Jasnowidząca - Xavier de Montépin

Kup ebooka

6.15 zł
5.29 zł (6,15 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

VII.

 

Jan Vaubaron nie był wcale młodzieńcem wdającym się w jakiekolwiek awanturki romansowe. Oddany z ciałem i z duszą pracy ręcznej jak i umysłowej, żył w najzupełniejszem osamotnieniu. Nie wdawał się z żadnym ze swoich hulackich i roztrzepanych towarzyszów, nie znał i nie zazdrościł im owych rozrywek hałaśliwych i rozpustnych, tak przez młodzież ukochanych, a słowo miłość, tak często powtarzane w piosnkach wesołych i erotycznych, przez kolegów w warsztacie, w jego sercu żadnego echa nie budziło, żadnych myśli ani pragnień namiętnych w niem nie wzniecało.

Mieszkał na poddaszu w nędznej izdebce, w domku ubogim, na jednem z najskromniejszych przedmieść paryskich. W izdebce stał prosty tapczan, stół i dwa stołki drewniane, niemal od siekiery ociosane. W rogu umieścił piecyk żelazny. Służył on do ogrzania izdebki wśród mroźnych nocy, i za rodzaj małej giserni, gdy chciał co przetopić.

Porzucał do dnia izdebkę, a wracał aż późno wieczór. Jadał w bardzo lichej i taniej garkuchni, nieopodal od warsztatu w którym pracował, i prawie nigdy się nie zdarzyło, żeby kiedy w dzień, wspinał się po sześciu piątrach na swoje poddasze.

Naprzeciw niego, przedzielona wąskim korytarzem, była druga podobna izdebka, w której mieszkały dwie kobiety. Nie znał swoich sąsiadek, i nigdy z żadną z nich nie rozmawiał.

Czasem spotykał się z niemi na schodach. Zwróciły nawet jego uwagę przelotną, ubraniem, więcej niż skromnem, prawie nędznem, ale czystości niepokalanej.

Jedna z nich była siwiuteńka, z twarzą żółtą jak wosk, z policzkami zapadniętemi, z oczami krwią nabiegiemi.

Druga, młoda dzieweczka, niemal dziecko jeszcze, wzrok zachwycała twarzyczką prześliczną, bujnemi blond włosami, dużemi, czarnemi oczami, z wyrazem anielskiej czystości i łagodności, usteczkami maleńkiemi, trochę blademi, trochę smutnemi, które jednak możnaby było bardzo łatwo zaróżowić i śmiać się nauczyć. Te dwie kobiety były matką i córką.

Gdy Jan znalazł się kiedy na ich drodze, usuwał się, aby im miejsce zrobić, i oddawał im ukłon pełen uszanowania. Domyślał się instynktowo, że muszą być ofiarami jakiejś niedoli wielkiej, a niezasłużonej, którą umiały znieść ze szlachetną rezygnacją. Szedł dalej, a obraz tak matki, złamanej nie tyle latami, ile nieszczęściem, i tego dziewczątka, rozkosznie rozkwitającego, zacierał się natychmiast w jego umyśle, zajętym jak wiemy, specyalnie i wyłącznie wielkiemi pomysłami i przyszłemi wynalazkami. Zresztą... jeszcze to raz powtarzamy... Jan nie troszczył się i nie pytał o nic co się w domu działo, i tak samo jak w warsztacie, nie nawiązywał z nikim bliższych stosunków.

Dnia pewnego wrócił do domu w porze niezwykłej, około drugiej z południa, zapomniał był bowiem rano wychodząc, rysunku pewnej maszyny.

W bramie domu czekał go widok smutny i niespodziewany.

Na środku sieni ustawiono nader skromny katafalk, na którym spoczywała trumna z desek na czarno lakierowana. W głowach stała kropielnica z kropidłem, kilka świec zaledwie katafalk otaczało.

Jan umoczył kropidło i według zwyczaju we Francyi przyjętego, pokropił zwłoki wodą święconą, z cichem westchnieniem do Boga za tą duszą.

Kobieta zastępująca stróża w domu, miała swoją siedzibę w ciemnej norze pod schodami.

Jan nigdy się przed jej drzwiami nie zatrzymywał i nigdy z nią nie rozmawiał. Nie przez dumę, chroń Boże! ale z przyczyny że był wrogiem zdeklarowanym każdej chwili straconej, i słów bez celu na wiatr rzuconych.

Tym razem jednakże ulegając ciekawości mimowolnej, zatrzymał się i spytał kobietę na progu stojącą:

- Któż to wam umarł w domu?

- Jakto panie Yaubaron? - uderzyła w dłonie - nie wiesz nic o tem!?

- Na prawdę!... nie wiem.

- A przecież to umarła pańska najbliższa sąsiadka!

- Jaka sąsiadka?

- Jedna z tych, które naprzeciw pana mieszkają... Musisz je znać doskonale...

- Przeciwnie, nie znam ich wcale.

- Rany Chrystusowe! czyż to podobna? No! zresztą pan więcej za domem niż w domu, i Bogiem a prawdą nie masz pan czasu jak to inni, latać za spódniczkami... Otóż! było ich dwie pańskich sąsiadek... stara i młoda... pani Bernard i jej córka... ładna blondyneczka...

Po raz pierwszy w życiu, Jan uczuł dziwne i głębokie wzruszenie; jakieś drganie wewnętrzne, sięgające aż na dno serca.

- Boże miłosierny! - bąknął tak zmieszany i zaniepokojony, iż sam tego pojąć nie mógł, a więc i ukryć nie potrafił. - Boże mój!... córka zatem umarła?...

Głos mu ustrzągł w gardle.

- Kto taki, kto? - dokończyła baba. - Ależ nie córka umarła, panie Vaubaron, tylko matka... chociaż to na jedno wychodzi dla tego biedactwa!... bo powiedz mi pan tylko, co ona teraz pocznie, taka młoda i samiuteńka jak palec na bożym świecie.

Młodzieniec nic już na to nie odpowiedział. Skinął szybko głową, dziękując staruszce za dane mu objaśnienie i pobiegł na swoje poddasze, przeskakując po dwa schody na raz.

Przechodząc koło drzwi naprzeciw swojej izdebki, usłyszał przez deski cienkie i zaledwie zbite, głuche łkanie, które go bolem przeszyło. To młoda dziewczyna jasnowłosa, płakała po stracie matki.

To biedne dziecię było mu zupełnie obce, prawie nieznane. Nie miał zatem prawa mieszać się do jej życia, wtrącać się w jej boleść, nieść jej słowa pociechy...

- Sama na świecie!... sierota jak ja!... mówił w duchu - ale stokroć nieszczęśliwsza... nie znając bowiem matki, nie mogłem jej żałować...

Serce mu się ścisnęło. Chwycił rysunek po który przyszedł na górę i wrócił nazad do warsztatu.

Przez resztę dnia był dziwnie smutny, roztargniony i przybity. Zdawało mu się, przez jakąś szczególną halucynacyę, że echo łkań sieroty, na pół stłumionych, aż tu go dochodzi.

Gdy wracał późnym wieczorem, przyłożył ucho do drzwi, przez które wyniesiono umarłą. Cisza grobowa panowała w izdebce.

Młoda dziewczyna spała zapewne wycieńczona i znużona.

- Sen ją pokrzepi i pomoże siły odzyskać - Jan pomyślał.

I jemu lżej się na sercu zrobiło.

Jak zwyczajnie zapalił lampę, usiadł przy małym stoliku, porozkładał przed sobą dzieła o mechanice, papier i ołówek, i spróbował pracować ale nadaremnie. Myśli rozbijały się po głowie chaotycznie, oczy wlepiał bezmyślnie i z roztargnieniem niesłychanem w figury geometryczne w książce wyrysowane.

Zrozumiał nareszcie, iż pracować w tej chwili nie potrafi i rzucił się więc na łóżko i usnąć usiłował. I tego nie mógł dokazać. Myśl jedyna, mózg świdrująca, usnąć mu niedozwoliła. Zdawało mu się że widzi ciągle w ciemnościach go otaczających dziewczę jasnowłose, blade i złamane, podobne zupełnie do posągu boleści.

Noc całą w ten sposób przepędził, a noc ta wydała mu się wiecznością. Gdy nareszcie wybiła godzina, w której udawał się zwykle do warsztatu, Jan wstał znużony zupełną bezsennością.

Cóż się działo w tej duszy? jakie uczucie nowe, potęgi niezrównanej, zawładło nią tak zwycięzko i sprawiało w niej przewrót tak niezwykły.

Gdyby się Jana wprost spytano, byłby zapewne odpowiedział, że litość to sprawiła. My jednak bardziej pod tym względem doświadczeni, możemy zapewnić śmiało, że ten czemś tajemniczem i nieokreślonem była miłość po prostu; miłość o tyle niebezpieczna, o ile była dotąd nieświadoma. Młody mechanik nie domyślając się niczego, nie próbował nawet z nią walczyć, co byłby może wiedząc uczynił, powiedziawszy sam sobie:

- Jestem za ubogi, abym miał prawo być zakochanym.

Tak minął tydzień.

Dnia ósmego Jan wracał do domu wcześniej niż zazwyczaj. Stróżka zatrzymała go na schodach.

- Panie Vaubaron! - spytała - czyś nie widział przypadkiem temi dniami twojej sąsiadki?

- Nie - odpowiedział zaniepokojony.

- A wiesz pan, że z nią może być źle!

- Dla czego?

- Wyobraź pan sobie, że od dnia pogrzebu dwa razy tylko wyszła z domu. Jak i czem żyje, skoro nic nie kupuje do jedzenia? Rozumiesz to pan?... bo ja nie! Wczoraj poszłam ją odwiedzie. Musiałam bić we drzwi z pięć minut, zanim mi nareszcie otworzyła... Była całkiem biała... nieprzymierzając jak dyzerter z katafalka.... Miała taką minę, jakby zaraz upaść miała. Mówię zatem do niej: - Pannusiu! panno Marto! może ci czego potrzeba? Przyszłam się dowiedzieć i chętnie się postaram o wszystko. - Odpowiedziała bardzo grzecznie, że mi bardzo a bardzo dziękuje, nie potrzebuję przecież niczego... i prędko drzwi mi przed nosem zamknęła... Dziś znowu wyszła... Niosła jakiś koszyk pod szalem... Szła wolno, wolniuteńko, że aż mi się serce krajało! Wyglądała przytem jak istny upiór!... Zaraz sobie powiedziałam: - Temu biedactwu coś strasznie do głowy przystąpiło.

- Myślicie zatem Tomaszowo, że jest chora niebezpiecznie?

- Nie wiem czy jest chora, ale co innego zajechało mi furą siana do głowy: oto ona chce sobie po prostu śmierć zrobić!

Mechanik drgnął i brwi mu się ściągnęły ponuro. Myśl sama o zamiarze tak rozpaczliwym, uderzyła go niby nożem w serce.

- Jakże by temu przeszkodzić? - bąknął.

- Na pańskiem miejscu, starałabym się nawiązać znajomość z panną Martą Bernard... Między takimi jak wy młodymi, łatwo przecież o znajomość... i jakoś bym jej to wyperswadowała... Żal widzi pan i samotność, niszczą i w grób wtrącają to biedactwo... Zrobisz to panie Vaubaron?

- Spróbuję przynajmniej!... - Jan odpowiedział, idąc zwolna na swoje poddasze.

Po drodze szeptał zrozpaczony:

- Radbym z duszy poznajomić się z tą panienką... rozproszyć jej smutne myśli... może nawet wyrwać ją ze szponów śmierci przed wczesnej... tak, tak... radbym szczerze, ale jak się wziąć do tego?...

I jakoś nie mógł się na nic zdecydować, nie mógł rozstrzygnąć tej kwestyi drażliwej.

Schody oświetlano tylko do dziesiątej wieczór... teraz było już po jedenastej, i ciemności panowały egipskie. Jan znał jednak schody bardzo dobrze, aby nie trafić do swoich drzwi i po omacku.

Machinalnie, z przyzwyczajenia, wcale stopni nie rachując, zatrzymał się na setnym pięćdziesiątym. Stał przed swoimi drzwiami. Wyjął klucz z kieszeni chcąc w zamek włożyć.

W chwili gdy drzwi miał otwierać, szmer niezwykły uderzył słuch młodego człowieka. Dreszcz śmiertelna nim wstrząsnęła; odstąpił od swoich drzwi, przeszedł na drugą stronę korytarza i ucho przyłożył do drzwi swojej sąsiadki.

Szmer zasłyszany był co prawda wielce niepokojący. Niby echo ciężkiego stękania, a raczej charczenia, jakby już w chwili przed zgonem. Jan mógł się jednak omylić, mając tak podnieconą wyobraźnię.

Tak sądził z razu, przyłożywszy bowiem ucho do dziurki w zamku, słyszał li uderzenia gwałtowne serca własnego.

Miał już wrócić do siebie, gdy w tem odezwał się ten sam jęk, czy charczenie bolesne i przerażające.

Teraz nie wątpił dłużej... To nie było ani łkanie, ani skarga bolesna, ani modlitwa błagalna duszy uciśnionej, co go uderzyło.... Tylko agonja tak się odzywa!

Jan, jak wiemy, był silny i pełen energii, tak fizycznie jak i moralnie. A jednak osłabi na razie, o mało nie zemdlał i nie padł na wznak od strasznego wrażenia, gdy miał jakby objawienie, prawie dowód namacalny, że o kilka kroków od niego, Marta Bernard kona!

To zresztą obezwładnienie sił duszy, jak i ciała, trwało zaledwie kilka sekund.

Młodzieniec oprzytomniał, wyprostował się pełen energi i woli niezłomnej do działania:

- Uratuję... na Boga się klnę!... muszę ją li ratować!

I nie zastanawiając się ani chwili, jak jego czyn byłby niestosownym w razie pomyłki, nie wołając nikogo na pomoc, i nie robiąc na razie hałasu, cofnął się o kilka kroków, a potem puścił się pędem i o drzwi uderzył z całej siły.

Drzwi na pół zmurszałe, nie wytrzymały ataku.

Od pierwszego razu deski zatrzeszczały, zamek pękł, zawiasy się oderwały, i drzwi zwaliły się do środka.

Jan chciał natychmiast wpaść do izdebki ale odurzony, musiał do progu wstecz się cofnąć...

 

IX.

 

Raz zdecydowawszy się na małżeństwo, nic nie zostawało naszej parze rozkochanej, jak połączyć się czemprędzej przed ołtarzem. Żadna zresztą zapora nie przeszkadzała im do tego. Sieroty, tak jedno jak i drugie, nie potrzebowali starać się o niczyje pozwolenie. Wystarczało wobec prawa złożenie w merostwie z ich metrykami jednocześnie aktu pośmiertnego obojga rodziców.

Jan zajął się zebraniem potrzebnych papierów i dokumentów z gorliwością, świadczącą najwymowniej, jak niecierpliwą jest jego miłość.

Zdawało mu się, iż błogosławiony dzień ślubu nigdy dość prędko nadejść nie może.

I Marta pod pewnym względem podzielała tę niecierpliwość. Czuła się tak serdecznie kochaną, tyle miała nawzajem dla swego narzeczonego wdzięczności i miłości, że radaby była każdej chwili zostać jego żoną, i wierzyła święcie w przyszłość najszczęśliwszą. A jednak, rzecz dziwna: nie opuszczała jej melancholja niepozbyta, nie do przezwyciężenia. Za mało czasu upłynęło od śmierci matki; rana głęboka dotąd nie była się zabliźniła. Jeżeli chwilami, gdy Marta rozmawiała z narzeczonym, uśmiech błogi zaigrał na jej bladych usteczkach, znikał szybko, a natomiast łzy rzewne i rzęsiste wytryskały z jej czarnych, smutnych źrenic.

Z tego, o czem wspomnieliśmy w poprzednich rozdziałach, nasi czytelnicy z łatwością zrozumieli, że młody mechanik, żyjący z dnia na dzień, i studjujący z takim zapałem sztukę dla sztuki, nie dla zarobku, nie mógł wiele na bok odkładać. Niesłychanie obojętny na wszelkie używania i rozkosze zmysłowe, i pod tym względem nic prawie nie wydając, dużo jednak obracał z grosza zarobionego na książki naukowe i kosztowne instrumenta.

Gdy raz postanowił się ożenić, wszystko się zmieniło. To co dla siebie uważał za zupełnie dostateczne, wydało mu się nędznem, nawet wprost niemożliwem dla jego Marty ukochanej.

Ani chciał słyszeć o tem, żeby mieli zostać nadal na poddaszu, w izdebce ciasnej i ponurej, z tapczanem, stołem i dwoma stołkami za całe umeblowanie. Postanowił wynająć w tym samym domu, tylko niżej, mieszkanko obszerniejsze i stosowniejsze.

Tomaszowa wielce mu ten zamiar pochwaliła. Pokazała mu zaraz na czwartem piątrze: - "Istne cacko" (jak się wyrażała). Dwa pokoiki z kuchenką. Pokoje od ulicy, oklejone obiciem taniem, ale gustownem i wesołem.

Młody człowiek uradowany, zapłacił z góry za pół roku, ani chwili się nie namyślając. Przytem polecił stróżce jak najusilniej, żeby to zachowała aż do dnia ich ślubu w tajemnicy, rad był bowiem zrobić tem Marcie miłą niespodziankę, wprowadzając ją nagle do skromnego, ale miluchnego gniazdka, dla niej z miłością usłanego.

Jeszcze zostawała nierozstrzygniętą kwestya umeblowania, kwestya ważna, bo wymagająca pewnej sumki, a Jan nie miał już ani grosza przy duszy.

Postanowił więc pójść za przykładem kolegów i po raz pierwszy prosić swego pryncypała o zaliczkę. Z wielką mu to jednak przyszło trudnością, mimo iż codziennie o coś podobnego udawano się do właściciela warsztatu. Jan był wogóle za dumny do prośby jakiejkolwiek, a nawet trochę dziki pod tym względem.

Musimy dodać, iż nie zdarzyło się przecież, żeby czeladnik porządny i pracowity nie otrzymał kiedykolwiek podobnej zaliczki.

Chcąc skończyć jak najprędzej i załatwić sprawę tak mu nie miłą, młody człowiek wszedł dnia pewnego do gabinetu właściciela warsztatu.

- Panie!... - zaczął się jąkać, mnąc i obracając czapkę w rękach - byłeś zawsze tak łaskaw... tak dobry dla mnie... że... czuje się w obowiązku... uprzedzić pana... powiedzieć mu... o moim ślubie...

Mechanik drgnął, a jego twarz wyrażała najwyższe zdumienie. Czoło zmarszczył niemal gniewnie. Wiemy już, że snuł w głowie pewne plany, iż chciał się zabawić w Opatrzność co do Jana przyszłości. Słowa młodego człowieka wywracały do góry nogami plany i projekta, do których mechanik był się już całą duszą przywiązał.

- Pan się żenisz!... - powtórzył, jakby nie wierzył własnym uszom, jakby nie mógł przypuścić podobnego szaleństwa.

- Tak panie...

- Ależ to być nie może!... pan drwisz chyba ze mnie!

- Mówię całkiem na seryo...

- W twoim wieku?!...

- Wiek nic nie ma do tego... Skończyłem lat dwadzieścia; miałem zaś lat piętnaście, gdym pracował sam jeden, na utrzymanie siebie i dwojga starców, moich przybranych rodziców...

- Wiem żeś chłopiec odważny i najporządniejszy w świecie; ale do stu kaduków! któż bo się żeni w latach dwudziestu?!...

- Żenią się... czemu nie... skoro prawo na to pozwala...

- Kobieta, którą chcesz poślubić, dałbym szyję, że starsza od ciebie...

- Żleby było, panie, bo byś przegrał zakład... moja narzeczona nie ma jeszcze lat szesnastu...

- Czy ma przynajmniej majętnych rodziców?...

- Sierota, tak samo jak ja...

- Ma zatem w ręku swój majątek?...

- Niema ani grosza...

Właściciel spojrzał na Jana osłupiały, prawie rozjuszony. Czytało się w jego oczach, że patrzy na niego, jak na skończonego waryata.

- Ani grosza?!... i ty ją chcesz poślubić?... - wybuchnął gwałtownie.

- Tak panie...

- Ale dla czegóż? dla czego, pytam?!...

- Bo ją kocham...

- To nie jest żaden powód!...

- O! jest panie, i nawet powód najsłuszniejszy!...

- Zastanów się tylko, pomyśl nad tem, mój młody przyjacielu! - właściciel wpadł w ton łagodnej, ojcowskiej niemal perswazyi. - Kamień młyński, wiążesz sobie do szyi!... chcesz się unieszczęśliwić na resztę życia!...

Młodzieniec potrząsł głową energicznie:

- Spodziewam się wręcz przeciwnie, że moja żona szczęście mi zapewni...

- Nic dotąd nie złożyłeś... Twoja żona posiada drugie tyle!... Na prawdę... łączą się... głód z pragnieniem!

- Mam dwie ręce... moją zdatność i odwagę... Z tem nie zna się ni głodu, ni pragnienia...

- Dzieci zaczną się sypać...

- Będą nam najpożądańsze!...

- Z niemi wejdzie pod wasz dach nędza...

- Biorę na siebie przepędzić ją na cztery wiatry!... Zresztą... będzie co Bóg da!...

- Więc to już nieodwołalne?...

- Rzecz naturalna!... Wyszły nasze zapowiedzi... za dwa tygodnie ślub.

- Taak?!... więc pan nie przyszedłeś zasięgnąć mojej rady?

- Nie panie... Chciałem po prostu uprzedzić pana o tem.

- W takim razie - właściciel nie ukrywał wcale gniewu i najwyższego rozdrażnienia. - Szkoda każdego słowa!... Top się pan, skoro tak ci się podoba!... Skujcie się nawzajem łańcuchami nędzy i głodu!... To twoja rzecz!... ja się do tego nie mieszam... skoro temu nie mogę zapobiedz!...

- Mógł byś pan w każdym razie poratować mnie - Jan kończył z sercem gwałtownie bijącem - i nawet bardzo na pańską pomoc liczyłem.

- Na moją pomoc?... i w czemże, jeżeli wolno wiedzieć?...

- Stał byś się pan naszym dobrodziejem, naszą Opatrznością!...

- Dalej! dalej!... proszę kończyć!... - właściciel mówił tonem szorstkim, zapowiadającym odmowę, z góry postanowioną.

- Oto prosiłbym o małą zaliczkę... Potrzebuję trochę pieniędzy, aby umeblować jako tako mieszkanko, które właśnie nająłem i do którego chcę wprowadzić po ślubie moją młodą żoneczkę.

Właściciel słysząc tę prośbę wypowiedzianą tak po prostu i z taką rozczulającą naiwnością, uśmiechnął się zjadliwie:

- Ejże? strzepnął palcami. - Liczyłeś pan zatem na mnie, iż pomogę ci umeblować apartament dla przyszłej pani Vaubaron?

- Tak panie...

- Toś się pan grubo przeliczył!...

Jan rzucił się jakby pod silnem uderzeniem.

- Jakto, panie pryncypale?!... Nie będziesz łaskaw mnie poratować bodaj sumką najmniejszą?...

- Ani mi się śni!

- To jednak, o co błagam, otrzymywał nie raz i nie dwa każdy z moich kolegów w warsztacie...

- Szczera prawda... dziś atoli nie myślę przyczyniać się i zachęcać niejako przez rodzaj wspólnictwa, do czynu, który uważam za istne szaleństwo!... Nie jestem zresztą na tyle bogatym, żeby dawać moje pieniądze na przepadłe!

- Na przepadłe?! - powtórzył Jan z oburzeniem niesłychanem. - Pan nie masz prawa w ten sposób do mnie przemawiać!... Wiesz pan żem dobry robotnik i człowiek najuczciwszy!...

- Wiem o tem wszystkiem doskonale, ale wiem i to, że skoro się ożenisz, będziesz wystawiony co dzień i co godzina na coraz nowe potrzeby i kłopoty, na które nie wystarczy twój zarobek, choćbyś dzień i noc pracował... Jakże byś mógł w podobnem położeniu, jeżeli nigdy jeden grosz drugiego nie dogoni, odrobić moje pieniądze?

Jan był dumny i ambitny. Mimo, iż dotąd zajmował tak podrzędne stanowisko, znał się na wszelkich odcieniach obejścia delikatnego.

Uczuł się więc dotkniętym do żywego szorstką odpowiedzią pryncypała i nie myślał dłużej nalegać.

- Chciej mi pan wierzyć - rzekł ze sztywnością mimowolną i może trochę za ostro - że pierwszy żałuję niesłychanie kroku, którego następstw niemiłych nie mogłem naprzód przewidzieć. Sam sobie jakoś poradzę.

- Życzę panu, choć się nie bardzo tego spodziewam - odpowiedział pryncypał ironicznie - powiem nawet po prostu, że jestem pewny rezultatu wręcz przeciwnego.

Młody człowiek skłonił się lekko i wyszedł z głową do góry, z miną gęstą, ale z sercem ściśniętem i do głębi zranionem.

Jakież upokorzenia i bole miała mu przynieść przyszłość, skoro ten człowiek, którego uważał dotąd za bardzo dobrego i jemu szczerze życzliwego, nie chciał się robić wspólnikiem owego małżeństwa? Widocznie zapatrywał się na ten związek nie tylko jak na proste szaleństwo, ale w dodatku, jak na coś niebezpiecznego i niemal występnego.

To zresztą nie mogło w niczem zachwiać jego przedsięwzięcia. Nie wstrzymało go nawet od umeblowania mieszkania, którem zamierza! zrobić swojej żoneczce miłą niespodziankę.

Udał się zatem do żyda tandeciarza na tej samej ulicy, który zdecydował się sprzedać mu meble potrzebne o dwadzieścia pięć procent drożej niż ich wartość rzeczywista, ale nie żądając na razie gotówki. Od niego zatem wziął to, bez czego nie może się obejść, choćby dom najuboższy.

Niestety! Jan oddał się na pastwę jednemu z kół owej machiny piekielnej i niczem nienasyconej, która się długiem nazywa, i która rzadko, prawie nigdy nie zadawalnia się tem jednem ramieniem swojej ofiary, wtedy dopiero wypuszczając ją ze swoich szponów, gdy ją zmiażdży do szczętu!...

Związek Jana z Martą był zresztą zawarty pod wróżbami najsmutniejszemi. Młody mechanik, nie mając żadnych przyjaciół, musiał udać się do ludzi zupełnie obcych, zaledwie mu znanych, prosząc ich na świadków ze strony jego i jego przyszłej małżonki. To uczyniło dziwnie lodowatym ślub w merostwie. I ślub kościelny nie był o wiele weselszym. Trzeba jednak było tych obcych ludzi zaprosić bodaj na skromne śniadanko w pomieszkaniu nowożeńców, aby im tem choć w części wynagrodzić rodzaj trudu, którego podjęli się z grzeczności.

Tego samego wieczora Jan dostał list od swojego pryncypała, w którym ten ulegając nikczemnej chęci zemszczenia się za urazę urojoną, zapowiadał mu w krótkich słowach, że nie ma dla niego roboty, życzy mu zatem, aby się starał o miejsce w innym warsztacie.

Był to dla Jana cios okropny!... Młode małżeństwo mogło nie mieć na kawałek chleba nazajutrz po ślubie, jeżeliby Jan nie znalazł na razie roboty.

Dzięki Bogu! tak źle nie było... Młody człowiek, nie tracąc odwagi, postarał się natychmiast o miejsce w innym warsztacie, i jego zabiegi nie były bezskutecznemi. Wkrótce nowy jego pryncypał zaczął go cenić wysoko, tak, jak na to zasługiwał.

Wtedy, mimo braków rozmaitych, możnaby nawet powiedzieć mimo nędzy, Jan i Marta czuli się najszczęśliwsi; patrzyli w przyszłość przez pryzmat miłości wzajemnej; życie wydawało im się piękne i promieniste, mieli bowiem oboje raj w sercu!...

 

X.

 

W rok niespełna po ślubie, Blanka na świat przyszła. To dzieciątko zdwoiło wprawdzie szczęście młodych małżonków, ale odtąd zdwoiły się również ich troski i niedostatek.

Musimy wytłumaczyć kilku słowami ten niedostatek naszym czytelnikom, bo cały świat wie przecież, iż zarobek biegłego mechanika powinien by aż nadto wystarczać na skromne utrzymanie tak dotąd nielicznej rodziny.

Aby sobie z tego zdać sprawę dokładną, nie zapominajmy o długu zaciągniętym przez Jana u żyda tandeciarza. Ten dług drobny zrazu, grał u tych biedaków role Skały Sisyfa! Jan nieszczęśliwy nie był w stanie zapłacić długu na pierwszym terminie. Spadał on mu teraz na głowę co kwartału, mnożąc się w nieskończoność procentami od procentów. Dość na tem, iż po roku z drobnostki urosła suma wcale pokaźna.

Lichwa, którą mu wydzierał co miesiąca Samuel Hirsch (tak się nazywał tandeciarz), pożerała większą połowę zarobku biednego rzemieślnika.

Młody człowiek zresztą nie poświęcał czasu całego robotom płatnym przez jego obecnego pryncypała... Nic na świecie nie wstrzyma wynalazcę i najuboższego, od wędrówki po tej drodze ciernistej, najeżonej przeszkodami, prawie nie do przewalczenia, i rozczarowaniem bolesnem na każdym kroku; po tej drodze, która prowadzi go najczęściej w otchłań nędzy najstraszliwszej. Jan dla siebie niczego nie potrzebujący, był spragniony wielkiego majątku dla żony i dla swojej córeczki. Otóż, pełen wiary w swoje pomysły gienjalne, miał to niezachwiane niczem przekonanie, iż prędzej, czy później, zdobędzie ów majątek, przez jakiś wynalazek uderzający, przez wynalazek wielki i pożyteczny, stanowiący przewrót niemal w epoce, w której się pojawia. Szukał więc i badał bez wytchnienia. Nie dawał się zbić z tropu niepowodzeniom. Co nocy, trawił kilka godzin na rozmaitych poszukiwaniach. Okazywał zdolność i talenta niepospolite w tym kierunku, nie dochodził jednak do rezultatów praktycznych i przynośnych; to też, powtarzamy, niedostatek przybierał z dniem każdym większe rozmiary, położenie stawało się niemal rozpaczliwem.

W trzecim roku pożycia małżeńskiego naszej młodej pary, promyk jaśniejszy rozproszył na chwilę czarne i ciężkie chmury, gromadzące się na widnokręgu biednego Vaubaron'a. Mógł sądzić, iż wreszcie zabłysła mu gwiazda szczęśliwsza, którą tak długo chmury przeciwności i niepowodzeń skrywały całkowicie.

Model młócarni, wysłany przez niego na prowincye, na jakąś wystawę rolniczo-przemysłową w jednem z miast departamentalnych, dostał medal złoty pierwszej klasy i otrzymał przywilej wyłączny na lat pięćdziesiąt. Ten model nabył od niego pewien industryel za cztery tysiące franków, a zarobił na nim ze sto tysięcy!

Zaledwie dostał do rąk te pieniądze, (pierwszą sumę znaczniejszą w swojem życiu) Jan uczuł się niezmiernie bogatym, a przynajmniej na najlepszej drodze do zrobienia wielkiego majątku.

Marta nie ze wszystkiem podzielała olśnienie i oszołomienie swojego męża; nie żeby go uważała za człowieka ograniczonego, lub wątpiła o jego świetnej przyszłości: posiadała jednak ów prosty rozsądek, który patrzy na wszystko trzeźwo i praktycznie. Każdy wynalazca jest po trochę poetą. Tu role były zamieniane. Jan w małżeństwie przedstawiał poezyę, Marta zaś była prozą uosobistnioną.

- Popłaćmy najprzód długi - błagała męża. - Spokój zupełny, to połowa szczęścia.

- Ależ, dziecię drogie! - wołał mechanik z zapałem - cóż ty mówisz o spokoju! Czyż nie uważasz, że dążymy wielkiemi krokami ku sławie i ku bogactwu? Wybijam się! wypływam na wierzch! Wkrótce imię moje stanie się głośne. Mam-że dla kilku franków zatrzymać się w drodze? Na prawdę! toby było szczytem szaleństwa!...

- Cóż wiec zamyślasz?

- Zatrzymać te pieniądze i robić dalej, co dotąd robiłem... pracować... badać... i zdobyć dla siebie sławę, a dla ciebie i Blanki wielki majątek!...

Marta ciężko westchnęła i... umilkła.

Vaubaron nie zawahał się niestety! i poszedł torem najniebezpieczniejszym. Oddał się duszą całą wynalazkom: pracował odtąd tylko u siebie, i łudził się, że płynie z rozpiętemi żaglami ku spełnieniu wszystkich swoich marzeń.

Żyd tandeciarz dostał tyle zaledwie na dług, żeby siedział cicho przez kilka miesięcy.

Aby nie rozwałkowywać nadto naszego opowiadania, pomijamy lat kilka od dnia, w którym Jan powziął myśl nieszczęsną porzucenia warsztatu i pracy w domu, aż do chwili, w której dramat nasz się zaczyna.

Te lata prowadziły młode małżeństwo zwolna, ale tem pewniej do katastrofy nieuniknionej. Gdy raz wydano owe cztery tysiące franków, (a wnet się z niemi uporano!) zaledwie mógł biedny mechanik, tonąc w olbrzymich projektach i kombinacyach, a pogardzając robotami pospolitszemi, zaledwie mógł zarobić na chleb powszedni.

To go jednak ani smuciło, ani przerażało. Łudził się mimo tego wytrwale. Widział się u celu lada chwila, a ten cel tymczasem, coraz dalej od niego umykał.

- Co znaczy niedostatek dzisiejszy... - mawiał - skoro jutro, pojutrze zaczniemy opływać we wszystko?... Teraźniejszość nie istnieje!... przyszłość jest wszystkiem!

Tymczasem, czekając na te świetności, trzeba było co tydzień pozbywać się czegoś z domu. Dziś sprzedawano kilka sztuk bielizny, jutro jakiś sprzęt, i tak w domu i tak ubogim, robiło się coraz puściej, nędza zaglądała wszystkiemi szparami.

Zapewne, że to jeszczeby niczem nie było... Gotowibyśmy powtórzyć z Vaubaron'em: - "Co tam! mniejsza o chwilowe niepowodzenia! " - Jasność potrójna, młodości, miłości i świetnych nadziei, wystarczała, aby rozprószyć ciemności chwilowe...

"Nieszczęście nie przychodzi nigdy samo" - powiada przysłowie. Marta, jak wiemy, była z natury niesłychanie wiotka i delikatna. Dotąd jednak zdrowie jej w mężu żadnych obaw nie budziło. Nagle młoda kobieta zaczęła pokaszliwać i słabła z dniem każdym. Skarżyła się na ból w piersiach, szum w uszach i bicie serca.

Tak się zawsze zaczyna owa straszna i nieuleczalna jak dotąd choroba! Rozwinęły się u niej suchoty galopujące.

W chwili gdyśmy weszli z naszymi czytelnikami do pomieszkania Vaubaron'ów, choroba tak się wzmogła, że nie było już nadziei, żeby Marta żyć mogła... Słyszeliśmy z ust samego lekarza wyrok fatalny: słyszeliśmy, jak zapowiadał, że odtąd uważa swoje wizyty za zbyteczne.

Nie na tem koniec. Wiemy, że od dni kilku i mała Blanka zaczynała pewnemi symptomami budzić w ojcu obawę i najwyższy niepokój.

Na domiar do tych wszystkich boleści, łączyły się troski pieniężne, nierozplątane, a dojmujące do żywego. Choroba Marty bardzo wiele kosztowała. Ze wszystkich stron cisnęły długi, krzykliwe i nieubłagane. Nie było dnia prawie, żeby nie napadano na nieszczęśliwego Vaubarona. nawet w jego własnem pomieszkaniu, żeby nie upominano się wytrwale, a najczęściej w sposób grubiański, o mniejsze lub większe kwoty: a wszystko trzeba było ukrywać przed Martą najstaranniej, uspokajać ją przez rozmaite wykręty i kłamstwa świątobliwe.

Nie wspomnieliśmy dotąd o długu najważniejszym, i mogącym mieć dla Jana następstwa najfatalniejsze: pozbawić go po prostu wolności.

Mimo ubezwładnienia niejako, w skutek trosk i zgryzot najrozmaitszych, w głowie Vaubaron'a zrodziły się dwa pomysły, mające na prawdę wielką przyszłość przed sobą.

Oto o czem myślał bezustanku:

Koleje żelazne jeszcze nie istniały w Europie w roku 1830, a Vaubaron zapragnął nie parą poruszać lokomotywę, ale stworzyć Samochód, któryby się poruszał wewnętrzną maszyneryą, na rejsach żelaznych. Cały przyrząd miał być bardzo prosty i niezbyt kosztowny, a mógł oszczędzić państwu każdemu miliony milionów!

To był główny wynalazek, na którym budował przyszły majątek.

Drugim nie wpływającym co prawda tak bezpośrednio na losy świata, był wynalazek ulepszający zabawki. Co do korzyści materyalnych, mógł przynieść również sumy bajeczne, chociaż na pozór tyczył się przedmiotów drobiazgowych.

Zdolny mechanik wynalazł był przyrząd, którym poruszał lalki, zwierzęta, węże i płazy. Nie był on zbyt kosztowny, zabawki mogły zatem być przystępne nawet dla kas mniej zamożnych. Wiemy dobrze ile to kroci zabawek rozchodzi się po święcie. Może wiec i nie tak bardzo łudził się Vaubaron, licząc że na tej industryi zrobi majątek kolosalny.

Na nieszczęście trzeba było szukać, iść częstokroć po omacku, wyrzucać pieniądze na próby nieudałe i na rozmaite narzędzia i przyrządy bardzo kosztowne.

Na nieszczęście (umyślnie ten frazes powtarzamy) Vaubaron znalazł zrazu na oba wynalazki w głowie świtające mu dopiero, kredyt nieograniczony u pewnego fabrykanta maszyn, znanego w całym Paryżu z chciwości niesłychanej i wyzyskiwania klas rzemieślniczych.

Gdy rachunek doszedł do dwóch tysięcy franków, fabrykant kredyt zamknął i zażądał od Jana zwrotu pieniędzy.

Vaubaron nie miał i grosza przy duszy, błagał wiec o przedłużenie terminu.

Otrzymał zwłokę trzech miesięczną, ale z dopisaniem na wekslu pięciuset franków.

Skoro drugi termin minął, fabrykant poruszył niebo i ziemię.

Jan nieobeznany z prawniczemi kruczkami i wykrętami, ani się bronił, ani nie stawiał rekursów... To też w chwili, w której zaczęliśmy nasze opowiadanie, był już ów fabrykant areszt na niego wyrobił i mógł lada moment kazać zamknąć w więzieniu za długi u Sainte Pelagie (tak się nazywało Clichy w roku 1830) swojego dłużnika nieszczęśliwego.

Takie było położenie prawdziwe, a najopłakańsze naszego głównego bohatera. Teraz kiedyśmy skreślili obraz dokładny i weszli w szczegóły, może trochę za rozwlekłe, ale niezbędne, wejdziemy in medias res dramatu dziwnego, a do głębi wzruszającego, który postanowiliśmy opowiedzieć.

 

III.

 

- Cicho, Blanko! cicho! obudzisz mamę! - ojciec starał się powstrzymać dziecię od zbyt głośnych objawów uciechy.

- Nie śpię już mój drogi - odezwał się slaby głosik z łóżka.

Biedna chora zbudziła się była przed chwilą i wpatrywała się w męża i w swoją dzieweczkę z miłością i czułością bez granic.

Jan skoczył do niej i w czoło pocałował.

- Lepiej ci, nieprawdaż? - spytał głosem drżącym od wzruszenia.

- Nie tylko mi lepiej - uśmiechnęła się czarująco - ale zdaje mi się, żem już całkiem zdrowa... Spałam snem spokojnym i pokrzepiającym... - Czuję się wzmocnioną i tak dzielną, że spróbuję w stać trochę... Jestem pewna, że potrafię chodzić doskonale...

- Żebyś się tylko nadto nie utrudziła?...

- Kiedyż ci powiadam, żem siły w zupełności odzyskała... zresztą zaraz sam osądzisz... Muszę przecie kiedyś wyzdrowieć, bo już mi na prawdę brakuje cierpliwości!... Żebyś wiedział, jak ja się tem martwię, widząc jak ty biedaku musisz sam się wszystkiem zajmować... takie drobiazgi domowe wcale do mężczyzn nie należą!... Ty masz cos ważniejszego do roboty, oh! rzeczy o wiele pożyteczniejsze!... Nieraz miałam ochotę złorzeczyć lekarzowi, że mnie prędzej na nogi nie stawia!...

- Lekarz robił, co mógł, moja Marto najdroższa!...

- Wierzę... wierzę... To człowiek pełen wiedzy i dobroci, ale nie rozumiał, nie mógł zrozumieć, jak moje zdrowie potrzebne tobie i naszemu dziecku... Kobiety bogate mogą leczyć się całemi miesiącami; nic przez to nie cierpi i nie ustaje w maszynie domowej: ale w takiej biedzie jak nasza, trzeba chorobę prędko wypędzać!... W latach dwudziestu tyle się ma sił do życia... to musi być przecież łatwo się wyleczyć... Wierz mi, natura u mnie więcej zdziałała niż cała wiedza lekarska, skoro od tygodnia lekarz mi nic nie zapisuje a czuje się jednak prawie wyleczoną...

Te słowa powinno by były ucieszyć Jana i natchnąć go pełną otuchą, twarz jego przecież nie wyrażała ufności tak zupełnej, jaką odczuwała młoda kobieta.

Mimowolnie wzrok jego śledził z niepokojem owe dwie plamy krwawe, odbijające straszliwie od trupiej bladości lic chorej: oczy mu łzami zachodziły, westchnienia stłumione gwałtem się wyrywały z piersi ścieśnionej.

Wiedział on aż nadto dobrze, jak częste są podobne ułudy u suchotników; z jaką chęcią namiętna czepiają się życia, w chwili, kiedy ono dogasa.

Pewność Marty olbrzymia, jej wiara niczem nie zachwiana w bliskie wyleczenie, przestraszały go, zamiast pocieszać.

Widział w tem jeden więcej symptom przerażający; truchlał na myśl o zbliżającej się katastrofie.

Zdziwiona jego milczeniem, młoda kobieta popatrzyła bacznie na męża:

- Boże mój! - zawołała strwożona. - Boże mój! ty plączesz?

- To z nadmiaru radości! - szepnął nieszczęśliwy, nie mogąc dłużej łez powstrzymać!

- Tak, to co innego! - uśmiechnęła się słodko. A wiesz, mój najdroższy, żeś mi nie lada strachu napędził?... Ale teraz jestem całkiem uspokojona... Wypłacz się, wypłacz, mój biedaku!... Nie kryj się ze łzami przedemną... Słodkie takie łzy, które radość wyciska, a twój anioł-stróż pozbiera je jako dowód twojej wdzięczności dla Boga... Mogłeś mię utracić, a oto masz mię nazad... Jaki ten Bóg dobry!...

Nic nie mogło być dla Jana bardziej serce rozdzierającem, niż słyszeć to dziękczynienie namiętne, naiwne, z ust, które może wkrótce oniemieją na wieki, zlodowaciałe pod śmierci dotknięciem.

Nie był w stanie odpowiedzieć. Łez potoki twarz mu zalewały; porwał obie ręce Marty i okrył pocałunkami, z rodzajem szału gorączkowego.

Trwało to zresztą bardzo krótko.

Mała Blanka zeszła z fotelu, który służył jej przed chwilą za łóżeczko.

Zbliżyła się do łóżka matki. Nie myślała już ani o wachlarzu papierowym, ani o cudownej lalce chodzącej, którą ojciec obiecał jej solennie.

Nie rozumiała dokładnie tego, na co patrzała, i spoglądała zdziwiona i zaniepokojona, to na ojca we łzach, to na matkę słodko uśmiechniętą.

Chora trzymała się uparcie myśli przed chwilą wyrażonej:

- Jasiu! - powtórzyła - chcę wstać... proszę cię, pomóż mi się ubrać...

Mąż zdjął z kołka skromną sukienkę perkalikową, zawieszoną na ścianie w nogach łóżka, i położył przed Martą.

- Dziękuję ci, mój drogi... a teraz zobaczysz jak jestem silną! - przemówiła.

Podniosła się, chcąc ruchem szybkim z łóżka zeskoczyć.

Niestety! siły, na które liczyła z taką pewnością, zawiodły ją w tej samej chwili, kiedy chciała je wypróbować.

Nie mogła ruchu wykonać. Ciało wycieńczone, bezwładne, w tył się podało, jakby już krew przestała krążyć w żyłach. Głowa upadła ciężko na poduszki. Jęk podobny niemal do tchnienia ostatniego wydobył się z ust sinych. Tak strasznie pobladła, że mąż spostrzegł przerażony, iż nawet te dwie plamy krwawe na policzkach zmalały i znikły nareszcie. Oczy przymknęła... omdlała.

Jan wydał krzyk na pół stłumiony, a trwoga śmiertelna twarz mu kurczowo wykrzywiła.

- Skonała!... skonała! - wybełkotał - Bóg mnie widocznie opuszcza!...

Upadł przy łóżku na kolana, i ten człowiek tak pełen energii, ukrył twarz w posłanie, wybuchając łkaniem nerwowem, niepowstrzymanem, jak dziecię zrozpaczony.

Odzyskał dopiero przytomność i równowagę, gdy uczuł na szyi ramiona małej Blanki, która ściskając go z całej siły, szeptała do ucha:

- Tatku!... mój drogi tatusiu!... nie płacz... pociesz się!... mama żyje... śpi... ale zaraz się zbudzi...

Zdawało się nieszczęsnemu, że słyszy głos anioła... Teraz nie wątpił ani chwili... dziecko nie mogło się omylić... W jego duszę zwątpiałą wstąpiła słodka otucha... pewność, że Marta nie umarła. Jego rozpacz bezmyślna uleciała... łzy oschły... i zaczął łudzić się na nowo...

Bóg jeden wie, z jakiem wylaniem uściskał nawzajem swoje drogie maleństwo. Wszak Blanka wyrwała go z otchłani rozpaczy bezgranicznej, z agonii moralnej; potem zrobił to, o czem był powinien zaraz pomyśleć, to jest: położył dłoń na lewej stronie piersi chudej i zapadłej, biednej chorej.

Uczuł, iż pod tym naciskiem serce Marty bije przecież, chociaż bardzo słabo. Jakkolwiek były nieznaczne, te życia oznaki, nie były ułudą zwodniczą... młoda kobieta żyła jeszcze.

Jan spróbował tego samego sposobu, łatwego, a skutecznego, z którym mu się tak dobrze z Blanką powiodło. Umaczał ręcznik w zimnej wodzie, nacierając czoło, skronie i twarz zemdlonej. Drgnęła, i natychmiast oczy otworzyła.

- A widzisz tatusiu! - Blanka w rączki plusnęła, z wyrazem najwyższego tryumfu i zadowolenia - widzisz tatku, że mama tylko była usnęła!...

- Biedaku ty mój! - Marta szepnęła głosem zaledwie dosłyszanym - sądziłeś żem umarła, nieprawdaż?

Mąż nie miał odwagi odpowiedzieć, po trząsł li głową zaprzeczająco.

- Ah! - chora dalej mówiła - uwierzyłeś w to... musiałeś uwierzyć, skoro ja sama się przestraszyłam.... Omyliłeś się na szczęście... żyję, alem nie wiele więcej warta, jakgdybym już leżała umarła na katafalku... Jak się łudziłam przed chwilą, mój najdroższy... zapewniając cię o moich wielkich siłach. Jestem osłabiona, do niczego, niby dziecko nowonarodzone... Muszka lecąca i brzęcząca w powietrzu. może więcej zdziałać i unieść na swoich drobnych skrzydełkach, niż ja, na calem mojem nędznem ciele... Czy to nic złego nie oznacza, mój najdroższy?...

- Nic zupełnie... - bąknął Jan. czując że traci zmysły.

- Jak mnie kochasz?

- Ależ, przysięgam ci, aniołku!...

- Niczego przedemną nie ukrywasz, co? - Marta wpatrywała się w twarz męża, śledząc jej wyraz niespokojnie. - Wszak nie jestem chorą śmiertelnie.

Czuł na sobie wzrok żony, choć na nią nie patrzał. Trzeba było uśpić trwogę umierającej, choćby za cenę najwyższą.

Łzy połknął, zdołał nawet wysiłkiem nadludzkim, uśmiech swobodny na usta wywołać: głos zmusił do spokoju zupełnego, i rzeki:

- Chorą śmiertelnie?... Cóż ci znowu dziecię drogie strzeliło do głowy!... Czy na sery o, zadajesz mi tak szalone pytanie? Choroba twoja, niczem, a niczem nie grozi, choć się trochę przewleka... dłużej niż zrazu myślałem. Lekarz jednak zaręcza, że wszystko skończy się jak najlepiej... zaręcza najsolenniej!... Nigdy się o ciebie nie trwożyłem, i nie trwożę...

Marta lżej odetchnęła, a jej wzrok czysty, zajaśniał nadziemską radością:

- Oh! tak, tak... żywo zawołała - wierzę ci... chcę ci wierzyć, mój najdroższy!... Byłoby to nadto bolesnem, odchodzić stąd, zostawiając po za sobą wszystko co się ukochało, tak szczerze, tak gorąco... Bóg nie na to nas połączył, aby nas tak prędko rozłączać... Bóg nie na to nas obdarował skarbem najwyższym, naszą Blanką malutką, żeby już w latach dziecięcych, miała zostać sierotą... Jestem do ziemi przykuta węzłami nadto świętemi, żeby mogły się rozerwać... Kocham ciebie, i kocham naszą Blankę... nie mam prawa umierać...

- Będziesz więc żyła, moja najukochańsza! - Jan szepnął głosem urywanym - będziesz długo żyła dla mego szczęścia, i dla naszego dziecięcia...

- Daj mi Blankę na łóżko, w moje objęcie - prosiła umierająca.

Spełnił, czego żądała.

Marta ucałowała córeczkę namiętnie, ze dwadzieścia razy... Widząc je tak do siebie przytulone, można było wziąć Martę za Blanki starszą siostrę.

Chora znowu zaczęła:

- Tak, czuje, że będę żyła... Ale Boże! Boże! jak długo jeszcze potrwa moja rekonwalescencya!

- Może króciej, niż się spodziewasz aniołku. Przed chwilą miałaś bardzo dobrą otuchę o twoich siłach, teraz przesadzasz znowu, mówiąc o t wojem wielkiem osłabieniu.

Potrząsła głową z pewnem niedowierzaniem.

Jan mówił dalej:

- W każdym razie uzbrój się w cierpliwość, dziecię drogie... Tak cię będę pieścił i pielęgnował, że dni i godziny zbiegną ci jak jedna chwilka...

- Oh! mój najdroższy - złożyła ręce niby do modlitwy - wiem żeś dobry jak sam Bóg, i dla tego żem dumna z takiego męża, że się czuje najszczęśliwszą z kobiet, lękam się śmierci.

Chciał odpowiedzieć.

Nie miał już na to czasu.

Odezwał się dzwonek u drzwi wchodowych.

- Któż to dzwoni? - spytała Marta.

- Zapewne lekarz... to pora, w której zwykł nas odwidzać...

- Któraż godzina? - chora wtrąciła.

- Nie wiem na pewno... - zawahał się zmieszany. - Sądzę... że będzie czwarta...

- A gdzież twój zegarek?

Udał, że nie słyszy zapytania, i wyszedł z pokoju drzwi otworzyć.

 

II.

 

Trzy tedy osoby, zastaliśmy w pokoju sypjalnym.

Sam Jan Vaubaron, siedział przed warsztatem, polerujac na tokadle kawałek stali, stanowiącej jakiegoś modelu maszyny, który tworzył właśnie. Chwilowo jednak ręka mechanika spoczywała nieruchoma na warsztacie.

Oczy miał w dół spuszczone, głowę zwiesił na piersi; zapadł widocznie w zadumę głęboką, a bardzo smutną.

Vaubaron, ubrany w pantalony z grubego płótna szarego, i w koszuli czyściuteńkiej, z kołnierzem szeroko wyłożonym, miał lat dwadzieścia i sześć, był wzrostu słusznego, budowy ciała nadzwyczaj silnej, i kształtnej. W ogóle był to mężczyzna piękny, co się zowie!

Nie w nim nie zdradzało człowieka z gminu, rzemieślnika, przeznaczonego, aby z pracy ręcznej, żywił siebie i swoją rodzinę. Wszystko w nim raczej wskazywalio, to coś rasą dotąd nazywanego. Małe ręce i nogi, twarz o rysach szlachetnych, słowem: cała postać niesłychanie dystyngowana.

Profil miał pociągły, o linjach klasycznie pięknych, cerę matowo bladą. Nad czołem szerokimi!, wypukłem, jakie miewają tylko ludzie genjalni wiły się bujne, ciemne włosy, naturalnie falujące, tworząc z przodu pięć załomów. Duże oczy ciemne, szafirowe, błyszczały energią i wolą niezłomną, ożywiając twarz, okoloną brodą miękką i falującą, a tak samo jak włosy barwy prawie czarnej. Jego postać wyniosła i szerokie ramiona, były jakby stworzone do zbroi rycerskiej, z epoki średniowiecznej. Ręce chociaż poczerniały w pracy bez odetchnienia i w ciągłej styczności z metalami, zachowały delikatność kształtów iście patrycyuszowską.

Mimo iż strój jego był tak skromny, nędzny prawie, Jan Vaubaron jednoczył w sobie, w oczach znawcy prawdziwego, typ coraz rzadszy, typ rycerza czystej krwi. Bluza wyrobnika, którą czasem przybierał, wyglądała na nim jakby przebranie. Na co musimy nacisk położyć, tak samo jak zwróciliśmy uwagę naszych czytelników, na dystynkcyę wrodzoną w tym młodym człowieku, to na wyraz dobroci, łagodności i czułości niemal kobiecej, co się czytało, co było wyryte, co jaśniało w jego pięknych oczach i słodkim uśmiechu.

Twarz Vaubaron'a nie mogła zwodzić. W tem ciele, tak pełnem męskiej siły, tak pięknem, musiała mieszkać dusza wzniosła, serce złote, inteligencya nadzwyczajna. Mechanik wydawał sie trochę starszy niż był rzeczywiście.

Zmarszczki drobne przecinały jego czoło wspaniałe, jak z marmuru wykute, pod powiekami była sina obwódka, w ust załomie, można się było domyśleć myśli gorzkich i trapiących.

W duszy Vaubaron'a, nurtowała jedna z tych boleści niezgłębionych, pod których ciężarem uginają się ramiona i najsilniejsze, a serce najdzielniejsze wpada w zwątpienie.

I my zapoznamy się wkrótce z tą wielką boleścią.

Szmer dał się słyszeć w pokoju, niby westchnienie przez pół stłumione.

Jan podniósł głowę spartą dotąd na ręce, ruchem tak szybkim, jakby tknięty iskrą elektryczną.

Oczy mu błysnęły, a wzrok pełen trwogi i najżywszej troskliwości, zwrócił się ku łóżku, wstał i z lekka rozsunął firanki.

Na łóżku spoczywała kobieta zaledwie dwudziestoletnia, której twarzyczka cudowna nosiła to piętno ponure i rozpaczliwe, zdradzające, że żywotność jest podkopana, że dni, godziny nieledwie są już policzone.

Wyobraźmy solne na zmiętej poduszce tonącą w falach włosów złocistych główkę z twarzyczką bledziutką, z oczami przymkniętemi, o rysach tak delikatnych, tak anielskich, jakie umiał li nadawać Rafael Sancio swoim Madonnom. Długie a jak jedwab miękkie rzęsy rzucały cień na policzki białości przeźroczystej niby liść kamelii, krwiste jednak wypieki na środku każdego policzka, owe róże grobu, jak je lud prosty nazywa, wywierały straszne wrażenie. Są to niestety! zwiastuny fatalne, nieubłagane, zapowiadające, iż śmierć dotknęła się palcem lodowatym młodziutkiej ofiary, i wkrótce przyjdzie ją zabrać jak swoją.

Usta były sine i gorączką spalone.

Jedno ramie, zwisające wzdłuż łóżka, było chude straszliwie. Ręka wazka, z długiemi cieniutkiemi paluszkami, była już prawie przeźroczysta. Obrączka ślubna, teraz nadto obszerna, miała tuż-tuż zlecić z palca na podłogę.

Kobieta jasnowłosa spala zresztą snem głębokim i na pozór dość spokojnym. Oddech lekki a równy podnosił jej pierś nieznacznie. Przez sen zatem i całkiem bezwiednie westchnienie jej się wyrwało.

Jeden rzut oka wystarczył Janowi, żeby się o tem wszystkiem przekonać, cośmy poprzednio opisali; przesunął dłoń zwolna po czole potem zroszonem, a drganie kurczowe w ustach, wywołane śmiertelnym niepokojem, zaczynało ustawać. Wzrok jego, spoczywający chwilę na kobiecie uśpionej z czułością niewypowiedzianą, przeniósł się naprzeciw na duże karło, na pół zmorszałą skórą obite, na którem spoczywał śliczny cherubinek, dziewczynka około lat sześciu, jak matka jasnowłosa, w postawie przez pól siedzącej, z główką przez poręcz karła przewieszoną.

Żadne słowa, żaden opis nie mógłby przedstawić dokładnie, jaki czar, jaki urok wiał od tej maleńkiej, wiotkiej istotki, podobnej trochę do ojca trochę do matki, wziąwszy z każdego to, co było w nim najpiękniejsze.

I to dziecię nie zdawało trzymać się ziemi nadto silnie. Nie było w niej wcale a wcale owej bujnej jędrności, która zdaje się tryskać wszystkiemi porami u niektórych dzieciaków. Delikatność jej kształtów była niemal przerażająca. I u niej pod oczami była szeroka sina obwódka. Krople potu wystąpiły na czoło tuż pod gęstemi włosami, barwy popielatej, i spływały zwolna po skroniach jak perłowa macica przeźroczystych.

Jej sen nie był tak spokojny jak u jej matki. Gorączka dotąd niezdecydowana napędzała chwilami krew do bladej twarzyczki. Jej powieki przymknięte drgały nerwowo, jakby się miały natychmiast podnieść i otworzyć. Rzuty gwałtowne wstrząsały kiedy niekiedy tem ciałkiem, tak drobnem, tak eterycznem, jak owe aniołki niemal bezcielesne, których robili mnóstwo rzeźbiarze średniowieczni, ozdabiając temi chudemi postaciami ołtarze kościelne. Ich wiara gorącą i pierwotna, dziecinnie naiwna, nie mogła sobie inaczej uzmysłowić duchów nadziemskich.

Dziecię cierpiało, to było niewątpliwem.

Łza wielka, ciężka i gorzka, jedna z tych, co to wytryskają z serca rozdartego, niby krew z rany głębokiej, zawisła na rzęsach mechanika, i stoczyła się po twarzy.

- Boże mój! Boże miłosierny! - szepnął głucho, ocierając łzy wierzchem ręki - Boże! miej litość nademną!... Wszak widzisz że upadam... daj mi odwagę, której mi brak!... dodaj mi sił, które mnie zupełnie opuszczają!...

Dziecko drgnęło. Główka dotąd na poduszce oparta, zsunęła się na twardą poręcz karła. Otworzyła oczęta, a jej drobne rączki, odgarnęły włosy wilgotne, na czoło opadające...

Jan zbliżył się do niej.

Ukląkł przed karłem, dotknął się ustami rozpalonej twarzyczki, ujął w dłoń jej obie rączki, złożył jej główkę na swojej piersi bolem drgającej, i szepnął jej na uszko, tej dziecinie najmilszej, słodko się do niego uśmiechającej, cichuteńko aby nie przerwać snu młodej kobiecie:

- Blanko! moje drogie maleństwo!... czy cielne co boli?

- Boli tatusiu... - dziecię odpowiedziało słabym głosem.

- A gdzie cię boli aniołku?

- Wszędzie...

- Czy masz gorączkę?

- Nie wiem tatusiu...

- Abym ci mógł ulżyć w cierpieniu, muszę wiedzieć, co ci jest... Powiedz że mi czego doświadczasz, moje maleństwo najdroższe... powiedz mi wszystko dokładnie...

- Kiedyż ja nie umiem tego powiedzieć tatku...

- Spróbuj tylko dziecię... już ja cię zrozumiem, bądź pewna!

- Zdaje mi się, że mi główka okropnie cięży... niby cięższa niż cale ciałko... Gdy nią ruszam, tak mnie bardzo boli...

- A dalej co?

- Coś mnie tak dusi, jakby mnie kto zamknął do szuflady naprzyklad: aż nie mogę oddychać... a pokój duży przecie i okna pootwierane...

- Czegóż jeszcze doświadczasz?

- Gorąco mi, tak gorąco, jak gdybym biegała po słońcu w samo południe, bez kapelusika; a co mi mama bardzo ostro zakazuje... Nóżki mam jakby połamane, jakbym Bóg wie gdzie latała, a wiesz przecie dobrze tatusiu, żem się stąd od trzech dni krokiem nie ruszała. Spałam trochę, ale to mi nic nie pomogło... Nawet przez sen czułam, jak mnie coś dusi...

Vaubaron nic nie odpowiedział. Powstał z klęczek, umaczał w świeżej wodzie koniec ręcznika, i otarł dziecka czoło i resztę twarzy. Potem nadzwyczaj zręcznie i szybko, ułożył w wachlarz jakąś starą gazetę, i zaczął chłodzić swoje biedne maleństwo.

Blanka zaczęła się uśmiechać uradowana, i cala twarzyczka aż pokraśniała:

- Przyjemnie ci? - spytał ojciec żywo.

- Jeszcze jak tatusiu!... a tak mnie to bawi!... Oh!... bardzo... bardzo!...

I twarz blada mechanika, zarumieniła się z radości.

- Tatku? - dziecię zaszczebiotało - jak się nazywa to, co trzymasz w rączce?

- Wachlarz, dziecię.

- Czyś ty go wymyślił?

- Nie, kochanie... prawie wszystkie kobiety mają wachlarze, by się chłodzić podczas wielkiego upału, a to, com ja zrobił na prędce z papieru robi się najczęściej z kości słoniowej, z perłowej macicy, okleja się atlasem, ozdabia pięknemi malowidłami, piórami i koronkami, czasem złotem lub srebrem...

- Czy tamte piękne wachlarze, lepiej chłodzą, niż twój?

- Nie sądzę...

- No to daj mi ten!

- A potrafisz nim się wachlować?

- Doskonale!... Patrz tylko, tatusiu!...

Dziecię ujęło wachlarz w prawą rączkę, i dzięki kokieteryi wrodzonej córkom Ewy niemal od kołyski, zaczęła nim poruszać z gracyą Hiszpanki, co najmniej piętnastoletniej.

Ojciec patrzał na nią z podziwem, prawie z ubóstwieniem.

- Tatku!... uściskaj mnie - rzekła dzieweczka pieszczotliwie.

Nie dał sobie tego dwa razy powtórzyć.

Gdy ją cisnął do piersi z czułością.

- A pamiętasz tatusiu, coś mi obiecał - szepnęła mu do ucha.

- Cóż takiego?

- Śliczną lalunię, którą sam zrobisz, piękniejszą, niż te wszystkie u kupców za oknami... ma sama się ruszać... chodzić, jak prawdziwa panienka...

- Prawda, prawda!... nie zapomniałem o niej dziecię...

- I zawsze mi ją zrobić obiecujesz?

- Więcej niż kiedykolwiek!

- Jakiś ty dobry tatusiu! - klasnęła w rączki. - Będzie zatem sama chodziła?

- Będzie mogła chodzie, siadać, otwierać i zamykać oczy, poruszać nóżkami i rączkami...

- Co za szczęście! A będzie ona mówiła, tatusiu?

- Może... ale tego nie jestem pewny moje drogie dziecię. Dotąd nie wymyśliłem sposobu, żeby kazać mówić lalkom. Kto wie zresztą, czy kiedyś i tego nie potrafię.

Dziecię, nie posiadając się z radości, zarzuciło mu rączęta na szyję.

 

V.

 

Chora musiała się dziwić, może już się nawet niepokoić, tak długą męża nieobecnością.

Vaubaron to zrozumiał.

Rozpacz ukrył na dnie serca, twarz zmusił do zupełnego spokoju, sercu nakazał, żeby zaczęło bić jak zazwyczaj, i wrócił do pokoju sypialnego.

- Mój drogi - Marta spytała - o czemże tak długo rozmawiałeś z doktorem?

- Oh! o wszystkiem i o niczem... Wiesz jaki z poczciwca gaduła!... Zresztą doktor odszedł już dawno... Szukałem nadaremnie w mojej tece planu na nową maszynę... a jest mi tak niezbędnie potrzebne!

To tłumaczenie, zaspokoiło najzupełniej ciekawość młodej kobiety.

Wzrok jej padł przypadkiem na papier, który mąż trzymał w ręce.

- Co to takiego? - spytała powtórnie.

Drgnął nerwowo... zapomniał o papierze najzupełniej.

- To? - rozłożył szybko zmięty świstek - rachunek doktora.

- Podał ci rachunek... tak prędko?

- No tak... widzisz przecie...

- Ile też wynosi?

Popatrzył na ilość zesumowaną!

- Sto sześćdziesiąt franków - bąknął.

Twarz Marty wyrażała bolesne zadziwienie.

- Ależ to dla nas suma olbrzymia! - zawołała żałośnie. - Tyle pieniędzy wyrzucić, li za wizyty lekarskie! Ah! mój najdroższy, ile cię moja słabość kosztuje! Skąd ty weźmiesz taką sumę? Przyjdzie ci to z wielką trudnością.

Jan machnął ręką lekceważąco.

- Nie troszcz się o to, droga moja dziecino... to drobnostka... Mam odebrać pieniądze z dziesięciu miejsc! Zresztą doktor może zaczekać.

- Dla czegóż ci jednak dziś wręczy! rachunek? Czy już nie przyjdzie do nas?

- Zdaje się... Uważa twój stan za tak dobry, i zadawalniający, że przestanie przychodzić, co jest bardzo uczciwie z jego strony.

Marta więcej nic pytała.

Jan usiadł przed warsztatem i zaczął toczyć jakieś kółko. Pracując machinalnie pytał się w duchu:

- Co począć?... Skąd wziąć pieniądze?...

Czas obznajomić bliżej naszych czytelników z Janem Vaubaronem, spojrzawszy w przeszłość tego człowieka, który będzie główną osobistością w naszem najprawdziwszem opowiadaniu.

W jednym z rozdziałów poprzedzających, wspomieliśmy o Biblii Kalwińskiej, noszącej na sobie ślady na pół zatarte, tarczy herbowej z koroną margrabiowską.

Herb Lwia Paszczeka... a u góry Krzyż z Kotwicą, na pamiątkę Wojen Krzyżowych, w których przodkowie Vaubarona dzielnie się z Saracenami potykali, należał się najsprawiedliwiej naszemu bohaterowi. Miał on prawo niezaprzeczone, tytułować się margrabią, jako jedyny i ostatni potomek tego wielkiego rodu.

Musimy dodać natychmiast, że biedny rzemieślnik, nie tylko nie myślał upominać się o ten tytuł, ale zaledwie wiedział, iż jest szlachcicem. Dla niego nazwisko starożytne, niegdyś wsławione przez rycerskich jego antenatów, nie przedstawiało żadnej wartości.

Ten szczegół wymaga objaśnień, które też zaraz przytoczymy:

W drugiej połowie wieku siedmnastego, istniał w Bretanji, niedaleko od Carnar, zamek przepyszny i rozmiarów olbrzymich, otoczony mnóstwem dóbr, tak, że dzierżawy wynosiły rok rocznie do dwudziestu tysięcy bitych talarów. Ten zamek i te dobra, stanowiły Państwo Vaubaron, i od wieków przechodziły z ojca na syna, na ordynatów, to nazwisko noszących.

Głową rodziny, w chwili odwołania Edyktu Nantejskiego, przez Ludwika XIV, a wiec u schyłku wieku siedmnastego, w roku 1685, był margrabia Gontran de Vaubaron, wdowiec w latach sześćdziesięciu po kobiecie młodziusieńkiej, i żyjący w zamku sam jeden, z synkiem kilkoletnim. Margrabia, człowiek usposobienia ponurego, niesłychanie egzaltowany, skłonny do fanatyzmu, należał do Wyznania Kalwińskiego. Prześladowania, na jakie byli narażeni jego współwyznawcy, oburzały go najokropniej, podniecały w nim do szału niemal chęć oporu, i zrobiły go podobnym do owego John'a Balfour de Burley, unieśmiertelnionego przez Valter-Scott'a w "Purytanach w Szkocyi", Edykt króla Ludwika XIV., nakazujący Kalwinom oddawać dzieci niżej lat szesnastu na wychowanie najbliższym krewnym katolikom, a w braku tychże, opiekunom wyznaczonym z urzędu, przez namiestników na prowincyi, stanowił w jego oczach pogwałcenie najstraszliwsze władzy i powagi ojcowskiej, jak również wolności wyznań i sumienia!

Pierwszy tedy bunt podniósł przeciw edyktowi, otworzył bramy zamku dla Hugenotów prześladowanych, i był tak szalenie zuchwałym, że pokusił się odeprzeć przemoc, przemocą. Wierzył święcie, iż Współwyznawcy na jego wezwanie, podniosą się jak "Jeden Mąż!" w całej Francyi, i zechcą pomścić krwawą "Noc Ś. Bartłomieja," 24. sierpnia w r. 1572, koniec końców wywiesił sztandar rewolucyjny, i porwał się do broni.

Znane nam są z historyi następstwa krwawe i niesłychanej doniosłości w dziejach francuzkich, zniesienia Edyktu Nantejskiego. Około 500.000 Kalwinów francuzkich, przeniosło się za granicę, do Państw ościennych, zreformowanych, darząc nową ojczyznę owocami przemysłowości z Francyi wyniesionemi, mianowicie tkactwa materyi jedwabnych. Dragonady (tak nazywano wojska królewskie) plądrowały po nieszczęśliwych okolicach, zamieszkałych przeważnie przez Hugenotów. Potykały się dzielnie z wojskiem regularnem, zastępy Kamizardów, złożonych po większej części z indu wiejskiego. Nazywano ich Camisards, ubierali się bowiem w długie koszule Camisard w narzeczu ceweńskiem. Wiódł ich do boju z marszałkami królewskimi, wódz nieustraszony, Jan Cavalier, syn wieśniaka, zaledwie dwadzieścia kilka lat liczący. W tej nieszczęsnej walce domowej, poległo do 100.000 z jednej i z drugiej strony.

Nie dziw zatem, że i margrabia Vaubaron, powziął zamiar heroiczny, ale mniej szalony.

Jedynem tego buntu następstwem: następstwem łatwem do przewidzenia, było ściągnienie na zamek zbuntowany kary najsurowszej. Zastępy królewskie obiegły go, i miały z góry nakazane, z okrucieństwem wyrafinowanem, żeby nikomu z buntowników nie udzielać pardonu, wszystko niszczyć ogniem i mieczem! Ciężka artylerya zmiażdżyła bramy z brusów dębowych, kute żelazem, i porobiła wyłomy dostateczne w murze z bloków granitowych zamek otaczający. Pożar podminował wieże zamkowe, krew lala się potokami, tylko liczba bardzo ograniczona oblężonych, potrafiła ratować się ucieczką z tych zgliszczy, dymiących krwią i pożogą.

I margrabia Gontran de Vaubaron był między nimi.

Nie oskarżajmy go jednak o podłe tchórzostwo.

Starzec należał do owych rycerzy "Bez bojaźni i bez zarzutu," którzy nie podają nigdy pleców nieprzyjacielowi, i padają twarzą na przód. Obciął on walczyć do ostatniej chwili, zginąć wraz ze swemi towarzyszami, połączyć swoje zwłoki ze stosem ciał zabitych na gruzach zamku jego praojców...

Powiedział jednak sobie, że nie ma prawa skazywać na tę śmierć straszną syna jedynego, liczącego zaledwie lat dziesięć, i skazać na zupełne wygaśnięcie, na zagładę, nazwiska tak starożytnego, rodu znanego na kartach najchwalebniejszych dziejów francuzkich.

Połączył się zatem z uciekającymi, płacząc z rozpaczy i wściekłości.

Dzięki ciemnościom nocy burzliwej, w części tylko rozpraszanych łuną, bijącą od zamku w płomieniach, Gontran, i mały oddział Hugenotów, oszczędzonych przez bomby i granaty oblegających, dostali się szczęśliwie do przystani w Penmark, przez nikogo nie gonieni, gdzie wsiedli na statek, należący do margrabiego.

Ten statek zawiózł zbiegów na ziemię obcą. Tu mieli zacząć ciężkie życie tułaczy, wygnanych z kraju własnego.

Pierwsze wieści, które go doszły z Francyi, oznajmiły margrabiemu de Vaubaron, że dobra jego zostały skonfiskowane, na jego głowę cenę wyznaczono, i że nigdy, choćby nawet chciał się poniżyć, i poddać z pokorą Edyktowi nowemu, co mu ani w myśli nie postało, król sędziwy nie przebaczył by, ani jemu, ani jego potomstwu, buntu i oporu tak jawnego, i tak zuchwałego.

Ruina jego była zatem zupełną i niecofnioną, wygnanie z kraju wieczyste... Margrabia nie posiadał nic więcej, prócz małego okręciku, i kilku brylantów, porwanych na prędce ze skarbca rodzinnego, gdy z zaniku uchodził.

Sprzedał okręt, spieniężył klejnoty, a zebrawszy zaledwie tyle, żeby nie umrzeć z głodu, poświęcił się wyłącznie kształceniu syna.

W trzy lata później, margrabia umarł nagle, wycieńczony smutkiem, podminowany tęsknotą za krajem rodzinnym, zostawiając synowi około trzydziestu tysięcy talarów, całego majątku (tyle niegdyś wynosił ich roczny dochód!) i ową Biblję Kalwińską, z którą nakazał mu to pod błogosławieństwem, nie miał się nigdy rozłączyć.

Raz nawet powiedział:

- Później mój synu, gdy dojdziesz do wieku męskiego, dowiesz się, iż ta biblia stanowi dla ciebie skarb najkosztowniejszy, i że dzięki jej, twoi synowie zostaną tem czem byli nasi antenaci.

Prawdopodobnie margrabia de Vaubaron, chciał kiedyś wytłumaczyć jaśniej synowi te słowa tajemnicze, które dziecko puściło mimo uszów, wcale się nad niemi nie zastanawiając.

Śmierć napadła starca niespodzianie, i nie zostawiła mu czasu na żadne tłumaczenie.

Syn margrabiego wyrósł, ożenił się za granicą bardzo skromnie i z panienką ubogą, żył nieznany w ubóstwie, i zmarł, zostawiając znowu tylko jednego syna po sobie.

Zaczęła się powoli agonja, wielkiego i znakomitego rodu.

Nie będziemy szli krok za krokiem, badając z ciekawością przesadzoną, dalsze pokolenia Vaubaron'ów, tonące coraz bardziej w cieniu życia mieszczańskiego i niesłychanie pospolitego; w stosunkach materyalnych, z nędzą niemal graniczących.

Członkowie tego rodu upadającego, wiedzieli, że pochodzą z Francyi; czasem nawet opowiadali jedni drugim, że ich pra-dziady, byli niegdyś możni i bogaci, nie bardzo jednak sami wierzyli w to podanie mgliste i legendowe, które nie miało żadnej podstawy namacalnej.

Tak minęło lat sto z okładem.

W roku 1803, jeden z Vaubaron'ów powrócił do Francyi i osiedlił się w Paryżu. Po raz pierwszy, od zniesienia Edyktu nantejskiego, jakiś potomek margrabiego Gontrana, przestąpił granicę kraju rodzinnego.

Ten tedy Vaubaron, obywatel Vaubaron, (jak się wtedy wyrażano) był to człowiek dość ograniczony, hulaka, pijak i gracz nałogowy.

Palnął głupstwo wierutne, żeniąc się, on, nicpoń czystej wody! i rzecz naturalna, po kilku miesiącach pożycia małżeńskiego, zbrzydził sobie żonę i ognisko domowe.

Wtedy, ani się pytając o żonę, wymazawszy ją z pamięci, jakby wcale nie istniała, nie pamiętając i nie dbając również i o tę okoliczność, że ma wkrótce zostać ojcem, rzucił się na nowo, ze zdwojoną namiętnością, w wir rozpusty najohydniejszej.

Pożarł w jednej chwili to trochę, co sam posiadał, a wtedy wyciągnął chciwe dłonie, aby tak samo puścić na cztery wiatry żony posążek.

Nadaremnie istota nieszczęśliwa za nogami mu się włóczyła, prosząc i zaklinając, żeby miał litość, jeżeli już nie nad nią, to nad swojem własnem dzieckiem, które ona nosi w łonie. Odpowiadał szorstko, że kobiety istoty nieudolne i głupie, nic się na interesach nie rozumieją, i do niczego się też mieszać nie powinny. Obiecywał jej zresztą na, pociechę, wielki majątek w przyszłości, o jakim jej się nawet nie przyśniło.

Hulaka niepoprawny, nie był w gruncie złym człowiekiem, i tak solennie zaręczając, że wkrótce będą we wszystko opływali, mówił to tylko w co sam święcie wierzył.

Jak ogół graczy, ufał swojej dobrej gwieździe, liczył na zyski bajeczne, na wygrane ułudne. Gra, upaja niemal jak Hatchich indyjski, swoich zwolenników, a raczej swoje ofiary, i każę im patrzeć w przyszłość, przez pryzmat olśniewający a zwodniczy.

Ostatni luidor, ostatni talar Vaubaron'a o którym piszemy; wszystko stopniało, na zielonych stolikach domów gry.

Gdy nędznik przekonał się, iż ani grosz mu nie został w kieszeni, że wyschło wszelkie źródło dochodów, a i kredyt wyczerpał się najzupełniej, że odtąd byłby zmuszony pracować lub kraść, aby wyżywić siebie i żonę, w głowie mu się pomieszało.

Wiedział dobrze, że pracować nie potrafi.

Myśl o kradzieży go przerażała.

Ta natura słaba i znikczemniała, mogła dojść do nałogu i nurzać się w kale rozpusty, nie psiadała jednak dość energii aby bodaj zbrodnię popełnić.

Koniec końców, uważając położenie, w którem znalazł się samochcąc, za rozpaczliwe i bez wyjścia, obywatel Vaubaron popełnił ostatnie tchórzostwo najpodlejsze, i kulę sobie w mózg wpakował.

Samolub nikczemny, myślał li o sobie, nie troszcząc się wcale o żonę, i o los dziecięcia, które lada dzień, miało wyjrzeć na świat boży.

W chwili, kiedy wnoszono na marach, do pomieszkania, trupa samobójcy z głową roztrzaskaną; jego żona nieszczęśliwa, uczuła pierwsze bole macierzyństwa.

Wołała o pomoc, nikt nie przybywał; błagała męża nieobecnego, a śmierć jej odpowiedziała.

Na widok ciała krwią, zbroczonego, ohydnego i wstrętnego, upadła na wznak z krzykiem rozdzierającym.

Nie odzyskała już przytomności. Skonała nie doświadczywszy tej najwyższej radości i boleści jednocześnie, której doświadcza matka nieszczęśliwa przyciskając do serca po raz pierwszy... pogrobowczyka! sierotę bez ojca!

Nazajutrz, wóz najniższej klasy wiózł dwie trumny razem do wspólnego grobu.

Co się tyczy dziecka nowonarodzonego, urzędnik municypalny, wpisywał go w księgi ludności paryskiej, pod imieniem i nazwiskiem Jana Vaubaron'a.

 

IV.

 

Był to lekarz rzeczywiście, lat pięćdziesięciu, wysoki, chudy, istna tyka, w tradycjonalnych złotych okularach na nosie długim jak pałasz, w czarnym po kolana surducie, w białej, mocno krochmalnej krawacie.

Używał on pewnej sławy na przedmieściu, która jednak nie rozszerzała się zbyt daleko, i nie zaliczała go, między Geniuszów sztuki lekarskiej.

Nie był to zły człowiek, i nie był nadto chciwym. Przywiązywał się jednak i lubił odbierać punktualnie pieniądze, należące mu się za wizyty.

Wszedł dobrodusznie uśmiechnięty.

- Dzień dobry, kochany panie Vaubaron!... co tam dziś słychać z naszą pacyentką?

- Bardzo osłabiona, panie doktorze... jestem wielce zaniepokojony... Przed chwilą wstać próbowała...

- Nierozwaga nie do przebaczenia!

- To też, po pierwszej próbie, omdlała.

- Wcale mnie to nie dziwi... wsypię porządną burę mojej ślicznej pacyentce, za podobną nieostrożność!...

Brał już za klamkę od drzwi do pokoju sypjalnego, ale Jan przytrzymał go za ramię:

- Panie doktorze! - zniżył głos.

- Cóż takiego?

- I moja córeczka trochę mnie niepokoi...

- A jej co brakuje?

- Niby ma gorączkę, tak mi się zdaje przynajmniej... Skarży się na wielki ciężar w główce i ciągłe pieczenie pod piersiami.

- Zobaczymy... zobaczymy...

- Chciej ją wybadać, doktorze, ale nieznacznie, jakbyś jej za chorą nie uważał... Moja biedna Marta nie powinna się domyślać, że nasze dziecię cierpi... W stanie, w jakim sama się znajduje, najlżejsze podejrzenie co do tego, jestem prawie pewny, mogłoby ją zabić od razu...

- Bądź pan zupełnie spokojny, i spuść się z tem na mnie.

Weszli obydwaj do pokoju sypjalnego, a lekarz przystąpił do łóżka:

- Ejże! kochana moja pani - pogroził jej palcem figlarnie - o czem że to ja się od jej męża dowiaduję? Zachciało się pani udawać silną, waleczną, bez mojego pozwolenia, i zaraz za nieposłuszeństwo, zostałaś ukaraną.

- Myślałam, żem silniejsza... szepnęła zmieszana.

- A nie jesteś nią jeszcze... no!... rzecz całkiem naturalna... Odzyskamy siły... tylko trochę później... Nie można się zrywać nagle, droga pani, bo tem przydłużysz jeszcze rekonwalescencyą...

- Panie doktorze! - odezwała się Marta pokornie - obiecuję być bardzo cierpliwą i bardzo ostrożną... ale pan mnie wyleczysz nieprawdaż?

- To dobre!... a któżby o tem wątpił?

- Jesteś pan pewny, że mi nie grozi żadne niebezpieczeństwo?

- Ależ żadne!... najlżejsze!

- Bo uważ pan tylko, jak ja koniecznie żyć powinnam!... Mąż i dziecię, nie mogliby się obejść bezemnie... Cóżby się z nimi stało, wielki Boże! gdybym ja umarła!... Skoro o tem pomyślę, dreszcz mnie przechodzi, od stóp aż do głowy!...

- Na cóż bo zaprzątać sobie główkę, droga pani, takiemi brzydkiemi myślami... Proszę je wypędzić czemprędzej, na cztery wiatry!... Nie tylko pani nie umrzesz, ale bardzo wkrótce wyzdrowiejesz... Znajduję panią dziś dużo lepiej... Czy masz na co apetyt?...

- To, nie koniecznie, panie doktorze....

- No, no... brak ruchu... ciągłe leżenie... Koniec końców, gdybyś pani miała na cokolwiek apetyt, możesz jeść wszystko, bez wyjątku...

- Jednak... cóż byś pan uważał za pożywienie najodpowiedniejsze? - spytał Vaubaron.

- Na co tylko będzie miała apetyt... powtarzam... Niczego nie zakazuje, bo nic mi się w stanie obecnym nie wydaje szkodliwe... Widzicie państwo, jaka to łatwa ze mną sprawa!

Kurcz nerwowy schwycił Jana za gardło i usta, mu wykrzywił. Tak wielka powolność, wydała mu się podejrzaną: znajdywał ją bardziej niepokojącą, niż zakazy i obostrzenia najsurowsze.

Znowu zapytał:

- Nie zapiszesz pan jakiej recepty?

- Nie, na prawdę!.... Leżeć cichutko... o nic się nie troszczyć, niczem nie martwić... spokój serca i umysłu, oto czego trzeba przedewszystkiem naszej kochanej chorej, która nie długo nią. być przestanie... Tego niepotrzeba zostawiać na piśmie, co?

Zmienił ton i dodał czoło z potu obcierając.

- Upal dziś do niezniesienia... Można by przypuścić, że to połowa lipca dopiero... Będziemy mieli na pewno burzę okropną na przyszłą noc... Czuje się bezsilnym, utrudzonym, jeżeli państwo pozwolą, trochę sobie u was odpocznę.

Jan pośpieszył przysunąć karło doktorowi. Doktor usiadł, wachlując się chustką przez chwilę. Potem skinął ręką na Blankę, z uśmiechem przyjacielskim. Dziecko trzymało się dotąd od niego zdaleka, trochę zmieszane i onieśmielone.

- Czy się mnie boisz, śliczny aniołku?...

- Oh! nie, proszę pana doktora, wcale nie...

- W takim razie, zbliż się dziecinko... jeszcze bliżej... ot tak! na moich kolanach - wziął dziewczynkę; posadził na kolanie.

Lekarz wszczął z nią rozmowę, zastosowaną do jej umysłu dziecięcego, której przytaczać nie myślimy, była bowiem li pokrywką, tak gawędząc swobodnie i wesoło, znalazł sposobność z największą łatwością, dotknąć się nieznacznie i niby przypadkiem, jej czoła i piersi; ująć za puls dłonią.

Gdy się tak lekarz z dzieckiem bawił, na co Marta patrzała z uśmiechem, niczego się nie domyślając, Jan mówił w duchu, w trwodze śmiertelnej, iż może teraz doktor tak samo na dziecię jego wyrok wydaje, jak wpierw zdawał się wątpić o życiu Marty.

Ktoś obcy, nadchodząc, byłby w tem wszystkiem widział tylko ładny obrazek rodzajowy. A jednak, pod tym pozornym spokojem, ukrywał się dramat najboleśniejszy. Dramat, rozgrywający się w sercu męża i ojca, w sercu rozdarłem, branem na tortury, a jednak z bohaterstwem niezrównanem, ukrywającem starannie te męki piekielne.

- Już odpocząłem dostatecznie - lekarz powstał, skończywszy pobieżny egzamin. - Do zobaczenia, kochana pani, i proszę być dobrej myśli. Panie Vaubaron, sługa pański!...

Jan odprowadził lekarza aż na schody:

- I cóż? - spytał drżący, przykładając usta do samego ucha lekarza, aby chroń Boże! chora czegoś z ich rozmowy nie pochwyciła. - I cóż?...

- Winien jestem powiedzieć panu prawdę, i całą prawdę, bez ogródek... Nie omyliłeś się... Dziecię jest trawione gorączką nieustanną...

- A więc... a zatem... - Jan jęknął głucho, unicestwiony - jest chora może nawet śmiertelnie?!...

- Tylko proszę, bez przesady!... Tego przecież nie powiedziałem... Niebezpieczeństwo może nadejść, przyznaję ale dotąd go nie ma jeszcze.

- Niestety! przyjdzie doktorze, nadejdzie aż nadto wcześnie!

- Nie przyjdzie, jeżeli pan przeciwstawisz wszelkie ostrożności.

- Oh! gdyby trzeba mojej krwi, żeby Blankę uratować, Bóg mi świadkiem, żebym jej nie poskąpił! nie zawahał się ani chwili!...

Lekarz mówił dalej:

- Dziewczynka więcej ma z matki, niż z pana. Delikatna, ustrój nerwowy drażliwy niesłychanie... Jednak, jak dotąd, żaden z organów żywotnych nie jest na seryo zaatakowany, i mam to silne przekonanie, że dałoby się wzmocnić jej wątłą kopleksyę... Gdybyś pan był zupełnie możny, radziłbym spędzić z córeczką kilka zim na Południu, to by jednak przechodziło pańską możność, nieprawdaż?

- Zapewne... ma się rozumieć! - Jan westchnął ciężko.

- Ograniczę się zatem - kończył lekarz - na zaleceniu dyety nie zbyt podniecającej. Dużo mięsiw, soczystych, na pół surowych, drób, zwierzyna, Bordeaux za napój zwykły... Widzisz pan, że ten przepis nie przedstawia żadnych trudności w wykonaniu...

Vaubaron uśmiechnął się gorzko, i wpił rozpaczliwie palce we włosy.

Lekarz cedził dalej z flegmą:

- Polecam panu w szczególności, starać się dla dziecka o dużo ruchu, dużo rozrywek, o ile możności na świeżem powietrzu. Za nic nie odpowiadam, jeżeliby dziewczynka siedziała po całych dniach zamknięta pomiędzy czterema ścianami... Pan mnie zrozumiałeś, co?

- Tak doktorze... zrozumiałem!... Pańskie polecenia wypełnię... zrobię co będzie możliwe... a nawet pokuszę się o rzeczy niemożliwe... To, co się tyczy dziecka... a teraz błagam! mów mi pan o jej matce... Wiesz pan, żeś mnie przestraszył okropnie przed chwilą, mówiąc, że jej niczego nie zakazujesz, bo nie uważasz, żeby jej cokolwiek szkodzić mogło?... Przypomniałem sobie, że w ten sposób postępuje się tylko z chorymi nieuleczalnymi i struchlałem. Powiedz że mi pan, a prędko, na miły Bóg! że moje tłumaczenie słów pańskich, było mylne, i że powinien byłem, wziąć je po prostu w tym sensie, jak były powiedziane!

Lekarz zawahał się z odpowiedzią.

Twarz Jana zbladła jeszcze bardziej, i wlepił w lekarza wzrok błagalny.

- Dla czego pan milczysz? - jęknął.

- Słuchaj pan! - odezwał się lekarz nagle. - Jesteś mężczyzną, powinieneś zatem być odważny. Zresztą prędzej, czy później, musisz się pan prawdy dowiedzieć...

Vaubaron drgnął jak skazany na śmierć, gdy mu błyśnie nad głową topór kata. Usta mu się poruszyły machinalnie, ale nie był w stanie słowa przemówić; oczy zdawały się na wierzch wyskakiwać z powiek niesłychanie rozszerzonych, potrząsł głową, czy przecząc? czy potwierdzając? i zapadł w bezwładność niemą, niby posag boleści uosobistnionej.

Lekarz westchnął ze współczuciem... Na cóż zda się jednak kłamać, w obec nieubłaganej rzeczywistości?... mówił więc dalej:

- Pańska żona cierpi na piersi... Sam wiesz o tem oddawna... Oddawna również, mogłeś się przygotować na cios, który w ciebie niebawem uderzy...

- Wie się... a przecież... do chwili ostatniej nie traci się nadziei - szepnął Jan głucho, jakby głos jego z pod ziemi wychodził.

- A więc... nie trzeba się dłużej łudzić nadzieją...

Mechanik przycisnął pierś dłonią. Ból straszny przeszył mu serce.

- Pańska żona doszła do kresu ostatniego suchot płucnych. Sztuka lekarska zmuszoną jest, przyznać się do zupełnej nieudolności w obec tej strasznej choroby... Cud chyba, mógłby uratować panią Vaubaron.

W tej chwili nieszczęśliwy Jan, widząc gasnący ostatni promyk nadziei, był przerażający. Na pozór spokojny, oddychał ciężko, oczy krwią mu nabiegły, żyły na czole naprężyły się jakby pęknąć miały. Spytał tym samym głosem grobowym:

- Wszystko zatem skończone... ona umrzeć musi?

- Musi niestety! - lekarz odpowiedział.

- Kiedy?

- I tego nie będę przed panem taił, że według wszelkiego prawdopodobieństwa, koniec bardzo bliski... Zaledwie dni kilka jej zostaje, a i ten termin może skrócić, lada wydarzenie nieprzewidziane, wzruszenie gwałtowniejsze... Moje zatem wizyty stają się zbytecznemi... Byłbym odpowiedzialny w obec własnego sumienia, gdybym nie przestał bywać u państwa... W takim razie...

Urwał, wyjął z zanadrza spory pulares skórzanny, otworzył go, poszukał i podał Janowi świstek papieru wąski, zapisany od góry do dołu.

- Oto spis moich wizyt najdokładniejszy... przygotowałem go, przewidując, że wkrótce nie będę państwu potrzebny... Ośmdziesiąt wizyt, po dwa franki, wynosi sto sześćdziesiąt franków... Robię pana uważnym, iż liczę jak można najtaniej z powodu, iż pan należysz do tak wysoko przezemnie cenionej klasy rzemieślniczej... Moim pacyentom bogatym, liczę wizyty po pięć, a nawet po dziesięć franków.

Vaubaron wziął papier machinalnie, ale zatopiony w myślach, ani słyszał słów lekarza.

- Nie kłopocz się pan tem zbytecznie - lekarz dotknął się przyjacielsko jego ramienia. - Nie żądam pieniądzy natychmiast... Do kaduka, nie zawsze ma się w kieszeni sto sześćdziesiąt franków, przy innych codziennych wydatkach... Daj pan sobie czas... zgłoszę się za dni kilka, a wtedy byłbym panu bardzo wdzięczny, gdybyś chciał wyrównać mój rachunek... Czasy ciężkie, panie Vaubaron... pieniądze zaś każdy z nas potrzebuje.

Mógł poczciwiec długo w ten sposób rozprawiać, Jan był głuchy najzupełniej!

- Do zobaczenia, panie Vaubaron! - ścisnął go za rękę zimną jak lód. - Życzę męstwa i odwagi... Trzeba jej panu bardzo wiele!... co prawda, to prawda... ale do stu dyabłów! jesteś przecie mężczyzną!... Powrócę za dni cztery...

Zeszedł na dół.

Po chwili dopiero aubaron spostrzegł, że jest sam w sieniach. Głowę opuścił na piersi i szepnął łkając:

- Wszystko skończone!... ona umrze!...

 

VI.

 

Na dole, w domu, w którym umarła matka Vaubaron'a, mieszkał ślusarz ze żoną. Była to para staruszków bardzo poczciwych. Mąż pracował z energią niezmordowaną, od lat czterdziestu, zebrawszy dotąd bardzo niewielką sumkę, "na czarną godzinę." Żona, kobieta łagodna i pracowita, modliła się gorąco przez całe życie, o dzieciątko. Bóg jednak prośby jej nie wysłuchał.

Ci zacni ludzie, nazywali się Mateusz i Klaudya Simon.

Klaudya szepnęła nieśmiało mężowi, w dzień podwójnej katastrofy, którąśmy wyżej opisali:

- Mój kotku! co też się stanie z tym biednym bobakiem, który urodził się, niemając ni ojca, ni matki?

- Cóż ma z nim być?... Zaniosą go, rzecz naturalna, do domu podrzutków.

- Przykro mi o tem pomyśleć... matka była taka uczciwa... gdybyś tak pozwolił?...

- No, kończże, kończ!...

- Zastąpilibyśmy mu zmarłych rodziców... Wzięlibyśmy sierotę do siebie... wychowując najstaranniej...

- Co ci też kobieto świta po głowie?!... Czyśmy to tacy bogacze, czy co?

- Eh! taka dziecina nie zje przecież wołu... Gdzie jest dla dwojga, znajdzie się i dla trzeciego. Przywiązałbyś się do dzieciaka, i nauczył go twojego rzemiosła...

- Starość, nie radość... Może wkrótce będę zmuszony warsztat porzucić...

- Właśnie też!... Gdy nie będziesz miał zatrudnienia i roboty, będzie ci się nudziło. Dziecko wtedy stanie ci się rozrywką. Będzie to zresztą uczynek miłosierny, i ręczę, że tego nie pożałujesz. Dałabym sobie za to głowę uciąć!

- Ha! skoro taką masz wielką ochotę na tego chłopaka, niech się stanie według twej woli... Pójdę zaraz, i każę sobie oddać dziecko na wychowanie.

I rzeczywiście Simon poszedł do komisarza od policyi, i podpisał deklaracyę, że dziecko bierze na swoją opiekę.

Pochwalono mu bardzo zamiar szlachetny, i oddano natychmiast sierotę, nie zapominając o Biblii z tarczą herbową, która leżała na łóżku, obok matki umarłej.

Jan Vaubaron, mimo okoliczności rozpaczliwych poprzedzających jego urodzenie, zdawał się silnie zbudowany, i zdrów jak ryba.

Rozwijał się szybko i prawidłowo, otoczony miłością i najczulszemi staraniami rodziców przybranych, którzy go wkrótce jak własne dziecko pokochali. Jednocześnie karmiąc ciało i o duszy dziecka nie zapominali. Oboje kształcili go, jak umieli, na dobrego, pracowitego rzemieślnika, i człowieka uczciwego.

Lata mijały. Starzec zapominał o chęci porzucenia warsztatu, i pracował dalej ucząc syna przybranego.

Jan, doszedłszy do lat piętnastu, brał się aż miło do roboty! tak dalece, że przeszedł w zręczności najśmielsze nadzieje ojca przybranego. Nie miał sobie równego, gdy szło o zrobienie zamku z sekretem, którego żaden wytrych nie byłby w stanie otworzyć, i o wyrzeźbienie klucza mocnego, a eleganckiego. Zbudował był, ot tak, dla zabawki, model kasy ogniotrwałej, z rozmaitemi sztuczkami i niespodziankami, która wprawiała w podziw najszczerszy jego mistrza.

Staruszkowie nie mogli się dość nacieszyć synem przybranym, i codzień winszowali sobie nawzajem, takiego nabytku, gdy naraz spadło na nich całkiem niespodziewanie, nieszczęście potrójne.

Atak paralityczny, ubezwładnił prawe ramię i nogę starego ślusarza, robiąc go odtąd niezdolnym do roboty. Jednocześnie, bankier, u którego składali grosz oszczędzony i zapracowany w pocie czoła, zbankrutował i ociekł za granicę z pieniądzmi klientom skradzionemi.

Przybity temi wypadkami, Simon był zmuszony sprzedać cały warsztat poniżej wartości. Czekał go cios ostatni. Jego następca, nie pilnował roboty, rozpił się, zadłużył, i wierzyciele zabrali mu warsztat, na który był dal Simonowi, zaledwie nieznaczny zadatek.

Wtedy sprawdziło się na nich przysłowie pełne pociechy i prawdą jaśniejące, że: - "Czyn miłosierny bywa zawsze nagrodzonym."

Staruszkowie byli widomą opatrznością dla sieroty. Nawzajem sierota, stał się teraz ich karmicielem.

- Kochali mię, żywili... mówił w duchu - nie jestem niewdzięczny... Kocham ich, jak ojca i matkę... będę na nich pracowrał!...

I dotrzymał słowa.

Z poświęceniem najszczytniejszem, które w serca dobroci niezrównanej nazywał po prostu powinnością, oddal się cały na usługi staruszków.

Pracował dzień i noc prawie, odnosząc im skrupulatnie grosz zarobiony, z którego brał dla siebie zaledwie na kawałek chleba suchego, i jaki taki przyodziewek.

Mimo iż pracował niemal nad siły, jeszcze odkradał od snu po dwie, trzy godziny, aby już nie rękami, ale głową pracować.

Jakaś siła tajemnicza i niewidzialna ciągnęła go instynktowo do sztuki tak pięknej, lecz częstokroć tak niewdzięcznej i zawodnej... do mechaniki. Płomień gieniuszu, który jest twórcą wielkich wynalazków, pożerał go i wprawiał niemal w gorączkę.

Jak Chénier idący pod gilotynę, szeptał uderzając się w czoło:

- A jednak... tam coś jest! Czytał, studyował, rysował: słowem: siłą woli kształcił się sam, bez niczyjej pomocy, wytrwale, na seryo, w szczegółach najdrobniejszych: bez czego nie można być w niczem specyalistą, nie można stworzyć w żadnym kierunku coś prawdziwie znakomitego.

Takiem życiem, czystem, prawie świętem, pełnem abnegacyi i męztwa, żył lat trzy.

Stary ślusarz zgasł tymczasem, błogosławiąc syna przybranego, a Klaudya niebawem za towarzyszem tyluletnim pospieszyła.

Jan płakał nad wspólną mogiłą staruszków, jakby nad prawdziwymi rodzicami. Po raz drugi, odkąd był na świecie, zostawał sam, sam jeden.

Wielka zmiana zaszła w jego życiu, odkąd miał się li sobą zajmować, a wiemy, że byle czem się zadawalniał.

Kwestya zatem chleba powszedniego, tak ważna póki żywił dwoje staruszków, schodziła teraz na drugi plan.

Jan skorzystał z tej okoliczności, nie aby przestać pracować, ale aby pracować w sposób cokolwiek odmienny. Zostawił na boku warsztat ślusarski, to zatrudnienie, mogące mu li zapewnić chleb codzienny. Porzucił kuźnię, a wszedł jako pomocnik do pracowni mechanika. Słowem... niech nam będzie wolno użyć wyrażenia może niestosownego, ale które oddaje myśl naszą w zupełności... z rzemieślnika stał się artystą.

Jan utonął z ciałem i z duszą w nowym zawodzie, najeżonym zaporami i trudnościami prawie nie do zwalczenia. Z całym zapałem i wiarą młodocianą szedł naprzód, niczem nie zrażony biegł pędem do celu, który mu się ukazywał w dali otoczony blaskiem ułudnym.

Jego ambicya nie zadawalniala się nadzieją, iż zostanie w czasie mechanikiem pierwszorzędnym. On chciał gwałtem zostać wynalazcą, to jest: jednym z tych biednych, nieznanych wielkich ludzi, których życie zużywa się przedwcześnie w walkach upartych z losem przekornym: w walkach najczęściej bezowocnych, z rutyną i zacofaniem; jednym z owych męczenników idei, którym gieniusz krwawi czoło koroną ciernistą. Życie poświęcają, wytężają umysł, i nie mogą zyskać wiary, nie mogą obrócić na swoją korzyść, pomysłów tak prostych, tak jasno im się przedstawiających! Gdy oni umrą, częstokroć z głodu i z nędzy, tysiące głupców zbogacą się ich kosztem, śmiejąc się z biedaków, i patrząc na nich z góry, z litościwem ramion wzruszeniem, niby na szlachetnych... szaleńców.

I Jan Vaubaron, ludzi! się podobnemi czarownemi majakami, które są nieodłączne od bujnej wyobraźni poetów i wynalazców: śnił błogo o przyszłej sławie i fortunie. Niestety! najczęściej tak bywa, iż ci, którzy usypiają wśród takich marzeń rozkosznych, budzą się wśród ciemności nieprzebitych rozczarowania, rozpaczliwego zniechęcenia i... nędzy! Musimy dodać, że młody człowiek, był jak dotąd, bardzo dalekim od podobnie smutnych wróżb, na samym początku zawodu, obranego z namiętnym zapałem.

Mechanik, u którego obecnie praktykował, człowiek rozumny i wykształcony, pokochał niemal swojego pomocnika, oddając wszelką sprawiedliwość jego pracowitości, a nawet gienialności w każdym pomyśle.

Nieraz przypatrywał się z najwyższem zadowoleniem, gdy Jan coś w jakiejś maszynie uprościł i uczynił łatwiejszem do wykonania. Przepowiadał młodzieńcowi przyszłość najświetniejszą, i sam wierzył święcie w to co utrzymywał w obec Jana.

Nieraz w głębi duszy mechanik układał sobie, zabawić się po wtórnie w opatrzność Jana i wpłynąć stanowczo a zbawiennie na jego przyszłe losy.

Stosunkowo bardzo bogaty, myślał jednak czyby nie dobrze było przyjąć do spółki młodzieńca gienialnego, mimo, iż tenże nie miał nic, prócz pracowitości i dobrej woli.

Szedł jeszcze dalej, snując w myśli owe plany.

Jan skończył był lat dwadzieścia. On sam zaś miał córkę jedynaczkę, około lat czternastu, a która zanosiła się na bardzo przystojną panienkę. Otóż! przypuszczał nawet, iż kiedyś młodzi ludzie mogli by sobie nawzajem przypaść do serca, i on by im pozwolił, za jakie cztery, pięć lat połączyć się ślubem małżeńskim.

Być może, iż szczęście naszego bohatera zależało od ziszczenia marzeń owego mechanika. Inaczej atoli było w górze zapisano i marzenia nie miały się nigdy ziścić...

 

VIII.

 

Mimo całego zapału i chęci poświęcenia siebie, byle Martę uratować, młody człowiek został odepchnięty falą zabijającą gazu węglowego, który napełnił korytarz, skoro drzwi zwalił do środka. Odetchnąć tem powietrzem zatratem, groziłoby śmiercią prawie pewną... Mimowoli zatem Jan się zatrzymał...

Jeden rzut oka wystarczył zresztą aby rozwiązać straszną zagadkę. Stos węgli dogasał w żelaznej fajerce, oświetlając ponuro nędzną izdebkę płomykami niebieskawemi, które migotały po nad żarem.

Okienko jedyne, było starannie zamknięte. Młoda dzieweczka tak była przezorną, że nawet brzegami okleiła je szarym papierem, żeby przez szpary nie ulotniła się cześć gazu.

Potem rzuciła się na łóżko, w stroju kirowym, z rękami na piersiach złożonemi, z wzrokiem w górę wzniesionym, do nieba, gdzie się chciała z matką połączyć. I tak na śmierć czekała.

Śmierć posłuszna byłaby ją niebawem zabrała, gdyby jęki głuche zaczynającej się agonii, nie były Jana uderzyły. Już Marta znaku życia nie dawała. Usta były nieme i sine; oczy stały w słup; serce bić przestało.

Krótka chwila wystarczyła, aby część przynajmniej gazu trującego rozeszła się po korytarzu, Jan z tego natychmiast skorzystał. Nie dbając o to, czy sobie rąk nie pokaleczy, wytłukł pięścią kilka szyb. Za długo by było trwało okno otwierać. Potem porwał w ramiona ciało bezwładne młodej dzieweczki, zaniósł do własnej izdebki, złożył na własnym łóżku, i nawet lampy nie zapaliwszy, wybiegł na schody, przechylił się przez poręcz, i zaczął wołać z całej siły:

- Ratunku! ratunku!... kobieta umiera!...

Wolanie, rozlegające się niby grzmot po całym domu, było już niemal zbyteczne. Wszyscy lokatorowie, usłyszeli przedtem łoskot drzwi wywalonych i brzęk szklą stłuczonego: kilku z nich, w nocnym nieładzie, zaledwie cośkolwiek na siebie zarzuciwszy, szli właśnie na górę, aby się dowiedzieć, skąd te hałasy piekielne w domu tak zwykle spokojnym?

Wkrótce kilkanaście osób, z Tomaszowa na czele, zgromadziło się w izdebce Jana.

Wtedy, jak zwykle w podobnych wypadkach, zamiast zająć się ratowaniem konającej, jeden przez drugiego obsypywał Jana pytaniami, co się to stało takiego?

Ten nie odpowiadał nikomu. Powtarzał tylko tonem najwyższej rozpaczy:

- Umiera!... Wszak widzicie że ginie marnie!... Ratujcie ją!... Ratujcie!...

Nareszcie myśl rozsądna strzeliła do głowy Tomaszowej.

- Najlepiejby było sprowadzić doktora!

- Skąd? - Jan spytał głucho, bliski szaleństwa.

- Jest jeden na naszej ulicy... tuż blisko... trzeci dom na prawo... Jego nazwisko przybite przy drzwiach, na blasze mosiężnej...

Młody człowiek już tego nie słyszał... Leciał jak strzała po schodach.

Zjawił się za chwilę krótką, prawie nie do pojęcia! Lekarza wyrwał z łóżka gwałtownie, dając mu tyle czasu zaledwie, żeby mógł cokolwiek wciągnąć na siebie.

Lekarz zrazu oświadczył, iż casus jest nader niebezpieczny, i w obec prawie zupełnego uduszenia gazem, za nic nie odpowiada. Dodał iż przedewszystkiem trzeba młodej dziewczynie powietrza, jak najwięcej powietrza! otworzył okno i wszystkich za drzwi wyprosił. Zostawił tylko Jana i Tomaszowę, która okazała wielką i serdeczną gotowość, pilnowania chorej przez resztę nocy. Czy do tego poświecenia nie łączyło się i trochę ciekawości? nie śmielibyśmy zaręczyć...

Teraz przystąpiono z całą energią do ratowania na pół umarłej. Powodzenie było zupełne, i skutek okazał się rychlej, niż sam lekarz przewidywał.

W godzinę niespełna, dziewczynka westchnęła głęboko i podniosła zwolna powieki ociężałe. Jan, który miał ją już za umarłą, nie mógł się wstrzymać od okrzyku radośnego.

Marta usiadła na łóżku, wodząc w koło wzrokiem błędnym i wystraszonym. Oczy jej zatrzymały się z niepokojem na lekarzu, którego nigdy w życiu nie widziała, i na Janie, którego na razie poznać nie mogła. Umysł jej pracował teraz niesłychanie. Chciala umrzeć; przeszła wszelkie trwogi i rozpacze agonii; po nich nastąpiło zupełne ubezwładnienie; teraz zaś, gdy życie na chwilę zastanowiono na nowo wracało, dla niej było to nie ze snu przebudzeniem, ale jakby zmartwychwstaniem!

- Jest li to życie - pytała sama siebie - w takim razie, gdzież to ja jestem?... Jeżeli to śmierć, dla czegóż matka mi się nie pokaże i nie przyjdzie mnie do łona przycisnąć?...

Te kwestye nie do rozwiązania, te dziwne zagadki i zawikłania mieszały do reszty zmysły dziecka biednego. Czuła że ją przytomność opuszcza; twarzyczkę ukryła w obu dłoniach i wybuchła płaczem spazmatycznym.

- Czekałem tylko na tę kryzys najskuteczniejszą... - lekarz szepnął na ucho Janowi. - W podobnych wypadkach, łzy są lekarstwem najzbawienniejszem!... Niebezpieczeństwo już nie istnieje!...

Jan uradowany temi słowami staruszka, porwał jego rękę i namiętnie do ust przycisnął z nadmiaru wdzięczności.

Lekarz uśmiechnął się dobrodusznie:

- Jak pan ją kochasz! - rzekł zcicha.

- Ja! - wybełkotał zmieszany i zaniepokojony. - Ależ ja ją znam zaledwie...

Staruszek nic na to nie odpowiedział.

Potrząsł li głową z widocznem niedowierzaniem, i odszedł, zapowiadając się z wizytą nazajutrz.

- Nie mogę przecie nocować w tym samym pokoju - Jan rzekł do Tomaszowej - to nie wypada!... Bądź tak dobrą, moja kobieto, pilnuj tej biedaczki... Ja powrócę, skoro dzień zaświta...

- A gdzież pan się tymczasem podzieje? gdzie pan spać będziesz? - spytała zafrasowana.

- Eh! - machnął ręką - o to się już nie turbujcie!... Gdzieś się przecie ulokuję!... i wyszedł.

Nie poszedł daleko.

Drzwi za sobą zamknąwszy usiadł na stopniu najwyższym, plecami oparł się o mur, łokciami o kolana, głowę spuścił na dłonie i tak nie przespał wprawdzie, ale przedumał do rana.

Przez ten cały czas długi rozbierał w myśli słowa lekarza: Jak pan ją kochasz!... Te trzy krótkie słówka były dla niego niby objawieniem; rozjaśniły ciemności, w których umysł jego błądził, wydały nagle ukrytą na dnie jego serca tajemnicę.

- Ha! Bogiem a prawdą! - powiedział sam sobie. - To rzecz pewna... że ja ją kocham nad wszystko!

Skoro to wyznanie wybiegło mu z serca na usta, czuł jak gorączka ustępuje, która go przez tydzień mordowała, jak znika pożerający go temi dniami niepokój, a dzięki szczęśliwemu usposobieniu pierwszej młodości, która ma przywilej w nic nigdy nie wątpić a wszystkiego najlepszego spodziewać się, zapomniał z kretesem o smutnych przepowiedniach przy samym początku tej budzącej się miłości, która mu się tak nagle objawiła, a zaczął natychmiast budować zamki na lodzie, snuć plany przyszłego ich szczęścia domowego.

Z pierwszym dnia brzaskiem zapukał do drzwi swojej izdebki z sercem radością przepełnionem:

- I cóż? - spytał Stróżową, która drzwi odchylała cichutko

- Ma się nie źle, odpowiedziała poczciwa kobieta. - W tej chwili śpi smacznie... Mówmy cicho żeby jej nie obudzić... Dużo rozmawiałyśmy obie w nocy... Biedna panusia, przyznała mi się, że chciała sobie śmierć zrobić z wielkiego żalu, że tak sama jak palec, a także i dla tego, bo wie jak to na tym świecie trudno dziewczynie młodej a uczciwej zapracować na chleba kawałek... choćby jej ręce z pracy poodpadały... Perswadowałam jak mogłam że nie trzeba nigdy tak bardzo sobie do głowy przypuszczać, że kogo pan Bóg stworzy, tego nie umorzy i zczęsta znajdzie się na swojej drodze przyjaciół, gdy się najmniej na nich liczy... Koniec końców, wspomniałam i o panu... Wie iż panu tylko życie zawdzięcza...

Marta obudziła się tymczasem i usłyszała słowa ostatnie.

- Tak jest panie, wiem o tem - przemówiła głosem drżącym z osłabienia - lękam się jednak czyś mnie pan nie obdarował życiem na moją większą tylko niedolę i troski... Nie mniej atoli dziękuję panu z głębi serca, bo pojmuje jak wielki grzech z rozpaczy popełniłam, rozporządzając samowolnie tem co nie było moją własnością. Teraz to rozumiem doskonale, skoro minęła szalona ekscytacya, która mnie do tej zbrodni popchnęła. Odtąd nie braknie mi odwagi do walki z losem. Będę szła dalej i dalej po drodze życia ciernistej, póki mi sił stanie, i będę cierpliwie czekała bez skargi i wyrzekania, kiedy Bogu będzie się podobało połączyć mnie z moją matką najukochańszą... Podaj mi rękę panie Vaubaron... Potrzebuję uścisnąć dłoń człowieka uczciwego, dłoń prawdziwego przyjaciela, którego mi niebo same zesłało!...

Słuchając tych słów wypowiedzianych słodko i łagodnie przez Martę, Jan musiał użyć całej siły, aby się wstrzymać chwilowo i nie paść przed nią, jak przed świętą na kolana! nie powiedzieć jej od razu, że ją ubóstwia!

Wziął tę rączkę delikatną w-swoją dłoń grubą i spracowaną, zaledwie prawie śmiał się jej dotknąć i przycisnąć do ust gorących.

Rad by był co odpowiedzieć, zapewnić ją o swojem uwielbieniu i poświęceniu bez granic, silił się jednak nadaremnie. Usta się poruszały, głos jednak nie mógł się wydobyć z piersi ścieśnionej i bez tchu niemal.

Taki stan rzeczy (myślimy o wzajemnym stosunku dwojga młodych ludzi) musiał się zmienić radykalnie i to bardzo rychło.

Marta Bernard nie mogła żyć dłużej w strasznem i rozpaczliwęm osamotnieniu, w jakiem została była po śmierci matki; z drugiej strony nie wolno jej było pod grozą utraty czci i sławy, z bezwstydem prawie, oddać się w opiekę człowiekowi tak młodemu, jak Jan Vaubaron. Choćby ich stosunki były najbardziej braterskie, nie zabrakłoby złośliwych uwag i komentarzy posądzeń uwłaczających ze strony ogółu lokatorów, z tego olbrzymiego ula, napełnionego żądłami jadowitemi owadów, którzy się ludźmi nazywają. W każdym domu paryskim nie braknie takich, którzy mają sobie niemal za powinność szarpać dobrą sławę bliźnich.

Pewny instynkt zachowawczy, mimo że w ducha czystości i niewinności nawet nie rozumiała czem jest grzech właściwie, budził w Marcie skrupuły i ostrzegał przed zbyt wielką poufałością i zbliżaniem się do Jana. Jan jeszcze lepiej to rozumiał, trzymał się też jak najdalej, najlżejszy cień bowiem, padający na dobrą sławę dziewczątka, wydałby mu się był nieszczęściem nie do naprawienia.

Kochał on Martę Bernard miłością o tyle wzniosłą i czystą, o ile była namiętną i wyjątkową. Nie miał innego celu, innego pragnienia, nadziei rozkoszniejszej, jak zrobić z Marty życia towarzyszkę, jak podzielić z nią wiernie wszystkie radości a oszczędzać jej ile możności trosk i holów, które tak często się zdarzają na tym łez padole.

Marta nie miała jeszcze lat szesnastu; Vaubaron tylko co skończył był rok dwudziesty. Mimo ich tak wielkiej młodości, mimo zupełnego sieroctwa i ubóstwa Marty, mimo, że właściwie i on dotąd nie miał zapewnionego i wyrobionego stanowiska, małżeństwo go nie przestraszało.

- Wystarczałem przecie, gdy miałem do wyżywienia moich przybranych rodziców - powtarzał w duchu. - Dziś mam tę samą odwagę a więcej sił do pracy i więcej umiem i rozumiem niż wtedy... mogę zatem wziąć śmiało na moje barki ciężar małżeństwa i nie ugiąć się pod nim.

W miesiąc niespełna po nieudałem samobójstwie biednego dziewczątka, młody mechanik zebrał całą odwagę i udał się do Marty z sercem bijącem na alarm, mówiąc z prostotą rzewną te słowa:

- Oboje jesteśmy osieroceni, oboje ubodzy, sami, opuszczeni jak świat szeroki... Chcesz najdroższa moja, żebyśmy odtąd byli jedno drugiemu całym światem?... Chcesz mi być towarzyszką... żoną na dolę i niedolę?

- Chcę!... - Marta odpowiedziała, kładąc drżącą rączkę na dłoni Vaubaron'a - i wiem, że moja matka, jeżeli na nas patrzy, jeżeli nas słyszy z góry, musi być pocieszona, najszczęśliwsza i błogosławi z Nieba swoim dziatkom!...

 

CZĘŚĆ PIERWSZA.

 

I.

 

Na Galerach.

 

Było to w czas jakiś po rewolucji lipcowej roku 1830... Lud paryski wywrócił dynastyę z Bożej łaski, zamienił Lilje Bourbonów, na Koguta galijskiego, wynosząc na tron francuski Orleanów.

Dotąd ani wielka stolica, ani reszta Francji, nie odetchnęła całkowicie i nie opamiętała się zupełnie, po przebytej gorączce, po wzruszeniach i niepokojach, nieodłącznych od podobnych katastrof politycznych. Oczy wszystkich patrzyły w przyszłość, ogół pytał się zafrasowany, czy też tron nowy spoczywa na trwalszych podwalinach, niż ów tron starożytny, który zdawał się stać tak silnie, a zapadł się i zniknął z powierzchni w trzy dni niespełna.

W owej epoce, nie istniały jeszcze owe dzienniki niezliczone, któremi obecnie prasa świat cały zasypuje.

Zaledwie kiedy niekiedy Moniteur, organ rządowy, wychodzący w dość małym formacie, wspomniał nawiasem, poświęcając zaledwie kilka wierszów w szpaltach dziennika, o Sądach Przysięgłych, jeżeli tamże rozgrywał się jak i proces senzacyjny, a sprawa podniecała w najwyższym stopniu ciekawość Paryżanów.

W pierwszych zresztą miesiącach po rewolucyi, uwaga publiczności przeciętnej, zwracała się w inną stronę. Tylko sprawy i procesa polityczne, doprowadzały tłum do szalu niemal.

Ten tedy zbieg wypadków, był powodem co łatwo zrozumieć, że dramat rozgrywający się w sali sądowej, a który stanowi podstawę pierwszej części naszej powieści, najprawdziwszej, przeszedł prawie niepostrzeżenie, mimo okoliczności i szczegółów wielce tajemniczych i nader zaciekawiających. Dla przyczyn wyżej przytoczonych trudno by było odszukać ślad owego procesu, i rozpraw sądowych w tej sprawie, w dziennikach bardzo nielicznych z owej epoki.

Poszukiwania gorliwe, uwieńczone skutkiem najpomyślniejszym, w tajnem archiwum policyjnem, wprowadziły nas na trop tego dramatu. Wydał nam się niesłychanie ciekawym i do głębi wzruszającym. Zapoznawszy się dokładnie z jego najdrobniejszemi szczegółami, opisaliśmy go w formie powieści, zmieniając li nazwiska osób grających w nim role główne, a to z powodu, że niektórzy, opisani przez nas, żyją dotąd.

W roku 1830, jak i za naszych czasów', przedmieście Marais, było częścią Paryża, najcichszą i najmniej zaludnioną, ulica zaś Pas-de-la-Mule mogła uchodzić za najspokojniejszą i najmniej uczęszczaną, w tym zakątku i tak wiecznie ponurym i milczącym. A jednak był on kiedyś zamieszkały przez samą najwyższą arystokracyę. i miał swoją epokę najświetniejszą. Sic transit gloria mundi!

Mniej więcej w samem centrum ulicy, którą wyżej wymieniliśmy, istniał w r. 1830 dom bardzo stary, później rozebrany, tak samo jak domy sąsiednie, aby zrobić miejsce olbrzymim zabudowaniom fabrycznym

Dom ten, wyglajacy bardzo licho, mimo iż jego facyata była niegdyś zbudowana z kamienia ciosowego, poczerniałego ze starości. Miał on dwa piątra, i nie był bardzo głęboki od dziedzińca.

Na dole były dwa okna od frontu, zakratowane grubemi sztabami żelaznemi, i bramka, przez którą wchodziło się po trzech stopniach kamiennych, mocno nadwerężonych, przez obuwie podkute z dziesięcia pokoleń, do długich a waskich sieni. Na końcu były schody, prowadzące na pierwsze i drugie piatro. W domu nie było odźwiernego.

Drzwi boczne wybite w murze, po lewej ręce, stanowiły wejście prosto ze sieni, do pomieszkania dolnego. Wzdłuż całego pierwszego piątra, liczą tylko trzy okien, biegł balkon dość szeroki, otoczony balustradą żelazną, wyrabianą misternie, według mody ówczesnej, niemiłosiernie przez rdzę zjedzoną. Ten balkon zdradzał, że dom dziś tak za niedbany, musiał niegdyś należeć do ludzi co najmniej zamożnych, i ze sfer wyższych.

W chwili w której rozpoczynamy naszą powieść, szyld nie wielki, przybity nad jednem z dwóch okien frontowych na dole, nosił napis:

 

Laridon tandeciarz

sprzedaje i kupuje towar nowy i przenoszony. - Płaci gotówką kartki zastawnicze z Mont-de-Piété, lub wykupuje z tamtąd przedmioty zastawione, według życzenia i woli osób interesowanych.

 

Nieliczni przechodnie, depczący po nierównym bruku ponurej ulicy, rzucali spojrzenie ciekawe w głąb składu tandetnego i spostrzegali, ile im dozwoliły sztaby żelazne w oknach, stos dziwny i potworny, przedmiotów najmniej z sobą licujących, tworzących chaos nierozplątany i oszołomiający.

Rzeczy kosztowne, a przynajmniej przeznaczone aby je znawca prawdziwy ocenił według wartości, jakoto: przedmioty z porcelany chińskiej, Vieux-Saxe i Vieux-S?vre, meble en Boule i w stylu Renaissance, gipiury weneckie i flamandzkie, obrazy ze starej szkoły włoskiej, hiszpańskiej i francuskiej, leżały w pyle, pomieszane ze staremi łachmanami, z narzędziami rozmaitemi, ze zwojami grubej baji, lub płótna zgrzebnego, z żelaziwem połamanem i zardzewiałem, z brudną, cuchnącą i grubą bielizną, z bronią w stanie opłakanym, z gitarami i skrzypcami ze strunami pozrywanemi, i z tysiącem innych gratów i rupieci, których wyliczanie za dużo by nam miejsca zabrało.

Laridon handlował wszystkiem; miał przynajmniej wszystko w swojej norze, co na jedno nie w chodzi, bo nader rzadko zjawiał się u niego jaki nabywca.

- Z czego on żyje? - pytali się czasem najbliżsi sąsiedzi, zdziwieni tą wielką próżnią w magazynie tandeciarskim, i tem osamotnieniem Laridon'a.

Nie łatwo było odpowiedzieć na to pytanie dość niedyskretne; faktem było jednak, że źle czy dobrze, tandeciarz żył jakoś i nic nikomu nie był dłużny.

Trzeba dodać, że jeżeli mu ktoś proponował jakieś kupno, skoro nabytek zdawał mu się korzystnym, znajdywał zawsze w głębi ogromnej kieszeni, pieniądze potrzebne; płacąc gotówką i bez zwłoki.

Laridon wystarczał sam sobie. Nie trzymał ani chłopaka do usługi, ani kucharki. Zdawał się człowiekiem zgodnym i łagodnego usposobienia. Tylko ciekawskich nienawidził. Raz, czy dwa, w ciągu czterech lat, odkąd mieszkał w tym domu, kilka osób, z owej kategoryi wściubów, nos wszędzie wtykających, gdzie ich najmniej potrzeba, ośmielili się badać go na punkcie interesów, i jak mu też idzie handelek? Odprawił ich z niczem, ma się rozumieć, w dodatku tak szorstko i niegrzecznie, że ich odpadła otucha raz na zawsze, do podobnych zaczepek.

Wkrótce zapoznamy się bliżej z tandeciarzem, a w tedy dowiemy się dokładnie, co zacz był, i czem się zatrudniał, oprócz handlu, służącego mu li za płaszczyk.

Tymczasem, pójdziemy po schodach, prowadzących na pierwsze piątro.

Wzdłuż balkonu, dwa mocne haki żelazne przytrzymywały długą deskę starannie wyheblowaną i na czarno polakierowaną. Na tle ciemnem, wpadały w oko duże litery barwy jasnej, tworząc napis następujący:

Jan Vanbaron Mechanik, Snycerz i Giser.

Z poza szyb, u trzech okien wyglądały firanki grube perkalowe, ale śnieżnej czystości.

Wejdziemy niebawem, wraz z naszymi łaskawymi czytelnikami, do pomieszkania Jana Vaubaron'a.

Mieszkanie na drugiem piątrze czekało daremnie na lokatora. Dotąd stało pustką, co wskazywała kartka najmu na dole powieszona.

Dwie, czy trzy bardzo ubogie wyrobnice, gnieździły się, jak mogły, w lichych izdebkach na poddaszu, wychodząc do dnia na robotę, a wracając dopiero późnym wieczorem.

Gdyby kogoś wzięła fantazya zatrzymania się chwilkę na pustej ulicy, naprzeciw domu przez nas opisanego, byłby zobaczył na prawo kamieniczkę niepokaźną, w której mieszkało kilka partyj z klasy średniej; ludzi ubogich, z którym i nie będziemy nic mieli do czynienia. Po lewej stronie było wręcz przeciwnie.

Mur na trzy metry wysoki, utrzymany najstaranniej, z szeroką bramą wjazdową na środku, z piękną kamienną armaturą u góry, otaczał dziedziniec bardzo obszerny.

W głębi dziedzińca, z dwoma pawilonami po bokach, w których mieściły się oficyny, stajnie i wozownie, wznosił się gmach imponujący, budowany za Ludwika XV przez poborcę jeneralnego, którego nazwisko wypadło nam z pamięci.

Pałac był zamieszkany w całości przez nowego nabywcę, starego kawalera, który rzadko kiedy wychodził, nikogo u siebie nie przyjmował, a o którym ciekawość podniecona sąsiadów najbliższych mogła li zebrać wieści niepewne i niedokładne.

Tyle tylko się dowiedziano, że stary kawaler nazywał się (a przynajmniej tak się kazał nazywać) baron de Viriville. Przypuszczano, iż musiał być gdzieś bankierem, i zebrawszy znaczny majątek, spoczął na laurach, nie wdając się więcej w żadne interesa. I to nie było tajnem nikomu, iż trzymał służbę wcale nie liczna, zadawalniąjąc się jednym lokajczykiem, stangretem i starą kucharką.

O tem jednak wiedziano na pewno, że owa kucharka Urszula Renaud, ma mieć wpływ wielki na pana samego, i trzęsie po prostu całym domem.

Skoro przejdziemy się po mieszkaniu tandeciarza i mechanika Vaubaron'a, musimy natychmiast przekroczyć bramę pałacu, bo tam odegrały się główne sceny prologu, w dramacie przez nas opisanym.

Działo to się w drugiej połowie miesiąca września w roku 1830, a w dzień tak gorący, jakby wśród kanikuły.

Słońce skłaniało się ku zachodowi, przez długie jednak godziny zalewało Paryż promieniami płomienistemi, niby ołów roztopiony. Gorąco buchało z ulic jak z pieca, a bruk był niemal do białości rozpalony. Wietrzyk najlżejszy nie ochładzał upału obezwładniającego i odbierającego niemal przytomność.

Wejdźmy po schodach najprzód do mieszkania Vaubaron'a. Drzwi otworzywszy do wnętrza jego pracowni, uderzy nas obraz nader smutny, jeden z tych, który zdolny Izy wycisnąć nawet z ócz suchych zwyczajnie: wzruszyć serce choćby najmniej litościwe.

Pierwsza izba dość przestronna, w której stał li stół na biało lakierowany i kilka krzeseł obitych czarną materyą z włosienia, musiała służyć jednocześnie za przedpokój i salkę jadalną: łączyła się zaś z drugą, przeznaczoną do spania, z dwoma oknami: tam chwilowo były zgromadzone trzy osoby, stanowiące rodzinę Vaubarona.

Pokój ten, mimo iż nie można w nim było dopatrzeć niczego zbytkownego, schludniej wyglądał niż pierwsza izba, i zdawał się na pierwszy rzut oka dość nawet zapełniony.

Było tu dość sprzętów, ale jak nędznych! jak ubogich!

Łóżko w głębi pod ścianą było prostym tapczanem, zbitym z kilku desek sosnowych, jakim pogardzają nawet najbiedniejsi wyrobnicy: długa jednak kotara z perkaliku jasnego osłaniała nędzne posłanie.

Obok tapczana stało łóżeczko dziecięce, z łoziny plecione. Trochę dalej był rzucony siennik na podłogę z desek, ale aż połyskującą, tak była czysto wymyta.

Pomiędzy oknami stał warsztat ślusarski, pełen narzędzi najrozmaitszych. Światło z dwóch okien padało nań prostopadle, czyste i jasne.

Na kominku nie było nic prócz wazonika fajansowego, w którym więdły do reszty w odrobinie mętnej wody, biedne polne kwiatki, zerwane na kilka dni przedtem.

Na środku pokoju, na małym gierydonie leżała duża księga, uderzająca całą swoja niezwykła powierzchownością.

Była to Biblia kalwińska, drukowana na welinie, przy schyłku wieku siedmnastego. Ta księga oprawna w czarny marokin, miała rogi i dwie klamry srebrne, roboty nader misternej. Srebro tak z latami poczerniało, iż można je było wziąć za żelazo po prostu. Brzegi były niegdyś: czerwone, dziś mocno wypłowiałe. Na wierzchu była tarcza herbowa wyzłacana, ozdobiona u góry koroną margrabiowską.