ROZDZIAŁ 2
Moja mama od zawsze powtarzała, że czasem nasze życzenia mogą się spełnić zbyt dosłownie i mamy uważać, czego sobie życzymy. Właśnie do mnie dociera, że miała rację, co nie powinno mnie dziwić, skoro matki zazwyczaj ją mają - a przynajmniej tak twierdzą. W każdym razie... moje życzenie spełnia się zbyt dosłownie.
- Ze względu na trudne warunki pogodowe podjąłem decyzję o posadzeniu maszyny na lotnisku Lincolna w Nebrasce.
Uderzam tyłem głowy o zagłówek i wzdycham sfrustrowana, wpatrując się bezmyślnie w fotel przede mną. Świetnie. To znaczy... nic złego się nie dzieje, nigdzie się nie spieszę i w sumie lepiej, że pilot nie zamierza podejmować zbędnego ryzyka, ale - kurde - jesteśmy już w połowie drogi i naprawdę liczyłam na to, że maksymalnie za cztery godziny padnę na łóżko w domu mamy.
Samolot zniża lot, dzięki czemu turbulencje są już niemal niewyczuwalne. Oczywiście kontrolka o pasach ciągle się świeci, ale stewardessy wstają z miejsc i ruszają przejściem z wózkiem. Od razu sięgam po pustą butelkę po wodzie.
Kiedy odwracam się twarzą w stronę korytarza, Gallagher wystawia do mnie rękę.
- Wyrzucę - mówi, jak gdyby był przekonany, że nie zrozumiem jego gestu.
W sumie mu się nie dziwię. To zdecydowanie nie jest mój dzień.
- Dziękuję. - Uśmiecham się szczerze, chociaż to taka pierdoła, że z tyłu głowy od razu pojawia mi się myśl: "Szczerzysz się do niego, jakby wręczył ci prezent wart milion dolarów, a nie wyręczył w wyrzuceniu głupich śmieci".
Czym prędzej ją uciszam, żeby mój wyraz twarzy pozostał względnie normalny. Moje miny czasem wyrażają więcej niż tysiąc słów, chociaż zupełnie tego nie kontroluję, a gdy zmuszam się do uśmiechu, wyglądam raczej jak ktoś, kto planuje morderstwo idealne.
Chciałabym powiedzieć, że oddycham świeżym powietrzem zaledwie chwilę po wylądowaniu, ale musiałabym wtedy skłamać. Tłoczymy się w korytarzu do wyjścia z samolotu, a ja tak mocno ściskam w prawej ręce rączkę walizki, jakby od tego zależało moje życie. Nie mam pojęcia, dlaczego ludzie tak na mnie prą, przecież każdy kiedyś stąd wyjdzie, ale alkohol już dawno przestał działać, przez co mam ochotę krzyczeć. Nie cierpię tłumów, mam wtedy wrażenie, jakby ściany zamykały się wokół mnie i jakbym się dusiła. Zaczyna mnie drażnić nawet moja koszulka, chociaż jest bawełniana, przyjemna w dotyku i...
Chcę do łóżka.
Jak najszybciej.
Rozdymam nozdrza, zirytowana, gdy czuję mocne pchnięcie w plecy. Dosłownie dwie sekundy później przekręcam głowę, gotowa opieprzyć stojącego za mną człowieka, na szczęście ten ktoś jest ode mnie szybszy:
- Przepraszam.
Karmelowe oczy Gallaghera wpatrują się we mnie ze skruchą, a ja z trudem przełykam ślinę i palącą chęć wyrzucenia z siebie buzującej frustracji.
- Nie szkodzi - zapewniam pospiesznie i jeszcze szybciej wracam do wpatrywania się w rude włosy kobiety przede mną.
Gdyby to był ktokolwiek inny, cały samolot właśnie usłyszałby mój wrzask, bo zaledwie trzy kroki później znowu czuję pchnięcie. A potem ponownie słyszę głos Gallaghera. I czuję jego dłoń na biodrze, gdy mężczyzna stojący obok trąca moje ramię, przez co odrobinę zbyt mocno się chwieję.
Mój szalejący puls uspokaja się dopiero, gdy Gallagher zabiera rękę.
To chyba jakieś pieprzone fatum.
No bo jak inaczej wyjaśnić, że w kolejce do pobrania głupiej karty zapewniającej darmowy nocleg w hotelu po drugiej stronie lotniska ponownie spotykam Gallaghera? Stoi przede mną, a gdy przed chwilą się odwrócił, jego usta wykrzywiły się w rozbawionym uśmiechu. Najpewniej na mój widok.
Fajnie, że go to bawi.
Ja z kolei zaczynam się zastanawiać, dlaczego ze wszystkich samolotów na świecie musieliśmy wybrać ten sam, a do tego dostać miejsca w jednym rzędzie. Wcale nie chodzi o to, że coś do niego mam. Absolutnie. Po prostu zupełnie się tego nie spodziewałam, a ja strasznie nie lubię niespodzianek - tak naprawdę to ich nienawidzę. Do tego dodajmy jeszcze wszystkie moje "przepraszam", wpadnięcie tyłkiem na jego uda i...
Przesadzam. Wiem, że przesadzam. Nie powinnam tak tego analizować, ale dziś jest mi o wiele trudniej nad tym panować. Ewidentnie jestem rozdrażniona i winę za to ponosi moja niesprawna ręka.
- Dziękuję - zwracam się uprzejmym, choć zmęczonym głosem do kobiety, od której dostaję kartę.
A potem, gdy wychodzę z lotniska - cóż za niespodzianka - wpadam na stojącego na chodniku Gallaghera.
- Przepraszam! Boże... - Potrząsam głową i parskam nerwowym śmiechem, dostrzegając w jego oczach iskierki rozbawienia. - I od razu przepraszam za wszystkie następne wpadki - dodaję, bo to przecież jakaś kpina.
Jedyny plus tej sytuacji jest taki, że on zdaje się zupełnie nie mieć pojęcia, kim jestem, więc przynajmniej nie przynoszę matce wstydu. Nie to, żebym była nie wiadomo jak znana - raczej niewiele mówi się o byłych rajdowczyniach z WRC2.
- Często pani tak wpada na ludzi? - pyta wesoło.
- Pewnie mi pan nie uwierzy, ale nie - odpowiadam z przekąsem. - Zwykle jestem bardziej ogarnięta.
Nawet nie wiem, kiedy ruszamy w stronę przejścia dla pieszych. A potem w kierunku hotelu. Razem. Właściwie idziemy ramię w ramię - aż do holu.
- Panie przodem. - Gallagher wskazuje dłonią miejsce przed sobą.
- Zawsze jest pan taki uroczy?
Nie. Nie powiedziałam tego!
- Mam swoje momenty - odpowiada z czarującym uśmiechem, od którego mogłyby mi zmięknąć nogi, gdybym tylko sobie na to pozwoliła.
Ogarnij się, Yasmin.
Kiedy staję już przed nim w kolejce, z całej siły powstrzymuję się przed zerknięciem przez ramię. Zaciskam również usta, żeby przypadkiem nie rzucić kolejnego głupiego komentarza, którego zdecydowanie nie powinnam wypowiadać.
W głowie już słyszę śmiech mojej siostry Sienny. Gdyby tu była, na sto procent płakałaby teraz z zażenowania. A ja prawdopodobnie razem z nią.
Czy wszechświat daje mi jakieś znaki, czy co? - przemyka mi przez myśl, gdy drzwi już się mają zamknąć, ale pojawia się między nimi ręka.
Karmelowe oczy Gallaghera zdają się śmiać, kiedy mnie zauważa.
- Przysięgam, nie śledzę pani - zapewnia przerażająco poważnym tonem, po czym... zatrzymuje palec nad podświetlonym przyciskiem z numerem sześć.
Tym samym, który niedawno wcisnęłam.
- Niech zgadnę... - mruczy, zerkając na mnie z ukosa. - Pokój numer sześćset dwadzieścia osiem?
- Pudło - odpowiadam i zaciskam mocniej palce na karcie. Winda rusza. - Pomylił się pan o całe dwa numery.
- Dwadzieścia sześć?
- Mhm - potwierdzam mruknięciem i przestępuję z nogi na nogę.
- W sumie... logiczne.
Marszczę czoło.
- Była pani przede mną, więc dali pani niższy numer - wyjaśnia i pokazuje swoją kartę z numerem sześćset dwadzieścia siedem.
Mam ochotę uderzyć się w czoło. Oczywiście, że o tym nie pomyślałam, bo aktualnie zastanawiam się, czy pójść od razu spać, czy może skorzystać z darmowego vouchera na drinka i kolację w barze na ostatnim piętrze. W sumie jestem głodna...
- Racja. - Uśmiecham się delikatnie i gdy winda się zatrzymuje, robię krok do przodu. - Dobranoc - dodaję jeszcze i czym prędzej ruszam w stronę swojego pokoju.
W ten sposób przynajmniej już na siebie nie wpadniemy.
Ledwie godzinę później przekraczam próg baru, a moje spojrzenie natychmiast zatrzymuje się na mężczyźnie w jasnoniebieskiej koszuli, który siedzi przy kontuarze. Jedyne wolne miejsce, jakie mam w zasięgu wzroku, znajduje się właśnie obok niego.
O matko. To jest po prostu... nieprawdopodobne. Odnoszę wrażenie, że znalazłam się w jakiejś komedii romantycznej. Zupełnie tak, jakby reżyser mojego życia stwierdził: "Zróbmy tak, że będą na siebie non stop wpadać, i zobaczymy, co z tego wyjdzie".
- Przysięgam, że ja również pana nie śledzę - mówię, siadając na wysokim hokerze.
Gallagher parska śmiechem i spogląda na mnie z ukosa, po czym upija łyk bursztynowego alkoholu.
- Dobrze wiedzieć - odpowiada i podnosi rękę, przywołując barmana. - Czego się pani napije?
Otwieram usta, gotowa oznajmić, że sobie poradzę, bo nie jestem damą w opałach, ale szybko przypominają mi się słowa siostry: "Kiedy facet proponuje ci drinka, nie odmawiaj. Kto wie, dokąd cię to zaprowadzi?". Nigdy nie żyłam zgodnie z tą zasadą - do niedawna właściwie w ogóle nie piłam alkoholu - ale tym razem decyduję się wziąć ją pod uwagę.
- Mojito. Dziękuję. - Uśmiecham się lekko i gdy kelner podaje mi menu, od razu skupiam się na części z daniami.
Mój żołądek chyba już sam siebie zaczął trawić; tak bardzo jestem głodna.
Kusi mnie stek z kością, ale nie ma szans, żebym zdołała go pokroić bez zwracania uwagi na niesprawną rękę, więc ostatecznie decyduję się zamówić carbonarę, a podczas oczekiwania na drinka wyciągam komórkę i sprawdzam wiadomości. Najpierw zaglądam w konwersację z Eriką, ale ciągle nie dostałam od niej odpowiedzi na moją wiadomość sprzed kilku dni, więc nie zaprzątam sobie teraz głowy, żeby wysłać jej aktualizację po wizycie u lekarza. Przechodzę natomiast do SMS-ów z mamą.
Ja: Musieliśmy wcześniej wylądować
z powodu kiepskich warunków pogodowych.
Jeśli wszystko pójdzie dobrze,
jutro o dziesiątej mam lot.
Mama: Co powiedział lekarz?
Jeszcze jej nie odpisałam i szczerze powiedziawszy, w ogóle nie mam ochoty tego robić. Nie dlatego, że chcę ukryć stan mojego zdrowia. Przez pierwsze trzy miesiące po wypadku mieszkałam z nią w San Francisco i głównie to ona woziła mnie na rehabilitację. Kocham mamę i po przylocie na pewno wszystko jej opowiem, ale nie teraz. Dziś jestem zbyt... przybita. Najchętniej w ogóle zapomniałabym o kontroli lekarskiej. Jeśli pozwolę sobie na myślenie o tym, już zupełnie się załamię i nie będzie czego zbierać.
Kuchnia nieźle się uwija, zważywszy na to, że bar jest niemal po brzegi wypełniony ludźmi. Po chwili leży już przede mną talerz z obłędnie pachnącym daniem, a zaraz za nim pojawia się wysoka szklanka z drinkiem. Po szkle spływa kilka kropel wody - a ja już po pierwszym łyku czuję, że ze mnie również spływają emocje.
W czasie, gdy nabijam na widelec kęs jedzenia, siedzący obok mnie Gallagher wyciąga komórkę. Widzę to kątem oka i nawet nie próbuję zerknąć na ekran. Wiadomo, to nie moja sprawa. Nic jednak nie poradzę, że kiedy się odzywa, mimowolnie słyszę jego rozmowę:
- Hej, musieliśmy lądować awaryjnie w Nebrasce... Jeśli nic nie stanie na przeszkodzie, lot będzie kontynuowany jutro o dziesiątej, więc powinienem być w San Francisco o jedenastej czasu miejscowego... - Ktokolwiek jest po drugiej stronie, musiał chyba powiedzieć coś zabawnego, bo Gallagher parska śmiechem. - Tylko nie roznieście domu.
Bezwiednie unoszę brew. Może rozmawia z synem? Ale czy on przypadkiem nie jest teraz w trakcie sezonu Xfinity Series?
Stop.
To nie twoja sprawa, Yasmin.
Ignoruję resztę jego rozmowy i skupiam się na tym, co powinno być dla mnie w tym momencie najważniejsze. Jedzenie, drink, a potem szybki powrót do pokoju, żeby wyspać się w wygodnym łóżku.
Kiedy jakiś czas później sięgam po szklankę i przypadkiem strącam ją wierzchem ręki, przez co połowa zawartości rozlewa się po blacie i spływa na spodnie Gallaghera, w zasadzie nawet nie jestem zaskoczona.
On chyba też nie.
- Prze... - Milknę, gdy wybucha śmiechem, jakby cała ta sytuacja nieziemsko go rozbawiła. - Przepraszam - dodaję szybko i staję na hokerze, po czym sięgam przez bar po papierowy ręcznik w rolce.
Jeszcze zanim barman zdoła do nas podejść, udaje mi się wytrzeć blat, a Gallagher osusza sobie spodnie. Na niewiele się to zdaje; jedyny plus, że materiał jest ciemnogranatowy, więc nie widać na nim mokrych plam.
- Jeszcze raz przepraszam - mówię zażenowana. - Zwykle mi się to nie zdarza.
- Nie przejmuj się. - Przechodzi na "ty" i posyła mi uspokajający uśmiech. Potem wskazuje na mnie i zwraca się do barmana: - Jeszcze raz to samo.
- To raczej ja powinnam postawić drinka tobie - zauważam, spoglądając na niego z przechyloną głową. - Za te wszystkie... - robię cudzysłów w powietrzu zdrową ręką - ...wpadki.
- Tylko jednego? - Unosi ciemną brew, a w karmelowych oczach tańczą iskierki wesołości. - Jeśli się nie mylę, słowo "przepraszam" padło dziś z twoich ust jakieś dziewięć razy.
- Dziesięć - poprawiam go i przewracam oczami. - Chociaż, kto by tam liczył.
Mężczyzna mruży oczy, jakby się zastanawiał.
- Faktycznie - przytakuje po chwili. - Nie policzyłem tego pierwszego razu w samolocie.
- Taa... - mruczę pod nosem i zakładam luźny kosmyk blond włosów za ucho, żeby zająć czymś ręce.
- Więc... - Przekręca się na hokerze w moją stronę, lekko ocierając się kolanem o bok mojej nogi, i opiera przedramię o blat. - Co z tym drinkiem?
Chyba zasycha mi w gardle. Być może głównie z powodu tego, że Gallagher nie skupia spojrzenia na moich oczach, tylko przez kilka sekund zawiesza je na wargach. Jestem tym tak zaskoczona, że zapominam, jak się mówi.
Szybko jednak uzmysławiam sobie, że najpewniej w kąciku ust została mi odrobina sosu. Automatycznie ocieram go kciukiem, a Gallagher niemal natychmiast przeskakuje wzrokiem na moje oczy.
- Raczej z dziesięcioma drinkami - szepczę i przywołuję dłonią barmana, po czym raz jeszcze zerkam na Gallaghera. - Co powiesz na kilka szotów?
Co ja robię? Nie wiem.
- Myślisz, że dasz radę wypić je bez uszczerbku na zdrowiu? - W jego głosie rozbrzmiewa nuta zadziorności, której się po nim nie spodziewałam.
Nie tracę jednak rezonu.
- Żeby poznać odpowiedź na to pytanie, będziesz musiał zgodzić się w ciemno - mruczę, powstrzymując uśmiech cisnący mi się na usta.
Gallagher przesuwa językiem po zębach, mruży powieki, po czym uśmiecha się zawadiacko.
- Sprawdźmy to.
Przy pierwszych dwóch szotach miałam jeszcze z tyłu głowy, że powinnam się pilnować z tym, co mówię, ale przy czwartym zapominam, że siedzi obok mnie ten Gallagher. Teraz stał się po prostu facetem, którego kolano co jakiś czas ociera się o bok mojej nogi, a jego oczy śledzą ruchy mojej dłoni za każdym razem, gdy podnoszę szkło do ust. Facetem, z którym naprawdę dobrze mi się rozmawia i przez którego mam ochotę poluzować swoje postanowienia... Może nawet pozwolić sobie na odrobinę szaleństwa, ponieważ po raz pierwszy od dawna z twarzy nie znika mi uśmiech.
- Chyba idzie mi całkiem nieźle, nie uważasz? - pytam po opróżnieniu kieliszka.
W karmelowych tęczówkach skrzą się iskierki rozbawienia, ale i czegoś jeszcze, czego aktualnie nie potrafię poprawnie nazwać. Nie zamierzam jednak się nad tym zastanawiać, bo prawdopodobnie tak bardzo bym się na tym skupiła, że nie usłyszałabym, co Darren do mnie mówi.
- Powiedziałbym, że nawet lepiej niż tylko "całkiem nieźle" - oznajmia, przesuwając spojrzeniem po mojej twarzy. - Jeszcze nie ześlizgnęłaś się z hokera.
Parskam cichym śmiechem, a gdy wyczuwam na policzku denerwujący mnie kosmyk włosów, od razu zakładam go za ucho. Dopiero po tym przechylam głowę i unoszę kącik ust.
- Gdybym spadła, w ogóle nie byłbyś zaskoczony, co?
- Nie spadłabyś - odpowiada pewnie.
Marszczę czoło.
- Skąd to silne przekonanie?
- To proste. - Uśmiecha się znacząco i przysuwa bliżej, nie odrywając wzroku od mojej twarzy. - Złapałbym cię, zanim zdążyłabyś wylądować na podłodze.
Rozchylam wargi, chwilowo niezdolna do wymyślenia żadnej odpowiedzi, i wpatruję się w jego oczy. Jestem względnie trzeźwa, więc to nie kwestia alkoholu płynącego w moich żyłach, a raczej... zaskoczenia, że Gallagher znalazł się aż tak blisko. I że moje ciało reaguje na to dreszczami przepływającymi wzdłuż kręgosłupa.
- Czyżby? - pytam z uniesioną brwią, próbując nie uśmiechnąć się szeroko.
- Mhm - potwierdza niskim mruknięciem i zjeżdża spojrzeniem na usta, po czym chrząka. - Jak masz na imię?
- Za dużo chciałbyś wiedzieć - szepczę, spoglądając na niego spod rzęs.
Prawdę powiedziawszy, mogłabym mu podać swoje imię, ale wtedy on również by to zrobił, a odnoszę wrażenie, że czar chwili od razu by po tym prysnął. Mimo wszystko jest coś ekscytującego w tym udawaniu, że nie mam pojęcia, kim on jest. Coś mocno elektryzującego i sprawiającego, że wcale nie chcę, aby ta noc się kończyła, chociaż całkiem niedawno marzyłam o szybkiej kolacji i jeszcze szybszym pójściu spać.
Chciałabym powiedzieć, że nie mam pojęcia, dlaczego budzę się naga w hotelowym łóżku Darrena Gallaghera, wtedy jednak musiałabym wierutnie skłamać, a nie zwykłam oszukiwać samej siebie. Wieczór zaczął się tak niewinnie, jak tylko mógł, ale cała reszta nocy... to było istne szaleństwo i coś, czego nigdy wcześniej nie zrobiłam.
Nie kojarzę, które z nas zaproponowało ulotnienie się na szóste piętro hotelu. Doskonale jednak pamiętam, że oboje byliśmy nieco podchmieleni, a gdy wychodziłam z windy - żadne zaskoczenie - prawie zabiłam się o wystający róg dywanu. Darren objął mnie w pasie, zanim zdołałabym upaść, co tylko świadczy o tym, że nadal ma refleks kierowcy wyścigowego.
A potem... wystarczyło jedno moje spojrzenie, które swobodnie ześlizgnęło się z jego oczu na wykrzywione w rozbawieniu usta, żebym objęła zdrową ręką jego szyję i przyciągnęła go do pocałunku. Nie oponował. Nawet się nie zawahał. Rozchylił moje wargi językiem i pogłębił pocałunek, sprawiając, że niemal straciłam dech w piersi. Wpadliśmy do jego pokoju niczym burza i jeszcze szybciej pozbyliśmy się ubrań, a potem była już tylko nieziemska rozkosz.
Boże, nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek czuła się tak... usatysfakcjonowana.
Niechętnie rozchylam powieki i przekręcam powoli głowę, zerkając w stronę śpiącego mężczyzny. Leży na brzuchu, jego umięśnione przedramię oplata mnie w pasie, a oddech łaskocze w bark. Wygląda spokojnie, co w porównaniu z tym, jaką siłą i autorytarnością emanował w nocy, jest zajebiście fascynujące.
Powinnam stąd czym prędzej czmychnąć. Wziąć prysznic we własnym pokoju i jak najszybciej znaleźć się na lotnisku, ale - cholera - znając moje szczęście, dziś również na siebie wpadniemy. Będzie niezręcznie, jeżeli wyjdę bez pożegnania. A jeśli jeszcze kiedyś się spotkamy - w co szczerze wątpię, bo nie zamierzam długo zabawić w San Francisco - to byłoby jeszcze gorzej, gdybym się tak po prostu ulotniła.
- Hej... - szepczę, wyciągając rękę, żeby przesunąć opuszkami po jego policzku.
Nie mija nawet kilka sekund, a marszczy brwi i na moment zaciska powieki. Chwilę później otwiera oczy i spogląda na mnie zaspanym wzrokiem.
- Dzień dobry - mamrocze niskim głosem z poranną chrypką, od której dostaję dreszczy na całym ciele.
Nie chcę myśleć, że ta noc była błędem, bo nie była i niczego nie żałuję, ale już teraz wiem, że stanie się jedną z tych, o których trudno przestać myśleć. I które chce się powtórzyć. To mnie odrobinę przeraża, biorąc pod uwagę pewne moje zachowania z przeszłości.
- Bry. - Uśmiecham się półgębkiem. - Nie wiem, która jest godzina, ale chyba powinniśmy wstać.
- Mhm - mruczy niewyraźnie, po czym najpierw przekręca się na bok, a potem na plecy i wyciąga ramiona nad głowę. - Prawdopodobnie masz rację.
Odrywam od niego spojrzenie i unoszę brwi, rozglądając się po pokoju. Próbuję zlokalizować swoje ubrania i niemal wybucham śmiechem, kiedy mi się to udaje. Leżą wszędzie! Na szczęście majtki zwisają z brzegu łóżka, więc w kilku ruchach udaje mi się je zgarnąć.
Oboje ubieramy się w ciszy. Gallagher nie patrzy na mnie, gdy półnaga poruszam się po jego pokoju, zbierając po drodze ciuchy. Za to ja zerkam na jego umięśnione plecy, na których widnieją ślady po moich paznokciach.
- Przepraszam za... - Milknę, gdy karmelowe oczy spoglądają na mnie pogodnie.
- Który to już raz?
Wzruszam ramionami i parskam śmiechem, po czym wciągam koszulkę przez głowę.
- Nie mam pojęcia - odpowiadam szczerze i sięgam po torebkę. - Pójdę już.
Przytakuje skinieniem i kiedy jestem już prawie pewna, że na tym skończy się nasz mocno niezręczny, cholernie żenujący poranek, on odprowadza mnie do drzwi, układając dłoń na moich lędźwiach. Kiedy chwytam za klamkę, obejmuje łagodnie mój podbródek i spogląda mi w oczy.
- Dalej nie chcesz się wymienić numerami? - upewnia się, skanując uważnie moją twarz.
Przełykam ślinę. Zapytał o to wczoraj w barze, zanim zdecydowaliśmy się ulotnić. Odmówiłam. Byłam pewna, że pyta z grzeczności, a nie dlatego, że naprawdę chciałby utrzymywać ze mną kontakt. Teraz jednak, po tym obłędnie dobrym seksie, od którego dalej mam motylki w brzuchu... Jezu, naprawdę jestem bliska podania mu tego numeru.
Mimo tych myśli ostatecznie tego nie robię. Przecież to nie ma sensu. Prawdopodobnie już nigdy więcej się nie spotkamy, a ja powinnam skupić się na znalezieniu pracy i walce o powrót do pełnej sprawności. Ta noc była nieziemska, ale nie powinna nic zmienić w moich planach na najbliższy rok. Nie chcę się również nakręcać, bo to mogłoby się źle skończyć - nie tylko dla mnie, lecz także dla niego.
- Nie byłeś aż tak dobry. - Puszczam do niego oczko, na co unosi wysoko brew.
- Polemizowałbym, ale pozostanę dżentelmenem i nie będę cytował tego, co mówiłaś w nocy - mruczy rozbawiony i odrobinę się odsuwa. - Do zobaczenia na lotnisku.
- Uważaj na niezdarne pasażerki - rzucam ze śmiechem przez ramię, zanim wychodzę na korytarz i czym prędzej idę do swojego pokoju.
A potem z przerażeniem orientuję się, że jest już ósma piętnaście, więc wrzucam piąty bieg i w ciągu kwadransa udaje mi się umyć, przebrać, zażyć poranną dawkę leku i zjeść przekąskę, którą spakowałam do walizki na czarną godzinę.
- To znowu ty.
Parskam cicho, gdy słyszę za sobą rozbawiony głos Gallaghera. Oczywiście, że w kolejce do boardingu musiał stanąć za mną.
Spoglądam przez ramię i z zaskoczenia aż wciągam powietrze, widząc, że dziś ma na sobie czarną koszulę i wygląda jeszcze lepiej niż wczoraj. Spodnie też są inne - trudno, żeby było inaczej, skoro tamte oblałam mojito. Tym razem wybrał ciemne dżinsy.
- Wyspany? - zagajam, gdy przesuwa się do przodu, żeby stanąć obok mnie.
- Nie - odpowiada szczerze. - Pewna kobieta, która nadal mi się nie przedstawiła, nie dała mi spać. A ty?
- Nie - powtarzam za nim i zerkam z ukosa na jego szczękę. Pokrywający ją zarost jest dłuższy niż wczoraj; Darren nie zdążył się ogolić. - Pewien mężczyzna, któremu nie chciałam podać swojego imienia, straszliwie chrapie.
- Nigdy w to nie uwierzę. - Śmieje się, potrząsając głową.
I dobrze. Bo kłamałam. Wcale nie chrapał.