Dzwonek brzęczał coraz niecierpliwiej. Ale Jasiek ani drgnął; wyglądał oknem na szarą drogę, obsadzoną
wierzbami, a wlekącą się wskroś ogromnych pól, poznaczonych kępami
drzew. - Jasiek, jaśnie pan dzwoni! - wrzasnęła przelatująca pokojówka. Nie odwrócił się nawet, zapatrzony w dalekoście zawarte obręczą
lasów. - Jasiek, głuchu jeden, dzwonek! - znowu ktoś krzyknął przez
uchylone drzwi. - A niech se dzwoni... - odburknął gniewnie i porwał się naraz od
okna, wyciągnął z kąta zielony kuferek i zaczął gorączkowo pakować
swoje rzeczy. Potem cisnął o ziemię liberyjną kurtę i już zabierał
się do dalszego ciągu, gdy wpadła sama gospodyni, rozczapierzona
złością niby indyczka i wsiadła na niego: - Jaśnie pan dzwoni, a ty, wałkoniu, ani się ruszysz! Leć
prędko... - Ja go ta więcej ubierał nie będę i woził go nie będę, i służył
mu nie będę! - cisnął. - A to co znowu! Widzicie go, będzie mi tu wyjeżdżał z pyskiem!
Ruszaj natychmiast, żebyś czego nie oberwał. - Rozkazywała z tak
groźnym majestatem, że Jasiek struchlał, kurtę nałożył, zakręcił
się bezradnie po stancyi, pańskie buty, świeżo wypucowane,
pochwycił, i w dyrdy pobiegł na drugi koniec dworu. Dziedzic leżał pod zieloną kotarą i, uniósłszy głowę, rzekł
łagodnie: - Zaspałeś dzisiaj! Ubierz mnie cieplej, pojedziemy do parku. Chłopak sprężył się nagle i już miał wybuchnąć buntem, ale
spotkawszy łaskawe wejrzenie, pocałował pana w rękę i jak co dnia
od lat wielu, zabrał się do roboty. Umył go, ubrał i zaniósł na
fotel przed stół, gdzie już pokojówka postawiła kawę. Dziedzic
bowiem miał sparaliżowane nogi, a Jasiek był mu niezbędnem
uzupełnieniem, zwłaszcza, że wszystko robił niesłychanie sprawnie i
delikatnie, w lot odgadując każde jego życzenie. - Jak tam na świecie, pogoda? - A bogać ta, plucha! - mruknął hardo, przeżuwając buntownicze
zamysły. Dziedzicowi coś jak rumieniec gniewu okrasił zwiędłe jagody, ale
jeno zagwizdał na psa, który przyleciał w szalonych podskokach i
rzucił mu się na piersi. - Rex, dosyć karesów. Podaj mi smyczę i jedźmy. Przeniósł go na ręczny wózek, obtulił futrzaną derą i powiózł
przez liczne pokoje na ganek, tak jednak niezręcznie, iż co chwila
zawadzał o sprzęty i potykał się na progach, wszystek bowiem
dygotał i oczy miał zaćmione łzami. - Przynieś od gospodyni bułek i ziarna - przypomniał sobie
dziedzic przed dworem. Sprawił się w mig i wjechali do olbrzymiego parku, co niby morze
spienione najcudniejszemi farbami, rozlewało się dokoła. Objęła ich
cisza i rzeźwy chłód, przejęty zapachem gnijących liści. W szarawem
i dziwnie posępnem powietrzu drzewa grały wszystkiemi barwami
jesieni. Ogromne klony, całe w złocie i purpurze, stały zadumanym
tłumem; rdzawe, wyniosłe modrzewie zdały się po polankach wspierać
nizkie sklepienia niebios; kaliny zaś, pokryte trwożnie, w
gąszczach, płakały krwawemi listkami. Gdzie niegdzie z ciemnej
zieleni podszycia buchał rozpalony szkarłat dzikiej śliwiny, a nad
ludem zwartych świerków bujały białe zgła brzóz, przyodzianych w
złociste, powiewne czuby. Liście spływały bez szelestu, jak martwe motyle. Ostatnie kwiaty
gasły na kwaterach, a wody stawów przezierały z pod mgławych
przesłon zamierającemi oczyma. Jesienny, żałosny smutek powiewał
nad światem, żałośnie krakały wrony i żałością biło od ziemi
odartej stratowanej, i pól oniemiałych. - Przykry dzień... - szepnął dziedzic. - Juści, rano był zamróz, to, musi być, skończy się deszczem. - Głupiś! Skręć do karpi - nakazywał. Stawy polśniewały na stratowanych łączkach niby zapłakane oczy,
gdzie niegdzie przeglądały się w nich zrudziałe dęby lub brzozy
moczyły złociste warkocze. Dziedzic kazał zjechać nad sam brzeg i
jął się zabawiać rzucaniem bułek do wody; gładka toń zadrgała
nagle, w głębinach zamigotały pręgi grzbietów, całe gromady sunęły
śpiesznie i tłumnie, powstała niema i zajadła walka, co chwila
wynurzał się okrągły pyszczek i ginął słupem. - Te wielkie wszystko porywają... - skarżył się bezsilnie
dziedzic. - Każdemu swój brzuch najmilszy. Któren mocniejszy - ten lepszy.
Kucharz dałby im radę, bo w łącznych stawach sam drobiazg... - Niech mi się nie waży łowić tutaj, zapowiedziałem raz na zawsze.
- Srożył się starzec i, rzuciwszy karpiom resztę bułek, z lubością
patrzył, jak ciągnęły za nimi, póki droga szła nad wodą. Wyjechali
w aleje odwiecznych kasztanów, potwornie rozrośniętych,
powykręcanych i dźwigających się na pagórkach, uwitych z własnych
korzeni. Rosły tutaj od wieku i tak się z sobą pokumały, splątane
konarami, że żółta od liścia droga zdała się być nieskończoną nawą
kościelną, nizką jeno, zasnutą jakby dymami kadzielnic i złotawem
światłem witrażów.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.