzeniom kapituły. Wykorzystując absencję Marszałka, który znał zasługi pani Anieli, purpurat oświadczył z nieskrywanym obrzydzeniem, że "taka kobieta" niegodna jest zaszczytu noszenia Orderu Orła Białego. Nikt z członków kapituły nie zapytał, co oznacza "taka kobieta". Wszyscy i tak się domyślali, co Jego Eminencja miał na myśli. W ten oto sposób prymas Hlond pozbawił panią Anielę odznaczenia, które akurat jej najbardziej się należało.
Już jako przewodniczący kapituły, z upierścienioną ręką na sercu, rekomendował przyznanie Orderu Orła Białego Hermannowi Göringowi.
Od powrotu z wakacji odwiedzał ją codziennie. Mieli sobie jeszcze wiele do powiedzenia. Znała wszystkie, najskrytsze nawet myśli swego przybranego syna. Wtedy objęła go, szepnęła "mój synku" i podarowała pięknie wydany tomik Sztuki kochania Owidiusza.
– Gdy twe serce się pogubi, odpowiedzi znajdziesz w tej książeczce.
Sztuką jest kierować okręt
przez oceanu otchłanie...
Sztuką – jazda na rydwanie...
Sztuką jest też miłowanie...
Takie było jej ostatnie przesłanie dla syna. Mieli się już nie spotkać. Powołanie do wojska dostał trzy tygodnie przed ogłoszeniem powszechnej mobilizacji. Wczesnym rankiem 20 sierpnia 1939 roku wyruszył na wojnę.
A świat w tej absurdalnej tragedii zmierzał ku katastrofie.
1 Wika mówi językiem wyższych sfer, który wyróżnia się: słownictwem, różnicami we fleksji, nieco innym akcentem, wtrąceniami francuskimi oraz angielskimi.
2 Siergiej Jesienin – znakomity rosyjski poeta, przedstawiciel imażynizmu.
3 Isadora Duncan – słynna tancerka amerykańska, pionierka tańca modern.
4 Parafraza Aleksandra Fredry.
5 Meduza była córką Forkosa, jej spojrzenie zamieniało żywe istoty w kamień.
6 Owidiusz, Sztuka kochania, Warszawa 1922, przeł. Julian Eysmont. Wszystkie cytaty w powieści, jeśli nie oznaczono innego autora, pochodzą z utworu Owidiusza.
7 Pogardliwe określenie księdza.
8 Znak firmowy wydawnictwa Księgarnia Trzaski Everta i Michalskiego.
9 Fabryka celulozy uwieczniona w powieści Pamiątka z Celulozy Igora Newerly.
10 Kursy walut oraz ceny kruszcu podane w powieści rzeczywiście obowiązywały w tamtym czasie historycznym.
11 W Cesarstwie Rzymskim wrota świątyni Marsa otwierano na czas wojny.
12 Melchior Wańkowicz, Droga do urzędowa.
13 Pojezierza Pomorskie i Mazurskie przed wojną nie należały do Polski.
14 Działalność szpiegowska Redla jest faktem historycznym.