Szklarska Poręba,Czerwona Jama
Deszcz lał niemiłosiernie, kiedy o czwartej trzydzieści aspirant Łukasz Dzięcioł z posterunku w Szklarskiej Porębie przerwał i tak kiepski sen Bogusława Leśniaka. Nadkomisarz miał już swoje lata i ciało coraz częściej odmawiało mu posłuszeństwa, a leki na nadciśnienie, które ostatnio przepisał mu lekarz razem z innymi tabletkami na wysoki cholesterol, niedobory żelaza i witamin z grupy B oraz przerost prostaty sprawiały, że kilka razy w ciągu nocy musiał chodzić do toalety. Był wykończony, bo po każdej takiej wędrówce przynajmniej godzinę zajmowało mu powtórne zaśnięcie. Czasem zastanawiał się, czy w ogóle powinien zasypiać, skoro i tak zaraz poczuje parcie na pęcherz. Taka zabawa głupiego męczyła go jeszcze bardziej niż nocne dyżury za młodu. Dlatego, kiedy o wpół do piątej zadzwonił telefon, nie miał ani siły, ani ochoty odbierać. Przewrócił się na drugi bok i naciągnął kołdrę na wystający, okrągły brzuch, zastanawiając się, kiedy, do cholery, ten twór tak bardzo mu urósł.
- Do ciebie - powiedziała w półśnie jego żona Barbara.
- Skąd wiesz, skoro nie odebrałaś? - polemizował.
- Moi znajomi są normalni - tłumaczyła cierpliwie. - Nie dzwonią, kiedy za oknem nie zaczęło jeszcze świtać.
Kochał ją i jej cięty język, ale najbardziej cenił w niej dobroć, wyrozumiałość i czułość, cechy które sprawiły, że wytrzymała z nim tyle lat. Pomimo wszystko. Niewielu znał policjantów w swoim wieku, którzy nie byli po rozwodzie lub nawet kilku. Jak zwykło się mawiać na komendzie: "ta praca to straszna kurwa", rozdzielała małżeństwa szybciej i skuteczniej niż jakakolwiek kochanka. Leśniak poklepał żonę po ukrytych pod kołdrą pośladkach i z jękiem podniósł się, sięgając po telefon.
- Jeszcze tylko kilka miesięcy - zapewnił żonę, mając na myśli rychłe przejście na emeryturę. - Nadkomisarz Leśniak, co jest? - rzucił do słuchawki. Doskonale wiedział, że stało się coś złego. Nikt nie dzwoni o tej porze na pogaduchy.
Po godzinie stał już na miejscu zbrodni. Czerwona Jama, była jaskinią położoną blisko drogi krajowej numer trzy, z Piechowic do Szklarskiej Poręby, w okolicy starego pola namiotowego "Baza Pod Ponurą Małpą". Za czasów młodości przyjeżdżał tu z Baśką na festiwale piosenki studenckiej. Otoczona gęsto porośniętym drzewami lasem, usytuowana w głębi stromej skarpy, na takiej wysokości, że nie było szans dostrzec jej z drogi. Do jaskini prowadziły dwie ścieżki: jedna wiodąca od górnej drogi lub druga biegnąca szlakiem leśnym ze Szklarskiej Poręby. Bogusław wiele razy chodził tu na wycieczki za dzieciaka. Czerwona Pieczara - takim mianem kiedyś ją określano. Nazwa wywodzi się od czerwonej barwy skały, w której powstała Jaskinia. Nie należała do największych w rejonie, ale nie była też mała. Z powodzeniem mogłaby pomieścić uczestników wycieczki autokarowej. Leśniak stanął dokładnie na wprost wejścia. Deszcz nadal padał, a powietrze zdawało się lepkie i chłodne. Rozejrzał się wnikliwie dookoła. O tej porze roku i w takich warunkach atmosferycznych niewielu turystów odwiedzało ten rejon. To dobrze, bo oznaczało to tyle, że zwiedzający nie zadeptali potencjalnych śladów, które mógł zostawić zabójca. A z drugiej strony to i tak niewiele da, bo najpewniej zalał je deszcz. Nadkomisarz wciągnął w nozdrza powietrze pachnące zgnilizną i butwiejącymi liśćmi. Na ziemi leżała ich cała masa. Kolorowe, choć głównie brązowe, przykrywały ściółkę całkowicie, tworząc niebezpieczne i śliskie podłoże. Leśniak wiedział, że trzeba być bardzo ostrożnym podczas zejścia do pieczary, by nie wywinąć orła i nie rozbić głowy o skały. Teren był stromy, a ścieżka do jaskini zwodnicza. No, chyba że ktoś bywał tu regularnie i znał teren na pamięć. Widok na drogę krajową numer trzy nadal zasłaniały drzewa. Nadkomisarz zastanawiał się, czy ktoś z żółtego domu, jedynego po tej stronie rzeki Kamiennej, widział coś lub słyszał zeszłej nocy. A może warto poszukać świadków wśród klientów przydrożnego baru i motelu z naprzeciwka?
- Kto ich znalazł? - zapytał aspiranta Dzięcioła.
- Para zakochanych - odkrzyknął tamten, skrywając się przed deszczem pod wejściem do jaskini. Stał tyłem do zwłok, żeby okropny obraz nie utkwił mu w psychice. Mimo to pod gołe niebo nie miał zamiaru wychodzić. Był przemoknięty do suchej nitki i zziębnięty. - Monika Kukla i Artur Konarski - przeczytał z kartki, na której napisy zaczęły rozmywać się od padających kropel deszczu. - Wczoraj w nocy chcieli uczcić swoją pierwszą rocznicę znajomości. Wzięli śpiwory, koce i świece. Wie pan, coś do jedzenia i jakieś alko, coby miło było - pobujał się, wypowiadając te słowa, jakby tańczył w rytm muzyki. - Weszli do jaskini i bach! - klasnął w dłonie. - Niemal wpadli na tę kobietę. Dziewczyna to taka roztrzęsiona była, że karetkę wezwaliśmy z Bolkiem i zastrzyki dostała. Zresztą - machnął ręką. - Bolek policjant, a też spierdolił na komisariat niby raporty pisać. Pan nie chce zobaczyć? - przechylił głowę w kierunku ciała kobiety.
- Martwa jest? - Leśniak zadał oczywiste pytanie, wprawiając aspiranta w konsternację.
- No, raczej. Znaczy, bardziej się nie da - odpowiedział, nie rozumiejąc, o co chodzi nadkomisarzowi. Kryminalni często wydawali mu się dziwni.
- No, to nie ucieknie chyba, nie? O której to było?
- No... - Łukasz Dzięcioł ściągnął policyjną czapkę z daszkiem i podrapał się po głowie. - Koło piątej może Bolo poszedł.
- Nie pytam o kolegę. O której znaleziono ciało?
- A to gdzieś koło drugiej. Bo turyści najpierw zgubili szlak, potem się pokłócili - czytał z kartki zapiski, które skrupulatnie sporządził podczas przesłuchania. - O deszcz się pokłócili, bo ta pani, Monika, miała pretensje, że wyszli, jak pada...
- Do rzeczy, aspirancie - burknął na niego i włożył ręce w kieszenie czarnego, nieprzemakalnego prochowca. Robiło mu się zimno.
- No, jak tu przyszli, to była druga, ale uciekli stąd i zadzwonili po nas z drogi. My przybyliśmy o drugiej trzydzieści w miejsce, w którym się znajdowali, potem musieliśmy wezwać karetkę, o której już wspominałem i dopiero po czwartej chłopak dał radę pokazać nam, gdzie znajduje się ciało.
- Zawiadomiliście techników, lekarza i prokuratora?
- Tak, od razu. Jeszcze przed panem. Powinni zaraz tu być.
- Znamy personalia? - Pociągnął nosem. Czuł, że nabawi się dzisiaj kataru.
- Nie wiem, kogo przyślą. - Aspirant wzruszył ramionami.
- Matko, trzymajcie mnie - wymamrotał pod nosem Leśniak. - Denatki personalia. Może zadzwonisz na komisariat i sprawdzisz, czy nikt nie zgłosił zaginięcia?
- A, dobra. - Aspirant wyciągnął telefon. - Bolek, no dawaj, masz coś? Znamy dane? Dobra, dzięki. - Rozłączył się. - Na razie cisza. - Oznajmił, starając się przekrzyczeć dźwięk coraz głośniejszych opadów deszczu, które zyskały na sile.
- Dziękuję, aspirancie. Dobra robota, jesteście już wolni. Nie chcę, żebyście mi tu się przeziębili i poszli na L4. Wasz komendant pewnie nie byłby z tego faktu zadowolony - powiedział i w tym samym momencie zobaczył schodzących ze zbocza techników oraz doktor Ewelinę Złotnicką. Lubił z nią pracować, była konkretna i profesjonalna. Na komendzie wszyscy nazywali ją "Złotkiem". Nie wyglądała jak większość znanych mu kobiet w kitlach. Miała irokeza na głowie, po kilka par kolczyków w uszach, nosie i języku, w dodatku zwykle wkładała ubrania, które odsłaniały pępek. W dzisiejszych okolicznościach przyrody narzuciła na siebie cienką kurtkę o kroju płaszcza i do tego kolorowe glany. Tym razem jej wybór padł na czerwone.
- Ewelinko, tutaj - pomachał do ekipy i spojrzał na zegarek. Była szósta zero zero. Trzydzieści minut temu, gdy przyjechał na miejsce, zadzwonił do nowej profilerki Carmen Rodríguez. Ona też powinna się zjawić lada moment. Spojrzał w dół zbocza, upewnić się, czy jakieś auto nie skręca z krajowej trójki, ale żadnego nie dostrzegł. Ruch był jeszcze niewielki. Nie powinna jechać za długo, chyba że pogubiła się przy objazdach spowodowanych przeciągającym się w nieskończoność remontem drogi w Piechowicach. - No i Borys, gdzie ten cholerny Borys - powiedział pod nosem. On nie odebrał telefonu, ale Leśniak widział, że odczytał wiadomość z adresem, którą do niego wysłał.
- Cześć, co mamy? - zapytała energicznie drobna kobieta, mierząca niecałe sto pięćdziesiąt pięć centymetrów wzrostu. Miała duże okrągłe oczy, które, o dziwo, wcale nie zdradzały oznak niewyspania.
- Ranny ptaszek z ciebie - stwierdził, upijając łyk gorącej kawy z termosu. Basia nigdy nie wypuszczała go z domu bez kawy.
- Skąd wiesz, że w ogóle spałam - doktorka mrugnęła do niego i skierowała się w stronę jaskini. - Mniemam, że znajdę tam ofiarę?
- Owszem. Czyń honory - powiedział, obserwując z daleka jak lekarka podchodzi do techników, którzy również zaczęli już działać.
- Nadkomisarz Bogusław Leśniak?
Usłyszał kobiecy głos tuż za swoimi plecami, co go zaskoczyło. Nie widział w przybyłej ekipie nikogo innego niż zwykle, a już zwłaszcza nieznajomej kobiety. Obejrzał się z konsternacją za siebie. I dopiero wtedy przypomniał sobie, że przecież do niej dzwonił.
- Carmen Rodríguez Zalewska - powiedziała ubrana w czarną skórzaną kurtkę blondynka z długim warkoczem. - Ale na co dzień używam tylko nazwiska Rodríguez.
Nie wyciągnęła do niego ręki na przywitanie, więc i on nie inicjował fizycznego kontaktu.
- Bardzo mi miło. Jeżeli możemy przejść na "ty", to jestem Bogusław. - Zmierzył ją spokojnym wzrokiem od stóp do głów. Ale nie było w tym nic lubieżnego, zwykła ludzka ciekawość. Miała typowo słowiańską urodę, która w ogóle nie pasowała do jej imienia i nazwiska oraz faktu, że w połowie była Hiszpanką. Informacje na temat jej pochodzenia uzyskał od komendanta, więc musiały być prawdziwe.
- Carmen - odpowiedziała bez uśmiechu. - Pokażesz mi miejsce zbrodni oraz ofiarę? Technicy już zabezpieczyli wejście? Nie chciałabym zatrzeć śladów.
Od razu mu się spodobała. On też nie wszedł jeszcze do jaskini z tego powodu. Wystarczy, że Bolek i Łukasz robili to kilkukrotnie, żeby nie zmoknąć. Przewrócił oczami na to wspomnienie.
- Dajmy im jeszcze chwilę - powiedział. - Palisz? - Wyciągnął z kieszeni paczkę marlboro i podsunął nowej koleżance.
- Dzięki, nie palę - powiedziała, rozglądając się wnikliwie po okolicy.
- Ja w sumie też nie - przyznał. - Chyba że z nudów. Przyjechałaś motorem? - Spojrzał wymownie na jej strój. Była bez kasku, ale mogła go przecież zostawić przy maszynie.
- Tak - przyznała. - Choć w taką pogodę zajęło mi to więcej czasu. Cholernie tu macie deszczowo i ślisko - powiedziała, nie patrząc na niego. Skoncentrowała wzrok na mieniących się w oddali budynkach. - Auto dopiero kupię - wyjaśniła, czując na sobie jego wnikliwe spojrzenie. - Stromo tu, w dole rzeka, obecnie dosyć wzburzona. Zakładam, że morderca przyszedł od góry? W jaskini jest jedno ciało?
- Tak. - Pokiwał głową. - Ofiarą jest kobieta w wieku około dwudziestu pięciu lat.
- Nadkomisarzu, już można - usłyszeli wołanie jednego z mężczyzn ubranych w białe kombinezony.
- Panie przodem - Leśniak wyciągnął rękę, wskazując jaskinię.
Skały przy wejściu mieniły się różnymi kolorami, z których dominował blady róż. Obrośnięte były mchem i paprociami, a na ich szczycie znajdowały się dwa drzewa. Korzenie jednego z nich zakręcały w dziwny sposób do góry i Bogusław zastanawiał się, jak to możliwe, że ten buk jeszcze nie spadł. Szeroka pieczara miała głębokość około dziesięciu metrów i gdyby nie reflektory techników rozstawione we wnętrzu, pewnie nie byłoby widać jej końca ani zaułka posadowionego po prawej stronie. Wyglądał jak wykusz o rozmiarach dwa na trzy metry. Na ziemi i półkach skalnych ujrzał rozstawione małe świeczki i puste już podgrzewacze.
- ?Puta madre!
Nadkomisarz usłyszał hiszpańskie przekleństwo padające z ust profilerki.
- Ja pierdolę - poprawiła się, nie czekając, aż zapyta co to znaczy. - W życiu czegoś takiego nie widziałam.
Co ciekawe, nie wyczuł w jej głosie strachu, a jedynie konsternację i ciekawość. Sam nie spoglądał na zwłoki tak długo, jak tylko się dało. Przez lata służby naoglądał się martwych ludzi i zdawało się, że ma już tego dosyć. Do dzisiaj żywił szczerą nadzieję, że nie dojdzie w najbliższej okolicy do żadnego zabójstwa i odbębni ostatnie miesiące do emerytury we względnym spokoju. Mylił się. Z haka wbitego w skałę zwisało ciało martwej kobiety. Była naga i blada jak ściana, a jej rozczochrane ciemne włosy sięgały ramion.
- Musiała walczyć, a przynajmniej próbować - powiedział, spoglądając na jej brudną twarz, którą kilka godzin temu obmywały strumienie łez. - Otarcia na skórze rąk. - Wskazał palcem uszkodzone tkanki.
- A jednak za paznokciami nie widać śladów walki - wtrąciła lekarka medycyny sądowej. - Zero naskórka czy krwi, chyba że, jak wjedzie mi na stół, to podczas specjalistycznych badań zobaczę więcej. Teraz jedynie można dostrzec brud. Podejrzewam, że z ziemi. - Wskazała ręką podłoże będące mieszaniną skały, ziemi i piasku. Same otarcia też mogły powstać od kontaktu ze skałą. - Cześć, Ewelina jestem. - Lekarka wyciągnęła dłoń w białej rękawiczce w kierunku nieznajomej, bo Boguś zapomniał je sobie przedstawić.
- Carmen Rodríguez. - Kobieta nie uścisnęła ręki na powitanie, pokazując dłonie niezaopatrzone w rękawiczki. - Nie wyglądasz jak typowa polska lekarka.
- A ty jak Hiszpanka - odbiła piłeczkę. - Choć akcent nieco sepleniący, to może i by się zgadzało - dodała zaczepnie. Nie była złośliwa, miała specyficzne poczucie humoru.
- Touché - przyznała jej punkt w tej potyczce. - A co możesz powiedzieć o tym nacięciu? - Wskazała na rozerwane połacie skóry na podbrzuszu, rozpoczynające się tuż nad włosami łonowymi. Fałdy skóry otoczone były masą białego tłuszczu i miało się wrażenie, że cała krew wypłynęła z krwiobiegu właśnie tą drogą, oblewając nogi denatki.
- Szybkie, ostre, może nawet profesjonalne. - Podeszła bliżej i przyjrzała się dokładniej. Zaraz, zaraz... - Rozchyliła dwie strony przeciętej skóry na tyle, na ile mogła. - Tam chyba nic nie ma - stwierdziła, wkładając palce w ciało kobiety. - Hmm... Nie powiem wam teraz, bo w mięśniach jest za dużo wapnia.
- Czego? - Carmen przysunęła się bliżej.
- Wapnia gromadzącego się, gdy po śmierci zapas enzymu ATP wyczerpie się i dochodzi do...
- Stężenia pośmiertnego - weszła jej w słowo Carmen.
- Dokładnie. Jak wezmę ją na stół, to sprawdzę, ale wygląda mi na to, że została pozbawiona narządów rodnych. I że kastracji dokonano, kiedy jeszcze żyła. - Przyjrzała się dokładnie miejscu, w którym dokonano cięcia. Zdawało jej się, że coś widzi, ale zaschnięta krew uniemożliwiała dokładną analizę. - Muszę ją umyć. Teraz i tak niczego nie można zobaczyć.
Bogusław Leśniak wykrzywił twarz, ale tym razem jej nie odwrócił. Wydawało mu się, że w przypadku tak dużego okrucieństwa jest winien tej kobiecie dokładniejsze przyjrzenie się śladom. - Plamy opadowe ledwo widoczne. - Wskazał na stopy.
- Tak - przyznała lekarka - ale to normalne, bo w ciele zostało mało krwi. Podejrzewam, że przyczyna zgonu jest raczej oczywista.
- Wykrwawienie - powiedziała Carmen.
- Owszem. Zobaczymy, co pokaże sekcja. To tyle na teraz. Zabieramy ją? Czy czekamy na Warszawiaka?
- Waldek dostał przydział? - Leśniak się zdziwił. Z jego informacji wynikało, że prokurator Waldemar Warszawiak złożył w zeszłym tygodniu w prokuraturze wypowiedzenie.
- Ano, Waldek - przytaknęła. - Też się zdziwiłam.
- Dobra, zabieraj ją, będziemy w kontakcie - zapewnił nadkomisarz. - Co o tym myślisz? - zwrócił się w stronę profilerki. Pomysł zatrudnienia specjalisty z tej dziedziny wydawał mu się ciekawy, ale trochę na wyrost. W Jeleniej Górze nieczęsto dochodzi do wielkich zbrodni, a nawet jeżeli, to zazwyczaj wiadomo, że zabił któryś z dobrze znanych policji recydywistów, albo że była to zbrodnia rodzinna, których najwięcej jest chyba w każdym województwie. Zazwyczaj zabija ktoś, kogo dobrze znamy: mąż/żona, chłopak/dziewczyna czy brat/siostra. Patologii jest wszędzie pełno. Dziś, kiedy stał wewnątrz Czerwonej Jamy i patrzył na wiszące na linie wypatroszone ciało młodej kobiety, był cholernie ciekaw jej zdania.
- Myślę, że chciał, żeby cierpiała - powiedziała powoli, zastanawiając się nad każdym wyrazem. A właściwie nad znaczeniem całości, bo morderca mógł pragnąć tego z wielu powodów. - I myślę, że to ktoś, kto nienawidzi kobiet - to zdanie wymówiła już w normalnym tempie. - Pozbawił ją atrybutów kobiecości, czegoś, co odróżnia ją od mężczyzn. Dla mnie to oczywisty przejaw nienawiści, być może pogardy. Zakleił jej usta taśmą, co może znaczyć, że chciał pozbawić ją prawa głosu.
- Albo że nie chciał, żeby krzyczała, bo wtedy ktoś mógłby ją usłyszeć - polemizował. - Znali się?
- Trudno powiedzieć. Skoro nie ma oczywistych śladów walki - zastanowiła się. - Być może nie spodziewała się z jego strony ataku, a to by wskazywało na znajomość lub działanie z zaskoczenia.
- Albo na to, że ją odurzył - rzucił pomysł nadkomisarz. - Być może odzyskała przytomność dopiero powieszona na haku. - Obrócił się, zanotował w pamięci umiejscowienie haków wspinaczkowych wbitych w skałę.
- Rohypnol? - Spojrzała na niego, wymawiając nazwę tabletki potocznie znanej jako pigułka gwałtu. - W Hiszpanii pełno tego gówna dosypują do drinków. Zwłaszcza w sezonie letnim.
- U nas nie jest lepiej, ale ostatnio stosują to też porywacze, wtedy ich ofiary wyglądają jak podchmielone i chętnie wykonują polecenia. Ludzie nie mają nawet krzty podejrzeń, że są świadkami uprowadzenia, skoro nikt nie woła o pomoc... - Rozmawiając, wyszli z jaskini na deszcz. - Ale poczekajmy na wyniki sekcji. Mogą to być równie dobrze jakieś leki nasenne albo toksykologia wyjdzie czysta. - Wzruszył ramionami w geście, że nigdy nic nie wiadomo.
- OK, jak będziecie mieli już jakieś zdjęcia i dane, prześlijcie mi na maila. Kiedy mamy spotkanie?
- Wydaje mi się, że jutro rano będzie najlepiej. Musimy dać czas fachowcom na pracę. Proponuję godzinę dziesiątą. Znasz adres komendy?
- Znajdę - rzuciła przez ramię. - To lecę. Do jutra. - Machnęła nieznacznie ręką i zniknęła za skałami.
Nadkomisarzowi Leśniakowi nie dawała spokoju jedna myśl. Carmen Rodríguez ani razu się nie skrzywiła. Nie zwymiotowała, jak zrobiłaby to większość świeżaków na miejscu zbrodni ani nie potrzebowała wyjść, by zaczerpnąć powietrza. Wyglądało na to, że Hiszpania to bardzo niebezpieczny kraj, w którym roi się od brutalnych morderstw, albo że ta kobieta w jakiś inny niezrozumiały dla niego sposób, stała się nieczuła na ludzkie cierpienie. To sprawiało, że Carmen Rodríguez zaczęła go bardzo intrygować.
- Gdzie, do cholery, jesteś - powiedział pod nosem jeszcze raz, wybierając numer Borysa. Podkomisarz nie raczył się do tej pory pojawić. Owszem był hulaką i dużo można by mówić o jego frywolnym zachowaniu, ale jeżeli chodzi o pracę nigdy nie spóźniał się tak bardzo. Za to nieobecność prokuratora, w ogóle go nie dziwiła.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki