Jaśkowe ambicje - Władysław Reymont

Kup ebooka

4.49 zł
3.68 zł (2,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

JAŚKOWE AMBICJE.

Dzwonek brzęczał coraz niecierpliwiej. Ale Jasiek ani drgnął; wyglądał oknem na szarą drogę, obsadzoną wierzbami, a wlekącą się wskroś ogromnych pól, poznaczonych kępami drzew. - Jasiek, jaśnie pan dzwoni! - wrzasnęła przelatująca pokojówka. Nie odwrócił się nawet, zapatrzony w dalekoście zawarte obręczą lasów. - Jasiek, głuchu jeden, dzwonek! - znowu ktoś krzyknął przez uchylone drzwi. - A niech se dzwoni... - odburknął gniewnie i porwał się naraz od okna, wyciągnął z kąta zielony kuferek i zaczął gorączkowo pakować swoje rzeczy. Potem cisnął o ziemię liberyjną kurtę i już zabierał się do dalszego ciągu, gdy wpadła sama gospodyni, rozczapierzona złością niby indyczka i wsiadła na niego: - Jaśnie pan dzwoni, a ty, wałkoniu, ani się ruszysz! Leć prędko... - Ja go ta więcej ubierał nie będę i woził go nie będę, i służył mu nie będę! - cisnął. - A to co znowu! Widzicie go, będzie mi tu wyjeżdżał z pyskiem! Ruszaj natychmiast, żebyś czego nie oberwał. - Rozkazywała z tak groźnym majestatem, że Jasiek struchlał, kurtę nałożył, zakręcił się bezradnie po stancyi, pańskie buty, świeżo wypucowane, pochwycił, i w dyrdy pobiegł na drugi koniec dworu. Dziedzic leżał pod zieloną kotarą i, uniósłszy głowę, rzekł łagodnie: - Zaspałeś dzisiaj! Ubierz mnie cieplej, pojedziemy do parku. Chłopak sprężył się nagle i już miał wybuchnąć buntem, ale spotkawszy łaskawe wejrzenie, pocałował pana w rękę i jak co dnia od lat wielu, zabrał się do roboty. Umył go, ubrał i zaniósł na fotel przed stół, gdzie już pokojówka postawiła kawę. Dziedzic bowiem miał sparaliżowane nogi, a Jasiek był mu niezbędnem uzupełnieniem, zwłaszcza, że wszystko robił niesłychanie sprawnie i delikatnie, w lot odgadując każde jego życzenie. - Jak tam na świecie, pogoda? - A bogać ta, plucha! - mruknął hardo, przeżuwając buntownicze zamysły. Dziedzicowi coś jak rumieniec gniewu okrasił zwiędłe jagody, ale jeno zagwizdał na psa, który przyleciał w szalonych podskokach i rzucił mu się na piersi. - Rex, dosyć karesów. Podaj mi smyczę i jedźmy. Przeniósł go na ręczny wózek, obtulił futrzaną derą i powiózł przez liczne pokoje na ganek, tak jednak niezręcznie, iż co chwila zawadzał o sprzęty i potykał się na progach, wszystek bowiem dygotał i oczy miał zaćmione łzami. - Przynieś od gospodyni bułek i ziarna - przypomniał sobie dziedzic przed dworem. Sprawił się w mig i wjechali do olbrzymiego parku, co niby morze spienione najcudniejszemi farbami, rozlewało się dokoła. Objęła ich cisza i rzeźwy chłód, przejęty zapachem gnijących liści. W szarawem i dziwnie posępnem powietrzu drzewa grały wszystkiemi barwami jesieni. Ogromne klony, całe w złocie i purpurze, stały zadumanym tłumem; rdzawe, wyniosłe modrzewie zdały się po polankach wspierać nizkie sklepienia niebios; kaliny zaś, pokryte trwożnie, w gąszczach, płakały krwawemi listkami. Gdzie niegdzie z ciemnej zieleni podszycia buchał rozpalony szkarłat dzikiej śliwiny, a nad ludem zwartych świerków bujały białe zgła brzóz, przyodzianych w złociste, powiewne czuby. Liście spływały bez szelestu, jak martwe motyle. Ostatnie kwiaty gasły na kwaterach, a wody stawów przezierały z pod mgławych przesłon zamierającemi oczyma. Jesienny, żałosny smutek powiewał nad światem, żałośnie krakały wrony i żałością biło od ziemi odartej stratowanej, i pól oniemiałych. - Przykry dzień... - szepnął dziedzic. - Juści, rano był zamróz, to, musi być, skończy się deszczem. - Głupiś! Skręć do karpi - nakazywał. Stawy polśniewały na stratowanych łączkach niby zapłakane oczy, gdzie niegdzie przeglądały się w nich zrudziałe dęby lub brzozy moczyły złociste warkocze. Dziedzic kazał zjechać nad sam brzeg i jął się zabawiać rzucaniem bułek do wody; gładka toń zadrgała nagle, w głębinach zamigotały pręgi grzbietów, całe gromady sunęły śpiesznie i tłumnie, powstała niema i zajadła walka, co chwila wynurzał się okrągły pyszczek i ginął słupem. - Te wielkie wszystko porywają... - skarżył się bezsilnie dziedzic. - Każdemu swój brzuch najmilszy. Któren mocniejszy - ten lepszy. Kucharz dałby im radę, bo w łącznych stawach sam drobiazg... - Niech mi się nie waży łowić tutaj, zapowiedziałem raz na zawsze. - Srożył się starzec i, rzuciwszy karpiom resztę bułek, z lubością patrzył, jak ciągnęły za nimi, póki droga szła nad wodą. Wyjechali w aleje odwiecznych kasztanów, potwornie rozrośniętych, powykręcanych i dźwigających się na pagórkach, uwitych z własnych korzeni. Rosły tutaj od wieku i tak się z sobą pokumały, splątane konarami, że żółta od liścia droga zdała się być nieskończoną nawą kościelną, nizką jeno, zasnutą jakby dymami kadzielnic i złotawem światłem witrażów.

RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.