Kropelki deszczu
Pierwsze moje wspomnienie, pierwsze projekcje pamięci, chwile,
przedmioty i miejsca, to krople deszczu spływające po szybie okna w naszym dawnym domu. W księdze wspomnień, którą często otwieram, siedząc
w samotności, widnieją one na pierwszej stronie. Wykaligrafowane
najstaranniej, jak żaden inny, późniejszy rozdział.
Krople osuwały się wraz z setkami innych kropel po okiennej szybie i zasłaniały cały świat. Dzień ten był zamglony, pełen tajemnic i cieni,
szarozielony, czarno-złocisty, wilgotny i lśniący. To najsilniejsze
reminiscencje z lat, podczas których każdy człowiek zapamiętuje pierwsze
obrazy. Bezcenna, cieniutka, niemal przezroczysta bibułka, na której
utrwalił się ten ledwie widoczny już obraz. Scena, jaką zdołałem
zapamiętać i w chronologii zdarzeń uznałem za najwcześniejszą. Mój
śmieszny skarb i naiwna relikwia. Mama sadzała mnie przy owym ogromnym
oknie, aby mnie czymś zainteresować i mieć chwilę wytchnienia.
Fascynowały mnie wesołe, lśniące kropelki, spływające zakręcającymi i falującymi dróżkami po szybie. U góry malutkie i cienkie, a na samym
dole - krągłe i brzuchate. Wyznaczały swym biegiem zawiłe ścieżki,
których przebieg starałem się odgadnąć. Czy popłynie w prawo, czy może w lewo, a może złączy się z inną lub rozdzieli na dwoje? Wyobraźnia kazała
mi uznawać je za żywe istoty, które pędziły w niepojętych dla mnie, ale
ciekawszych od wszystkiego innego wyścigach. Pędziły, jedna przez drugą,
krzyżując swe przebiegi, wymijając się i zajeżdżając sobie drogę, aby
jak najszybciej dopłynąć do mety, którą stanowiła pomalowana białą farbą
framuga okna. Cel, który chciały osiągnąć, był niżej, już poza oknem, i dlatego nie wiedziałem, co je tam czeka. Lecz byłem pewny, że dotarłszy
tam, do tej krainy, która była dla mnie tajemnicą, będą bardzo
szczęśliwe. Deszcz był ciekawą i nigdy nienużącą mnie treścią wielu
godzin, poświęconych na te obserwacje. Przerywał je dopiero zapadający
wcześnie zmierzch lub głos Mamy, wołający na obiad. Deszcz kocham do
dziś. A co było za oknem? Zamglony wizerunek świata, nierówne domy,
rozpływające się w strugach wody i zdeformowane w pofalowaniach szyby,
dal bez wyraźnych konturów, coś dalekiego, niedostępnego, nie do
dosięgnięcia dziecięcym wzrokiem. Tajemnica innego świata, który jednak
nie był ani groźny, ani straszny. Był spokojny i istniał wyłącznie dla
mnie, ale i beze mnie. Mój świat prawdziwy był z tej strony okna, bo tu
byłem ja i tu była Mama. Ciągle tam jestem, wciąż siedzę przed tym
oknem, patrzę na krople deszczu, które znowu spadają, i czekam. Być może
nic ciekawszego w życiu mnie już potem nie spotkało. Człowiek składa się
z wody i ze słów. Ja z pewnością tylko z wody. Po bardzo wielu latach
znalazłem się w tamtym domu z czasów mego dzieciństwa. Okno nie było już
takie duże, sufit zawisł nad głową nie aż tak wysoko, a perspektywa za
oknem okazała się krótka, sięgająca może stu, może dwustu kroków
dorosłego człowieka... Nie zmniejszyło to jednak mojego wzruszenia!...
Usiadłem na chwilę, w ciszy, w zadumie, i przypomniałem sobie wyraźnie
te wszystkie spędzone tu godziny, a było ich tak wiele, wręcz setki...
Musiałem - uznałem sam przed sobą (co zresztą potwierdza się we
wspomnieniach innych osób z mojej rodziny) - być dzieckiem bardzo
spokojnym i cierpliwym. Niewykluczone, iż byłem dotknięty jakąś formą
autyzmu. W tamtych czasach nikt o tym jeszcze nie słyszał i takim
zjawiskiem psychologii dziecięcej wcale się nie przejmował.
4 - Dzieciństwo - pierwsze zdjęcie
Minęły lata, całe dziesięciolecia, a to deszczowe wspomnienie pozostało
jako pierwszy obraz ujrzany po otwarciu oczu, tuż po przebudzeniu się do
życia. Potem te kalki pamięci złączyły się na zasadzie jakiegoś trudnego
do zidentyfikowania skojarzenia z wierszem Norwida:
Bywałem ja - od Boga nagrodzonym,
Rzeczą - mniej wielką:
Spadłym listkiem, do szyby przyklejonym,
Deszczu kropelką...
(Daj mi wstążkę błękitną...)
Mocne słońce
Kolejny obrazek ma w tle nie deszcz, a słońce. Jestem wciąż tym samym
chłopcem zza deszczowego okna, ale znajduję się gdzie indziej. Jest
lato. Leżę na ziemi, w złotym zbożu, wymalowanym na tle przejrzystego
błękitu nieba. Dookoła mnie rosną wysokie, falujące, rozkołysane letnim
wiatrem, znacznie mnie przerastające zagony dorodnego żyta. Dzieje się
to na wsi, dokąd Rodzice zawieźli mnie na wakacje. Wyszedłem w pole -
zapewne z tęsknoty - by szukać Mamy. Zmęczony długą wędrówką, położyłem
się w zbożu, by chwilę odpocząć. Czułem słodkie wonie kwiatów, łąki,
ziemi, traw i ziół, jakie tylko mogą się roztaczać w upalny dzień.
Zapewne było to w początkach sierpnia, kiedy słońce najpiękniej wyzłaca
cały świat swym świetlistym blaskiem. Zamykam oczy, bo słońce bardzo
mnie razi, zapominam o wszystkim, leżę na wznak, nie poruszam się, jakby
mnie wcale nie było... Mija czas, mija dużo czasu, jest mi dobrze i błogo... Słyszę śpiew lecących wysoko ptaków, zapadam się w słodki
niebyt, w magnetycznie pociągający sen... Potem dowiedziałem się, że
szukała mnie w trakcie tych moich błogich chwil cała nieomal wieś,
wszyscy jej mieszkańcy, a mijały długie godziny. Szukano mnie
rozpaczliwie grabiami i bosakami we wszystkich okolicznych stawach,
rzeczkach i potokach, przeczesując je ze strasznym pytaniem w oczach...
Ta dramatyczna eskapada skończyła się poważnym porażeniem słonecznym. W końcu odnaleziono zgubę! Zapanowała powszechna radość, a ja wodziłem
oczami po zebranym tłumie, wypatrując mojej Mamy. I to szukanie ciągle
we mnie trwa. Wciąż jej szukam, chociaż umarła wiele lat temu. Wierzę,
że kiedyś uda mi się ją jednak wypatrzeć.
Czerwony rowerek
Później, gdy byłem nieco starszy, przeżyłem pierwszy moment uniesienia,
a to za przyczyną... roweru. Pamiętam szum wiatru w uszach, ale szum
ogromny, istny świst, jak impet błyskawicy gnającej po niebie. Pędzę oto
na rowerku! Na prawdziwym, pięknym, czerwono lakierowanym rowerku!
Szybko, coraz szybciej obracam pedałami, jak w transie, jakbym był
złączony z rowerem w jedno. Rower był od tego czasu moją pasją przez
długie, długie lata. Ten pierwszy, dziecięcy, był imponujący. Pamiętam
jeszcze okrzyki, wiwaty i skandowania - to były wyścigi kolarskie,
przeznaczone dla bardzo młodych sportowców! Do wyścigów wystawił mnie
mój Tata. I oto stało się tak wspaniale, że je wygrałem. Chodziłem
bardzo dumny, ale było to pierwsze i, jak się okazało, ostatnie
zwycięstwo sportowe w moim życiu...
5 - Czerwony rowerek - pierwszy wyścig
Wysoki kamień
Inny obraz pochodzi z tego samego czasu - oto na łące leżał ogromny
kamień; wejście na ten głaz było jednym z moich dziecięcych marzeń, a w każdym razie wielkim wyzwaniem, gdyż głaz był czymś, co wszystkim
imponowało swą niedostępnością. Wydawał się porażająco wielki, nie do
zdobycia. Dotyczyło to wszystkich niemal moich rówieśników, mieli te
same odczucia i tak jak ja próbowali wdrapać się na ów kamień. Komuś się
ta sztuka udawała, a komuś nie... Czy ja zdołałem w końcu osiągnąć cel?
- nie jest to już dla mnie dziś ważne. Minęły lata, kamień leży
niewzruszony w swoim dawnym miejscu i wita mnie, jak przyjaciel z dawnych lat, kiedy tylko jestem w tamtych stronach. Zmalał, skurczył się
do rozmiarów niewielkiego kamienia, a przecież kiedyś wydawał się tak
ogromny...
Takich kamieni widziałem w życiu bardzo wiele. Nie wszystkie zmalały,
niektóre pozostały po dawnemu wielkie. Czasami w snach próbuję na nie
wejść.
Dłoń Mamy
Najwspanialsze moje wspomnienie, to ręka mojej Matki, która podawała mi
swą dłoń do trzymania wieczorem, gdy nadchodził czas snu i leżałem już w łóżeczku. Nie potrafiłem i nie mogłem zasnąć bez trzymania dłoni mojej
Mamy. Domyślam się tylko, jaka to musiała być dla Niej udręka, by przed
każdą nocą trzymać długo i niemal nieruchomo wyciągniętą rękę i czekać,
aż zasnę. Potem, po latach, mówiła mi, że ręka sztywniała jej aż do
bólu, ale czekała, bym zasnął, nic nie mówiąc... Ta dłoń Mamy była dla
mnie czymś najpiękniejszym na świecie, czekałem na ten moment przez cały
dzień! I nadal taką jest, mimo że Mamy nie ma już od wielu lat. Ale jej
rękę, dającą zawsze spokój i ciepło, czuję zawsze w swoich dłoniach w porze snu.
Mama
Moja Mama była bardzo piękna. Całe życie się bała. Przez wiele lat nie
mogłem tego zrozumieć. Dziecko nie może rozumieć takich spraw. Nie mogę
napisać prawdy, bo jest zbyt okrutna i bolesna. Tę prawdę poznałem,
kiedy miałem dwanaście lat. Przypadkowo usłyszałem rozmowę, która mną
wstrząsnęła. Od tej pory żyłem tylko po to, by chronić Mamę. To nie
mogło mi się udać, ale bardzo się starałem. Nigdy nie jadła i nie piła
niczego poza domem. Często milczała i zamykała oczy. Dla świata miała
delikatny uśmiech, który mówił "przepraszam". Byłem całym Jej światem i do dziś, po tylu latach od Jej śmierci, czuję wyrzuty sumienia, że nie
spełniłem Jej oczekiwań. Miałem wtedy chyba cztery lata. Ubrała mnie w nowiutki strój, który przypominał ubiór marynarza, którym wtedy chciałem
być. Mieliśmy iść na spacer. Wyszedłem chwilę przed Nią z domu i wpadłem
do rowu pełnego błota. Do dziś słyszę Jej płacz, gdy mnie zobaczyła. Nie
płacz, Mamo. To nic. Widzę Ją, gdy stoi na brzegu morza. W moich snach
nadal tam stoi i powoli odwraca głowę w stronę Ziemi, która na Nią nie
zasłużyła.
Matka
Matko z wioski rozrzuconej na wzgórzach
Matko z zajazdów przydrożnych
Matko wędrowca zapomnianego w podróżach
Matko kroków odważnych i gestów ostrożnych
posłuchaj
Ten wiatr
to Ty
zwiewa z moich rąk
kurz bitewny
Ten deszcz
to Ty
zbiera się tuż obok ust
Ta woda
to Ty
Mamo
Matko ciszy płynącej po twarzy
Matko prawdy kłamstwa i zmęczenia
Matko od tego co się już nie zdarzy
Matko nadziei ciepła i zwątpienia
posłuchaj
Ten dzień
to Ty
Słyszysz słowa szybciej niż je wypowiem
Te drzwi
to Ty
nigdy ich nie otworzę i tak jestem w środku
Ten chleb
to Ty
Mamo
Matko od słów zamazanych na piasku
Matko od Marka i od Mateusza
Matko pełna bólu wypełniona łaską
Matko niemego gniewu i bezradnego Janusza
posłuchaj
Ten świt
to Ty
chłodniejszy od wiatru daleko od brzegu
Ten cień
to Ty
mknący jak łódź z północnym wiatrem
To światło
to Ty
Mamo
Rodzinna kronika
Moja babka, Wiktoria, była z domu Kamieńska. Jej ojciec, czyli mój
pradziad, posiadał majątek ziemski pod Kutnem. W tymże majątku pracowało
wielu chłopów. Najczęściej tych bez ziemi, czyli fornali. Ale pośród
nich znalazł się jeden inny niż wszyscy. Był to Michał Kukuła. Babka,
będąc jeszcze bardzo młodziutką dziewczyną, za nic miała mezalianse (i "różnice klasowe", jakby to powiedziano w latach pięćdziesiątych),
przeto nie bacząc na nic, zakochała się w nim... Cóż to była za odwaga,
tak się w tamtych czasach (a i wziąwszy pod uwagę ówczesne społeczne
realia) zakochać. I to bez pamięci! Michał Kukuła zmarł młodo, nie
doczekawszy uwiecznienia na fotografii. Dlatego nie wiem, jak wyglądał
ten śmiałek, co to nie bał się odwzajemnić miłości jaśnie panienki...
Mój pradziad oczywiście nie zgodził się na związek dwojga zakochanych, a babcię wydziedziczył, by ją ukarać za to, że postąpiła tak niegodnie i nieroztropnie. O porywach serca wtedy nie myślano, a kierowano się
niemal wyłącznie rozsądkiem i trzymano ściśle konwenansów.
Mimo wiedzy o tym, co ją czeka, gdy zostanie całkiem bez ziemi dającej
utrzymanie, babcia Wiktoria poszła jednak za głosem serca. Wszystko
działo się tuż po zakończeniu pierwszej wojny światowej, w owej Bożej
Woli, ten splątany dramat uczuć, pokoleń, majętności i klas... I oto
ponad wszystkim wyłoniła się pierwsza metafora - taka była widocznie
boska wola! Nazwa miejsca tego wydarzenia, jakże wymowna w kontekście
trudnych dla wszystkich bohaterów tej opowieści zawirowań, chyba właśnie
dlatego tak głęboko zapadła mi w pamięć. Noszę ją zawsze w sercu.
Ważna była też droga do Bożej Woli. Taka, jak dawniej, jak na słynnym
obrazie Chełmońskiego. Droga polna, wiejska, zwyczajna, z wybojami; nie
był to gościniec, ale zwykły szlak jakich wiele, kamienisty i rozjeżdżony. Każdy zaprzęg konny, przemierzający tę drogę, kołysał się
na boki, czasem niebezpiecznie, i wzbijał tumany kurzu. Polna droga...
Ale dla kogoś innego niech to będzie ulica w jego mieście, osiedlowa
ścieżka czy aleja pośród willi. Bo tu pojawia się druga metafora - jest
to droga do naszej wspólnej krainy szczęścia. Często widzę tę moją
zapamiętaną i często nią wracam tam, gdzie byłem szczęśliwy. Takiej
drugiej drogi w życiu dorosłym już nie ma - drogi w piękną przeszłość
samego siebie, w świat miniony, który zabrał i zniszczył czas. Każdemu
życzę, aby miał w pamięci taką drogę i aby mógł w każdej sekundzie udać
się po niej w miejsce, gdzie odnajdzie krainę dobra. Nieskalaną
świadomością późniejszych lat, które odzierają nas ze wszystkich
złudzeń. Droga do Bożej Woli została do dziś prawie niezmieniona,
ciągnie się jak dawniej, zwykła i banalna, a jednak serce zaczyna mi
mocniej bić, gdy czasem tam się znajdę. Domów, tych z moich czasów, już
nie ma, zniknęło wszystko, co pamiętam. A było ich tak wiele, jeszcze z dziewiętnastego stulecia. Zostały tylko nazwa i ten szlak, i niebo to
samo nad głową, a czasem tylko stojące w oddali stare drzewa.
Niepotrzebne, sękate, z poskręcanymi mocno konarami... Dziś płynie tam
inne życie, życie ludzi nowych, zamożnych. Wznoszą się nowoczesne domy i zabudowania, nie znajdziesz dawnych mieszkańców, nie usłyszysz dawnych
opowieści, historii starych, a wszystkim znanych... Przeminęły dawne
obrzędy i zwyczaje, zatarły się materialne ślady przeszłości, która
jednak na zawsze jest częścią mnie. I tak już zostanie, nawet wówczas,
kiedy i te ostatnie stare drzewa pójdą pod topór.
W przypływie wyrzutów sumienia pradziadek podarował nowożeńcom trzy
morgi ziemi, by mogli gospodarować na swoim i jakoś przetrwać. Skromnie,
bo skromnie, ale jednak. Michał Kukuła nigdy przedtem ziemi własnej nie
posiadał. Ale postawił na tej darowiźnie własnymi rękami dom, niestety
już dziś nieistniejący. Zburzono go i wzniesiono w jego miejscu dom
nowy. Dziadkowie doczekali się pięciorga dzieci. Najstarszym z nich był
mój Ojciec, Franciszek. Wspomnienia stamtąd mam śliczne, bo zawsze
notowane w czasie wakacji, czasie lata, słońca, zieleni, ptaków i beztroski. Babcia regulowała pory różnych swych obowiązków w domu
inaczej niż my w mieście. Wszystko było spokojne, pewne, utarte,
niezmącone w niezakłóconej niczym kolejności zdarzeń, staroświeckie i pełne uroku. Czas mierzono nie zegarem, lecz odgłosem przejeżdżających
pociągów. Za torami stał wiatrak, i on też dawał sygnały stosowne do
pory dnia, ale to już było w świecie mnie niedostępnym. Młyn był
wiatrowy, jego skrzydła kręciły się cicho i majestatycznie, a ja znałem
tylko nazwisko młynarza, który stawał się z owym młynem jakby jednym
ciałem, jedną osobą. Jeszcze dalej mieszkali nasi kuzynostwo Radwańscy,
którzy żyli we dworze, wielkim i pięknym, jak z czasów Mickiewicza.
Przynajmniej tak ów dwór zapamiętałem. Dzisiaj też go już nie ma, nad
czym boleję, jak nad stratą kogoś bliskiego. Miałem często poranione
nogi, kiedy, podrósłszy nieco, sam od czasu do czasu wybierałem się do
nich. Ale nie zwykłą drogą, której jakoś nie mogłem nigdy znaleźć, lecz
na skróty, przez krzewy dzikich róż, które rosły dookoła dworu. Ich
kolce raniły moje nogi i ręce do krwi. Mieszkał tam stary pan Andrzej
Radwański, który mnie uwielbiał, nosił na barana i bardzo się mną
opiekował.
Kiedy babcia Wiktoria zmarła, pojechałem z Ojcem do Bożej Woli, by
pożegnać się z nią na zawsze. Odbywało się czuwanie przy trumnie, jak to
dawniej było w zwyczaju, całą noc i dzień, aż do wyprowadzenia i pogrzebu. Spraw życia i śmierci jeszcze wtedy, rzecz jasna, nie znałem
ani nawet nie przeczuwałem, i tak dramatycznych wydarzeń nie widziałem
nigdy wcześniej... Po raz pierwszy ujrzałem mojego Ojca płaczącego, co
dla dziecka jest zawsze głębokim wstrząsem. Ojciec nie mógł wejść do
domu, zbrakło mu sił... Poszedł tylko do sadu obok domu, gdzie rosły
stare jabłonie, pochylił się, zgarbił, zakrył twarz dłońmi i długo
szlochał. W takich oto okolicznościach nastąpiło moje pożegnanie z tym
domem, z domem ukochanej babci... Każdy domyśla się, bo sam przeżył
podobne, jaki to był ból, jaka strata i jaki głęboki smutek. Potem nie
jeździłem już tam nigdy, a jeszcze później dowiedziałem się, że dom
zniknął z powierzchni ziemi, co też mnie zadziwiło. Zrozumiałem, że
umierają nie tylko ludzie, ale umierają też i domy. Tak odeszła moja
babcia, skończyła się ta historia i skończyło się moje dzieciństwo, cała
epoka... Boża Wola była w czasach dzieciństwa całym moim światem,
kompletnym i skończonym. I jednocześnie nieogarnionym. Nie sądziłem, że
może rozciągać się coś dalej. Lecz potem okazało się, jak to doskonale
wiemy, odwiedzając po latach nasze mikrokosmosy, że był to świat
maleńki. Tylko ów dom, pola ziemniaczane wokół, łan żyta i ten kamień, o którym wspominałem. Ot, i cała topografia, takie niby nic, ale dla mnie
stanowiło po prostu całą rzeczywistość. Kamień leżał od domu o sto
kroków, a mnie wydawał się bardzo daleki. A jeszcze o dalsze ledwie sto
kroków biegły już owe tory linii kolejowej i widać było wiatrak. A mnie
- dziecku - zdawało się, że egzystował daleko, jakby na innej
planecie... Boża Wola stała się zamkniętym rozdziałem, za którym bardzo
tęsknię.
* * *
Kolejne miejsce mego dzieciństwa to wieś Stare Bielice. Leży na Pomorzu,
bardzo daleko od Kutna, od Bożej Woli, w zupełnie innych stronach,
kilkadziesiąt minut jazdy samochodem od Koszalina. Zostałem oderwany od
dawnych miejsc, co wiąże się oczywiście z kolejami losu mojej rodziny, a w szczególności z losami mojej Mamy, Zofii. Jej ojciec, a mój dziadek,
Władysław Mołdawa, w roku 1939 brał udział w wojnie obronnej. Trafił do
niewoli sowieckiej, potem wstąpił do 2 Korpusu Armii Polskiej na
Wschodzie, dowodzonego przez generała Władysława Andersa. Walczył pod
Monte Cassino i miał rzekomo tam zginąć, co jednak okazało się później
nieprawdą. Doczekawszy końca wojny na Zachodzie, wyemigrował w roku 1946
za ocean. Kiedy otrzymał kartę mobilizacyjną we wrześniu roku 1939 i wyruszył na front, to pozostawił w domu żonę, będącą w ciąży, oraz
pięcioro dzieci. Nagle, wiele lat po wojnie, odezwał się do rodziny w Polsce z... Ottawy w Kanadzie. Rzeczywiście walczył pod Monte Cassino.
Przeżył, natomiast w ewidencji poległych nastąpiła pomyłka, świadkowie
również się mylili i wspominali w swych relacjach kogoś innego. I taka
zniekształcona wiedza trafiła do rodziny. Tymczasem w Kanadzie dziadek
ożenił się po raz drugi i spłodził tam pięcioro dzieci. Cudowne jednak w tej bigamistycznej opowieści jest jedno - nadawał nowym dzieciom te same
po kolei imiona, jakie nosili jego potomkowie pozostawieni w Polsce. Nie
sądził i nie wierzył, że jeszcze kiedyś zobaczy swój kraj, nawet ten
zniewolony. Żelazna kurtyna, którą zapuścił Stalin, była jego zdaniem
nie do przebicia przez pięćdziesiąt lat. Utracił całkowicie kontakt z Polską, gdzie zresztą wszyscy członkowie rodziny rozpierzchli się w wojennej i powojennej zawierusze, zmienili miejsce zamieszkania...
Dziadek został przypadkowo rozpoznany w Kanadzie przez księdza z Polski.
Nie znam wszystkich szczegółów tej historii, ale nietrudno się domyślić,
że musiało się z pewnością sporo wydarzyć. Przyśpieszmy w tym momencie
bieg historii. Oto dziadek ma wrócić do Polski już za kilka dni! Wszyscy
ulegają podnieceniu i zarazem nieukrywanemu zdziwieniu. W glorii
bohatera wojennego, cudem ocalonego, ożywionego i przywróconego na łono
rodziny, zmartwychwstały dziadek Władysław powraca. Ale też ujawniają
się fakty, coraz liczniejsze, że jednak prowadził podwójne życie. A wiódł je bez mała lat piętnaście. Dla mnie ten powrót był cudownym
przeżyciem, nie odczuwałem żadnego żalu ani zazdrości. Tylko samą
radość, bo oto zyskiwałem dziadka. Cóż to za frajda! Dziadek przywiózł
rodzinie piękne prezenty, a mnie, swemu jedynemu wówczas wnukowi - pióro
Parkera, zielone z pozłotą, marzenie każdego młodego człowieka w tamtych
czasach. Używałem tego pióra przez wiele, wiele lat. Dziadek otrzymał
potem mieszkanie w Łodzi. Moja babcia pogodziła się z nim i przeniosła
do tego miasta. Zamieszkali razem z dwójką najmłodszych swych dzieci,
jednym urodzonym jeszcze przed wojną, a drugim na początku okupacji.
Dziadek był z nami cały czas, aż do swej śmierci; nie starał się jednak
zbytnio, aby jego dzieci kanadyjskie tu przybyły.
Moi koledzy
Miałem osiem lat, chodziłem już do szkoły. Do mojej klasy uczęszczał
kolega Leszek Czechowski. Musiałem się za coś na nim zemścić, coś musiał
mi uczynić złego, bo zwabiłem go do lasu i przywiązałem do drzewa. Nie
zdołał się uwolnić... Nie pamiętam już motywów tego czynu. Ale potem
zaprzyjaźniliśmy się bardzo i ta przyjaźń trwa do dziś. Wybaczył mi moje
zachowanie.
Mieszkaliśmy wtedy w Brzegu na Dolnym Śląsku. W klasie pani Elżbiety
Janickiej, mojej cudownej, dobrej wychowawczyni, którą niewątpliwie
bardzo kochałem, było dwóch Januszów. Ja i mój kolega Janusz Warpas.
Jako dzieci chodziliśmy do szkoły mostem przez Odrę, która przepływa
przez Brzeg. Przychodziliśmy też często bawić się nad tę rzekę. Odrą
płynęły potężne bale drewniane - spławiano nią kłody okorowanych drzew.
Wskakiwaliśmy na owe drewniane belki i płynęliśmy jak długo się dało i dokąd było można. Był to nasz sport, nasze niebezpieczne zawody,
dostarczające niezwykłych emocji. Pewnego dnia doszło jednak do
nieszczęścia. Janusz zsunął się z dużego drewnianego okrąglaka do rzeki
i szybko utonął... Byłem przy tej tragedii i wszystko widziałem z bardzo
bliska. O udzieleniu pomocy nie było nawet mowy. Wieść o wypadku
rozeszła się błyskawicznie po całym mieście. Dotarła do mojej Mamy,
która pomyślała oczywiście, że utonął jej Janusz. Przybiegła nad rzekę
półprzytomna, załamana. Do tej pory widzę jej zapłakaną twarz. Kiedy
okazało się, że ja żyję, to i tak nie mogła wypowiedzieć słowa. Rzadko
kiedy zdarzają się takie pomyłki, zazwyczaj los jest okrutniejszy... Tym
razem łzy rozpaczy przemieniły się w łzy szczęścia, pomieszane ze łzami
współczucia. Stało się coś strasznego - zginęło dziecko... Był to
potężny wstrząs, pierwszy tak mocny w moim życiu. Z Januszem siedziałem
w jednej ławce, był kolegą o niepośledniej wrażliwości i któż wie, kto
by z niego wyrósł... Długo potem rozmyślałem nad kruchością życia, które
może skończyć się tak nagle. Umysł mój odrzucał fakt śmierci kolegi i dziesiątki razy wypatrywałem go przed ósmą idącego do szkoły...
Zielone oko
Mieliśmy w domu aparat radiowy, który grał, jak wówczas mówiono,
praktycznie nieustannie, aż do chwili, kiedy szedłem spać i zapanowywała
cisza... Tak jak w każdym domu, radio z racji swych sporych rozmiarów
stało na komodzie. Było solidnych gabarytów, w drewnianej obudowie,
zaciągniętej politurą. Miało "zielone oko" służące do strojenia,
świecące podczas grania, otulone szczelnie rypsem, zasłaniającym
głośnik. Ono mnie fascynowało niezmiernie, bo świeciło jeszcze dłuższą
chwilę po wyłączeniu odbiornika, a nawet po wyciągnięciu sznura z kontaktu. Wydawało mi się to niepojętą magią. Manipulując przy nim coraz
natarczywiej, chcąc poznać tajemnicę zielonego światełka, wepchnąłem je
kiedyś do środka radioodbiornika. Coś zatrzeszczało i pękło. Oko zapadło
się w pudle, gasnąc przy tym jak wygaszona lampa naftowa - powoli, ale
nieodwołalnie. Pamiętam gniew i rozżalenie Ojca, bo magicznego oka nie
dało się już potem naprawić. Fakt, że popsułem radio, jest również
jednym z najsilniejszych wspomnień. Bo wiążą się z nim lęk i wyrzuty
sumienia. Ta chwila wraca też do mnie niekiedy w snach.
Szkoła w Brzegu
Szkoła w Brzegu, miasteczku piastowskim na Dolnym Śląsku, i dom tam,
Rodzice tak młodzi i ja beztroski - to kolejne piękne wspomnienia... Co
wbiło się w pamięć najsilniej? Śnieżne i mroźne zimy z całą ich białą
poetyką. Z dachami i rynnami kamieniczek staromiejskich obwieszonych
girlandami sopli i upudrowanych szklistym, krystalicznie białym
śniegiem... Zimy te, tam na południu, jak mi się wtedy wydawało, trwały
większą część roku. Pamiętam granatowe gwieździste wieczory i długie
noce, czarne jak smoła, kiedy to czas stawał w miejscu, a wiatr gwizdał
w kominie po diabelsku. Po plecach szły ciarki, ale też przechodziły
przyjemne, miłe dreszcze zadowolenia. Siedząc bowiem w ciepłym pokoju i patrząc w okienka domów naprzeciwko, z szybami przyozdobionymi
kunsztownymi kwiatami szronu, myślałem o tym, jak jest mi dobrze. Długie
zimy z ciągłymi podmuchami mroźnego wiatru, rozsypującymi miliardy
śnieżynek frunących z dachów i z pryzm we wszystkie strony, po całym,
jak wtedy sobie wyobrażałem, ziemskim globie, trwały i trwały, nie mając
końca... Śniegu było tak dużo, że usypane z niego wzdłuż ulic mego
miasta kopce były wyższe niż dzieci idące do szkoły.
Z moich czasów szkolnych, spędzonych w Brzegu, przetrwało wiele
przyjaźni. Miasto było niewielkie, nas mało, kontakty przez to
intensywniejsze i bardzo zapadające w pamięć. Ten nasz wspólny
mikroświat był bardzo sympatyczny. Dobrych przyjaciół z tamtych lat mam
dlatego bardzo wielu. Aż z siedmioma utrzymuję kontakty do dzisiaj,
regularne i od lat niezmienne. To przecież jest szczęście! Zrośliśmy się
też bardzo z naszymi nauczycielami. Ich wspomnienie to uśmiech na twarzy
i łzy w oczach. Pani Elżbieta Janicka uczyła geografii - była tak
dobra... Jej ręce przypominały niezmiernie dłonie mojej Mamy;
nauczycielka najprawdziwsza, najrzetelniejsza i najuczciwsza, która
uczyła sercem. Kochali ją chyba wszyscy uczniowie, ja może najmocniej.
Czułem zawsze jej miłość do mnie i po trzydziestu latach musiałem jej o tym wszystkim opowiedzieć. Odnalazłem ją... Mieszkała na Starym Mieście,
taka jak dawniej, niezmieniona. Wizytę odbierałem na kształt podróży w czasie, nieco odrealnionej, lecz z pełną świadomością, iż wszystko
dzieje się naprawdę. Zapukałem do drzwi - ten sam głos, spojrzenie i dobro. Ileż musiało go być w niej, skoro tyle minionych lat nie
wyczerpało tej skarbnicy? Przeżyłem spotkanie kogoś najbliższego na
świecie. Kochałem niewątpliwie moich nauczycieli i jakoś nie pamiętam
ani jednego niesympatycznego, traktującego uczniów źle czy wyniośle. A złych zapamiętujemy bardzo głęboko. Dlatego tak sielankowo minęły moje
lata w szkole podstawowej. Szkoła się skończyła, otrzymałem świadectwo,
ostatni dzwonek oznajmił wakacje, ale jednocześnie dobiegł kresu nasz
pobyt w Brzegu. Nadszedł czas przeprowadzki do innego miasta, a tam -
czekało liceum.
Liceum w Lublińcu
Wyjechaliśmy z Brzegu do Lublińca, położonego koło Częstochowy. Miasto
to przed wojną leżało blisko granicy z Niemcami, a pierwszym miastem na
zachód za tą granicą był Gutentag. Po wojnie został pięknie i mądrze
spolszczony na Dobrodzień. Zawsze mnie to zarówno wzruszało, jak i zarazem nieco rozbawiało, ale nazwa polska jest rzeczywiście piękna. W Lublińcu, zaraz po roku 1920, zaczęto wznosić gmach szkoły powszechnej,
a potem siedzibę liceum, potężną i nowoczesną, z własnym obserwatorium
astronomicznym. Rozmach był kolosalny, bo taka właśnie zapanowała wizja
Polski odrodzonej. Wiedziano, że trzeba zacząć odbudowę państwa od
stworzenia polskiego szkolnictwa. I realizowano te cele w zaiste
imponujący sposób. Moją nową szkołą stało się lublinieckie liceum
imienia Adama Mickiewicza. Spotkałem tam cudownych ludzi, ale byłem już
znacznie bardziej tego świadomy. W liceum uczyli profesorowie starej
daty, wszyscy niemal lwowiacy, przesiedleni na te ziemie po wojnie. Ci
ludzie nadawali iście przedwojenny ton stosunkom w szkole, stwarzali
niepowtarzalną atmosferę, a to dzięki pielęgnowaniu zasad elegancji na
co dzień, przestrzeganiu w każdej sytuacji dobrych manier, pilnowaniu
umiaru we wszystkim. Byli wierni zasadom naturalnej hierarchii, która z kolei nam, uczniom, dawała poczucie normalności, celowości i trwałości
świata, wzbudzając tym samym szacunek. W tej mądrze prowadzonej szkole
było jak dawniej, jak w czasach Dwudziestolecia.
6 - Z Mamą i Tatą - byliśmy tacy szczęśliwi
Zapamiętałem postaci nauczycieli. Profesora Mieczysława Węglowskiego,
który uczył chemii, profesora Józefa Kacalskiego - fizyka, lotnika RAF-u podczas wojny, dżentelmena i autorytetu dla wszystkich. I pana Ludwika
Markowiaka, dyrektora liceum, który w 2021 roku obchodził stulecie
urodzin. Niestety parę miesięcy później zmarł. Wspaniały nauczyciel
życia!
Pobyt w Lublińcu był dość krótki, gdyż trwał zaledwie pięć lat. I znowu
nastąpiła przeprowadzka. Dla nastolatka, a tym bardziej dziecka, było to
trudne emocjonalnie doświadczenie. Wszystko ulegało zmianie, to, co
stare i kochane odchodziło, a przychodziło nowe i nieznane. Mój los pod
tym akurat względem był nieprosty. Wchodziłem co jakiś czas w nowy
świat, rządzący się swoimi zwyczajami i zasadami, czymś odrębnym, co
jest wyłącznie miejscowe. Musiałem poznać inne niż moje wartości i poglądy, zaakceptować odmienne, lokalne tradycje, poznać nieznane mi
wcześniej odniesienia i konteksty. Najważniejszą osobą z tamtych lat
"burzy i naporu" była i jest dla mnie Blanka. Blanka Bulik. Kiedy myślę
o tamtych latach, a myślę często, zawsze widzę Blankę, wchodzącą do
naszej klasy. Wszyscy milkną i czekają na jej uśmiech. Najbardziej ja.
Zresztą to się nie zmieniło. Ciągle na niego czekam. Byłem na obchodach
stulecia mojej ukochanej szkoły i przeżyłem wiele wzruszeń. Najczęściej
padało słowo "pamiętasz?". Pamiętam, bo były to najpiękniejsze lata
mojego życia. Bez Blanki byłbym innym człowiekiem.
Pierwsza przyjaźń
Pan Ludwik Markowiak martwił się, że jestem nieco zagubiony, dosłownie i w przenośni, w olbrzymim gmachu szkolnym, pośród wielkiego zbiorowiska
młodzieży, jeszcze trudniejszego do poznania niż sama szkoła. Dyrektor
Markowiak miał bratanka, Jacka, który mieszkał w Tarnowskich Górach i tam chodził do pierwszej klasy liceum. Byliśmy zatem rówieśnikami. Mimo
pewnej odległości, bo do Tarnowskich Gór z Lublińca było czterdzieści
kilometrów, pan dyrektor, niezrażony żadnymi przeciwnościami, postarał
się, abyśmy się poznali.
Któregoś wrześniowego dnia Jacek przyjechał do Lublińca. Od czasu
pierwszego spotkania aż do dziś jesteśmy serdecznymi i naprawdę wielkimi
przyjaciółmi. To za mało powiedziane: żyjemy jak brat z bratem! Jacek
skończył filozofię na uniwersytecie w Katowicach, został działaczem
"Solidarności", był kimś. Ówczesne władze zmusiły go z tego powodu do
emigracji... Wyjechał z żoną Dorotą i dwójką dzieci do Niemiec. Wraz z rodziną otrzymał do wyboru region, gdzie mogliby się osiedlić. W tym
celu wezwał ich do siebie urzędnik; było to w obozie przejściowym dla
uchodźców w roku 1982. Wylosowali Frankonię, okolice Norymbergi, i znaleźli się w malowniczym Schwabach, mieście złotników, znanym od
czasów średniowiecza. Jacek znalazł tam pracę i żyje do tej pory w owym
pięknym mieście, ale często i chętnie przyjeżdża do Polski. Dzięki niemu
i naszej przyjaźni poznałem całe Niemcy, wzdłuż i wszerz. Jacek zaprasza
mnie bowiem od lat na fantastyczne krajoznawcze wycieczki, starannie
wszystko przygotowuje, wyrysowując w najdrobniejszych szczegółach trasę
naszej wspólnej marszruty. Jacek to osobowość, wiedza i wrażliwość, mój
nieoceniony wielki i niezawodny przyjaciel.
Do klasy "w Mickiewiczu" uczęszczały dzieci kilku profesorów. Syn
profesora fizyki, Juliusz Kacalski, był najlepszym uczniem w szkole,
wygrywał wszystkie olimpiady i poszedł później na studia medyczne. Syn
chemika, Andrzej Węglowski, ukończył Akademię Górniczo-Hutniczą i pracował potem w górnictwie. Andrzej Możdżeń przywoził zagraniczne płyty
gramofonowe w intrygujących okładkach. Dzięki niemu usłyszałem zachodnie
zespoły muzyczne, te popularne i nawet te rockowe, jak The Beatles czy
Rolling Stones. Słyszałem wówczas po raz pierwszy ich piosenki i do tej
pory zawsze mnie one poruszają. Z dzieci pedagogów wyróżniało się też
kilka dziewczyn, młodych, inteligentnych i pięknych, które w przyszłości
porobiły kariery. Wszystkiemu kierunek nadawała mądra kadra pedagogów i to, co nam wpoili nauczyciele, dało zasadniczy fundament naszego życia.
Dusza samotnicza
W czasach licealnych słuchałem radia dużo i często. Miałem własne
wyobrażenia o świecie i ludziach. O wartości tego, co istotne w powodzi
otaczających nas spraw, mnogości celów, dążeń, zainteresowań,
priorytetów. Zacząłem wartościować wszystko i na każdym kroku stawiać
sobie pytanie o znaczenie tego, co w życiu się czyni, co winno być jego
treścią - w sensie kwestii nadrzędnych. Odkryłem szybko, że czas jest
bezlitosny i nie należy go marnować. Bezwzględnie trzeba zaznaczyć swój
ślad czymś istotnym, co choć na chwilę da poczucie spełnienia i osiągnięcia wyznaczonego celu. Moim celem stała się praca dla kultury,
tworzenie, a nie konsumowanie, dawanie z siebie, nie zaś branie.
Chciałem znaleźć się po tej stronie barykady, gdzie coś powstaje, niech
nawet w bólach, a nie po tej, gdzie się tylko korzysta. Poczucie
wyobcowania i samotności zrodziło się we mnie dlatego bardzo wcześnie.
Było mi trudno wchodzić w świat rówieśników, w związki. Unikałem
sytuacji, które uważałem za trwonienie czasu. Wspominam siebie z tamtych
lat jako typowego samotnika. W dodatku, a właściwie to przede wszystkim,
inni wokół nie interesowali się tym, czym ja, zatem nie było mi lekko,
mając na uwadze sprawy dla mnie najważniejsze. Poczucie wyobcowania ze
względu na zainteresowania, ale też w sensie ogólnym, było stałym
towarzyszem mego odczuwania i myślenia. Nie potrafiłem też odnaleźć się,
czy choćby nawet tylko na trochę przystać do żadnej grupy, budować
jakieś wspólne struktury z innymi. Marzyłem za to, by żyć w świecie
ludzi kultury, ludzi, którzy nie walczą tak prozaicznie i dosłownie o przetrwanie, ale zajmują się czymś wyższym, ważniejszym, no i pięknym.
Dlatego nie byłem specjalnie rozumiany i rozpieszczany przez otoczenie.
Raczej traktowano mnie jako co najmniej młodego dziwaka, marzącego o zagadnieniach oderwanych od życia i bezsensownych.
Dla nabrania sił i odetchnięcia atmosferą poruszających mnie spraw
jeździłem do Katowic do teatru. Teatr Śląski pozostał dlatego do dziś
moim ukochanym teatrem, zarówno sam gmach, jak i aura miejsca, i te
cenne wspomnienia, które składają się na mój stosunek do katowickiej
sceny. Do dziś czuję się tam jak we własnym domu. I od lat ci ludzie
sztuki, dawniejsi i nowi, ale zawsze ciekawi i zaangażowani, bardzo mnie
interesują. Również repertuar, miejscowy, nieco specyficzny, odrębny,
ludzie zza kulis, wryte w pamięć kreacje artystów tej sceny, których
najpierw tylko podziwiałem z widowni, później zacząłem poznawać bliżej,
a wreszcie współpracować z nimi.
Zacząłem pisać wiersze. I to pisać dużo. Oczywiście, że poezja była
jedyną oazą, w której naprawdę oddychałem. Napisałem wiersz o tym, że
potrzeba wspominania jest tak samo istotna, jak potrzeba zaspokojenia
głodu i pragnienia.
Jacek Markowiak też dużo pisał, był jedyną moją pokrewną duszą. Ale
kontakt w tamtych czasach na prowincji był trudny, do dyspozycji
mieliśmy tylko pisanie listów, brakowało nawet telefonu. Wymienialiśmy
się w korespondencji opisami tego, co robimy, o czym piszemy,
rozmyślamy; byliśmy dla siebie nawzajem wspierającym się i uzupełniającym duetem młodych twórców. Młodzieńcze fascynacje poezją,
pięknem słowa, dawnymi wierszami klasyków, dramatem, teatrem,
literaturą, miały w sobie z pewnością wiele z afektacji. Lecz nie
wspominam tych chwil z lekceważeniem. Są to, w jakimś najistotniejszym
sensie, podwaliny tego, co robię do dziś, czym się zajmuję.
Wczesna młodość ma zasadnicze znaczenie dla każdego człowieka, zarówno
od strony dobrej, jak i złej. To, co wtedy się wydarzy, rzutuje na całe
nasze życie, a przynajmniej na znaczną jego część, i nie ma od tego
odwrotu. Nawet jeśli życie potoczy się inaczej, niż byśmy chcieli
wówczas, w tym magicznym czasie, kiedy skrzydła są jeszcze zwinięte, to
wewnątrz zachowujemy takiego siebie, jakim ukształtowała nas młodość.
W liceum napisałem scenariusz pierwszego mego spektaklu teatralnego i wyreżyserowałem go. Koledzy i koleżanki zagrali w nim wszystkie role,
starając się ze wszystkich sił o sukces. Był to sztampowy przykład
typowej kolei rzeczy, bo przecież tak przeważnie zaczynają się kariery
większości ludzi teatru. Od wystawienia czegoś z pomocą kolegów
szkolnych, którzy wszystko zniosą, wiedzeni ciekawością, niezachwianą
wiarą w swe aktorsko-deklamatorskie umiejętności, nutką próżności i żądzą szkolnej popularności. Tudzież pragnieniem zaimponowania
dziewczynie czy bliskim i rodzinie, wszakże w sposób bardziej ambitny...
Zazwyczaj debiutuje się w szkole, aby jak najszybciej zobaczyć w praktyce, czy umie się coś zrobić, a przy tym nie ponieść żadnych
konsekwencji. Objawić swe inklinacje do pracy nad tekstem literackim. I,
rzecz jasna, do dyrygowania innymi, nie znosząc przy tym najmniejszego
sprzeciwu. Było to jakieś bardzo znane dzieło dramaturgiczne,
skomplikowane, nowoczesne i trudne. Nic wspólnie nie rozumieliśmy z niego, albo tylko nam się tak wydawało. Jednak powstało przedstawienie,
które dało się oglądać. I oczywiście zobaczyli je wszyscy. Pamiętam
wyraziście, że kulminacyjnym momentem naszej sztuki była scena z rozbijaniem głowy rzeźbie... Nie ukrywam, że ten element inscenizacji
podobał się bardzo. Spektakl był montażem zbioru wierszy, bo wtedy
poezja w szkole odgrywała ogromną rolę, miała bardzo poważne znaczenie i była rzeczywiście ceniona. Rola jej była znacząca, a przy tym doceniana
przez obie strony - pedagogów i uczniów - w kształtowaniu wrażliwości
ludzi młodych. Nastolatków czasów mojej młodości - przełomu lat
sześćdziesiątych i siedemdziesiątych...
Miesięcznik literacki "Poezja" docierał do mego Lublińca z opóźnieniem,
bo nie była to przecież metropolia. Niemniej pojawiały się zazwyczaj
trzy czy cztery egzemplarze pisma i natychmiast znikały. Każdy numer był
czytany przeze mnie literalnie od deski do deski. Ale nigdy nie wysłałem
tam swoich wierszy celem publikacji. Tak bardzo przemożny ogarniał mnie
wstyd, który działał wręcz odstręczająco. Chyba tylko Jacek wiedział o tym, że piszę poezję. I o tym, co się dzieje w moim wnętrzu. Wiersze
moje z lat wczesnej, chmurnej młodości, nosiłem potem w specjalnej,
pięknej przedwojennej walizeczce, którą dała mi babcia. Okazało się, że
nosiłem durnie... Ukradziono mi ją pewnego razu, grudniową nocą, w przedziale, kiedy zasnąłem, znużony ciemnościami i monotonią stukotu
pociągu...
Matura była wtedy, jak to się mówi: "w moich czasach", bardzo trudna do
zdania. Obowiązywał wszak egzamin pisemny, i to nie lada trudny, a potem
także i ustny, z każdego zdawanego przedmiotu. Zatem jeśli ktoś zdał
pisemny, posiłkując się ściąganiem, to na egzaminie ustnym nie miał już
żadnych szans i musiał oblać. Wychodziło wtedy szydło z worka, i to
niemal w stu procentach przypadków.
Na maturze z polskiego pisałem o dramacie romantycznym, ale w świetle
doświadczeń współczesności, a zatem pojawili się Kordian, Balladyna,
Konrad Wallenrod - bo oni wszyscy to byli moi przyjaciele! Ocenę z języka ojczystego uzyskałem najwyższą, także z przedmiotów ścisłych
również dawałem sobie radę zupełnie dobrze - startowałem w szkole w olimpiadach matematycznych i też zachodziłem wysoko, zdobywając dość
dobre miejsca. Wówczas obowiązywały wymogi jeszcze z dawnego świata,
takiego, jakiego dziś już nie ma. Mianowicie, człowiek marzący o czymś
naprawdę istotnym w swym życiu musiał być wszechstronnie wykształcony,
nie powierzchownie i wyrywkowo. Mieć ogólną wiedzę nie tylko
humanistyczną, ale i ścisłą. Nie stosowano żadnej taryfy ulgowej, ani
nawet nie myślano takimi kategoriami. Dawny świat, dawni nauczyciele,
dawne wymogi, zasady, podejście i standardy! Nie można było sobie
"darować" matematyki, chemii lub fizyki, a poza tym ja i moi wszyscy
koledzy bez wyjątku, kiedy czegoś nie wiedzieliśmy lub nie rozumieliśmy,
to staraliśmy się to zgłębić obligatoryjnie, z całkowitym przekonaniem o sensie tego i konieczności zdobycia tej wiedzy. Także by nie zawieść
zaufania wychowawców i profesorów oraz zaspokoić swą organiczną,
nienarzuconą potrzebę zdobycia interdyscyplinarnego wykształcenia.
Nauczycieli traktowało się jak rodziców w sensie duchowym i liczyło z ich zdaniem, jak ze zdaniem matki czy ojca. Profesorowie natomiast tak
bardzo mnie, i oczywiście wszystkim pozostałym, ufali, że poczucie
wspólnoty, znaczenie wspólnej pracy, identyfikacja jej celu i funkcji
jako dawanego nam bezcennego dobra, wzbudzała najwyższy szacunek, pełne
zrozumienie, przywiązanie i wdzięczność.
* * *
Mój Ojciec był nauczycielem i pomagał mi w moich zmaganiach z wiedzą
oraz własną słabością czy zniechęceniem. Zawsze bardzo we mnie wierzył.
Uczył matematyki w szkołach oficerskich, matematyki specyficznie
trudnej, a zatem nie mogłem czegoś nie wiedzieć, nie rozumieć czy nie
pojmować w zakresie o wiele przystępniejszej matematyki szkolnej. Z innych przedmiotów ścisłych podobnie, bo z dwóch stron jednocześnie
wywierany był na mnie mocny nacisk - w szkole i w domu. Moje życie
upływało tylko w tych dwóch światach, dwóch rzeczywistościach. Ojciec
nauczał matematyki na bardzo wysokim poziomie, wybitnie
specjalistycznym, przygotowałem się dlatego do matury pod jego okiem
bardzo starannie i nie bałem się, że coś może mnie zaskoczyć, a wysokość
oceny mnie nie interesowała. Po maturze Rodzice dali mi absolutną
wolność wyboru drogi, decyzji, co będę dalej robił, czym się zajmę,
jakie podejmę studia. Pierwszy ból życiowy to było wyprowadzenie się z domu rodzinnego i wyjazd na studia, zamieszkanie w domu akademickim,
pośród ludzi nowych i nieznanych. Wyjechałem do Katowic, zakwaterowano
mnie na Ligocie, w akademiku. Zaczęły się długie gorące intelektualne
spory z rówieśnikami, myślącymi tak jak ja, z koleżankami i kolegami,
prawdziwą młodą inteligencją, która potrafiła zaimponować tym wszystkim,
co było w niej najlepsze. Pojawiła się wtedy moja pierwsza miłość; miała
na imię Róża.
Pięknie się nam wszystkim, studentom, żyło w tym czasie, bo pochłaniała
nas miłość i nauka. Miłości młodzieńcze trwają w nas zawsze. Aż do
śmierci je wspominamy i żyją w nas nieustannie, czasem tylko usuwają się
na dalszy plan, lecz zawsze z nami pozostają. Wszystko zatem układało
się naturalnie i normalnie, uczyłem się, studiowałem i kochałem. Ale
zacząłem też coraz intensywniej interesować się sztuką, która wydała mi
się najbliższa mojej osobowości. Najmocniej przemawiająca do mego
wnętrza, do mego instynktu, podpowiadającego, co jest w moim istnieniu
samym sednem, sensem, do czego mam dążyć, aby żyć naprawdę. "Nauka i sztuka to są dwa skrzydła tego samego anioła, bez jednych i drugich
świat nie może istnieć, bo runąłby w przepaść" - często słyszałem tę
maksymę w domu. A zatem odkryłem mój lapis philosophorum, kamień
filozoficzny, na którym postanowiłem oprzeć mą przyszłość. Oczywiście
przyszłość mającą głębszy sens, a zarazem zapewniającą utrzymanie. Taką,
która będzie zarazem misją i otworzy przede mną pole do twórczej
działalności. Żaden inny scenariusz na życie nie był możliwy.
Pierwsze spotkanie z teatrem radiowym przypominam sobie doskonale. Było
to na samym początku studiów. Ogromne wrażenie wywierał na mnie aktor
radiowy, pojawiający się w tamtych latach bardzo często w słuchowiskach
Teatru Polskiego Radia. Poznawałem wtedy nazwiska reżyserów radiowych,
bo to było dla mnie najciekawsze, ale zaczynałem też poznawać aktorów.
Była to jedna z form obcowania ze sztuką i literaturą, nie myślałem
wcale, a przynajmniej nie w pełni świadomie, że będę się zajmował kiedyś
tym rodzajem twórczości zawodowo, na co dzień, profesjonalnie. Widziałem
siebie wtedy, i dalszą kolej mego losu, w roli raczej bardziej pisarza
niż reżysera radiowego, czy artysty teatru, już nie wspominając, że
wręcz teatru radiowego.
* * *
Pisałem pracę magisterską o Norwidzie. Żaden inny temat nie był przeze
mnie brany poważnie pod uwagę, bo byłaby to dezercja. Moim promotorem
był Ireneusz Opacki, wytrawny krytyk i teoretyk literatury, profesor
nadzwyczajny, dyrektor Instytutu Literatury i Kultury Polskiej
Uniwersytetu Śląskiego. Najsilniej pasjonowało mnie językoznawstwo oraz
teoria literatury. Ale o kontynuowaniu - już w zawodowym sensie, w samodzielnym życiu - drogi polonisty teoretyka i badacza literackiego
jednak nie myślałem. Ot, sprzeczność, ale jednak zgodna z moimi
odczuciami. Zapragnąłem natomiast pracować jako reżyser, a polonistyka
miała być tylko środkiem do osiągnięcia wytyczonego celu. Pojawiły się
myśli, że wszystko może ułożyć się w logiczną całość. Z początku bałem
się, że mogę nie podołać temu wyzwaniu. Marzyłem, by stać się
człowiekiem radia, ale czułem instynktownie, że reżyserowanie sztuk
radiowych, bardzo skomplikowanych i złożonych znaczeniowo, nie będzie
łatwym zadaniem. Bałem się odpowiedzialności i to mnie trochę
paraliżowało. Pojawiły się mgliste koncepcje co do dalszych studiów.
Może filmówka w Łodzi albo akademia teatralna w Warszawie lub Krakowie?
Niewiara przysłaniała przyszłość sporym ciężarem. I nagle dowiaduję się,
że na moim ukochanym uniwersytecie będzie powołany wydział reżyserii.
Był to dobry znak! Decyzja zapadła natychmiast, bo los sam podesłał
rozwiązanie dylematu.
Poezja, poezja...
Zaczęła się moja miłość do poezji, miłość ponad wszystkie inne.
Na pierwszym miejscu znalazł się Cyprian Kamil Norwid. Czytałem o nim
wszystko, przede wszystkim o jego twórczości, co wydano w Polsce, od XIX
wieku poczynając, uczyłem się na pamięć jego wierszy. Mogę je do dziś
recytować na każde zawołanie. Potem zapragnąłem poznać jego życie.
Wszystko zbiegło się z emisją teleturnieju o Norwidzie w Telewizji
Polskiej. Było to pięćdziesiąt lat temu. Turniejów telewizyjnych nie
emitowano zbyt wiele, a najbardziej popularna i szalenie lubiana była
"Wielka Gra". Oznajmiłem Mamie, że chcę jechać do Warszawy i wziąć
udział w tym teleturnieju, udać się na eliminacje. I tak się stało. Była
to moja pierwsza wizyta w stolicy. Jak dotąd nigdy nie złożyło się, abym
widział to miasto. Miałem wówczas niespełna siedemnaście lat. Zapadła
decyzja o wspólnym wyjeździe, przy asyście Mamy, pociągiem do Warszawy.
Dotarliśmy po kilku godzinach jazdy koleją na dworzec Warszawa Główna. A potem dalej - na ulicę Woronicza - taksówką. Wydawało mi się, że jest to
bardzo daleko od Śródmieścia, na odległym Mokotowie. Zajechaliśmy
punktualnie i bez problemów na miejsce. Było pusto i cicho. A w tej
pustej przestrzeni łąk i pól, gdzieniegdzie tylko okraszonych
nielicznymi przedwojennymi willami, które przetrwały zacięte walki z czasów powstania warszawskiego, wznosił się nowoczesny, obszerny
kompleks gmachów telewizji. Samochodów nie było żadnych, tylko ulicą
Woronicza sunęły, z lekkim zgrzytaniem, czerwono-żółte tramwaje.
Eliminacje do teleturnieju miały formę testu. Na rozwiązanie
przeznaczono godzinę. Podałem wyniki bardzo szybko, co mnie potem nieco
stremowało, niemniej byłem pewien poprawności odpowiedzi. Po skończonym
teście wszystkim podziękowano i zapowiedziano orientacyjny termin
upublicznienia przez komisję egzaminacyjną wyników naszych wysiłków.
Uprzejmość i takt były wzorowe. Potem powróciliśmy do Lublińca.
Po jakimś czasie, jak obiecano, przyszedł list z Warszawy. List z telewizji! Mama nie otwierała koperty, ale czekała, aż przyjdę ze
szkoły. Czuję do tej pory tę chropowatą kopertę w ręce... W jednej
chwili rozdarłem ją łapczywie, bez zbędnych ceregieli, i wydobyłem list.
Napisany był na maszynie na firmowym blankiecie, z pieczątką i podpisami
członków komisji. Odpowiedź była pozytywna!
Minęło kilka dni, pełnych emocji, przygotowań, czytania uzupełniających
lektur, wyczekiwania, nerwów. Nadszedł w końcu czas drugiej wyprawy do
Warszawy. Mama bardzo zadbała o mój wygląd, o elegancki strój, fryzurę,
o każdy szczegół i detal, aby wszystko naprawdę prezentowało się
nienagannie. Tym razem pojechałem sam. Umówiłem się z Mamą, że jeśli
będę znał odpowiedź, to uczynię pewien określony, niezrozumiały dla
nikogo, poza Rodzicami, gest. Po to, by się nie denerwowali, aby
wiedzieli od razu, że znam poprawną odpowiedź. W moim domu zebrało się
mnóstwo przyjaciół, przyszli wszyscy koledzy szkolni i koleżanki, nawet
nauczyciele, krewni, sąsiedzi i przeróżni znajomi. Doszedłem dość szybko
do ostatniego pytania, które przekazała mi prowadząca program pani:
"Proszę podać nazwisko autora eseju pod tytułem Wiek Norwida
opublikowanego w ostatnim numerze miesięcznika "Poezja"".
Nazwiska tego, niestety, nie mogłem skojarzyć, nie mogłem nawet próbować
go odgadnąć... Czas mijał szybko i bezlitośnie, niemiłosierny dla moich
wahań. Powiedziałem wreszcie: "Przepraszam, ale do mojego miasta
"Poezja" dociera z miesięcznym opóźnieniem, przeczytam ją najwcześniej
za trzy tygodnie...". Byłem przekonany, że na ostatnie pytanie nie
odpowiem. Odpowiedź istniała poza moimi możliwościami, poza wiedzą i umiejętnością koncentracji - przy tak panicznym zdenerwowaniu. Wszystko
jest jednak zanotowane w naszej głowie, każda myśl i każdy obraz.
Dźwięk, zapach, smak, każdy pył doczesności, na którym oparliśmy choć w ułamku sekundy nasz wzrok... Lecz musi nadejść sytuacja krytyczna, by ta
wiedza, zakodowana gdzieś w zwojach pamięci, umiała się ujawnić. Często
staje się tak w ostatnim momencie, tuż przed katastrofą. Odtworzyłem
wtedy w pamięci ostatnią stronę okładki nieszczęsnej "Poezji",
inkryminowanego poetyckiego miesięcznika, z zapowiedzią treści
następnego numeru. Z mroków wyłoniło się, jak neon rozpalający się w ciemnościach gęstniejącego zmierzchu, nazwisko autora eseju. Padła
odpowiedź i w tym samym ułamku sekundy odezwał się gong, oznajmiający
upływ przeznaczonego mi czasu. Pani z uśmiechem potwierdziła
prawidłowość podanego nazwiska. Zatem odniosłem triumf, w którym pomogła
mi podświadomość. Wszystko stało się niemal automatycznie. Tym autorem
był Marian Piechal. Kiedy wróciłem do Lublińca - oniemiałem: na dworcu
czekało mnóstwo osób z mojej szkoły, a była to głęboka noc, bo o tej
porze właśnie przystawał w moim mieście pośpieszny pociąg z Warszawy. Od
tej pory w moim liceum nie musiałem już niczego udowadniać. Norwid
pozostał przez całe życie mym największym literackim idolem. To, co
pozostawił, stanowi najciekawszą polską poezję. Obudzony w środku nocy
potrafię na zawołanie wyrecytować na wyrywki chyba wszystko, co Norwid
napisał i stworzył, jego wiersze, sentencje, myśli i cytaty...
Adam Mickiewicz
Potem przyszła miłość do Mickiewicza, później jeszcze do Słowackiego,
Baczyńskiego... Z każdym dniem, miesiącem i rokiem tych miłości
poetyckich i uwielbień przybywało. Ale jedno nazwisko błyszczy
najjaśniejszym blaskiem. Jest jak słońce, a pozostałe są jego księżycami
i satelitami - to Adam Mickiewicz. Poeta wszech czasów, magnat
polszczyzny. Martwię się, że ci wielcy znikają ze świadomości społecznej
dzisiejszych pokoleń. Są marginalizowani, nie dają już tej siły, tej
radości, oszołomienia i upojenia poezją, która zawsze, przez kilka
stuleci, tak bardzo była budująca, pokrzepiająca, dająca nadzieję. Smuci
mnie, że poezja nie pomaga dzisiejszemu człowiekowi nadać jego życiu
sens i cel, podnieść go ku kwestiom wyższym, nadrzędnym, ku pięknu.
Powinna być kultywowana i stawiana na ołtarzu przed wszystkim innym,
ale, niestety, nie jest. Taki stan trwa od wielu już lat, przynosząc
coraz gorsze owoce... Poezja jest tak ważna...
Idąc śladami ukochanego Pana Adama, udałem się, pełen autentycznego
przejęcia i lekkiego niedowierzania, w bajkową, przecudną, pełną
imaginacji podróż do Zaosia, tam, pod Nowogródek, gdzie Mickiewicz
przyszedł na świat. Zabrałem na tę wyprawę mojego małego wówczas syna,
co wspominam z roztkliwieniem, jako jeden z piękniejszych momentów
życia.
Syn mój zapytał, jak na swój wiek niezwykle rezolutnie: "Tato, a dlaczego Mickiewicz napisał "Litwo, ojczyzno moja", był Polakiem, a my
jesteśmy na Białorusi?". Dziecko nie mogło pojąć zawiłości
historycznych, terytorialnych i mentalnych, ale trafnie uchwyciło ich
sens, ten najprostszy, a zarazem najgłębszy. Fakt, że trzy narody tak
bardzo kochają Mickiewicza, jest niezwykły. Wilno dzisiejsze,
współczesne czci każde miejsce związane z Mickiewiczem. Wszędzie w mieście widać obecność poety. Mnie ten fakt osładza gorycz wynikającą z faktu, że twórczość Mickiewicza idzie w Polsce z roku na rok w zapomnienie. To, co mogę zrobić, aby temu przeciwdziałać, to planować
repertuar Teatru Polskiego Radia tak, aby Mickiewicz był zawsze obecny.
Moje studia reżyserskie
Skończyłem polonistykę na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Studia w zasadzie poświęciłem Norwidowi. W przerwach między wykładami opowiadałem
kolegom bez końca o C. K. N. Potem sami prosili mnie o to, zatem nie
szczędziłem im opowieści o życiu tej wybitnej postaci polskiej
literatury, prawdziwego mistrza słów, metafor i znaczeń.
Polonistyka nie była końcem mej edukacji na szczeblu wyższym. Ukończyłem
po niej studia na Wydziale Radia i Telewizji w Katowicach. Moją
specjalizacją stała się reżyseria radiowa. Rozpoczynając nowe studia,
zamieszkałem w Mysłowicach, bardzo pięknym mieście, pełnym ciekawych
zabytków, leżącym na granicy dawnych zaborów, o historii odczuwanej na
każdym kroku.
Studia reżyserskie były moim pierwszym spotkaniem ze znakomitymi ludźmi
teatru, prawdziwymi osobowościami, przewijającymi się nieustannie na
Wydziale Radia i Telewizji. Stworzył ten słynny w całym kraju i jakże
pożyteczny wydział Eugeniusz Łabus, dziennikarz Polskiego Radia
Katowice, zmarły w 2009 roku. Prawdziwie znamienita postać kultury
Śląska, romanista, zapalony miłośnik, znawca i koneser kultury
francuskiej i francuszczyzny. Poliglota, który zaszczepił nam wszystkim
to uwielbienie, tak charakterystyczne dla wyrafinowanej elity Polski
przedwojennej. Erudyta, wspaniały rozmówca, czołowy dziennikarz radiowy
tamtych lat, człowiek niespożytej energii i pasji, przy tym mądry,
refleksyjny, ale nade wszystko - prawdziwy myśliciel. Był organizatorem
doskonałym. Wymyślił trudny przecież do stworzenia nowy wydział
uniwersytecki. Zaprosił do realizacji tej idei kompetentnych ludzi,
skupił fantastyczne grono przedstawicieli kultury. Uczyli na jego
wydziale najwięksi wówczas twórcy radiowi - Juliusz Owidzki, Zbigniew
Kopalko, Andrzej Zakrzewski, Andrzej Pruski, Zdzisław Dąbrowski, Henryk
Rozen i wielu innych.
* * *
Juliusz Owidzki odcisnął poważne piętno na każdym z nas, pracujących do
dziś w teatrze radiowym. Największe jednak wrażenie wywierał na
wszystkich pan Zbigniew Kopalko, znakomity reżyser, autentyczny filar
teatru radiowego od czasów tużpowojennych, postać posągowa i tytaniczna.
Pan Kopalko uczył nas przede wszystkim zawodowej odwagi. Starał się
pokazać studentom reżyserii tylko to, co najlepsze w tym zawodzie, jego
artyzm, blaski i triumfy, słowem wszystko, co stanowi polor naszego
powołania.
Wykładowców było tak wielu... Ja znalazłem się pod przemożnym wpływem
najbardziej znanego wykładowcy z Krakowa - Józefa Opalskiego, zwanego
powszechnie Żukiem. Redaktor Eugeniusz Łabus starał się nieustannie,
abyśmy mieli kontakt z nieomal wszystkimi wielkimi profesorami
krakowskimi, zajmującymi się sztuką teatru. Zatem jeździliśmy coraz
częściej do Krakowa na znakomite zajęcia i wykłady. Prowadziła je z nami
pani profesor Danuta Michałowska, legenda krakowskiej szkoły teatralnej
i teatru imienia Ludwika Solskiego. Artystka Teatru Rapsodycznego
podczas okupacji, bliska przyjaciółka Karola Wojtyły (zmarła w 2015
roku).
Później pojawił się Henryk Rozen, młody, ale jakże dojrzały twórca
radiowy i wykładowca zarazem. Jego oddziaływanie na koleje mojego
radiowego życia jest ogromne. Był i pozostaje zaskakująco zdolnym,
kompetentnym, wybitnym człowiekiem radia. Został zastępcą Juliusza
Owidzkiego, a po jego przejściu na emeryturę to Henryka właśnie
mianowano dyrektorem Teatru Polskiego Radia. A ja z kolei zostałem jego
zastępcą. Przez bardzo długie lata pracowaliśmy wspólnie, reżyserując
idące w setki słuchowiska, kierując rozwojem teatru radiowego, jego
artystyczną i estetyczną przebudową. Henryk Rozen to człowiek niezwykły,
skupiony na pracy w teatrze, złączony z nim nieomal w jedno.
Nieprzeciętny talent literacki i inscenizatorski. Wizjoner. Dżentelmen o niepośledniej kulturze i wiedzy, obeznany z dramaturgią światową jak
mało kto. Talent jego jest zjawiskowy i takaż osobowość. Stanowi esencję
współczesnego radia i radiowej sztuki. Z pewnością po śmierci Zbigniewa
Kopalki (w 1996 roku) stał się największym filarem naszej instytucji.
Byłem w sensie emocjonalnym bardzo blisko ze wszystkimi profesorami.
Mile wspominam Andrzeja Zakrzewskiego, który darzył mnie sympatią i zaufaniem. To legenda polskiej telewizji i radia. Długo razem
pracowaliśmy. Była to osobowość wręcz niesamowita, wzór kompetencji i znawca tematu (zmarł w 2021 roku). Kolejny mój bohater to Zdzisław
Dąbrowski, który kładł nacisk na wierność pierwowzorom literackim.
Stanowił przeciwieństwo Kopalki - ten z kolei uważał, że jeżeli
realizacja była zbyt bliska oryginału, to realizację takową i cały
wysiłek twórczy i wykonawczy po prosto zmarnowano...
Należałem do pierwszego rocznika, który skończył reżyserię radiową w Katowicach. Było nas razem zaledwie kilku: Jan Warenycia, Wojciech
Markiewicz, Wacław Stawny i ja. Zastaliśmy scenę radiową jako formę
bardzo teatralną, egzystującą na wzorach teatru widzialnego. Teatr
radiowy nie różni się niczym od tego, co tworzy się na scenie w teatrze
normalnym, publicznym. Zamykając oczy przed radioodbiornikiem, słuchając
spektakli radiowych, czuliśmy się jak w teatrze realnym, a nie w teatrze
wyobraźni. Postulowaliśmy, by szybko zmienić kanony, dowodząc, że teatr
radiowy musi być czymś zupełnie innym. Swymi środkami wyrazu powinien
działać nie tylko na zmysły, ale także na wyobraźnię słuchaczy. To było
pierwsze przykazanie nowego, naszego, odmienionego radiowego teatru,
wydzielonego z całej teatralnej rzeczywistości i przeniesionego w inny
świat, świat prawideł wyłącznie radiowych.
Każde pokolenie musi się buntować, byliśmy zatem wzorcowymi
buntownikami. Wpuściliśmy do studia radiowego teatr życia, prawdziwe
odgłosy miasta, przyrody, świata. Całą dawną sztuczność zastąpiliśmy
słuchowym realizmem. Wnieśliśmy do słuchowisk słyszalne realia życia,
podane z całą prawdą od strony ściśle dźwiękowej, poprzez rozbudowywane
stale archiwum efektów. Była to rewolucja w rozwoju sztuki radiowej i w rozwoju myślenia o tej formie kreacji artystycznej, opartej wyłącznie na
dźwięku. Aktorzy przestali recytować swe teksty, deklamować je, pozować,
ustawiać sztucznie głos, a zaczęli mówić tak, jak mówi się w codziennym
życiu. Rezygnowano, powoli acz systematycznie, z przesadnej
staroświeckiej afektacji, z przeżytków napuszonej koturnowości,
wszystkiego, co przebrzmiałe i skostniałe. Zatriumfował pełny naturalizm
wsparty nowoczesnym tłem dźwiękowym i awangardowym akompaniamentem
muzycznym. Najbardziej w dokonywaniu tej przemiany wspierał nas Henryk
Rozen. Był pomostem między światem sztuczności i zasad oddziaływania
starego teatru, wyłącznie wizualnego, przeniesionego in extenso do
radia, a światem proponowanym przez nas, młodych.
Wygrał, i to na całej linii, teatr oparty na naszych nowatorskich
koncepcjach. Na zasadzie buntu pokoleniowego zbliżyliśmy słuchowiska,
ich warstwę dźwiękową, ilustracyjną, fabularną i dialogową, do
prawdziwego życia. Zwyciężył inny sposób mówienia, wszystko ujęte
realistycznie pod każdym względem - treści, ekspresji oraz nastroju,
jaki wytwarzają naturalistyczne efekty, wierne odtworzenie realistycznej
przestrzeni w jej wielu odmianach. Dały nam to liczne zabiegi
akustyczne, zbliżające kreację studyjną w sposób maksymalistyczny do
realizmu i rzeczywistości. Aktora i mikrofon zastąpiliśmy innym
zestawem: aktor plus mikrofon plus świat. Dziś sam uczę studentów i namawiam tych młodych, przyszłych artystów radia, do buntu przeciwko
temu, co moje pokolenie obmyśliło i wykreowało. Aby działali przeciw
wnioskom, jakie my wysnuliśmy kiedyś, przeciw naszej wizji sztuki
radiowej. By nowe pokolenie stworzyło swój własny model i utrwaliło go
na dekadę czy dwie albo dłużej. Istotne jest to, by słuchowisko lub
spektakl radiowy były bardzo dobre, a warsztat, środki wyrazu, ich
paleta, barwy, kolory, zastosowane dźwięki i metody, mogą być dowolne. I niech ten proces unowocześnienia postępuje coraz dalej.
Nowoczesne, dzisiejsze słuchowiska charakteryzuje bezczas i pozorna
redukcja wymiarów. Ale oczywiście mają one głęboki, wysoce przemyślany
sens artystyczny. Opierają się na zasadniczych treściach wiodących nas
do zupełnie innego świata - teatru wyobraźni, gdzie możliwe jest
praktycznie wszystko, a na pewno znacznie więcej, niż to było przyjęte w dawnych konwencjach. Dziś inny jest puls akcji, stosuje się
skondensowanie lub rozmycie treści, dawniej podstawowych, które teraz
stają się pobocznymi, kosztem wprowadzenia zupełnie nowych pojęć, wizji,
sensów... Wymaga to specyficznego odbioru, nastawionego na odmienny
przekaz, na skróty, przebitki, nawroty, pętle czasu. Jest to oczywiście
dla nas wszystkich prawdziwe novum, ale być może stanie się niebawem ta
koncepcja - odbiegająca od wszystkiego, co dawne - normą. Co zostanie na
pewno? - język, słowa, barwa słów, ich wydźwięk. Teatr wizualny, a przede wszystkim film, którego odbiór narzuca nowe pojęcia, zmienia
naszą wyobraźnię, wymagania i standardy wszelkiej konsumpcji i wizji
współczesnej sztuki, pod wpływem nowych technologii uległ ogromnej
przemianie. Myślę, że w jakimś sensie te przemiany nieuchronnie obejmą
także i teatr słów i dźwięku, który stanie się - bo musi - czymś
zupełnie innym niż ten, który znamy od zawsze. Słuchacz posiada obecnie
już inną wyobraźnię. Oczekuje i potrzebuje innej narracji. Pragnie, by
nie wszystko było powiedziane wprost, szuka kolażu, zabawy z czasem i przestrzenią, przetasowań często wbrew logice, wymieszania, zatarcia,
eksperymentu z dźwiękiem i głosem, innowacji, nowatorstwa.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki