Rozdział IX
Elizabeth spędziła w pokoju siostry większość nocy, zaś rankiem
przekonała się, że może odpowiedzieć w tonie mniej więcej zadowalającym
na pytania o jej zdrowie, które pan Bingley przesłał przez służącą już o świcie, jak i na liściki dostarczone nieco później przez eleganckie
pokojówki jego sióstr. Mimo to poprosiła, aby wysłano także list do
Longbourn z prośbą, by matka odwiedziła Jane i sama oceniła jej stan.
List wysłano natychmiast, a prośba Elizabeth została spełniona z nie
mniejszym pośpiechem. Pani Bennet w towarzystwie dwóch najmłodszych
córek dotarła do Netherfield niedługo po śniadaniu.
Gdyby stwierdziła, że życiu Jane istotnie coś zagraża, z pewnością
byłaby niepocieszona; widząc jednak, że choroba ustępuje, nie miała
ochoty pozwolić jej na zbyt szybkie wyzdrowienie, które wiązałoby się z pewnością nieuchronnie z wyjazdem z Netherfield. Nie słuchała więc próśb
córki o przewiezienie jej do domu; zresztą medyk, który przyjechał mniej
więcej w tym samym czasie, również zalecił jej pozostać na miejscu.
Spędziwszy nieco czasu przy łóżku Jane, matka i trzy pozostałe córki
udały się do jadalni na zaproszenie panny Bingley, by się z nią
przywitać. Na ich widok pan Bingley wyraził nadzieję, że pani Bennet nie
znalazła córki w stanie gorszym, niż się spodziewała.
- Owszem, sir - padła odpowiedź. - Jest zdecydowanie zbyt chora, by
mogła podróżować. Pan Jones jest zdania, że nie powinna na razie wracać
do domu. Będziemy więc zmuszeni jeszcze przez jakiś czas korzystać z pańskiej gościnności.
- Wracać! - zawołał Bingley. - Ależ nie ma o czym mówić. Jestem
przekonany, że moja siostra nie będzie chciała nawet słyszeć o jej
powrocie.
- Może być pani pewna - wycedziła panna Bennet z chłodną uprzejmością -
że panna Bennet może liczyć na wszelkie możliwe względy tak długo,
dopóki u nas pozostanie.
Pani Bennet nie posiadała się z wdzięczności.
- Doprawdy - rzekła - gdyby nie tak dobrzy przyjaciele, nie wiem, co by
się z nią stało; jest bez wątpienia ciężko chora i cierpi ogromnie, choć
znosi swoją dolę z anielską cierpliwością. Zawsze taka była; to
najsłodsza istota na świecie. Często powtarzam moim pozostałym córkom,
że nie mogą się z nią równać. Jaki piękny salon, panie Bingley, i cóż za
widok rozpościera się stąd na tę żwirowaną alejkę. Nie ma w okolicy
bardziej urokliwego miejsca niż Netherfield. Tuszę, iż nie zechcesz pan
porzucić go zbyt szybko, choć wynająłeś je na tak krótki czas.
- Zawsze działam pochopnie - odrzekł pan domu. - Gdybym więc zdecydował
się opuścić Netherfield, byłbym zapewne gotów do odjazdu po pięciu
minutach. Wydaje mi się jednak, że nieprędko będę miał na to ochotę.
- Nie spodziewałam się po panu niczego innego - powiedziała Elizabeth.
- Ach, więc pani zaczynasz mnie rozumieć! - zawołał, obracając się ku
niej.
- O tak! Rozumiem pana doskonale.
- Chciałbym móc uznać te słowa za komplement; obawiam się jednak, że to
żałosne: być tak łatwym do przejrzenia.
- Niekoniecznie. Charakter skryty i nieprzewidywalny nie musi przecież
być wart ani więcej, ani też mniej od pańskiego.
- Lizzy! - zawołała jej matka. - Nie zapominaj, gdzie jesteś, i nie
zagalopowuj się w swoich wywodach, jak to zwykłaś czynić w domu.
- Nie wiedziałem dotąd - ciągnął Bingley, niezrażony - że zajmujesz się
pani studiowaniem charakterów ludzkich. To bez wątpienia pasjonujące
zajęcie.
- Owszem, lecz skryte charaktery są najbardziej ekscytujące. Mają
przynajmniej tę jedną zaletę.
- Życie na wsi - odezwał się Darcy - nie przysparza pani zapewne
materiału do badań. Mieszkając tutaj, obraca się pani w bardzo
ograniczonym i jednorodnym środowisku.
- A jednak ludzie zmieniają się tak bardzo, że zawsze można dostrzec w nich coraz to coś nowego.
- Istotnie! - zawołała pani Bennet, urażona komentarzem Darcy'ego na
temat życia na wsi. - Zapewniam pana, że pod tym względem na wsi dzieje
się nie mniej niż w mieście.
Wypowiedź ta zaskoczyła wszystkich, Darcy zaś spojrzał na nią przeciągle
i odwrócił się bez słowa. Pani Bennet, wyobrażając sobie, że odniosła
nad nim zwycięstwo, ciągnęła triumfalnie:
- Co do mnie, nie dostrzegam, aby Londyn był o wiele lepszy od wsi, choć
istotnie są tam te wszystkie sklepy i miejsca publiczne. Jednak na wsi
jest o wiele przyjemniej, czyż nie, panie Bingley?
- Gdy jestem na wsi - odparł - nigdy nie chce mi się stąd wyjeżdżać, tak
samo jednak czuję się w Londynie. Każde z tych miejsc ma swoje zalety, a ja i tu, i tam potrafię być równie szczęśliwy.
- No tak; to już kwestia pańskiego charakteru. Jednak ten dżentelmen -
rzuciła okiem ku Darcy'emu - wydaje się sądzić, że wieś jest nic
niewarta.
- Doprawdy, mamo, mylisz się - wtrąciła Elizabeth, rumieniąc się z zażenowania. - Źle zrozumiałaś pana Darcy'ego. Chciał jedynie
powiedzieć, że na wsi nie spotyka się tak wielu typów ludzkich jak w mieście, a musisz przyznać, że to prawda.
- Z pewnością, kochanie, nikt nie twierdzi, że jest inaczej; jeśli
jednak chodzi o spotykanie wielu ludzi w naszej okolicy, jestem
przekonana, że mało gdzie jest ich tylu, co u nas. Utrzymujemy wszak
stosunki towarzyskie z dwudziestoma czterema rodzinami18.
Bingley zdołał powstrzymać się od śmiechu jedynie przez wzgląd na
Elizabeth. Jego siostra nie wykazała się tak daleko idącą delikatnością;
spojrzała na pana Darcy'ego z wymownym uśmieszkiem. Elizabeth, chcąc
nakłonić matkę do zmiany tematu, spytała, czy Charlotte Lucas odwiedzała
Longbourn od chwili jej wyjazdu.
- Tak, była u nas wczoraj z ojcem. Cóż za przemiły człowiek z tego sir
Williama, czyż nie, panie Bingley? I taki elegancki! Uprzejmy i serdeczny! Zawsze potrafi grzecznie rozmawiać z każdym. Oto, jak
wyobrażam sobie dobre wychowanie; ci wszyscy wyniośli, pyszni
milczkowie, w istocie nie mają o nim pojęcia.
- Czy Charlotte zjadła z wami obiad?
- Nie, pojechała do domu. Zdaje mi się, że była potrzebna przy wypieku
ciast. Jeśli o mnie chodzi, panie Bingley, od tego mam służących, by się
zajmowali pracą; moje córki wychowuję zgoła inaczej. No ale każdy czyni
tak, jak uważa za stosowne, a dziewczynki Lucasów to bardzo dobre
dzieci, zapewniam pana. Szkoda tylko, że nie są ładniejsze! Nie chcę
przez to powiedzieć, że uważam Charlotte za wybitnie pospolitą, bo też
jest naszą szczególną przyjaciółką.
- Wydaje się bardzo miłą młodą damą.
- O tak! Przyzna pan jednak, że jest pospolita. Sama pani Lucas często
to przyznaje, zazdroszcząc mi urody Jane. Nie lubię przechwalać się
swoimi dziećmi, ale co prawda, to prawda, rzadko spotyka się dziewczęta
tak urodziwe jak ona. Każdy tak mówi. Nie jest to więc wyłącznie moja
stronnicza opinia. Gdy miała zaledwie piętnaście lat, gościliśmy w Londynie u mego brata, Gardinera, i pewien mężczyzna zakochał się w niej
tak, że moja bratowa była pewna, iż oświadczy się jeszcze przed naszym
wyjazdem. Nie zrobił tego jednak. Być może uznał, że jest zbyt młoda.
Napisał jednak o niej kilka wierszy, zaiste bardzo ładnych.
- I tak skończyło się wielkie uczucie - rzekła niecierpliwie Elizabeth.
- Przypuszczam, że tak samo jak wiele innych. Zastanawiam się, kto
pierwszy odkrył, że poezja ma moc niszczenia miłości!
- Zawsze dotąd uważałem, że poezja to pokarm miłości - rzekł Darcy.
- Och, jeśli chodzi o miłość zdrową i silną, być może tak. To, co
zdążyło rozwinąć się i nabrać mocy, może karmić się byle czym. Jeśli
jednak mówimy o uczuciu, które dopiero się rodzi, jestem pewna, że
wystarczy jeden sążnisty sonet, by położyć mu kres.
Darcy uśmiechnął się tylko; zapadła cisza i Elizabeth zastanawiała się z drżeniem serca, czy matka za chwilę nie powie znów czegoś, czym mogłaby
się ośmieszyć. Chciała podjąć jakiś temat, ale nic nie przychodziło jej
do głowy, a po krótkiej chwili pani Bennet zaczęła znów dziękować panu
Bingleyowi za jego serdeczność wobec Jane i przepraszać za dodatkowy
kłopot, jaki mu sprawia obecnością Lizzy. Pan Bingley traktował ją wciąż
z nienaganną uprzejmością, zmuszając zarazem młodszą siostrę, by
zachowała się równie uprzejmie i stosownie do okazji. Odegrała swoją
rolę niezbyt przekonująco, ale dość dobrze, by zadowolić w pełni panią
Bennet, która niebawem poprosiła, by przygotowano jej powóz. Wtedy to
najmłodsza z jej córek wystąpiła naprzód. Przez całą wizytę szeptały
wspólnie z Catherine i ustaliły, że to najmłodsza przypomni panu
Bingleyowi o obietnicy, jaką złożył zaraz po przyjeździe na wieś - że
wyda niebawem bal w Netherfield.
Lydia była postawną, wyrośniętą piętnastolatką o ładnej cerze i pogodnej
buzi - ulubienicą matki, która mając do niej słabość, bardzo wcześnie
wprowadziła ją w towarzystwo. Nie brakowało jej energii, ale też
próżności, która wzmogła się ostatnio w wyniku atencji okazywanej jej
przez oficerów, chętnie bywających u wujostwa dziewcząt zarówno ze
względu na smaczne obiady, jak i śmiałość w obejściu Lydii. Dlatego też
bez strachu zwróciła się do pana Bingleya, pytając bez ogródek o obiecany bal; dodała przy tym, że byłoby najgorszą hańbą dla niego nie
dotrzymać obietnicy. Odpowiedź na ten gwałtowny atak była niczym muzyka
dla uszu matki:
- Zapewniam panią, że jestem absolutnie gotów dotrzymać zobowiązania;
gdy tylko pani siostra wyzdrowieje, poproszę, aby wyznaczyła pani datę
balu. Nie chciałaby pani z pewnością tańczyć, gdy siostra leży chora.
Lydia wyraziła zadowolenie.
- Och, tak! O wiele lepiej będzie zaczekać, aż Jane poczuje się lepiej;
najpewniej do tego czasu kapitan Carter zdąży wrócić do Meryton. A kiedy
już pan wyda swój bal - dodała - zadbam, aby i wojskowi urządzili swój
własny. Powiem pułkownikowi Forsterowi, że okryliby się wstydem, gdyby
tego nie zrobili.
Następnie pani Bennet i jej córki odjechały, a Elizabeth natychmiast
wróciła do pokoju Jane, aby obie damy i pan Darcy mogli do woli
komentować zachowanie jej krewnych. Ten ostatni jednak żadną miarą nie
chciał dołączyć do drwin z Elizabeth, mimo niezliczonych żarcików panny
Bingley na temat jej "pięknych oczu".
Rozdział X
Dzień minął niemal tak samo jak poprzedni. Pani Hurst i panna Bingley
spędziły kilka porannych godzin u boku chorej, której stan, choć powoli,
stale się poprawiał; wieczorem zaś Elizabeth dołączyła do towarzystwa w bawialni. Tym razem jednak nie grano w karty. Pan Darcy pisał, panna
Bingley zaś, siedząc obok niego, patrzyła, jak dopisuje kolejne zdania,
i nieustannie przerywała mu prośbami o przekazanie takiej czy innej
wieści jego siostrze. Pan Hurst i pan Bingley grali w pikietę19,
zaś pani Hurst przyglądała się rozgrywce.
Elizabeth zajęła się robótką ręczną, skrycie rozbawiona przysłuchiwaniem
się rozmowie pana Darcy'ego z jego towarzyszką. Nieustanne uwagi damy, a to na temat charakteru pisma, a to znów równości linijek czy długości
listu, przyjmowane były stale z niezmienną obojętnością, zaś dziwaczny
dialog pomiędzy tymi dwojgiem odzwierciedlał wprost idealnie opinię
Elizabeth o jego uczestnikach.
- Co za list! Otrzymawszy go, panna Darcy będzie zachwycona!
Nie odpowiedział.
- Pisze pan niezwykle szybko.
- Nic podobnego. Piszę raczej wolno.
- Ileż listów musi pan pisać każdego roku! A w dodatku w interesach! Nie
cierpię tego!
- W takim razie tym lepiej, że to ja muszę je pisać, nie zaś pani.
- Proszę napisać siostrze, że bardzo chciałabym ją zobaczyć.
- Już jej to napisałem, na pani życzenie.
- Wydaje mi się, że pańskie pióro nie sprawuje się dobrze. Proszę
pozwolić mi je zatemperować. Znakomicie temperuję pióra.
- Dziękuję pani, ale wolę to robić sam.
- Jak pan to robi, że pisze pan tak równo?
Milczenie.
- Proszę przekazać siostrze, że wiadomość, iż coraz lepiej radzi sobie z harfą, sprawiła mi ogromną przyjemność; proszę także dodać, że jestem
zachwycona tym, jak ozdobiła stolik, i że uważam jej wzory za stokroć
piękniejsze od zdobień panny Grantley.
- Czy pozwoli pani, że zrobię to w następnym liście? W tym nie mam już
dość miejsca, by uczynić to rzetelnie.
- Och, oczywiście! Przecież i tak zobaczę się z nią w styczniu. Czy
zawsze pisze pan do siostry tak czarująco długie listy, panie Darcy?
- Zwykle są długie; czy są czarujące, nie mnie to oceniać.
- Osobiście jestem przekonana, że jeśli pisanie przychodzi komuś łatwo,
z pewnością też pisze dobrze.
- To nietrafiony komplement, Caroline - zawołał jej brat - akurat Darcy
nie pisze z łatwością. Zbyt gorliwie szuka jak najdłuższych słów. Czyż
nie, Darcy?
- Mój styl pisania jest całkowicie odmienny od twojego.
- Och! - zawołała panna Bingley. - Charles pisze nadzwyczaj niedbale.
Połowę każdego słowa pomija, a pismo ma niechlujne.
- Moje myśli biegną tak szybko, że brakuje mi czasu, by je wyrazić, co
sprawia, że moje listy bywają niezrozumiałe dla adresatów.
- Pańska skromność, panie Bingley - rzekła Elizabeth - z pewnością
rozbraja tych, którzy chcieliby pana skrytykować.
- Nie ma nic bardziej zwodniczego - oświadczył Darcy - nad pozór pokory.
Często dowodzi on jedynie nieprzemyślanych opinii, niekiedy zaś
skrywanej próżności.
- A której z nich doszukałeś się w moim pokornym wyznaniu?
- Skrywanej pychy; w istocie rzeczy jesteś wręcz dumny z tego, że
piszesz nieporządnie, uważasz bowiem, że wynika to z bystrości myśli i śmiałości, z jaką przelewasz je na papier; cechy te zaś są w twoich
oczach, jeśli nie godne szacunku, to przynajmniej wysoce interesujące.
Ludzie prędcy w działaniu zwykle się tym chełpią, nie zwracając uwagi na
towarzyszącą pośpiechowi niestaranność. Gdy powiedziałeś dziś rano pani
Bennet, że gdybyś podjął decyzję o wyjeździe z Netherfield, zrobiłbyś to
w ciągu pięciu minut, było to w gruncie rzeczy samochwalstwem z twojej
strony; a wszak postępując w ten sposób, pozostawiłbyś za sobą wiele
niezałatwionych spraw, jaka zaś korzyść płynie z tego dla ciebie lub dla
innych?
- Doprawdy! - zawołał Bingley. - Tego już za wiele: pamiętać komuś aż do
wieczora wszystkie głupstwa, jakie wygłosił od rana. A jednak, na honor,
jestem przekonany, że to, co mówiłem o sobie, jest prawdą, i nadal w to
wierzę. W każdym razie nie przybierałem pozy prędkiego postrzeleńca, by
zrobić wrażenie na damach.
- Nie wątpię, że w to wierzysz; i jestem również przekonany, że
postąpiłbyś tak, jak mówisz. Jesteś najbardziej nieprzewidywalnym
człowiekiem, jakiego znam. Gdybyś nawet już wsiadał na konia, a przyjaciel rzekłby do ciebie: "Bingleyu, zostań lepiej do przyszłego
tygodnia", pewnie byś go posłuchał, i nie pojechał... Potem zaś
wystarczyłoby jeszcze jedno słowo, abyś nie ruszył się z miejsca przez
kolejny miesiąc.
- Dowiódł pan jedynie tego - zawołała Elizabeth - że pan Bingley sam
siebie nie docenia. Zaprezentowałeś go nam w dużo lepszym świetle, niż
on sam siebie przedstawił.
- Serdeczne dzięki - zwrócił się do niej Bingley - oto przyganę mego
przyjaciela przemieniła pani w komplement sławiący słodycz mojego
charakteru. Obawiam się jednak, że ten oto dżentelmen miał na myśli
zupełnie co innego; on sam z pewnością myślałby o mnie lepiej, gdybym w podobnych okolicznościach beznamiętnie odmówił i odjechał jak
najszybciej, popędzając konie.
- Czy pan Darcy nie uważa wobec tego, że można podziwiać pana za
konsekwencję, z jaką zawsze działa pan pochopnie?
- Doprawdy nie umiałbym tego pani wyłożyć dość jasno; Darcy musi
przemówić sam za siebie.
- Chcecie, bym rozliczył się przed wami z opinii, które uznaliście za
moje własne, a których nigdy nie wypowiedziałem. Jeśli jednak mamy
rozpatrywać tę sprawę tak, jak tu została przedstawiona, zmuszony jestem
prosić pannę Bennet, by pamiętała przy tym, że ten przyjaciel, który
rzekomo pragnie powrotu Bingleya do domu, i prosi go, by wrócił, nie
podaje przy tym ani jednego argumentu na poparcie swojej prośby.
- A zatem nie ceni pan uległości wobec próśb przyjaciół?
- Uległość niepoparta przekonaniem dowodzi według mnie braku rozsądku
obu stron.
- Wydaje mi się, panie Darcy, że nie bierze pan pod uwagę czynnika,
jakim jest przyjaźń i więź, którą ona rodzi. Wszak uczucie, jakim
darzymy proszącego, sprawia, że jesteśmy skłonni ulec jego prośbie, nie
czekając na argumenty. Nie mówię tu wprost o przykładzie, jaki pan
podał, opisując charakter pana Bingleya. W gruncie rzeczy możemy równie
dobrze zaczekać, aż pojawi się okoliczność przez pana wskazana, a potem
rozprawiać o tym, jak też istotnie zachował się pański przyjaciel. Na
ogół jednak w stosunkach pomiędzy ludźmi, których łączy przyjaźń, gdy
jeden z nich chce, aby drugi zmienił zdanie w sprawie niezbyt istotnej,
czy powinniśmy myśleć źle o tym, który mu ustępuje, nie czekając na
argumenty? Czy nie należałoby raczej, zanim podejmiemy dalsze
rozważania, ustalić bardziej precyzyjnie, na ile istotny jest przedmiot
tej prośby, a także stopień zażyłości pomiędzy stronami?
- Jak najbardziej! - zawołał Bingley. - Rozważmy wszystkie szczegóły,
nie zapominając, że każdy z nich ma swoją wagę. To bowiem, panno Bennet,
może mieć o wiele większe znaczenie w tej dyskusji, niż się pani zdaje.
Zaręczam pani, że gdyby Darcy nie był tak potężny i wysoki, nie
darzyłbym go nawet w połowie tak wielkim szacunkiem. Doprawdy nie znam
nikogo, kto zachowywałby się gorzej niż on, przynajmniej w pewnych
okolicznościach i miejscach, szczególnie zaś w jego własnym domu, w niedzielne wieczory, gdy jest znudzony bezczynnością.
Pan Darcy uśmiechnął się, Elizabeth odniosła jednak wrażenie, że słowa
przyjaciela uraziły go, powstrzymała więc śmiech. Panna Bingley
natychmiast wstawiła się za obrażonym i skarciła brata, by nie opowiadał
głupstw.
- Przejrzałem cię, Bingley - rzekł jego przyjaciel. - Nie lubisz takich
dyskusji i chciałeś położyć kres naszym wywodom.
- Być może masz rację. Dyskusje tego rodzaju zanadto zbliżają się do
sporów. Jeśli ty i panna Bennet będziecie tak mili, by wstrzymać się z dalszymi rozważaniami do chwili, kiedy wyjdę, będę ogromnie wdzięczny;
potem zaś możecie o mnie mówić, co wam się podoba.
- Jeśli o mnie chodzi - odezwała się Elizabeth - nie będzie to żadne
poświęcenie; pan Darcy zaś powinien zapewne skupić się na pisaniu.
Pan Darcy poszedł za jej radą i zabrał się na powrót do pisania listu.
Kiedy skończył, poprosił pannę Bingley i Elizabeth, aby zechciały coś
zagrać i zaśpiewać. Panna Bingley żwawo ruszyła w kierunku fortepianu;
zatrzymawszy się na chwilę, uprzejmie zaproponowała Elizabeth
pierwszeństwo, gdy jednak ta odmówiła równie uprzejmie, lecz bardziej
szczerze, usadowiła się przy instrumencie.
Pani Hurst śpiewała wraz z siostrą; tymczasem Elizabeth, przeglądając
nuty, nie mogła oprzeć się wrażeniu, że pan Darcy nader często kieruje
na nią wzrok. Nie potrafiła sobie nawet wyobrazić, że mogłaby stać się
obiektem uwielbienia tak wielkiego człowieka; jeśli jednak spoglądał na
nią wciąż, ponieważ mu się nie podobała, było to tym bardziej dziwne.
Wreszcie doszła do wniosku, że zapewne przyciąga jego uwagę, ponieważ ze
wszystkich osób obecnych w bawialni, to ona w najmniejszym stopniu
spełnia przyjęte przez niego kryteria tego, co właściwe i godne
pochwały. Przypuszczenie to nie było jej przykre. Zbyt mało żywiła do
niego sympatii, by łaknąć jego aprobaty.
Panna Bingley odśpiewała kilka pieśni włoskich, po czym zaczęła grać
skoczną melodię rodem ze Szkocji; już po chwili pan Darcy przysunął się
do Elizabeth.
- Czy nie czuje pani pokusy, panno Bennet, aby zatańczyć reela?20
- spytał.
Uśmiechnęła się, lecz nic nie rzekła. Powtórzył więc pytanie, nieco
zaskoczony jej milczeniem.
- Och! - odparła. - Słyszałam pana za pierwszym razem, ale nie
potrafiłam od razu zdecydować się, co mam panu odpowiedzieć. Wiem, że
chciał pan, abym powiedziała "tak", dzięki czemu zyskałby pan okazję, by
skrytykować mój gust; ja jednak lubuję się w krzyżowaniu takich planów i chętnie pozbawiam szyderców okazji do okazania wzgardy. Dlatego
postanowiłam, że odpowiem panu, iż wcale nie mam ochoty tańczyć reela;
teraz zaś możesz mnie pan skrytykować, jeśli się ośmielisz.
- W rzeczy samej, nie miałbym śmiałości.
Elizabeth, która spodziewała się, że zapewne go urazi, była zdumiona tą
uprzejmością. Nie zdawała sobie sprawy, że jej zachowanie łączy słodycz
z żartobliwością w sposób tak ujmujący, że trudno byłoby jej urazić
kogokolwiek; Darcy zaś nigdy dotąd nie był tak zauroczony żadną kobietą.
W istocie, był wprost pewny, że gdyby nie jej pospolite pochodzenie,
znalazłby się w poważnym niebezpieczeństwie.
Panna Bingley widziała lub podejrzewała dość, by być zazdrosną, a do
ogromnej troski o zdrowie ukochanej przyjaciółki, Jane, dołączyła gorąca
chęć pozbycia się Elizabeth.
Wielokrotnie próbowała sprowokować Darcy'ego do wyrażenia niechęci wobec
gościa, snując supozycje na temat jego domniemanych planów małżeńskich i wróżby na przyszłość.
- Mam nadzieję - zwróciła się do niego następnego ranka, gdy spacerowali
wśród krzewów - że gdy upragniona chwila wreszcie nastąpi, udzielisz pan
swojej teściowej kilku wskazówek na temat korzyści, jaką niesie za sobą
milczenie; może też zdołasz pan zabronić jej młodszym córkom flirtowania
z oficerami. Jeśli zaś wolno mi poruszyć tak delikatną kwestię, byłoby
dobrze, gdybyś przyjrzał się pan pewnym cechom charakteru twej wybranki,
które graniczą niemal z zarozumialstwem i impertynencją.
- Czy ma pani jeszcze jakieś uwagi co do mego szczęścia rodzinnego?
- Ależ owszem! Proszę koniecznie powiesić portrety wujostwa Phillips w galerii w Pemberley. Najlepiej obok podobizny pańskiego stryjecznego
dziadka, który był sędzią. Obaj panowie są wszak przedstawicielami tej
samej profesji, choć różnych jej linii. Co zaś do portretu Elizabeth, no
cóż, raczej będzie pan musiał z niego zrezygnować: jaki malarz zdołałby
wszak oddać piękno jej oczu?
- Istotnie, nie byłoby łatwo uchwycić ich wyraz, lecz portrecista mógłby
oddać wiernie ich kolor i kształt, a także rzęsy, które są wyjątkowo
długie i piękne.
W tej samej chwili natknęli się na panią Hurst i Elizabeth, które
nadeszły inną ścieżką.
- Nie wiedziałam, że wybieracie się na spacer - rzekła panna Bingley z pewnym zmieszaniem, pełna obawy, że usłyszały ich rozmowę.
- Postąpiliście wobec nas okropnie - odparła pani Hurst - kto to
widział, tak uciec bez słowa, nie mówiąc nikomu, że idziecie na
przechadzkę.
Następnie ujęła pana Darcy'ego pod wolne ramię, pozostawiając Elizabeth
z tyłu. Na ścieżce mieściły się jedynie trzy osoby. Pan Darcy uznał to
za niegrzeczne, powiedział więc szybko:
- Ścieżka jest zbyt wąska, byśmy mogli iść tędy wszyscy razem. Przejdźmy
do alei.
Elizabeth jednak, która nie miała najmniejszej ochoty im towarzyszyć,
odrzekła ze śmiechem:
- Ależ nie; zostańcie tutaj. Tworzycie państwo doprawdy piękną grupę.
Czwarta osoba zakłóciłaby tylko malowniczość tego obrazu21. Do
zobaczenia.
Po czym odeszła prędko, z ulgą, że za dzień lub dwa będzie już w domu.
Jane czuła się bowiem dość dobrze, by nabrać ochoty na spędzenie części
wieczoru poza swym pokojem.
Rozdział XI
Kiedy panie wyszły po obiedzie, Elizabeth pobiegła do siostry, a widząc
ją ciepło ubraną, zaprowadziła ją do bawialni, gdzie przyjaciółki
powitały wchodzącą licznymi okrzykami radości; Elizabeth nigdy wcześniej
nie widziała, aby zachowywały się tak miło, jak w ciągu tej godziny
spędzonej razem, zanim nadeszli panowie. W rozmowie wspinały się na
szczyty elokwencji. Przyjęcia opisywały w najdrobniejszych szczegółach,
anegdotom przydawały szczyptę humoru, znajomych zaś wyśmiewały szczerze
i od serca.
Kiedy jednak nadeszli panowie, Jane zeszła na dalszy plan; oczy panny
Bingley zwróciły się natychmiast na Darcy'ego i od razu miała mu moc do
powiedzenia. On tymczasem skierował się do starszej panny Bennet,
uprzejmie wyrażając radość z powodu poprawy jej samopoczucia. Pani Hurst
również skłoniła się lekko, mówiąc, że "bardzo się cieszy"; jednak
dopiero Bingley dał pokaz prawdziwie serdecznej wylewności. Wprost
kipiał radością i troską zarazem. Przez pierwsze pół godziny dokładał do
ognia, by chłód panujący w bawialni nie okazał się dla Jane zbyt
dotkliwy; następnie, na jego prośbę, usiadła po drugiej stronie kominka,
dalej od drzwi. On zaś zajął miejsce przy niej i odtąd niewiele
rozmawiał z pozostałymi. Elizabeth, siedząca naprzeciwko, patrzyła na to
z wielkim ukontentowaniem.
Gdy podwieczorek się skończył, pan Hurst jął namawiać szwagierkę na
karty, ale na próżno. Dowiedziała się bowiem poufnie, że pan Darcy nie
ma ochoty na grę, i pan Hurst nie miał innego wyjścia, jak tylko
pogodzić się z otwartą odmową. Zapewniła go, że nikt nie miał zamiaru
grać, zaś milczenie pozostałych zdawało się potwierdzać jej słowa. Pan
Hurst nie miał więc nic innego do roboty, jak wyciągnąć się na jednej z sof i zapaść w drzemkę. Darcy wziął książkę; to samo zrobiła panna
Bingley. Pani Hurst bawiła się z zapałem swymi bransoletkami i pierścionkami, od czasu do czasu włączając się w rozmowę brata z panną
Bennet.
Panna Bingley poświęcała tyleż uwagi śledzeniu postępów pana Darcy'ego w lekturze, co własnej książce; nieustannie też zadawała mu pytania lub
czytała mu przez ramię. Nie potrafiła jednak skłonić go do rozmowy;
udzielał jej kolejnych odpowiedzi i czytał dalej. Wreszcie, najwyraźniej
zmęczona próbami rozerwania się za pomocą książki (wybranej przez nią
wyłącznie dlatego, że był to drugi tom dzieła, które czytał Darcy),
ziewnęła szeroko i rzekła:
- Jakże miło jest spędzać wieczór w ten sposób! Muszę powiedzieć, że
żadna przyjemność nie może się równać z czytaniem! O ileż szybciej męczy
nas wszystko poza książką! Gdy będę miała własny dom, musi się w nim
znaleźć wspaniała biblioteka, inaczej będę po prostu nieszczęśliwa.
Nikt nie odpowiedział. Ziewnęła znowu, odrzuciła książkę i rozejrzała
się po pokoju w poszukiwaniu pożywki dla swego poczucia humoru, a usłyszawszy, że jej brat opowiada pannie Bennet o planowanym balu,
zwróciła się do niego tymi słowy:
- Doprawdy, Charlesie, ty istotnie chcesz urządzić bal w Netherfield? Na
twoim miejscu przed podjęciem decyzji poradziłabym się tu obecnych;
jeśli się nie mylę, są tu osoby, dla których bal byłby raczej karą niż
przyjemnością.
- Jeśli masz na myśli Darcy'ego - zawołał jej brat - to może spokojnie
położyć się do łóżka, zanim jeszcze zaczniemy zabawę. Jeśli jednak
chodzi o bal, to już postanowione; gdy tylko Nicholls przygotuje
wystarczającą ilość białej zupy22, roześlę zaproszenia.
- Lubiłabym bale o wiele bardziej - odparła - gdyby odbywały się
inaczej; jednak powszechnie przyjęty ich przebieg ma w sobie coś
niesłychanie nużącego. O ileż rozsądniej byłoby, gdyby głównym punktem
programu były rozmowy, a nie tańce.
- O wiele rozsądniej, droga Caroline, z pewnością; tyle że w takim
przypadku nie byłby to już bal.
Panna Bingley nie odpowiedziała; po chwili wstała z miejsca i zaczęła
chodzić po bawialni. Miała dobrą figurę i poruszała się z gracją; jednak
Darcy, w którego wymierzona była ta demonstracja, pozostał niewzruszony.
W ostatecznej desperacji zdobyła się więc na ostatni wysiłek i zwróciła
się do Elizabeth:
- Panno Bennet, zachęcam panią, aby poszła pani za moim przykładem.
Przekona się pani, jaka to ulga, rozprostować się po długim siedzeniu w tej samej pozycji.
Elizabeth, choć zdziwiona, od razu wyraziła zgodę. Panna Bingley
osiągnęła ukryty cel swej uprzejmości - pan Darcy podniósł głowę. Był
równie zdziwiony nagłą atencją ze strony panny Bingley, jak sama
Elizabeth, i bezwiednie zamknął książkę. Zaproszony, by dołączyć do obu
dam, odmówił jednak, zauważając, że mogą istnieć jedynie dwa powody, dla
których spacerują one wspólnie po pokoju; bez względu na to, który z nich im przyświeca, przyłączając się do nich, uniemożliwiłby jego
osiągnięcie. Co też mógł mieć na myśli? Panna Bingley umierała z ciekawości. Wreszcie spytała Elizabeth, czy zrozumiała tę uwagę.
- Ani trochę - brzmiała odpowiedź. - Może pani jednak być pewna, że
kryje się za nią dawka krytycyzmu, a najlepszy sposób, by rozczarować
tego, który zastawił na nas pułapkę, to po prostu nie zadawać pytań.
Panna Bingley nie mogła jednak ścierpieć myśli, że pan Darcy mógłby
przez nią poczuć się rozczarowany, nalegała więc, aby wyjaśnił, o jakie
dwa cele mu chodzi.
- Zupełnie nic nie stoi na przeszkodzie, abym to wyjaśnił - rzekł, gdy
tylko dopuściła go do słowa. - Wybieracie panie taki sposób spędzenia
wieczoru, ponieważ nabrałyście chęci na wzajemne zwierzenia, macie do
omówienia jakieś poufne sprawy lub też macie świadomość, że wasze
sylwetki najpiękniej wyglądają w ruchu; w tym pierwszym wypadku
przeszkadzałbym wam; jeśli zaś przyświeca wam drugi cel, dużo łatwiej
jest mi was podziwiać z daleka, gdy siedzę przy kominku.
- Coś podobnego! - wykrzyknęła panna Bingley. - To najokropniejsza
rzecz, jaką słyszałam w życiu. Jak też możemy go ukarać za tę przemowę?
- Nic prostszego, jeśli tylko ma pani na to ochotę - odparła Elizabeth.
- Każde z nas może dręczyć i karać pozostałych. Możesz, pani, uciec się
do szyderczych żartów i śmiechu. Łączy was bliska znajomość, a zatem
będziesz sama najlepiej wiedziała, jak to zrobić.
- Doprawdy, nie mam pojęcia. Proszę mi wierzyć, że ta zażyłość niczego
podobnego mnie nie nauczyła. Żartować z człowieka o tak spokojnym
charakterze i tak trzeźwym umyśle! Nie, nie; obawiam się, że to on
wyszedłby z tej potyczki zwycięsko. Co się zaś tyczy śmiechu, nie
narażajmy się na zarzut, że wyśmiewamy kogoś, kto na to nie zasługuje.
Pan Darcy może śmiało uznać, że nas pokonał.
- A więc nie można wyśmiewać pana Darcy'ego! - zawołała Elizabeth. - To
doprawdy rzadki przywilej i mam nadzieję, że takim pozostanie. Osobiście
czułabym się pokrzywdzona, gdyby cieszyło się nim zbyt wielu moich
znajomych. Uwielbiam się śmiać.
- Panna Bingley - stwierdził Darcy - pochlebia mi o wiele bardziej, niż
na to zasługuję. Nawet najmądrzejszy i najlepszy z ludzi, ba!, nawet
jego najmądrzejszy, najlepszy uczynek może zostać uznany za śmieszny
przez człowieka, który szuka w życiu wyłącznie okazji do żartów.
- Z pewnością - odparła Elizabeth - tacy ludzie istnieją, mam jednak
nadzieję, że się do nich nie zaliczam. Tuszę, że nie zdarza mi się drwić
z tego co piękne i mądre. Głupstwa i nonsensy, kaprysy i niekonsekwencje
skłaniają mnie do śmiechu, przyznaję. Od tych jednak z pewnością jest
pan wolny.
- Być może nikt nie jest od nich wolny całkowicie. Istotnie jednak celem
mojego życia jest unikanie słabości, które narażają tęgie umysły na
śmieszność.
- Takich jak próżność i duma.
- Owszem, próżność jest wadą. Ale duma? Prawdziwie światły umysł potrafi
zawsze ją trzymać na wodzy.
Elizabeth odwróciła się, by ukryć uśmiech.
- Domyślam się, że skończyła już pani egzaminować pana Darcy'ego? -
spytała panna Bingley. - Z jakim rezultatem?
- Jestem absolutnie przekonana, że pan Darcy nie posiada wad. Sam
zresztą otwarcie to przyznaje.
- Nic podobnego - sprzeciwił się Darcy. - Nie przypisuję sobie
doskonałości. Mam wiele wad, pochlebiam sobie jednak, że nie należą do
nich niedostatki umysłu. Nie ośmieliłbym się natomiast ręczyć za
przymioty mego charakteru. Wydaje mi się, że zbyt mało mam w sobie
pokory: z pewnością zbyt mało, by było to wygodne dla świata. Nie umiem
łatwo zapomnieć o cudzych występkach i wybrykach ani też bezboleśnie
wyzbyć się urazy. Nie poddaję się łatwo perswazji tych, którzy próbują
grać mi na uczuciach. Można zapewne powiedzieć, że jestem zawzięty. Gdy
ktoś raz straci w moich oczach, przekreślam go na zawsze.
- To doprawdy poważna wada! - zawołała Elizabeth. - Taka zapiekłość
kładzie się cieniem na ludzkim charakterze. Jeśli chodzi o mnie, wybrał
pan dobrze. Rzeczywiście, w tej wadzie nie widzę niczego zabawnego. Mój
śmiech panu nie grozi.
- Wydaje mi się, że każdy typ usposobienia wiąże się z określonym
rodzajem wad: wrodzonych słabości, których nie wypleni nawet najlepsze
wykształcenie.
- Zaś pana wadą jest niechęć wobec ludzi.
- Pani zaś - odparł z uśmiechem - uporczywe dążenie, by umyślnie
rozumieć ich na opak.
- Czas na odrobinę muzyki - zawołała panna Bingley, zmęczona rozmową, w której nie miała udziału. - Louiso, czy nie masz nic przeciwko temu,
abym zbudziła pana Hursta?
Jej siostra nie miała najmniejszych obiekcji, otwarto więc fortepian;
Darcy zaś po chwili refleksji uznał, że nie ma czego żałować. Zaczynał
obawiać się, że poświęca Elizabeth zbyt wiele uwagi.
Rozdział XII
Następnego dnia rano, w wyniku zawartego przez siostry porozumienia,
Elizabeth napisała do matki z prośbą, aby przysłano po nie powóz w ciągu
dnia. Jednakże pani Bennet, która liczyła, że jej córki zostaną w Netherfield do następnego wtorku, co oznaczałoby, że Jane spędzi tam
cały tydzień, nie chciała zgodzić się na ich wcześniejszy powrót. Jej
odpowiedź była zatem niechętna, wbrew życzeniom Elizabeth, która
niecierpliwie czekała, by znaleźć się już w domu. Pani Bennet
poinformowała je w liście, że nie otrzymają powozu aż do wtorku, w postscriptum zaś dodała, że gdyby pan Bingley i jego siostra nalegali na
ich dłuższy pobyt, chętnie udzieli im na to pozwolenia. Elizabeth była
zdecydowana do tego nie dopuścić - nie spodziewała się też, by im to
zaproponowano. Z drugiej strony, obawiając się, że stały się intruzami
korzystającymi zbyt długo z gościnności gospodarzy, namawiała Jane, aby
ta poprosiła pana Bingleya, żeby pożyczył im swego powozu. Ostatecznie
siostry ustaliły, że muszą nadmienić mu o pierwotnym planie powrotu tego
właśnie dnia i zwrócić się do niego ze stosowną prośbą.
To jednak wywołało liczne okrzyki niepokoju; zaś życzenia, by pozostały
choć do jutra, były wyrażane tak żarliwie, że przynajmniej Jane ugięła
się, i powrót przełożono na dzień kolejny. Panna Bingley pożałowała
zaraz tak gorliwie okazanej gościnności, ponieważ jej zazdrość i niechęć
wobec jednej z sióstr przewyższyły tymczasem znacznie serdeczność wobec
drugiej.
Pan domu był niepocieszony na wieść, że siostry muszą odjechać niebawem,
i wielokrotnie próbował przekonać pannę Bennet, że nie powinna jeszcze
podróżować - nie wydobrzała bowiem dostatecznie po chorobie. Jane
potrafiła jednak okazać nieugiętość, gdy miała poczucie, że działa w słusznym celu.
Pan Darcy skrycie ucieszył się z tej wiadomości - jego zdaniem Elizabeth
przebywała w Netherfield wystarczająco długo. Pociągała go bardziej, niż
miał chęć to przed sobą przyznać - zaś panna Bingley okazywała jej
nieuprzejmość, wobec niego natomiast wykazywała większą niż zwykle
skłonność do drwin. Postanowił więc, że będzie szczególnie ostrożny i nie pozwoli sobie na żadne oznaki zainteresowania - nic, co mogłoby dać
jej nadzieję na wspólną przyszłość. Był zdania, że jeśli cokolwiek w jego zachowaniu dotąd mogło tę nadzieję wzbudzić, ostatni dzień będzie
kluczowy, dając jej solidne podstawy lub krusząc ją na pył. Dlatego też
przez całą sobotę wymienił z Elizabeth nie więcej niż dziesięć słów, i choć zdarzyło się nawet, że pozostali na pół godziny sami, czym prędzej
otworzył książkę i zatopił się w lekturze, nie spoglądając ani razu na
swoją towarzyszkę.
W niedzielę po porannej mszy nastąpiło rozstanie, oczekiwane z utęsknieniem przez zdecydowaną większość towarzystwa. Panna Bingley
stała się naraz niezwykle uprzejma dla Elizabeth, okazując zarazem
wyjątkową serdeczność Jane; po czułym pożegnaniu z tą ostatnią,
okraszonym licznymi zapewnieniami, że wspaniale będzie zawsze widzieć ją
czy to w Longbourn, czy też w Netherfield, i czułym uściskiem, podała
nawet dłoń tej pierwszej. Elizabeth żegnała całe towarzystwo w cudownym
humorze.
Matka powitała je w domu bez krzty entuzjazmu. Była zaskoczona ich
przyjazdem; uważała też, że niepotrzebnie zrobiły wokół siebie tyle
zamieszania i była absolutnie pewna, że Jane znów przeziębiła się po
drodze. Ojciec, choć lakoniczny w wyrażaniu uczuć, cieszył się z ich
powrotu, lubił bowiem mieć całą rodzinę przy sobie. Brak towarzystwa
dwóch najstarszych córek sprawiał, że wieczorne pogawędki rodzinne nie
cieszyły go tak jak zwykle.
Mary, jak zawsze, tkwiła z nosem w książkach, studiując pilnie tajniki
zapisu nutowego i natury ludzkiej; podzieliła się z siostrami garścią
nowych cytatów i uczyniła kilka banalnych spostrzeżeń na temat
moralności. Catherine i Lydia tymczasem miały dla nich inne wieści. Od
zeszłej środy w regimencie wiele zdążyło się wydarzyć. Kilku oficerów
przyjęło zaproszenie do wujostwa na kolację, pewien szeregowiec został
ukarany chłostą, a także pojawiły się pogłoski, że pułkownik Forster
żeni się.
Rozdział XIII
- Mam nadzieję, moja droga - rzekł pan Bennet do żony, gdy następnego
ranka jedli śniadanie - że zaordynowałaś na dzisiaj dobry obiad, mam
bowiem powody przypuszczać, że będziemy mieli gościa.
- Kogo takiego, mój drogi? Nic o tym nie wiem, żeby ktoś się do nas
wybierał; chyba że Charlotte Lucas wpadnie z wizytą, a śmiem mieć
nadzieję, że moje obiady są dość dobre dla niej. Nieczęsto chyba bywa w takich domach jak nasz.
- Osoba, o której mówię, to dżentelmen, nikt nam bliski.
Oczy pani Bennet zaiskrzyły się.
- Dżentelmen i nikt bliski! To pan Bingley, jestem tego pewna! No cóż, z ogromną przyjemnością przyjmę pana Bingleya. Ale, dobry Boże! Cóż za
nieszczęście! Nie mamy ani kawałka ryby. Lydio, kochanie, zadzwoń po
kucharkę, muszę natychmiast z nią porozmawiać.
- Nie chodzi o pana Bingleya - odrzekł jej mąż - to człowiek, którego
nigdy w życiu nie widziałem na oczy.
Ta informacja wzbudziła ogólne poruszenie, a pan Bennet został
natychmiast zasypany pytaniami zarówno przez żonę, jak i wszystkie pięć
córek naraz.
Przez pewien czas bawił się ich ciekawością, po czym wyjaśnił:
- Mniej więcej miesiąc temu otrzymałem list; dwa tygodnie temu
udzieliłem odpowiedzi, ponieważ sprawa wydała mi się delikatna; musiałem
wykazać się rozwagą. Autorem listu jest mój kuzyn, pan Collins, który po
mojej śmierci będzie mógł wyrzucić was z tego domu, gdy tylko przyjdzie
mu na to ochota.
- Och, mój drogi - zapłakała jego żona - nie mogę tego słuchać. Proszę,
nie mów nic o tym okropnym człowieku. To najboleśniejsza rzecz pod
słońcem wiedzieć, że twój majątek zostanie odebrany twoim własnym
dzieciom. Jestem pewna, że na twoim miejscu już dawno spróbowałabym coś
z tym zrobić.
Jane i Elizabeth podjęły próbę wytłumaczenia matce, czym jest majorat.
Próbowały to zrobić już wielokrotnie, jednak pani Bennet nie była zdolna
podejść do sprawy z rozsądkiem - nieustannie skarżyła się gorzko na
okrucieństwo, jakim jest odebranie majątku rodzinie z piątką córek na
rzecz człowieka, który nikogo z nich w ogóle nie obchodził.
- Niewątpliwie cała ta sprawa to niegodziwość - powiedział pan Bennet -
i nic nie oczyści pana Collinsa z winy, jaka spada na niego jako na
dziedzica Longbourn. Jeśli jednak przeczytam ci jego list, być może jego
sposób wyrażania się zmiękczy nieco twoje serce.
- Nie, jestem pewna, że nie; uważam też, że to wielka impertynencja z jego strony pisać do ciebie, a także hipokryzja. Nie cierpię takich
fałszywych przyjaciół. Dlaczego nie może po prostu kłócić się z tobą jak
kiedyś jego ojciec?
- Otóż właśnie; wydaje mi się, że pan Collins ma poczucie winy z powodu
zachowania ojca. Posłuchaj tylko:
Hunsford, w pobliżu Westerham, Kent, 15 października
Szanowny Panie,
niezgoda panująca pomiędzy Panem i moim czcigodnym, nieżyjącym już
ojcem zawsze napawała mnie niepokojem, a odkąd nieszczęśliwie opuścił
ten padół, wielokrotnie odczuwałem pokusę naprawienia naszych stosunków;
przez pewien czas powstrzymywał mnie jednak lęk, że próba przywrócenia
dobrych relacji z osobami, z którymi mój ojciec tak bardzo lubił się
różnić, mogłaby zostać odczytana jako brak szacunku wobec niego...
- Widzisz, moja droga!
...Obecnie jednak podjąłem decyzję, ponieważ w czasie świąt wielkanocnych
otrzymałem ordynację, zaś przy tej okazji spotkał mnie ogromny zaszczyt
- wyróżniono mnie patronatem Jaśnie Wielmożnej lady Catherine de Bourgh,
wdowy po sir Lewisie de Bourgh. To Jej szczodrości i hojności
zawdzięczam możliwość objęcia probostwa w pobliskiej parafii, którą
poprowadzę, okazując nieodmiennie najwyższy szacunek mojej dobrodziejce
i spełniając obrządki i ceremonie ustanowione przez Kościół Anglii. Jako
osoba duchowna, czuję się ponadto w obowiązku szerzyć błogosławieństwo
pokoju wśród rodzin, które znajdują się w sferze mego wpływu; dlatego
też pochlebiam sobie, iż moje starania można uznać za słuszne, zaś fakt,
że mam odziedziczyć majątek Longbourn nie sprawi, że odtrącisz pan
ofiarowaną przeze mnie gałązkę oliwną. Nie mogę myśleć inaczej niż z niepokojem o krzywdzie, jaka spotka Twe urocze córki, i czuję potrzebę,
by błagać cię o przebaczenie, zapewniając zarazem o mej gotowości, by
pod każdym względem i zawsze iść im na rękę - lecz o tym za chwilę.
Jeżeli nie ma Pan nic przeciw temu, aby przyjąć mnie w swoim domu,
chciałbym dostąpić zaszczytu odwiedzenia Państwa w poniedziałek 18
listopada, o godzinie czwartej, następnie zaś korzystać z Państwa
gościnności do godziny siódmej wieczorem w sobotę, co nie będzie dla
mnie kłopotem, ponieważ lady Catherine nie ma żadnych zastrzeżeń, jeśli
chodzi o moją nieobecność w niektóre niedziele, pod warunkiem że
zatrudniony zostanie zastępca - duchowny, który dopełni wszystkich
obowiązków.
Pozostaję, drogi panie, z pełnymi szacunku pozdrowieniami dla Pana żony
i córek -
Wasz zawsze życzliwie o Was myślący przyjaciel,
William Collins
- A zatem o czwartej możemy spodziewać się tego nastawionego jakże
pokojowo dżentelmena - rzekł pan Bennet, składając list. - Wydaje mi
się, że to nader sumienny i dobrze wychowany młody człowiek, a znajomość
z nim bez wątpienia okaże się cenna; szczególnie jeśli lady Catherine
będzie dość wspaniałomyślna, by pozwolić mu odwiedzić nas ponownie.
- To, co pisze o dziewczętach, ma pewien sens; jeśli jest gotów
podzielić majątek, ja z pewnością nie będę go do tego zniechęcać.
- Choć trudno zgadnąć - rzekła Jane - w jaki sposób pan Collins zechce
ofiarować nam godziwe, według niego, zadośćuczynienie, sam zamiar należy
uznać za chwalebny.
Elizabeth zwróciła głównie uwagę na niezwykły szacunek, jakim nadawca
listu darzył lady Catherine, jak również jego zbożny zamiar, by chrzcić,
łączyć węzłem małżeńskim i odprowadzać do grobu parafian, stosownie do
potrzeb.
- Wydaje mi się, że on jest dziwakiem - rzekła. - Nie potrafię go
rozszyfrować. W jego stylu pisania jest coś niezwykle pompatycznego. Co
też ma na myśli, przepraszając nas za to, że jest dziedzicem majątku?
Nie możemy przecież spodziewać się, że przestałby nim być, gdyby mógł.
Czy to możliwe, że to rozsądny człowiek, papo?
- Nie, moja droga, nie sądzę. Mam ogromną nadzieję, że jest akurat
odwrotnie. Ten list to mieszanka służalczości i napuszenia, co zdaje się
obiecujące. Nie mogę się doczekać spotkania z nim.
- Pod względem kompozycji - rzekła Mary - list wydaje się poprawny.
Koncepcja gałązki oliwnej, choć nie całkiem nowa, jest raczej dobrze
wyrażona, jak sądzę.
Catherine i Lydia nie znalazły listu ani jego autora w najmniejszym
nawet stopniu interesującymi. Było raczej niemożliwe, aby ich kuzyn
zjawił się w czerwonej kurtce od munduru wojskowego, a od tygodni rzadko
znajdowały przyjemność w towarzystwie mężczyzn odzianych w stroje innej
barwy. Co do ich matki, list pana Collinsa wyleczył ją w dużej mierze z nieprzychylnego nastawienia wobec niego, więc przygotowywała się do
spotkania z nim ze spokojem, który zadziwił jej męża i córki.
Pan Collins pojawił się punktualnie i został powitany uprzejmie przez
całą rodzinę. Pan Bennet mówił niewiele; panie były jednak dość chętne,
by rozmawiać, pan Collins zaś ani nie potrzebował zachęty ani też
najwyraźniej nie czuł potrzeby, by milczeć. Był to wysoki i przysadzisty
młodzieniec w wieku lat dwudziestu pięciu. Nosił się dostojnie i uroczyście, a jego maniery były niezwykle formalne. Zaledwie usiadłszy,
skomplementował panią Bennet, mówiąc, że ma piękne córki; słyszał ponoć
wiele o ich urodzie, w tym jednak przypadku plotka okazała się nie
dorównywać prawdzie. Dodał też, że nie wątpi, iż w stosownym czasie
wszystkie będą sposobić się do zamążpójścia. Ta uwaga nie wszystkim jego
słuchaczom przypadła do gustu; pani Bennet jednak, która zawsze chętnie
przyjmowała komplementy, odpowiedziała skwapliwie:
- Jest pan doprawdy bardzo miły; z całego serca życzyłabym sobie, aby
tak się stało, ponieważ w przeciwnym razie czeka je okrutny los. Sprawy
ułożyły się wszak tak osobliwie....
- Nawiązujesz pani, zapewne, do majoratu.
- Ach! Istotnie, sir. Przyzna pan, że to istne nieszczęście dla moich
córek. Nie obarczam pana winą, skąd znowu; wszyscy wiemy, że takie
rzeczy zdarzają się na świecie. Nie sposób przewidzieć, kto odziedziczy
majątek w drodze ordynacji.
- Mam pełną świadomość, pani, ciężkiego losu, jaki przypadł mym pięknym
kuzynkom, i mógłbym na ten temat powiedzieć wiele, jednak z pewnością
nie to, że chcę jak najprędzej przejąć państwa majątek. Mogę natomiast
zapewnić młode damy, że przybyłem tu, aby podziwiać ich urodę. Na razie
nie powiem nic więcej; być może jednak, gdy nieco lepiej się poznamy...
W tej chwili przerwało mu wezwanie na obiad; dziewczęta wymieniły
uśmiechy. Nie były jedynymi obiektami zachwytu pana Collinsa. Hall,
jadalnia, wszystkie meble zostały poddane dokładnym oględzinom i pochwalone; zaś pochwały te przypadłyby z pewnością do serca pani
Bennet, gdyby nie straszliwe podejrzenie, że gość ogląda majątek jako
niebawem swój własny. Pan Collins zachwycił się także obiadem i nalegał
usilnie, by mu zdradzić, która z pięknych kuzynek gotuje tak wspaniale.
Tu został usadzony w miejscu przez panią Bennet, która zapewniła go
nieco szorstko, że rodzinę stać na dobrą kucharkę, a jej córki nie mają
nic wspólnego z gotowaniem. Przepraszał więc stokrotnie, że ją uraził.
Zapewniła go już łagodniej, że się nie gniewa, on jednak sumitował się
jeszcze przez kwadrans.
Rozdział XIV
W trakcie obiadu pan Bennet niemal się nie odzywał, gdy jednak służący
wyszli, uznał, że nadszedł czas, by porozmawiać z gościem; poruszył więc
temat, który wedle jego oczekiwań miał pobudzić elokwencję pana Collinsa
- uczynił mianowicie uwagę, że miał mnóstwo szczęścia w pozyskaniu tak
świetnej patronki. Gotowość lady Catherine de Bourgh, by spełniać jego
życzenia, jak i troska o jego wygodę wydawały się czymś niezwykłym. Pan
Bennet nie mógł wybrać lepszego tematu do rozmowy. Pan Collins jął
rozwlekle chwalić życzliwą damę. Uroczyście i z napuszeniem wysławiał
serdeczność i ciepło lady Catherine; przymioty, jego zdaniem, wręcz
niespotykane u osób tak wysoko jak ona postawionych. Była łaskawa
wyrazić aprobatę dla obu laudacji na jej cześć, jakie miał dotąd
zaszczyt wygłosić. Zaprosiła go także dwukrotnie na obiad do Rosings, a zaledwie zeszłej soboty posłała po niego, gdy w towarzystwie zabrakło
czwartego do lombra23. Wiele osób, które znał pan Collins,
uważało lady Catherine za dumną, on jednak zawsze widział w niej jedynie
uosobienie życzliwości. Zawsze rozmawiała z nim tak samo jak z każdym
innym dżentelmenem; nie wyraziła najmniejszego zastrzeżenia, gdy
zechciał dołączyć do towarzystwa w okolicy, i nie protestowała, gdy od
czasu do czasu opuszczał parafię na tydzień czy dwa, by odwiedzić z nią
jej znajomych. Zgodziła się nawet, by ożenił się najszybciej, jak zdoła,
pod warunkiem że będzie wybierał z rozwagą; ba, odwiedziła go na
skromnej plebanii, wyrażając pełną aprobatę dla wszystkich wprowadzonych
przezeń zmian, a nawet zasugerowała kilka kolejnych - na przykład
zainstalowanie półek w szafie w sypialni na górze.
- To rzeczywiście bardzo ładnie i uprzejmie z jej strony - rzekła pani
Bennet. - Przypuszczam, że to niezwykle miła kobieta. Wielka szkoda, że
nie wszystkie wielkie damy tak się zachowują. Czy lady Catherine mieszka
w pobliżu pańskiej plebanii, sir?
- Ogród, w którym stoi mój skromny domek, oddzielony jest od Rosings
Park, rezydencji jaśnie wielmożnej pani, jedynie drogą.
- Zdawało mi się, iż mówił pan, że jest wdową? Czy ma jakąś rodzinę?
- Ma jedną córkę, dziedziczkę Rosings i innych, bardzo rozległych dóbr.
- Ach! - rzekła pani Bennet, kręcąc głową. - W takim razie ma więcej
szczęścia niż moje dziewczynki. A jakaż jest ta młoda dama? Czy ładna?
- Istotnie, jest absolutnie czarująca. Sama lady Catherine mawia, że pod
względem urody panna de Bourgh przewyższa największe piękności, ponieważ
po rysach jej twarzy można łatwo poznać szlachetność pochodzenia.
Niestety, jest przy tym dość wątła, co nie pozwoliło jej uczynić
stosownych postępów w wielu dziedzinach, w których z pewnością miałaby
wybitne osiągnięcia, jak twierdzi dama nadzorująca jej edukację, która
mieszka na stałe w Rosings. Jest jednak nadzwyczaj uprzejma; ma też
zwyczaj przejeżdżać obok mojej skromnej siedziby swoim powozikiem
zaprzężonym w kucyki.
- Czy została już przedstawiona na dworze? Nie przypominam sobie, abym
widziała jej nazwisko na liście zaproszonych dam.
- Ze względu na zły stan zdrowia nie może, niestety, bywać w Londynie;
mówiłem już lady Catherine, że ta nieszczęśliwa okoliczność pozbawia
dwór brytyjski najpiękniejszej jego ozdoby. Dama wydawała się zadowolona
z mego komentarza; jak zapewne się państwo domyślają, staram się przy
każdej okazji raczyć ją delikatnymi komplementami, zawsze tak chętnie
przyjmowanymi przez panie. Powiedziałem też kiedyś lady Catherine, że
jej czarująca córka to wprost urodzona księżna, a gdyby weszła do
wyższych sfer, byłoby to dla nich zaszczytem. Drobne uwagi tego rodzaju
sprawiają mej patronce przyjemność, pozwalając mi zarazem okazywać jej
szacunek, do czego czuję się szczególnie zobowiązany.
- Ma pan całkowitą rację - odezwał się pan Bennet. - Pozostaje tylko
cieszyć się, że posiada pan talent prawienia wyrafinowanych
komplementów. Jeśli mogę wiedzieć, czy powstają one pod wpływem chwili,
czy też są rezultatem długotrwałych przemyśleń?
- Zwykle rodzą się w mojej głowie na skutek zaistniałych okoliczności i choć niekiedy zabawiam się snuciem w myślach uprzejmych spostrzeżeń,
które mogłyby pasować do różnych sytuacji, staram się zawsze w taki
sposób je wygłaszać, aby brzmiały niewymuszenie.
Ta odpowiedź całkowicie zaspokoiła ciekawość pana Benneta. Jego
nadzieja, że kuzyn okaże się dziwakiem, spełniła się; słuchał go więc z najwyższym rozbawieniem, zachowując zarazem nieprzenikniony wyraz
twarzy, i bawił się doskonale, podobnie jak Elizabeth, której rzucał od
czasu do czasu znaczące spojrzenia.
Znudził się tym jednak, nim obiad dobiegł końca, i z przyjemnością
zaprowadził gościa na powrót do bawialni, a kiedy wypito herbatę,
poprosił go, aby poczytał coś damom na głos. Pan Collins zgodził się
skwapliwie, podano mu więc książkę; kiedy ją zobaczył (a wygląd jej
wskazywał, że jest wypożyczona), zaczął się wycofywać, przepraszając
rozwlekle, i oznajmił, że nie czytuje powieści. Kitty spojrzała na niego
zdumiona, a Lydia wydała okrzyk zaskoczenia. Przyniesiono więc inne
książki i po chwili gość wybrał kazania Fordyce'a24. Lydia
gapiła się na niego, gdy otwierał ciężki tom, a kiedy przeczytał trzy
strony monotonnym i uroczystym głosem, przerwała mu:
- Wiesz, mamo, wuj Phillips chce zwolnić Richarda; jeśli to zrobi,
pułkownik Forster zatrudni go u siebie. Ciocia mówiła mi o tym w sobotę.
Pójdę jutro do Meryton, by dowiedzieć się czegoś więcej i zapytać, kiedy
pan Denny wraca z Londynu.
Dwie najstarsze siostry jęły uciszać Lydię, jednak pan Collins, wielce
obrażony, odłożył książkę na bok i rzekł:
- Zbyt często spotykam młode damy, których poważne dzieła nie
interesują, choć zostały wszak napisane wyłącznie dla ich korzyści.
Przyznam, że mnie to zadziwia; nauka płynąca z lektury to przecież rzecz
ogromnie pożyteczna. Nie będę jednak narzucał się dłużej mojej młodej
kuzynce.
Następnie odwrócił się do pana Benneta i zaproponował partyjkę
tryktraka. Gospodarz przyjął wyzwanie, dodał przy tym, że nie mogą
zrobić nic lepszego, jak zostawić dziewczęta ich własnym rozrywkom. Pani
Bennet i jej córki przeprosiły jak najuprzejmiej za zachowanie Lydii,
obiecały, że podobna sytuacja już się nie powtórzy, jeśli gość zechce na
nowo podjąć się czytania. Pan Collins zapewnił, że nie ma pretensji do
kuzynki ani też nie czuje się przez nią obrażony, usadowił się przy
stoliku naprzeciw pana Benneta i zaczął przygotowywać się do gry.
Rozdział XV
Pan Collins nie miał wielkiego rozumu, a niedostatku jego zalet w tym
zakresie nie rekompensowały odpowiednio ani wykształcenie, ani też
ogłada towarzyska. Większość życia spędził pod opieką niepiśmiennego,
skąpego ojca i choć poszedł na uniwersytet, jako student wykonywał
jedynie to, co do niego należało, nie nawiązując żadnych pożytecznych
znajomości. Ojciec wymagał od niego posłuszeństwa, co początkowo
zaowocowało niezwykle pokornym sposobem bycia, obecnie jednak
zrównoważonym w dużej mierze próżnością, która była wynikiem
ograniczenia, życia w samotności, jak i świadomości osiągniętego szybko
i niespodziewanie dobrobytu. Pomyślny zbieg okoliczności zetknął go z lady Catherine de Bourgh, gdy zwolniła się posada proboszcza w Hunsford;
zaś jego szacunek dla wysokiej pozycji damy i rewerencja wobec niej, w połączeniu z wyjątkowo wysokim mniemaniem o sobie, o autorytecie
duchownego i prawach należnych mu jako proboszczowi, czyniły go zarazem
dumnym i służalczym, próżnym i pokornym.
Dysponując przyzwoitym domem i zupełnie wystarczającymi dochodami,
postanowił się ożenić; aby zaś naprawić stosunki z rodziną mieszkającą w Longbourn, wpadł na pomysł, że wybierze na żonę jedną z dziewcząt, o ile
okażą się tak ładne i miłe, jak mu donoszono. W ten sposób miał zamiar
osłodzić im fakt, że dziedziczy majątek ich ojca; był zdania, że to
doskonały plan, przy tym zaś ogromnie szlachetny i bezinteresowny z jego
strony.
Kiedy je poznał, zamysły jego nie uległy zmianie. Urocza twarzyczka
najstarszej kuzynki upewniła go w słuszności przyjętej strategii i ugruntowała w nim przekonanie, że należy starać się właśnie o nią, i taką decyzję podjął pierwszego wieczoru. Następnego ranka jednak zmienił
zdanie po kwadransie pogawędki przed śniadaniem z panią Bennet, która
najpierw zapytała go o plebanię, co w sposób naturalny pozwoliło mu
wyrazić nadzieję, że w Longbourn znajdzie szczęście; gospodyni, wśród
licznych uśmiechów i zapewnień o swej przychylności, ostrzegła go
jednak, by nie zabiegał o przychylność Jane. Co do młodszych córek, nie
mogła wypowiadać się w ich imieniu, aczkolwiek nie wiedziała nic o tym,
aby były kimś zainteresowane. Jeśli jednak szło o najstarszą, musiała
wspomnieć - czuła się wręcz zobowiązana napomknąć, że najprawdopodobniej
już niebawem będzie zaręczona.
Pan Collins musiał więc jedynie przenieść uwagę z Jane na Elizabeth, co
też niebawem uczynił, pani Bennet zaś umacniała go w tym wyborze.
Elizabeth, nieustępująca niczym Jane pod względem urodzenia i urody,
musiała być oczywiście następną kandydatką.
Pani Bennet skrzętnie notowała w pamięci każde jego słowo, pełna
nadziei, że już niebawem wyda dwie córki za mąż; zaś człowiek, z którym
jeszcze dzień wcześniej nie chciała mieć do czynienia, bez trudu wkradł
się w jej łaski.
Lydia nie zapomniała o planowanym spacerze do Meryton, a wszystkie
siostry oprócz Mary postanowiły jej towarzyszyć. Pan Collins miał
opiekować się nimi podczas tej wyprawy na prośbę pana Benneta, który
ogromnie chciał odpocząć od gościa, ciesząc się samotnością w swojej
bibliotece. Pan Collins bowiem podążył tam za nim zaraz po śniadaniu;
udając, że przegląda jeden z najgrubszych tomów z całego księgozbioru,
nieustannie opowiadał panu Bennetowi o swoim domu i ogrodzie w Hunsford.
Wyprowadził tym pana Benneta z równowagi. W swojej bibliotece zawsze
znajdował spokój i odpoczynek; i choć był gotowy, jak powiedział
Elizabeth, mierzyć się z głupotą i pychą w każdym innym pomieszczeniu w domu, biblioteka miała być od nich wolna. Dlatego też jak najuprzejmiej
zachęcał pana Collinsa, by ten towarzyszył córkom podczas spaceru, zaś
pan Collins, który w istocie zdecydowanie wolał spacerować, niż czytać,
z przyjemnością zatrzasnął gruby tom i wyszedł.
Wśród napuszonych banałów, które wygłaszał, i uprzejmego potakiwania
kuzynek, dotarli wreszcie do Meryton. Tu młodsze panny całkowicie
przestały zwracać na niego uwagę. Rozglądały się pilnie po ulicach w nadziei, że ujrzą któregoś z oficerów; traciły czujność na krótką chwilę
wyłącznie wtedy, gdy ich uwagę zwrócił wyjątkowo piękny kapelusz czy
suknia w witrynie sklepowej.
Niebawem jednak ich wzrok przyciągnął nieznajomy młodzieniec, niezwykle
elegancki, który szedł właśnie z drugim oficerem przeciwną stroną ulicy.
Oficerem tym był właśnie pan Denny, o którego powrót z Londynu Lydia
chciała rozpytywać w miasteczku; minęli towarzystwo z Longbourn z ukłonem. Nieznajomy uczynił na wszystkich pannach ogromne wrażenie,
zastanawiały się więc na głos, kto to taki. Kitty i Lydia, chcąc się
tego dowiedzieć za wszelką cenę, przeszły na drugą stronę ulicy, udając
zaciekawienie jedną z witryn sklepowych, i szczęśliwie dotarły do celu
akurat w chwili, gdy dwaj dżentelmeni, zawróciwszy, znaleźli się w tym
samym miejscu. Pan Denny powitał je, prosząc zarazem, aby wolno mu było
przedstawić przyjaciela, pana Wickhama, który dzień wcześniej przyjechał
z nim z Londynu i ku jego radości przyjął powołanie do wojska.
Informacja ta wzbudziła zachwyt, ponieważ zdaniem panien odziany w mundur młody człowiek stałby się wprost ideałem męskiej urody. Istotnie,
prezentował się świetnie; był przystojny, miał regularne rysy, zgrabną
sylwetkę i zachowywał się nader uprzejmie. Gdy przedstawiono go paniom,
z radością nawiązał z nimi rozmowę, zachowując przy tym stosowną
powściągliwość i umiar.
Przemiłą rozmowę przerwało nagle rżenie koni, zaś na ulicy pojawiło się
dwóch jeźdźców - panowie Darcy i Bingley. Spostrzegłszy damy,
pospieszyli wprost ku nim, po czym rozpoczęła się zwykła wymiana
uprzejmości. Przodował w niej pan Bingley, skupiony głównie na
najstarszej pannie Bennet. Jechał właśnie do Longbourn, aby zapytać o jej zdrowie. Pan Darcy poświadczył te słowa ukłonem, walcząc ze sobą
skrycie, by nie patrzeć zbyt często na Elizabeth; nagle zauważył
nieznajomego. Elizabeth, która akurat zwróciła ku nim wzrok, ze
zdumieniem stwierdziła, że niespodziewane spotkanie wywarło na nich obu
iście piorunujące wrażenie. Obaj zmienili się na twarzach; jeden zbladł,
drugi zaś poczerwieniał. Pan Wickham po chwili dotknął kapelusza w pozdrowieniu, które pan Darcy oddał ledwie zauważalnie. O cóż mogło tu
chodzić? Nie sposób było się tego domyślić; nie sposób było nie pragnąć
się dowiedzieć.
Już po chwili pan Bingley, który najwyraźniej nie zauważył całego
incydentu, pożegnał się i odjechał wraz z przyjacielem.
Pan Denny i pan Wickham odprowadzili młode damy aż pod drzwi domu
państwa Phillips, tam zaś pożegnali się głębokimi ukłonami, choć Lydia
nalegała, by weszli do środka, a pani Phillips, wyglądając przez okno
salonu, głośno potwierdzała zaproszenie.
Pani Phillips uwielbiała wizyty swych siostrzenic; dwie najstarsze, za
którymi stęskniła się na skutek ich niedawnej nieobecności, zostały
powitane szczególnie serdecznie. Ciotka wyrażała też głośno zdumienie
ich nagłym powrotem do domu, o którym nic by nie wiedziała, zważywszy,
że nie wróciły własnym powozem, gdyby nie chłopak na posyłki pana
Jonesa, który powiedział jej, że nie będą już wysyłać lekarstw do
Netherfield, ponieważ dwóch panien Bennet już tam nie ma - w tejże
chwili jednak Jane przedstawiła jej pana Collinsa i cała jej uwaga
przeniosła się na niego. Przyjęła go nadzwyczaj uprzejmie, co on
odwzajemnił, przepraszając za niezapowiedzianą wizytę, którą ośmielił
się złożyć państwu Phillips, choć nie miał okazji wcześniej ich poznać.
Wyraził jednak nadzieję, że być może usprawiedliwi go pokrewieństwo z młodymi damami, które przedstawiły go pani domu.
Pani Phillips była pod wielkim wrażeniem nienagannych manier gościa,
jednak zachwyty nad jednym nieznajomym przerwały jej zaraz okrzyki i pytania dotyczące innego; mogła jednakże powiedzieć swym siostrzenicom
jedynie tyle, ile same już wiedziały: że pan Denny przywiózł go z Londynu i że ma otrzymać patent oficerski w regimencie stacjonującym w miasteczku. Wyznała też, że przyglądała mu się przez ostatnią godzinę,
gdy przechadzał się ulicą, i gdyby w tej chwili pan Wickham pojawił się
w zasięgu wzroku, Kitty i Lydia bez wątpienia poszłyby w jej ślady;
niestety, nikt akurat nie przechodził pod oknem z wyjątkiem kilku
oficerów, którzy w porównaniu z nieznajomym zostali uznani za
"głupkowatych i nieuprzejmych gburów". Niektórzy z nich byli zaproszeni
do państwa Phillips na następny dzień na obiad, ciotka obiecała zaś, że
zwróci się do męża, aby wysłał liścik w tej sprawie również do pana
Wickhama, jeśli krewniaczki z Longbourn zechcą odwiedzić ją pod wieczór.
Uzgodniono, że tak właśnie się stanie, pani Phillips zaproponowała więc,
że zorganizuje ekscytującą loteryjkę, po której podana zostanie gorąca
kolacja. Perspektywa takich przyjemności podniosła panny na duchu,
żegnały się więc w niezwykle radosnej atmosferze. Pan Collins powtórzył
przy wyjściu swoje przeprosiny, zapewniono go jednak z nieustającą
uprzejmością, że są one zupełnie niepotrzebne.
W drodze do domu Elizabeth opowiedziała Jane o wrażeniu, jakie uczyniło
na niej spotkanie dwóch dżentelmenów; choć jednak Jane była gotowa
bronić każdego z nich w razie przypuszczenia, że jeden z nich ma coś na
sumieniu, nie potrafiła wyjaśnić tego, co między nimi zaszło, podobnie
jak jej siostra.
Po powrocie pan Collins wysławiał pod niebiosa maniery i uprzejmość pani
Phillips, co ucieszyło niezmiernie panią Bennet. Oświadczył, że nie
widział dotąd równie eleganckiej damy, z wyjątkiem lady Catherine i jej
córki; przyjęła go bowiem nie tylko niezwykle grzecznie, ale też objęła
go zaproszeniem na kolejny wieczór, mimo że przecież w ogóle go
wcześniej nie znała. Z pewnością, w jakiejś mierze zawdzięczał to
krewniaczym więzom, łączącym go z państwem Bennet, tym niemniej nigdy
dotąd nie spotkał się z tak miłym przyjęciem.
Rozdział XVI
Ponieważ plan odwiedzin u ciotki nie wzbudził zastrzeżeń, a wszelkie
skrupuły, jakie odczuwał pan Collins na myśl, że na cały wieczór opuści
krewniaków, zostały stanowczo przez nich uśmierzone, o właściwej
godzinie wsiadł wraz z wszystkimi pięcioma kuzynkami do powozu i udał
się do Meryton. Wchodząc do bawialni, panny z przyjemnością dowiedziały
się, że pan Wickham przyjął zaproszenie wuja i znajduje się w jego domu.
Zadowolone z tej wiadomości zajęły miejsca siedzące, pan Collins zaś
mógł do woli rozglądać się wokół i podziwiać otoczenie; był pod takim
wrażeniem rozmiaru i umeblowania apartamentu, że wyznał, iż przypomina
mu on letni salonik śniadaniowy w Rosings; porównanie to nie zyskało
początkowo wielkiego uznania, jednak gdy pani Phillips została przez
gościa uświadomiona, czym jest Rosings i czyją stanowi siedzibę - gdy
wysłuchała opisu zaledwie jednej spośród wielu bawialni lady Catherine i dowiedziała się, że sam kominek kosztował osiemset funtów - zrozumiała
wagę tego komplementu. W tej sytuacji przyjęłaby z wdzięcznością nawet
porównanie jej bawialni ze służbówką w Rosings.
Wywody na temat wspaniałej lady Catherine i jej rezydencji, przerywane
niekiedy dygresjami na temat własnej skromnej siedziby i ulepszeń, jakie
w niej poczynił, zajęły panu Collinsowi czas aż do nadejścia
dżentelmenów; znalazł też niezwykle pilną słuchaczkę w pani Phillips,
której opinia o nim znacznie wzrosła pod wpływem jego słów i która
postanowiła skrycie, że podzieli się nią jak najprędzej ze wszystkimi
sąsiadami. Dziewczętom, które nie były już w stanie słuchać kuzyna, nie
miały zaś żadnego zajęcia, czas dłużył się ogromnie - tęskniły za muzyką
i bez przyjemności podziwiały własne, niezbyt udane malowidła na
porcelanie stojącej na kominku.
Nareszcie oczekiwanie dobiegło końca. Panowie zjawili się wreszcie, a gdy pan Wickham wszedł do pokoju, Elizabeth utwierdziła się w przekonaniu, że podziw, jaki w niej wzbudził przy pierwszym spotkaniu, a który odczuwała także później na myśl o nim, nie był bezpodstawny.
Oficerowie z miejscowego regimentu mogli śmiało konkurować z okoliczną
śmietanką pod względem wychowania, u państwa Phillips zaś spotkali się
najlepsi spośród nich; mimo to pan Wickham górował nad wszystkimi
wyglądem, manierami, posturą, tak samo jak pozostali górowali nad wujem
Phillipsem - pulchnym i woniejącym porto - który wszedł za nimi do
pokoju.
Pan Wickham był tym szczęściarzem, który przyciągnął wzrok niemal
wszystkich pań, Elizabeth miała zaś to szczęście, że jego spojrzenie
zatrzymało się na dłużej właśnie na niej. Natychmiast zwrócił się do
niej i choć stwierdził jedynie, że wieczór jest dżdżysty, wydał jej się
tak sympatyczny, że uznała, iż nawet najbanalniejszy temat może stać się
interesujący, gdy porusza go inteligentny rozmówca.
W rywalizacji o uwagę obecnych pań z przystojnym panem Wickhamem i oficerami, pan Collins poległ z kretesem; panny zupełnie przestały się
nim interesować. Pani domu przysiadała przy nim jednak co i rusz, by
posłuchać jego wywodów, dolewając mu wciąż kawy i częstując babeczkami.
Gdy rozstawiono stoliki karciane, mógł zrewanżować się jej za
uprzejmość, siadając do wista.
- Jak dotąd, gram bardzo słabo - wyjawił - chciałbym się jednak
poprawić, ponieważ człowiek w moim położeniu... - pani Phillips, choć była
mu wdzięczna za gotowość wzięcia udziału w grze, nie miała jednak czasu
go słuchać.
Pan Wickham nie grał w wista, z radością natomiast usadowił się przy
innym stoliku pomiędzy Elizabeth i Lydią. Początkowo zdawało się, że
Lydia zaprzątnie go sobą całkowicie, paplała bowiem nieustannie;
ponieważ jednak uwielbiała loterie, niebawem zajęła się bez reszty
obstawianiem zakładów, wznosząc okrzyki podczas losowania nagród, i przestała zwracać uwagę na obecnych. Pan Wickham, choć także brał udział
w grze, mógł więc swobodnie zwrócić się do Elizabeth, która nie miała
nic przeciwko temu, by go słuchać, choć najbardziej interesowała ją
sprawa, o którą nie mogła zapytać - a mianowicie, historia znajomości
jej rozmówcy z panem Darcym. Nie ośmieliła się jednak nawet wspomnieć
jego nazwiska. Niespodziewanie jednak jej ciekawość została zaspokojona.
Pan Wickham z własnej woli poruszył ten temat. Chciał wiedzieć, jaka
odległość dzieli Netherfield od Meryton, a gdy mu odpowiedziała, z pewnym wahaniem zapytał, od jak dawna w posiadłości przebywa pan Darcy.
- Mniej więcej od miesiąca - odparła Elizabeth, po czym, nie chcąc
zaprzepaścić możliwości podjęcia tematu, dodała: - Z tego, co wiem,
posiada ogromne włości w Derbyshire.
- Zgadza się - odparł pan Wickham. - Istotnie, jego majątek jest bardzo
piękny. Przynosi mu na czysto dziesięć tysięcy funtów rocznie. Nikt nie
powie pani tego z równie niezbitą pewnością jak ja, ponieważ silne więzy
łączą mnie z tą rodziną od najwcześniejszego dzieciństwa.
Elizabeth nie zdołała ukryć zaskoczenia.
- Zapewne dziwi panią moja deklaracja, panno Bennet, skoro zaledwie
wczoraj widziała pani, jak chłodne było nasze wzajemne powitanie. Czy
jest pani bliską znajomą pana Darcy'ego?
- W nader wystarczającym stopniu - odparła Elizabeth życzliwie. -
Spędziłam z nim cztery dni pod jednym dachem i wydał mi się bardzo
nieprzyjemny.
- Nie mam prawa wyrażać własnej opinii w tej kwestii - odparł Wickham. -
Nie mogę go sądzić. Znam go zbyt dobrze i zbyt długo, by ocenić go
sprawiedliwie. Nie stać mnie na bezstronność. Jestem jednak zaskoczony
pani zdaniem na jego temat; być może zresztą nie wyjawiłaby jej pani tak
otwarcie w innych okolicznościach. Tutaj wszak znajduje się pani w otoczeniu rodziny.
- Doprawdy byłabym gotowa powtórzyć te słowa w każdym innym domu, z wyjątkiem Netherfield. Pan Darcy nie cieszy się sympatią w Hertfordshire. Zraził do siebie wszystkich nadmierną dumą. Nie znajdzie
pan tu człowieka, który wyrażałby się o nim pochlebnie.
- Nie będę udawał, że pani słowa sprawiają mi przykrość - powiedział
Wickham po chwili milczenia. - Nie mam nic przeciwko temu, by oceniano
ludzi tak, jak na to zasługują. W jego przypadku jednak nieczęsto się to
zdarza. Jednych zaślepia jego majątek i koneksje, inni obawiają się jego
wyniosłości, widzą go więc tak, jak chce być widzianym.
- Choć znam go od niedawna, zdążyłam nabrać przekonania, że ma
nieprzyjemny charakter.
Wickham potrząsnął głową.
- Zastanawiam się - rzekł, gdy w rozgrywce nastąpiła kolejna przerwa -
czy długo jeszcze pozostanie w okolicy.
- Nie mam pojęcia, nie słyszałam jednak, by snuł plany wyjazdu, kiedy
byłam w Netherfield. Mam nadzieję, że jego obecność w sąsiedztwie nie
pokrzyżuje pańskich planów.
- Ależ nie! Ja nie wystraszę się pana Darcy'ego. To on musi wyjechać,
jeśli uzna, że nie chce mnie widywać. Nie jesteśmy w przyjaznych
stosunkach, a spotkania z nim są dla mnie zawsze bolesne, nie mam jednak
powodu, by go unikać; mogę śmiało wyznać przed całym światem, że
zostałem przez niego potraktowany bardzo nieuczciwie, żałuję zaś
jedynie, że jest takim, a nie innym człowiekiem. Jego ojciec, panno
Bennet, starszy pan Darcy, był jednym z najlepszych ludzi, jacy chodzili
po tej ziemi, i najprawdziwszym przyjacielem, jakiego miałem w życiu;
zawsze, gdy widzę pana Darcy'ego, tysiące czułych wspomnień rozdzierają
mi duszę. On sam zachował się wobec mnie wprost skandalicznie; byłbym
jednak gotów wybaczyć mu wszystko, byle tylko nie zawieść nadziei i nie
skalać pamięci jego zmarłego ojca.
Elizabeth czuła coraz większe zainteresowanie tematem, słuchała więc
pilnie; delikatność nie pozwoliła jej jednak zadawać dalszych pytań.
Pan Wickham przeszedł do tematów bardziej ogólnych, takich jak Meryton,
okolica czy sąsiedzi, zachwycając się tym, co zdążył już zobaczyć, zaś o miejscowym towarzystwie wypowiadał się subtelnie i z dużą dozą
galanterii.
- Perspektywa zyskania stałego, dobrego towarzystwa - dodał - skłoniła
mnie do przyjazdu tutaj. Wiedziałem, że stacjonuje tu regiment o nienagannej reputacji, a mój przyjaciel Denny zachęcił mnie dodatkowo,
opisując zajmowaną obecnie kwaterę, a także wspaniałe przyjęcie w Meryton i zawarte tutaj świetne znajomości. Muszę się przyznać, że
niezwykle cenię sobie dobrą kompanię. Mam za sobą bolesne przeżycia i źle znoszę samotność. Muszę mieć zajęcie i towarzystwo. Nie przewidywano
dla mnie kariery wojskowej, teraz jednak nadarzyły się sprzyjające mi
okoliczności. Miałem zostać duchownym; wychowano mnie do tej roli, dziś
zaś byłbym pastorem w świetnej parafii, gdyby nie widzimisię
dżentelmena, o którym właśnie rozmawialiśmy.
- Doprawdy!
- Tak, świętej pamięci pan Darcy zapisał w testamencie rekomendację dla
mnie na proboszcza w świetnej parafii. Był moim ojcem chrzestnym,
niezwykle do mnie przywiązanym. Choćbym chciał, nie potrafię opisać jego
dobroci. Miał zamiar wyposażyć mnie godziwie, i sądził, że mu się to
udało, kiedy jednak probostwo zwolniło się, otrzymał je ktoś inny.
- Dobry Boże! - wykrzyknęła Elizabeth. - Jak to możliwe? Jak można było
zignorować testament? Czy nie dochodził pan swoich praw w sądzie?
- Nie miałem na to szans, ponieważ zapis został uczyniony bez zachowania
formalności. Człowiek honorowy nie miałby wątpliwości co do intencji
zmarłego, pan Darcy jednak postanowił ją podważyć lub też potraktować
zapis jako wyłącznie warunkowe zalecenie, które jego zdaniem przestało
obowiązywać na skutek mojej rzekomej nierozwagi, ekstrawagancji: słowem,
wszystkiego i niczego. W każdym razie posada proboszcza zwolniła się
przed dwoma laty, akurat w chwili, gdy osiągnąłem wiek umożliwiający mi
jej objęcie, została jednak przekazana komu innemu; ja zaś nie mogę
powiedzieć, abym oskarżał siebie o jakikolwiek czyn, przez który
zasługiwałbym na jej utratę. Mam wybuchowy temperament, być może więc
wyraziłem swoją opinię o panu Darcym, adresowaną do niego, w sposób zbyt
swobodny. Innych swoich grzechów nie pamiętam. Z pewnością bardzo
różnimy się od siebie, on zaś mnie nienawidzi.
- To doprawdy szokujące! Ten pan zasługuje na publiczne potępienie.
- Doczeka się go zapewne prędzej czy później, jednak nie z mojego
powodu. Dopóki mam w sercu wspomnienie jego ojca, nie zrobię nic, by go
pohańbić lub zdemaskować przed światem.
Elizabeth była pod wrażeniem tej deklaracji, która sprawiła, że Wickham
wydał jej się jeszcze milszy.
- Ależ - odezwała się po chwili milczenia - jaki mógł być jego motyw? Co
mogło go skłonić do takiego okrucieństwa?
- Silna, zdecydowana niechęć do mnie: niechęć, którą muszę w pewnej
mierze przypisać zazdrości. Gdyby świętej pamięci pan Darcy darzył mnie
mniejszą sympatią, być może jego syn mógłby mnie łatwiej znosić; nasze
wzajemne przywiązanie irytowało go, jak sądzę, od najwcześniejszych lat.
Nie umiał poradzić sobie ze współzawodnictwem, jakie się między nami
wywiązało: z faktem, że byłem często faworyzowany.
- Nie sądziłam, że pan Darcy ma tak zły charakter, choć znielubiłam go
od razu. Nie myślałam o nim dotąd aż tak źle. Zdawało mi się, że żywi
niechęć do bliźnich w ogóle, nie podejrzewałam go jednak o skłonność do
tak okrutnej zemsty, takiej niesprawiedliwości, takiego braku ludzkich
uczuć.
Po dłuższym zastanowieniu podjęła na nowo:
- Pamiętam, że w Netherfield chwalił się kiedyś, że nie zapomina o dawnych urazach, nie przebacza swym wrogom. To doprawdy okropna cecha.
- Nie wypowiem swego zdania na ten temat - odparł Wickham. - Nie
potrafię sprawiedliwie go ocenić.
Elizabeth znów pogrążyła się w myślach, a po jakimś czasie wyrzuciła z siebie:
- Tak potraktować chrześniaka, przyjaciela, faworyta własnego ojca! -
Chciała też dodać: "takiego młodzieńca, jak pan, którego oblicze
niezbicie dowodzi pańskiej dobroci", zadowoliła się jednak słowami: - W dodatku, jak mniemam, towarzysza zabaw dziecięcych, jakże blisko z nim
związanego!
- Urodziliśmy się w tej samej parafii, w tym samym majątku; dzieciństwo
i młodość spędziliśmy razem, mieszkając w tym samym domu, bawiąc się
tymi samymi zabawkami, pod ojcowską pieczą tego samego człowieka. Mój
ojciec rozpoczął karierę w profesji, której pani wuj, pan Phillips,
przynosi taką chlubę. Porzucił jednak wszystko, by służyć świętej
pamięci panu Darcy'emu, i poświęcił się bez reszty dbaniu o Pemberley.
Pan Darcy cenił go nadzwyczajnie, uważał za najbliższego przyjaciela.
Często podkreślał też, że ma wobec mego ojca ogromny dług wdzięczności,
i kiedy przed jego śmiercią zapewniał go, że otoczy mnie opieką, jestem
pewien, że czynił to zarówno przez wzgląd na zasługi mego ojca, jak i z powodu przywiązania do mnie.
- Coś takiego! - zawołała Elizabeth. - Jakie to okropne! Nie mogę
uwierzyć, że duma pana Darcy'ego pozwoliła mu zachować się wobec pana
tak niesprawiedliwie! Jeśli już nie z innej przyczyny, powinien był mieć
dość dumy, by nie pozwolić sobie na nieuczciwość, ponieważ jego
zachowanie muszę nazwać nieuczciwym.
- To rzeczywiście niesłychane - przyznał Wickham - zważywszy, że duma
jest kołem zamachowym niemal wszystkich jego działań; duma to jego
najlepszy przyjaciel. Z pewnością ze wszystkich jego cech ta jest
najbliższa cnocie. Nikt z nas nie kieruje się jednak w życiu wyłącznie
jednym motywem, a w tym przypadku rolę odegrały także inne względy.
- Czyżby uważał pan, że jego duma skłoniła go kiedykolwiek do czegoś
dobrego?
- Niejednokrotnie czyniła go hojnym i pobłażliwym, kazała mu rozdawać
pieniądze, okazywać gościnność, wspierać swych najemców i nieść ulgę
biednym. Dokonała tego duma rodzinna, duma synowska, ponieważ syn jest
ogromnie dumny z dokonań swego ojca. Nie chciałby narazić na szwank
dobrego imienia rodziny, stracić w niczyich oczach ani zaprzepaścić
pozycji Pemberley. Ma też dumę braterską, która w połączeniu z braterskim uczuciem czyni go niezwykle serdecznym i troskliwym opiekunem
siostry, ona zaś rozpowiada wszem i wobec, że to najwspanialszy i najlepszy z braci.
- Jaką osobą jest panna Darcy?
Potrząsnął głową.
- Doprawdy, chciałbym móc nazwać ją miłą. Wyrażanie niepochlebnych
opinii o kimkolwiek z tej rodziny sprawia mi ból. Jest jednak zbyt
podobna do brata: ogromnie dumna. Jako dziecko była serdeczna i uprzejma; obdarzała mnie też wielkim przywiązaniem, ja zaś spędzałem
długie godziny na zabawach z nią. Dziś jednak nic dla mnie nie znaczy.
Wyrosła na ładną pannę; ma obecnie piętnaście czy szesnaście lat i z tego, co wiem, nie brakuje jej talentów. Od czasu śmierci ojca mieszka w Londynie z damą do towarzystwa, która nadzoruje jej edukację.
Przez dłuższą chwilę rozmawiali na inne tematy, Elizabeth jednak, nie
mogąc się powstrzymać, rzekła:
- Zdumiewa mnie bliska zażyłość, jaka łączy go z panem Bingleyem! Jak to
możliwe, że człowiek, który wydaje się uosobieniem dobroduszności,
prawdziwie życzliwy, o czym jestem przekonana, przyjaźni się z kimś
takim? Jakim cudem znaleźli nić porozumienia? Czy poznał pan pana
Bingleya?
- Nie miałem przyjemności.
- To uroczy, sympatyczny, przemiły młodzieniec. Z pewnością nie poznał
się dotąd na panu Darcym.
- Zapewne; pan Darcy umie jednak być miły, kiedy zechce. Nie brakuje mu
zręczności w tym względzie. Potrafi stać się rozmowny, jeśli jest
zdania, że przyniesie mu to korzyść. W rezultacie ci, którzy są mu
równi, znają go jako zupełnie innego człowieka niż stojący niżej od
niego. Duma nie opuszcza go nigdy; jednak wśród bogaczy uważany jest za
człowieka o liberalnych poglądach, sprawiedliwego i uczciwego,
rozsądnego, honorowego, być może nawet miłego, gdy weźmie się pod uwagę
jego wygląd i fortunę.
Tymczasem, zakończywszy partyjkę wista, gracze wstali i dołączyli do
siedzących przy drugim stole; pan Collins zajął miejsce pomiędzy kuzynką
Elizabeth i panią Phillips. Ta ostatnia zaczęła niebawem dopytywać się,
jak mu poszło. Nie odniósł wielkich sukcesów - przegrał wszystkie
partie, kiedy jednak pani Phillips zaczęła użalać się nad nim z tego
powodu, zapewnił ją solennie, że to bez znaczenia, nie przywiązuje
bowiem najmniejszej wagi do pieniędzy; prosił więc gospodynię, aby się
nim nie przejmowała.
- Wiem bardzo dobrze, pani - rzekł - że siadając do karcianego stolika,
należy liczyć się z przypadkowością losu; na szczęście nie jestem w tak
złej sytuacji, aby rozpaczać nad stratą pięciu szylingów. Wielu jest z pewnością nieszczęśników, którzy nie mogliby tego o sobie powiedzieć, ja
jednak, dzięki lady Catherine de Bourgh, zostałem uwolniony od
konieczności zamartwiania się o drobiazgi.
Te słowa zwróciły uwagę pana Wickhama, który przyglądał się panu
Collinsowi przez kilka chwil, a następnie zapytał po cichu Elizabeth,
czy jego powiązania z rodem de Bourgh należą do ścisłych.
- Lady Catherine de Bourgh - odparła - powierzyła mu niedawno parafię w swym majątku. Nie wiem, w jaki sposób pan Collins nawiązał z nią
znajomość, jestem jednak pewna, że zna ją od niedawna.
- Oczywiście wie pani, że lady Catherine de Bourgh i lady Anne Darcy
były siostrami; a zatem jest ona ciotką obecnego pana Darcy'ego.
- Nie miałam o tym pojęcia. Koneksje lady Catherine nie są mi znane. Nie
wiedziałam o jej istnieniu aż do przedwczoraj.
- Jej córka, panna de Bourgh, jest dziedziczką ogromnego spadku; wieść
głosi, że kuzyn ma się z nią ożenić, by połączyć oba majątki.
Elizabeth uśmiechnęła się mimo woli, myśląc o biednej pannie Bingley. Na
nic się zdadzą wszelkie jej zabiegi, uczucie okazywane siostrze pana
Darcy'ego i nieustanne pochwały pod jego adresem, skoro jest
przeznaczony innej.
- Pan Collins - powiedziała - wyraża się w samych superlatywach o lady
Catherine i jej córce; sądząc jednak z pewnych szczegółów, jakie nam
zdradził, mogę wnioskować, że poczucie wdzięczności zaprowadziło go
chyba na manowce, i choć jest jego patronką, to arogancka i próżna
kobieta.
- Takie mniej więcej jest moje zdanie na jej temat - przyznał Wickham. -
Nie widziałem jej od wielu lat, ale pamiętam doskonale, że nigdy jej nie
lubiłem; zachowywała się zawsze władczo i buńczucznie. Cieszy się
reputacją osoby niezwykle rozsądnej i inteligentnej; ja jestem jednak
zdania, że przynajmniej częściowo wynika to z jej pozycji i bogactwa,
częściowo zaś z autorytatywnego sposobu bycia, reszta natomiast to duma
bratanka, który uważa, że każdy, kto jest z nim spokrewniony, musi mieć
błyskotliwy umysł.
Elizabeth przyznała, że to bardzo trafne podsumowanie, po czym
rozmawiali dalej, ku obopólnemu zadowoleniu, do chwili, gdy podano
kolację, kładąc kres karcianym rozgrywkom, a zarazem dając pozostałym
damom okazję do rozmowy z panem Wickhamem. Choć gwar, jaki się podniósł
przy kolacji utrudniał konwersację, maniery tego ostatniego pozostały
nieskazitelne. Wszystko, co mówił, brzmiało rozsądnie; każdy jego gest
był nacechowany gracją. Elizabeth nie mogła przestać o nim myśleć, gdy
wieczór dobiegł końca. Wciąż wracała do rozmowy z panem Wickhamem i rozpamiętywała jego słowa przez całą drogę do domu; nie zdołała jednak
wtrącić ani słowa do rozmowy, ponieważ Lydia i pan Collins mówili bez
przerwy. Lydia opowiadała wciąż o loterii, o swoich porażkach i wygranych; pan Collins rozwodził się nad uprzejmością państwa Phillips,
przekonywał, że nie przejmuje się przegraną w wista, wyliczał wszystkie
dania zaserwowane podczas kolacji i wielokrotnie wyrażał obawę, że z powodu jego obecności w powozie jest zbyt ciasno; nie zamilkł ani na
chwilę, dopóki nie zatrzymali się przed Longbourn House.
Rozdział XVII
Następnego dnia Elizabeth zrelacjonowała Jane przebieg swej rozmowy z panem Wickhamem. Jane słuchała jej ze zdumieniem i przykrością; nie
potrafiła uwierzyć, że pan Darcy mógł okazać się tak niegodnym przyjaźni
pana Bingleya, jednak nie umiała także zakwestionować uczciwości
młodzieńca tak miłego jak Wickham. Możliwość, że padł ofiarą tak
wielkiej podłości wystarczyła, by obudzić w niej współczucie; pozostało
jej zatem jedynie myśleć dobrze o obu dżentelmenach, bronić postępowania
każdego z nich i winić przypadek lub pomyłkę za wszelkie ich postępki,
których nie umiała sobie wyjaśnić inaczej.
- Jestem zdania - rzekła - że oni obaj zostali w taki czy inny sposób
oszukani, nie nam zaś sądzić, jak było naprawdę. Niewykluczone, że w grę
wchodzili inni zainteresowani, którzy przedstawiali jednemu postępki
drugiego w fałszywym świetle. Krótko mówiąc, nie sposób zrozumieć
przyczyny i okoliczności, które uczyniły z nich wrogów, nie zrzucając
winy na jednego z nich.
- Istotnie, to prawda. Kochana Jane, co powiesz w takim razie na obronę
tych innych zainteresowanych, którzy zapewne maczali w tym palce? Ich
również musisz oczyścić z zarzutów; w przeciwnym razie będziemy zmuszone
pomyśleć o kimś niepochlebnie.
- Śmiej się, ile chcesz, nie nakłonisz mnie tym do zmiany zdania.
Najdroższa Lizzy, pomyśl tylko, w jak fatalnym świetle ta sprawa stawia
pana Darcy'ego: potraktować w ten sposób faworyta swego ojca, którym
ojciec jego przyrzekał się zająć. To niemożliwe. Nikt, kto ma w sercu
ludzkie uczucia, kto ceni sobie własne zasady, nie byłby do tego zdolny.
Czy mógłby aż tak oszukać swych najbliższych przyjaciół? O nie.
- Dużo łatwiej uwierzę, że pan Bingley dał się zwieść, aniżeli pan
Wickham zmyślił całą tę historię, którą opowiedział mi wczoraj
wieczorem: nazwiska, fakty, wszystko podane jak na tacy. Jeśli to
nieprawda, niech pan Darcy zaprzeczy. Poza tym miał niezwykłą szczerość
w spojrzeniu.
- To istotnie trudne... to rzeczywiście niepokojące. Po prostu nie
wiadomo, co o tym myśleć.
- Wybacz, moja droga; bez wątpienia wiadomo.
Jane była jednak pewna tylko co do jednej rzeczy - że pan Bingley, jeśli
istotnie dał się zwieść, cierpiałby ogromnie, gdyby cała sprawa wyszła
na jaw.
W tej samej chwili młode damy musiały zakończyć przechadzkę, podczas
której odbyła się ta rozmowa, i wrócić do domu. Witano bowiem właśnie
jedną z osób, o których mówiły - pan Bingley wraz z siostrami
przyjechał, by osobiście wręczyć Bennetom zaproszenia na oczekiwany od
dawna bal w Netherfield, zaplanowany na najbliższy wtorek. Obie damy
były zachwycone, widząc znów swoją drogą przyjaciółkę, ponieważ całe
wieki minęły od ich ostatniego spotkania; chciały więc koniecznie
wiedzieć, co w tym czasie działo się u niej. Pozostałej części rodziny
poświęciły niewiele uwagi; unikały, jak mogły, rozmowy z panią Bennet,
rzuciły kilka słów do Elizabeth, do innych zaś nie odezwały się wcale.
Niebawem już ich nie było - ni stąd, ni zowąd zerwały się ze swych
miejsc ku zaskoczeniu brata i niemal wybiegły z domu, jak gdyby
uciekając przed wyrazami uprzejmości ze strony pani Bennet.
Nie było w rodzinie kobiety, która nie czekałaby z biciem serca na bal w Netherfield. Pani Bennet postanowiła uznać, że został on wydany na cześć
jej najstarszej córki; szczególnie schlebiała jej świadomość, że pan
Bingley pofatygował się, by zaprosić je osobiście, zamiast przysyłać
bilet wizytowy. Jane wyobrażała sobie, że spędzi uroczy wieczór ze swymi
dwiema przyjaciółkami, adorowana przez ich brata; Elizabeth natomiast
nie mogła doczekać się, by zatańczyć z panem Wickhamem i potwierdzić
swoje podejrzenia na podstawie wyglądu i zachowania pana Darcy'ego.
Catherine i Lydia nie miały jasno sprecyzowanych oczekiwań. Co prawda -
podobnie jak Elizabeth - marzyły o tym, by przetańczyć pół wieczoru z panem Wickhamem, nie był to jednak jedyny partner, który mógł sprostać
ich oczekiwaniom; w końcu bal to przecież bal. Nawet Mary gotowa była
przyznać, że myśli o nadchodzącym wtorku bez niechęci.
- Jeśli tylko mam poranki dla siebie - rzekła - to mi wystarczy; mogę od
czasu do czasu poświęcić wieczór czy dwa na rozrywkę. Nikt nie jest
wolny od obowiązków towarzyskich, ja zaś wyznaję zasadę, że przerwy w pracy dla odpoczynku i rozrywki są rzeczą niezbędną dla każdego.
Elizabeth była w tak doskonałym humorze, że choć starała się na ogół nie
prowokować pana Collinsa do rozmowy, tym razem nie powstrzymała się -
spytała, czy ma zamiar przyjąć zaproszenie pana Bingleya, a jeśli tak,
czy uzna za stosowne wziąć udział w tańcach; z pewnym zaskoczeniem
dowiedziała się, że pastor nie ma w tym względzie żadnych skrupułów i nie obawia się reprymendy ze strony takich person jak arcybiskup czy
nawet lady Catherine, jeśli ośmieli się zatańczyć.
- W żadnym wypadku nie jestem zdania - powiedział - że bal tego rodzaju,
wydawany przez młodzieńca o nieskazitelnym charakterze, dla osób
szanowanych może nieść za sobą cokolwiek złego; jeśli zaś chodzi o taniec, jestem tak daleki od jakichkolwiek zastrzeżeń wobec tej formy
rozrywki, że mam nadzieję mieć zaszczyt towarzyszyć w niej w trakcie
wieczoru każdej z mych pięknych kuzynek; tym samym, korzystając z okazji, panno Elizabeth, chciałbym poprosić, abyś zarezerwowała dla mnie
dwa pierwsze tańce; mam nadzieję, że kuzynka Jane okaże pobłażliwość dla
mego wyboru, przypisując mu właściwą intencję, i nie uzna go za brak
szacunku wobec niej.
Elizabeth była zdruzgotana. Wyobrażała sobie dotąd, że te właśnie tańce
odda panu Wickhamowi, tymczasem miał go zastąpić pan Collins! Żałowała
teraz serdecznie, że nie trzymała języka za zębami. Niestety, było już
za późno. Pozostawało jej jedynie pogodzić się z tym, że będzie mogła
cieszyć się towarzystwem Wickhama nieco później, i przyjąć propozycję
pana Collinsa z całą gracją, na jaką było ją stać. Nie była jednak z tego zadowolona, a przy tym w jej serce wkradły się pewne podejrzenia.
Po raz pierwszy dopuściła do siebie myśl, że być może została spośród
sióstr wybrana, aby stać się panią plebanii w Hunsford i czwartą do
lombra w Rosings, jeśli akurat zabraknie tam gości. Przypuszczenie
szybko przerodziło się w pewność, Elizabeth dostrzegła bowiem, że pastor
stał się wobec niej wyjątkowo uprzejmy i często próbował komplementować
jej poczucie humoru oraz temperament. Była raczej zdumiona niż
zachwycona jego zalotami, niebawem jednak matka dała jej do zrozumienia,
że ucieszyłaby się ogromnie, gdyby córka oddała rękę panu Collinsowi.
Elizabeth udała, że nie rozumie aluzji, doskonale zdając sobie sprawę,
że jej wyraźna odpowiedź doprowadziłaby do poważnej dysputy. Pan Collins
mógł wszak nigdy się jej nie oświadczyć, nie było zatem sensu kłócić się
o niego.
Gdyby nie bal w Netherfield i przygotowania do niego, młodsze panny
Bennet pogrążyłyby się zapewne w czarnej rozpaczy, ponieważ od dnia, w którym dostały zaproszenie, aż do wyznaczonej daty lał deszcz,
uniemożliwiając im przechadzki do Meryton. Nie można było odwiedzać
ciotki, widywać się z oficerami, słuchać ploteczek - nawet rozetki do
pantofelków na bal przywiózł posłaniec. Również Elizabeth poczuła się
wreszcie nieco zniecierpliwiona tą odmianą pogody, która całkowicie
uniemożliwiła jej zawarcie bliższej znajomości z panem Wickhamem; jeśli
zaś chodzi o Kitty i Lydię, tylko perspektywa wtorkowej zabawy uczyniła
dla nich znośnymi poprzedzający go piątek, sobotę, niedzielę i poniedziałek.
Rozdział XVIII
Do chwili, gdy Elizabeth weszła do bawialni w Netherfield, wypatrując na
próżno pana Wickhama wśród czerwonych wojskowych kurtek oficerskich, nie
przyszła jej nawet do głowy możliwość, że się nie zjawił. Była pewna, że
przyjdzie, choć gdyby wróciła pamięcią do ostatniej z nim rozmowy, być
może zaczęłaby w to wątpić. Ubrała się na bal staranniej niż zwykle i z radosnym biciem serca czekała chwili, gdy będzie mogła podbić jego serce
do reszty, co - jak jej się zdawało - powinno było się udać w ciągu
jednego wieczoru. Teraz jednak w jej duszy zrodziło się przykre
podejrzenie, że być może pan Bingley, przekazując zaproszenia oficerom,
chciał zrobić przyjemność Darcy'emu i pominął jego adwersarza; i choć
nie do końca miała w tym względzie słuszność, przyjaciel pana Wickhama,
pan Denny, już po chwili potwierdził, pytany przez Lydię, że istotnie,
jego druh musiał wyjechać do Londynu w pilnej sprawie dzień wcześniej i dotąd nie wrócił. Dodał jednak ze znaczącym uśmiechem:
- Jestem pewien, że żadna sprawa nie wyciągnęłaby go stąd akurat teraz,
gdyby nie chciał uniknąć spotkania z pewnym dżentelmenem, który jest tu
obecny.
Lydia nie usłyszała tej uwagi, nie umknęła ona natomiast Elizabeth,
która zyskała tym samym pewność, że Darcy istotnie odpowiada za
nieobecność Wickhama, choć niedokładnie tak, jak sobie wyobrażała; tym
niemniej uczucie niechęci wobec niego, wzmocnione rozczarowaniem,
sprawiło, że z trudem odpowiedziała mu w miarę uprzejmie na powitanie,
gdy do niej podszedł. Uprzejmość, wyrozumiałość, cierpliwość okazywane
Darcy'emu były w jej oczach zdradą wobec Wickhama. Obiecała sobie, że
nie zamieni z nim więcej ani słowa, i odwróciła się z rozdrażnieniem,
którego nie zdołała w pełni opanować nawet w rozmowie z panem Bingleyem,
ponieważ złościła ją nawet jego nieświadomość sytuacji.
Elizabeth jednak nie umiała się długo gniewać i choć jej nadzieje na ten
wieczór legły w gruzach, nie wprawiło jej to w zły humor na długo.
Zwierzywszy się ze swych smutków Charlotcie Lucas, której nie widziała
od tygodnia, już po chwili opowiadała jej o wszystkich dziwactwach nowo
poznanego kuzyna, polecając go zarazem jej szczególnej uwadze. Pierwsze
dwa tańce jednak ponownie popsuły jej nastrój, okazały się bowiem
koszmarne. Pan Collins tańczył niezgrabnie i uroczyście, przepraszając
co chwilę, po czym znowu mylił krok. Elizabeth przeżyła wstyd i upokorzenie, jakiego można doznać tylko podczas nie jednego, ale aż
dwóch tańców z niewydarzonym partnerem. Gdy drugi taniec dobiegł końca,
nie posiadała się z radości.
Następnie zatańczyła z jednym z oficerów, co dało jej okazję do rozmowy
o Wickhamie; dowiedziała się między innymi, że jest powszechnie lubiany.
Kiedy muzyka umilkła, wróciła do Charlotte Lucas i pogrążyła się w rozmowie z nią; nagle stanął za nią pan Darcy. Kiedy poprosił ją o kolejny taniec, zgodziła się, zbyt zaskoczona, by znaleźć na poczekaniu
właściwe słowa odmowy. Natychmiast odwrócił się i odszedł, pozostawiając
ją, by mogła od razu skarcić się za własną nieroztropność. Charlotte
próbowała ją pocieszyć.
- Zobaczysz, że będzie się zachowywał bardzo miło.
- Boże broń! To byłoby największe nieszczęście ze wszystkich! Uznać
mężczyznę, którego postanowiłaś znienawidzić, za miłego! Nie życz mi aż
tak źle.
Kiedy jednak tańce rozpoczęły się na nowo i Darcy podszedł ponownie do
Elizabeth, Charlotte napomniała ją szeptem, by nie pozwoliła, aby urok
Wickhama skłonił ją do nieuprzejmości wobec człowieka zajmującego o wiele wyższą pozycję. Elizabeth nie odpowiedziała; zajęła miejsce w korowodzie, wciąż nie mogąc nadziwić się zaszczytowi, jaki ją spotkał.
Spojrzenia jej sąsiadów mówiły same za siebie: byli nie mniej zdumieni
niż ona. Przez kilka chwil Elizabeth i pan Darcy stali naprzeciw siebie
bez słowa; zaczęła już wyobrażać sobie, że będą milczeć przez całe dwa
tańce, i postanowiła, że nie odezwie się pierwsza; po chwili jednak
stwierdziła, że większą karą dla jej partnera będzie zmusić go do
rozmowy, uczyniła więc lekką uwagę na temat tańca. Odpowiedział jej, po
czym znów zapadła cisza. Po kilku kolejnych minutach odezwała się do
niego ponownie:
- Kolej na pana, by zabrać głos, panie Darcy. Ja wyraziłam już opinię na
temat tańca, teraz zaś pan powinien powiedzieć coś na temat rozmiarów
tej sali lub liczby par.
Uśmiechnął się i zapewnił ją, że powie wszystko, czego ona sobie życzy.
- Doskonale. Taka odpowiedź na razie mi wystarczy. Być może za jakiś
czas dodam, że prywatne bale są o wiele przyjemniejsze od publicznych.
Na razie jednak możemy milczeć.
- Czy z zasady rozmawia pani podczas tańca?
- Niekiedy. Widzi pan, trzeba rozmawiać ze sobą choćby odrobinę.
Gdybyśmy milczeli wspólnie przez całe pół godziny, sprawiałoby to
dziwaczne wrażenie; jednak rozmowa powinna być tak prowadzona, aby nie
zmuszać zwłaszcza niektórych partnerów do zbytniej elokwencji.
- Czy w tej chwili postępuje pani zgodnie z własnym upodobaniem, czy też
stara się zadośćuczynić moim?
- Jedno i drugie - odparła Elizabeth śmiało - ponieważ jestem zdania, że
w gruncie rzeczy jesteśmy do siebie ogromnie podobni. Oboje jesteśmy
nietowarzyscy, mrukliwi i nieskłonni do rozmowy, o ile nie mamy zamiaru
powiedzieć czegoś, co zadziwi wszystkich obecnych do tego stopnia, że
będą nasze słowa przekazywać potomnym jako godne zapamiętania.
- Nie wydaje mi się, aby ten opis odpowiadał istotnie pani usposobieniu
- odparł. - Na ile pasuje do mnie, trudno mi powiedzieć. Bez wątpienia
pani jest przekonana, że odmalowała mój portret trafnie.
- Nie mnie oceniać, na ile jest on wierny.
Nic na to nie odpowiedział i znów zapadło między nimi milczenie aż do
chwili, gdy pierwszy taniec dobiegł końca, wtedy zaś Darcy spytał, czy
ona i siostry często bywają w Meryton. Potwierdziła, nie mogła jednak
powstrzymać się, by nie dodać:
- Kiedy spotkaliśmy się tam ostatnio, byłyśmy właśnie w trakcie
zawierania nowej znajomości.
Efekt jej słów był natychmiastowy. Jego twarz pociemniała, nabierając
wyniosłego wyrazu, nie powiedział jednak ani słowa, Elizabeth zaś, choć
w duchu łajała się za słabość, nie mogła zdobyć się na dalszą wypowiedź.
Wreszcie Darcy przemówił z trudem.
- Pan Wickham, obdarzony przez los nieskazitelnymi manierami, bez trudu
nawiązuje nowe znajomości; nie jestem natomiast pewny, czy potrafi
utrzymywać je przez czas dłuższy.
- Nie miał w każdym razie szczęścia utrzymać pańskiej przyjaźni -
odparła Elizabeth z naciskiem - a przy tym stracił ją w sposób, który do
końca życia przysporzy mu cierpienia.
Darcy nie odpowiedział; zdawało się, że chętnie zmieniłby temat. W tej
samej chwili podszedł do nich sir Lucas, chcąc przedostać się pomiędzy
tańczącymi na drugi koniec sali; widząc pana Darcy'ego, zatrzymał się z niezwykle uprzejmym ukłonem, by skomplementować jego taniec i partnerkę.
- Jestem absolutnie zachwycony, drogi panie. Nieczęsto widuje się tak
zręcznych tancerzy. Nie ulega wątpliwości, że należy pan do śmietanki
towarzyskiej. Pozwoli pan jednak, że dodam, że pana piękna partnerka w niczym panu nie ustępuje; mam ogromną nadzieję, że będzie mi dane
jeszcze nieraz oglądać panią w tańcu, szczególnie, droga Elizo, gdy
będziemy świętować (tu rzucił okiem na Jane i Bingleya) pewne szczęśliwe
wydarzenie. Ileż powinszowań posypie się wówczas! Drogi panie Darcy! Nie
będę jednak przeszkadzał państwu dłużej. Nie chciałbym, żeby miał mi pan
za złe, że oderwałem go od czarującej rozmowy z tą młodą damą, której
piękne oczy także spoglądają na mnie z wyrzutem.
Darcy ledwie słyszał tę ostatnią część jego wypowiedzi; aluzja sir
Williama, dotycząca jego przyjaciela, wywarła na nim silne wrażenie.
Utkwił poważne spojrzenie w Bingleyu i Jane, którzy właśnie tańczyli ze
sobą. Po chwili ocknął się z zapatrzenia i zwrócił się do swej
partnerki:
- Pojawienie się sir Williama sprawiło, że zapomniałem, o czym
rozmawialiśmy.
- Wydaje mi się, że nie rozmawialiśmy wcale. Sir William nie znalazłby
na tej sali dwóch innych osób, którym mógłby przeszkodzić w tak
niewielkim stopniu. Próbowaliśmy poruszyć dwa lub trzy tematy, jednak
bez powodzenia; nie potrafię sobie wyobrazić, o czym jeszcze moglibyśmy
konwersować.
- Co pani sądzi o książkach? - spytał z uśmiechem.
- Książki! O nie. Jestem pewna, że nie czytujemy tych samych książek, a jeśli nawet, z pewnością budzą w nas one odmienne odczucia.
- Przykro mi, że tak pani sądzi; jeśli jednak istotnie tak jest, mamy
również gotowy temat do rozmowy. Możemy porównać opinie o poszczególnych
dziełach.
- Nie; nie potrafiłabym rozmawiać o książkach na sali balowej; podczas
zabaw nie mam do tego głowy.
- Rozumiem, że skupia się pani całkowicie na tym, co dzieje się tutaj i teraz, czyż nie? - spytał, spoglądając na nią uważnie.
- Tak, zawsze - odparła z roztargnieniem, ponieważ jej myśli krążyły
obecnie wokół zupełnie innej kwestii, czemu dała wyraz po chwili. -
Pamiętam, że kiedyś powiedział pan, panie Darcy, że nie zdarza się panu
wybaczać ludziom; że jeśli zrazi się pan do kogoś, to nieodwracalnie. W takim razie, jak mniemam, nie pozwala pan sobie zapewne, by zrazić się
do kogoś pochopnie?
- Rzeczywiście - odparł pewnym głosem.
- I nigdy nie zaślepiają pana uprzedzenia?
- Mam nadzieję, że nie.
- To chyba szczególnie ważne, by osoby, które nigdy nie zmieniają
zdania, potrafiły rzetelnie osądzić sytuację.
- Czy mogę zapytać, jaki jest cel pani dociekań?
- Chcę po prostu lepiej zrozumieć pański charakter - odparła, próbując
nadać lżejszy ton rozmowie. - Usiłuję pana rozszyfrować.
- Z jakim efektem?
Potrząsnęła głową.
- Bez skutku. Opinie na pański temat są tak różnorodne, że nie umiem
rozstrzygnąć, gdzie leży prawda.
- Bez trudu mogę uwierzyć - odpowiedział z powagą - że opinie na mój
temat mogą ogromnie się różnić; chciałbym, panno Bennet, aby nie
próbowała pani w tej chwili wydać osądu o moim charakterze, ponieważ
obawiam się, że wynik nie byłby zadowalający dla żadnego z nas.
- Jeśli jednak nie zrobię tego teraz, mogę już nie mieć po temu okazji.
- Nie chciałbym pozbawiać pani tej, jak i innych przyjemności - odparł
chłodno.
Elizabeth nie powiedziała nic więcej, a gdy drugi taniec dobiegł końca,
rozstali się w milczeniu, oboje niezadowoleni, choć w różnym stopniu. W sercu Darcy'ego rodziło się coraz silniejsze uczucie wobec Elizabeth,
był więc skłonny szybko jej przebaczyć, kierując gniew w inną stronę.
Niebawem do Elizabeth podeszła panna Bingley, zwracając się do niej
uprzejmie, lecz ze źle maskowaną wyższością.
- Słyszałam, panno Elizo, że zachwycił panią George Wickham! Pani
siostra opowiadała mi o nim, zadając przy tej okazji tysiące pytań;
okazuje się, że młody człowiek zapomniał chyba panią poinformować, że
jest synem starego Wickhama, rządcy zmarłego pana Darcy'ego. Jako
przyjaciółka, pozwolę sobie poradzić ci, pani, abyś nie wierzyła we
wszystko, co od niego słyszysz; to nieprawda, że pan Darcy źle go
potraktował. Odwrotnie, był dla niego zawsze bardzo dobry, choć George
Wickham zachował się wobec niego w sposób wyjątkowo niegodny. Nie znam
szczegółów, wiem jednak bardzo dobrze, że za całą tę sytuację nie można
absolutnie winić pana Darcy'ego; nie może on znieść myśli o Wickhamie,
zaś mój brat, choć uznał, że nie może pominąć go wśród zaproszonych
gości, był ogromnie zadowolony, gdy okazało się, że sam usunął się z drogi. Jego przyjazd akurat tutaj to najwyższa bezczelność; zastanawiam
się, jak mógł w ogóle zdobyć się na coś takiego. Przykro mi odzierać
panią ze złudzeń co do pani faworyta, panno Elizo; doprawdy, jednak,
biorąc pod uwagę jego pochodzenie, trudno byłoby spodziewać się po nim
czegokolwiek lepszego.
- Wydaje się pani stawiać znak równości pomiędzy jego winą a pochodzeniem - odparła z gniewem Elizabeth. - Jak słyszę, oskarża go
pani jedynie o to, że jest synem rządcy pana Darcy'ego; mogę zaś panią
zapewnić, że o tym akurat powiedział mi on sam.
- Proszę wybaczyć - odparła panna Bingley, odwracając się z szyderczym
śmieszkiem. - Nie chciałam się wtrącać... nie miałam nic złego na myśli.
"Co za bezczelność! - pomyślała Elizabeth. - Myli się, jeśli sądzi, że
taki żałosny atak wywrze na mnie jakikolwiek wpływ. Nie kryje się za tym
nic oprócz jej własnej ignorancji i złej woli pana Darcy'ego".
Następnie poszła szukać swojej starszej siostry, która obiecała wypytać
w wiadomej kwestii pana Bingleya. Jane wyszła jej naprzeciw ze słodkim
uśmiechem, roztaczając wokół blask wskazujący niezbicie, jak wielką
radość sprawił jej dzisiejszy wieczór. Elizabeth natychmiast odczytała
jej uczucia i w tej samej chwili jej współczucie dla Wickhama, gniew
wywołany przez jego wrogów i wszystko inne ustąpiło nadziei, że Jane
odnajdzie szczęście najwyższe z możliwych.
- Mów - rzekła, uśmiechając się równie promiennie jak jej siostra -
czego się dowiedziałaś o panu Wickhamie. Być może jednak byłaś zbyt
zajęta, by myśleć o kimś trzecim; w takim wypadku będę zmuszona ci
wybaczyć.
- Nie - odparła Jane - nie zapomniałam o nim; ale nie mam ci wiele do
powiedzenia. Pan Bingley nie zna całej historii, jak również
okoliczności, które pan Darcy odebrał jako obrazę; ręczy jednak za
prawość, uczciwość i honor swego przyjaciela, i jest absolutnie
przekonany, że pan Wickham zasługiwał na znacznie mniej uwagi pana
Darcy'ego, niż jej otrzymał; przykro mi to mówić, ale zarówno jego
zdaniem, jak i według jego siostry pan Wickham nie jest godnym szacunku
młodzieńcem. Obawiam się, że wykazał się wielką nierozwagą i w pełni
zasłużył na utratę względów pana Darcy'ego.
- Pan Bingley nie zna pana Wickhama?
- Nie, nigdy wcześniej go nie widział, aż do tamtego poranka w Meryton.
- A więc zna tę sprawę wyłącznie z opowieści pana Darcy'ego. Rozumiem.
Co w takim razie mówi o kwestii probostwa?
- Nie przypomina sobie dokładnie okoliczności, choć słyszał od pana
Darcy'ego o tej sprawie więcej niż raz, jest jednak przekonany, że
probostwo miało być przyznane jedynie warunkowo.
- Nie wątpię w szczerość pana Bingleya - powiedziała ciepło Elizabeth -
musisz mi jednak wybaczyć, że nie przyjmę samych jego zapewnień za dobrą
monetę. Pan Bingley niewątpliwie bardzo zręcznie broni swego
przyjaciela; skoro jednak zna tylko część całej historii, reszty zaś
dowiedział się właśnie od tego przyjaciela, którego broni, pozostanę
póki co przy swoim zdaniu na temat obu dżentelmenów.
Następnie zmieniły temat na przyjemniejszy dla nich obu, co do którego
zgadzały się ze sobą w zupełności. Elizabeth słuchała z przyjemnością,
jak Jane, przepełniona nieśmiałą, lecz szczęśliwą nadzieją opowiada o atencji okazywanej jej przez pana Bingleya, i starała się, jak mogła,
podtrzymać w niej przekonanie, że jest ona oznaką prawdziwego uczucia.
Kiedy dołączył do nich także pan Bingley, Elizabeth wycofała się,
zwracając się do panny Lucas; nim jednak zdążyła odpowiedzieć na
pytanie, jak jej się tańczyło z ostatnim partnerem, podszedł do nich pan
Collins, opowiadając z wielkim podnieceniem, że właśnie dokonał
niezwykle ważnego odkrycia.
- Dowiedziałem się - rzekł - zupełnie przypadkowo, że na tej sali
znajduje się bliski krewny mej patronki. Słyszałem, jak ten właśnie
dżentelmen mówił młodej damie, czyniącej honory domu, o swej kuzynce,
pannie de Bourgh, i jej matce, lady Catherine. Cóż za wspaniały zbieg
okoliczności! Kto by pomyślał, że w tym towarzystwie natknę się na
siostrzeńca lady Catherine de Bourgh! Cieszę się ogromnie, że udało mi
się dokonać tego odkrycia w samą porę, by złożyć mu uszanowanie, co
zaraz uczynię, przepraszając go zarazem, że nie zrobiłem tego dotąd. Mam
nadzieję, że moja niewiedza na temat jego powiązań rodzinnych będzie
wystarczającym usprawiedliwieniem.
- Ależ nie ma pan chyba zamiaru przedstawić się panu Darcy'emu!
- W rzeczy samej, mam taki zamiar. Przeproszę go również, że nie
zrobiłem tego wcześniej. Jeśli dobrze rozumiem, jest siostrzeńcem lady
Catherine. Będę mógł poinformować go przy tej okazji, że jeszcze tydzień
temu cieszyła się świetnym zdrowiem.
Elizabeth próbowała, jak tylko mogła, odwieść go od tego zamiaru,
przekonując, że nawiązanie rozmowy z panem Darcym, mimo że nie został mu
przedstawiony, zostanie odebrane jako impertynencja, nie zaś grzeczność
wobec ciotki; że nie ma najmniejszej potrzeby, aby którakolwiek ze stron
występowała tu z inicjatywą; a także, że to pan Darcy, stojący wyżej w hierarchii towarzyskiej, powinien zainicjować znajomość. Pan Collins
wysłuchał jej z wyrazem twarzy wskazującym, że jest przekonany o własnej
racji, a gdy skończyła, odparł:
- Moja droga panno Elizabeth, mam niezwykle wysokie mniemanie o pani
osądzie we wszystkich sprawach, na których się pani rozumie; pozwoli
pani jednak, że zauważę, iż formy grzeczności w towarzystwie świeckim
różnią się znacznie od tych, którymi rządzi się świat duchownych; proszę
pozwolić mi dodać, że uważam urząd duchownego za równie godny szacunku,
co choćby najwyższą pozycję świecką w całym królestwie, oczywiście, przy
spełnieniu niezbędnego warunku, jakim jest stosowna skromność. Musi pani
zatem pozwolić, abym posłuchał sumienia, które każe mi spełnić to, co
uważam za swój obowiązek. Proszę nie gniewać się, że lekceważę pani
radę, choć kierowałbym się nią w każdej innej sprawie; w tym wypadku
jestem zdania, że wykształcenie i znajomość charakterów ludzkich
sprawia, iż łatwiej mi zdecydować, co jest właściwe, niż młodej damie,
takiej jak pani.
Z głębokim ukłonem opuścił ją i poszedł przypuścić atak na pana
Darcy'ego. Elizabeth przyglądała im się pilnie, chcąc przekonać się, jak
też pan Darcy przyjmie jego umizgi, i już po chwili stwierdziła, że
zareagował na nie wyraźnym zaskoczeniem. Jej kuzyn poprzedził swą
przemowę głębokim ukłonem i choć nie mogła z oddali usłyszeć ani jednego
dźwięku, wiedziała doskonale, o czym mówi - z ruchów jego warg wyczytała
słowa "przeprosiny", "Hunsford" oraz "lady Catherine de Bourgh".
Przymilność pastora wobec tego człowieka wydała jej się oburzająca. Pan
Darcy patrzył na niego z nieskrywanym zdumieniem, a gdy pan Collins
zamilkł wreszcie, udzielił mu odpowiedzi uprzejmej, lecz powściągliwej.
Pan Collins, niezrażony, znowu zaczął mówić; widać było, że gniew
Darcy'ego wzrasta w trakcie tej przemowy, zaś kiedy znowu zapadła cisza,
skłonił się tylko lekko i odszedł. Pan Collins wrócił do Elizabeth.
- Zapewniam panią, że nie mam powodu - rzekł - do rozczarowania z powodu
tego, jak zostałem przyjęty. Pan Darcy wydawał się zupełnie zadowolony z okazanych mu względów. Odpowiedział mi niezwykle uprzejmie, a nawet
skomplementował mnie, mówiąc, że wierzy głęboko w przenikliwość umysłu
lady Catherine, a zatem jest przekonany, że nie obdarzyłaby nikogo
względami bez powodu. Co za zgrabnie ujęta myśl. Muszę powiedzieć, że
pan Darcy wzbudził moją sympatię.
Elizabeth, nie mając nic innego do roboty, przeniosła całą swoją uwagę
na Jane i pana Bingleya. Obserwowanie ich dało początek przyjemnym
rozmyślaniom, które sprawiły, że poczuła się niemal tak samo szczęśliwa
jak siostra. Oczami wyobraźni widziała ją już jako panią tego domu,
pławiącą się w szczęściu, jakie można osiągnąć wyłącznie dzięki
małżeństwu zawartemu z miłości; poczuła, że w takich okolicznościach
byłaby nawet gotowa polubić obie siostry Bingleya. Patrząc na matkę,
była przekonana, że myśli jej biegną tym samym torem, postanowiła więc
nie zbliżać się do niej, by przypadkiem nie posłyszeć za dużo. Niestety,
gdy zasiadano do kolacji, los spłatał jej figla; posadzono je bowiem
naprzeciw siebie. Z niemniejszym wzburzeniem odkryła następnie, że matka
zupełnie swobodnie rozmawia z sąsiadką (była nią lady Lucas), ni mniej,
ni więcej, tylko właśnie o swej nadziei, że Jane poślubi niebawem pana
Bingleya. Temat był emocjonujący, a pani Bingley niezmordowanie
wyliczała płynące z tego związku korzyści. Przyszły pan młody był wszak
tak uroczy i tak bogaty, a przy tym mieszkał zaledwie trzy mile od nich;
w dodatku jego siostry wprost uwielbiały Jane, nie było więc
wątpliwości, że życzą sobie tego związku równie szczerze. Co więcej, cóż
to była za obiecująca perspektywa dla pozostałych sióstr - skoro Jane
miała zrobić tak świetną partię, ich szanse na zdobycie bogatych mężów
także znacznie rosły; wreszcie, na tym etapie życia pani Bennet chętnie
powierzy opiekę nad niezamężnymi córkami ich starszej siostrze, aby nie
musieć już więcej bywać w towarzystwie inaczej, jak tylko dla
przyjemności. Fakt, że prowadzenie życia towarzyskiego daje przyjemność,
należało istotnie podkreślić w tym miejscu zgodnie z etykietą. Jeśli
jednak chodzi o panią Bennet, trudno byłoby znaleźć osobę mniej skłonną
do przesiadywania w domu. Na koniec życzyła pani Lucas, by spotkało ją
podobne szczęście, choć jej triumfujący wyraz twarzy wskazywał dość
jednoznacznie, że nie wierzy, aby to było możliwe.
Elizabeth na próżno próbowała przerwać potok elokwencji matki lub
przekonać ją, by dzieliła się z innymi swą radością nieco ciszej; z nieopisanym zdenerwowaniem stwierdziła bowiem, że słowa pani Bennet
docierają do pana Darcy'ego siedzącego naprzeciwko. Matka zbeształa ją
tylko, twierdząc, że przesadza.
- A kimże jest dla mnie pan Darcy, żebym musiała się go obawiać? Jestem
pewna, że nie jesteśmy zobowiązani wobec niego do tak daleko idącej
uprzejmości, aby mówić jedynie to, co chciałby usłyszeć.
- Na litość boską, mamo, niechże mama mówi ciszej. Jaką możemy mieć
korzyść z tego, że go mama obrazi? Z pewnością nie zyskamy w ten sposób
względów jego przyjaciela!
Jej słowa nie czyniły jednak na matce żadnego wrażenia. Ciągnęła swoją
przemowę bez końca, nie obniżając tonu głosu. Policzki Elizabeth gorzały
od rumieńców wstydu i wzburzenia. Nie mogła powstrzymać się od
spoglądania co i rusz na pana Darcy'ego, a każde takie spojrzenie
przekonywało ją o słuszności jej obaw; choć nie patrzył na matkę przez
cały czas, była przekonana, że jego uwaga skupiona jest na niej. Wyraz
jego twarzy zmieniał się stopniowo; początkowo malowały się na niej
oburzenie i pogarda, które stopniowo ustąpiły miejsca wyrazowi
opanowanej powagi.
Wreszcie pani Bennet nie miała nic więcej do powiedzenia, a lady Lucas,
od dłuższej już chwili śmiertelnie znudzona powtarzającym się potokiem
zachwytów, którego nie miała jak odwzajemnić, mogła zająć się czekającą
na jej talerzu szynką i pieczenią. Elizabeth odetchnęła z ulgą. Spokój
nie trwał jednak długo; kiedy kolacja dobiegła końca, padła propozycja,
by posłuchać śpiewu, i Elizabeth ujrzała, ku swemu przerażeniu, że Mary
wstaje, by zaspokoić to życzenie, mimo doprawdy nielicznych głosów
zachęty. Rzucała siostrze znaczące spojrzenia i znaki, próbując ją
powstrzymać - na próżno. Mary nie zwracała na nią uwagi, przejęta
możliwością wykazania się swoimi umiejętnościami; zaczęła śpiewać.
Elizabeth utkwiła w niej wzrok, w duchu przeżywając prawdziwą udrękę, i przeczekiwała niecierpliwie kolejne zwrotki; na próżno. Skończywszy
pieśń, Mary wychwyciła wśród biegnących od stołu podziękowań pojedynczą
prośbę o jeszcze jeden utwór, zaczęła więc śpiewać znowu. Niestety, jej
występ nie mógł zachwycić; głos miała słaby i niewyćwiczony, a manierę
pełną afektacji. Elizabeth cierpiała katusze. Spojrzała na Jane, by
przekonać się, jak ona to znosi; Jane była jednak pogrążona w spokojnej
rozmowie z panem Bingleyem. Rzuciła okiem w stronę sióstr tego
ostatniego, by przekonać się, że dają sobie nawzajem szydercze znaki, po
czym skierowała wzrok na Darcy'ego, który jednak nadal siedział poważny
i nieporuszony. Wreszcie spojrzała na ojca, szukając u niego pomocy, bez
której Mary mogłaby śpiewać przez resztę wieczoru. Zrozumiał jej
błagalny wzrok i kiedy Mary skończyła drugą pieśń, powiedział głośno:
- To nam w zupełności wystarczy, dziecko. Zabawiałaś nas już dość długo.
Pozwól, by także inne damy zaprezentowały swe umiejętności.
Mary udawała, że go nie słyszy, lecz słowa ojca zbiły ją nieco z tropu;
Elizabeth, przepełniona współczuciem wobec niej, żałowała teraz, że
przedwcześnie skłoniła ojca do interwencji. Padła propozycja, by inni
zaśpiewali także.
- Gdybym ja - rzekł pan Collins - został obdarzony talentem muzycznym, z pewnością czerpałbym wielką przyjemność z występów w towarzystwie.
Uważam bowiem muzykę za bardzo niewinną rozrywkę, która doskonale
harmonizuje z karierą duchownego. Nie chcę przez to powiedzieć jednakże,
że powinniśmy poświęcać muzyce zbyt dużo czasu; z pewnością mamy wiele
innych obowiązków. Proboszcz parafii nie narzeka na ich brak. Przede
wszystkim musi ustalić opłaty kościelne w stosownej wysokości,
korzystnej dla niego, a niezbyt uciążliwej dla patrona. Musi pisać
kazania; zaś w pozostałym czasie ma do wypełnienia obowiązki wobec
parafian, musi też dbać o swoje domostwo, tak aby uczynić je jak
najwygodniejszym. Przy tym zaś bardzo ważne jest, aby potrafił okazywać
stosowny szacunek i uprzejmość wszystkim, szczególnie zaś osobom, którym
coś zawdzięcza. Z tego obowiązku nic go zwolnić nie może; nie mógłbym
myśleć dobrze o człowieku, który nie korzysta z okazji, by okazać
szacunek krewnym swego dobroczyńcy.
Skłoniwszy się lekko w stronę pana Darcy'ego, zakończył swą orację
wygłoszoną podniesionym głosem, tak by słyszała go połowa sali. Wiele
osób okazało zdziwienie; na niejednej twarzy pojawił się uśmiech, nikogo
jednak przemowa ta nie rozbawiła tak jak pana Benneta. Jego żona
tymczasem z całkowitą powagą pochwaliła pana Collinsa za rozsądne
poglądy, po czym zauważyła półgłosem, zwracając się do lady Lucas, że to
wyjątkowo inteligentny i szlachetny młody człowiek.
Elizabeth miała wrażenie, że gdyby cała jej rodzina zmówiła się, by tego
właśnie wieczoru okryć się wstydem, nie zdołaliby odegrać swych ról z większym oddaniem i odnieść większego sukcesu; z ulgą zauważyła, że
Bingley i jej siostra nie zauważyli przynajmniej części nietaktów, które
miały tu miejsce, zaś uczucia młodego człowieka nie uległy nadwyrężeniu
z powodu błazeństw, których był świadkiem. Świadomość, że obie jego
siostry, jak i pan Darcy zyskali właśnie doskonały pretekst do dalszych
drwin z jej rodziny, była wystarczająco bolesna; Elizabeth nie potrafiła
rozstrzygnąć, czy bardziej dotkliwa jest dla niej milcząca pogarda
dżentelmena, czy też bezczelne chichoty dam.
Pozostała część wieczoru nie przyniosła jej wielkiego pocieszenia. Pan
Collins podążał za nią wszędzie, stając się źródłem coraz to nowych
udręk, i choć nie zdołał namówić jej, by ponownie z nim zatańczyła,
uniemożliwił jej także skutecznie taniec z innymi. Na próżno zachęcała
go, by oddał się rozmowie z którąś z pozostałych pań; na próżno
proponowała, że przedstawi go dowolnej z obecnych na balu młodych dam.
Zapewnił ją, że taniec jest mu doskonale obojętny; że jego podstawowym
celem jest zaprezentować się jej w jak najlepszym świetle dzięki
delikatnym zabiegom, dlatego też postanowił trzymać się blisko niej
przez cały wieczór. Nie sposób było sprzeciwić się temu projektowi.
Największą ulgę przynosiło jej towarzystwo przyjaciółki, panny Lucas,
która co i rusz dołączała do nich, dobrodusznie zajmując pana Collinsa
rozmową.
Przynajmniej Elizabeth uwolniła się od krytycznego wzroku pana
Darcy'ego; choć często przystawał tuż obok niej, był wyraźnie
roztargniony i nie odezwał się do niej ani słowem. Uznała, że to zapewne
efekt jej wcześniejszych aluzji do Wickhama, i ucieszyła się.
Towarzystwo z Longbourn opuściło dom gospodarzy jako ostatnie, a dzięki
manewrom pani Bennet, na powóz trzeba było czekać jeszcze kwadrans po
odjeździe reszty gości, co dało im dość czasu, by przekonać się, jak
gorąco przynajmniej niektórzy spośród gospodarzy pragną zostać sami.
Pani Hurst i jej siostra mówiły niewiele, otwierając usta wyłącznie po
to, by skarżyć się na zmęczenie, i wyraźnie nie mogły się doczekać,
kiedy znów będą miały dom tylko dla siebie. Ucinały każdą próbę rozmowy
podejmowaną przez panią Bennet; wszyscy poczuli się naraz znużeni i senni, z wyjątkiem pana Collinsa wygłaszającego długie mowy pochwalne na
cześć pana Bingleya i jego sióstr, którzy zorganizowali tak eleganckie
przyjęcie, wykazując się przy tym niezwykłą gościnnością i uprzejmością
wobec wszystkich gości. Darcy nie odzywał się wcale. Pan Bennet, również
milczący, bawił się całą sceną. Pan Bingley i Jane stali obok siebie w pewnym oddaleniu od reszty, rozmawiając tylko ze sobą. Elizabeth trwała
w milczeniu, podobnie jak pani Hurst i panna Bingley; nawet Lydia była
zbyt zmęczona, by mówić - od czasu do czasu wołała jedynie: "Boże, jaka
jestem wykończona!", czemu towarzyszyło gwałtowne ziewnięcie.
Gdy wreszcie wstali, by się pożegnać, pani Bennet rozpływała się w uprzejmościach, wyrażając nadzieję, że niebawem będzie jej dane podjąć
całe towarzystwo w Longbourn; zwracała się przede wszystkim do pana
Bingleya, zapewniając go, że uszczęśliwiłby ją niebotycznie, gdyby
przyjechał na rodzinny obiad bez dodatkowych ceregieli i zaproszeń.
Bingley wyrażał niewymowną wdzięczność, deklarując, że przy pierwszej
okazji skorzysta z propozycji po powrocie z Londynu, gdzie nazajutrz
miał się udać na krótki czas.
Pani Bennet była całkowicie z tego zadowolona; opuściła posiadłość z rozkosznym uczuciem, że biorąc pod uwagę czas konieczny dla poczynienia
niezbędnych przygotowań, takich jak zakup wyprawy ślubnej czy nowego
powozu, bez wątpienia zobaczy swą córkę jako panią na Netherfield za
najdalej trzy, cztery miesiące. Była także pewna, że druga z jej córek
poślubi pana Collinsa; myśl ta również była przyjemna, choć nie tak
ekscytująca. Elizabeth była jej najmniej bliska ze wszystkich dzieci i mimo że pastor był dla niej wystarczająco dobrą partią, przyćmiewała go
myśl o panu Bingleyu i majątku Netherfield.
Rozdział I
Powszechnie znana prawda głosi, że zamożnemu kawalerowi do pełni
szczęścia brakuje tylko żony.
I choć w chwili, gdy mężczyzna taki po raz pierwszy pojawia się w okolicy, mieszkańcy nie wiedzą nic zgoła o jego uczuciach czy poglądach,
przekonanie to jest w nich zakorzenione tak głęboko, że każda z miejscowych rodzin anektuje go w myślach bez wahania dla jednej ze swych
niezamężnych córek.
- Mój drogi mężu - rzekła pewnego dnia pani Bennet. - Czyś słyszał, że
nareszcie wydzierżawiono Netherfield Park?
Pan Bennet zaprzeczył.
- Otóż właśnie to nastąpiło - odparła jego żona. - Pani Long dopiero co
tu była i zdała mi pełną relację.
Pan Bennet nie odpowiedział.
- Nie chcesz dowiedzieć się, kim jest dzierżawca? - zawołała żona
niecierpliwie.
- Ty chcesz mi powiedzieć, ja zaś nie sprzeciwiam się, byś to zrobiła.
To wystarczyło pani Bennet.
- A więc, mój drogi, wyobraź sobie, pani Long twierdzi, że w Netherfield
ma zamieszkać pewien młody, majętny mężczyzna z północnej Anglii;
przyjechał w poniedziałek powozem z czwórką koni, by obejrzeć
posiadłość, i był nią tak zachwycony, że od razu uzgodnił warunki z panem Morrisem; ma się wprowadzić przed Świętym Michałem1, a część służby przyjedzie jeszcze w tym tygodniu2.
- Jakże się nazywa?
- Bingley.
- Żonaty czy też kawaler?
- Ach! Mój drogi, z pewnością kawaler! A w dodatku zamożny; cztery lub
pięć tysięcy funtów rocznie. Cóż za szczęście dla naszych dziewcząt!
- Doprawdy? A cóż one mają z tym wspólnego?
- Mój drogi - wykrzyknęła żona - jakiś ty męczący! Przecież to jasne, że
się z którąś z nich ożeni.
- Czyżby miał zamiar osiąść tu właśnie w tym celu?
- Zamiar! Co za nonsens, jak możesz tak mówić! Ależ jest bardzo
prawdopodobne, że może się zakochać w jednej z nich, dlatego musisz go
odwiedzić, gdy tylko się tu zjawi.
- Nie widzę powodu. Możesz, moja duszko, pojechać do niego z dziewczętami lub mogą jechać same, co zapewne jest lepszym pomysłem;
jesteś równie piękna jak one, mogłabyś więc skraść jego serce.
- Mój drogi, pochlebiasz mi. Z pewnością byłam kiedyś ładna, ale dziś z pewnością niczym się już nie wyróżniam. Kobieta, która ma pięć dorosłych
córek, nie ma czasu zachwycać się własną urodą.
- Wielu takim kobietom nie pozostało dość urody, by miały czym się
zachwycać.
- Ale mój drogi, koniecznie musisz odwiedzić pana Bingleya, gdy zostanie
naszym sąsiadem.
- Doprawdy zbyt wiele ode mnie wymagasz.
- Ależ pomyśl o córkach. Wyobraź sobie tylko, jaka byłaby to dla jednej
z nich kariera. Sir William i lady Lucas są gotowi z tego właśnie powodu
złożyć mu wizytę, choć jak wiesz, zwykle nie odwiedzają nowo przybyłych.
Doprawdy musisz się do niego wybrać, inaczej bowiem my nie będziemy
mogły tego zrobić3.
- Z pewnością masz zbyt wiele skrupułów. Jestem pewny, że pan Bingley
przyjmie was z radością, ja zaś napiszę do niego z zapewnieniem, że może
śmiało liczyć na moją zgodę, bez względu na to, którą z naszych
dziewcząt zdecyduje się poślubić; choć na pewno dorzucę słówko na rzecz
mojej małej Lizzy.
- Wolałabym, żebyś tego nie robił. Lizzy nie jest w niczym lepsza od
pozostałych; przy tym jest mniej urodziwa od Jane i nie tak pogodna jak
Lydia. Ty jednak zawsze ją faworyzujesz.
- Po prawdzie żadną z nich nie ma się co chwalić - odparł mąż. -
Wszystkie są głupiutkie i brak im wiedzy, jak to dziewczętom; Lizzy jest
jednak bystrzejsza niż jej siostry.
- Mężu, jak możesz mówić tak o własnych dzieciach? Ty po prostu
uwielbiasz mnie dręczyć. Wcale cię nie obchodzi stan moich biednych
nerwów.
- I tu się mylisz, moja droga. Twoje nerwy wcale nie są mi obojętne. Są
dla mnie niczym starzy przyjaciele. Od ponad dwudziestu lat słucham, jak
się nad nimi rozczulasz.
- Och, ty nie wiesz nawet, jak cierpię.
- Mam jednak nadzieję, że to cierpienie przeminie, a ty będziesz żyć
długo, witając w sąsiedztwie kolejnych młodzieńców wartych cztery
tysiące funtów rocznie.
- Na nic nam się to nie zda, skoro ty nie będziesz ich odwiedzał.
- Przyrzekam ci, moja kochana, że gdy ich liczba sięgnie dwudziestu,
odwiedzę wszystkich.
Pan Bennet reprezentował tak złożoną mieszankę bystrego umysłu,
sarkastycznego humoru, uprzedzeń i kaprysów, że dwadzieścia trzy lata
nie wystarczyły żonie, by go zrozumieć. Jej umysł był o wiele prostszy.
Nie grzeszyła rozumem ani wiedzą, temperament zaś miała nierówny. Gdy
była z czegoś niezadowolona, od razu zaczynała uskarżać się na nerwy.
Celem jej życia było wydać córki za mąż, radość zaś czerpała ze spotkań
towarzyskich i ploteczek.
Rozdział XIX
Kolejny ranek przyniósł w Longbourn nowe sensacje. Pan Collins poprosił
formalnie o rękę swej wybranki. Zdecydowawszy się działać bezzwłocznie,
ponieważ był zobligowany do powrotu do swej parafii w następną sobotę,
przystąpił do rzeczy bez skrępowania czy też uczucia niepewności, w sposób bardzo oficjalny i z zachowaniem wszelkich kanonów, które uznał w tej sytuacji za nieodzowne. Znalazłszy panią Bennet, Elizabeth i jedną z młodszych dziewcząt razem, niebawem po śniadaniu zwrócił się do matki
następującymi słowy:
- Czy mogę liczyć, pani, że obdarzysz swą piękną córkę Elizabeth
kredytem zaufania i pozwolisz jej odbyć ze mną prywatną rozmowę
dzisiejszego ranka?
Zanim Elizabeth zdążyła zareagować inaczej, niż jedynie oblewając się
rumieńcem zaskoczenia, pani Bennet odparła pospiesznie:
- O Boże! Tak... oczywiście. Jestem pewna, że Lizzy będzie zachwycona... że
nie będzie miała nic przeciwko temu. Chodźmy, Kitty, potrzebuję cię na
górze.
Zebrała swoją robótkę i miała zamiar wyjść z pokoju, gdy Elizabeth
zawołała:
- Droga mamo, nie wychodź. Błagam, nie wychodź. Pan Collins musi mi
wybaczyć. Z pewnością nie chce mi powiedzieć niczego, co jest
przeznaczone wyłącznie dla moich uszu. To ja wychodzę.
- Ależ uspokój się, Lizzy. Chcę, żebyś została tu, gdzie jesteś.
Widząc, że Elizabeth, wzburzona i zawstydzona, istotnie jest gotowa do
ucieczki, dodała:
- Lizzy, nalegam, abyś została i wysłuchała tego, co pan Collins ma ci
do powiedzenia.
Elizabeth nie mogła sprzeciwić się temu poleceniu - po chwili namysłu
doszła zresztą do wniosku, że najlepiej będzie załatwić tę sprawę od
razu i bez rozgłosu, usiadła więc na swoim miejscu i pilnie zajęła się
robótką, próbując ukryć targające nią na przemian uczucia to
zdenerwowania, to znów rozbawienia. Pani Bennet i Kitty odeszły, a gdy
tylko zamknęły za sobą drzwi, pan Collins zaczął mówić.
- Proszę mi wierzyć, droga panno Elizabeth, że skromność nie przynosi
pani żadnej ujmy; przeciwnie, jest kolejną z twych zalet. Byłabyś, pani
mniej godną zachwytu w moich oczach, gdyby nie ta odrobina oporu; pozwól
jednak, że cię zapewnię, że uzyskałem pozwolenie twej matki, by zwrócić
się do ciebie. Nie możesz, pani, mieć wątpliwości co do celu mej
przemowy, choć wrodzona delikatność nie pozwala ci tego przyznać;
okazywałem ci wszak atencję zbyt wyraźnie, byś mogła nie pojąć jej
znaczenia. Niemalże od chwili, gdy przekroczyłem po raz pierwszy próg
tego domu, widzę w tobie moją przyszłą towarzyszkę życia. Zanim jednak
poniosą mnie uczucia, być może powinienem przedstawić ci powody, dla
których chcę się ożenić; co więcej, dla których przybyłem z tym zamiarem
do Hertfordshire.
Wyobrażenie pana Collinsa, którego poniosły uczucia, wydało się
Elizabeth tak zabawne, że nie zdołała wtrącić ani słowa w czasie
krótkiej przerwy, jaka nastąpiła po tym wstępie, pastor ciągnął więc:
- Chcę się ożenić, ponieważ, po pierwsze, sądzę, że każdy duchowny w dobrej sytuacji materialnej (jak ja) powinien dawać przykład swym
parafianom, wstępując w związek małżeński; po drugie, jestem przekonany,
że uczyni mnie to o wiele szczęśliwszym; po trzecie, choć być może
powinienem był wspomnieć o tym wcześniej, podjąłem taki zamiar dzięki
radom i namowom szlachetnej damy, którą mam zaszczyt nazywać swą
patronką. Dwukrotnie podzieliła się ona ze mną (niepytana!) swoją opinią
na ten temat; zaś w tę właśnie sobotę, gdy miałem opuścić Hunsford,
pomiędzy jedną a drugą partią lombra, gdy pani Jenkinson poprawiała jej
podnóżek, lady de Bourgh rzekła do mnie: "Panie Collins, musi pan się
ożenić. Duchowny taki jak pan powinien mieć żonę. Proszę wybrać dobrze;
ze względu na mnie proszę wybrać szlachetnie urodzoną pannę; ze względu
na siebie zaś, niech pan wybierze osobę energiczną i użyteczną, o niezbyt wysokiej pozycji, taką, która będzie potrafiła dobrze
zagospodarować niewielki dochód. Oto moja rada. Niechże pan znajdzie
taką kobietę najszybciej, jak pan zdoła, przywiezie ją do Hunsford, ja
zaś będę ją odwiedzać". Pozwól przy tym, droga kuzynko, że zauważę, iż
troska i serdeczność lady Catherine de Bourgh to dość istotny atut,
który mogę ci zaoferować. Przekonasz się sama, że jej maniery
przewyższają każdy mój opis; jestem pewien, że polubi cię za bystrość i żywe usposobienie, szczególnie jeśli zostaną utemperowane przez szacunek
dla jej pozycji, co niewątpliwie nastąpi. Takie oto powody stoją za moją
chęcią wstąpienia w związek małżeński; pozostaje mi jeszcze wyjaśnić ci,
dlaczego wybrałem Longbourn, zamiast szukać panny we własnym
sąsiedztwie, choć mogę zapewnić cię, że nie brakuje w nim uroczych
młodych dam. Otóż, jak wiesz, mam odziedziczyć tutejszy majątek po
śmierci twego czcigodnego ojca (oby żył jak najdłużej), nie mogłem zatem
wybrać inaczej, jak tylko spośród jego córek, aby złagodzić im dotkliwą
stratę, gdy ten smutny fakt wreszcie nastąpi, co, jak już wspomniałem,
może wydarzyć się dopiero za wiele lat. Takie właśnie powody mi
przyświecały, piękna kuzynko; pochlebiam sobie, że wyjawiając ci je, nie
stracę w twoich oczach. Nie pozostaje mi już nic innego, jak tylko
zapewnić cię w najgorętszych słowach o głębi moich uczuć w stosunku do
ciebie. Majątek jest mi całkowicie obojętny i nie mam zamiaru wysuwać
wobec twego ojca żadnych żądań, mam bowiem pełną świadomość faktu, że
nie potrafiłby ich spełnić; zaś suma tysiąca funtów na cztery procent,
którą otrzymasz po śmierci swej matki, to wszystko, na co możesz liczyć.
Dlatego nie będę więcej poruszać tej kwestii; możesz być pewna, że nie
usłyszysz ode mnie nigdy najmniejszego wyrzutu na ten temat, gdy się
pobierzemy.
W tym miejscu Elizabeth musiała się wtrącić.
- Działa pan zbyt pochopnie, sir - zawołała. - Zapomina pan, że nie
udzieliłam mu jeszcze odpowiedzi. Proszę pozwolić, że to zrobię; nie
traćmy więcej czasu. Jestem panu ogromnie wdzięczna za to, że obdarzyłeś
mnie zaszczytem proszenia mnie o rękę. Doceniam to szczerze, jednak nie
mam innego wyboru, jak tylko odrzucić pańskie oświadczyny.
- Wiem doskonale - odparł pan Collins, machając lekceważąco dłonią - że
młode panny mają zwyczaj dawać rekuzę młodzieńcom, którym sekretnie
sprzyjają, gdy ci oświadczają im się po raz pierwszy; niekiedy zaś
odmowa powtarza się po raz drugi, a nawet trzeci. Dlatego twoje słowa
mnie nie zniechęcają; przeciwnie, mam nadzieję, że niebawem powiodę cię
do ołtarza.
- Doprawdy - wykrzyknęła Elizabeth - oświadczenie, że nie stracił pan
nadziei po moich słowach, wydaje mi się co najmniej osobliwe. Zapewniam
pana, że nie jestem jedną z tych młodych dam (o ile młode damy istotnie
zachowują się niekiedy tak, jak pan to opisał), które gotowe są
zaryzykować swoje szczęście, licząc, że ich wybranek poprosi je o rękę
po raz drugi. Moja odmowa jest całkowicie szczera. Nie mógłby pan mnie
uszczęśliwić; a przy tym jestem pewna, że i ja nie zdołałabym uczynić
pana szczęśliwym. Gdyby zaś pańska przyjaciółka, lady Catherine, poznała
mnie osobiście, nie wątpię, że uznałaby mnie za absolutnie niewłaściwą
kandydatkę.
- Gdybym istotnie miał pewność, że tak właśnie by się stało - odrzekł
pan Collins z niezwykłą powagą - nie potrafię jednak sobie wyobrazić, że
mogłaby cię nie polubić. Możesz też być pewna, że gdy będę się z nią
widział, przedstawię jej nad wyraz pochlebnie twoją skromność, rozsądek,
jak i inne twe zalety.
- Doprawdy, panie Collins, nie musi pan mnie chwalić. Proszę pozwolić mi
samodzielnie osądzić sytuację i dać mi najlepszy komplement w postaci
ufności w prawdziwość moich słów. Życzę panu wiele szczęścia i pomyślności, do czego bez wątpienia przyczyni się moja odmowa.
Proponując mi małżeństwo, dał pan wyraz delikatności swych uczuć wobec
mojej rodziny, może pan zatem przejąć Longbourn, gdy przyjdzie na to
pora, nie czyniąc sobie wyrzutów. Tę sprawę możemy zatem uznać za
ostatecznie rozstrzygniętą.
Wstała, wypowiadając te słowa, i chciała wyjść z pokoju, lecz pan
Collins rzekł:
- Nie tracę nadziei, że będziesz, pani, dla mnie łaskawsza, gdy ponowię
swą propozycję; daleki jestem od oskarżania cię w tej chwili o okrucieństwo, ponieważ wiem doskonale, że przedstawicielki twojej płci
mają zwyczaj odrzucać pierwsze oświadczyny. Sądzę też, że w istocie
twoje słowa kryją w sobie zachętę, wyrażoną z delikatnością właściwą
naturze kobiecej.
- Ależ, panie Collins! - zawołała Elizabeth z nutą serdeczności w głosie. - Jest pan dla mnie prawdziwą zagadką. Jeśli to, co dotychczas
powiedziałam, wydaje się panu formą zachęty, nie wiem już, jak mam
wyrazić moją odmowę, aby przekonać pana o jej prawdziwości.
- Musi pani pozwolić, droga kuzynko, bym pochlebiał sobie, że to tylko
czcze słowa. Przedstawię pani pokrótce, dlaczego tak uważam. Nie sądzę,
abym nie był godny twojej ręki, jak również nie przypuszczam, abyś mogła
uznać warunki, jakie mogę ci zaoferować, za niekorzystne. Moja sytuacja
życiowa, koneksje łączące mnie z rodziną de Bourgh, jak również nasze
pokrewieństwo to okoliczności, które przemawiają za mną w pełni;
powinnaś także rozważyć fakt, że mimo twych rozlicznych zalet możesz nie
otrzymać innej propozycji małżeństwa. Twój posag jest, niestety, tak
żałośnie mały, że istnieje wszelkie prawdopodobieństwo, iż zniweczy
efekt twojej urody i licznych przymiotów. Płynie z tego wniosek, że nie
powinienem twej odmowy traktować poważnie, dlatego też wychodzę z założenia, że chcesz spotęgować moje uczucia, skazując mnie na
oczekiwanie, co jest powszechnie przyjętym zwyczajem kobiet eleganckich.
- Zapewniam pana, sir, że nie mam pretensji, by zwać się elegancką,
jeśli ma to polegać na dręczeniu szanowanych mężczyzn. Wolałabym raczej,
byś uczynił mi grzeczność i uwierzył w moje słowa. Podziękowałam ci już
wielokrotnie za zaszczyt, jaki mi uczyniłeś swoją propozycją, jednak
przyjąć jej absolutnie nie mogę. Nie pozwalają mi na to moje uczucia.
Czy mogę wyrażać się jaśniej? Niechże pan nie patrzy na mnie jak na
kobietę elegancką, która pragnie pana prześladować, ale jak na istotę
racjonalną, która mówi szczerze i z głębi serca.
- Jesteś pani wprost czarująca! - wykrzyknął on z osobliwą w tej
sytuacji galanterią. - Jestem przekonany, że gdy uzyskam poparcie obojga
pani świetnych rodziców, moje oświadczyny zostaną przyjęte.
W obliczu takiej nieugiętości w samooszukiwaniu się, Elizabeth nie miała
nic więcej do powiedzenia, bezzwłocznie więc i w milczeniu opuściła
salon; obiecała też sobie, że jeśli pastor będzie upierał się ignorować
kolejne odmowy, traktując je jako figlarną zachętę, zwróci się do ojca,
który wszak będzie umiał wyrazić sprzeciw w sposób zdecydowany, nie
narażając się przy tym na przypuszczenie, że jego zachowanie jest
wyrazem afektacji i kokieterii właściwej eleganckim damom.
Rozdział XX
Pan Collins nie miał wiele czasu na samotne kontemplowanie widoków na
spełnienie swych miłosnych nadziei, gdyż pani Bennet, która czekała w przedsionku na zakończenie rozmowy, zobaczywszy Elizabeth otwierającą
drzwi i przebiegającą obok niej w kierunku schodów, weszła do jadalni,
by w ciepłych słowach pogratulować zarówno sobie, jak i pastorowi
szczęśliwej perspektywy rychłego zacieśnienia stosunków rodzinnych. Pan
Collins odwzajemnił się jej, równie serdecznie wyrażając radość, po czym
zrelacjonował rozmowę z jej córką, która napełniła go ufnością, iż ma
wszelkie powody, by liczyć na wzajemność; bowiem kolejne odmowy, którymi
panna raczyła go wszak tak uparcie, wynikają bez wątpienia z jej
wrodzonej skromności i prawdziwej delikatności charakteru.
Informacja ta zaniepokoiła jednak panią Bennet; choć życzyłaby sobie
wierzyć równie mocno jak pastor, że jej córka chciała jedynie zachęcić
go, odrzucając po wielekroć jego oświadczyny, nie śmiała przypuszczać,
by tak było naprawdę, i wyjawiła mu swoje wątpliwości.
- Może być pan jednak pewny, panie Collins - dodała - że przemówimy
Lizzy do rozumu. Sama porozmawiam z nią na ten temat. To niezwykle
uparta, niemądra dziewczyna, która nie wie, co jest dla niej dobre, ja
jej to jednak wyłuszczę.
- Wybaczy pani, że jej wchodzę w słowo - zawołał pan Collins - jeśli
jednak istotnie jest uparta i niemądra, nie jestem pewien, czy byłaby
istotnie dobrą żoną dla człowieka w moim położeniu, poszukującego
naturalnie szczęścia w małżeństwie. Jeśli więc będzie upierała się wciąż
przy odmowie, być może lepiej nie zmuszać jej, by mnie przyjęła,
ponieważ jej charakter nie gwarantuje, że związek ten będzie istotnie
szczęśliwy.
- Sir, źle mnie pan zrozumiał - odparła pani Bennet, przestraszona. -
Lizzy jest uparta jedynie w sprawach tego rodzaju. Pod każdym innym
względem ma najsłodsze usposobienie. Pójdę zaraz do pana Benneta i z pewnością niebawem dojdziemy z nią do porozumienia.
Nie dając mu czasu na odpowiedź, pobiegła do męża; otworzywszy drzwi do
biblioteki, zawołała:
- Och! Mężu, potrzebujemy cię natychmiast. Cóż za zamieszanie! Musisz
przyjść do nas w tej chwili i przekonać Lizzy, by wyszła za pana
Collinsa, ona bowiem przysięga, że go nie chce; jeśli się nie
pospieszysz, to on gotów zmienić zdanie.
Pan Bennet podniósł wzrok znad książki i utkwił oczy w twarzy żony ze
spokojną obojętnością, na którą bynajmniej nie wpłynęła treść
przekazywanych przez nią informacji.
- Obawiam się, że nie rozumiem, co do mnie mówisz - rzekł, gdy skończyła
przemowę. - O kim rozmawiamy?
- O panu Collinsie i Lizzy. Otóż Lizzy twierdzi, że nie wyjdzie za mąż
za pana Collinsa, zaś pan Collins za chwilę powie, że nie chce poślubić
Lizzy.
- I cóż ja mam zrobić? Sprawa wygląda mi na beznadziejną.
- Sam porozmawiaj z Lizzy. Powiedz jej, że nalegasz, by za niego wyszła.
- Wezwij ją tutaj. Powiem jej, co o tym sądzę.
Pani Bennet zadzwoniła i po chwili wezwano pannę Elizabeth Bennet do
biblioteki.
- Chodź tu, dziecko - rzekł do niej ojciec, gdy się pojawiła. - Posłałem
po ciebie w ważnej sprawie. Jeśli dobrze rozumiem, pan Collins złożył ci
propozycję małżeństwa. Czy to prawda?
Elizabeth przyznała, że tak.
- Świetnie. Ty natomiast odrzuciłaś oświadczyny?
- Tak, ojcze.
- Doskonale. I tu dochodzimy do sedna sprawy. Twoja matka nalega, abyś
go przyjęła. Czy tak, pani Bennet?
- O tak; albo też nigdy więcej nie chcę jej widzieć.
- Musisz dokonać trudnego wyboru, Elizabeth. Od dziś staniesz się obca
jednemu z rodziców. Twoja matka nie będzie chciała cię widzieć, jeśli
nie wyjdziesz za pana Collinsa. Ja natomiast nie chcę widzieć cię nigdy
więcej, jeśli go poślubisz.
Elizabeth nie zdołała powstrzymać uśmiechu, jednak pani Bennet, która
zdołała tymczasem przekonać samą siebie, że mąż załatwi sprawę zgodnie z jej życzeniem, była niepomiernie rozczarowana.
- Jak możesz tak mówić, mój drogi? Obiecałeś mi przecież, że namówisz
ją, aby go przyjęła.
- Moja duszko - odparł jej mąż - mam do ciebie dwie prośby. Po pierwsze,
pozwól, że będę swobodnie rozporządzał własnym rozumem w tej sprawie; po
drugie, pozwól mi rozporządzać moją biblioteką. Chciałbym odzyskać ją
tylko dla siebie, najszybciej, jak to możliwe.
Mimo srogiego rozczarowania postawą męża, pani Bennet nie od razu dała
za wygraną. To groźbą, to znów pochlebstwem usiłowała nakłonić Elizabeth
do zmiany zdania. Próbowała pozyskać sojuszniczkę w Jane; ta jednak, z całą swą łagodnością, odmówiła interwencji. Elizabeth zaś niekiedy
odpowiadała na nagabywania matki z całą powagą, czasami zaś uciekała się
do żartu. Stosowana przez nią linia obrony była zróżnicowana, lecz
determinacja pozostawała niezmienna.
Pan Collins tymczasem rozmyślał w samotności nad tym, co go spotkało.
Miał o sobie o zbyt dobre mniemanie, by zrozumieć, jakie motywy
kierowały kuzynką; i choć jego duma ucierpiała, poza tym jej odmowa
niewiele go obeszła. Jego uczucia dla niej były raczej wyimaginowane, a świadomość, że zasłużyła na reprymendę matki, nie wzbudziła w nim żalu.
W samym środku tego zamieszania znalazła się niebawem Charlotte Lucas,
która przyjechała na cały dzień w odwiedziny. W przedsionku powitała ją
Lydia, która podbiegła do niej, wołając przenikliwym półszeptem:
- Wspaniale, że przyjechałaś! Mamy tu niezłą zabawę. Wyobraź sobie, co
się stało dziś rano! Pan Collins oświadczył się Lizzy, a ona mu
odmówiła.
Zanim Charlotte zdążyła odpowiedzieć, dołączyła do nich Kitty z tą samą
wieścią; zaś kiedy tylko weszły do jadalni, gdzie siedziała samotnie
pani Bennet, ona także zaczęła od razu lamentować na ten temat,
odwołując się do współczucia panny Lucas i błagając, by przekonała swą
przyjaciółkę Lizzy do spełnienia woli całej rodziny.
- Proszę, panno Lucas - dodała melancholijnym tonem - niech pani sobie
wyobrazi, że nikogo nie mam po swojej stronie, nikt przy mnie nie
stanął. Jestem tu okrutnie wykorzystywana, nikt z nich nie zważa na stan
moich biednych nerwów.
Charlotte nie odpowiedziała, bo w tej samej chwili do pokoju weszły Jane
i Elizabeth.
- Proszę, idzie - ciągnęła pani Bennet - nieporuszona jak zawsze; nasz
los nic jej nie obchodzi, jak gdyby nas tu nie było; byle tylko ona
mogła postępować zgodnie ze swym upodobaniem. Ale powiadam ci, panno
Lizzy: jeśli wbijesz sobie do głowy, że należy odrzucać w ten sposób
każde oświadczyny, nigdy nie znajdziesz męża; a nie wiem, kto będzie cię
utrzymywał, kiedy umrze twój ojciec. Mnie z pewnością nie będzie na to
stać, a więc ostrzegam. Od tej pory nie chcę mieć z tobą do czynienia.
Powiedziałam ci w bibliotece, że nigdy więcej się do ciebie nie odezwę,
i dotrzymam słowa. Nie znajduję przyjemności w rozmowie z nieposłusznymi
dziećmi. W istocie, nie mam już ochoty rozmawiać z nikim. Osoby tak
ciężko chore na nerwy jak ja, nie mają siły na długie dysputy. Nikt nie
wie, jak cierpię! Ale tak jest zawsze. Nikt nie współczuje tym, którzy
nie skarżą się na swój los.
Jej córki słuchały tego utyskiwania w milczeniu, wiedząc doskonale, że
wszelkie próby ułagodzenia jej bądź przemówienia jej do rozsądku są z góry skazane na niepowodzenie. Mówiła więc nieprzerwanie aż do chwili,
gdy dołączył do nich pan Collins, który wszedł do pokoju z miną bardziej
uroczystą niż zwykle; na jego widok matka rzekła do dziewcząt:
- Teraz zaś bądźcie cicho i pozwólcie mi porozmawiać w spokoju z panem
Collinsem.
Elizabeth cicho wyszła z pokoju, Jane i Kitty podążyły za nią, Lydia
jednak uparła się pozostać na miejscu, bo chciała usłyszeć jak najwięcej
z ich rozmowy; Charlotte natomiast, zatrzymana najpierw przez pana
Collinsa, który przywitał ją uprzejmie i jął wypytywać o jej zdrowie i rodzinę, następnie zaś przez lekką ciekawość, zadowoliła się podejściem
do okna i stanęła przy nim, udając, że nie słyszy ani słowa. Pani Bennet
rzekła zbolałym głosem:
- Ach! Panie Collins!
- Moja droga pani - odparł - nie mówmy już nigdy więcej na ten temat.
Nie mam najmniejszego zamiaru - dodał głosem pełnym niechęci - żywić
urazy do pani córki z powodu jej zachowania. Na każdym z nas spoczywa
niewdzięczny obowiązek pogodzenia się z tym, co nieuchronne; w szczególności obowiązku tego powinien przestrzegać każdy młody człowiek,
dla którego los okazał się tak łaskawy jak dla mnie; pogodziłem się więc
z odmową. Po trosze, być może, decyzja moja wypływa z wątpliwości, czy
istotnie byłbym szczęśliwy, gdyby moja piękna kuzynka zaszczyciła mnie
swą ręką; zauważyłem bowiem, że rezygnacja bywa najpełniejsza, gdy
błogosławieństwo, którego nam odmówiono, zaczyna w naszych oczach tracić
na wartości. Mam nadzieję, że nie uznasz pani tego za przejaw braku
szacunku dla twojej rodziny, jeśli wycofam się z propozycji poślubienia
pani córki, nie czyniąc państwu grzeczności, jaką byłaby prośba o wstawiennictwo za mną na mocy waszego autorytetu rodzicielskiego.
Obawiam się, że moje zachowanie może budzić zastrzeżenia, zważywszy, że
przyjąłem odmowę z ust pani córki zamiast z pani własnych. Wszyscy
jednakże popełniamy błędy. Z pewnością w całej tej sprawie miałem dobre
intencje. Moim celem było zyskać serdeczną towarzyszkę życia, zarazem
zaś przysłużyć się całej rodzinie; jeśli zaś moje maniery nie były
nieskazitelne, błagam o wybaczenie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. Dzień Świętego Michała - 29 września, jedna z czterech dat dzielących zwyczajowo rok na kwartały i stosowanych jako daty początkowe i końcowe zawieranych kontraktów. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki). [wróć]
2. Służący z reguły przyjeżdżali do nowej posiadłości przed państwem, aby przygotować dom na ich przyjęcie. [wróć]
3. Pierwszą wizytę nowemu sąsiadowi mógł złożyć wówczas jedynie mężczyzna, pan domu. [wróć]
4. Pan Bennet, zgodnie z panującymi obyczajami, odwiedził pana Bingleya jako pierwszy; następnie pan Bingley powinien rewizytować państwa Bennet, dopiero po tej rewizycie wypada przyjąć go na obiedzie (dwie pierwsze wizyty bywały zwykle krótkie). [wróć]
5. Boulanger - odmiana kontredansa, tańczona na koniec balu. [wróć]
6. Posiadanie własnej rezydencji byłoby w przypadku pana Bingleya, którego przodkowie zbili fortunę na handlu, awansem społecznym; posiadłość rodowa była jednym z warunków koniecznych do uzyskania szlachectwa. [wróć]
7. Oczko - prosta gra karciana polegająca na dobieraniu kolejnych kart dotąd, by osiągnąć wartość liczbową posiadanych kart jak najbliższą (ale nie większą niż) 21. [wróć]
8. Komers - dawna gra karciana, która polega na wybieraniu kart z talii i stawianiu ich na torze tak, by stworzyć przynoszące punkty kombinacje; karty można także wymieniać. Celem jest zdobycie jak największej liczby punktów przed zakończeniem talii. [wróć]
9. St. James - pałac królewski; nadanie tytułu szlacheckiego wiązało się z zaproszeniem do rezydencji monarchy. [wróć]
10. Adwokat (attorney) - prawnik zajmujący się obsługą dokumentów prawnych (np. umów dotyczących nieruchomości), bez prawa do występowania w sądzie; w okresie, w którym toczy się powieść, nie była to profesja związana z wysokim statusem społecznym, co oznacza, że status rodziny, z której wywodziła się pani Bennet, był niższy niż jej męża. [wróć]
11. Powieść toczy się w okresie wojen napoleońskich, kiedy w Wielkiej Brytanii powszechna była obawa przed francuską ofensywą. Regimenty rezerwistów (milicji) poszczególnych hrabstw były szkolone do zadań porządkowych oraz do obrony kraju, stacjonowały zaś z zasady poza obszarem hrabstwa, w którym zostały utworzone. [wróć]
12. Biblioteki funkcjonowały w tym okresie w wielu małych miasteczkach, często w sklepach, w których oprócz książek można było kupić także inne towary; książki mógł wypożyczyć każdy, kto wykupił abonament. Z czasem stały się miejscem spotkań towarzyskich, dlatego częste bywanie "w bibliotece" nie musiało być równoznaczne z miłością do książek. [wróć]
13. Cheapside - ulica w najstarszej części Londynu wraz z przylegającym do niej obszarem, zamieszkana przez kupców (a więc omijana z daleka przez osoby o wyższym statusie społecznym). [wróć]
14. Lanterloo - gra karciana pochodzenia francuskiego popularna w Anglii od XVII w. [wróć]
15. Popularną rozrywką była wówczas gra w karty na pieniądze; przedstawicielom najwyższych klas społecznych zdarzało się grać o bardzo wysokie stawki, dlatego przystąpienie do gry wiązało się z ryzykiem znacznej straty finansowej. [wróć]
16. "W tych czasach" - pan Darcy ma zapewne na myśli rozkwit rynku wydawniczego, który nastąpił w okresie poprzedzającym publikację książek Jane Austen, i związaną z nim popularyzację czytelnictwa. [wróć]
17. Haftowanie torebek czy też niedużych parawanów, którymi zasłaniano się dla ochrony przed przeciągami, jak również przed nadmiernym ciepłem bijącym od kominka, należało wówczas do zajęć najbardziej rozpowszechnionych wśród panien z wyższych sfer. [wróć]
18. "Z dwudziestoma czterema rodzinami" - liczba ta odnosi się zapewne do wszystkich osób, które mogły być jednocześnie obecne na obiedzie lub balu, a nie do liczby rodzin, z którymi utrzymywano zażyłe stosunki; jest to niewątpliwie dużo mniejszy krąg znajomych, niż posiada ich zapewne towarzystwo z Netherfield (które zarazem nie odczuwa potrzeby chwalenia się swoimi znajomościami - dlatego komentarze pani Bennet na ten temat są przyjmowane krytycznie). [wróć]
19. Pikieta - jedna z najstarszych gier karcianych pochodząca z Francji, przeznaczona dla dwóch osób. [wróć]
20. Reel - żywy taniec irlandzki, kojarzony z rozrywką dla niższych klas; dlatego w pytaniu, czy miałaby ochotę zatańczyć reela, Elizabeth obawia się pułapki. [wróć]
21. Malowniczość była w owym okresie pojęciem niezwykle popularnym w kontekście piękna krajobrazu. William Gilpin, autor ceniony przez Jane Austen, pisał o zasadach projektowania ogrodów, a w jego definicji malowniczości mieściło się m.in. założenie, iż prawdziwie "malowniczy" widok mogą tworzyć maksymalnie trzy sztuki... bydła, i to widziane jednocześnie; obecność czwartej sztuki psuła malowniczość obrazu, zakłócając jego harmonię. Do tej koncepcji nawiązuje (nie bez ukrytej złośliwości) Elizabeth. [wróć]
22. Biała zupa - francuska soupe a la reine, zupa gotowana na kościach drobiowych z dodatkiem m.in. warzyw, mleka migdałowego, żółtek i śmietany, zwyczajowo serwowana wówczas na przyjęciach. [wróć]
23. Lombr (lomber) - rodzaj gry w karty, rozpowszechniony od XVII w. [wróć]
24. Kazania dla młodych kobiet Jamesa Fordyce'a wydane w Wielkiej Brytanii w roku 1794. [wróć]
Rozdział II
Pan Bennet stał się jednym z pierwszych gości pana Charlesa Bingleya w jego nowym domu. W istocie od początku miał zamiar go odwiedzić, choć do
ostatka zapewniał żonę, że tego nie uczyni, następnie zaś nie wspomniał
o swej wizycie aż do wieczora.
Dowiedziano się o niej w sposób następujący.
Patrząc, jak jego druga z rzędu córka obszywa kapelusz, nagle zwrócił
się do niej:
- Mam nadzieję, że ten kapelusz spodoba się panu Bingleyowi, Lizzy.
- Nie dowiemy się, jakie upodobania ma pan Bingley - odparła jej matka
kwaśno - ponieważ nie będzie nam dane go odwiedzić.
- Zapominasz, mamo - rzekła Elizabeth - że będziemy widywać go u innych,
a pani Long od dawna obiecuje nam go przedstawić.
- Nie wierzę, że pani Long to zrobi. Sama ma dwie siostrzenice. To
egoistka i hipokrytka, a ja mam o niej jak najgorsze zdanie.
- Ja również - wtrącił pan Bennet - i cieszę się, że nie polegasz na jej
obietnicach.
Pani Bennet powstrzymała się od odpowiedzi; nie mogąc jednak opanować
nerwów, zaczęła besztać jedną ze swych córek.
- Na miłość boską, Kitty, przestań tak kasłać! Miej litość dla moich
nerwów. Rozrywasz je na strzępy.
- Kitty kaszle zupełnie nieopanowanie - orzekł jej ojciec. - W najgorzej
wybranych chwilach.
- Nie kaszlę dla przyjemności - odparowała Kitty wojowniczo.
- Kiedy mamy najbliższy bal, Lizzy?
- Od jutra za dwa tygodnie.
- Ach, tak! - wykrzyknęła jej matka. - A pani Long wróci dopiero dzień
wcześniej, co oznacza, że nie będzie mogła nam go przedstawić, ponieważ
sama wcześniej go nie pozna.
- W takim razie, moja droga, być może zyskasz przewagę nad swoją
przyjaciółką, ponieważ to ty będziesz mogła przedstawić jej pana
Bingleya.
- To niemożliwe, mężu, jakżebym mogła, skoro sama go nie znam; jak
możesz żartować ze mnie tak okrutnie?
- Twoja powściągliwość jest godna pochwały. Istotnie, dwa tygodnie
znajomości to bardzo niewiele. Trudno po takim czasie powiedzieć, że zna
się człowieka. Jeśli jednak my nie ośmielimy się jej go przedstawić,
zrobi to ktoś inny. Pani Long i jej siostrzenice muszą także dostać
szansę; gdybyś ty im jej odmówiła, miałyby powód do obmowy, dlatego sam
się tym zajmę.
Dziewczęta wpatrywały się w ojca. Pani Bennet powtarzała jedynie:
- Bzdury, bzdury!
- Cóż mają znaczyć te okrzyki? - zawołał pan Bennet. - Czy chcesz
podważyć nimi sens istnienia zasad nawiązywania znajomości? W takim
razie nie mogę się z tobą zgodzić. Co ty nam powiesz, Mary? Jesteś wszak
młodą damą o dociekliwym umyśle, czytasz mądre książki i robisz z nich
notatki.
Mary bezskutecznie szukała właściwej odpowiedzi.
- Podczas, gdy Mary myśli - ciągnął ojciec - powróćmy do pana Bingleya.
- Mam już zupełnie dość pana Bingleya! - zawołała jego małżonka.
- Przykro mi to słyszeć; dlaczego mnie o tym nie uprzedziłaś? Gdybym to
wiedział dziś rano, z pewnością nie złożyłbym mu był wizyty. Jakże to
nieszczęśliwie się składa; skoro bowiem już to zrobiłem, nie możemy
wycofać się z tej znajomości.
Zdumienie wszystkich pań było tak bezbrzeżne, jak na to właśnie liczył.
Pani Bennet jednak, choć w pierwszej chwili najbardziej zaskoczona, gdy
pierwszy wybuch radości ucichł, oznajmiła natychmiast, że od początku
się tego spodziewała.
- Jakże ci jestem wdzięczna, mój najdroższy! Ależ wiedziałam, że
wreszcie cię przekonam. Byłam pewna, że kochasz swe dziewczęta zbyt
mocno, by zlekceważyć taką szansę dla nich. Tak się cieszę! I cóż za
świetny żart, że poszedłeś tam dziś rano i nie szepnąłeś o tym ani
słówka aż do tej pory!
- No cóż, Kitty, teraz możesz już kasłać do woli - rzekł pan Bennet i wyszedł z pokoju, by odpocząć nieco od burzliwej zmienności nastrojów
żony.
- Jakiego wspaniałego ojca macie, dziewczynki! - oznajmiła matka, gdy
zamknęły się za nim drzwi. - Nie wiem, jak kiedykolwiek zdołacie
odpłacić mu za jego dobroć; ja również, skoro już o tym mówimy. Mogę was
zapewnić, że dla stadła w naszym wieku zawieranie wciąż nowych
znajomości to nic przyjemnego; dla was jednak zrobilibyśmy wszystko.
Lydio, kochana moja, choć jesteś najmłodsza, nie wątpię, że pan Bingley
zatańczy z tobą na najbliższym balu.
- Och! - odparła Lydia nieustraszenie. - Wcale się nie boję! Choć jestem
najmłodsza, to jednak najwyższa.
Pozostała część wieczoru upłynęła im na rozważaniach, po jakim czasie
pan Bingley złoży panu Bennetowi rewizytę, i na dociekaniach, czy
powinny zaprosić go wówczas na obiad4.
Rozdział III
Niekończących się pytań, którymi pani Bennet, przy pomocy wszystkich
pięciu córek, zasypywała męża, nie było dość, aby uzyskać zadowalający
opis pana Bingleya. Przypuszczały szturm na różne sposoby - dociekając
wprost, podsuwając domysły lub snując przypuszczenia, on jednak unikał
zręcznie wszelkich pułapek, i wreszcie musiały zdać się na wywiad z drugiej ręki, czyli na sąsiadkę, lady Lucas. Sprawozdanie wypadło
nadzwyczaj pomyślnie. Sir William był wprost zachwycony. Opisywał pana
Bingleya jako dość młodego, niezwykle przystojnego, nadzwyczaj
uprzejmego, a co najlepsze, żywiącego szczery zamiar pojawienia się na
najbliższym balu wraz z dużym towarzystwem. Była to doprawdy wspaniała
wiadomość! Od upodobania do tańca zaledwie krok do kochliwości, co
budziło nadzieję, że pan Bingley ma prawdziwie czułe serce.
- Jeśli tylko jedna z moich córek osiądzie szczęśliwie w Netherfield -
rzekła pani Bennet do męża - a pozostałe znajdą równie dobre partie, nie
będę życzyć sobie niczego więcej.
Po kilku dniach pan Bingley odwiedził pana Benneta i spędził z nim około
dziesięciu minut w bibliotece. Żywił przy tym nadzieję, że uda mu się
poznać młode damy, o których urodzie słyszał tak wiele, jednak został
przyjęty jedynie przez ich ojca. Panie miały nieco więcej szczęścia - z okna na piętrze mogły bowiem podziwiać jego błękitny surdut, jak i czarnego konia, którego dosiadał.
Niebawem wysłano do Netherfield zaproszenie na obiad, i pani Bennet już
planowała, jakie potrawy poda, by dać dowód swoim talentom gospodyni,
gdy nadeszła odpowiedź, wskazująca niezbicie, że wizyta ulegnie
opóźnieniu. Pan Bingley musiał nazajutrz udać się do miasta, a więc nie
będzie mógł cieszyć się zaszczytem przyjęcia zaproszenia, etc., etc.
Pani Bennet uczuła silne wzburzenie. Nie potrafiła sobie wyobrazić,
jakie to sprawy mógł mieć do załatwienia w mieście nowy sąsiad tak
rychło po przyjeździe do Hertfordshire, i zaczęła obawiać się, że będzie
wciąż jeździł to tu, to tam, nie zagrzewając miejsca w Netherfield,
gdzie powinien wszak osiąść na dobre. Lady Lucas uśmierzyła nieco jej
niepokój, snując domysły, że być może pan Bingley udał się do Londynu,
by przywieźć ze sobą większe towarzystwo na nadchodzący bal, niebawem
zaś nadeszła wieść, że istotnie ma do niego przyjechać z tej okazji
dwanaście pań i siedmiu dżentelmenów. Dziewczęta zmartwiły się bardzo
tak dużą liczbą dam; na dzień przed balem pojawiła się jednak
pocieszająca wiadomość, że z Londynu przyjechało ich jedynie sześć -
pięć sióstr gospodarza i jego kuzynka. Kiedy zaś weszły do sali balowej,
przekonały się, że nowo przybyłych jest zaledwie pięcioro - pan Bingley,
jego dwie siostry, mąż starszej z nich i jeszcze jeden młody człowiek.
Pan Bingley okazał się przystojny i uprzejmy; miał miłą twarz i pełen
prostoty sposób bycia, pozbawiony afektacji. Jego siostrom nie brakowało
urody, ubrane zaś były modnie. Szwagier, pan Hurst, mógł jedynie z daleka udawać dżentelmena, natomiast przyjaciel pana Bingleya, niejaki
pan Darcy, przyciągał uwagę wysoką, szczupłą sylwetką, regularnością
rysów, jak i przymiotem, o którym wieść obiegła całą salę już w pięć
minut po jego nadejściu, a mianowicie, dochodem w wysokości dziesięciu
tysięcy funtów rocznie. Panowie natychmiast uznali, że świetny z niego
chłop, panie orzekły, iż jest znacznie przystojniejszy od pana Bingleya,
wszyscy zaś przez pół wieczoru popatrywali na niego z zachwytem - aż do
chwili, gdy przekonano się, że brak mu dobrego wychowania, przez co
stracił względy w oczach towarzystwa. Był bowiem tak dumny, wywyższał
się nad innych tak dalece i okazywał im tak silną dezaprobatę, że nawet
ogromna posiadłość w Derbyshire nie uchroniła go przed opinią, że twarz
ma nieprzyjemną, wręcz odpychającą, i nie warto nawet porównywać go z przyjacielem.
Pan Bingley szybko zaznajomił się ze wszystkimi lokalnymi
osobistościami, a był przy tym żywy i bezpośredni, wziął udział we
wszystkich tańcach, następnie zaś wyraził wielki żal, że bal kończy się
tak wcześnie, i wspomniał, że zamyśla urządzić zabawę taneczną w Netherfield. Bez dwóch zdań, nie brakowało mu zalet. Cóż za kontrast z jego przyjacielem! Pan Darcy zatańczył jedynie raz z panną Hurst i raz z panną Bingley, odmówił zawarcia znajomości z jakąkolwiek inną damą, zaś
resztę wieczoru spędził na przechadzkach po sali i kilku krótkich
rozmowach, ale wyłącznie z osobami, z którymi przyszedł na bal. Opinia
na jego temat ugruntowała się więc tym prędzej. Uznano, że na całym
świecie nie ma bardziej zarozumiałego i niesympatycznego gbura; wszyscy
też wyrażali nadzieję, że już nigdy nie zjawi się w okolicy. Wśród
najzagorzalszych krytyków pana Darcy'ego znalazła się pani Bennet -
oprócz ogólnej dezaprobaty wobec jego zachowania, zapałała do niego
szczególną niechęcią, gdyż ubliżył jednej z jej córek.
Z powodu niedostatecznej liczby obecnych na balu panów Elizabeth Bennet
była zmuszona przesiedzieć na kanapie dwa tańce. Tymczasem pan Darcy
stanął dość blisko niej, aby mogła słyszeć jego rozmowę z panem
Bingleyem, który zrezygnował na kilka minut z zabawy, by namówić
przyjaciela, aby dołączył do tańczących.
- Doprawdy, Darcy - zwrócił się do niego. - Musisz zatańczyć. Nie mogę
patrzeć, jak bezsensownie sterczysz tutaj całkiem sam. Taniec z pewnością dobrze by ci zrobił.
- Nie mam zamiaru. Dobrze wiesz, że tego nie znoszę; mogę tańczyć
jedynie z kimś, kogo znam doskonale. W zaistniałych okolicznościach
byłoby to dla mnie torturą. Twoje siostry mają już partnerów, a na tej
sali nie ma ani jednej kobiety, z którą mógłbym zatańczyć z przyjemnością.
- Co za szczęście, że nie jestem tak wybredny jak ty! - rzucił pan
Bingley. - Na honor, nigdy dotąd nie spotkałem tak wielu miłych panien
jak dzisiejszego wieczoru, a niektóre z nich wydają się niezwykle
urodziwe.
- Ty tańczysz z jedyną ładną dziewczyną na tej sali - odparł pan Darcy,
przyglądając się najstarszej pannie Bennet.
- Ach! To najpiękniejsza istota, jaką widziałem w życiu! Ale tuż za tobą
siedzi jedna z jej sióstr, także bardzo ładna, jak również nader miła.
Pozwól, że poproszę moją partnerkę, aby ci ją przedstawiła.
- O kim mówisz? - odwrócił się i omiótł spojrzeniem Elizabeth, a gdy to
zauważyła, przeniósł wzrok na przyjaciela i rzekł chłodno: - Wygląda
znośnie, ale nie jest dość ładna, bym się na nią skusił; zresztą nie
jestem w nastroju, by nadskakiwać młodym damom, które zostały
zlekceważone przez innych dżentelmenów. Wracaj lepiej do swojej
partnerki, by podziwiać jej piękny uśmiech, zamiast tracić tu czas ze
mną.
Pan Bingley posłuchał tej rady. Pan Darcy odszedł, zaś Elizabeth
pozostała na swoim miejscu, wzburzona uczuciami dalekimi od przyjaznych.
Mimo to z emfazą opowiedziała następnie o tym zdarzeniu przyjaciółkom;
miała bowiem żywe, wesołe usposobienie i chętnie szukała okazji do
żartów.
Wieczór upływał przyjemnie wszystkim członkom rodziny. Pani Bennet
patrzyła z zadowoleniem, jak towarzystwo z Netherfield zachwyca się jej
najstarszą latoroślą. Pan Bingley zatańczył z nią dwukrotnie, a jego
siostry wyraźnie ją wyróżniały. Jane była z tego tak samo zadowolona jak
jej matka, choć wyrażała radość subtelniej. Elizabeth cieszyła się wraz
z nią. Mary słyszała, jak chwalono ją przed panną Bingley jako
najzdolniejszą pannę w sąsiedztwie, zaś Catherine i Lydii nie brakowało
partnerów do tańca, co wystarczyło, aby obie uznały wieczór za udany.
Dlatego też w dobrych nastrojach wróciły do Longbourn - wioski, w której
Bennetowie uważani byli za najszacowniejszą rodzinę wśród mieszkańców.
Pan Bennet nie spał jeszcze, gdy wróciły. Podczas lektury książek zwykle
zapominał o upływie czasu, tym razem zaś czekał na relację o przebiegu
wieczoru, z którym wiązano wszak ogromne nadzieje. Po cichu liczył, że
jego małżonka rozczaruje się panem Bingleyem; rychło okazało się jednak,
że stało się zupełnie inaczej.
- Ach! Mój drogi! - zawołała, wchodząc do pokoju. - Cóż za uroczy
wieczór, jaki wspaniały bal! Żałuję jedynie, że cię tam nie było.
Wszyscy wprost zachwycali się naszą Jane. Prześcigali się w komplementach, a pan Bingley uznał ją za piękność i zatańczył z nią
dwukrotnie! Tylko pomyśl, mój kochany; zatańczył z nią dwukrotnie! I była jedyną panną, którą poprosił do tańca po raz drugi. Najpierw
zatańczył z panną Lucas. Nie wiem, doprawdy, jak to wytrzymał! Wcale mu
się nie podobała, zresztą nie dziwi mnie to wcale; potem zaś dostrzegł
Jane, która akurat tańczyła, i był nią zauroczony. Zaczął o nią
rozpytywać, zostali sobie przedstawieni, a potem poprosił ją o dwa
kolejne tańce. Potem zatańczył dwa razy z panną King; później, również
dwa razy, z Marią Lucas, następnie znów dwukrotnie tańczył z Jane, a potem były dwa tańce z Lizzy, zaś boulangera...5
- Gdyby miał dla mnie choć cień współczucia - wykrzyknął jej mąż
niecierpliwie - nie zatańczyłby nawet połowy tego! Na litość boską,
przestań opowiadać mi, z kim tańczył pan Bingley. Że też nie skręcił
kostki przed balem!
- Ach, mój drogi, on mi się naprawdę podoba. Jest taki przystojny! A jego siostry są wprost urocze. Nigdy w życiu nie widziałam elegantszych
strojów. Moim zdaniem koronka przy sukni pani Hurst...
W tejże chwili ponownie jej przerwano. Pan Bennet nie chciał słyszeć ani
słowa więcej na temat strojów. Jego żona była więc zmuszona szukać
innego tematu. Z wielkim rozgoryczeniem oraz pewną przesadą opowiedziała
mu o oburzającej nieuprzejmości pana Darcy'ego.
- Mogę cię jednak zapewnić - dodała - że Lizzy niewiele na tym straci,
że mu się nie spodobała; to wyjątkowo nieprzyjemny, wprost okropny
człowiek, któremu nie warto się podobać. Ta jego duma i zarozumiałość
były po prostu nie do wytrzymania! Chodził to tu, to tam, taki
zadowolony z siebie! A nie jest dość przystojny, by zasługiwać choćby na
jeden taniec! Żałuję, że cię nie było z nami, mój najdroższy, i nie
mogłeś poczęstować go ciętą ripostą. Znielubiłam go na amen.
Rozdział IV
Kiedy Jane i Elizabeth znalazły się same, ta pierwsza, dotąd
powściągliwa w pochwałach na temat pana Bingleya, wyznała siostrze, jak
bardzo w istocie jej się spodobał.
- Jest akurat taki, jaki powinien być każdy młody człowiek - rzekła -
rozsądny, pogodny, o żywym usposobieniu; nigdy dotąd nie spotkałam
równie miłego młodzieńca: jest tak bezpośredni, choć maniery ma przy tym
wprost nieskazitelne!
- Jest również przystojny - odparła Elizabeth - a jeśli to możliwe,
młody człowiek powinien spełniać także ten warunek. Jest zatem doskonały
pod każdym względem.
- Pochlebił mi niezwykle, prosząc mnie drugi raz do tańca. Nie
oczekiwałam takiego komplementu.
- Czyżby? Ja nie byłam zdziwiona. Dzieli nas jednak ogromna różnica.
Komplementy są dla ciebie zawsze zaskoczeniem, dla mnie zaś: przeciwnie.
Cóż w tym dziwnego, że zatańczył z tobą dwukrotnie? Musiał z pewnością
dostrzec, że jesteś pięć razy ładniejsza od wszystkich pozostałych dam.
Z pewnością nie poprosił cię do tańca jedynie z uprzejmości. Tak czy
siak rzeczywiście nie mam mu nic do zarzucenia. Jeśli chodzi o mnie,
możesz się nim zachwycać. Podobali ci się dotąd panowie o wiele głupsi
od niego.
- Moja droga Lizzy!
- Och, wiesz przecież, że zbyt łatwo obdarzasz sympatią ludzi. W nikim
nie widzisz wad. Cały świat jawi ci się jako dobry i miły. Nigdy w życiu
nie powiedziałaś o nikim złego słowa.
- Staram się nie osądzać innych zbyt szybko, ale zawsze mówię to, co
myślę.
- Wiem o tym i tego właśnie w tobie nie rozumiem. Nie brak ci rozsądku,
a jednak nie dostrzegasz ludzkich przywar i głupoty! Wielu jest takich,
którzy udają szczerość, to powszechne. Ale szczerość prawdziwa,
pozbawiona ostentacji - szczera sympatia wobec ludzi, która wyzwala w nich najlepsze cechy - to twoja osobista wizytówka. Jak mi się zdaje,
polubiłaś także siostry pana Bingleya? Nie są tak dobrze wychowane jak
on.
- Z pewnością nie robią dobrego pierwszego wrażenia. Przy dłuższej
rozmowie okazują się jednak bardzo miłe. Panna Bingley ma zamieszkać z bratem, by prowadzić mu dom; byłabym wielce zdziwiona, gdybyśmy nie
znalazły w niej uroczej sąsiadki.
Elizabeth słuchała w milczeniu, nieprzekonana; zachowanie nowych
znajomych podczas balu nie wzbudziło jej sympatii. Była bystrzejszą
obserwatorką niż jej siostra i nie miała tak łagodnego charakteru jak
ona; rzeczone damy nie okazały jej też żadnej serdeczności, co mogłoby
wpłynąć na jej osąd, nie spotkały się więc z jej aprobatą. W istocie,
nie brakowało im wytworności, a gdy wszystko szło po ich myśli,
zachowywały uprzejmość i potrafiły robić najlepsze wrażenie, zarazem
jednak cechowała je duma i zarozumiałość. Były dość ładne, ukończyły
jedną z najlepszych prywatnych szkół w Londynie, posiadały fortunę w wysokości dwudziestu tysięcy funtów; żyły ponad stan i zadawały się z ludźmi równymi im rangą, dlatego też były zdania, że mają wszelkie
powody, by myśleć dobrze o sobie, a źle o innych. Pochodziły z szanowanej rodziny z północnej Anglii i okoliczność ta wyryła się w ich
świadomości dużo głębiej niż fakt, że zarówno one, jak i ich brat
zawdzięczali fortunę talentom handlowym przodków.
Pan Bingley odziedziczył majątek wart niemal sto tysięcy funtów po ojcu,
który miał zamiar kupić jakąś posiadłość, jednak nie zdążył tego za
życia uczynić. Także i syn snuł podobne plany i niekiedy zdawało się, że
jest o krok od decyzji, by na stałe osiąść w swych rodzinnych stronach -
teraz jednak miał do dyspozycji piękny dom i grunty, gdzie mógł bez
przeszkód urządzać polowania, a ci, którzy zdążyli poznać jego
niefrasobliwość, przypuszczali, że być może zostanie na dobre w Netherfield, pozostawiając troskę o nabycie własnego dworu kolejnym
pokoleniom.
Siostry życzyłyby sobie ogromnie, by kupił własną
rezydencję6; skoro jednak wynajął Netherfield, panna Bingley
nie miała nic przeciwko temu, by z nim zamieszkać - podobnie jak pani
Hurst, której mąż mógł szczycić się raczej prezencją niż majątkiem,
pragnęła więc traktować dom brata jak własny, przynajmniej wtedy, gdy
jej to odpowiadało. Pan Bingley przypadkowo otrzymał ofertę wynajmu
Netherfield House niecałe dwa lata po osiągnięciu pełnoletności.
Przyjechał więc, by go obejrzeć, i już po pół godzinie uznał, że
najważniejsze pomieszczenia w domu budzą jego aprobatę, podobnie jak
słowa pochwały głoszone przez właściciela; bezzwłocznie więc zawarł z nim umowę.
Pan Darcy, mimo dzielącej obu dżentelmenów całkowitej odmienności
charakterów, był od lat jego wypróbowanym przyjacielem. Darcy lubił
Bingleya za jego bezpośredniość, otwartość i łagodność, choć sam miał
zupełnie inne usposobienie, z czego zresztą wydawał się zadowolony.
Bingley ufał wprost bezgranicznie w przyjaźń Darcy'ego i ogromnie liczył
się z jego zdaniem. Pod względem bystrości umysłu ten drugi przewyższał
pierwszego. Choć Bingleyowi niczego nie brakowało, Darcy górował nad nim
inteligencją. Był przy tym opryskliwy, wyniosły, powściągliwy i wybredny, a jego maniery, choć wytworne, były zarazem odpychające. Pod
tym względem przyjaciel miał nad nim ogromną przewagę. Bingley zyskiwał
sympatię wszędzie, gdzie się pojawił; Darcy nieustannie obrażał
wszystkich dookoła.
Rozmowa na temat towarzystwa zgromadzonego w Meryton oddawała doskonale
usposobienie każdego z nich. Bingley był zdania, że nigdy wcześniej nie
spotkał milszych ludzi i piękniejszych panien; wszyscy byli wobec niego
niezwykle uprzejmi i serdeczni. Nikt nie dbał nadmiernie o zachowanie
form, nie zachowywał się sztywno i ze wszystkimi udało mu się szybko
zawrzeć znajomość, zaś panna Bennet jawiła mu się jako najcudowniejszy z aniołów. Darcy natomiast widział tych samych ludzi jako niezbyt
urodziwych i nieumiejących nadążać za modą; nikt z nich nie wzbudził
jego zainteresowania, nikt też nie okazał mu względów ani serdeczności.
Panna Bennet wydała mu się ładna, uznał jednak, że zbyt często się
uśmiecha.
Pani Louisa Hurst i jej siostra Carolina Bingley były tego samego zdania
- ogólnie jednak im się spodobała. Polubiły ją i uznawszy, że jest
urocza, zadeklarowały chęć bliższego jej poznania. Skoro zaś siostry
orzekły w ten sposób, brat uznał, że ma pełne prawo zachwycać się panną
Bennet, ile tylko mu się żywnie podoba.
Rozdział V
Opodal Longbourn mieszkała rodzina szczególnie bliska państwu Bennetom.
Sir William Lucas zajmował się uprzednio handlem w Meryton, gdzie
dorobił się niezgorszej fortuny, następnie zaś, jako burmistrz, wygłosił
mowę na cześć króla, która przyniosła mu tytuł szlachecki. Zaszczyt ten
uczynił na nim zgoła zbyt duże wrażenie. Zniechęcił się bowiem do
dotychczasowej pracy, jak i do małego miasteczka, w którym mieszkał;
porzucił więc jedno i drugie, po czym osiedlił się wraz z rodziną w domu
położonym w odległości około jednej mili od Meryton, który nazwał swoim
nazwiskiem. Wyrzekłszy się trudów prowadzenia handlu, mógł tu do woli
rozmyślać o własnej ważności i szlifować swe talenty towarzyskie. Choć
jego ranga wzrosła, nie zaczął się wywyższać - przeciwnie, okazywał
atencję wszystkim. Z natury łagodny, przyjazny i uczynny, podczas pobytu
na dworze królewskim nabrał także wytworności.
Lady Lucas była kobietą niezwykle dobroduszną, lecz pozbawioną zmysłu
gospodarności, przez co pani Bennet nie ceniła jej zbytnio jako
sąsiadki. Para ta miała kilkoro dzieci. Najstarsza córka - inteligentna
panna, licząca sobie około dwudziestu siedmiu lat - była najbliższą
przyjaciółką Elizabeth.
Było jasne, że panny Bennet i panny Lucas muszą spotkać się, by wymienić
wrażenia na temat balu, a zatem już następnego ranka te ostatnie
pojawiły się w Longbourn.
- Dla ciebie, Charlotto, wieczór zaczął się doprawdy doskonale - rzekła
pani Bennet uprzejmie do panny Lucas. - To ciebie pan Bingley poprosił
do pierwszego tańca.
- Tak, ale wydaje mi się, że taniec z drugą partnerką sprawił mu więcej
przyjemności.
- Ach, chodzi ci o Jane; wszak tańczył z nią dwukrotnie. Istotnie,
wyglądało na to, że mu się spodobała. W rzeczy samej, wydaje mi się, że
tak właśnie było... coś niecoś o tym słyszałam.... ale nie wiem dokładnie...
coś o panu Robinsonie.
- Być może słyszała pani o rozmowie pana Bingleya i Robinsona; chyba
wspominałam o tym? Pan Robinson zapytał, jak mu się podoba towarzystwo w Meryton, i czy nie sądzi, że na sali znajduje się wiele pięknych kobiet,
i którą z nich uważa za najładniejszą. Na co natychmiast padła odpowiedź
na to ostatnie pytanie: "Och, najstarsza z panien Bennet, bez wątpienia,
każdy z pewnością odpowiedziałby tak samo".
- Doprawdy! No cóż, bardzo zdecydowana opinia... wygląda na to... ale
jeszcze może być i tak, że nic z tego nie będzie.
- To, co ja słyszałam, podoba mi się bardziej niż słowa, które doszły do
ciebie, Elizo - rzekła Charlotte. - Pan Darcy, w przeciwieństwie do jego
przyjaciela, nie ma nic mądrego do powiedzenia, czyż nie? Biedna Lizzie!
Zostać uznaną za zaledwie "znośną"!
- Bardzo cię proszę, nie kładź jej aby do głowy, żeby przejęła się tym,
jak ją potraktował. Ten człowiek jest tak nieprzyjemny, że zyskać jego
sympatię byłoby nieszczęściem. Pani Long mówiła mi wczoraj, że siedział
obok niej przez pół godziny, i ani razu nie otworzył ust.
- Czy jest mama tego pewna? Czy to nie pomyłka? - spytała Jane. - Z pewnością sama widziałam, jak pan Darcy z nią rozmawiał.
- Tak! Bo zapytała go wreszcie, jak mu się podoba w Netherfield, a więc
musiał odpowiedzieć; dodała jednak, że wyglądał przy tym na zeźlonego,
że się do niego odezwała.
- Panna Bingley mówiła mi - rzekła Jane - że nigdy się wiele nie odzywa
do nikogo, z wyjątkiem osób zaprzyjaźnionych. W stosunku do nich
zachowuje się całkiem uprzejmie.
- Nie wierzę w ani jedno słowo, moja droga. Gdyby był uprzejmy,
rozmawiałby z panią Long. Ale domyślam się, jak to z nim jest. Wszyscy
mówią, że to niezwykle dumny człowiek; z pewnością usłyszał gdzieś, że
pani Long nie trzyma powozu, a na bal przyjechała wynajętą dorożką.
- Nie mam do niego pretensji o to, że nie rozmawiał z panią Long -
stwierdziła panna Lucas. - Powinien był jednak zatańczyć z Elizą.
- Przy następnej okazji, Lizzy - rzekła matka do córki - na twoim
miejscu nie zatańczyłabym z nim nawet jeden raz.
- Przypuszczam, że mogę mamie obiecać, że nigdy z nim nie zatańczę.
- Jeśli o mnie chodzi - powiedziała panna Lucas - jego duma nie wydaje
mi się bardzo obraźliwa, ponieważ widzę dla niej uzasadnienie. Trudno
się dziwić, że młody człowiek z takiej rodziny, z taką fortuną, któremu
wszystko sprzyja, ma o sobie wysokie mniemanie. Jeśli mogę tak
powiedzieć, on ma prawo być dumny.
- Masz całkowitą rację - odparła Elizabeth - i bez trudu wybaczyłabym mu
jego dumę, gdyby nie uraził mojej.
- Duma - zauważyła Mary, zawsze przekonana o głębi swych przemyśleń -
jest, jak mi się zdaje, grzechem bardzo często spotykanym. Wszystko, co
dotąd przeczytałam, upewnia mnie, że wręcz nadzwyczaj rozpowszechnionym;
że natura ludzka jest nań wyjątkowo podatna, a zatem bardzo niewielu z nas nie chełpi się nigdy taką czy inną zaletą, prawdziwą czy wyobrażoną.
Próżność i duma to dwie różne rzeczy, choć używamy tych słów zamiennie.
Można być dumnym, nie będąc przy tym próżnym. Duma tyczy się tego, co
sami o sobie myślimy, próżność zaś tego, jak chcielibyśmy być widziani
przez innych.
- Gdybym ja był tak bogaty, jak pan Darcy - zawołał młody Lucas, który
przyjechał w odwiedziny wraz z siostrami - dumę miałbym sobie za nic.
Trzymałbym sforę psów gończych i wypijał co dzień butelkę wina.
- W takim razie piłbyś dużo więcej, niż powinieneś - orzekła pani Bennet
- gdybym to zobaczyła, natychmiast zabrałabym ci butelkę.
Chłopak sprzeciwił się temu, pani Bennet obstawała przy swoim,
twierdząc, że tak właśnie by zrobiła, i tak spierali się aż do końca
wizyty.
Rozdział VI
Panie z Longbourn odwiedziły Netherfield po niedługim czasie. Wkrótce,
zgodnie z obyczajem, złożono im więc rewizytę. Ujmujące zachowanie panny
Bennet zyskało jej znów większą sympatię pani Hurst i panny Bingley; i choć matkę dziewcząt uznano za nieznośną, a młodsze siostry za niewarte
rozmowy, to obie panie pałały chęcią zawarcia bliższej znajomości z dwójką najstarszych dziewcząt. Jane była tym zachwycona, Elizabeth
jednak dostrzegała ich wyniosłe zachowanie, także wobec swojej siostry,
i nie potrafiła ich polubić; szczególnie że była przekonana, iż wysilają
się na uprzejmość jedynie z powodu sympatii, którą obdarzył najstarszą
pannę Bennet ich brat. Przy każdym spotkaniu okazywał jej względy,
Elizabeth zaś widziała wyraźnie, że Jane, której pan Bingley spodobał
się od pierwszego wejrzenia, jest na najlepszej drodze, by zakochać się
w nim na dobre. Z radością konstatowała przy tym, że zauroczenie siostry
nie jest widoczne dla świata, ponieważ Jane łączyła dużą uczuciowość ze
spokojnym, pogodnym usposobieniem, które chroniło ją przed podejrzeniami
niedyskretnych bliźnich. Uczyniła takie spostrzeżenie w rozmowie z panną
Lucas.
- Być może dobrze jest zachować taką powściągliwość - odparła Charlotte
- ale niekiedy staje się to przekleństwem. Jeśli kobieta ukrywa swój
afekt równie zręcznie przed tym, którego nim obdarzyła, może przegapić
okazję, by go usidlić; a wtedy świadomość, że świat się o niczym nie
dowie, jest dla niej marnym pocieszeniem. Prawie każde uczucie niesie za
sobą tyleż wdzięczności, co próżności, i lepiej nie pozostawiać go
własnemu losowi. Każdy potrafi zrobić pierwszy krok, wystarczy, że ktoś
nam się trochę spodoba, niewielu jednak umie pokochać prawdziwie, nie
otrzymując sygnałów świadczących o wzajemności. W dziewięciu przypadkach
na dziesięć kobieta powinna pokazywać po sobie więcej uczuć goszczących
w jej sercu niż mniej. Bingleyowi z pewnością podoba się twoja siostra,
ale bez żadnej zachęty z jej strony być może skończy się na samej
sympatii.
- Ależ ona zachęca go na tyle, na ile pozwala jej natura. Jeśli nawet ja
widzę, jak bardzo jej na nim zależy, musiałby być doprawdy prostakiem,
żeby tego nie dostrzec.
- Pamiętaj, Elizo, że on nie zna usposobienia Jane tak dobrze jak ty.
- Ale jeśli kobieta sprzyja mężczyźnie i nie wysila się zbytnio, by to
ukryć, on przecież powinien się tego domyślić.
- Być może jeśli spędza z nią dość czasu. Jednak choć Bingley i Jane
widują się często, to nie spędzają wówczas wielu wspólnych godzin;
zawsze też towarzyszy im duża, mieszana kompania, dlatego nie mogą
poświęcić się bez reszty rozmowie. Jane powinna więc robić jak najlepszy
użytek z każdej chwili, w której jego uwaga skupiona jest na niej. Kiedy
już będzie go pewna, znajdzie dość czasu, by zakochać się w nim tak
mocno, jak zechce.
- To dobry plan - odparła Elizabeth - dla panny, która myśli tylko o tym, żeby dobrze wyjść za mąż; gdybym chciała za wszelką cenę zdobyć
bogatego męża, albo też męża w ogóle, skorzystałabym z twojej rady. Jane
jednak nie myśli w ten sposób; ona nie działa z premedytacją. Być może
sama nawet nie jest jeszcze pewna, jak dalece jest nim zainteresowana,
ani nie zastanawia się, czy to rozsądne. Zna go przecież tak krótko.
Zatańczyła z nim cztery razy w Meryton; potem widziała go przez jeden
ranek w jego własnej posiadłości, a potem czterokrotnie jadła w jego
towarzystwie obiad. To doprawdy zbyt mało, by mogła dobrze go poznać.
- Owszem, gdy tak to przedstawiasz. Gdyby istotnie jedynie jadła z nim
obiad, mogłaby jedynie dowiedzieć się, czy ma dobry apetyt; pamiętaj
jednak, że oznacza to wspólnie spędzone cztery wieczory, a w takim
czasie można zdziałać doprawdy bardzo wiele.
- Tak, cztery wieczory to z pewnością dość czasu, by stwierdzić, że
oboje wolą grać w oczko7 niż w komersa8; jeśli jednak
chodzi o istotne przymioty, sądzę, że dowiedzieli się o sobie nawzajem
raczej niewiele.
- Cóż - podsumowała Charlotte - z całego serca życzę Jane szczęścia.
Gdyby miała wyjść za niego za mąż choćby jutro, myślę, że ma takie same
szanse być szczęśliwą, jak gdyby studiowała jego wady i zalety przez
cały rok. Szczęście w małżeństwie jest wyłącznie kwestią przypadku.
Jeśli ludzie poznają się dobrze przed ślubem, a nawet jeśli łączą ich
podobieństwa, nie sprawia to, że są razem szczęśliwsi. Zdążą jeszcze
oboje zmienić się na tyle, by przysporzyło im to zgryzoty; dlatego też
lepiej wiedzieć jak najmniej o skazach charakteru człowieka, z którym
mamy spędzić resztę życia.
- Rozśmieszasz mnie, Charlotte; ale nie masz racji. Sama to wiesz, i wiesz także, że i ty nie postąpiłabyś w ten sposób.
Zajęta obserwowaniem względów, jakie pan Bingley okazywał jej starszej
siostrze, Elizabeth nie zauważyła nawet, że jego przyjaciel zaczął
obdarzać ją zainteresowaniem. Pan Darcy początkowo nie chciał nawet
przyznać, że jest ładna; patrzył na nią bez zachwytu podczas balu, a gdy
się później spotkali, spoglądał na nią jedynie po to, by ją krytykować.
Jednak im bardziej zawzięcie dowodził sobie i swym przyjaciołom, że rysy
Elizabeth pozbawione są wszelkiego uroku, tym bardziej przekonywał się,
jak silne wrażenie czyni na nim inteligentne spojrzenie jej ciemnych
oczu. Temu odkryciu towarzyszyły inne, równie przerażające. Choć
obserwując ją, wychwycił niejeden defekt jej figury, której daleko było
do perfekcyjnej symetrii, zarazem był zmuszony przyznać, że jest drobna
i zwinna; i choć był zdania, że nie jest dość wyrobiona towarzysko, by
odnaleźć się w wielkim świecie, nie potrafił oprzeć się jej
bezpretensjonalnej wesołości. Elizabeth nie miała o tym pojęcia; był dla
niej jedynie człowiekiem, który pokazał się od jak najgorszej strony, ją
zaś uznał za nie dość ładną, by choć raz z nią zatańczyć.
On tymczasem nabrał chęci, by poznać ją lepiej, i chcąc uczynić pierwszy
krok ku nawiązaniu rozmowy, zaczął przysłuchiwać się konwersacji, w której brała właśnie udział. Nie umknęło to uwadze Elizabeth. Miało to
miejsce u sir Williama Lucasa, gdzie zgromadziło się liczne towarzystwo.
- Co też myśli sobie pan Darcy - powiedziała do Charlotte - podsłuchując
moją rozmowę z pułkownikiem Forsterem?
- Na to pytanie może ci odpowiedzieć jedynie on sam.
- Jeśli zrobi to ponownie, nie omieszkam dać mu do zrozumienia, że
przejrzałam jego zamiary. Szuka wszędzie okazji do drwin, jeśli więc
czym prędzej sama nie rzucę mu wyzwania, niebawem dojdzie do tego, że
zacznę się go lękać.
Pan Darcy podszedł do nich po chwili i choć nie zdradzał chęci
rozpoczęcia pogawędki, panna Lucas jęła namawiać przyjaciółkę, by
spełniła swoje groźby, co natychmiast sprowokowało Elizabeth do
działania. Odwróciła się więc i rzekła:
- Czy nie sądzi pan, panie Darcy, że użyłam wyjątkowo zręcznych słów,
nagabując pułkownika Forstera, aby wydał dla nas bal w Meryton?
- Z pewnością tryskała pani przy tym energią; na ten temat jednak damy
zawsze rozprawiają z ożywieniem.
- Nie jest pan dla nas łaskawy.
- Niebawem to ona będzie nagabywana - rzekła panna Lucas. - Mam zamiar
otworzyć pianino, Elizo, a wiesz, co to oznacza.
- Doprawdy dziwna z ciebie przyjaciółka! Zawsze upierasz się, abym
śpiewała i grała przed wszystkimi! Gdyby moja próżność skupiała się na
muzyce, byłabyś doprawdy bezcenna; lecz w mojej sytuacji wolałabym nie
zasiadać przed tymi, którzy mają z pewnością zwyczaj słuchać najlepszych
wykonawców.
Panna Lucas nalegała jednak, Elizabeth uległa więc wreszcie.
- No cóż, jak trzeba, to trzeba. - Rzuciła jednak panu Darcy'emu mroczne
spojrzenie, po czym dodała: - Jak mówi stare przysłowie, które wszyscy
tu obecni oczywiście znają: "Nie wsadzaj nosa do cudzego prosa"; a zatem
idę wsadzić swój nos w nuty.
Jej występ, choć z pewnością daleki od doskonałego, był przyjemny dla
ucha. Po jednym czy dwóch utworach, zanim zdążyła odpowiedzieć na prośby
o kolejną pieśń, przy pianinie skwapliwie zastąpiła ją Mary - jako
brzydkie kaczątko w rodzinie pracowała bowiem ciężko, zdobywając wiedzę
i umiejętności, i zawsze gotowa była się nimi pochwalić.
Mary brakowało talentu, jak i gustu, zaś próżność, nakazująca jej uczyć
się pilnie, czyniła ją zarazem pedantyczną i zarozumiałą w stopniu,
który byłby nieznośny nawet u osoby o znacznie większych osiągnięciach.
Elizabeth słuchano dużo chętniej, była bowiem swobodna i bezpretensjonalna, mimo że nie grała nawet w połowie tak dobrze jak jej
młodsza siostra. Choć Mary zagrała długi i trudny utwór, zdołała zdobyć
uznanie publiczności dopiero dzięki skocznym pieśniom szkockim i irlandzkim, o które prosiły ją młodsze siostry. Gdy im uległa, puściły
się w pląsy z młodymi Lucasami, po chwili zaś dołączyło do nich ochoczo
kilku oficerów.
Pan Darcy stał w pobliżu, milczącym potępieniem dając do zrozumienia, co
myśli o takim sposobie spędzania wieczoru, wykluczającym wszak możliwość
rozmowy. Zatopił się w myślach tak dalece, że nie zauważył nawet, że
podszedł do niego sir William, który po chwili zwrócił się do niego:
- Jakże wspaniale bawią się ci młodzi ludzie, czyż nie, panie Darcy! Nie
ma wszak lepszej rzeczy niż taniec. Osobiście jestem zdania, że to
najstosowniejsza rozrywka dla wytwornego towarzystwa.
- Z pewnością, sir; ma też tę zaletę, że kochają go również towarzystwa
mniej wytworne, i to na całym świecie. Każdy dzikus potrafi tańczyć.
Sir William skwitował tę uwagę uśmiechem.
- Pański przyjaciel radzi sobie z tą sztuką doskonale - dodał po
krótkiej pauzie, kiedy spostrzegł, że Bingley dołączył do zabawy. - Nie
wątpię, że i pan jest nie mniej od niego utalentowany.
- Jestem pewny, że w Meryton widział pan, jak tańczę, sir.
- Istotnie, i widok ten sprawił mi doprawdy ogromną przyjemność. Czy
bywa pan często na tańcach w St. James9?
- Nigdy, sir.
- Czy nie sądzi pan, że wnętrza tego przybytku tworzą idealną scenerię
dla tańca?
- Staram się nigdy nie tańczyć w żadnym przybytku, gdy tylko mogę tego
uniknąć.
- Domyślam się, że masz pan dom w Londynie?
Pan Darcy przytaknął.
- Sam myślałem kiedyś, by się tam przenieść; ogromnie przepadam za
bywaniem w najlepszym towarzystwie. Nie byłem jednak pewien, czy pani
Lucas będzie się tam dobrze czuła.
Umilkł na chwilę w nadziei, że doczeka się odpowiedzi, jego towarzysz
jednak ani myślał mu jej udzielić. W tejże chwili przeszła obok nich
Elizabeth, sir William więc, chcąc wykazać się wobec niej galanterią,
zawołał:
- Moja droga panno Elizo, dlaczego pani nie tańczy? Panie Darcy, pozwolę
sobie zaprezentować panu tę oto młodą damę, która wspaniale tańczy. Nie
może pan przecież odmówić takiej piękności.
Ujął jej dłoń i próbował podać ją panu Darcy'emu, który choć niezwykle
tym zaskoczony, nie okazał niechęci; Elizabeth jednak natychmiast
cofnęła rękę i zwróciła się do sir Williama ze wzburzeniem:
- Doprawdy, sir, nie mam najmniejszego zamiaru tańczyć. Proszę tylko nie
myśleć, że skierowałam się w tę stronę w poszukiwaniu partnera.
Pan Darcy z ogromną powagą prosił, aby uczyniła mu ten honor, ale na
próżno. Elizabeth była nieugięta i również sir William nie wskórał
niczego, próbując nakłonić ją do zmiany zdania.
- Tańczy pani tak pięknie, panno Elizo, że okrucieństwem z pani strony
jest odmawiać mi tego widoku; i choć obecny tu dżentelmen nie przepada
za tą rozrywką, z pewnością nie będzie miał nic przeciwko temu, by jej
poświęcić pół godzinki.
- Pan Darcy to wcielenie uprzejmości - powiedziała Elizabeth z uśmiechem.
- Istotnie, istotnie, jednak patrząc na panią, droga panno Elizo,
doprawdy trudno mu się dziwić: któż bowiem oparłby się takiej partnerce?
Elizabeth rzuciła mu szelmowski uśmiech i się odwróciła. Jej upór
bynajmniej nie zraził młodzieńca - przeciwnie, wzbudziła w nim tym
większą sympatię. Po chwili podeszła do niego panna Bingley.
- Założę się, że uda mi się zgadnąć, o czym pan tak rozmyślasz.
- Jestem pewien, że nie.
- Z pewnością wyobrażasz pan sobie właśnie, jak okropnie byłoby częściej
spędzać wieczory w ten sposób w takim towarzystwie; podzielam tę opinię.
Jestem rozdrażniona jak nigdy! Ten brak smaku, a w dodatku ten hałas. I ci ludzie, tak miałcy, a tak przekonani o tym, jacy są ważni! Z przyjemnością dowiem się, jakie pan ma do nich zastrzeżenia!
- Pani przypuszczenia są całkowicie błędne, zapewniam panią. Myślałem
właśnie o czymś dużo milszym. Zajmowały mnie bowiem rozważania nad
ogromną przyjemnością, jaką można odczuwać, podziwiając piękne oczy
ładnej kobiety.
Panna Bingley utkwiła w nim wzrok, nalegając, by wyjawił, która z obecnych dam miała szczęście zainspirować go do tej refleksji. Pan Darcy
odparł nieustraszenie:
- Panna Elizabeth Bennet.
- Panna Elizabeth Bennet! - zawołała panna Bingley. - Zadziwia mnie pan.
Od kiedy to stała się pańską faworytką? I kiedy też będę mogła złożyć
panu powinszowania?
- Spodziewałem się tego właśnie pytania. Wyobraźnia dam jest niezwykle
prędka: przeskakuje od admiracji do miłości, a od miłości do małżeństwa
w jednej krótkiej chwili. Wiedziałem, że będzie pani chciała mi
winszować.
- No cóż, jeśli mówi pan poważnie, rozumiem, że sprawa jest już
postanowiona. Będzie pan miał doprawdy uroczą teściową; nie wątpię też,
że będzie każdą wolną chwilę spędzała z wami w Pemberley.
Słuchał z całkowitą obojętnością, gdy zabawiała się wygłaszaniem
podobnych uwag przez dłuższy czas; jego spokój przekonał ją ostatecznie,
że nie ma czego się obawiać, nie szczędziła więc sobie komentarzy.
Rozdział VII
Majątek pana Benneta, wart dwa tysiące funtów rocznie, na nieszczęście
jego córek miał przypaść z braku męskiego potomka dalekiemu krewnemu.
Pani Bennet miała wprawdzie dość, by zaspokoić własne potrzeby, jednak
zdecydowanie zbyt mało, by zrekompensować ubóstwo małżonka. Jej ojciec,
który był adwokatem10 w Meryton, pozostawił jej cztery tysiące
funtów.
Siostra pani Bennet wyszła za mąż za niejakiego pana Phillipsa,
kancelistę ojca, który został jego następcą, brat zaś osiedlił się w Londynie i był szanowanym kupcem.
Wioska Longbourn była położona zaledwie o milę od Meryton, a zatem w odległości niezwykle dogodnej dla młodych dam, które ulegały pokusie
odwiedzenia ciotki, wstępując po drodze do modystki. Szczególnie dwie
najmłodsze latorośle, Catherine i Lydia, bywały u ciotki często; w przeciwieństwie do starszych sióstr nie grzeszyły mądrością i gdy nie
nadarzyła im się lepsza rozrywka, spacer do Meryton traktowały wręcz jak
konieczne uatrakcyjnienie godzin poranka, dające im zarazem pożywkę dla
wieczornych ploteczek; choćby na wsi nie działo się nic ciekawego,
zawsze przynosiły od ciotki takie czy inne wieści. Tym razem okazały się
one wyjątkowo radosne, w okolicy bowiem pojawił się regiment
rezerwistów, który miał pozostać na zimę w Meryton, obranym na kwaterę
główną11.
Wizyty u pani Phillips stały się więc źródłem najbardziej pasjonujących
informacji. Każdego dnia panny dowiadywały się więcej o oficerach,
poznając ich nazwiska i koneksje rodzinne. Niebawem wykryły też, gdzie
mieszkają, a wkrótce zaczęły nawiązywać z nimi znajomości. Pan Phillips
odwiedził ich wszystkich po kolei, otwierając przed siostrzenicami wrota
do nieznanego dotąd raju. Nie mówiły o niczym innym, tylko o oficerach;
fortuna pana Bingleya, budząca poruszenie ich matki, zdawała im się
niczym w porównaniu z czerwienią mundurów.
Słuchając przez cały ranek ich wynurzeń na ten temat, pan Bennet
stwierdził wreszcie chłodno:
- Sądząc po sposobie, w jaki się wyrażacie, jesteście dwiema
najgłupszymi pannami w tym kraju. Już od jakiegoś czasu podejrzewałem,
że tak jest, ale teraz zyskałem pewność.
Catherine zamilkła, zbita z tropu; Lydia jednak z doskonałą obojętnością
rozwodziła się dalej nad zaletami kapitana Cartera, wyrażając nadzieję,
że zobaczy go tego dnia, ponieważ nazajutrz miał wyruszyć do Londynu.
- Doprawdy, mój drogi, zadziwia mnie - odezwała się pani Bennet - że tak
pochopnie nazywasz własne dzieci głupimi. Gdybym to ja miała wyrazić
lekceważenie wobec czyichś dzieci, z pewnością nie obrałabym za cel
swoich własnych.
- Skoro moje dzieci są niemądre, to ja przynajmniej powinienem mieć tego
świadomość.
- Owszem, ale tak się składa, że żadnej z naszych córek nie brakuje
rozumu.
- Pozostaje mi mieć nadzieję, że tylko w tej jednej sprawie się nie
zgadzamy. Sądziłem dotąd, że jesteśmy pod każdym względem jednomyślni,
muszę jednak ci się sprzeciwić, ponieważ uważam nasze dwie najmłodsze
córki za wyjątkowo nierozgarnięte.
- Mój drogi panie Bennet, nie możesz spodziewać się, że dziewczęta będą
tak rozsądne jak ich ojciec i matka. Gdy osiągną nasz wiek, jak mniemam,
nie będą zaprzątać sobie głów oficerami bardziej niż my w tej chwili.
Pamiętam, że i mnie podobały się niegdyś szalenie czerwone wojskowe
kurtki; i gdyby przystojny, młody oficer z dochodem pięciu, sześciu
tysięcy rocznie poprosił o rękę którąś z dziewczynek, na pewno bym mu
jej nie odmówiła. Uważam też, że pułkownik Forster wyglądał wspaniale w mundurze u sir Williama zeszłego wieczoru.
- Mamo - zawołała Lydia - ciocia mówi, że pułkownik Forster i kapitan
Carter nie odwiedzają już panny Watson tak często, jak to czynili zaraz
po przyjeździe; natomiast widuje ich ona bardzo często w bibliotece
Clarke'ów12.
Pani Bennet nie zdążyła odpowiedzieć, w tej bowiem chwili wszedł
posłaniec z liścikiem do panny Bennet; przysłano go z Netherfield, a służący miał zaczekać na odpowiedź. Oczy pani Bennet zalśniły; kiedy
córka czytała list, co i rusz przerywała jej okrzykami:
- No więc, Jane, od kogo ten list? O co chodzi? Co piszą? Doprawdy,
Jane, czytaj szybciej, i mów; pospiesz się, moja kochana.
- To od panny Bingley - odparła Jane, po czym przeczytała list na głos.
Moja droga przyjaciółko,
Jeśli nie okażesz dość serca, by zjeść dziś obiad z Louisą i ze mną,
obawiam się, że znienawidzimy się nawzajem na resztę życia, bowiem dzień
spędzony razem przez dwie kobiety bez dodatkowego towarzystwa może
zakończyć się wyłącznie kłótnią. Przyjedź najszybciej, jak zdołasz, po
otrzymaniu tego listu. Mój brat i pozostali panowie będą dziś jedli
obiad z oficerami. Twoja na zawsze,
Caroline Bingley
- Z oficerami! - zawołała Lydia. - Ciekawe, dlaczego ciotka nam o tym
nie wspomniała?
- Wyjechali! - rzekła pani Bennet z żalem. - To doprawdy nieszczęśliwie
się składa.
- Czy mogę wziąć powóz? - spytała Jane.
- Nie, moja droga, lepiej pojedź wierzchem, ponieważ wygląda na to, że
będzie padało; a w takim wypadku będziesz zmuszona zostać na noc.
- To byłby świetny plan - odezwała się Elizabeth - gdyby miała mama
pewność, że nie zaoferują jej własnego powozu na powrót do domu.
- Ależ panowie z pewnością zabrali się do Meryton dwukółką pana
Bingleya, zaś Hurstowie nie mają koni.
- Wolałabym jechać powozem.
- Ależ, moja droga, ojciec z pewnością nie może ci użyczyć koni. Są
potrzebne w polu, panie Bennet, czyż nie?
- Są tam potrzebne o wiele częściej, niż mogę je tam posyłać.
- Jeśli jednak poślesz je tam dziś - stwierdziła Elizabeth - mama będzie
z tego powodu z pewnością zadowolona.
Tą uwagą wymusiła na ojcu przyznanie, że konie będą zajęte. Jane musiała
więc jechać wierzchem, zaś matka odprowadziła ją do drzwi, wyrażając
przy tym nadzieję, że pogoda zaraz się popsuje. Jej oczekiwania spełniły
się; zaledwie Jane zdążyła odjechać, lunął rzęsisty deszcz. Dziewczęta
niepokoiły się o siostrę, matka jednak była zachwycona. Deszcz padał
nieprzerwanie przez cały wieczór; nie ulegało wątpliwości, że Jane nie
będzie mogła wrócić do domu.
- Doprawdy miałam dobry pomysł! - powtarzała pani Bennet, jak gdyby
przypisywała sobie zasługę sprowadzenia deszczu. Jednak dopiero
następnego ranka przekonała się, jak dalece jej plan się powiódł. Kiedy
rodzina wstawała od śniadania, służący z Netherfield przyniósł liścik
adresowany do Elizabeth:
Najdroższa Lizzy,
czuję się dziś fatalnie, co, jak mniemam, należy przypisywać temu, iż
przemokłam wczoraj do suchej nitki. Moje drogie przyjaciółki nie chcą
nawet słyszeć o moim powrocie, dopóki nie wydobrzeję. Nalegają także,
aby zbadał mnie pan Jones - nie obawiaj się więc, jeśli usłyszysz, że
był u mnie - nic poważnego mi nie dolega, z wyjątkiem bólu gardła i głowy. Twoja na zawsze, etc.
- No cóż, moja duszko - rzekł pan Bennet, gdy Elizabeth odczytała list
na głos. - Jeśli twoja córka zapadnie na poważną chorobę... jeśli umrze,
niewątpliwie będzie to dla nas pocieszeniem, że próbowała usidlić pana
Bingleya, i to na twoje polecenie.
- Ach! Nie obawiam się wcale, że umrze. Nikt nie umiera z powodu
drobnego przeziębienia. Na pewno będzie miała troskliwą opiekę. A dopóki
tam jest, wszystko układa się tak, jak powinno. Jeśli mogę wziąć powóz,
może pojadę do niej.
Elizabeth, bardzo niespokojna o siostrę, chciała koniecznie jechać z matką, okazało się jednak, że powozu nie będzie. Nie była amazonką,
pozostała jej więc tylko piesza wędrówka. Oznajmiła swój zamiar.
- Nie opowiadaj głupstw - zawołała jej matka - nawet o tym nie myśl,
wszędzie pełno błota! Nim dotrzesz na miejsce, nie będziesz mogła
pokazać się ludziom na oczy.
- Będę mogła pokazać się Jane, a tylko o to mi chodzi.
- Czy mam to rozumieć jako wskazówkę, Lizzy - odezwał się ojciec - abym
posłał po konie?
- Ależ nie, ojcze, nie chcę uniknąć spaceru. To żadna odległość dla
kogoś, kto ma przed sobą jasny cel; zaledwie trzy mile. Wrócę przed
obiadem.
- Podziwiam twoją dobroć - stwierdziła Mary - ale każdym porywem serca
powinien kierować rozsądek; a w mojej opinii wysiłek powinien być zawsze
proporcjonalny do potrzeby.
- Odprowadzimy cię aż do Meryton - oznajmiły Catherine i Lydia.
Elizabeth przystała na to, i trzy młode damy wspólnie ruszyły w drogę.
- Jeśli się pospieszymy - rzekła Lydia po drodze - być może zdążymy
zobaczyć się z kapitanem Carterem przed jego odjazdem.
W Meryton rozstały się - młodsze pospieszyły do mieszkania żony jednego
z oficerów, Elizabeth poszła zaś sama dalej, przecinając pola szybkim
marszem, przeskakując przełazy w ogrodzeniach i omijając kałuże. Szła
szybko, niecierpliwie, a gdy wreszcie w oddali zamajaczyła sylwetka
domu, miała obolałe łydki, brudne pończochy i twarz spoconą z wysiłku.
Wprowadzono ją do jadalni, gdzie zgromadzili się wszyscy oprócz Jane, a jej przybycie wywołało ogromne zdziwienie. Pani Hurst i panna Bingley
nie mogły pojąć, jak to się stało, że przeszła trzy mile tak wcześnie
rano, przy takim błocie, a w dodatku całkiem sama! Elizabeth wyczuła, że
jej nagłe pojawienie się wcale ich nie ucieszyło. Przyjęły ją jednak
bardzo grzecznie, a ich brat okazał jej nie tylko uprzejmość - był
serdeczny i w dobrym humorze. Pan Darcy mówił niewiele, zaś pan Hurst
nie odzywał się wcale. W duszy tego pierwszego toczyła się walka
pomiędzy zachwytem nad promiennością cery, którą Elizabeth zawdzięczała
porannej przechadzce, i zwątpieniem, jakim napawała go myśl, że przebyła
samotnie tak długą drogę. Ten drugi myślał jedynie o swoim śniadaniu.
Wieści na temat stanu zdrowia Jane nie napawały optymizmem. Najstarsza
panna Bennet spała źle, miała wysoką gorączkę i była zbyt słaba, by
opuścić swój pokój. Elizabeth z zadowoleniem przyjęła propozycję, by od
razu pójść do siostry. Jane, która nie zwróciła się do Bennetów
wyłącznie z obawy, że niepotrzebnie ich wystraszy lub postawi w niezręcznej sytuacji, na jej widok nie posiadała się z radości. Nie
miała jednak sił na dłuższą rozmowę i gdy panna Bingley pozostawiła je
same, zdobyła się jedynie na to, by wyrazić wdzięczność wobec gospodarzy
za ich troskliwą opiekę. Elizabeth w milczeniu zajęła się siostrą.
Po śniadaniu dołączyły do nich siostry pana Bingleya. Elizabeth poczuła
przypływ ciepłych uczuć do nich, widząc, z jaką serdecznością odnoszą
się do Jane. Następnie przyszedł medyk, który zbadał pacjentkę i orzekł,
jak można było się spodziewać, że zapadła na silne przeziębienie i wymaga odpowiedniego leczenia. Zalecił, aby wróciła do łóżka, i obiecał
sporządzić stosowne specyfiki. Jane zastosowała się do jego poleceń bez
oporu, trapiona przez rosnącą gorączkę i dotkliwy ból głowy. Elizabeth
nie odstępowała siostry na krok, a pozostałe damy również spędziły u niej większość dnia. Co prawda, po wyjeździe panów nie miały wiele do
roboty.
Kiedy zegar wybił trzecią, Elizabeth uznała, że pora na nią, i z wielką
niechęcią zaczęła się żegnać. Panna Bingley zaoferowała jej powóz,
Elizabeth zaś wzbraniała się jedynie przez grzeczność. W istocie była
gotowa przyjąć propozycję, jednak Jane zasmuciła się tak ogromnie na
myśl o rozstaniu z siostrą, że pannie Bingley nie pozostało nic innego,
jak zaproponować zamiast tego, aby Elizabeth pozostała w Netherfield.
Panna Bennet przystała na to chętnie i z wdzięcznością, posłano więc
służącego do Longbourn, aby powiadomił rodzinę o jej decyzji i przywiózł
jej niezbędne na czas pobytu rzeczy.
Rozdział VIII
O godzinie piątej panie domu poszły się przebrać, a o wpół do szóstej
wezwano Elizabeth na obiad. Zasypywana uprzejmymi pytaniami o stan
zdrowia Jane, skonstatowała z zadowoleniem, że najszczerzej
zaniepokojony wydawał się pan Bingley, nie mogła jednak udzielić
zebranym pokrzepiającej odpowiedzi. Jane nie czuła się ani odrobinę
lepiej. Na te wieści obie panie powtórzyły po kilka razy, jak bardzo
jest im przykro, jak okropną rzeczą są takie przeziębienia i jak bardzo
same nie lubią być chore, potem zaś przestały zajmować się tą sprawą.
Obojętność, z jaką zaczęły traktować Jane z chwilą, gdy zniknęła im z oczu, sprawiła, że Elizabeth na nowo poczuła do nich niechęć.
Ich brat natomiast był jedyną osobą w towarzystwie, o której myślała
naprawdę życzliwie. Widać było wyraźnie, że martwi się o Jane, jej
siostrze zaś okazywał ogromną uprzejmość, dzięki czemu przestała czuć
się w Netherfield jak intruz, choć przypuszczała, że tak właśnie
traktują ją pozostali. Oprócz gospodarza nikt właściwie nie poświęcał
jej uwagi. Pannę Bingley i jej siostrę pochłaniała bez reszty rozmowa z panem Darcym, zaś pan Hurst, obok którego posadzono Elizabeth, był
gnuśnym sybarytą, żyjącym jedynie po to, by jeść, pić i grać w karty, a gdy dowiedział się, że jego sąsiadka woli potrawy prostsze niż rago?t,
uznał ją za niewartą dalszej konwersacji.
Gdy obiad dobiegł końca, wróciła do pokoju Jane, zaledwie jednak
zamknęła za sobą drzwi, panna Bingley jęła zabawiać towarzystwo jej
kosztem. Jej maniery uznała za nadzwyczaj złe - pomieszanie dumy i impertynencji; nie umiała rozmawiać, nie miała stylu ani urody. Pani
Louisa Hurst przyznała jej całkowitą rację, dodając:
- Krótko mówiąc, nie ma w niej nic godnego uwagi, może oprócz tego, że
świetny z niej piechur. Nigdy w życiu nie zapomnę, jak wyglądała dziś
rano. Jak jakaś dzikuska!
- Istotnie, Louiso. Z trudem powstrzymywałam się od śmiechu. Cóż za
nonsens, przyjść tutaj na piechotę! I dlaczegóż to musiała biegać po
błocku? Bo jej siostra złapała katar! A te jej włosy, takie zmierzwione,
rozwichrzone!
- Tak, i ta halka; mam nadzieję, że widziałaś jej halkę, na sześć cali
unurzaną w błocie; i suknię, którą opuściła, żeby to ukryć, lecz na
próżno.
- Być może twój opis jest trafny, Louiso - rzekł Bingley - ja jednak
zupełnie tego wszystkiego nie zauważyłem. Przeciwnie, gdy panna Bennet
weszła dziś rano do pokoju, wydała mi się wyjątkowo ładna. Nie zwróciłem
najmniejszej uwagi na zabrudzoną halkę.
- Pan na pewno ją zauważył, panie Darcy - powiedziała panna Bingley -
jestem przekonana, że nie chciałby pan, żeby pańska siostra zrobiła z siebie takie widowisko.
- Z pewnością nie.
- Wędrować trzy mile, czy cztery, a może i pięć, w błocie po kostki, a w dodatku sama! Całkiem sama! Co ona sobie myślała? Jak dla mnie, to
demonstracja próżnej niezależności najgorszego sortu, zaiste
plebejskiego lekceważenia dobrych obyczajów.
- Myślę, że to wyraz miłości do siostry, a to bardzo miłe - stwierdził
Bingley.
- Obawiam się, panie Darcy - rzuciła panna Bingley półgłosem - że ta
przygoda ostudziła nieco pańskie uwielbienie dla jej pięknych oczu.
- Przeciwnie - odparł - podjęty trud sprawił, że lśniły jeszcze
piękniej.
Po tym wyznaniu nastąpiła chwila ciszy, po czym pani Hurst zaczęła
znowu:
- Mam mnóstwo sympatii dla panny Jane Bennet. To naprawdę słodkie
dziewczę, i z całego serca życzę jej, by znalazła dobrą partię. Jednak
mając takich rodziców, obracając się w tak pospolitym towarzystwie,
obawiam się, że ma na to niewielkie szanse.
- Mówiłyście chyba, że jej wuj jest adwokatem w Meryton.
- Tak; mają też drugiego wuja, który mieszka gdzieś w pobliżu
Cheapside13.
- A to dopiero! - zawołała jej siostra, i obie zaczęły się śmiać na całe
gardło.
- Choćby nawet całe Cheapside było pełne ich wujów - wykrzyknął Bingley
- nie czyniłoby ich to ani odrobinę mniej sympatycznymi.
- Z pewnością jednak zmniejsza to znacząco ich szanse na poślubienie
mężczyzn, którzy cokolwiek znaczą na tym świecie - odparł Darcy.
Na to Bingley nic nie odpowiedział, jego siostry jednak poparły
Darcy'ego całym sercem i jeszcze przez dłuższą chwilę rozprawiały z upodobaniem o pospolitych krewnych swojej drogiej przyjaciółki.
Nie przeszkodziło im to jednak udać się następnie do jej pokoju wprost z jadalni i siedzieć z nią aż do chwili, gdy podano kawę. Jane nadal czuła
się bardzo źle, a Elizabeth nie odstępowała jej nawet na krok aż do
późnego wieczora; wreszcie z ulgą stwierdziła, że siostra zasnęła, po
czym - raczej z poczucia obowiązku niż dla przyjemności - zdecydowała
się wreszcie zejść na dół. W bawialni zastała towarzystwo zajęte grą w lanterloo14; natychmiast zaproszono ją do stolika,
podejrzewając jednak, że stawki są wysokie15, odmówiła,
zasłaniając się koniecznością rychłego powrotu do pokoju siostry; zeszła
na dół tylko na chwilę, i chętnie odpocznie przy lekturze książki. Pan
Hurst spojrzał na nią ze zdumieniem.
- Woli pani książki od kart? - spytał. - To dość niezwykłe upodobanie.
- Panna Eliza Bennet - oznajmiła panna Bingley - nie cierpi kart. Jest
zapamiętałą czytelniczką, nieceniącą sobie innych form rozrywki.
- Nie zasługuję ani na tę pochwałę, ani na naganę - odparła żywo
Elizabeth - nie jestem molem książkowym i potrafię odnajdywać
przyjemność w wielu rzeczach.
- Z pewnością odnajduje ją pani w opiekowaniu się siostrą - rzekł
Bingley - i mam nadzieję, że już niebawem przyjemność ta przemieni się w prawdziwą radość, gdy stan jej zdrowia się poprawi.
Elizabeth podziękowała mu z całego serca, po czym podeszła do stolika,
na którym leżało kilka książek. Pan Bingley natychmiast zaoferował, że
przyniesie inne - cała jego biblioteka miała być do jej dyspozycji.
- Cóż, żałuję, że nie mam tu większego księgozbioru, zarówno ze względu
na panią, jak i na siebie; jestem jednak leniwy i choć nie mam wielu
ksiąg, nie wszystkie jeszcze przeczytałem.
Elizabeth zapewniła go, że wystarczy jej to, co znajduje się w pokoju.
- Jestem zdumiona - oznajmiła panna Bingley - że nasz ojciec pozostawił
tak skromny zbiór. Jakże wspaniałą bibliotekę ma pan w Pemberley, panie
Darcy!
- Nie może być inaczej - odparł. - Wszak gromadziły ją kolejne
pokolenia.
- A potem i pan powiększył ją znacznie; przecież nieustannie kupuje pan
książki.
- Nie wyobrażam sobie, że mógłbym zaniedbać rodzinny księgozbiór,
zwłaszcza teraz, w tych czasach16.
- Zaniedbać! - Jestem przekonana, że nie zaniedbuje pan niczego, co
mogłoby zwiększyć urok tej szlachetnej siedziby. Charlesie, gdy i ty
zbudujesz dom, mam nadzieję, że będzie choć w połowie tak wspaniały jak
Pemberley.
- Chciałbym, żeby tak się stało.
- Najlepiej będzie, jeśli kupisz jakąś posiadłość w pobliżu i potraktujesz Pemberley jako swego rodzaju wzór. Nie ma w całej Anglii
piękniejszego hrabstwa niż Derbyshire.
- Z przyjemnością; kupiłbym nawet i samo Pemberley, gdyby Darcy mi je
sprzedał.
- Rozważam jedynie różne możliwości, Charlesie.
- Doprawdy, Caroline, myślę, że łatwiej byłoby kupić Pemberley, niż je
skopiować.
Elizabeth słuchała tej rozmowy z takim zainteresowaniem, że zapomniała o książce; po chwili odłożyła ją na bok, przysunęła się bliżej stolika
karcianego i usiadła pomiędzy panem Bingleyem i jego starszą siostrą, by
przyjrzeć się grze.
- Czy panna Darcy urosła bardzo od wiosny? - spytała panna Bingley. -
Czy jest już mojego wzrostu?
- Wydaje mi się, że tak - odparł pan Darcy. - Jest mniej więcej tego
wzrostu, co panna Elizabeth Bennet, a może nieco wyższa.
- Jakże chciałabym znowu ją zobaczyć! Zachwycająca dziewczyna. Ta twarz,
te maniery! I jakież osiągnięcia w tak młodym wieku! A jak przepięknie
gra na fortepianie.
- Nie mogę się nadziwić - powiedział Bingley - skąd wszystkie młode damy
biorą dość cierpliwości, by tak starannie szlifować swe talenty.
- Wszystkie! - zawołała jego siostra. - Mój drogi Charlesie, co też masz
na myśli?
- No tak, wszystkie, tak mi się zdaje. Malują stoliczki, haftują
parawaniki, a na szydełku robią woreczki. Nie znam chyba żadnej panny,
która by tego wszystkiego nie umiała, i jestem absolutnie pewien, że
nigdy jeszcze nie opowiadano mi o żadnej z nich, nie wspominając już w pierwszym zdaniu o jej niezwykłych osiągnięciach.
- Istotnie - odezwał się Darcy - te "osiągnięcia", które wymieniłeś, są
aż nadto rozpowszechnione. Słowo to stosuje się do wielu dam, które nie
osiągnęły w życiu nic ponad wyhaftowanie torebki czy
parawanika17. Nie mogę się jednak zgodzić z twoim ogólnym
osądem na temat pań. Przez całe swoje życie spotkałem może pół tuzina
takich, które mogły istotnie poszczycić się życiowymi osiągnięciami.
- Ja również, jestem tego pewna - dodała panna Bingley.
- W takim razie - zauważyła Elizabeth - w pańskiej definicji "osiągnięć"
musi się mieścić zaiste bardzo wiele.
- Owszem, tak właśnie jest.
- Och! Z pewnością! - zawołała jego najgorliwsza popleczniczka. - Nie
można przecież darzyć szacunkiem kogoś, kto nie wyrasta znacznie powyżej
przeciętnej. Kobieta musi znać się dobrze na muzyce, śpiewie, rysunku,
tańcu, językach współczesnych, by warto było o niej mówić; oprócz tego
musi przyciągać uwagę sposobem bycia, chodem, tonem głosu, tym, jak
zwraca się do innych, mimiką twarzy... W przeciwnym razie słowo
"osiągnięcia" będzie w jej przypadku przesadzone.
- Istotnie, musi posiadać wszystkie te cechy - podsumował Darcy - jednak
do tej listy należy dodać jeszcze solidny umysł, ćwiczony regularnie
codziennym czytaniem.
- Teraz już nie dziwię się, że spotkał pan jedynie pół tuzina wybitnych
kobiet - odparła Elizabeth. - Powinnam raczej zastanawiać się, jakim
cudem udało się panu poznać choć jedną.
- Czy jest pani aż tak surowa wobec własnej płci, by w to wątpić?
- Osobiście nigdy nie spotkałam takiej kobiety. Kobiety, która łączyłaby
tyle zdolności, tak starannie pielęgnowanych, z gustem i elegancją, o jakich pan mówi.
Pani Hurst i panna Bingley zaprotestowały natychmiast przeciwko tak
niesłusznie, ich zdaniem, wyrażonej wątpliwości, wołając, że znają
mnóstwo kobiet, odpowiadających temu opisowi. Pan Hurst jednak przywołał
je do porządku, narzekając gorzko, że nie patrzą zupełnie na to, co mają
w kartach. Rozmowa uległa więc zakończeniu i Elizabeth niebawem opuściła
bawialnię.
- Elizabeth Bennet - odezwała się panna Bingley, gdy tylko drzwi
zamknęły się za wychodzącą - jest jedną z tych młodych dam, które
próbują przypodobać się płci przeciwnej, umniejszając własnej; i jestem
pewna, że w wielu przypadkach odnoszą pożądany skutek. Moim zdaniem
jednak to godne pożałowania, niegodziwe zachowanie.
- Bez wątpienia - odparł Darcy, do którego głównie była skierowana ta
uwaga. - Z pewnością wiele dam dopuszcza się niegodziwości, polując na
ofiarę. Przebiegłość zaś zawsze jest nikczemna.
Panna Bingley, niezupełnie usatysfakcjonowana tą odpowiedzią, ciągnęła
rozmowę dalej.
Elizabeth zeszła na dół ponownie na krótką chwilę, by poinformować
towarzystwo, że jej siostra czuje się gorzej i nie może zostawić jej
samej. Bingley zaczął nalegać, aby natychmiast posłano po pana Jonesa;
jego siostry zaś, przekonane, że wiejski medyk nie może być wiele wart,
proponowały, by posłać do miasta po jednego z najlepszych lekarzy.
Elizabeth nie chciała o tym słyszeć, była natomiast skłonna przyjąć
propozycję pana Bingleya. Ostatecznie uzgodniono, że należy posłać po
pana Jonesa z samego rana, jeśli do tego czasu stan panny Bennet nie
ulegnie znaczącej poprawie. Bingley był wyraźnie zaniepokojony; jego
siostry twierdziły, że są zrozpaczone. Pocieszyły się jednak, śpiewając
w duecie po kolacji, pan domu natomiast wezwał do siebie gospodynię i przykazał jej, aby chora dama i jej siostra zostały otoczone troskliwą
opieką.