Janko Muzykant, Latarnik, Sąd Ozyrysa. Lektura z opracowaniem - Henryk Sienkiewicz

Kup ebooka

6.99 zł

-
Proszę czekać

Janko mu­zy­kant

Przy­szło to na świat wą­tłe, słabe. Kumy, co się były ze­brały przy tap­cza­nie po­łoż­nicy, krę­ciły gło­wami i nad matką, i nad dziec­kiem. Ko­walka Szy­mo­nowa, która była naj­mą­drzej­sza, po­częła chorą po­cie­szać:

- Dajta - po­wiada - to za­palę nad wami grom­nicę, juże z was nic nie bę­dzie, moja kumo; już wam na tam­ten świat się wy­bie­rać i po do­bro­dzieja by po­słać, żeby wam grze­chy wa­sze od­pu­ścił.

- Ba! - po­wiada druga. - A chło­paka to zara trza ochrzcić; on i do­bro­dzieja nie do­czeka, a - po­wiada - błogo bę­dzie, co choć i strzygą się nie osta­nie.

Tak mó­wiąc za­pa­liła grom­nicę, a po­tem wziąw­szy dziecko po­kro­piła je wodą, aż po­częło oczki mru­żyć, i rze­kła jesz­cze:

- Ja cie­bie "krzcę" w Imię Ojca i Syna, i Du­cha Świę­tego i daję ci na prze­zwi­sko Jan, a te­raz-że, du­szo "krze­ści­jań­ska", idź, ską­deś przy­szła. Amen!

Ale du­sza chrze­ści­jań­ska nie miała wcale ochoty iść, skąd przy­szła, i opusz­czać chu­der­la­wego ciała, ow­szem, po­częła wierz­gać no­gami tego ciała, jako mo­gła, i pła­kać, cho­ciaż tak słabo i ża­ło­śnie, że jak mó­wiły kumy: "My­ślałby kto, ko­cię nie ko­cię albo co!".

Po­słano po księ­dza; przy­je­chał, zro­bił swoje, od­je­chał, cho­rej zro­biło się le­piej. W ty­dzień wy­szła baba do ro­boty. Chło­pak le­dwo "zi­pał", ale zi­pał; aż w czwar­tym roku oku­kała ku­kułka na wio­snę cho­robę, więc się po­pra­wił i w ja­kim ta­kim zdro­wiu do­szedł do dzie­sią­tego roku ży­cia.

Chudy był za­wsze i opa­lony, z brzu­chem wy­dę­tym, a za­pa­dłymi po­licz­kami; czu­prynę miał ko­nopną, białą pra­wie i spa­da­jącą na ja­sne, wy­trzesz­czone oczy, pa­trzące na świat, jakby w ja­kąś nie­zmierną da­le­kość wpa­trzone. W zi­mie sia­dy­wał za pie­cem i po­pła­ki­wał ci­cho z zimna, a cza­sem i z głodu, gdy ma­tula nie mieli co wło­żyć ani do pieca, ani do garnka; la­tem cho­dził w ko­szu­li­nie prze­pa­sa­nej krajką i w sło­mia­nym "ka­pa­lu­sie", spod któ­rego ob­dar­tej kani spo­glą­dał, za­dzie­ra­jąc jak ptak głowę do góry. Matka, biedna ko­mor­nica, ży­jąca z dnia na dzień niby ja­skółka pod cu­dzą strze­chą, może go tam i ko­chała po swo­jemu, ale biła dość czę­sto i zwy­kle na­zy­wała "od­mień­cem". W ósmym roku cho­dził już jako po­trzódka za by­dłem lub, gdy w cha­łu­pie nie było co jeść, za be­dł­kami do boru. Że go tam kiedy wilk nie zjadł, zmi­ło­wa­nie Boże.

Był to chło­pak nie­roz­gar­nięty bar­dzo i jak wiej­skie dzie­ciaki przy roz­mo­wie z ludźmi pa­lec do gęby wkła­da­jący. Nie obie­cy­wali so­bie na­wet lu­dzie, że się wy­chowa, a jesz­cze mniej, żeby matka mo­gła do­cze­kać się z niego po­cie­chy, bo i do ro­boty był la­daco. Nie wia­domo, skąd się to ta­kie ulę­gło, ale na jedną rzecz był tylko łap­czywy, to jest na gra­nie. Wszę­dzie też je sły­szał, a jak tylko tro­chę pod­rósł, tak już o ni­czym in­nym nie my­ślał. Pój­dzie, by­wało, do boru za by­dłem albo z dwo­ja­kami na ja­gody, to się wróci bez ja­gód i mówi sze­ple­niąc:

- Ma­tulu! Tak ci coś w boru "grlało". Oj! Oj!

A matka na to:

- Za­gram ci ja, za­gram! Nie bój się!

Ja­koż cza­sem spra­wiała mu wa­rzą­chwią mu­zykę. Chło­pak krzy­czał, obie­cy­wał, że już nie bę­dzie, a taki my­ślał, że tam coś w boru grało... Co? Albo on wie­dział?... So­sny, buki, brze­zina, wilgi, wszystko grało: cały bór, i ba­sta!

Echo też... W polu grała mu by­lica, w sadku pod cha­łupą ćwir­ko­tały wró­ble, aż się wi­śnie trzę­sły! Wie­czo­rami słu­chi­wał wszyst­kich gło­sów, ja­kie są na wsi, i pewno my­ślał so­bie, że cała wieś gra. Jak po­słali go do ro­boty, żeby gnój roz­rzu­cał, to mu na­wet wiatr grał w wi­dłach.

Zo­ba­czył go tak raz kar­bowy, sto­ją­cego z roz­rzu­coną czu­pryną i słu­cha­ją­cego wia­tru w drew­nia­nych wi­dłach... zo­ba­czył i od­pa­saw­szy rze­myka dał mu do­brą pa­miątkę. Ale na co się to zdało! Na­zy­wali go lu­dzie "Janko Mu­zy­kant"!... Wio­sną ucie­kał z domu krę­cić fu­jarki we­dle strugi. No­cami, gdy żaby za­czy­nały rze­cho­tać, der­ka­cze na łą­kach der­ko­tać, bąki po ro­sie bur­czyć; gdy ko­guty piały po za­pło­ciach, to on spać nie mógł, tylko słu­chał i Bóg go je­den wie, ja­kie on i w tym na­wet sły­szał gra­nie... Do ko­ścioła matka nie mo­gła go brać, bo jak, by­wało, za­hu­czą or­gany lub za­śpie­wają słod­kim gło­sem, to dziecku oczy tak mgłą za­cho­dzą, jakby już nie z tego świata pa­trzyły...

Stójka, co cho­dził nocą po wsi i aby nie za­snąć, li­czył gwiazdy na nie­bie lub roz­ma­wiał po ci­chu z psami, wi­dział nie­raz białą ko­szulę Janka, prze­my­ka­jącą się w ciem­no­ści ku karcz­mie. Ale prze­cież chło­pak nie do karczmy cho­dził, tylko pod karczmę. Tam przy­cza­iw­szy się pod mu­rem, słu­chał. Lu­dzie tań­co­wali obe­r­tasa, cza­sem jaki pa­ro­bek po­krzy­ki­wał: "U-ha!" Sły­chać było tu­pa­nie bu­tów, to znów głosy dziew­czyn: "Cze­góż?". Skrzypki śpie­wały ci­cho: "Bę­dziem je­dli, bę­dziem pili, bę­dziewa się we­se­lili", a ba­se­tla gru­bym gło­sem wtó­ro­wała z po­wagą: "Jak Bóg dał! Jak Bóg dał!". Okna ja­rzyły się świa­tłem, a każda belka w karcz­mie zda­wała się drgać, śpie­wać i grać także, a Janko słu­chał!...

Co by on za to dał, gdyby mógł mieć ta­kie skrzypki gra­jące cienko: "Bę­dziem je­dli, bę­dziem pili, bę­dziewa się we­se­lili". Ta­kie desz­czułki śpie­wa­jące. Ba! Ale skąd ich do­stać? Gdzie ta­kie ro­bią? Żeby mu przy­naj­mniej po­zwo­lili choć raz w rękę wziąć coś ta­kiego!... Gdzie tam! Wolno mu tylko było słu­chać, to­też i słu­chał zwy­kle do­póty, do­póki głos stójki nie ozwał się za nim z ciem­no­ści:

- Nie pój­dziesz-że ty do domu, utra­pień­cze?

Więc wów­czas zmy­kał na swo­ich bo­sych no­gach do domu, a za nim biegł w ciem­no­ściach głos skrzy­piec: "Bę­dziem je­dli, bę­dziem pili, bę­dziewa się we­se­lili", i po­ważny głos ba­se­tli: "Jak Bóg dał! Jak Bóg dał! Jak Bóg dał!".

Gdy tylko mógł sły­szeć skrzypki, czy to na do­żyn­kach, czy na we­selu ja­kim, to już dla niego było wiel­kie święto. Wła­ził po­tem za piec i nic nie mó­wił po ca­łych dniach, spo­glą­da­jąc jak kot błysz­czą­cymi oczyma z ciem­no­ści. Po­tem zro­bił so­bie sam skrzypki z gonta i wło­sie­nia koń­skiego, ale nie chciały grać tak pięk­nie jak tamte w karcz­mie: brzę­czały ci­cho, bar­dzo ci­chutko, wła­śnie jak muszki ja­kie albo ko­mary. Grał jed­nak na nich od rana do wie­czora, choć tyle za to od­bie­rał sztur­chań­ców, że w końcu wy­glą­dał jak obite jabłko nie­doj­rzałe. Ale taka to już była jego na­tura. Dzie­cia­czyna chudł co­raz bar­dziej, brzuch tylko za­wsze miał duży, czu­prynę co­raz gęst­szą i oczy co­raz sze­rzej otwarte, choć naj­czę­ściej łzami za­lane, ale po­liczki i piersi wpa­dały mu co­raz głę­biej i głę­biej...

Wcale nie był jak inne dzieci, był ra­czej jak jego skrzypki z gonta, które za­le­d­wie brzę­czały. Na przed­nówku przy tym przy­mie­rał gło­dem, bo żył naj­czę­ściej su­rową mar­chwią i także chę­cią po­sia­da­nia skrzy­pek.

Ale ta chęć nie wy­szła mu na do­bre.

We dwo­rze miał skrzypce lo­kaj i gry­wał cza­sem na nich szarą go­dziną, aby się po­do­bać pan­nie słu­żą­cej. Janko cza­sem pod­czoł­gi­wał się mię­dzy ło­pu­chami, aż pod otwarte drzwi kre­densu, żeby im się przy­pa­trzeć. Wi­siały wła­śnie na ścia­nie na­prze­ciw drzwi. Więc tam chło­pak du­szę swoją całą wy­sy­łał ku nim przez oczy, bo mu się zda­wało, że to nie­do­stępna ja­kaś dla niego świę­tość, któ­rej nie­go­dzien tknąć, że to ja­kieś jego naj­droż­sze uko­cha­nie. A jed­nak po­żą­dał ich. Chciałby przy­naj­mniej raz mieć je w ręku, przy­naj­mniej przy­pa­trzeć się im bli­żej... Biedne małe chłop­skie serce drżało na tę myśl ze szczę­ścia.

Pew­nej nocy ni­kogo nie było w kre­den­sie. Pań­stwo od dawna sie­dzieli za gra­nicą, dom stał pust­kami, więc lo­kaj prze­sia­dy­wał na dru­giej stro­nie u panny po­ko­jo­wej. Janko, przy­cza­jony w ło­pu­chach, pa­trzył już od dawna przez otwarte sze­ro­kie drzwi na cel wszyst­kich swych po­żą­dań. Księ­życ wła­śnie na nie­bie był pełny i wcho­dził uko­śnie przez okno do kre­densu, od­bi­ja­jąc je w kształ­cie wiel­kiego ja­snego kwa­dratu na prze­ciw­le­głej ścia­nie. Ale ten kwa­drat zbli­żał się po­woli do skrzy­piec i w końcu oświe­tlił je zu­peł­nie. Wów­czas w ciem­nej głębi wy­da­wało się, jakby od nich biła świa­tłość srebrna; szcze­gól­niej wy­pu­kłe zgię­cia oświe­cone były tak mocno, że Ja­nek le­d­wie mógł pa­trzeć na nie. W onym bla­sku wi­dać było wszystko do­sko­nale: wcięte boki, struny i za­giętą rączkę. Ko­łeczki przy niej świe­ciły jak ro­baczki świę­to­jań­skie, a wzdłuż zwie­szał się smy­czek na kształt srebr­nego pręta...

Ach! Wszystko było śliczne i pra­wie cza­ro­dziej­skie; Ja­nek też pa­trzył co­raz chci­wiej. Przy­kuc­nięty w ło­pu­chach, z łok­ciami opar­tymi o chude ko­lana, z otwar­tymi ustami pa­trzył i pa­trzył. To strach za­trzy­my­wał go na miej­scu, to ja­kaś nie­prze­zwy­cię­żona chęć pchała go na­przód. Czy czary ja­kie, czy co?... Ale te skrzypce w ja­sno­ści cza­sem zda­wały się przy­bli­żać, ja­koby pły­nąc ku dziecku... Chwi­lami przy­ga­sały, aby znowu roz­pro­mie­nić się jesz­cze bar­dziej. Czary, wy­raźne czary! Tym­cza­sem wiatr po­wiał; za­szu­miały ci­cho drzewa, za­ło­po­tały ło­pu­chy, a Ja­nek ja­koby wy­raź­nie usły­szał:

- Idź, Janku! W kre­den­sie nie ma ni­kogo... Idź, Janku!...

Noc była widna, ja­sna. W ogro­dzie dwor­skim nad sta­wem sło­wik za­czął śpie­wać i po­gwiz­dy­wać ci­cho, to gło­śniej: "Idź! Pójdź! Weź!". Le­lek po­czciwy ci­chym lo­tem za­krę­cił się koło głowy dziecka i za­wo­łał: "Janku, nie! Nie!". Ale le­lek od­le­ciał, a sło­wik zo­stał i ło­pu­chy co­raz wy­raź­niej mru­czały: "Tam nie ma ni­kogo!". Skrzypce roz­pro­mie­niły się znowu...

Biedny, mały, sku­lony kształt z wolna i ostroż­nie po­su­nął się na­przód, a tym­cza­sem sło­wik ci­chu­teńko po­gwiz­dy­wał: "Idź! Pójdź! Weź!".

Biała ko­szula mi­go­tała co­raz bli­żej drzwi kre­den­so­wych. Już nie okry­wają jej czarne ło­pu­chy. Na progu kre­den­so­wym sły­chać szybki od­dech cho­rych piersi dziecka. Chwila jesz­cze, biała ko­szulka zni­kła, już tylko jedna bosa nóżka wy­staje za pro­giem. Na próżno, lelku, prze­la­tu­jesz jesz­cze raz i wo­łasz: "Nie! Nie!". Ja­nek już w kre­den­sie.

La­tar­nik

Opo­wia­da­nie to osnute jest na wy­padku rze­czy­wi­stym, o któ­rym w swoim cza­sie pi­sał J. Ho­rain w jed­nej ze swo­ich ko­re­spon­den­cyj z Ame­ryki.

I.

Pew­nego razu zda­rzyło się, że la­tar­nik w Aspin­wall1, nie­da­leko Pa­namy, prze­padł bez wie­ści. Po­nie­waż stało się to wśród bu­rzy, przy­pusz­czano, że nie­szczę­śliwy mu­siał po­dejść nad sam brzeg ska­li­stej wy­sepki, na któ­rej stoi la­tar­nia, i zo­stał spłu­kany przez bał­wan2. Przy­pusz­cze­nie to było tym praw­do­po­dob­niej­sze, że na drugi dzień nie zna­le­ziono jego łódki sto­ją­cej w ska­li­stym wrę­bie. Za­wa­ko­wało3 tedy4 miej­sce la­tar­nika, które trzeba było jak naj­prę­dzej ob­sa­dzić, po­nie­waż la­tar­nia nie­małe ma zna­cze­nie tak dla ru­chu miej­sco­wego, jak i dla okrę­tów idą­cych z New Yorku do Pa­namy. Za­toka Mo­ski­tów5 ob­fi­tuje w piasz­czy­ste ła­wice i za­spy, mię­dzy któ­rymi droga na­wet w dzień jest trudna, w nocy zaś, zwłasz­cza wśród mgieł pod­no­szą­cych się czę­sto na tych ogrze­wa­nych pod­zwrot­ni­ko­wym słoń­cem wo­dach pra­wie nie­po­dobna. Je­dy­nym wów­czas prze­wod­ni­kiem dla licz­nych stat­ków bywa świa­tło la­tarni. Kło­pot wy­na­le­zie­nia no­wego la­tar­nika spadł na kon­sula Sta­nów Zjed­no­czo­nych, re­zy­du­ją­cego w Pa­na­mie, a był to kło­pot nie­mały, raz z tego po­wodu, że na­stępcę trzeba było zna­leźć ko­niecz­nie w ciągu dwu­na­stu go­dzin; po wtóre, na­stępca mu­siał być nad­zwy­czaj su­mien­nym czło­wie­kiem, nie można więc było przyj­mo­wać byle kogo; na ko­niec w ogóle kan­dy­da­tów na po­sadę bra­kło. Ży­cie na wieży jest nad­zwy­czaj trudne i by­naj­mniej nie uśmie­cha się roz­próż­nia­czo­nym i lu­bią­cym swo­bodną włó­częgę lu­dziom Po­łu­dnia. La­tar­nik jest nie­mal więź­niem. Z wy­jąt­kiem nie­dzieli nie może on wcale opusz­czać swej ska­li­stej wy­sepki. Łódź z Aspin­wall przy­wozi mu raz na dzień za­pasy żyw­no­ści i świeżą wodę, po czym przy­wo­żący od­da­lają się na­tych­miast, na ca­łej zaś wy­sepce, ma­ją­cej morgę roz­le­gło­ści, nie ma ni­kogo. La­tar­nik mieszka w la­tarni, utrzy­muje ją w po­rządku; w dzień daje znaki wy­wie­sza­niem róż­no­ko­lo­ro­wych flag we­dle wska­zó­wek ba­ro­me­tru, w wie­czór zaś za­pala świa­tło. Nie by­łaby to wielka ro­bota, gdyby nie to, że chcąc się do­stać z dołu do ognisk na szczyt wieży, trzeba przejść prze­szło czte­ry­sta scho­dów krę­tych i na­der wy­so­kich, la­tar­nik zaś musi od­by­wać tę po­dróż cza­sem i kilka razy dzien­nie. W ogóle jest to ży­cie klasz­torne, a na­wet wię­cej niż klasz­torne, bo pu­stel­ni­cze. Nic też dziw­nego, że Mr. Izaak Fal­con­bridge był w nie­ma­łym kło­po­cie, gdzie znaj­dzie sta­łego na­stępcę po nie­bosz­czyku, i ła­two zro­zu­mieć jego ra­dość, gdy naj­nie­spo­dzia­niej na­stępca zgło­sił się jesz­cze te­goż sa­mego dnia. Był to czło­wiek już stary, lat sied­miu­dzie­siąt albo i wię­cej, ale czer­stwy, wy­pro­sto­wany, ma­jący ru­chy i po­stawę żoł­nie­rza. Włosy miał zu­peł­nie białe, płeć6 spa­loną, jak u Kre­olów, ale są­dząc z nie­bie­skich oczu, nie na­le­żał do lu­dzi Po­łu­dnia. Twarz jego była przy­gnę­biona i smutna, ale uczciwa. Na pierw­szy rzut oka po­do­bał się Fal­con­bridge'owi. Po­zo­stało go tylko wy­eg­za­mi­no­wać, wsku­tek czego wy­wią­zała się na­stę­pu­jąca roz­mowa:

- Skąd je­ste­ście?

- Je­stem Po­lak.

- Co­ście ro­bili do­tąd?

- Tu­ła­łem się.

- La­tar­nik po­wi­nien lu­bić sie­dzieć na miej­scu.

- Po­trze­buję od­po­czynku.

- Czy słu­ży­li­ście kiedy? Czy ma­cie świa­dec­twa uczci­wej służby rzą­do­wej?

Stary czło­wiek wy­cią­gnął z za­na­drza spło­wiały je­dwabny szmat, po­dobny do strzępu sta­rej cho­rą­gwi. Roz­wi­nął go i rzekł:

- Oto są świa­dec­twa. Ten krzyż do­sta­łem w roku trzy­dzie­stym. Ten drugi jest hisz­pań­ski z wojny kar­li­stow­skiej7; trzeci to le­gia fran­cu­ska8; czwarty otrzy­ma­łem na Wę­grzech9. Po­tem bi­łem się w Sta­nach prze­ciw po­łu­dniow­com10, ale tam nie dają krzy­żów - więc oto pa­pier.

Fal­con­bridge wziął pa­pier i za­czął czy­tać.

- Hm! Ska­wiń­ski? To jest wa­sze na­zwi­sko?... Hm!... Dwie cho­rą­gwie zdo­byte wła­sno­ręcz­nie w ataku na ba­gnety... By­li­ście wa­lecz­nym żoł­nie­rzem!

- Po­tra­fię być i su­mien­nym la­tar­ni­kiem.

- Trzeba tam co dzień wcho­dzić po kilka razy na wieżę. Czy nogi ma­cie zdrowe?

- Prze­sze­dłem pie­chotą "pleny"11.

- All ri­ght! Czy je­ste­ście obe­znani ze służbą mor­ską?

- Trzy lata słu­ży­łem na wie­lo­ryb­niku.

- Pró­bo­wa­li­ście róż­nych za­wo­dów?

- Nie za­zna­łem tylko spo­koj­no­ści.

- Dla­czego?

Stary czło­wiek ru­szył ra­mio­nami.

- Taki los...

- Wsze­lako na la­tar­nika wy­da­je­cie mi się za sta­rzy.

- Sir - ozwał się na­gle kan­dy­dat wzru­szo­nym gło­sem. - Je­stem bar­dzo znu­żony i sko­ła­tany. Dużo, wi­dzi­cie, prze­sze­dłem. Miej­sce12 to jest jedno z ta­kich, ja­kie naj­go­rę­cej pra­gnę otrzy­mać. Je­stem stary, po­trze­buję spo­koju! Po­trze­buję so­bie po­wie­dzieć: tu już bę­dziesz sie­dział, to jest twój port. Ach, Sir! To od was tylko za­leży. Drugi raz się może taka po­sada nie zda­rzy. Co za szczę­ście, że by­łem w Pa­na­mie... Bła­gam was... Jak mi Bóg miły, je­stem jak sta­tek, który je­śli nie wej­dzie do portu, to za­to­nie... Je­śli chce­cie uszczę­śli­wić czło­wieka sta­rego... Przy­się­gam, że je­stem uczciwy, ale... Dość mam już tego tu­łac­twa...

Nie­bie­skie oczy starca wy­ra­żały tak go­rącą prośbę, że Fal­con­bridge, który miał do­bre, pro­ste serce, czuł się wzru­szony.

- Well! - rzekł. - Przyj­muję was. Je­ste­ście la­tar­ni­kiem.

Twarz sta­rego za­ja­śniała nie­wy­po­wie­dzianą ra­do­ścią.

- Dzię­kuję.

- Czy mo­że­cie dziś je­chać na wieżę?

- Tak jest.

- Za­tem good bye!... Jesz­cze słowo: za każde uchy­bie­nie w służ­bie do­sta­nie­cie dy­mi­sję.

- All ri­ght!

Te­goż sa­mego jesz­cze wie­czora, gdy słońce sto­czyło się na drugą stronę mię­dzy­mo­rza, a po dniu pro­mien­nym na­stą­piła noc bez zmierz­chu, nowy la­tar­nik wi­docz­nie był już na miej­scu, bo la­tar­nia rzu­ciła jak zwy­kle na wody swoje snopy ja­skra­wego świa­tła. Noc była zu­peł­nie spo­kojna, ci­cha, praw­dzi­wie pod­zwrot­ni­kowa, prze­sy­cona ja­sną mgłą, two­rzącą koło księ­życa wielki, za­bar­wiony tę­czowo krąg o mięk­kich, nie­uję­tych brze­gach. Mo­rze tylko bu­rzyło się, po­nie­waż przy­pływ wzbie­rał. Ska­wiń­ski stał na bal­ko­nie, tuż koło ol­brzy­mich ognisk, po­dobny z dołu do ma­łego, czar­nego punk­ciku. Pró­bo­wał ze­brać myśl i ob­jąć swe nowe po­ło­że­nie. Ale myśl jego była nadto pod na­ci­skiem, by mo­gła snuć się pra­wi­dłowo. Czuł on coś ta­kiego, co czuje szczuty zwierz, gdy wresz­cie schroni się przed po­go­nią na ja­kiejś nie­do­stęp­nej skale lub w pie­cza­rze. Nad­szedł na­resz­cie dla niego czas spo­koju. Po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa na­peł­niło ja­kąś nie­wy­sło­wioną roz­ko­szą jego du­szę. Oto mógł na tej skale po pro­stu urą­gać daw­nemu tu­łac­twu, daw­nym nie­szczę­ściom i nie­po­wo­dze­niom. Był on na­prawdę jak okręt, któ­remu bu­rza ła­mała maszty, rwała liny, ża­gle, któ­rym rzu­cała od chmur na dno mo­rza, w który biła falą, pluła pianą - a który jed­nak za­wi­nął do portu. Ob­razy tej bu­rzy prze­su­wały się te­raz szybko w jego my­śli w prze­ciw­sta­wie­niu do ci­chej przy­szło­ści, jaka miała się roz­po­cząć. Część swych dziw­nych ko­lei opo­wia­dał sam Fal­con­bridge'owi, nie wspo­mniał jed­nak o ty­sią­cz­nych in­nych przy­go­dach. Miał on nie­szczę­ście, że ile­kroć roz­bił gdzie na­miot i roz­nie­cił ogni­sko, by się osie­dlić stale, ja­kiś wiatr wy­ry­wał kołki na­miotu, roz­wie­wał ogni­sko, a jego sa­mego niósł na stra­ce­nie. Spo­glą­da­jąc te­raz z wie­żo­wego bal­konu na oświe­cone fale, wspo­mi­nał o wszyst­kim, co prze­szedł. Oto bił się w czte­rech czę­ściach świata - i na tu­łaczce pró­bo­wał wszyst­kich nie­mal za­wo­dów. Pra­co­wity i uczciwy, nie­raz do­ra­biał się gro­sza i za­wsze tra­cił go wbrew wszel­kim prze­wi­dy­wa­niom i naj­więk­szej ostroż­no­ści. Był ko­pa­czem złota w Au­stra­lii, po­szu­ki­wa­czem dia­men­tów w Afryce, strzel­cem rzą­do­wym w In­diach Wschod­nich. Gdy w swoim cza­sie za­ło­żył w Ka­li­for­nii farmę, zgu­biła go su­sza; pró­bo­wał han­dlu z dzi­kimi ple­mio­nami za­miesz­ku­ją­cymi wnę­trze Bra­zy­lii: tra­twa jego roz­biła się na Ama­zonce, on sam zaś bez­bronny i pra­wie nagi tu­łał się w la­sach przez kilka ty­go­dni, ży­wiąc się dzi­kim owo­cem, na­ra­żony co chwila na śmierć w pasz­czy dra­pież­nych zwie­rząt. Za­ło­żył warsz­tat ko­wal­ski w He­le­nie, w Ar­kan­sas, i - spa­lił się w wiel­kim po­ża­rze ca­łego mia­sta. Na­stęp­nie w Gó­rach Ska­li­stych do­stał się w ręce In­dian i cu­dem tylko zo­stał wy­ba­wiony przez ka­na­dyj­skich strzel­ców. Słu­żył jako maj­tek na statku kur­su­ją­cym mię­dzy Ba­hią i Bor­de­aux, po­tem jako har­pun­nik na wie­lo­ryb­niku: oba statki roz­biły się. Miał fa­brykę cy­gar w Ha­wa­nie - zo­stał okra­dziony przez wspól­nika w chwili, gdy sam le­żał chory na "vo­mito". Wresz­cie przy­był do Aspin­wall - i tu miał być kres jego nie­po­wo­dzeń. Cóż go bo­wiem mo­gło do­ści­gnąć jesz­cze na tej ska­li­stej wy­sepce? Ani woda, ani ogień, ani lu­dzie. Zresztą od lu­dzi Ska­wiń­ski nie­wiele do­znał złego. Czę­ściej spo­ty­kał do­brych niż złych.

1 Aspin­wall, obec. Co­lón - mia­sto w Pa­na­mie nad Mo­rzem Ka­ra­ib­skim, do 1890 r. no­siło na­zwę Aspin­wall.

2 bał­wan - tu­taj: wy­soka fala.

3 za­wa­ko­wało (dawn.) - o sta­no­wi­sku w pracy: zwol­niło się, po­wstał wa­kat.

4 tedy (dawn.) - za­tem, więc.

5 Za­toka Mo­ski­tów (hiszp. Golfo de los Mo­squ­itos) - za­toka Mo­rza Ka­ra­ib­skiego u pół­nocno-za­chod­nich wy­brzeży Pa­namy.

6 płeć (dawn.) - tu­taj w zna­cze­niu: cera.

7 wojny kar­li­stow­skie - trzy hisz­pań­skie wojny do­mowe, to­czone w la­tach 1833-1840, 1846-1849 i 1872-1876.

8 Ska­wiń­ski za­cią­gnął się do fran­cu­skiej Le­gii Cu­dzo­ziem­skiej, jed­nostki po­wsta­łej w 1831 roku, zło­żo­nej z ob­co­kra­jow­ców, która wal­czyła w obro­nie in­te­re­sów Fran­cji poza jej gra­ni­cami.

9 Cho­dzi o po­wsta­nie wę­gier­skie w la­tach 1848-1849, bę­dące czę­ścią tzw. Wio­sny Lu­dów.

10 Ska­wiń­ski brał udział w woj­nie se­ce­syj­nej (1861-1865) po stro­nie Unii, zwa­nej też "Pół­nocą".

11 pleny - stepy mię­dzy No­wym Jor­kiem a Ka­li­for­nią.

12 miej­sce - tu­taj w zna­cze­niu: po­sada, sta­no­wi­sko.

Sąd Ozy­rysa1

Prze­ło­żył z egip­skiego pa­pi­rusu Hen­ryk Sien­kie­wicz2

A gdy umarł w Egip­cie syn Psu­na­bu­desa, Psu­na­bu­des, wielki mi­ni­ster któ­re­goś tam Tut­mesa3, z któ­rejś dy­na­stii pa­nu­ją­cej przed na­pa­dem Hyk­sów4, dwie nie­śmier­telne Idee po­kłó­ciły się o jego du­szę tak za­pal­czy­wie i na­peł­niły ta­kim ha­ła­sem nie­skoń­czone prze­stwo­rza ci­chej wiecz­no­ści, iż wszech­mocny Ozy­rys ka­zał im sta­nąć przed sobą i za­py­tał:

- Kto wy je­ste­ście, o du­chy, kto jest ten grzesz­nik, któ­rego me ja­strzę­bie oko do­strzega mię­dzy wami i dla­czego w kra­inie Ci­szy kłó­ci­cie się jak dwie prze­kupki z Mem­fis?5

A na to tak od­po­wie­dział pierw­szy z du­chów:

- Ja, pa­nie, je­stem nie­śmier­telna Głu­pota. Opie­ko­wa­łam się tu obec­nym Eks­ce­len­cją Psu­na­bu­de­sem jak ko­cha­jąca matka. Dyk­to­wa­łam mu wszyst­kie jego słowa, by­łam mu prze­wod­niczką we wszel­kich czy­nach. Nie od­stę­po­wa­łam go ani na chwilę, a po­nie­waż i on trzy­mał się mo­jej szaty stale i wier­nie, po­nie­waż całe ży­cie był, we­dle egip­skiego przy­sło­wia, głupi jak sto­łowe nogi, przeto chcę za­brać te­raz jego du­szę i umie­ścić ją w tej za­ziem­skiej kra­inie, którą wła­dam, a która prze­zna­czona jest na wie­ku­iste sie­dli­sko dur­niów.

Ozy­rys zwró­cił się do dru­giego du­cha:

- Mów ty te­raz - rzekł bio­rąc w ręce wagi, na któ­rych wa­żył wszel­kie my­śli, słowa i uczynki.

- Ja, o pa­nie, je­stem nie­śmier­telna Nie­go­dzi­wość. Nie prze­czę wcale, że Jego Eks­ce­len­cja Psu­na­bu­des po­peł­niał czę­sto na swym wy­so­kim sta­no­wi­sku błędy godne osła, ale twier­dzę, że przede wszyst­kim był szu­braw­cem. Je­śli po­zwo­lisz, pa­nie, przy­to­czę ci na to ty­sią­czne do­wody, któ­rych Głu­pota, choćby dla­tego że jest Głu­potą, nie po­trafi ni­gdy oba­lić.

- Głu­pota - prze­rwał Ja­strzę­bio­oki, pod­no­sząc do góry swój opatrz­no­ściowy pa­lec - nie umie tylko bu­do­wać, czę­sto na­to­miast umie oba­lać, co po­wie­dziaw­szy na­wia­sem, py­tam się na­stęp­nie, czego żą­dasz?

- Chcę, pa­nie, za­brać tę du­szę i umie­ścić ją w tej za­ziem­skiej kra­inie, którą ja wła­dam, a która prze­zna­czona jest na po­śmiertne wie­ku­iste sie­dli­sko dla ło­trów.

To mó­wiąc chwy­ciła za rękę Psu­na­bu­desa, ale w tej sa­mej chwili Głu­pota chwy­ciła go za drugą, i obie, ta­mu­jąc dech w pier­siach, cze­kały na wy­rok Spra­wie­dli­wego.

A Spra­wie­dliwy wpił swój ptasi wzrok w Psu­na­bu­desa i przy­pa­try­wał mu się przez czas dłuż­szy, a wresz­cie rzekł:

- Wi­dzę, że obie ma­cie do niego prawo, więc chęt­nie bym was wy­słu­chał i roz­są­dził, ale za­prawdę po­ło­że­nie jest dziwne. Oto twoje do­wody, o Głu­poto, będą głu­pie, a twoje, o Nie­go­dzi­wo­ści, nie­go­dziwe. Wo­bec tego nie mogę ich roz­wa­żać, a za­tem żad­nej z was nie mogę udzie­lić głosu. Ja­każ więc na to jest rada? Oto za­wo­łam Mą­dro­ści, która wszystko prze­nika, i roz­każę jej, aby mi przed­sta­wiła w krót­kich a mą­drych sło­wach i ży­wot Jego Eks­ce­len­cji, i wa­szą sprawę.

- O pa­nie - szep­nęła Głu­pota - Mą­drość jest moją oso­bi­stą nie­przy­ja­ciółką.

Spra­wie­dliwy pod­niósł znów w górę swój opatrz­no­ściowy pa­lec.

- Wierz mi, Głu­poto, że praw­dziwa Mą­drość jest za­równo nie­przy­ja­ciółką Nie­go­dzi­wo­ści, jak i twoją.

I w tejże chwili przy­wo­łał Mą­drość, a ta sta­wiła się na­tych­miast i spoj­rzaw­szy na Psu­na­bu­desa nie zdzi­wiła się wpraw­dzie, al­bo­wiem Mą­drość ni­czemu się nie dziwi, ale uśmiech­nęła się jakby z pew­nym za­do­wo­le­niem i rze­kła:

- Ach, to Jego Eks­ce­len­cja, który taj­nym okól­ni­kiem do gu­ber­na­to­rów za­bro­nił mi po­bytu w Egip­cie!...

- Dla do­bra pań­stwa, słowo uczci­wo­ści... - po­czął się tłu­ma­czyć Psu­na­bu­des.

Lecz Ozy­rys na­ka­zał mu mil­cze­nie, sam zaś za­py­tał:

- Po­wiedz mi, Mą­dro­ści, czy ten za­kaz był bar­dziej głupi, czy nie­go­dziwy?

- Jed­na­kowo, zu­peł­nie jed­na­kowo! - od­po­wie­działa Mą­drość.

Więc Spra­wie­dliwy po­ło­żył równe cię­żarki na sza­lach, opar­tych o sto­pień jego tronu.

- Mów da­lej - rzekł - aby się stało wresz­cie wia­domo, który z tych dwóch du­chów ma po­my­śleć o naj­wła­ściw­szym dla Eks­ce­len­cji osie­dle­niu.

Więc Mą­drość po­częła stresz­czać całe ży­cie Psu­na­bu­desa, od wcze­snej mło­do­ści aż do ostat­niej chwili jego ziem­skiej po­dróży. Wspo­mniała, jak w aka­de­mii, w stu­bram­nych Te­bach6, był za­cie­kłym li­be­ra­łem, jak wstą­piw­szy na­stęp­nie do urzędu, za­pi­sał się nie­ba­wem do dzia­ła­czy pań­stwo­wych i drwił z za­sad, które za stu­denc­kich cza­sów wy­gła­szał, jak pod ha­słem: "Egipt dla Egip­cjan!" pra­co­wał nad zjed­no­cze­niem pań­stwa pod wła­dzą mem­fic­kiej biu­ro­kra­cji, jak wresz­cie w ciągu dłu­giego swego za­wodu usta­wicz­nie ko­goś po­dej­rze­wał, coś wie­trzył, prze­ciwko ko­muś wy­sy­łał ra­porty, przed czymś ostrze­gał, cze­goś nie do­pusz­czał, coś za­my­kał, coś ukra­cał - i za­miast roz­sze­rzać ludzką dzia­łal­ność i ludz­kie ży­cie, usta­wicz­nie je obrzy­dzał, krę­po­wał i ogra­ni­czał.

- Czy nie są­dzisz, że to są szel­mo­stwa? - prze­rwał Ozy­rys, do­rzu­ca­jąc cię­żaru na szalę Nie­go­dzi­wo­ści.

- Nie prze­czę, o Wszech­tre­ściwy - od­rze­kła Mą­drość - ale po­zwolę so­bie za­uwa­żyć, że była w tym i głu­pota tak wielka jak pi­ra­mida Che­opsa, al­bo­wiem Psu­na­bu­des, pra­cu­jąc niby dla po­tęgi Egiptu, w grun­cie rze­czy go osła­biał, pra­cu­jąc niby dla jego sławy, osta­tecz­nie go zo­hy­dzał, pra­cu­jąc niby dla po­rządku w pań­stwie, wtrą­cał je w bez­ład i two­rzył mu we­wnętrz­nych nie­przy­ja­ciół, a przy tym ni­gdy w jego za­ku­tej gło­wie nie po­stała ani na chwilę myśl, że cała jego ro­bota może przy­nieść tylko szkody i klę­ski.

- Je­śli tak - rzekł Spra­wie­dliwy - to trzeba do­rzu­cić i na szalę Głu­poty.

- Trzeba! - po­wtó­rzyła Mą­drość - ale słu­chaj mnie, pa­nie, da­lej. Zo­stał po­tem Psu­na­bu­des gu­ber­na­to­rem pro­win­cji pół­noc­nej Ptah7, za­miesz­ka­łej prze­waż­nie przez Fe­ni­cjan i Gre­ków, i za­równo jed­nych, jak i dru­gich po­czął gor­li­wie prze­ra­biać na Egip­cjan. Za­bra­niał im mó­wić i pi­sać na pa­pi­ru­sach we wła­snym ję­zyku, prze­śla­do­wał ich wiarę i po­za­my­kał ich szkoły, a przede wszyst­kim ka­zał im no­sić czepki, które, jak wia­domo, są na­ro­do­wym egip­skim po­kry­ciem głowy. W jego prze­ko­na­niu cze­pek sta­no­wił ­Egip­cja­nina, ja­kie zaś my­śli wrzały w tych gło­wach, któ­rym na­rzu­cił czepki, nad tym nie był się zdolny za­sta­no­wić. Ci wszakże, któ­rzy nie chcieli no­sić czep­ków, mo­gli się od nich uwol­nić ła­pówką, w ten bo­wiem spo­sób wzra­stał ma­ją­tek gu­ber­na­tora.

Ozy­rys pod­niósł po raz trzeci pa­lec do góry i rzekł z po­wagą:

- Ła­pówki nie do­wo­dzą głu­poty.

- Za­pewne, pa­nie, ale nie do­rzu­caj ich na szalę Nie­go­dzi­wo­ści, po­nie­waż w Egip­cie wszy­scy dy­gni­ta­rze uwa­żają ła­pówki za zwy­czaj tak po­wszechny i tak zgodny ze starą tra­dy­cją egip­ską, że biorą je z zu­peł­nie czy­stym su­mie­niem.

- Masz słusz­ność i jako bóg egip­ski nie po­wi­nie­nem był o tym za­po­mi­nać. Nie do­rzucę też nic na żadną szalę, póki nie po­wiesz, jak po­stę­po­wał Psu­na­bu­des jako mi­ni­ster fa­ra­ona?

- Egipt, jak ci wia­domo, Spra­wie­dliwy, po­trze­bo­wał wiel­kich i głę­bo­kich re­form. Otóż Psu­na­bu­des, zo­staw­szy mi­ni­strem, po­sta­rał się przede wszyst­kim o to, by re­formy nie były wiel­kie i głę­bo­kie, ale drobne i płyt­kie. Egipt po­trze­bo­wał no­wych i mą­drych lu­dzi, któ­rzy by byli przy­ja­ciółmi wy­żej wspo­mnia­nych re­form, Psu­na­bu­des zaś po­wie­rzył ich wy­ko­na­nie daw­nym, głu­po­wa­tym urzęd­ni­kom, któ­rzy byli ich wro­gami. Jaka z tego po­wsta­wała ka­ry­ka­tura i jaka szkoda dla Egiptu, to ła­two poj­mie nie tylko tak prze­ni­kliwy umysł jak twój, pa­nie, albo jak umysł kro­ko­dyla, kota lub ich­neu­mona8, ale na­wet zwy­kły, miałki ro­zum czło­wie­czy. Psu­na­bu­des był zbyt tępy, by ro­zu­mieć, iż pań­stwo musi być od pod­staw do szczytu prze­bu­do­wane, a za mało uczciwy, by prze­pro­wa­dzić su­mien­nie na­wet te zmiany, któ­rych ko­niecz­ność uznał i zro­zu­miał sam fa­raon.

1 Ozy­rys - w mi­to­lo­gii egip­skiej je­den z naj­waż­niej­szych bo­gów. Był bra­tem i mę­żem Izydy, która wskrze­siła go po tym, jak zo­stał za­mor­do­wany przez Seta. Wła­dał świa­tem ziem­skim, a po swo­jej śmierci także świa­tem zmar­łych, gdzie był także sę­dzią dusz. Był bo­giem od­ra­dza­ją­cej się przy­rody i wiecz­nego ży­cia. Oj­ciec Ho­rusa, który prze­jął od niego wła­dzę ziem­ską. Przed­sta­wiany z in­sy­gniami kró­lew­skimi i owi­nięty w ban­daże, po­dob­nie jak mu­mie.

2 Żart ma­jący na celu od­wró­ce­nie uwagi cen­zury car­skiej.

3 któ­re­goś tam Tut­mesa - liczby po­rząd­kowe nie­czy­telne [przy­pis au­tora].

4 Hyk­so­wie a. Hyk­sosi - grupa ple­mion z Azji Za­chod­niej, które w XVIII-XVII w. p.n.e. osie­dliły się na wschod­nich te­re­nach delty Nilu i zin­te­gro­wały się ze spo­łe­czeń­stwem egip­skim, przej­mu­jąc oby­czaje i re­li­gię. Za­ło­żyli nową, XIV dy­na­stię fa­ra­onów, rzą­dząc Egip­tem przez po­nad 100 lat.

5 Mem­fis - grecka na­zwa jed­nego z naj­waż­niej­szych miast w sta­ro­żyt­nym Egip­cie, po­ło­żo­nego na za­chod­nim brzegu Nilu, na gra­nicy mię­dzy Dol­nym a Gór­nym Egip­tem. Peł­niło funk­cję sto­licy oraz waż­nego ośrodka re­li­gij­nego.

6 Teby (Egipt; nie my­lić z Te­bami w Gre­cji) - sta­ro­żytne mia­sto w Gór­nym Egip­cie.

7 pro­win­cja pół­nocna Ptah - pro­win­cja egip­ska z mia­stem Mem­fis, jej pa­tro­nem był bóg Ptah.

8 ich­neu­mon - man­gu­sta egip­ska, inna na­zwa: szczur fa­ra­ona. Nie­wiel­kie zwie­rzę z ro­dziny man­gu­sto­wa­tych.

Janko mu­zy­kant - opra­co­wa­nie

Janko mu­zy­kant uka­zał się w 1879 roku w "Ku­rie­rze War­szaw­skim". No­wela ma cha­rak­ter bio­gra­ficzny - opi­suje ży­cie ty­tu­ło­wego Janka, wiej­skiego dziecka, od jego na­ro­dzin do śmierci. Już po na­ro­dze­niu Janko był sła­bego zdro­wia i nie da­wano mu szans na prze­ży­cie, dla­tego zo­stał ochrzczony przez po­ma­ga­jące przy po­ro­dzie ko­biety jesz­cze przed przy­by­ciem księ­dza. Do­żył jed­nak 10. lat, mimo wiel­kiej biedy i fa­tal­nych wa­run­ków. Janko wy­raź­nie od­róż­niał się od in­nych dzieci - był tro­chę nie­roz­gar­nięty, czę­sto za­nie­dby­wał obo­wiązki, ale był szcze­gól­nie wraż­liwy na mu­zykę. Sły­szał ją w le­sie, w co­dzien­nym ży­ciu wsi, uwiel­biał też przy­słu­chi­wać się mu­zyce w karcz­mie. Stąd też prze­zwi­sko, ja­kie nadali mu miesz­kańcy wsi - "Janko Mu­zy­kant". Jego naj­więk­szym ma­rze­niem było po­sia­da­nie skrzy­piec, dla­tego wy­ko­nał wła­sny in­stru­ment z gonta (ro­dzaj drew­nia­nej da­chówki) i koń­skiego wło­sia, który jed­nak nie wy­da­wał dźwię­ków tak pięk­nych, jak praw­dziwe skrzypce. Jego uwiel­bie­nie dla mu­zyki nie spo­ty­kało się ze zro­zu­mie­niem matki ani wiej­skiej spo­łecz­no­ści i czę­sto było brane za le­ni­stwo, za co Janko nie­jed­no­krot­nie był bity, za­równo przez matkę, jak i in­nych miesz­kań­ców wsi. Pra­gnie­nie po­sia­da­nia skrzy­piec jest naj­istot­niej­szym mo­ty­wem no­weli - to ono za­pro­wa­dzi Janka pod dwór, gdzie lo­kaj trzyma skrzypce w kre­den­sie. Wie­dziony pra­gnie­niem do­tknię­cia skrzy­piec wcho­dzi do dworu i zo­staje na­kryty przez służbę. Jego za­cho­wa­nie zo­staje uznane za próbę kra­dzieży i chło­piec tra­fia przed sąd, który wy­daje wy­rok - 50 rózg, czyli ude­rzeń. Karę wy­ko­nuje stój­kowy (po­li­cjant) Stach, ale bije chłopca za mocno. W efek­cie Janko umiera, wciąż ma­rząc o skrzyp­kach. No­welę za­myka epi­log, w któ­rym wła­ści­ciele dworu, za­możni ary­sto­kraci, wra­cają z po­dróży i roz­ma­wiają po fran­cu­sku o tym, jak wspa­niale jest wspie­rać uzdol­nione ar­ty­stycz­nie dzieci we Wło­szech. W no­weli wi­dać wpływy na­tu­ra­li­zmu - au­tor opi­suje głód i prze­moc, któ­rych ofiarą był Janko, nie da­jąc po­zy­tyw­nych roz­wią­zań sy­tu­acji. Epi­log z po­wro­tem pań­stwa z Włoch jest gorz­kim i iro­nicz­nym ko­men­ta­rzem spo­łecz­nym - ary­sto­kra­cja woli wspie­rać ta­lenty za gra­nicą, pod­czas gdy wiej­skie dzieci w ich oko­licy nie mają szans nie tyle na edu­ka­cję i roz­wi­ja­nie swo­ich ta­len­tów, co na­wet na prze­trwa­nie w trud­nych re­aliach, w ja­kich żyją.

W war­stwie re­ali­stycz­nej Janko mu­zy­kant opo­wiada hi­sto­rię chłopca, który uro­dził się i żył w bar­dzo trud­nych wa­run­kach. To czę­sty w no­we­lach Sien­kie­wi­cza mo­tyw nie­za­wi­nio­nej nie­doli - dziecko wiej­skie nie ma wpływu na swój los i wa­runki, w ja­kich się wy­cho­wuje. W war­stwie sym­bo­licz­nej to opo­wieść o pró­bie zbli­że­nia się do swo­ich ma­rzeń. Chcąc do­tknąć skrzy­piec, Janko nie tylko sięga po in­stru­ment, który do niego nie na­leży, ale też sym­bo­licz­nie chce do­stać moż­li­wość in­nego ży­cia, które jest dla niego nie­do­stępne i za to ma­rze­nie płaci naj­wyż­szą cenę. Nar­ra­cja w no­weli jest pro­wa­dzona przez wszyst­ko­wie­dzą­cego, trze­cio­oso­bo­wego nar­ra­tora, który ko­men­tuje rze­czy­wi­stość za po­mocą iro­nicz­nych uwag lub py­tań re­to­rycz­nych (np. do Sta­cha, czy mu­siał bić chłopca tak mocno). Waż­nym ele­men­tem kon­struk­cji no­weli są ele­menty li­ryczne, obecne głów­nie w opi­sach przy­rody. Pod­kre­ślają one szcze­gólną wraż­li­wość Janka na ota­cza­jący go świat i dźwięki. W sce­nie, w któ­rej główny bo­ha­ter pa­trzy na oświe­tlone przez księ­życ skrzypki, pa­trzymy na nie z jego per­spek­tywy. Janko od­czuwa to, co wi­dzi, jako cza­ro­dziej­ską scenę, kiedy cała przy­roda się z nim ko­mu­ni­kuje, na­ma­wia­jąc go do się­gnię­cia po skrzypce (wiatr, ło­pu­chy, sło­wik) lub od­wo­dząc go od tego po­my­słu (le­lek). Kiedy Janko po­dej­muje de­cy­zję o wej­ściu do dworu, przy­roda na chwilę ­milk­nie.

Janko Mu­zy­kant - naj­waż­niej­sze in­for­ma­cje!

no­wela o te­ma­tyce chłop­skiej nar­ra­tor trze­cio­oso­bowy, wszyst­ko­wie­dzący punkt kul­mi­na­cyjny: do­tknię­cie skrzy­piec przez Janka sym­bo­lika skrzy­piec: nie tylko in­stru­ment mu­zyczny, któ­rego Janko bar­dzo pra­gnie, ale także sym­bol lep­szego ży­cia li­ryczne opisy przy­rody na­tu­ra­lizm: opis ży­cia na wsi i prze­mocy, jaka spo­tyka Janka za jego od­mien­ność ko­men­tarz spo­łeczny: za­można ary­sto­kra­cja woli wspie­rać uta­len­to­wane dzieci za gra­nicą, nie przej­mu­jąc się lo­sem miesz­kań­ców ich oko­licy (ko­men­tarz iro­niczny)

La­tar­nik - opra­co­wa­nie

La­tar­nik uka­zał się w 1881 roku w dwu­ty­go­dniku "Niwa". No­wela po­wstała po po­wro­cie pi­sa­rza ze Sta­nów Zjed­no­czo­nych Ame­ryki i przed­sta­wia losy pol­skiego emi­granta, Ska­wiń­skiego. Jak wska­zuje przy­pis au­tora, no­wela zo­stała oparta na au­ten­tycz­nym wy­da­rze­niu, ja­kie opi­sał Ju­lian Ho­rain - pol­ski la­tar­nik Siel­lawa zo­stał zwol­niony z po­sady po tym, jak za­nie­dbał swoje obo­wiązki, za­czy­tu­jąc się w książce Zyg­munta Kacz­kow­skiego, Mur­de­lio. Do tej hi­sto­rii Sien­kie­wicz do­dał jed­nak wą­tek pa­trio­tyczny.

W Aspin­wall w Pa­na­mie za­gi­nął la­tar­nik, więc kon­sul USA, Izaak Fal­con­bridge, musi jak naj­szyb­ciej zna­leźć ko­goś na jego miej­sce. Do pracy zgła­sza się Ska­wiń­ski - Po­lak, emi­grant szu­ka­jący spo­koj­nej, bez­piecz­nej po­sady. Ska­wiń­ski, jako uho­no­ro­wany od­zna­cze­niami we­te­ran wielu wo­jen i czło­wiek o bo­ga­tym ży­cio­wym do­świad­cze­niu, robi do­sko­nałe wra­że­nie na Fal­con­bridge'u i jesz­cze tego sa­mego dnia roz­po­czyna pracę la­tar­nika w Aspin­wall.

W ja­kich woj­nach brał udział Ska­wiń­ski?

po­wsta­nie li­sto­pa­dowe (1830-1831) wojny kar­li­stow­skie w Hisz­pa­nii (1833-1840) walki to­czone przez fran­cu­ską Le­gię Cu­dzo­ziem­ską (w no­weli nie ma szcze­gó­ło­wych in­for­ma­cji na ten te­mat) Wio­sna Lu­dów na Wę­grzech (1848-1849) wojna se­ce­syjna w Sta­nach Zjed­no­czo­nych Ame­ryki (1861-1865)

Ak­cja no­weli roz­grywa się w trzech pla­nach cza­so­wych. Pierw­szy plan cza­sowy to okres od za­trud­nie­nia Ska­wiń­skiego na po­sa­dzie la­tar­nika do jego zwol­nie­nia. Dzieje się to w la­tach 70. XIX wieku, okres ten obej­muje kilka mie­sięcy. Pod­czas po­bytu Ska­wiń­skiego w la­tarni ob­ser­wu­jemy po­głę­bia­nie re­la­cji głów­nego bo­ha­tera z ota­cza­jącą go przy­rodą. La­tar­nik ob­ser­wuje kra­jo­braz, za­przy­jaź­nia się z pta­kami, które do­kar­mia i stop­niowo traci za­in­te­re­so­wa­nie świa­tem poza wy­spą. Od­na­lazł długo po­szu­ki­wany spo­kój.

Drugi plan cza­sowy, dzięki za­sto­so­wa­niu re­tro­spek­cji, to hi­sto­ria ży­cia Ska­wiń­skiego - udział w po­wsta­niu li­sto­pa­do­wym, a na­stęp­nie emi­gra­cja i udział w ko­lej­nych woj­nach: kar­li­stow­skich w Hisz­pa­nii, służba we fran­cu­skiej Le­gii Cu­dzo­ziem­skiej, walki pod­czas Wio­sny Lu­dów na Wę­grzech i wojny se­ce­syj­nej w USA. Ska­wiń­ski imał się także róż­nych za­wo­dów, ale za każ­dym ra­zem jego przed­się­wzię­cie koń­czyło się fia­skiem, jak gdyby bo­ha­tera prze­śla­do­wał pech.

Trzeci plan cza­sowy to czas prze­żyć psy­chicz­nych, kiedy Ska­wiń­ski pod wpły­wem lek­tury Pana Ta­de­usza prze­nosi się do cza­sów swo­jej mło­do­ści, walk w po­wsta­niu i dzie­ciń­stwa w Pol­sce. Lek­tura pol­skiej książki i po­wrót do wspo­mnień zwią­za­nych z oj­czy­zną spra­wiają, że Ska­wiń­ski za­po­mina za­pa­lić la­tar­nię i w efek­cie je­den ze stat­ków roz­bija się o skały. W tym mo­men­cie łą­czą się dwa plany cza­sowe - czas prze­żyć psy­chicz­nych Ska­wiń­skiego i czas opo­wia­da­nia. To za­nie­dba­nie pro­wa­dzi do na­tych­mia­sto­wego zwol­nie­nia Ska­wiń­skiego, który ru­sza stat­kiem w kie­runku No­wego Jorku, ści­ska­jąc przy sercu pol­skie książki.

Ważne po­ję­cia:

re­tro­spek­cja: przy­wo­ły­wa­nie zda­rzeń po­prze­dza­ją­cych roz­po­czę­cie fa­buły, zwią­za­nych np. z prze­szło­ścią bo­ha­tera eks­po­zy­cja: sy­tu­acja za­ry­so­wana na po­czątku fa­buły, za­po­zna­jąca czy­tel­nika z głów­nym bo­ha­te­rem lub cen­tral­nym pro­ble­mem da­nego utworu

Sąd Ozy­rysa - opra­co­wa­nie

Sąd Ozy­rysa zo­stał opu­bli­ko­wany po raz pierw­szy w "Ty­go­dniku Ilu­stro­wa­nym" w 1908 roku i jest nie­ty­po­wym utwo­rem w do­robku li­te­rac­kim Hen­ryka Sien­kie­wi­cza. Nosi ce­chy hu­mo­re­ski, sa­tyry po­li­tycz­nej i po­wiastki fi­lo­zo­ficz­nej. Hu­mo­re­ski, zwłasz­cza o cha­rak­te­rze po­li­tycz­nym, były bar­dzo po­pu­lar­nym ga­tun­kiem w XIX wieku, po­zwa­la­ją­cym na ko­men­to­wa­nie bie­żą­cej sy­tu­acji spo­łecz­nej i po­li­tycz­nej.

Ważne po­ję­cia:

hu­mo­re­ska: krótki utwór pro­za­tor­ski o za­baw­nym zda­rze­niu, zwy­kle koń­czący się dow­cipną po­intą; hu­mo­re­ska może mieć cha­rak­ter sa­ty­ryczny, po­słu­guje się gro­te­ską, dow­ci­pem sy­tu­acyj­nym, ka­ry­ka­turą, iro­nią i pa­ro­dią sa­tyra po­li­tyczna: utwór pięt­nu­jący i wy­śmie­wa­jący uka­zy­wane w nim zja­wi­ska; nie pro­po­nuje jed­nak po­zy­tyw­nych roz­wią­zań czy po­staw, a je­dy­nie wy­śmiewa te nie­po­żą­dane; czę­sto przed­sta­wia rze­czy­wi­stość "w krzy­wym zwier­cia­dle", wy­ko­rzy­stu­jąc ka­ry­ka­turę i gro­te­skę po­wiastka fi­lo­zo­ficzna: utwór nar­ra­cyjny, ufor­mo­wany w epoce Oświe­ce­nia, w któ­rym świat przed­sta­wiony, uka­zany w spo­sób dow­cipny czy iro­niczny, ma sta­no­wić ilu­stra­cję tezy świa­to­po­glą­do­wej lub mo­ral­nej

Ty­tu­łowy sąd Ozy­rysa, we­dług wie­rzeń sta­ro­żyt­nych Egip­cjan, to ce­re­mo­nia, którą prze­cho­dziła każda du­sza tra­fia­jąca do za­świa­tów. Ozy­rys, bóg ży­cia i śmierci, oce­niał uczynki zmar­łego za po­mocą wagi i za­leż­nie od wy­niku de­cy­do­wał, gdzie po­słać jego du­szę. W hu­mo­re­sce po­ja­wia się pod­ty­tuł "Prze­ło­żył z egip­skiego pa­pi­rusu Hen­ryk Sien­kie­wicz" - ten za­bieg ma na celu zmy­le­nie cen­zury za­bor­ców, w rze­czy­wi­sto­ści od­nie­sie­nia do re­li­gii i hi­sto­rii sta­ro­żyt­nego Egiptu są tylko ka­mu­fla­żem, za po­mocą któ­rego au­tor ko­men­tuje ak­tu­alną sy­tu­ację po­li­tyczną w za­bo­rze ro­syj­skim. Po śmierci urzęd­nika Psu­na­bu­desa (imię zna­czące, po­stać jest wzo­ro­wana na ro­syj­skim po­li­tyku Kon­stan­ti­nie Po­bie­do­no­sce­wie) o jego du­szę kłócą się Głu­pota i Nie­go­dzi­wość, każda z nich jest prze­ko­nana, że du­sza urzęd­nika po­winna tra­fić do jej kra­iny. ­Ozy­rys po­wo­łuje na świadka Mą­drość, która przed­sta­wia bogu ży­cio­rys Psu­na­bu­desa. Za każde dzia­ła­nie nie­go­dziwe bóg za­świa­tów kła­dzie na wa­dze cię­ża­rek po stro­nie Nie­go­dzi­wo­ści, a za każde dzia­ła­nie głu­pie - po stro­nie Głu­poty. Mą­drość opi­suje ka­rierę po­li­tyczną Psu­na­bu­desa, pod­czas któ­rej zmie­niał po­glądy w za­leż­no­ści od obej­mo­wa­nego sta­no­wi­ska, pra­cu­jąc na rzecz pań­stwa tak na­prawdę je osła­biał i nisz­czył, za­rzą­dza­jąc pro­win­cją Ptah pró­bo­wał przy­mu­sić miesz­ka­ją­cych tam Gre­ków i Fe­ni­cjan do przy­ję­cia oby­cza­jów Egip­cjan i stłu­mić ich toż­sa­mość na­ro­dową - co jest czy­tel­nym od­nie­sie­niem do dzia­łań państw za­bor­czych na te­re­nach Pol­ski - oraz brał ła­pówki i przy­czy­nił się do roz­ro­stu ko­rup­cji w pań­stwie, a także nie prze­pro­wa­dzał ko­niecz­nych re­form. Słu­cha­jąc Mą­dro­ści, Ozy­rys ukła­dał cię­żarki na wa­dze i za­uwa­żył, że roz­kła­dają się po równo. W związku z tym po­sta­no­wił kop­nia­kiem ze­słać Psu­na­bu­desa z po­wro­tem na Zie­mię. Do końca świata ma peł­nić różne funk­cje w pań­stwie, aby osta­tecz­nie wy­ka­zać, czy jest bar­dziej głupi, czy nie­go­dziwy.

Sąd Ozy­rysa można in­ter­pre­to­wać za­równo w kon­tek­ście kry­tyki dzia­łań władz za­bor­czych na te­re­nie Pol­ski, jak i bar­dziej uni­wer­sal­nie - jako sa­tyrę na osoby u wła­dzy, nie­za­leż­nie od czasu i miej­sca.

Sąd Ozy­rysa - naj­waż­niej­sze in­for­ma­cje!

hu­mo­re­ska po­li­tyczna re­alia sta­ro­żyt­nego Egiptu użyte jako ka­mu­flaż ko­men­tarz do sy­tu­acji po­li­tycz­nej w Pol­sce pod za­bo­rami ale­go­ryczne po­staci: Nie­go­dzi­wość, Głu­pota, Mą­drość wy­mowa uni­wer­salna: sa­tyra na osoby u wła­dzy dow­cipna, iro­niczna