Wprowadzenie
Poprowadził Włochy do odzyskania Pucharu Davisa po 47 latach przerwy w zwycięstwach, pokonując między innymi najlepszego zawodnika na świecie,
Serba Novaka Djokovicia. Wygrał swój pierwszy turniej wielkoszlemowy
podczas Australian Open, 48 lat po ostatnim sukcesie Włochów na tym
poziomie, gdy ponownie (w półfinale) pokonał ówczesnego najlepszego
tenisistę Djokovicia, dwudziestoczterokrotnego zdobywcę największej
liczby tytułów tego rodzaju w historii, który najdłużej ze wszystkich
graczy pozostawał na czele rankingu profesjonalnego tenisa. 10 czerwca
2024 roku wyprzedził Serba w rankingu ATP1 i stał się najlepszym
tenisistą na świecie. Jannik Sinner jest prawdziwym mistrzem.
Mistrzem, który zwyciężył w US Open i na Wimbledonie, aspiruje do
kolejnych trofeów i osiągnięć oraz może jeszcze dużo poprawić, a jednocześnie osiągnął już wszystko: pierwsze miejsce w rankingu, którego
wcześniej nie zdobył żaden włoski tenisista.
Sinner to młody sportowiec, który stał się wzorem nie tylko dzięki swoim
wynikom i postawie, lecz także ze względu na konsekwentną i linearną
ścieżkę rozwoju -?stały, stopniowy postęp, z naturalnymi
przyspieszeniami i równie naturalnymi okresami spowolnienia, dziesiątki
zwycięstw i porażek, poczynając od pierwszego oficjalnego meczu w kategorii poniżej 10 lat z kartą Federacji (dzisiaj FITP2),
kończąc na tym rozegranym 28 stycznia 2024 roku, w którym wygrał Puchar
Normana Brookesa w Melbourne. Prześledzenie tej drogi jest trochę jak
powrót do genezy arcydzieła sztuki, powieści, fresku czy rzeźby. Oznacza
próbę zidentyfikowania szczególnych cech, które ostatecznie zadecydowały
o sukcesie. W ten sposób możemy sobie uświadomić, że jeśli w naszym
kraju panuje określona kultura sportowa, szkoła tenisowa stosuje
wysokiej jakości metody szkoleniowe, a droga do doskonałości jest jasno
wytyczona, staje się ona dostępna dla każdego, kto zdecyduje się podjąć
wyzwanie.
Czy mistrzem się rodzi, czy staje? Dlaczego nigdy nie mieliśmy kogoś na
miarę Federera? Były to najczęstsze pytania zadawane w środowisku
włoskiego tenisa w latach 1981-2010, w niemal trzydziestoletnim okresie,
w którym mężczyźni wygrali łącznie 25 turniejów (żaden z nich nie
należał do serii Masters 1000) i trzykrotnie dotarli do ćwierćfinału
turniejów wielkoszlemowych: Cristiano Caratti w Australian Open w 1991
roku, Renzo Furlan w Paryżu w 1995 roku i Davide Sanguinetti na
Wimbledonie w 1998 roku. To 30 z 47 lat między zdobyciem pierwszego
Pucharu Davisa w 1976 roku a drugim sukcesem światowym osiągniętym
drużynowo w listopadzie 2023 roku w Maladze lub z 48 lat -?od zwycięstwa
Adriana Panatty w Rolandzie Garrosie do triumfu Jannika Sinnera w Australian Open w styczniu 2024 roku.
Odpowiedź na pierwsze pytanie jest prostsza, niż mogłoby się wydawać.
Ewolucja sportu zawodowego i porównanie różnych kultur i doświadczeń
pokazały, że mistrzami, czyli odnoszącymi sukcesy sportowcami zdolnymi
do zdobycia wielkich tytułów, zostaje się dzięki pracy. Ogromu pracy, i to wykonanej we właściwy sposób, zaczynając od oczywistych
predyspozycji, które jednak nie są zastrzeżone jedynie dla najbardziej
znanych supergwiazd. Zwycięzcami są nie tylko Björn Borg i John McEnroe,
Andre Agassi i Pete Sampras, Roger Federer, Rafael Nadal i Novak
Djoković. Należą do nich również Lleyton Hewitt, Juan Carlos Ferrero czy
Daniił Miedwiediew, którzy wygrali turnieje wielkoszlemowe i byli
numerami jeden. Potwierdzają to księgi zwycięzców i archiwa rankingów
światowych.
Okazuje się jednak, że drugie pytanie jest mylące. Rozważania nad tym,
dlaczego tenisista o mistrzowskim talencie nie urodził się w naszym
kraju, prowadziły na fałszywy trop: uspokajały sumienie, wiążąc sukces z przeznaczeniem, szczęściem lub pechem. Tymczasem takie myślenie
zniekształcało rzeczywistość, ponieważ potencjalni mistrzowie rodzili
się również we Włoszech, nawet w latach posuchy.
Wystarczy pomyśleć o niemałych prestiżowych sukcesach młodzieżowych,
które Włochy odniosły w latach 1981-2010 (Claudio Pistolesi -?mistrz
świata juniorów w 1985 roku, Diego Nargiso -?zwycięzca Wimbledonu
juniorów w 1987 roku, Andrea Gaudenzi -?numer jeden świata juniorów,
zwycięzca Rolanda Garrosa i US Open w kategorii do lat 18 w 1990 roku).
Te wielkie nadzieje nie spełniły się jednak na równie wysokim poziomie w profesjonalnym cyklu turniejowym.
Prawdziwe pytanie, które należało sobie zadać, nie brzmiało zatem:
dlaczego u nas nigdy nie rodzi się ktoś jak Federer (Nadal czy
Djoković)? Należało raczej zapytać: jeśli nowy Roger urodzi się u nas,
to czy stanie się Federerem?
Przez ostatnie 20 lat instytucja zarządzająca włoskim tenisem, FITP,
prowadziła systematyczne prace nad jego odbudową i ewolucją. Wciąż
próbowano udzielić odpowiedzi na powyższe pytanie. Zdawano sobie sprawę,
jak istotne jest poszerzenie bazy i zagęszczenie sieci wyłaniania
młodych sportowców -?aspirujących mistrzów z niezbędnymi cechami, by
marzyć o pozycji numer jeden.
Istniało również przekonanie, że prawdziwy sukces nadejdzie, jeśli
wszyscy, którzy z pasją i determinacją podejmują przygodę z tenisem
wyczynowym, zdołają stać się "mistrzami samych siebie". Mając możliwość
wykorzystania całego swego potencjału przez codzienne doskonalenie się
jako sportowcy, ale też jako zwykli ludzie, mogliby przejść niezwykłą
drogę rozwoju osobistego, by osiągnąć swój punkt kulminacyjny na
poziomie regionalnym lub krajowym. Lub w rankingu ATP.
Prześledzenie historii sportowej Jannika Sinnera, ze szczególnym
zwróceniem uwagi na okres, w którym nie był jeszcze "Sinnerem", czyli
nie uznawano go za potencjalnego zawodnika numer jeden, pozwala nam
podkreślić wyjątkowość zarówno jego samego, jak i drogi, jaką przeszedł,
a także to, co obecnie jest normą we Włoszech dla tego rozwijającego się
tenisisty. Zostać mistrzem Sinnerem można tylko wtedy, gdy jest się
Jannikiem, gdy codziennie się trenuje i pracuje nad sobą, tak jak on,
wykorzystując swoje wielkie zdolności fizyczne i umysłowe. Jeśli jednak
podążymy jego śladami na kortach tenisowych (a na początku także na
stokach narciarskich lub boiskach piłkarskich), odkryjemy, że grunt, na
którym stawiał pierwsze kroki, był dobrze przygotowany i bogaty w składniki odżywcze: idealny, aby wszystkie nasiona przyniosły owoce.
To nie przypadek, że gdy Jannik stał się Sinnerem i nadal się doskonali,
wokół niego dorasta, osiągając absolutną świetność, wielu jego
rówieśników lub osób w podobnym wieku. To chłopcy, z którymi podążał tą
samą drogą -?począwszy od pierwszych turniejów FITP, zgrupowań
technicznych, poprzez zawody drużynowe na szczeblach prowincjonalnym,
regionalnym i krajowym (Puchar Prowincji czy Puchar Belardinellego),
mistrzostwa Włoch juniorów, powołania do młodzieżowych reprezentacji
narodowych, pierwsze międzynarodowe próby w ramach cyklu Tennis Europe,
a następnie ITF3, skończywszy na pierwszych punktach ATP.
To nie przypadek, że w drabince mistrzostw Włoch w kategorii do lat 12,
klasycznym Pucharze Lambertenghiego w sezonie 2013, znaleźli się Jannik
Sinner, świetny półfinalista, ale też Matteo Arnaldi (najlepsza pozycja
w rankingu ATP -?numer 304) i Lorenzo Musetti (numer 6), jego
koledzy z mistrzowskiej drużyny włoskiej podczas finałów Pucharu Davisa
2023. Znajdziemy tu również Flavia Cobollego (numer 19), który w 2024
roku dołączył do Top 100, podobnie jak Giulia Zeppieriego (numer 110) i Mattię Bellucciego (numer 63), którzy mają wszelkie predyspozycje, aby
także zostać mistrzami. To chłopcy wychowani w Lacjum, Ligurii lub
Lombardii, a nie w Tyrolu Południowym, przez innych nauczycieli i trenerów niż Sinner, którzy stworzyli młody i bardzo silny zespół mający
przed sobą świetlaną przyszłość, do którego, dzięki sprzyjającym
powyższym okolicznościom, z pewnością dołączy wielu nowych potencjalnych
mistrzów. To pokolenie może liczyć na coś, czego wcześniej nie było:
można stać się mistrzem Sinnerem, a Jannik jest na to dowodem.
Część pierwsza. Dziecko, które nigdy nie siedzi spokojnie
Część pierwsza
Dziecko, które nigdy nie siedzi spokojnie
To dziecko o gęstej, rudej czuprynie nigdy nie siedzi w miejscu. Nie ma
jeszcze czterech lat, kiedy Andreas Schönegger, nauczyciel, któremu
powierzyli go rodzice, wręcza mu pierwszą, nieco za dużą rakietę
tenisową.
Jannik chwyta ją obiema rękami i między kolejnymi próbami uderzenia
piłki kładzie ją na ziemi, bo jest zbyt ciężka dla tak chudego chłopca,
którego ramiona i nóżki przypominają wszystkim młodego aspirującego
króla Artura z klasycznej disneyowskiej kreskówki Miecz w kamieniu.
Kiedy jednak wykonuje pierwsze zagrania, staje się psotnikiem: celuje
nie w kort, ale nauczyciela. Jannik trzyma rakietę zawsze w dwóch
rękach, zarówno przy uderzeniu z prawej, jak i z lewej strony, i celuje
w Andreasa, przyjaciela jego taty. Uderza w niego z całej siły i jeśli
trafi, lub prawie trafi, śmieje się. Świetnie się bawi.
To początkowe wspomnienie Jannika Sinnera na korcie tenisowym, o którym
opowiada nam Andreas Schönegger, jego pierwszy trener tenisa. Miejsce:
Sesto Pusteria. Data: czerwcowy dzień 2005 roku.
Facebook i YouTube dopiero raczkują, iPhone jeszcze nie istnieje.
Numerem jeden światowego tenisa jest Roger Federer, który w wieku 23 lat
zdobył już dwa tytuły Wimbledonu i wkrótce zdobędzie trzeci z rzędu.
Jednak właśnie wtedy pojawia się niejaki Rafael Nadal,
dziewiętnastolatek, który wygrywa swoje pierwsze Internazionali BNL
d'Italia (IBI)5 oraz pierwszego Rolanda Garrosa.
Najlepszym Włochem, który w rankingu ATP zajmuje 32. pozycję, jest
dwudziestotrzyletni Filippo Volandri. W pierwszej setce znajdują się
również: trzydziestodwulatek Davide Sanguinetti (numer 64),
dwudziestotrzylatek Potito Starace (numer 86) i dwudziestojednolatek
Andreas Seppi (numer 88).
Sesto, a raczej Sexten, jak nazywają miejscowość jej mieszkańcy, to
1860-osobowa wioska, w której Jannik Sinner mieszka od dnia swoich
narodzin, 16 sierpnia 2001 roku. Właściwie urodził się w pobliskim San
Candido (Innichen), ponieważ tam znajduje się szpital z oddziałem
położniczym, który jest punktem odniesienia dla mieszkańców Alta
Pusteria (Górnej Pusterii).
Znajdujemy się w niewielkim zakątku Włoch, słynącym z niezwykłego piękna
Dolomitów, jednego z sześciu obszarów przyrodniczych naszego kraju
uznanych za światowe dziedzictwo UNESCO. Jesteśmy w najbardziej na
wschód wysuniętej gminie regionu Trentino-Alto Adige (Trydent-Górna
Adyga). Leży ona po drugiej stronie alpejskiego działu wodnego,
oddzielającego zlewisko Adriatyku od dorzecza Dunaju. To właśnie tu
bierze początek Rio Bianco (Weißbach), wypływająca spod masywu Croda
Rossa, w pobliżu przełęczy Monte Croce di Comelico. Rzeka płynie przez
dolinę, przyjmując dalej nazwę Rio Sesto (Sextner Bach), by w San
Candido zasilić Drawę, dopływ Dunaju, wielkiej środkowoeuropejskiej
rzeki, która przepływa przez Wiedeń i Budapeszt i uchodzi do Morza
Czarnego.
Położenie Sesto sprawiło, że po pierwszej wojnie światowej pozostało ono
na terytorium Austrii. Podczas konferencji pokojowej w Paryżu ustalono
bowiem, że podstawę podziału terytorialnego stanowić będą granice
fizyczne. Sesto znajdowało się za przełęczą Sella di Dobbiaco, którą
Austria chciała zatrzymać. Armia włoska zdołała ją jednak zdobyć w listopadzie 1918 roku, podczas zejścia z przełęczy Monte Croce di
Comelico, więc w 1920 roku oficjalnie przeszła ona pod zwierzchnictwo
włoskie.
Ta krótka dygresja historyczno-geograficzna nie jest popisem erudycji.
Ma jedynie osadzić w przestrzeni pierwsze uderzenia rakietą i wyjaśnić,
dlaczego Jannik, który w wieku 14 lat wyjeżdżał, by spełnić marzenie o tenisowej karierze, posługiwał się niemal wyłącznie językiem niemieckim.
Językiem swojego domu, dziadków i rodziców, środowiska, w którym się
urodził i wychował, którego przedstawiciele wyznawali proste i ważne
wartości. Przez wieki sprzyjało im naturalne otoczenie, gdzie skały
stanowią nie tylko uroczy element krajobrazu, lecz także kształtują
charakter tych, którzy na co dzień żyją w ich sąsiedztwie.
W Sesto, a dokładniej w Moso, swój początek bierze Val Fiscalina -
wspaniała dolina przecinająca Park Przyrodniczy Tre Cime di Lavaredo. Po
nieco ponad czterech kilometrach, które latem można przejść podczas
przyjemnego spaceru, a zimą pokonać tę malowniczą trasę na nartach
biegowych, dociera się do Schroniska Rifugio Fondovalle, znanego po
niemiecku jako Talschlusshütte. Niecałe pięć kilometrów od domu Sinnerów
znajduje się droga, którą codziennie pokonywali rodzice Jannika,
Hanspeter i Siglinde, aby dostać się do pracy -?on jako kucharz w renomowanym schronisku, a ona obsługująca gości w sali restauracyjnej.
Obecnie ojciec ograniczył nieco swą pracę i jako członek zespołu
towarzyszy synowi podczas niektórych turniejów rozgrywanych na całym
świecie, podczas gdy mama została na miejscu i zarządza Haus Sinner -
domem, który oferuje turystom przytulne apartamenty wakacyjne.
Jeśli więc chcemy wyobrazić sobie atmosferę, w jakiej Jannik stawiał
pierwsze kroki w tenisie, to właśnie ten świat powinniśmy wziąć za punkt
odniesienia. Świat normalnej rodziny, mieszkającej w małej górskiej
miejscowości, będącej jednocześnie znanym kurortem turystycznym. Rodzice
pracujący w wymagającej branży hotelarsko-gastronomicznej i dwoje dzieci
do wychowania z pomocą dziadków, Josefa i Marii, którzy opiekowali się
wnukami, gdy mama i tata byli w pracy.
Państwo Sinnerowie mają dwóch synów. Trzy lata przed narodzinami
Jannika, w 1998 roku, jego rodzice adoptowali dziewięciomiesięcznego
Marka, urodzonego w rosyjskim Rostowie. Hanspeter i Siglinde, roczniki
1964 i 1966, uważali wówczas, że nie mogą mieć dzieci, więc adopcja
Marka była dla nich wielką radością. Niespodziewane pojawienie się
Jannika wzbogaciło rodzinę Sinnerów, którzy zawsze mówili, że są
"szczęśliwcami".
Pierwszy trener narciarstwa i tenisa
Dom tętni życiem również dlatego, że Sinnerowie szybko zrozumieli, że
Jannik jest dzieckiem, nazwijmy to, "bardzo aktywnym". Potrzebuje ruchu,
zabawy, aktywności fizycznej. Dlatego też, gdy syn osiąga wiek
przedszkolny, Siglinde prosi o pomoc przyjaciela rodziny, Andreasa
Schöneggera, którego poznajemy w San Candido, gdzie nadal pracuje, i który w historii sportowej kariery Sinnera pozostanie jego "pierwszym
nauczycielem".
Schönegger opowiada, że pierwszym sportem, w który wprowadził "rudego
diabełka", nie był jednak tenis:
Wszystko zaczęło się od tego, że dobrze znałem jego rodziców. Wiele lat
temu pracowałem z nimi w restauracji Hotelu Kreuzberg, położonego na
przełęczy Monte Croce. Hanspeter jest świetnym kucharzem, jednym z najlepszych w okolicy, pracował w kuchni, a Siglinde wraz ze mną
obsługiwała gości w sali restauracyjnej. Uczęszczałem do szkoły
hotelarskiej i rozpocząłem pracę w zawodzie kelnera. Po południu, po
pracy, prawie zawsze jeździłem z nimi na narty, zwłaszcza z Hanspeterem.
Byliśmy przyjaciółmi. Kiedy urodził się Jannik, jego rodzice przejęli
zarządzanie schroniskiem w Val Fiscalina, a ja zmieniłem zawód -
zostałem instruktorem narciarstwa i uczyłem gry w tenisa. Gdy Jannik
miał około trzech lat, Siglinde zapytała mnie, czy mógłbym zabierać go
na narty na godzinę lub dwie w tygodniu. Nie mogę powiedzieć, że to ja
go w pełni wyszkoliłem. Ze mną stawiał pierwsze kroki na śniegu, ale to
instruktorzy klubu narciarskiego sprawili, że w wieku siedmiu lat stał
się małym mistrzem.
I tu rozpoczyna się pierwszy rozdział doskonałości Jannika Sinnera, ale
nadal nie mówimy o tenisie. To narciarstwo zajmuje mu większość wolnego
czasu. Po szkole spędza resztę dnia na nartach. Jest to najnormalniejsza
rzecz dla dzieciaków z doliny, żyjących pośród gór i śniegu. Zima to
czas spędzany na stokach, wiosna i lato to pory roku innych sportów:
piłki nożnej, tenisa oraz jazdy na rowerze (także górskim).
Dla Schöneggera naturalnym krokiem jest zapisanie pięcioletniego Jannika
do lokalnego klubu narciarskiego, gdzie pod opiekę bierze go Elisabeth
Egarter, zwana przez przyjaciół "Lee", która wraz z innym instruktorem,
Robertem Amhofem, trenuje najmłodszych zawodników.
Na stokach z instruktorką aż do ostatniego wyciągu
Trudno nie zauważyć talentu Jannika, który już od pierwszej klasy nie
może się doczekać dzwonka kończącego lekcje, aby pobiec do domu i zjeść
to, co przygotowała mu babcia (być może jej specjalność -?wiener
schnitzel, kotlet po wiedeńsku, który uwielbia), a następnie szybko
założyć kombinezon, buty narciarskie oraz różne ochraniacze, by zdążyć
na autobus, którym dotrze do wyciągów. "Lee" Egarter opowiada:
Pierwsze zawody rozegrał, gdy był w pierwszej klasie szkoły podstawowej.
Dzieci w tym wieku zazwyczaj trenują dwa razy w tygodniu, ale ponieważ
on ciągle chciał jeździć na nartach, zdarzało się, że przychodził trzy,
a nawet cztery razy. Starał się jeździć jak najwięcej. Nie przestawał aż
do ostatniego przejazdu wyciągu narciarskiego. W klubie narciarskim
mieliśmy dwie grupy: starszych i młodszych. Starsi jeździli na nartach
trzy lub cztery razy w tygodniu, w zależności od tego, ile mieli wolnego
czasu, a on, ponieważ dobrze to robił, mimo że był mały, czasami
dołączał do ich treningów.
Już wtedy narodziła się koncepcja pracy, doskonalenia się poprzez
trening, którą Sinner do dziś powtarza jak mantrę. W wywiadzie dla "La
Repubbliki" z 2019 roku jego ojciec Hanspeter powiedział o Janniku, że
"był dzieckiem, które dużo myślało". A koledzy ze szkoły podstawowej
twierdzą, że jego sposób gry był zawsze poważny, nawet gdy żartował.
Stawiał czoła światu bez strachu, z podniesioną głową, pomimo
niewielkiego wypadku, do którego doszło, gdy uczęszczał do przedszkola,
o czym opowiedział Gianni Clerici w książce Il tennis facile autorstwa
chiropraktyka Alfia Carontiego:
W wieku pięciu lat Jannik przeżył przykry wypadek. Jeden z jego kolegów
z podwórka popchnął go dość mocno, przez co uderzył głową o ścianę i doznał obrażenia wymagającego kilku szwów. To doświadczenie odcisnęło na
nim piętno -?pod pewnymi względami pozytywne, pod innymi nieco mniej. Od
czasu tego nieprzyjemnego wypadku zaczął bowiem zwracać uwagę na
wszystko, co poruszało się przed nim lub w jego kierunku. Jednocześnie
wzmocniło to jego determinację, by nigdy się nie wycofywać, bez względu
na okoliczności. Dla tenisisty takiego jak on to bardzo pozytywny
aspekt, który z czasem doprowadził go do rozwinięcia dużej skłonności do
ataku, do pójścia naprzód i głębokiej niechęci do cofania się poza pole
gry.
Czapka na głowie zawsze sprawiała, że czuł się bezpieczniej, a ponadto
pomagała mu kontrolować rudą czuprynę, która potem stała się jego
znakiem rozpoznawczym i powodem, dla którego koledzy ze szkoły nadali mu
przydomek "lis", co następnie stało się podstawą projektu jego logo.
Mentalność tego małego ucznia-mistrza jeszcze lepiej oddaje refleksja
Andreasa Schöneggera, który zastanawia się, co takiego szczególnego było
w małym Janniku, powierzonym mu przez rodziców pod opiekę sportową:
"Szybko zdałem sobie sprawę, że różnił się od innych dzieci. Kiedy
jeździł na nartach lub grał w tenisa, nie szukał rozrywki: chciał się
uczyć".
Każda sesja treningowa na stokach trwała dwie godziny, jak wyjaśnia
trenerka "Lee" Egarter:
Zazwyczaj jeździliśmy na nartach od 14.00 do 16.00. Każda sesja była
inna. Trenował slalom i gigant, a treningi były dostosowane do zawodów,
które czekały nas w weekend. Poza ćwiczeniem slalomu jeździliśmy też na
nartach rekreacyjnie. Klasyczny schemat organizacyjny polegał na tym, że
jeden trener ustawiał słupki, przygotowując trasę, a drugi jeździł z dziećmi poza nią. Chłopcy przejeżdżali potem trasę między słupkami
siedem lub osiem razy, a następnie znów zjeżdżali dla przyjemności,
czasami wykonując zabawne ćwiczenia, takie jak zjazdy na jednej narcie
lub jazda na świeżym śniegu poza trasą. Ćwiczyliśmy bez kijków lub
trzymając je w określony sposób. Oczywiście obserwowaliśmy ich podczas
zjazdu i udzielaliśmy odpowiednich wskazówek technicznych.
Narciarstwo wymaga dużej koordynacji i szybkości reakcji, zwłaszcza w slalomie. Trzeba być szybkim w nogach, a wiele mięśni musi pracować
jednocześnie. Należy wiedzieć, jak szybko przenosić ciężar ciała z jednej nogi na drugą. Narciarstwo i tenis mają wiele wspólnego -?nawet
presję podczas zawodów. W narciarstwie trzeba radzić sobie z niepokojem,
który zwykle pojawia się przed startem. To pomaga przyzwyczaić się do
napięcia, które może towarzyszyć meczowi tenisowemu, zwłaszcza w ważnych
momentach, które są najtrudniejsze do opanowania.
W dzieciństwie Jannik zawsze śmiał się i żartował z kolegami. Podczas
treningów jednak zawsze był bardzo uważny. Widać było, że chce się
doskonalić i na tym mu zależy. Po każdym zjeździe zatrzymywał się i pytał: "Jak mi poszło? Dobrze mi poszło?". Działo się tak już, gdy miał
pięć lub sześć lat, a zatem w wieku, w którym zazwyczaj poprawki i wskazówki udzielane dzieciom wpadają jednym uchem, a wypadają drugim.
Pod względem mentalności naprawdę wyprzedzał inne dzieci. Chciał
wygrywać, chciał być najlepszy i wkładał w to ogromny wysiłek.
Chciałabym potwierdzić to, o czym wielokrotnie pisano o nim w wywiadach
prasowych, gdy po zwycięstwie w Pucharze Davisa i Australian Open
skupiono na nim wielką uwagę: jego rodzice nigdy nie wywierali na nim
presji. Jeździł na nartach, brał udział w zawodach. Jeśli szło mu
dobrze, to dobrze. Jeśli szło mu źle, mówili mu, że to część gry i że
następnym razem będzie lepiej.
Chęć doskonalenia się wynikała z jego własnej woli, z jego aspiracji.
Siedmioletni mistrz Włoch w narciarstwie
Jannik od razu osiąga dobre, a nawet bardzo dobre wyniki. Tak dobre, że
nie można osiągnąć lepszych. W klubie narciarskim Sci Club di Sesto
potrafią docenić umiejętności swoich małych podopiecznych. Trenerzy
postanawiają zabrać Jannika na najbardziej prestiżowe zawody na poziomie
krajowym -?GranPremio Giovanissimi -?które odbywają się już po raz 32.,
a zwycięzca zostaje mistrzem Włoch. Co roku rozgrywają się w innej
miejscowości. 5 kwietnia 2009 roku młodzi narciarze z rocznika 2001
rywalizowali w slalomie gigancie w Sansicario, znanym ośrodku
narciarskim w Piemoncie, miejscu rozgrywek wielu zawodów Pucharu Świata,
a także konkurencji zjazdu i supergiganta podczas XX Zimowych Igrzysk
Olimpijskich w Turynie w 2006 roku.
W zawodach bierze udział 152 zawodników i 148 zawodniczek. W protokole z rozgrywek odnotowano wiosenny śnieg, temperaturę zera stopni Celsjusza
na starcie na wysokości 2190 metrów nad poziomem morza i dwa stopnie
powyżej zera na mecie na wysokości 2050 metrów.
Zwycięzca ma numer startowy 152 i przekracza linię mety z czasem
0´45´´15, prawie sekundę przed następnym chłopcem, który kończy trasę z czasem 0´46´´01. W protokole (nadal dostępnym w bazie danych Włoskiej
Federacji Sportów Zimowych) pierwszy z męskich zawodników figuruje pod
błędnym imieniem i nazwiskiem, jako Yannick Sinn, ale i tak wszyscy
wiedzą, o kim mowa.
Jannik jest mistrzem Włoch, najsilniejszym w swojej grupie wiekowej. W tym momencie wszystko staje się jasne. Jego droga nabiera wyraźnego
tempa. Narciarstwo pozostaje jego największym priorytetem, i tak będzie
przez następne lata. W 2010 roku Sinner wygrywa trzy zawody na poziomie
prowincji (a w trzech innych zajmuje drugie miejsce), jest szósty w mistrzostwach regionalnych i Włoch, a w 33. GranPremio Giovanissimi,
zorganizowanym w Livigno, ponownie plasuje się wśród najlepszych,
zajmując piąte miejsce w klasyfikacji generalnej. Z numerem startowym
180 kończy wyścig z czasem 0´48´´85, mniej niż sekundę za zwycięzcą,
Tommasem Saccardim. Tym razem w protokole pojawia się pełne nazwisko:
Sinner, imię to jednak nadal Yannic. Nad perfekcją trzeba jeszcze
popracować.
W 2011 roku ponownie błyszczy: dwukrotnie wygrywa, po dwa razy zdobywa
drugie i czwarte miejsca na poziomie prowincji oraz brązowy medal na
mistrzostwach regionalnych, podczas których okazuje się najlepszy wśród
rocznika 2001. W następnym, 2012 roku poprawia swoje wyniki, zajmując
drugie miejsce zarówno w mistrzostwach regionalnych, jak i w mistrzostwach Włoch, 35. GranPremio Giovanissimi, które tym razem odbyły
się w Falcade w prowincji Belluno.
Jannik, który w sierpniu skończy 11 lat, jest jednym z najlepszych
włoskich narciarzy. Wśród 150 zawodników, którzy dotarli do mety,
znajduje się na drugiej pozycji, pokonany zaledwie o 66 setnych sekundy
przez Goffreda Mammarellę z Rocca di Cambio w Abruzji (który został
powołany do reprezentacji narodowej w rozgrywkach o Puchar Europy i uzyskał tytuł instruktora narodowego, którym wyróżnia się osoby szkolące
i doskonalące instruktorów narciarstwa, zarezerwowany dla elity
narciarzy -?w 2021 roku było ich 158). Wszystko wskazuje na początek
spektakularnej kariery zawodnika podążającego śladami wielkich
sportowców. W tym fakt, że trenuje również w Monte Croce pod okiem
doświadczonego instruktora Klausa Happachera, narciarza zjazdowego w czasach Herberta Planka, Gustava Thoeniego i wielkiego austriackiego
rywala Franza Klammera.
Podążając śladami Jannika na stokach narciarskich, wychodzimy poza
dzieciństwo, okres nauki i pierwszy absolutny sukces w San Sicario,
który wyrwał go z "normalnego" narciarstwa. Oczywiście jego codzienne
życie, zachowanie i postawa jego bliskich pozostają całkiem zwyczajne.
Jannik jeździ na nartach dużo, tyle, ile może, przede wszystkim dlatego,
że sprawia mu to przyjemność. Ale ślizganie się po śniegu i slalom
między słupkami, kiedy czuje powiew świeżego powietrza na twarzy, mimo
piękna i szczególnego doświadczenia, już mu nie wystarczają.
Narciarstwo ma wyraźnie określoną sezonowość, nawet dla tych, którzy
mieszkają na wysokości 1310 metrów nad poziomem morza. Kiedy więc pola
pokryte śniegiem znowu stają się łąkami, jest mnóstwo czasu, który można
wypełnić zabawami ruchowymi na świeżym powietrzu.
O tenisie już wspomnieliśmy: od lata 2005 roku, raz lub dwa razy w tygodniu, Andreas Schönegger uczy Jannika podstaw gry. Może też ćwiczyć
dodatkowo z tatą, Hanspeterem. Schönegger opowiada:
Wtedy razem z innym trenerem zorganizowałem kurs, częściowo w Sesto,
częściowo w San Candido, chodziliśmy na treningi dwa razy w tygodniu.
Pozostałe dzieci były starsze, nie było nikogo w jego wieku -?zwykle
zaczyna się trenować w wieku pięciu, może sześciu lat. Ale Jannikowi
półtoragodzinny trening nie wystarczał -?jego ojciec musiał przyjść po
pracy, żeby jeszcze z nim pograć. Gdy teraz patrzę na niego, kiedy jest
jednym z najlepszych na świecie, nigdy się nie poddaje, w wywiadach za
każdym razem mówi, że wciąż musi się uczyć i wiele jeszcze zrozumieć,
przypomina mi się siła, jaką miał już jako mały chłopiec. Pamiętam, że
pewnego dnia po lekcji tenisa siedział na schodach prowadzących do
centrum sportowego. Spytałem go: "Nie idziesz do domu?". "Nie -
odpowiedział -?czekam, aż przyjdzie mój tata, bo muszę jeszcze godzinę
potrenować". Dzieci w jego wieku zwykle po zakończeniu zajęć rzucają
rakietę i biegną do domu, by się pobawić. On chciał zostać, nie był
zadowolony z tego, co zrobił. I to samo dotyczyło narciarstwa. Jeździł,
dopóki wyciąg narciarski nie przestawał działać, nawet gdy trening się
skończył. Trzeba go było zatrzymywać, zawsze był aktywny.
Zdaje się, że Jannik był aktywny także w domu, gdy bawił się w gaszenie
światła, celując piłką w wyłącznik, do czego używał forhendu. Ta ciągła
chęć sprawdzania się i nieustannego doskonalenia to cecha, która stanowi
ogromną różnicę, nawet przy tych samych początkowych warunkach
wszystkich zawodników.
Na początku Jannik radził sobie tak jak inni. Zwykle w tym wieku mijają
dwa, trzy lata, zanim dzieci trochę opanują uderzenia i kontrolę nad
piłką. On już w drugim roku zaczął uderzać piłkę całkiem dobrze, bo
ćwiczył z tatą. W wieku pięciu lat wziął udział w pierwszym turnieju -
zawodach na małym korcie z piłkami o obniżonym ciśnieniu. W naszych
okolicach są to imprezy promocyjne pod auspicjami VSS, Verband der
Sportvereine Südtirols6, federacji stowarzyszeń sportowych
dla niemiecko- i ladyńskojęzycznych mieszkańców autonomicznej prowincji
Bolzano. Jannik wówczas jeszcze nie potrafił liczyć punktów. Pamiętam,
że powiedziałem mu, gdy wygrał pierwszy mecz: "Teraz musisz podać
przeciwnikowi rękę". A on na to: "Nie, nie, dlaczego?". "Bo wygrałeś".
"Jak to wygrałem?". Nie wiedział nawet, że zwyciężył.
Talent również z piłką przy nodze
Podczas gdy w narciarstwie zdobywał mistrzostwo kraju, w tenisa grał
rekreacyjnie -?latem i na poziomie lokalnym. Choć już wtedy dobrze
radził sobie z rakietą, mimo że prawie zawsze musiał mierzyć się ze
starszymi dziećmi. Ale i to mu nie wystarczało. W piękne letnie dni było
dużo czasu na zabawy na świeżym powietrzu z przyjaciółmi, a w Sesto
piłka nożna była nieodpartą atrakcją, grą numer jeden.
Również dla Jannika, który dopóki mieszkał w górach, wszystkie wolne
popołudnia spędzał, rozgrywając piłkarskie mecze i potyczki. Był to
jeden ze sportów rodzinnych. Jego tata był wielkim pasjonatem futbolu -
grał w lokalnym klubie ASC Sexten, założonym w 1984 roku, który
wystawiał wiele zespołów w różnych ligach, począwszy od kategorii
młodzieżowych.
Opowiada nam o tym Wolfram Egarter, prezes klubu w czasach, gdy Jannik
nosił ognistoczerwony strój drużyny, a także brat Elisabeth "Lee",
trenerki narciarstwa. Niezależnie więc, co uprawiał -?narciarstwo czy
piłkę nożną -?mały Sinner zawsze był pod opieką rodziny Egarterów.
"Wolfi" uśmiecha się, wyjaśniając ten ciekawy zbieg okoliczności:
Nasza miejscowość liczy mniej niż 2000 mieszkańców. Ja i Hanspeter
byliśmy kolegami z drużyny, graliśmy razem w najniższej lidze
amatorskiej. Ja byłem środkowym pomocnikiem, on bocznym obrońcą. Jannik
zaczął grać w piłkę w wieku ośmiu lat, w kategorii Pulcini, potem
przeszedł do Esordienti, aż zagrał kilka meczów w kategorii
Giovanissimi, zanim opuścił Sesto i przeniósł się do Bordighery.
Rozgrywki dla młodszych dzieci były organizowane przez VSS, a w kategorii Giovanissimi obowiązywała już federacja FIGC7. W pierwszych dwóch sezonach w kategorii do lat dziesięciu grało się na
boisku siedmioosobowym, ale w ostatnich trzech latach, gdy Jannik był
starszy, spróbował gry w klasycznej jedenastce.
Grając z rówieśnikami, Jannik musiał zacząć oswajać się z piłką, jeszcze
zanim wziął do ręki rakietę tenisową. W grupce dzieci w jego wieku był
zdecydowanie najbardziej utalentowany: potrafił grać obiema nogami, choć
preferował lewą. Kiedy nie jeździł na nartach, spędzał czas, kopiąc
piłkę o ścianę domu. Nic dziwnego więc, że dziecko o ponadprzeciętnych
zdolnościach koordynacyjnych (przy grze w piłkę szczególnie ważne są
zdolności wzrokowo-ruchowe) szybko stało się liderem drużyny. Na boisku,
biegając w koszulce z numerem siedem, grał na pozycji środkowego
pomocnika -?miał duże umiejętności strzeleckie, świetną kontrolę piłki i znakomitą wizję gry. Wszystko to, jak zwykle, wzmocnione było ogromną
pracowitością podczas treningów. Jak wspomina Egarter:
Nie był Maradoną, ale z pewnością był najlepszy w drużynie. To, co od
razu wyróżniało go spośród innych, to umiejętność natychmiastowego
zastosowania w praktyce tego, czego wymagał od niego trener, podczas gdy
reszta potrzebowała trochę czasu, by się wdrożyć. Miał długie i szczupłe
nogi, niezwykłą precyzję w podaniach i strzałach, a po treningu
zostawał, by je ćwiczyć, zawsze celując w narożniki bramki. Dodatkowo na
boisku wykazywał ponadprzeciętną inteligencję.
Ścisłe krycie "rudego" w czerwonej koszulce było pierwszą wskazówką
trenerów przeciwników, ponieważ kiedy przejmował piłkę, zawsze kończyło
się to dla nich źle. We wszystkich sezonach, w których grał z młodzieżówką AFC Sexten, strzelił co najmniej 25 bramek. Najbardziej
spektakularną z nich zdobył w roku, w którym grał w drużynie Pulcini,
kiedy to strzelił gola, ominąwszy praktycznie całą drużynę przeciwną.
Trener jednak, którym był sam Hanspeter Sinner, jego ojciec, zamiast
nagrodzić go za umiejętności, zastąpił go innym zawodnikiem, sadzając go
na ławkę, aby przemyślał swoje niealtruistyczne zachowanie.
Podsumowując, podczas gdy w narciarstwie był już małym mistrzem, a w tenisie wykazywał się dobrymi predyspozycjami, to w piłce nożnej nie
pozostawał w tyle. Ta umiejętność była jednak tylko pasją realizowaną w gronie przyjaciół, dla zabawy, a zatem wiele osób wątpiło, że Sinner
mógłby kiedyś zostać wielkim talentem w Serie A. On sam w pewnym
momencie (między 12. a 13. rokiem życia) wybrał inaczej.
Pewne jest natomiast, że w latach poprzedzających jego pierwszy
oficjalny mecz tenisowy (rozegrany w Bolzano w okresie świąt Bożego
Narodzenia między 2009 a 2010 rokiem podczas turnieju dla zawodników do
10 lat) Jannik był wyróżniającym się dzieckiem, które bardzo kochało
sport, traktowało go jak swoją ulubioną zabawę, a radość z jego
uprawiania łączyła się z pragnieniem osiągania jak najlepszych wyników i bycia najlepszym. I najwyraźniej często mu się to udawało.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki