Jasna Skała - Karol May
11.49 zł
9.42 zł
(5,90 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Po trzech kwadransach dotarliśmy do śladów, wyraźnie wydeptanych przez Yuma. Charakter miejscowości świadczył o pobliżu rzeki. Emery zapytał Winnetou: - O co wam właściwie chodzi? Chcieliście się pokazać Yuma, ale jak i gdzie, - o tem nie słyszałem. - Mój brat nie słyszał, ponieważ się nie pytał. Poszukamy kryjówki wrogów. - Poszukamy otwarcie? - Nie, Ukradkiem. - Chcemy przecież, aby nas ujrzeli. - Tak, powinni nas zobaczyć, ale wówczas dopiero, gdy będziemy przy nich. - Ah! A zatem podkraść się do nich. Nie możemy tedy zabierać ze sobą koni? - Nie. Umieścimy je wpobliżu. Zostanie przy nich nasz brat Vogel. Tak, czy owak, nie mógłby pójść z nami - nie umie się podkradać i tylko pokpi sprawę. - Przedewszystkiem więc musimy poszukać dla niego i dla koni dogodnej kryjówki. Wkrótce znaleźliśmy. Była to rozległa grupa krzaków, leżąca od nas na prawo. Pojechaliśmy tam, schronili konie i udzielili Voglowi wszelkich potrzebnych w danym wypadku wskazówek. Niechętnie rozstawał się z nami, ale musiał sam przyznać, że nie ma doświadczenia westmanów i, zamiast pomocy, przyniósłby nam szkodę. Wracaliśmy śladami Yuma z najwyższą przezornością, gdyż należało przypuszczać, że chociażby z niecierpliwości Indjanie wyślą naprzeciw wywiadowcę. Kryliśmy się za każdym drzewem i krzakiem, póki nie przekonywaliśmy się, że wrogów przed nami niema. Tak manewrując, przybyliśmy wreszcie w pobliże głębokiej doliny, gdzie Flujo blanco wrzyna się w płaskowzgórze. Dolina tworzyła canon, do którego zbliżaliśmy się prostopadle, to znaczy - droga nasza krzyżowała się z linją doliny pod kątem prostym. Naraz teren zaczął opadać. Wydrążenie nakształt wąwozu prowadziło nas ku rzece. Winnetou, jak zawsze przezorny i zapobiegliwy, rzekł: - Nie zapuścimy się w ten wąwóz. Musimy się dowiedzieć, dokąd prowadzi. Przeto wyminiemy go i dojdziemy do krawędzi canonu. Tak się też stało. Niebawem dotarliśmy do wysokiej krawędzi, z której można było spojrzeć wdół, na rzekę. Zobaczyliśmy wylot wąwozu, a nawprost niego, na drugim brzegu, - ujście strumyka, na pewno tego właśnie, o którym opowiadała squaw, a który wypływał z pośród skał. Między strumykiem a skałami było tyle wolnego miejsca, że można było wzdłuż brzegów iść, a nawet jechać. Emery wskazał w tym kierunku i rzekł: - Tam jest kryjówka. Jakże się dostaniemy niepostrzeżenie? Jeśli pójdziemy wzdłuż brzegu, to szubrawcy wnet nas zobaczą. - Czy musimy iść tamtędy? - zapytałem. - Znajdziemy inną drogę, jeśli nie tu, to gdzie indziej. - Ah! Chcesz podejść ich ztyłu? - Tak. Ponieważ wypatrują nas z tej strony, więc zjawimy się z przeciwnej. - Ale w takim razie musimy się przeprawić przez rzekę, przez canon, przez skały, a fruwać nie umiemy. - Skoro nie umiemy fruwać, będziemy musieli iść. Wróćmy do wąwozu! Znamy teraz dobrze teren i nie wątpię, że się nam powiedzie. Wróciliśmy do wąwozu i weszli, oczywiście zachowując wszystkie należne środki ostrożności. Nad brzegiem rzeki ujrzeliśmy, że ślady Yuma się rozdzieliły, - połowa biegła naprzód, druga przez rzekę ku strumykowi. Nie uszłoby to naszej uwagi, nawet bez ostrzeżenia squaw. Poprostu nie mogłem pojąć, jak obaj Meltonowie mogli przypisywać nam tak beznadziejną ślepotę. Na ten ślad zwróciłby uwagę każdy, a cóż dopiero taki Winnetou! Przeprawiliśmy się wpław przez rzekę, ale, zamiast pójść wzdłuż strumyka, cofnęli się brzegiem Flujo blanco aż do miejsca, gdzie nietrudno było wydźwignąć się na brzeg. Teraz więc staliśmy na płaskowzgórzu drugiego brzegu rzeki. Poszliśmy na lewo, naukos, w kierunku strumyka. Niebawem dotarliśmy do miejsca, gdzie zejść było łatwo. Yuma wypatrywali nas z lewej strony, pod górę strumyka, - my skradaliśmy się ze strony przeciwległej. Oczywiście, musieliśmy podwoić czujność zmysłów. Emery jeszcze niezupełnie zdawał sobie sprawę z naszych zamierzeń. Gdyśmy się zatrzymali na dobrze krytem miejscu, zapytał: - Czy ta fatyga była konieczna, Charley? - Tak - odparłem. - Yuma spodziewają się nas. Jeśli nie przyjdziemy, będą nas szukać. Znajdą ślady, prowadzące do puebla i, jeśli im się nawet nie uda zaskoczyć, to dowiedzą się o naszym planie i schwytają nas na pewno wieczorem, gdy zaczniemy się spuszczać do kotliny. - Hm, słusznie. Ale mogliśmy gdzie indziej się schronić do wieczora. - Nicby nie pomogło. Musimy ich oszukać; powinni sądzić, że tylko cieśniną zamierzamy się dostać do puebla. A poza tem, pomyśl tylko, jak pięknie ich podejdziemy. Wypatrują nas i nasłuchują, spodziewając się, że przyjdziemy wzdłuż rzeki, lub, jeśliśmy nawet odkryli drugie ślady, - wzdłuż strumyka. W obu wypadkach wpadamy im w ręce. A oto jesteśmy nad nimi i przyjdziemy ze strony nieoczekiwanej. - No, i co mamy z tego? - Co mamy z tego? - zapytałem zdumiony. - Co za pytanie? - Dziwisz się? Wszak nie chcesz czerwonym wyrządzić nic złego. Rozumiem, gdybyśmy mieli ich zastrzelić, - to owszem, istniałaby racja, abyśmy się prażyli w tym upale i podkradali z narażeniem głowy. Ale zabijać nie mamy ochoty, wypłoszymy Yuma tylko i pozwolimy stąd uciec. - Tak, pozwolimy, ale nie staremu Meltonowi. Tego schwytamy - postaramy się schwytać. A wieczorem będzie pora na syna. Jesteś już zadowolony? - Jeśli tak, to owszem. Nie mówiliście, że tu chodzi o starego Meltona! - To się samo przez się rozumiało. Ale teraz dalej, bo draby mogą się zniecierpliwić i opuścić kryjówkę. Podkradaliśmy, się dalej, nie chodząc już, lecz pełzając po ziemi. Każdej chwili mogliśmy się natknąć na wroga. - Uff! - usłyszałem nagle zdziwiony okrzyk Apacza. Wyprzedził nas o kilka kroków. Podniósł się, stanął za gęstym krzewem i wskazał naprzód, na przerzedzone miejsce. Podpełzliśmy. Ogarnęło nas zdumienie, a raczej rozczarowanie. Trawa na tem miejscu była udeptana - tu się ukrywali Yuma, ale teraz nie widać było nikogo. - Poszli sobie - mruknął Emery. - Tak, o ile to nie jest podstęp, - ostrzegłem. - Być może, zobaczyli nas i cofnęli się, aby przywitać kulami. - Zobaczymy! - rzekł Apacz. - Moi bracia niechaj tu poczekają. Oddalił się, przeskoczył przez strumyk i znowu pełzał. Gdyby nawet tam się Yuma pochowali, nie byliby go dostrzegli w gęstwinie krzewów i chróstu. Skradał się jak wąż. Zniknął na dziesięć minut i znowu się pojawił, nie pełzając już, lecz chodząc. Był to znak, że nie znalazł wrogów. - Uciekli! - krzyknął zdaleka kwaśno Emery. - Wrócili do puebla, bo wyczerpała się ich cierpliwość. A zatem nie schwytamy starego Meltona. - Gdybyż się tylko na tem skończyło! - dorzuciłem. - Tylko na tem? - Co jeszcze mogło się zdarzyć? - Przeprawili się przez rzekę. Jeśli zobaczyli nasz ślad, to... - Do piorunów, tak! W takim razie pójdą brzegiem i wrócą do strumyka. Musimy tu zostać i przyjąć ich godnie. Lepszego obrotu nasza sprawa nie mogła przybrać. - Nie jestem tak uradowany, jak ty. Tak, skoro zobaczą ślady, pójdą za nami. Ale pytanie, w którą stronę? Jeśli pójdą wstecz, to znajdą Vogla i nasze konie. - Byłby to największy pech, jaki można sobie wyobrazić! - Więcej, niż pech. Musimy szybko podążyć za nimi i przekonać się, dokąd poszli. Pośpieszyliśmy do rzeki i szybko przeprawili się przez płytką wodę. Na gruncie u wylotu wąwozu ujrzeliśmy o wiele więcej śladów, niż poprzednio. Oglądałem je, ale nie mogłem nic wywnioskować. Tak samo Emery, a nawet Winnetou potrząsnął głową wreszcie rzekł: - Być może. Yuma znowu wrócili. Moi bracia niech szybko pomkną za mną ku wierzchowcom. Przebiegliśmy wąwóz. Tu na trawie, ku najwyższemu przerażeniu, zobaczyliśmy ślady Yuma. A zatem odkryli nasz trop i poszli za nim, ale, niestety, nie naprzód, lecz wstecz, tam, skąd przybyliśmy. Teraz biegliśmy co tchu do krzaków, gdzie zostawiliśmy Vogla z końmi. Nie myśleliśmy ośrodkach ostrożności - wszak chodziło o naszego towarzysza i o nasze konie. Jak ścigane zwierzęta, pędziliśmy przez zagajnik, z bronią w ręku, aby każdej chwili mogła przemówić. Dobiegliśmy - - lecz nie było koni, ani Vogla. Darnina nie była udeptana - ani śladu walki. Nasz słynny wirtuoz został poprostu zaskoczony. Ślady łukiem wracały stąd do wąwozu. My, tak doświadczeni, tak mądrzy, tak przemądrzy ludzie ponieśliśmy haniebną porażkę. Emery omal-że nie pękł z wściekłości. - Stoicie tylko i wyłupiacie na siebie gały! - zawołał. - Gdzie jest stary Melton, któregoście mieli schwytać? Gdybyście mnie usłuchali, nie stalibyśmy tu jak wychłostane żaki! - Czy mój brat Emery nigdy nie popełnił błędu? - zapytał spokojnie Winnetou. - Dosyć wiele, dosyć! - odpowiedział Englishman ze swą śmieszną szczerością. - Ale nie powinniśmy się tutaj zatrzymać. Musimy mknąć czem prędzej, musimy go uwolnić. Ruszajmy szybko, ruszajmy! Pomknął naprzód. Widząc, że wleczemy się zanim powoli, przystanął w biegu i zawołał! - Chodźcie, no chodźcież! Nie można tracić czasu. - Dokąd to? - zapytałem. - Do puebla? - Do... Ah, więc myślisz, że go tam zawlekli? W takim razie nie pójdzie nam tak gładko, jak sądziłem. - Rozumie się, że nie możemy teraz, w jasny dzień, szturmować fortecy. - Ale co zrobimy do nocy? - Poczekamy - nic więcej. - A więc chodźmy! Pójdźmy na krawędź skały, z której mamy się opuścić nadół, i zobaczmy, co zrobią z Voglem i końmi. - A jeśli Yuma zaczną nas szukać? Jeśli znajdą nas i unieszkodliwią? Wówczas nietylko nie schwytamy obu Meltonów, ale nadomiar stracimy Vogla. - Ale gdzie spędzimy czas tak długi? - Pokażę wam - rzekł Winnetou. - Moi bracia niech idą za mną! Przeprowadził nas aż pod wąwóz i usiadł pod krzakiem. - Czy zechcą moi bracia tu siedzieć? - zapytał. - Ja nie - mruknął Emery. - Siedzimy przed samym nosem wroga. - To jest jedyna rzecz właściwa - oświadczyłem. - Yuma po odprowadzeniu Vogla do puebla, na pewno tutaj powrócą. - Nie odważą się. - W każdym razie Meltonowie wyślą jednego lub kilku wywiadowców, aby się dowiedzieć, gdzie jesteśmy i co robimy. - A jeśli nadejdą. Cóż my? - Odeślemy ich zpowrotem do puebla i każemy się kłaniać Meltonom. W ten sposób uzyskamy pewność, że naszemu towarzyszowi nie wyrządzą nic złego. - Hm, tak, chciałbym wiedzieć. Biednemu chłopcu grozi niebezpieczeństwo, nad które niema większego. - Nie tak groźne znowu! Dopóki tu jesteśmy nie powinien tracić otuchy. - Oho! Pomyśl o spadku. - No? Dalej. - Jeśli im wyzna prawdę, natychmiast go zakatrupią. - Nie będzie chyba tak głupi, aby ją wyznać. - Czemu nie? Myślę, że na pewno wygada się ze strachu, czy złości. - Powie - potwierdził Winnetou spokojnie. - Wyzna prawdę i dlatego właśnie Winnetou usiadł na tem miejscu. Teraz przytrafiło mi się coś niezwykłego - nie zrozumiałem intencyj Winnetou. Widząc, że obrzucam pytającem spojrzeniem, rzekł: - Czy mój brat Szarlieh wierzy, że się Meltonowie nas lękają? - Tak. - Czy myślą, że będą nas mogli tutaj złapać i zgładzić. - Nie. Wręcz przeciwnie, wiedzą, iż rola ich dobiega końca. - Tak, nie pozwolimy się zaskoczyć i zabić. Mogli schwytać Vogla, ale nie nas. Odkryliśmy ich gniazdo. Jeśli stąd uciekną, to pomkniemy za nimi i nie spoczniemy, dopóki nie wpadną nam w ręce. Zdają sobie z tego sprawę. Naraz chwytają Vogla, który wyrzuca im zbrodnie i powiada, że jest jedynym prawdziwym spadkobiercą. Co w takim razie mają uczynić? - Natychmiast go usunąć - odpowiedział tonem pełnym przekonania Emery. - Czy mój brat Szarlieh podziela to zdanie? - Nie - zaoponowałem, domyślając się już zamiarów Winnetou. - Morderstwo nie polepszy ich sytuacji, lecz o wiele pogorszy. Mordercy nie będą mogli liczyć na nasze pobłażanie. - Mój brat ma słuszność, gdyż trzymając go jako zakładnika, zyskują możność ratunku. - A więc mój brat Winnetou myśli, że jeśli zostaniemy tutaj, to wkrótce nadejdzie wywiadowca, a później poseł? - Tak. - Mój brat najlepiej z nas przewiduje. Nigdy się nie myli. Jestem przekonany, że i dziś spełni się jego przypuszczenie. - Bardzo wątpię - mruknął niechętnie Emery. - A nawet jeśli się to sprawdzi, czy wejdziecie w układy z tymi ludźmi? - Tak. Należy czynić, co rozum dyktuje. Przedewszystkiem powinniśmy dbać, aby się nic złego nie stało naszemu towarzyszowi, a przeto napozór przystać na poczynione propozycje, albo, co najmniej, wziąć je pod rozwagę. Działaliśmy dziś nieprzezornie i bez szczęścia, ale jedna okoliczność godzi mnie z naszem fatalnem położeniem. - Jaka? - Że mamy lassa przy sobie. Gdybyśmy je zostawili przy koniach, wszystko byłoby dla nas stracone i nie wiedziałbym, jak uwolnić Vogla. - Pshaw! Uwolnilibyśmy go w każdym razie. Nie spocząłbym przedtem. - Ale z jakiemi przeciwnościami musielibyśmy walczyć! Teraz zaś jestem przekonany, że Vogel będzie wolny już jutro rano. Mam nadzieję, że - - Winnetou przerwał mi lekkiem skinieniem. Leżał tak, że mógł spoglądać w wąwóz. Dojrzałem błysk w jego oczach. Naraz usłyszałem szmer kroków - ktoś się skradał powoli i milczkiem. Zaszyliśmy się głębiej w zagajnik. Nabawem wywiadowca nadszedł. Był to Indjanin. Obejrzał się na prawo i lewo, nie widząc nikogo. Wyszedł z wąwozu i zaczął badać ślady, odciśnięte przez nas i przez jego towarzyszów na trawie. Teraz odwrócił się do nas plecami. Winnetou podniósł się cichaczem za nim, ja i Emery nie daliśmy na siebie czekać. Apacz spytał głośno: - Czego tu szuka mój czerwony brat w trawie? Yuma odwrócił się, zobaczył nas i ze strachu wypuścił z rąk flintę. Winnetou odtrącił ją szybko nogą i dodał: - Czy mój brat co zgubił? Widziałem, jak po bronzowej twarzy Yuma przebiegł błyskawicznie wyraz zdecydowania - stanąłem w odległości trzech kroków od wąwozu. W tejże chwili Yuma wykonał szybki obrót i upadł - wprost w moje objęcia. Wyrywał się, szamotał, ale po paru straconych próbach spotulniał i pozwolił się rozbroić. Odwiodłem go od wąwozu i kazałem usiąść na miejscu, gdzieśmy poprzednio czekali. Winnetou znowu się tak umieścił, aby mieć wąwóz na oku, i rzekł do schwytanego Yuma: - Czy mój brat wie, kim jesteśmy? Zapytany skinął potakująco. - Niech wymieni nasze nazwisko! - Winnetou i Old Shatterhand. Drugiego białego nie znam. - Ten biały jest słynnym myśliwym, który się jeszcze nigdy nie uląkł wroga. Mój brat dobrze wymienił nasze nazwiska. Gdzież je słyszał? A może nawet poznał nas kiedyś? - Widziałem was w Sonorze, w hacjendzie del Arroyo i w Almaden alto. - Jeśli mój brat sobie przypomina, co tam zaszło, to chyba wie również, że nie jesteśmy wrogami Yuma, gdyż zawarliśmy z nimi spokój. Czemu występują teraz Yuma przeciwko nam? Yuma milczał. - Pokonaliśmy wówczas wiele setek Yuma teraz zaś jest was tak mało. Czy sądzicie, że tym razem uśmiechnie się wam szczęście? - Zamieszkujemy pueblo, niedostępne dla wroga. - Mój brat się myli. Skały Almaden alto były o wiele mocniejsze i mniej dostępne, niż wasze pueblo, a jednak dotarliśmy tam i nawet schwytali właściciela. Almaden alto było bronione przez licznych Yuma, a oto mój przyjaciel Old Shatterhand sam tych czynów dokonał. Jakże łatwo nam dostać się do waszego puebla! Możecie wszyscy czuwać - jeśli zechcemy, przemkniemy niepostrzeżenie przez wąskie wejście. Wtedy nie będzie dla was ratunku. Dlatego radzę nie doprowadzać nas do tej ostateczności. Słowa te zwaliły wywiadowcy kamień z serca. Lękał się bowiem, że go zabijemy. Odpowiedział szybko: - Dlaczego wódz Apaczów rzuca słowa na wiatr? - Na wiatr? Dlaczego? - zapytał Winnetou, aczkolwiek dobrze zrozumiał, do czego zamierza Yuma. - Gdyż ci, do których rada jest skierowana, nie mogą jej usłyszeć. - Odeślemy cię do nich zpowrotem. Twarz Yuma rozpromieniła się radością. Rzekł: - A więc pozwól mi odejść! Opowiem swoim braciom, co im radzisz. - Poczekaj chwilę! Odkąd to czerwoni wojownicy nie wstydzą się być niewolnikami kobiety, białej squaw? - Nie jesteśmy jej niewolnikami! - Jesteście nimi. Dla jej sprawy zadzieracie z trzema znakomitymi wojownikami, którzy, jak wiadomo, mogą was pogromić, skoro tylko zechcą. I dla tej kobiety bierzecie w obronę ludzi, którzy są złodziejami i mordercami i nawet nie należą do plemienia czerwonych! Zasługujecie na głęboką pogardę. Oczy Yuma błysnęły gniewem. Opanował się jednak i rzekł: - Biała kobieta była squaw naszego wodza, dlatego jej służymy. - Jacyż to czerwoni wojownicy służą squaw swego wodza, a tem bardziej po jego śmierci? Mój brat niech opowie swoim towarzyszom, co Winnetou o nich pomyśli, jeśli będą dłużej bronić białej kobiety i jej obu przyjaciół. Schwytaliście młodego białego naszego towarzysza, zabraliście nam konie, napadliście na nas wczoraj wieczorem, aby schwytać i zabić, - to wszystko woła o pomstę, która was niechybnie spotka, jeśli się nie zgodzicie na pojednanie. - Czego żąda od nas Winnetou? - Naszych koni, młodego człowieka, o którym wspomniałem, i obu białych, którzy mieszkają u squaw w pueblo. - Wygórowane żądanie! A co wzamian przyrzeka Winnetou? - Życie. Poznać było po Yuma, że odczuwa wielki respekt wobec Winnetou, ale tym razem jego cienkie wargi zadrgały ironicznie, kiedy odparł: - Jeśli nam zechcą odebrać życie, to potrafimy je obronić. A może sądzi wódz Apaczów, że nie imają go się kule? - Tutaj, śród was, jestem pewien, że mnie żadna kula nie ugodzi. Znam was dobrze. A zatem wiesz, czego żądam: ojca i syna, mieszkających u was, młodego białego, któregoście schwytali, oraz koni. - A co się stanie, jeśli nasi wojownicy się nie zgodzą? - Tego ci nie powiem, ale niebawem się dowiecie. Teraz możesz odejść. Zostaniemy tutaj, aż słońce zbliży się do widnokręgu na dziesięć szerokości ręki. Jeśli do tego czasu nie dacie odpowiedzi, to spór nasz rozstrzygnie tomahawk. W ciemnościach dotrzemy do rzeki, powystrzelamy wszystkich, którzy nam staną na drodze, wedrzemy się do puebla i zabierzemy wszystko, czego nam odmawiacie. Wówczas wasze kobiety i dzieci podniosą lament i zaczną wyć nad śmiercią, która uniosła ich mężów i ojców. - Winnetou jest wielkim wojownikiem, ale i Yuma nie są myszami, które lękliwie wylatują z dziur, skoro słyszą kroki wroga. - Nie usłyszycie ich nawet. Będziemy między wami, zanim się opatrzycie. - Mamy noże. Zatopimy je w sercu wroga! - Nie zobaczycie go nawet. Mój brat może teraz iść do puebla, aby wrócić następnie z odpowiedzią. Im prędzej nadejdzie, tem lepiej dla Yuma. - Czy mogę zabrać swą broń? - Nie. Jeniec odzyskuje broń po zawarciu pokoju - nie wcześniej. Yuma podniósł się i znikł z głową podniesioną, dumnie krocząc. Buta nie pozwoliła mu ujawniać radości, którą odczuwał, że uszedł cało. Skoro znikł, Emery rzekł z uśmiechem: - Mój brat chyba nie przypuszcza, że Yuma ze strachu wydadzą nam te trzy osoby i nasze konie! - Nie. Ale Winnetou wie dokładnie, co teraz nastąpi. - Jestem bardzo ciekaw. - Yuma został wysłany na przeszpiegi poto, aby dowiedzieć się, gdzie jesteśmy i co zamierzamy. Zostawią nas jednak w spokoju, wiedzą bowiem, że po schwytaniu naszego towarzysza podwoimy czujność. Wywiadowca wróci i opowie Meltonom, gdzie nas spotkał; jakeśmy go zaskoczyli i co mu powiedzieli. W następstwie zaproponują pewną ugodę. - Jaką? - Zgodzą się wydać jeńca i konie. Poza tem przyrzekną jeńcowi część spadku, ale wzamian zażądają, abyśmy się wycofali stąd i nigdy już nie wchodzili im w drogę. Moi bracia wątpią? Dowiedzą się wkrótce, że się nie mylę. Nie długo będziemy czekać na posłankę. - Posłankę? - zapytał zdumiony Emery. - Tak. Meltonowie nie przyjdą sami, nie mogą zaś wtajemniczyć żadnego Yuma w to, co mają, nam do powiedzenia. Istnieje tylko jedna osoba, którą mogą wysłać, a jest nią biała squaw. Sądzą też, że damy się zwieść jej pięknej twarzy. Wysoko ceniłem bystrość Apacza - jakże często frapowała mnie nieomyślność jego instynktu! Ale teraz miałem wrażenie, że się przerachował, on zaś - widocznie odgadł moje wątpliwości i w milczeniu, z serdecznym uśmiechem pobłażania spoglądał na mnie jednem okiem. Zawsze przybierał ten wyraz, ilekroć, będąc innego zdania jak ja, miał rację. Czekaliśmy przeszło godzinę - leżeliśmy nawprost wąwozu. Wreszcie zobaczyliśmy czerwonego. Był to Yuma, z którym poprzednio rozmawialiśmy. - I cóż, Winnetou, czy to jest biała squaw? - zapytał Emery. - Jeszcze nie - odrzekł obojętnie Apacz. - Byłaby to rzecz niezwykłą, gdyby wysłali kobietę jako pośrednika! Jedyne zresztą nieprawdopodobieństwo w twoich wywodach. - Mój brat dowie się o prawdzie wielu rzeczy, które uważał poprzednio za nieprawdopodobne. Posłuchajmy, co powie Yuma! Yuma powoli się zbliżał. Usiadł obok nas, jakgdyby nie groziło mu żadne niebezpieczeństwo. Czekał, aż pierwsi doń przemówimy. Winnetou był zbyt dumny, ja też ani myślałem zaczynać, tylko Emery był gotów, odezwał się z ciekawości, ale na moje skinienie zaniechał. Wobec tego Yuma był zmuszony zagaić rozmowę. - Moi bracia - zapytał - nie myśleli zapewne, że tak rychło wrócę? - Nie myśleliśmy o tobie - odparł Winnetou. - Czy wrócisz, czy nie, to była dla was rzecz ważna, dla nas natomiast zupełnie obojętna. - Dokonałem powierzonego mi przez was poselstwa. Oczekiwał zapytania, ale i tym razem musiał sam dodać: - Oznajmiłem je obu mężom, którzy mieszkają u białej squaw. - A nie wojownikom Yuma? - wyrwał się Englishman. - Im również. Wszyscy słyszeli. Ojciec białego który został mężem białej squaw, posłał mnie do was z odpowiedzią. - Która brzmi? - Biała squaw przyjdzie się z wami porozumieć. Drobny uśmiech zwycięstwa przebiegł po twarzy Winnetou. Englishman rzucił gniewnie: - Biała squaw? Czy mniemasz, że zwykliśmy układać się z kobietami? - Biały, który mnie przysłał, był zdania że chętnie z nią pomówicie. - Dlaczego sam nie przybył? - Gdyż nie miał czasu. - Mógł przysłać syna. - Ten także nie przyjdzie. Przypuszczają, że ich nie puścicie zpowrotem. - Wcale słusznie. Mamy ku temu powody. Gniew ponosił Emery'ego. Ale Winnetou wtrącił: - Gdy przychodzi do nas poseł, ktokolwiek to będzie, nie zatrzymujemy go, jeśli chce odejść. Wódz Apaczów nie zwykł układać się z kobietą, ale aby wojownicy Yuma przekonali się o naszym przyjaznym do nich stosunku, godzę się na przyjście białej squaw. Wróć zatem do puebla i powiedz jej, że czekamy. Yuma odszedł; oczekiwaliśmy z niecierpliwością przybycia Judyty, którą, nie bacząc na to, co przedtem się zdarzyło, miała czelność osobiście układać się z nami. - No, - rzekł Apacz do Emery'ego - czy mój brat się przekonał, że nieraz nieprawdopodobne prawdą się staje? - Tu właśnie zaszedł taki wypadek! Jak ta osoba śmie do nas przybyć, nie mieści mi się w głowie! Jestem ciekaw, co nam oznajmi. - To, co mówiłem, Winnetou, nie użyczy jej ani słowa - niech moi bracia z nią, rozmawiają. - Ja nie! Obawiam się, że popsuję sprawę grubjaństwem. Charley, czy podejmiesz się tego zlecenia? - Z niechęcią, ale cóż, muszę! Proszę cię wszakże, nie przerywaj. Możesz popsuć nam szyki. Zapewne nie wątpiono w pueblo o naszej zgodzie, gdyż niedługo wypadło nam czekać na pojawienie się Judyty. Przyszła w towarzystwie młodej Indjanki, która niosła lekkie krzesełko, splecione z trzcinki i sitowia. Judyta nosiła przepyszny strój - tu na pustkowiu, na granicy między New-Mexico a Arizoną. Skoro się do nas zbliżyła, przybrała uśmiech zwycięski. Skinęła nam głową. Dała znać Indjance, aby postawiła krzesło nawprost nas, usiadła i rzekła: - Jestem ucieszona, sennores, że widzę was w takim dobrym stanie. Daleka jazda nie przyniosła uszczerbku waszemu zdrowiu - nie wątpię, że to wpłynie dodatnio na załatwienie naszej sprawy. Nie wstaliśmy na jej przywitanie, a nawet nie odpowiedzieli jej ukłonem. Moja twarz nie była też bynajmniej odzwierciadleniem uprzejmości, kiedy odpowiedziałem: - Żadnych pogawędek, sennora! Trzymajmy się ściśle sprawy, która nas skłoniła do spotkania. Mieszka pani teraz z tak zwanym Smallem Hunterem i jego ojcem? - Tak. - Nie wiedziała pani jeszcze w New-Orleanie że ten człowiek jest jego ojcem. Kiedyż się pani dowiedziała? - Tu, kiedy przyjechał. - A więc zna pani właściwe nazwisko swego narzeczonego? Odpowiedziała, ale dopiero na ponowione zapytanie: - Czy muszę panu odpowiedzieć? - Nie musi pani - może się pani nawet wyprzeć. Ale prędzej dojdziemy do zgody, jeśli wyzna pani prawdę. Chyba się pani nie wstydzi? Nie zarumieniła się, nie zbladła. Odparła z uśmiechem: - Powiedziano mi, że nie powinnam się was wstydzić, ani lękać. Nie jesteście dla nas niebezpieczni. Dlatego bez lęku mogę panu oświadczyć, że znam nazwisko swego narzeczonego. - Jonatan Melton, a jego ojciec nazywa się Tomasz Melton, nieprawdaż? - Istotnie. - A stryj? - Harry Melton. - Czy wie pani, gdzie przebywa teraz Harry Melton? - Wie pan o tem o wiele lepiej, niż ktokolwiek. Wszak to pan go zakłuł. - Kto pani powiedział? - Jego brat. Człowiek tak porywczy, jak pan, może się wszystkiego dopuścić, nawet morderstwa dla rabunku. - Hm. Uważa mnie pani za gwałtownika? - Naturalnie - mam wszelkie po temu powody. Czy pan nie kazał mnie kiedyś schłostać? - Stanowczo. Przyznaję pani, że z trudem hamuję gwałtowność. Ale teraz bądźmy umiarkowani. Ponieważ zna pani nazwisko swego narzeczonego, więc zapewne wie, dlaczego się tutaj schronił? - Tak. Wyznał mi to szczerze. - A pani równie szczerze to wyznaje! Więc wie pani, że jest oszustem? - Oszustem? Jedni tak to nazywają, inni nazywają inaczej. Jonatan jest rzutki i bynajmniej nie myślę go za to ganić. - Pojmuję, zrujnowała się pani. Nie posiadasz nic więcej ponad tę kamienną i glinianą ruderę, którą przesadnie nazywasz zamkiem, a którą każdy Indjanin może ci odebrać. Wobec tego jest pani bardzo zadowolona, że Jonatan objął spadek, który będziecie mogli wespół strwonić. Czy mam słuszność? - Dlaczego nie miałabym panu przyznać słuszności? Ale tą słusznością niedaleko zajedziemy. - Niech pani rozumie, że stanie się współwinną przestępstwa! - Co znaczy wina, sennor! Winą jest wszystko, co obciąża sumienie, a moje sumienie lekkie. - Nie zazdroszczę pani tej lekkości! Ponieważ mówi pani z osłupiającą szczerością, więc będę równie szczery. Przyszedłem, aby schwytać Jonatana. - Wiemy - odpowiedziała z uśmiechem. - A ponieważ przyznaje się pani do współwiny, więc bierze mnie wielka chętka, aby i panią pojmać. Teraz wreszcie spuściła z tonu. Zapytała szybko i niepewnie. - Sennor, jestem parlamentarjuszką. Czy chce mnie pan tutaj zatrzymać? - Mógłbym. - Nie, to byłoby sprzeczne z prawem wszystkich narodów! - Prawa narodów - tam, gdzie idzie o tak wielkie, tak straszliwe zbrodnie! Czy przyrzekłem, że pozwolę pani wrócić do puebla? - Nie, ale to się samo przez się rozumiało! - Nie było tak zrozumiałe, jak pani mniema. Lecz uspokoję panią. Ani mi przez myśl nie przeszło zatrzymać panią. Może sennora bez przeszkód wrócić do swej czcigodnej kompanji. Jeśli będę uważał za konieczne zabezpieczyć sobie pani osobę, uczynię to, ale jak najpóźniej. - Co za łaskawe względy! - rzekła z uśmiechem. - O nie! Czynię to z innego powodu. Nie chciałbym mieć pani przy sobie i dlatego pragnę jak najdłużej trzymać się zdala. Oto jest powód właściwy. - Dotrzymuje pan przyrzeczenia, sennor. Jest pan równie szczery ze mną, jak ja z panem. Znienawidziłam pana z pierwszego wejrzenia. - Dziękuję. Dawno już nie doświadczyłem tak prawdziwego, tak wielkiego zaszczytu. - I dlatego - dodała szybko - z prawdziwą rozkoszą układam się teraz z panem, chociaż o układach właściwie nie może być mowy. Przyszłam tylko poto, aby sprawić sobie przyjemność i oznajmić wam, żeście się tu napróżno fatygowali. Nie uwieziecie stąd nikogo, nie dostaniecie ani grosza z tych pieniędzy, które zagarnęlibyście chętnie. Czyście aż tak zaślepieni, że marzy wam się opanowanie puebla? - A jeśli jednak uda mi się przedostać do kotliny? - Wiem wprawdzie oddawna, że umie się pan niepostrzeżenie, niczem wąż, prześlizgnąć, ale nie w tej miejscowości. Musiałby pan przefrunąć ponad głowami naszych strażników. - Istnieją chwyty i wybiegi, które mogą usunąć z drogi więcej niż dziesięciu wartowników. Zaręczam pani słowem, że jeśli zechcę, potrafię z całą pewnością przedostać się do kotliny. - Tak, można panu przyznać znajomość fortelów i wybiegów! Dobrze, że pan o nich uprzedza, - zarządzi się odpowiednie środki ochronne. Ale nawet, jeśli znajdziesz się w kotlinie, co panu z tego przyjdzie? Z kotliny daleko jeszcze do puebla. - Wejdziemy i do puebla. - Nie chełp się, żeś wszechmocny! A nawet gdyby pan przenikł do puebla, nie znaczyłoby to jeszcze, że masz kogokolwiek w ręku. Jesteśmy uzbrojeni i napradę nie będziemy pana oszczędzać. A jeszcze mniej masz nadziei zagarnięcia pieniędzy. - Wręcz przeciwnie. Jestem przekonany, że je odzyskam. - Ani złamanego szeląga! - Wszakże, sennor, pańska zwarjowana idea tyle panu sprawiła subjekcji, że ci współczujemy i jesteśmy gotowi cię poniekąd wynagrodzić. - Cóż takiego, moja dobrotliwa sennora? - Wie pan, gdzie przebywa obecnie Vogel? - Tak. - Jest to znów uderzający dowód, że pański wielce sławny rozsądek szwankuje. Jakiż to strzelec przezorny zabierze ze sobą tak niedoświadczonego chłopca? Co nam przeszkadza unieszkodliwić go raz na zawsze? - Nic na tem nie zyskacie. - Nic? Naprawdę nic? - Śmierć jednego spadkobiercy, których zresztą jest wielu, nie wprowadzi was jeszcze w prawa do spuścizny. Przestęptwo pozostaje przestępstwem. Nie ośmieli się pani zabić tego młodzieńca. - Ja? No tak, mnie tam wszystko jedno, czy umrze, czy zostanie przy życiu. Ale Jonatan i jego ojciec na pewno Vogla zabiją, jeśli wrócę, nic nie wskórawszy. - Nic nie wskórawszy? A zatem ma pani poczynić pewne propozycje, postawić jakieś warunki? - Tak. Jesteśmy gotowi uprzystępnić wam pewne korzyści... - I zażądać wzamian większych? - Bynajmniej! Posłuchaj pan, co zaproponuję. Dostaniecie zpowrotem konie, a także tego młodzieńca nazwiskiem Vogel, który twierdzi, że jest spokrewniony z Hunterem... - Pięknie! - Vogel dostanie sto tysięcy dolarów w dobrych papierach wartościowych, a wy dziesięć tysięcy w tejże monecie. - To dla mnie? - Tak. Niech się pan zastanowi! Wszak, zabijając stryja Meltona, odebrałeś mu jego pieniądze. Zbijesz fortunę, co się zowie! - Słusznie, sennora. - Nie żądamy wzamian nic więcej, prócz - Umilkła, badawczo na mnie, spoglądając. - No więc, prócz -? - zapytałem. - Prócz tego, że poniecha pan Meltona i jego ojca, że nigdy nikomu nie będziesz o tej sprawie wspominał... - Naturalnie, naturalnie! - I że Vogel i jego krewni poprzestaną na sumie stu tysięcy i będą tak samo milczeć, jak pan. - Co za skromność, co za istotna wspaniałomyślność. - Prawda? Tyle gotówki za milczenie. Czy można żądać więcej? - Nie. W żadnym razie. - A zatem godzi się pan? - Tak. - To mnie cieszy! Naprawdę nie wierzyłam, aby pan był tak rozsądny i poznał się na korzyściach tych warunków. Jeśli wszyscy trzej się zgadzacie, to - - - Zgadzamy się, - przerwałem - najzupełniej zgadzamy! Ale nie dowiedziała się pani, pod jakim względem. - Więc pod jakim? - Zgadzamy się ze zdaniem, że Meltonowie są największymi łotrami pod słońcem. - To niema nic do rzeczy! - Czy również niema nic do rzeczy druga prawda, co do której się zgadzamy, że jest pani taką samą łotrzycą, jak obaj Meltonowie razem wzięci? - Sennor, poco te złorzeczenia! Czy chce pan zniweczyć naszą piękną ugodę? Mogła się istotnie łudzić, że godzę się na jej warunki, gdyż mówiłem z takim spokojem, z taką obojętnością, na jaką tylko, mimo oburzenia, mogłem się zdobyć. Teraz dopiero połapała się, że przemawiała przeze mnie ironja gniewu. Wypowiadając powyższe słowa, wstała, jakgdyby z oburzenia chciała odejść. Podniosłem się, również i rzekłem: - Nasza ugoda? Czy istotnie mogła pani przypuścić, że przystanę na pani szaleńcze żądania? - Nazywa pan je szaleńczemi? Obłąkanemi? - zawołała. - Zastanów się przecież nad moją propozycją! - Pocóż mam się zastanawiać? Vogel bezwarunkowo musi dostać wszystko, wszystko, oczywiście oprócz tego, co do chwili teraźniejszej zostało roztrwonione. - Teraz właśnie odzywa się szaleństwo! A więc zgoda? - Nie. - W takim razie nie odzyskasz koni! - Odbiorę je siłą. - I Vogel umrze! - Jeśli mu włos spadnie z głowy, przypłaci to pani swojem życiem, sennoro Judyto! Niech pani to sobie rozważy. Mówię całkiem poważnie. - Ciekawem, jak i kiedy dorwie się pan do mnie! - Dowie się pani! Sądziłem, że ma pani dostateczne powody, aby nie być zbyt dufną w siebie. Wszak poznała już pani Old Shatterhanda i Winnetou. - Ale teraz pan zkolei nas pozna. Więc przyjmuje pan moje warunki? - Nie, i jeszcze raz nie! - A więc skończyliśmy rozmowę? - W tej chwili - owszem, ale nie na długo. Sądzę raczej, że dopiero teraz zadzierzgną się między nami nowe i piękne stosunki. - Żartuj pan dowoli; kpię sobie z pana! Indjance, która stała opodal, skinieniem rozkazała zabrać krzesełko i odeszła do wąwozu. Ale naraz przystanęła, przez chwilę spoglądała wdół, jakgdyby rozważając, poczem wróciła i rzekła: - Sennor, mimo wszystko, chcę pana jeszcze raz ostrzec. Czy istotnie pan przypuszcza, że dostaniesz się do naszego gniazdka skalnego? - Tak. - A ja wam powiadam, że będziemy się bronić do ostatniej kropli krwi! - To mnie nie obchodzi. Miałem w życiu innych, groźniejszych przeciwników, niż Meltonowie. O pani oczywiście nie myślę nawet. - O, jednak proszę, aby pan i o mnie myślał, i to bardzo. Jeśli się panom, wbrew oczekiwaniom, poszczęści dotrzeć do mnie, zakatrupię cię bez litości. - Uczyń to pani, sennora! - Tak, uczynię to, - może mi pan wierzyć. Gram o stawkę tak wysoką, że mogę zdobyć się na morderstwo. Przyzwyczaiłam się do bogactwa - muszę i powinnam żyć wystawnie. Oto znów do mnie uśmiecha się fortuna i tylko pan stajesz na zawadzie. Miej się przede mną na baczności! Chciała niby odejść, lecz rozmyśliła się i dodała: - Ufaliśmy, że przyjmie pan nasze propozycje, a jednak... - Gdybym przyjął, można by nas było zaliczyć do gatunku Meltonów - przerwałem. Nie zwracając uwagi na moje słowa, kontynuowała: - A jednak pomyśleliśmy o tem, że pan może się ociągać. W tym wypadku postanowiliśmy zostawić panu czas do namysłu - do jutra w południe. - Wielce to chwalebna uprzejmość. - Stanowczo zbyt wiele łaski. Jutro w południe wrócę do was. Czy będziecie na tem miejscu? - Owszem, o ile nie zobaczymy się wcześniej. - O nie! - roześmiała się. - A zatem jutro w południe. Bądź pan zdrów, bohaterze i zbawco bezinteresowny! - Nie tak prędko, nie tak prędko, sennora! Pójdziemy razem kawałek drogi. - Poco? - zapytała zdumiona. - Gdyż jako caballeros wiemy, jak przystoi zachowywać się wobec niewiasty. Odprowadzimy panią do puebla. - Zastrzelą was! - Najwyżej panią, a nie nas. - Nie, nie, - panów! Zostań pan, zostań pan tutaj! - Pah! Proszę się o nas nie obawiać, skoro my się nie obawiamy. - Cóż, jeśli pragniecie śmierci, bardzom z tego zadowolona. A zatem czyńcie, co wam się podoba!
Weszła ze swą Indjanką do wąwozu - kroczyłem tuż za nią. Za mną szli Winnetou i Emery, którzy nie przejrzeli jeszcze moich zamiarów.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.