Jasper Snider i tajemnica Cieni - Kinga Leszczyńska

Reflow text when sidebars are open.
Jasper Snider dobrze wiedział, że nigdy nie należy ufać ludziom oferującym zbyt wiele za prostą robotę, bo to na pewno oznaczało jawne oszustwo. Kiedy jednak w grę wchodziła góra kasy, zapominał o swoich zasadach. Później często tego żałował. Dziś jednak zaufał przeczuciu i nie pomylił się. Cuchnęło zasadzką na kilometr.
- Przyszedłeś mnie aresztować? - Starał się brzmieć nonszalancko, ale do jego pytania wkradła się nerwowa nuta.
Stojący przed nim ciemnoskóry mężczyzna nie był byle stróżem prawa. Cieszył się sławą w całym Anulanie. Marson Case, bohater. W całym królestwie nie znalazłaby się nikt, kto by o nim nie słyszał. Walczył w bitwie o Leythland, gdzie przeciwnicy mieli niemal trzykrotną przewagę liczebną, i zwyciężył. Rozprawił się z dwugłową, ziejącą ogniem bestią, choć nawet dziesięciu żołnierzy naraz nie potrafiło jej pokonać. Zabił wiedźmę, która nękała królestwo plagami suszy i głodu. Poddani go uwielbiali, podobnie król, dlatego Marson szybko awansował na dowódcę głównych wojsk.
- Nie po to tu jestem. Gdybym chciał cię aresztować, nie przyszedłbym sam. - Case luźno oparł dłoń na rękojeści miecza, co mogło oznaczać ostrzeżenie pod adresem chłopaka albo zwyczajną ostrożność w spotkaniu z przestępcą. - Niejeden z nas słyszał, że śliski z ciebie typ.
- Śliski? - Minęły lata, odkąd ktoś obdarzył Jaspera komplementem. - Kurczę, dzięki. Chyba się co do ciebie myliłem, jednak miły z ciebie gość.
Dowódca przechylił głowę.
- Sądziłem, że będziesz... nieco starszy. I wyższy.
Niedawno Jasper skończył szesnaście lat, a już znajdował się wysoko na liście "Groźni skurwysyni do aresztowania". Nie wiedział, czy faktycznie istniała, ale jeśli tak, to na pewno widniałby niemal na samym jej szczycie. Niemal. Jednak wcale nie miał się za niskiego. Nigdy nie musiał stawać na palcach, by wbić pięść w czyjąś twarz.
Wcisnął dłonie do kieszeni, by poczuć pocieszający kształt krótkiego noża. Oplótł dłonią rękojeść. Nie miał zamiaru atakować, nie jako pierwszy, ale w jego przypadku sprawy często przybierały zły obrót. Nie wiedział czemu.
- Nas, przestępców, nie karmi się tak dobrze jak was, okutych w żelazo wybrańców - powiedział, broniąc swojego wzrostu. - Zadałeś sobie wiele trudu, by rozprowadzić plotki o Harrym Gryffinie, bogaczu, który pilnie potrzebuje dobrego złodzieja, do tego oferuje kupę kasy, ale mniemam, że Gryffin nawet nie istnieje, co? - Widząc, jak dowódca wojsk kręci głową, przyjrzał mu się czujniej. - Nie wiem, co dokładnie chciałeś osiągnąć, ale twój posłaniec nie popisał się. Kiepski z niego kłamca.
Kiepski to mało powiedziane. Mężczyzna, którego Case przysłał, pocił się jak mysz, strzelał spojrzeniem na wszystkie strony i co kilka z trudem wydukanych słów drapał się po głowie, jakby próbował przypomnieć sobie wszystkie kłamstwa, które miał powtórzyć.
- To bez znaczenia. Miał cię tylko wyciągnąć na zewnątrz i swoje zrobił.
- Szkoda, że uciekł tak szybko.
- Może zostałby dłużej, gdybyś nie przyłożył mu sztyletu do gardła? - Marson popatrzył srogo. - I może nie musiałbym go zatrudniać, gdyby znalezienie ciebie nie było tak trudne. - Popatrzył jakby z zarzutem.
Jasper poczuł nieodpartą chęć, by go przeprosić.
- Dziwne, nie? Jedyny jednooki bandyta w królestwie, a tak dobrze się ukrywa. - Oko stracił dawno temu, wydawało mu się, że w poprzednim życiu. Gdy stopniowo zaczął wybijać się po mroczniejszej stronie miasta, szybko zyskał sobie przydomek "Szklanooki". Na początku go nie znosił, ale później przyjął go i uczynił z niego broń.
- Nie zajmę ci wiele czasu. - Case zrobił krok do przodu, na co Jasper mocniej ścisnął nóż. - Przychodzę do ciebie z propozycją od naszego władcy, króla Irvine'a Howlera.
Snider wzdrygnął się.
- Czego władca Anulanu, posiadający tuzin służących, niemal dwutysięczną armię i przeszło trzydzieści konfitur z jagodami w spiżarni, mógłby chcieć ode mnie? Wydawałoby się, że ma już wszystko, czego dusza zapragnie.
Marson uniósł brwi niemal pod linię włosów.
- Nie będę nawet pytał, skąd masz te informacje, ale niepokoi mnie to. Król wie, kim jesteś. Rethańczyk, potomek ostatniego Władcy Smoków i sławnej Melody, która swoją dobrocią i mądrością zjednoczyła ziemie Rethanii. Zginęła w walce o swoje przekonania, wcześniej jednak wiele razy wraz z twoim ojcem ratując królestwo. - Spojrzał na chłopaka z góry. - Kto by pomyślał, że dziecko dwójki tak wspaniałych ludzi, wyrośnie na zwykłego złodzieja.
Jasper się zjeżył.
- Przejdź do rzeczy.
Case zmierzył go uważnym spojrzeniem, jakby zastanawiał się, od czego zacząć.
- Słyszałeś o Cieniach?
O tak, słyszał. Nikt nie wiedział, czym były ani skąd się wzięły, ale budziły niemały postrach wśród mieszkańców Anulanu. Wtapiały się w czyjś cień, żerowały na nim, a potem zabijały nosiciela. Ludzie bali się jakichkolwiek nienaturalnych oznak, drżeli na myśl, że tym razem to oni padną ofiarą tych stworów.
- Co z nimi?
- Ofiar jest coraz więcej. Ostatnio zginął jeden z lordów, hrabia Kimalajah. Później sir Timothy, świetny rycerz i dobry przyjaciel. - Zacisnął usta i potrząsnął głową. - Cienie trzeba powstrzymać. Jak najszybciej, zanim staną się jeszcze większym zagrożeniem.
- Więc je powstrzymajcie. Co mi do tego?
- Król Irvine sądzi, że zdołasz nam pomóc. On wie, kto za tym stoi. - Case, widząc, że Jasper otwiera usta, by zadać kolejne pytanie, uniósł dłoń. - Nie mamy teraz ludzi, których moglibyśmy wysłać na tę wyprawę. Jesteśmy zarobieni po łokcie w sprawach, o których nie masz pojęcia, a do tej misji potrzebny jest ktoś... sprytny. Ktoś, kto nie będzie się rzucał w oczy. Za bardzo - dodał, patrząc na jego szklane oko. - Poza tym nasze stosunki z Rethanią są dość napięte, a gdyby wysłać tam grupę żołnierzy, mogłoby to zostać źle odebrane.
- Z Rethanią - powtórzył Jasper jak echo. - By powstrzymać Cienie, trzeba jechać aż do sąsiedniego królestwa?
- Nie mogę ci zdradzić niczego więcej, póki się nie zgodzisz. Pochodzisz stamtąd, idealnie nadajesz się do misji.
Jasper pokręcił głową. Case nawet nie miał pojęcia...
- Nie.
- Nie? - Marson wyraźnie nie spodziewał się odmowy. - Masz szansę pomóc królestwu, uratować wielu ludzi i być może, tak jak twój ojciec, zostaniesz bohaterem, który ocali te ziemie. Ludzie zapomną o twojej złej reputacji i zamiast tego będą śpiewać o tobie ballady.
Szklanooki zaśmiał się gorzko.
- Może i wyglądam młodo, ale nie jestem kretynem. Doskonale wiem, z czym wiążą się bohaterskie czyny. Nie zauważyłeś? Ballady śpiewają tylko o tych, co nie żyją. Nawet ty jeszcze nie masz własnej - dodał ubawiony.
Dostrzegł dziwny błysk w oczach Marsona Case'a. Żołnierz momentalnie zmienił taktykę.
- Pół miliona cervo. Dokładnie taką sumę mogę ci zaoferować i ani miedziaka więcej.
Szklane oko omal nie wyskoczyło Jasperowi z oczodołu. Co prawda wysłannik wcześniej proponował tyle samo, ale z ust Case'a brzmiało to dużo bardziej wiarygodne.
- Jesteś bardzo szczodry - wykrztusił. - Ale nie.
- Pół miliona to za mało? Chcesz się targować?
Och, bardzo chciał. Jednak lata temu obiecał sobie, że nigdy więcej nie wróci do ojczyzny. Jedyna obietnica, której naprawdę nie zamierzał złamać. Spojrzał na Case'a nieugięcie.
- Znajdź kogoś innego.
Dowódca zacisnął usta w cienką kreskę, dając wyraz niezadowoleniu.
- Miałem nadzieję załatwić to po dobroci, ale nie dajesz mi wyboru. - Zerknął gdzieś w bok.
Dwaj zbrojni, niczym duchy, wyślizgnęli się z ciemności. Szczękając żelaznymi ostrzami, które zalśniły złowrogo w blasku lampy, ustawili się po obu stronach swojego dowódcy.
- A co z twoimi pokojowymi zamiarami? - Jasper cofnął się o krok.
- Królowi bardzo zależy na twoim udziale w misji. Byłby zawiedziony, gdybym wrócił sam. - Case zerknął na swoich żołnierzy i ostrzegł: - Ma być w jednym kawałku.
Jasper ani myślał dać się złapać. Nie z takich opałów wychodził obronną ręką. Okazja do czmychnięcia z zastawionej na niego pułapki nadarzyła się sama, gdy dwie głośne pijaczyny wytoczyły się z karczmy w sam środek starcia. Dochodząca od nich woń alkoholu wymieszana z odorem spoconych ciał wyciskała łzy z oczu. Zaśmiewając się głośno, jeden z pijaczków popchnął drugiego, aż tamten zatoczył się wprost na Marsona.
Dowódca się cofnął. W momencie, gdy na jego twarzy pojawiła się irytacja, Jasper już wbiegał do karczmy.
- Łapcie go! - usłyszał jeszcze.
Przebiegając przez tłum, ignorował zgiełk. Potrącał każdego, kto stanął mu na drodze, i nie przejmował się tym.
- Hej! - Jakiś mężczyzna pogroził mu pięścią, gdy popchnięty przez innego wpadł na stół, przewracając kufle z piwem. Dostrzegłszy jednak szklane oko, zbladł i uciekł wzrokiem w bok.
Jasper ledwie obdarzył go spojrzeniem. Parł naprzód w stronę drugiego wyjścia, słysząc za plecami pokrzykiwania żołnierzy.
- Stój! Zatrzymaj się!
Widząc przed sobą zwarty tłum, chłopak wskoczył na stół. Blat przechylił się niebezpiecznie, a jedzenie obryzgało jakiegoś mężczyznę. Jego wściekłe przekleństwa goniły Jaspera, kiedy ten ześlizgiwał się ze stołu i pędził do tylnych drzwi. Tam jednak wpadł na kolejnego żołdaka.
- Mam cię! - Żołnierz zacisnął spoconą dłoń na jego ramieniu i wyszczerzył zęby. - Już nie uciekniesz!
Jasper odchylił się i rąbnął go pięścią w nos. Tamten zaskomlał i puścił natychmiast. Szklanooki nadepnął mu na stopę, po czym rzucił się biegiem w ciemną noc.
Żołnierze nie odpuszczali. Ich pośpiesznym krokom towarzyszył zgrzyt stali o stal. Włożyli ciężkie zbroje, licząc na to, że zdołają złapać "śliskiego" - jak to ujął Case - przestępcę. Nie było to mądre posunięcie.
Jedynie Marson, nieodziany w żelastwo, dotrzymywał Szklanookiemu kroku. W głowie zaświtała chłopakowi myśl, jak pozbyć się natręta. Skręcił ostro w jedną z ciemniejszych alei. Przyłożył dłonie do ust i zawył głośno. To był znak dla tych, którzy byli mu coś winni. Miał nadzieję, że nigdzie ich nie wywiało. Przyśpieszył, czując, że Case go dogania.
Z jednej z uliczek wyłoniła się zgarbiona postać pchająca wóz. W momencie, gdy Jasper ją minął, wóz potoczył się do przodu, tarasując Case'owi przejście. Żołnierz zaklął. Próbował ominąć wóz, ale zgarbiona postać tak nim sterowała, by jak najbardziej mu to utrudnić.
- Przepraszam! Przepraszam! - wołała, modulując głos.
Jasper pozwolił sobie na nikły uśmieszek.
- Przesuń się! - warknął Marson.
Szklanooki zostawił dowódcę w tyle, ale jeszcze mu nie uciekł, dlatego wciąż pędził przed siebie. I pędziłby dalej, gdyby nie usłyszał, że ktoś próbuje zwrócić jego uwagę.
- Psst!
Obrócił się i dostrzegł znajomą twarz wyglądającą spod obszernego kaptura. Shane gorączkowo przywoływał go dłonią. Upewniając się, że Marson został wystarczająco daleko w tyle, Jasper podbiegł i przeskoczył próg. Drzwi szybko się za nim zatrzasnęły.
- Ty ścigany przez żołnierza? To zaskakująco rzadko spotykany widok.
Jasper podniósł wzrok na chudego chłopaka o jastrzębich oczach i trójkątnej brodzie. Nie znali się za dobrze, ale czasem interesy sprawiały, że ich ścieżki się przecinały. Nieraz pomagali sobie nawzajem w nagłej potrzebie.
- Na swoją obronę powiem, że łapaniem przestępców zwykle zajmują się płotki wśród żołnierzy i nie trzeba się wysilać. Dziś mnie zaskoczyli: sam Marson Case się pofatygował!
- Ho, ho! - Shane uniósł brwi. - Czym sobie na to zasłużyłeś?
- Stałem się zbyt sławny. - Podszedł do okna i uchylił delikatnie zasłonę. Słabo zarysowana w ciemności postać dowódcy kroczyła powoli, rozglądając się uważnie wokół. Nawet gdyby spojrzał w tę stronę, nie miałby szans dostrzec Jaspera. W pomieszczeniu panował mrok.
Niedługo później Case minął budynek, w którym ukrył się Szklanooki, i poszedł dalej. Dopiero wtedy Jasper pozwolił sobie na chwilę rozluźnienia.
Shane zapalił świecę i postawił ją na stole. Snider od razu zauważył, że jego ruchy są zbyt sztywne, szczęka napięta, a brwi zmarszczone. Wyraźnie coś go trapiło.
- Co jest? Jakoś blado wyglądasz.
Szczęka Shane'a zadrżała.
- Słyszałeś o Duchu?
Duch, to przydomek, jakim Shane określał swojego wspólnika w grabieżach. On i Duch byli dość zgrani, niemal zawsze wykonywali wspólnie zlecenia, rzadko działali osobno.
- Co z nim?
Shane spojrzał gdzieś w dół i na prawo.
Dopiero po chwili Jasper uświadomił sobie, że chłopak obserwuje jego cień. Szklanooki podążył za jego przykładem i spojrzał pod nogi. Cień wydawał się normalny. Ani ciemniejszy, ani większy, ani nie poruszał się inaczej niż zwykle.
- Myślałem, że te historyjki o Cieniach to zwykłe brednie - zaczął Shane. - Znałeś Ducha, wiesz, że był dość strachliwy. Kiedy zaczął się bać własnego cienia, sądziłem, że przesadza, ale zgadnij co. Duch nie żyje.
Jasper zamarł.
- Poważnie? Kiedy to się stało?
- Wczoraj w nocy - oświadczył Shane ponuro. - Znaleziono go martwego w jego lokum. Był zamknięty od środka. Drzwi i okna zatrzasnął na trzy spusty, nikt nie miał prawa się tam dostać. Zresztą widziałem ciało. - Przełknął ślinę i odwrócił wzrok. - Miałem problem z rozpoznaniem go. Człowiek by tego nie zrobił. - Opadł na krzesło, przecierając palcami powieki. Przelotnie zerknął na swój cień. - Zaczynam powoli świrować, stary. Jak tak dalej pójdzie, Cienie wykończą nas wszystkich.
Jasper chciał go pocieszyć. Powiedzieć, że król na czele ze swoim najlepszym człowiekiem Maronem Case'em szykują się na misję, która być może rozwiąże problem. Ale wtedy musiałby przyznać, że rozmawiał z dowódcą wojsk, a tego nie chciał robić. W świecie przestępczym rozmawianie z żołnierzami niosło ze sobą podejrzenia, można było zostać posądzonym o współpracę ze stróżami prawa. Jasper lubił Shane'a, ale czy mu ufał? Chyba nie aż tak, żeby ryzykować całą swoją reputację i życie. Zresztą zaufanie w kręgach, w których obracał się Jasper, było zwyczajnie głupie.
Jasper mieszkał w starym budynku sierocińca. Ze ścian odchodziła farba, nieszczelne okna przepuszczały zimne powietrze, a dach przeciekał za każdym razem, gdy pojawiał się deszcz. Padało niemal nieustannie, zupełnie jakby matka natura chciała zmyć wszelkie brudy z ulic, ale nadaremnie. Na nic zdawały się jej wysiłki; ta dzielnica wręcz tonęła w bagnie.
Szklanooki wspiął się po schodach na górne piętro i wszedł do pokoju wspólnego chłopców. Na jednym z łóżek siedział nastolatek o szpiczastym nosie i w okularach wielkich na pół twarzy. Był to jego przyjaciel, Garry Weels.
- Co tu tak pusto? - Jasper zdjął kurtkę i rzucił ją na krzesło. Cisza, którą dzieciaki stąd zawsze starały się zagłuszyć, teraz wydawała się nienaturalna.
Weels podniósł głowę znad czytanej książki. Wtykając kawałek oderwanej kartki między stronice, zamknął opasłe tomisko. Czubkiem palca poprawił okulary.
- Są na święcie plonów. Już zapomniałeś? Od tygodnia nie gadano tu o niczym innym. Wszyscy paplali o tym bez przerwy, jakby to sam Regulus Juvenis miał powstać z grobu i ogłosić kolejną filozoficzną mądrość na miarę wszechczasów.
Jasper uśmiechnął się kącikiem ust. Garry czasem zdawał się zapominać, że nie wszyscy pochłaniali stosy książek naukowych, jakby to były kanapki z dżemem.
Podszedł do okna i wyjrzał przez brudną szybę. Przez całą drogę nie mógł się pozbyć wrażenia, że ktoś go śledził, dlatego wybrał okrężną drogę. Wątpił, by któryś z żołnierzy dotarł za nim aż tutaj, ale ostrożności nigdy za wiele.
- Znów się w coś wpakowałeś? - usłyszał.
- Hm?
- Daj spokój. - Garry westchnął. - Wpatrujesz się w tę szybę, jakby ktoś czyhał na twoje życie.
Jasper ledwie go słuchał. Do tej pory nie rozumiał, jakim cudem władca Anulanu domyślił się jego pochodzenia. Przecież nigdy nikomu nie podawał swojego nazwiska, a językiem anulańskim posługiwał się jak ojczystym. Nigdy też nie mówił nikomu, że pochodzi z Rethanii. Gnębiło go to od rozmowy z Marsonem Case'em. Jak się dowiedzieli, kim był? Czy powinno go to martwić na tyle, by zastanowić się nad odejściem z sierocińca? Władze miasta jak dotąd zostawiały to miejsce w spokoju, nikt się nie interesował biednymi sierotami, bo z aktualnym królem rozrzutnikiem urzędnicy mieli związane ręce. Pieniędzy ledwie co wystarczało, żeby wykarmić dzieci, a władze zamykały oczy na problem, bo tak było wygodnie. Pewnie dlatego Jaspera jeszcze nie odkryto, zwłaszcza że w spisie dzieciaków widniało tylko jego imię, a na ulicach znano go jako Szklanookiego.
Kiedy odwrócił się od okna, zauważył świdrujący wzrok Garry'ego.
- Wiem, wiem. - Jasper uniósł dłonie, przerywając wykład, zanim ten się rozpoczął. - Często znikam, dziwnie się zachowuję i mało czasu spędzam z najlepszym przyjacielem. Mówiłeś już, wiem i przepraszam. Ale zaufaj mi, okej? Mam zamiar z tym skończyć, po prostu muszę rozwiązać kilka spraw.
- Jakich spraw? - Garry poprawił okulary, marszcząc czoło. - Dlaczego mi po prostu nie powiesz, gdzie znikasz i co robisz? Nie ufasz mi? Myślisz, że pójdę i powiem o wszystkim pani Payne?
Jasper potrząsnął głową.
- Nie o to chodzi.
- A o co? - Zawsze spokojny i opanowany Garry teraz zabrzmiał ostro. - Zbywasz mnie od miesięcy! Zawsze lubiłeś się wymykać i chodzić własnymi drogami, ale ostatnio robisz to notorycznie i dziwnie się zachowujesz. Skoro wciąż się przyjaźnimy, to powiedz, co się z tobą dzieje. Masz kłopoty?
- Nie. Niezupełnie.
- Niezupełnie? Nocami znikasz, a we dnie odsypiasz. Kiedy ich nie odsypiasz, to i tak myślami cały czas jesteś gdzieś indziej - wyliczał. - Zachowujesz się, jakby ktoś ci zagrażał, chowasz po kątach jakieś drogie rzeczy, które nie wiadomo skąd wytrzasnąłeś, a pod poduszką masz sztylet! Sztylet! I co ja niby mam o tym myśleć?!
Szklanooki nie miał siły na kłótnie. Ostatnio w ogóle brakowało mu sił - nie pamiętał, kiedy po raz ostatni przespał całą noc. Przetarł dłońmi zmęczoną twarz.
- Nie rozumiesz.
- To mi wyjaśnij! Kradniesz? Chciałbym wiedzieć, gdzie łazisz, żeby móc spać spokojnie po nocach! Po prostu... nie odtrącaj mnie. Nie ty. - Złość w jego głosie ustąpiła miejsca prośbie.
Jasper przełknął wyrzuty sumienia.
- Nie mogę - szepnął.
- Nie możesz czy nie chcesz?
Pokręcił głową, a Garry odczytał ten gest na własny sposób. Sięgnął po odłożoną przed chwilą książkę i otworzył ją w miejscu, w którym skończył czytać. Szelest kartek zabrzmiał nienaturalnie głośno w otaczającej ich ciszy.
- Posłuchaj - zaczął Jasper, ale Garry mu przerwał.
- Masz zamiar wszystko mi wyjaśnić?
- Nie, ale...
- Więc nie chcę tego słuchać. Mam już dość kłamstw. - Nie unosząc wzroku znad księgi, zacisnął tylko zęby ze złości. Odetchnął głęboko. - Pani Payne tu była. Kazała mi przysłać cię do niej, gdy się pojawisz.
Jasper nie poruszył się, miał nadzieję, że uda mu się odkręcić ten fatalny przebieg rozmowy. Tylko jak? Ostatnio nic już nie wiedział. Nieważne, jak bardzo tego chciał, nie potrafił znaleźć odpowiednich słów, które naprawiłyby ich wiszącą na włosku przyjaźń.
Garry uniósł głowę.
- Idź. Nie każ jej czekać.
*
Opiekunka sierocińca - smukła kobieta z wiecznie surową twarzą i ustami wygiętymi w podkowę - sprawiała wrażenie wiecznie niezadowolonej. Gdy Jasper wszedł, siedziała za biurkiem, pochylona nad papierami. Jedynie skrobanie pióra o pergamin zakłócało srogą ciszę pomieszczenia.
- Siadaj! - rozkazała, nie przerywając pisania. Podczas gdy ona ze skupieniem uzupełniała dokumenty, chłopak rozsiadł się wygodnie na krześle, wyciągając przed siebie nogi. Uważał jednocześnie, by nie strącić ze stołu dużej, szklanej rzeźby łabędzia. Jej ulubionej. Gdyby to zrobił, za karę musiałby szorować kible do końca swojego życia.
Pani Payne przerwała pisanie, a widząc, jak Jasper przygląda się jej rzeźbie, automatycznie postawiła ją bliżej siebie. Już otwierała usta, by coś rzec, jednak zawahała się i po chwili zastanowienia odstawiła figurkę na inny stół, jak najdalej od chłopaka. To z pewnością by go rozbawiło, gdyby nie był w tak fatalnym humorze.
Opiekunka sierocińca wykrzywiła usta w podkowę, przyglądając się podopiecznemu z podejrzliwością. Zaczęła stukać nerwowo o blat pomalowanymi paznokciami, a po chwili zapytała:
- Czy to ty stłukłeś mój wazon?
- Nie - wypalił szybciej, niż zdążył pomyśleć, o jaki wazon chodzi.
- Czy kłamiesz?
- Oczywiście, że nie.
I na tym polegał problem Jaspera i pani Payne, przez który nie potrafili ze sobą żyć pod jednym dachem. Kobieta uwielbiała szklane figurki, najróżniejszego rodzaju porcelanę i inne takie łatwo tłukące się rzeczy. Kolekcjonowanie ich było jednym z jej dziwactw. Chłopak natomiast nie potrafił przejść obok nich w taki sposób, aby nie spadły na ziemię. Nie robił tego specjalnie, to po prostu się działo.
Przez dłuższą chwilę kobieta wlepiała w niego swój świdrujący wzrok, jakby sądząc, że złamie go w ten sposób.
- W porządku - rzekła oschle.
Jasper posłał jej rozbrajający uśmiech. Zrozumiał, że ani trochę mu nie uwierzyła, ale nie obchodziło go to. Przywykł już do tego, że nikt mu nie wierzył.
Zanim znów się odezwała, wzięła głęboki wdech na uspokojenie. Nie przestała jednak stukać paznokciami o biurko, najwyraźniej potrzebowała jakoś odreagować rozmowę ze swoim mniej lubianym wychowankiem.
- Rano przyleciał gołąb pocztowy. Z listem do ciebie.
Jasper skrzyżował ramiona na piersi. Zaczął bujać się na krześle, mrużąc podejrzliwie oczy.
- Do mnie? Od kogo?
- Skąd mam to wiedzieć? W przeciwieństwie do niektórych nie czytam cudzej korespondencji. - Spojrzała znacząco.
Raz, gdy miał dziewięć lat, przyłapała go na czytaniu prywatnego listu, który dostała od jakiegoś napalonego wielbiciela. Nie mógł się powstrzymać, był ciekawskim dzieckiem. Potem już zawsze traktowała go bardziej cierpko niż pozostałych wychowanków.
Wreszcie wyjęła z biurka kopertę, po czym przesunęła ją w jego stronę. Jasper się zawahał, ale po chwili wziął ją do rąk i obejrzał, obracając w palcach. Wyjął list i wlepił wzrok w zapisany pergamin. Próbował odczytać nakreślone słowa, ale nigdy wcześniej nie widział podobnych liter. Nie znał tego języka.
Odwrócił kopertę, na której znajdowało się jego imię, a także adres sierocińca, ale cała reszta była nie do odczytania. Podniósł wzrok na panią Payne, która zaczęła zdrapywać łuszczący się lakier ze swoich długich szponów.
- Jakiś problem? - zapytała.
- Nie - rzucił, bo w kopercie znalazł coś interesującego. Sięgnął do środka i położył niewielki przedmiot na dłoni. Aż go zamurowało.
Przedmiotem okazał się medalion z wygrawerowanym wizerunkiem smoka, dziedziczony z pokolenia na pokolenie przez Władców Smoków. Jasper od razu go rozpoznał. Należał do jego ojca.
Łańcuszek został przerwany, a wizerunek smoka wgnieciony, ale i tak wciąż robił niesamowite wrażenie. Czarne jak węgiel łuski przyciągały wzrok, a oczy skrzące się jadeitową zielenią wpatrywały się w Jaspera intensywnie. Drżącą dłonią obrócił medalion i od razu dostrzegł wyryte inicjały: H. S. Henry Snider.
Nie mógł pojąć, kto przysłał mu wiadomość z medalionem, skoro jego rodzice nie żyli. A co ważniejsze, jak ten ktoś go odnalazł? Jasper zadał sobie wystarczająco dużo trudu, by zniknąć z radarów. List został nadany z jego ojczyzny, o czym świadczył kształt pieczęci. Skoro ktoś z Rethanii go odnalazł, mogli to zrobić i inni.
Możliwe, że przeszłość właśnie go dopadła.