W imię Trójcy
Przenajświętszej. Amen.
Przyrodzona każdemu człowiekowi, złego i dobrego w tem życiu
zażywając, a na lepsze pracując - pożądać, aby po nim pomiędzy
ludźmi pamięć na ziemi została.
Przeto się kładną grobowe kamienie i piszą księgi, z których
każda niczem innem nie jest ino człowiekiem, a że człowiek z wieku
swego wyszedł jak kurczę z jaja, więc zarazem księga i czasem jest,
o którym daje świadectwo.
Ja też, maluczkie stworzenie, słabości tej czy prawu
ulegając, z żywota mojego długiego, wielu przygodami niepośledniemi
odznaczonego, sprawę zdać pragnę, jakom na ten mizerny świat
przyszedł, i jak z pomocą a za miłosierdziem Bożem, acz nie bez
grzechu i obłędów po nim szedłem, ku temu kresowi, który pewnie już
dziś jest blizkim.
Małym ci i nieznaczącym byłem i jestem, a żywot mój do wielu
innych podobien, alem to szczęście miał, żem się o wielkich i
znaczących ocierał, na nich prawie nieustannie patrzałem - pisać
więc o czem się znajdzie, nie o samym sobie.
Przeciąg też czasu niemały dał mi Pan Bóg przeżyć na tym
padole, gdzie, jak na pobojowisku, codzień niemal padających obok
mnie widziałem, codzień sam paść się spodziewałem, i cudem prawie
doszedłem późnej starości.
Ilu ich było, mój Boże, co i sił mieli nademnie więcej i
prawa do życia, a w kwiecie kosą podcięci padli, gdy ja jako łopuch
i pokrzywa pod płotem stojąca ocalałem...?
Aby świat ten zrozumieć, chyba nie z niego patrzeć potrzeba
na sprawy ludzkie i losy - przecież wierzyć musimy, iż to co się
dzieje, sprawiedliwem i dobrem być musi.
Nim więc pisać rozpocznę - naprzód przyznać muszę
uroczyście, że jako za życia fałszem ust moich nie zmazałem nigdy,
tak i kart tych nim nie zbruczę, pisząc prawdę czystą, choćby się
do niej przyznać wstyd było.
Nie będę fałecznie przodków sobie wymyślał żadnych - ilem
wiedział tyle wyznam, a nie wszystko w życiu własnem było dla mnie
jasnem. Takie było już przeznaczenie moje.
Od tego więc poczynać muszę, ani się sromam wyznać, że ani
roku urodzenia mojego, ani rodziców moich nie znam. Wina w tem nie
moja, żem na ten świat przyszedł pono jako gość nieproszony. To
tylko zaznaczyć mogę, iż żywot rozpocząłem w tych leciach, gdy
wielkim księdzem był Kaźmirz, Jagiełłowy syn wtóry, za panowania w
Polsce Władysława, który zginął, nieodżałowane panię - pod Warną
walcząc z pogany.
Z dzieciństwa mojego mało co mi się w pamięci zostało, a to
co sobie przypomnieć mogę, dlatego się może w umysł młody wraziło,
że te pierwsze lata życia nie płynęły mi jednostajnie, a było w
nich już dla dziecka zagadek i niespodzianek wiele.
Kobieta uboga, prosta mieszczanka, której imię było Sonka, a
po mężu ją Gajdysową mianowano - opowiadała się matką moją,
chociaż, jak się potem okazało, nią nie była. Mąż jej Gajdys na
zamku miał około stajen książęcych zajęcie, był nad niemi starszym
dozorcą, przyczem i młodsze źrebce ujeżdżał. Człek był dobroduszny,
jako to najczęściej siłacze i olbrzymy bywają, którym Pan Bóg daje
zimną krew, gdy małym i słabszym kipi ona w żyłach. Mówił mało,
śmiał się rzadko, jadł dużo, pił chętnie.
Mieszkali Gajdysowie we dworze pod zamkiem dolnym u furty,
od której klucz miał dozorca, tak że zrana wstawszy, mógł zaraz do
stajen przejść, od których nawet rżenie koni po nocach nieraz
słychać było. Domostwo choć drewniane wygodne było i zaciszne, a że
Gajdys żołd miał dobry, przy czem zboże, sukno, płótno i skóry mu
ze skarbu co rok wydzielano, a podarki częste się trafiały - działo
się więc im dobrze.
Krom mnie mieli Gajdysowie tylko o parę lat starszą córeczkę
Marychnę. Jam też zwał się ich własnem dzieckiem, a nie mogę
powiedzieć, tylko że Sonka tak się zemną obchodziła, takie dla mnie
serce miała, jakbym w istocie był jej synem.
Później się to dopiero okazało, że Gajdysowie przez
miłosierdzie mnie wzięli i jak dziecko własne hodowali, bo snadź
rodzice moi przyznać się do mnie czy nie mogli, czy nie chcieli.
Nie będę ich sądził ani im tego wyrzucał.
Wychowywałem się więc zprosta, nie nawykając do pieszczot i
wykwintów żadnych - na chlebie razowym, mleku i kluskach, ni też do
zbytku od chłodu i słoty strzeżony, za co Panu Bogu dziękuję, bo
później mi niejeden trud, niewygodę, niedostatek łatwiej było
znosić, zawczasu się obywszy z niemi.
Ale niezawsze jednakowo bywało. Powszednich dni Gajdysowie
tak się ze mną, jak z Marychną obchodzili, a niekiedy zjawiły się
dla mnie jakby świąteczne i słoneczne doby.
Nadchodziły one niespodzianie, gdy w różnych porach we
dworku się zjawiała nagle kobieta młoda, cała szatami otulona, z
twarzą osłoniętą, którą gdy odkryła, oblicze się ukazywało dziwnej
piękności i blasku. Naówczas do chaty jakby promień wpadł słoneczny
z nią razem.
Gajdysowa, ledwie rękę jej ucałowawszy, śpieszyła drzwi
zaraz na skobel zasunąć, i choćby kto się dobijał, to go już nie
wpuszczano.
Przybyła pani rzucała się na mnie, porywała, sadzała na
kolanach, okrywała pocałunkami, przyciskała do piersi, śmiała się
razem i płakała.
Nawykły tak byłem do tego, iż mi przynosiła słodycze,
zabawki dziecięce, przyodziewek różny, wygodny a nie bijący w oczy,
żem za nią tęsknił, a gdy odchodzić miała, trudno mnie od niej
oderwać było.
Nieraz, sam nie wiem, jak się to działo, ale pieszczotami
jej utulony, objąwszy ją za szyję, na kolanach jej usypiałem, a
słodszego snu w życiu nad ten nie było dla mnie.
Ale niekiedy wiele czasu upływało, a widać jej nie było, to
znowu przez dni kilka z kolei wracała ciągle i dłużej
przesiadywała; nie można było odgadnąć, ani kiedy się ona zjawi,
ani na jak długo.
Wpadała czasem jak po ogień, a ledwiem miał czas objąć ją i
przytulić - uchodzić musiała.
Gajdysowa i mąż jej, oboje z wielkiem dla niej byli
poszanowaniem, ona też im łaskawą i wielce dobroczynną. Nie
odchodziła nigdy prawie, coś dla nich, dla Marychny i dla mnie nie
zostawiwszy.
Gdym mówić począł, kazała mnie nieznajoma pani matką siebie
zwać - Gajdysową też tak mianowałem i miałem ich naówczas dwie, a
Bóg widzi, nie wydawało mi się, aby było nadto.
Ta matka, którą rzadziej widywałem, psuła mnie i pieściła,
gdy Gajdysowa surowszą daleko będąc, naprawiała to, co tamta
zepsowała.
Prostej kobiecie serce rozumu dolewało. Znała ona to dobrze,
iż losy moje przyszłe niepewne były, więc zmięknąć mi nie
dopuszczała. Owszem umyślnie na chłód, na słotę, do roboty mnie
pędzała, ciągle to powtarzając, że Bóg wie jeden co mnie czeka.
Więc jak skorom chodzić począł, razem ze starszą Marychną boso
musiałem w podołku z podwórka trzaski obmokłe przynosić, drób
zapędzać, małe posługi w domu spełniać, więcej dlatego, aby się
nazwyczajał do wszystkiego, niżby gwałtowna była potrzeba.
Dla starszej córki swej Sonka bywała często surową, nieraz
się jej kuksaniec dostał - mnie też bywało połaje, popchnie czasem,
gdym szedł leniwo, ale nie uderzyła nigdy. Jeżelim co zbroił a
przewinił srogo, wówczas brzozowy winnik, jakich do łaźni używano,
z za pieca dobywała i nim mi groziła, ale na plecach moich nigdy on
nie postał.
Sam Gajdys w domu siadywał mało; jam też z nim niewiele miał
do czynienia, ale i on dobrym dla mnie był, a zdala mi się
uśmiechał.
Wychodził zwykle z domu o świcie, potem jeść powracał, dwa
razy we dnie, a wieczorem bywało i tak, że napity przyszedł.
Wówczas już prosto się kładł i zasypiał.
Pani ta, która mi się matką nazywać kazała, dopóki młodszym
był, przychodziła częściej - a potem coraz rzadziej... Wówczas
niekiedy długo na osobności rozmawiała z Gajdysową, płakiwała
trzymając mnie na kolanach, tak, że ciepłe jej łzy dobrze po dziś
dzień na twarzy mojej pamiętam.
Bywało, że mnie osmolonego, nieumytego zastała - ale i
chwili nie chcąc stracić, takim brała na kolana, jakim byłem, nie
dawszy nawet Sonce ręcznikiem mnie otrzeć.
Pamiętam i to, com naówczas ledwie mógł zrozumieć, że ciągle
do ucha jedno mi powtarzała:
- Nie zapomnisz ty o mnie? nie zapomnisz?
Tak razu jednego przybywszy poruszona, smutna, blada -
płacząc powiesiła mi na szyi, na mocnym sznurku krzyżyk błyszczący,
nalegając a przykazując mocno, abym go nigdy a nigdy nie zrzucał i
nie stracił.
Do dziś też dnia ostał się on cudem na piersiach moich.
Długi potem czas nie widziałem jej wcale, a gdym się o nią
tęsknie dopytywał, Sonka mi odpowiadała, że odjechała daleko i nikt
nie wie, kiedy znowu przybyć będzie mogła.
Rosłem tak dziko, jak one pokrzywy i łopuchy pod płotem i
pospolita dziatwa wiejska i miejska, zabawiając się z rówieśnikami,
ich językiem mówiąc i obyczaje przyjmując.
Do kościoła zamkowego stara Gajdysowa mnie i Marychnę
czasami tylko na święta prowadziła, a we dni powszednie, choć
niedaleko do niego było - boso i w koszulinach nie ważyliśmy się.
Nauczono nas tylko żegnać się, pacierza trochę, i gdy księdza
spotkamy, w rękę go całować.
Małym jeszcze byłem, gdy - pamiętam, jak się dnia jednego
strasznie zawieruszyło na zamku i w mieście, bo strach jakiś
poszedł po ludziach, że nam naszego Wielkiego księdza Polacy chcą
sobie odebrać na króla. Jednak do tego nie przyszło na razie i
Kaźmirz w Wilnie pozostał. Odjeżdżał tylko parę razy, ale powracał
wprędce. Utkwiło mi to w pamięci, bo gdy wyjeżdżał, ludzie go
przeprowadzali, a powracającego witali z radością wielką, jak ojca,
choć młody bardzo był.
Potem nagle w zamku się zrobiło pusto. Gajdys około stajen
nie miał tak dalece co robić, bo w nich mało co koni zostało.
Siadywał w domu a biedował, bo na próżniactwo skazany był.
Znowu lat kilka tak upłynęło. Pani owa, o której dobrze
pamiętałem i dopytywałem o nią - bardzo rzadko i na krótko się
pokazywała u Gajdysów. Nie zapominała jednak o mnie, bo Sonka z
odzieży, obuwia coś nowego mi dając, powiadała, że to wszystko
miałem z jej łaski.
Jednego dnia Sonka stara, która cały dzień chodziła posępna
mrucząc sama do siebie i wzdychając, jak miała we zwyczaju, gdy jej
co dolegało, siadłszy wieczorem na ławie przy piecu, do siebie mi
przyjść kazała. Pogłaskała mnie i pocałowała, bo miała
macierzyńskie dla mnie serce, i zaczęła coś mówić, czego w początku
zrozumieć nie mogłem, zapowiadając mi, że w końcu trzeba będzie mi
gdzieindziej jechać i Gajdysów opuścić.
Rozpłakałem się mocno, wołając, że nie chcę i nie dam się
ztąd wziąć nikomu. Stara mnie uściskała i uspokoiła, więcej już nie
chcąc mówić nic... Utkwiła mi groźba ta w pamięci i strach ogarnął,
ale przeszedł wkrótce, gdy potem nie zmieniło się nic i przez czas
dosyć długi mowy o tem nie było.
Naraz jednego dnia Sonka nic mi już nie powiadając, zabrała
się do mycia i czesania od rana, przyodziała mnie jak na święto,
choć dzień był powszedni, i na zapytanie, co to znaczyć miało,
oznajmiła, że z Gajdysem mi pójść pozwoli patrzeć jak Kaźmirz,
który już królem był, ale oni go tu zawsze Wielkim księdzem
nazywali, do Trok na łowy jechać będzie.
Nauczyła mnie, ażebym, gdy nade drogą, którą ma przejeżdżać,
staniemy - jak tylko ujrzę orszak pański, zaraz czapkę zdjął, a gdy
się przybliży, głową do ziemi przypadł pokłonem.
Ciekawy byłem, jak każde dziecko, więc gdy potem Gajdys mnie
za rękę wziął prowadzić, choć się trochę obawiałem, szedłem rad
zobaczyć tego Wielkiego księdza, którego tylko zdaleka widywałem,
bo my dzieci uciekaliśmy i kryliśmy się przed obcymi... Powiadano
nam, że przed niemi ludzie jadą przodem z biczyskami, którzy
gawiedź i dzieci precz smagają.
Dnia tego, choć stary jestem i mógłby mi był wyjść z
pamięci, nie zapomniałem dotąd, a stoi on tak żywo przed oczyma
mojemi, jakbym go wczoraj oglądał... Staliśmy nade drogą u zamkowej
bramy, a było nas ludu dosyć. Gajdys przecie tak siebie i mnie
umieścił, ciągle za rękę trzymając, żeśmy w pierwszym rzędzie byli.
Przez otwarte wrota w podwórzu zamkowem widać było dwór
pański, który się szykował; jedni ze psy, z sokołami drudzy, z
oszczepami, dzidami, panowie konno, wozy pod zwierzynę za niemi.
Mogłem nawet rozróżnić łatwo Polaków od naszych Litwinów po
odzieży i kołpakach, bo Polacy strojniejsi byli i śmielsi niż nasi.
Kilkoro paniąt, co na króla czekali, tak bez mała wyglądali, jakby
też książętami byli albo królewiczami. Choć się to na łowy
wybierało, ale stroje mieli błyszczące od złota i srebra, a szable,
kołczany i łuki lśniące całe.
Po tłumie jakby drżenie poszło. Tst! tsyt! - stawali wszyscy
cisnąc się naprzód, odkrywały się głowy, orszak z zamku wyruszać
począł.
Szła naprzód czeladź ze psy i sokołami, z sieciami z różnym
rynsztunkiem, psiarze, łowczowie, dwór, a za niemi dopiero ukazali
się panowie. Przodem jechał król, koło którego jakieś książątko tuż
u boku postępowało, tak konia wstrzymując, aby królewski przodem
szedł zawsze. Siedział na koniu gniadym, pokrytym suknem zielonem
ze złotem, w sobolowem futurku, bo jesień była, w kołpaczku też z
kun, czy z sobola, z mieczem u boku a drugim u kolana, twarz
rumiana, ciemna i jakby opalona, z żywemi oczyma czarnemi śmiała
się wesoło, bo wiadomem było, że tak jak ojciec łowy lubił, a nie
miał dnia szczęśliwszego, jak gdy ruszył w lasy ze psy na
myślistwo. Długi ciemny włos spadał mu na ramiona, a postawę miał
pańską taką, że nie potrzeba było palcem nań ukazywać, iż on tu
panem. Każdy w nim poczuł króla.
Śmiała mu się twarz, gdy coś rozpowiadał jadącemu tuż przy
sobie książęciu, ale pomimo to coś w niej surowego i poważnego
trwogę patrząc nań obudzało. I tegom później zawsze doświadczał,
często się zbliżając do Kaźmirza, iż choć dobrym, szczodrym,
łaskawym się okazywał, majestat go zawsze jakiś otaczał, a groza i
smutek z oczów jego patrzały.
Czapczynę moją zawczasu z głowy zdjąwszy, przypadłem głową
też do ziemi, już na zbliżających się patrzeć nie śmiejąc, aż
Gajdys mnie podniósł i kazał prosto stać, a śmiałym być.
Gdy oczy podniosłem ku Kaźmirzowi, postrzegłem, że on w
Gajdysa się począł wpatrywać, i jakby czegoś przy nim szukać
oczyma. Aż jego oczy we mnie pilno wlepione zobaczyłem i uląkłem
się tak, że mi się na płacz zbierać zaczęło, i gdyby mnie za rękę
nie trzymał Gajdys, uszedłbym pewnie.
W tej chwili król właśnie zwolna podjechał ku nam tuż,
przystanął nieco i odezwał się do tego, którego ojcem nazywałem.
- Gajdys, syn to twój?
Z pokłonem nizkim potwierdził to dozorca stajenny, król w
milczeniu długiem przypatrywał mi się, twarz mu spoważniała, nie
rzekł już nic, koniowi ostrogę dał i ruszyli dalej.
Lżej odetchnąłem dopiero, gdy się oddalili, a Gajdys krótko
coś pomówiwszy z temi co go otaczali, do domu mnie poprowadził.
Zaledwieśmy tu przyszli, gdzie Sonka już w progu na nas niespokojna
oczekiwała, i Gajdysowie coś z sobą pocichu szeptać poczęli. Ja też
ośmielony a dumą przejęty, żem tak blisko króla był, począłem
Marychnie opisywać orszak i panów i wszystko com tam oglądał.
Tegoż dnia wieczorem Gajdys na zamek poszedł i dosyć tam
długo zabawił, a gdy wrócił, pocichu się naradzali z żoną.
Skoro nazajutrz Sonka się znowu wzięła do umywania i
czesania, a gdym zapytał, czy z ojcem gdzie pójdziemy -
odpowiedziała pomyślawszy:
- Czas się tobie uczyć; ojciec cię zaprowadzi do wikarego,
co przy kościele zamkowym mieszka, ten ci nauczycielem będzie.
Struchlałem słuchając, bo nie mogłem pojąć, do czego mi jaka
nauka służyć miała i co to znaczyć mogło. Uczułem też, że to
groziło utratą tej swobody, której dotąd używałem i zacząłem
płakać.
Nauka w myśli stawała mi z rózgą razem. Nie wiem już jak
Gajdys mnie zaciągnął na kanonię, i ze łzami w początku nie
widziałem nic, głos tylko nad sobą usłyszawszy w izbie sklepionej,
do której weszliśmy.
Napróżno opierałem się, kryjąc po za Gajdysem, popchnięto
mnie gwałtem naprzód; dwie duże, suche, kościste ręce pochwyciły i
schylona tuż siwa głowa zaczęła głosem łagodnym uspokajać mnie
razem i śmiać się.
Nie wielem rozumiał, co do mnie mówił nauczyciel ów
przyszły; lecz pochwili, trochę ochłonąwszy, ciekawość mnie wzięła
przypatrzeć się temu nowemu panu, któremu mnie na pastwę dać miano.
Siedział przedemną stary człek, słusznego wzrostu, kościstej
budowy, chudy, z głową i twarzą pociągłą, w sukni długiej czarnej i
przypatrywał mi się, rękami coś ukazując, szepcząc coś
niezrozumiałego, ale łagodnie i uspokajająco brzmiącego.
To wiem, że ze mnie dnia tego słowa dobyć nie mógł, choć i
po głowie głaskał, i po ramionach klepał.
Dał mi więc pokój, do Gajdysa mówić coś zaczął, z drugiej
izby chłopaka wywołał trochę starszego nademnie i razem z nim
odpuścił mnie do domu, zapowiadając, iż nauka nazajutrz pocznie się
rano.
Rozumnie to bardzo uczynił ksiądz wikary Łukis, że za
towarzysza mi dał chłopię, którego choć nie znałem bliżej,
widywałem je w ulicy. Z tem porozumienie się łatwiejszem było.
Otóż w jaki sposób naukę moją rozpocząłem u wikarego, który
po kilku dniach całkiem mnie do siebie ośmielił i dzikość moją
ugłaskał. Niech Bóg miłościw będzie duszy jego, wielem mu ja winien
i modlę się codziennie za niego. Na nauczyciela dziatek stworzony
był ks. Łukis, bo ukochał je, a cierpliwości był świętej i można
powiedzieć nadludzkiej.
Z uśmiechem dobrotliwym na ustach pokonywał krnąbrności
nasze, lenistwo i ociężałość umysłu, nieznużoną swą łagodnością a
wytrwałością niesłychaną.
Ze mną stało się to, czego pewnie ani on się nie spodziewał,
ani ja sam po sobie. W początku do tej nauki jakiejś najmniejszej
nie miałem ochoty, wstręt i obrzydliwość; postanowiałem opierać się
tak jak koń, który się najeździć nie daje, bo wie, że potem na
sobie ciężar dźwigać będzie musiał. Tymczasem nagle obudziło się
coś we mnie: ciekawość, ochota, pragnienie i z dnia na dzień
zupełniem się odmienił. Co to było i jaka mnie tknęła dusza Boża -
nie wiem.
Od tej chwili nauka mi poczęła iść z taką łatwością, jak
gdybym tylko przypomniał sobie to, co umiałem dawno i zabyłem...
Zdumiewał się ks. Łukis i cieszył niezmiernie, całując mnie w
głowę, a nad miarę chwaląc. Niedawno ostatni, wyprzedziłem innych
uczniów, i tak mnie gorąca żądza jakaś brała wszystko umieć,
wiedzieć jak najwięcej, żem i zabaw wszelkich i pustot się wyrzekł
dziecięcych.
W drugim roku potem ks. Łukis począł przebąkiwać, że mnie do
innej szkoły dać potrzeba, ale rok cały potem zostałem jeszcze przy
nim.
Życie moje całkiem się przez tę naukę zmieniło i w domu
inaczej się ze mną obchodzono, patrzano na mnie inaczej. Sonka
smutna była. Gajdys milczący, z Marychną na dawne zabawy czasu
wcale nie miałem. Powoli się oswajając z tą myślą, że mi gdzieś
indziej jechać przyjdzie, gotowałem się do podróży. Ks. Łukis mówił
mi o Krakowie, jam też teraz obawy nie miał, ale ciekawość i
pragnienie wielkie. Żal mi było Gajdysów i Wilna, bom się do moich
przybranych rodziców przywiązał, ale obiecywałem im i sobie, że w
Krakowie się wyuczywszy, powrócę nazad.
Od lat kilku opiekunki tej nieznajomej, która mi krzyżyk na
piersi zawiesiła, już nie widywałem. Mówiła Gajdysowa, że odjechała
daleko. Od czasu do czasu tylko przychodziły od niej podarki i
pozdrowienia, a gdym pytał, czy ją kiedy widzieć będę, stara Sonka
głową pokręcając, odpowiadała wątpliwie. - Bóg to wie, moje
dziecko.
Trzeciego roku nauki mej u ks. Łukisa, nadjechali panowie
jacyś na zamek z Krakowa, dla narady z wojewodą, i ks. Łukis
ściskając mnie zapowiedział, że zapewne ja z niemi do Krakowa się
teraz dostanę, że takie były rozkazy.
Ale czyje one były, kto je dawał, kto się mną opiekował, nie
mówiono mi. W chacie Gajdysów smutne się poczęły przygotowania do
tej mojej w świat wyprawy. Oboje oni nawykłszy do mnie, rozstawali
się ze mną z boleścią, chociaż przyrzekłem im, że do nich powrócę.
Ja sam nie wiem, czy więcej bolałem nad tem, że ich i Wilno
opuszczę, czym goręcej pragnął do Krakowa się dostać.
Młody umysł każda nowość zaprząta a mnie więcej jeszcze
chciwość tej nauki, o której ks. Łukis powiadał zawsze, że jest
studnią niezgłębioną, ciągnęła urokiem wielkim.
Wyznać jednak muszę, że choć naówczas chłopięciem byłem, w
którego wieku mało się jeszcze troszczyć zwykło o siebie i losy
swe, mnie jednak niektóre życia przygody już do myślenia wiele
dawały. A gdym, nierozumiejąc ich dobrze, Gajdysowej o
wytłumaczenie ich pytał, odpowiedzi jej jeszcze bardziej ciekawość
moją drażniły.
Gajdysowa długo bardzo milczeniem mnie zbywała, gdym
dopytywał o tę panią, która mi się matką naprzód nazywać kazała, a
potem nagle opuściła, i o tych co się mną opiekowali teraz, i to,
do czego mnie w przyszłości przeznaczano.
Dopiero gdy Gajdys zapowiadać coś zaczął, że mnie bodaj
przybyli panowie polscy do Krakowa z sobą zabiorą, stara co mnie
wychowała, płacząc a ściskając, lamentować nad tem poczęła i usta
się jej rozwiązały.
Prawda, że też ja przez tych parę lat nauki u ks. Łukisa,
obcowania z nim i ze starszymi uczniami bardzo, nad wiek mój
dojrzałem, zostałem się aż nadto poważnym i wszystkiego przyczyn
dochodzącym.
Rozumiała to dobrze Gajdysowa, że teraz ze mną jak ze starym
mówić może, a nad losem moim bolejąc, chciała mi dać naukę i
przestrogę... nie spodziewając się, aby mnie już widzieć mogła, co
też na nieszczęście moje się sprawdziło.
Więc gdy przyszło do przygotowań ku tej podróży, która we
mnie strach i pożądliwość obudzała, a Gajdysowa to mi męztwa
dodając, to go łzami swemi odejmując, więcej jeszcze niż kiedy
krzątała się koło mnie, wieczorem jednym przyszło do otwartej z nią
rozmowy.
Matkąm ją zwał, na co wzdychając odpowiedziała.
- Wiedz to, Jaszku mój, że chociażem cię, Bóg widzi, kochała
i kocham jakbym była rodzoną, przecież nią nie jestem...
A gdym żywo zapytał.
- Więc któż mi ojcem, a kto matką? - naprzód płakać poczęła,
długo mówić nic nie chcąc, a potem się odezwała.
- Taka dola twoja, że ty ani matki twojej, ani ojca nigdy
znać nie będziesz... Sierotą przyszedłeś na świat, ani pytaj, ani
dochódź.
Oburzyło mnie to, bo już wprzód chłopcy prześladowali mnie
nieraz, żem z pod płota, sroce z pod ogona wypadł... i nieraz się o
to biłem z niemi; począłem więc gorąco bardzo.
- Póki żyw, matko Gajdysowo - rzekłem - nie przestanę
śledzić i dochodzić ojca i matki... Niech się dzieje co chce.
Stara przestraszona tulić mnie i uspokajać poczęła.
- Ani się waż, ani myśl, ani sobie tem głowę zaprzątaj -
rzekła. - Wyszłoby ci to na złe i życiem byś może przypłacić
musiał... Póty spokoju i opieki nad tobą, dopóki ty jesteś sierotą.
Co Bóg ci przeznaczył, to przyjm z pokorą, dochodzić darmo, bo
niczego się nie dowiesz... a na siebie gniew ściągniesz i zemstę.
Ale mnie dotknąwszy tej struny bolesnej, nie łatwo uchodzić
było... a im Gajdysowa więcej uspokoić i nastraszyć chciała, tem
mocniej mnie podrażniła. Wspomniałem jej o tej drugiej matce,
której choć bardzo dawno nie widziałem, przecieżem ją pamiętał i
czułem, że ona prawdziwą być musiała.
- Spotkam ją-li gdzie w życiu - dodałem - choćby nie wiem
ile lat na to czekać przyszło, poznam ją, a ona się mnie wyprzeć
nie może.
Na co stara Gajdysowa odparła:
- Wyprzeć się musi, ty tego nie rozumiesz; a no, żebyś ją
spotkać mógł, albo miał, niech ci się nie śni, nie może to być.
Chwilę podumawszy, dodała żywo:
- Ona umarła, nie ma jej już na świecie...
Dlaczegom ja tym słowom nie uwierzył, tego nie wiem, alem
był prawie pewnym, że umyślnie to powiedziała, aby mi z głowy wybić
szukanie matki.
Nadszedł potem Gajdys stary i rozmowa się przerwała, ale
poszedłszy na mój siennik spać, oka zmrużyć nie mogłem, ciągle
myśląc o tem, że ojca sobie i matki szukać powinienem, a upomnieć
się o swe prawa... Widziałem od dziecka, że się rodzice opiekowali
tymi, których im Bóg dał, za cóż ja miałem być wydziedziczony?
Nazajutrz i przez tych kilka dni, pókiśmy się do drogi
gotowali, Gajdysowa przestraszona tą rozmową ze mną, ciągle wracała
do niej, starając się wmówić we mnie, że chcę li być szczęśliwym,
powinienem sobie z głowy wybić rodziców, bom ich nie miał... ale im
więcej to pragnęła mi wpoić, tem w duszy mojej rodziło się większe
pragnienie odkrycia tej jakiejś tajemnicy, która moje pochodzenie
okrywała.
Ażeby matka tamta w jedwabnych szatach, piękna owa
niewiasta, młoda, umrzeć miała, jak zapewniała Gajdysowa, temu
wierzyć nie chciałem.
W dziecinnej głowie z tego wszystkiego ile się snów i marzeń
naroiło, co się nigdy ziścić nie miały, policzyć zaprawdę trudno.
Tymczasem do podróży się wszystko przysposabiało, a Gajdys
jednego dnia przyniósł z zamku wiadomość tę, że nazajutrz ma mnie
zaprowadzić i ukazać temu duchownemu panu, który z sobą do Krakowa
zabrać obiecywał.
Gdym się Gajdysa ośmielił zapytać, kto to tem rozporządzał i
mnie ztąd wysyłał, groźno spojrzał na mnie.
- A tobie gołowąsie co do tego? - zawołał. - Woli swej nie
masz, co ci każą czynić powinieneś i nie pytać. Ja ci jestem ojcem,
uprosiłem o to, i tak się stanie jak postanowiono.
Wiedziałem, że z nim się sprzeczać nie było można, milczeć
musiałem.
Nazajutrz, jak zapowiedział, poprowadził mnie na zamek
dolny, do izby, w której zastaliśmy księdza, w sukni prawda takiej
jak oni wszyscy nosili, ale postawy gdyby dopiero się ze zbroi
wywlókł, rycerskiej.
Ten zobaczywszy mnie, a snać już o mnie wiedział wprzódy,
namarszczył brwi i twarz mu się wykrzywiła, ale z za stoła wstał i
zbliżył się ku mnie, a jął w milczeniu jakiemś, smutnem
przypatrywać.
Potem wyszedłszy z zadumy zadał mi pytań kilka.
Chociaż dosyć wyglądał groźno, nie bardzom się uląkł i
odpowiadałem śmiało.
Słuchał uważnie, a w końcu spytał:
- A uczyć się chcesz?
Żywom to potwierdził.
- To dobrze - rzekł, klepiąc mnie po ramieniu - bo sierotą
jesteś i nie masz na świecie nikogo, a to co sam sobie pracą
zarobisz, to twoje... Ludzie są miłosierni, ale na miłosierdzie
zasłużyć potrzeba.
Znowu mnie to sieroctwo do żywego ubodło. Wtem ksiądz ów,
jako później się dowiedziałem Jan z Rzeszowa, co później biskupem
był, odemnie się odwróciwszy zcicha zapytał Gajdysa, jak mnie
zwano? Oprócz tego imienia Jaszka nie miałem innego, ksiądz nie
wiem czemu Gajdysem mnie mieć nie chciał i dodał:
- Orfanem go nazwiemy.
I ot jakim sposobem do tego imienia przyszedłem, które mi na
całe pozostało życie, bom do innego prawa nie miał nigdy.
Nie będę opisywał jakem się z poczciwemi przybranemi
rodzicami rozstawał we łzach wielkich, i jak Gajdysowa, fartuchem
łzy ocierając, przeprowadzała mnie jak mogła najdalej.
Panowie polscy, którzy z sobą zabierali sierotę, jechali
dosyć dworno. Wszyscy oni, nie wyjmując duchownych, konno podróż
odbywali; ale wozów szło za nami sporo, bo nie było takich
gościńców i gospód, ani gęstych osad, aby się można obejść bez
zapasu dla ludzi i koni.
Jechało z nami księży kanoników dwu, więc z prawa do
plebanij i klasztorów zajeżdżać mogli o gościnę prosząc, ale na
Litwie podówczas probostwa, kościoły, ba nawet wsie nie były gęste.
Często przychodziło w lesie popasać, czasem i nocować pod wozami i
małemi namiotkami, któreśmy mieli z sobą. Nie pamiętam już spełna,
jaką drogę do Krakowa obrano; to tylko wiem, że księża i panowie
chcieli koniecznie do cudownego miejsca i obrazu się dostać, który
nie tak dawno Władysław książę opolski z Bełza sprowadziwszy, oddał
pod straż zakonników Paulinów.
Wiele już naówczas o obrazie tym cudownym rozpowiadano, o
czem się w drodze nasłuchałem, iż na tym stole malowany być miał,
przy którym Rodzina święta zasiadała, a nie kto inny jak Łukasz
święty z pomocą anielską go malował, wpatrując się w oblicze Matki
Bożej.
Opowiadano, jako się tam cuda działy wielkie w miejscu tem,
i tłumy ludu zbiegały dla uczczenia go i uproszenia łask... Więc i
ja w duszy postanowiłem w cudownem miejscu dopraszać się Matki
Bożej, aby Ona mi matkę i ojca wróciła.
Nie pamiętam już, ileśmy dni do Częstochowej jechali, a to
wiem, że zrazu wsadzony na wóz, gdym się potem naparł jako i drudzy
do konia, dano mi go. Nieprzywykły do tak długiej podróży na
niewygodnej a twardej kulbace, straszne męki wycierpiałem, ale mi
na wóz z powrotem wstyd było iść i śmiechu napytać. Więc choć kości
czułem jak połamane w sobie, a na nocleg przybywszy padałem gdyby
ubity, wytrwałem do końca, nie skarżąc się.
W podróży krom księdza Jana z Rzeszowa, który na mnie oko
miał, nikt się nie troszczył i nie myślał o sierocie. Dwór panów
rad był podrwić z wyrostka, a choć krzywdy mi nie czynił,
szczególnych też nie miał względów.
Stanęliśmy nareszcie w Częstochowie, którą ja sobie
wyobrażałem cale inaczej. Kościół był naówczas niewielki, klasztor
przy nim niedokończony, murów dużo porozpoczynanych. Miasteczko do
koła drewniane i ubogie mi się zdało.
Nas, księża Paulini do klasztoru wzięli, a co się ze dworu
nie pomieściło w nim, na mieście gospodę znalazło.
Nazajutrz rano wszyscy byliśmy już przed obrazem na
nabożeństwie i klęczeliśmy wpatrując się w owo cudowne malowidło, a
jam gorąco się modlił, prosząc, by mi Królowa niebios ojca i matkę
oddała.
Nie jednej ale kilku mszy tu wysłuchawszy, ponieważ konie i
ludzie wypoczynku potrzebowali, staliśmy przez ten cały dzień,
słuchając nieszporów i litanij w kościołku. Ludu było dosyć...
ścisk wielki.
Mnie ksiądz Jan przy sobie na korytarzu nocować kazał, gdzie
dla nas kilku słomy rzucono.
Po nieszporach i wieczerzy, gdym legł, natychmiast sen mnie
głęboki ogarnął; ale mimo to zdawało mi się, że czuwam i widzę co
się koło mnie dzieje. We śnie tym, obraz cudowny ujrzałem przed
sobą, ale z niego jakby żywe oblicze Matki Bożej na mnie patrzyło,
i zdało mi się, że łagodny głos słyszę.
- Przyjm z pokorą co ci Bóg przeznaczył, a nie buntuj się,
albowiem matki i ojca odzyskać nie będziesz mógł i nie powinieneś
starać się o to, chcesz li być spokojnym i szczęśliwym.
Rozpłakałem się przez sen, wyrok ten słysząc; ale gdym się
rano przebudził, tak mi się serce ścisnęło potem, iż w sen ten
uwierzyć nie chciałem i lekceważyłem go sobie.
Zrana pierwszej mszy świętej jeszcze słuchaliśmy wszyscy u
obrazu, poczem zaraz na koń siadać było potrzeba i w dalszą
wyruszać drogę.
Piasczyste i puste gościńce wiodły nas ku Krakowu i lasom,
które ławą szeroką z tej strony go opasywały. Rzadko gdzie
spotykaliśmy ubogie osady, lub zdala je dostrzedz było można.
Dla tego starego obyczaju, którego i teraz się oduczyć nie
umieli szlachta i urzędnicy, że we wsiach samowolnie podwody,
konie, ludzi, przewodników i obroki wybierali - uciekały wioski od
gościńców wielkich w lasy, a i gospody były rzadkie i biedne.
Najczęściej szopa wielka z chróstu pleciona, nie zawsze
wrotami zamknięta, a przy niej chałupa z dwojgiem starych ludzi, u
których czerstwego chleba, a czasem kwaśnego cienkuszu dostać było
można - zwała się gospodą. Konie od słoty i zawiei schronić się
mogły, ludzie przytulić, ale pokarmić nie było czem. Studnia tylko
i wodopój musiała się znaleźć koniecznie, ale i ta często
zapuszczona, gniłej wody dostarczała.
Prawda też, iż za postójne w gospodzie mało co lub nic się
nie płaciło. Po takich gospodach ostatnia biedota się tylko
osiedlała, bo tu łatwiej było guza niż grosza napytać. Rzadko
dworno jadący ludzie zapłacili za co.
Jużeśmy się zbliżali, przebywszy srogie piaski, ku lasom, i
ludzie księdza Jana zapowiadali lepszą gospodę u skraju puszczy,
aleśmy pobłądzili i późno tu na nocleg przyciągnęli.
Oprócz księdza Jana, drugiego kanonika i pana wojewody
sandomierskiego, był z nami podkanclerzy, a każdy z panów służbę z
sobą prowadził i dworzan miał kilku, tak że wszystkich nas
zliczywszy, poczet był znaczny i samych żłobów dla koni dosyć
potrzebowaliśmy, bo się czeladzi nie chciało za każdym razem koły
wbijać i płócienne podróżne żłoby rozpinać.
Tymczasem gdy się nam we mroku gospoda owa ukazała,
zobaczyliśmy przed nią stojącą ogromną kolebkę pańską i ludzi około
niej dosyć. Zapowiadało to, że my już pewnie nie będziemy się mieli
gdzie pomieścić i że nam na jesiennym chłodzie obozować przyjdzie,
bo w gospodzie jak we młynie, kto pierwszy zajeżdża, ten zajmuje...
Kolebka zaś oznajmywała, że niewiasty pewnie jakieś jechać musiały
i znacznego rodu, bo dwór widać było liczny.
Wszystkim to na przekór było, a naszym dworskim tak
markotno, że gotowiby byli zadrzeć się i noclegujących precz
wygnać, tylko podkanclerzy i nasi księża żadnej burdy się
dopuszczać nie dozwalali i karali ją srodze.
Zbliżywszy się do gospody, przez okna ujrzeliśmy rozpalone w
niej ognie, służbę krzątającą się, ludzi tłum, niewiast też
niemało, zbrojny poczet okazały, słowem dwór pański.
Słyszałem jak ks. Jan zapytał stojącego zbrojnego człeka:
ktoby to był - a ten mu odpowiedział, że Nawojowa z Tęczyna od ojca
na Litwie do męża powracała.
Ja com nigdy o panach z Tęczyna nie słyszał, nie wiedziałem
też jak to ród wielki i możny był, ale mi się prawie królewskim
dwór Nawojowej wydał.
Podkanclerzy i księża posłyszawszy kto był, obóz w pobliżu
na polanie rozbijać kazali, sami nawet do gospody się nie
zbliżając. Zbrojny ów mąż, który ochmistrzem dworu był, zapytał u
naszych ludzi o podróżnych, dowiedział się o jadących, ale nie
zbliżyło to jednych do drugich. Owszem postrzegłem, że Tęczyńscy z
naszemi koso na się patrzali.
Wydał zaraz surowy rozkaz podkanclerzy, ażeby do gospody się
nie wpić rano. Myśmy też z niej nic nie potrzebowali, bo na wozach
żywności było podostatkiem, a studnia wody mogła dla wszystkich
dostarczyć.
We mroku z ciekawością spoglądałem ku oknom, przez które się
ukazywały głowy niewiast, jeszcze, jak z podróży przybyły białemi
namiotami i zasłonami poobwijane.
Ustąpiliśmy zaraz w bok, tak, że od gospody szeroki
gościniec nas dzielił. Rada nie rada czeladź, choć klnąc, musiała
dla panów dwa namioty rozbijać, żłoby stawić i jak należało obóz
zakładać. Po gościńcach naówczas napaście nocne i dzienne nie były
żadną osobliwością i każdy się na baczności mieć musiał, ba, nocą
straż nawet stawić.
Mnie, gdyśmy się już rozłożyli, a robić nie było co, bo jeść
nierychło mieliśmy dostać, i krupnik dla nas dopiero w kociołkach
nastawiano, ciekawość wzięła wielka tych niewiast i dworu.
Podkradłem się więc pod otwarte okna gospody, bo ich
okiennicami nie zasunięto dla dymu, który izbę napełniał i
wychodził niemi.
Widok dla mnie ciekawy był i nowy, tylu pań różnego wieku,
postrojonych bogato, choć w podróży i otoczonych sprzętem różnym,
jakiegom w życiu mojem nie widywał.
Służba na stole okrytym obrusem poustawiała podróżne dzbany,
kubki, misy kruszcowe, błyszczące. Woń jadła korzeniami zaprawnego
dochodziła mnie przez okna.
Za stołem siedziały dwie niewiasty, z których jedna starsza
ku mnie zwrócona, twarz miała bladą, długą, wychudłą, z zapadłemi
oczyma czarnemi, do koła rąbkiem białym opasaną. Wydała mi się
bardzo poważną i surową. Druga, której twarzy ztąd widzieć nie
mogłem, młodszą być musiała, ruchy miała żywsze i na głowie oprócz
białych rąbków, czepiec szyty bogato, z pod którego włosy ciemne
się wymykały.
Reszta służby żeńskiej przynosiła misy, chodziła około stołu
i pilno tym dwom podawała kubki i ręczniki. Blask od ognia
rozpalonego w kominie i grubych świec woskowych na stole, padał na
niewiasty przy nim siedzące, tak, że najmniejsze rzeczy dobrze
widać było. Z ciekawością wielką pochyliwszy się przypatrywałem
temu widokowi, gdy młodsza pani odwróciła się do sługi i twarz jej
oblana światłem ukazała mi się nagle.
Jakby piorun mnie raził, zdrętwiałem zobaczywszy ją i dobrze
żem nie krzyknął. Poznałem bowiem w tej kobiecie tę, której już nie
widywałem od lat wielu, tę co mi się matką nazywać kazała.
Chciałem ochłonąwszy cokolwiek, biedz zaraz do niej, nie
wątpiąc, że i ona mnie poznać musi, a nie odepchnie od siebie; ale
mnie strach ogarnął jakiś. Ciągnęło coś i odpychało.
Przyszedł wreszcie na pamięć sen, który miałem w
Częstochowie, rady Gajdysowej - nie wiedziałem co począć. Łzy mi w
oczach stanęły.
Gdybym był słuchał pierwszego popędu, pewniebym wpadł do
izby i rzucił się do tej kobiety. Lecz, nuż mnie oczy zwodziły? nuż
to nie ona była? a inna do niej podobna?
Mówiło mi serce, że to nie mogło być, żem się nie mylił, a
jednak obawiałem się.
Stałem u okna jakbym w ziemię wrosnął, nie mogąc ni odejść,
ni oczów odwrócić, choć twarzy już nie widziałem. Teraz głos jej do
mnie dochodził, a ten potwierdzał jeszcze, że ona była, nie inna,
bo mi brzmiał znajomym, serdecznym dźwiękiem.
Tak, był to głos tenci sam, choć inny razem, ostrzejszy,
dumniejszy, surowszy, a jam go pamiętał miękkim, łagodnym i
załzawionym.
Nie wiem jak długobym był u tego okna pozostał, gdyby nagle
silna dłoń nie chwyciła mnie za kark i nie rzuciła precz na
gościniec, tak, że o mało twarzą na ziemię nie padłem.
Krzyk mi się z ust wyrwał, i nie wiem czy znużenie podróżą,
wzruszenie, uderzenie to, czy inna jaka przyczyna o mdłość mnie
przyprawiła. Pamiętam, że ręce wyciągnąwszy, zachwiałem się, w
oczach mi się zaćmiło i już nie wiem co się stało ze mną.
Poczułem potem chłód na twarzy, a gdym powieki podniósł,
postrzegłem światło łuczywa nad sobą i pochylone dwie twarze
niewieście, które mi się przypatrywały. Do koła stała gawiedź
dworska, opowiadając jak mnie u okna złapała.
Mnie nic to wszystko nie obchodziło, bom oczy miał wlepione
w tę, w której matkę poznałem. Schylona była nademną, brwi ciemne
miała groźno ściągnięto i usta zapadłe, wyraz niemal gniewu i
strachu na twarzy.
Gdy mnie omdlałego cucono i rozpinano, krzyżyk, który na
szyi nosiłem, dobył się na wierzch, a ja w obawie, aby go nie
stracić, sięgnąłem ręką po niego. Kobieta stojąca nademną nie mogła
go niewidzieć i niepoznać, bo był zupełnie inny od tych, jakie
pospolicie noszono. Sądziłem, że mnie po nim pozna, ale zamiast
uczucia na jej twarzy, odmalowała się odraza, trwoga i gniew.
Czarne jej oczy zdawały się mi grozić.
Nie śmiałem więc ani ust otworzyć, ani się ruszyć. Wtem od
naszego obozu nadbiegł kleryk księdza Jana niespokojny, bo się
opatrzył, że mnie nie było, a tu jakieś zbiegowisko postrzegł.
Gdy się zbliżył, posłyszałem jak starsza niewiasta
rozpytywać zaczęła, kto jechał, zkąd, jak się duchowni zwali, a
młodsza głosem porywczym spytała, ktobym ja był.
Kleryk jej odpowiedział, że mnie ks. Jan wiózł z Wilna do
Krakowa dla nauki, bo mu to polecone było przez kogoś, ale nie
mówił przez kogo.
Podniosła się i wyprostowała dumnie ta, w której ja matkę
upatrywałem, i ostrym głosem zaczęła wyrzucać klerykowi, że bez
dozoru mnie puszczano pod okna się podkradać i ludzi podpatrywać.
Ani słowem, ani wejrzeniem nie dała mi poznać, żeby się
domyślała we mnie tego dziecka. Ja byłem pewnym, żem się nie mylił,
ale też i tego, że ona znać mnie nie chciała. Puściły mi się
dziecinne łzy z oczów, wstałem o swej mocy i nie dając klerykowi
rozmawiać dłużej, pociągnąłem go z sobą do naszego obozu.
Tu od ks. Jana musiałem wysłuchać nauki, że ciekawość
pierwszym stopniem do piekła, że niegodziwą to naturę zdradzało
podpatrywanie niewiast zwłaszcza i złodziejskie takie podkradanie
się.
Anim się myślał tłumaczyć, poszedłem płakać na moją wiązkę
słomy. Okrucieństwo tej kobiety, która we mnie choćby po krzyżyku
dziecko swoje poznać musiała, było mi tak bolesnem, iż o wszystkiem
dla niego zapomniałem. Nic mnie nie obchodziło.
Prawdę więc mówiła Gajdysowa, że ja matki mieć nie mogłem, a
ona się przyznać do mnie. Ja com ją tak kochał, powziąłem żal do
niej, który prawie w gniew przechodził. Nawykły do modlitwy i do
zwracania się ku Bogu, pytałem Jego, dla czego mnie jednemu los
taki przeznaczył, bo mi się zdawało, że chyba nie było w świecie
drugiego, któregoby się własna wypierała matka.
W tych łzach i męczarni usnąłem potem takim snem głębokim,
że mnie dopiero nazajutrz rano kleryk zbudził, gdy już do drogi
było wszystko gotowem.
Oczy otworzywszy, mimowolnie naprzód ku gospodzie
spojrzałem, ale już przed nią ani kolebki wczorajszej, ani dworu,
ni śladu niewiast nie było.
Ludzie mówili, że o brzasku pośpiesznie wyruszyli, z czego
radzi byli, bo izba próżna stała i ognisko w niej gotowe.
Nazajutrz, choć wczorajszy wieczór miałem przed oczyma, o
białym dniu ostygłszy, gdym wszystko sobie znowu rozważać zaczął,
chciałem wmówić w siebie, iż nie mogła ta kobieta być matką moją.
Ale i głos i twarz i coś co się opisać nie daje, za tem świadczyło.
Drugiego dnia potem nad wieczorem ujrzeliśmy przed sobą
Kraków, który mi się po Wilnie już zdaleka wydał tak dziwnie
wspaniałym, wielkim, istnie królewskim grodem, że mi to wrażenie
trochę boleści odjęło.
Im bardziej zbliżaliśmy się ku miastu, tem ono większy we
mnie podziw budziło. W Wilnie ani tych wież, ani kościołów, ani
połowy okazałych murów nie było. Dwa zamki, okólne mury z
wieżycami, kościół zamkowy, kilka ledwie kamienic w mieście, w oczy
wpadały, reszta wszystka prawie drewniana była i przy ziemi
siedziała.
Tu już zdala ogrom murów i wież zapowiadał miasto, jakiego
na całej Litwie nie było; a gdyśmy Floryańską bramą w ulice ku
Rynkowi ciągnęli, oczów nie mogłem oderwać od osobliwego widoku,
jaki mi się przedstawił.
Choć wieczór już był i dzień powszedni, na mieście więcej
ruchu, wrzawy i ludzi znaleźliśmy niż w Wilnie czasu targów i
jarmarków. Domy, choć dużo drewnianych było, bielone i malowane tak
ozdobne były w ganki, słupy, dachy i daszki, a na każdym niemal z
nich jakieś godło rzeźbione i złocone tak oczy pociągało, że się
ich napatrzeć nie mogłem do syta. Wszystko cudnem mi się wydawało.
I przechodzący też ulicami, od mieszczan wileńskich ze
staroświecka poodziewanych wcale byli różni. Strojów co niemiara
osobliwych spotykaliśmy, bogatych, pańskich, zamorskich jakichś i
do naszych niepodobnych. Rycerstwo konno uwijało się w rynku,
ciągnęły ogromne wozy kupieckie, po pod domami szli mieszczanie w
bławatach, łańcuchach i kołpakach wspaniałych.
Przytem, że wieczór był, więc i dzwony na różne głosy
odzywały się po kościołach i z otwartych niektórych śpiewy
wieczorne słychać było.
Jechałem upojony i zachwycony, widząc teraz, że wszystko co
o Krakowie opowiadał ks. Łukis, wcale przesadzonem nie było... ale
jak tu mnie biednemu sierocie, którego się wypierali wszyscy,
niemającemu opieki, przebić się było i nie zginąć ściśniętym w tym
tłumie.
Wzdychałem ku Bogu tylko, stawszy się pobożniejszym jeszcze:
- Tyś Ojcem wszystkich, a szczególnie tych co ojca ni matki nie
mają.
Pierwszego wieczora tego, tylkośmy się o zmroku przesunęli
ulicami, więc ciekawość obudziła się raczej, niż zaspokoiła.
Kleryk ks. Jana, który mi dosyć życzliwym był, o kilka lat
tylko starszy odemnie, zapowiedział, że nazajutrz, ponieważ dzień
był na spoczynek przeznaczony, a on wolny, więc mnie po mieście
poprowadzi i ukaże, co w niem było najpiękniejszego.
Mnie się tu wszystko cudownem zdawało!
Ks. Jan z nami gospodą stanął w domu przy ulicy św. Anny,
inni nasi towarzysze podróży na zamek i po domach swoich się
rozjechali.
Trochę widok ten pięknego i wielkiego miasta zatarł we mnie
smutne wrażenie owego noclegu, ale cokolwiek mi go na pamięć
przywodziło, a szczególniej mój krzyżyk, gdy go dotknąłem, znowu mi
boleść pierwszą powracał.
Kleryk nazajutrz słowa dotrzymał. Poszliśmy na miasto i do
kościołów, jakich ja w życiu mojem nie oglądałem; do P. Maryi, do
kilku zakonnych, do Bożego Ciała i co ich było w pośrodku miasta,
bośmy za mury nie wychodzili.
Dziwiłem się bogactwom i wspaniałościom, liczbie
duchowieństwa, nabożeństwom okazałym; jedno mnie tylko raziło, że
oprócz mowy polskiej, prawie tyle co jej, słyszeliśmy dokoła
niemieckiego szwargotu. Stroje też mieszczan dużo pomiędzy niemi
różnych Niemców się domyślać kazały, ale i z innych narodów około
sukiennic kręciło się dziwnie postrojonych kupców i podróżnych
niemało, a tu języków się było można nasłuchać osobliwych.
Rynek i kamienice około niego wspanialsze były, niż książęcy
zamek wileński. Ratusz z wieżą, sklepy ogromne, a dalej domy
wysokie, całe malowane i rzeźbione, podobały mi się bardzo.
Na niektórych święci patronowie stali ponad bramami jakby
żywi, na innych wizerunki królów wyglądały i rozmaity zwierz, jakby
skamieniałe jelenie, lwy, orły, barany, kruki. Śmiał się kleryk,
gdym stawał przypatrywać się tym niewidzianym rzeczom. Każdy bowiem
dom miał w rynku szczególniej coś, czem się odznaczał od innych i
po czem odróżnić było można.
Wszystko to świeże, lśniące, pomalowane wytwornie, gdyby
żywe stało. Cóż dopiero powiedzieć o sklepach, jakich ja i śnić
nawet nie mogłem, bo pełne one były towaru, o którym nigdym nawet
nie słyszał. Kleryk z dumą mi to wszystko ukazywał i tłumaczył.
Przeszedłszy parę ulic, w głowie się mąciło od tego, co się
tu widziało. Co chwila stawałem, bo ciągle było na co patrzeć i o
co pytać. Na zamek jechały poczty rycerstwa, kapiące od złota, z
zamku powracali panowie ze służbą i zbroją dla mnie niewidzianą.
Rusinów, Tatarów, Turków, Węgrów nauczyłem się dopiero rozróżniać.
Pytałem nieustannie, a dziwiłem się bez miary. Wreszcie
kleryk zmęczywszy się, nazad mnie do kamienicy odprowadził i tu
samego zostawił.
Jaki mnie tu los czekał w tem obcem zupełnie mieście, wśród
ludzi, co mi nie byli niczem, nie wiedziałem spełna.
Mówiono mi, żem się uczyć miał, ale gdzie i jak - głucho
było.
W Wilnie przy Gajdysach czuło się jakby w rodzinie, tu
wszyscy obcy i straszni się wydawali. Co kogo mógł obchodzić taki
jak ja sierota?
Kleryk mi zawczasu powiadał, że do Krakowa takich jak ja
pauprów, bez ojca, matki, sierot napływało bardzo dużo, że sobie
przy pomocy dobrych ludzi dawali rady i z głodu nie marli; krzepił
mnie, ale w taki sposób jakiś, iż słuchając go, większy jeszcze
strach ogarniał.
Nie będę się nad temi mojemi laty pierwszemi rozszerzał
zbytnio, bo i bez tego wiele mam do powiedzenia o losach i
przygodach moich; powiem tylko, że choć o mnie ks. Jan nie
zapominał, przez kilka dni czekałem, gdyż nic postanowionego nie
było. Nie pytano mnie o nic, woli swej nie miałem; ale kto mną
rozporządzał, nie mówiono mi też.
Czwartego czy coś dnia rano ks. Jan ze mszą idąc do kościoła
zamkowego, za sobą mi iść kazał, zapowiadając, iż do mszy służyć mu
miałem.
Szedłem więc dosyć tem dumny, a zwłaszcza mi się podobało,
gdy mnie w zakrystyi w piękną, białą ze wstęgą liliową komeżkę
ubrano.
Msza była nie pierwsza, ale wotywą zwana, w kościele ludzi
dosyć, a w tem miejscu, które mi kleryk pokazywał, że tam król
zwykł był słuchiwać mszy, ujrzałem go wistocie i poznałem zaraz. Z
trwogą jakąś spoglądałem ku niemu tem większą, że ile razy
zwróciłem oczy, zawsze wejrzenie jego ku mnie skierowane
spotykałem.
Przypatrywał mi się tak, iż mnie coraz większy strach
ogarniał.
Od tego czasu gdym go nie widział, wydawał mi się
zmienionym. Młody jeszcze i przystojny, twarzy regularnych rysów i
cale pięknej, miał na niej wyraz smutku jakiegoś i troski, który z
niej nigdy nie schodził. Długie włosy spadały mu na ramiona.
Aż do końca mszy ks. Jana siedział tak, słuchając jej,
patrząc na mnie, a po benedykcyi, gdyśmy do zakrystyi powracali,
zniknął.
Ks. Jan kazawszy mi iść do domu samemu, udał się na zamek.
Nie było go do obiadu, który on tu razem z dwoma kanonikami
jadał, a co zeszło ze stołu ich, tomeśmy z klerykiem się żywili.
Nie było głodu, ale i wymysłów też żadnych, bo się księża
prostym stołem obchodzili, a we dni postne mało nawet co jedli.
Pod wieczór zawołano mnie do ks. Jana. Biło mi serce dobrze,
bom przeczuwał, że się musiał mój los rychło rozstrzygnąć. Tak się
też stało. Zapowiedział mi ks. Jan, że uczyć się powinienem był, i
nic lepszego nie mam do wyboru, tylko się tak przygotować, ażebym
później godzien był przyoblec suknię duchowną.
Począł się nad tem szeroko rozwodzić, jakiem to było
szczęściem zostać wybranym i kapłanem Bożym; dodając, że on sam
rycersko wprzódy sługiwał, przecież wczas przejrzał i obrał sobie
lepszą cząstkę. Radził mi więc zawczasu na duchu się gotować i
sposobić do stanu tego, który wymagał wiele; bo niedosyć było
nauki, niedosyć mądrości, ale świętości, pokory i wszelkich cnót do
niego nabyć potrzeba było.
Zapowiedział mi w ostatku, iż świętobliwemu mężowi dany będę
w opiekę, chodzić mam do szkoły, a jemu posługiwać, na niego się
zapatrywać i być mu we wszystkiem jak ojcu posłusznym.
Czekałem z obawą wielką, modląc się, jaki mnie los i opiekun
spotka.
Nazajutrz ks. Jan węzełek mi rozkazawszy zabrać z sobą,
niedaleko ztamtąd powiódł do Collegium, gdzie w samych prawie
drzwiach do maleńkiej celi zapukał. Weszliśmy. Stał nieopodal
odedrzwi jakby na nas oczekując mężczyzna w samej wieku sile, z
piękną, pogodną i niemal promienistą, dobrocią uśmiechającą się a
rozumną twarzą.
Od pierwszego wejrzenia nań, nie można się było powstrzymać,
aby ku niemu jakiejś czci nie powziąć. Dzieckiem byłem, ludzi nie
znałem, przecie mąż ten na mnie takie uczynił wrażenie, jakbym
niepospolitego przed sobą człowieka widział, ale jakąś istotę
wyższą i doskonalszą.
Gdym nieśmiało wsuwał się za ks. Janem, oczy stojącego
wlepione były pilno we mnie, a miały wyraz taki miłości, jakby
chciały mówić owo:
Sinite parvulos venire ad me.
Dodał mi otuchy wejrzeniem.
- Oto jest chłopak, o którym mówiłem - dodał kłaniając się
wchodzący. - Sierota, dano mu też imię Jaszka Orfana. Daj Boże, aby
godzien był wam służyć.
Gdy to mówił, stojący naprzeciw patrzał na mnie, a ja z
natury trochę dziki, tak dziwnie byłem tym wzrokiem ośmielony, tak
mi on błogo jakoś do duszy mówił, żem się odważył postąpić i rękę
jego ująwszy ucałowałem ją.
- Księże Janie mój - odezwał się głosem jasnym i dźwięcznym
- sierotą się zaopiekować i obowiązkiem jest i rozkoszą, alem ja,
wiecie, nie tak swobodny, abym mógł się tego podjąć. Siedzę tu w
Krakowie, mam co czynić w Akademii i w domu, a wiecie, iż
pielgrzymuję często. Znowu mnie ciągnie do Rzymu potrzeba duszna,
cóż naówczas z nim pocznę? Rychło a nie ujrzycie mnie - dodał z
uśmiechem. - Pieszo chcę do grobu apostołów.
Ks. Jan po chwilce namysłu rzekł:
- Na ten czas zwierzyłbyś go ojcze osobie swojego wyboru, a
choćby niewiele czasu miał szczęście przy was pozostać, te chwile
wiele mogą.
Westchnął nic nie mówiąc przyszły mój opiekun, zadumał się.
Szepnął coś pochylając się ku niemu ks. Jan. Zaczęli mówić
pocichu. Los się mój rozstrzygał.
Szedłem tu prawda ze strachem wielkim, ale teraz, gdym
zobaczył tego, któremum miał służyć, lękałem się tylko, aby mnie
nie odepchnął. Siłą jakąś wielką ciągnął mnie ku sobie.
Każde jego spojrzenie było jakby lekarstwo jakieś
uspokajające duszę.
W czasie gdy dwaj księża pocichu rozmawiali z sobą, starałem
się błagającym wzrokiem pozyskać sobie tego człowieka, który tak
cudowne wywierał na mnie wrażenie. Czyniłem się łagodnym, pokornym,
chciałem mu wydawać dobrym. Pocichu odmawiałem Zdrowaśkę na tę
intencyą, abym przy nim mógł pozostać.
Nigdy w ciągu długiego później życia mojego, nikt na mnie
nie uczynił takiego wrażenia; a gdym dojrzawszy zastanawiał się nad
tem, nie mogłem go porównać z niczem, chyba z tą potęgą Chrystusa
Pana, który też jednem wejrzeniem i słowem za sobą ciągnął tłumy.
Ten też tą samą Chrystusową mocą na ludzi działał.
Nie wiem co ks. Jan, który mnie tu przyprowadził, powiedział
o sierocie, czem go skłonić się starał, aby ją przyjął w służbę
swoją; uważałem tylko w oczach duchownego malującą się litość, i w
końcu zwrócił się ks. Jan do mnie, rozkazując mi dziękować.
Przypadłem do nóg nowemu opiekunowi, który mnie podniósł i
pobłogosławił.
Pozostałem odtąd przy ks. Janie Kantym, jako zaraz opowiem.
Mąż to był uczony wielce, pracowity niesłychanie, a cały żyjący w
Bogu, ale nad wszystkie jego cnoty górowała niezrównana dobroć,
łagodność i wyrozumiałość dla ludzi.
Dla siebie samego katem był, bo postami, umartwieniami,
biczowaniem ciało swe dręczył nieustannie, względem drugich zaś
anielską miał dobrotliwość i miłosierdzie. Szanowany przez
wszystkich, bo swojego czasu akademia nie miała nad niego
uczeńszego męża - pokorę miał dziecięcą. Nigdym go nie widział ani
zniecierpliwionym, ni gniewnym - widok nieprawości zasmucał go, do
łez rozbolewał, ale nie burzył. Dusza była spokojna i
ubłogosławiona taką potęgą nad sobą, że krew nie mogła przeciw niej
nic.
Tuż w bramie kollegium mieliśmy izdebek parę szczupłych, w
których ks. Jan się mieścił z książkami swemi i sprzętem ubogim, bo
można było powiedzieć, że dla siebie nic prawie nie potrzebował. W
jednej z nich miałem ja mój sienniczek na podłodze i pomieszczenie.
Służba przy nim nie była ciężką, prawie żadną, bo on sam, modląc
się sam sobie służył, a często do stajni w podwórzu kollegium ze
dzbankiem chodził, aby mnie snu nie przerwać.
Jednej chwili spoczynku w życiu jego nie było. Czytał,
pisał, albo klęcząc się modlił. Wzywano go też często na poradę i
przychodzono do niego, aby jej zasięgnąć. Cisnęli się oprócz tego
ubodzy, którym nieraz od ust odjęte jedzenie i ostatni płaszcz
oddawał, jeśli nic innego nie miał. Grosz też u niego nie przeleżał
jednego dnia - mówił, że go nie potrzebował. A co najdziwniejsza,
przy ciągłych umartwieniach, pracy, znużeniu, nie widział go nigdy
zmęczonym, nigdy smutnym i chmurnym. Twarz wypogodzona uśmiechała
się, dodawał otuchy i męztwa drugim, a sam mądry z prostaczkami tak
mówić umiał, iż go każdy zrozumiał, a słowo jego szło prosto do
serca.
Po wyjściu ks. Jana, zajął się mną zaraz z niewysławioną
dobrocią, a naprzód wziął mnie na konfesatę, dopytując o życie
przeszłe.
Mówiłem już, jakie na mnie świątobliwy mąż ten uczynił
wrażenie, nie dziw też, iż ja, dosyć w sobie dotąd zamknięty, przed
nim się ze wszystkiego wyspowiadałem co mi na sercu leżało. Więc i
ten mój najdroższy ból sieroctwa, żem ojca nie miał, matka się mnie
zaparła... i że nadewszystko pragnąłem o nich się dowiedzieć, ich
odzyskać.
Bardzo łagodnie naówczas począł mnie przekonywać, iż
powinienem był się poddać woli Bożej, przeciwko niej nie buntować i
pokorą sobie wyjednać miłosierdzie.
Na łzach się to skończyło... ale, gdy mnie przeżegnał i
pobłogosławił, uczułem jakby pokój jakiś wstąpił we mnie.
Następnych dni począłem chodzić do szkoły. Nie szło mi
trudno, a około mojego opiekuna usługi nie było, któraby czas
zabierała. Gdym umiótł i wody przyniósł, wieczorem światło zapalił,
płaszcz czasem wytrzepał, mogłem potem siedzieć z książką i
papierem, a tego tylko pilnował, aby nauka modlitwie nie
przeszkadzała.
Obyłem się tak powoli ze szkołą i Krakowem, a jak ziarno
piasku utonęłem w tych tłumach młodzieży, które naówczas po
szkołach i kollegiach nauki tu szukały.
Począwszy od dzieciaków do ludzi pod wąsem, uczących się
było bez miary, tak, że w kollegiach największe sale nie starczyły,
i często przy drzwiach otwartych, ci co się wewnątrz nie mieścili,
z korytarza słuchali. I nie było jednej ziemi polskiej, z którejby
tu się nie ściągała młodzież, co łatwo po wymowie się poznawało,
jako też i stanu, któryby uczniów nie dostarczał. Szlachta,
panowie, mieszczanie, synowie kupców, ba nawet sołtysów wiejskich i
prostych kmieci dzieci się tu garnęły. Większa część ubogich i
biedniejszych do stanu duchownego się sposobiła, bo choć beneficya
większe tylko szlachcie się dostawały, po klasztorach, wikaryach,
po oddaleńszych ziemiach i plebejusze kawałek chleba z ołtarza mieć
mogli.
Do czego też dodać potrzeba, że nigdy może do nauki takiej
ochoty i gorączki ludzie nie mieli, jak czasu onego. Coś ich tu
pędziło, jakby przeciw własnej woli, często o głodzie i chłodzie.
Była też w powietrzu, rzec można, pobożność wielka i
gorącość ducha, bo nigdy tylu świątobliwych mężów ziemia polska nie
wydała, co podówczas.
Prawda, że z drugiej strony hussytyzm czeski się wkradał i
jako zły wrzód nabierał, że obok świętych siła było warchołów i
zbójów nawet między najprzedniejszemi, lecz przemagało dobre.
Oprócz nas z Polski, Litwy, Rusi i dalekich ziem ode
wschodu, co dziwniejsza, napływali Czesi, Serbowie, Niemcy i Węgrów
siła, a z tych ziem, które Turcy zawojowali, a które słowiańską
mowę, jak my, mają. Chociaż w Niemczech nie zbywało też na
szkołach, a w Pradze mieli Czesi swoją, do Krakowa ich sława
nauczycieli tutejszych ciągnęła.
Nietylko teologowie słynęli tutejsi, ale astrologowie i
matematycy szczególniej, tak, że ci, co w gwiazdy patrzyli, pokoju
nie mieli, horoskopy i karty urodzenia spisując, z czego grosz
płynął, a tego nikt do zbytku nie posiadał, bo akademia szczupło
była wyposażoną.
Pisząc to ze wspomnień lat moich młodych, w których
rozeznania wielkiego nie miałem jeszcze, oczywista, że tylko
ogólnemi wyrazy mogę zaznaczyć, co pamiętam.
Wiele rzeczy mocno się w pamięć wraziło, lecz wiele później
zatarło, bo ludzka pamięć jest jako tablica owa, na której w
szkołach piszą. Zamazuje się ona cała naprzód, a potem ściera się z
niej dawne, gdy przychodzi nowe, i ślad ledwie gdzieniegdzie
pozostaje.
Z tych ludzi, którzy najwięcej z ks. Janem obcowali, a
najulubieńsi mu byli, pamiętam kilku, później, jak on sam,
świątobliwością słynących. Jakem wyżej rzekł, nigdy tak wielu ludzi
pobożnych nie miała Polska i Kraków, co tego czasu. Pomnę z nich,
naówczas już starego, ale do bardzo późnego wieku dożywającego
Izajasza Bonera, zakonnika OO. Eremitów Augustyna świętego, który
rzadko sam bywał u nas, ale często go ks. Jan nawiedzał, mówił o
nim i był dlań ze czcią wielką.
Żył on u ś. Katarzyny na Kaźmirzu w takiej celce maleńkiej
jak mój dobroczyńca, tak ubogo jak on. Boso chodził zawsze latem i
zimą, na gołej sypiał ziemi i nigdy więcej nad trzy lub cztery
godziny.
Pomimo wieku, nieraz, gdym do niego księgi nosił, bo sobie
je z ks. Janem często posyłali, zastawałem go zamiatającego
klasztorne korytarze, wynoszącego śmiecia.
Innym razem znajdowałem go klęczącym przed obrazem N. Panny,
ale w takim zachwycie i zatopieniu, żem, nie śmiejąc przerywać,
godzinami czekać musiał, aż się przebudził z tego marzenia i wrócił
do życia.
Świątobliwy mąż ten wcale do mojego ks. Jana nic był
podobnym. Wychudły, skóra a kości, zżółkły, z oczyma pałającemi
tylko, zdawał się duchem i myślą na innym już świecie przebywać.
Często razy kilka powtarzać było potrzeba, z czem przyszedłem, nim
zrozumiał i odpowiedział - tak zatopiony był w sobie. Czasu
rozmowy, gdy przychodził do kollegium, nieraz milknął, zapominał
się, oczy mu zachodziły łzami, drżał, ręce składał jak do modlitwy
i dopiero po chwili do siebie przychodził.
Dzień w dzień widzieć go było można od ś. Katarzyny do grobu
ś. Stanisława na Wawel pielgrzymkę odprawującego. Naówczas mogło
się sobie na ulicy dziać co chciało, nie widział nic, nie słyszał
nic, gdy szedł cały w swej modlitwie.
Starcem już był, bo się w przeszłym wieku rodził, jak
mówiono, żywot prowadził anachorety, nie szczędził siebie, a
cudowna siła go trzymała. W wielkim tygodniu powiadano, krom wody
nic do ust nie brał.
Cale znowu innym był drugi, a na pierwsze wejrzenie tak
niepoczesnym, że się w nim ani świątobliwego, ani tak mądrego
człeka, jakim był w istocie, domyślać nie było podobna.
Rzadko kiedy z ust mu się słowo dobyło. Zwał się
Świętosławem, a wszystkim wiadomem było, że nim do Krakowa
przyszedł i mansyonarzem został, prostym szewcem w Sławkowie był i
swe rzemiosło sprawiał.
Blady, mały, przygarbiony, z rękami długiemi, z nogami
trochę krzywemi, z głową dużą, na której włos krótko postrzyżony
się jeżył, miał przecież coś w twarzy wyżółkłej, co poszanowanie
dla niego budziło.
Pokora w nim nadzwyczajna była. Kochał go mój opiekun i
troskał się o niego, bo on sam o sobie nie pamiętał. Cudem było
słowo z niego dobyć. Mówiono, iż ślub jakiś milczenia uczynił, ale
- nie - bom go przecie mówiącym słyszał, tylko nie lubił się
rozszerzać ze słowem.
Co osobliwa, rozpowiadano o nim, że kapłanem zostawszy, jako
żywo dawnego rzemiosła nie porzucił. Miał do niego słabość, czy też
postanowienie takie uczynił; dosyć, że w celi wszystek przyrząd
rzemieślniczy chował, a w wolnych godzinach obówie męzkie, jakie
naówczas jeszcze niektórzy nosili, z nosami długiemi, ozdobnie
wyszywane, wyrabiał bardzo kunsztownie, tak, że mu za nie płacono
drogo, a on ten wszystek zarobiony grosz obracał na kupienie ozdób
i sprzętów do kościołów.
Chodził tak a podpatrywał, gdzie czego brakło. Siadał na
swym stołeczku i pobożną pieśń śpiewając, szył buty lub trzewiki,
dopóki na ampółki, na lichtarze, na lampę jaką do zawieszenia przed
obrazem nie starczyło.
Chociaż prostym człowiekiem był i z rodziców ubogich
narodzonym, nie mniej go wszyscy szanowali - bo mu więcej niż
szlachectwo dała świątobliwość.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.