Rozdział 2
Dziewczyna z przyszłością
Białystok, blok przy Zwierzynieckiej 6, drugie piętro, kwiecień 1963
Jowita Piekarczuk stała pośrodku pokoju jak pod pręgierzem. Właśnie oznajmiła rodzicom, że po maturze chce wyjechać do Warszawy, a tam zostanie modelką. Ewentualnie piosenkarką, aktorką nie. Talent może i by się znalazł, ale trzeba by zdawać do Akademii Teatralnej i studiować kolejne cztery lata, a ona miała dosyć szkoły. Zresztą rodzice wcale nie pchali jej na studia, nie chcieli finansować kolejnych lat nauki. Matka wymyśliła policealną szkołę medyczną, pielęgniarka to byłby bardzo dobry zawód! Ojciec i na to sarkał, że jeszcze dwa lata, lepiej poszłaby do pracy od razu. Sam pracował w fabryce tekstylnej i mógł jej załatwić pracę w hali, przy maszynach. W obecnych czasach być robotnicą to lepiej niż być hrabiną. A ta ni stąd, ni zowąd wyskoczyła z Warszawą. I widać było, że łatwo się nie ugnie, broda już się jej trzęsła, niebieskie oczy wypełniły się łzami. Zacisnęła usta. Wrażliwość to miała po matce, a żelazny upór po ojcu.
- To może chociaż szkoła pielęgniarska, jak już w tej Warszawie - rzekła zmartwiona Jola Piekarczuk. Chciała najlepszej przyszłości dla córki, innej niż jej własny los.
Jowita odziedziczyła urodę matki, tyle że po latach pracy w fabryce i czwórce dzieci śliczna figura Jolanty znikła, policzki obwisły, oczy zszarzały. Piekarczukowa byłaby dumna z córki pielęgniarki, do dwóch lat łożenia na edukację mogłaby jakoś męża przekonać. Poprawiła loczki swojej siwej trwałej, popatrzyła na Jowitę w śliwkowym sweterku zapinanym na guziki. Sama jej udziergała, kraciasta spódnica też po matce. Jaka tam modelka.
- Nie chcę być strzykawą! - mruknęła Jowita. - Mam warunki, był u nas w szkole taki jeden ze szkoły fotograficznej i sam powiedział. Że mam wygląd modelki i w ogóle co tutaj robię? W Warszawie otworzyli Modę Polską, szukają dziewczyn...
- Który to? - spytał ze złością Piekarczuk i zacisnął pięści. - Jak go znajdę, pierdolca jednego, żebra przetrącę.
- Właśnie! To jest twój sposób na życie, tato! - krzyknęła Jowita. - Całe życie jak koń w chomącie w tej fabryce, od świtu po noc, a jak coś, to przetrącę kości!
- Miarkuj się! Bo i tobie przyłożę! - Wściekły Piekarczuk sięgnął do paska.
Jola zagrodziła mu drogę do córki, a Jowita zwiała do drugiego pokoju. Rzuciła się na tapczan i płakała w głos. Słyszała przez ścianę, jak rodzice coś pokrzykiwali, matka pewnie jej broniła swoim cienkim "Zdzisiu, Zdzisiu", ojciec upierał się przy pracy w fabryce. Może nawet już zaklepał i opił sprawę z kierownikiem, bo gorzałą rozwiązywał wszystko. Zdzisiu gównisiu! Wojnę cudem przeżyli, więc teraz akceptują cokolwiek, byle jakie, biedne życie. Niedoczekanie. Za oknem zapadła noc, krzyki za ścianą ucichły, bo rodzice wstawali do pracy o świcie. Jowita ostrożnie otworzyła okno. Pieprzyć maturę. Nie bez trudu sięgnęła do drabinki pożarniczej, po której czasami jej najstarszy brat wracał z zakrapianych imprez, oczywiście zanim podjął pracę w fabryce, ożenił się i wyprowadził z domu. Drugi tak samo, potem trzeci. Ona była najmłodsza, ta "spóźniona", po dziesięciu latach od ostatniego syna Piekarczuków. Trudno było w jednej ręce trzymać walizkę, drugą chwytać się drabinki, ale jakoś udało się jej zejść.
- Pieprzyć maturę - powtórzyła.
Piechotą poszła na dworzec. Pociąg do Warszawy odjeżdżał o piątej rano, pieniądze na bilet miała z własnej świnki skarbonki. Zbierała cały rok, sprzedawała w punkcie skupu butelki ojca po wódce, dostała też parę groszy od ciotki za umycie okien. Kiedy usiadła w przedziale, odetchnęła. Miała w kieszeni bilet, legitymację szkolną, wizytówkę z adresem tego gościa z Warszawy i jedyną szminkę matki. Wszystko to stanowiło jej zdaniem solidną przepustkę do lepszego życia. Pociąg jechał ponad cztery godziny, mogła się zdrzemnąć bez obaw, nie miała ani grosza, a w walizce tylko koszulę nocną i jedną zmianę ubrania. Na szczęście kwiecień tego roku był ciepły.
Dworzec w Warszawie wydał jej się jednak złowrogi. Nie miała pojęcia, dokąd się udać, jakiś gość bez nogi przyglądał się jej z rosnącą ciekawością. Przeczytała napisy: "Do Kas", "Wyjście". "Ulica Marszałkowska". Podobała się jej ta nazwa, więc ruszyła w tę stronę. Warszawa o siódmej rano budziła się do życia, tramwaje pełne były ludzi spieszących do pracy. W Białymstoku nie jeździły tramwaje, więc teraz Jowita patrzyła na nie oczarowana. Gdy mijała piekarnię, zapach świeżych bułek spowodował, że kiszki skręciły się jej w precel. Była głodna jak wilk. Uciekła stamtąd w kierunku nowego budynku cedetu. Obok gruzów rosły bloki i sklepy, wydały się jej nowoczesne i niezwykle eleganckie. Ach, tutaj można było nabrać powietrza do płuc, wręcz czuła, jak rosną jej skrzydła. Podeszła do taksówek przy Alejach Jerozolimskich i pokazała wizytówkę z adresem fotografa. Daleko to? I za ile by podwiózł?
Taksiarz zza szyby warszawy zmierzył ją podejrzliwym wzrokiem od stóp do głów.
- A panienka o tej porze nie w szkole? - zapytał. - Na Wilsona to ze dwadzieścia złotych. A lat ile masz, panna? A może ja raczej na milicję cię, dziecko, zaprowadzę, co?
- O, tam idzie mój tata! - Pokazała szybko na jakiegoś faceta i uciekła między budynki. Dwie kobiety wysiadły z tramwaju i szły w jej stronę, wyglądały miło. Podbiegła do nich ze swoją wizytówką, zapytała, gdzie ten plac Wilsona. Kobiety były bezpieczniejsze.
- Ojoj, dziecko, to aż na Żoliborzu - westchnęła jedna z nich. - Trzeba jechać tramwajem, ósemką z Marszałkowskiej, o, w tamtą stronę. - Machnęła ręką, pokazując kierunek. - Będzie ze dwadzieścia przystanków. Ale dojedziesz prosto na Wilsona.
Jowita się zastanowiła. Jeśli wsiądzie na gapę do tramwaju, może napytać sobie kłopotów. Liczenie na to, że akurat nie trafi się kanar, było ryzykowne. Ostatecznie miała czas i mocne nogi nastolatki. Ruszyła sobie spacerkiem w stronę owego Żoliborza, cokolwiek to znaczyło. Pewnie dzielnica, jak Dojlidy w Białymstoku. Miała przed sobą cały dzień, słońce świeciło, Marszałkowską jechały warszawy i wołgi, sklepikarze otwierali swoje budki z warzywami. Gdyby nie głód, byłoby wspaniale. Śpiewała w duszy, szła i szła, i szła. Liczyła te przystanki ósemki, ale nie myślała, że to tak daleko, szła już z pół godziny. Kiedy mijała jakiś park, usiadła odpocząć, po czym znów wróciła na trasę. Nawet głód nieco przygasł. Wreszcie znalazła się w miejscu z tabliczką "plac Wilsona". Jowita obeszła cały plac, szukając numeru siedemnaście, jakiegoś szyldu pracowni fotograficznej. Może zdjęcia w witrynie? Są! Znalazła! Wprawdzie budynek wyglądał jak rudera, okienko małe, ale na wystawie pod napisem "Luna" fotografie ślubne i dzieci do chrztu i do pierwszej komunii.
Wszystko się zgadzało, tylko drzwi były zamknięte, usiadła więc pod nimi i czekała. Ktoś w końcu musiał przyjść... i przyszedł. O dziesiątej pojawił się fotograf, ten sam, który robił im zdjęcia w szkole. Stanął jak wryty na widok dziewczyny drzemiącej na jego progu. Jasny warkocz sięgał do chodnika, gdy tak spała z głową na kolanach. Mężczyzna dotknął jej ramienia, zerwała się na równe nogi i omal nie rzuciła mu się na szyję.
- To ja! Jowita Piekarczuk - oznajmiła. - Przyjechałam, tak jak pan mówił, żeby zostać modelką. Znalazłam zakład fotograficzny Luna pod numerem siedemnastym. A pan się nazywa Marcin Maszek. Mam na wizytówce, wszystko się zgadza.
Marcin Maszek pokiwał głową, nadal zdumiony. Weszli do zakładu, wyjął z teczki kanapkę, którą zrobiła mu żona, i zobaczył pożądliwy wzrok Jowity. Odstąpił jej śniadanie i od razu poczuł się lepszym człowiekiem. Nastawił wodę na kawę na spirytusowej kuchence, zalał dwie szklanki. Jowita po raz pierwszy w życiu piła kawę i uznała, że to ohydny napój. Dopiero gdy Marcin porządnie kawę posłodził i dodał mleka, dało się to wypić. Dopytywał, czy rodzice wiedzą, czy zgadzają się na jej karierę modelki. Czy ma jakichś kuzynów w stolicy, żeby u nich zamieszkać?
- Rodzice to jak najbardziej popierają - skłamała pomiędzy łapczywymi kęsami kanapki z żółtym serem. Że też nie miał drugiej. - Ale rodziny tu nie mam. Myślałam, że zarobię i wynajmę pokój. I że pan mi pomoże, sam pan mówił, że mam warunki na modelkę.
- Bo masz - westchnął Maszek. - Masz. Jesteś wysoka, zgrabna, mocne oczy i włosy. W dodatku czysty słowiański typ. Tylko trzeba oszlifować, włosy uczesać, poćwiczyć chód, bo trochę się garbisz. Ale z modelingu trudno wyżyć, dziewczyny, które znam, wszystkie gdzieś pracują... Tylko kilka jest na etacie w Modzie Polskiej. No i umieją się poruszać, mają ładne ciuchy, makijaż. Zrobione paznokcie.
Jowita miała paznokcie zaniedbane i brudne po podróży. Schowała je szybko w rękawy swetra.
- Mam szminkę - przerwała mu, zadowolona, że podkradła matce pomadkę Celii. Szybko umalowała usta. Karminowy kolor nawet pasował, od razu wydała się starsza, a uśmiech miała wyjątkowo ładny, zęby bielutkie.
Gorzej było z ubraniem. Maszek popatrzył na skromny sweterek, obcisły na młodym biuście, poczuł się niepewnie i natychmiast upomniał sam siebie. Nie szukał kochanki, jeżdżąc po szkołach, naprawdę rozglądał się za kandydatkami na modelki. Miał trzydzieści lat, żonę, Celina była w ciąży, a on nie był draniem. Jeszcze raz westchnął.
- Posłuchaj, Jowita, spróbujemy - powiedział. - Przez kilka dni możesz zostać tutaj. Jest kozetka, kupię coś do jedzenia. Pójdziemy do pani Grabowskiej, ona rządzi w Modzie Polskiej i szuka dziewczyn na modelki. No, co tak patrzysz, przeglądy, coś jak konkurs. Dziewczyny przychodzą, ona ogląda i jak się jej jakaś spodoba, to przyjmuje ją do pracy. Nie tylko na urodę patrzy, ale ty masz szansę. Tylko nie w tym ubraniu, Jezu, nie w tym!
Przewrócił oczami, a Jowita z niepokojem popatrzyła na swój sweterek i spódnicę w kratkę. Skąd miała wziąć inne ubranie? Ten coś gadał, że nie będzie się bawił w Pigmaliona, ale może zrobić parę zdjęć. Jeszcze dzisiaj. I pójdą potem do tej Grabowskiej nie tylko z samą Jowitą, ale też ze zdjęciami. Może również do jakiejś prasy. Tylko te ciuchy... Wzruszyła ramionami. Zaraz pewnie będzie chciał, żeby się pokazała bez ciuchów, nie była pierwszą naiwną, na takie zdjęcia nie ma zamiaru się zgodzić. Ale cały ten Maszek wyraźnie nie to miał na myśli. Chodził po pracowni, jak szumnie nazywał zaciemniony pokoik, w jedną, w drugą stronę, w końcu klasnął w ręce.
- Posiedź tutaj i odpocznij - powiedział. - Ja przyniosę jakieś ciuchy, zrobimy kilka zdjęć, żeby nie iść do Graboletty z pustymi rękami.
- Ale pan dobry - rozpromieniła się Jowita, gotowa rzucić się na szyję swojemu zbawcy. Polubiła tego Marcina, szkoda, że taki stary i z obrączką.
- No, już tam, pewnie, że dobry - odparł. Nie zamierzał jej mówić, iż dostrzegł w całej hecy szansę dla siebie. Od dawna chciał się załapać na pokazy Mody Polskiej w roli fotografa. Od dawna marzył, żeby przestać cykać śluby, chrzciny, tableau szkolne i zdjęcia do legitymacji. I oto z tą młodą dziewczyną z Podlasia pojawiła się całkiem realna szansa na wejście w wielki świat. Tylko dobrze ją ubrać i uchwycić w kadrze jej wdzięk... Potrzebował kobiecej pomocy i miał taką w zasięgu ręki. Jego rodzona siostra Kryśka pracowała jako garderobiana w Teatrze Polskim. Żadna tam fucha artystyczna, dbała o kostiumy, prała je, cerowała i znosiła grymasy artystek. Ale miała wzrost i wymiary tej oto Jowity. Ubierała się ładnie, w końcu podglądała aktorki i umiała dobrze szyć. Pożyczy mu kilka ciuchów, pewnie kosmetyki też. On zaś weźmie dziewczynę do Łazienek, pod zieleniejące kasztany, pod Pałac Kultury, pomysłów na niebanalne ustawienia ma dziesiątki.
Krystyna, stara panna, lat trzydzieści cztery, znała jego marzenia i wykazała się zrozumieniem. Nie wszystko jej powiedział, tyle tylko, że nareszcie znalazł modelkę, tylko strasznie zielona i potrzebuje stroju i makijażu. Zabrał siostrę do zakładu, polubiła dziewczynę. Spędzili we trójkę zabawne przedpołudnie, które ogromnie się podobało Jowicie. Pani Krysia potem już we własnym mieszkaniu umalowała ją starannie, przykleiła jej sztuczne rzęsy, rozpuściła włosy, a potem uczesała w duży kok na czubku głowy.
- No popatrz. - Odwróciła ją do lustra w przedpokoju.
Jowita otworzyła usta ze zdumienia. Kim była ta kobieta w krótkiej beżowej sukience i brązowych kozaczkach do kolan?
- Macie szczęście - dodała Krystyna. - Wczoraj kupiłam sobie płaszcz. Z wełenki i w kolorze, który podkreśli twoje oczy. Niebieski, z białymi lamówkami...
Marcin szalał, zachwycony. Komenderował Jowitą, dyrygował nią jak jakiś wielki pan reżyser.
- Tu bokiem, teraz ręka na biodro i przechyl się do tyłu... Idź po murku i nie spadnij. Oprzyj nogę o krawężnik, tak, mała, ale prosto, prościutko... Uśmiech! Patrz na mnie. Patrz w dal. Bokiem. Tyłem. I od nowa...
A teraz siedział zamknięty w ciemni i wywoływał zdjęcia. Na tapczaniku w pracowni czekała zmęczona Jowita. Przykazał pod żadnym pozorem nie zaglądać do tajnego pomieszczenia, ale kiedy wyszedł, był bardzo zadowolony i popatrzył z czułością na śpiącą dziewczynę. Miał skarb w ręku. Teraz myślał, jak się dostać na audiencję do Grabowskiej. Tak po prostu do budynku Mody nie wpuści go ten naburmuszony stróż Tyburcy Badura. Wszyscy go znali, istny Cerber, z miną, jakby należał do straży królowej brytyjskiej. Marcin postanowił zadziałać inaczej. Wiedział, że dyrektor Grabowska rozgląda się po ulicy i czasem sama zaczepia dobrze rokujące dziewczyny. A o piętnastej je obiad, najczęściej w restauracji na Foksal w towarzystwie męża lub kolegów z pracy. Koczował tam od południa ze znudzoną Jowitą, wystrojoną w niedzielną sukienkę Kryśki. Kiedy Grabowska weszła do restauracji w towarzystwie dwóch mężczyzn, Marcin chwycił Jowitę za rękę, wmaszerowali do środka i usadowili się przy stoliku obok. Jowita miała tylko z wdziękiem popijać wodę, śmiać się i zwracać na siebie uwagę. Przychodziło jej to bez trudu. Jeden z mężczyzn towarzyszących Grabowskiej, model Jurek Sapecki, szybko wyłapał ją wzrokiem i szepnął coś do szefowej. Odwróciła się, zainteresowana. Nie należała do osób, które tracą czas. Wystarczyło jej kilka sekund obserwacji, po czym wstała, podeszła do ich stolika, przedstawiła się.
- Chcesz, dziecko, spróbować być u mnie modelką? - spytała.
- O tak! Specjalnie tu na panią czekamy - rzucił szczerze Maszek. - Jestem fotografem artystą, odkryłem dziewczynę i się nią opiekuję. Proszę zobaczyć zdjęcia Jowity. Może pani je zabrać do obejrzenia.
Grabowska spiorunowała go wzrokiem. Wytrzymał, uśmiechnął się. Wzięła zdjęcia, zerknęła, oddała.
- Nadaje się. Przyjdźcie do mnie jutro o dziewiątej rano - powiedziała krótko. - W dziewczynie widzę potencjał. Co do pana, nie wiem, chociaż zdjęcia, owszem, niezłe.
Marcin gadał jak najęty do Jowity, kiedy kroczyli Nowym Światem, nie posiadał się z radości. Był pewien, że się udało, i nie rozumiał, czemu dziewczyna nie skacze po krawężnikach razem z nim. Nie skakała, bo w jej głowie zrodziły się ponure myśli i nagłe lęki: bała się być szczęśliwa, bała się, że nie sprosta swojemu marzeniu. Teraz, kiedy była o krok od celu, przestraszyła się. I w dodatku zatęskniła za domem. Wszystko to było piękne, ale poczuła się tak, jakby nie miała swojego miejsca na ziemi, nie miała z kim dzielić radości. No i wiedziała, że matka się martwi. Ojciec mógł się wściekać, ale mama... Płacze pewnie i umiera ze strachu o córkę. I właściwie czemu jej nie szukali?
- Co ci jest? - zapytał Marcin Maszek. - Powinnaś piszczeć z radości. Wiesz, jaka to szansa?
- Wiem - odparła. Chciała mu się zwierzyć, ale przecież oszukała go z tymi rodzicami. - Brzuch mnie boli. Może z nerwów, a może, wie pan, kobieca przypadłość...
Przewróciła wymownie oczami, a Marcin zaklął pod nosem. Te babskie sprawy. Musi do jutra być w formie, więc zaproponował lody.
- Ale waniliowe z bitą śmietaną - zażyczyła sobie. Lody zawsze poprawiały jej humor. Tak, zje cały pucharek i kiedy tylko załapie się do Mody, napisze do matki, wszystko wyjaśni, a potem, jak będzie wielką gwiazdą, to ją ozłoci. Kupi jej futro, stos sukienek i każe ufarbować siwe włosy.
Następny dzień przyniósł im dwie niespodzianki. Pierwszą sprawiła pani Grabowska. Nie tylko na nich czekała, ale od razu przyjęła Jowitę w poczet modelek. Wprawdzie zatrudniła ją na czas próbny i gadała z godzinę o tym, co do poprawki: że sposób stawiania stóp, prosta postawa, broda w górę i tak dalej. Kij od szczotki na plecy, pod łokcie, książka na głowę i tak chodzić dziesięć minut dziennie. I że musi schudnąć, od dzisiaj bez kolacji i żadnych lodów. Jowita zrozumiała z tej gadaniny jedno: będzie ćwiczyć do pokazu, który zaplanowano na lato, będzie dostawać własne pieniądze. Znów skłamała, że rodzice wiedzą o wszystkim, zresztą miała skończone osiemnaście lat, szedł jej dziewiętnasty. Dyrektorka sznurowała usta, kazała się obrócić dookoła, wzięła jej twarz w obie ręce, syknęła coś o wystylizowaniu brwi i kazała przyjść nazajutrz do pracy.
Siedzieli w zakładzie Marcina radośni, kiedy objawiła się druga niespodzianka dnia. W postaci jego żony, rozzłoszczonej do granic możliwości. Celina Maszkowa jedną ręką podtrzymywała naprawdę pokaźny brzuch, w drugiej zaś mocno ściskała wałek do ciasta.
- A więc to prawda! - wrzeszczała. - Miała rację Szczerbkowa, że kochankę trzymasz w zakładzie. Nic się przede mną nie ukryje, ty draniu, ty półgłówku, ty mątwo zasrana. Prawdę mówiła, że żonka z brzuchem, to on ma dziewuchę. A ty, wywłoko jedna, czego się cudzych mężów się czepiasz?
I zdzieliła Jowitę wałkiem w czoło, po czym ruszyła ku mężowi. Zdążyła rąbnąć go dwa razy w żebra, bo rękami zasłonił głowę. Nawet nie próbował wyjaśniać. Nie było możliwości: pani Celina Maszkowa wrzasnęła jakby inaczej, ale nadal intensywnie, upuściła wałek i złapała się za spódnicę w kroku. Wody odeszły, zaczęła rodzić. Maszek zgłupiał, nie wiedział, co robić: lecieć do budki telefonicznej wołać pogotowie, samemu odbierać poród czy ratować zakrwawioną, wrzeszczącą Jowitę, której waleczna Celina rozcięła łuk brwiowy. Miał szczęście, akurat zaszła do niego Krystyna zapytać, jak poszło w Modzie. Złapała się za głowę, ale szybko opanowała sytuację. Marcina wysłała do budki, jęczącą Celinę ułożyła na tapczaniku, potem zajęła się twarzą Jowity.
- No nie wiem, dzieciaku, jak ty jutro pójdziesz do Grabowskiej. Musisz mieć szycie, będzie blizna na brwi. Siniak do jutra nie zejdzie. Co też ci odbiło, Cela, przecież to tylko modelka, Marcinek chciał zrobić coś więcej w swojej pracy...
Cela już nie słuchała. Krzyczała wniebogłosy, bo skurcze nadchodziły już niemal bez przerwy.
Karetka pogotowia nadjechała na sygnale, lekarz odebrał poród w zakładzie. Na świat przyszła dziewczynka o prawidłowej wadze i rozmiarach i jako trzecia dołączyła do kobiecych wrzasków. Na fali endorfin i dzięki poręczeniom Krystyny młoda matka wybaczyła mężowi, który sam wymagał środków uspokajających. Lekarz zabrał do karetki położnicę z noworodkiem i rozhisteryzowaną młodą dziewczynę z twarzą umazaną krwią i łzami. Spod tej mieszanki wyłaniały się śliczne oczy i usta.
Wieczorem siedzieli w mieszkaniu Krystyny i naradzali się, co robić dalej. Jowita z siniakiem i szwem na brwi nie bardzo nadawała się do pokazania Grabowskiej. Marcin oparł głowę na rękach i rozpaczał. Wprawdzie małżeństwo zostało uratowane, stał się dumnym ojcem małej Kasi, ale cała ta sprawa pogrzebała jego nadzieje na pracę w Modzie Polskiej. Przecież jeśli pójdą, dyrektorka ich wygoni. Miała wysokie wymagania co do dyscypliny i nieskazitelności dziewcząt. A tu szwy i siniaki po bójce. Jeśli nie pójdą, to ich skreśli. Nie tolerowała spóźnień ani absencji. Co robić?
- Iść! - zawyrokowała Krystyna. - Jowita przenocuje u mnie, że też ty samą dziewczynę zostawiałeś w zakładzie, braciszku? Nie masz rozumu. Jutro koczujesz pod szpitalem, pogadasz spokojnie przez okno z Celiną, pokaże ci małą. Ja zawiozę Jowitę na Tamkę. Zakład jeden dzień będzie zamknięty i tyle. I nie jęcz tak, sam sobie piwa nawarzyłeś. Nie mogłeś od razu jej powiedzieć, że znalazłeś młodą modelkę i że ona nocuje w Lunie?
- No jak? Celi nie znasz? Krzyk byłby, że hej.
- Ano tak...
Nazajutrz działali zgodnie z planem Krystyny. Rano uczesała Jowitę, upudrowała jej twarz, westchnęła i zaprowadziła dziewczynę do pani Grabowskiej. Nie kryła prawdy, opowiedziała o całym zajściu i o tym, że jej brat to romantyk pechowiec. Miała wrażenie, że przez twarz dyrektorki przemknął cień rozbawienia. Zastanawiała się chwilę, po czym chwyciła dziewczynę za ramiona.
- Moja modelka nie ma prawa narażać się na podobne przygody. Ten raz ci ujdzie, bo to i tak tylko próby. Ale jeśli zostaniesz, musisz dbać o nieskazitelną twarz... a ten twój opiekun, żonkoś niedorobiony, niech mi się nie pokazuje na oczy.
Zabrała dziewczynę do przymierzalni. Zaciekawiona Krystyna cicho poszła za nimi, zachwycając się materiałami na manekinach. Rzuciła kilka uwag, a na widok prostej, gładkiej sukienki z szarej wełny krzyknęła:
- Pani dyrektor, tu pasowałby wzór ludowy! Dół spódnicy ozdobić pasiakiem łowickim i taki sam akcent przy dekolcie. Mamy w teatrze teraz Wesele, jestem na bieżąco...
Grabowska popatrzyła na nią z zainteresowaniem. Miała rację. Taki wzór dodałby charakteru. I sprostałby wymogom ministra, żeby po polsku, raz na ludowo.
- A gdzie pani pracuje dokładnie? - zainteresowała się Krystyną.
- W garderobie Teatru Polskiego...
- Pomyślimy, może przydałaby się pani tutaj?
Dla wielu osób ten dzień oznaczał życiowy zwrot, i to całkiem niespodziewanie, bo los lubi czasem tak sobie zakręcić zdarzeniami. Żadne z nich nie wiedziało, że splot okoliczności sprawił, iż ocaleli przed jeszcze jednym kataklizmem. Uosabiał go rozsierdzony Zdzisław Piekarczuk, który przybył do stolicy porannym pociągiem. Przeprowadził własne śledztwo w szkole Jowity i zdobył wizytówkę Maszka, a rano stanął osobiście przed jego zakładzikiem w Warszawie. Miał mordercze zamiary: fotografa zabić albo chociaż unieszkodliwić i skopać mu część niewymowną. Dziewczynę zabrać do domu. Niestety, zakład był zamknięty, a czekanie do wieczora nic nie dało. Piekarczuk udał się zatem do kuzynów na Pradze, gdzie miał nocować. Tam tęgo popił, ale też dowiedział się, gdzie należy szukać modelek w Warszawie. Miejsce było jedno: Moda Polska przy ulicy Tamka 49. Z tym że minęły dwa dni, zanim wytrzeźwiał na tyle, by przypomnieć sobie cel swojej wyprawy.
W tym czasie Grabowska oceniła potencjał Jowity Piekarczuk, która była jej zdaniem dziewczyną z przyszłością. Dyrektorka zdziwiła się, kiedy usłyszała, że córka robotnika i salowej wygląda jak rosyjska księżniczka. Miała w sobie "to coś". Wdzięk, grację, tylko o ogładę należało zadbać. I skontaktować się z rodzicami, bo mimo że pokazała dowód, to jednak była młodziutka, a tu chodzi o jej przyszłość. Ustaliły, że na razie Jowita zakwateruje się u pani Krystyny, a ta przy okazji na próbę zaprojektuje kilka strojów jesiennych z motywem ludowym. Być może jednak ktoś potrafi złapać dwie sroki za ogon. Jeśli tak, to tylko ona, Jadwiga Grabowska, mogła dokonać tej sztuki. Nie miała własnych dzieci, za to wzięła pod swoje skrzydła kilkanaście "córek", z którymi zawsze było co robić. Jej ukochanym zadbanym dzieckiem była instytucja legitymująca się lekką jaskółką z łepkiem skierowanym w lewo, w dół...