Rozdział pierwszy Poznanie
Wąska, asfaltowa droga schodziła raptownie w dół i wiła się przez pożółkłą i nasłonecznioną scenerię łanów przekwitającego rzepaku, pośród pofałdowanych pagórków, i wiodła dalej przez rozległy płaskowyż. Rozwidliła się znienacka za wzniesieniem, prowadząc odnogą do wsi i szutrową jej drugą częścią, wcinającą się w pszeniczny dywan łączący z niewielkim sosnowym, gęstym młodniakiem. W oddali ujrzałem zarys pochylonego komina cegielni, okopconego po krawędziach, oraz kryte papą wiaty. Nieopodal za płytkim jarem, umocnionym fioletowym łubinem, poprzeplatanym lwią paszczą, prześwitywały szklące się w upale tafle dwóch glinianek, lekko porośnięte wokół trzciną. Podjechałem i zgasiłem silnik. Wygrzebałem się z auta, przenosząc ciężar ciała na obie nogi. Stanąłem niemal na ceglanym placu spieczonym słońcem i spękanym mnóstwem nieregularnych rys. Ze wzniesienia widok był urzekający. Wyzłocony słońcem przekwitający rzepak i ciągnące się falujące na wietrze łany pszenicy, sosnowy młodniak, jeziorka glinianek, wijąca droga wiodąca przez łąki i pagórki i płynący ku mnie śpiew skowronka. Do tego powietrze, pomimo upału przepojone balsamiczną wonią aromatu zarośli i polnych kwiatów. Na linii horyzontu pokrytego kołdrą obłoków majaczyła biała wieżyczka kościoła. Podszedłem do glinianek, gdzie pluskały się dzieci w towarzystwie starszej kobiety o rubensowskich kształtach.
- Szczęść Boże, do wsi dojadę od strony cegielni czy mam nawrotkę robić?
- A możesz pan tędy dojechać, tylko parola za laskiem trza zawinąć obok kapliczki i wjedziesz waćpan od strony sklepu. Cegłę chcieliście kupić? - dodała zaciekawiona mną kobieta. - Już nie robią, nie opłaca się, a i robić tu nie ma komu. - Odgarnęła leciutko dłonią opadający na czoło podsiwiały kosmyk włosów.
- Nie, ja do sołtysa. - Skinąłem głową na pożegnanie. I tak jak się zjawiłem, tak oddaliłem, zostawiając chmurę kurzu wznieconą kołami samochodu wśród żaru powietrza i gapiących się dzieciaków.
Minąłem kapliczkę osłoniętą parawanem zwiotczałych kwiatów bzu i po chwili z impetem parkowałem już pod sklepem, wzniecając ponownie obłok kurzu na wysypanym żużlem podjeździe, przez co skupiłem przenikliwe spojrzenia dwóch mężczyzn w średnim wieku, stojących nieopodal wejścia w cieniu sędziwej, rozłożystej lipy kładącej pod jej ramionami cętkowany cień dający odrobinę chłodu i wytchnienia.
Był to typowy wiejski sklep, gdzie kupić można wszystko, co niezbędne na co dzień, a nawet może i więcej. Zarówno widły, igły, chleb i cep oraz wiórki do czyszczenia, jak i ogórki do kiszenia.
Prześlizgnąłem się pomiędzy pustymi pojemnikami a kartonami, płosząc wyliniałego kota, i wszedłem do środka. Daria stała przed ladą. Rozpoznałem ją od razu. Ubrana w czarne, jeansowe spodnie i sportową, również czarną, aż nazbyt dopasowaną bluzkę z delikatnym, nieregularnym złotym wzorkiem, uwypuklającą jej jakże dorodne piersi. Stanąłem tuż za nią, a ona akurat wkładała do lnianej siatki chleb, cukier, mąkę i butelkę octu. Na ladzie położyła książkę oprawioną ciemnozielonym skajem, z której wyjęła stuzłotowy banknot.
- Drobniej nie ma? - zapytała sklepowa w białym kitlu, splecionych gumką w koński ogon włosach, o jasnej, wręcz bladej cerze i w wieku pod pięćdziesiątkę.
- Przykro, ale nie - odparła, nie widząc mnie jeszcze.
- Mogę rozmienić - wtrąciłem, stojąc za jej plecami, i wówczas wdowa odwróciła się, krzyżując nasze spojrzenia.
Jej czarne, cygańskie, płonące oczy, które mówiły o nieugaszonym wewnętrznym ogniu, skrzące się niczym dwie gwiazdy na firmamencie, osaczyły mnie. Ta kobieta była wcieleniem piękna, gracji i ruchów. Wspaniała. Przeszedł mnie dreszcz, ale taki pozytywny, przyjemny. "Dobra, przyjazna dusza" - pomyślałem.
- A ma pani może prezerwatywy? Najlepiej z Durexu - zwróciłem się nieoczekiwanie do sklepowej.
- Co takiego? - odparła zmieszana sprzedawczyni. Stała, jakby skrępowana dziwną obcością, zastygając w spontanicznym bezruchu.
- Czego się, Andzia, dziwujesz? Daj panu kandony, a mnie wino na zeszyt - wtrącił mężczyzna w podeszłym już wieku, ubrany w drelichowe spodnie, jasną, płócienną koszulę, znoszone sandały. Miał wydatny brzuch i dobroduszną minę.
Widać, że był silny i w młodości mógł być świetnym kowalem, drwalem, młynarzem. Pasował bez dwóch zdań do tego typu profesji. Otarł chustką pot z czoła łysiejącej głowy i uśmiechnął się, błyskając srebrnymi zębami.
- Olaboga! Olaboga! - wrzasnęła przerażona, grzebiąca w skrzynce z ogórkami stara kobieta. Spod jej zawiązanej na głowie kraciastej chusty wymykały się bokami kosmyki tłustych, siwych włosów. - O Matko Przenajświętsza.
- Panie, u nas nie ma takich rzeczy. Ksiądz by mi sklep spalił. Co żeś pan? - odpowiedziała wreszcie, wracając do równowagi zmieszana sprzedawczyni.
- Andzia! Daj mnie kubek wody - poprosiła po chwili kobieta. - Niedobrze mi.
- Pani Dario! Co tu się dzieje? - zwróciłem się, puszczając oko, do Morciakowej.
- A pan mnie zna? Kim żeś pan jest? - Nachmurzyła się, chowając uśmiech.
- Za pozwoleniem się przedstawię. Jestem Marek. Jasnowidz i tarocista. Widzę jaśniej i więcej niż inni. Przyjechałem z Amsterdamu. Wnioskuję po pani aurze, że mamy astralne pokrewieństwo dusz.
- Olaboga! Czarnoksiężnik! Czarownik! - wrzasnęła ponownie starowina i wybiegła ze sklepu, złorzecząc w niezrozumiałym dialekcie wniebogłosy.
- Pani Madejowa! - zawołała ekspedientka. - Woda!
Ale starucha była już hen na zewnątrz.
- Pani Dario! Oto wręczam pani dwa pięćdziesięciozłotowe banknoty, a, i proszę pamiętać o książce. To zapewne "Anna Karenina" - dodałem z przekąsem. Byłem zaskoczony własną zuchwałością.
- Coś nieprawdopodobnego. Kim pan, do diabła, jest? - Przeszywał mnie jej wzrok.
- Przecież powiedziałem.
- Maniek! Szybciej tam, do cholery. - Dobiegł nas ochrypły głos z zewnątrz.
- Przepraszam, że poza kolejką, ale funfle czekają. Daj, Andzia, to wino i już mnie ni ma. Oby nie ciepłe.
Zmieszana totalnie ekspedientka sięgnęła pod ladę, wyjmując obdarty z okładki notes wraz z pogryzionym długopisem.
- Ostatni raz, Rusinek, dopóki nie zapłacicie chociaż po części. Nazbierało się niemało.
- We wtorek jadę, Andzia, z badylami na targ. Wszystko oddam. Bankowo i charakternie. A tera daj to wino, bo rura smali, a gardło zdałoby się przepłukać, bo i upał jak cholera. - Wytarł nos w rękaw przepoconej koszuli.
Po chwili szczęśliwy ściskał w spracowanej i wielkiej jak bochen dłoni butelkę taniego wina. Wyszedł przed sklep i dołączył do kompanów.
- Maniek, co to za jeden? Bo chyba nie letniak. - Dosłyszałem przez niezamknięte drzwi.
- Chłopy, kurwa, ale jatka. To jasnowidz i karcista... tarcista... No coś takiego. Cholera, mówił, ale żem, kurwa, zapomniał.
- Chyba hazardzista? - wtrącił drugi mężczyzna.
- Może pokerzysta? - dodał ten trzeci, zacierając dłonie.
- Zabijta mnie, a nie pamiętam. A nie słyszeli, co Madejowa wykrzykiwała?
- Chłopie, ona wybiegła, jakby ją szerszeń dźgnął w sam rowek dupska. Widać poleciała w stronę Witosza. Zara mu naopowiada...
- Ale do kogo on? Nie mówił.
- Kandony chciał kupić.
- Co?
- Ej tam... Widać słaby jebaka. A któż to dziś na gumie jeździ? Ja to zawsze zdążałem na czas wyskoczyć - przechwalał się Rusinek. - Ale wiesz co, Stachu - zwrócił się do jednego z dwóch mężczyzn, któremu papieros zwisał w kąciku ust. - Toż to pewno jaki miastowy frajer. Ale obaczym, co będzie dalej, bo coś mnie się zdaje, że on czarownicę podrywa. Otwieraj, Stachu, wino, bo gorąc, i polewaj. Kubek, jak zawsze, w dziupli pod konarem. - Niespodziewanie chlasnął dłonią wypasionego końskiego gza, który próbował go dźgnąć w szyję. Bąk zdołał odfrunąć. - A to pierdolona gadzina. - Splunął.
- O, coś słabowato z refleksem. Starzejesz się - przyciął mu Ligocki.
- A ty niby nie? Patrzajcie, jaki mądrala się znalazł - burknął.
- Dobra, dobra, ale nie pierdol, Rusinek, że ty taki znowu jurny, no chyba że viagrę wpieprzasz albo żresz sam gips i popijasz kozią śmietaną. Toż ja młodszy jak ty i już mnie stawać nie chce. Jeno czasem jeszcze kapucyna strzepnę, bo baba moja już całkiem przekwitła i nie daje. Kandony mi nie w głowie.
- Co tam kandony, to dla frajerstwa. Kiedyś, jak żem był młodszy i dorwał żakiem lina na gliniance, to z jego flaków żem wyciągał pęcherz i nasuwał na zaganiacza. No i dobrze było. Żadna nie zaciążyła, a i z pół wsi za młodu żem wygrzmocił. A i trypla ani rzęstków, ni czorta żem nie załapał.
- Ale mendów żeś nałapał. Sam pamiętam, jak po muchozol żeś zapierdalał furmanką do gminy - zaśmiał się Stacho.
- Nawijka do kijka... Ty, kurwa, niby lepszy? Kto po doktorach się włóczył? Jak nie wódka i konserwy, to żeś z babami się szlajał bez przerwy - odgryzł się kompan.
- Zamknijta japy - odezwał się wreszcie trzeci mężczyzna, najmłodszy z nich, postawny, choć chudy. Miał długie, ciemne, zaczesane włosy, spracowane smukłe ręce i śniadą, spaloną słońcem cerę. Spod kołnierza koszuli wyglądał mu pokaźny, srebrny łańcuch nabierający błysku w słonecznych promieniach.
- Też mi co... Ino nawzajem jak jakie głupki się przechwalata, a po mnie kutas to nie widły, by byle gnój nim trząchać. Tfu - splunął. - Boga się nie boita, takie banialuki pieprzyć. Lepiej ty idźże, Maniek, nazad do sklepu i zapuść żurawia, o czem gadają, bo coś mi tu za długo nie wyłażą, i weźmij jeszcze wino. Masz tu piątaka. Ten palant na pewno coś kombinuje. Już ja to wiem.
- Zazdrość was żre, Ligocki, bo kosza Morciakowa wam dała - wtrącił się Stacho Bielski. - Widać młodszych lubi, a i z kasą, a nie gołodupców. Niejeden tu smalił cholewki od czasu, jak swego chłopa pochowała. I choć pomnik na dwa metry mu wystawiła i patyną zdążał się okryć, żaden z nas do tej cholery nie podejdzie. Bo mówię wam, że to diablica i to rodem z samych bagien. Ona ma moc od samego czarta. Dajecie wiarę? Dobrze wiem, co gadam. Sam żem ją przyfilował tańczącą nago w sadzie przy pełni księżyca. Albo jak kwiaty i zioła po miedzy w noc świętojańską zbierała. Jeszcze za życia Morciaka ubrana w czerń snuła się o zmierzchu nad kłosami wiatrem smaganej pszenicy. Jakby unoszona powietrzem. I z gołymi cyckami na białej klaczy, tej od Godlewskiego, jakby nic galopowała na tle łuny zachodzącego słońca. Podobnież Madejowa ją pod lasem wypatrzała. Gadała, że nad nią fruwał biały obłok mgły. Jak u jakiej zjawy z zaświatów. Zarzekała się na spowiedzi naszemu proboszczowi, by ten modły na jej posesji odprawił. Ponoć tam do niej polazł, ale ona go pognała. Nie zdążał chłopina kropidła nawet namoczyć. A w ogrodzie, czego nie nasadzi, wyrasta jak nigdzie indziej. Kazik Sinicki może przysiąc. Niejedno już przez sztachety widział. A tera jeszcze czarnoksiężnik nam się do kompletu pojawił. Chyba z samego piekła. A to się nam narobiło. Czarownica i jasnowidz. No, tegoż, jak żyję, jeszcze tu nie było. I patrzta, jak długo w sklepie siedzą. Dajta jeszcze łyka i śmigam po drugie winko, a wy, chłopy, dzwońta do Sinickiego na komórkie, niechaj całodobowy filunek wespół z Waldkiem przez płot zakłada. Wszak chłopskie oczy widzą to, czego nie obaczy żaden mieszczuch.
- Ino mata rację, że się narobiło - przyznał ten najchudszy z nich, mający widoczne worki pod oczami, ale ogólnie całkiem zadbany mężczyzna. - Zjazd czarowników. No to tera dopiero się zacznie.
Rozdział drugi Kąpiel
Tylną furtką od strony łąki i powalonego spróchniałego drzewa na podwórze wdowy wbiegła zadyszana Żaneta. Daria stała przy studni i kręcąc korbą, wyciągała wiadro z wodą. Żaneta kasłała astmatycznie, nie mogąc złapać tchu. Sięgnęła po metalowy, ocynkowany kubek wiszący nieopodal na gwoździu wbitym w starą jabłoń i zanurzyła, nim wylewająca się z nadmiaru woda wraz z wiadrem zdołały opuścić mroczną otchłań kręgów cembrowiny.
- Uff, ale zimna - westchnęła.
- Co ci, mała? Astmę masz? - spytała Daria, przelewając wodę do emaliowanego, białego wiadra.
- To szlugi. Jaranie wyłazi, ale gadaj, gdzie on, kurwa, jest?
- A niby kto?
- No jak kto? Ten jasnowidz.
- Boże. To już wiesz?
- Cała wieś huczy. A ten złamany chuj Witosz do proboszcza gonił jak niewyżyty kogut za kurą. Mój ojciec nakazał, abym jutro z rańca pierwszym pekaesem wracała do Łodzi, a jak nie, sam mnie odstawi.
- Dlaczego? - Zdziwienie Darii było uderzające.
- Stary powiedział, że do czasu, jak sytuacja się uspokoi. Ponoć podejrzany i niebezpieczny facet. I z Amsterdamu. A wiesz, co to znaczy?
- Niby co? - zdziwienie Darii nie miało końca.
- Że na bank ma w żyłę. Ot, to znaczy. Nawiózł marychy albo haszu. Podobnież wygląda na kasiastego, to na czym by zarabiał, jak nie na dragach? Aby choć nasiona miał. Wysiałybyśmy na łące za cegielnią. Mało kto tam łazi, co najwyżej zające kicają.
- Tobie tylko jedno w głowie. Ogarnij się, dziewczyno, bo chrzanisz mi tu, jakbyś się czegoś nawąchała. Pomogłabyś lepiej pierogów nalepić. Nasz "wilk", o którym mowa, ma wpaść wieczorkiem na kolację. Zaprosiłam go. A co?
- Toż ludzie już gadają, że jest u ciebie. Podobno znaliście się przed laty, a dobrani jesteście jak masło do chleba.
- Ot, durna Mongolia. Wielkie mi co. Podwiózł mnie kawałek ze sklepu, bo ciężko iść z zakupami w taki gorąc.
- Ponoć widzieli, jak całowaliście się w samochodzie - dodała Żaneta, wyjmując i przypalając papierosa.
Morciakowa parsknęła śmiechem.
- I jeszcze co? Może przeleciał mnie pod kapliczką na masce? A patrz, Sinicki już niby pomidory podwiązuje. Akurat teraz. Burak jeden.
- Ale wiesz, Darka, tak sobie pomyślałam, że do wieczora bliżej jak dalej i pewno będzie chciał zanocować.
- A i owszem, bo pytał o ten zajazd pod lasem, a póki co pojechał do sołtysa. Pokazałam, który dom.
- Po cholerę?
- Podoba mu się tu. Działkę chce kupić. Kocha świeże powietrze, mleko prosto od krowy, ciszę i spokój. Jest zmęczony miastem, tak mówił. Zresztą, coraz więcej ludzi chce powracać na łono natury, do korzeni. Szkoda, że ja po mężu te morgi sprzedałam. Byłoby jak znalazł.
- Ale w tej dziurze? Co on tu, kurwa, będzie robił? Porąbało go?
- Oj, Żaneta, Żaneta. A twój ojciec co tu robi? A inni, poza notorycznym szpiegowaniem i obrabianiem czterech liter, co robią? Widać, tak mu pasuje.
- On na pewno, Darka, coś kombinuje. Słuchaj! Weźmiemy go w dwa ognie na spytki. Twoje wino zajebiście w beret daje.
- Spijmy go. Co tam pierogi. Wyjmij herbatniki z kredensu, z gąsiorka zlej w saganek winko. Ot, i będzie uczta. Starczy jak na początek.
- Ale gadaj. Podoba ci się on? Fajny jest? - Zakreśliła jakąś geometryczną figurę żarem z papierosa.
- A taki tam. Chyba za cwaniakowaty, a zresztą. Czy ja wiem?
- Jak co, to mnie odstąp - odpaliła Żaneta.
- Za stary dla ciebie. Gaś tę fajkę, bo smrodzisz pod nosem, i nie gadaj głupot, tylko zagnieciesz ciasto, a ja szybko kąpiel wezmę, bo cała się kleję.
- Ale pozwolisz mi zostać na kolacji? - mówiąc to, zmieszała się, przecierając odruchem dłoni policzek.
- Pod warunkiem, że się zachowasz i nie będziesz wyskakiwała z bzdetami. I pamiętaj! Ani słowa o ćpaniu, a o ruchaniu tym bardziej. - Pogroziła jakby palcem. - Jesteśmy grzeczne, porządne dziewczynki. Jarzysz?
- Spoko, Darka, tu nie Maroko. Będzie, jak każesz. A, i jakby co, to ja jeszcze nigdy i z nikim.
- Ma się rozumieć, a teraz chodź, moja panno, i wpierw mi pomożesz kurz obmyć z pleców, a potem bierzmy się za robotę...
***
Zabytkowa, żeliwna, na wysokich lwich łapach wanna do połowy wypełniona letnią wodą koiła powabne, na czekoladę opalone, seksowne ciało Darii. Swego czasu stary Morciak wycyganił ją za dwa baniaki bimbru ze składnicy złomu, wraz z ogromną, ciężką jak z pół parowozu wąskotorowej kolejki, żeliwną balią na kształt dzwonu, jaka wkopana została w ogrodzie, by łapać w ten oryginalny zbiornik wylatującą z rynny deszczówkę do podlewania warzywniaka. Podobno na złom trafiły wyszabrowane z rozkradzionego do cna dworu przejętego w czasach komuny przez PGR. Ciągnik ledwie wjechał na podwórze z tym żelastwem, a w sześciu chłopa męczono się pół dnia, by zdjąć z przyczepy i ustawić, jak i gdzie należało. Balia trafiła do ogrodu, a wanna do części kuchennej, przerobionej na łazienkę. Zabrakło Morciakowi funduszy na hydrofor i doprowadzenie wody, niemniej niezastąpiony Antoni podłączył wylew rurą i odprowadzenie poszło wzdłuż płotu w pokrzywy. Umocniono też drewniany strop, bo pod ciężarem samej wanny, nie licząc nawet wagi wody, po wejściu do niej istniało niebezpieczeństwo lądowania wraz ze stropem na kartoflach i marchwi w piwnicy.
Tak czy owak pomysł wypalił, a wanna swą bogatą, stuletnią historią nie dość, że dodawała swoistego pałacowego uroku, to i pełniła funkcję nad wyraz użyteczną. Rozmarzona Daria niczym caryca Katarzyna celebrowała kąpiel, głaszcząc się wyzywająco po cipce, zaś Żaneta namydloną gąbką kolistymi ruchami masowała jej plecy i zanurzając myjkę, schodziła coraz to niżej i niżej.
- Coś tu masz. Czuję pod palcem. Przy samym rowku. Ja pierdolę. Jebany kleszcz.
Daria zerwała się, jakby ujrzała co najmniej ducha nieżyjącego męża, a ociekająca z jej ciała woda spływała pod pokrywające w tym miejscu deski linoleum.
- Wykręć skurwysyna. Za dupę! - rozkazała niezbyt przyjaznym tonem.
- Oprzyj się o krawędź i wypnij pupcię. O, tak właśnie. Jest, mam łachmytę. Oj! Sorki Darka, ale chyba kawałek został ci przy dupie.
- Chuj by cię strzelił! Za co się nie weźmiesz, i tak spierdolisz! - wrzasnęła wściekle Daria. - Zaiwaniaj po igły. Są w szufladzie pod telewizornią.
Po chwili Żaneta opalała ogniem zapalniczki koniuszek cienkiej igły.
- Wystawiaj pupcię. Zabawię się w chirurga.
Darka wypięła ociekającą wodą, nad wyraz seksowną pupę, ukazując w całej swej doskonałości kształtne i krągłe pośladki z tajemnym, różowym otworkiem pomiędzy nimi.
- Ależ masz dupcię, jak szesnastolatka - powiedziała Żaneta zachwycona, zagłębiając bardziej igłę, niż było to wskazane.
Drugą ręką, niby od niechcenia zaczęła drażnić małym, chudym paluszkiem odbyt, by po chwili wprowadzić w ten tajemny otwór dwa palce.
Daria westchnęła z rozkoszy, wyprężając się niczym pantera do skoku.
- Rób tak, mała. Nawet fajnie. Możesz się pobawić. Pozwalam. Umyj mi zadek, a jeśli bardzo chcesz, możesz w nagrodę dodatkowo wylizać.
- Ale potem ty mnie. Ja też chcę - odparła z nutą zadowolenia.
- Rozbieraj się i wskakuj - nakazała. - Chętnie poznam smak twojej kotki. Miejsca jest i na trzy.
Mimo chudego, wątłego ciała Żanety poziom wody podniósł się niemal po sam brzeg.
Daria odwróciła się tyłem, wyprężając niczym cięciwa łuku, wypinając plecy w pałąk i opierając ręce o stojącą w sąsiedztwie pralkę. Żaneta, pieszcząc ponownie otwór odbytu palcami, przyłożyła doń, nurkując i wsuwając, najgłębiej jak mogła, wibrujący języczek pomiędzy pośladki, jednocześnie wypuszczając powietrze nosem pod wodą i tworząc bąbelki tak, że rozchlapywana na boki woda ściekała po lamperii i koszu z brudną bielizną, namaczając wiszące obok ręczniki i wieszak z rolką papieru toaletowego. Po perfekcyjnym, wcale niewymuszonym wylizaniu pupci, uchwyciwszy pojemnik po dezodorancie, powoli wsunęła go pomiędzy różowe płatki cipki, rozwartej i przygotowanej na przyjęcie intruza chętnego penetracji pochwy. Jednocześnie sama, podczas dawania rozkoszy wdowie, onanizowała się palcami.
- Nabierasz wprawy, moja panno - mruknęła wyraźnie rozbawiona Daria, a Żaneta, klęcząc w wannie, przyspieszyła ruchy.
Wdowa kręciła pupą w konwulsjach rozkoszy, rozpryskując wodę na tyle, iż ta, wdzierając się pod linoleum, przesiąkała szparami świerkowych, wiekowych desek wprost do piwnicy, sącząc się po słoikach z konfiturami i butelkach wypełnionych winem. Wdzierała się w marchew, cebulę, kartofle...
Kiedy obie, jak na komendę, szczytowały, wydając niepojęte dźwięki, Kazimierz Sinicki, oparty o sztachety płotu odgraniczającego obie posesje oraz dwa jakże różne światy, pożerał wzrokiem okna pokoi Morciakowej, które jak na ironię były zamknięte. Sinicki klął pod nosem, patrząc tak bezmyślnie w szyby, które amarantowym, oślepiającym blaskiem odbijały wczesny zachód słońca, niwecząc plany podejrzenia czegokolwiek, zaś jego nastoletni syn w krytej eternitem drewnianej bardaszce za stodołą trzepał w najlepsze kapucyna, błądząc zamglonymi oczami po wszechświecie swego umysłu i westchnąwszy w spełnieniu, wytrysnął zawartość nagromadzoną w jądrach wprost na liście łopianu wdzierające się szparami do tego ustronnego miejsca, po czym wytarł jednym z nich swoje wątłe przyrodzenie, podciągnął dziurawe portki i puszczając bąka, ruszył w stronę kurnika.
Rozdział trzeci Kolacja
Stary, ścienny zegar firmy Gustava Beckera w gościnnym pokoju wdowy wybijał godzinę dziewiętnastą, gdy podjeżdżałem pod jej hacjendę przy ulicy Jarzębinowej numer... Numer nie jest tu ważny. Zatrzymałem się vis-a-vis furtki, najeżdżając lekko przednim kołem nadłamany krawężnik, i nim wsunąłem rękę, by od środka odhaczyć skobel, z sąsiedniego obejścia wyszła dość tęga kobieta w średnim wieku o przywiędłej twarzy z tępym wyrazem. Była to żona Kazimierza Sinickiego - Janina, niezbyt przyjaźnie nastawiona.
- A wy do kogo? - burknęła, obrzucając mnie uważnym spojrzeniem.
- Ja do pani Darii.
- To ta bramka. - Wskazała, choć przy niej stałem. - I niechaj uważa, bo autem mało w malwy nie wjechał.
- Przecież nic się nie stało - odpowiedziałem z uśmiechem.
- Następny przydupas - mruknęła pod nosem i trzasnęła furtką, znikając w cieniu włoskiego orzecha. - Cicho, Faks, do budy - skarciła ujadającego skundlonego wilczura.
Po drugiej stronie ulicy dwóch milczących wyrostków stojących pod okazałym kasztanowcem nie spuszczało ze mnie oczu.
Nim przeszedłem nadgryzionymi zębem czasu chodnikowymi płytami, przyćmionymi brązowym mchem, jakie były ułożone prostopadle do wejścia przez starannie wykoszony trawnik z niewielką rabatą bratków, Daria wyszła naprzeciw.
- Panie Marku! Proszę wjechać na podwórze, ulica wąska, jeszcze panu jakaś zabłąkana furmanka dyszlem zarysuje samochód. Bodaj jakieś trzy ostały się we wsi.
Pomogłem gospodyni otworzyć leciwą, drewnianą bramę i wjechałem, parkując między starymi jabłoniami, nieopodal studni. Wypasiona krowa przyglądała się nam zza płotu.
- Co się gapisz, mućka? - pieszczotliwie zaczepiła ją Daria.
W odpowiedzi jałówka potrząsnęła rogatym łbem, zabrzęczała łańcuchem.
Upał zelżał, a gdy weszliśmy do sieni, od razu poczułem rześki, kojący chłodek.
- Chyba klimę pani ma? - spytałem, by cokolwiek zagadać na początku ponownego spotkania.
- To nie Ameryka. Skromna, stara, podpiwniczona chałupa na kamieniu, ale zapraszam do środka.
Weszliśmy do kwadratowego przedpokoju, skąd otwarte drzwi prowadziły do obszernego salonu z prawej strony i kuchenno-łazienkowej części z lewej. Bukowe, półkoliste schodki wiodły na górę, zapewne na strych lub inne pomieszczenie gospodarcze. Z salonu naprzeciw drzwi wejściowych po przeciwległej stronie były osadzone następne prowadzące amfiladą do - jak się domyślałem - sypialni.
Ubrana w krótkie, czarne szorty i rozchełstany, pomięty biały podkoszulek Żaneta wyszła z kuchni i przywitała się ze mną, świdrując bystrymi oczami.
- Siadajcie, proszę. - Wdowa wskazała stół. - Na pewno pan głodny po całym dniu. Może miałby pan ochotę na pierogi z kapustą i grzybami? - I nie oczekując mej odpowiedzi, wysłała Żanetę na powrót do kuchni.
- Proszę nie robić sobie kłopotu. Jeśli można, poproszę o filiżankę kawy.
- Ależ żaden problem, już wstawiam wodę, niemniej jednak, póki co, zjedzmy wszyscy, bo nam zapewne w brzuchach burczy, a przynajmniej mnie. - Uśmiechnęła się, starając się podkreślić swoją gościnę.
Po chwili wróciła Żaneta, niosąc sztućce, talerze i wazę z dymiącymi parą pierogami.
- A do popicia doniosę jeszcze barszczyk mojej receptury - pochwaliła się.
- Do popicia to ja od siebie zaproponowałabym nieśmiało coś mocniejszego, ale wpierw proszę bez skrępowania śmiało nakładać, panie Marku. Swojskie pierogi z naszych wiejskich produktów, a nie jakieś tam mrożonki diabli wiedzą, jakiego pochodzenia. - A tak w ogóle i na dobrą sprawę, co pana w te strony sprowadza? Jakież to wiatry, jeśli można wiedzieć, pana tu przywiały? - rzuciła pytanie pogodnie, z kolejnym uśmiechem. Odruchowo przeczesała lekko dłonią włosy.
- Zainteresowany jestem kupnem działki w tych stronach. To dogodne miejsce, środek Polski. Do Warszawy nie za daleko, do Łodzi również, a i do Spały na polowanie całkiem blisko. Sołtys dał mi kilka kontaktów. To równy, jak zauważyłem, uczynny chłop. Jutro mam oglądać wspólnie z jego synem działki i jakieś opuszczone gospodarstwo na sprzedaż. Oprowadzi mnie tu i tam.
- A jak z noclegiem?
- W zajeździe przenocuję.
- To ponad siedem kilometrów, a ja chciałam uraczyć pana winkiem z jabłek własnej roboty. Nie chwaląc się, jest naprawdę boskie.
- Zajebiste! - wypaliła Żaneta.
- Żanetko! - skarciła koleżankę Daria, kopiąc ją przy tym dyskretnie pod stołem...
- Przyznam się paniom, że za kołnierz nie wylewam i częściej odmawiam pacierz niż proponowany kieliszek, i na dokładkę, jakby co, mam w bagażniku nalewkę z pigwy, ale jak tu wypić, a później jechać?
- Ja pana zawiozę - zaoferowała Żaneta.
- Nie napije się pani z nami? - spytałem zdziwiony.
- Pewnie, że napiję, ale ja po pijaku lepiej prowadzę jak na trzeźwo, a i o tej porze glin nie będzie.
- Mała, nie gadaj mi tu głupot, bo to nie przystoi. Szalona jesteś w każdym calu. Przepraszam pana za moją koleżankę - dodała wdowa, jakby chcąc złagodzić jej wyskok. - Ja mam inną propozycję... Na górze obok strychu jest mały pokoik, taki ze skosami, ale miejsca w nim dość, by się przespać. Jest wersalka, stolik, szafa ubraniowa, dam panu pościel, ręcznik, cóż więcej trzeba.
- Niech pan zostanie, co tam się pałętać po zajazdach, a tak choć wypijemy, pogadamy jak w rodzinie. W końcu szykuje się nam nowy sąsiad, nieprawdaż, Darka? - zachęcała podekscytowana Żaneta. Była nad wyraz przyjaźnie nastawiona. Uśmiechała się kokieteryjnie. Jej totalne wyluzowanie było uderzające.
- Bardzo dziękuję za propozycję, pościeli mi nie trzeba, bo zawsze wożę ze sobą śpiwór, ale nawet, by nie robić kłopotu, przespać się mogę i w samochodzie. W końcu mamy lato, żaden to dla mnie problem, ale, drogie panie, skoro tak, pójdę po nalewkę. Jest jak dzwon, rozgrzewa ciało, pokrzepia duszę - zachęcałem, będąc w pełni zadowolony z przebiegu obecnych i jakże ciekawie zapowiadających się wydarzeń.
Nim wróciłem z butelką, na okrągłym artdécowskim stole pojawiły się kieliszki, literatki, herbatniki i pokaźny sagan wypełniony po sam korek winem. Tym razem Daria wnosiła na srebrzonej tacy wytworną porcelanową zastawę i dzbanek z gorącą kawą.
Rozejrzałem się uważniej po salonie. Był urządzony w dobrym guście. Świerkową, jasną podłogę pokrywał kolorowy, wzorzysty dywan dobrego gatunku. W rogu oliwkowy piec kaflowy z piękną attyką podkreślał nietuzinkowy charakter pomieszczenia, biblioteczka pełna starannie oprawionych książek, duża, ciężka szafa z lustrem pośrodku, skórzana, brązowa i, widać, wygodna kanapa, komoda z marmurowym blatem, na której stał telewizor. Zaś niewielkie okna przyozdabiały delikatne firany z zielonym lambrekinem na karniszach i równie zielonymi wzorzystymi zasłonami. Było czyściutko, niemal każdy szczegół łączył się harmonijnie, a obszerny, biały wazon z kolorowymi, polnymi kwiatami z przewagą chabrów dodawał elegancji.
Rozlałem alkohol do niewielkich, barwionych w różowy odcień szkła kieliszków.
- To za nasze spotkanie - wzniosłem toast.
Ponieważ "napój" miał około pięćdziesiąt-sześćdziesiąt procent mocy, obu paniom oczy powychodziły na wierzch. Popiły pospiesznie kawą, mając trudności w złapaniu tchu.
- Może poprawimy na drugą nóżkę, a i proponuję, byśmy wszyscy przeszli na "ty", bowiem powiadają, że ta forma jest bardziej komunikatywna - powiedziałem.
Uścisnęliśmy dłonie, wypowiadając ponownie własne imiona i kolejny raz unieśliśmy kieliszki, gdy niespodziewanie tę jakże beztroską ceremonię przerwało natarczywe stukanie do wejściowych drzwi przedsionka.
- A kogoż diabli niosą? - wyartykułowała zaniepokojona Daria i wstała od stołu.
- Może to mój ojciec? - Przestraszyła się na dobre Żaneta. - O wszystkim mu, posłańcy, donoszą.
W drzwiach ukazał się wielki jak niedźwiedź były przyjaciel świętej pamięci męża Darii - Tadeusz Weleniak. Był lekko podpity. Wydobył z reklamówki butelkę żubrówki i dodatkowo udekorował stół, stawiając ją pomiędzy butelką mojej nalewki a sagankiem z winem.
- Dziś moje urodziny - wyjaśnił nagłą wizytę. - Stuknęła czterdziestka... Wracałem z roboty, myślę, zajdę przez swą sympatię do gościnnej posesji. Takie święto, a ja nie mam z kim się napić. Do czegoż to podobne, bym w taką rocznicę o suchym pysku się błąkał. A pan? To ten czarnoksiężnik czy coś takiego? - zwrócił się do mnie, kiedy już ochłonęliśmy, składając mu kolejno życzenia.
- Nie żaden pan, tylko, Tadku, mój stary znajomy sprzed lat - Marek, który wrócił właśnie z kontraktu w Amsterdamie. Pracowaliśmy kiedyś razem w nieruchomościach w Warszawie - skłamała Daria, a ja oczywiście nie zaprzeczałem. - A teraz po latach kolega mnie odwiedził. Chce kupić u nas we wsi działkę.
- A to w tym Amsterdamie są jakieś kontrakty? Przecie tam tylko kurewstwo, ćpuństwo i pedalstwo... Multikulti i chujulti - dodał, śmiejąc się. - Witamy w naszej spokojnej wsi, pośród pól, stawów i lasów. Tu naprawdę spokój, jeno czasem ktoś komuś na zabawie w remizie po ryju przywali... Ale masz, kolego, farta, że się znacie, bo już chciałem i tobie wpierdolić - przyznał. - Darka jest dla mnie niczym siostra. Jeśli kto ją skrzywdzi, zatłukę jak psa - powiedział podniosłym tonem. - Jej świętej pamięci mąż Sławek był moim najlepszym kumplem. Od dziecka trwaliśmy w przyjaźni - dodał.
Przyjrzałem mu się ukradkiem. Był potężnie zbudowanym mężczyzną o wzroście na pewno ponad sto osiemdziesiąt centymetrów. Szeroki w barach, o długich rękach z zakończonymi jak dwie łopaty dłońmi. Kawał chłopa, ale o dobrodusznym wyrazie twarzy, nie było wątpliwości, że jednym ciosem powaliłby na glebę chyba każdego. Spróbował mojej nalewki i klepnął w ramię, że aż struchlałem.
- Siekiera. Znasz się na rzeczy... Widać równy z ciebie chłop. Możesz na mnie liczyć, jakby co - dodał przyjaźnie, ukazując mocne białe zęby.
Nalał sam sobie jeszcze drugi kieliszek, niby jako karniaka, i nieoczekiwanie wyprężył się, jakby miał za chwilę zasalutować, odkręcił przyniesioną przez siebie żubrówkę, przytknął do ust i wypił duszkiem niemal połowę jej zawartości.
- Ja jestem Grigorij Rasputin! - ryknął niespodziewanie, aż w kuchennym kredensie podskoczyły szklanki. - Chuja mam ze stali. Uniosę nim wiadro wody. Nie wierzycie? Zaraz wam, kurwa, pokażę! Chcecie zakład?
- Ja chcę. O w mordę - odparła nabzdryngolona już w dym Żaneta.
- Dobra, laski... Robim zakład. Zawieszacie mi na kutasie pełne wiadro wody. Jak utrzymam, nim policzycie do dziesięciu, w nagrodę którąś z was zerżnę na tym stole, ale jak pęknę przed dziesiątą sekundą, za karę równie na tym stole stanę, zwalę gruchę i wyliżę wam obu psity. Stoi zakład?
- Stoi! - przyklasnęła kompletnie zalana Żaneta. No nie mogę, chyba opowiem babci - dodała, krztusząc się od śmiechu.
- Uważaj, by nie wyskoczyła z kapci - zaryczał ponownie salwą śmiechu.
Daria, choć trzymała się nieco lepiej, i tak nawalona była jak stodoła po sianokosach. Rozbawiona rżała jak młody źrebak.
Przyznam, że takiego numeru jeszcze nie widziałem, choć podobno Rasputin, jak głosi legenda o tym syberyjskim mnichu i felczerze, był faktycznie w stanie utrzymać na swym nietuzinkowym przyrodzeniu pełne wiadro wody.
Nie tracąc czasu, Tadeusz pozostał tylko w samej koszuli i stanął, opierając się o kaflowy piec. Jego pyta była przeogromna. Tak na oko mogła liczyć ze dwadzieścia pięć centymetrów. Wyglądała jak dyszel od wozu, a buraczkowy łepek wyrastał spod przekrwionego napletka. Po bokach jak kanały widoczne były pokręcone, niczym żeglarskie węzły, grube na ćwierć cala żyły. Fioletowe genitalia, nabrzmiałe spermą, zwisały niczym dwa dorodne pastewne buraki. Żaneta przyniosła typowe białe emaliowane wiadro wypełnione wodą.
- Wieszaj, suko! - wrzasnął co sił tak, że bloczkowy kalendarz spadł ze ściany w przedpokoju, a szklanki ponownie zadźwięczały.
Trzymając dwiema rękami ten wypełniony po brzegi przedmiot o łącznej wadze około dziesięciu kilogramów, ta chuda, drobna jak okruszek dziewczyna zawiesiła go temu dryblasowi na pycie - tuż przy torsie. Daria odliczała sekundy, a ja stałem jak wryty. Gdy doliczyła jedenastu, wiadro zsunęło się z nabrzmiałej krwią maczugi, uderzając z impetem o podłogę, a dziewczyny nie przejmując się wcale rozlewającą się wodą płynącą strumieniem po mieszkaniu, klaskały w dłonie. Świst ogromnej pały Tadeusza przeszył powietrze. Była jak sprężyna. Coś nieprawdopodobnego...
- A teraz kładź mi się, mała, na stole. No już! - rozkazał.
- A rżnij mnie, rżnij. Ile chcesz - śmiała się, ledwie stojąc na nogach, Żanetka. - Należy ci się. Takiej pały jeszcze w sobie nie miałam - wciąż rechotała. Zdjęła, a właściwie zdarła z siebie wszystko i grzecznie ułożyła się na blacie stołu.
Tadeusz pospiesznie odsunął na bok częściowo wypełnione alkoholem kieliszki, podłożył Żanecie pod tyłek poduszkę, którą chwycił z kanapy, i wszedł w nią. Dziewczyna zaskowyczała, lecz po chwili rytmicznie wykonywała zgodnie z narzuconym tempem ruchy, dysząc, sapiąc i łapiąc powietrze. Dryblas przyspieszał, a to na zmianę zwalniał, a rozchwiany stół trzeszczał pod ich ciężarem, kołysząc się na boki. Kawa i zawartość kieliszków rozlewały się na obrus. Tadek nie przestawał, nie mogąc najwyraźniej po pijaku się schlapać, Żaneta krzyczała w obłędzie ekstazy, a kolejne wstrząsy szczytowania przeszywały jej kruche ciało. Darka śmiała się i niepotrzebnie otworzyła na oścież okno, bowiem odgłosy kolejnych orgazmów doleciały rykoszetem do domu Sinickich i Waldek, który akurat układał do skrzynki papierówki, by dojrzeć cokolwiek, wspiął się po gałęziach rozłożystego orzechu. Ten cały cyrkowy pokaz miłosnego szału uniesienia trwał może i z pół godziny, gdy Tadeusz wydał z siebie chrapliwy, nadludzki okrzyk, wtryskując potężną lawę spermy we wnętrze niemal już omdlałego dziewczęcia. Zsiniała Żaneta chyba wymagała reanimacji, ale nie można ich było ni w ząb rozdzielić. Opuchnięty pokazem kutas Tadka tak spuchł w cipce Żanety, że jej wargi zacisnęły się na nim kurczowo. Nastąpiło tak zwane zakleszczenie. Medycyna zna takie przypadki, choć należą one do rzadkości.
- Kurwa! Odetnij go! - wypluła półprzytomna dziewczyna. Wszystko mi porozrywał w środku i siku mi się chce. Odetnij kutasa, najlepiej sierpem... I tak ma za dużego. Dobrze mu to zrobi.
- Ochujałyście! - rozdarł się. - Cholera! Darka! Do kurwy nędzy, zrób coś. Tylko sensownego i bez jaj...
- Połóżcie się na kanapie - rozkazała. - Spokojnie i bez nerwów. Wyluzujcie się. Powoli cipka się rozkurczy i wypuści. - I tak Tadeusz, unosząc przed sobą na swej ogromnej pycie z pozoru niewinne dziewczę, usiadł na kanapie. Wyglądał jak King Kong z nadzianą na fallusa gumową laleczką. Na zewnątrz było jeszcze na tyle jasno, że Waldek Sinicki, chcąc podejrzeć więcej, oniemiały, nie wierząc w to, co widzi, wychylił się bardziej wraz z gałęzią, która trzasnęła jak zapałka, spadając razem z nim z ponad dwóch, a może i nawet trzech metrów. Jęknął z bólu, nie mogąc się podnieść.
- Trzeba natychmiast dzwonić na pogotowie. Muszą jej podać zastrzyk rozkurczowy. To się może źle skończyć - powiedziałem poważnie zaniepokojony. Bynajmniej nie było mi już do śmiechu.
- Zwariowałeś! - strofowała mnie Darka. - Cała wieś się dowie. Powiedzą, że prowadzę burdel. I tak już cuda o mnie gadają. Zaszczują nas wszystkich. Dzwonię do powiatu, do mojego ginekologa. Niech pędem przyjeżdża... Z pewnością coś zaradzi. Kurwa! Jak na złość nie odbiera. Szlag by trafił... Abonent niedostępny. Noż kurwa, w dupę mać - zaklęła.
- Może w internecie jaka porada będzie? - domniemywał Tadeusz.
- Tu nie ma zasięgu. Czarna dziura. Ledwie telefon sygnał łapie. Trzeba napuścić gorącej wody do wanny i tam się władujecie. Powoli cipka się rozszerzy... i wypuści członka.
- Chuj też się rozszerzy. To na nic - zdiagnozował Tadek, podtrzymując nadzianą na męskość dziewczynę.
- Zróbcie coś! - błagała Żaneta. - Już nie wytrzymam. - Wyglądała jak półżywy, zsiniały trup.
I tak ta słowna przepychanka trwała kolejną godzinę, a sytuacja pozostawała wciąż bez zmian, ba... nawet szło ku gorszemu.
Otrzeźwiała nieco z niespodziewanych emocji Daria właśnie zamykała okno, bowiem ćmy zaczęły wdzierać się do środka, gdy dojrzała w smudze światła pojedynczej latarni ulicznej nadchodzącego ojca Żanety.
- Boże święty... Żanetko! - Twój ojciec tu idzie. Zapewne cię szuka. Jutro miałaś wyjeżdżać. Ktoś na pewno doniósł mu, że tu jesteś. Musicie się ukryć w pokoiku na strychu.
- Koniec świata! - wycedziła przez zęby, ledwie zipiąc, dziewczyna. - Brakuje jeszcze, by mnie zobaczył wiszącą na chuju - powiedziała i rozpłakała się...
Rozdział czwarty Osy
Ledwie zdążyli pokonać strome, wąskie schodki prowadzące na poddasze, gdy ojciec Żanety bez pukania wtargnął energicznie do sieni, pozostawiając drzwi otwarte na oścież .
- Dobry wieczór! Jestem ojcem Żanety Mirskiej, a ona podobno tu jest. Proszę ją zawołać. Robi się późna pora, a córa ma jutro wracać do Łodzi. - Zakręcił się na piętach, bystro się rozglądając.
Był to elegancki, lekko szpakowaty mężczyzna o wysportowanej sylwetce, średniego wzrostu pod pięćdziesiątkę. Wykapany prezes lepszej firmy...
Zorientował się, że Daria jest nieźle wstawiona, po mnie raczej nie było widać.
- A, dobry wieczór panu - odpowiedziała Morciakowa wyraźnie zmieszana. - Tak, Żanetka była u nas, wypiła kawę i wyszła około godzinę temu. Nie wiem, może udała się do remizy?
- Do remizy? Środek tygodnia, droga pani, dziś nie ma dyskoteki - odparł Mirski zaskoczony taką odpowiedzią.
- No to ja nie wiem... Może poszła do jakiejś koleżanki?
- Ona tu nie ma żadnych koleżanek. Jedynie wiadomo mi, że spotyka się z panią i powiem szczerze, że tym faktem nie jestem zachwycony. Podobno razem popijacie i ma pani zły wpływ na moją córkę, która jest bardzo podatna, zwłaszcza na zachowania, jakie zupełnie kobietom nie przystoją. Zabrałem ją z Łodzi na to swoje rancho, by ją odseparować od niewłaściwego dla niej towarzystwa, ale widzę, że z deszczu wpadła wprost pod rynnę albo i gorzej.
- Przykro mi, że pan tak uważa, i to zupełnie niesłusznie - odpowiedziała plączącym się językiem wdowa. - Ale ja naprawdę nie wiem, dokąd od nas poszła.
Złośliwy traf chciał, że Tadeusz z Żanetą po ciemku weszli tam, gdzie wejść nie powinni, bowiem przy pokoiku gościnnym drugie drzwi prowadziły do pomieszczenia gospodarczego pełnego gratów, worków po kartoflach i pajęczyn. Od czasu śmierci Morciaka nikt tu nie zaglądał, raz tylko stary Antoni poprawiał przeciekający dach. Przepalona żarówka zwisająca na dwóch kablach nie dała oczekiwanego światła i przeciskając się szczeliną między stertą starych gazet a półwiekową pralką Franią, w półmroku potrącili metalową balię, która spadając na skrzynkę ze słoikami, podniosła rwetes.
- A to co? - spojrzał w górę pan Mirski.
- To nietoperze - oświadczyła Daria, starając się brzmieć przekonująco.
- Tak, to nietoperze, mają tam gniazdo - potwierdziłem, krzyżując nonszalancko ręce na piersiach. - Włażą przez spróchniały gont.
- Nietoperze? Jakoś nie wierzę - odparł wyraźnie poirytowany mężczyzna. - A pan skąd niby wie? - Spojrzał na mnie dość agresywnie z nutą odrazy. - Pan tu mieszka? Pierwszy raz pana w ogóle widzę. Ledwie się pan tu pojawił, a już sieje pan zamieszanie. Źle mówią o panu we wsi - rzucił poważnie, a nawet szorstko. Machnął odruchowo ręką w powietrzu.
Jak na ironię losu faktycznie był spróchniały gont, pod którym osy uwiły gniazdo w formie szarobiałej kuli wielkości piłki footballowej. Rosły Tadeusz z nadzianą wciąż na fallusa Żanetą po ciemku potrącili gniazdo, które spadło na stertę złożonych tu kiedyś z rozbiórki piecowych kafli, rozpadając się niczym stary kapeć. Rozjuszony rój owadów wzbił się w powietrze. Jedna z os dźgnęła Żanetę w pośladek, druga w udo.
- Auuuuu! - wrzasnęła dziewczyna. - Ratunku!
Jedynym pozytywnym skutkiem użądlenia był wstrząs dla organizmu, jaki spowodował zwiotczenie mięśni i uwolnienie fallusa z zaciśniętej waginy. Teraz obślizgła, przekrwiona, uwalona w spermie potężna pyta Tadeusza stała się punktem zainteresowania rozwścieczonych owadów, które z impetem obsiadły i żądliły kutasa.
- Co tam się, do diabła, dzieje?! - zawołał Mirski. - Tam jest moja córka. Słyszę jej krzyk. Wy ją stręczycie. Bandyci. Córeczko! Co te skurwysyny ci zrobiły? Ratunku! Policja! - wrzeszczał, ile miał tylko sił w płucach, niemal dostając szału. Drobinki śliny wytryskiwały mu z ust.
W amoku błyskawicznie pokonał strome schodki i otworzył drzwi kanciapy. Jego oczom ukazał się widok wyjęty wprost z najlepszych hollywoodzkich horrorów, bowiem ujrzał swoją latorośl kompletnie nagą, w chmurze fruwających os, obok której stał olbrzymi facet, z nie mniej olbrzymim przyrodzeniem, po części pokrytym złocistymi owadami.
Mirski otworzył usta, nie mogąc wyartykułować żadnego zrozumiałego słowa, puścił poręcz, by odpędzić atakujący go rój, po czym runął, uderzając głową o żeliwną podstawę stojącej w sieni, nieużywanej od lat singerowskiej maszyny do szycia, nie dając oznak życia. Uformowana w elipsę chmura owadów ruszyła za nim i zamiast wylecieć na podwórze otwartymi drzwiami, skierowała się w stronę światła wprost do salonu gościnnego.
***
Waldek Sinicki, spadając z drzewa, na tyle miał pecha, że poza ogólnymi potłuczeniami doznał jeszcze złamania prawej nogi i to w dwóch miejscach. Przybyłe na miejsce pogotowie w składzie: kierowca, młodziutka, choć brzydka, pielęgniarka oraz ratownik medyczny opatrywało nieszczęśnika, gdy niespodziewanie z sąsiedniej posesji dotarło do ich uszu dramatyczne wzywanie pomocy przez Mirskiego. Kierowca natychmiast połączył się krótkofalówką z policją, wzywając radiowóz, zaś ratownik medyczny wraz z pielęgniarką wbiegli na podwórze wdowy. Nosze z leżącym Waldkiem w asyście kierowcy i Janiny oraz Kazimierza Sinickich pozostawili na trawie pod orzechem.
- Co tu się dzieje? - spytał ratownik, który omal nie potknął się o leżącego Mirskiego.
- Boże! - wrzasnęła pielęgniarka. - On nie żyje...
- Agata! - zwrócił się do koleżanki. - Rób sztuczne oddychanie, a ja biegnę po defibrylator. Zabieramy go na izbę przyjęć. Ten młody ze złamaniem może poczekać.
Rój os kąsających dotkliwie Tadeusza, który wykazał się niezwykłym męstwem, okrywając własnym ciałem Żanetę, harcował w najlepsze w salonie, gdy wciąż nieubrany Tadeusz zaczął tracić przytomność na skutek rozlicznych ukąszeń. Podczas gdy Agata reanimowała wraz z ratownikiem Mirskiego, ja i Daria zawlekliśmy do środka Tadka i położyliśmy na łóżku w sypialni wolnej od os. Nakryliśmy go jedynie prześcieradłem. Żaneta, która zdołała na skutek stresu nieco otrzeźwieć, błyskawicznie wskoczyła w ubranie i płakała histerycznie, tuląc się do pozbawionego przytomności ojca, błagając, by nie umierał.
Szalejący wciąż rój rozdzielił się tak, że część opadła na stół za królową, której z racji swoich rozmiarów trudno było unosić się w powietrzu. Wpadła wprost do kieliszka z resztką nalewki, a że słodka, wchłonęła wszystko, co pozostało przyklejone na szkle i słaniała się pijana po stole wraz z innymi osami spijającymi porozlewane pozostałości plamiące lniany obrus. Część z nich, zatruta alkoholem, tarzała się w drgawkach i konwulsjach, spadając na podłogę. Pozostałe latały jak oszalałe, zakreślając nieregularne kręgi wokół żyrandola, brzęcząc złowrogo.
- Wezwijcie lekarza i drugą karetkę - podniosła lament Daria. - Osy pożądliły kolegę...
- Osy, a niech to! - wrzasnął ratownik, spoglądając do góry. - Cały rój. Ja pierdolę! Wzywam straż pożarną. Oni muszą tu oczyścić teren...
- Pani Agato! - Morciakowa złapała jak ostatnią deskę ratunku rękę pielęgniarki. - Niech pani ratuje kolegę! On cały spuchł, ma gorączkę i chyba umiera.
- Wygląda na wstrząs anafilaktyczny. A w jakie części ciała te cholerne owady pożądliły tego pana? Muszę postawić trafną diagnozę, nim przyjedzie doktor. To bardzo istotne - dodała pielęgniarka, szukając czegoś w podręcznej, aptecznej torbie.
- No nie wiem, jak to powiedzieć. Użądliły go w... fallusa. O, tu leży, proszę za mną.
Kiedy Agata odsunęła prześcieradło, oczom jej ukazał się opuchnięty, ogromny organ płciowy wyglądający niczym fragment stropowej belki. Majaczący w gorączce Tadeusz kręcił głową. Jego rozwarte usta toczyły ślinę. Zsiniałe powieki drżały, jakby był już w agonii.
- Ma pani może w lodówce lód? - zwróciła się Agata do wdowy, niespecjalnie przejęta powagą zaistniałej sytuacji. - Proszę przynieść i dodatkowo jakąś lnianą ściereczkę. Zrobimy okład i podam iniekcję wzmacniającą, nim przyjedzie lekarz.
Kiedy pozostała sama w sypialni, wyjęła telefon komórkowy i robiła zdjęcia tego niebywałego przyrodzenia, targając i masując na całej długości. A to zabawiała się łepkiem, uciskając u nasady, a to uciskała genitalia lub obciągała przekrwioną skórką. Długie, szpiczaste paznokcie zagłębiała w dżungli włosów łonowych wbijając się niczym wampirzyca w pofałdowaną skórę. Nieoczekiwanie kutas wyprężył się i stanął w pełnej gotowości, ukazując swoją wielkość. Podniecona takim widokiem Agata, która znana była w ośrodku zdrowia z wyjątkowego puszczalstwa, pospiesznie przekręciła klucz w zamku drzwi i zaczęła masturbować swego pacjenta, a drugą ręką zabawiała się mokrą już cipką. Być może gdyby nie opuchlizna, usiadłaby okrakiem, lecz w tej sytuacji pozostały jej jedynie zabawy ręczne. Kiedy już dochodziła, tracąc kontakt z rzeczywistością, Daria akurat szarpała za klamkę, nie mogąc otworzyć drzwi, zaś Tadeusz bryznął trzema porcjami spermy, spryskując niczym strażacki hydrant wszystko, co było w promieniu co najmniej metra, i odzyskał przytomność.
Rozdział piąty Zadyma
Przybyła niemal natychmiast po zgłoszeniu straż pożarna sprawnie zneutralizowała zdziesiątkowane alkoholem owady, rozpryskując jakiś żółtawy proszek, niemniej zamieszanie wynikające z wycia syren i odblasku pulsujących fioletowych świateł oraz przyjazdu drugiej karetki wraz z policyjnym radiowozem stały się powodem sensacji, jakiej tu jeszcze nie było od początku istnienia tej wsi.
Wyrwani ze snu prawie w środku tej upalnej nocy mieszkańcy, informujący się nawzajem, czy to pocztą pantoflową, czy też telefonami komórkowymi, powybiegali pospiesznie ze swych domostw w narzuconych byle jak długich, płóciennych koszulinach, gromadząc się w pobliżu podwórza Morciakowej od strony posesji Sinickich. Nie mogło tu zabraknąć, i oczywiście nie zabrakło, jak zawsze podpitego Witosza, odzianego w kalesony z rozdartym rozporkiem i szary z brudu i starości podkoszulek. Trzymając w ręku ponad dwumetrowy bosak, wymachiwał, wrzeszcząc agresywnie, wplątując dla pikanterii i własnego dowartościowania najgorsze z możliwych przekleństwa. Jego ospowata twarz porażała dzikością, a nastroszone na jeża włosy przypominały szczecinę spasionego wieprza.
- Czarownica, czarownica! - wrzeszczał jak opętany.
- Biesy, czarty, wróżbity - wtórował mu pęczniejący z minuty na minutę tłum. - W chuja z nimi. W kibinimater. Czarnoksiężniki. Mistyki. Spalić! Na stos skurwesynów! -dorzucił ochrypłym, charczącym głosem ktoś z tłumu. Jakieś dwie stare baby w chustkach na głowie spiskowały, klnąc, na czym świat stoi i rzucając się sobie w ramiona. Bezmyślne, ciemne jak bezgwiezdna noc. Któryś z rozwydrzonych wyrostków z widoczną szramą na policzku cisnął odłamkiem cegłówki w mur budynku, tuż pod parapetem okna.
Janina Sinicka, miast pomóc ułożyć w karetce rannego syna, wydzwaniała do stryjecznej siostry w Kanadzie, informując skrzętnie o całym zajściu, wspominając także o rzekomym morderstwie u sąsiadki, zaś jej mąż Kazimierz próbował otworzyć na oścież drewnianą bramę graniczącego płotu, by wtargnąć z gawiedzią na nieswoje podwórze, będąc na jej czele niczym jej rewolucyjny przywódca. Jego dotąd przygłupawe oczy płonęły teraz radością szaleństwa.
- Agata! Zabieramy tych dwoje na OIOM - zawyrokował przybyły drugą karetką lekarz z powiatu.
Wyglądał zabawnie w białym kitlu i odblasku niemal księżycowej pełni odbijającej się na jego łysinie. Chytre, małe, śmieszne oczka latały wokół jego łysej glacy z długimi podsiwiałymi bokobrodami i całkiem siwą brodą. Ten zapewne pięćdziesięcioparoletni mężczyzna dwoił się i troił z nieukrywanym poświęceniem, by jak najszybciej udzielić medycznej pomocy. Poświęcał się bez wyjątków. Podszedł do tematu z sumiennością.
- Co tu się właściwie stało? - zwróciła się do doktora młodziutka policjantka.
W świetle jasnej nocy, ulicznych lamp i bijącego błysku z okien dojrzałem jej nietuzinkową urodę. Aż mnie przytkało. Zgrabna, w nienagannie leżącym mundurku uwypuklającym rozwinięte piersi tej niewysokiego wzrostu brunetki, z rozpuszczonymi do ramion prostymi włosami, która w towarzystwie rosłego, trzydziestoparoletniego kolegi zmierzała do sieni, w której akurat stałem.
- Młodsza aspirant Idalia Arent - przedstawiła się. - I starszy aspirant Bogdan Gut - dodała po chwili, wskazując kolegę. - Co tu się stało?
- Osy nas zaatakowały, panowie ze straży pożarnej mogą potwierdzić - odparłem, usuwając się z przejścia, kiedy sanitariusz wraz z kierowcą wynosił na noszach nagiego Tadeusza okrytego niczym nieboszczyk prześcieradłem. Chyba spał po zastrzyku i wyczerpującej wcześniej masturbacji.
- Osy? Jakie osy? Tu leży jakiś człowiek. Czy on żyje?
- Jest nieprzytomny, ale jego życiu nic nie zagraża. Prawdopodobnie wstrząs mózgu. Doktor podał mu zastrzyk uspokajający, wprowadzając w śpiączkę farmakologiczną. Ja jestem pielęgniarką i panuję nad sytuacją - pochwaliła się najwyraźniej dumna z siebie Agata.
Doktor skinął głową i właściwie nie mówił za wiele.
- Ależ tu są ślady libacji i chyba jakiejś bójki! O ludzie! Jakie tu pobojowisko! Musimy sprawdzić, czy nie było zamierzonego działania pozbawienia kogoś zdrowia lub życia. Jesteście ponadto wszyscy w stanie nietrzeźwości. Nie możecie w takim razie składać zeznań - poinstruował nas pewnym, aż nadto wyraźnym tonem starszy aspirant.
- I zostajecie zatrzymani! - oświadczyła bardzo oficjalnie, bez ogródek, pani Idalia. - I w żadnym wypadku od tej chwili nie możecie opuszczać tego miejsca.
- Panie komisarzu, ale czy ja mogę jechać do szpitala z ojcem? - zwróciła się Żaneta do aspiranta, wycierając dłonią ślady łez na policzku.
- Jestem starszym aspirantem, nie komisarzem, droga pani. A czy pani jest córką tego leżącego tu pana? Zionie od pani alkoholem na cały dom. Ledwie się pani trzyma na nogach. Taka młoda dziewczyna... I bluzkę proszę naciągnąć. Striptizu tu nie potrzebujemy. Nie wstyd pani?
- Tak, to mój ojciec - potwierdziła. - A pan przecież pracuje na komisariacie, to chyba i komisarz, no nie? - Spojrzała zalotnie, uśmiechając się prowokująco i podkreślając, że wszelkie komentarze ma i tak w dupie.
- A to pani mnie zna? Coś sobie przypominam. - Uciekł myślami w głąb samego siebie. - No tak, spisywałem panią kiedyś pod sklepem za spożywanie piwa i używanie wulgarnych słów. Teraz kojarzę. I to było całkiem niedawno...
- Ma pan może papierosy? - zapytała z olewającą i beztroską nutą, nie zważając na jego krytyczne słowa.
- I jeszcze co? Może lampkę szampana, choć jest pani nasączona niczym gąbka? - odparł wkurzony policjant. - A to tupeciara - mruknął pod nosem.
- Zdaje się, że mamy tu lepsze "kwiatki". Proszę przygotować dokumenty. Sprawdzimy, czy nie figurujecie w kartotekach. I - jak mówiłam - pozostajecie zatrzymani! Tu nie będzie taryfy ulgowej - poinformowała oschłym tonem pani aspirant. Emanowała nadgorliwością.
- Co pani taka nerwowa! - zwróciłem się poirytowany do dziewczyny. - Pewno ledwie pani przyjechała ze szkółki w Szczytnie i już nas zastrasza. Uważam pani zachowanie za naganną nadgorliwość - dorzuciłem.
- No wie pan? Jak pan śmie! Doskonale wiem, jakie czynności mam wykonać. Nie pana sprawa, skąd przyjechałam. Proszę okazać dokumenty. Co pan tu w ogóle robi?
- Rozmawiam z panią - odparłem sarkastycznie.
- Proszę o pozwolenie na przejście do karetki i wyjazd z rannym ojcem! - wrzasnęła Żaneta.
- Do kurwy nędzy! Puśćcie tę dziewczynę! Przecież ona niemal się słania. Potrzebuje opieki medycznej. Ślepi, kurwa, jesteście?! To policja?! Czy dawna milicja?! - rozdarłem się.
- Niech jedzie - zgodził się aspirant. - A z panem to sobie zaraz pogadamy. Ubliża pan funkcjonariuszom na służbie! Na to są paragrafy!
- I chuj z tego! - skomentowałem podniesionym tonem.
***
Edward Dębski był stosunkowo młodym, rzutkim, dziarskim sołtysem. Mieszkał we wsi z dziada pradziada i rzecz jasna znał wszystkich, jak to powiadają, niemal od kołyski. Widząc, na co się zanosi, albowiem z każdą minutą przybywało ludzi, nawet pomimo obecności policji, nakazał natychmiast ściągnąć z pobliskiej gminy zaprzyjaźnionego wójta, posyłając tam jednego z dwóch synów. Chłopak raz dwa obrócił motorem tak, że po dwóch kwadransach zjawił się i sam wójt. Po naświetleniu problemu bez wahania skontaktował się poprzez tak zwaną "pilną operacyjną" z dowódcą Brygady Kawalerii Powietrznej Wojsk Powietrzno-Desantowych, a konkretnie ze swoim rodzonym bratem.
- Słuchaj, Stefan. Przepraszam za porę, ale mamy tu znaczny problem. Chciałbym, jeśli się da, aby to pozostało poza protokołem. Mógłbyś nam "użyczyć" trochę wojska? We wsi może dojść do rozruchów. Ścierają się dwie warstwy: jedna postępowa, a druga zgnuśniała, skostniała i zacofana. Sam wiesz, jak jest. Mamy tu ludzi proreformatorskich, wykształconych, ale i półanalfabetów, ot, zwykłych prymitywów, pijaków i przygłupów. Samo życie, Stefan, a wybory się zbliżają. Nie chciałbym tu angażować obcych sił z powiatu. Powinniśmy zajście opanować własnymi możliwościami. Wystarczy trochę postraszyć, zbiegowisko stanowczo bez jakiegokolwiek pobłażania rozgonić i zapewne problem zniknie szybciej, niż się pojawił.
- A to nawet i dobrze się składa, bo miałem na dniach zarządzić nocne ćwiczenia z użyciem śmigłowców i ciężkiego sprzętu bojowego. Z Łaskiego Garnizonu dorzucę wam jeszcze trochę sprzętu, a ludzi dam od siebie. No, powiedzmy, z pół brygady powinno wystarczyć, aby spacyfikować wioskę w ramach ćwiczeń. Śmigłowce już wysyłam od strony Glinnika. Tylko mi się w rewanżu nie posrajcie w gacie - rzucił do słuchawki generał. - Będziecie mieli tam gorąco w ten upał. - Uśmiechnął się sam do siebie.
- Dzięki, Stefan! Wiedziałem, że mogę na ciebie zawsze liczyć, ale czy nie musisz tych nagłych ćwiczeń skonsultować z naczalstwem? Nie będzie afery?
- Przestań! Nie będę budził kolegów generałów po nocy. Tylko bym zebrał niepotrzebny opierdol. Zresztą na tym terenie ja rządzę. I Jankesi się wreszcie rozerwą, bo ostatnio tu same nudy. Narzekają, albowiem w Afganistanie mieli co robić, a u nas żadnej adrenaliny. Trochę ich rozumiem. Młodzi, niewyżyci. Na pewno się postarają w akcji. Za to pilnujcie lepiej swoich dziewczyn, bo chłopaki przystojne i wyposzczone. I rzecz jasna trzymajcie się, bo będzie po byku. To wam mogę zapewnić - mruknął coś jeszcze pod nosem i rozłączył się suchym trzaskiem w słuchawce.
Nie minęło 15 minut, jak cztery śmigłowce MI-17 oraz dwa Sokoły W-3 nadleciały od strony Spały, rozjaśniając reflektorami przestrzeń i konkurując blaskiem z będącym w pełnej krasie księżycem. Zrobiło się jaśniutko jak w samo południe. Kilka pojazdów opancerzonych oraz dwa Rosomaki i chyba z tuzin terenowych łazików sunęło w stronę wsi. Wystrzeliwane race przecinały niebo. Dało się słyszeć kilka krótkich serii z PKM-ów i wystrzał z działa. Trzy śmigłowce MiG-15 nadleciały od strony Łaska, przelatując nad samą dzwonnicą. Zadrżały mury kościoła. Posypał się tynk z budynku plebanii. Zatoczyły koło i jeszcze raz powtórzyły manewr, hucząc nad głowami. Taki obrót sprawy zaskoczył zebranych w tłum mieszkańców. Zdezorientowani patrzyli to w niebo, to na rozjaśniony horyzont, na którym majaczył ciężki sprzęt bojowy, stając się coraz to bardziej widoczny z każdą minutą. Odgłosy wystrzałów dzwoniły po szybach otwartych okien i rozwartych jak ramiona okiennic. Już całkiem blisko unosiła się chmura gryzącego dymu świec i niczym mgła sunęła po rzepakowych polach. Zwierzęta wyczuwały anomalię bytową. Wystraszone krowy wyły w oborach. Niespokojne konie parskały, wierzgając kopytami. Psy skowyczały, chowając się w budach. Zniknęły gdzieś wszędobylskie koty.
- Ludzie! Wojna! - wrzasnęła stara Madejowa. - Ruskie idą...
- Nie Ruskie, to Bundedżera. Niemce napadli! - wykrzykiwał Witosz.
Stał i patrzył w niebo, skretyniały, ciemny jak beczka smoły. Wtem cisnął bosakowy drąg w porzeczki i ruszył ile sił w nogach w stronę leśnej gęstwiny.
- O Matko Boska, o Matko Boska - krzyczały wniebogłosy kobiety i zaczęły się żegnać. - Wieczne odpoczywanie racz nam dać Panie.
Kulawa Marianna, o twarzy obsypanej brodawkami, zapomniała o swoim niedowładzie, zmykając niczym suseł w stronę kościoła. Wszelkie odgłosy i wzmagający się dotąd gwar rozdarły w tym momencie dwa dzwony rozbujane przez kościelnego.
- Ludzie! Chowajta się do kościoła. Proboszcz odprawia nabożeństwo!
***
I tak jak przewidywał sołtys, sytuacja mogąca wymknąć się spod kontroli powróciła do normy. Wojsko rozlokowało się na skraju wsi w pobliżu starej cegielni, rozbijając tam obóz. Rozstawione pokaźne namioty ocierały się o kryte papą wiaty, a wnętrze długiego na sto metrów pieca wykorzystano do ulokowania lżejszego sprzętu bojowego. Dymiły ogniska nieopodal nieczynnego komina. Z rozstawionych megafonów rozbrzmiały pieśni wojenne - jak na ironię, a może i w celach konspiracyjnych - po rosyjsku.
Ale w mieszkaniu Darii Morciak, nazywanej wdową lub czarownicą, spokoju nie było, a to za sprawką nadgorliwej pani aspirant - Idalii Arent.
Świtało już na dobre i pierwsze nieśmiałe promienie malowały złocistymi pasemkami korony drzew, gdy po wstępnych oględzinach, wykonaniu tak zwanych zdjęć operacyjnych, spisaniu protokołów zatrzymań poprzedzonych przesłuchaniami pani Idalia udała się stromymi, kamiennymi schodkami do piwnicy. Nadmienię tu, że o wojskowej akcji stróżowie prawa zostali poinformowani gorącą linią radiotelefonu przez wójta oraz samego komendanta, toteż spokojnie, nie zważając na panujące na zewnątrz zamieszanie, wykonywali swoje czynności.
- O, co my tu mamy? No proszę... Istna gorzelnia, a raczej bimbrownia. Gotowe produkty zabutelkowane i zacierek w balonach. Na dokładkę przy okienku wisi jakiś susz ziół. Zaraz pobiorę próbki do laboratorium. To zapewne marycha. No pięknie. Bimber i narkotyki. Teraz już oboje jesteście umoczeni. Tak coś przeczuwałam. Wzrokiem obmacywała każdy kąt. Była pełna tryumfu. Niemal piała z zachwytu. Jej duma uwypuklała jeszcze bardziej nieskazitelne, kobiece kształty. Ależ ona piękna... Rozpalałem się.
- Bogdan! - zwróciła się do kolegi, wychodząc na powrót z piwnicy. - Biegnij do radiotelefonu i wezwij posiłki z powiatu. Sami nie damy rady. Niech natychmiast komendant przyjeżdża z nakazem od prokuratora.
- Obydwoje jesteście aresztowani! Muszę pana skuć. - I dziewczyna podeszła do mnie, wyjmując srebrne bransoletki.
Odsunąłem się nieco w stronę wejścia do piwnicy.
- Dobrze się pani czuje? Chyba świece dymne oczadziały pani mózg. To najzwyklejsze zioła lecznicze z nawłoci i wino z jabłek, śliwek i porzeczek - odparła Daria, która zdążyła już na dobre wytrzeźwieć.
- Wino można robić zgodnie z prawem do pięćdziesięciu litrów - dopowiedziałem.
- Do pięćdziesięciu litrów tak, ale tu jest co najmniej ze dwieście, szanowny panie. I nie wygląda mi to na wino, a raczej na zajzajer.
- Najlepiej by było popróbować. Zaraz spuszczę wężykiem z gąsiorka i sami się przekonacie - powiedziała, śmiejąc się, Daria.
Mnie nie było raczej do śmiechu, mając przed sobą tak pierdolniętą policjantkę, zdolną chyba raczej do wszystkiego. Ponownie wymknąłem się do piwnicy.
- Gdzie pan ucieka?! - wrzasnęła pani aspirant i ruszyła za mną, wymachując kajdankami. - Jest pan aresztowany!
Strome, śliskie po niedawnym zalaniu wodą z mydlinami schody sprawiły, że Idalia potknęła się i poleciała w dół, przetaczając się niczym antałek wina. Wpadła wprost na mnie, a ja na nią. Z bocznej kabury wysunęła się broń, wślizgując się w rozrzucone kartofle. Na szczęście nie wystrzeliła. Nastąpiło coś nieprawdopodobnego. Totalny zwrot w rozwijającej się akcji. Leżałem wprost na dziewczynie i zacząłem ją całować, kalecząc zębami jej wargi. Idalia nie broniła się. Objęła mnie oburącz i wcisnęła język w moje usta. Teraz nasze języki spotkały się i łaskotały nawzajem. Oddechy stawały się coraz szybsze i szybsze, serca przyspieszyły z nadmiaru błyskawicznej produkcji hormonów, gdyż chemia osiągała apogeum. Oddechy stały się rwane, chrapliwe, świszczące. Całowałem jak oszalały, wywijając językiem po bielszych od samego odcienia najjaśniejszej bieli przepięknych, perłowych zębach. Rozdzierałem z niej szaty, a ona wbijała mi w plecy swoje długie, jakże zadbane paznokcie. Nie czułem bólu, pomimo że drapała niczym rozwścieczona lwica. Wiedziałem już, że jest mokra, że mnie pożąda tak, jak ja ją. Poczułem jej delikatny, kwaskowaty, najpiękniejszy na świecie kobiecy zapach z młodej, świeżutkiej cipki, kiedy na chwilę zjechałem, całując wzgórek łonowy. Wyprężyło jej się wówczas to fantastyczne, gładkie i napięte jak skóra bębna ciało, poddając moim harcom bez przeszkód. Zjechałem językiem jeszcze niżej. Oburącz z całej siły uchwyciłem za jej spodnie, rozdzierając je. Byłem opętany. Bezgranicznie. Nic już nie było w stanie mnie powstrzymać. Musiałem ją mieć, bez względu na wszystko. Nie protestowała. Wcisnąłem pod krągłe pośladki, rozgrzane, pomimo zimnego betonu posadzki, obie dłonie i wszedłem w niewyoraną jeszcze przeróżnymi kutasiskami wąziutką szparkę. A właściwie ledwie się tam wcisnąłem. Ida zesztywniała, cicho jęknęła i zastygła. Zastygliśmy oboje sklejeni w jedność.
Na górze w sypialni Daria, domyślając się, co jest na rzeczy, bo przecież w końcu była wróżką, stojąc przed panem aspirantem zdjęła nieoczekiwanie bluzkę, ukazując krągłe, pokaźne, wręcz filmowe, sterczące piersi. Nabrzmiałe krwią sutki zdawały się żądać dotyku, głaskania, pieszczot. Policjant wzdrygnął się i wybałuszył gały, jakby zobaczył zjawę z zaświatów. Jeszcze się wahał, ale nie odrywając od Darii zasnutych mgłą wilgotnych oczu, przybliżał się, będąc już w jej zasięgu.
- No chodź tu, mój komisarzyku - szepnęła bezpruderyjnie. - Nie obawiaj się, nie ugryzę. - Po czym pchnęła go lekko w stronę dużego, drewnianego łoża.
***
Kuranty Kremlowskiej Wieży w Moskwie wybijały godzinę czwartą nad ranem, kiedy to wojskowy satelita Federacji Rosji odnotował spontaniczne ruchy wojsk NATO w samym środku terytorium Polski i przekazał sygnał ostrzegawczy wraz z fotodanymi do głównej bazy Kosmicznego Centrum Dowodzenia Armii Czerwonej na Sachalinie, co zaniepokoiło wojskowych oficjeli. Przebywający na urlopie w swoim rodzinnym Sankt Petersburgu nieoczekiwanie wybudzony ze snu prezydent Federacji Rosji - Władimir Władimirowicz Putin - nakazał postawienie w stan natychmiastowej gotowości bojowej wszystkie jednostki stacjonujące w Obwodzie Kaliningradzkim. Na pospiesznie zwołanej, utajnionej wideokonferencji zwrócił się wprost do swojego ulubionego ministra.
- Sergiej, kak wy dumajetie? Budiet tretiaja wajna?
- Ja nie znaju. Ot, ta Polsza - westchnął zamyślony.
- Ot, ta Polsza - wtórował mu prezydent Putin. - Kak nie Gdańsk, eto Łask. I szto wy na to? Dumajtie? Ma ruka bombu odpravit, wpierod na Warszawu?
- Podożdajtie... Nie nada. - Gestem tonował emocje prezydenta Rosji pan Sergiej.
- Srazu ja dumam, eto prowokacja. Budiet balszaja żopa - dodał po wnikliwej analizie mikrofilmów minister spraw zagranicznych.
Przepowiednie pana Ławrowa były nad wyraz trafne i prorocze, albowiem cały opisywany tu zamęt okazał się jedną wielką DUPĄ i megachujostwem w sensie powagi militarnej w wymiarze światowym, rzecz jasna. Niemniej nieliczni tylko mają świadomość, że trzecia wojna światowa po raz kolejny w dziejach ludzkości z zupełnie idiotycznych przyczyn zawisła na krawędzi przepaści...
Rozdział szósty Inspekcja
- Halo, halo. Halo! Jesteście tam? Odbiór.
- Halo, aspirancie Gut, halo.
Pusta, głucha cisza odpowiadała na nawoływania do radiotelefonu przez komisarza Pawła Suskiego z Komisariatu Policji w gminie.
- Jurek! Coś mi tu śmierdzi - zwrócił się do swojego zastępcy, podkomisarza Jerzego Kalickiego.
- Musimy natychmiast jechać i sprawdzić. O siódmej rano nasza para orłów miała zdać służbę. Jest punkt dziewiąta, a ich ni widu, ni słychu. Coś musiało się stać.
- A niech to! - Walnął pięścią w biurko Kalicki. - To ci dopiero...
- No chyba że zabezpieczają teren. Nie wiem, czy wiesz, ale w pobliżu wsi ma ćwiczenia Brygada Kawalerii Powietrznej - próbował stonować kolegę komisarz.
- Tak czy siak powinni być na łączach. Przecież to sprzeczne z regulaminem. To wręcz niedopuszczalne! Cóż to, do cholery, może znaczyć - wściekle warknął Kalicki. Komisarz Suski wyszedł zza biurka, stanął na środku pokoju. Zacisnął pas u spodni.
- Zaiwaniamy, Jurek, a za nadgodziny i tak im nie zapłacę. Ledwie na pensje starcza. Odpalimy terenówkę, bo chuj wie, jakie to tam atrakcje na nas czekają.
Nim ruszyli, komisarz kilkukrotnie, daremnie przekręcał kluczyk w stacyjce.
- Cholerny akumulator. Adam na urlopie, nie ma komu wymienić. Coraz większe rozluźnienie na tym naszym posterunku, a za mało dyscypliny. Za miękki chyba jestem. Na czerep mi przed emeryturą wszyscy wejdziecie. Ale niech ja no dorwę tych dwoje. Rozstrzelam - zażartował.
- A może, szefie, oni mają się ku sobie i świntuszą? - zaśmiał się Kalicki, nie domyślając się, jak niewiele się mylił.
- Ta czarnulka - zagadywał dalej - jest super. Żaden by się nie oparł. Piękna, choć trochę zarozumiała. - Zwilżył językiem wargi.
- Ty to wciąż tylko o jednym - zaakcentował komisarz. - Aspirant Gut ma żonę, dwie córeczki, za dużo nie pije. Ot, spokojny, ułożony, porządny gość. Elokwentny, pracowity. Na baby łasy nie jest. Gorzej z tobą, Jurek, bo od kiedy się rozwiodłeś, to tylko laski ci w głowie. A i powiadają, że przeleciałeś pół naszej gminy i całą sąsiednią. Ponoć za bardzo nie przebierasz. Grzmocisz, co popadnie. Znajdź sobie najlepiej jakąś wdówkę i ustatkuj się. Mnie niedługo do emerytury, zajmiesz moje miejsce. Chałupę po rodzicach masz, co więcej trzeba. - Zacisnął ręce na kierownicy, docisnął pedał gazu.
Minęli gminę, następnie pola porosłe na skraju kąkolami i makami przy falującym na wietrze zbożu, kierując się w stronę starodrzewu.
- Odbiję w prawo na rozwidleniu, pojedziemy na skróty, będzie szybciej. W końcu to terenówka.
- Ma pan rację, szefie - wrócił do rozmowy Kalicki. Ale jakoś nie mogę trafić na swoją. Co zapoznam, to stale nie ta - zwierzał się, robiąc się wylewny.
Rozpiął od góry mundur i przetarł chustką szyję. Potarł nieogolony od wczoraj podbródek. Podłubał w oku.
- Oj tam! Trafisz wreszcie. Na pewno spotkasz kobietę, która zmieni bieg twego życia. Młody jeszcze jesteś, przystojny i niebiedny. Robotę i stanowisko masz. Dobrą gadkę również. Za to mówią o tobie gliniany Don Juan. A wiesz... Policjantowi nie wypada. Tu wszyscy o wszystkich wiedzą. Kto się z kim spotyka i o czym rozmawia. Kto kogo nie lubi i życzy mu jak najgorzej. Nic się, kurwa, nie uchowa. Ba... nawet kłosy zbóż szemrzą na polach. Spasuj, Jurek, a jak będziesz chciał sobie zaruchać, masz niewiele ponad godzinę drogi do Warszawy albo niecałą do Łodzi. Tam znikniesz w tłumie i nikt nic wiedział nie będzie, jak w czeskim filmie. Wiesz, że traktuję cię od zawsze jak własnego syna i źle dla ciebie nie chcę.
Jechali teraz szutrową drogą na skraju sosnowego lasu, gdy wojskowy jeep zatorował im drogę.
- Stop! Dalej nie przejedziecie, ćwiczenia. - Zatrzymał ich dość młody major trzymający w dłoni termos.
- Przepuśćcie nas! W imię wyższej konieczności. Spieszymy się do wsi - zwrócił się do majora Suski.
- Mowy nie ma! Rozkaz to rozkaz! Teren zaminowany. Cofnijcie się dwa kilometry i przy kapliczce w lewo. Cóż to? Nawigacji nie macie?
- Macie - wykrztusił przez zęby zirytowany komisarz, wrzucając wsteczny.
Minęli pole obsiane gryką, na którego skraju królował rozpadający się, obsrany przez kawki strach na wróble, i po kilku minutach byli już na miejscu. Bez trudu znaleźli się na ulicy Jarzębinowej.
- O, jest nasz radiowóz. Mam nadzieję, że żyją - zażartował Kalicki.
***
Daria właśnie odsłaniała story, gdy za orzechem Sinickich dojrzała policyjną terenówkę.
- Kurwa! Zbierajcie się. Na jednej nodze! Przyjechali po was.
Aspirant Gut, który miał jedynie skarpetki na nogach, wyskoczył spod kołdry.
- Ida! Ida! - wrzasnął na koleżankę. - Komisarz przyjechał.
- O kurwa! Przejebane. Wypierdolą mnie z roboty! Wszystko przez ciebie, Marek! - spanikowała. - Boże, jak ja wyglądam! A niech to! - Przeraziła się, widząc swoje odbicie na zbitym kawałku lustra leżącym w szpargałach między gąsiorami z winem.
Faktycznie, mimo swojego piękna, wyglądała teraz bardziej na dziewczynę kloszarda, a nie szanującą się policjantkę, i to w dodatku na służbie. Mundurek, jakby wyjęty wprost z wirówki, do cna wybrudzony piwnicznym kurzem posadzki, porozrywane, poplamione spodnie, rozwichrzone włosy. Zadrapania na prawym policzku, przybrudzony, lekko seksownie zadarty nosek i podkrążone zmęczeniem oczy bynajmniej nie dodawały uroku.
- Spadaj do łazienki i ogarnij się. Mam pomysł! Pamiętaj! Walczyłaś dzielnie z hordą wieśniaków. Ja poświadczę - zaoferowałem się.
- Tylko oficjalnie oświadcz, Marek, z narażeniem własnego życia - dodała, mrugnąwszy do mnie, i zniknęła za drzwiami łazienki, zderzając się z Bogdanem, który ledwie zdołał się wysikać.
- Doprowadź się, Boguś, do porządku, a ja ich zagadam, by zyskać na czasie - podjęła ryzykowną decyzję nieźle speszona Daria. Poprawiła naprędce włosy i wyszła na spotkanie obu panów w niebieskich mundurach.
- Dzień dobry. Jestem Daria Morciak, właścicielka tej posesji. Piękny dziś poranek. Czy coś się stało? - Uśmiechnęła się nienaturalnie, udając przygłupa.
- Ano stało się, stało - odparł zakłopotany Suski. - Radiowóz jakby nigdy nic stoi u pani pod bramą, ale gdzież to podziali się moi funkcjonariusze? Nie reagują na wezwania. Co tu się, do diabła, dzieje? O siódmej rano powinni zdać służbę, a dochodzi dziesiąta. To niebywałe i zatrważające. - Zrobił ręką jakiś odruchowy zamach w powietrzu, jakby odpędzał natrętną muchę.
- Ależ zapewniam panów, że wszystko jest w najlepszym porządku. Dzięki odwadze i ofiarności pana podwładnych, panie komisarzu, uniknęliśmy linczu.
- Jak to? Nie rozumiem. Może pani jaśniej? - Komisarz wyprężył się niczym struna.
- Otóż rozjuszony tłum podpitych wieśniaków, kierowany przez niejakiego Witosza, próbował wtargnąć na moją posesję, ordynarnie ubliżając i wygrażając zarówno mnie, jak i moim znajomym, grożąc samosądem i spaleniem posesji. Tylko dzięki funkcjonariuszom naszej policji do tego nie doszło. Stanęli na wysokości zadania i z narażeniem własnego zdrowia i życia doprowadzili do wyeliminowania prowodyrów. Ich niepohamowana wręcz ofiarność zapobiegła nieuniknionej tragedii, a być może nawet katastrofie.
Tą na wskroś prawniczą mową wprowadziła niemal w zachwyt obu przełożonych Idalii i Bogdana. Cała Daria - kuta na cztery nogi i spadająca na cztery łapy. Taka właśnie była.
- W ramach podziękowania i z wdzięczności zaprosiłam wraz z moim partnerem Markiem pana podwładnych na śniadanie, kawę i ciasto, i oczywiście panów zapraszam również. Rozgośćcie się w ten jakże piękny, jeszcze letni poranek. - I tu wskazała zadaszoną altanę pod dorodną jabłonią, jaką swego czasu wspólnie z Antonim jej teść zrobił, wykorzystując dwa fotele starego autobusu ściągnięte ze złomowiska. Wszak nie mogła zaprosić przybyszów za próg domu, mając na uwadze, jakie to pobojowisko aktualnie panowało w jej mieszkaniu.
- A i tu panowie w dowód tego, co mówię, leży porzucony bosak, jakim to wspomniany Witosz chciał powybijać szyby w moim domu - dodała zręcznie wdowa, zauważywszy porzucony w porzeczkach przedmiot.
- Zapewne są na nim odciski palców podejrzanego - odrzekł zuchwałym tonem Kalicki.
- Zabezpieczcie narzędzie przestępstwa! - nakazał komisarz Kalickiemu.
- Tak jest! Już się robi! - odezwał się podwładny funkcjonariusz.
- Szanowna, miła pani. Proszę tu przywołać moich aspirantów - zwrócił się Suski z pełną powagi elokwencją, kierując się w stronę wskazanej oryginalnej altany. Ton jego głosu najwyraźniej złagodniał.
- Ależ oczywiście, proszę się rozgościć, a ja za chwileczkę wracam. - I odwróciła się naprędce.
Kalicki nie omieszkał odprowadzić rozmarzonym wzrokiem jej kształtnej pupci i nienagannie zgrabnych nóg. Westchnął.
- Dobrze jest - szeptem syknęła, wchodząc do kuchni, gdzie czekaliśmy wszyscy w napięciu. - Będziecie bohaterami. - Zaśmiała się rozbawiona. - Marek, szybko zaparzaj kawę, a ja ukroję resztę tej drożdżowej babki. I pamiętaj, od tej chwili jesteś moim chłopakiem.
- Mam nadzieję, że tylko na tę okoliczność - zauważyła zazdrośnie Ida.
- Spokojne, kochanie. Darka dobrze wie, co robi - uspokoiłem ją zadowolony.
Wyszliśmy wszyscy razem, udając się do altany. Wdowa trzymała tacę z pokrojoną babką i dżemem ze śliwek swojej roboty. Ja niosłem drugą z dzbanem kawy i kompletem rosenthalowskich filiżanek. Pogoda była doskonała, lekki wiaterek z północy studził zapędy upału.
- Witam moich dzielnych funkcjonariuszy - zwrócił się komisarz, wstając z miejsca. - Widzę, że nie zawiodłem się na was. Jestem z was dumny!
- Ja chciałem tylko dodać ze swojej skromnej strony, że pani aspirant dzielnie walczyła wręcz z niejakim znanym tu pijakiem i łobuzem Witoszem uzbrojonym w kij, zmuszając go do zaniechania popełnienia czynu zabronionego, poprzez ucieczkę z miejsca zdarzenia - dodałem od siebie. Mówiłem wolno, jakbym pieścił każde słowo przed jego wypowiedzeniem. Starałem się, jak mogłem, by być przekonujący.
- Widzę właśnie, że jesteś podrapana i masz porwaną bluzę i spodnie - po ojcowsku odezwał się Suski. - A to łobuz! Odpowie za czynną napaść na funkcjonariusza w trakcie pełnienia obowiązków służbowych. Pięć lat to minimum! Już ja się o to postaram!
- Gratuluję wam - pochwalił ze swojej strony Kalicki.
- Możecie być pewni, że wystąpię do inspektora Kuleszy do powiatu z wnioskiem o awans. Przedstawię was do odznaczenia za ofiarną służbę. Daliście przykład największego poświęcenia i odwagi! - zakończył mowę Suski, nalewając sobie kawy do filiżanki.
***
Porucznik John Mac Grey, podporucznik Richard Brown w towarzystwie kapitana Włodzimierza Romaniuka w ramach czynności logistyczno-zwiadowczych udali się do wsi, wzbudzając niemałe zaciekawienie. Za godzinę kończyli służbę i chcieli się trochę rozerwać. Wszyscy trzej byli plus minus w podobnym wieku, tj. około trzydziestki. Chłopaki niczego sobie, niemniej jednak Richard Brown był z nich najprzystojniejszy, niczym amant z dobrego filmu o nie mniej dobrej obsadzie. Akurat mijali piekarnię, głośno dyskutując po angielsku, gdy Sylwia Danielak, dziewczyna dwudziestoletnia o powabnej strukturze ciała i długich blond włosach, właśnie z niej wychodziła, ściskając pełną pieczywa wzorzystą siatkę. Brown odwrócił się za nią, a i ona zrobiła to samo. Ich oczy się spotkały.
- Hey! - krzyknął Brown. - How is going?
- OK - odpowiedziała Sylwia po angielsku, znając w tym języku może pięć krótkich słówek.
Brown przekazał jej gestem buziaka, a ona stała jak słup, wpatrując się w niego. Sylwia mieszkała w sąsiednim domu i jej matka stała przy furtce. Już od jakiegoś czasu bardzo chciała wydać za mąż jedyną córkę, która nie miała zbyt dobrej opinii we wsi. Mówiono, że jeździ w weekendy do Warszawy i tam dorabia na boku w jakiejś agencji towarzyskiej. Ale tylko tak mówiono.
Na co dzień pracowała w gminnym sklepie z artykułami metalowymi, sprzedając śruby, gwoździe, skoble i kłódki. Coś w tym stylu. Miała wśród miejscowych wielu zalotników, ale wszystkim bez wyjątku dawała kosza. Być może dlatego nie lubiano dziewczyny, przyszywając jej łatkę.
- Sylwia! Zaproś panów do domu. Ojciec gada trochę po angielsku - wtrąciła się matka
I faktycznie, ojciec Sylwii pracował swego czasu w Londynie na jakiejś budowie. Był i jest cieślą, i to dobrym. W okolicy nie miał sobie równych.
Kapitan Romaniuk wyjaśnił kolegom, o co chodzi, i niebawem wszyscy trzej już zasiadali przy stole w całkiem przyzwoitym, choć może skromnym domu, ale za to bardzo schludnym. Promienie popołudniowego słońca przenikały przez czyściutkie firanki, malując odcieniem złota przeciwległą ścianę.
- Witamy naszych wyzwolicieli - zagaił pan Marian Danielak, uścisnąwszy kolejno wszystkim dłonie.
- Na pewno jesteście spragnieni, a i może głodni? Dam wam do popróbowania swojskiej naleweczki z wiśni. - Nie oczekując odpowiedzi, ciągnął: - Mówią, że Ruskie się na nas szykowali. Mieli uderzyć "zielonymi ludzikami" w sam środek Polski. Napędziliście im stracha, lądując u nas. Srają tera pewnie w swoje walonki - mówił częściowo po angielsku, wplątując polskie słowa.
- Yes, yes. - Amerykanie pokiwali głowami.
- Ostro było - dopowiedział Polak, rozsiadając się na dobre.
Żona pana Mariana, Krystyna, która cieszyła się opinią doskonałej gospodyni, postawiła na okrytym białą, tkaną serwetą dębowym stole obszerny, wzorzysty talerz z naprędce zrobionymi kanapkami z mielonych kotletów i kryształową karafkę z amarantowym trunkiem. Dyskretnie wywołała córkę na stronę.
- Patrzaj, jak ten przystojniaczek się na ciebie gapi! Toż to twoja życiowa szansa, jakiej więcej nie będzie. Nie spiernicz tego, a pojedziesz, dziewczyno, do Ameryki. Będziesz bogata. Zaiwaniaj mi tu migiem do łazienki, podmaluj się, wyperfumuj. Na co, do cholery, jeszcze czekasz?! Przecie on leci na ciebie.
- Dam radę, mamo. A podmyć się też mam? - warknęła wkurzona.
- Głupia idiotka. Och, durna ty, durna - powtórzyła pani Krystyna. - Że to ja, cholera, nie miała w życiu takiego szczęścia - burknęła pod nosem.
Czas miło upływał, na stole pojawiła się już kolejna pękata butla z mocnym jak dzwon samogonem i podgrzane pierogi z kapustą i grzybami, okraszane skwierczącym na patelni boczkiem. Apetyczny zapach wypełnił każdy zakątek izby. Sylwia odstawiona w najlepsze ciuchy, jakie miała, siadła naprzeciw swojego amanta, uśmiechając się coraz śmielej, coraz bardziej prowokująco.
Matka krzątała się dookoła stołu, co chwilę uzupełniając kieliszki, oczywiście pilnując uważnie, by niczego gościom nie brakło, a zwłaszcza Brownowi.
- I love you - wydobył wreszcie z siebie bełkotliwym głosem podporucznik Richard Brown.
- I love you too - przytaknęła uradowana Sylwia oszczędzająca się z piciem.
- Will be wedding! - podsumował, zrywając się z krzesła wniebowzięty ojciec. Klasnął w dłonie i szarpnął żonę za bluzkę.
- Matka! Dawaj jeszcze flaszkę, musim to uczcić!
- Marian, już nic ni ma - szepnęła mu do ucha.
- Ni ma? Jak to? - Zamyślił się chwilę. - Zasuwaj do kulawej Mańki! U niej nigdy nie brak - niemal rozkazał.
Trzymał się całkiem nieźle. Obaj Amerykanie mieli już wyraźnie dosyć, a wstawiony kapitan Romaniuk sygnalizował, że czas już kończyć to spontaniczne i jakże gościnne przyjęcie.
- Ależ, panowie. Gość w dom, Bóg w dom. Miejsca u nas w chałupie nie brak - zaoferował się gospodarz.
- Sylwia! Pościel porucznikowi w swoim pokoju. Jedną noc możesz spać z matką, a panów położymy tu, na wersalce. Nie będzieta szwendać się po nocy - zaproponował gospodarz.
Zaledwie wypili po kieliszku z przyniesionej od sąsiadki kolejnej flaszki, a całkiem ich zmogło. Nie pomogła nawet kawa.
Goście już nie zamierzali opuszczać domu, bowiem nie byli w stanie, a podporucznik Brown chyba najbardziej był nabzdryngolony.
Pan Marian - silny, umięśniony cieśla - zawlókł, do pokoju Sylwii "przyszłego zięcia", podtrzymując go ramieniem, a ten niczym bezładny kloc padł na łóżko, mamrocząc miłosne wyznania pod adresem jego córki.
- Oh, my girl - pomrukiwał.
Donośne chrapanie Browna przerwało skrzypnięcie otwieranych drzwi. To Sylwia w środku nocy wślizgnęła się do swojego pokoju. Położyła się obok ukochanego, który nie zdjął nawet butów. Gładziła go po bujnej czuprynie. Obudzony wtulił ją w siebie.
- Oh, my sweet girl. My beautiful girl. My wife. I love you - bełkotał w kółko.
Sylwia rozpięła mu spodnie i wsunęła w nie rękę. Uchwyciwszy członek, zaczęła tarmosić. Bezskutecznie. Był miękki niczym z waty.
Jej próby postawienia go na baczność spełzły na niczym. Nie pomogło muskanie językiem i lekkie uciskanie jąder.
Speszony chłopak wsunął dwa palce do jej szparki, wykonując posuwiste ruchy. Dziewczyna cicho westchnęła. Szybko się podnieciła, tryskając sokiem. Rozpalony, a niedysponowany wybranek ułożył dziewczynę na wznak, podkładając pod pupę dwie obleczone barwnym haftem poduszki. Ukląkł i rozszerzając niemal do bólu jej nogi, wcisnął w głąb język i memłał nim do czasu, aż całkiem usnął.