Jaskółka i koliber - Santa Montefiore

Kup ebooka

31.00 zł
23.94 zł (21,70 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Chciałabym wyrazić moją najgłębsząwdzięczność następującym osobom, dziękiktórych pomocy udało mi się napisać tę książkę,a więc: kapitanowi Denisowi Robinsonowi,który podzielił się ze mną swoimi przeżyciami z okresu bitwy o Anglię i z wielką cierpliwością orazpoczuciem humoru odpowiadał na moje niekończącesię pytania; Eileen Brittle i Joan Laprell, którychwojenne wspomnienia okazały się fascynujące,a czasami, o dziwo, wręcz zabawne; Hugh Kavanaghowi,pełnemu entuzjazmu obserwatorowi ptaków,który dostarczał mi cennych informacji w chwilach,gdy wszystkie inne źródła okazywały się zawodne;Ianowi Bondowi, który wprowadził mnie w niezwykły,cudowny świat drzew orzechowych, a nawet zdołałnamówić do wstąpienia do Klubu Orzechów; Lii Rueda,która zaprosiła mnie na swoją przepiękną farmęw północnej części Argentyny i pokazała mi,czym może być uprawa ziemi; Annabel Elliot oraz mojemuwujowi, Jeremy'emu Palmer-Tomkinsonowi, którzypamiętali, choć niezbyt dokładnie, jak wyglądałożycie w latach sześćdziesiątych; i wreszcie mojemuojcu, który nadal uczy mnie, jakie znaczenie ma rolnictwooraz fauna i flora.

Z całego serca dziękuję mojej matce za ogromnepoświęcenie, z jakim zredagowała pierwszyrękopis tej książki, i za wszystkie barwne historie,które zgromadziła w ciągu lat spędzonych w AmerycePołudniowej, a które ja dokładnie zapamiętałami w bezwzględny sposób podkradłam. Jestem bardzowdzięczna mojej ciotce, Naomi Dawson, którapośpieszyła mi na pomoc w okresie po urodzeniumojego synka, kiedy nie byłam w stanie siedzieć przykomputerze. Nigdy nie zdołam odwdzięczyć się mojemuwydawcy, Susan Fletcher, za to, że poświęciła mimnóstwo czasu i udzieliła wielu mądrych rad - brak misłów, aby w odpowiedni sposób wyrazić jej wdzięcznośćza entuzjazm i zachętę.

Pragnę podziękować mojej agentce, Jo Frank, zawsparcie i poczucie niezachwianej pewności, jakiemi zapewniła, oraz mojej przyjaciółce, Kate Rock -bez nich w ogóle nie zabrałabym się do pisania.

Na koniec dziękuję mojemu mężowi, Sebagowi,który wpadł na pomysł tej książki, jadąc autostradąM-3 o szóstej rano, po bezsennej nocy spędzonej przynaszej córeczce. Sebag jest motorem wszystkich moichdziałań, także pisarskich.

Rozdział pierwszy

Wiosna 1945 roku

Pani Megalith popatrzyła na zwłoki i ciężkowestchnęła. Co za nieprzyjemny, odstręczający widok,i to z samego rana... Ciało było sztywne, zimne i wyglądało jak coś, co jedno z jej wnucząt mogło zrobićz papier mâché na zajęciach plastycznych w szkole, alenie był to głupi żart. Ze zniecierpliwieniem klasnęłajęzykiem o podniebienie, włożyła szlafrok,chwyciła laskę i trąciła nią zwłoki. Miałaprzed sobą kawałek mięsa w początkowym stanierozkładu, rozpięty na szkielecie i pokryty futrem,dość zmierzwionym. Patrząc na to, pomyślała, jakbrzydkie, wręcz odrażające jest ciało, nawet kocieciało, gdy duch już odejdzie. Widok truchła nie obudziłw niej żadnych uczuć, no, może rozdrażnienie. Miałatyle kotów, że już dawno straciła rachubę. Wciążpojawiały się nowe, chociaż poświęcała imniewiele uwagi i nie nadawała imion. Nie wiedziała,skąd i dlaczego przychodziły, nie ulegało jednakwątpliwości, że ściągała je do niej jakaśtajemnicza siła. Pani Megalith była uzdolnionąwróżką, więc obecność kotów w jej domu była w gruncierzeczy pożądana.

Podniosła kota z podłogi, zastanawiając się,dlaczego rozstał się ze światem właśnie w jej sypialni,i pokuśtykała korytarzem w kierunku schodów. Tobył omen, zły znak, nie miała co do tego najmniejszychwątpliwości. W kuchni znalazła Maksa, któryprzygotowywał sobie filiżankę ovaltiny.

- Co tu robisz o tej porze, drogi chłopcze? - zapytała ze zdziwieniem.

Była szósta rano, a Max rzadko zjawiał się na doleprzed ósmą trzydzieści.

- W moim pokoju leży zdechły kot - odparłspokojnie.

Nadal mówił z wiedeńskim akcentem. GdybyHitler nie wiedział o płynącej w żyłach chłopcażydowskiej krwi, z pewnością mógłby go uznać zaidealnego Aryjczyka - Max miał gęste, jasne włosy,błękitne oczy i inteligentną, wrażliwą twarz o regularnych rysach. Mimo nonszalanckiego sposobubycia był myślącym, mądrym młodym człowiekiem,o osobowości bardziej złożonej, niż ktokolwiekmógłby sobie wyobrazić, pełnej mrocznych zakątkówi głębokich rozpadlin, w których wiecznie drzemałycienie. Max nie okazywał ukrytych w jego sercu emocji,ponieważ ojciec nie chciałby, aby obnosił się ze swoimlękiem czy bólem. Chłopiec czuł, że ojciec wolałby, abybył silny jak Ruth, jego siostra, i uważał, że powiniendo tego dążyć.

Zaśmiał się na widok martwego kota, któregopani Megalith trzymała czubkami palców. Przywykł dokotów i traktował je jak część umeblowania. Kiedyjako dziesięcioletni uchodźca w 1938 rokuprzyjechał do Elvestree House, trochę obawiał się tychniezależnych stworzeń, które koczowały w całymdomu i podejrzliwie obserwowały go ze wszystkichparapetów i stołów, lecz zaraz potem pani Megalithofiarowała jemu i Ruth kociaka. Max nie zdawał sobiesprawy, że nigdy więcej nie zobaczy rodziców, i bardzotęsknił za znajomym zapachem domu, tak więc mały,spragniony pieszczot kot przyniósł mu pociechę.

- Ty także? A niechże to... - Pani Megalithpotrząsnęła głową. - Jeden zdechły kot nie wróżynic dobrego, ale dwa to prawdziwe zmartwienie... Wynikniez tego jakieś nieszczęście, jestem pewna... Ale comają mi powiedzieć te znaki? Wygraliśmy już przecieżwojnę, na miłość boską!

Zmrużyła oczy, tak samo jasnoszare jakkamień księżycowy, który zawsze nosiła naobfitym biuście, i znowu klasnęła językiem o podniebienie. Max wziął zdechłego kota z jej rękii położył go za tylnymi drzwiami do domu, obok tego,którego znalazł w swojej sypialni. Kiedy wrócił,pani Megalith siedziała na fotelu przy blaszanympiecyku.

- Zawsze dopatrujesz się we wszystkimukrytego znaczenia, Primrose - powiedział. -To najzwyczajniejszy zbieg okoliczności, nicwięcej. Może pożarły trutkę na szczury.

Pani Megalith wydęła wargi.

- Wykluczone! To omen, jasny jak kryształ!

- Wojna już się skończyła - rzekł Max. - Hitlernie wróci.

- I dzięki Bogu! Więc co z tymi kotami? Na pewnonie chodzi o mnie, bo raz już z trudem wywinęłam sięśmierci - rzekła pani Megalith, przypominającsobie, jak w czasie pobytu u siostry w Londynie o mało nie padła ofiarą niemieckiego nalotu. Wtedytakże znalazła zdechłego kota. Jednak PrimroseMegalith była niepokonana - z trafionegobombą domu wyszła cało, jedynie z lekkąkontuzją nogi i w fatalnym humorze, lecz poza tymjeszcze bardziej żywotna niż zwykle. - Nie, ten omennie ma nic wspólnego z wojną, wróży jakieś domoweproblemy... - ciągnęła, w zamyśleniu pocierającpodbródek.

- George wraca dziś z Francji - zauważyłMax.

Miał nadzieję, że zły znak nie dotyczy Rity, leczGeorge budził w nim zupełnie inne uczucia.

- Mój Boże, masz rację! Starość to takiupokarzający stan... Kiedyś miałam doskonałąpamięć, ale to pieśń przeszłości - prychnęła. - Notak, młody George Bolton wraca do domu! To prawdziwy cud,że chłopak przeżył, latając w tych puszkach... Właśnietakim młodym ludziom zawdzięczamy, że nie musimy uczyćsię niemieckiego, a ty ukrywać się na strychu do końcaswoich dni. Nie jest tam zbyt wygodnie... Mimo wszystko i takmiałbyś nad nami pewną przewagę, bo płynnie mówiszpo niemiecku, mój drogi. - Starsza pani zamilkła nachwilę. - Rita nie widziała George'a przez całetrzy lata...

- Długo, prawda? - zapytał Max z nadzieją.

Beznadziejnie zakochał się w Ricie Fairweatherw chwili, gdy po raz pierwszy ją zobaczył. Dziecięcezauroczenie stopniowo przeistoczyło się w poważniejsze uczucie, lecz Rita była o trzy latastarsza od Maksa, a jej serce od dawna należało doinnego.

- W czasie pierwszej wojny nie widziałam Denzilaprzez cztery lata i w niczym nie zmieniło to moich uczuć- mruknęła pani Megalith.

- Ale ty masz niewiele wspólnego z normalnymiludźmi - zażartował Max. - Jesteś przecieżczarownicą...

Twarz kobiety złagodził czuły uśmiech. Prawienikt nie śmiał żartować z Wiedźmy z Elvestree, wszyscywiedzieli też, że źle znosi ona towarzystwowiększości ludzi, lecz Max był w jej oczach kimśwyjątkowym. Pani Megalith potrafiła zajrzeć donajciemniejszych zakątków jego serca, gdzie kryło sięmnóstwo cierpienia. Nigdy nie zapomniała dnia, kiedyoddano jej pod opiekę dwoje małych wystraszonychcudzoziemców. Kochała Maksa i Ruth całym sercem,mocniej niż swoje własne, uprzywilejowane dzieci,które nigdy nie zaznały strachu. Stworzyłajednoosobową rodzinę dla dwojga wygnańców i troszczyła się o nich w zastępstwie rodziców, którzynie mogli już dać im tego, co się należy każdemudziecku.

- Może i jestem czarownicą, mój drogi, ale tonie znaczy, że pod każdym względem różnię się od innychkobiet - powiedziała. - Potwornie tęskniłamza Denzilem, chociaż naturalnie brałam sobiekochanków...

Max znacząco uniósł jedną brew.

- Śmiej się, śmiej! - Pogroziła mu palcem. -Możesz mi nie wierzyć, ale kiedyś byłam naprawdęatrakcyjną kobietą...

Chwilę oboje milczeli, ciesząc się wzajemnąbliskością.

- Wracaj do łóżka, chłopcze - powiedziaław końcu pani Megalith, dźwigając się sztywnona nogi i wspierając na lasce. - Wyglądasz nazmęczonego.

- Już nie ma sensu się kłaść. - Max podniósł sięi ruszył do drzwi. - Zrobiło się widno, więc równiedobrze mogę grzebać koty...

- Wrzuć je w krzaki, mój drogi. - Pani Megalithmachnęła ręką, a jej pierścienie z kryształamizamigotały w promieniach słońca, przejrzyste jaklandrynki. - Wyjdę trochę na dwór, żeby nacieszyćsię rankiem.

Dom Primrose Megalith był dużym, białym budynkiemo doskonałych proporcjach i symetrii. Jedną częśćpokrywały różowe kwiaty klematisu, którychpłatki unosiły się na wietrze jak konfetti, drugąpnące róże oraz wistaria. Przez otwarte okna widaćbyło zasłony w kwiaty, doniczki pelargoniii śpiące na parapetach lub wygrzewające się w słońcu koty. Pani Megalith trzymała też dwie mlecznekrowy, kury nioski, kurczęta oraz pięć białych kaczek,te ostatnie wyłącznie ze względu na przyjemność,jaką dawał jej widok dorodnych ptaków, z gracjąpływających po stawie. Ponieważ wielką słabośćdo pozbawionych przez naturę zdolności lataniakaczek czuły też lisy, starsza pani zostawiała nacałą noc włączoną mocną latarnię, której światłoodstraszało drapieżniki. Była zapalonąogrodniczką, rośliny hodowała bez żadnegoplanu czy pomysłu, zasiewając je wszędzie, gdzieznalazła choćby odrobinę przestrzeni. Z pomocąNestora, starego ogrodnika, połowę trawnikaobsiała makami, chabrami i najróżniejszymigatunkami trawy, a zwarte szeregi róż otoczyłaniezapominajkami. Te ostatnie rozsiewały sięsame, nie zważając na granice między czarnuszką,dzwonkami i wilczomleczem. Nasiona malw, przenoszoneprzez wiatr i ptaki, wpadały w przerwy między kamiennymipłytami tarasu, zapuszczały też korzonki nawetmiędzy cegłami w okalającym ogród murze. Powietrzeprzepełniał słodki zapach siana i kwitnącej topolioraz głęboki aromat dzikich dzwonków, których o tejporze nie brakowało w lasach powyżej domu.

Elvestree położone było u ujścia rzeki,stanowiącego siedlisko wszelakiego ptactwa, odszarych mew po czarne kormorany. Ptasi gwar niósł sięprzez rozległe mielizny i szerokie plaże, gdzie odpływpozostawiał obfitość drobnych skorupiaków. PaniMegalith zapatrzyła się na morze i horyzont,rozważając znaczenie śmierci dwóch kotów, złegoznaku, który rzucił niewyraźny cień na skądinądbezchmurny poranek. Wiedziała, że Rita jest już na plażyi modli się o bezpieczny powrót George'a z Francji, boto miało wywrzeć ogromny wpływ na jej przyszłość i staćsię spełnieniem wszystkich marzeń.

Rita nie spała przez całą noc, gdyż oczekiwanieokazało się zbyt ekscytujące. W ręku trzymałalist z Francji, w którym George określił datę i porępowrotu. Kartka była prawie przezroczysta, a słowazatarte łagodną korozją miłości. Dziewczynasiedziała na szczycie klifu, patrząc na morze, pieniącesię pod skrzydłami krążących tuż nad powierzchniąmew - to samo morze, które tak długo ich rozdzielało,a teraz miało sprowadzić George'a do domu.

Pomyślała, że tego dnia nawet blask słońcawydaje się piękniejszy i jaśniejszy, a niebobardziej promienne i świetliste. Rita ponad wszystkouwielbiała obserwować morze, które miało nastrojei humory, zupełnie jak człowiek - w jednej chwilispokojne i niewzruszone, w następnej szalejącez wściekłości, chociaż te wody były głębsze niżczyjkolwiek charakter. Mimo zmiennej natury morzebyło stałe, godne zaufania i zdolne napełnićRitę poczuciem lekkości ducha, z którą nic niemogło się równać. Widok niezmierzonego oceanudotykał samego sedna jej osobowości. Czasami o zmierzchu, gdy zachodzące słońce malowało niebo w złociste i czerwone pasma, a morze leżało płaskiei prawie nieruchome, jakby zastygłe w podziwie dlarozgrywającej się nad nim niebiańskiej sceny, Ritabyła prawie pewna, że Bóg istnieje. Nie odległyBóg, o którym uczyła się w szkole i w kościele, aleBóg jej babki, Bóg stanowiący integralną częśćmorza, chmur, drzew, kwiatów, zwierząt, ryb, a także jejsamej. Czasami zamykała oczy i wyobrażała sobie,że jest ptakiem szybującym wysoko nad ziemią, pod wiatr,który łagodnie owiewa jej twarz i unosi włosy.

Rita kochała przyrodę. Gdy była dzieckiem,największą przyjemność sprawiały jej lekcjebotaniki - wszystkie inne uważała za trudne i pozbawione sensu. Kiedy większość jej rówieśnikówna boisku uganiała się za piłką lub bawiła skakanką,Rita układała się na trawie i obserwowałabiedronki, krople rosy czy liście. Oswajałasikorki, karmiąc je orzechami z ogrodu ojcaGeorge'a. Potrafiła godzinami szkicowaćinsekty, z wielkim zaciekawieniem obserwującnajdrobniejsze szczegóły ich budowy. Miałaniewielu bliskich przyjaciół, ponieważ prawienikt nie miał dość cierpliwości, aby towarzyszyć jejpodczas tych zajęć. Ale dla swego uroku i łagodnościbyła lubiana, chociaż powszechnie uważano ją zaekscentryczne dziecko.

Tego dnia myśli Rity zajęte były czym innym, niezwracała uwagi na łagodne łuki, jakie zataczałynad jej głową mewy, czy na krzątanie się żuków,szukających pożywienia w trawie. George wracałdo domu. Rita modliła się o bezpieczną podróż dlaukochanego, szepcząc słowa wiatrowi, podobniejak robiła to przez całą wojnę, a szczególnie w tychbolesnych chwilach, gdy syn pastora Hammonda poniósłśmierć, a narzeczony Elsy Shelby zaginął w czasiepowietrznej bitwy. Tamtych spotkało nieszczęście, alejej George został oszczędzony... Rita wstydziła sięgłośno mówić o swojej wdzięczności, aby przypadkiemnie ściągnąć pecha na ukochanego, dziękowaławięc Bogu szeptem, zagłuszanym przez grzmot fal i krzykiptaków, niesionych przez silny wiatr. Rozpostarłaramiona i pobiegła po piasku, naśladując swoichskrzydlatych przyjaciół, z sercem wezbranym radościąi nadzieją, tu, gdzie nikt nie mógł usłyszeć jej śmiechui dziwić się jej dziecinnemu podnieceniu.

Rita znała George'a od dziecka, ponieważich rodzice się przyjaźnili. George był o trzylata starszy, więc chociaż chodzili do tej samejwiejskiej szkoły, nigdy nie uczyli się w jednejklasie. Zawsze czekał na nią na dziedzińcu pod koniecdnia, odprowadzał do domu, a potem wsiadał na roweri ruszał w dalszą drogę, ponieważ jego ojciec byłfarmerem i prowadził gospodarstwo położonekilka kilometrów od miasteczka. To George nauczyłRitę grać w bierki, pokazał jej, jak szukać kreweteki innych skorupiaków w kałużach wody na plaży, a któregoś lata zademonstrował, jak rozpalić ogniskoza pomocą okularów. W dniu trzynastych urodzin Ritypocałował ją jako pierwszy, gdyż, jak oświadczył,nie chciał, aby uprzedził go inny chłopak. On wziął nasiebie wielką odpowiedzialność, aby łagodnie i delikatnie wprowadzić Ritę w świat seksu, wiedziałbowiem, że nieprzyjemne przeżycie mogłoby ją nazawsze zniechęcić. Trzymał ją w ramionach w ciemnejjaskini, która już wcześniej stała się ich szczególnymmiejscem, i przyciskał usta do jej warg, słuchając, jakprzypływ wkrada się do wnętrza, a następnie odchodzi,zabierając ze sobą ich tajemnicę. Odkryli wtedynowy wymiar swojej przyjaźni i z entuzjazmem dwojgadzieciaków, zachwyconych nową zabawką, starali sięjak najczęściej odwiedzać jaskinię i godzinamiwymieniać pocałunki i pieszczoty, bez obawy,że rozkoszne doznania zakłóci cokolwiek pozamewami, które czasami nieoczekiwanie wpadałydo jaskini.

George zawsze pragnął latać. On także uwielbiałsiedzieć na szczycie klifu i obserwować, jak ptakizataczają koła ponad falami. Przyglądał się, jakzrywają się do lotu i osiadają na powierzchni wody,i przekonywał Ritę, że pewnego dnia wzbije się w górę tak jak one, tyle że w kabinie samolotu. Kiedywybuchła wojna, natychmiast wykorzystał szansęna zrealizowanie tego marzenia, nie zważając nawiążące się z tym ryzyko utraty życia. Był wtedybardzo młody i przekonany o nieśmiertelności. Niewyobrażał sobie, by mógł zrezygnować z wielkiejprzygody, a Rita była z niego dumna. Patrzyła naunoszące się wysoko ptaki i myślała o ukochanym. Alegdy czasami jej spojrzenie zatrzymywało się naustrzelonych przez ojca bażantach i kuropatwach,wtedy umierała ze strachu, że podobny los mógłbyspotkać George'a.

Siadywała na skale w jaskini i wspominałagorące pocałunki. Przywoływała z pamięcikorzenny zapach skóry George'a, jego włosówi ubrania; wyobrażała sobie, że George stajew progu jaskini, a jego obecność sprawia, żeukształtowane przez naturę pomieszczenie wydajesię małe i ciasne. Wyobrażała sobie ukochanego,zapalającego papierosa, przeczesującegopalcami kręcone ciemne włosy, patrzącegona nią szarymi oczami i uśmiechającego sięuniesieniem jednego kącika ust, w nieco ironiczny,zabawny sposób. Przypominała sobie jego mocnozarysowaną, wysuniętą dolną szczękęi zmarszczki, rozchodzące się promieniście kuskroniom. Zastanawiała się nad istotą łączącejich więzi i z radością rozmyślała o przyszłości,która wydawała się pewna i bezpieczna, ponieważmiała źródło w przeszłości. Wyobrażała sobie,że zestarzeją się razem na tej plaży, w tej jaskini,w małej wiosce w Devonie, usianej niezatartymiśladami ich dziecinnych stóp.

Po powrocie do domu zastała matkę mieszającąna kuchni owsiankę. Jej ufarbowane na kasztanowy brązwłosy nawinięte były na wałki, a pulchną postaćspowijały fałdy szlafroka w kolorze więdnącejróży.

- Nie mogę uwierzyć, że to już piątek,kochanie - powiedziała do Rity. - Myślałam,że nie doczekamy się tego dnia, po tych wszystkichlatach... Jestem strasznie wzruszona... - Odłożyładrewnianą łyżkę i serdecznie uścisnęła córkę. -Niech ci Bóg błogosławi, moja droga - dodałapoważnie, odsuwając się na odległość ramienia i patrząc na Ritę wilgotnymi ze wzruszenia oczami. -W niedzielę musisz pójść do kościoła z najszczersząwdzięcznością w sercu... Tylu dziewczętom nie danebędzie zaznać tego szczęścia... Trees i Faye na pewnosą nieprzytomni z radości. Pomyśleć tylko, że ichsyn wreszcie wraca do domu... Ach, serce mi się ściska... -Odwróciła się do kuchni, otarła oczy i pociągnęłanosem.

Hanna Fairweather była bardzo sentymentalnąkobietą. Miała szeroką, miłą twarz, jasne oczy,łatwo napełniające się łzami, zwłaszcza w sytuacjach związanych z jej dziećmi, oraz duże,miękkie piersi, którymi karmiła każdą z trzechcórek przez ponad rok. Należała do kobiet stworzonychdo macierzyństwa, których jedynym życiowym celem jestwychowanie dzieci z miłością i dumą. Hanna jak srokazbierała i przechowywała mnóstwo pamiątkowychrzeczy - pierwsze buciki Rity, pierwszy rysunekMaddie, lok Eddie. Na gzymsach i parapetach tłoczyłysię przedmioty, które osobie postronnej mogły wydaćsię pozbawione jakiegokolwiek znaczenia, lecz w oczach właścicielki zyskiwały niezwykłą wagę,tworząc najprawdziwsze muzeum jej przeszłości.

Duży dom rodziny Fairweather znajdował sięw małej nadmorskiej wiosce Frognal Point, ukryty zawysokimi żywopłotami z krzewów iglastych i zapięknymi modrzewiami, otoczony zadbanym ogrodem,w którym zawsze śpiewały ptaki. Najmłodsza córkaHanny skończyła już czternaście lat i całe dniespędzała w szkole, więc ptaki, które kobietacierpliwie oswajała i karmiła, były dla niej jakdzieci. Samiczka słowika, która uwiła gniazdko w splątanych gałązkach tui, wesoła sikorka, któraprzyleciała jesienią i jadła okruszki prosto z ręki Hanny, oraz jej ulubione jaskółki, wracającez każdą wiosną, aby zbudować gniazdka pod daszkiemganku... Łagodna i skromna jak szare, pospolitewróble, Hanna miała dobre, miękkie serce, jak to sięczęsto zdarza w przypadku dzieci dominującychmatek.

- Ciekawe, z jakiego powodu naszaRita tak promienieje dziś rano... - odezwał sięHumphrey, którego do kuchni zwabił aromat owsianki i przypiekających się grzanek.

Niski i krępy Humphrey miał na sobie szare spodnie,białą koszulę i szkarłatne szelki; był prawie łysy- tylko nad uszami pieniło się kilka gęstych, siwychloczków. Pochylił się, pocałował córkę w skroń i poklepał ją ciepłą ręką po plecach.

- Była na plaży - odparła Hanna.

Humphrey zajął miejsce u szczytu stołu i nalałsobie filiżankę herbaty.

- Nie ma to więc nic wspólnego z powrotemGeorge'a? - zaśmiał się i otworzył dziennik"Southern Gazette", który od lat wydawał.

Chrząknął z aprobatą, ogarnąwszy wzrokiempierwszą stronę, ozdobioną dużą fotografią młodejkobiety, całującej powracającego z wojnyżołnierza. Pomyślał, że jeżeli George będziemiał w zanadrzu jakieś interesujące opowieści o szaleńczej odwadze i zapierających dech w piersiachprzygodach, on z radością je wydrukuje. Ludzie byliteraz spragnieni historii o bohaterskich czynach i zwycięstwie.

- Jestem okropnie podekscytowana, tato, alerównocześnie przestraszona...

Humphrey zerknął na córkę znad gazety.

- Nie masz powodu się bać, kochanie. Georgezostanie bezpiecznie dowieziony do domu.

- Nie, nie o to mi chodzi... - Rita przerwała,skubiąc palcami grzankę. - Nie sądzisz chyba, żeGeorge się zmienił, co?

Hanna nałożyła porcję owsianki do miseczkimęża.

- Oczywiście, że się zmienił -powiedziała. - Jest teraz mężczyzną, niechłopcem.

Rita uśmiechnęła się i zarumieniła.

- Mam nadzieję, że go nie rozczaruję...

- Na pewno nie, kochanie! - Humphrey roześmiałsię i znowu zniknął za płachtą gazety. - Kojarzyszmu się z powrotem do domu, podobnie jak mnie kiedyś twojamatka. Nie należy tego lekceważyć.

- Pamiętam, jak wasz ojciec wrócił znadDardaneli - odezwała się Hanna. - Był takibrązowy, że z trudem go poznałam, no i potworniewychudzony. Musiałam go odkarmić, zupełniejak kurczęta mojej mamy, ale bardzo szybko znowu dosiebie przywykliśmy. Daj George'owi trochę czasuna adaptację i ciesz się, że będzie już w domu, bliskociebie. Wojna uczy, że nie liczy się nic poza ludźmi,których kochamy. Przez wszystkie te lata byłaś dlaniego jak koło ratunkowe, skarbie... - Głos Hanny sięzałamał. Zakasłała, aby to ukryć, jednocześniewracając myślami do okropności pierwszej wojnyświatowej i okaleczonych, znękanych duchowożołnierzy, którym dane było z niej powrócić. -Gdzie jest Eddie? Spóźni się do szkoły, jeżeli zaraznie wstanie!

Hanna wypadła z kuchni, aby obudzić najmłodszącórkę.

Kiedy Eddie zeszła na dół, na wpół przytomna,wymamrotała "dzień dobry" i dopiero poparu chwilach przypomniała sobie o powrocieGeorge'a.

- Na pewno szalejesz z podniecenia, Rito! -powiedziała, budząc się. - Nie będziesz chybaprotestowała, kiedy zechce się z tobą kochać,prawda?

Znad brzegu gazety ukazała się zaskoczona twarzHumphreya, Hanna zaś odwróciła się od kuchni i z przerażeniem spojrzała na swoją czternastoletniącórkę.

- Eddie! - jęknęła. - Humphrey, powiedzcoś!

Humphrey ściągnął brwi.

- Co ty wiesz o miłości fizycznej, Eddie? -zapytał, zastanawiając się, kto zatruł umysł jegocórki.

- Narzeczony Elsy Shelby wrócił z wojnytydzień temu i jeszcze tego samego dnia kochali się,wiem o tym od Amy...

Młodsza siostra Elsy Shelby była równieniedyskretna jak Eddie.

- A co może wiedzieć mała Amy? - Hanna oparłaręce na biodrach, potrząsając głową tak mocno, żewałki o mało nie powypadały jej z włosów.

- Elsa powiedziała jej, że miłośćprzypomina kąpiel w wannie pełnej ciepłego miodu- Eddie uśmiechnęła się łobuzersko, widząc, żena twarzy ojca pojawia się lekki uśmiech.

- Moje drogie dziecko... - zaczęła surowoHanna, ignorując wyraźne rozbawienie męża. -Celem miłości fizycznej jest płodzenie dzieci w ramach związku małżeńskiego...

- Przecież oni są zaręczeni! -Eddie uśmiechnęła się do siostry, która naglezaczerwieniła się i odwróciła wzrok. - Poza tymElsa myślała, że jej ukochany zginął...

- Tak czy inaczej, powinni byli zaczekać! -prychnęła Hanna. - Czy parę miesięcy to takdługo?

- George i Rita także niedługo sięzaręczą. - Eddie zwróciła się do Rity. - Powieszmi, jak to jest, kiedy już to zrobisz, prawda?

Rita pozwoliła, aby długie, brunatnewłosy opadły jej na twarz, i skrzywiła się z zażenowaniem.

- Edwino, jedz śniadanie, bo spóźnisz się doszkoły. - Hanna pośpiesznie zmieniła temat.

Przywykła już, że Eddie mówi, comyśli, i nie zastanawia się, czy postępujewłaściwie. Dziewczyna odziedziczyła tę cechę pobabce.

Eddie przez chwilę patrzyła, jak matka nakładadla niej porcję owsianki, potem zaś zerknęła na ojca,który obserwował ją z pobłażliwym uśmiechem.

- Czy naprawdę musisz siadać do stołu z Harveyem? - westchnęła Hanna na widok małegoczarnego nietoperza, uczepionego rękawawełnianego swetra Eddie.

- Mówiłam ci, mamo, że Harvey nie lubizostawać sam. Bardzo się do mnie przywiązał.

Hanna sięgnęła po filiżankę i przełknęłałyk słabej herbaty.

- Wojna się skończyła, to prawda, ale upłyniejeszcze sporo czasu, zanim życie w tym kraju wróci donormy. Och, dałabym wszystko za filiżankę prawdziwej,mocnej herbaty z normalną porcją cukru!

Maddie była dziewiętnastoletnią młodąkobietą o niezależnym usposobieniu, nie widziaławięc potrzeby, aby wstawać z łóżka o tak nieludzkiejporze. Rodzice zachęcali ją, aby znalazła sobiejakieś zajęcie, lecz jej bynajmniej nie śpieszyłosię do pracy. Była pewna, że wkrótce znajdzie mężai wtedy nie będzie musiała pracować. Widziała,jak Rita codziennie rano wychodzi do pracy na farmieTreesa Boltona i wraca wieczorem, z brudnymi połokcie rękami i potarganymi, zakurzonymiwłosami, przesyconymi zapachem krów i nawozu,i dziękowała losowi, że udało jej się uniknąćtakich przykrości. Mnóstwo ludzi ciężko pracowało,ale Maddie nie czuła się w obowiązku dołączyć do ichgrona. Straszna szkoda, że robotnicy z farmy bylitacy starzy i nieatrakcyjni, bo gdyby byli młodzii przystojni jak ci amerykańscy żołnierze, którzystacjonowali w okolicy podczas wojny, Maddie zapewnepoświęciłaby się podnoszeniu morale znękanychwojną przystojniaków, najlepiej na sianie...

Przewróciła się na plecy i pomyślała, żewarto byłoby pomalować paznokcie i ułożyć sobienową fryzurę. Nagle drgnęła, uświadomiwszy sobie,że właśnie tego dnia George Bolton wraca do domu.

Narzuciła szlafrok i bez pośpiechu zeszłana dół, gdzie Rita i ojciec właśnie zbierali się dowyjścia.

- Powodzenia, siostro - rzuciła Maddie. -Będę o tobie myślała. George wraca o czwartej,tak? Nie zapomnij wyjść z pracy wcześniej, żebym mogłacię uczesać - dodała, krytycznie przyglądającsię zaniedbanym włosom Rity. Cóż, Rita zawsze byłatak samo naturalna jak morze, które kochała ponadwszystko, a jej loki opadały splątane niczym morskiewodorosty. - Pomogę ci. Musisz zrobić wrażeniena George'u. - Maddie odwróciła się do matki,przybierając wzruszony wyraz twarzy. - Jakie toromantyczne, mamo...

Rita odjechała na rowerze, Humphrey swoimsamochodem marki Lee Francis, Eddie niechętnieruszyła pieszo do szkoły w towarzystwienieodłącznego Harveya, natomiast Maddie została w domu z matką i postanowiła zjeść resztki owsianki,teraz już zimnej i pokrytej grubym, mało apetycznymkożuchem.

Hanna nie miała serca powiedzieć Ricie, abysprzątnęła swój pokój, i celowo nie zwróciła jejuwagi, że byle jak uczesała włosy. Rita może i niebyła pedantką, ale przynajmniej nie leniła się takjak Maddie... Hanna z westchnieniem odwróciła się dośredniej córki.

- Co zamierzasz dziś robić? - zapytała,zastanawiając się, jak zachęcić dziewczynę dopożytecznego spędzenia czasu.

Maddie skrzywiła się lekko i odgarnęła do tyłuopadające na czoło loki.

- Zrobię sobie nową fryzurę - odparła,skubiąc kawałek grzanki, dokładnie tak samo jak starszasiostra.

- Czy to konieczne, moja droga?

- Ja także chcę ładnie wyglądać na przyjazdGeorge'a! - oświadczyła Maddie, doskonalewiedząc, że George nie ma nic wspólnego z jejplanami. - Pomyślałam, że mogłabym uczesać siętak jak Lauren Bacall... No, a w ogóle to jutro wieczoremBoltonowie wydają przyjęcie na cześć George'a i nie wiadomo, kto tam może się zjawić, prawda? Możespotkam mężczyznę, który jest mi pisany, więc chybalepiej, żebym była przygotowana...

- Może pojechałabyś ze mną do Megababci? -zagadnęła Hanna.

Humphrey dość nieuprzejmie nadał pani Megalithten przydomek wiele lat temu.

- W lesie kwitną już dzwonki i ogród babciwygląda naprawdę przepięknie - ciągnęła. -Mogłybyśmy zjeść z nią lunch, w ten sposób czas szybciejminie...

Maddie zmarszczyła nos.

- Znowu będzie się upierała, żeby mipowróżyć - mruknęła.

- I powie ci, żebyś wzięła się do jakiejśpracy.

Maddie przewróciła oczami.

- Megababcia nigdy nie mówi mi tego, cochciałabym usłyszeć - poskarżyła się.

- To dlatego, że nie zniża się do kłamstw. -Hanna zaczęła sprzątać po śniadaniu. - Przecieżwiesz, jaka jest babcia, traktuje karty z największąpowagą.

- Oto narzędzie działania ducha... -wygłosiła Maddie, naśladując głęboki głosbabki. - Dobrze, pojadę, ale tylko dlatego, że niemam nic lepszego do roboty...

Maddie serdecznie żałowała, że Amerykaniewrócili już do siebie. Uśmiechnęła się pod nosem namyśl, że większość z nich wyruszyła w drogę do żon i narzeczonych z jej zdjęciem w kieszonkach na piersi.

Hanna i Maddie pojechały do pani Megalith narowerach, ponieważ o benzynę nadal było bardzotrudno. Wiosna zalała okolicę falą barwnychkwiatów i pomalowała drzewa i krzewy świeżązielenią. Wśród młodych liści i traw jaśniałyróżowe pąki głogu i białe kwiaty jabłoni. Lazurnieba usiany był małymi białymi chmurkami,podobnymi do zwiewnych kłaczków piany. Hannaz radością syciła oczy cudownymi widokami,czując obecność Boga w pięknie i sile natury.

*

- Czyż ten różowy kryształ nie jestwspaniały? - odezwała się pani Megalith, kiedy jejcórka i wnuczka weszły do domu kuchennym wejściem.

Obrzuciła je uważnym spojrzeniem znad okularówi obdarzyła ciepłym uśmiechem. Maddie popatrzyłana kryształy wszystkich barw i wielkości, ułożonerzędami na kuchennym stole, i skrzywiła się, czującintensywny koci zapach.

- Po co ci te kamienie? - zapytała, jak zwyklenieprzyjemnie zaskoczona ekscentrycznościąbabki.

Odkąd pani Megalith w okresie międzywojennymodwiedziła Indie, obsesyjnie interesowała sięwieloma dziwacznymi rzeczami.

- To, na przykład, jest kamień łagodnej miłości- odparła Megalith, unosząc różowy kryształ. -Emanuje miękką jak jedwab, uspokajającą energią,przywraca uczuciom harmonię i klarowność, trzeba gotylko porządnie umyć... Oczyszczę go w wodzie z solą i na dwadzieścia cztery godziny zostawię w ogrodzie,żeby nasycił się siłami przyrody. Odzyskawtedy właściwą sobie moc... - Pieszczotliwiepogładziła przejrzysty kamień. - Nadal się obijasz,Madeleine?

Maddie przewróciła oczami.

- Zamierzam wyjść za bardzo bogategomężczyznę, żebym nie musiała pracować -oznajmiła, prowokacyjnie unosząc brwi.

- Może się to okazać trudniejsze, niż sądzisz- odrzekła pani Megalith, opuszczając głowęi zgniatając swoje liczne podbródki w obfitąharmonijkę. - Mam nadzieję, że zauważyłaś,iż dopiero co skończyła się wojna... Jak tam Rita? -zwróciła się do Hanny.

- Chyba przydałby się jej różowy kryształ- mruknęła Maddie, z roztargnieniem obracając w palcach fulguryt.

- Jest bardzo przejęta - rzekła Hanna. -Wątpię, czy będzie dziś w stanie zrobić cośpożytecznego na farmie...

- Kochane dziecko... Mam nadzieję, że młodyGeorge ożeni się z nią tego lata, bo naprawdęokazała się wzorem cierpliwości. Podaj mi laskę! -Przywołała wnuczkę machnięciem upierścienionejdłoni i z pewnym wysiłkiem dźwignęła się na nogi. Jejbłękitna suknia opadła jak namiot z potężnych ramioni wielkich piersi. - Chodźmy do ogrodu, moje drogie. Jesttam jak w raju...

Poszły korytarzem, odprowadzane wzrokiemprzez koty, wygrzewające się w słońcu na wszystkichokiennych parapetach. Maddie kichnęła. Nieprzepadała za tymi zwierzętami.

Pani Megalith przypomniała sobie nagle o dwóchzdechłych kotach.

- Powiedzcie Ricie, żeby wpadła do mnie jutro,chcę jej powróżyć. Nie pytajcie, o co chodzi, bo sama niewiem... Czuję tylko, że czeka ją jakaś zmiana. Myślę,że przyda jej się teraz parę wskazówek od starejczarownicy.

- Gdybyś żyła kilkaset lat temu, babciu, napewno spaliliby cię na stosie.

- Wiem, skarbie, wiem... Spalono mnie w czasiedziałania hiszpańskiej inkwizycji i nie byłoto przyjemne, ale potem wróciłam i żyłam jeszczewiele razy... Prawda przetrwa nawet w płomieniach, tak,tak... Pewnego dnia ludzie przestaną obawiać się siły,która drzemie w nas wszystkich, nawet tacy sceptycy jaktwój Humphrey, Hanno. Nawet tacy jak on...

Spacerowały po ogrodzie, podziwiając"sprytne maleństwa", które wysiały się i wschodziły w tak trudnych miejscach jak pęknięcia w murze i pomiędzy płytami tarasu, potem karmiłykaczki, z wyraźną przyjemnością pływające podtopolami i płaczącymi wierzbami. Kiedy usiadły natarasie, pani Megalith podała im nalewkę z czarnegobzu, który sama przygotowywała. Wydawałosię, że wojna nie tknęła Elvestree House, gdzie nawetw najgorszych czasach nie brakowało jaj, mleka i sera. Pani Megalith wymieniała masło na mięso i ryby, czasami też udawało jej się bardzo tanio kupićna czarnym rynku kartki na produkty spożywcze. W swojejszklarni hodowała nawet banany, przypisując całązasługę za to niezwykłe osiągnięcie rozłożonymwśród drzewek kryształom. W Elvestree wszystkie roślinydawały obfite plony, a ogród Megababci, ku irytacjiHanny, był ulubionym miejscem pobytu ptaków, nawet takrzadkich jak maskonury i pliszki, które zasadniczonie zatrzymywały się na terenie Anglii. Z jakiegośpowodu Elvestree było prawdziwym rajem dla wędrownychptaków, choć niektóre musiały zbaczać o wielekilometrów ze swoich tras, aby tam dotrzeć.

Trzy panie zjadły smakowity lunch, złożony z pieczonego, soczystego kurczaka i domowych warzyw,a potem Hanna i Maddie pomogły Megababci oczyścićkryształy. Zanim wyniosły je do ogrodu, powietrzestało się nieco ostrzejsze, a światło łagodniejsze,bardziej rozproszone. Wszystkie równocześniespojrzały na zegarki. Była już trzecia trzydzieści,a one prawie nie zauważyły upływu czasu.

- Dobry Boże, Hanno! - jęknęła paniMegalith, nerwowo szarpiąc koraliki, do którychprzywiązała okulary, żeby ich nie zgubić. -George!

- Obiecałam, że ją uczeszę! - przeraziłasię Maddie, nagle ogarnięta wyrzutami sumienia.

Babka odwróciła się i ostro skarciła ją zapłochość.

Ciąg dalszy w wersji pełnej