Janko Muzykant, Latarnik, Sąd Ozyrysa. Lektura z opracowaniem - Henryk Sienkiewicz
6.99 zł

6.99 zł

Reflow text when sidebars are open.
Przyszło to na świat wątłe, słabe. Kumy, co się były zebrały przy tapczanie położnicy, kręciły głowami i nad matką, i nad dzieckiem. Kowalka Szymonowa, która była najmądrzejsza, poczęła chorą pocieszać:
- Dajta - powiada - to zapalę nad wami gromnicę, juże z was nic nie będzie, moja kumo; już wam na tamten świat się wybierać i po dobrodzieja by posłać, żeby wam grzechy wasze odpuścił.
- Ba! - powiada druga. - A chłopaka to zara trza ochrzcić; on i dobrodzieja nie doczeka, a - powiada - błogo będzie, co choć i strzygą się nie ostanie.
Tak mówiąc zapaliła gromnicę, a potem wziąwszy dziecko pokropiła je wodą, aż poczęło oczki mrużyć, i rzekła jeszcze:
- Ja ciebie "krzcę" w Imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego i daję ci na przezwisko Jan, a teraz-że, duszo "krześcijańska", idź, skądeś przyszła. Amen!
Ale dusza chrześcijańska nie miała wcale ochoty iść, skąd przyszła, i opuszczać chuderlawego ciała, owszem, poczęła wierzgać nogami tego ciała, jako mogła, i płakać, chociaż tak słabo i żałośnie, że jak mówiły kumy: "Myślałby kto, kocię nie kocię albo co!".
Posłano po księdza; przyjechał, zrobił swoje, odjechał, chorej zrobiło się lepiej. W tydzień wyszła baba do roboty. Chłopak ledwo "zipał", ale zipał; aż w czwartym roku okukała kukułka na wiosnę chorobę, więc się poprawił i w jakim takim zdrowiu doszedł do dziesiątego roku życia.
Chudy był zawsze i opalony, z brzuchem wydętym, a zapadłymi policzkami; czuprynę miał konopną, białą prawie i spadającą na jasne, wytrzeszczone oczy, patrzące na świat, jakby w jakąś niezmierną dalekość wpatrzone. W zimie siadywał za piecem i popłakiwał cicho z zimna, a czasem i z głodu, gdy matula nie mieli co włożyć ani do pieca, ani do garnka; latem chodził w koszulinie przepasanej krajką i w słomianym "kapalusie", spod którego obdartej kani spoglądał, zadzierając jak ptak głowę do góry. Matka, biedna komornica, żyjąca z dnia na dzień niby jaskółka pod cudzą strzechą, może go tam i kochała po swojemu, ale biła dość często i zwykle nazywała "odmieńcem". W ósmym roku chodził już jako potrzódka za bydłem lub, gdy w chałupie nie było co jeść, za bedłkami do boru. Że go tam kiedy wilk nie zjadł, zmiłowanie Boże.
Był to chłopak nierozgarnięty bardzo i jak wiejskie dzieciaki przy rozmowie z ludźmi palec do gęby wkładający. Nie obiecywali sobie nawet ludzie, że się wychowa, a jeszcze mniej, żeby matka mogła doczekać się z niego pociechy, bo i do roboty był ladaco. Nie wiadomo, skąd się to takie ulęgło, ale na jedną rzecz był tylko łapczywy, to jest na granie. Wszędzie też je słyszał, a jak tylko trochę podrósł, tak już o niczym innym nie myślał. Pójdzie, bywało, do boru za bydłem albo z dwojakami na jagody, to się wróci bez jagód i mówi szepleniąc:
- Matulu! Tak ci coś w boru "grlało". Oj! Oj!
A matka na to:
- Zagram ci ja, zagram! Nie bój się!
Jakoż czasem sprawiała mu warząchwią muzykę. Chłopak krzyczał, obiecywał, że już nie będzie, a taki myślał, że tam coś w boru grało... Co? Albo on wiedział?... Sosny, buki, brzezina, wilgi, wszystko grało: cały bór, i basta!
Echo też... W polu grała mu bylica, w sadku pod chałupą ćwirkotały wróble, aż się wiśnie trzęsły! Wieczorami słuchiwał wszystkich głosów, jakie są na wsi, i pewno myślał sobie, że cała wieś gra. Jak posłali go do roboty, żeby gnój rozrzucał, to mu nawet wiatr grał w widłach.
Zobaczył go tak raz karbowy, stojącego z rozrzuconą czupryną i słuchającego wiatru w drewnianych widłach... zobaczył i odpasawszy rzemyka dał mu dobrą pamiątkę. Ale na co się to zdało! Nazywali go ludzie "Janko Muzykant"!... Wiosną uciekał z domu kręcić fujarki wedle strugi. Nocami, gdy żaby zaczynały rzechotać, derkacze na łąkach derkotać, bąki po rosie burczyć; gdy koguty piały po zapłociach, to on spać nie mógł, tylko słuchał i Bóg go jeden wie, jakie on i w tym nawet słyszał granie... Do kościoła matka nie mogła go brać, bo jak, bywało, zahuczą organy lub zaśpiewają słodkim głosem, to dziecku oczy tak mgłą zachodzą, jakby już nie z tego świata patrzyły...
Stójka, co chodził nocą po wsi i aby nie zasnąć, liczył gwiazdy na niebie lub rozmawiał po cichu z psami, widział nieraz białą koszulę Janka, przemykającą się w ciemności ku karczmie. Ale przecież chłopak nie do karczmy chodził, tylko pod karczmę. Tam przyczaiwszy się pod murem, słuchał. Ludzie tańcowali obertasa, czasem jaki parobek pokrzykiwał: "U-ha!" Słychać było tupanie butów, to znów głosy dziewczyn: "Czegóż?". Skrzypki śpiewały cicho: "Będziem jedli, będziem pili, będziewa się weselili", a basetla grubym głosem wtórowała z powagą: "Jak Bóg dał! Jak Bóg dał!". Okna jarzyły się światłem, a każda belka w karczmie zdawała się drgać, śpiewać i grać także, a Janko słuchał!...
Co by on za to dał, gdyby mógł mieć takie skrzypki grające cienko: "Będziem jedli, będziem pili, będziewa się weselili". Takie deszczułki śpiewające. Ba! Ale skąd ich dostać? Gdzie takie robią? Żeby mu przynajmniej pozwolili choć raz w rękę wziąć coś takiego!... Gdzie tam! Wolno mu tylko było słuchać, toteż i słuchał zwykle dopóty, dopóki głos stójki nie ozwał się za nim z ciemności:
- Nie pójdziesz-że ty do domu, utrapieńcze?
Więc wówczas zmykał na swoich bosych nogach do domu, a za nim biegł w ciemnościach głos skrzypiec: "Będziem jedli, będziem pili, będziewa się weselili", i poważny głos basetli: "Jak Bóg dał! Jak Bóg dał! Jak Bóg dał!".
Gdy tylko mógł słyszeć skrzypki, czy to na dożynkach, czy na weselu jakim, to już dla niego było wielkie święto. Właził potem za piec i nic nie mówił po całych dniach, spoglądając jak kot błyszczącymi oczyma z ciemności. Potem zrobił sobie sam skrzypki z gonta i włosienia końskiego, ale nie chciały grać tak pięknie jak tamte w karczmie: brzęczały cicho, bardzo cichutko, właśnie jak muszki jakie albo komary. Grał jednak na nich od rana do wieczora, choć tyle za to odbierał szturchańców, że w końcu wyglądał jak obite jabłko niedojrzałe. Ale taka to już była jego natura. Dzieciaczyna chudł coraz bardziej, brzuch tylko zawsze miał duży, czuprynę coraz gęstszą i oczy coraz szerzej otwarte, choć najczęściej łzami zalane, ale policzki i piersi wpadały mu coraz głębiej i głębiej...
Wcale nie był jak inne dzieci, był raczej jak jego skrzypki z gonta, które zaledwie brzęczały. Na przednówku przy tym przymierał głodem, bo żył najczęściej surową marchwią i także chęcią posiadania skrzypek.
Ale ta chęć nie wyszła mu na dobre.
We dworze miał skrzypce lokaj i grywał czasem na nich szarą godziną, aby się podobać pannie służącej. Janko czasem podczołgiwał się między łopuchami, aż pod otwarte drzwi kredensu, żeby im się przypatrzeć. Wisiały właśnie na ścianie naprzeciw drzwi. Więc tam chłopak duszę swoją całą wysyłał ku nim przez oczy, bo mu się zdawało, że to niedostępna jakaś dla niego świętość, której niegodzien tknąć, że to jakieś jego najdroższe ukochanie. A jednak pożądał ich. Chciałby przynajmniej raz mieć je w ręku, przynajmniej przypatrzeć się im bliżej... Biedne małe chłopskie serce drżało na tę myśl ze szczęścia.
Pewnej nocy nikogo nie było w kredensie. Państwo od dawna siedzieli za granicą, dom stał pustkami, więc lokaj przesiadywał na drugiej stronie u panny pokojowej. Janko, przyczajony w łopuchach, patrzył już od dawna przez otwarte szerokie drzwi na cel wszystkich swych pożądań. Księżyc właśnie na niebie był pełny i wchodził ukośnie przez okno do kredensu, odbijając je w kształcie wielkiego jasnego kwadratu na przeciwległej ścianie. Ale ten kwadrat zbliżał się powoli do skrzypiec i w końcu oświetlił je zupełnie. Wówczas w ciemnej głębi wydawało się, jakby od nich biła światłość srebrna; szczególniej wypukłe zgięcia oświecone były tak mocno, że Janek ledwie mógł patrzeć na nie. W onym blasku widać było wszystko doskonale: wcięte boki, struny i zagiętą rączkę. Kołeczki przy niej świeciły jak robaczki świętojańskie, a wzdłuż zwieszał się smyczek na kształt srebrnego pręta...
Ach! Wszystko było śliczne i prawie czarodziejskie; Janek też patrzył coraz chciwiej. Przykucnięty w łopuchach, z łokciami opartymi o chude kolana, z otwartymi ustami patrzył i patrzył. To strach zatrzymywał go na miejscu, to jakaś nieprzezwyciężona chęć pchała go naprzód. Czy czary jakie, czy co?... Ale te skrzypce w jasności czasem zdawały się przybliżać, jakoby płynąc ku dziecku... Chwilami przygasały, aby znowu rozpromienić się jeszcze bardziej. Czary, wyraźne czary! Tymczasem wiatr powiał; zaszumiały cicho drzewa, załopotały łopuchy, a Janek jakoby wyraźnie usłyszał:
- Idź, Janku! W kredensie nie ma nikogo... Idź, Janku!...
Noc była widna, jasna. W ogrodzie dworskim nad stawem słowik zaczął śpiewać i pogwizdywać cicho, to głośniej: "Idź! Pójdź! Weź!". Lelek poczciwy cichym lotem zakręcił się koło głowy dziecka i zawołał: "Janku, nie! Nie!". Ale lelek odleciał, a słowik został i łopuchy coraz wyraźniej mruczały: "Tam nie ma nikogo!". Skrzypce rozpromieniły się znowu...
Biedny, mały, skulony kształt z wolna i ostrożnie posunął się naprzód, a tymczasem słowik cichuteńko pogwizdywał: "Idź! Pójdź! Weź!".
Biała koszula migotała coraz bliżej drzwi kredensowych. Już nie okrywają jej czarne łopuchy. Na progu kredensowym słychać szybki oddech chorych piersi dziecka. Chwila jeszcze, biała koszulka znikła, już tylko jedna bosa nóżka wystaje za progiem. Na próżno, lelku, przelatujesz jeszcze raz i wołasz: "Nie! Nie!". Janek już w kredensie.
Opowiadanie to osnute jest na wypadku rzeczywistym, o którym w swoim czasie pisał J. Horain w jednej ze swoich korespondencyj z Ameryki.
I.
Pewnego razu zdarzyło się, że latarnik w Aspinwall1, niedaleko Panamy, przepadł bez wieści. Ponieważ stało się to wśród burzy, przypuszczano, że nieszczęśliwy musiał podejść nad sam brzeg skalistej wysepki, na której stoi latarnia, i został spłukany przez bałwan2. Przypuszczenie to było tym prawdopodobniejsze, że na drugi dzień nie znaleziono jego łódki stojącej w skalistym wrębie. Zawakowało3 tedy4 miejsce latarnika, które trzeba było jak najprędzej obsadzić, ponieważ latarnia niemałe ma znaczenie tak dla ruchu miejscowego, jak i dla okrętów idących z New Yorku do Panamy. Zatoka Moskitów5 obfituje w piaszczyste ławice i zaspy, między którymi droga nawet w dzień jest trudna, w nocy zaś, zwłaszcza wśród mgieł podnoszących się często na tych ogrzewanych podzwrotnikowym słońcem wodach prawie niepodobna. Jedynym wówczas przewodnikiem dla licznych statków bywa światło latarni. Kłopot wynalezienia nowego latarnika spadł na konsula Stanów Zjednoczonych, rezydującego w Panamie, a był to kłopot niemały, raz z tego powodu, że następcę trzeba było znaleźć koniecznie w ciągu dwunastu godzin; po wtóre, następca musiał być nadzwyczaj sumiennym człowiekiem, nie można więc było przyjmować byle kogo; na koniec w ogóle kandydatów na posadę brakło. Życie na wieży jest nadzwyczaj trudne i bynajmniej nie uśmiecha się rozpróżniaczonym i lubiącym swobodną włóczęgę ludziom Południa. Latarnik jest niemal więźniem. Z wyjątkiem niedzieli nie może on wcale opuszczać swej skalistej wysepki. Łódź z Aspinwall przywozi mu raz na dzień zapasy żywności i świeżą wodę, po czym przywożący oddalają się natychmiast, na całej zaś wysepce, mającej morgę rozległości, nie ma nikogo. Latarnik mieszka w latarni, utrzymuje ją w porządku; w dzień daje znaki wywieszaniem różnokolorowych flag wedle wskazówek barometru, w wieczór zaś zapala światło. Nie byłaby to wielka robota, gdyby nie to, że chcąc się dostać z dołu do ognisk na szczyt wieży, trzeba przejść przeszło czterysta schodów krętych i nader wysokich, latarnik zaś musi odbywać tę podróż czasem i kilka razy dziennie. W ogóle jest to życie klasztorne, a nawet więcej niż klasztorne, bo pustelnicze. Nic też dziwnego, że Mr. Izaak Falconbridge był w niemałym kłopocie, gdzie znajdzie stałego następcę po nieboszczyku, i łatwo zrozumieć jego radość, gdy najniespodzianiej następca zgłosił się jeszcze tegoż samego dnia. Był to człowiek już stary, lat siedmiudziesiąt albo i więcej, ale czerstwy, wyprostowany, mający ruchy i postawę żołnierza. Włosy miał zupełnie białe, płeć6 spaloną, jak u Kreolów, ale sądząc z niebieskich oczu, nie należał do ludzi Południa. Twarz jego była przygnębiona i smutna, ale uczciwa. Na pierwszy rzut oka podobał się Falconbridge'owi. Pozostało go tylko wyegzaminować, wskutek czego wywiązała się następująca rozmowa:
- Skąd jesteście?
- Jestem Polak.
- Coście robili dotąd?
- Tułałem się.
- Latarnik powinien lubić siedzieć na miejscu.
- Potrzebuję odpoczynku.
- Czy służyliście kiedy? Czy macie świadectwa uczciwej służby rządowej?
Stary człowiek wyciągnął z zanadrza spłowiały jedwabny szmat, podobny do strzępu starej chorągwi. Rozwinął go i rzekł:
- Oto są świadectwa. Ten krzyż dostałem w roku trzydziestym. Ten drugi jest hiszpański z wojny karlistowskiej7; trzeci to legia francuska8; czwarty otrzymałem na Węgrzech9. Potem biłem się w Stanach przeciw południowcom10, ale tam nie dają krzyżów - więc oto papier.
Falconbridge wziął papier i zaczął czytać.
- Hm! Skawiński? To jest wasze nazwisko?... Hm!... Dwie chorągwie zdobyte własnoręcznie w ataku na bagnety... Byliście walecznym żołnierzem!
- Potrafię być i sumiennym latarnikiem.
- Trzeba tam co dzień wchodzić po kilka razy na wieżę. Czy nogi macie zdrowe?
- Przeszedłem piechotą "pleny"11.
- All right! Czy jesteście obeznani ze służbą morską?
- Trzy lata służyłem na wielorybniku.
- Próbowaliście różnych zawodów?
- Nie zaznałem tylko spokojności.
- Dlaczego?
Stary człowiek ruszył ramionami.
- Taki los...
- Wszelako na latarnika wydajecie mi się za starzy.
- Sir - ozwał się nagle kandydat wzruszonym głosem. - Jestem bardzo znużony i skołatany. Dużo, widzicie, przeszedłem. Miejsce12 to jest jedno z takich, jakie najgoręcej pragnę otrzymać. Jestem stary, potrzebuję spokoju! Potrzebuję sobie powiedzieć: tu już będziesz siedział, to jest twój port. Ach, Sir! To od was tylko zależy. Drugi raz się może taka posada nie zdarzy. Co za szczęście, że byłem w Panamie... Błagam was... Jak mi Bóg miły, jestem jak statek, który jeśli nie wejdzie do portu, to zatonie... Jeśli chcecie uszczęśliwić człowieka starego... Przysięgam, że jestem uczciwy, ale... Dość mam już tego tułactwa...
Niebieskie oczy starca wyrażały tak gorącą prośbę, że Falconbridge, który miał dobre, proste serce, czuł się wzruszony.
- Well! - rzekł. - Przyjmuję was. Jesteście latarnikiem.
Twarz starego zajaśniała niewypowiedzianą radością.
- Dziękuję.
- Czy możecie dziś jechać na wieżę?
- Tak jest.
- Zatem good bye!... Jeszcze słowo: za każde uchybienie w służbie dostaniecie dymisję.
- All right!
Tegoż samego jeszcze wieczora, gdy słońce stoczyło się na drugą stronę międzymorza, a po dniu promiennym nastąpiła noc bez zmierzchu, nowy latarnik widocznie był już na miejscu, bo latarnia rzuciła jak zwykle na wody swoje snopy jaskrawego światła. Noc była zupełnie spokojna, cicha, prawdziwie podzwrotnikowa, przesycona jasną mgłą, tworzącą koło księżyca wielki, zabarwiony tęczowo krąg o miękkich, nieujętych brzegach. Morze tylko burzyło się, ponieważ przypływ wzbierał. Skawiński stał na balkonie, tuż koło olbrzymich ognisk, podobny z dołu do małego, czarnego punkciku. Próbował zebrać myśl i objąć swe nowe położenie. Ale myśl jego była nadto pod naciskiem, by mogła snuć się prawidłowo. Czuł on coś takiego, co czuje szczuty zwierz, gdy wreszcie schroni się przed pogonią na jakiejś niedostępnej skale lub w pieczarze. Nadszedł nareszcie dla niego czas spokoju. Poczucie bezpieczeństwa napełniło jakąś niewysłowioną rozkoszą jego duszę. Oto mógł na tej skale po prostu urągać dawnemu tułactwu, dawnym nieszczęściom i niepowodzeniom. Był on naprawdę jak okręt, któremu burza łamała maszty, rwała liny, żagle, którym rzucała od chmur na dno morza, w który biła falą, pluła pianą - a który jednak zawinął do portu. Obrazy tej burzy przesuwały się teraz szybko w jego myśli w przeciwstawieniu do cichej przyszłości, jaka miała się rozpocząć. Część swych dziwnych kolei opowiadał sam Falconbridge'owi, nie wspomniał jednak o tysiącznych innych przygodach. Miał on nieszczęście, że ilekroć rozbił gdzie namiot i rozniecił ognisko, by się osiedlić stale, jakiś wiatr wyrywał kołki namiotu, rozwiewał ognisko, a jego samego niósł na stracenie. Spoglądając teraz z wieżowego balkonu na oświecone fale, wspominał o wszystkim, co przeszedł. Oto bił się w czterech częściach świata - i na tułaczce próbował wszystkich niemal zawodów. Pracowity i uczciwy, nieraz dorabiał się grosza i zawsze tracił go wbrew wszelkim przewidywaniom i największej ostrożności. Był kopaczem złota w Australii, poszukiwaczem diamentów w Afryce, strzelcem rządowym w Indiach Wschodnich. Gdy w swoim czasie założył w Kalifornii farmę, zgubiła go susza; próbował handlu z dzikimi plemionami zamieszkującymi wnętrze Brazylii: tratwa jego rozbiła się na Amazonce, on sam zaś bezbronny i prawie nagi tułał się w lasach przez kilka tygodni, żywiąc się dzikim owocem, narażony co chwila na śmierć w paszczy drapieżnych zwierząt. Założył warsztat kowalski w Helenie, w Arkansas, i - spalił się w wielkim pożarze całego miasta. Następnie w Górach Skalistych dostał się w ręce Indian i cudem tylko został wybawiony przez kanadyjskich strzelców. Służył jako majtek na statku kursującym między Bahią i Bordeaux, potem jako harpunnik na wielorybniku: oba statki rozbiły się. Miał fabrykę cygar w Hawanie - został okradziony przez wspólnika w chwili, gdy sam leżał chory na "vomito". Wreszcie przybył do Aspinwall - i tu miał być kres jego niepowodzeń. Cóż go bowiem mogło doścignąć jeszcze na tej skalistej wysepce? Ani woda, ani ogień, ani ludzie. Zresztą od ludzi Skawiński niewiele doznał złego. Częściej spotykał dobrych niż złych.
1 Aspinwall, obec. Colón - miasto w Panamie nad Morzem Karaibskim, do 1890 r. nosiło nazwę Aspinwall.
2 bałwan - tutaj: wysoka fala.
3 zawakowało (dawn.) - o stanowisku w pracy: zwolniło się, powstał wakat.
4 tedy (dawn.) - zatem, więc.
5 Zatoka Moskitów (hiszp. Golfo de los Mosquitos) - zatoka Morza Karaibskiego u północno-zachodnich wybrzeży Panamy.
6 płeć (dawn.) - tutaj w znaczeniu: cera.
7 wojny karlistowskie - trzy hiszpańskie wojny domowe, toczone w latach 1833-1840, 1846-1849 i 1872-1876.
8 Skawiński zaciągnął się do francuskiej Legii Cudzoziemskiej, jednostki powstałej w 1831 roku, złożonej z obcokrajowców, która walczyła w obronie interesów Francji poza jej granicami.
9 Chodzi o powstanie węgierskie w latach 1848-1849, będące częścią tzw. Wiosny Ludów.
10 Skawiński brał udział w wojnie secesyjnej (1861-1865) po stronie Unii, zwanej też "Północą".
11 pleny - stepy między Nowym Jorkiem a Kalifornią.
12 miejsce - tutaj w znaczeniu: posada, stanowisko.
Przełożył z egipskiego papirusu Henryk Sienkiewicz2
A gdy umarł w Egipcie syn Psunabudesa, Psunabudes, wielki minister któregoś tam Tutmesa3, z którejś dynastii panującej przed napadem Hyksów4, dwie nieśmiertelne Idee pokłóciły się o jego duszę tak zapalczywie i napełniły takim hałasem nieskończone przestworza cichej wieczności, iż wszechmocny Ozyrys kazał im stanąć przed sobą i zapytał:
- Kto wy jesteście, o duchy, kto jest ten grzesznik, którego me jastrzębie oko dostrzega między wami i dlaczego w krainie Ciszy kłócicie się jak dwie przekupki z Memfis?5
A na to tak odpowiedział pierwszy z duchów:
- Ja, panie, jestem nieśmiertelna Głupota. Opiekowałam się tu obecnym Ekscelencją Psunabudesem jak kochająca matka. Dyktowałam mu wszystkie jego słowa, byłam mu przewodniczką we wszelkich czynach. Nie odstępowałam go ani na chwilę, a ponieważ i on trzymał się mojej szaty stale i wiernie, ponieważ całe życie był, wedle egipskiego przysłowia, głupi jak stołowe nogi, przeto chcę zabrać teraz jego duszę i umieścić ją w tej zaziemskiej krainie, którą władam, a która przeznaczona jest na wiekuiste siedlisko durniów.
Ozyrys zwrócił się do drugiego ducha:
- Mów ty teraz - rzekł biorąc w ręce wagi, na których ważył wszelkie myśli, słowa i uczynki.
- Ja, o panie, jestem nieśmiertelna Niegodziwość. Nie przeczę wcale, że Jego Ekscelencja Psunabudes popełniał często na swym wysokim stanowisku błędy godne osła, ale twierdzę, że przede wszystkim był szubrawcem. Jeśli pozwolisz, panie, przytoczę ci na to tysiączne dowody, których Głupota, choćby dlatego że jest Głupotą, nie potrafi nigdy obalić.
- Głupota - przerwał Jastrzębiooki, podnosząc do góry swój opatrznościowy palec - nie umie tylko budować, często natomiast umie obalać, co powiedziawszy nawiasem, pytam się następnie, czego żądasz?
- Chcę, panie, zabrać tę duszę i umieścić ją w tej zaziemskiej krainie, którą ja władam, a która przeznaczona jest na pośmiertne wiekuiste siedlisko dla łotrów.
To mówiąc chwyciła za rękę Psunabudesa, ale w tej samej chwili Głupota chwyciła go za drugą, i obie, tamując dech w piersiach, czekały na wyrok Sprawiedliwego.
A Sprawiedliwy wpił swój ptasi wzrok w Psunabudesa i przypatrywał mu się przez czas dłuższy, a wreszcie rzekł:
- Widzę, że obie macie do niego prawo, więc chętnie bym was wysłuchał i rozsądził, ale zaprawdę położenie jest dziwne. Oto twoje dowody, o Głupoto, będą głupie, a twoje, o Niegodziwości, niegodziwe. Wobec tego nie mogę ich rozważać, a zatem żadnej z was nie mogę udzielić głosu. Jakaż więc na to jest rada? Oto zawołam Mądrości, która wszystko przenika, i rozkażę jej, aby mi przedstawiła w krótkich a mądrych słowach i żywot Jego Ekscelencji, i waszą sprawę.
- O panie - szepnęła Głupota - Mądrość jest moją osobistą nieprzyjaciółką.
Sprawiedliwy podniósł znów w górę swój opatrznościowy palec.
- Wierz mi, Głupoto, że prawdziwa Mądrość jest zarówno nieprzyjaciółką Niegodziwości, jak i twoją.
I w tejże chwili przywołał Mądrość, a ta stawiła się natychmiast i spojrzawszy na Psunabudesa nie zdziwiła się wprawdzie, albowiem Mądrość niczemu się nie dziwi, ale uśmiechnęła się jakby z pewnym zadowoleniem i rzekła:
- Ach, to Jego Ekscelencja, który tajnym okólnikiem do gubernatorów zabronił mi pobytu w Egipcie!...
- Dla dobra państwa, słowo uczciwości... - począł się tłumaczyć Psunabudes.
Lecz Ozyrys nakazał mu milczenie, sam zaś zapytał:
- Powiedz mi, Mądrości, czy ten zakaz był bardziej głupi, czy niegodziwy?
- Jednakowo, zupełnie jednakowo! - odpowiedziała Mądrość.
Więc Sprawiedliwy położył równe ciężarki na szalach, opartych o stopień jego tronu.
- Mów dalej - rzekł - aby się stało wreszcie wiadomo, który z tych dwóch duchów ma pomyśleć o najwłaściwszym dla Ekscelencji osiedleniu.
Więc Mądrość poczęła streszczać całe życie Psunabudesa, od wczesnej młodości aż do ostatniej chwili jego ziemskiej podróży. Wspomniała, jak w akademii, w stubramnych Tebach6, był zaciekłym liberałem, jak wstąpiwszy następnie do urzędu, zapisał się niebawem do działaczy państwowych i drwił z zasad, które za studenckich czasów wygłaszał, jak pod hasłem: "Egipt dla Egipcjan!" pracował nad zjednoczeniem państwa pod władzą memfickiej biurokracji, jak wreszcie w ciągu długiego swego zawodu ustawicznie kogoś podejrzewał, coś wietrzył, przeciwko komuś wysyłał raporty, przed czymś ostrzegał, czegoś nie dopuszczał, coś zamykał, coś ukracał - i zamiast rozszerzać ludzką działalność i ludzkie życie, ustawicznie je obrzydzał, krępował i ograniczał.
- Czy nie sądzisz, że to są szelmostwa? - przerwał Ozyrys, dorzucając ciężaru na szalę Niegodziwości.
- Nie przeczę, o Wszechtreściwy - odrzekła Mądrość - ale pozwolę sobie zauważyć, że była w tym i głupota tak wielka jak piramida Cheopsa, albowiem Psunabudes, pracując niby dla potęgi Egiptu, w gruncie rzeczy go osłabiał, pracując niby dla jego sławy, ostatecznie go zohydzał, pracując niby dla porządku w państwie, wtrącał je w bezład i tworzył mu wewnętrznych nieprzyjaciół, a przy tym nigdy w jego zakutej głowie nie postała ani na chwilę myśl, że cała jego robota może przynieść tylko szkody i klęski.
- Jeśli tak - rzekł Sprawiedliwy - to trzeba dorzucić i na szalę Głupoty.
- Trzeba! - powtórzyła Mądrość - ale słuchaj mnie, panie, dalej. Został potem Psunabudes gubernatorem prowincji północnej Ptah7, zamieszkałej przeważnie przez Fenicjan i Greków, i zarówno jednych, jak i drugich począł gorliwie przerabiać na Egipcjan. Zabraniał im mówić i pisać na papirusach we własnym języku, prześladował ich wiarę i pozamykał ich szkoły, a przede wszystkim kazał im nosić czepki, które, jak wiadomo, są narodowym egipskim pokryciem głowy. W jego przekonaniu czepek stanowił Egipcjanina, jakie zaś myśli wrzały w tych głowach, którym narzucił czepki, nad tym nie był się zdolny zastanowić. Ci wszakże, którzy nie chcieli nosić czepków, mogli się od nich uwolnić łapówką, w ten bowiem sposób wzrastał majątek gubernatora.
Ozyrys podniósł po raz trzeci palec do góry i rzekł z powagą:
- Łapówki nie dowodzą głupoty.
- Zapewne, panie, ale nie dorzucaj ich na szalę Niegodziwości, ponieważ w Egipcie wszyscy dygnitarze uważają łapówki za zwyczaj tak powszechny i tak zgodny ze starą tradycją egipską, że biorą je z zupełnie czystym sumieniem.
- Masz słuszność i jako bóg egipski nie powinienem był o tym zapominać. Nie dorzucę też nic na żadną szalę, póki nie powiesz, jak postępował Psunabudes jako minister faraona?
- Egipt, jak ci wiadomo, Sprawiedliwy, potrzebował wielkich i głębokich reform. Otóż Psunabudes, zostawszy ministrem, postarał się przede wszystkim o to, by reformy nie były wielkie i głębokie, ale drobne i płytkie. Egipt potrzebował nowych i mądrych ludzi, którzy by byli przyjaciółmi wyżej wspomnianych reform, Psunabudes zaś powierzył ich wykonanie dawnym, głupowatym urzędnikom, którzy byli ich wrogami. Jaka z tego powstawała karykatura i jaka szkoda dla Egiptu, to łatwo pojmie nie tylko tak przenikliwy umysł jak twój, panie, albo jak umysł krokodyla, kota lub ichneumona8, ale nawet zwykły, miałki rozum człowieczy. Psunabudes był zbyt tępy, by rozumieć, iż państwo musi być od podstaw do szczytu przebudowane, a za mało uczciwy, by przeprowadzić sumiennie nawet te zmiany, których konieczność uznał i zrozumiał sam faraon.
1 Ozyrys - w mitologii egipskiej jeden z najważniejszych bogów. Był bratem i mężem Izydy, która wskrzesiła go po tym, jak został zamordowany przez Seta. Władał światem ziemskim, a po swojej śmierci także światem zmarłych, gdzie był także sędzią dusz. Był bogiem odradzającej się przyrody i wiecznego życia. Ojciec Horusa, który przejął od niego władzę ziemską. Przedstawiany z insygniami królewskimi i owinięty w bandaże, podobnie jak mumie.
2 Żart mający na celu odwrócenie uwagi cenzury carskiej.
3 któregoś tam Tutmesa - liczby porządkowe nieczytelne [przypis autora].
4 Hyksowie a. Hyksosi - grupa plemion z Azji Zachodniej, które w XVIII-XVII w. p.n.e. osiedliły się na wschodnich terenach delty Nilu i zintegrowały się ze społeczeństwem egipskim, przejmując obyczaje i religię. Założyli nową, XIV dynastię faraonów, rządząc Egiptem przez ponad 100 lat.
5 Memfis - grecka nazwa jednego z najważniejszych miast w starożytnym Egipcie, położonego na zachodnim brzegu Nilu, na granicy między Dolnym a Górnym Egiptem. Pełniło funkcję stolicy oraz ważnego ośrodka religijnego.
6 Teby (Egipt; nie mylić z Tebami w Grecji) - starożytne miasto w Górnym Egipcie.
7 prowincja północna Ptah - prowincja egipska z miastem Memfis, jej patronem był bóg Ptah.
8 ichneumon - mangusta egipska, inna nazwa: szczur faraona. Niewielkie zwierzę z rodziny mangustowatych.
Janko muzykant ukazał się w 1879 roku w "Kurierze Warszawskim". Nowela ma charakter biograficzny - opisuje życie tytułowego Janka, wiejskiego dziecka, od jego narodzin do śmierci. Już po narodzeniu Janko był słabego zdrowia i nie dawano mu szans na przeżycie, dlatego został ochrzczony przez pomagające przy porodzie kobiety jeszcze przed przybyciem księdza. Dożył jednak 10. lat, mimo wielkiej biedy i fatalnych warunków. Janko wyraźnie odróżniał się od innych dzieci - był trochę nierozgarnięty, często zaniedbywał obowiązki, ale był szczególnie wrażliwy na muzykę. Słyszał ją w lesie, w codziennym życiu wsi, uwielbiał też przysłuchiwać się muzyce w karczmie. Stąd też przezwisko, jakie nadali mu mieszkańcy wsi - "Janko Muzykant". Jego największym marzeniem było posiadanie skrzypiec, dlatego wykonał własny instrument z gonta (rodzaj drewnianej dachówki) i końskiego włosia, który jednak nie wydawał dźwięków tak pięknych, jak prawdziwe skrzypce. Jego uwielbienie dla muzyki nie spotykało się ze zrozumieniem matki ani wiejskiej społeczności i często było brane za lenistwo, za co Janko niejednokrotnie był bity, zarówno przez matkę, jak i innych mieszkańców wsi. Pragnienie posiadania skrzypiec jest najistotniejszym motywem noweli - to ono zaprowadzi Janka pod dwór, gdzie lokaj trzyma skrzypce w kredensie. Wiedziony pragnieniem dotknięcia skrzypiec wchodzi do dworu i zostaje nakryty przez służbę. Jego zachowanie zostaje uznane za próbę kradzieży i chłopiec trafia przed sąd, który wydaje wyrok - 50 rózg, czyli uderzeń. Karę wykonuje stójkowy (policjant) Stach, ale bije chłopca za mocno. W efekcie Janko umiera, wciąż marząc o skrzypkach. Nowelę zamyka epilog, w którym właściciele dworu, zamożni arystokraci, wracają z podróży i rozmawiają po francusku o tym, jak wspaniale jest wspierać uzdolnione artystycznie dzieci we Włoszech. W noweli widać wpływy naturalizmu - autor opisuje głód i przemoc, których ofiarą był Janko, nie dając pozytywnych rozwiązań sytuacji. Epilog z powrotem państwa z Włoch jest gorzkim i ironicznym komentarzem społecznym - arystokracja woli wspierać talenty za granicą, podczas gdy wiejskie dzieci w ich okolicy nie mają szans nie tyle na edukację i rozwijanie swoich talentów, co nawet na przetrwanie w trudnych realiach, w jakich żyją.
W warstwie realistycznej Janko muzykant opowiada historię chłopca, który urodził się i żył w bardzo trudnych warunkach. To częsty w nowelach Sienkiewicza motyw niezawinionej niedoli - dziecko wiejskie nie ma wpływu na swój los i warunki, w jakich się wychowuje. W warstwie symbolicznej to opowieść o próbie zbliżenia się do swoich marzeń. Chcąc dotknąć skrzypiec, Janko nie tylko sięga po instrument, który do niego nie należy, ale też symbolicznie chce dostać możliwość innego życia, które jest dla niego niedostępne i za to marzenie płaci najwyższą cenę. Narracja w noweli jest prowadzona przez wszystkowiedzącego, trzecioosobowego narratora, który komentuje rzeczywistość za pomocą ironicznych uwag lub pytań retorycznych (np. do Stacha, czy musiał bić chłopca tak mocno). Ważnym elementem konstrukcji noweli są elementy liryczne, obecne głównie w opisach przyrody. Podkreślają one szczególną wrażliwość Janka na otaczający go świat i dźwięki. W scenie, w której główny bohater patrzy na oświetlone przez księżyc skrzypki, patrzymy na nie z jego perspektywy. Janko odczuwa to, co widzi, jako czarodziejską scenę, kiedy cała przyroda się z nim komunikuje, namawiając go do sięgnięcia po skrzypce (wiatr, łopuchy, słowik) lub odwodząc go od tego pomysłu (lelek). Kiedy Janko podejmuje decyzję o wejściu do dworu, przyroda na chwilę milknie.
Janko Muzykant - najważniejsze informacje!
nowela o tematyce chłopskiej narrator trzecioosobowy, wszystkowiedzący punkt kulminacyjny: dotknięcie skrzypiec przez Janka symbolika skrzypiec: nie tylko instrument muzyczny, którego Janko bardzo pragnie, ale także symbol lepszego życia liryczne opisy przyrody naturalizm: opis życia na wsi i przemocy, jaka spotyka Janka za jego odmienność komentarz społeczny: zamożna arystokracja woli wspierać utalentowane dzieci za granicą, nie przejmując się losem mieszkańców ich okolicy (komentarz ironiczny)Latarnik ukazał się w 1881 roku w dwutygodniku "Niwa". Nowela powstała po powrocie pisarza ze Stanów Zjednoczonych Ameryki i przedstawia losy polskiego emigranta, Skawińskiego. Jak wskazuje przypis autora, nowela została oparta na autentycznym wydarzeniu, jakie opisał Julian Horain - polski latarnik Siellawa został zwolniony z posady po tym, jak zaniedbał swoje obowiązki, zaczytując się w książce Zygmunta Kaczkowskiego, Murdelio. Do tej historii Sienkiewicz dodał jednak wątek patriotyczny.
W Aspinwall w Panamie zaginął latarnik, więc konsul USA, Izaak Falconbridge, musi jak najszybciej znaleźć kogoś na jego miejsce. Do pracy zgłasza się Skawiński - Polak, emigrant szukający spokojnej, bezpiecznej posady. Skawiński, jako uhonorowany odznaczeniami weteran wielu wojen i człowiek o bogatym życiowym doświadczeniu, robi doskonałe wrażenie na Falconbridge'u i jeszcze tego samego dnia rozpoczyna pracę latarnika w Aspinwall.
W jakich wojnach brał udział Skawiński?
powstanie listopadowe (1830-1831) wojny karlistowskie w Hiszpanii (1833-1840) walki toczone przez francuską Legię Cudzoziemską (w noweli nie ma szczegółowych informacji na ten temat) Wiosna Ludów na Węgrzech (1848-1849) wojna secesyjna w Stanach Zjednoczonych Ameryki (1861-1865)Akcja noweli rozgrywa się w trzech planach czasowych. Pierwszy plan czasowy to okres od zatrudnienia Skawińskiego na posadzie latarnika do jego zwolnienia. Dzieje się to w latach 70. XIX wieku, okres ten obejmuje kilka miesięcy. Podczas pobytu Skawińskiego w latarni obserwujemy pogłębianie relacji głównego bohatera z otaczającą go przyrodą. Latarnik obserwuje krajobraz, zaprzyjaźnia się z ptakami, które dokarmia i stopniowo traci zainteresowanie światem poza wyspą. Odnalazł długo poszukiwany spokój.
Drugi plan czasowy, dzięki zastosowaniu retrospekcji, to historia życia Skawińskiego - udział w powstaniu listopadowym, a następnie emigracja i udział w kolejnych wojnach: karlistowskich w Hiszpanii, służba we francuskiej Legii Cudzoziemskiej, walki podczas Wiosny Ludów na Węgrzech i wojny secesyjnej w USA. Skawiński imał się także różnych zawodów, ale za każdym razem jego przedsięwzięcie kończyło się fiaskiem, jak gdyby bohatera prześladował pech.
Trzeci plan czasowy to czas przeżyć psychicznych, kiedy Skawiński pod wpływem lektury Pana Tadeusza przenosi się do czasów swojej młodości, walk w powstaniu i dzieciństwa w Polsce. Lektura polskiej książki i powrót do wspomnień związanych z ojczyzną sprawiają, że Skawiński zapomina zapalić latarnię i w efekcie jeden ze statków rozbija się o skały. W tym momencie łączą się dwa plany czasowe - czas przeżyć psychicznych Skawińskiego i czas opowiadania. To zaniedbanie prowadzi do natychmiastowego zwolnienia Skawińskiego, który rusza statkiem w kierunku Nowego Jorku, ściskając przy sercu polskie książki.
Ważne pojęcia:
retrospekcja: przywoływanie zdarzeń poprzedzających rozpoczęcie fabuły, związanych np. z przeszłością bohatera ekspozycja: sytuacja zarysowana na początku fabuły, zapoznająca czytelnika z głównym bohaterem lub centralnym problemem danego utworuSąd Ozyrysa został opublikowany po raz pierwszy w "Tygodniku Ilustrowanym" w 1908 roku i jest nietypowym utworem w dorobku literackim Henryka Sienkiewicza. Nosi cechy humoreski, satyry politycznej i powiastki filozoficznej. Humoreski, zwłaszcza o charakterze politycznym, były bardzo popularnym gatunkiem w XIX wieku, pozwalającym na komentowanie bieżącej sytuacji społecznej i politycznej.
Ważne pojęcia:
humoreska: krótki utwór prozatorski o zabawnym zdarzeniu, zwykle kończący się dowcipną pointą; humoreska może mieć charakter satyryczny, posługuje się groteską, dowcipem sytuacyjnym, karykaturą, ironią i parodią satyra polityczna: utwór piętnujący i wyśmiewający ukazywane w nim zjawiska; nie proponuje jednak pozytywnych rozwiązań czy postaw, a jedynie wyśmiewa te niepożądane; często przedstawia rzeczywistość "w krzywym zwierciadle", wykorzystując karykaturę i groteskę powiastka filozoficzna: utwór narracyjny, uformowany w epoce Oświecenia, w którym świat przedstawiony, ukazany w sposób dowcipny czy ironiczny, ma stanowić ilustrację tezy światopoglądowej lub moralnejTytułowy sąd Ozyrysa, według wierzeń starożytnych Egipcjan, to ceremonia, którą przechodziła każda dusza trafiająca do zaświatów. Ozyrys, bóg życia i śmierci, oceniał uczynki zmarłego za pomocą wagi i zależnie od wyniku decydował, gdzie posłać jego duszę. W humoresce pojawia się podtytuł "Przełożył z egipskiego papirusu Henryk Sienkiewicz" - ten zabieg ma na celu zmylenie cenzury zaborców, w rzeczywistości odniesienia do religii i historii starożytnego Egiptu są tylko kamuflażem, za pomocą którego autor komentuje aktualną sytuację polityczną w zaborze rosyjskim. Po śmierci urzędnika Psunabudesa (imię znaczące, postać jest wzorowana na rosyjskim polityku Konstantinie Pobiedonoscewie) o jego duszę kłócą się Głupota i Niegodziwość, każda z nich jest przekonana, że dusza urzędnika powinna trafić do jej krainy. Ozyrys powołuje na świadka Mądrość, która przedstawia bogu życiorys Psunabudesa. Za każde działanie niegodziwe bóg zaświatów kładzie na wadze ciężarek po stronie Niegodziwości, a za każde działanie głupie - po stronie Głupoty. Mądrość opisuje karierę polityczną Psunabudesa, podczas której zmieniał poglądy w zależności od obejmowanego stanowiska, pracując na rzecz państwa tak naprawdę je osłabiał i niszczył, zarządzając prowincją Ptah próbował przymusić mieszkających tam Greków i Fenicjan do przyjęcia obyczajów Egipcjan i stłumić ich tożsamość narodową - co jest czytelnym odniesieniem do działań państw zaborczych na terenach Polski - oraz brał łapówki i przyczynił się do rozrostu korupcji w państwie, a także nie przeprowadzał koniecznych reform. Słuchając Mądrości, Ozyrys układał ciężarki na wadze i zauważył, że rozkładają się po równo. W związku z tym postanowił kopniakiem zesłać Psunabudesa z powrotem na Ziemię. Do końca świata ma pełnić różne funkcje w państwie, aby ostatecznie wykazać, czy jest bardziej głupi, czy niegodziwy.
Sąd Ozyrysa można interpretować zarówno w kontekście krytyki działań władz zaborczych na terenie Polski, jak i bardziej uniwersalnie - jako satyrę na osoby u władzy, niezależnie od czasu i miejsca.
Sąd Ozyrysa - najważniejsze informacje!
humoreska polityczna realia starożytnego Egiptu użyte jako kamuflaż komentarz do sytuacji politycznej w Polsce pod zaborami alegoryczne postaci: Niegodziwość, Głupota, Mądrość wymowa uniwersalna: satyra na osoby u władzy dowcipna, ironiczna