Jasna Skała - Karol May

Kup ebooka

5.99 zł
5.15 zł (5,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I. PUEBLO

   

Po trzech kwadransach dotarliśmy do śladów, wyraźnie wydeptanych przez Yuma. Charakter miejscowości świadczył o pobliżu rzeki. Emery zapytał Winnetou:

- O co wam właściwie chodzi? Chcieliście się pokazać Yuma, ale jak i gdzie, - o tem nie słyszałem.

- Mój brat nie słyszał, ponieważ się nie pytał. Poszukamy kryjówki wrogów.

- Poszukamy otwarcie?

- Nie, Ukradkiem.

- Chcemy przecież, aby nas ujrzeli.

- Tak, powinni nas zobaczyć, ale wówczas dopiero, gdy będziemy przy nich.

- Ah! A zatem podkraść się do nich. Nie możemy tedy zabierać ze sobą koni?

- Nie. Umieścimy je wpobliżu. Zostanie przy nich nasz brat Vogel. Tak, czy owak, nie mógłby pójść z nami - nie umie się podkradać i tylko pokpi sprawę.

- Przedewszystkiem więc musimy poszukać dla niego i dla koni dogodnej kryjówki.

Wkrótce znaleźliśmy. Była to rozległa grupa krzaków, leżąca od nas na prawo. Pojechaliśmy tam, schronili konie i udzielili Voglowi wszelkich potrzebnych w danym wypadku wskazówek. Niechętnie rozstawał się z nami, ale musiał sam przyznać, że nie ma doświadczenia westmanów i, zamiast pomocy, przyniósłby nam szkodę.

Wracaliśmy śladami Yuma z najwyższą przezornością, gdyż należało przypuszczać, że chociażby z niecierpliwości Indjanie wyślą naprzeciw wywiadowcę. Kryliśmy się za każdym drzewem i krzakiem, póki nie przekonywaliśmy się, że wrogów przed nami niema.

Tak manewrując, przybyliśmy wreszcie w pobliże głębokiej doliny, gdzie Flujo blanco wrzyna się w płaskowzgórze. Dolina tworzyła canon, do którego zbliżaliśmy się prostopadle, to znaczy - droga nasza krzyżowała się z linją doliny pod kątem prostym.

Naraz teren zaczął opadać. Wydrążenie nakształt wąwozu prowadziło nas ku rzece. Winnetou, jak zawsze przezorny i zapobiegliwy, rzekł:

- Nie zapuścimy się w ten wąwóz. Musimy się dowiedzieć, dokąd prowadzi. Przeto wyminiemy go i dojdziemy do krawędzi canonu.

Tak się też stało. Niebawem dotarliśmy do wysokiej krawędzi, z której można było spojrzeć wdół, na rzekę. Zobaczyliśmy wylot wąwozu, a nawprost niego, na drugim brzegu, - ujście strumyka, na pewno tego właśnie, o którym opowiadała squaw, a który wypływał z pośród skał. Między strumykiem a skałami było tyle wolnego miejsca, że można było wzdłuż brzegów iść, a nawet jechać. Emery wskazał w tym kierunku i rzekł:

- Tam jest kryjówka. Jakże się dostaniemy niepostrzeżenie? Jeśli pójdziemy wzdłuż brzegu, to szubrawcy wnet nas zobaczą.

- Czy musimy iść tamtędy? - zapytałem. - Znajdziemy inną drogę, jeśli nie tu, to gdzie indziej.

- Ah! Chcesz podejść ich ztyłu?

- Tak. Ponieważ wypatrują nas z tej strony, więc zjawimy się z przeciwnej.

- Ale w takim razie musimy się przeprawić przez rzekę, przez canon, przez skały, a fruwać nie umiemy.

- Skoro nie umiemy fruwać, będziemy musieli iść. Wróćmy do wąwozu! Znamy teraz dobrze teren i nie wątpię, że się nam powiedzie.

Wróciliśmy do wąwozu i weszli, oczywiście zachowując wszystkie należne środki ostrożności. Nad brzegiem rzeki ujrzeliśmy, że ślady Yuma się rozdzieliły, - połowa biegła naprzód, druga przez rzekę ku strumykowi. Nie uszłoby to naszej uwagi, nawet bez ostrzeżenia squaw. Poprostu nie mogłem pojąć, jak obaj Meltonowie mogli przypisywać nam tak beznadziejną ślepotę. Na ten ślad zwróciłby uwagę każdy, a cóż dopiero taki Winnetou!

Przeprawiliśmy się wpław przez rzekę, ale, zamiast pójść wzdłuż strumyka, cofnęli się brzegiem Flujo blanco aż do miejsca, gdzie nietrudno było wydźwignąć się na brzeg. Teraz więc staliśmy na płaskowzgórzu drugiego brzegu rzeki. Poszliśmy na lewo, naukos, w kierunku strumyka. Niebawem dotarliśmy do miejsca, gdzie zejść było łatwo.

Yuma wypatrywali nas z lewej strony, pod górę strumyka, - my skradaliśmy się ze strony przeciwległej. Oczywiście, musieliśmy podwoić czujność zmysłów. Emery jeszcze niezupełnie zdawał sobie sprawę z naszych zamierzeń. Gdyśmy się zatrzymali na dobrze krytem miejscu, zapytał:

- Czy ta fatyga była konieczna, Charley?

- Tak - odparłem. - Yuma spodziewają się nas. Jeśli nie przyjdziemy, będą nas szukać. Znajdą ślady, prowadzące do puebla i, jeśli im się nawet nie uda zaskoczyć, to dowiedzą się o naszym planie i schwytają nas na pewno wieczorem, gdy zaczniemy się spuszczać do kotliny.

- Hm, słusznie. Ale mogliśmy gdzie indziej się schronić do wieczora.

- Nicby nie pomogło. Musimy ich oszukać; powinni sądzić, że tylko cieśniną zamierzamy się dostać do puebla. A poza tem, pomyśl tylko, jak pięknie ich podejdziemy. Wypatrują nas i nasłuchują, spodziewając się, że przyjdziemy wzdłuż rzeki, lub, jeśliśmy nawet odkryli drugie ślady, - wzdłuż strumyka. W obu wypadkach wpadamy im w ręce. A oto jesteśmy nad nimi i przyjdziemy ze strony nieoczekiwanej.

- No, i co mamy z tego?

- Co mamy z tego? - zapytałem zdumiony. - Co za pytanie?

- Dziwisz się? Wszak nie chcesz czerwonym wyrządzić nic złego. Rozumiem, gdybyśmy mieli ich zastrzelić, - to owszem, istniałaby racja, abyśmy się prażyli w tym upale i podkradali z narażeniem głowy. Ale zabijać nie mamy ochoty, wypłoszymy Yuma tylko i pozwolimy stąd uciec.

- Tak, pozwolimy, ale nie staremu Meltonowi. Tego schwytamy - postaramy się schwytać. A wieczorem będzie pora na syna. Jesteś już zadowolony?

- Jeśli tak, to owszem. Nie mówiliście, że tu chodzi o starego Meltona!

- To się samo przez się rozumiało. Ale teraz dalej, bo draby mogą się zniecierpliwić i opuścić kryjówkę.

Podkradaliśmy, się dalej, nie chodząc już, lecz pełzając po ziemi. Każdej chwili mogliśmy się natknąć na wroga.

- Uff! - usłyszałem nagle zdziwiony okrzyk Apacza.

Wyprzedził nas o kilka kroków. Podniósł się, stanął za gęstym krzewem i wskazał naprzód, na przerzedzone miejsce. Podpełzliśmy. Ogarnęło nas zdumienie, a raczej rozczarowanie. Trawa na tem miejscu była udeptana - tu się ukrywali Yuma, ale teraz nie widać było nikogo.

- Poszli sobie - mruknął Emery.

- Tak, o ile to nie jest podstęp, - ostrzegłem. - Być może, zobaczyli nas i cofnęli się, aby przywitać kulami.

- Zobaczymy! - rzekł Apacz. - Moi bracia niechaj tu poczekają.

Oddalił się, przeskoczył przez strumyk i znowu pełzał. Gdyby nawet tam się Yuma pochowali, nie byliby go dostrzegli w gęstwinie krzewów i chróstu. Skradał się jak wąż. Zniknął na dziesięć minut i znowu się pojawił, nie pełzając już, lecz chodząc. Był to znak, że nie znalazł wrogów.

- Uciekli! - krzyknął zdaleka kwaśno Emery. - Wrócili do puebla, bo wyczerpała się ich cierpliwość. A zatem nie schwytamy starego Meltona.

- Gdybyż się tylko na tem skończyło! - dorzuciłem.

- Tylko na tem? - Co jeszcze mogło się zdarzyć?

- Przeprawili się przez rzekę. Jeśli zobaczyli nasz ślad, to...

- Do piorunów, tak! W takim razie pójdą brzegiem i wrócą do strumyka. Musimy tu zostać i przyjąć ich godnie. Lepszego obrotu nasza sprawa nie mogła przybrać.

- Nie jestem tak uradowany, jak ty. Tak, skoro zobaczą ślady, pójdą za nami. Ale pytanie, w którą stronę? Jeśli pójdą wstecz, to znajdą Vogla i nasze konie.

- Byłby to największy pech, jaki można sobie wyobrazić!

- Więcej, niż pech. Musimy szybko podążyć za nimi i przekonać się, dokąd poszli.

Pośpieszyliśmy do rzeki i szybko przeprawili się przez płytką wodę. Na gruncie u wylotu wąwozu ujrzeliśmy o wiele więcej śladów, niż poprzednio. Oglądałem je, ale nie mogłem nic wywnioskować. Tak samo Emery, a nawet Winnetou potrząsnął głową wreszcie rzekł:

- Być może. Yuma znowu wrócili. Moi bracia niech szybko pomkną za mną ku wierzchowcom.

Przebiegliśmy wąwóz. Tu na trawie, ku najwyższemu przerażeniu, zobaczyliśmy ślady Yuma. A zatem odkryli nasz trop i poszli za nim, ale, niestety, nie naprzód, lecz wstecz, tam, skąd przybyliśmy. Teraz biegliśmy co tchu do krzaków, gdzie zostawiliśmy Vogla z końmi. Nie myśleliśmy ośrodkach ostrożności - wszak chodziło o naszego towarzysza i o nasze konie. Jak ścigane zwierzęta, pędziliśmy przez zagajnik, z bronią w ręku, aby każdej chwili mogła przemówić.

Dobiegliśmy - - lecz nie było koni, ani Vogla. Darnina nie była udeptana - ani śladu walki. Nasz słynny wirtuoz został poprostu zaskoczony. Ślady łukiem wracały stąd do wąwozu. My, tak doświadczeni, tak mądrzy, tak przemądrzy ludzie ponieśliśmy haniebną porażkę.

Emery omal-że nie pękł z wściekłości.

- Stoicie tylko i wyłupiacie na siebie gały! - zawołał. - Gdzie jest stary Melton, któregoście mieli schwytać? Gdybyście mnie usłuchali, nie stalibyśmy tu jak wychłostane żaki!

- Czy mój brat Emery nigdy nie popełnił błędu? - zapytał spokojnie Winnetou.

- Dosyć wiele, dosyć! - odpowiedział Englishman ze swą śmieszną szczerością. - Ale nie powinniśmy się tutaj zatrzymać. Musimy mknąć czem prędzej, musimy go uwolnić. Ruszajmy szybko, ruszajmy!

Pomknął naprzód. Widząc, że wleczemy się zanim powoli, przystanął w biegu i zawołał!

- Chodźcie, no chodźcież! Nie można tracić czasu.

- Dokąd to? - zapytałem. - Do puebla?

- Do... Ah, więc myślisz, że go tam zawlekli? W takim razie nie pójdzie nam tak gładko, jak sądziłem.

- Rozumie się, że nie możemy teraz, w jasny dzień, szturmować fortecy.

- Ale co zrobimy do nocy?

- Poczekamy - nic więcej.

- A więc chodźmy! Pójdźmy na krawędź skały, z której mamy się opuścić nadół, i zobaczmy, co zrobią z Voglem i końmi.

- A jeśli Yuma zaczną nas szukać? Jeśli znajdą nas i unieszkodliwią? Wówczas nietylko nie schwytamy obu Meltonów, ale nadomiar stracimy Vogla.

- Ale gdzie spędzimy czas tak długi?

- Pokażę wam - rzekł Winnetou. - Moi bracia niech idą za mną!

Przeprowadził nas aż pod wąwóz i usiadł pod krzakiem.

- Czy zechcą moi bracia tu siedzieć? - zapytał.

- Ja nie - mruknął Emery. - Siedzimy przed samym nosem wroga.

- To jest jedyna rzecz właściwa - oświadczyłem. - Yuma po odprowadzeniu Vogla do puebla, na pewno tutaj powrócą.

- Nie odważą się.

- W każdym razie Meltonowie wyślą jednego lub kilku wywiadowców, aby się dowiedzieć, gdzie jesteśmy i co robimy.

- A jeśli nadejdą. Cóż my?

- Odeślemy ich zpowrotem do puebla i każemy się kłaniać Meltonom. W ten sposób uzyskamy pewność, że naszemu towarzyszowi nie wyrządzą nic złego.

- Hm, tak, chciałbym wiedzieć. Biednemu chłopcu grozi niebezpieczeństwo, nad które niema większego.

- Nie tak groźne znowu! Dopóki tu jesteśmy nie powinien tracić otuchy.

- Oho! Pomyśl o spadku.

- No? Dalej.

- Jeśli im wyzna prawdę, natychmiast go zakatrupią.

- Nie będzie chyba tak głupi, aby ją wyznać.

- Czemu nie? Myślę, że na pewno wygada się ze strachu, czy złości.

- Powie - potwierdził Winnetou spokojnie. - Wyzna prawdę i dlatego właśnie Winnetou usiadł na tem miejscu.

Teraz przytrafiło mi się coś niezwykłego - nie zrozumiałem intencyj Winnetou. Widząc, że obrzucam pytającem spojrzeniem, rzekł:

- Czy mój brat Szarlieh wierzy, że się Meltonowie nas lękają?

- Tak.

- Czy myślą, że będą nas mogli tutaj złapać i zgładzić.

- Nie. Wręcz przeciwnie, wiedzą, iż rola ich dobiega końca.

- Tak, nie pozwolimy się zaskoczyć i zabić. Mogli schwytać Vogla, ale nie nas. Odkryliśmy ich gniazdo. Jeśli stąd uciekną, to pomkniemy za nimi i nie spoczniemy, dopóki nie wpadną nam w ręce. Zdają sobie z tego sprawę. Naraz chwytają Vogla, który wyrzuca im zbrodnie i powiada, że jest jedynym prawdziwym spadkobiercą. Co w takim razie mają uczynić?

- Natychmiast go usunąć - odpowiedział tonem pełnym przekonania Emery.

- Czy mój brat Szarlieh podziela to zdanie?

- Nie - zaoponowałem, domyślając się już zamiarów Winnetou. - Morderstwo nie polepszy ich sytuacji, lecz o wiele pogorszy. Mordercy nie będą mogli liczyć na nasze pobłażanie.

- Mój brat ma słuszność, gdyż trzymając go jako zakładnika, zyskują możność ratunku.

- A więc mój brat Winnetou myśli, że jeśli zostaniemy tutaj, to wkrótce nadejdzie wywiadowca, a później poseł?

- Tak.

- Mój brat najlepiej z nas przewiduje. Nigdy się nie myli. Jestem przekonany, że i dziś spełni się jego przypuszczenie.

- Bardzo wątpię - mruknął niechętnie Emery. - A nawet jeśli się to sprawdzi, czy wejdziecie w układy z tymi ludźmi?

- Tak. Należy czynić, co rozum dyktuje. Przedewszystkiem powinniśmy dbać, aby się nic złego nie stało naszemu towarzyszowi, a przeto napozór przystać na poczynione propozycje, albo, co najmniej, wziąć je pod rozwagę. Działaliśmy dziś nieprzezornie i bez szczęścia, ale jedna okoliczność godzi mnie z naszem fatalnem położeniem.

- Jaka?

- Że mamy lassa przy sobie. Gdybyśmy je zostawili przy koniach, wszystko byłoby dla nas stracone i nie wiedziałbym, jak uwolnić Vogla.

- Pshaw! Uwolnilibyśmy go w każdym razie. Nie spocząłbym przedtem.

- Ale z jakiemi przeciwnościami musielibyśmy walczyć! Teraz zaś jestem przekonany, że Vogel będzie wolny już jutro rano. Mam nadzieję, że - -

Winnetou przerwał mi lekkiem skinieniem. Leżał tak, że mógł spoglądać w wąwóz. Dojrzałem błysk w jego oczach. Naraz usłyszałem szmer kroków - ktoś się skradał powoli i milczkiem. Zaszyliśmy się głębiej w zagajnik. Nabawem wywiadowca nadszedł. Był to Indjanin. Obejrzał się na prawo i lewo, nie widząc nikogo. Wyszedł z wąwozu i zaczął badać ślady, odciśnięte przez nas i przez jego towarzyszów na trawie.

Teraz odwrócił się do nas plecami. Winnetou podniósł się cichaczem za nim, ja i Emery nie daliśmy na siebie czekać. Apacz spytał głośno:

- Czego tu szuka mój czerwony brat w trawie?

Yuma odwrócił się, zobaczył nas i ze strachu wypuścił z rąk flintę. Winnetou odtrącił ją szybko nogą i dodał:

- Czy mój brat co zgubił?

Widziałem, jak po bronzowej twarzy Yuma przebiegł błyskawicznie wyraz zdecydowania - stanąłem w odległości trzech kroków od wąwozu. W tejże chwili Yuma wykonał szybki obrót i upadł - wprost w moje objęcia. Wyrywał się, szamotał, ale po paru straconych próbach spotulniał i pozwolił się rozbroić. Odwiodłem go od wąwozu i kazałem usiąść na miejscu, gdzieśmy poprzednio czekali. Winnetou znowu się tak umieścił, aby mieć wąwóz na oku, i rzekł do schwytanego Yuma:

- Czy mój brat wie, kim jesteśmy?

Zapytany skinął potakująco.

- Niech wymieni nasze nazwisko!

- Winnetou i Old Shatterhand. Drugiego białego nie znam.

- Ten biały jest słynnym myśliwym, który się jeszcze nigdy nie uląkł wroga. Mój brat dobrze wymienił nasze nazwiska. Gdzież je słyszał? A może nawet poznał nas kiedyś?

- Widziałem was w Sonorze, w hacjendzie del Arroyo i w Almaden alto.

- Jeśli mój brat sobie przypomina, co tam zaszło, to chyba wie również, że nie jesteśmy wrogami Yuma, gdyż zawarliśmy z nimi spokój. Czemu występują teraz Yuma przeciwko nam?

Yuma milczał.

- Pokonaliśmy wówczas wiele setek Yuma teraz zaś jest was tak mało. Czy sądzicie, że tym razem uśmiechnie się wam szczęście?

- Zamieszkujemy pueblo, niedostępne dla wroga.

- Mój brat się myli. Skały Almaden alto były o wiele mocniejsze i mniej dostępne, niż wasze pueblo, a jednak dotarliśmy tam i nawet schwytali właściciela. Almaden alto było bronione przez licznych Yuma, a oto mój przyjaciel Old Shatterhand sam tych czynów dokonał. Jakże łatwo nam dostać się do waszego puebla! Możecie wszyscy czuwać - jeśli zechcemy, przemkniemy niepostrzeżenie przez wąskie wejście. Wtedy nie będzie dla was ratunku. Dlatego radzę nie doprowadzać nas do tej ostateczności.

Słowa te zwaliły wywiadowcy kamień z serca. Lękał się bowiem, że go zabijemy. Odpowiedział szybko:

- Dlaczego wódz Apaczów rzuca słowa na wiatr?

- Na wiatr? Dlaczego? - zapytał Winnetou, aczkolwiek dobrze zrozumiał, do czego zamierza Yuma.

- Gdyż ci, do których rada jest skierowana, nie mogą jej usłyszeć.

- Odeślemy cię do nich zpowrotem.

Twarz Yuma rozpromieniła się radością. Rzekł:

- A więc pozwól mi odejść! Opowiem swoim braciom, co im radzisz.

- Poczekaj chwilę! Odkąd to czerwoni wojownicy nie wstydzą się być niewolnikami kobiety, białej squaw?

- Nie jesteśmy jej niewolnikami!

- Jesteście nimi. Dla jej sprawy zadzieracie z trzema znakomitymi wojownikami, którzy, jak wiadomo, mogą was pogromić, skoro tylko zechcą. I dla tej kobiety bierzecie w obronę ludzi, którzy są złodziejami i mordercami i nawet nie należą do plemienia czerwonych! Zasługujecie na głęboką pogardę.

Oczy Yuma błysnęły gniewem. Opanował się jednak i rzekł:

- Biała kobieta była squaw naszego wodza, dlatego jej służymy.

- Jacyż to czerwoni wojownicy służą squaw swego wodza, a tem bardziej po jego śmierci? Mój brat niech opowie swoim towarzyszom, co Winnetou o nich pomyśli, jeśli będą dłużej bronić białej kobiety i jej obu przyjaciół. Schwytaliście młodego białego naszego towarzysza, zabraliście nam konie, napadliście na nas wczoraj wieczorem, aby schwytać i zabić, - to wszystko woła o pomstę, która was niechybnie spotka, jeśli się nie zgodzicie na pojednanie.

- Czego żąda od nas Winnetou?

- Naszych koni, młodego człowieka, o którym wspomniałem, i obu białych, którzy mieszkają u squaw w pueblo.

- Wygórowane żądanie! A co wzamian przyrzeka Winnetou?

- Życie.

Poznać było po Yuma, że odczuwa wielki respekt wobec Winnetou, ale tym razem jego cienkie wargi zadrgały ironicznie, kiedy odparł:

- Jeśli nam zechcą odebrać życie, to potrafimy je obronić. A może sądzi wódz Apaczów, że nie imają go się kule?

- Tutaj, śród was, jestem pewien, że mnie żadna kula nie ugodzi. Znam was dobrze. A zatem wiesz, czego żądam: ojca i syna, mieszkających u was, młodego białego, któregoście schwytali, oraz koni.

- A co się stanie, jeśli nasi wojownicy się nie zgodzą?

- Tego ci nie powiem, ale niebawem się dowiecie. Teraz możesz odejść. Zostaniemy tutaj, aż słońce zbliży się do widnokręgu na dziesięć szerokości ręki. Jeśli do tego czasu nie dacie odpowiedzi, to spór nasz rozstrzygnie tomahawk. W ciemnościach dotrzemy do rzeki, powystrzelamy wszystkich, którzy nam staną na drodze, wedrzemy się do puebla i zabierzemy wszystko, czego nam odmawiacie. Wówczas wasze kobiety i dzieci podniosą lament i zaczną wyć nad śmiercią, która uniosła ich mężów i ojców.

- Winnetou jest wielkim wojownikiem, ale i Yuma nie są myszami, które lękliwie wylatują z dziur, skoro słyszą kroki wroga.

- Nie usłyszycie ich nawet. Będziemy między wami, zanim się opatrzycie.

- Mamy noże. Zatopimy je w sercu wroga!

- Nie zobaczycie go nawet. Mój brat może teraz iść do puebla, aby wrócić następnie z odpowiedzią. Im prędzej nadejdzie, tem lepiej dla Yuma.

- Czy mogę zabrać swą broń?

- Nie. Jeniec odzyskuje broń po zawarciu pokoju - nie wcześniej.

Yuma podniósł się i znikł z głową podniesioną, dumnie krocząc. Buta nie pozwoliła mu ujawniać radości, którą odczuwał, że uszedł cało. Skoro znikł, Emery rzekł z uśmiechem:

- Mój brat chyba nie przypuszcza, że Yuma ze strachu wydadzą nam te trzy osoby i nasze konie!

- Nie. Ale Winnetou wie dokładnie, co teraz nastąpi.

- Jestem bardzo ciekaw.

- Yuma został wysłany na przeszpiegi poto, aby dowiedzieć się, gdzie jesteśmy i co zamierzamy. Zostawią nas jednak w spokoju, wiedzą bowiem, że po schwytaniu naszego towarzysza podwoimy czujność. Wywiadowca wróci i opowie Meltonom, gdzie nas spotkał; jakeśmy go zaskoczyli i co mu powiedzieli. W następstwie zaproponują pewną ugodę.

- Jaką?

- Zgodzą się wydać jeńca i konie. Poza tem przyrzekną jeńcowi część spadku, ale wzamian zażądają, abyśmy się wycofali stąd i nigdy już nie wchodzili im w drogę. Moi bracia wątpią? Dowiedzą się wkrótce, że się nie mylę. Nie długo będziemy czekać na posłankę.

- Posłankę? - zapytał zdumiony Emery.

- Tak. Meltonowie nie przyjdą sami, nie mogą zaś wtajemniczyć żadnego Yuma w to, co mają, nam do powiedzenia. Istnieje tylko jedna osoba, którą mogą wysłać, a jest nią biała squaw. Sądzą też, że damy się zwieść jej pięknej twarzy.

Wysoko ceniłem bystrość Apacza - jakże często frapowała mnie nieomyślność jego instynktu! Ale teraz miałem wrażenie, że się przerachował, on zaś - widocznie odgadł moje wątpliwości i w milczeniu, z serdecznym uśmiechem pobłażania spoglądał na mnie jednem okiem. Zawsze przybierał ten wyraz, ilekroć, będąc innego zdania jak ja, miał rację.

Czekaliśmy przeszło godzinę - leżeliśmy nawprost wąwozu. Wreszcie zobaczyliśmy czerwonego. Był to Yuma, z którym poprzednio rozmawialiśmy.

- I cóż, Winnetou, czy to jest biała squaw? - zapytał Emery.

- Jeszcze nie - odrzekł obojętnie Apacz.

- Byłaby to rzecz niezwykłą, gdyby wysłali kobietę jako pośrednika! Jedyne zresztą nieprawdopodobieństwo w twoich wywodach.

- Mój brat dowie się o prawdzie wielu rzeczy, które uważał poprzednio za nieprawdopodobne. Posłuchajmy, co powie Yuma!

Yuma powoli się zbliżał. Usiadł obok nas, jakgdyby nie groziło mu żadne niebezpieczeństwo. Czekał, aż pierwsi doń przemówimy. Winnetou był zbyt dumny, ja też ani myślałem zaczynać, tylko Emery był gotów, odezwał się z ciekawości, ale na moje skinienie zaniechał. Wobec tego Yuma był zmuszony zagaić rozmowę.

- Moi bracia - zapytał - nie myśleli zapewne, że tak rychło wrócę?

- Nie myśleliśmy o tobie - odparł Winnetou. - Czy wrócisz, czy nie, to była dla was rzecz ważna, dla nas natomiast zupełnie obojętna.

- Dokonałem powierzonego mi przez was poselstwa.

Oczekiwał zapytania, ale i tym razem musiał sam dodać:

- Oznajmiłem je obu mężom, którzy mieszkają u białej squaw.

- A nie wojownikom Yuma? - wyrwał się Englishman.

- Im również. Wszyscy słyszeli. Ojciec białego który został mężem białej squaw, posłał mnie do was z odpowiedzią.

- Która brzmi?

- Biała squaw przyjdzie się z wami porozumieć.

Drobny uśmiech zwycięstwa przebiegł po twarzy Winnetou. Englishman rzucił gniewnie:

- Biała squaw? Czy mniemasz, że zwykliśmy układać się z kobietami?

- Biały, który mnie przysłał, był zdania że chętnie z nią pomówicie.

- Dlaczego sam nie przybył?

- Gdyż nie miał czasu.

- Mógł przysłać syna.

- Ten także nie przyjdzie. Przypuszczają, że ich nie puścicie zpowrotem.

- Wcale słusznie. Mamy ku temu powody.

Gniew ponosił Emery'ego. Ale Winnetou wtrącił:

- Gdy przychodzi do nas poseł, ktokolwiek to będzie, nie zatrzymujemy go, jeśli chce odejść. Wódz Apaczów nie zwykł układać się z kobietą, ale aby wojownicy Yuma przekonali się o naszym przyjaznym do nich stosunku, godzę się na przyjście białej squaw. Wróć zatem do puebla i powiedz jej, że czekamy.

Yuma odszedł; oczekiwaliśmy z niecierpliwością przybycia Judyty, którą, nie bacząc na to, co przedtem się zdarzyło, miała czelność osobiście układać się z nami.

- No, - rzekł Apacz do Emery'ego - czy mój brat się przekonał, że nieraz nieprawdopodobne prawdą się staje?

- Tu właśnie zaszedł taki wypadek! Jak ta osoba śmie do nas przybyć, nie mieści mi się w głowie! Jestem ciekaw, co nam oznajmi.

- To, co mówiłem, Winnetou, nie użyczy jej ani słowa - niech moi bracia z nią, rozmawiają.

- Ja nie! Obawiam się, że popsuję sprawę grubjaństwem. Charley, czy podejmiesz się tego zlecenia?

- Z niechęcią, ale cóż, muszę! Proszę cię wszakże, nie przerywaj. Możesz popsuć nam szyki.

Zapewne nie wątpiono w pueblo o naszej zgodzie, gdyż niedługo wypadło nam czekać na pojawienie się Judyty. Przyszła w towarzystwie młodej Indjanki, która niosła lekkie krzesełko, splecione z trzcinki i sitowia.

Judyta nosiła przepyszny strój - tu na pustkowiu, na granicy między New-Mexico a Arizoną. Skoro się do nas zbliżyła, przybrała uśmiech zwycięski. Skinęła nam głową. Dała znać Indjance, aby postawiła krzesło nawprost nas, usiadła i rzekła:

- Jestem ucieszona, sennores, że widzę was w takim dobrym stanie. Daleka jazda nie przyniosła uszczerbku waszemu zdrowiu - nie wątpię, że to wpłynie dodatnio na załatwienie naszej sprawy.

Nie wstaliśmy na jej przywitanie, a nawet nie odpowiedzieli jej ukłonem. Moja twarz nie była też bynajmniej odzwierciadleniem uprzejmości, kiedy odpowiedziałem:

- Żadnych pogawędek, sennora! Trzymajmy się ściśle sprawy, która nas skłoniła do spotkania. Mieszka pani teraz z tak zwanym Smallem Hunterem i jego ojcem?

- Tak.

- Nie wiedziała pani jeszcze w New-Orleanie że ten człowiek jest jego ojcem. Kiedyż się pani dowiedziała?

- Tu, kiedy przyjechał.

- A więc zna pani właściwe nazwisko swego narzeczonego?

Odpowiedziała, ale dopiero na ponowione zapytanie:

- Czy muszę panu odpowiedzieć?

- Nie musi pani - może się pani nawet wyprzeć. Ale prędzej dojdziemy do zgody, jeśli wyzna pani prawdę. Chyba się pani nie wstydzi?

Nie zarumieniła się, nie zbladła. Odparła z uśmiechem:

- Powiedziano mi, że nie powinnam się was wstydzić, ani lękać. Nie jesteście dla nas niebezpieczni. Dlatego bez lęku mogę panu oświadczyć, że znam nazwisko swego narzeczonego.

- Jonatan Melton, a jego ojciec nazywa się Tomasz Melton, nieprawdaż?

- Istotnie.

- A stryj?

- Harry Melton.

- Czy wie pani, gdzie przebywa teraz Harry Melton?

- Wie pan o tem o wiele lepiej, niż ktokolwiek. Wszak to pan go zakłuł.

- Kto pani powiedział?

- Jego brat. Człowiek tak porywczy, jak pan, może się wszystkiego dopuścić, nawet morderstwa dla rabunku.

- Hm. Uważa mnie pani za gwałtownika?

- Naturalnie - mam wszelkie po temu powody. Czy pan nie kazał mnie kiedyś schłostać?

- Stanowczo. Przyznaję pani, że z trudem hamuję gwałtowność. Ale teraz bądźmy umiarkowani. Ponieważ zna pani nazwisko swego narzeczonego, więc zapewne wie, dlaczego się tutaj schronił?

- Tak. Wyznał mi to szczerze.

- A pani równie szczerze to wyznaje! Więc wie pani, że jest oszustem?

- Oszustem? Jedni tak to nazywają, inni nazywają inaczej. Jonatan jest rzutki i bynajmniej nie myślę go za to ganić.

- Pojmuję, zrujnowała się pani. Nie posiadasz nic więcej ponad tę kamienną i glinianą ruderę, którą przesadnie nazywasz zamkiem, a którą każdy Indjanin może ci odebrać. Wobec tego jest pani bardzo zadowolona, że Jonatan objął spadek, który będziecie mogli wespół strwonić. Czy mam słuszność?

- Dlaczego nie miałabym panu przyznać słuszności? Ale tą słusznością niedaleko zajedziemy.

- Niech pani rozumie, że stanie się współwinną przestępstwa!

- Co znaczy wina, sennor! Winą jest wszystko, co obciąża sumienie, a moje sumienie lekkie.

- Nie zazdroszczę pani tej lekkości! Ponieważ mówi pani z osłupiającą szczerością, więc będę równie szczery. Przyszedłem, aby schwytać Jonatana.

- Wiemy - odpowiedziała z uśmiechem.

- A ponieważ przyznaje się pani do współwiny, więc bierze mnie wielka chętka, aby i panią pojmać.

Teraz wreszcie spuściła z tonu. Zapytała szybko i niepewnie.

- Sennor, jestem parlamentarjuszką. Czy chce mnie pan tutaj zatrzymać?

- Mógłbym.

- Nie, to byłoby sprzeczne z prawem wszystkich narodów!

- Prawa narodów - tam, gdzie idzie o tak wielkie, tak straszliwe zbrodnie! Czy przyrzekłem, że pozwolę pani wrócić do puebla?

- Nie, ale to się samo przez się rozumiało!

- Nie było tak zrozumiałe, jak pani mniema. Lecz uspokoję panią. Ani mi przez myśl nie przeszło zatrzymać panią. Może sennora bez przeszkód wrócić do swej czcigodnej kompanji. Jeśli będę uważał za konieczne zabezpieczyć sobie pani osobę, uczynię to, ale jak najpóźniej.

- Co za łaskawe względy! - rzekła z uśmiechem.

- O nie! Czynię to z innego powodu. Nie chciałbym mieć pani przy sobie i dlatego pragnę jak najdłużej trzymać się zdala. Oto jest powód właściwy.

- Dotrzymuje pan przyrzeczenia, sennor. Jest pan równie szczery ze mną, jak ja z panem. Znienawidziłam pana z pierwszego wejrzenia.

- Dziękuję. Dawno już nie doświadczyłem tak prawdziwego, tak wielkiego zaszczytu.

- I dlatego - dodała szybko - z prawdziwą rozkoszą układam się teraz z panem, chociaż o układach właściwie nie może być mowy. Przyszłam tylko poto, aby sprawić sobie przyjemność i oznajmić wam, żeście się tu napróżno fatygowali. Nie uwieziecie stąd nikogo, nie dostaniecie ani grosza z tych pieniędzy, które zagarnęlibyście chętnie. Czyście aż tak zaślepieni, że marzy wam się opanowanie puebla?

- A jeśli jednak uda mi się przedostać do kotliny?

- Wiem wprawdzie oddawna, że umie się pan niepostrzeżenie, niczem wąż, prześlizgnąć, ale nie w tej miejscowości. Musiałby pan przefrunąć ponad głowami naszych strażników.

- Istnieją chwyty i wybiegi, które mogą usunąć z drogi więcej niż dziesięciu wartowników. Zaręczam pani słowem, że jeśli zechcę, potrafię z całą pewnością przedostać się do kotliny.

- Tak, można panu przyznać znajomość fortelów i wybiegów! Dobrze, że pan o nich uprzedza, - zarządzi się odpowiednie środki ochronne. Ale nawet, jeśli znajdziesz się w kotlinie, co panu z tego przyjdzie? Z kotliny daleko jeszcze do puebla.

- Wejdziemy i do puebla.

- Nie chełp się, żeś wszechmocny! A nawet gdyby pan przenikł do puebla, nie znaczyłoby to jeszcze, że masz kogokolwiek w ręku. Jesteśmy uzbrojeni i napradę nie będziemy pana oszczędzać. A jeszcze mniej masz nadziei zagarnięcia pieniędzy.

- Wręcz przeciwnie. Jestem przekonany, że je odzyskam.

- Ani złamanego szeląga! - Wszakże, sennor, pańska zwarjowana idea tyle panu sprawiła subjekcji, że ci współczujemy i jesteśmy gotowi cię poniekąd wynagrodzić.

- Cóż takiego, moja dobrotliwa sennora?

- Wie pan, gdzie przebywa obecnie Vogel?

- Tak.

- Jest to znów uderzający dowód, że pański wielce sławny rozsądek szwankuje. Jakiż to strzelec przezorny zabierze ze sobą tak niedoświadczonego chłopca? Co nam przeszkadza unieszkodliwić go raz na zawsze?

- Nic na tem nie zyskacie.

- Nic? Naprawdę nic?

- Śmierć jednego spadkobiercy, których zresztą jest wielu, nie wprowadzi was jeszcze w prawa do spuścizny. Przestęptwo pozostaje przestępstwem. Nie ośmieli się pani zabić tego młodzieńca.

- Ja? No tak, mnie tam wszystko jedno, czy umrze, czy zostanie przy życiu. Ale Jonatan i jego ojciec na pewno Vogla zabiją, jeśli wrócę, nic nie wskórawszy.

- Nic nie wskórawszy? A zatem ma pani poczynić pewne propozycje, postawić jakieś warunki?

- Tak. Jesteśmy gotowi uprzystępnić wam pewne korzyści...

- I zażądać wzamian większych?

- Bynajmniej! Posłuchaj pan, co zaproponuję. Dostaniecie zpowrotem konie, a także tego młodzieńca nazwiskiem Vogel, który twierdzi, że jest spokrewniony z Hunterem...

- Pięknie!

- Vogel dostanie sto tysięcy dolarów w dobrych papierach wartościowych, a wy dziesięć tysięcy w tejże monecie.

- To dla mnie?

- Tak. Niech się pan zastanowi! Wszak, zabijając stryja Meltona, odebrałeś mu jego pieniądze. Zbijesz fortunę, co się zowie!

- Słusznie, sennora.

- Nie żądamy wzamian nic więcej, prócz -

Umilkła, badawczo na mnie, spoglądając.

- No więc, prócz -? - zapytałem.

- Prócz tego, że poniecha pan Meltona i jego ojca, że nigdy nikomu nie będziesz o tej sprawie wspominał...

- Naturalnie, naturalnie!

- I że Vogel i jego krewni poprzestaną na sumie stu tysięcy i będą tak samo milczeć, jak pan.

- Co za skromność, co za istotna wspaniałomyślność.

- Prawda? Tyle gotówki za milczenie. Czy można żądać więcej?

- Nie. W żadnym razie.

- A zatem godzi się pan?

- Tak.

- To mnie cieszy! Naprawdę nie wierzyłam, aby pan był tak rozsądny i poznał się na korzyściach tych warunków. Jeśli wszyscy trzej się zgadzacie, to - -

- Zgadzamy się, - przerwałem - najzupełniej zgadzamy! Ale nie dowiedziała się pani, pod jakim względem.

- Więc pod jakim?

- Zgadzamy się ze zdaniem, że Meltonowie są największymi łotrami pod słońcem.

- To niema nic do rzeczy!

- Czy również niema nic do rzeczy druga prawda, co do której się zgadzamy, że jest pani taką samą łotrzycą, jak obaj Meltonowie razem wzięci?

- Sennor, poco te złorzeczenia! Czy chce pan zniweczyć naszą piękną ugodę?

Mogła się istotnie łudzić, że godzę się na jej warunki, gdyż mówiłem z takim spokojem, z taką obojętnością, na jaką tylko, mimo oburzenia, mogłem się zdobyć. Teraz dopiero połapała się, że przemawiała przeze mnie ironja gniewu. Wypowiadając powyższe słowa, wstała, jakgdyby z oburzenia chciała odejść. Podniosłem się, również i rzekłem:

- Nasza ugoda? Czy istotnie mogła pani przypuścić, że przystanę na pani szaleńcze żądania?

- Nazywa pan je szaleńczemi? Obłąkanemi? - zawołała. - Zastanów się przecież nad moją propozycją!

- Pocóż mam się zastanawiać? Vogel bezwarunkowo musi dostać wszystko, wszystko, oczywiście oprócz tego, co do chwili teraźniejszej zostało roztrwonione.

- Teraz właśnie odzywa się szaleństwo! A więc zgoda?

- Nie.

- W takim razie nie odzyskasz koni!

- Odbiorę je siłą.

- I Vogel umrze!

- Jeśli mu włos spadnie z głowy, przypłaci to pani swojem życiem, sennoro Judyto! Niech pani to sobie rozważy. Mówię całkiem poważnie.

- Ciekawem, jak i kiedy dorwie się pan do mnie!

- Dowie się pani! Sądziłem, że ma pani dostateczne powody, aby nie być zbyt dufną w siebie. Wszak poznała już pani Old Shatterhanda i Winnetou.

- Ale teraz pan zkolei nas pozna. Więc przyjmuje pan moje warunki?

- Nie, i jeszcze raz nie!

- A więc skończyliśmy rozmowę?

- W tej chwili - owszem, ale nie na długo. Sądzę raczej, że dopiero teraz zadzierzgną się między nami nowe i piękne stosunki.

- Żartuj pan dowoli; kpię sobie z pana!

Indjance, która stała opodal, skinieniem rozkazała zabrać krzesełko i odeszła do wąwozu. Ale naraz przystanęła, przez chwilę spoglądała wdół, jakgdyby rozważając, poczem wróciła i rzekła:

- Sennor, mimo wszystko, chcę pana jeszcze raz ostrzec. Czy istotnie pan przypuszcza, że dostaniesz się do naszego gniazdka skalnego?

- Tak.

- A ja wam powiadam, że będziemy się bronić do ostatniej kropli krwi!

- To mnie nie obchodzi. Miałem w życiu innych, groźniejszych przeciwników, niż Meltonowie. O pani oczywiście nie myślę nawet.

- O, jednak proszę, aby pan i o mnie myślał, i to bardzo. Jeśli się panom, wbrew oczekiwaniom, poszczęści dotrzeć do mnie, zakatrupię cię bez litości.

- Uczyń to pani, sennora!

- Tak, uczynię to, - może mi pan wierzyć. Gram o stawkę tak wysoką, że mogę zdobyć się na morderstwo. Przyzwyczaiłam się do bogactwa - muszę i powinnam żyć wystawnie. Oto znów do mnie uśmiecha się fortuna i tylko pan stajesz na zawadzie. Miej się przede mną na baczności!

Chciała niby odejść, lecz rozmyśliła się i dodała:

- Ufaliśmy, że przyjmie pan nasze propozycje, a jednak...

- Gdybym przyjął, można by nas było zaliczyć do gatunku Meltonów - przerwałem.

Nie zwracając uwagi na moje słowa, kontynuowała:

- A jednak pomyśleliśmy o tem, że pan może się ociągać. W tym wypadku postanowiliśmy zostawić panu czas do namysłu - do jutra w południe.

- Wielce to chwalebna uprzejmość.

- Stanowczo zbyt wiele łaski. Jutro w południe wrócę do was. Czy będziecie na tem miejscu?

- Owszem, o ile nie zobaczymy się wcześniej.

- O nie! - roześmiała się. - A zatem jutro w południe. Bądź pan zdrów, bohaterze i zbawco bezinteresowny!

- Nie tak prędko, nie tak prędko, sennora! Pójdziemy razem kawałek drogi.

- Poco? - zapytała zdumiona.

- Gdyż jako caballeros wiemy, jak przystoi zachowywać się wobec niewiasty. Odprowadzimy panią do puebla.

- Zastrzelą was!

- Najwyżej panią, a nie nas.

- Nie, nie, - panów! Zostań pan, zostań pan tutaj!

- Pah! Proszę się o nas nie obawiać, skoro my się nie obawiamy.

- Cóż, jeśli pragniecie śmierci, bardzom z tego zadowolona. A zatem czyńcie, co wam się podoba!

Weszła ze swą Indjanką do wąwozu - kroczyłem tuż za nią. Za mną szli Winnetou i Emery, którzy nie przejrzeli jeszcze moich zamiarów. Przybywszy do rzeki, Judyta skręciła na lewo do wąskiego canonu. Widząc mnie tuż za sobą, zatrzymała się i rzekła podnieconym głosem:

- Można pomyśleć, że pójdziecie dalej!

- Naturalnie!

- Ale mówiłem już panu, że Indjanie, którzy czuwają nade mną, będą was z góry ostrzeliwać!

- Moja droga sennora, niechże się pani o nas nie troska! Wszak widzi pani, że kroczymy tuż za nią. Skoro ktoś zechce w nas strzelić, w panią ugodzi. Jesteś naszą tarczą.

Zlękła się poważnie.

- Idź pan, idźże! Wracaj pan! - zawołała. - Bo nie postąpię ani kroku naprzód.

- Nie? Pozwoli pani ze sobą pomówić. Głupstwo popełnili Meltonowie, że posłali do nas panią. Jesteśmy dosyć przyzwoici, aby panią puścić zpowrotem, a nawet zmusimy panią do tego, ale będziemy jej towarzyszyć.

- Nie, nie, zostaniecie tutaj! - zawołała.

- Ani nam się śniło! Musimy odprowadzić panią - to dla nas kwestja honoru. Wyśmiała się pani ze mnie, gdy powiedziałem, że będzie nam bardzo łatwo przejść przez cieśninę. Muszę pani dowieść, że wyśmiała mnie pani niesłusznie. Dziś także przekona się pani, że Old Shatterhand i Winnetou wiedzą, jak się zabierać do rzeczy. A zatem proszę, niech pani idzie!

- Nie pójdę!

- Zmuszę panią. Niech pani się nie gniewa, najpiękniejsza sennoro, jeśli pani szyjka łabędzia dozna dotyku mojej pięści.

- Waż się tylko, bezwstydniku!

- Pah! Naprzód, panno Silberstein!

Ująłem ją za kark - rzuciła się na ziemię i krzyknęła:

- Nie ruszę się stąd, jeśli mnie pan nawet zabije!

- Jeśli nawet zabiję? Figlarka z pani! Nie zabiję cię, a jednak pójdziesz. A zatem naprzód!

Ująłem ją za ramię i ścisnąłem tak, że krzycząc z bólu, podniosła się natychmiast. Poszła dalej. Skoro przestała odczuwać ból, zatrzymała się znowu. Ale poszła, i to szybko, po ponownym uścisku. Winnetou i Emery szli tuż za mną. Tamten trzymał strzelbę wpogotowiu z prawej strony nade mną, ten z lewej. Dzięki temu mogli strzelać swobodnie, podczas gdy każdy strzał wrogów musiał ugodzić Judytę.

To postępowanie wobec Judyty nie sprawiało mi przyjemności. Jakkolwiek sumienie miała śliskie, zawszeć to była kobieta; ale ważyło się zarówno życie i wolność Vogla, jak powodzenie całego naszego planu. Rzecz jasna, że nie mogły mnie powstrzymać względy delikatności.

Coraz ciaśniej było w canonie. Niebawem zobaczyliśmy Indjan, wartujących za krzewem koło skały. Oni nas również ujrzeli. Młoda Indjanka z krzesłem wyprzedziła nas i zawiadomiła, o zdarzeniu. Nie mogli strzelać, więc dopuścili nas tak blisko, że wyciągnąłem rewolwer i, popychając przed sobą Judytę, dałem kilka strzałów dla przestraszenia Yuma. Pierzchnęli czem prędzej. Odpędzaliśmy ich w ten sposób coraz dalej, aż wreszcie jeden po drugim wszyscy znikli nam z oczu. Schronili się do cieśniny, która z kanjonu Flujo bianco wiodła do kotliny puebla.

Dotarliśmy wreszcie do niej. Tu było więc owo miejsce, gdzie miała nas spotkać klęska.

- Tu chciano nas rozgromić - rzekłem do Judyty. - Połowa Yuma oczekiwała w przesmyku, a druga połowa, ukryta nad strumykiem, miała na nas uderzyć ztyłu.

- Jesteś pan djabłem, istnym djabłem! - syknęła wściekle.

- Nie przeczę, sennora. Przyznaję również chętnie, że z prawdziwą przyjemnością poślę kulę każdemu, kto zechce opuścić tędy pueblo. Tam w kotlinie skupili się wszyscy wasi. Jesteście uwięzieni. Usiądziemy u wylotu cieśniny i nie wypuścimy nikogo. Jest nas tylko trzech, ale warto wziąć pod uwagę, że poza strzelbami, mamy jeszcze dość rewolwerów, że ja mam swój sztuciec, o którym stary Melton opowie pani wiele ciekawych rzeczy. Rozporządzamy conajmniej sześćdziesięcioma strzałami bez ładowania. Uprzytomnij to swoim ludziom! Powiedz także, że nikomu nie damy pardonu, jeśli włos spadnie z głowy jeńca! A nie zapomnij dodać, że mamy wyśmienity słuch. Ktokolwiek zechce się wykraść, usłyszymy go zdaleka i nie minie go śmiercionośny śrut. A teraz wróć do swoich! Nam sennora nie jesteś już potrzebna. Ale ponieważ umówiłaś się z nami na jutro w południe, przeto posiedzimy tutaj do tego czasu. Skoro bedziesz nam miała co do powiedzenia, owszem - jestem gotów posłuchać, czy nie stracisz z dzisiejszej buty. "Wielki bohater i zbawca bezinteresowny" żegna sennorę!

Puściłem jej ramię. W okamgnieniu znikła w cieśninie. Usiedliśmy, trzymając broń w pogotowiu. Nie było już tak jasno tutaj, w kanjonie! Słońce schyliło się ku więzom.

- Do piorunów, Charley, co za świetny pomysł! - szepnął Emery. - Któżby uwierzył, że w biały dzień dotrzemy aż tutaj!

- Pah! Ten pomysł sam się narzucał. Gdybym nie wpadł nań, słuszniebym mógł uchodzić za idjotę.

- Aczkolwiek tak mówisz, nie sądzę, abym ja go powziął. Teraz wygraliśmy. Pueblo jest nasze!

- Jeszcze nam daleko do tego. Ale sądzę, że Meltonowie uciekną.

- Pioruny! Wówczas musielibyśmy znowu ich ścigać, kto wie, jak daleko.

- Właśnie to sobie pomyślałem. Zrozumiałem, że trzeba im zamknąć drogę. A jest tylko jedna droga, ta mianowicie, gdzie teraz siedzimy! Meltonowie wiedzą, że czuwamy, że zastrzelimy każdego, kto się ośmieli wyjść z cieśniny; będą się zatem strzegli, A więc trzymamy ich mocno.

- Gdyby to tylko było pewne! Rzecz możliwa, że wszyscy hurmem wypadną.

- Wszyscy hurmem? Jakżeto być może? Wszak tylko jeden człowiek pomieści się w przesmyku. Dla dwóch niema miejsca. Jeśli pójdą gęsiego, to ich pochwytamy. Jeden z nas wystarczy, aby strzec wylotu.

- Hm, masz rację. Łajdaki tkwią we własnym potrzasku. Ale nie możemy przecież wiecznie tu siedzieć - musimy wejść do kotliny.

- Naturalnie. Skoro tylko się ściemni, wymkniemy się stąd. Niestety, nie mamy koni. Będziemy musieli odbyć pieszo drogę do krawędzi skały.

- Lecz droga przez wylot stanie otworem!

- Tak, ale oni o tem nie wiedzą. Myślą, że nie odejdziemy stąd, i nie odważą się wejść do przesmyku.

- Kiedy będziemy się spuszczać z góry, zobaczą nas i uciekną tędy.

- Być może, ale temu nie można zapobiec.

- A jednak! Jeden z nas musi tu zostać.

- Hm! Co myśli mój brat Winnetou?

- Nasz brat Emery ma słuszność - odpowiedział Apacz. - Niech tu zostanie. Ze swoją dwururką i dwoma rewolwerami powstrzyma każdego, kto zechce tędy się przekraść.

- Tak - potwierdził Englishman. - Przytem nie jestem zbyt zawołanym gimnastykiem i turystą - niełatwo mi będzie poradzić sobie z lassem. Tu jednak nic innego mi nie pozostaje, jak dać po nosie każdemu, kto go się ośmieli wysunąć.

- Ale czy poradzimy sobie we dwóch w pueblo? - zapytałem Winnetou.

- Tak.

- Zdołamy schwytać obu Meltonów?

- Tak. Ja jednego, ty drugiego.

- I przełamać opór Yuma, którzy nam staną na zawadzie.

- Nie staną na zawadzie. Nie będzie ich wcale w pueblo. Na pewno leżą u wylotu cieśniny. Jak my tu czuwamy, aby nie uciekli, tak samo oni tam czuwają, abyśmy nie wtargnęli.

- Przyznaję. Ale jest to zawsze odwaga nielada opuścić się we dwóch z tak wysokiej skały do kotliny, pełnej wroga. Najgłupsza kula potrafi zgładzić najśmielszego.

- Yuma wcale nie będą strzelać. Przecież nie siedzą w pueblo, tylko u wylotu kotliny. W budowli zostali jedynie obaj Meltonowie i Judyta. Poradzimy sobie z tą trójką, nie alarmując Yuma. Potem zaś nikt nie targnie się na nas, gdyż Meltonowie, jak uprzednio Judyta, będą nam służyć za tarczę. Mój brat Szarlieh wyolbrzymia przeciwieństwa w wyobraźni.

Podobnych słów nie słyszałem jeszcze od Apacza. Wiedziałem, że nie wątpi o mojej odwadze, a jednak odczuwałem coś, co poprostu należałoby nazwać wstydem. Nasza nocna wycieczka zdawała mi się zuchwalsza, niż jemu. Pueblo było bowiem budowlą zdradziecką dla napastnika. Do mieszkań prowadziły jedynie otwory w dachach, Zanim się przeto oparło stopę na podłodze, można było dostać dziesięć kul, albo dźgnięć nożem. A przedtem jeszcze czekała nas przeprawa z lassem. Prawdopodobnie niebo będzie usiane gwiazdami. Jakże łatwo przy blasku gwiazd można nas, wiszących, dostrzec z dołu! A wówczas "ustrzelonoby" nas, tak jak naprzykład na ptasiej łące w Tiegelhausen, lub Pffannenstadt rok rocznie w pięknę porę letnią bractwo kurkowe "strzela" drewnianego ptaka.

Skoro wyjaśniłem swoje obawy Apaczowi, uśmiechnął się i rzekł:

- Mój brat ma wielkie mniemanie o mężczyznach, którzy znajdują się w pueblo. Yuma strzegą wylotu cieśniny. Czy w mroku?

- Nie. Na pewno rozniecą ogień. Muszą się każdej chwili spodziewać naszego podejścia. W ciemności mogłoby się nam powieść, ale nie przy ognisku.

- Będą zatem siedzieć przy ognisku. Blask jego tak Yuma oślepi, że nie zobaczą, co się dzieje na górze, na ciemnej skale. Nie spostrzegą nas.

- Ale co będzie, jeśli Meltonowie, a może też Judyta, siedzą w ciemnościach na górnej platformie? Stamtąd łatwo nas zauważyć.

- Mój brat niech nie zapomina, że oni przypuszczają, iż czuwamy tutaj. Skupią zatem uwagę na wejściu do cieśniny. Pocóżby mieli gapić się na ścianę skalną?

Musiałem przyznać rację, co i mnie samego uspokoiło. Miałem skrupuły, albowiem wiedziałem, że ostateczne rozstrzygnięcie nastąpi dzisiaj. Gdyby się nam dzisiaj nie powiodło, należałoby przypuszczać, że przegraliśmy z kretesem.

Emery wziął pod rozwagę wzmiankę Apacza o ognisku. Podniósł się i oddalił, aby poszukać suchego drzewa. Pomogłem mu. Ognisko mogło się przydać z dwóch względów. Po pierwsze oświetliłoby okolicę, a po wtóre, skoroby było zapalone nie u wylotu cieściny, lecz w jej gardzieli, stałoby się zawadą dla każdego, ktoby wejść do cieśniny usiłował.

Skoro się ściemniło, dotarły do nas z głębi lekkie obłoki dymu. A zatem Yuma rozniecili ogień. Ułożyliśmy drwa w cieścinie i podpalili. Zebraliśmy tyle paliwa, że starczyłoby do podsycania ogniska przez całą noc.

Emery popełniłby wielki błąd, gdyby usiadł wpobliżu ogniska. Poszukał przeto miejsca w zaroślach i ukrył się w mroku - naprost ognia. Wskutek tego mógł zaglądać daleko w przesmyk i zawczasu dojrzeć intruza. Mnie i Winnetou czas było w drogę. Wziąłem od Anglika lasso, bo było nam potrzebne. Podobnie jak my, przewieszał je przez lewy bok i prawe ramię.

- Masz - rzekł. - Chcę wierzyć, że się nie zerwie. Kiedy będziecie na górze?

- Najwcześniej za pięć kwadransów, musimy bowiem pójść pieszo.

- Czy nie będziecie mi mogli dać znaku, skoro zejdziecie nadół?

- Nie. Znak mógłby nas zdradzić.

- Ale chciałbym wam pomóc, gdyby doszło do walki.

- Mam nadzieję, że nie będzie nam potrzebna pomoc.

- A jeśli jednak?

- Więc posłuchaj uważnie. Jeśli usłyszysz zwykłe strzały lub inny hałas, to zostań na posterunku i nie wpuszczaj nikogo. Ale skoro usłyszysz głośny i głęboki huk mojej niedźwiedziówki, który na pewno dotrze do ciebie, znaczyć to będzie, że jesteśmy w niebezpieczeństwie. Wówczas poprzez ognisko wpadniesz do kotliny. Skoro tylko cię zobaczę, zawołam co masz czynić.

- Well, niech tak będzie. Spodziewam się, że nie trzeba będzie łatać szramy, lub dziury na naszych ciałach. Dziś wreszcie trzymamy mocno obu szubieniczników i nie sądzę, żeby nam drapnęli.

Podzielałem jego mniemanie. Podałem mu dłoń i odszedłem wraz z Apaczem.

Teraz w canonie było tak ciemno, że zwykły śmiertelnik nie widziałby ręki przed oczami. Ale my źrenice mieliśmy tak wyćwiczone, że nie potykaliśmy się o drzewa, ani nie wpadali do wody. Jako tako posuwaliśmy się naprzód. Skoro wyszliśmy z doliny i wąwozu, rozjaśniło się znacznie, gdyż gwiazdy świeciły jarko.

Pomknęliśmy, nie rozmawiając ze sobą, ile że nic nas do rozmowy nie zmuszało. A jednak minęła przeszło godzina, zanim dotarliśmy do płaskowzgórza ponad kotliną. Winnetou zaprowadził mnie do drzewa, do którego mieliśmy przymocować lasso.

Na dole, u wejścia do cieśniny, płonęło wielkie ognisko - reszta przestrzeni tonęła w mroku. Panowała głęboka cisza. Żaden dźwięk nie dochodził do nas, jakkolwiek na dole Yuma mogli rozmawiać, konie parskać i mogły rozbrzmiewać najrozmaitsze odgłosy.

- Czy mój brat sądzi, że powinniśmy już teraz zejść, - zapytał Winnetou.

- Tak.

- Ale Yuma są jeszcze zbyt czujni. Lepiej poczekać nieco.

- Jak mój brat sobie życzy.

Położyliśmy się, uprzednio poczyniwszy nieliczne zresztą przygotowania. Poprostu związaliśmy mocno trzy lassa. Po godzinie zabraliśmy się do dzieła. Nastąpiła mała sprzeczka. Każdy z nas chciał pierwszy zajrzeć w oczy niebezpieczeństwu. Winnetou wreszcie uzyskał przewagę.

- Pierwszy nie może złazić, - rzekł - lecz musi być spuszczony. A ponieważ jesteś silniejszy ode mnie, więc zostaniesz na górze. Dopiero po mnie zejdziesz.

Przywiązaliśmy do drzewa koniec lassa; drugim końcem Winnetou przepasał się przez piersi, plecy i pod ramiona; zawiesił swoją strzelbę i ukląkł nad brzegiem otchłani. Wziąłem linę w ręce, mocno wparłem nogi w ziemię i zacząłem powoli przepuszczać lasso przez palce. Dzięki temu, że przesuwało się kantem skały, miałem zadanie o wiele ułatwione, nie wymagające szczególnego wysiłku. Jeszcze nie wyszła cała lina, gdy spostrzegłem, że Winnetou dopiął celu. Apacz mocno ściągnął lasso, aby rozkołysało się pode mną. Czekała mnie trudniejsza przeprawa. Stosunkowo łatwo jest opuścić się na mocnej linie długości czterdziestu łokci, ale o wiele trudniej zleźć po cienkiem lassie w taką głębinę. Jeśli się nie posługiwać nogami, to można zetrzeć sobie mięso z rąk. Zsuwałem się powoli. Kiedy wreszcie stanąłem u boku Winnetou, ręce moje gorzały, chociaż nie odczuwałem bólu. Oczywiście, nie zostawiłem strzelb na górze, zawiesiłem je bowiem na plecach.

Stanęliśmy więc na górnej platformie puebla. Wpobliżu sterczała drabina, a jeszcze o kilka kroków dalej - otwór: wejście do niższego piętra.

- Czy nie zauważyłeś czegoś podejrzanego? - zapytałem Apacza.

- Nie.

- Być może, ktoś jest pod nami. Musimy przyłożyć ucho do otworu.

- Nie trzeba; niema tam nikogo. Gdyby ktoś był pod nami, drabina tkwiłaby wewnątrz otworu.

- Słusznie. A więc zejdziemy na niższą platformę!

Zeszliśmy po drabinie, nie szczebel po szczeblu, lecz zsuwając się, byle szybciej. I tu również widniał otwór i drabina stała również na uboczu. A zatem nie było nikogo na piętrze pod nami. Winnetou wskazał na ognisko i rzekł:

- Tam na dole siedzą wszyscy wojownicy, którzy, jak nam mówiono, zamieszkują wyższe piętra. A zatem nikogo w nich niema.

Chciałem to potwierdzić, lecz naraz rozległ się z dołu krzyk dziecka.

- Cóżto takiego? - szepnął Apacz. - A zatem są tam ludzie?

- Cicho! - ostrzegłem. - Myśleliśmy o wojownikach, a więc mężczyznach, zapominając całkiem o kobietach i dzieciach. Trzeba zachowywać się nader przezornie, nie wywoływać szmeru, inaczej bowiem squaw wybiegną, aby zobaczyć, co się stało.

- Mężowie, schodząc nadół, wyjęli drabiny z otworów. Nikt nie może wyjść z wnętrza, dopóki nie wrócą wojownicy i nie ustawią drabin.

Skradaliśmy się cichaczem z jednego tarasu na drugi, aż doszliśmy do czwartego, gdzie, ku naszemu ubolewaniu, drabina nie była przystawiana do ściany, lecz sterczała w otworze.

- To niebezpieczne! - szepnął Apacz. - Każdej chwili może ktoś wejść na górę i zobaczyć nas. Musimy stąd odejść.

- Zpowrotem na górę?

- Nie. Na niższą platformę.

- Ale w jaki sposób?

- Pomożemy sobie wzajem. Chodź!

Piętra nie były o wiele wyższe nad cztery łokcie; mogliśmy więc od biedy zejść i bez drabiny. Ale nie wolno było skakać, aby nie sprawiać hałasu. Dopełzliśmy do brzegu platformy. Na dole, w otworze niższego tarasu, świeciło matowe, ledwie dostrzegalne światełko.

- Biada! - szepnąłem. - Tu na dole jest trzecia platforma, a zatem dach drugiego piętra, gdzie mieszka Melton ojciec. U niego się świeci. Wcale to nam nie na rękę, tem bardziej, że nie mamy drabiny, a musimy się wystrzegać wszelkiego szmeru.

- A więc tem prędzej trzeba działać. Spuszczę mego brata na jego długiej niedźwiedziówce. Potem niech stanie przy murze, abym mógł zejść po jego plecach.

Szczęśliwie opuściłem się na dolny taras. Winnetou stanął na moich plecach; aby mu dać jeszcze jeden szczebel na moich splecionych dłoniach, przymierzyłem broń do muru. Apacz stanął na tym szczeblu i usiłował postawić nogę na tarasie; odstęp był zbyt wysoki; Apacz potknął się, uderzył o ciężką niedźwiedziówkę, ta zaś runęła, wydając głośny, ciężki huk. I to tuż nad mieszkaniem starego Meltona!

- Czem prędzej do końca tarasu! - szepnąłem. - Potem położyć się plackiem. Melton pewno nadejdzie!

Skradliśmy się na koniec dachu. Ledwo zdołaliśmy się położyć wyszedł z otworu stary. Wychylił się całym korpusem i zapytał w dialekcie Pueblosów:

- Payu ti-i? - Czy jest tu kto?

Nie doczekawszy się odpowiedzi, wyszedł na taras i posuwał się powoli, na szczęście w kierunku przeciwnym. Powziął podejrzenie. Nic nie znalazłszy, poszedł na drugą stronę, ale nie tak daleko, aby nas mógł zobaczyć. Poczem wrócił do otworu i znikł w mieszkaniu. Teraz popełzliśmy i spojrzeli ostrożnie nadół. Otwór był tak niewielki, że przejść mógł tylko jeden dorosły mężczyzna. Zobaczyliśmy przeto bardzo niewiele. Dwie nogi krzesła - nic więcej. Światło zapewne się paliło w pokoju sąsiednim. Od czasu do czasu rozległo się ciche kasłanie poza tem nic nie mąciło ciszy. Niewątpliwie na piętrze tym zastaliśmy tylko Tomasza Meltona.

- Co uczynimy? - zapytałem pocichu Apacza.

- Musimy go mieć - odrzekł. - Nikogo więcej tu niema. Lepszej okazji niepodobna sobie wyobrazić.

- Ale jak? Czy zejdziemy nadół?

- Nie. Zanim który z nas zdąży zejść, Melton go zauważy, krzyknie na alarm, lub, co gorzej, chwyci za broń.

- A więc musimy go na górę wywabić.

- Tak. Zawołaj go! Ale nie głośno; może poznać obcy głos.

- Dobrze! Chwytaj starego za grdykę, ale tak, aby nie zdążył wydać dźwięku. Resztę biorę na siebie.

Schyliłem się nad otworem i zawołałem owym szybkim, stłumionym i cichym tonem, który upodabnia wszelkie głosy:

- Ojcze, ojcze, czy jesteś na dole?

- Jestem - odezwał się. Usłyszałem szmer, jaki się sprawia przy podnoszeniu z krzesła.

A więc uważał mnie istotnie za Jonatana.

- Wejdź na górę, szybko, szybko!...

- Poco?

- Szybciej, szybciej!...

- Mów głośniej! Czy nikt nie powinien tego słyszeć?

Wchodził na górę. Cofnąłem czem prędzej głowę, a Winnetou gotował ręce do schwytu. Uklękliśmy zboku, tak, aby, wchodząc po drabinie, miał nas ztyłu. Teraz ukazała się głowa, szyja; wyłoniły się z otworu plecy.

- Cóżto takiego? Gdzie jest...

Więcej nie mógł powiedzieć. Winnetou, niby żelaznymi kleszczami, palcami ścisnął mu gardło. Zadałem Meltonowi dwa uderzenia pięścią w głowę, następnie chwyciłem go wpół, aby nie runął, gdyż nogi bezwładnie straciły grunt i zsunęły się ze szczebla drabiny.

- Zemdlał - szepnął Winnetou. - Puść, niech się ześlizgnie po drabinie.

- W takim razie rozlegnie się odgłos, a syn przecież pod nim mieszka. Trzymam go mocno. Zejdź nadół, podtrzymaj, ułożymy go bez hałasu.

Łatwiej było powiedzieć, niż wykonać. Otwór dla dwóch był za wąski. Korpus Meltona zajął całą drabinę, więc stopy Apacza z trudem znalazły szczebel. Ale wreszcie zszedł nadół i przyjął bezwładne ciało. Poszedłem za nim.

Znalazłszy się na dole, ściągnęłem do siebie drabinę, aby nikt nam nie mógł przeszkodzić. Poczem obejrzałem się dookoła. Otaczały nas cztery gołe ściany gliniane. Stała tu tylko drabina i stare krzesło, którego nóżki widziałem poprzednio. Z prawej i lewej strony dojrzałem drzwi. Rzuciłem spojrzenie na prawo, gdzie Melton poprzednio siedział. Również cztery nagie ściany, stary stół, dwa krzesła i posłanie ze skór i kołder. Wnętrze to wyglądało nader posępnie, ale było zbyt wyszukane dla takiego człowieka, jak Tomasz Melton. Wyciągnąłem nóż, pokrajałem kołdrę na długie pasma, poczem związałem niemi Meltonowi ręce i nogi. Szmat kołdry wetknąłem do ust, aby nie mógł krzyczeć. Chociaż śpieszno nam było, dosyć mieliśmy czasu, aby się rozejrzeć dookoła. Na stole stała prymitywna lampa gliniana, napełniona kiepską oliwą. Tą lampą oświetliliśmy sobie drogę.

Było sześć pokojów, umeblowanych nader skąpo. Sprzęty tam stały zgruba ciosane siekierą. W jednym z pokojów, niesłusznie zresztą tak zwanych, gdyż nie miały okien, a drzwi również nie przepuszczały światła dziennego, leżała broń Meltona. Zostawiliśmy ją na miejscu.

Byliśmy zadowoleni, że bezpośrednio nadół nie wiodła żadna droga. A zatem stamtąd, z mieszkania Jonatana Meltona i Judyty nikt nie mógł podczas naszej nieobecności wejść i oswobodzić starego. Wróciliśmy do Tomasza i wciągnęli go do pokoju, gdzie stała lampa. Przewróciliśmy stół nogami do góry, wsunęli między nie Meltona i przywiązali. Teraz nie mógł sam się uwolnić. Zgasiliśmy lampę, przystawili drabinę i, wszedłszy na platformę, wyciągnęli ją na górę, aby zejść po niej na niższe piętro, gdzie mieszkał Jonatan Melton.

Otwór był niezakryty - biło z niego mocne światło. Zeszliśmy nadół, podkradli się do otworu i zaczęli podsłuchiwać. Rozmawiało dwoje osób. Dobiegał głos męski i kobiecy; poznałem Jonatana i Judytę. Drabina prowadziła do wnętrza. Otwór był tu dwakroć większy, niż poprzedni, to też, nachyliwszy się, zobaczyliśmy większą przestrzeń pod sobą. Poza drabiną ujrzałem czworo nóg, ale tym razem nie drewnianych, tylko ludzkich: parę w męskich butach, a parę w małych pantofelkach. To Jonatan i Judyta siedzieli obok siebie na ławce. Dosłyszałem właśnie, jak Judyta rzekła:

- A więc uważasz, że ci trzej ludzie zatrzymają się przed wejściem?

- Tak - odpowiedział. - Aby nas strzec.

- I niesposób ich odpędzić?

- Nie. Niestety, z kotliny prowadzi tylko jedna droga. Gdyby nawet było nas tutaj stu, czy więcej mężczyzn, nie poprawiłoby to sytuacji, - przejście przez cieśninę dostępne jest tylko dla jednej osoby. Pierwsi, którzy się odważą, legną od strzałów i swemi ciałami zakorkują drogę innym. Jedyna pociecha w tem, że mamy dosyć żywności na długie miesiące, a wody nawet na całą wieczność. Do tego czasu owi trzej szubrawcy stracą cierpliwość.

- Tak długo nie musimy czekać. Chodź, ukochany, chcę ci coś pokazać!

- Co?

- Zobaczysz. Zejdziemy nadół.

Zejdziemy nadół? A więc najprawdopodobniej wejdą na górę po drabinie. Czem prędzej cofnęliśmy się do otworu i ułożyli w najdalszym kącie tarasu. Ale czekaliśmy nadaremnie - nie przyszli. Stąd wynikałoby, że z pierwszego piętra można zejść nadół bezpośrednio. Dopełzliśmy do krawędzi platformy i ostrożnie spojrzeli na dolny taras, ale bez skutku. Chętniebyśmy się dowiedzieli, co Judyta chciała pokazać swemu "Jonatankowi". W każdym razie myślała o ucieczce. Dopiero po dłuższym czasie odważyliśmy się zbliżyć ponownie do otworu. Oboje wrócili już i kontynuowali rozmowę. Już pierwsze słowa świadczyły o szczególnej dla nas doniosłości narady. Rozmawiali bowiem o prawdopodobieństwie ucieczki z kotliny. Schyliłem niżej głowę, aby lepiej słyszeć, lecz oto Winnetou schwycił mnie za ramię i, odciągnąwszy, szepnął:

- Szybko idźmy stąd! Na górze ktoś nadchodzi - słyszę wyraźnie.

Leżeliśmy na drugim, licząc od dołu, tarasie, a więc na tak nieznacznej odległości od ziemi, że gdybyśmy, się wyprostowali, zalałoby nas światło ogniska. Musieliśmy odsunąć się na czworakach od otworu, skąd znowu padał blask lampy. Nie słyszałem żadnego szmeru, ale mogłem polegać na słuchu Apacza. W nieznacznej odległości od otworu zatrzymaliśmy się, aby podsłuchiwać. Panowała głęboka cisza.

- Co za szmer usłyszał moj brat? - szepnąłem.

- Wpobliżu nas kroki i odgłos rozmowy.

- Ale nikt nie nadchodzi! Musiało to być na którejś z najwyższych platform.

- Nie. To było tuż nad nami. Wiem dokładnie, że - -

Przerwał, gdyż nad sobą usłyszeliśmy wypowiedziane cichym męskim głosem słowa:

- Chodź dalej! Dlaczego się tutaj zatrzymałeś?

- Ponieważ zobaczyłem coś, co mi się wydaje podejrzane, - brzmiała niemniej cicha odpowiedź.

- Co?

- Dwie głowy. Schylały się na dole nad otworem.

- Nic podejrzanego!

- Dwie podsłuchujące głowy? I to nic podejrzanego?

- Nie. To były chyba służące.

- Nie, to byli mężczyźni!

- Czerwoni? A więc nasi koledzy.

- Bynajmniej! Był tam Indjanin z głową pokrytą tylko długiemi włosami i biały w kapeluszu.

- A zatem któryś z naszych wojowników i zapewne ojciec młodego białego.

- Ojciec białego nosi inny kapelusz. To byli obcy ludzie!

- Nie wierzę!

- I jabym nie wierzył, gdybym nie widział na własne oczy.

- Połóż się! Spojrzymy nadół.

Słyszeliśmy, że się nachylili i spojrzeli nadół. Leżeliśmy akurat pod nimi. Co za szczęście, że nie mieliśmy na sobie nic jasnego! A jednak oko wprawne i wyćwiczone dojrzałoby nas mimo ciemności. Upłynęło kilka chwil w wielkiem naprężeniu. Usłyszeliśmy pytanie.

- Czy widzisz coś?

- Nic.

- Ani ja. Chyba ci się przewidziało. Skądże znowu obcy ludzie w naszej kotlinie, a tem bardziej na platformie.

- Ja też nie mogę pojąć.

- Wszak wyjście jest dobrze obsadzone.

- A jednak są tutaj!

- Nie wierzę. Zejdźmy niżej i zobaczmy. Na pewno nikogo nie spotkamy.

- Dobrze, zobaczmy!

Słychać było, jak się podnieśli i szli do miejsca, gdzie poprzednio postawiliśmy drabinę.

- Schodzą nadół - szepnął Winnetou. - Śpieszmy na drugą stronę!

Szybko dobraliśmy się lewego końca platformy, podczas gdy obaj czerwoni schodzili na prawy. Przylgnęliśmy do muru.

- Sądziliśmy, że tylko kobiety i dzieci zostały w mieszkaniach, ale zawiedliśmy się w przypuszczeniach, - szepnął Winnetou. Mam nadzieję, że nas jednak nie odkryją.

- A jeśli? - zapytałem.

- Schwytamy ich.

- Ale musimy zapobiec krzykom!

- Lewą ręką schwytamy ich za gardło, a prawą zatopimy noże w sercach.

- Nie. Przecież nam nic nie zawinili.

- W takim razie wątpię, czy uda się ich tak powalić, aby nie krzyknęli.

- O, niejednokrotnie już ten chwyt stosowaliśmy.

- Ale raz może zawieść!

Miał stanowczo rację, ale nawet użycie noży nie zapewniało jeszcze powodzenia, dlatego lepiej było oszczędzić życie obu wojowników.

Nie skradali się, tylko chodzili, więc przy świetle ogniska mogliśmy ich dokładnie widzieć. Zeszli po drabinie i podążyli na lewo, ostrożnie badając teren. Ze skrupulatności poszukiwań mogliśmy wnioskować, że dotrą do naszego kąta.

Istotnie, tak się też stało. Zbliżali się coraz to bardziej. Odległość między nami zmniejszała się z dziesięciu na osiem - sześć, cztery kroki. Spodziewałem się, że podejdą bliżej. W takim razie skoczylibyśmy im do gardła. Ale, niestety, przystanęli i, pochyleni, wpatrywali się w nasze schronisko.

- Co tam leży? - zapytał jeden.

- To człowiek! - odpowiedział drugi.

- Nie, to dwóch ludzi. - Kto tam?

Pytanie było do nas skierowane. Nie odezwaliśmy się, pragnąc ich zwabić na bliższą odległość.

- Czego tu chcecie?

Wyciągnęli noże. Nie można było dłużej zwlekać, aczkolwiek sytuacja przyjęła obrót nie tak pomyślny, jak przewidywaliśmy. Noże ich mogły groźnie zabłysnąć nam w oczy. A zatem zerwaliśmy się i rzucili na wrogów. Uderzyłem jednego w ramię tak, że nóż wypadł mu z ręki i sięgnąłem do gardła; ale zdołał odstąpić na kilka kroków i wyciągnął przed siebie ręce, aby mnie powstrzymać. Straciłem kilka chwil doniosłych. Blask ogniska padł na moją twarz. Czerwonoskóry poznał mnie i zawołał na całe gardło:

- Na pomoc! Tu, na górze, jest Old Shatterhand!

Uderzyłem go pięścią w głowie, że nakrył się nogami, pochyliłem nad nim, przygniotłem kolanem i rękoma uchwyciłem za gardło. Nie mógł już dobyć głosu, ale teraz za sobą usłyszałem ryki drugiego Yuma:

- Jest tu Winnetou! Szybciej na górę! Na pomoc, na pomoc, na - -

Trzeci okrzyk zamarł w konającym jęku. Mój Yuma był obezwładniony; nie poruszał się wcale. Odwróciłem się do Winnetou. Przygniatając przeciwnika ciężarem swego ciała, wprawił w ruch pięści.

- Co robić z nimi? - zapytał mnie. - Nie mamy czasu, ich wiązać.

- Przerzucimy ich przez krawędź na pierwszy taras. Prędzej, prędzej!

Natychmiast obaj zlecieli nadół. Tam nie mogli nam szkodzić. Czem prędzej zwróciliśmy się ku otworowi. Sterczała w nim głowa, głowa Jonatana Meltona, stojącego na drabinie i badającego powód alarmu. Widząc, że się doń zbliżamy, zawołał głosem najwyższego przerażenia:

- Winnetou i Old Shatterhand! Do stu par fur djabłów! Są tutaj!

Nie słyszeliśmy nic więcej. Głowa znikła i niepodobna już było schwytać jej posiadacza. Zleciał nadół i ściągnął drabinę, abyśmy nie mogli zejść. Nie powiodło się nam zatem zaskoczenie młodego Meltona. Nas to wszakże nie zmartwiło: był zamknięty w pueblo i nie mógł umknąć.

Krzyki zaalarmowały całe pueblo. Z otworów wyłoniły się kobiety i dzieci. Nawoływały mężów i ojców, którzy zerwali się z miejsca. Jedni stali nieruchomi, stężali ze zdumienia, inni podbiegli do puebla, aby wdrapać się na górę i rzucić na nas. Wówczas Winnetou zwołał swoim gromkim głosem:

- Tak, tu stoją Old Shatterhand i Winnetou! Wojownicy Yuma niech się nie odważą wejść do nas. Skoro zjawią się ich głowy na drabinie, przestrzelą je nasze kule. A także niech nie usiłują uciec przez cieśninę, u wylotu bowiem oczekuje ich pewna śmierć. Squaws wraz z dziećmi niechaj się czem prędzej schronią do swoich legowisk i niech tam cicho siedzą, inaczej udowodnimy im celność naszych strzałów!

Po tych słowach zapanowało głębokie milczenie. Nie mogliśmy dojrzeć, co się działo nad nami na wyższych piętrach, ale cisza, która zaległa, świadczyła, iż kobiety posłusznie spełniły rozkaz Apacza. Podobnie mężczyźni: prawie nikt nie ośmielił się wejść na drabinę. Winnetou krzyknął na nielicznych śmiałków:

- Natychmiast wracajcie do ogniska! Kto nie usłucha odrazu, dostanie kulkę w łeb!

Yuma znali Apacza. Mieli taki respekt przed nim i przed jego srebrną strzelbą, że czem prędzej pobiegli do ogniska. Kiedy wszyscy się tam skupili, rzuciłem pytanie:

- Kto jest waszym przywódcą? Niech wystąpi na kilka kroków, bo Old Shatterhand chciałby z nim pomówić.

Upłynęła niedługa chwila, nim jeden z czerwonych, ociągając, wysunął się na kilka kroków i zawołał:

- Niema już przywódcy między nami. Każdy znaczy tyleż, co drugi, ale mimo to chcę posłuchać, co Old Shatterhand ma nam do powiedzenia.

- Przedtem jednak posłuchaj i zobacz co innego! Spójrz na sęk drzewa, które wychyla się z ognia. Za chwilę zniknie.

Przyłożyłem niedźwiedziówkę i wycelowałem. Trudno było trafić przy niepewnem migającem świetle. A jednak bez troski spuściłem kurek i wypaliłem. Sęk został trafiony i tak rozcięty, że ułomek poleciał ku skałom.

- Uff, uff! - rozległy się głosy zdumionych czerwonoskórych.

- Widzieliście, jak pewnie trafiają nasze kule? - zawołałem. - Niemniej pewnie trafią w wasze serca i głowy, o ile nie spełnicie naszych życzeń.

- Czego żąda od nas biały nasz brat? - zapytał Yuma.

- Bardzo niewiele. Nie przyszliśmy do was jako wrogowie, nie chcemy was powystrzelać, ani zranić, ani tem bardziej zabrać waszej własności. Nie chcemy od was nic, prócz dwóch białych, którzy się u was schronili.

- Czemu chcecie ich schwytać?

- Ponieważ zbrodnie, które popełnili, wymagają kary.

- Nie możemy na to przystać, gdyż przyrzekliśmy, że ich nie wydamy.

- Nie żądam, aby czerwoni wojownicy złamali dane przyrzeczenie. Cóż jeszcze im przyrzekliście?

- Nic więcej.

- Więc powiadam wam, że wywiążecie się z danego słowa. Albowiem nie wydacie ich nam, tylko my sami ich schwytamy. A może się zobowiązaliście białych bronić, o ile nam uda się wślizgnąć tu skrycie?

- Nie wzmiankowało się o tem. Nikt nie przypuszczał, że ty - - uff, uff, uff!

Przerwał mowę okrzykiem strachu, gdyż w tej chwili zdarzyło się coś, co istotnie mogło go przerazić. Otóż Emery usłyszał mój wystrzał. Nie chciałem go właściwie przywołać, wszak obylibyśmy się bez jego pomocy, ale on rzucił się do cieśniny, jednym śmiałym susem przesadził płonące ognisko i wdarł się pomiędzy szeregi czerwonych, oszołomionych nagłym zjawieniem się odważnego Englishmana. Rzucił spojrzenie w górę i zawołał do nas, wywijając strzelbą:

- Charley, co mam czynić? Czy trochę przesiać drabów?

- Nie, to nie jest konieczne. Pojednamy się z nimi. Ale chodź tu do nas na górę!

- Aby mnie zastrzelili, gdy będę się drapał po drabinie?

- Nikt nie będzie strzelał, gdyż ktokolwiek ośmieli się podnieść flintę, padnie trupem na miejscu od mojej kuli. A zatem wejdź.

Usłuchał i wszedł po drabinie. Czerwoni byli przerażeni naszą niespodzianą obecnością w pueblo, nagłe zaś zjawienie się Emery'ego oszołomiło ich do reszty. Ani nawet przez myśl im nie przeszło sięgnąć do flint, zresztą tak kiepskich, że nocną porą nie mogły nam nic złego wyrządzić. Emery, ledwo dotarł do naszej platformy, rzekł:

- Widzę, żeście szczęśliwie zeszli. Gdzie tkwią Meltonowie? Czy wiecie?

- Tak. Ale poczekaj, muszę jeszcze zakończyć sprawę z czerwonymi, - odparłem i, zwracając się do nich, zawołałem: - Moi bracia widzieli, że nie lękamy się ich, że wręcz przeciwnie, przewaga po naszej stronie. Tak samo wiedzą, że żądamy od nich jedynie białych. Czy pozwolą nam odjechać z nimi, nie stawiając przeszkód?

- A więc nic od nas nie żądasz? - zapytał mówca.

- Nie.

- A może żądasz wydania białej squaw, która tu mieszka.

- Nie.

- Była squaw naszego wodza i musimy jej bronić.

- Nie chcielibyśmy jej wcale. Nie pozbawimy was tego skarbu.

- A pozostawicie jej wszystko, co do niej należy?

- Tak. Jej uprawnionej własności nie dotkniemy.

- A więc jesteśmy gotowi zawrzeć z wami pokój. Gdzie wypalimy fajkę pokoju?

- U nas, na górze.

- Czy wszyscy mamy wejść?

- Nie. Wystarczy, że sam przyjdziesz. Przemawiałeś w imieniu swoich braci i będziesz w ich imieniu działał. A zatem wejdź i przynieś swój kalumet!

Ani mi się śniło wpuszczać całej hołoty. Nie popełniłbym takiej nieostrożności. Yuma przyszedł sam i zdjął z szyi, zawieszoną na rzemyku, smolną fajkę. Tytuń wyjął z woreczka za pasem. Usiedliśmy i puścili w obieg fajkę. Aczkolwiek skróciliśmy praktykowane zazwyczaj ceromonje, to jednak, z chwilą gdy zawartość fajki uszła z dymem, mogliśmy być pewni, że Indjanie nie zgwałcą ugody. Tem bardziej, że Yuma podniósł się i przemówił uroczystym głosem:

- Tak oto został zawarty pokój między nami i wami. Dochowamy go wam wiernie. Jest was tylko trzech, a nas wielu, a jednak dostaliśmy się w waszą moc, gdyż nie posiadamy takiej broni zaczarowanej, jak Old Shatterhand. Czy moi bracia istotnie dotrzymają pokoju i nic nam złego nie wyrządzą, ani niczego nam nie zabiorą?

- Tak - potwierdziłem. - Nigdyśmy jeszcze nie złamali słowa.

- Dam wam zatem dowód naszej rzetelności. Wojownicy Yuma przyślą tu wszystkie flinty i noże i wam odadzą. Będziecie pewni, że jesteśmy naprawdę usposobieni pokojowo.

- Mój czerwony brat niech wyda rozkaz. Poza tem pragniemy, abyście podsycali ognisko do rana i aby się żaden z was od niego nie oddalał. Czy przystajecie na to?

- Tak.

- A następnie powiedz nam, jak jest najłatwiej schwytać młodego białego?

- Nie, tego nie powiem, bo przyrzekliśmy nie wydać ani jego, ani jego ojca. A odpowiedź na twoje pytanie byłaby niejako wydaniem.

- Przyznaję ci słuszność. Ale zato powiesz mi co innego: gdzie są nasze konie?

- Pasą się lub śpią tam pod drzewami, gdzie zaległa mrok.

- Czy wypróżniono nasze torby u siodeł?

- Tak.

- Kto zabrał rzeczy, które tam leżały?

- Obaj biali, których chcecie pojmać.

- Wraz z końmi schwytaliście młodego białego. Czy jest ranny?

- Nie.

- Gdzie go umieszczono?

- Młody biały jest uwięziony tutaj w pueblo.

- Gdzie?

- Nie wiem.

- Czy mam ci ufać? Wszak musisz wiedzieć!

- Nie. Nie powiedziano nam. Widzieliśmy tylko, że przebył dwie drabiny.

- A zatem aż do tego tarasu?

- Tak. A potem musiał zejść przez otwór do mieszkania białej squaw.

- Czy jest tam komórka, nadająca się na celę jeńca?

- Nie. Jest tam tylko mieszkanie. Być może, umieszczono go o drabinę niżej.

- Musielibyście wszak zobaczyć!

- Nie, bo z tego piętra prowadzi otwór na parter.

- Gdzie jest ten otwór?

- Z prawej strony, w ostatnim pokoju, tam, gdzie kuchnia białej squaw.

- A gdzie ona zwykle sypia?

- W przedostatnim pokoju z tej samej strony. Powiedziałem wszystko, co mogłem powiedzieć. A teraz każę przynieść wam broń.

Oddalił się, aby wydać odnośne rozkazy. Własnowolne wydanie broni mogło rozproszyć resztki nieufności. - Nie trzeba chyba podkreślać, że nieustanną uwagą darzyliśmy wejście do mieszkania Judyty. Wszak siedzieliśmy wpobliżu i Jonatan Melton mógł wdrapać się na drabinę i parę kul nam posłać. Muszę dodać, że obaj Indjanie, których rzuciliśmy na niższą platformę, już dawno zeszli nadół i przyłączyli się do swoich towarzyszów. Nie ponieśli więc żadnego uszczerbku.

Przyniesiono broń i złożono wpobliżu nas. Niebawem zostaliśmy sami i mogliśmy pomyśleć o uwolnieniu Vogla i schwytania Jonatana Meltona.

Przedtem odpowiedziałem Englishmanowi, jak to dostaliśmy się do puebla i obezwładnili starego Meltona.

- Majstersztyk! - rzekł. - Sądzę, te nietrudniej będzie dać radę jego synalkowi.

- Nietrudniej? Jestem zdania, że nawet niebezpiecznie, gdyż musimy zejść tędy przez otwór.

- Stanowczo. Co dalej?

- Czy może chcesz iść pierwszy?

- Tak, i to natychmiast!

Od słów chciał przejść do czynów. Odciągnąłem go i ostrzegłem:

- Stójże! Czy nie możesz sobie wyobrazić, że Melton stoi na dole ze strzelbami i rewolwerem, i gotów jest gładko wyprawić nas na tamten świat!

- A, pioruny, i to prawda! Musimy koniecznie zejść nadół, a ponieważ tam świeci, więc nanic tak zwana przez ciebie przezorność.

- A jednak! Zobaczysz. Ale przedewszystkiem musimy się umówić, który z nas zostanie na górze.

- Sądzisz, że musi ktoś z nas zostać na górze?

- Bezwarunkowo. Idzie o nasze bezpieczeństwo. Ja muszę zejść nadół, a ponieważ trzeba będzie zakradać się i szukać, w czem Winnetou jest mistrzem, przeto uważam, że powinien pójść ze mną.

- Hm, muszę się przystosować, chociaż dusza rwie mi się do wnętrza "zamku".

- Zajrzysz tam później. Zostawiamy ci strzelby.

- Co? Nie zabieracie ich ze sobą?

- Nie. Trzeba będzie zapewne wspinać się czołgać, a strzelby mogą nam tylko zawadzać.

- A jeśli dojdzie do walki z Jonatanem Meltonem?

- Do takiej walki nie potrzebujemy strzelb. Jest nas dwóch na jednego, posiadamy noże i rewolwery. A więc oto moja broń. Przedewszystkiem zobaczę, jak tam wygląda na dole.

Zdjąłem kapelusz, wsunąłem głowę do otworu i, mocno trzymając się brzegów, dałem powoli i milczkiem nura, tak głęboko, jak pozwoliły mi ręce. Winnetou i Emery trzymali mnie, abym nie mógł upaść. Wisząc tak nadół głową, mogłem obejrzeć pokój. Zobaczyłem ławkę, na której poprzednio siedzieli Jonatan i Judyta, stół i dwa krzesła. Nad stołem wisiało lustro. To aż nazbyt skromne umeblowanie można było w owych warunkach nazwać wykwintnem. Oba otwory, które prowadziły na prawo i lewo, były zawieszone jaskrawemi makatami. Za zasłoną, na prawo, mieszkała Judyta, a na lewo Jonatan. Naraz spostrzegłem, że zasłona z prawej strony drgnęła i ukazała się ręka kobieca z rewolwerem. Szybko cofnąłem głowę - rozległ się strzał. Naturalnie, na czas zdążyłem się wycofać.

- Pioruny, to było niebezpieczne! Kto strzelił? - zapytał Emery.

- Judyta.

- Jeszcze chwila, a miałbyś rzetelną dziurę w głowie! Gdzież jest ta kobieta?

- Za zasłoną w sąsiednim pokoju.

- A Jonatan?

- Nie widziałem go. Prawdopodobnie czatuje z drugiej strony.

- Fatalna sytuacja! Niepodobna zejść.

- Mimo to skoczę nadół.

- Wystrzelą w ciebie z obu stron!

- Trudno, trzeba ryzykować. Ale prawdopodobnie poruszam się szybciej, niż oni. Lampa stoi na stole. Jeśli zdążę ją zgasić, to na pewno mnie nie trafią. Przynieście drabinę. Kiedy zawołam z dołu, wsadźcie ją i niech Winnetou zejdzie.

- Ale czy rozumiesz, że skacząc, możesz ponadto złamać kark? - Nie z takiej wysokości. A więc, zaryzykuję.

Mogłem skoczyć dzięki temu, że otwór był dwakroć obszerniejszy niż inne. Stanąłem nad nim, jedną nogą na tej, drugą na tamtej stronie. Trzymałem wpogotowiu rewolwer. Zsunąwszy nogi z kantów otworu, spadłem w postawie stojącej na koniuszczki palców. Szybki krok ku lampie, którą zgasiłem, dwa kroki wtył w innym kierunku - i oto padł wystrzał z rewolweru. To Judyta strzeliła i trafiłaby niechybnie, gdybym o minutę dłużej marudził koło stołu. Teraz trzeba było uciec się do wybiegu. Padłem z hałasem na ziemię i zacząłem jęczeć, chcąc zwabić Jonatana. Tymczasem złowiłem na wędkę Judytę.

- Boże wielki, trafiłam w niego! Czy jest pan ranny?

Odpowiedziałem jękiem i rzężeniem.

- Umiera, kona! Zabiłam go! Światła, światła!

Ze słów jej wynikałoby, że nie zamierzała mnie wcale trafić. Sądziłem, że wejdzie i zapali lampę, lecz usłyszałem, jak oddala się w głąb mieszkania. Podniosłem się i skradłem do drugiego pokoju, gdzie poprzednio stała Judyta. Z głębi, przez zasłony, przenikał blask z dalekiego pokoju i zbliżał się coraz bardziej. Uchyliła się zasłona i oto stanęła na progu Żydówka z lampą glinianą w ręce i, wlepiwszy we mnie rozszerzone zdumieniem oczy, wypuściła z drugiej dłoni rewolwer.

- Dobry wieczór, sennora! - przywitałem ją. - Wszak wybaczy sennora, że deranżuję panią w jej mieszkaniu. Ponieważ zapewne nie weszłaby na górę, a ja musiałem z sennorą pomówić, więc byłem zmuszony zejść do niej.

- Tu - tu - tu więc pan stoi! - zawołała.

- Naturalnie! A może pani uważa, że powinienem usiąść?

- Pan - pan - pan leżał tam w drugim pokoju. Słyszałam, jak pan upadł.

- I ja to słyszałem.

- Sądziłam, że pan kona, i oto - oto - stoi pan przede mną! Nie jest pan raniony?

- Nie.

- Ale czemu rzęził pan tak okropnie?

- Mam zwyczaj rzęzić dla własnej rozrywki.

- A ja tak struchlałam! Chciałam pana tylko przestraszyć.

- To dziwne. I mam w to wierzyć?

- Może mi pan wierzyć! Chciałam nie dopuścić pana tutaj.

- A skoro zszedłem, strzelała pani do mnie. Sennora, o tem pomówimy później. Ale teraz proszę mi powiedzieć, gdzie jest Mr. Jonatan Melton. Chcę się z nim rozmówić.

- Tutaj go niema.

- Przeczy pani? Muszę go zatem sam poszukać.

- Szukaj pan!

- Zechce mi sennora łaskawie świecić.

- Nie jestem pana służącą. Ma pan lampę!

Podała mi małą lampę, ulepioną w kształcie urny. Potrząsnąłem głową, mówiąc:

- Jest pani u siebie w domu, a ja tu obcy. Muszę zatem prosić sennory, aby mnie prowadziła.

- Napróżno pan prosi!

- A jednak pani przychyli się do tej prośby.

- Więc chodź pan! Wiem, że potrafi pan maltretować kobiety, może nawet obić!

- W pewnych okolicznościach nie jestem od tego daleki. Proszę więc, niech mnie pani wyprzedza! Będę szedł za panią. Jeśli ktokolwiek zamierza tu na mnie napaść, to sennora będziesz mi tarczą, a wiedz także, że w razie potrzeby zatopię nóż w pani plecach. Dwukrotnie strzelała pani do mnie - nie mam więc powodu oszczędzać sennory.

- Niema tu nikogo. Chodź pan!

Głos jej brzmiał prawdomównie, a jednak Melton musiał tu być. Zaprowadziła mnie na prawo przez swoje pokoje. Jeśli brać pod uwagę miejscowe warunki, to należy przyznać, że urządzenie nie pozostawiało nic do życzenia. Za każdą zasłoną spodziewałem się Meltona - nie było go jednak.

Następnie zaprowadziła mnie na lewo, a zatem do mieszkania Jonatana. Nietrudno było poznać, że przedtem mieszkał tu wódz indjański. Ale i tu Meltona nie znalazłem.

- Cóż, ma pan go? - zapytała triumfująco.

- Dotychczas nie. Schował się gdzieś. Nie spocznę, dopóki go nie znajdę.

- W takim razie współczuję, nigdy bowiem pan nie spocznie. Mr. Meltona niema tu od wielu godzin.

- A gdzie jest?

- Czy ja wiem? Niema go tutaj, niema go w pueblo i niema go wogóle w tej okolicy.

- A widziałem go pół godziny temu.

- Nieprawda!

- Słyszałem, jak rozmawiał z panią, tam na ławce pod otworem. Wróćmy tam! Będzie pani miała zaszczyt oglądać w swoich progach jeszcze kogoś.

- Kogo?

- Winnetou!

- Słusznie! - rzekła szyderczo. - Ciekawam, czy dwaj tak słynni westmani wytropią ślad.

- Już go mamy, sennora! Jest tam gdzie, leży drabina, której odniedawna brak u wejścia.

- A gdzie jest ta drabina? - zapytała z szyderstwem.

- Pokażę pani.

- Musiałby pan być jasnowidzącym! Wiem, że posiada pan czuły nos, ale przecież nie tak długi, abyś mógł sennor uderzyć nim o drabinę.

- Zobaczymy! Narazie wracajmy.

Kiedyśmy przyszli, przywołałem Winnetou. Spuszczono drabinę, oczywiście nie tę, o której przed chwilą mówiłem, i Winnetou zszedł do nas. Nie raczył nawet rzucić okiem na Judytę; patrzył na mnie zatroskany i spytał:

- Jonatan Melton?

- Nie znalazłem go.

- Poszukajmy.

Wziąłem z rąk Judyty lampę i udaliśmy się na ponowne poszukiwania. Judyta szła ciekawie za nami. Poszliśmy z początku na lewo, do pokojów Jonatana. Opuszczam opis tego mieszkania, gdyż nie przedstawia nic ciekawego. Nie zaglądało tu nigdy światło dzienne i nie mógłbym powiedzieć, którędy dopływało powietrze. Nie znalazłszy lokatora, przeszliśmy na prawą połowę.

Uwagę Apacza zwróciło to samo, co i mnie wydało się podejrzanem. Indjanin powiedział nam poprzednio, że sypialnią białej squaw jest przedostatni, a kuchnią ostatni pokój. Istotnie była tam w głębi kuchnia. W kącie widniało coś w rodzaju paleniska, ulepionego z gliny, a nad niem, w powale, dziura, przez którą dym ulatywał. Było tu mnóstwo talerzy, filiżanek, misek i innych statków; poza tem wielki dzban gliniany.

W drugim kącie stało, a raczej leżało łóżko, składające się z materaca, wielu skór i kołder. W przedostatnim pokoju wisiała odzież. Na stoliku stały przyrządy toaletowe, a na ziemi, na posadzce, leżały porozrzucane rozmaite drobiazgi. Ten nieład wydawał mi się nienaturalny.

- Cóż? - zapytała - Wielki i słynny wódz Apaczów jest tu również. Coście znaleźli? - Nic!

- Stanowczo nic - odpowiedziałem.

- A utrzymywał pan, że jesteś na tropie.

- Wkrótce nim podążymy.

Staliśmy w przedostatnim pokoju. Winnetou nie uważał za stosowne milczeć. Był zbyt dumny, aby zwrócić się bezpośrednio do Judyty, rzekł, przeto do mnie tak, aby i ona słyszała.

- Gdyby ta squaw była mężczyzną, Winnetou dałby jej godną odpowiedź. Mój brat niech poda lampę!

Wziął lampę. Nachyliwszy się, oświetlił podłogę i zapytał:

- Czy mój brat mniema, że te rzeczy zawsze się tak poniewierały?

- Nie. Niedawno je porozrzucano.

- Poco?

- Aby zapełnić przestrzeń. Aby nie widać było, czego tu brak właściwie.

- Mój brat ma słuszność. Niech spojrzy na ten kąt podłogi. Co tu widzi?

- Długi prostokąt odmiennego zabarwienia.

- Jakich rozmiarów?

- Tak właśnie długi i szeroki, jak łóżko, które teraz leży w kuchni.

- Słusznie! A zatem leżało tu łóżko i squaw na niem sypiała. Czemu tak nagle przeniosła je do kuchni?

- Aby zakryć coś, czego nie powinniśmy widzieć.

- Tak jest. Old Shatterhand pójdzie ze mną do kuchni.

W kuchni Winnetou sięgnął po kołdry, aby je usunąć, ale wówczas krzyknęła Judyta:

- Sennores, co to znaczy? Mam nadzieję, że uszanujecie łóżko kobiety!

- Stanowczo - odparłem. - Dlatego chcemy je umieścić na właściwem miejscu. Nie sypiała pani wszak tutaj w kuchni.

- Owszem!

- Na drabinie?

- Na drabinie? Jak pan to rozumie?

- Mam naturalnie na myśli drabinę, której szukamy. Poza tem nie zadałem jeszcze pani wielce ważnego pytania. Gdzie jest młody sennor, który tu był uwięziony?

- Nie wiem. Pytajcie o to mężczyzn.

- A jednak wprowadzono go do pani mieszkania.

- Nic o tem nie wiem!

- Jeśli sennora istotnie nie wie, to my pani powiemy. Ten pan siedzi pod pani łóżkiem.

Rzuciła się na łóżko i zawołała:

- Nikt tu nie ośmieli się zbliżyć! To grubjaństwo, to ordynarne bezeceństwo!

- Podnieś się, sennora!

- Nie! Ustąpię tylko przed przemocą. Już raz chciał mnie pan wychłostać. Uczyń to teraz!

Niechętniebym użył przemocy, ale cóż miałem czynić z tą zawziętą niewiastą? Wszelako wyręczył mnie Winnetou, który mimo poważnego charakteru, miewał pomysły wesołego chochlika. Rzekł:

- Jeśli squaw nie zejdzie z własnej woli, spłóczemy ją wodą.

Wziął wielkie gliniane naczynie, tak ciężkie, że ledwo je dźwignął z ziemi, i zbliżył się do łóżka.

- Niebiosa! On chce mnie oblać wodą! - krzyknęła Judyta i zerwała się na równe nogi.

Winnetou nie zdążył jeszcze odstawić na miejsce dzbanu, gdy posłanie usunąłem nabok. Ujrzeliśmy to właśnie, czegośmy się spodziewali. Prowadził stąd otwór nadół, na parter; był teraz przysłonięty pokrywą z klocków, związanych rzemieniami.

- Cóż, sennora, czy wątpi pani, że drabina niebawem się odnajdzie? - zapytałem.

Nie odpowiedziała.

Podnieśliśmy pokrywę i przybliżyli światło. W otworze stała drabina.

- Otóż i ona! Widzi pani, sennora, że wiedziałem, gdzie należy szukać śladu. Będzie pani łaskawa nas wyprzedzać!

- Ani myślę! Idź pan sam!

- Muszę nalegać, aby pani nam towarzyszyła. Jeślibyśmy zostawili panią na górze, mogłabyś spłatać jakiego figla. Niewiadomo, co nas tam na dole czeka i czy potrafilibyśmy się napowrót wydostać.

- Nie pójdę z wami!

- Zmusza mnie pani, abym sennorę ujął za ramię, ponieważ w tym wypadku nie możemy pani spławić wodą nadół.

Wyciągnąłem ku niej rękę. Podeszła więc do otworu i, pieniąc się ze wściekłości, zawołała:

- Nie dotykaj mnie! Jeszcze dotąd boli mnie ramię, które pan mi za dnia ścisnął. Jest pan straszliwym człowiekiem! Zejdę już sama.

Zestępowałem za nią z lampą w ręku, a za mną Winnetou. Na dole powietrze było wilgotne, jakgdyby stęchłe. Staliśmy przed długim wąskim korytarzem.

- Dokąd prowadzi ten korytarz, sennora? - zapytałem.

- Zbadaj pan sam! - odparła.

- Czy są tu jakieś pokoje?

- Szukaj sennor!

Gliniane ściany nie miały żadnych otworów. Skorośmy doszli do połowy korytarza, zobaczyliśmy miejsce, gdzie podłoga nie była udeptana z ziemi, ale sklecona z grubych mocnych belek, ułożonych w ten sposób, w jaki się zwykle przykrywa doły. Ukląkłem i usunąłem dwie, czy trzy belki.

Z głębi świeciła powierzchnia wody. Wysondowałem przy pomocy jednej z belek. Była głęboka na dwa łokcie, a dzieliła ją od nas odległość łokcia.

- Uff! - rzekł Apacz w narzeczu Siouxów. - Czy mój brat widział cysternę przed pueblem, nawprost jego ośrodka?

- Tak.

- Stoimy w korytarzu, który przebiega całą szerokość puebla. Czyżby ta woda łączyła się z cysterną?

- Prawdopodobnie.

- W takim razie łączy się również z rzeką. A więc tędy można dotrzeć do Flujo blanco.

- Tak jest, tak! I tędy właśnie ulotnił się młody Melton.

- Należy zmusić squaw, aby nam wyznała prawdę.

- Czy aby potrafimy ją zmusić?

- Jeśli - - Słuchaj! Czy brat mój nie słyszał jęku?

- Nie.

- Dobiegł z głębi korytarza. Idźmy tam!

Ułożyłem deski na pierwotnem miejscu i podjęliśmy dalsze poszukiwania. Tak, teraz usłyszałem jęki, a raczej rzężenie. Przyśpieszyliśmy kroku, nie zwracając uwagi na Judytę, która została za nami. Pomyślałem o Voglu, stąd ten pośpiech i ta karygodna nieostrożność. Istotnie, leżał tu spętany i przywiązany do wbitego w ziemię kołka. Obwinięto mu usta i nos starą chustą, tak że nie mógł krzyczeć, tylko stękać i ledwo oddychać. Oczywiście, przedewszystkiem usunęliśmy knebel. Głęboko odetchnął poczem zawołał:

- Bogu dzięki! Widziałem, jak wchodziliście do korytarza i obawiałem się, że nie doszedłszy do tego miejsca, wrócicie na górę. Proszę was, uwolnijcie mnie z rzemieni.

Przecięliśmy pęta. Podniósł się, prostował zbolałe członki. Zapytałem:

- Nałykał się pan wiele strachu, co?

- Naturalnie!

- Wszak mógł pan sobie powiedzieć, że przyjdziemy do pana.

- O, że dostaniecie się do puebla, o tem byłem przekonany, ale nie sądziłem, że znajdziecie tę kryjówkę.

- Tak to się dzieje, kiedy, zamiast strzec konie, zasypia się snem sprawiedliwych.

- Cóż mogłem robić? Nie byłem właściwie zmęczony, ale uśpiła mnie nuda. Kiedy się ocknąłem, byłem już spętany. Zaprowadzono mnie przez kanjon i cieśninę do puebla i przesłuchano.

- Kto?

- Obaj Meltonowie i Judyta. Uważał pan tę kobietę za lekkomyślną tylko, ale w istocie jest ona zła, równie zła, jak Meltonowie. Wszak wie, że Melton zdobył bogactwo oszustwem i zbrodnią. Zdjęty gniewem, popełniłem wielką nieostrożność.

- Powiedział pan, żeś prawowitym spadkobiercą?

- Tak. Może pan sobie wyobrazić zdumienie, a zaraz potem radość tych ludzi! Powiedziano mi, że muszę umrzeć i umieszczono w tej oto norze.

- Chciano pana nastraszyć i zmiękczyć. Poczyniono nam propozycje, które odrzuciłem. Później opowiem panu obszerniej. Powiedz pan, Mr. Vogel, czy wypytywano o nasze zamiary?

- Naturalnie! Alem się nie wygadał.

- Chwała Bogu! Nie możemy tu dłużej się zatrzymać. Chodźmy! Jak widzę, Judyta nas ubiegła.

Skorośmy doszli do końca korytarza, zobaczyliśmy, że niema drabiny. Spojrzeliśmy wzajemnie na siebie.

- Co mój brat na to powie? - zapytał Winnetou z lekkim uśmiechem na wargach.

- Głupstwo palnęliśmy!

- Nie możemy wyjść, stąd! - żalił się Vogel. - Jesteśmy zatem uwięzieni!

- Nie - odparł Winnetou. - A gdyby nawet, to nie na długo. Musimy się przekonać, czy można otworzyć pokrywę.

- Nie możemy wejść. Niema drabiny.

- Jest - odparłem. - Sami stanowimy drabinę. Odzyskał pan władzę w członkach? Czy jest pan wygimnastykowany?

- Tak.

- Stań pan na plecach Winnetou. Ja uklęknę, a Winnetou stanie na moich. Wówczas sięgnie pan do pokrywy i sprubuje ją podnieść.

Próba się nie powiodła. Wściekła niewiasta, wróciwszy na górę, zabrała drabinę i obarczyła pokrywę jakimś ciężarem, skoro Vogel nie mógł jej podnieść.

- Co robić? - zapytał nasz wirtuoz. - Ledwo odzyskałem wolność, znów jestem, uwięziony.

- Sir Emery czeka na górze. Jeśli nie wrócimy, zejdzie po nas.

- Ale jeśli i Emery'ego ocygani?

- To zostanie nam droga przez wodę.

- Co za woda?

- Czy nie wie pan, że przez środek korytarza, pod ziemią, płynie woda?

- Nie.

- Łączy się prawdopodobnie z rzeką. Sądzimy nawet, że Jonatan Melton uciekł tą drogą.

- Co? Jak? Kiedy to mogło nastąpić?

- Przeszło godzinę temu.

- Ah, w tym właśnie czasie zobaczyłem światełko i usłyszałem cichy szept. Nie mogłem zrozumieć słów, ani poznać osób. Zdawało mi się, że było ich dwoje. Doszli do połowy korytarza, gdzie przez parę chwil świeciło światełko, poczem oddaliło się zpowrotem.

- To była Judyta i Jonatan Melton. Umknął! Fatalna okoliczność, lecz ma i swoją dobrą stronę......................................