Jaśmina od snów - Agnieszka Kuchmister

Kup ebooka

34.50 zł
26.91 zł (21,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I

O do­mach, du­chach i snach

.

Córka soł­tysa cza­sami ja­dła zie­mię albo korę z drzew i wtedy soł­tys, choć tro­chę się tego wsty­dził, za­wo­ził ją poza wieś, żeby za­jęła się nią stara Grze­bie­lu­cha. Kie­dyś wo­ził ją do Flo­ren­tyny Dziu­bo­wej, bo za­równo jej na­lewki, jak i nie­bie­skie kwiaty z ogrodu po­ma­gały na wszystko, ale ostat­nimi czasy było im nie po dro­dze. Po­wa­śnili się o składki na re­no­wa­cję ko­ścioła, o psy za­gry­za­jące są­sia­dom kury, a przede wszyst­kim o po­letko, na któ­rym od lat Flo­ren­tyna sa­dziła bób i ka­pu­stę, a które soł­tys so­bie upa­trzył, aby to na nim wy­bu­do­wać z gmin­nych fun­du­szy bo­isko.

Niech soł­tys na pań­stwo­wym bu­duje! Mało to ziemi? A jemu wła­śnie tam się uwi­działo, bo i przy dro­dze do Szu­nowa, i do przy­stanku bli­sko, a może i był jesz­cze ja­kiś po­wód wia­domy tylko jemu? Soł­tys krę­po­wał się cho­dzić do Grze­bie­lu­chy, bo to pra­wie tak, jakby do wiedźmy cho­dzić. Stara miesz­kała za So­ko­ło­wem w drew­nia­nej cha­łu­pie pod la­sem, któ­rej nie było wi­dać z drogi, kiedy je­chało się w stronę Kra­snej, bo przy­cup­nęła mię­dzy wy­so­kimi tra­wami i stu­let­nimi ja­wo­rami, tuż przy bez­i­mien­nym stru­myku. Cha­łupa była dwu­izbowa, cztery okienka, dach i ko­min. Nie było u Grze­bie­lu­chy elek­trycz­no­ści ani bie­żą­cej wody. Stara żyła na ubo­czu z tego, co przy­no­sili jej lu­dzie, któ­rym po­ma­gała. Se­kret­nie opie­ko­wało się nią kilka ko­biet z Kra­snej, które niby przy­cho­dząc po po­radę czy co­kol­wiek in­nego, za­wsze zo­sta­wiały jej bo­chen chleba, pęto kieł­basy, twa­róg, jajka, kankę mleka - wszystko z ich ziemi, wszystko, czym mo­gły się po­dzie­lić.

Do Grze­bie­lu­chy nie­któ­rzy przy­cho­dzili, aby od­czy­nić zły urok albo się po­ra­dzić, bo cza­sami w du­szy coś tak uwie­rało, że ani le­karz, ani ksiądz, ani nikt inny nie po­tra­fił temu za­ra­dzić. Grze­bie­lu­cha sia­dy­wała na­prze­ciwko i długo pa­trzyła w oczy ta­kiemu, co przy­szedł. Do­piero po­tem de­cy­do­wała, co na­leży uczy­nić. Bo można od­czy­nić urok jaj­kiem lub solą, można spa­lić włosy, cza­sami trzeba na­wet brud­nych maj­tek. A bywa i tak, że nic się nie da zro­bić.

- No nic nie po­ra­dzę. - Grze­bie­lu­cha z sy­kiem wy­pu­ściła po­wie­trze. - Ciemno w to­bie.

- To złe oko, ktoś urok rzu­cił albo ja­kie złe mnie opę­tało, nerw jaki - upie­rał się męż­czy­zna. - Zdej­mie babka, co?

- A czy ja wiem, czy to urok?

- A co in­nego? - Fran­ci­szek Ku­kła, ko­ścielny or­ga­ni­sta, pod­niósł głos, za­trząsł się, aż zsu­nęły mu się z nosa oku­lary.

- Cza­sem w czło­wieku sie­dzi coś jakby gula, co ze smutku albo i ze zło­ści się ro­dzi. Ale taką to czło­wiek sam musi wy­krztu­sić. Bo co, jak ja dzi­siaj od­czy­nię, a ty za ty­dzień przy­le­ziesz, bo ci nowa wy­ro­śnie?

- No niech b-b-babka od­czyni - za­jąk­nął się. - Na wszelki wy­pa­dek.

- Tyś ko­ścielny, a za­wsze do mnie przy­cho­dzisz. - Sta­ruszka wle­piła oczy w męż­czy­znę, który tro­chę się spe­szył. - Stary ksiądz to by cię prze­go­nił, bo on z tych był, co to nie wie­rzą w od­czy­nia­nie uro­ków. A ten nowy, młody, to nic nie po­wie, nie­za­in­te­re­so­wany wcale. On to w ogóle niby ksiądz, a jak nie ksiądz.

- Mleko pod no­sem! - prych­nął męż­czy­zna. - No­wo­cze­sny.

- A wodę świę­coną toś mi przy­niósł?

- P-p-przy­nio­słem, przy­nio­słem. - Ku­kła wy­jął z torby pla­sti­kową bu­telkę.

- Na pewno świę­cona?

- Na pewno. Za­nim ksiądz się zja­wił, na­bra­łem.

- Do­brze. Ale dzi­siaj to ci jaj­kiem zro­bię. Ko­szu­linę zdejm.

Sta­ruszka przy­ło­żyła czu­bek jajka do głowy męż­czy­zny, po czym za­częła je prze­su­wać, szep­cząc przy tym mo­dli­twy. Pło­mień świecy mi­go­tał nie­przy­jaź­nie i Fran­ci­szek Ku­kła nie mógł ode­rwać od niego wzroku, cho­ciaż stara ka­zała, żeby nie pa­trzył. Ale on się bał tego, że jak za­mknie oczy, to na­sko­czy na niego jaki czort. Ciem­no­ści bał się od dziecka, a ostat­nio co­raz bar­dziej, bo bar­dzo dziw­nie się czuł so­ko­łow­ski or­ga­ni­sta, jakby coś go opę­tało.

- Baby ci trza. - Grze­bie­lu­cha za­ła­mała ręce po tym, jak w roz­bi­tym jajku znowu nic nie wy­pa­trzyła. - Gdzie to taki chłop i bez baby? Toż masz już ze czter­dzie­ści lat. A to z tego bo­lączki się biorą. Jakby baba była przy boku, a może dziecka też ja­kie, to ina­czej byś na świat pa­trzał, nie miał­byś czasu się za­mar­twiać byle czym.

- Ła­two babce mó­wić. Baby! A skąd ja babę we­zmę? Toż prze­cie one na drze­wach nie ro­sną - od­parł lekko ura­żony Ku­kła. - Z-zresztą wcale mi nie trza baby.

- Aj, stary i głupi! - Grze­bie­lu­cha po­dała męż­czyź­nie szklankę z pa­ru­ją­cym na­po­jem. - Do dna wy­pij, to się le­piej spać bę­dzie, a na zaś też coś dam. Do dna, mó­wię!

Ku­kła skrzy­wił się, do­pił wy­war, po­dzię­ko­wał i po­szedł w noc. Księ­życ aku­rat wi­siał wiel­gachny i tłu­sty, więc raź­niej było wra­cać pu­stą wiej­ską drogą. Kiedy taka ci­sza wo­kół, to nie wia­domo, co czło­wieka może spo­tkać. A jak do tego i ci­cho, i ciemno, to pewne, że taka noc to noc dia­bła. A Fran­ci­szek Ku­kła bar­dzo się bał pie­kła i dia­bła, na­wet my­ślał nie­raz, że jaki sza­tan w du­szę mu za­gląda i pod­po­wiada różne rze­czy, bo cza­sami ta­kie my­śli przy­cho­dziły mu do głowy... Aż nie mógł uwie­rzyć, że to były jego my­śli.

Szedł ze spusz­czoną głową, jesz­cze długo od­bi­jało mu się gorz­kimi zio­łami. Do­piero gdy za­szedł pod swoją cha­łupę i usły­szał gru­cha­nie go­łębi, zro­biło mu się ja­koś le­piej. Chwilę po­sie­dział pod go­łęb­ni­kiem, za­pa­lił pa­pie­rosa, a po­tem tak jak stał, wal­nął się do łóżka. Przed snem prze­że­gnał się do wi­szą­cej nad łóż­kiem ikony ze Świę­tym Drogo, łyp­nął jesz­cze za okno w ciem­ność nocy, czy nic pod ścianą nie stoi, i za­mknąw­szy oczy, po­my­ślał z za­do­wo­le­niem, że na­za­jutrz w ko­ściele mają się zja­wić dzie­wu­chy ze wsi, żeby ćwi­czyć śpie­wa­nie. Za­wsze to przy­jem­niej czas leci w ich to­wa­rzy­stwie. Cza­sami Fran­ci­szek Ku­kła my­ślał so­bie, że chciałby być jak te dziew­częta, bez­tro­skie, młode i ładne, a nie ją­ka­jąca się po­kraka, jak za ple­cami mó­wili o nim mi­ni­stranci.

A Grze­bie­lu­cha stała w oknie jesz­cze długo po tym, jak or­ga­ni­sta wy­szedł. Stała i du­mała, jaki to dziwny świat, że niby każdy taki sam się ro­dzi, a po­tem lu­dzie tak różni wy­ra­stają. Bo je­den bę­dzie żył i cie­szył się tym ży­ciem, ro­bił, co do niego na­leży, a drugi bę­dzie jak ten Ku­kła, że tylko spoj­rzeć na ta­kiego i już czło­wieka ja­kaś li­tość bie­rze, że ta­kie to cho­dzi po ziemi.

Tej sa­mej nocy, kiedy Grze­bie­lu­cha du­mała, Ku­kła cho­wał się przed dia­błem pod pie­rzyną, a księ­życ świe­cił tak mocno, jakby płynne sre­bro ska­py­wało z niego na zie­mię, Ja­śmina spała głę­boko i śniła. Każdy w So­ko­ło­wie wie­dział, że sny Ja­śminy od Dziu­bów nie są zwy­czaj­nymi snami.

Sen o Na­dziei, któ­rej stopy nie do­ty­kają ziemi

Dom był pu­sty, pe­łen po­wie­trza, wszyst­kie okna otwarte. Wzdęte brzu­chy fi­ra­nek ła­pały wiatr wla­tu­jący z ogrodu. Z wia­trem wpły­wało ła­sko­czące świa­tło księ­życa, od któ­rego mro­wiła skóra na ra­mio­nach. Pach­niało ozdob­nym grosz­kiem i świeżo roz­ko­paną zie­mią.

Ja­śmina szła ko­ry­ta­rzem i choć wie­działa, że jest to ten sam ko­ry­tarz, po któ­rym za­wsze cho­dzi, to te­raz aku­rat nie miał po­czątku ani końca. Gdyby tak iść przed sie­bie, można by dojść do ja­kichś ta­jem­nych miejsc: może ukry­tych pod piw­nicą jam, a może wró­ci­łoby się do punktu, z któ­rego się wy­szło? W snach ni­gdy nic nie wia­domo. Sta­nęła więc i po­de­szła do okna. Ujęła w ręce wzbu­rzoną biel fi­ra­nek.

Tam, na ze­wnątrz, w głę­bo­kiej nocy błę­kit­niał ogród. Lekko ko­ły­sały się rzędy malw przy pło­cie, drżały płatki por­ce­la­nek. Ja­śmina wi­działa mię­dzy cie­niami ja­kąś po­stać i do­piero po chwili zro­zu­miała, że to jej sio­stra Na­dzieja. Stała tam oto­czona psami i li­sami, od­wró­cona ty­łem tak, że było wi­dać tylko jej mie­dziane włosy i długą su­kienkę w ko­lo­rach je­sieni.

Ja­śmina wy­chy­lała się i wo­łała, ale kiedy Na­dzieja się od­wra­cała, wy­da­wało się, że nie wi­dzi sio­stry, że jej oczy wpa­trzone są w ja­kiś punkt tuż nad oknem. Za­częła się zbli­żać, za nią ru­szały zwie­rzęta. Ja­kiś nie­po­kój, któ­rego po­cząt­kowo nie ro­zu­miała, roz­dzie­rał ją od środka. Ko­bieta su­nęła przez nocny ogród, zbli­żała się do otwar­tego okna, skra­wek jej su­kienki le­d­wie mu­skał czubki traw, a stopy uno­siły się tuż nad zie­mią. Kiedy była na tyle bli­sko, że wy­star­czy­łoby wy­cią­gnąć rękę, aby jej do­tknąć, Ja­śmina się bu­dziła.

W ci­chym ciem­nym po­koju sły­szała bi­cie wła­snego serca. Nie­zro­zu­miały lęk roz­le­wał się po za­spa­nym ciele, a ona le­żała bez ru­chu. Rano tylko zmie­niała po­szewkę po­duszki, wy­ci­snąw­szy ją naj­pierw z łez. Mi­nęło już tyle czasu od śmierci sio­stry, a ona wciąż mie­wała te sny. Prócz tego były jesz­cze sny o gni­ją­cych owo­cach, ze­psu­tych ze­ga­rach i mu­chach uwię­zio­nych mię­dzy szy­bami okien. I te naj­gor­sze - sny o brud­nej wo­dzie.

Cza­sami za­sta­na­wiała się, czy jej sio­stra jest du­chem, który za­miesz­kał w jed­nej ze sta­rych ja­błoni. To tam, mię­dzy sa­dem a starą aka­cją przy pło­cie, wi­dy­wała kie­dyś tań­czące białe cie­nie, ale być może to też był tylko sen. Mara. W du­chy wie­rzyła, jak wie­rzy się w coś, gdy ma się na­dzieję, że to na­prawdę ist­nieje. Róża śmiała się z niej, wy­kpi­wała jej nocne czu­wa­nie przy za­pa­lo­nych świe­cach.

Ja­śmina szu­kała du­chów wszę­dzie i tak było od za­wsze, a wła­ści­wie od mo­mentu, w któ­rym po raz pierw­szy przy­śnił jej się wą­saty dzia­dek. Po­tem wi­dy­wała go, jak prze­cho­dził zgar­biony mię­dzy skar­la­łymi gru­szami albo tam, gdzie kie­dyś była stud­nia. Sły­szała, jak skrzy­pią schody, cho­ciaż nikt po nich nie cho­dził, jak pod pie­cem strzela ogień, choć jesz­cze nikt w nim nie roz­pa­lił.

Cza­sami wy­da­wało jej się, że w środku nocy ktoś się krząta po kuchni, ale kiedy wsta­wała, żeby to spraw­dzić, nie było tam ni­kogo, tylko ra­dio trzesz­czało. "Mu­siało samo się włą­czyć, to stary grat", mó­wiła po­tem Róża. Twarz sio­stry tę­żała, kiedy Ja­śmina do­da­wała, że może ra­cja, ale aku­rat się włą­czyło, gdy Nie­men le­ciał albo Mala Luna, więc dla­tego nie wy­łą­czyła od razu, tylko sie­działa w ciem­no­ści przy ku­chen­nym stole, wy­słu­chu­jąc me­lo­dii do końca. Mala Luna, słynna skrzy­paczka, za­przy­jaź­niła się przed laty z Na­dzieją, dla­tego jej me­lo­die wszyst­kim ko­ja­rzyły się ze zmarłą sio­strą. "Dzie­limy dom z du­chami, to pewne", ma­wiała po­tem przy śnia­da­niu, a Róża po­sy­łała jej kar­cące spoj­rze­nie.

- Znowu stra­szysz dzieci. - Krę­ciła głową i zwra­cała się do sie­dzą­cych przy stole dziew­czy­nek i nieco młod­szego od nich chłopca, który jesz­cze nic nie ro­zu­miał z ich roz­mowy. - Du­chów nie ma.

- A co z tą pa­nią z pnia? - py­tała Ha­nia wpa­trzona w matkę, a Róża za­gry­zała wargi i na­prędce wy­my­ślała ja­kąś od­po­wiedź.

- Tam nie było żad­nego du­cha. - Róża za­ci­snęła wargi, przy­po­mi­na­jąc so­bie o tym, jak przed laty, kiedy jesz­cze żyła Na­dzieja, w pu­stym pniu ścię­tego orze­cha zna­leźli za­su­szone ciało Halszki, co wpa­dła tam, pró­bu­jąc uciec ze stry­chu. Halszki, która ni­gdy nie po­go­dziła się z tym, że Sła­wek wy­brał Na­dzieję, i która we­dług Na­dziei miesz­kała po­tem na stry­chu jako sze­lesz­czący duch.

- Ale cio­cia Na­dzieja opo­wia­dała, że był. - Mała nie da­wała za wy­graną.

- A czy cio­cia Na­dzieja jest du­chem? - wtrą­ciła się Malwa, córka Ja­śminy, tak bar­dzo po­dobna do Hani, że wszy­scy brali je za ro­dzone sio­stry.

- Nie, cio­cia Na­dzieja nie jest du­chem - uci­nała twardo Róża, zła, że dziew­czynki opo­wia­dają ta­kie rze­czy przy babci Flo­ren­ty­nie, która wpraw­dzie wcale się nie od­zy­wała, ale jej oczy się za­szkliły. - Jedz­cie i zmy­kaj­cie na dwór! - Róża znów na­chy­liła się nad swo­imi ulu­bio­nymi grzan­kami z mar­mo­ladą. - Wszystko w po­rządku, mamo?

- Ja na­wet wo­la­ła­bym, żeby ona była du­chem, Ró­życzko - od­po­wie­działa Flo­ren­tyna. - Czy to by­łoby coś dziw­nego?

Ja­śmina przy­su­nęła się bli­żej matki i oparła głowę na jej ra­mie­niu. Cał­kiem siwe włosy Flo­ren­tyny pach­niały ma­ciejką i sta­ro­ścią.

- Wszy­scy je­ste­śmy du­chami. - Ja­śmina przy­mknęła oczy i wdy­chała za­pach, o któ­rym wie­działa, że za ja­kiś czas sta­nie się bo­le­sną tę­sk­notą.

- Wie­cie, ona skoń­czy­łaby w tym roku czter­dzie­ści osiem lat. - W gło­sie Flo­ren­tyny było wię­cej zdzi­wie­nia niż smutku.

Coś kłę­biło się mię­dzy nimi po tych sło­wach, jakby ko­żuch go­ry­czy za­wisł w po­wie­trzu gę­stym od śmie­chów i pod­nie­sio­nych gło­sów. Wszy­scy tę­sk­nili za Na­dzieją, któ­rej pę­kło serce, tak jak to prze­wi­działa stara Cy­ganka. To nie­prawda, że czas le­czy rany, czas po­krywa je tylko ku­rzem za­po­mnie­nia.

Ja­śmina pa­trzyła na ro­dzi­ców i wzbie­rało w niej coś strasz­nego, ja­kaś fala ni to mi­ło­ści, ni to roz­pa­czy. Si­wiutka Flo­ren­tyna ze skórą białą jak por­ce­la­nowa fi­li­żanka wy­da­wała jej się de­li­katna i kru­cha jak lalka. Kiedy sie­działa za sto­łem, wy­glą­dała jak mała dziew­czynka, któ­rej ktoś przez przy­pa­dek dał twarz sta­ruszki. Ja­śmina oba­wiała się, że sil­niej­szy po­wiew wia­tru zmie­cie ją z krze­sła, po­rwie w stronę roz­czo­chra­nych lip i je­sio­nów, unie­sie z sobą da­leko, za ho­ry­zont, tam gdzie wie­czo­rami tań­czą świa­tła nad Czar­nym La­sem.

Oj­ciec wy­da­wał się młod­szy, choć w rze­czy­wi­sto­ści był od Flo­ren­tyny star­szy o dwa lata. Z wie­kiem może tylko tro­chę po­smut­niał. Za­wsze no­sił w so­bie ten smu­tek i tę­sk­notę do gwiazd, do od­kry­wa­nia nie­zna­nego.

Tylko ogród był nie­zmienny, wciąż kwitł nie­bie­skimi kwia­tami sza­fir­ków, ołow­nika i hor­ten­sji. Pod pło­tem od strony głów­nej drogi roz­ro­sły się nie­za­po­mi­najki, które cał­kiem po­kryły wy­pu­kłość po za­ko­pa­nej studni. Gru­sze w sa­dzie od wschod­niej strony domu już wy­da­wały się usy­chać, po­przed­niej je­sieni nie ob­ro­dziły, ale tego roku ich ga­łę­zie ob­sy­pało mro­wie de­li­kat­nych bia­łych kwia­tów. Morwy pra­wie cał­kiem przy­sła­niały stary dom, w któ­rym przed laty miesz­kali Sta­sieńka i Pa­weł, je­den z bliź­nia­czych braci Flo­ren­tyny, a po­tem Na­dzieja i Sła­wek.

Ogród żył, roz­ra­stał się. Tylko ten stary dom, od kilku lat za­mknięty na cztery spu­sty, mar­niał tam mię­dzy gę­stą cze­rem­chą i co­raz wyż­szymi świer­kami. Tamta część ogrodu była te­raz jakby ciem­niej­sza. Cza­sami można było od­nieść wra­że­nie, że jest tam chłod­niej, że kiedy prze­cho­dzi się wą­ską ście­żyną za wa­rzyw­ni­kiem, tam gdzie za­czy­nają się mor­wowe krzewy, ja­kiś zimny wiatr smaga plecy.

W gąsz­czu nie­przy­ci­na­nych krza­ków miesz­kały małe zwie­rzęta i cza­sem późno w nocy sły­chać było szmery i chro­bo­ta­nie. W ciem­no­ści przez ogród prze­bie­gały kuny, jeże i po­pie­lice. Nie­kiedy wy­da­wało się, że coś jesz­cze, coś więk­szego, ja­śniej­szego su­nie mię­dzy uśpio­nymi drze­wami. Nikt o tym gło­śno nie mó­wił, ale każdy my­ślał w ta­kich mo­men­tach o nie­szczę­snej Alince Ju­chów­nie, która umarła w tym ogro­dzie i któ­rej włosy ro­sły jesz­cze długo po tym, jak jej białe ciało zło­żono w trum­nie.

Flo­ren­tyna cza­sami przy­ła­py­wała w swoim ogro­dzie Ma­ry­się Miś­tównę, soł­ty­sową córkę. Dziew­czyna nie ro­biła nic złego, po pro­stu sia­dała mię­dzy rzę­dami kwia­tów, ob­ser­wo­wała mrówki i bie­dronki, cza­sem ja­dła zie­mię. Wtedy czę­sto się zda­rzało, że gałki jej oczu się wy­wra­cały, a ona wsta­wała i za­czy­nała się śmiać albo tań­czyć. Nie­kiedy też śpie­wała, a śpie­wała pięk­nie, naj­pięk­niej w ca­łym So­ko­ło­wie. Czę­sto chwa­lił ją or­ga­ni­sta, Fran­ci­szek Ku­kła, że z ta­kim gło­sem to po­winna zro­bić ka­rierę śpie­waczki, a nie sie­dzieć w So­ko­ło­wie i wy­ja­dać lu­dziom zie­mię z ogród­ków. Ale nie było na to rady, na Ma­ry­się, na tę zie­mię, na tań­co­wa­nie w ob­cych ogro­dach.

Ma­ry­sia była inna. Zda­rzało się, że zni­kała na kilka go­dzin i wtedy czer­wony ze zło­ści soł­tys cho­dził po cha­łu­pach i jej szu­kał. Raz zna­lazł córkę śpiącą w sto­dole u Ju­chów, in­nym ra­zem za­snęła w ostat­niej ławce so­ko­łow­skiego ko­ściółka, a kie­dyś szwen­dała się da­leko w Li­sim Le­sie, aż dzwo­nili do niego z go­spody Na Roz­staju, że późno już, a ona tak cho­dzi sama bez celu, jesz­cze coś jej się sta­nie.

In­nym ra­zem szu­kał jej długo, bo nie było jej ani w le­sie, ani w ko­ściele, ani w żad­nej sto­dole. Do­piero póź­nym wie­czo­rem Ja­śmina za­uwa­żyła coś w oknie sta­rego domu Na­dziei i naj­pierw się prze­stra­szyła, że to któ­ryś z du­chów jej się przy­gląda. Po chwili po­znała, że to była ona, soł­ty­sowa córa. Jak tam we­szła, nie wia­domo, pew­nie tak samo, jak cza­sem wcho­dziły tam po kry­jomu Malwa i Ha­nia. Soł­tys pod­je­chał swoim po­lo­ne­zem, prze­pro­sił za kło­pot i za­pa­ko­wał córkę do auta. Ja­śmina od­po­wie­działa, że to ża­den kło­pot, stała jesz­cze i pa­trzyła za nimi, tro­chę szkoda jej było dziew­czyny, ale chyba jesz­cze bar­dziej żal jej było soł­tysa, wiecz­nie umar­twio­nego, zbyt po­błaż­li­wego. Cała wieś się z niego śmiała, że chłop jak dąb, a naj­młod­sza córa owi­nęła go so­bie wo­kół palca.

- Cór­cia, nie mo­żesz tak zni­kać. Na tak długo, prze­cież wiesz - wy­sa­pał soł­tys, wsia­da­jąc za kie­row­nicę. - I coś ty tam ro­biła tyle czasu, sama?

- Nie sama - od­po­wie­działa Ma­ry­sia, a soł­tys aż się od­wró­cił, bo córka od­zy­wała się rzadko, bar­dzo rzadko.

Ja­śminę, wciąż sto­jącą w oknie, prze­szedł dreszcz.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki