Jasne Słońce o brzasku. Birma - Kacper Soszka

Reflow text when sidebars are open.
Około piątej nad ranem dotarliśmy do Mandalay. Mroźny poranek na dworcu autobusowym Kywe Se Kan dał się we znaki wszystkim podróżującym. Chusteczki poszły w ruch. Ci, którzy nie mieli, wykorzystywali rękawy, licząc na miły gest pożyczki u współtowarzyszy wojaży. Wszyscy jęli kichać, smarkać i charczeć, a niektórzy włożyli maseczki. W tym momencie łączyłem to jeszcze z nagłą zmianą temperatury. Nozdrza i płuca wypełniało zimne powietrze, dające jednak krótkotrwałe orzeźwienie po całodniowych upałach. Był to najchłodniejszy poranek od kilku tygodni. Towarzyszyło mi uczucie, jakże nieobce i piękne zarazem, kiedy to ojczyźniane, lutowe mrozy przeszywają ciało wątłej postury człowieka. Gdy przy niskich temperaturach miewa się wrażenie powietrza czystszego, świeżego i bardzo lekkiego. Również lekko chrząkający, czułem kryształki lodu wędrujące w stronę zatok. Jakbym karmiony daniem z mgły i szadzi popijał zmrożony nektar rosy. Za młodu, będąc nierozsądnym brzdącem i jedząc śnieg bądź szron, miewałem odczucia podobne obecnym. Ile może być stopni? Pięć? Siedem? Na pewno nie więcej. Na nogach sandały, koszulka z krótkim rękawkiem.
Większość podróżujących udała się do przesiadkowych autobusów. Istny kocioł. Kilkanaście zdezelowanych, dalekobieżnych maszyn wypełniło w całości ciasny plac manewrowy. Każdy z nas pojedzie w swoją stronę, a i tak spotkamy się za miesiąc na lotnisku. Globtroterzy nie zwykli bowiem nie wykorzystywać swoich wiz w pełni. Do daty wyjazdu wbitej w paszport będą starali się wycisnąć każdą kroplę przyjemności z tej podróży. Podróży, podczas której nasze szlaki przetną się niejednokrotnie, bo dowolność przemieszczania jest ograniczona. Trasy się krzyżują, punkty pokrywają, tworząc olbrzymią sieć żądzy poznania świata i pajęczynę sposobów jego odkrycia. Większość nie wyjedzie przed czasem, większość nie zostanie dłużej. Zostaną dokładnie tyle, na ile zezwolono. Zamknięte granice lądowe ze wszystkimi pięcioma sąsiadami wymuszają na obcym kupno powrotnego biletu lotniczego. Rejsy wyłącznie do Tajlandii i Singapuru. Tylko w ten sposób można tu dotrzeć i się wydostać. Oczywiście trzeba to zrobić z wyprzedzeniem. Załatwienie sprawy na miejscu jest kłopotliwe, bo Internet się jeszcze nie wdarł, a telefonia komórkowa nie istnieje. Ostateczną szansą pozostaje więc skorzystanie z usług jednej z setek agencji turystycznych, żerujących na turystach. Jednak i tu pojawia się problem. Zawyżoną opłatę za tego typu świadczenie możemy uiścić wyłącznie gotówką. Trzeba przywieźć ją ze sobą, bo w kraju nie doświadczymy interakcji z bankomatem. Jeśli więc komuś zabraknie pieniędzy...
Gdzieniegdzie pojawiały się pierwsze sygnały wschodu dziennej gwiazdy. Odbite niby przypadkiem od szyb autokarów promienie nieśmiało łaskotały po karku, skroniach, za uszami. Z minuty na minutę coraz odważniej, zuchwalej. Czasami wręcz bezczelnie atakowały świetlnymi biczami po twarzy. Jeszcze kilka minut i dolna część ciała również się rozmrozi. Za chwil kilka natura pokaże swą potęgę. Niczym ziejący ogniem smok, rozpali wszystko wokół do czerwoności, a zacienione krecie nory wypełni podmuch gorącego powietrza. Wybaczałem arogancję jeszcze bladego słońca, gdyż powoli ogrzewało końcówki zdrętwiałych palców. Mogliśmy dzięki temu wspólnie z Rudą zastanowić się nad dalszą podróżą. Siedząc na piaszczystej glebie, w tumanach kurzu odjeżdżających pojazdów, dostrzegliśmy innego obcego. Okazał się reprezentantem naszej części globu. Mało nas tutaj, tych ze wschodniej strony Odry. Tych, którzy mimo tysięcy kilometrów odległości od domu czują się jak ryba w wodzie. Choć przykre to, to jakże prawdziwe. Poniekąd rozumiemy, co czują mieszkańcy Azji Południowo-Wschodniej. Odważne to stwierdzenie, ale bliżej nam do nich, do państw wychudzonych historią, sponiewieranych okupacją i socjalistyczną filozofią niż przejedzonej Europy Zachodniej. Dla nas Stary Kontynent surowo wyznaczył granice przynależności, w których nie powinniśmy się zmieścić. Czas pokaże, czy szybciej dogonimy Zachód, czy Wschód dogoni nas. Kulturowo dzielą nas z Azją lata świetlne, ale prymitywizm każdej sfery życia czyni je bardziej swojskim, domowym, naszym. Może dzięki temu nie paraliżuje wszechobecne zacofanie i totalitarny polityczny reżim.
Rumun Mircea okazał się dość specyficznym podróżnikiem. Ubrany w ciepły wełniany sweter, sprawiał wrażenie lekko zagubionego. Błądził wzrokiem po zaszyfrowanych peronowych tablicach informacyjnych, szukając jakiegoś zwrotu, znaku w języku, który rozumiał. Niestety, hieroglify pozostały nierozwiązane mimo wsparcia papierowego przewodnika. Mircea nie wyglądał, jakby dzisiaj przybył do kraju. Zarośnięty, przybrudzony, ze zmęczonym wyrazem twarzy - być może pomieszkiwał jakiś czas w Tajlandii i być może o nas miał podobne zdanie. Po bliższym zapoznaniu, Ruda nie mogła się powstrzymać przed spytaniem o jego bliską oryginałowi torbę spod igły Louis Vuitton, najczęściej podrabianej marki świata.
- Duża, nieporęczna torba, taka stylowa, to naprawdę jest konieczne? - spytała ironicznie, bez żenady.
- Mam w niej książki, przyjechałem zaszyć się w górach z moimi ulubionymi...
- Książki? Przywiozłeś z Rumunii całą torbę książek? Przecież mogłeś kupić tu na miejscu - Ruda przerwała wypowiedź zdziwionym głosem.
- Ale to są moje ulubione, nie rozstaję się z nimi. Niewiele, ze trzydzieści sztuk - mówiąc to, puścił oko, choć zdawał sobie sprawę, że tyle może ich mieć.
- Tylko trzydzieści sztuk... Przywiózł ze sobą całą bibliotekę!
Bezpośredniość i wybuch śmiechu Rudej najwyraźniej troszkę go zawstydziły. Spuścił głowę, nie wiedząc, co odpowiedzieć, wzruszył tylko ramionami. Zrobiło mi się głupio, bo wyglądało to tak, jakbyśmy szydzili z jego pomysłu. Zerknęliśmy na kilka pozycji. Kant, Nietzsche, Platon... Faktycznie, z taką literaturą można tylko uciec na koniec świata i dać się ponieść bezgranicznej filozofii. Klepnąłem go w ramię, by dać wyraz zrozumienia i podziwu. Nasz ekwipunek nie przewidywał miejsca na Bibliotekę Aleksandryjską. Trzymając się limitu wagowego, pozwoliliśmy sobie zaledwie na jedną książkę podróżniczą i kilka przewodników. Oczywiście wszystko skserowane, by móc pozbywać się przeczytanych stron w trakcie podróży. Zmniejszało to wagę plecaka, zwiększając jednocześnie jego pojemność.
Usiedliśmy w trójkę nad mapą. Debata dotyczyła wyboru trasy. W którą stronę kraju pojechać, by nie natknąć się na rzesze turystów? W Birmie jest to o tyle trudne, że wszyscy chcą odwiedzić te same punkty. Biorąc pod uwagę możliwości poruszania się po kraju, słowo "chcą" winno być zastąpione słowem "mogą". Bez względu na to, z jakiego przewodnika turyści korzystają, docierają w miejsca, w które "wolno" jeździć. Przewodniczący za pomocą swoich marionetkowych urzędasów kontroluje każdy centymetr państwa i decyduje, gdzie obcokrajowiec musi zostawić swoje dolary. Z racji ograniczeń dozwolonych punktów jest niewiele, więc niewykluczone, że lotniskowe znajomości zostaną w przyszłości odświeżone.
Tu muszę wtrącić krótką definicję. Urzędasem nazywaliśmy sługusa generałów, który piastuje zazwyczaj stanowisko państwowe. Wykorzystuje wszelkie narzędzia, jakie dała mu władza, by zaznaczyć swoją wyższość nad innymi i rzetelnie wykonywać rozkazy Przewodniczącego. Często bywa wojskowym i nawet jeśli nie nosi munduru, to łatwo wyłapać go w tłumie. Nie mieliśmy jeszcze okazji obcować z tajniakiem, albo nie mieliśmy tego świadomości. Podsumowując: nie lubimy ich, oni nie lubią nas.
Mircea obrał kierunek górzystego rejonu Shan na wschodzie kraju, bogatego w mniejszości etniczne, w szczególności napływową ludność z pobliskich Chin. Zakładał, iż znajdzie tam spokój porównywalny z rumuńskimi Karpatami, w których spędził swoje dzieciństwo. Region ten, przepełniony pięknem krajobrazów niezgwałconych wzrokiem, posiada swoją niechlubną historię. To tu zapoczątkowano produkcję narkotyku yaba. Znanego również jako narkotyk Hitlera. Silnie uzależniający, był powszechnie używany przez wojska niemieckie w czasach wojen światowych. Stosowanie tejże metamfetaminy miało na celu zwiększenie odporności i wydajności żołnierzy. Przy zmniejszonych potrzebach snu i głodu zwiększała się również ich agresywność. Gdzie są granice nierozsądku człowieka żądnego władzy absolutnej? Na pewno sięgają dalej niż odległość Yangonu i Bangkoku od Berlina. To tutaj narodzili się narkotykowi baronowie, swego czasu najwięksi na świecie, na czele z Khun Sa - Królem Opium. W siedemdziesiątych i osiemdziesiątych latach ubiegłego wieku zdominowali całkowicie dostawy kokainy do USA. Działający również w Złotym Trójkącie, istnym birmańskim Medellin1, posiadali kilkutysięczną armię strzegącą ich przed prawem. Nawet po zakończeniuniechlubnej kariery, Khun Sa nie został skazany i dożył spokojnej starości w Yangonie. Pomimo tych wydarzeń rejon Shan mógł mieszkańcowi naddunajskiego kraju zaoferować poszukiwaną przezeń samotnię. Toć właśnie tam nie sprawowano nigdy realnej władzy, zarówno za okupacji brytyjskiej, jak i japońskiej. Mimo oficjalnej kontroli, niemożliwością było podporządkowanie sobie tak niezbadanych, trudno osiągalnych zalesionych partii górskich. Dzisiaj Szanowie to nadal biedni rolnicy, zamieszkujący jednak bardzo bogate ziemie (z uwagi na kamienie szlachetne). Dumni ze swojej historii, języka, sztuki wyrobu przedmiotów z laki oraz cygar cheroot2.
My z kolei chcieliśmy udać się na północ Birmy. Nie mogliśmy sobie pozwolić na to, by na początku wyprawy tkwić w komercyjnych punktach, pochłaniających resztki zawartości portfela. Miło byłoby dotrzeć do mniej obleganych przez białych ludzi miejsc. Niezbyt popularne rejony pozwalają podpatrzeć życie mieszkańców prowincji, niezszargane zepsutą turystyką. Z drugiej strony, po kradzieży części naszych oszczędności musieliśmy się udać w miejsce, które nie żerując na podróżnikach, będzie dodatkowo pozwalać na zaoszczędzenie paru groszy. Budżet miesięczny wynosił dokładnie czterysta osiemdziesiąt dolarów na naszą parę. Kilka zaskórniaków schowanych w pasku od spodni miało starczyć na opłatę lotniskową przy żegnaniu się z krajem. Założyliśmy sobie, że im dalej od cywilizowanego świata, o ile w takich kategoriach można rozpatrywać Związek Mjanmy, tym będzie taniej. Nie stać nas na płacenie dwudziestu dolarów za nocleg, spłukalibyśmy się po dwóch tygodniach. Poza uczęszczanymi szlakami, nietknięta pieniądzem Zachodu prowincja nie powinna wykorzystywać naszych podróżniczych słabości. Może uda się dać prztyczka w nos Przewodniczącemu i nawiązać kontakt z lokalsami, przenocować u nich, wbrew oficjalnym zakazom. Aby się to udało, musieliśmy oddalić się od dużych miast, być może nie do końca legalnie. Możliwe, że tylko tam człowiek spotka człowieka, a nie dolary urzędasa. Skoro przeniesiono stolicę na północ od Yangonu, musimy uciec, ile się da, na północ od Mandalay. Wyłowiłem z najbardziej zielonej części mapy, pozbawionej miast i miasteczek, jezioro Indawgyi, a przy nim wioskę Lon Ton. Zapachniało dość egzotycznym kierunkiem. Próżno szukać informacji na jego temat w naszych przewodnikach. Drogą to niecałe pół tysiąca kilometrów, za dwa dni będziemy. Cel zatem został obrany.
Dworzec autobusowy, na którym spędziliśmy całe dopołudnie, mieścił się kilka kilometrów od centrum Mandalay. Dla uszu obcych przybierał nazwę "Highway Bus Station", by nie było potrzeby gimnastykowania się z tutejszym, tonalnym językiem. Uświadomiono nas, że drugi dworzec, z którego mamy dalszy transport, mieści się w śródmieściu i zaproponowano taksówkę za dziesięć dolarów. Śmiech na sali! Udaliśmy się na główną drogę, by złapać okazję do centrum miasta. Wszyscy omijali nas jednak szerokim łukiem, bo - wiadomo - zakaz zabierania obcych. Mój nawigator, czyli elektroniczny sprzęt będący kompasem i GPS-em, z którym nie rozstawałem się od kilku lat, wskazywał około pięciu kilometrów w linii prostej. Ufałem mu bezgranicznie, bo nie raz ratował życie moje i innych obcych. W dodatku nigdy nie jadł, nie spał i nie marudził. Niezawodny sprzęt. Z kilkunastokilogramowymi plecakami przejście wyliczonego dystansu zajęłoby ponad godzinę. Problemem był Mircea i jego torba kipiąca wiedzą wielkich mędrców. Mimo jej nieporęczności zapewniał, że może podrałować z nami. Na szczęście znienacka na horyzoncie pojawił się lokalny autobus. Na wskroś przerdzewiały, przechylony na lewą stronę z powodu nierównomiernego rozłożenia towarów albo wadliwej konstrukcji, oszalały pędził po podziurawionym niczym szwajcarski ser asfalcie. Jedno machnięcie ręki wystarczyło i zatrzymał się centymetr od moich sandałów.
- Ile za transport na dworzec? - spytałem małego chłopczyka, przyjmującego pieniądze.
Pokazał trzy na swoich lilipucich paluszkach i na potwierdzenie wyciągnął dolara, wskazując nim po kolei na każdego z nas.
- Dolara od osoby? - udałem zniesmaczonego, bo była to bardzo wygórowana cena. - Mogę dać jednego dolara, ale za trzy osoby - dodałem, zakładając, że to i tak za dużo.
Chłopczyk bez zająknięcia przyjął ofertę i zaprosił do środka. Okazało się, że wewnątrz pojazdu, przypominającego bardziej przerobiony samochód terenowy niż busa, nie ma już miejsc. Weszliśmy więc na dach, kładąc się na zapylonych plecakach. Dziwne, że nie znalazło się miejsce dla Rudej, gdyż kobietom nie wolno podróżować na dachach pojazdów. Przynajmniej oficjalnie. Znaczenie mógł mieć fakt, że w środku siedziała grupka buddyjskich mnichów, a jak wiadomo, nie przystoi im przebywać w towarzystwie płci pięknej. Powstały paradoks wygenerował z mojej głowy tezę, że najwyraźniej obcy-kobieta jest tutaj przede wszystkim obcym, a nie kobietą. Ruch uliczny jest już prawostronny, lecz większość pojazdów pamięta czasy brytyjskiej okupacji. Tych lobbystów, którzy forsują w Polsce zezwolenie jazdy pojazdom z kierownicą po prawej stronie, zapraszam na wycieczkę birmańskimi ulicami. Najciekawszym przypadkiem są autobusy, w których kierowca posiada pomagiera. Ów człowiek wisi w drzwiach po drugiej stronie i informuje krzykiem o możliwości wyprzedzania. Od razu nasuwa się pytanie, kto ponosi winę za spowodowanie wypadku.
Szybka jazda na dachu pozbawionym jakichkolwiek zabezpieczeń zestresowała i zmęczyła nas do tego stopnia, iż w pobliżu docelowego dworca musieliśmy uzupełnić siły ryżem z kiszonymi warzywami. Często praktykuje się serwowanie dań tego typu, gdyż przeróżne rodzaje kwaszonek dają pozory niezepsutej potrawy. Poza suszeniem jest to jedyny sposób, by w tutejszym klimacie żywność nadawała się do spożycia. Okoliczni kucharze co rusz nawołują do zajrzenia w olbrzymie kotły. Wokół wszystko kipi, dymi i pachnie, większość posiłków przygotowuje się na bieżąco. Trudno o inną metodę w kraju, w którym próżno szukać lodówek.
Jedna z zasad komunikacji miejskiej - nigdy nie zostawiać pasażerów na przystanku
Nie zostaliśmy rozpieszczeni informacjami. Mircea dowiedział się, że jedyny autobus, który zmierza w jego stronę, odjeżdża z... "Highway Bus Station"! Czyli z dworca, z którego przyjechaliśmy. Wobec perspektywy powrotnej jazdy szalonym busem oddał się uciesze kolejnego posiłku. Ja obrałem kurs na kasy w celu nabycia biletów do Hopina lub Myitkyiny. Zaprowadzono mnie do anglojęzycznego urzędasa, tłumaczącego, że obcy nie mogą podróżować na północ autobusem. Jest on zarezerwowany wyłącznie dla lokalsów. Troszkę wyprowadziło mnie to z równowagi, ale starałem się zachować pozory opanowanego, by mieć szansę prowadzenia dalszej rozmowy. W końcu jestem w buddyjskim kraju, a tu umiejętna praca z emocjami stanowi ważną cnotę. Urzędas wielkości biurka, przy którym siedział, nawet nie krył się z tym, że moja osoba wcale go nie interesuje. Wyglądał jak rozlazła, napompowana ropucha. Spocony na tłustej, dyktatorskiej mordzie, ciężko dyszał przy czterdziestostopniowym upale. Gdy spytałem ponownie o bilet do Myitkyiny, spojrzał na mnie jak cielę na malowane wrota. W odpowiedzi uniósł otwartą dłoń nakazującą mi czekać. Gest ten miał prawdopodobnie wyćwiczony do perfekcji. W końcu był to jedyny ruch, jaki wykonywał przez cały okres swojej pracy. Stojąc jak kołek, rozglądałem się po jego drewnianej kanciapie udekorowanej zdjęciami wojskowych. Być może to generałowie rządzącej junty, może koledzy z dworca. Mój wzrok przykuł zdechły szczur, leżący w rogu pomieszczenia. Ciekawe, jak długo tam leży? Sądząc po czystości zachowanej w tym miejscu - długo. Nie miało to wpływu na rozbujałe ego urzędasa. Przed sobą miał przypuszczalnie obraz sali tronowej, w której centralnym punkcie zasiadał. W międzyczasie kilku petentów-lokalsów zostało łaskawie obsłużonych przez Pana i Władcę. Kupowali jakieś bilety. Dziękowali mu za usługę słowem i szacunkiem, który choć sztuczny, rysował się na ich twarzach. Urzędas czuł się przy tym jak Pan Wszechrzeczy, gardząc chmurnym wzrokiem "gorszymi ludźmi". Gdy w pomieszczeniu nie było nikogo, zainteresował się mną. Czas najwyższy. Zdążyłem się już przyzwyczaić do świadczenia pierwszeństwa lokalsom w jakimkolwiek zakresie. Nawet mi to odpowiadało. Mogłem z boku przypatrzeć się danej sytuacji, aby później nie zostać czymś zaskoczonym. Zobaczyć, ile płacą, jak prowadzą rozmowę. Jednak przez lata podróżowania po krajach Trzeciego Świata rzadko mogłem zastosować taką strategię. Po prostu rozumowanie tutejszych urzędasów jest nie do przewidzenia. Zawsze potrafią zszokować absurdem, a gdy już jest się na niego przygotowanym, atakują jeszcze większym nonsensem. W końcu ropuch wydusił z siebie, nie spoufalając się ze mną spojrzeniem:
- Oficjalny zakaz. Wy możecie tylko pociągiem, dworzec kolejowy jest dwa kilometry stąd. Do widzenia. - Na to czekałem dziesięć minut! Dziesięć minut nadziei, by usłyszeć taką odpowiedź!
- A ile kosztuje bilet autobusowy? - spytałem z ciekawości, widząc, jak inni płacili po pięć dolarów.
- Osiem! Ale nie mogę sprzedać. Nie ma autobusu, którym możecie jechać. Zakaz i tyle!
Wyciągnąłem dziesięć dolarów z portfela.
- Może mógłbym dopłacić, aby było to możliwe? - Cały czas po cichu wierzyłem, że uda się nabyć bilety.
- Naprawdę nie mogę ich sprzedać. Są kontrole na rogatkach, nie przepuszczą was.
Jego chęć zarobienia paru dolarów skutecznie przytłumiona była strachem wynikającym z potencjalnych represji ze strony starszych stopniem urzędasów bądź nawet samego Przewodniczącego. Przynajmniej się po ludzku wytłumaczył.
Zdawaliśmy sobie sprawę, że dotarcie w niektóre rejony jest możliwe tylko pociągiem, łodzią lub samolotem jednej z trzech linii wewnętrznych. Powodów tego było kilka. Pierwszy, to niebezpieczeństwo ze strony rebelianckich ugrupowań, z którymi nie wszędzie władze sobie radziły. Niepodległościowe partyzantki, pragnąc suwerenności dla swojego regionu, od wielu lat nękały reżimowców. Choć rząd niejednokrotnie obiecywał różnym grupom wyzwoleńczym autonomię, wycofywał się z umów, łamiąc wszelkie zasady kulturalno--politycznej negocjacji. Oprócz zachowania ziem, ludność walczyła o ochronę grup etnicznych, tak licznych w niezurbanizowanych rejonach kraju. Tym bardziej, że junta wojskowa bezprawnie zagarniała dla siebie liczne grunty i przedsiębiorstwa. Ponad połowa prywatnych biznesów została przejęta przez despotyczne łapska. Z kolei skradzione ziemie uprawne mogli wydzierżawić rolnicy, wcześniejsi właściciele tych pól. Absurd!
Drugim powodem ograniczania ruchu turystycznego są uprawy opium i marihuany. Jeszcze w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku produkcja heroiny i opium stanowiła siedemdziesiąt procent światowej produkcji. Złoty Trójkąt, czyli birmańsko-tajsko-laotański przygraniczny region jest obecnie drugim, po Złotym Półksiężycu na Bliskim Wschodzie, największym producentem tych narkotyków. Chociaż po wycofaniu się Tajlandii z dochodowego biznesu znaczenie i udział w globalnym wyrobie spadły, nadal Birma kwitnie makowcem i ocieka sokiem mlecznym. Rząd doskonale wie o wszystkich plantacjach, bo sprawuje nad nimi kontrolę. W przeszłości zajmowały się nimi organizacje mafijne, ale od pewnego czasu zaczęły dogadywać się z władzą.
Nasunęła mi się od razu historia z naszej niedawnej podróży po górach Rif w Maroku, gdzie ludność miała odgórne przyzwolenie na uprawę konopi, by nie popaść w ubóstwo. Rząd początkowo próbował z tym walczyć, ale po protestach nędzników wycofano się z zamiarów walki z przestępczością. Zbyt duże to dochody dla kraju i mieszkańców narkotykowych wiosek w marokańskim eldorado. Oczywiście oficjalne stanowisko przywódców się nie zmieniło. Jednak w każdym zakątku tego pięknego i niebezpiecznego rejonu można usłyszeć modne powiedzenie "Kif from the Rif", będące zaczepką dla turystów. Przez kif rozumiano narkotyk wytwarzany z konopi indyjskich. W odróżnieniu od Birmy, jeśli ktoś ma choć trochę samozaparcia, może dotrzeć praktycznie do każdego miejsca tych pięknych gór.
Tu należy pamiętać, że junta działa w myśl zasady: im obcy wie mniej, tym lepiej. To stwarza trzeci powód zablokowania dróg. Jeśli jest gdzieś rejon, o którym nie powinniśmy wiedzieć, czy to z racji pól opium, czy ryzyka dopływu wieści z Wielkiego Zachodu, należy go bezzwłocznie zabezpieczyć. Każda informacja, że istnieją kraje Świata Pierwszego i co zrobić, by do nich dołączyć, jest niebezpieczna dla władzy. Wojsko sprawując pieczę nad przepływem informacji, nierzadko łamie międzynarodowe prawa, a pierwszym, najprostszym sposobem wyłączenia danego regionu z procesu ucywilizowania jest jego komunikacyjne odcięcie. W ostateczności utworzenie tranzytu prosto do docelowego miasta-stolicy stanu, poza którego obszar również nie można się wydostać. Ów dojazd kosztuje zazwyczaj słono, a płaci się wyłącznie zielonymi papierkami. Prawdziwi łowcy przygód o niskim poziomie adrenaliny zawsze mogą wyskoczyć po drodze z bezpośredniego transportu. Nuda ich nie uderzy.
Drewniane autobusy - każde siedzisko z innej parafii
Wróciłem do Rudej i Mircei, przynosząc hiobową wieść. Mieliśmy na tyle dużo czasu do zachodu słońca, że postanowiliśmy sprawdzić jeszcze ceny połączeń promowych i kolejowych. Rozdzieliliśmy się, Ruda pozostała z dobytkiem na dworcu, a ja i Mircea udaliśmy się w zupełnie przeciwne strony. On poszedł na dworzec kolejowy przy 79 i 30 Ulicy, a ja udałem się nad rzekę Ayeyarwady. Po opuszczeniu zeuropeizowanego centrum zobaczyłem prawdziwą naturę milionowej metropolii. Trzydziestominutowy spacer z każdym krokiem cofał w czasie. Już nie tylko kolor skóry odróżniał mnie od mieszkańców Birmy, lecz ubiór, fryzura, zawartość kieszeni. Mandalay w tej części wydawał się jeszcze bardziej zubożały i wyniszczony niż w centrum. Im bliżej przystani, tym mniej było murowanych domów z ogrodami pełnymi owocowych drzew i stojącymi przed nimi markowymi autami. Atakowała mnie tutaj wszędobylska bieda. Domki poskładane z elementów zebranych na wysypiskach śmieci. Grube kartony, blacha, zniszczone drzwi złomowanych samochodów. Co kilka domostw punkt gastronomiczny. Drewniany stół, duży gar z gotującym się na ogniu ryżem. Wszystko przesiąknięte brudem i chorobą. Trudno przejść kilka metrów, nie będąc poproszonym o pieniądz. Tu trędowata ręka chwyci za ramię, tam mizerne palce leżącego capną za kolano. W tle próbująca mnie dogonić prośba o pomoc odbija się tylko od pleców niewzruszonego potomka kolonialistów. Osadników, którzy swą bezsumienną żądzą bogactwa i władzy doprowadzili nie tylko Birmę na skraj nędzy. W Mandalay nie ma typowych nazw ulic, są za to numery: 41, 80, 57. Może to i lepsze rozwiązanie. Musiałyby się bowiem nazywać ulicami Niedoli, Smutku, Chorych...
Rzeka Ayeyarwady ociera się o zachodnie krańce miasta. Teraz, w porze suchej, odsłania swe piaszczyste dno, ubarwiając monotonny krajobraz olbrzymimi łachami i bawiącymi się na nich dziećmi. Na wyschniętym wybrzeżu stoją porozrzucane, niczym ręką siewcy, czekające na pierwsze deszcze, rybackie łodzie. Kilometrami ciągnący się pas piachu zamieszkują najbiedniejsi z najbiedniejszych. Dom dla mieszkańców slumsów stanowi wiata zbudowana z czterech palików i zadaszenia z płachty. Bez ścian, bez mebli, tylko osłona przed słońcem. Obok na drewnianym stelażu suszą się uprane w rzece ubrania i sieci rybackie. Podobna konstrukcja powtarza się co kilka metrów, i tak aż po horyzont. Całość tworzy wielką, przedmiejską osadę. Jedynym zajęciem jej mieszkańców jest połów ryb i spław towarów, głównie drewna tekowego. Pomiędzy gospodarstwami, na rozżarzonym piasku dzieci grają w kulki. Te, które ich nie mają, rzucają kamieniami do celu. I tak mija kilka godzin. Do szkoły nie chodzą, bo gdy tylko przypływa transport, trzeba pomagać przy przeładunkach. Cały czas w gotowości do ciężkiej pracy.
Z trudem znalazłem małą budkę, w której przesiadywał urzędas nadzorujący ruch pasażerski. Prom do Myitkyiny odpływał następnego dnia z rana i kosztował czterdzieści pięć dolarów. Bardzo drogo, choć to odległość pięciuset kilometrów. Za dziewięć dolarów więcej zamiast miejsca na deku dostawało się kajutę z drewnianą pryczą. Wiedziałem, że są tańsze od prywatnych łodzi, ale głupio się uśmiechano, gdy o nie pytałem. Kasjerzy liczyli na duży zarobek. Niepowodzeniem zakończyły się wszelkie próby negocjacji. Nie ugrawszy niczego, wróciłem na dworzec autobusowy. Kwadrans po mnie pojawił się Mircea. Dowiedział się, że pociąg kosztuje dwadzieścia cztery dolary. Niby mniej od łodzi, ale nadal sporo dla naszego kilkunastodolarowego dziennego budżetu. Była to jednak jedyna możliwość przebycia północnej trasy.
Ciężka praca na przystani w Mandalaj
Gra w kulki - biedna młodość w tropikach
Nastał więc czas rozstania z rumuńskim kolegą. Przegryźliśmy jeszcze smażonego na głębokim tłuszczu pączka popitego bawarką i po wymianie adresów pożegnaliśmy się ze znajomym z kraju Draculi. W krajach Trzeciego Świata można spotkać ciekawe przypadki podróżników, interesujące osobowości. Raczej mało prawdopodobne, by ktoś taki jak Mircea podróżował po Europie Zachodniej. Z torbą! Później nie będzie to nam się wydawać dziwne, bowiem w tej części świata mają miejsce różne backpackerskie wynaturzenia. Nierzadki widok stanowić będzie backpacker... z walizką!
Na dworzec kolejowy dotarliśmy w niecałą godzinę, zwiedzając po drodze świątynię Kuan Yin. Ta część miasta, w przeciwieństwie do obrzeży, była względnie zadbana. Sklepy z luksusowymi markami, banki, samochody z najwyższej półki. Co krok salon z tandetną biżuterią, tak popularną w tym zakątku świata. Choć szata nie zdobi człowieka, widać, kto jest urzędasem. Widać, kto pracuje dla junty, kto rozkrada pieniądze państwa, wypełnia nimi swoje kieszenie w jedwabnych spodniach. Setki światowych fundacji i organizacji pięknie dysponują środkami z naszych portfeli. Panowie w garniturach i damy z kwiatami we włosach nie nadążają z urządzaniem rautów. Słychać wszędzie rozmowy, na co to nie przeznaczą pieniędzy. Słychać wszędzie tylko rozmowy.
W dworzec nie zainwestowano. Olbrzymi betonowy gmach przesycony azbestem i eternitem bardziej straszył, niż zachęcał do odbycia podróży pociągiem. Przynajmniej oferował dostęp do żywności i toalet, czyli podstawowych wygód, by tkwić tu w nieskończoność. Liczni lokalsi nagminnie wykorzystywali tę przypadłość. Pomiędzy ulicą dojazdową a samym budynkiem znajdował się pas śmieci, zamieszkały przez bezdomnych. Bielizna, szczoteczka do zębów, talerze, ręcznik, wszystko przetasowane odpadkami z pobliskich domostw. Wszystko zepsute, śmierdzące, przeżarte zgnilizną na wylot. Dziwić się, że mór swymi klamrami gniecie tu ludność, skoro higiena jest żadna. Ściska do bólu, do ostatniego tchnienia i resztę z człeka jak ścierwo porzuca. Jak ścierwo. A to już niczym nie różni się od tego wysypiska. I znów leżą: bielizna, szczoteczka do zębów, talerze, ręcznik i ścierwo.
Dworcowe rynsztokowe dzielnice - podcienie życia
Ruda pozostawiona sama z plecakami musiała, chcąc nie chcąc, nawiązać kontakt z połową mieszkańców dworca. Ja z kolei udałem się w stronę kas biletowych. Wybiła godzina trzynasta. Z wcześniej zebranych informacji wynikało, że w stronę Myitkyiny jadą dwa pociągi. Pierwszy o czternastej, drugi o szesnastej. Doprawdy, sensownie zoptymalizował ktoś rozkład jazdy. Przybyliśmy na szczęście w samą porę. Nim zbliżyłem się do kas, zahaczył mnie lokals i spytał o cel podróży. Nie wyglądał na pracownika kolei, bardziej na miłosiernego Samarytanina, służącego bezinteresowną pomocą. Jego wiedza na temat miejsca, w którym się znajdowaliśmy, była z pewnością przeogromna. Zamieszkiwał bowiem barłóg przy centralnym filarze dworca. Wyposażenie "mieszkania" sugerowało, iż ów słup ma sąsiada od miesięcy, a może nawet i lat. Nie zawsze wdawanie się w gadkę przed kupnem biletu to dobre rozwiązanie. Prowadzić może bowiem do nabycia go ze ściśle określonego miejsca za ściśle określoną cenę. Później trudno to odkręcić i jedzie się do celu z chudszym portfelem. Lepiej spróbować niepostrzeżenie dotrzeć do właściwej kasy, choć jest to trudne, gdy jest się obserwowanym przez dziesiątki ludzi. Niemniej jednak oznajmiłem, że jadę do Hopina. Lokals zaprowadził mnie do kas i ustawił w kolejce. Wiedząc, że w różnych kasach sprzedaje się bilety na różną klasę pociągu, powiedziałem do niego, że chcę ordinary class, czyli najzwyklejszy z wagonów. Szybko zrozumiał, że nie ma do czynienia z krezusem i przeszliśmy do okienek po południowej stronie dworca. Sam bym tutaj nie trafił. Żadnych zrozumiałych drogowskazów, strzałek, łacińskich napisów. Już na podstawie wyglądu punktu sprzedaży odniosłem wrażenie możliwości zbicia ceny przejazdu. Jegomość ponownie ustawił mnie w kolejce, jednak tym razem odszedł po sekundzie bez słowa, wracając do swojego legowiska. Jeśli liczył wcześniej na jakiś napiwek, to rodzaj potrzebnego mi biletu odwiódł go od tych chęci. Nie pozostawiono mnie bez opieki na zbyt długo. Od razu wzbudziłem zainteresowanie pracowników kolei i nakazano mi przejść do jeszcze innej kasy, przy której nikt nie stał. Tam, po kilku birmańsko--migowych zwrotach, mających na celu krótkie przesłuchanie, powiedzieli, że powinienem udać się w następne, już czwarte z kolei miejsce. Również były to kasy biletowe, lecz zostałem wpuszczony do nich od zaplecza! Znowu spotkanie z urzędasami! Kazano czekać. Po dwudziestu minutach pojawiła się pracownica pobliskiej agencji turystycznej, posługująca się biegle angielskim. Nastąpiło krótkie przepytanie-przesłuchanie w pokoju, w którym rezydował ktoś ważniejszy niż sprzedawca biletów. Znowu dziesięć minut przerwy, powrót na zaplecze i kolejne pięć minut czekania. Nagle cała sytuacja przeszła moje najśmielsze oczekiwania. Nie dość, że sprzedawca również mówił po angielsku, to zaproponował bilet za siedem dolarów, ponad trzy razy taniej od wcześniej zasłyszanej ceny! Mircea zapewne nie dotarł do ostatniego bastionu. Oczywiście wypełniania dokumentów było co niemiara. Nawet nie wiem, pod czym się podpisywałem i komu udzieliłem kredytów. Dużym problemem dla tutejszych urzędasów, nieposługujących się naszym alfabetem, jest zapisanie choćby samego imienia. Bilety są imienne, wydawane wyłącznie na podstawie paszportu. Wszystkie niewygody tejże procedury straciły jednak na znaczeniu z powodu bardzo zadowalającej mnie ceny.
Możliwe, że niewiele osób fatyguje się, by trafić do źródła lub nie dopisuje im szczęście, co skutkuje kupnem biletów po cenach "specjalnych" w pierwszej lepszej kasie. Tutaj nikt nie informuje, że można taniej, nie tylko z powodu bariery językowej. Nasza niewiedza jest bezwzględnie wykorzystywana przez chciwych sprzedawców czy handlarzy tak, jak na całym bożym świecie. Ja w każdym razie mam dowód na możliwość kupowania biletów najgorszej klasy, na którą nałożono szlaban. Oszczędności oszczędnościami, ale przygoda dzięki temu na bank będzie przednia. Jak widać, nie wszystkie urzędasy trzymają się sztywno reguł narzuconych przez władzę.
Jedynym mankamentem całej historii był termin odjazdu. Pociągi, które odjeżdżały tego dnia, były w pełni obsadzone, choć mawiają, że w tutejszych stronach żaden środek transportu nie zostawi pasażera. Tym razem było inaczej. Nasza podróż na północ miała rozpocząć się dopiero za trzydzieści godzin. Dołączyliśmy tym samym do wielkiej, koczującej dworcowej rodziny i znaleźliśmy przytulne, sypialniane miejsce na pierwszym piętrze budynku wśród setki innych osób. Było o to trudno, bo na podłodze wszystko kleiło się od porozrzucanych resztek jedzenia. Sprzedawcy smoczych owoców, lub jak ktoś woli - pitai, kompletnie nie zwracali uwagi na śmietniki ustawione przy ławkach. Obierki lądowały na ziemi, tworząc kolorowy, miękki dywan, na którym niestety, z oczywistych względów, nie można było się położyć. Lokalsi, by nie utonąć w owocowym runie, korzystali z bambusowych mat, które są nieodłącznym towarzyszem podróży. My wygrzebaliśmy z plecaka stare prześcieradło, służące nam za karimatę. Tutaj każdy miał swój skrawek dworca i swój mały świat. Można na przykład zostać zaproszonym do sąsiada na bawarkę lub zieloną herbatę. Można również przegadać całe popołudnie z zupełnie obcą rodziną, nie znając jej języka. Zapowiadała się spokojna, długa i ciepła noc na dworcu kolejowym w Mandalay.
1 Jedno z najniebezpieczniejszych miast świata. Kolumbijska metropolia okryła się złą sławą za sprawą narkotycznego biznesu. Działał tu "kartel z Medellin" współtworzony przez Pablo Escobara, za czasów którego mawiano: "Naćpany jak mucha z Medellin".
2 Popularne, tanie, cylindryczne cygara, wykonywane ręcznie. Tytoń w najczystszej postaci.
Przeglądając od godziny nagrania hotelowego monitoringu, uświadomiłem sobie, w jakże innym świecie teraz przebywam. Innym od tego, który znam od urodzenia. Od tego europejskiego, oświeconego, pozbawionego - przynajmniej w teorii - demoralizacji, politycznego bezprawia, korupcji i mnóstwa innych rzeczy, które nierozerwalnie łączymy z miejscami ugrzęźniętymi cywilizacyjnie w zeszłych wiekach. Wszystko, co mnie otacza w ojczyźnie, jest uporządkowane, wyliczone, wręcz dopieszczone. Czasem mam wrażenie, jakby każdy aspekt mego życia był już przez kogoś posortowany, przydzielony do danej szufladki, a każda szufladka obwarowana uchwałami, rozporządzeniami i regulaminami. Systematyzacja wszystkiego i wszystkich. I z drugiej strony czuję, jak często mnie to mierzi: popisowy perfekcjonizm, pedantyczna biurokracja, wymuszona pożyteczność itp. Być może jest to następstwo rozwoju technologicznego (niczym narzucony konsumpcyjny styl życia) albo nawet idzie z postępem w parze, jest jego nieodłączną częścią, spójną nietykalnością. Przerost formalistyki i zbyteczna buchalteria wpływa na moje poczucie braku swobody. Bez względu na prawidłowość czy konieczność ustaw, dodaje się je do i tak już skomplikowanego prawa. Prawa, które nie tylko nam zabrania, zezwala i nakazuje, ale zmusza do pewnych zachowań, niekorelujących z naturą człowieka. A te z kolei nie współgrają z myślą, że tak być powinno. I choć jesteśmy świadomi, że jest to potrzebne, to rodzą się pytania, czy dane rozwiązanie jest dobre i najlepsze, jak jest w innym miejscu i jak byśmy się tam odnaleźli.
Od miesiąca mam do czynienia z drugim biegunem. Ze światem o zupełnie nieznanej mi kodyfikacji. Całkowicie innym organizmem. Inaczej wyglądającym, oddychającym, o innym tętnie i tempie życia. Niepodobnym do znanych mi istot. Nie sprowadzam sprawy wyłącznie do kodeksów. One tylko w pewnym sensie kształtują naszą świadomość - odgórnie. Chodzi o etykę, moralność, sposób myślenia. Podejście do życia, do innych ludzi, do siebie samego. Bywa, że w zderzeniu z innym światem mam wrażenie wylądowania nie na podwórku sąsiada, lecz na zupełnie obcej planecie. I choć możemy porozmawiać nawet tym samym językiem, używać tych samych słów i zdań, to kompletnie nie potrafimy siebie zrozumieć. Na mnie te różnice działają oczywiście jak magnes, taki wabik dla podróżnika. Ta niepodobność do niczego stanowi zachętę i zaproszenie do nauczenia się czegoś nowego, do odbycia wspaniałej przygody. Nie zawsze bezpiecznej, nie zawsze przyjemnej, nie zawsze kończącej się szczęśliwie, ale zawsze poszerzającej światopogląd i wiedzę oraz dającej możliwość odnalezienia innych wartości, pozwalających zrozumieć życie na tym nieznanym lądzie.
Mija druga godzina bezproduktywnej pracy. Cały czas wpatruję się wnikliwie w obraz z taśm wideo, na którym nie dzieje się nic. Pusty, dobrze oświetlony korytarz pierwszego piętra. W prawym dolnym rogu ekranu widać wejście do pokoju, który zamieszkiwałem od ponad tygodnia. Mocne, drewniane drzwi zamarły w bezruchu o godzinie 21:17. To wtedy wróciłem z łazienki. W lewym górnym rogu monitora czasomierz - wskazuje 00:12 i pędzi. Tylko zmiana cyferek w galopującym tempie świadczy o upływie nocy. Wokół mnie cisza. Zauważam, że jedyny ruch to mozolny obrót wiatraka nad głową, który próbuje rozgęścić wpadające przez moskitiery orientalne powietrze. Ma ono wszelkie cechy gorącej zupy. Oblepia ciało ciepłą wilgocią, oddycha się powoli, czuję zmęczenie. Wiatrak jednak wytraca swoją prędkość, poruszał nim przeciąg. Ponownie czysty bezruch. Przeglądam czarno-biały film na większym przyspieszeniu. Nie zamierzam spędzić tu kolejnych kilku godzin - przyspieszam przewijanie jeszcze bardziej. Obok w recepcji zasiada gospodyni lokalu, olbrzymie babsko. Zahipnotyzowanym wzrokiem wpatruje się w wejście, oczekując nowych gości. Zdaje się w ogóle nie przejmować kradzieżą pod jej dachem. Jakby nie wydarzyło się nic, jakby i mnie tu nie było. Totalne zobojętnienie i bagatelizacja obecnej afery. Siedzi i czeka...
Pełna nazwa Bangkoku brzmi: "Miasto aniołów, wielkie miasto, rezydencja świętego klejnotu Indry (Szmaragdowy Budda), miasto Boga nie do zdobycia, wielka stolica świata, ozdobiona dziewięcioma bezcennymi kamieniami szlachetnymi, pełne ogromnych pałaców królewskich, równającym niebiańskiemu domowi odrodzonego Boga, miasto podarowane przez Indrę i zbudowane przez Wiszwakarmana". Została wpisana do Księgi rekordów Guinnessa z racji swojej długości, ale mało kto o tym wie. Po prostu Bangkok. Dotarłem tu po przebyciu całej południkowej rozciągłości Malezji. A właściwie dotarliśmy. Ruda i Ja. Cztery tygodnie podróży przez południową część Półwyspu Indochińskiego zakończyły się dla nas dłuższym postojem w stolicy Tajlandii - mieście grzechu. Stereotypu "sex, drugs and rock'n'roll" dziesięciomilionowej metropolii nie łamią nawet setki buddyjskich świątyń i pałaców. Co prawda każdego zachwyci kulturalna twarz miasta, jednak to dzielnice rozrywkowe stanowią o jego sile, przez co bezustannie przepocone są turystami. Świątynne poranki, kulinarne południa i narkotyczne wieczory - taką zasadę wyznaje wielu przyjezdnych. Koloryt całej aglomeracji i wyzwolony charakter przyciągają wyzwolonych z kolorytem umysłu - albo odwrotnie. A nawet jeśli nie, to zmiana nastąpi szybko, owa atmosfera wzionie nas pierwszego wieczoru. Tejże nocy zostaniemy pożarci wynaturzoną paszczą, która wyssie z nas wszelkie zasady i przejawy skrępowania, żenady czy pruderii. Zostaniemy przesiąknięci bezwstydnym klimatem miasta.
Oczekiwaliśmy w Bangkoku wiz do Birmy. Wnioski złożone, zapłacone, pozostaje liczyć na akcept aplikacji. Bilety samolotowe do Yangonu już kupione, bo lot to jedyna możliwość dotarcia. Wszystkie granice lądowe naszego następnego punktu podróży są zamknięte, w grę wchodzi wyłącznie droga powietrzna i tylko jedno lotnisko. W innych kierunkach - istna pajęczyna połączeń. Siatka tutejszych tanich linii jest tak gęsta, że decyzję o przelocie w inny rejon Azji Południowo-Wschodniej można podjąć dzień przed startem. Wietnam, Korea, Indonezja... Air Asia zdominowała tutejszy rynek i tylko szkoda, że zlikwidowano komunikację z Europą.
Przez ostatnie dni, zbliżając się do Bangkoku, byliśmy nieustannie przestrzegani przed czyhającym tu niebezpieczeństwem. "Uważajcie na kieszonkowców! Na pewno was okradną, wszystkich okradają" - mówiono. Secret belty1, nerki, pieniądze chowane w majtkach - pomysłów, ile głów. Nasłuchaliśmy się dziesiątek historii, również od osób poszkodowanych. Istnieje tu jakieś odgórne przyzwolenie na stosowanie złodziejskich praktyk. Uliczni kieszonkowcy i inni drobni przestępcy są w zmowie z przedstawicielami hoteli i pracownikami sklepów, ci z kolei ze swoimi szefami i z właścicielami, a ci z policją. Jedna wielka klika, jedna wielka gangsterka. Przerażająca jest skala zjawiska, której bezmiar ugruntował poczucie normalności. Gdy ujrzałem motłoch gnieżdżący się na głównym deptaku Khao San, zrozumiałem, jak nietrudno o stratę pieniędzy. Tłumy ludzi przeciskające się przez siebie, przelewające niczym oceaniczne fale podczas sztormu. Ktoś wpada w toń z impetem, trzymając w jednym ręku aparat, a w drugim kurczowo ściskając portfel. I nagle po zderzeniu z buzującą falą zostaje goły, bez niczego. Nim wynurzy się na powierzchnię, by zaczerpnąć tlenu, cwana ryba wyszarpie mu niezauważalnie przynętę. Nie ma nawet czasu na reakcję. Już jest za późno, by się odwrócić, rozejrzeć, krzyknąć. Poprzednia fala jest już daleko, a zaraz wchłonie następna. A cwana ryba przerzuca pokarm dalej, i dalej, i dalej, i w końcu trafia do kierowcy skutera, który w mrowisku aut mknie już do swojej dziupli. Tak właśnie wygląda Khao San. W tłumaczeniu oznacza zmielony ryż i choć etymologia prowadzi najprostszą drogą, to metaforycznie nie nazwałbym trafniej tego, co się tutaj dzieje. Podczas zakupów ulicznych każdy jest otoczony kilkoma lokalsami, jeden rozmawia, pięciu robi sztuczny tłum. I tylko w eterze błądzą powtarzane te same pytania: "Gdzie moja sekretna saszetka? Nic nie poczułem. Chyba coś mi zginęło?". Ale dużo osób na własne życzenie traci. Alkohol leje się strumieniami, a jego woń miesza się z zapachem marihuany. Dla Polaków jest tanio, dla Zachodu - grosze. A pijana, przećpana młodzież, przylatująca tu na niepomierną zabawę, odskocznię od zrutyniałego życia czy gap year2, jest łatwym kąskiem. Szybko można przehulać wszystko: pieniądze, miłość, życie - przez własną nieuwagę i przez własne słabości. Rdzenni mieszkańcy mawiają, że Bangkok wciąga. A jak wchłonie, to nie wypuści. I potem leżą gdzieś obcy poukrywani w cieniach zaśmieconych, w upustach zaszczurzonych uliczek. Uzależnieni od narkotyków, bez pieniędzy, bez przyszłości, bez nikogo - Amerykanie, Brytyjczycy, Niemcy... Ale są tacy, którym jeszcze blisko do dna, mają resztki energii do oddania miastu - jeden struga w egzotycznym drewnie posążki Buddy, drugi gra na gitarze światowe przeboje, trzeci siedzi obok odwróconej czapki. Jeden zbiera na bilet powrotny, drugi na zabawę z transseksualistą, trzeci na kolejną porcję haszu.
My uważaliśmy. Przynajmniej na ulicach. Wpływu nie mieliśmy na wydarzenia w hotelu. Z racji niskiego budżetu podrzędnym, ale znamy przypadki zaginionych kosztowności w sejfach pięciogwiazdkowych kurortów. Nie ma reguły, gdy cała reszta jest po drugiej stronie barykady. Nie da się walczyć, gdy nie ma szans na obronę, trzeba wkalkulować porażkę w koszty. Cztery dni przed wyjazdem do Birmy Ruda rozmawiała z gospodynią o naszych planach. Niby nic w tym dziwnego nie ma, rozmawiasz z innymi o tym, gdzie jedziesz, co zrobisz. Niby nic w tym dziwnego, szczególnie dla Rudej, socjologa, który łaknie kontaktu ze społeczeństwem innych kultur i który potrafi wymienić się życiorysami z panią z kiosku. Ale tutaj każdy wie, że w Birmie nie ma bankomatów, nie ma instytucji, w których można pozyskać gotówkę, całość kasy wieziesz ze sobą. Jedziesz na tydzień - trzymasz w kieszeni przewidywane tygodniowe wydatki. Jedziesz na dwa tygodnie - trzymasz w kieszeni wydatki na dwa tygodnie. Do tego zabezpieczenie na wypadek problemów zdrowotnych lub kupna wcześniejszego powrotnego biletu lotniczego. Wszystko w skrytkach, saszetkach, przy sobie, na cały pobyt. My jechaliśmy na miesiąc.
Feralnej nocy spaliśmy jak zabici. Wcześniej, rytualnie przejrzałem pieniądze i schowałem ich większą część przy głowie w łóżku oraz zamknąłem drzwi na zasuwę, którą, gdy rano sprawdziłem, można było sprytnie z zewnątrz otworzyć. I padliśmy. Nagle. Niczym trafiona na łowach kulą bezbronna zwierzyna niespodziewająca się zagrożenia. Zwaliło nas z nóg dużo szybciej niż zwykle, w dodatku nie pamiętamy momentu zdarzenia. Może to senność, może zmęczenie, znużenie i przesyt przytłaczającym szaleństwem miasta i ekscentryczną egzotyką. A może to coś innego? Nad ranem pieniędzy nie było. W portfelu pozostały tajskie bahty - częsta praktyka, by uniewiarygodnić rabunek. Brak dolarów i karty płatniczej. Byłem w szoku. Szybkie przeszukanie pokoju, bieg do recepcji, Ruda udała się na komisariat. Nie mogłem w to uwierzyć. Jakim sposobem ktoś to zrobił? Pewne było jedno - zdarzyło się w nocy. Nagrania nie wskazywały na to, by ktoś wpuścił pod drzwiami gaz, a następnie wszedł i okradł. Ale nagraniami zajmowali się mali chłopcy, teraz z bezczelnymi uśmieszkami na twarzy. Spędzają cały dzień przed komputerem, doskonale znali możliwości oprogramowania. Cały system monitoringu był zresztą dość prymitywny, o czym świadczy fakt, iż mogłem go obsłużyć bez niczyjej pomocy, robiąc to pierwszy raz w życiu. Nawet nie wiem, czy nagrania były z dzisiaj. Gospodyni nie chciała w ogóle prowadzić z nami dialogu. Dopiero po pojawieniu się policji (po trzech godzinach namawiania funkcjonariusza; posterunek po drugiej stronie ulicy) przeprowadziła rozmowę, ale po tajsku! Zostaliśmy wykluczeni już na wstępie. Policja również nie chciała współpracować. Zarzucono nam chęć wyłudzenia odszkodowania. Podobno wielu Europejczyków po roztrwonieniu oszczędności udaje się w ostatni dzień swego pobytu na policję turystyczną, by uzyskać zaświadczenie o rzekomej kradzieży. Potem w ojczyźnie walczą o rekompensatę za nieutracone skarby. Policja turystyczna także nie pomogła. Mundurowy, który nas przesłuchiwał, zaproponował łapówkę, by ktoś się sprawą zainteresował. Oznajmił, że nic nie może zrobić, gdyż "relacje z przełożonym na to nie pozwalają". W grę wchodziła pomoc z ambasady i rozpoczęcie własnego śledztwa. W międzyczasie zastrzegłem kartę płatniczą, chociaż konto było już ogołocone. Ktoś, nie znając PIN-u, wyzerował saldo. Dopiero za niespełna dwa miesiące wyjdzie na jaw, że rabusie byli w zmowie z kasjerami w hipermarketach i na stacjach benzynowych - robią zakupy, tankują paliwo. Wystarczy mieć kartę, żadnych danych - wszystko sfilmowane przez sklepowe kamery. Teraz było za wcześnie, by sprawdzić, w jakich miejscach przeprowadzono transakcje. Bank potrzebował na tę "skomplikowaną" czynność trzech dni. Sprawa stanęła w miejscu. Tkwiła w impasie, oczekując dobrej woli drugiej strony i przełamania biurokratycznych barier. My natomiast zastanawialiśmy się, co robić dalej, przecież jutro z rana mamy lot do Birmy. Czy w tej sytuacji w ogóle można myśleć o kontynuowaniu podróży? Ruda stwierdziła, że przy takiej stracie gotówki należy wrócić do kraju. Dla mnie była to ostateczność, tym bardziej że pozostały oszczędności na drugim koncie. Nie mogłem pogodzić się z faktem samego rozważania zakończenia pobytu w Azji. Kompletnie nie chciałem o tym słyszeć i jednoosobowo zadecydowałem, by ruszyć dalej. Najwyżej wrócimy za miesiąc, dwa, a nie jak zakładaliśmy - w przyszłym roku.
Decyzja zapadła, ale wraz z nią zaczęły się kolejne problemy. Przede wszystkim potrzebowaliśmy pieniędzy na cały następny miesiąc - wszystkich i od razu. Przez witrynę internetowego banku nie było możliwości zmiany limitów karty, ustawionych na równowartość stu USD. Jak to!? Internetowy bank i nie można zmienić ograniczeń? Dzwonimy do Polski, do oddziału. Koszty połączenia pozostawiam bez komentarza. Bezduszny głos w słuchawce oznajmia, że jedyną możliwością zmiany jest pojawienie się w placówce. Koszmar! Posiadacz konta internetowego w największym polskim banku nie może zmienić limitów! Na nic kody SMS i weryfikacja telefoniczna. Na pytanie, jaką bank proponuje pomoc, gdy za granicą potrzebujemy wypłacić większą gotówkę niż ustalony dzienny limit (na przykład wobec konieczności kupna biletu powrotnego z powodu choroby), pada odpowiedź: "Nie możemy rozwiązać pani problemu, nie możemy pomóc, zapraszamy do banku". Zakończyliśmy rozmowę. Sytuacja rysowała się więc następująco: dzisiaj możemy wypłacić z bankomatu sto USD, jutro kolejne sto i na tym koniec. Nieskradzione, pochowane w zakamarkach plecaka - ponad dwieście USD, reszta bahtów po przewalutowaniu - pięćdziesiąt, razem wszystkiego - niewiele ponad czterysta USD. Może nie będzie tragedii? Może damy radę? Jeden miesiąc, dwie osoby, czterysta osiemdziesiąt zielonych, dwieście czterdzieści na głowę. Kurs dolara leci na łeb i przybliża się do trzech złotych, to też jakieś pocieszenie. W przeszłości nie z takim budżetem przemierzałem Europę. Bywało, że i bez grosza. Ale to była Europa! Autostop - trzy dni z jakiegokolwiek zakątka - i jestem w domu! Teraz jadę do kraju, który dopiero otwiera się na świat. O którym niewiele wiemy, a na pewno nie wiemy, czego się spodziewać. Do kraju o niestabilnej sytuacji politycznej. Nie działają tam telefony komórkowe, brak Internetu. Brak możliwości pozyskania dodatkowych finansowych środków. Brak możliwości wydostania się wcześniej, jeśli ich zabraknie - granice lądowe są zamknięte, a na bilet lotniczy nie starczy pieniędzy. A jak coś się wydarzy, coś złego? Skąd pieniądze? W dodatku nasza rodzina i przyjaciele bez słowa z Azji przez następne dwadzieścia osiem dni. Będą się martwić. Niewątpliwie było sporo obaw. Ale - pomyślałem - im więcej obaw, tym więcej zebranego doświadczenia. Niektórzy mawiają głupota, niektórzy odwaga, a jeszcze inni po prostu pasja. Utwierdziłem się w przekonaniu, że podjęta decyzja jest dobra. Jedziemy.
Po odprawie bagażowej przeszliśmy do wydzielonej salki-poczekalni, by wypatrywać samolotu. Strasznie tutaj jasno. Przez szklane ściany oddzielające nas od pasów startowych wpada niezmierzona ilość światła. Potęga Słońca oddaje wrażenie niezwykłej szklistości, klarowności tego miejsca. Jak w surrealistycznych filmowych wizjach, gdy zmarły człowiek budzi się w niebie. Pomimo wysokiej temperatury daje się odczuć wręcz lekko szpitalny klimat. Naprzeciwko okien rząd krzesełek. Zajęty od pierwszego do ostatniego, już wszyscy się odprawili. Podróżni znacznie ubarwiają to sterylne miejsce. Zakłócają równowagę przejrzystości i monotonii czystoty. A to olbrzymi kapelusz - kupiony na największym na świecie rynku Chatuchak, a to nieforemna, kilkukilogramowa torba na sprzęt fotograficzny. Na końcu rzędu siedzi grupa backpackerów w brudnych ciuchach i z zakurzonymi plecakami. Zapewne, jak my, mają po jednej parze spodni i butów. Poza naszym pomieszczeniem wszyscy wyróżniliby się z tłumu. Tutaj jednakowi. Nie widać ludzi wyszykowanych, elegantów, którzy jadą do nadmorskiego hotelu przeleżeć całe wakacje w basenie. Raczej chętni przeżycia wielkiej przygody podróżnicy, którzy kosztem wygód chcą odkryć to, czego próżno szukać w folderach biur podróży. Nie ma nas dużo, może ze czterdzieści osób. Biorąc pod uwagę, że jest to jedyny samolot dziennie udający się do Yangonu, a tym samym do Birmy, można śmiało stwierdzić, że kraj jest turystycznym Trzecim Światem. Większość z podróżujących wykorzysta zapewne "księżycowe" zezwolenie pobytu i spotkamy się ponownie za miesiąc w identycznym składzie.
Obserwując mozolne zbliżanie się rękawa lotniczego, wspominałem wczorajszy dzień. Czy mogłem temu zapobiec, zabezpieczyć się jakoś? Co mogłem zrobić? Nic? Teraz pozostaje czekać na odzew banku i założyć, że po powrocie do Tajlandii uda się doprowadzić sprawę do końca. Ale może tak właśnie miało być, może tak właśnie miała wyglądać moja birmańska przygoda, na której kształt bezpośrednio mają wpływ wczorajsze wydarzenia. A wydarzeń takich tutaj bez liku. Mnożą się historie o ukrytych rabusiach w autobusowych lukach bagażowych, o wyrzucaniu turystów w środku nocy na bezdrożach. Ba! Osobiście znam podróżnika, który w sąsiednim Wietnamie został uśpiony wraz z całą wycieczką autokarową. Kierowca zatrzymuje autokar pod pretekstem awarii. Wysiada wraz z pilotem. Wpuszczają gaz usypiający, a następnie opróżniają zawartość portfeli. Pasażerowie nieświadomi zdarzenia. Nawet jeśli ktoś zgłosi kradzież lub nawet złapie złodzieja za rękę, to nie ma pewności, że wymiar sprawiedliwości się tym zajmie. Droga do tego daleka, męcząca i kosztowna. Jedni z drugimi mają żelazny układ, przecież jesteśmy dla nich żyłą złota. W Tajlandii za kradzież odcina się rękę. Na posterunku w Bangkoku spędziłem kilka godzin. Drzwi nie zamykały się od obrabowanych. Tysiące spraw dziennie. W całej syjamskiej krainie nie widziałem człowieka bez dłoni.
Wylądowaliśmy w nowym kraju w godzinach popołudniowych - na przedmieściach Yangonu. Wielkość lotniska adekwatna do zerowego ruchu lotniczego. Jeden mały budynek, ale nowoczesny. Prawdopodobnie przy takim rozkwicie stosunków i relacji zagranicznych, za dwa-trzy lata nastąpi rozbudowa. Kontrola paszportowo-wizowa przebiegła w zaskakująco ekspresowym tempie. W sumie tylko czterdzieści osób. Wychodząc na zewnątrz, usłyszeliśmy nagle polski głos. Obowiązkowo nawiązaliśmy kontakt. Dwie pary poznały się przez Internet i wspólnie spędzają wakacje. Chociaż mnogość portali podróżniczych sprawia, że każdy może odszukać kompana do wojaży, to osobiście nie wiem, czy odważyłbym się na taki ruch, na urlop z zupełnie obcym człowiekiem. Podziwiam ludzi, którzy nie znając temperamentu czy usposobienia drugiej strony, podejmują się takiego wyjazdu. Pokazuje to przede wszystkim, jak bardzo są świadomi swojej otwartości, życzliwości, umiejętności w osiąganiu kompromisów i jakim zaufaniem potrafią obdarzyć innych. Szybko przypadli sobie do gustu i rzucało się to w oczy od pierwszych chwil. Z nami również od razu załapali wspólną nić porozumienia - pojechaliśmy razem do centrum. W międzyczasie, jak to bywa podczas takich spotkań, wymieniliśmy się doświadczeniem. Opowiedzieliśmy wczorajszą historię.
Gdy znaleźliśmy się w jednym z niewielu guesthouse'ów, zderzyliśmy się z brutalną rzeczywistością. Po pierwsze: miejsc oferujących noclegi było dosłownie kilka, w stolicy są cztery, które mogą legalnie przyjmować turystów, reszta jest przeznaczona dla lokalsów. Tu krótkie wtrącenie. "Lokalsami" zwykłem nazywać wszystkich autochtonów. Lokals może być dziki, może być miastowy, ważne, że tubylec. Stanowi antonim "obcego". A obcy to wszyscy przyjezdni, głównie turyści i podróżnicy. Tak więc w kwestii noclegów - lokalsi przed obcymi. Są jeszcze hotele rządowe - drogie i obskurne. Przypominają urzędowe budynki z salami do przesłuchań. Po drugie: nigdzie nie ma wolnych pokoi. Hermetyczny kraj wynurzył się z mroku jarzma junty, zaprosił świat. I nagle okazało się, że jeden samolot dziennie z kilkudziesięcioma pasażerami jest w stanie sparaliżować i zatkać całą bazę noclegową. Po trzecie: ceny galopująco ruszyły w górę. Przemiany ustrojowo-gospodarcze ostatnich lat, a przede wszystkim odnalezienie złoża turystycznych sakiewek spowodowało, że tylko przez parę ostatnich miesięcy opłaty za pokój wzrosły dwukrotnie. Na to wszystko nie byliśmy przygotowani. Kraj jawił się nam jako jedno z najuboższych państw świata. Znaliśmy ceny z zeszłorocznych przewodników: dzienne wyżywienie za przysłowiowego dolara, nocleg za dwa-trzy, publiczny transport - grosze. Z ogołoconymi kieszeniami dalibyśmy radę. Nasz budżet zakładał około ośmiu na dobę. Teraz było trochę inaczej. O ile jedzenie faktycznie jest prawie darmowe, to przemieszczanie się po kraju, a w szczególności nocowanie, stanowią spory wydatek. W guesthousie, pod którym koczowaliśmy, oraz drugim, sąsiednim, trzymano okazyjną cenę ośmiu USD od osoby, czyli jedyną do zaakceptowania. Ale od tygodni nie było pustego łóżka. Można zapłacić pięć i spać w przejściu na klatkowych schodach. Noc spędzona na betonie, będąc trącanym co chwilę butami przechodniów, brzmiała kusząco - ale też nie było miejsc! Ludziska okupowały każdy wolny zakątek kamienicy! Wyglądało to jak pomór mieszkańców, jak masowy grób jakiejś sekty, której wyznawcy popełnili samobójstwo. Teraz ich ciała staczają się schodami z trzeciego piętra i wylewają bramą na zewnątrz. Pozostał nam rządowy hotel. Obecnie tylko takie mogą oficjalnie gościć turystów. Cena - dziesięć dolarów! Zdzierstwo! Mogłoby zdziwić niektórych, czemu tę kwotę uważam za horrendalnie wysoką. Wątpliwości rozwiewa standard pokoju. Drewniana prycza ledwo mieszcząca się w pomieszczeniu z narzuconą zapchloną derą. Ściany z dykty, brak okna. Wszystko zatęchłe, duszne, ciemne - jakby wzorowano się na celach tajskich więzień. Łazienka na zewnątrz - betonowy zagrzybiały rezerwuar, tak tu popularny, gromadzi wodę tygodniami i pełni funkcje zlewu. Gdy spytaliśmy o ciepłą wodę, recepcjonista skwitował to uśmieszkiem. Czasami montowane są termy, ale prąd jest zbyt cenny, by go marnotrawić na podgrzanie wody. Zresztą w całym kraju istnieje ogromny deficyt mocy. W wielu górskich miasteczkach i małych wioskach w dżungli do dzisiaj nie ma elektryczności. Najlepiej radzą sobie osady położone nad rzekami. Wykorzystując złomowane materiały, budują prymitywne hydroelektrownie. Turbiny z przerobionych części samochodowych generują prąd, by przez kilka późnych godzin móc cieszyć się oświetleniem z żarówki czy radiową muzyką.
W tym momencie zapadł hebanowy, nienaruszalny zmrok. Słońce zaszło i wszystko przesiąkło głęboką czernią. Ucichł gwar, zniknęli piesi. Nie tylko "wszyscy wrogowie uciekli" - jak w wolnym tłumaczeniu brzmi nazwa miasta. Brak kulturalno-towarzyskich wieczornych atrakcji potęgował pustkę, będącą konsekwencją totalnych ciemności. Ino nieliczne restauracyjki i sklepiki tliły się bladym płomieniem. Na głównej arterii Anawrahta było ich najwięcej, czyli kilka, ale każda boczna ulica ginęła już w mroku zupełnym. Na jednej z nich znaleźliśmy chętnego do wymiany paru dolarów cinkciarza. Właśnie zamykał sklep z kapeluszami. Na początku z wielką ostrożnością przeglądaliśmy każdy banknot. Z jeszcze większą czynił to Birmańczyk. Ostatecznie zaakceptował kilkadziesiąt dolarów, wymieniając je na reklamówkę pieniędzy. Droga powrotna wiodła między kolonialnymi zabudowaniami. Kiedyś musiało tu być pięknie - pomyślałem. Gwałtowny rozrost miasta na przełomie dziewiętnastego i dwudziestego wieku pozostawił, na szczęście, odcisk w architekturze. Dzisiaj niewiele przypomina, że było to swego czasu najświetniejsze miasto tej części globu, prawdziwa metropolia, do której każdy chciał przyjechać. Gdy wróciliśmy do reszty ekipy, polscy znajomi, znając naszą sytuację finansową, zaproponowali ratunek w postaci noclegu. Przez grzeczność odmówiłem, choć świetnie zdawałem sobie sprawę z tego, że oszczędność dwudziestu USD jest sporą kwotą. Alternatywą dla nas był nocleg na lotnisku, na co nowi przyjaciele nie chcieli się zupełnie zgodzić. Nalegali na propozycję, argumentując ją naszą pomocą przy organizacji ich dalszej podróży. Chwilę po wylądowaniu musieli nabyć bilety lotnicze wewnętrznego przewoźnika i dostać się w inny rejon kraju. Nie znając dobrze języka, nie byli w stanie porozumieć się z agencyjnym biurem. Do tego dochodziły kwestie organizacyjno-logistyczne. Przystaliśmy na ich propozycję, licząc, że kiedyś się odwdzięczymy. Tej nocy w rządowym hotelu zajęte były trzy pokoje - przez trzy polskie pary.
O wczesnej godzinie krajanie wyruszyli. Żegnaliśmy się ciepło i serdecznie. Po polsku. Uświadomiliśmy sobie, że nadszedł czas zmierzenia się z niespotykanymi dotąd przeciwnościami losu. Brak tanich noclegów (w rozumieniu backpackerskim), ograniczony niski budżet oraz problem z transportem. Pierwszą decyzją był zamiar zwiania na północ, na prowincję. Choć ucieczka przeważnie nie jest dobrym rozwiązaniem, to w tym przypadku dawała nadzieję na odizolowanie się od praw miejsc cywilizowanych, praw rządów autorytarnych. Jeśli w ogóle w kategoriach cywilizowanych miejsc można rozpatrywać Birmę. Potrzebowaliśmy na początek większej ilości kyatów. Z wymianą wartości dewizowych nie ma najmniejszego problemu, pytanie jednak brzmi: Ile? I tu dylemat się jawi. Mając daną sumę pieniędzy, musimy ze znaczną dokładnością zaplanować wydatki i tym samym jaki jej procent wymienić. Bo, na przykład, za noclegi płacimy wyłącznie w dolarach (rzecz oczywista - władza łaknie amerykańskiego papierka, a inflacja rośnie), ale już za zakupy w sklepie wyłącznie w miejscowej walucie. Transport kolejowy - znowu dolary. Transport drogowy - w zależności od trasy. Gdy uciekniemy tam, gdzie diabeł mówi dobranoc, nikt nie wymieni nam pieniędzy. Jeśli skończy się jedna waluta - nie będzie jak wrócić, jeśli druga - nie będzie co jeść. A wymiana tylko w kilku największych miastach. W dodatku im dalej od Yangonu, tym kurs gorszy i to znacznie. A dla nas każdy pya3 się liczy. Do niedawna obowiązywał przelicznik sześć kyatów za dolara, więc tylko krezusi przyjeżdżali, a junta pławiła się w bogactwie. Choć oficjalny kurs nadal tyle wynosi, to na czarnym rynku (działającym tu w pełni legalnie) dostaje się ponad osiemset kyatów! Ponad sto razy tyle! Przerażające mechanizmy funkcjonują w krajach odciętych od finansowego świata.
Na placu Sule Pagoda zawsze panuje spory ruch. Bliskość małego dworca autobusowego sprawia, że znajdujemy się w centrum komunikacyjnego chaosu. Uwagę przykuwają mężczyźni "w ciąży". Jest ich kilkudziesięciu, może setka. Wszyscy w białych, rozciągniętych tiszertach. Każda koszulka na wysokości pępka skrywa kilogramy miejscowej waluty, liczonej w dziesiątkach tysięcy. Zapewne kraju nawet nie byłoby stać na przeprowadzenie denominacji. Z zewnątrz niczego nie widać, bo pliki banknotów są zasłonięte naciągniętym od dołu materiałem. Faceci przypominają kangurzyce noszące małe w torbie na brzuchu. A brzuchy duże, krągłe i opasłe. Zdarzeniu przygrywają co sekundę powtarzające się słowa: "Change money? Change dolar?".
Rozstawiono nam ogrodowy plastikowy stolik w jednej z bocznych uliczek. Tak na środku jezdni. Paradoksalnie czuliśmy się tu bezpieczniej, niż przy kamienicznych bramach - widzi nas z połowa dzielnicy. Zebrało się kilkunastu chłopa. Jeden nie miał równowartości dwustu USD. Po prostu by tego nie udźwignął. Zanim się wszyscy zebrali, wypiliśmy po szklance bawarki. I teatrzyk wystartował. Zboczenie na punkcie niezwichrzonych banknotów sięgnęło zenitu. Co drugi był odrzucany: lekko zagięty róg, przetarcie, wyblakłe kolory. Dopiero teraz zrozumiałem, czemu niektórzy turyści trzymali pieniądze w książkach, choć słyszałem nawet historie o ich prasowaniu! Nie można zatem złożyć banknotu na kilka części (ani nawet na pół) i ukryć w tajnym pasku - nikt go potem nie przyjmie, a jeśli nawet, to za ułamek wartości. Gdy pewna pula została przez waluciarza zaakceptowana, przeszliśmy do negocjacji. Wycena - w zależności od nominału i stanu technicznego. Jedna dziesiątka liczona po osiemset, a druga po siedemset pięćdziesiąt. Pięćdziesiątka w gorszym stanie, ale po osiemset trzydzieści - bo to Pięćdziesiątka! Jest bardziej pożądana niż pięć dziesiątek, a już na pewno dziesięć piątek. Przy czym "gorszy stan" oznacza banknot, który trafił raz do sklepu. Atmosfera robiła się coraz bardziej nerwowa i napięta, gdyż odrzucono połowę szmalu. Punktem kulminacyjnym i zarazem momentem doprowadzenia mnie do białej gorączki była licytacja kilku dwudziestek z podobizną siódmego prezydenta Stanów Zjednoczonych. Na twarzy Andrew Jacksona pojawiła się ciemna smuga. Natychmiast mi je zwrócono. Wyglądały przecież na wyjęte prosto z drukarni - idealnie gładkie, równe, ale zwrócono. Przyjrzałem im się dokładnie. Smuga faktycznie była. Wziąłem pod lupę inne dwudziestki. Oblicze Jacksona posiadało fabryczny cień. Tak wyglądał banknot - to nie był brud! Pokazałem, że wszystkie papierki o tej wartości mają identyczny zarys, wiórek depresji rysujący się na prawym policzku. Być może spowodowanej odtrąceniem jego nominału. Pieprzony Andrew Jackson! Nie mógł wystąpić w lepszym oświetleniu!? Teraz przyszła kolej na mnie - ruszyłem do ofensywy. Wziąłem do ręki kilka kyatów i zacząłem się im uważnie przyglądać. Nie szanowali ich zupełnie. Zmiętolone, zwinięte w kulki niczym zużyta chusteczka. Porozrywane i zagniecione wyglądały jak produkty sztuki origami lub wycinankarstwa, przypominały ażurowe papierowe serwetki. Absolutnym hitem był banknot sklejony z dwóch takich samych połówek! I oni mieli czelność rezygnować z moich! Odrzucałem z nonszalancją - ten był dla mnie zbyt pognieciony, ten naddarty, ten nie pasował do koloru oczu. Towarzystwo oniemiało. Dosłownie ich wryło, co niestety przełożyło się na większe podenerwowanie. Kątem oka zauważyłem, że stojąca obok Ruda, będąca dotychczas oazą spokoju, zaczyna odpływać psychicznie. Mój kontrahent również. Gdyby ktoś miał kamerę, mógłby sfilmować w tym momencie jedną z lepszych scen do "Ojca chrzestnego". Przecież w każdym momencie jeden z otaczających mnie chłopów, albo wszyscy razem, mógłby najzwyczajniej w świecie, beztrosko, wręcz grzecznie, wziąć wszystkie pieniądze i odejść w siną dal. Co mógłbym wtedy zrobić? Co najwyżej podrapać się w głowę. A różne myśli się w niej tworzyły w tak stresującej sytuacji. Pertraktacje prowadziliśmy od pół godziny i z każdą kolejną minutą, a nawet sekundą, powietrze niczym rozgrzana smoła robiło się cięższe i bardziej lepkie. Sinusoidalny charakter otaczającego stolik napięcia istniał tylko dzięki przerwom na łyki bawarki. Gdyby nie one, kortyzol przekroczyłby stan krytyczny i wybuchlibyśmy wszyscy z nerwów i podniecenia. Banknot za banknot, wymuszony uśmiech za uśmiech, do względnego konsensusu dobrnęliśmy. W ostatecznym rozrachunku ugrałem, co chciałem, a i druga strona była zadowolona. Choć zostało mi sporo dolarów "niewymienialnych", nie mogąc kolejny raz uszczuplić budżetu, musiałem wierzyć we wciśnięcie ich komuś w przyszłości. Nie chciałem ich oddać za bezcen. Po transakcji, dla odmiany, poczęstowano nas zieloną herbatą.
Zmierzając na dworzec kolejowy, natknęliśmy się na jeszcze jeden guesthouse. Z ciekawości zapytałem o cenę noclegu. Wynosiła znane osiem USD, ale miejsc brak. Powiedziano mi, że wszystko jest zarezerwowane na tydzień do przodu i radzą zrobić to samo w miejscu, do którego się wybieramy. Większość turystów w pierwszym dniu pobytu prosi recepcjonistę o zajęcie pokoju w kolejnym mieście. Następstwem tego jest efekt domina i można z dużym prawdopodobieństwem założyć, że we wszystkich ośrodkach turystycznych miejsc do spania nie ma i nie będzie. Padła co prawda propozycja nocowania na poddaszu wraz z pracownikami, ale mieliśmy już w głowach podróż do Mandalay. Plan bez zmian - byle na północ.
Na kolejowej stacji zakazano nam kupna biletów w normalnej cenie pięciu USD (przepis odgórny) i zaproponowano turystyczną opcję za jedyne dwadzieścia. Kłótnie z kasjerem oraz próby przekupstwa na nic się zdały, jedyną alternatywą była całonocna jazda autobusem za jedną trzecią tej kwoty. W tym momencie jeszcze bagatelizowaliśmy biletową sytuację. Nie przypuszczaliśmy, jak ważnym elementem będzie w przyszłości.
Tego wieczoru zrozumiałem swój olbrzymi błąd, za który powinienem się wstydzić. Sądziłem niepoprawnie, że Yangon jest nadal stolicą Birmy. Największe miasto, jedyne połączenie ze światem, centrum kulturalno-gospodarcze. A jednak gród u zbiegu rzek Yangon i Pegu utracił tytuł na rzecz Naypyidaw, do którego w 2005 roku wysłano władzę. Uczyniono ów zabieg niespodziewanie, ku zaskoczeniu wszystkich, nawet urzędasów, którym nakazano spakować się w dwa dni i przeprowadzić do jądra kraju. Zamieszkali w nowo wybudowanych hotelach i willach, sami. Naypyidaw jest ewenementem na skalę światową, zbudowano go bowiem od zera. Przesunięcie centrum administracyjnego zaczęto od wykopania dziury na pustkowiu. Przeniesiono tam wszystkie urzędy w celu sprawowania większej władzy nad państwem. Odległy od północnych dzikich terenów Yangon nie leży w tak strategicznym miejscu, by kontrolować wszystkie obszary kraju, zwłaszcza te uważane za rebelianckie. Z pozycji Naypyidaw jest po prostu "lepsza perspektywa". Wytyczono nowe ulice, zbudowano gmachy, postawiono latarnie. Całość wygląda jak miasto duchów, gdyż nie ma tu życia. Krajobraz białego betonu ze złotymi akcentami lśni ku chwale Tatmadaw4. Brak szkół, szpitali, rozrywek, ale finalnie ma być największą metropolią w państwie. Instytucje rządowe poprzecinane są pustymi alejami i parkami, ogołoconymi paradnymi placami, a wjazd stanowi dwudziestopasmowa autostrada. Wszystko ginie w megalomańskiej wizji stworzenia nowej stolicy, na podobieństwo dawnych królewskich dynastii. Teorii poza rojalistyczną potrzebą stworzenia "Królewskiego Miasta Słońca" jest kilka. Jedna mówi o poczuciu zagrożenia ze strony Amerykanów. Tu, z dala od wybrzeża, prawdopodobieństwo bezpośredniego ataku jest dużo mniejsze. Inna uderza w ezoteryczną naturę Birmańczyków. Wróżbici nierzadko w przeszłości decydowali o losach państwa i jego władców. Astrologia jest siłą, z którą się nie dyskutuje. 31 to liczba wyniesiona z buddyjskiej kosmologii i tyleż budynków parlamentu Hluttaw wyrosło pośrodku niczego. Póki co, jedyni mieszkańcy to aparatczycy ukryci w stosach akt, z niebotycznymi pensjami, z dala od zagrożeń. Rządzą krajem w sposób niewidoczny, wyizolowany, odsuwając tym samym widmo powtórki powstania z 1988 roku. Idealnie tu władza pasuje. Twarda, kamienna, zamknięta na nowe horyzonty. Pławiąca się w swoim bogactwie i blasku przyznawanych wzajemnie medali. Lśniący beton.
Przechadzając się ulicami Yangonu, widać, jak krwiście sączy się przeszłość, a za gardło ściska świadomość ciężaru wydarzeń, które miały tu miejsce. Wydarzeń nieludzkich, tyrańskich, ale też heroicznych i nieulękłych. Przez kilkadziesiąt lat mroczne ulice były świadkami wielu powstań i równie wielu okrutnie stłumionych wystąpień. O brutalności części z nich nigdy się nie dowiemy, bo zakłamywana przez generałów rzeczywistość i prawda spoczywająca pod warstwą spękanej ziemi ze szczętem osypały fakty. Gdzieś wisi flaga z podobizną Aung Sana5, gdzieś na tynku, spod wyblakłej farby, przebijają się cztery ósemki. To data największej rewolucji wymierzonej w rządy Ne Wina. Wybuchł wulkan frustracji, a jego lawa w postaci setek tysięcy ludzi rozlała się stołecznymi ulicami. Nim doszło do eksplozji, pięć miesięcy wcześniej władze doprowadziły do kilku zabójstw manifestujących studentów. To zapoczątkowało falę protestów. Kulminacja przypadła na 8 sierpnia 1988 roku i objęła większe miasta w kraju. Tylko w Yangonie wystąpiło ponad pół miliona osób chcących doprowadzić do upadku wojskowej junty. Kolejne tygodnie zebrały jednak śmiertelne żniwo. Wojsko rozprawiało się z manifestującymi w sposób ostateczny. Nie pomogły wystąpienia Aung San Suu Kyi, na nic zdało się przyłączenie do rewolty mnichów. Żar maszerujących został zgaszony, kilkaset tysięcy ludzi walczących o wolność nie miało narzędzi do walki z kulami armii. Mówi się nawet o dziesięciu tysiącach zabitych, głównie młodych ludziach. Duchy ofiar, nie wspominając o więźniach, po których nie ma śladów, krążą nad miastem, nad niezmiennym od ćwierć wieku grobowcem walki o wolność i sprawiedliwość. Nie osiągnięto celu, doprowadzono wyłącznie do teoretycznych przemian, pozostał strach, niepewność, nadzieja. I dziś nadal to czuć, w czujnych gestach przechodniów, w bacznych spojrzeniach żołnierzy, w czekających na zerwanie transparentach.
1 Pasek do spodni z ukrytą od wewnętrznej strony kieszenią. Zamykana na zamek błyskawiczny, służy do chowania banknotów.
2 Dłuższa przerwa (miesiące lub lata) pomiędzy okresami nauki bądź pracy. Z reguły wykorzystywana do odbycia długiej podróży.
3 Birmański grosz. Setna część kyata.
4 Siły zbrojne Birmy, liczące obecnie około pół miliona ludzi. Okryte złą sławą w czasach rządów junty wojskowej.
5 Ur. 13 lutego 1915, zm. 19 lipca 1947. Polityk, żołnierz, przewodniczący Birmańskiej Armii Narodowej, zapoczątkował niepodległościowy ruch Birmy.