Jane Austen. Dzieła Zebrane. Tom 1. Rozważna i romantyczna, Emma, Opactwo Northanger - Jane Austen

Kup ebooka

110.00 zł
91.30 zł (77,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział IX

Panie Dash­wood urzą­dziły się w Bar­ton zupeł­nie wygod­nie. Dom i ogród oraz całe oto­cze­nie zda­wały im się teraz zna­jome, a zwy­kłe zaję­cia dnia codzien­nego, które nada­wały nie­gdyś Nor­land połowę uroku, zostały pod­jęte na nowo z dużo więk­szym entu­zja­zmem niż kie­dy­kol­wiek w daw­nym domu już po śmierci ojca. Sir John Mid­dle­ton, który przez pierw­sze dwa tygo­dnie odwie­dzał je codzien­nie, a który nie zwykł zaprzą­tać sobie głowy domo­wymi obo­wiąz­kami, nie potra­fił ukryć zdu­mie­nia, widząc je wciąż czymś zajęte.

Z wyjąt­kiem miesz­kań­ców Bar­ton Park panie rzadko mie­wały gości; mimo że sir John nale­gał, aby zaczęły wię­cej bywać w miej­sco­wym towa­rzy­stwie, i nie­ustan­nie zapew­niał, że jego powóz jest zawsze do ich dys­po­zy­cji, nie­za­leżny duch pani Dash­wood odniósł zwy­cię­stwo nad potrzebą bywa­nia wraz z cór­kami i była zde­cy­do­wana odma­wiać odwie­dzin u któ­rej­kol­wiek rodziny, do któ­rej nie dało się dotrzeć pie­chotą. W zasięgu spa­ceru znaj­do­wały się nie­liczne domy, nie do wszyst­kich zaś można było udać się z wizytą. Około pół mili od domku, w wąskiej i krę­tej doli­nie Allen­ham, wybie­ga­ją­cej z doliny Bar­ton, jak to już zostało tutaj opi­sane, pod­czas jed­nego ze spa­ce­rów dziew­częta odkryły starą, sza­cowną posia­dłość, która ze względu na pewne podo­bień­stwo do Nor­land pobu­dziła ich wyobraź­nię i skło­niła do odwie­dzin. Jak się jed­nak dowie­działy, roz­py­tu­jąc w oko­licy, wła­ści­cielka - star­sza dama o nie­na­gan­nej opi­nii - była sła­bego zdro­wia i dla­tego ni­gdy nie opusz­czała domu.

Oko­lica aż pro­siła się jed­nak o spa­cery. Wyso­kie pagórki, któ­rych zarys było widać z domku przez nie­mal każde okno, zachę­ca­jące, by wejść na szczyt i zaczerp­nąć świe­żego powie­trza, dawały wytchnie­nie, gdy dno doliny pokry­wało się bło­tem; pew­nego pamięt­nego poranka, po dwóch dniach spę­dzo­nych w domu z powodu nie­ustan­nego desz­czu, Marianna i Mał­go­rzata udały się w stronę jed­nego ze wzgórz, zwie­dzione sła­bym bla­skiem słońca prze­zie­ra­ją­cego przez chmury. Matka i naj­star­sza sio­stra nie wyka­zały zain­te­re­so­wa­nia odmianą pogody na tyle, by porzu­cić ołówki, szki­cow­nik i książki, mimo zapew­nień Marianny, że dzień zapo­wiada się piękny, a wiatr roz­wieje gro­ma­dzące się nad wzgó­rzami chmury; osta­tecz­nie więc dwie młod­sze panny wybrały się na prze­chadzkę same.

Wesoło pięły się pod górę, cie­sząc się wido­kiem każ­dego skrawka błę­kit­nego nieba, a kiedy w twa­rze ude­rzył im podmuch połu­dniowo-zachod­niego wia­tru, nie mogły odża­ło­wać, że matka i Ele­onora nie zechciały doświad­czyć wraz z nimi tego roz­kosz­nego uczu­cia.

- Czy ist­nieje na ziemi więk­sze szczę­ście? - wołała Marianna. - Mał­go­rzato, zróbmy sobie co naj­mniej dwu­go­dzinny spa­cer.

Mał­go­rzata zgo­dziła się i ruszyły pod wiatr, opie­ra­jąc mu się ze śmie­chem, gdy nagle chmury nagro­ma­dziły się nad ich gło­wami i spadł gwał­towny deszcz. Zdzi­wione i roz­cza­ro­wane musiały pogo­dzić się z koniecz­no­ścią powrotu, w pobliżu nie było bowiem żad­nego schro­nie­nia. Pocie­szała je jedy­nie myśl, że będą mogły zbiec pędem ze stro­mego zbo­cza wprost pod furtkę swego ogrodu, co w zaist­nia­łej sytu­acji wyda­wało się słusz­nym roz­wią­za­niem.

Ruszyły więc. Począt­kowo Marianna bie­gła szyb­ciej, wystar­czył jed­nak jeden fał­szywy krok, by nagle runęła na zie­mię - tym­cza­sem Mał­go­rzata, nie mogąc się zatrzy­mać, przebie­gła obok sio­stry i bez­piecz­nie dotarła na dół.

W chwili gdy zda­rzył się wypa­dek, o kilka jar­dów od Marianny znaj­do­wał się dżen­tel­men ze strzelbą, obska­ki­wany przez dwa wyżły, który zmie­rzał wła­śnie w stronę szczytu. Upu­ścił strzelbę i ruszył jej na ratu­nek. Pod­nio­sła się sama, jed­nak pod­czas upadku skrę­ciła kostkę i nie była w sta­nie ustać na nogach. Dżen­tel­men zaofe­ro­wał pomoc, uzna­jąc zaś, że koniecz­ność sytu­acji musi wziąć górę nad panień­ską skrom­no­ścią, wziął ją czym prę­dzej w ramiona i zniósł ze wzgó­rza. Prze­szedł przez furtkę, któ­rej nie zamknęła za sobą Mał­go­rzata, do ogrodu, a następ­nie wniósł ją do domu, gdzie wła­śnie dotarła rów­nież naj­młod­sza z sióstr, i wypu­ścił ją z objęć usa­dziw­szy ją bez­piecz­nie w fotelu w salo­nie.

Ele­onora i matka wstały, zdzi­wione tym wtar­gnię­ciem; obie patrzyły na nie­zna­nego męż­czy­znę, zaś ich wzrok wyra­żał zara­zem zdu­mie­nie i sekretny podziw zarówno dla jego nie­na­gan­nego wyglądu, jak i manier, gdyż prze­pro­sił zaraz za naj­ście, stresz­cza­jąc zara­zem jego przy­czynę, a mówił tak szcze­rze i wyra­żał się tak ele­gancko, że jego nie­zwy­kle przy­stojna twarz nabie­rała dodat­ko­wego uroku dzięki tonowi głosu i eks­pre­sji mimiki. Choćby zresztą był brzyd­kim i sta­rym pro­sta­kiem, pani Dash­wood z pew­no­ścią oka­za­łaby mu wdzięcz­ność i uprzej­mość w obli­czu pomocy, jakiej udzie­lił jej dziecku; jed­nak jego mło­dość, uroda i ele­gan­cja budziły w niej tym żyw­sze uczu­cia.

Dzię­ko­wała mu w nie­skoń­czo­ność, a wresz­cie z wła­ści­wym sobie wdzię­kiem zapro­siła go, by usiadł. Odmó­wił jed­nak, tłu­ma­cząc się, że jest zbyt brudny i mokry. Pani Dash­wood nale­gała więc gorąco, aby wyja­wił jej, komu tyle zawdzię­cza. Odparł, że nazywa się Wil­lo­ughby, obec­nie zaś mieszka w Allen­ham; wyra­ził też nadzieję, że jutro będzie mu wolno zja­wić się z wizytą, aby dowie­dzieć się, jak się miewa panna Dash­wood. Skwa­pli­wie udzie­lono mu na to zezwo­le­nia, po czym wyszedł, zni­ka­jąc tajem­ni­czo wśród strug ulew­nego desz­czu.

Jego męska uroda i nad­zwy­czajne maniery stały się przed­mio­tem zachwytu wszyst­kich pań, zaś oko­licz­no­ści, w jakich iście po rycer­sku wyba­wił Mariannę z kło­potu - tema­tem ogól­nych żar­tów.

Marianna nie obej­rzała go tak dobrze jak pozo­stałe panie, ponie­waż zaże­no­wana i spło­niona sta­rała się nie patrzeć na niego, kiedy wszedł do domu. Widziała jed­nak na tyle dużo, by dołą­czyć do ogól­nych zachwy­tów z wła­ściwą sobie żar­li­wo­ścią. Jego wygląd i maniery nasu­wały Marian­nie na myśl jej wyma­rzo­nego boha­tera, a śmia­łość, z jaką bez­ce­re­mo­nial­nie wniósł ją do domu, zdra­dzała pręd­kość myśli i zde­cy­do­wa­nie w dzia­ła­niu, co wydało jej się szcze­gól­nie pocią­ga­jące. Wszystko, co go doty­czyło, zda­wało się inte­re­su­jące. Miał dobre nazwi­sko, miesz­kał w ich ulu­bio­nej wsi, a do tego Marianna doszła nie­ba­wem do wnio­sku, że ze wszyst­kich męskich ubio­rów naj­bar­dziej twa­rzowa jest kurtka myśliw­ska. Puściła wodze wyobraźni i pogrą­żyła się w nader przy­jem­nych roz­my­śla­niach, zapo­mi­na­jąc cał­kiem o bólu skrę­co­nej kostki.

Sir John zja­wił się natych­miast, gdy pogoda popra­wiła się chwi­lowo na tyle, by umoż­li­wić mu wyj­ście z domu; zre­la­cjo­no­wano mu wypa­dek Marianny, po czym nie­cier­pli­wie dopy­ty­wano, czy zna dżen­tel­mena o nazwi­sku Wil­lo­ughby miesz­ka­ją­cego w Allen­ham.

- Wil­lo­ughby! - zawo­łał sir John. - Coś podob­nego! Przy­je­chał na wieś? To dobra wia­do­mość. Pojadę tam jutro i zapro­szę go na obiad w czwar­tek.

- A zatem to zna­jomy? - spy­tała pani Dash­wood.

- Zna­jomy! Oczy­wi­ście, że zna­jomy. Przy­jeż­dża tu co roku.

- Jaki jest ten młody czło­wiek?

- Naj­lep­szy na świe­cie, zapew­niam panią. Dosko­nały z niego strze­lec, a przy tym jeden z naj­lep­szych jeźdź­ców w Anglii.

- To wszystko, co może pan o nim powie­dzieć? - zawo­łała Marianna z obu­rze­niem. - Jaki się zdaje przy bliż­szym pozna­niu? Do czego dąży w życiu, jakie ma talenty, uzdol­nie­nia?

Sir John oka­zał pewne zasko­cze­nie.

- Na mą duszę - rzekł. - Nie wiem o nim zbyt wiele, jeśli o to cho­dzi. Jest jed­nak przy­jem­nym, pogod­nym czło­wie­kiem i ma naj­ład­niej­szą czarną wyżlicę, jaką widzia­łem w życiu. Czy mu dziś towa­rzy­szyła?

Marianna nie była jed­nak w sta­nie udzie­lić mu infor­ma­cji na temat koloru sier­ści wyżła pana Wil­lo­ughby'ego, podob­nie jak sir John nie potra­fił powie­dzieć jej wiele o sta­nie jego umy­słu.

- Ale kto to jest? - spy­tała Ele­onora. - Skąd pocho­dzi? Czy ma dom w Allen­ham?

W tej kwe­stii sir John mógł słu­żyć bar­dziej szcze­gó­ło­wymi infor­ma­cjami, wyja­śnił im więc, że pan Wil­lo­ughby nie posiada majątku wiej­skiego; odwie­dza jedy­nie we dwo­rze Allen­ham star­szą damę, z którą jest spo­krew­niony i po któ­rej ma ponoć dzie­dzi­czyć.

- Tak, tak - dodał - to naprawdę świetna par­tia, mówię pani, panno Dash­wood; ma też ładny mają­te­czek w hrab­stwie Somer­set; na pani miej­scu nie oddał­bym go młod­szej sio­strze, choćby nie wiem ile razy stur­lała się z górki. Panna Marianna nie może wszak rościć sobie prawa do wszyst­kich męż­czyzn w oko­licy. Jeśli nie będzie uwa­żała, Bran­don sta­nie się o nią zazdro­sny.

- Nie wydaje mi się - wtrą­ciła pani Dash­wood z pogod­nym uśmie­chem - aby pan Wil­lo­ughby padł ofiarą któ­rej­kol­wiek z moich córek, usi­łu­ją­cej, jak się pan wyra­ził, "zła­pać" go. Nie tak je wycho­wa­łam. Męż­czyźni są bez­pieczni w naszym towa­rzy­stwie, choćby byli nie wiem jak bogaci. Z rado­ścią jed­nak wywnio­sko­wa­łam z pań­skiej wypo­wie­dzi, że to przy­zwo­ity młody czło­wiek i możemy bez prze­szkód utrzy­my­wać z nim zna­jo­mość.

- To praw­dzi­wie zacny chłop, powia­dam pani - powtó­rzył sir John. - Pamię­tam, jak w zeszłe Boże Naro­dze­nie pod­czas przy­ję­cia w Bur­ton Park tań­czył od ósmej wie­czór aż do czwar­tej rano, nie sia­da­jąc nawet na chwilę.

- Doprawdy? - wykrzyk­nęła Marianna, a jej oczy roz­bły­sły. - Czy tań­czył ele­gancko i ze swadą?

- Tak, a już o ósmej rano był na nogach, by jechać na polo­wa­nie.

- To mi się podoba; taki wła­śnie powi­nien być każdy mło­dzie­niec. Nie­ważne, jaki chce osią­gnąć cel, powi­nien dążyć do niego bez wytchnie­nia, nie­stru­dze­nie.

- Tak, tak, już widzę, co to będzie - rzekł sir John. - Widzę dosko­nale. Zarzuci pani teraz na niego swoje sidła, nie myśląc nawet o bied­nym Bran­do­nie.

- To wyra­że­nie, sir Joh­nie - rze­kła Marianna dobit­nie - jest mi szcze­gól­nie nie­miłe. Nie cier­pię tych wszyst­kich wyświech­ta­nych zwro­tów, pozor­nie dow­cip­nych, wśród któ­rych naj­gor­sze to wła­śnie "zasta­wić sidła" lub "zro­bić kon­kietę". Są nie­wy­bredne, a nawet wręcz pro­stac­kie, jeśli zaś kie­dy­kol­wiek uwa­żano je za żar­to­bliwe, czas roz­pra­wił się z nimi bez­li­to­śnie.

Sir John nie zro­zu­miał wiele z tej prze­mowy, roze­śmiał się jed­nak z całego serca, jak to miał w zwy­czaju, a potem odpo­wie­dział:

- O tak, panna zro­bisz nie­jedną kon­kietę, bez wąt­pie­nia. Biedny Bran­don! Wpadł po uszy, a muszę pan­nie powie­dzieć, że jeśli warto zasta­wić na kogoś sidła, to wła­śnie na niego, pomimo tej całej histo­rii z tur­la­niem się z górki i skrę­coną kostką, ot co.

Rozdział X

Wybawca Marianny - jak wyszu­ka­nie, choć nie do końca traf­nie okre­śliła go Mał­go­rzata - ele­gancki pan Wil­lo­ughby, poja­wił się w domku wcze­śnie rano następ­nego dnia, aby oso­bi­ście zapy­tać o samo­po­czu­cie panny. Pani Dash­wood przy­jęła go wię­cej niż uprzej­mie zarówno pod wpły­wem opi­nii, jaką wyra­ził o nim sir John, jak i wła­snej wdzięcz­no­ści, a cały prze­bieg wizyty miał upew­nić go o roz­sądku, ele­gan­cji, wza­jem­nym przy­wią­za­niu i wytwor­no­ści życia rodziny, z którą los zetknął go przy­pad­kowo. Co do oso­bi­stego uroku pań, był o nim prze­ko­nany już od wczo­raj.

Naj­star­sza z panien Dash­wood miała deli­katną cerę, regu­larne rysy i dosko­nałą figurę. Marianna była jesz­cze ład­niej­sza. Wyż­sza od sio­stry, bar­dziej rzu­cała się w oczy; a przy tym miała buzię tak uro­czą, że nad­uży­wane czę­sto okre­śle­nie "piękna dziew­czyna" w jej przy­padku zda­wało się nie banalne, lecz trafne. Kar­na­cję miała ciemną, lecz cerę pro­mienną, twarz prze­śliczną, uśmiech słodki i uro­czy; w ciem­nych oczach zaś błysk życia, nie­złom­nego ducha, ener­gii, budzący zachwyt w każ­dym, na kogo spoj­rzała. Na Wil­lo­ughby'ego począt­kowo sta­rała się nie patrzeć, zaże­no­wana wspo­mnie­niem dnia, w któ­rym przy­szedł jej na ratu­nek. Kiedy jed­nak wstyd minął, nabrała ani­mu­szu, zaś nie­ska­zi­tel­ność manier mło­dego dżen­tel­mena, jego otwar­tość i żywy tem­pe­ra­ment, a nade wszystko fakt, iż przed­sta­wił się jako wielki miło­śnik muzyki i tańca, spra­wiły, że spoj­rzała na niego z apro­batą i żywo absor­bo­wała go roz­mową aż do końca wizyty.

Wystar­czyła bowiem jedna wzmianka o jed­nej z jej pasji, by roz­wią­zać jej język. Nie była w sta­nie mil­czeć, gdy roz­mowa doty­czyła tej kwe­stii, a w dys­ku­sji wyzby­wała się wszel­kiej wsty­dli­wo­ści i rezerwy. Szybko odkryli więc, że łączy ich miłość do tańca i muzyki, a także stwier­dzili, że wypływa ona z ogól­nej zgod­no­ści poglą­dów na wszel­kie zagad­nie­nia z nimi zwią­zane. Zachę­cona tym do dal­szej ana­lizy jego opi­nii, jęła pytać gościa o książki; wspo­mniała swych ulu­bio­nych auto­rów i chwa­liła ich tak żar­li­wie, że młody czło­wiek lat dwu­dzie­stu pię­ciu musiałby być cał­ko­wi­cie wyzbyty z uczuć, gdyby nie podzie­lił natych­miast jej zachwytu dla dzieł lite­rac­kich, choćby nawet miał je dotąd w cał­ko­wi­tej pogar­dzie. Zbież­ność ich upodo­bań była zaska­ku­jąca. Oboje kochali te same książki, cyto­wali te same frag­menty - a jeśli poja­wiła się mię­dzy nimi jaka­kol­wiek nie­zgod­ność upodo­bań czy sprze­ciw ze strony gościa - gasły one natych­miast pod napo­rem argu­men­tów Marianny i bla­sku jej oczu. Mło­dzie­niec przy­sta­wał chęt­nie na wszyst­kie jej decy­zje, podzie­lał cały jej entu­zjazm, a zanim wizyta dobie­gła końca, roz­ma­wiali ze sobą jak dwójka dobrych zna­jo­mych.

- No cóż, Marianno - powie­działa Ele­onora, gdy gość się odda­lił - jak na jeden pora­nek doko­na­łaś cał­kiem sporo. Zdo­ła­łaś usta­lić opi­nię pana Wil­lo­ughby'ego w nie­mal wszyst­kich waż­nych spra­wach. Wiesz już, co sądzi na temat Cow­pera i Scotta; zyska­łaś pew­ność, że ceni ich sobie aku­rat tak, jak powi­nien, a przy tym nie masz wąt­pli­wo­ści, że nie darzy Pope'a więk­szą estymą, niż jest to sto­sowne. Zasta­na­wiam się jed­nak, jak też uda ci się pod­trzy­my­wać tę zna­jo­mość, gdy wyczer­piesz już wszyst­kie tematy roz­mowy? Oba­wiam się, że nie­ba­wem okaże się, że nie macie już o czym roz­ma­wiać. Następ­nym razem zapy­tasz go jesz­cze zapewne, co sądzi o malow­ni­czych kra­jo­bra­zach i o powtór­nym mał­żeń­stwie, a potem zabrak­nie ci pomy­słów.

- Ele­onoro! - zawo­łała Marianna. - Jak możesz? Czy to spra­wie­dliwe? Sądzisz, że bra­kuje mi zain­te­re­so­wań? Ale rozu­miem, co masz na myśli. Zacho­wy­wa­łam się zbyt swo­bod­nie, rado­śnie i szcze­rze. Zła­ma­łam wszel­kie zasady sto­sow­nego wycho­wa­nia; mówi­łam otwar­cie, gdy nale­żało oka­zać powścią­gli­wość, brak ducha, bez­barw­ność i skry­tość. Powin­nam była roz­ma­wiać jedy­nie o pogo­dzie i odzy­wać się raz na dzie­sięć minut, oszczę­dzi­ła­byś mi wów­czas repry­mendy.

- Kocha­nie - ode­zwała się jej matka - nie obra­żaj się na Ele­onorę; widzisz prze­cież, że tylko żar­tuje. Gdy­bym uznała, że istot­nie chce ona pozba­wić cię rado­ści, jaką dała ci roz­mowa z naszym nowym przy­ja­cie­lem, sama wyra­zi­ła­bym sprze­ciw. - Marianna natych­miast prze­stała się gnie­wać.

Wil­lo­ughby ze swej strony dawał wszel­kie dowody, że cie­szy go nawią­zana zna­jo­mość, i nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że będzie chciał ją pod­trzy­my­wać. Odwie­dzał damy codzien­nie. Począt­kowo uży­wał jako pre­tek­stu zdro­wia Marianny; jed­nak życz­li­wość, z jaką był przyj­mo­wany, spra­wiła szybko, że wymówka prze­stała być konieczna, co nastą­piło, zanim noga Marianny zdą­żyła wydo­brzeć cał­ko­wi­cie. Skrę­cona kostka zmu­siła ją wpraw­dzie do spę­dze­nia kilku dni w domu, jed­nak przy­mus ten nie mógł być mil­szy. Wil­lo­ughby był mło­dzień­cem zdol­nym, o żywej wyobraźni, miał rado­sną, otwartą naturę i dosko­nałe maniery. Był niczym odpo­wiedź na skryte pra­gnie­nia serca Marianny - miał nie tylko ujmu­jący spo­sób bycia, ale też wro­dzoną żar­li­wość, która pod wpły­wem panny Dash­wood zyskała na sile, co budziło więk­szą jej sym­pa­tię niż jakie­kol­wiek inne jego przy­mioty.

Marianna czer­pała coraz więk­szą przy­jem­ność z jego towa­rzy­stwa. Czy­tali wspól­nie, roz­ma­wiali i śpie­wali razem - Wil­lo­ughby miał spore zdol­no­ści muzyczne, czy­ta­jąc zaś, wyka­zy­wał się wraż­li­wo­ścią i eks­pre­sją, któ­rej tak nie­szczę­śli­wie bra­ko­wało Edwar­dowi.

Pani Dash­wood podzie­lała zachwyt Marianny; Ele­onora rów­nież nie miała mło­dzień­cowi nic do zarzu­ce­nia prócz tego, że - podob­nie jak jej sio­stra - mówił zbyt wiele, nie zwa­ża­jąc przy tym na obec­nych ani na oko­licz­no­ści, w jakich odby­wała się roz­mowa. Pochop­nie for­mu­ło­wał i przed­sta­wiał opi­nie o innych, poświę­ca­jąc przy tym uprzej­mość na rzecz nie­po­dziel­nej uwagi słu­cha­czy, zbyt łatwo nagi­nał zasady dobrego wycho­wa­nia; wyka­zy­wał przy tym nie­roz­wagę, któ­rej Ele­onora nie mogła pochwa­lać, bez względu na to, co on sam i Marianna mogliby na ten temat mieć do powie­dze­nia.

Marianna tym­cza­sem zaczy­nała rozu­mieć, że roz­pacz, jaka ją ogar­niała w wieku lat szes­na­stu na myśl, że ni­gdy nie spo­tka męż­czy­zny, który w jej oczach osią­gnąłby dosko­na­łość, była zbyt pochopna i nie­uza­sad­niona. Wil­lo­ughby pre­zen­to­wał bowiem wszyst­kie cechy, jakie w owej nie­szczę­śli­wej godzi­nie zwąt­pie­nia mogłaby wymie­nić jako nie­zbędne, by wzbu­dzić jej miłość; jego zacho­wa­nie wska­zy­wało zaś, że jego życze­nia pod tym wzglę­dem są rów­nie nie­złomne jak jego zalety.

Rów­nież pani Dash­wood, któ­rej nie prze­szło nawet przez myśl spe­ku­lo­wać o mał­żeń­stwie mło­dych z uwagi na przy­szły mają­tek mło­dzieńca, przed koń­cem tygo­dnia zaczęła mieć nadzieję, że doj­dzie do oświad­czyn, w duchu zaś gra­tu­lo­wała sobie samej ser­decz­nie per­spek­tywy posia­da­nia dwóch takich zię­ciów jak Edward i Wil­lo­ughby.

Tym­cza­sem Ele­onora zaczęła dostrze­gać oznaki uczuć, jakie żywił puł­kow­nik Bran­don dla Marianny, tak wcze­śnie zauwa­żo­nych przez jej przy­ja­ciół, które dla niej stały się widoczne dopiero wów­czas, gdy inni prze­stali zwra­cać na nie uwagę. Pozo­stali sku­pili się bowiem na jego szczę­śliw­szym rywalu, zaś pokpi­wa­nia, które puł­kow­nik musiał zno­sić, zanim obda­rzył Mariannę uczu­ciem, ustały w chwili, gdy jego skłon­ność ku niej stała się istot­nie nara­żona na śmiesz­ność towa­rzy­szącą zwy­kle wraż­li­wo­ści. Ele­onora musiała nie­chęt­nie uwie­rzyć, że afekt, przy­pi­sy­wany mu przez panią Jen­nings, by mieć powód do kpin, istot­nie zro­dził się w jego sercu, i że jest on rów­nie silny jak uczu­cie wzbu­dzone w Wil­lo­ugh­bym przez podo­bień­stwo cha­rak­te­rów, choć w przy­padku puł­kow­nika Bran­dona wynika ono raczej z przy­cią­ga­nia się prze­ci­wieństw. Patrzyła na to z tro­ską, na co bowiem mógł liczyć trzy­dzie­sto­pię­cio­letni mruk, rywa­li­zu­jąc o względy damy z elo­kwent­nym mło­dzień­cem w wieku lat dwu­dzie­stu pię­ciu? Nie mogąc więc liczyć żadną miarą na jego powo­dze­nie, życzyła mu z całego serca, by uczu­cie minęło. Lubiła go, mimo jego powagi i powścią­gli­wo­ści, i uwa­żała za inte­re­su­ją­cego. Był poważny, lecz łagodny, a rezerwa, jaką oka­zy­wał, wyda­wała się powo­do­wana raczej chę­cią poha­mo­wa­nia żywego tem­pe­ra­mentu niż wro­dzoną melan­cho­lią. Sir John napo­my­kał o prze­szłych ura­zach i roz­cza­ro­wa­niach, co utwier­dziło ją w prze­ko­na­niu, że ma do czy­nie­nia z czło­wie­kiem nie­szczę­śli­wym, trak­to­wała go więc z tym więk­szym sza­cun­kiem i współ­czu­ciem.

Być może uczu­cia jej potę­go­wał fakt, że zarówno Wil­lo­ughby, jak i Marianna wyra­żali się o nim lek­ce­wa­żąco tylko dla­tego, że nie był ani młody, ani żywio­łowy.

- Bran­don to taki typ czło­wieka - powie­dział pew­nego dnia Wil­lo­ughby, gdy o nim roz­ma­wiali - o któ­rym wszy­scy mówią dobrze, a który nikogo nie obcho­dzi; wszy­scy wyra­żają radość, kiedy go zoba­czą, ale nikt nie ma ochoty bawić go roz­mową.

- Zga­dzam się w zupeł­no­ści - wykrzyk­nęła Marianna.

- Nie ma się czym chwa­lić - odparła Ele­onora - ponie­waż oboje oce­nia­cie go nie­spra­wie­dli­wie. Wszy­scy w Bar­ton Park cenią go wysoko, a ja oso­bi­ście, gdy go spo­ty­kam, zawsze z nim roz­ma­wiam.

- To, że zyskał pani względy - odpo­wie­dział Wil­lo­ughby - nie­wąt­pli­wie prze­ma­wia na jego korzyść; jeśli jed­nak cho­dzi o innych, ich sza­cu­nek jest wyłącz­nie znie­wagą. Kto chciałby zasłu­żyć na uzna­nie takich kobiet jak lady Mid­dle­ton i pani Jen­nings, gdyby potra­fił zapew­nić sobie powszechną obo­jęt­ność?

- Może jed­nak nie­przy­chylny osąd takich osób jak pan i Marianna rów­no­waży uzna­nie lady Mid­dle­ton i jej matki. Jeśli ich sza­cu­nek jest znie­wagą, wasze znie­wagi mogą oka­zać się pochwałą, ponie­waż wasze uprze­dze­nia i nie­spra­wie­dli­wość dorów­nują bra­kom inte­lektu obu dam.

- W obro­nie swego fawo­ryta umiesz, pani, zdo­być się nawet na zuchwa­łość.

- Mój fawo­ryt, jak go pan nazy­wasz, jest czło­wie­kiem roz­sąd­nym; roz­są­dek zaś zawsze ceni­łam sobie wysoko. Tak, Marianno, nawet u męż­czy­zny po trzy­dzie­stce. Puł­kow­nik zwie­dził kawał świata; bywał za gra­nicą, dużo czyta, ma prze­ni­kliwy umysł. Potrafi cie­ka­wie mówić na różne tematy i zawsze odpo­wiada na moje pyta­nia z goto­wo­ścią, która jest oznaką jego dobrego wycho­wa­nia, i bar­dzo życz­li­wie.

- Chcesz przez to powie­dzieć - zawo­łała Marianna zło­śli­wie - że dowie­dzia­łaś się od niego, że w Indiach jest gorąco, a komary są bar­dzo dokucz­liwe.

- Nie wąt­pię, że powie­działby mi o tym, gdy­bym zapy­tała, tak się jed­nak składa, że oba te fakty były mi już wcze­śniej znane.

- Być może - dodał Wil­lo­ughby - posu­nął się do tego, że opo­wie­dział pani o naba­bach, zło­tych mone­tach i palan­ki­nach.

- Mogę powie­dzieć tylko tyle, że jego spo­strze­że­nia wydają się wię­cej warte niż pań­ska bez­stron­ność. Dla­czego jed­nak darzysz go pan taką nie­chę­cią?

- Nie jestem mu nie­chętny. Prze­ciw­nie, uwa­żam go za nie­zwy­kle sza­cow­nego dżen­tel­mena, o któ­rym wszy­scy wyra­żają się jak naj­le­piej, nikt jed­nak go nie zauważa; który ma wię­cej pie­nię­dzy, niż jest w sta­nie wydać, wię­cej czasu niż zajęć, no i dwa nowe sur­duty co roku.

- Dodajmy także - zawo­łała Marianna - że nie ma ani geniu­szu, ani gustu, ani tem­pe­ra­mentu. Że jego prze­my­śle­niom brak bły­sko­tli­wo­ści, uczu­ciom żaru, a gło­sowi eks­pre­sji.

- Przy­pi­su­jesz mu liczne wady - odparła Ele­onora - któ­rych źró­dłem jest jedy­nie twoja wyobraź­nia, co spra­wia, że moja opi­nia o nim wydaje się w porów­na­niu z twoją chłodna i umiar­ko­wana. Mogę bowiem powie­dzieć tylko tyle, że uwa­żam go za czło­wieka roz­sąd­nego, dobrze wycho­wa­nego i wykształ­co­nego, o łagod­nym cha­rak­te­rze i czu­łym sercu.

- Panno Dash­wood - zawo­łał Wil­lo­ughby - poczyna pani sobie ze mną nie­go­dzi­wie. Pró­buje pani roz­broić mnie roz­sąd­kiem i tra­fić mi do prze­ko­na­nia wbrew mej woli. Nie uda się pani jed­nak. Mój upór jest rów­nie wielki jak pani zręcz­ność w pro­wa­dze­niu dys­kursu. Mam trzy nie­zbite powody, by nie lubić puł­kow­nika Bran­dona: prze­po­wia­dał deszcz, gdy pra­gną­łem pięk­nej pogody; skry­ty­ko­wał zawie­sze­nie mego kary­kielu2, a ponadto nie mogę namó­wić go, by kupił ode mnie gniadą klacz. Jeśli jed­nak zado­woli się pani stwier­dze­niem, że pod innymi wzglę­dami jego cha­rak­ter jawi mi się jako nie­ska­zi­telny, jestem gotów to przy­znać. W zamian za to wyzna­nie, poczy­nione nie bez pew­nej przy­kro­ści, nie może pani odmó­wić mi przy­wi­leju darze­nia go taką nie­chę­cią jak dotąd.

Rozdział XI

Pani Dash­wood i jej córki nie wyobra­żały sobie nawet, że w hrab­stwie Devon czeka je tyle towa­rzy­skich zobo­wią­zań, że będą tak czę­sto podej­mo­wać gości i przyj­mo­wać zapro­sze­nia, że pozo­sta­nie im nie­wiele czasu na zwy­kłe, codzienne zaję­cia. Tak wła­śnie jed­nak było. Kiedy Marianna wydo­brzała, sir John jął orga­ni­zo­wać liczne roz­rywki, jak to wcze­śniej zapo­wia­dał. Roz­po­częły się więc bale i pik­niki, a także przy­ję­cia nad wodą, odby­wa­jące się na tyle czę­sto, na ile pozwa­lał na to desz­czowy paź­dzier­nik. Wil­lo­ughby był zawsze obecny; nie­for­malny, swo­bodny cha­rak­ter tych spo­tkań sprzy­jał zacie­śnia­niu zna­jo­mo­ści z paniami Dash­wood, dając mu nie­zli­czone oka­zje do zachwy­tów nad przy­mio­tami Marianny, do zazna­cza­nia swego dla niej uwiel­bie­nia, zaś spo­sób, w jaki trak­to­wała go Marianna, mógł upew­nić go nie­zbi­cie o jej wza­jem­no­ści.

Ele­onora nie mogła się im dzi­wić. Wola­łaby jedy­nie, aby wyra­żali wza­jemne uczu­cia mniej otwar­cie, i kil­ka­krot­nie pró­bo­wała nakło­nić Mariannę do więk­szej powścią­gli­wo­ści. Jej sio­stra nie mogła jed­nak ścier­pieć skry­wa­nia uczuć, któ­rych nie musiała wszak się wsty­dzić, a powścią­ga­nie afektu, w któ­rym nie widziała nic złego, wyda­wało jej się nie tylko nie­po­trzebne, ale wręcz nie­chlubne jako wyraz ule­ga­nia pospo­li­tym i myl­nym poglą­dom. Wil­lo­ughby myślał podob­nie, oboje zaś swym zacho­wa­niem nie­ustan­nie dawali wyraz swoim prze­ko­na­niom.

Gdy się poja­wiał, ona nie widziała świata poza nim. Wszystko, co robił, uwa­żała za słuszne. Wszystko, co mówił, zda­wało jej się mądre. Gdy wie­czo­rami grano w karty, on oszu­ki­wał, aby kosz­tem wła­snym i innych gra­czy dać jej mocną rękę. Jeśli odby­wały się tańce, ci dwoje tań­czyli nie­mal tylko ze sobą; gdy zaś musieli opu­ścić par­kiet, zawsze trzy­mali się bli­sko sie­bie i pra­wie nie roz­ma­wiali z nikim innym. Oczy­wi­ście zacho­wa­niem takim nara­żali się na kpiny, te jed­nak ich nie zawsty­dzały, na ogół zaś pozo­sta­wały bez odpo­wie­dzi.

Pani Dash­wood patrzyła przy­chyl­nie na oboje mło­dych, a wypeł­nia­jąca jej serce ser­decz­ność nie zosta­wiała miej­sca na kry­tykę ich zacho­wa­nia. Było ono w jej oczach natu­ralną kon­se­kwen­cją gorą­cych uczuć, które połą­czyły te dwie młode, zapal­czywe głowy.

Był to dla Marianny okres wiel­kiego szczę­ścia. Oddała Wil­lo­ughby'emu serce, a przy­wią­za­nie do Nor­land, które przy­wio­zła ze sobą z hrab­stwa Sus­sex, osła­bło dużo szyb­ciej, niż zda­wało jej się to wcze­śniej moż­liwe, ponie­waż jego towa­rzy­stwo uczy­niło nowy dom dużo mil­szym miej­scem.

Ele­onora nie była tak szczę­śliwa. Jej serce wypeł­niał nie­po­kój, a roz­rywki nie dawały jej wiel­kiej przy­jem­no­ści. Nie zna­la­zła bowiem towa­rzy­sza, który mógłby jej wyna­gro­dzić to, co pozo­sta­wiła za sobą, i spra­wić, że myśla­łaby o Nor­land z mniej­szym niż dotąd żalem. Ani lady Mid­dle­ton, ani pani Jen­nings nie potra­fiły pro­wa­dzić z nią roz­mów, za któ­rymi tęsk­niła, choć ta druga potra­fiła mówić bez prze­rwy, od początku zaś zapa­łała do Ele­onory sym­pa­tią, czy­niąc ją przez więk­szość czasu swą pilną słu­chaczką. Opo­wie­działa jej już histo­rię swego życia trzy lub cztery razy, a gdyby pamięć panny Dash­wood dorów­ny­wała innym jej zale­tom, już na początku zna­jo­mo­ści mogłaby ze szcze­gó­łami opo­wia­dać o ostat­niej cho­ro­bie pana Jen­ningsa i zacy­to­wać słowa, jakimi zwró­cił się do żony na chwilę przed śmier­cią. Lady Mid­dle­ton dawała się lubić bar­dziej niż jej matka wyłącz­nie z tego powodu, że czę­ściej zacho­wy­wała mil­cze­nie. Ele­onora nie potrze­bo­wała wiele czasu, by prze­ko­nać się, że jej powścią­gli­wość wynika po pro­stu ze spo­koj­nego cha­rak­teru, który jed­nak nie ma nic wspól­nego ze zdro­wym roz­sąd­kiem. Wszyst­kich trak­to­wała tak samo jak matkę i męża i nie dążyła do zawie­ra­nia bliż­szych zna­jo­mo­ści. To, co miała do powie­dze­nia danego dnia, nie róż­niło się niczym od sen­ten­cji wygło­szo­nych w dniu poprzed­nim. Była też zawsze tak samo pozba­wiona wyrazu, nawet nastrój miała bowiem codzien­nie ten sam; i choć nie opo­no­wała prze­ciwko przy­ję­ciom orga­ni­zo­wa­nym tak chęt­nie przez jej męża, pod warun­kiem że wszystko odby­wało się ele­gancko, a dwoje naj­star­szych dzieci mogło dołą­czyć do matki, wyda­wało się, że nie czer­pie z nich więk­szej przy­jem­no­ści, niż gdyby sie­działa samot­nie w domu. Jej obec­ność zaś i roz­mowa z nią dawała innym tak nie­wiele rado­ści, że nie­kiedy przy­po­mi­nali sobie o niej dopiero, gdy zaczy­nała wyra­żać tro­skę o swych nie­sfor­nych syn­ków.

Jedy­nie w puł­kow­niku Bran­do­nie zna­la­zła Ele­onora czło­wieka, który mógł zyskać jej sza­cu­nek swymi zdol­no­ściami, wzbu­dzić zain­te­re­so­wa­nie zawar­ciem przy­jaźni czy też zaofe­ro­wać przy­jem­ność pły­nącą ze spę­dza­nia czasu w dobrym towa­rzy­stwie. O Wil­lo­ugh­bym nawet nie myślała. Darzyła go podzi­wem i sza­cun­kiem - nawet sio­strza­nym sza­cun­kiem - był jed­nak zako­chany i tak dalece zajęty Marianną, że nie­wiele było z niego pożytku w towa­rzy­stwie. Puł­kow­nik Bran­don na swoje nie­szczę­ście nie mógł poświę­cić się Marian­nie bez reszty, a z roz­mów z Ele­onorą czer­pał naj­więk­szą pocie­chę w obli­czu obo­jęt­no­ści jej sio­stry.

Jej współ­czu­cie dla niego tym­cza­sem wzro­sło, miała bowiem powód przy­pusz­czać, że ból nie­odwza­jem­nio­nej miło­ści dotyka go nie po raz pierw­szy. Podej­rze­nie to zro­dziło się na pod­sta­wie słów przy­pad­kowo rzu­co­nych pew­nego wie­czoru w Bar­ton Park, gdy posta­no­wili usiąść razem, kiedy inni tań­czyli. Jego wzrok utkwiony był w Marian­nie, a po kilku minu­tach mil­cze­nia ode­zwał się z bla­dym uśmie­chem:

- Jak rozu­miem, sio­stra pani nie pochwala powtór­nych związ­ków?

- Nie - odparła Ele­onora - jest wielką roman­tyczką.

- A raczej, jak mi się zdaje, uważa, że w życiu nie można poko­chać po raz drugi.

- Tak wła­śnie sądzę. Nie potra­fię jed­nak pojąć, jak godzi to z pamię­cią o wła­snym ojcu, który miał prze­cież dwie żony. Myślę, że z wie­kiem zmieni poglądy, kie­ru­jąc się zdro­wym roz­sąd­kiem i spo­strze­że­niami; wów­czas być może jej samej będzie łatwiej je spre­cy­zo­wać, a także uza­sad­nić.

- Tak zapewne będzie - odparł - a jed­nak jest coś urze­ka­ją­cego w prze­ko­na­niach mło­dych, do tego stop­nia, że z żalem witamy chwilę, gdy zastę­pują je poglądy przy­jęte przez ogół.

- Nie mogę zgo­dzić się z panem w tym wzglę­dzie - odrze­kła Ele­onora. - Poglądy, które wyznaje moja sio­stra, są na tyle szko­dliwe, że urok entu­zja­zmu i nie­zna­jo­mo­ści świata nie wystar­cza, by te szkody wyna­gro­dzić. Pro­wa­dzą bowiem do lek­ce­wa­że­nia tego, co wypada, a gdyby lepiej poznała świat, byłoby to nie­wąt­pli­wie z korzy­ścią dla niej.

Po krót­kiej prze­rwie on znów pod­jął roz­mowę.

- Czy sio­stra pani wpro­wa­dza roz­róż­nie­nie wśród zastrze­żeń prze­ciwko powtór­nym związ­kom? Czy może uważa je wszyst­kie za rów­nie naganne? Czy jej zda­niem ci, dla któ­rych pierw­szy wybór oka­zał się roz­cza­ro­wa­niem, czy to z powodu nie­sta­ło­ści obiektu ich uczu­cia, czy też nie­for­tun­nych oko­licz­no­ści, powinni do końca życia pozo­stać obo­jętni?

- Zapew­niam pana, że jej prze­ko­na­nia w tym wzglę­dzie nie są mi znane aż tak szcze­gó­łowo. Wiem jedy­nie, że ni­gdy nie sły­sza­łam, aby przy­znała, że powtórne zako­cha­nie nie zawsze jest nie­wy­ba­czalne.

- Wiary tego rodzaju - odparł - nie da się zacho­wać, jed­nak odmiana... cał­ko­wita odmiana poglą­dów... Nie, tego pra­gnąć nie należy; kiedy bowiem przy­cho­dzi nam zre­zy­gno­wać z mło­dzień­czego roman­ty­zmu, zbyt czę­sto zastę­pują go poglądy nader roz­po­wszech­nione, a przy tym nie­bez­pieczne! Mówię z doświad­cze­nia. Zna­łem kie­dyś damę, która tem­pe­ra­men­tem i umy­sło­wo­ścią przy­po­mi­nała ogrom­nie pani sio­strę; żywiła też podobne do niej prze­ko­na­nia, które jed­nak przy­szło jej zmie­nić... pod wpły­wem sze­regu nie­szczę­śli­wych oko­licz­no­ści... - Tu urwał gwał­tow­nie, jakby uznał, że powie­dział zbyt wiele, a wyraz jego twa­rzy zro­dził w umy­śle Ele­onory podej­rze­nie, które zapewne w prze­ciw­nym razie nie powsta­łoby w jej gło­wie. Wzmianka o tajem­ni­czej damie nie dałaby zapewne pan­nie Dash­wood do myśle­nia, gdyby zacho­wa­nie puł­kow­nika nie wska­zy­wało, że powie­dział zbyt wiele. Nie musiała szcze­gól­nie wysi­lać wyobraźni, by powią­zać jego emo­cje z bole­snym zapewne wspo­mnie­niem z prze­szło­ści. Ele­onora nie pytała wię­cej. Marianna, zna­la­zł­szy się na jej miej­scu, nie byłaby zapewne tak dys­kretna. Jej żywa wyobraź­nia stwo­rzy­łaby z pew­no­ścią od razu smutną histo­rię miło­snego roz­cza­ro­wa­nia.

Rozdział XII

Następ­nego ranka, udaw­szy się wraz z Ele­onorą na prze­chadzkę, Marianna wyja­wiła jej wieść, którą - zna­jąc prze­cież lek­ko­myśl­ność i nie­roz­wagę sio­stry - Ele­onora przy­jęła z zasko­cze­niem jako aż nazbyt jaskrawy dowód tych wła­śnie cech jej cha­rak­teru. Otóż, jak zdra­dziła Marianna, nie kry­jąc przy tym naj­więk­szej rado­ści, Wil­lo­ughby poda­ro­wał jej konia - jed­nego z tych, które hodo­wał w swym majątku w hrab­stwie Somer­set, uło­żo­nego spe­cjal­nie dla kobiety. Nie bacząc, że pani Dash­wood nie miała zamiaru trzy­mać koni, a gdyby nawet miała w tym wzglę­dzie zmie­nić zda­nie, musia­łaby kupić także dru­giego dla słu­żą­cej, a także zatrud­nić sta­jen­nego, a przede wszyst­kim wybu­do­wać staj­nię, przy­jęła pre­zent bez waha­nia i z entu­zja­zmem opo­wie­działa o nim sio­strze.

- Ma zamiar natych­miast wysłać po niego sta­jen­nego do Somer­set - dodała - a gdy ten go przy­wie­zie, będziemy codzien­nie odby­wać prze­jażdżki. Ty także będziesz mogła go dosia­dać. Wyobraź sobie tylko, droga Ele­onoro, jak roz­kosz­nie będzie galo­po­wać przez tutej­sze doliny.

Nader nie­chęt­nie pogo­dziła się wresz­cie z myślą, że to piękne marze­nie nie może się speł­nić z powodu nie­szczę­śli­wego splotu róż­nych przy­czyn; zanim to nastą­piło, przez dłuż­szą chwilę odma­wiała przy­ję­cia ich do wia­do­mo­ści. Co do zatrud­nie­nia słu­żą­cego, nie byłby to wszak wielki wyda­tek, a mama z pew­no­ścią nie mia­łaby nic prze­ciwko temu; dla słu­żą­cego zresztą wystar­czyłby dowolny koń; zawsze mógłby też dostać go w Bar­ton Park, co do stajni zaś, dość byłoby wybu­do­wać byle jaką szopę. Ele­onora wyra­ziła następ­nie wąt­pli­wość, czy sto­sowne byłoby przy­ję­cie takiego pre­zentu od czło­wieka zna­nego tak słabo, a w każ­dym razie - tak krótko. Tego było już dla Marianny za wiele.

- Mylisz się, Ele­onoro - rze­kła zapal­czy­wie - sądząc, że słabo znam Wil­lo­ughby'ego. To prawda, że pozna­li­śmy się nie­dawno, pozna­łam go jed­nak lepiej niż jaką­kol­wiek istotę ludzką, nie licząc cie­bie i mamy. To nie czas ani oko­licz­no­ści decy­dują o nawią­za­niu zaży­łych sto­sun­ków, ale jedy­nie cha­rak­ter czło­wieka. Sied­miu lat nie wystar­czy­łoby nie­któ­rym, by dobrze się poznać, innym zaś dość jest na to sie­dem dni. Nie czu­ła­bym się bar­dziej winna, przyj­mu­jąc konia w pre­zen­cie od brata niż od pana Wil­lo­ughby'ego. O Joh­nie wiem bar­dzo nie­wiele, mimo tylu lat spę­dzo­nych pod jed­nym dachem; ale o panu Wil­lo­ughbym już dawno wyro­bi­łam sobie zda­nie.

Ele­onora uznała, że naj­mą­drzej będzie zakoń­czyć na tym roz­mowę. Znała dobrze tem­pe­ra­ment swo­jej sio­stry. Sprze­ci­wia­nie się jej w tak deli­kat­nej mate­rii spra­wi­łoby jedy­nie, że utwier­dzi­łaby się we wła­snej opi­nii. Jed­nak powo­łu­jąc się na jej miłość do matki, pre­zen­tu­jąc nie­wy­gody, jakie ta musia­łaby wziąć na sie­bie, gdyby (co zapewne by nastą­piło) zgo­dziła się na przy­ję­cie pre­zentu, Ele­onora zdo­łała prze­ko­nać Mariannę do swych racji oraz nakło­nić do obiet­nicy, że nie wystawi matki na pokusę wzię­cia na sie­bie tru­dów zwią­za­nych z przy­ję­ciem pre­zentu, a gdy spo­tka się z Wil­lo­ugh­bym, poin­for­muje go, że jego pro­po­zy­cja musi zostać odrzu­cona.

Marianna dotrzy­mała słowa; gdy zaś tego dnia Wil­lo­ughby zawi­tał do małego domku, Ele­onora sły­szała, jak przy­ci­szo­nym gło­sem skarży mu się, że zabro­niono jej przy­jąć jego poda­rek. Zdra­dziła mu rów­nież przy­czyny tego stanu rze­czy, by unie­moż­li­wić mu dal­sze nale­ga­nia. Był jed­nak wyraź­nie roz­cza­ro­wany, czemu dał wyraz, doda­jąc rów­nie cicho:

- Ale, Marianno, koń jest twój, nawet jeśli nie możesz na razie na nim jeź­dzić. Zatrzy­mam go jedy­nie do czasu, gdy sta­nie się to moż­liwe. Gdy opu­ścisz Bar­ton, by zamiesz­kać we wła­snym domu, przy­wita cię w nim kró­lowa Mab.

Ele­onora usły­szała i tę część roz­mowy, a zarówno jej sens, jak i ton wypo­wie­dzi, jak rów­nież fakt, że młody czło­wiek zwró­cił się do jej sio­stry wyłącz­nie po imie­niu upew­niły ją co do stop­nia zaży­ło­ści łączą­cego tę parę, jak rów­nież dopro­wa­dziły do wnio­sku, że mło­dzi osią­gnęli już pełne poro­zu­mie­nie. Od tej chwili nie wąt­piła, że są zarę­czeni, co nie było dla niej żad­nym zasko­cze­niem - dzi­wiła się jedy­nie, że choć oboje są tak szcze­rzy i otwarci w swych uczu­ciach, pozwa­lają, by przy­ja­ciele i rodzina dowia­dy­wali się o tym przy­pad­kiem.

Już następ­nego dnia Mał­go­rzata opo­wie­działa jej o czymś, co utwier­dziło ją w tym prze­ko­na­niu. Wil­lo­ughby spę­dził z nimi cały poprzedni wie­czór, zaś Mał­go­rzata, prze­by­wa­jąc przez jakiś czas w salo­niku z nim i Marianną, miała oka­zję poczy­nić sze­reg spo­strze­żeń, które z ważną miną prze­ka­zała sio­strze, gdy tylko zna­la­zły się same.

- Och, Ele­onoro! - wykrzyk­nęła. - Muszę podzie­lić się z tobą tajem­nicą na temat Marianny. Jestem pewna, że już nie­długo wyj­dzie za mąż za pana Wil­lo­ughby'ego.

- Powta­rzasz to - odrze­kła Ele­onora - nie­mal codzien­nie od dnia ich pierw­szego spo­tka­nia na wzgó­rzu High Church; nie znali się jesz­cze nawet od tygo­dnia, jak mi się zdaje, gdy nabra­łaś pew­no­ści, że Marianna nosi jego por­tret w meda­lio­niku na szyi, oka­zało się jed­nak, że to minia­tura naszego cio­tecz­nego dziadka.

- Ale to zupeł­nie co innego. Jestem pewna, że nie­ba­wem się pobiorą, ponie­waż wziął od niej pukiel wło­sów.

- Uwa­żaj, Mał­go­rzato. To może być pamiątka po jakimś jego krew­niaku.

- Ależ skąd, Ele­onoro, włosy należą do Marianny. Jestem tego nie­mal pewna, bo widzia­łam, jak odci­nał lok. Wczo­raj wie­czo­rem po her­batce, gdy ty i mama wyszły­ście z pokoju, szep­tali mię­dzy sobą i roz­ma­wiali pośpiesz­nie; zda­wało mi się, że o coś bła­gal­nie ją prosi, a po chwili wziął nożyce i odciął długi kosmyk jej wło­sów; widzia­łam, że pukle na jej karku były póź­niej roz­wi­chrzone; uca­ło­wał pukiel, zawi­nął w białą kartkę i scho­wał ją w pugi­la­re­sie.

Sły­sząc tak szcze­gó­łowy opis z tak wia­ry­god­nego źró­dła, Ele­onora nie mogła wąt­pić w jego praw­dzi­wość. Nie miała zresztą zamiaru, ponie­waż był on cał­ko­wi­cie zgodny z tym, co sama zoba­czyła i usły­szała.

Spo­strze­gaw­czość Mał­go­rzaty nie zawsze dawała Ele­ono­rze powód do zado­wo­le­nia. Gdy pani Jen­nings nale­gała usil­nie pew­nego wie­czoru w Bar­ton Park, by młod­sza sio­stra zdra­dziła jej imię uko­cha­nego Ele­onory, co od dawna budziło jej sza­loną cie­ka­wość, Mał­go­rzata spoj­rzała na sio­strę, mówiąc:

- Nie wolno mi tego zdra­dzić, prawda, Ele­onoro?

Oczy­wi­ście, wszy­scy uznali to za nie­zwy­kle zabawne; Ele­onora także pró­bo­wała się śmiać. Był to jed­nak dla niej bole­sny wysi­łek. Nie znio­słaby kpin pani Jen­nings z czło­wieka, o któ­rym - czego była pewna - myślała wów­czas Mał­go­rzata.

Marianna naj­szcze­rzej jej współ­czuła i ona jed­nak wyrzą­dziła sio­strze wię­cej szkody niż pożytku, poczer­wie­niała bowiem i gniew­nie zwró­ciła się do Mał­go­rzaty:

- Nie zapo­mi­naj, że bez względu na to, jakie snu­jesz domy­sły, nie wolno ci o nich roz­ma­wiać.

- Nie snuję domy­słów - odparła Mał­go­rzata - ty sama mi o tym powie­dzia­łaś.

Sły­sząc tę ripo­stę, towa­rzy­stwo wybu­chło tym gło­śniej­szym śmie­chem, nale­ga­jąc, by Mał­go­rzata powie­działa coś wię­cej.

- Doprawdy, panno Mał­go­rzato, pro­szę nie trzy­mać nas w nie­wie­dzy - powie­działa pani Jen­nings. - Jak też nazywa się ten dżen­tel­men?

- Nie mogę powie­dzieć, pro­szę pani. Wiem jed­nak bar­dzo dobrze, kto to jest i wiem też, gdzie prze­bywa.

- Tak, tak, możemy zgad­nąć, gdzie jest; z pew­no­ścią prze­bywa we wła­snym domu w Nor­land. Założę się, że jest wika­riu­szem w tam­tej­szej para­fii.

- Nie, nie jest wika­riu­szem. On nie ma w ogóle żad­nego zawodu.

- Mał­go­rzato - powie­działa Marianna zapal­czy­wie - dosko­nale wiesz, że wymy­śli­łaś sobie to wszystko, a czło­wiek, o któ­rym mówisz, w ogóle nie ist­nieje.

- No cóż, Marianno, w takim razie musiał umrzeć ostat­nio, ponie­waż z pew­no­ścią żył jesz­cze nie­dawno, zaś nazwi­sko jego zaczyna się od litery F.

Ele­onora była bez­mier­nie wdzięczna lady Mid­dle­ton, która w tej wła­śnie chwili stwier­dziła, że "roz­pa­dało się okrop­nie", jak­kol­wiek nie miała wąt­pli­wo­ści, że uwaga ta była podyk­to­wana nie tyle życz­li­wo­ścią dla niej samej, ile nie­chę­cią, jaką lady żywiła wobec nie­sto­sow­nych roz­mów, które taką radość spra­wiały zarówno jej mężowi, jak i matce. Jej słowa pod­chwy­cił jed­nak natych­miast puł­kow­nik Bran­don, jak zawsze pełen wzglę­dów dla cudzych uczuć, i oboje wdali się w długą kon­wer­sa­cję o pogo­dzie. Tym­cza­sem Wil­lo­ughby otwo­rzył pia­nino i popro­sił Mariannę, by przy nim usia­dła; i tak dzięki wysił­kom róż­nych osób temat został porzu­cony. Ele­onora nie­prędko jed­nak otrzą­snęła się z uczu­cia nie­po­koju, jakie wzbu­dziło w niej to zda­rze­nie.

Tego wie­czoru towa­rzy­stwo umó­wiło się na dzień kolejny na wycieczkę do pięk­nego majątku poło­żo­nego o jakieś dwa­na­ście mil od Bar­ton, nale­żą­cego do szwa­gra puł­kow­nika Bran­dona. On sam musiał wziąć udział w wycieczce, bez niego bowiem nikt inny nie uzy­skałby wstępu na teren posia­dło­ści, ponie­waż wła­ści­ciel, chwi­lowo nie­obecny, pozo­sta­wił ści­słe instruk­cje w tym wzglę­dzie. Miej­sce to odzna­czało się ponoć nie­zwy­kłą urodą, a sir John, który szcze­gól­nie je chwa­lił, wie­dział zapewne, o czym mówi, zwa­żyw­szy że orga­ni­zo­wał wycieczki do majątku dwu­krot­nie każ­dego lata przez ostat­nie dzie­się­cio­le­cie. Znaj­do­wało się tam ponoć ładne jeziorko, zapla­no­wano więc prze­jażdżkę łodzią, jak rów­nież zabra­nie suchego pro­wiantu i jazdę otwar­tymi powo­zami - wszystko to, by uczy­nić wyprawę jak naj­bar­dziej przy­jemną.

Nie­któ­rym pomysł ten wydał się nieco zbyt śmiały, zwa­żyw­szy na porę roku, jak i fakt, że od dwóch tygo­dni deszcz padał codzien­nie - Ele­onora namó­wiła więc panią Dash­wood, która była prze­zię­biona, aby została w domu.

Rozdział XIII

Zapla­no­wana wycieczka do Whi­twell prze­bie­gła zupeł­nie ina­czej, niż wyobra­żała to sobie Ele­onora. Spo­dzie­wała się, że prze­mok­nie do suchej nitki, będzie zmę­czona i wystra­szona; rze­czy­wi­stość oka­zała się jesz­cze gor­sza, ponie­waż wycieczka w ogóle się nie odbyła.

Już o dzie­sią­tej całe towa­rzy­stwo zebrało się w Bar­ton Park na śnia­da­niu. Pora­nek był dość ładny, choć przez całą noc padało; chmury roz­pierz­chły się po nie­bie i co chwilę prze­bły­ski­wało przez nie słońce. Wszy­scy byli w wyśmie­ni­tych nastro­jach, gotowi dobrze się bawić, zno­sząc z dobrym humo­rem wszel­kie trudy podróży.

Kiedy jedli śnia­da­nie, przy­nie­siono listy. Wśród nich zna­lazł się jeden do puł­kow­nika Bran­dona, który wziął kopertę, rzu­cił okiem na adres, zmie­nił się na twa­rzy i natych­miast opu­ścił jadal­nię.

- Cóż to się stało Bran­do­nowi? - zdzi­wił się sir John.

Nikt nie miał poję­cia.

- Mam nadzieję, że to nie jakaś zła wia­do­mość - powie­działa lady Mid­dle­ton. - Musiało się jed­nak wyda­rzyć coś doprawdy nad­zwy­czaj­nego, skoro puł­kow­nik zre­zy­gno­wał z mojego śnia­da­nia.

Po mniej wię­cej pię­ciu minu­tach puł­kow­nik powró­cił.

- Mam nadzieję, że nie dostał pan złych wie­ści, puł­kow­niku - powie­działa pani Jen­nings, gdy wszedł do jadalni.

- Nie, pani, dzię­kuję.

- Czy to z Awi­nionu? Mam nadzieję, że nie pogor­szyło się zdro­wie pań­skiej sio­stry?

- Nie, pani. List przy­szedł z Lon­dynu, a doty­czy wyłącz­nie inte­re­sów.

- Skąd zatem pań­skie zde­ner­wo­wa­nie, skoro cho­dzi jedy­nie o inte­resy? No, no, puł­kow­niku, pro­szę powie­dzieć nam prawdę.

- Mamo droga - powie­działa lady Mid­dle­ton - zasta­nów się, co mówisz.

- A może to wia­do­mość, że pań­ska kuzynka, Fanny, wyszła za mąż? - docie­kała pani Jen­nings, nie zwra­ca­jąc uwagi na córkę.

- Nie, pani.

- Ach tak? W takim razie już wiem, kto jest auto­rem listu, puł­kow­niku. Mam nadzieję, że wszystko u niej w porządku.

- Kogo masz pani na myśli? - zapy­tał puł­kow­nik, czer­wie­niąc się lekko.

- O, wie pan dobrze, kogo mam na myśli.

- Doprawdy mi przy­kro - puł­kow­nik zwró­cił się do lady Mid­dle­ton - że list ten przy­szedł aku­rat dzi­siaj, ponie­waż sprawa, któ­rej doty­czy, wymaga mego bez­zwłocz­nego sta­wie­nia się w Lon­dy­nie.

- W Lon­dy­nie! - zawo­łała pani Jen­nings. - Co takiego będzie pan robił w Lon­dy­nie o tej porze roku?

- Ja sam boleję - cią­gnął puł­kow­nik - nad koniecz­no­ścią opusz­cze­nia tak miłego towa­rzy­stwa; tym bar­dziej że, jak się oba­wiam, moja obec­ność jest nie­odzowna, aby mogli pań­stwo zwie­dzić Whi­twell.

Jakiż to był cios dla wszyst­kich!

- Jeśli jed­nak napi­sze pan liścik do gospo­dyni, panie Bran­don - powie­działa Marianna żar­li­wie - czy to nie wystar­czy?

Puł­kow­nik pokrę­cił głową.

- Ależ musimy jechać - upie­rał się sir John. - Nie odwo­łamy prze­cież wycieczki po wszyst­kich tych przy­go­to­wa­niach. Nie możesz jechać do Lon­dynu wcze­śniej niż jutro, mój drogi.

- Chciał­bym, żeby to było tak pro­ste. Nie mogę jed­nak zwle­kać z podróżą nawet jeden dzień!

- Gdyby choć powie­dział nam pan, o co cho­dzi - stwier­dziła pani Jen­nings - mogli­by­śmy sami oce­nić, czy pań­ski wyjazd można odło­żyć, czy nie.

- Nie stra­ciłby pan wię­cej niż sześć godzin - zauwa­żył Wil­lo­ughby - gdyby opóź­nił pan wyjazd jedy­nie do naszego powrotu.

- Nie mogę pozwo­lić sobie na stratę nawet jed­nej godziny.

Ele­onora usły­szała, jak Wil­lo­ughby mówi po cichu do Marianny:

- Nie­któ­rzy ludzie nie mogą tego znieść, że inni chcą dobrze się bawić. Bran­don jest jed­nym z nich. Oba­wiał się pew­nie, że się prze­ziębi, i wymy­ślił sztuczkę z listem, żeby się wymi­gać z wyprawy. Założę się o pięć­dzie­siąt gwi­nei, że napi­sał tę wia­do­mość sam.

- Nie mam co do tego wąt­pli­wo­ści - odrze­kła Marianna.

- Wiem, że nie zdo­łam prze­ko­nać cię, byś zmie­nił zda­nie - powie­dział sir John - gdy raz już pod­ją­łeś decy­zję. Mam jed­nak nadzieję, że jesz­cze się nad tym zasta­no­wisz. Weź to pod uwagę, że panny Carey przy­były aż z New­ton, panny Dash­wood przy­szły pie­szo z domku, a pan Wil­lo­ughby wstał dwie godziny wcze­śniej niż zwy­kle, by móc poje­chać do Whi­twell.

Puł­kow­nik Bran­don ponow­nie wyra­ził żal, że musi roz­cza­ro­wać towa­rzy­stwo, powtó­rzył jed­nak zara­zem, że to nie­unik­nione.

- No cóż, kiedy zatem wró­cisz?

- Mam nadzieję, że zoba­czymy pana w Bar­ton - dodała pani domu - gdy tylko zała­twi pan swoje sprawy w Lon­dy­nie. Odło­żymy zatem wyprawę do Whi­twell aż do pań­skiego powrotu.

- To bar­dzo miłe. Nie mam jed­nak pew­no­ści, kiedy będę mógł wró­cić, nie chcę więc robić pań­stwu fał­szy­wej nadziei.

- Ależ on musi wró­cić, i ja tego dopil­nuję! - zawo­łał sir John. - Jeśli nie będzie go tutaj do końca tygo­dnia, sam po niego pojadę.

- O tak, zrób to! - zawo­łała pani Jen­nings - przy oka­zji zaś dowiesz się może, co to była za ważna sprawa.

- Nie mam zamiaru wty­kać nosa w cudze pro­blemy. Przy­pusz­czam, że to coś wsty­dli­wego.

W tej chwili powia­do­miono, że konie puł­kow­nika są gotowe do drogi.

- Nie jedziesz chyba wierz­chem do samego Lon­dynu? - zapy­tał sir John.

- Nie. Tylko do Honi­ton. Stam­tąd udam się w dal­szą drogę dyli­żan­sem.

- No cóż, skoro pod­ją­łeś decy­zję, życzę ci dobrej podróży. Szkoda jed­nak, że nie chcesz zmie­nić zda­nia.

- Zapew­niam cię, że nie leży to w mojej mocy.

Puł­kow­nik poże­gnał się z towa­rzy­stwem.

- Czy mogę mieć nadzieję ujrzeć panią wraz z sio­strami w Lon­dy­nie tej zimy, panno Dash­wood?

- Oba­wiam się, że nie będzie to moż­liwe.

- Muszę w takim razie poże­gnać panie na dłu­żej, niż­bym chciał.

Przed Marianną skło­nił się tylko w mil­cze­niu.

- Pro­szę, puł­kow­niku - zwró­ciła się do niego pani Jen­nings - nim pan odje­dzie, pro­szę wyja­wić nam, jaki jest cel pań­skiej podróży.

Puł­kow­nik życzył jej dobrego dnia, a potem wraz z sir Joh­nem opu­ścił jadal­nię.

Po jego wyj­ściu roz­le­gły się skargi i narze­ka­nia, od któ­rych dotąd powstrzy­my­wano się przez wzgląd na dobre wycho­wa­nie; każdy z obec­nych po wie­le­kroć wyra­ził swe roz­cza­ro­wa­nie.

- A ja się domy­ślam, co to za sprawa - powie­działa wresz­cie pani Jen­nings z satys­fak­cją.

- Doprawdy, pani? - roz­le­gły się głosy.

- Tak, jestem pewna, że cho­dzi o pannę Wil­liams.

- Kimże jest panna Wil­liams? - spy­tała Marianna.

- Coś takiego! Nie zna­cie panie panny Wil­liams? Musia­ły­ście o niej sły­szeć. To krewna puł­kow­nika, moja droga, bar­dzo bli­ska krewna. Ze względu na młode panienki nie powiem jak bli­ska. - Następ­nie, zni­ża­jąc głos, szep­nęła do Ele­onory: - To jego nie­ślubna córka.

- Doprawdy!

- O tak, w dodatku podobna do niego jak dwie kro­ple wody. Spo­dzie­wam się, że puł­kow­nik zostawi jej cały swój mają­tek.

Powró­ciw­szy do towa­rzy­stwa, sir John dołą­czył do ogól­nych lamen­tów w związku z tak nie­for­tun­nym splo­tem oko­licz­no­ści; na koniec zauwa­żył jed­nak, że skoro już zebrali się wszy­scy, powinni zro­bić coś, co sprawi im przy­jem­ność; po krót­kiej nara­dzie usta­lono, że jak­kol­wiek praw­dzi­wie uszczę­śli­wić ich mógłby jedy­nie wyjazd do Whi­twell, wycieczka na wieś będzie jed­nak pew­nym pocie­sze­niem. Wydano więc pole­ce­nie przy­go­to­wa­nia powo­zów; jako pierw­szy usta­wił się na pod­jeź­dzie powóz Wil­lo­ughby'ego, do któ­rego wsia­dła nie­opi­sa­nie szczę­śliwa Marianna. Powóz ruszył szybko i prze­je­chał przez park, po czym znikł z oczu pozo­sta­łych; zoba­czyli go dopiero, gdy wró­cił - naj­póź­niej ze wszyst­kich. Zarówno Wil­lo­ughby, jak i Marianna wyglą­dali na zachwy­co­nych prze­jażdżką, powie­dzieli jed­nak tylko tyle, że trzy­mali się drogi, pod­czas gdy reszta poje­chała na wzgó­rza.

Usta­lono rów­nież, że wie­czo­rem odbędą się tańce i że przez cały dzień wszy­scy będą bawić się dosko­nale. Na kola­cji zja­wiła się także reszta rodziny Careyów, przy stole zaś zasia­dło nie­mal dwa­dzie­ścia osób, co sir John stwier­dził z praw­dzi­wym ukon­ten­to­wa­niem. Wil­lo­ughby jak zwy­kle zajął miej­sce pomię­dzy dwiema star­szymi pan­nami Dash­wood. Pani Jen­nings usia­dła po pra­wicy Ele­onory, a po chwili prze­chy­liła się ponad sto­łem, mówiąc do Marianny na tyle gło­śno, że usły­szeli ją także sie­dzący bli­żej Ele­onora i Wil­lo­ughby:

- Na nic się zdały wasze sztuczki, odkry­łam tajem­nicę. Wiem, gdzie spę­dzi­li­ście dzi­siej­szy ranek.

Marianna zaczer­wie­niła się i odparła pośpiesz­nie:

- Doprawdy, a gdzie?

- Czyżby nie wie­działa pani - powie­dział Wil­lo­ughby - że uda­li­śmy się moim powo­zem na prze­jażdżkę?

- Tak, tak, panie Zuchwały, wiem o tym bar­dzo dobrze, posta­no­wi­łam jed­nak wytro­pić, dokąd się uda­li­ście. Mam nadzieję, że spodo­bał ci się dom, panno Marianno. Jest bar­dzo duży, ale mam też nadzieję, że zanim się zja­wię z wizytą, zdą­żysz go prze­me­blo­wać, bo pro­sił się o to już przed sze­ściu laty, gdy go oglą­da­łam po raz pierw­szy.

Marianna odwró­ciła się ogrom­nie zmie­szana. Pani Jen­nings śmiała się z całego serca; po chwili wyja­śniła Ele­ono­rze, że naka­zała wła­snej słu­żą­cej dowie­dzieć się wszyst­kiego od sługi pana Wil­lo­ughby'ego; w ten spo­sób uzy­skała infor­ma­cję, że pań­stwo poje­chali do Allen­ham i spę­dzili tam sporo czasu, cho­dząc po ogro­dzie i po całym domu.

Ele­onora nie dała wiary jej sło­wom, wyda­wało się bowiem wysoce nie­praw­do­po­dobne, aby Wil­lo­ughby mógł zapro­po­no­wać i uzy­skać zgodę Marianny na wizytę w domu w cza­sie, gdy prze­by­wała w nim pani Smith, któ­rej panna Dash­wood nie została dotych­czas przed­sta­wiona.

Gdy wyszli z jadalni, Ele­onora zapy­tała o to sio­strę i ku jej naj­wyż­szemu zdu­mie­niu oka­zało się, że pani Jen­nings mówiła samą prawdę. Marianna zresztą przy­jęła jej nie­do­wie­rza­nie z pew­nym obu­rze­niem.

- Dla­czego sądzisz, Ele­onoro, że tam nie poje­cha­li­śmy lub że nie obej­rze­li­śmy domu? Czy nie mia­łaś ochoty sama tego zro­bić?

- Tak, Marianno, nie poje­cha­ła­bym tam jed­nak, wie­dząc, że pani Smith jest w domu, w dodatku mając Wil­lo­ughby'ego za jedyne towa­rzy­stwo.

- Pan Wil­lo­ughby jest jed­nak jedyną osobą upraw­nioną, by kogo­kol­wiek tam zapra­szać, poje­cha­li­śmy zaś otwar­tym powo­zem, dla­tego też nie było moż­liwe, by ktoś nam towa­rzy­szył. To był naj­przy­jem­niej­szy ranek w moim życiu.

- Oba­wiam się - rze­kła Ele­onora - że przy­jem­ność pły­nąca z danego zaję­cia nie musi sta­no­wić potwier­dze­nia jego sto­sow­no­ści.

- Prze­ciw­nie, Ele­onoro, nic innego nie dowo­dzi jej rów­nie mocno; gdyby to, co zro­bi­łam, było nie­wła­ściwe, musia­ła­bym czuć się z tym nie­zręcz­nie, ponie­waż zawsze to czu­jemy, gdy zda­rzy nam się popeł­nić nie­cny czyn, a żywiąc takie uczu­cie, nie mogła­bym wszak odczu­wać przy­jem­no­ści.

- Droga Marianno, czy nawet fakt, że twoje zacho­wa­nie stało się przed­mio­tem imper­ty­nenc­kich uwag nie każe ci wąt­pić w słusz­ność twych postęp­ków?

- Jeśli imper­ty­nenc­kie odzywki pani Jen­nings mają być dowo­dem nie­sto­sow­nego zacho­wa­nia, wszy­scy zacho­wu­jemy się nie­sto­sow­nie przez całe nasze życie. Jej przy­gany obcho­dzą mnie aku­rat tyle, co pły­nące z jej ust pochwały. Nie czuję, abym zro­biła cokol­wiek złego, uda­jąc się do majątku pani Smith czy też oglą­da­jąc jej dom. Pew­nego dnia sta­nie się on wła­sno­ścią pana Wil­lo­ughby'ego i...

- Nawet i to, że być może pew­nego dnia dom ten sta­nie się twoim, Marianno, nie uspra­wie­dli­wia tego, co zro­bi­łaś.

Marianna zaczer­wie­niła się, sły­sząc te słowa; był to jed­nak naj­wy­raź­niej rumie­niec rado­ści; zaś po dzie­się­ciu minu­tach wytę­żo­nego namy­słu ponow­nie pode­szła do sio­stry, mówiąc z wiel­kim zado­wo­le­niem:

- Być może masz rację, Ele­onoro, że popeł­ni­łam błąd, jadąc do Allen­ham; ale pan Wil­lo­ughby ogrom­nie chciał poka­zać mi to miej­sce; dom zaś jest uro­czy, zapew­niam cię. Na górze znaj­duje się wyjąt­kowo śliczna bawial­nia, wystar­cza­jąco duża, by stale jej uży­wać, wystar­czy tylko zmie­nić meble na bar­dziej nowo­cze­sne. To pokój narożny, z oknami wycho­dzą­cymi na dwie strony. Z jed­nego z okien widać traw­nik do gry w kule, za nim piękny las, po dru­giej zaś kościół i wio­skę, a w oddali te wspa­niałe, wyso­kie wzgó­rza, które tak czę­sto podzi­wiamy. Z powodu ume­blo­wa­nia nie pre­zen­tuje się obec­nie zbyt impo­nu­jąco, gdyby jed­nak temu zara­dzić... Wil­lo­ughby jest zda­nia, że wystar­czy kil­ka­set fun­tów, by uczy­nić z tego pokoju jeden z naj­przy­jem­niej­szych salo­ni­ków let­nich w całej Anglii.

Gdyby inni nie prze­rwali tej roz­mowy, Ele­onora z pew­no­ścią wysłu­cha­łaby rów­nie szcze­gó­ło­wego opisu wszyst­kich pomiesz­czeń w domu.

Rozdział XIV

Nagły wyjazd puł­kow­nika, który tak skrzęt­nie ukrył przed towa­rzy­stwem jego przy­czynę, nie dawał spo­koju pani Jen­nings przez dwa lub trzy następne dni, sta­jąc się tema­tem jej nie­ustan­nych roz­wa­żań. Wścib­ska dama inte­re­so­wała się bowiem żywo wszel­kimi poczy­na­niami wszyst­kich swych zna­jo­mych. Teraz zasta­na­wiała się nie­mal bez prze­rwy, dla­czego puł­kow­nik wyje­chał. Nie­wąt­pli­wie otrzy­mał jakąś złą wia­do­mość, spo­rzą­dziła więc całą listę nie­szczęść, jakie mogły go dotknąć, zakła­da­jąc, że nie­moż­liwe jest wszak, aby unik­nął ich wszyst­kich.

- Jestem pewna, że ogrom­nie się tym zasmu­cił - powie­działa. - Widzia­łam to w jego twa­rzy. Biedny czło­wiek! Boję się, że jego inte­resy przed­sta­wiają się doprawdy kiep­sko. Mają­tek w Dela­ford ni­gdy nie przy­no­sił wię­cej niż dwa tysiące rocz­nie, a jego brat pozo­sta­wił go w bar­dzo mar­nym sta­nie. Jestem pewna, że cho­dzi o pie­nią­dze, bo o cóż by innego? Cie­kawa jestem, czy istot­nie mam rację. Odda­ła­bym wiele, żeby się tego dowie­dzieć. A może jed­nak o pannę Wil­liams; wyglą­dał wszak na zaalar­mo­wa­nego, gdy wymie­ni­łam jej nazwi­sko. Może zacho­ro­wała w Lon­dy­nie; to bar­dzo moż­liwe, bo, jak mi się zdaje, zawsze była sła­bego zdro­wia. Założę się o wszystko, że sprawa doty­czy panny Wil­liams. Praw­do­po­do­bień­stwo, że boryka się z kło­po­tami pie­nięż­nymi, jest nie­wiel­kie, bo to czło­wiek nader roz­ważny i na pewno zdą­żył już uło­żyć sprawy w majątku jak należy. O co też może cho­dzić! Być może jego sio­stra w Awi­nio­nie doznała pogor­sze­nia i posłała po niego. Dla­tego zapewne odje­chał tak pośpiesz­nie. No cóż, z całego serca życzę mu, żeby upo­rał się z tym, co go drę­czy, a do tego jesz­cze, aby zna­lazł dobrą żonę.

Takie roz­wa­ża­nia snuła w myślach i na głos pani Jen­nings. Każdy nowy pomysł, na jaki wpa­dała, skła­niał ją do zmiany zda­nia, a wszyst­kie moż­li­wo­ści jawiły jej się jako rów­nie praw­do­po­dobne. Ele­onora, choć sama życzyła puł­kow­ni­kowi z całego serca, by wio­dło mu się jak naj­le­piej, nie potra­fiła poświę­cić mu całej uwagi, czego ocze­ki­wała od niej pani Jen­nings; po pierw­sze, była zda­nia, że oko­licz­no­ści jego wyjazdu nie uspra­wie­dli­wiają aż tak żywego zain­te­re­so­wa­nia, po dru­gie zaś, zasta­na­wiała się rów­nie usil­nie nad czymś innym. Dzi­wiło ją nie­zmier­nie upo­rczywe mil­cze­nie jej sio­stry i Wil­lo­ughby'ego na temat, który - jak musieli się domy­ślać - budził cie­ka­wość wszyst­kich. Mil­cze­nie to prze­cią­gało się, z dnia na dzień czy­niąc coraz oso­bliw­sze wra­że­nie, nie pasu­jąc zupeł­nie do zacho­wa­nia obojga. Ele­onora nie mogła zro­zu­mieć, dla­czego żadne z nich nie potra­fiło otwar­cie wyznać matce i jej samej tego, o czym świad­czył nie­zbi­cie ich wza­jemny sto­su­nek.

Mogła bez trudu wyobra­zić sobie, że nie będą w sta­nie od razu wstą­pić w zwią­zek mał­żeń­ski, jak­kol­wiek bowiem Wil­lo­ughby był czło­wie­kiem nie­za­leż­nym, nie było powo­dów, aby sądzić, że jest także majętny. Sir John oce­niał, że jego mają­tek przy­nosi przy­chód w wyso­ko­ści sze­ściu­set lub sied­miu­set fun­tów rocz­nie; mło­dzie­niec żył jed­nak wyraź­nie ponad stan, narze­ka­jąc przy tym czę­sto na biedę. Upór, z jakim zacho­wy­wali swe zarę­czyny w tajem­nicy, która była wszak tajem­nicą poli­szy­nela, był dla niej nie­po­jęty; był też tak sprzeczny z wyra­ża­nymi przez nich prze­ko­na­niami, jak i zacho­wa­niem, że nie­kiedy zasta­na­wiała się w duchu, czy to moż­liwe, że istot­nie się nie zarę­czyli, a wąt­pli­wość ta wystar­czała, by powstrzy­mać się przed zada­wa­niem Marian­nie jakich­kol­wiek pytań.

Naj­lep­szym dowo­dem łączą­cych ich uczuć był spo­sób, w jaki Wil­lo­ughby trak­to­wał Mariannę. Oka­zy­wał jej naj­więk­szą czu­łość i tro­skę, zaś resztę rodziny darzył ser­decz­no­ścią wła­ściwą synowi i bratu. Mały domek stał mu się naj­wy­raź­niej bli­ski i kochany niczym dom rodzinny; spę­dzał tam wię­cej czasu niż w Allen­ham, a gdy nie mieli aku­rat innych zobo­wią­zań towa­rzy­skich, wycho­dząc rano z domu, nie­mal zawsze tra­fiał wła­śnie tam, by spę­dzić resztę dnia z Marianną i ulu­bioną wyżlicą, leżącą u jej stóp.

Pew­nego wie­czoru, gdy od wyjazdu puł­kow­nika Bran­dona upły­nął mniej wię­cej tydzień, jego serce zda­wało się jesz­cze bar­dziej niż zwy­kle wypeł­nione przy­wią­za­niem do wszyst­kiego, co go ota­czało, gdy więc pani Dash­wood wspo­mniała o pla­no­wa­nej na wio­snę prze­bu­do­wie domku, żywo sprze­ci­wił się wpro­wa­dza­niu jakich­kol­wiek zmian w miej­scu, które jemu jawiło się jako ide­alne.

- Co takiego?! - wykrzyk­nął. - Prze­bu­dowa? Nie. Na to ni­gdy nie wyrażę zgody. Ani jeden kamień nie powi­nien zostać dobu­do­wany do tych ścian, domek nie może zostać powięk­szony nawet o ćwierć cala, jeśli kto­kol­wiek ma tu wzgląd na moje uczu­cia.

- Pro­szę się nie dener­wo­wać - odparła panna Dash­wood - nic podob­nego się tu nie wyda­rzy. Nasza matka ni­gdy nie będzie miała dość pie­nię­dzy, by pod­jąć się takiego przed­się­wzię­cia.

- Doprawdy cie­szy mnie to! - zawo­łał. - Oby na zawsze pozo­stała uboga, skoro nie ma lep­szego pomy­słu, jak wydać pie­nią­dze.

- Dzię­kuję panu, Wil­lo­ughby. Może pan być pewien, że nie zamie­ni­ła­bym przy­wią­za­nia, jakie żywi do tego domu pan albo kto­kol­wiek z moich bli­skich, na jakie­kol­wiek prze­róbki. Może pan być spo­kojny; bez względu na to, jaka suma nam zosta­nie, gdy roz­li­czymy rachunki na wio­snę, pozwolę raczej, by leżała bez­u­ży­tecz­nie, niż roz­po­rzą­dzę nią w spo­sób tak panu nie­miły. Czy rze­czy­wi­ście poko­chał pan to miej­sce tak, że nie dostrzega w nim żad­nych wad?

- Wła­śnie tak - odparł. - W moich oczach to dom dosko­nały. Co wię­cej, stał się dla mnie jedy­nym kształ­tem archi­tek­to­nicz­nym, w któ­rym można prze­ży­wać szczę­ście; gdy­bym był bogaty, natych­miast wybu­rzył­bym dwór w Combe i odbu­do­wał go na wzór tego domku.

- Z ciem­nymi, wąskimi scho­dami i dymiącą kuch­nią, jak mnie­mam - dodała Ele­onora.

- Wła­śnie tak! - wykrzyk­nął żar­li­wie. - Ze wszyst­kim, co do tego domu przy­na­leży. Z wszel­kimi jego wygo­dami i niewygo­dami, bez jakich­kol­wiek widocz­nych prze­ró­bek. Wtedy i tylko wtedy, pod takim dachem, mógł­bym może czuć się tak szczę­śliwy w Combe, jak jestem w Bar­ton.

- Przy­pusz­czam - rze­kła Ele­onora - że nawet tak oczy­wi­ste wady, jak lep­sze pokoje i szer­sze schody nie prze­szko­dzą panu uznać w przy­szło­ści, że pań­ski dom jest rów­nie dosko­nały.

- Ist­nieją oczy­wi­ście pewne oko­licz­no­ści - odparł Wil­lo­ughby - które mogłyby spra­wić, że tak wła­śnie by się stało; zawsze jed­nak będę kochał to miej­sce bar­dziej niż jakie­kol­wiek inne.

Pani Dash­wood spoj­rzała z zado­wo­le­niem na Mariannę, która utkwiła oczy w Wil­lo­ugh­bym; wyraz jej twa­rzy zdra­dzał jed­no­znacz­nie, że rozu­mie dosko­nale, co mło­dzie­niec ma na myśli.

- Jakże czę­sto marzy­łem - dodał on - spę­dza­jąc czas w Allen­ham, by Bar­ton Cot­tage został zasie­dlony! Prze­cho­dząc obok, zawsze podzi­wia­łem jego piękne poło­że­nie i nie mogłem odża­ło­wać, że nikt tu nie mieszka. Nie mia­łem wów­czas poję­cia, że jedną z pierw­szych wia­do­mo­ści, jakie usły­szę od pani Smith, gdy zawi­tam tu następ­nym razem, będzie ta wła­śnie, że domek ma loka­to­rów; natych­miast poczu­łem zado­wo­le­nie i cie­ka­wość, które jed­nak nie prze­po­wia­dały w naj­mniej­szym stop­niu, jaki ogrom szczę­ścia na mnie czeka... Czyż nie, Marianno? - zwró­cił się do niej przy­ci­szo­nym gło­sem. Potem ponow­nie zmie­nił ton, mówiąc: - A pani chcia­łaby zepsuć ten dom, pani Dash­wood? Odrzeć go z pro­stoty wymyśl­nymi prze­rób­kami! A ten drogi salo­nik, w któ­rym roz­po­częła się nasza zna­jo­mość, w któ­rym spę­dzi­li­śmy odtąd tak wiele szczę­śli­wych godzin, zde­gra­do­wa­łaby pani do roli zwy­kłego kory­ta­rza, przez który wszy­scy będą jedy­nie prze­cho­dzić? Ten pokój, w któ­rym nie­gdyś znaj­do­wało się wię­cej prze­strzeni i wygody niż w naj­pięk­niej­szych nawet apar­ta­men­tach tego świata?

Pani Dash­wood ponow­nie zapew­niła go, że nikt nie myśli o wpro­wa­dze­niu takich zmian.

- Jest pani dobrą kobietą - stwier­dził żar­li­wie. - A pani dekla­ra­cje napeł­niają ulgą moje serce. Pro­szę posu­nąć się tylko nieco dalej, by uczy­nić mnie szczę­śli­wym. Pro­szę powie­dzieć, że nie zmieni pani niczego nie tylko w tym domku, ale też i pani się ni­gdy nie zmieni; że zawsze będzie mnie pani przyj­mo­wać z ser­decz­no­ścią, która spra­wiła, że poko­cha­łem wszystko, co do pani należy.

I tej obiet­nicy udzie­lono mu skwa­pli­wie, i przez resztę wie­czoru Wil­lo­ughby try­skał rado­ścią i był dla wszyst­kich nie­zwy­kle ser­deczny.

- Czy zoba­czymy pana jutro na kola­cji? - spy­tała pani Dash­wood, gdy wycho­dził. - Nie pro­szę, by przy­szedł pan rano, musimy bowiem przejść się do Bar­ton Park na zapro­sze­nie lady Mid­dle­ton.

Obie­cał, że zjawi się o czwar­tej po połu­dniu.

Rozdział XV

Wizyta pani Dash­wood u lady Mid­dle­ton nastą­piła naza­jutrz, a towa­rzy­szyły jej dwie córki. Marianna wymó­wiła się jed­nak pod bła­hym pre­tek­stem; jej matka zaś w prze­ko­na­niu, że Wil­lo­ughby musiał obie­cać jej wie­czo­rem, że zjawi się u niej pod nie­obec­ność pozo­sta­łych dam, chęt­nie pozwo­liła jej pozo­stać w domu.

Wra­ca­jąc z Bar­ton Park, ujrzały przed domem powóz Wil­lo­ughby'ego, przy któ­rym stał jego słu­żący, pani Dash­wood była więc prze­ko­nana, że jej przy­pusz­cze­nia oka­zały się słuszne. Dotych­czas wszystko prze­bie­gało zgod­nie z jej prze­wi­dy­wa­niem; kiedy jed­nak weszła do domu, ujrzała widok zupeł­nie dla niej nie­spo­dzie­wany. Led­wie zna­la­zły się w sieni, z salo­niku wybie­gła Marianna, wyraź­nie poru­szona, z chu­s­teczką przy oczach; nie zauwa­ża­jąc ich, pobie­gła na górę. Zdzi­wione i zanie­po­ko­jone ruszyły do pokoju, który wła­śnie opu­ściła, aby zna­leźć tam jedy­nie Wil­lo­ughby'ego, który stał samot­nie oparty o gzyms kominka, tyłem do wcho­dzą­cych. Odwró­cił się, sły­sząc ich kroki, a wyraz jego twa­rzy świad­czył, że prze­żywa emo­cje rów­nie silne jak Marianna.

- Czy coś jej się stało?! - zawo­łała pani Dash­wood w drzwiach. - Czy jest chora?

- Mam nadzieję, że nie - odparł, pró­bu­jąc odzy­skać kon­te­nans, po czym dodał z wymu­szo­nym uśmie­chem: - To raczej ja powi­nie­nem się roz­cho­ro­wać, spa­dło na mnie bowiem cięż­kie roz­cza­ro­wa­nie!

- Roz­cza­ro­wa­nie?

- Tak, ponie­waż nie będę mógł dotrzy­mać zło­żo­nej paniom obiet­nicy. Pani Smith posta­no­wiła dziś rano wyko­rzy­stać prze­wagę boga­tej krew­nej nad ubo­gim kuzy­nem i wysyła mnie w inte­re­sach do Lon­dynu. Wła­śnie otrzy­ma­łem instruk­cje i poże­gna­łem się już z Allen­ham; aby nieco popra­wić sobie nastrój, przy­je­cha­łem poże­gnać się także z paniami.

- Do Lon­dynu! Wyjeż­dża pan jesz­cze dziś rano?

- Nie­mal w tej chwili.

- To bar­dzo przy­kre. Musi pan jed­nak postą­pić zgod­nie z wolą pani Smith. Mam nadzieję, że jej sprawy nie zatrzy­mają pana zbyt długo z dala od nas.

- Ogrom­nie pani łaskawa - zaczer­wie­nił się, odpo­wia­da­jąc - nie spo­dzie­wam się jed­nak, bym miał szybko wró­cić do hrab­stwa Devon. Odwie­dzam panią Smith jedy­nie raz w roku.

- Czy pani Smith jest tu jedyną pana dobrą zna­jomą? Czyżby Allen­ham było jedy­nym domem, w któ­rym jest pan mile widziany? Niech się pan wsty­dzi, Wil­lo­ughby! Czyżby cze­kał pan na zapro­sze­nie do naszego domu?

Rumie­niec na jego policz­kach pociem­niał, gdy ze wzro­kiem utkwio­nym w posadzce odparł:

- Jest pani zbyt łaskawa.

Pani Dash­wood spoj­rzała ze zdzi­wie­niem na Ele­onorę. Ta była rów­nie zasko­czona. Przez kilka chwil pano­wała cisza. Jako pierw­sza prze­mó­wiła pani Dash­wood:

- Mogę jedy­nie dodać, drogi Wil­lo­ughby, że zawsze będzie pan mile widziany w Bar­ton Cot­tage; nie będę naci­skać, aby powró­cił pan do nas natych­miast, ponie­waż tylko pan jest w sta­nie osą­dzić, czy pani Smith się to spodoba. Jeśli o to cho­dzi, nie wąt­pię w pań­ski roz­są­dek, jak rów­nież nie mam wąt­pli­wo­ści co do pań­skich chęci.

- Moje obecne zobo­wią­za­nia - odparł Wil­lo­ughby, wyraź­nie zmie­szany - są takiej natury, że... Nie śmiem sobie pochle­biać...

Umilkł nagle. Pani Dash­wood była zbyt zasko­czona, by się ode­zwać, nastą­piła więc kolejna chwila mil­cze­nia. Prze­rwał ją tym razem Wil­lo­ughby, mówiąc z bla­dym uśmie­chem:

- Absur­dem byłoby prze­cią­gać to dłu­żej. Nie mogę cier­pieć udręki pozo­sta­wa­nia wśród przy­ja­ciół, któ­rych towa­rzy­stwem nie mogę obec­nie się cie­szyć.

To mówiąc, poże­gnał się pospiesz­nie i wyszedł. Patrzyły, jak wsiada do powozu, a po minu­cie stra­ciły go z oczu.

Pani Dash­wood, nie mogąc wydu­sić z sie­bie ani słowa, natych­miast wyszła z salonu, by pobyć przez chwilę w samot­no­ści i upo­rać się z nie­po­ko­jem, jaki wzbu­dził w niej ten nagły odjazd.

Ele­onora była wzbu­rzona co naj­mniej tak samo jak jej matka. Myślała o tym, co się wyda­rzyło, z lękiem i nie­uf­no­ścią. Zacho­wa­nie Wil­lo­ughby'ego, gdy się żegnał, jego zaże­no­wa­nie, sztuczna weso­łość, a przede wszyst­kim - odrzu­ce­nie zapro­sze­nia, które skie­ro­wała do niego jej matka, tak do niego nie­po­dobna powścią­gli­wość napeł­niły ją głę­bo­kim nie­po­ko­jem. Przez chwilę oba­wiała się, że ni­gdy nie miał poważ­nych zamia­rów; potem zasta­na­wiała się, czy mię­dzy nim a jej sio­strą doszło do jakiejś nie­szczę­śli­wej sprzeczki. Wzbu­rze­nie Marianny, gdy wybie­gała z pokoju, mogło świad­czyć o poważ­nej kłótni, choć zwa­żyw­szy na głę­bię uczu­cia, jakim darzyła tego czło­wieka, wyda­wało się nie­mal nie­praw­do­po­dobne, że mogłaby się z nim pokłó­cić.

Jak­kol­wiek prze­bie­gło jed­nak ich roz­sta­nie, nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że Marianna jest bar­dzo zako­chana; myślała więc z naj­czul­szym współ­czu­ciem o głę­bo­kiej roz­pa­czy, w jakiej bez wąt­pie­nia pogrą­żyła się jej sio­stra, która zgod­nie ze swoim cha­rak­te­rem uznała zapewne za swój obo­wią­zek pod­sy­cać ją bez końca.

Matka wró­ciła mniej wię­cej pół godziny póź­niej; jej oczy były zaczer­wie­nione, lecz na twa­rzy malo­wał się pogodny wyraz.

- Nasz drogi Wil­lo­ughby odda­lił się już zapewne o kilka mil od Bar­ton, Ele­onoro - rze­kła, sia­da­jąc do robótki. - Z pew­no­ścią zaś odjeż­dża z cięż­kim ser­cem.

- To wszystko jest bar­dzo dziwne. Wyje­chał tak nagle! W mgnie­niu oka wszystko się zmie­niło. Zeszłego wie­czoru był tu z nami, taki szczę­śliwy, wesoły i ser­deczny... A teraz zawia­da­mia nas na dzie­sięć minut przed wyjaz­dem... i nie pla­nuje powrotu! Musiało się wyda­rzyć coś, czego nam nie wyja­wił. Mówił i zacho­wy­wał się ina­czej niż zwy­kle. Ty także musia­łaś to dostrzec. Co takiego się stało? Czyżby się pokłó­cili? W prze­ciw­nym razie prze­cież chęt­nie przy­jąłby zapro­sze­nie do nas?

- Nie zabra­kło mu chęci, Ele­onoro, tyle widzia­łam wyraź­nie. On nie mógł przy­jąć tego zapro­sze­nia. Prze­my­śla­łam to wszystko, zapew­niam cię, i potra­fię dosko­nale wytłu­ma­czyć wszystko, co począt­kowo wydało mi się dziwne, podob­nie jak tobie.

- Doprawdy?

- Tak. Wyja­śni­łam to sobie w spo­sób naj­bar­dziej zado­wa­la­jący; ty jed­nak, moja droga, lubisz poda­wać w zwąt­pie­nie wszystko, co się mówi. Dla­tego cie­bie to nie zado­woli, wiem o tym, jed­nak nie prze­ko­nasz mnie, że nie mam racji. Jestem pewna, że pani Smith podej­rzewa, iż Wil­lo­ughby żywi gorące uczu­cie do Marianny i nie jest z tego zado­wo­lona (być może ma dla niego inną kan­dy­datkę), dla­tego też chce trzy­mać go z dala od nas; te sprawy, z któ­rymi posłała go do Lon­dynu, to zale­d­wie pre­tekst, by go stąd odda­lić. Jestem pewna, że o to wła­śnie cho­dzi. Co wię­cej, ma tego świa­do­mość, że krewna nie pochwala tego związku, dla­tego też nie ośmiela się wyznać jej, że zarę­czył się z Marianną, czuje się też w obo­wiązku, będąc od niej zależ­nym, oka­zy­wać posłu­szeń­stwo jej pla­nom, dla­tego też posta­no­wił na czas jakiś opu­ścić hrab­stwo Devon. Wiem, że odpo­wiesz na to, że tak wła­śnie mogło być, lecz nie musiało; nie będę jed­nak słu­chać żad­nych argu­men­tów, o ile nie przed­sta­wisz mi innego, wia­ry­god­nego wyja­śnie­nia całej tej sytu­acji. Co więc masz mi do powie­dze­nia, moja droga?

- Nic, ponie­waż prze­wi­dzia­łaś już moją odpo­wiedź.

- A więc rze­czy­wi­ście powie­dzia­ła­byś, że mogę się mylić. Och, Ele­onoro, twoje uczu­cia są dla mnie nie­po­jęte! Wolisz przy­pi­sy­wać ludziom zło niż dobro. Jesteś bar­dziej skłonna prze­wi­dy­wać nie­szczę­ście Marianny i przy­pi­sać Wil­lo­ughby'emu winę, niż zna­leźć wymówkę dla jego zacho­wa­nia. Zakła­dasz, że jest winny, ponie­waż odje­chał, żegna­jąc się z nami nie tak ser­decz­nie jak zwy­kle. Czy nie tłu­ma­czy go roz­tar­gnie­nie ani też przy­gnę­bie­nie spo­wo­do­wane nie­daw­nym roz­cza­ro­wa­niem? Czy nie przyj­miesz tego, co praw­do­po­dobne, jeśli nie możesz uznać tego za pew­nik? Czy nic nie należy się od nas czło­wie­kowi, któ­rego mia­ły­śmy wszel­kie powody poko­chać, nie mając przy tym żad­nych, by o nim źle myśleć? Czy nie można przy­jąć, że ist­nieje przy­czyna tego, co się stało, która przez czas jakiś musi pozo­stać nie­znana? I wresz­cie, o co wła­ści­wie go podej­rze­wasz?

- Sama tego nie wiem. Nie­przy­jemne podej­rze­nia są jed­nak nie­uchronną kon­se­kwen­cją odmiany, jakiej wła­śnie były­śmy świad­kami. Jed­nak to, co mama powie­działa na temat należ­nych mu wzglę­dów, jest bez­sprzecz­nie prawdą, a zresztą zależy mi i na tym, by moje sądy o ludziach były zawsze bez­stronne. Nie­wąt­pli­wie Wil­lo­ughby miał swoje powody, by tak się zacho­wać, mam w każ­dym razie taką nadzieję. Byłoby to jed­nak bar­dziej do niego podobne, gdyby je nam wyja­wił. Zda­rza się, że konieczne jest zacho­wa­nie tajem­nicy, jed­nak w przy­padku pana Wil­lo­ughby'ego tajem­ni­czość jest bar­dzo oso­bli­wym zacho­wa­niem.

- Nie czyń zarzutu z tego, że postą­pił wbrew swo­jej natu­rze, jeśli było to aku­rat konieczne. Doprawdy jed­nak przy­zna­jesz, że to, co powie­dzia­łam w jego obro­nie, jest słuszne? W takim razie uszczę­śli­wi­łaś mnie. Zostaje unie­win­niony.

- Nie­zu­peł­nie. Być może słuszne jest utrzy­my­wa­nie ich zarę­czyn w tajem­nicy (o ile istot­nie są zarę­czeni) przed panią Smith, jeśli zaś tak wła­śnie jest, nic dziw­nego, że Wil­lo­ughby chce przez jakiś czas trzy­mać się z dala od hrab­stwa Devon. Nie tłu­ma­czy to jed­nak, dla­czego ukrył je przed nami.

- Ukrył przed nami! Dro­gie dziecko, czy naprawdę oskar­żasz Mariannę i Wil­lo­ughby'ego o ukry­wa­nie cze­go­kol­wiek? To doprawdy dziwne, zwa­żyw­szy że ty sama kar­ci­łaś ich dzień po dniu za nie­ostroż­ność.

- Nie potrze­buję dowo­dów ich uczuć - odparła Ele­onora - ale dowodu zarę­czyn już tak.

- Ja jestem pewna jed­nego, jak i dru­giego.

- A jed­nak żadne z nich nie powie­działo dotych­czas na ten temat ani słowa.

- Nie potrze­buję słów, gdy czyny prze­ma­wiają tak jaskrawo. Czy jego zacho­wa­nie wobec Marianny i nas wszyst­kich w ciągu co naj­mniej ostat­nich dwóch tygo­dni nie powie­działo nam, że ją kocha i uważa za swą przy­szłą żonę, a do nas jest przy­wią­zany, jakby łączyły nas więzy krwi? Czy nie rozu­mie­li­śmy się nawza­jem dosko­nale? Czy swoim wyglą­dem, zacho­wa­niem, ser­decz­no­ścią i sza­cun­kiem nie szu­kał dzień po dniu mojej apro­baty? Kochana Ele­onoro, czy rze­czy­wi­ście możesz wąt­pić w praw­dzi­wość ich zarę­czyn? Skąd taka myśl przy­szła ci do głowy? Czy wyobra­żasz sobie, że pan Wil­lo­ughby, wie­dząc wszak dosko­nale o uczu­ciu, jakim go darzy twoja sio­stra, mógł wyje­chać, być może na dłu­gie mie­siące, mógł nie wyja­wić jej, co do niej czuje, że roz­stali się, nie obie­cu­jąc, że będą sobie wza­jem wierni?

- Przy­znaję - odparła Ele­onora - że wszel­kie oko­licz­no­ści poza jedną wska­zują nie­zbi­cie, że doszło do zarę­czyn; tą jedyną jest jed­nak ich cał­ko­wite mil­cze­nie na ten temat, a moim zda­niem fakt ten nie­mal prze­waża nad pozo­sta­łymi.

- Coś takiego! Musisz mieć istot­nie złe zda­nie o Wil­lo­ugh­bym, skoro po tym, co się działo mię­dzy nimi, możesz wąt­pić w cha­rak­ter ich wza­jem­nych sto­sun­ków. Uwa­żasz, że przez cały ten czas uda­wał miłość do two­jej sio­stry? Sądzisz, że w rze­czy­wi­sto­ści jest mu zupeł­nie obo­jętna?

- Nie, nie myślę tak. Jestem pewna, że ją kocha.

- Jed­nak dziwna to miłość, skoro mógł zosta­wić ją tak obo­jęt­nie, nie myśląc wcale o przy­szło­ści, jak mu to przy­pi­su­jesz.

- Musi mama pamię­tać, moja droga mamo, że ni­gdy nie uwa­ża­łam tej sprawy za pewną. Mia­łam wąt­pli­wo­ści, przy­znaję; są one słab­sze niż dotych­czas, a nie­ba­wem zapewne zga­sną zupeł­nie. Jeśli okaże się, że wymie­niają listy, wyzbędę się nie­po­koju cał­ko­wi­cie.

- A to dopiero ustęp­stwo! Gdy­byś nawet zoba­czyła ich przed ołta­rzem, uwa­ża­ła­byś na­dal, że nie wezmą ślubu. Nie­wdzięczna dziew­czyno! Ja jed­nak nie potrze­buję dowodu. Według mnie nie stało się nic, co mogłoby uza­sad­niać wąt­pli­wość; niczego nie pró­bo­wano tu trzy­mać w tajem­nicy. Wszystko działo się otwar­cie i na naszych oczach. Nie możesz wąt­pić w zamiary two­jej sio­stry, a więc to Wil­lo­ughby'ego podej­rze­wasz. Ale dla­czego? Czy nie jest czło­wie­kiem, który ceni sobie honor i uczu­cia? Czy zro­bił cokol­wiek, co mogłoby wywo­łać nasz nie­po­kój? Czy to moż­liwe, że nas okła­muje?

- Mam nadzieję, że nie, wie­rzę, że nie! - zawo­łała Ele­onora. - Kocham Wil­lo­ughby'ego szcze­rze; a podej­rze­nie, że nie jest uczciwy, jest dla mnie tak samo bole­sne jak dla cie­bie. Poja­wiło się mimo woli i nie będę go pod­trzy­my­wać. Przy­znaję, byłam zdu­miona, widząc zmianę w jego zacho­wa­niu dziś rano; mówił jak ktoś obcy, nie odwza­jem­nił two­jej ser­decz­no­ści ani jed­nym sło­wem. To można jed­nak być może wytłu­ma­czyć sytu­acją, w jakiej się zna­lazł. Poże­gnał się wła­śnie z moją sio­strą, widział, jak ona pogrąża się w roz­pa­czy, jeśli zaś czuł się w obo­wiązku, oba­wia­jąc się pani Smith, prze­zwy­cię­żyć pokusę szyb­kiego powrotu, zara­zem zaś miał świa­do­mość, że odrzu­ca­jąc twoje zapro­sze­nie, mówiąc, że przez jakiś czas nie będzie mógł tu wró­cić, zacho­wał się w spo­sób nie­wdzięczny, co wzbu­dzi podej­rze­nie naszej rodziny, mógł czuć się zmie­szany i zanie­po­ko­jony. W takim wypadku otwarte przy­zna­nie się do prze­ży­wa­nych trud­no­ści byłoby bar­dziej hono­rowe i lico­wa­łoby bar­dziej z jego cha­rak­te­rem. Nie będę jed­nak czy­nić nikomu zarzu­tów opar­tych na tak chwiej­nej pod­sta­wie jak fakt, że ina­czej niż ja oce­nił sytu­ację lub wybrał roz­wią­za­nie inne niż to, które ja sama uzna­ła­bym za słuszne i wła­ściwe.

- Masz zupełną rację. Wil­lo­ughby z pew­no­ścią nie zasłu­żył na nasze podej­rze­nia. Choć my znamy go od nie­dawna, wszak bywa tu od lat; a czy kto­kol­wiek wyra­żał się o nim nie­po­chleb­nie? Gdyby był czło­wie­kiem nie­za­leż­nym, który może oże­nić się w każ­dej chwili, i pozo­sta­wił nas bez słowa w ten spo­sób, byłoby to dziwne; tak jed­nak nie jest. Te zarę­czyny pod pew­nymi wzglę­dami zostały zawarte dość nie­szczę­śli­wie, zwa­żyw­szy że per­spek­tywa mał­żeń­stwa jest odle­gła i nie­pewna; być może więc utrzy­my­wa­nie wszyst­kiego w tajem­nicy jest istot­nie naj­lep­szym roz­wią­za­niem.

Te roz­wa­ża­nia prze­rwało im wej­ście Mał­go­rzaty; Ele­onora mogła więc prze­my­śleć domy­sły snute przez matkę, oce­nić je jako praw­do­po­dobne i mieć nadzieję, że okażą się prawdą.

Marianna nie poka­zała się aż do kola­cji, gdy zeszła na dół i zajęła swe miej­sce przy stole bez jed­nego słowa. Oczy miała czer­wone i zapuch­nięte, wyda­wało się też, że na­dal z tru­dem jedy­nie powstrzy­muje się od łez. Nie patrzyła na nikogo, nie mogła jeść ani wydu­sić z sie­bie słowa, a po dłuż­szej chwili, gdy matka w mil­cze­niu uści­snęła jej dłoń z czu­łym współ­czu­ciem, stra­ciła resztki opa­no­wa­nia, zalała się łzami i wybie­gła z pokoju.

Na resztę wie­czoru pogrą­żyła się w głę­bo­kiej roz­pa­czy. Nie była zdolna do żad­nych dzia­łań, ponie­waż nie chciała wcale ich sobie narzu­cić. Naj­mniej­sza wzmianka o czym­kol­wiek, co wią­zało się z Wil­lo­ugh­bym, sta­wała się przy­czyną kolej­nej fon­tanny łez; i choć matka i sio­stry robiły wszystko, by poczuła się lepiej, nie były w sta­nie unik­nąć wszyst­kich tema­tów, które w odczu­ciu Marianny nawią­zy­wały do jej zako­cha­nia.

Rozdział XVI

Marianna nie wyba­czy­łaby sobie ni­gdy, gdyby pierw­szą noc roz­łąki z panem Wil­lo­ugh­bym spę­dziła w cało­ści pogrą­żona we śnie. Gdyby nie wstała z łóżka zmę­czona bar­dziej, niż się do niego kła­dła, ze wstydu nie mogłaby spoj­rzeć w oczy rodzi­nie. Jed­nak uczu­cia, które nią tar­gały, nie nara­ziły jej na takie nie­bez­pie­czeń­stwo. Przez całą noc leżała bez­sen­nie, głów­nie pła­cząc. Wstała więc z potęż­nym bólem głowy, nie­zdolna wymó­wić ani słowa; odmó­wiła spo­ży­cia posiłku, zada­jąc cier­pie­nie matce i sio­strom także i tym, że nie pozwa­lała im się pocie­szyć. Doprawdy była to panna na wskroś roman­tyczna!

Po śnia­da­niu wyszła sama na prze­chadzkę; przez więk­szość poranka wędro­wała po Allen­ham, pogrą­ża­jąc się we wspo­mnie­niach szczę­śli­wych chwil i opła­ku­jąc odmianę swego losu.

Wie­czór upły­nął jej także na roz­pa­mię­ty­wa­niu uczuć. Zagrała wszyst­kie swoje ulu­bione pie­śni, które nie­gdyś grała dla Wil­lo­ughby'ego, wyśpie­wała każdą z arii, które zwy­kli śpie­wać we dwoje, i sie­działa długo przy instru­men­cie, wpa­tru­jąc się w nuty, które dla niej wypi­sał, aż cię­żar na jej sercu stał się tak nie­zno­śny, że obez­wład­nia­jący. Pogrą­żona w roz­pa­czy nie liczyła upły­wa­ją­cych dni. Spę­dzała dłu­gie godziny przy pia­ni­nie, na zmianę to śpie­wa­jąc, to znów pła­cząc; w jej gło­sie nie­ustan­nie pobrzmie­wały łzy. Czy­ta­jąc, rów­nież zadrę­czała się porów­na­niami daw­nej rado­ści z obec­nym cier­pie­niem. Czy­tała wyłącz­nie te książki, które zwy­kła była czy­ty­wać razem z uko­cha­nym.

Tak gwał­towna roz­pacz nie mogła wszak trwać wiecz­nie; po kilku dniach prze­ro­dziła się w spo­koj­niej­szą melan­cho­lię, jed­nak Marianna codzien­nie odda­wała się samot­nym spa­ce­rom i mil­czą­cym roz­my­śla­niom, które od czasu do czasu pro­wo­ko­wały kolejne wybu­chy pła­czu, rów­nie gwał­towne jak dotych­czas.

Wil­lo­ughby nie przy­słał listu, Marianna zaś zda­wała się go nie ocze­ki­wać. Jej matka była zdzi­wiona, a Ele­onora znów coraz bar­dziej nie­spo­kojna. Pani Dash­wood potra­fiła jed­nak wyja­śnić wszystko, gdy jej na tym zale­żało, w spo­sób dla sie­bie zado­wa­la­jący.

- Sama wiesz, Ele­onoro - mówiła - że sir John bar­dzo czę­sto zabiera nasze listy z poczty, a także je tam odnosi. Usta­li­ły­śmy już, że zacho­wa­nie tajem­nicy jest nie­odzowne, musimy więc przy­jąć do wia­do­mo­ści, że nie byłoby to moż­liwe, gdyby ich kore­spon­den­cja miała tra­fić w ręce sir Johna.

Ele­onora nie mogła temu zaprze­czyć, sta­rała się więc uznać, że fakt ten uza­sad­nia mil­cze­nie obojga mło­dych. Ist­niał jed­nak spo­sób tak bez­po­średni i pro­sty, a jej zda­niem tak słuszny, by poznać prawdę, że nie mogła powstrzy­mać się przed pod­su­nię­ciem go matce.

- Dla­czego wresz­cie nie spy­tamy Marianny - powie­działa - czy jest, czy też nie jest zarę­czona z panem Wil­lo­ugh­bym? Pyta­nie takie, zadane przez matkę, i to matkę tak dobrą i wyro­zu­miałą, nie może zostać przez nią ode­brane jak obraza. Prze­ciw­nie, będzie musiała uznać je za oczy­wi­sty wyraz two­jej tro­ski. Kie­dyś nie miała prze­cież tajem­nic, zwłasz­cza przed tobą, mamo.

- Takiego pyta­nia nie zadam jej za żadne skarby świata. Wyobraź sobie, jak bole­sne mogłoby się oka­zać, jeśli rze­czy­wi­ście nie są zarę­czeni! Byłoby to bar­dzo nie­szla­chetne z mojej strony. Stra­ci­ła­bym wszelką nadzieję, że kie­dy­kol­wiek jesz­cze mi zaufa, gdy­bym wymu­siła na niej wyzna­nie tajem­nicy, która ma nią pozo­stać dla wszyst­kich. Serce Marianny nie ma przede mną sekre­tów. Wiem, jak ogrom­nie mnie kocha, i wiem, że nie będę ostat­nią osobą, która dowie się, co jest na rze­czy, gdy oko­licz­no­ści pozwolą jej wresz­cie ujaw­nić nam prawdę. Nie mogła­bym na nikim wymu­sić takich zwie­rzeń, tym mniej zaś na wła­snym dziecku, ponie­waż poczu­cie obo­wiązku mogłoby zmu­sić ją do wyzna­nia prawdy wbrew wła­snej woli.

Ele­onora była zda­nia, że matka jest zanadto pobłaż­liwa, bio­rąc pod uwagę młody wiek sio­stry, nale­gała więc dalej, lecz na próżno. Zdrowy roz­są­dek, zdrowa tro­ska, zdrowa ostroż­ność znik­nęły w odmę­tach roman­tycz­nej deli­kat­no­ści cha­rak­teru pani Dash­wood.

Minęło kilka dni, nim nazwi­sko Wil­lo­ughby'ego padło w obec­no­ści Marianny z ust kogo­kol­wiek z jej rodziny; sir John i pani Jen­nings nie byli jed­nak tak deli­katni. Ich kpinki potę­go­wały ból nie­jed­nej prze­peł­nio­nej roz­pa­czą godziny. Wie­czo­rem jed­nak pani Dash­wood, bio­rąc do ręki tom dzieł Szek­spira, powie­działa:

- Nie skoń­czy­ły­śmy czy­tać Ham­leta, Marianno; nasz drogi Wil­lo­ughby odje­chał, zanim zdą­ży­ły­śmy dobrnąć do finału. Odło­żymy tę lek­turę do jego powrotu... choć ten nastąpi być może dopiero za kilka mie­sięcy.

- Mie­sięcy? - wykrzyk­nęła Marianna z ogrom­nym zdu­mie­niem. - Ależ nie.... nawet nie kilka tygo­dni.

Pani Dash­wood poża­ło­wała swo­ich słów; Ele­onora jed­nak ucie­szyła się, sły­sząc z ust Marianny tak jed­no­znaczną dekla­ra­cję ufno­ści w postę­po­wa­nie Wil­lo­ughby'ego i zna­jo­mo­ści jego inten­cji.

Pew­nego ranka, gdy od jego odjazdu minął mniej wię­cej tydzień, Marianna dała się namó­wić sio­strom na wspólną prze­chadzkę, zamiast udać się znowu na samotny spa­cer. Dotych­czas uni­kała sta­ran­nie towa­rzy­stwa pod­czas swych ata­ków roz­pa­czy. Jeśli sio­stry kie­ro­wały się w stronę wzgórz, ona prze­my­kała się ku dro­dze; jeśli pla­no­wały wyj­ście w dolinę, szybko wspi­nała się na wzgó­rza, zni­ka­jąc z oczu pozo­sta­łym, nim zdą­żyły wyru­szyć w drogę. W końcu jed­nak Ele­onora, która na samotne eska­pady sio­stry patrzyła suro­wym okiem, zdo­łała przy­ła­pać ją przed wyj­ściem. Wspól­nie ruszyły drogą przez dolinę i szły w mil­cze­niu, ponie­waż nie było spo­sobu, aby zyskać kon­trolę nad umy­słem Marianny, Ele­onora zaś, osią­gnąw­szy jedno zwy­cię­stwo, nie pró­bo­wała zdo­być następ­nego. Przed wej­ściem do doliny, gdzie teren, choć rów­nie mocno zaro­śnięty, wyda­wał się bar­dziej zago­spo­da­ro­wany i przy­ja­zny, roz­po­starła się przed nimi droga, którą przy­je­chały do Bar­ton; zatrzy­mały się w tym miej­scu, aby się rozej­rzeć i rzu­cić okiem na domek z miej­sca, do któ­rego ni­gdy dotąd jakoś nie dotarły pod­czas swych spa­cerów.

Nie­ba­wem dostrze­gły w kra­jo­bra­zie jakiś ruchomy punkt, który oka­zał się czło­wie­kiem na koniu zbli­ża­ją­cym się w ich stronę. Po kilku minu­tach roz­po­znały w nim jadą­cego dżen­tel­mena, a chwilę póź­niej Marianna wykrzyk­nęła gwał­tow­nie:

- To on! Z pew­no­ścią... wiem, że to on! - I pospie­szyła mu na spo­tka­nie, choć Ele­onora wołała za nią:

- Doprawdy, Marianno, jestem pewna, że się mylisz. To nie Wil­lo­ughby. Ten czło­wiek nie jest dość wysoki, ma też inną posturę.

- To on, to on! - wołała Marianna. - Jestem pewna, że to on. To jego syl­wetka, jego płaszcz, jego koń. Wie­dzia­łam, że wróci nie­ba­wem.

Szła szybko, wyda­jąc te okrzyki; Ele­onora zaś, chcąc oszczę­dzić Marian­nie zaże­no­wa­nia, była bowiem nie­mal pewna, że to nie Wil­lo­ughby, także przy­spie­szyła, by jej dotrzy­mać kroku. Po chwili od jeźdźca dzie­liło je już tylko trzy­dzie­ści jar­dów. Marianna spoj­rzała znowu i serce w niej zamarło; odwró­ciła się gwał­tow­nie i ruszyła pospiesz­nie w prze­ciw­nym kie­runku, choć sio­stry pod­nio­sły głosy, chcąc ją zatrzy­mać; po chwili dołą­czył do nich trzeci głos, znany jej nie­mal tak samo dobrze, odwró­ciła się więc ze zdzi­wie­niem, by zoba­czyć i powi­tać Edwarda Fer­rarsa.

Był jedy­nym czło­wie­kiem na świe­cie, któ­remu mogła w tej chwili wyba­czyć, że nie jest Wil­lo­ugh­bym, jedy­nym, który mógł liczyć na jej uśmiech; stłu­miła więc łzy, aby uśmiech­nąć się do niego, i dzie­ląc szczę­ście z sio­strą, choć na chwilę zapo­mnieć o wła­snym roz­cza­ro­wa­niu.

Edward zsiadł z konia i prze­ka­zał lejce słu­żą­cemu, a następ­nie pie­szo udał się z nimi do Bar­ton, dokąd wła­śnie wybie­rał się z wizytą.

Wszyst­kie panie powi­tały go bar­dzo ser­decz­nie, naj­więk­szy entu­zjazm jed­nak oka­zała Marianna, bez trudu prze­ści­ga­jąc pod tym wzglę­dem Ele­onorę. Wyda­wało jej się, że w powi­ta­niu Edwarda i Ele­onory znów powiało nie­zro­zu­mia­łym chło­dem, który widziała mię­dzy nimi tak czę­sto jesz­cze w Nor­land. Szcze­gól­nie Edward nie zacho­wy­wał się jak czło­wiek zako­chany. Był zmie­szany, nie oka­zy­wał rado­ści ze spo­tka­nia, mówił nie­wiele, odpo­wia­da­jąc jedy­nie na ich pyta­nia, i nie wyróż­nił Ele­onory nawet naj­mniej­szą oznaką wzru­sze­nia. Marianna patrzyła na to i słu­chała go z coraz więk­szym zdzi­wie­niem. Zaczęła nie­mal odczu­wać nie­chęć do Edwarda; w rezul­ta­cie, jak wszystko inne, i ta sytu­acja zwró­ciła jej myśli ku Wil­lo­ughby'emu, wio­dąc ją ku porów­na­niu jakże odmien­nego spo­sobu bycia obu mło­dzień­ców.

Po krót­kiej chwili mil­cze­nia, jaka nastą­piła, gdy minęło pierw­sze zasko­cze­nie nie­spo­dzie­waną wizytą, Marianna spy­tała, czy Edward przy­je­chał pro­sto z Lon­dynu. Zaprze­czył, mówiąc, że od dwóch tygo­dni prze­bywa w hrab­stwie Devon.

- Od dwóch tygo­dni! - krzyk­nęła zdzi­wiona, że prze­by­wa­jąc tak długo w tym samym hrab­stwie, co Ele­onora, nie zde­cy­do­wał się wcze­śniej jej odwie­dzić.

Z pewną dozą przy­gnę­bie­nia odparł, że prze­by­wał dotych­czas u przy­ja­ciół w pobliżu Ply­mo­uth.

- Czy był pan ostat­nio w Sus­sex? - spy­tała Ele­onora.

- Byłem w Nor­land mniej wię­cej mie­siąc temu.

- Jak też się miewa nasze dro­gie Nor­land? - zapy­tała Marianna.

- Nasze dro­gie Nor­land - odparła Ele­onora - wygląda zapewne aku­rat tak samo jak zawsze o tej porze roku. Lasy i ścieżki pokryte są grubą war­stwą zeschłych liści.

- Och, jakże lubi­łam przy­glą­dać się im, gdy spa­dały! - zawo­łała na to Marianna. - Jak wspa­niale było wędro­wać i patrzeć, jak wirują pod­no­szone podmu­chami wia­tru! Jakież uczu­cia budziły te liście, ta pora roku, to powie­trze! Teraz nie ma tam nikogo, kto by się tym inte­re­so­wał. Są pew­nie tylko uciąż­li­wo­ścią, zamia­taną, wyrzu­caną z pola widze­nia.

- Nie wszy­scy - uśmiech­nęła się Ele­onora - podzie­lają twoje uwiel­bie­nie dla zwię­dłych liści.

- To prawda, moje uczu­cia są czę­sto nie­zro­zu­miane, nie­po­dzie­lane przez innych. Nie­kiedy jed­nak bywa też ina­czej. - Wygło­siw­szy to zda­nie, pogrą­żyła się na dłuż­szą chwilę w roz­my­śla­niach, zaraz jed­nak się ock­nęła. - Spójrz, Edwar­dzie - zwró­ciła się do gościa - to jest dolina Bar­ton. Spójrz na nią, cie­sząc się spo­ko­jem, jaki od niej bije. Popatrz na te wzgó­rza! Czy widzia­łeś kie­dyś coś rów­nie pięk­nego? Po lewej mamy Bar­ton Park, poło­żony wśród lasów i plan­ta­cji. Możesz stąd zoba­czyć skraj dworu. A tam, pod tym naj­dal­szym wzgó­rzem, które wznosi się tak maje­sta­tycz­nie, leży nasz domek.

- To piękna kra­ina - odparł - jed­nak zimą w doli­nach z pew­no­ścią gro­ma­dzi się błoto.

- Jak możesz myśleć o bło­cie, mając przed sobą takie piękno?

- Ponie­waż - odparł z uśmie­chem - oprócz pięk­nego kra­jo­brazu widzę przed sobą także nie­zwy­kle błot­ni­stą drogę.

- Jakie to dziwne! - powie­działa do sie­bie Marianna, idąc dalej.

- Czy macie tu miłych sąsia­dów?... Czy Mid­dle­to­no­wie oka­zali się przy­jem­nymi ludźmi?

- Nie, zupeł­nie nie - odparła Marianna - nie mogły­śmy wprost tra­fić gorzej.

- Marianno! - zawo­łała jej sio­stra. - Jak możesz tak mówić? Jak możesz być tak nie­spra­wie­dliwa? To ogrom­nie sza­no­wana rodzina, panie Fer­rars; a wobec nas zacho­wują się zawsze nie­zwy­kle przy­jaź­nie. Czy zapo­mnia­łaś już, Marianno, ile pogod­nych dni im zawdzię­czamy?

- Nie - odparła Marianna cicho - i ile bole­snych chwil także.

Ele­onora nie zwró­ciła na to uwagi. Sku­piła się na przy­by­łym gościu, pró­bu­jąc włą­czyć go do roz­mowy; opo­wia­dała o nowym domu, jego zale­tach, od czasu do czasu zmu­sza­jąc go do zada­wa­nia pytań i wygła­sza­nia uwag. Jego chłód i powścią­gli­wość krę­po­wały ją ogrom­nie; była zdzi­wiona i nie­mal obu­rzona. Posta­no­wiła jed­nak w swym zacho­wa­niu kie­ro­wać się nie tym, jaki był teraz, ale jaki był daw­niej, nie oka­zu­jąc urazy ani nie­za­do­wo­le­nia, i trak­to­wała go tak, jak jej zda­niem nale­żało potrak­to­wać krew­niaka.

Rozdział XVII

Pani Dash­wood na widok gościa odczuła jedy­nie prze­lotne zasko­cze­nie, ponie­waż jego przy­jazd do Bar­ton był, jej zda­niem, czymś zupeł­nie natu­ral­nym. Dużo dłu­żej trwała jej radość z ponow­nego z nim spo­tka­nia. Powi­tała go jak naj­ser­decz­niej, a jej życz­li­wość nie pozo­sta­wiała miej­sca dla chłodu, powścią­gli­wo­ści i zaże­no­wa­nia. Wyzbył się ich czę­ściowo, jesz­cze zanim weszli do domu, a urok pani Dash­wood spra­wił, że zapo­mniał o nich cał­ko­wi­cie. W isto­cie żaden męż­czy­zna nie mógł zako­chać się w jed­nej z córek, nie prze­no­sząc choćby czę­ści swych uczuć na ich rodzi­cielkę; Ele­onora z rado­ścią dostrze­gła w nim daw­nego Edwarda. Wyda­wało się, że ponow­nie obu­dził w sobie życz­li­wość dla nich wszyst­kich, z nią zaś - tro­skę o ich dobro. Wyglą­dał jed­nak na przy­gnę­bio­nego - chwa­lił dom, podzi­wiał widoki, był miły i uprzejmy, jed­nak wyraź­nie coś mu doskwie­rało. Dostrze­gła to cała rodzina, a pani Dash­wood, przy­pi­su­jąc ten stan nie­po­ro­zu­mie­niom z matką, sia­dała do stołu, zło­rze­cząc w duchu na wszyst­kich samo­lub­nych rodzi­ców tego świata.

- Jakie plany ma wobec cie­bie pani Fer­rars, Edwar­dzie? - spy­tała, gdy skoń­czyli jeść kola­cję i usie­dli wszy­scy razem przy kominku. - Czy na­dal jest zda­nia, że powi­nie­neś wbrew swej woli zostać wiel­kim mówcą?

- Nie. Mam nadzieję, że matka uznała wresz­cie, że nie mam ani zdol­no­ści, ani skłon­no­ści do życia publicz­nego!

- W jaki spo­sób zamie­rzasz zatem zdo­być sławę? Musisz wszak stać się sławny, by zado­wo­lić rodzinę; jeśli zaś nie masz skłon­no­ści do wyda­wa­nia pie­nię­dzy, nie lubisz zawie­rać nowych zna­jo­mo­ści, nie posia­dasz zawodu ani pew­no­ści sie­bie, to może oka­zać się trudne.

- Nie będę nawet pró­bo­wał. Nie chcę się niczym wyróż­niać i mam powody żywić nadzieję, że ni­gdy nie będę musiał. Dzięki Bogu! Nie da się siłą zro­bić z czło­wieka geniu­sza ani ora­tora.

- Nie masz ambi­cji, wiem o tym. Twoje marze­nia są umiar­ko­wane.

- Tak umiar­ko­wane jak całej reszty świata, jak mi się zdaje. Chcę być szczę­śliwy jak każdy i tak jak każdy chcę zdo­by­wać to szczę­ście na swój wła­sny spo­sób. Sława z pew­no­ścią mi go nie da.

- To by dopiero było! - zawo­łała Marianna. - Co też bogac­two czy zaszczyty mają wspól­nego ze szczę­ściem?

- Zaszczyty może nie­wiele - ode­zwała się Ele­onora - bogac­two ma z nim jed­nak wiele wspól­nego.

- Ele­onoro, wstydź się! - powie­działa Marianna. - Pie­nią­dze mogą dać ci szczę­ście wyłącz­nie wtedy, jeśli nie daje ci go nic innego. Poza dostat­kiem nie przy­no­szą praw­dzi­wego zado­wo­le­nia, ponie­waż nie zaspo­ko­isz nimi naj­waż­niej­szych potrzeb.

- Być może - odparła Ele­onora z uśmie­chem - możemy dojść do wspól­nej kon­klu­zji. To, co ty nazy­wasz dostat­kiem, a ja bogac­twem, nie­wiele się od sie­bie różni; bez nich w dzi­siej­szym świe­cie nie można mówić o wygo­dzie, co do tego obie chyba się zgo­dzimy. Twoje idee jedy­nie zdają się szla­chet­niej­sze od moich. Co nazy­wasz dostat­kiem?

- Tysiąc osiem­set, może dwa tysiące fun­tów rocz­nie, nie wię­cej.

- Dwa tysiące rocz­nie!... - Ele­onora się roze­śmiała. - Według mnie tysiąc to już bogac­two! Wie­dzia­łam, że to się tak skoń­czy.

- A jed­nak dwa tysiące rocz­nie daje bar­dzo skromny dochód - upie­rała się Marianna. - Nie da się utrzy­mać rodziny za mniej­szą kwotę. Jestem pewna, że moje potrzeby nie są zbyt wygó­ro­wane. Odpo­wied­nia liczba służby, powóz lub dwa, konie do polo­wań... Tego wszyst­kiego za mniej­szą kwotę mieć nie będziesz.

Ele­onora ponow­nie obda­rzyła ją uśmie­chem, sły­sząc, jak sio­stra wyli­cza wszel­kie wydatki nie­zbędne w Combe Magna.

- Konie do polo­wań! - powtó­rzył Edward. - Dla­czego musisz je posia­dać? Nie każdy prze­cież poluje.

Marianna się zaru­mie­niła.

- Więk­szość ludzi poluje - odparła.

- Chcia­ła­bym - ode­zwała się Mał­go­rzata, tknięta nową myślą - żeby ktoś poda­ro­wał każ­dej z nas dużą for­tunę!

- Och, gdyby tak się stało! - zawo­łała Marianna, a jej oczy roz­bły­sły oży­wie­niem, policzki zaś zaru­mie­niły się na samą myśl o takim szczę­ściu.

- Myślę, że każdy sobie tego życzy - powie­działa Ele­onora - jed­nak bogactw nie wystar­czy dla wszyst­kich.

- Ach! - zawo­łała Mał­go­rzata. - Jaka wtedy była­bym szczę­śliwa! Zasta­na­wiam się, co bym zro­biła!

Marianna wyglą­dała jak osoba pozba­wiona w tym wzglę­dzie jakich­kol­wiek wąt­pli­wo­ści.

- Ja nie umia­ła­bym wyda­wać pie­nię­dzy na sie­bie - powie­działa pani Dash­wood - gdyby moje dzieci stały się bogate bez mojego wspar­cia.

- Wystar­czy­łoby zacząć prze­bu­dowę domu - zauwa­żyła Ele­onora - a pro­blem ten nie­ba­wem prze­stałby ist­nieć.

- Jakie wspa­niałe zamó­wie­nia ruszy­łyby stąd do Lon­dynu - powie­dział Edward - gdyby tak się stało! Jakiż to byłby szczę­śliwy dzień dla sprze­daw­ców ksią­żek, nut, obra­zów! Naj­star­sza z panien Dash­wood zama­wia­łaby wciąż nowe malo­wi­dła, zaś Marianna... zna­jąc roz­mach jej duszy, w Lon­dy­nie nie star­czy­łoby nut, by ją zado­wo­lić. A książki! Thom­son, Cow­per, Scott... kupo­wa­łaby je wciąż na nowo; kupi­łaby każdy egzem­plarz, jak sądzę, byle tylko nie wpadł w nie­godne go ręce; musia­łaby też mieć każdą książkę, która uczy, jak podzi­wiać stare, pokrę­cone drzewa. Czyż nie, Marianno? Wybacz mi, pro­szę, jeśli jestem zbyt kąśliwy. Chcia­łem jedy­nie poka­zać ci, że nie zapo­mnia­łem naszych daw­nych dys­put.

- Uwiel­biam wspo­minki z prze­szło­ści, Edwar­dzie. Kocham wspo­mnie­nia, zarówno te smutne, jak i te wesołe. Nie ura­zisz mnie więc, wspo­mi­na­jąc dawne czasy. Masz abso­lutną rację, snu­jąc przy­pusz­cze­nia, na co wyda­wa­ła­bym pie­nią­dze. Z pew­no­ścią nad­miar gotówki prze­zna­czy­ła­bym na wzbo­ga­ce­nie swej kolek­cji nut i ksią­żek.

- Dużą część for­tuny wyda­ła­byś na renty doży­wot­nie dla pisa­rzy lub ich spad­ko­bier­ców.

- Nie, Edwar­dzie, zna­la­zła­bym dla nich inne prze­zna­cze­nie.

- Być może w takim razie uczy­ni­ła­byś z nich nagrodę dla tego, kto naj­zręcz­niej obroni na piśmie twą ulu­bioną mak­symę, że nie można kochać wię­cej niż raz w życiu. Jak mnie­mam, twoja opi­nia w tej kwe­stii pozo­stała nie­zmie­niona?

- Bez wąt­pie­nia. W moim wieku ma się już usta­lone poglądy. Nie sądzę, abym mogła jesz­cze zoba­czyć lub usły­szeć coś, co mogłoby skło­nić mnie do ich zmiany.

- Marianna nic się nie zmie­niła, jak pan widzi - rze­kła Ele­onora - jest taka jak daw­niej.

- Stała się tylko może nieco poważ­niej­sza.

- O nie, Edwar­dzie - zapro­te­sto­wała Marianna - nie możesz mnie tak napo­mi­nać. Sam nie jesteś wszak zbyt­nio wesoły.

- Dla­czego tak sądzisz? - zapy­tał z wes­tchnie­niem. - Ni­gdy nie mia­łem prze­cież zbyt pogod­nego cha­rak­teru.

- To samo można powie­dzieć o Marian­nie - stwier­dziła Ele­onora. - Nie nazwa­ła­bym jej dziew­czyną wesołą. Jest bar­dzo szczera i żar­liwa we wszyst­kim, co robi, nie­kiedy zda­rza jej się mówić bar­dzo wiele i z ogrom­nym oży­wie­niem, ale rzadko bywa praw­dzi­wie wesoła.

- Wydaje mi się, że ma pani rację - odparł - a jed­nak zawsze widzia­łem ją przede wszyst­kim jako bar­dzo żywą osóbkę.

- Mnie samej czę­sto zda­rza się popeł­niać tę pomyłkę - zauwa­żyła Ele­onora - cał­ko­wi­cie błęd­nej oceny czy­je­goś cha­rak­teru; wyobra­żam sobie, że ludzie są dużo weselsi lub dużo poważ­niejsi, mądrzejsi lub głupsi niż w rze­czy­wi­sto­ści, i nie bar­dzo umiem stwier­dzić, skąd biorą się te fał­szywe prze­ko­na­nia. Cza­sami kie­ruję się tym, co sami o sobie mówią, bar­dzo czę­sto zaś tym, co mówią o nich inni, zamiast poświę­cić czas na wła­sne prze­my­śle­nia i osądy.

- Ależ myśla­łam dotąd, że o to wła­śnie ci cho­dzi, Ele­onoro - ode­zwała się Marianna - że uwa­żasz za słuszne kie­ro­wa­nie się opi­niami innych. Sądzi­łam, że nasze oceny powinny być zawsze pod­po­rząd­ko­wane temu, co sądzą nasi bliźni. Wyda­wało mi się, że taka wła­śnie jest twoja dok­tryna.

- Nie, Marianno, mylisz się. Ni­gdy nie uwa­ża­łam, że należy pod­po­rząd­ko­wać się innym w myśle­niu. Jedyne, na co sta­ra­łam się wpły­wać, to zacho­wa­nie. Nie zro­zum źle tego, co mówię. Przy­znaję, że czę­sto pra­gnę­łam, byś trak­to­wała naszych zna­jo­mych i krew­nych z więk­szym sza­cun­kiem, jed­nak czy kie­dy­kol­wiek dora­dza­łam ci, byś przy­jęła ich punkt widze­nia lub uznała wyż­szość ich zda­nia ponad wła­snym w waż­nych spra­wach?

- Nie zdo­ła­łaś, pani, prze­ko­nać swej sio­stry, aby przy­jęła twoją zasadę ogól­nej grzecz­no­ści - zwró­cił się Edward do Ele­onory. - Nie odnio­słaś suk­ce­sów w tym wzglę­dzie?

- Prze­ciw­nie - odparła, patrząc na Mariannę zna­cząco.

- Jeśli cho­dzi o mnie - cią­gnął - całym ser­cem popie­ram to, co pani powie­działa; oba­wiam się jed­nak, że w prak­tyce pla­suję się po stro­nie pani sio­stry. Ni­gdy nie chcę obra­zić nikogo, jestem jed­nak tak absur­dal­nie nie­śmiały, że czę­sto może to wyglą­dać na lek­ce­wa­że­nie, choć moja powścią­gli­wość wynika wyłącz­nie z wro­dzo­nej nie­śmia­ło­ści. Czę­sto zda­rza mi się myśleć, że mój cha­rak­ter ska­zuje mnie na życie wśród ludzi niż­szego stanu, ponie­waż nawią­zy­wa­nie zna­jo­mo­ści w wyż­szych sfe­rach jest dla mnie ogrom­nie krę­pu­jące!

- Marianna nie może tłu­ma­czyć swego lek­ce­wa­że­nia dla innych nie­śmia­ło­ścią - odparła Ele­onora.

- Zbyt dobrze wie, ile jest warta, by oka­zy­wać sztuczne zaże­no­wa­nie - powie­dział Edward. - Nie­śmia­łość jest wyłącz­nie wyni­kiem poczu­cia niż­szo­ści pod takim czy innym wzglę­dem. Gdy­bym umiał sam sie­bie prze­ko­nać, że moje maniery są ujmu­jące i swo­bodne, nie odczu­wał­bym nie­śmia­ło­ści.

- Zacho­wał­byś jed­nak powścią­gli­wość - odrze­kła na to Marianna - a to jesz­cze gor­sze.

Edward spoj­rzał na nią ze zdu­mie­niem.

- Powścią­gli­wość! Czy ja jestem czło­wie­kiem powścią­gli­wym, Marianno?

- Tak, ogrom­nie.

- Nie rozu­miem cię - odparł, czer­wie­niąc się. - Powścią­gliwy!... Jak, pod jakim wzglę­dem? Cóż mam ci powie­dzieć? Co też masz na myśli?

Ele­onora była zasko­czona jego reak­cją; pró­bu­jąc jed­nak obró­cić tę roz­mowę w żart, powie­działa do niego:

- Czyż­byś pan nie znał mojej sio­stry wystar­cza­jąco dobrze, by zro­zu­mieć, co ma na myśli? Czyż pan nie wiesz, że nazywa powścią­gli­wym każ­dego, kto nie mówi tak szybko jak ona, i nie podzi­wia tak żar­li­wie wszyst­kiego, co ona sama obda­rza podzi­wem?

Edward nie odpo­wie­dział. Cała jego powaga i zamy­śle­nie wró­ciły - na dłuż­szy czas popadł w mil­czącą zadumę.

Rozdział XVIII

Ele­onora patrzyła z tro­ską na przy­gnę­bie­nie przy­ja­ciela. Jego wizyta dała jej nie­wiele zado­wo­le­nia, ponie­waż tak mało się nią cie­szył. Nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że jest nie­szczę­śliwy; mogła jedy­nie życzyć sobie, by w rów­nie oczy­wi­sty spo­sób wyróż­niał ją na­dal uczu­ciem, które - w co nie wąt­piła - żywił do niej daw­niej. Nie miała jed­nak żad­nej pew­no­ści, że uczu­cie to prze­trwało; zaś powścią­gli­wość, jaką jej oka­zy­wał, zaprze­czała głęb­szemu zna­cze­niu żywych spoj­rzeń, które rzu­cał jej od czasu do czasu.

Następ­nego ranka dołą­czył do niej i do Marianny w jadalni, zanim kto­kol­wiek inny się obu­dził; Marianna, nie usta­jąc w zabie­gach o ich wspólne szczę­ście, szybko odda­liła się pod byle pre­tek­stem. Zanim zdą­żyła jed­nak wejść po scho­dach, usły­szała, jak drzwi salo­niku otwie­rają się, a odwra­ca­jąc się, zdu­miona ujrzała, że Edward wycho­dzi.

- Idę do wio­ski, spraw­dzić, co z moimi końmi - powie­dział - skoro nie jeste­ście jesz­cze panie gotowe, by siąść do śnia­da­nia; wrócę nie­ba­wem.

Istot­nie wró­cił, zachwy­ca­jąc się ponow­nie oko­licz­nym kra­jo­bra­zem - idąc do wio­ski, widział wiele pięk­nych zakąt­ków doliny. Z samej wio­ski, poło­żo­nej dużo wyżej niż domek, także roz­cią­gał się piękny widok, który ogrom­nie mu się spodo­bał. Temat ten zyskał natych­miast uwagę Marianny, która jęła opi­sy­wać wła­sny zachwyt nad miej­sco­wym kra­jo­bra­zem, wypy­tu­jąc go szcze­gó­łowo o jego atuty, które wzbu­dziły szcze­gólne zain­te­re­so­wa­nie Edwarda, gdy ten prze­rwał jej, mówiąc:

- Nie powin­naś pytać zbyt wiele, Marianno... pamię­taj, że bra­kuje mi wie­dzy na temat malow­ni­czo­ści, oba­wiam się więc ura­zić cię moją igno­ran­cją i bra­kiem smaku. Nazy­wam wzgó­rza stro­mymi, choć powi­nie­nem okre­ślić je mia­nem strze­li­stych; o zbo­czach powiem, że są dzi­waczne lub nie­równe, gdy nale­ża­łoby stwier­dzić, że ich linia jest nie­re­gu­larna i poszar­pana; odle­głe obiekty opi­szę jako nie­wi­doczne, choć prze­cież powinny prze­świ­ty­wać przez miękką war­stwę mgły. Musisz zado­wo­lić się takim podzi­wem, jaki mogę ci szcze­rze dać. Nazwę ten kraj pięk­nym: wzgó­rza są tu wyso­kie, lasy są pełne cen­nego drewna, a cała dolina zdaje się wygodna i przy­tulna, łąki bujne, a wiej­skie domki schludne. Oko­lica ta ide­al­nie odpo­wiada moim wyobra­że­niom o pięk­nym kra­jo­bra­zie, ponie­waż łączy urodę z uży­tecz­no­ścią; powie­dział­bym też o niej, że jest malow­ni­cza, ponie­waż ty się nią zachwy­casz; uwie­rzę ci bez trudu, jeśli powiesz, że pełno tu skał, wznie­sień, poro­stów i krze­wów, sam jed­nak ich nie zauwa­żam. Nie wiem nic o malow­ni­czo­ści.

- Oba­wiam się, że mówisz całą prawdę - rze­kła Marianna - czemu jed­nak uwa­żasz, że warto się tym chwa­lić?

- Podej­rze­wam - stwier­dziła Ele­onora - że pró­bu­jąc unik­nąć jed­nego rodzaju afek­ta­cji, Edward popada w inny. Wie­rzy bowiem, że wielu ludzi udaje więk­szy podziw dla dzieł natury niż ten, który naprawdę odczu­wają, i jest zde­gu­sto­wany taką fał­szy­wo­ścią, stara się więc spra­wiać wra­że­nie bar­dziej obo­jęt­nego na uroki kra­jo­brazu, niż jest nim rze­czy­wi­ście. Jako czło­wiek wybredny wybrał sobie swój wła­sny spo­sób uda­wa­nia.

- Masz zupełną rację - rze­kła Marianna - mówiąc, że podziw dla piękna kra­jo­brazu nic już dziś nie zna­czy. Wszy­scy udają, że go czują, i pró­bują opi­sy­wać go w spo­sób wyszu­kany i ele­gancki, jak gdyby to oni pierwsi odkryli, co ozna­cza malow­ni­cze piękno. Nie lubię pustych słów żad­nego rodzaju, dla­tego cza­sem zacho­wuję swe uczu­cia dla sie­bie, wie­dząc, że nie znajdę słów, by je opi­sać, poza wytar­tymi i banal­nymi stwier­dze­niami, odar­tymi od dawna z wszel­kiego sensu i zna­cze­nia.

- Jestem prze­ko­nany - zapew­nił ją Edward - że opi­su­jąc piękno, odda­jesz szcze­rze swe uczu­cia. Twoja sio­stra musi pozwo­lić jed­nak, abym czuł nie wię­cej, niż potra­fię. Lubię piękne widoki, ale nie dostrze­gam ich malow­ni­czo­ści. Nie lubię pokrę­co­nych, powy­gi­na­nych drzew. Doce­niam je znacz­nie bar­dziej, gdy są pro­ste, strze­li­ste i bujne. Nie lubię też zruj­no­wa­nych, pochy­lo­nych chat. Nie robią na mnie wra­że­nia pokrzywy, oset ani wrzo­so­wi­ska. Bar­dziej podoba mi się schludny wiej­ski domek niż wieża straż­ni­cza, a widok szczę­śli­wej, czy­stej wio­ski cie­szy mnie bar­dziej niż widok bandy naj­groź­niej­szych kor­sa­rzy świata.

Marianna spoj­rzała na Edwarda z podzi­wem, a na swą sio­strę ze współ­czu­ciem. Ele­onora się roze­śmiała.

Na tym roz­mowę zakoń­czono; Marianna sie­działa w zamy­śle­niu, dopóki nowa kwe­stia nie zaprząt­nęła jej uwagi. Sie­działa obok Edwarda, który bio­rąc od pani Dash­wood prze­zna­czoną dla niego fili­żankę z her­batą, prze­su­nął dło­nią tuż przed jej twa­rzą; na palcu bły­snął pier­ścień, w któ­rym umiesz­czone było pasmo wło­sów.

- Nie widzia­łam ni­gdy, byś nosił pier­ścio­nek, Edwar­dzie - zawo­łała. - Czy to włosy Fanny? Pamię­tam, że obie­cy­wała, że da ci pukiel swych wło­sów. Sądzi­łam jed­nak, że jej loki mają ciem­niej­szy odcień.

Marianna mówiła szcze­rze to, o czym myślała - widząc jed­nak, jak bole­sne są dla Edwarda jej słowa, posmut­niała bar­dziej niż on sam. Zaczer­wie­nił się bar­dzo mocno, rzu­cił szyb­kie spoj­rze­nie na Ele­onorę, po czym odpo­wie­dział:

- Tak, to włosy mojej sio­stry. W opra­wie wydają się zawsze ciem­niej­sze.

Ele­onora pochwy­ciła jego wzrok i także wyglą­dała na zaże­no­waną. Podob­nie jak Marianna, od pierw­szej chwili była prze­ko­nana, że to jej wła­sne włosy; jedyna róż­nica mię­dzy nimi pole­gała na tym, iż Marianna sądziła, że zostały mu poda­ro­wane dobro­wol­nie, Ele­onora zaś - że zdo­był je pod­stę­pem, w spo­sób dla niej nie­wia­domy. Nie miała zamiaru jed­nak się o to obra­zić, i uda­jąc, że nie spo­strze­gła, co zaszło, zaczęła natych­miast mówić o czymś innym, posta­na­wia­jąc w duchu, że przy pierw­szej oka­zji przyj­rzy się wło­som i stwier­dzi ponad wszelką wąt­pli­wość, czy mają dokład­nie ten sam odcień co jej wła­sne.

Zakło­po­ta­nie Edwarda trwało dłuż­szą chwilę, a po tym incy­den­cie jego zamy­śle­nie się pogłę­biło. Przez resztę poranka zacho­wał wielką powagę. Marianna zbesz­tała się w myślach surowo za nie­wcze­sne słowa; daro­wa­łaby je sobie znacz­nie szyb­ciej, gdyby wie­działa, jak mało zda­rze­nie to obe­szło Ele­onorę.

Nim minęło połu­dnie, do domku zawi­tali sir John i pani Jen­nings, któ­rzy na wieść, że u Dash­wo­odów poja­wił się gość, posta­no­wili zapo­znać się z nim oso­bi­ście. Z nie­wielką pomocą teścio­wej sir John odkrył nie­ba­wem, że nazwi­sko Fer­rars roz­po­czyna się od litery F, co otwie­rało przed nim moż­li­wość snu­cia nie­zli­czo­nych żar­tów na temat sta­ło­ści uczuć Ele­onory; gdyby nie fakt, że zna­jo­mość z Edwar­dem została dopiero nawią­zana, dow­cipy posy­pa­łyby się natych­miast. Na razie dawali jej jedy­nie do zro­zu­mie­nia zna­czą­cymi spoj­rze­niami, że doszli do pew­nych wnio­sków na pod­sta­wie infor­ma­cji pozy­ska­nych swego czasu od Mał­go­rzaty.

Sir John zawsze zja­wiał się w domku z zapro­sze­niem na obiad do Bar­ton Park na dzień następny albo też na her­batę tego samego popo­łu­dnia. Tym razem, by zapew­nić roz­rywkę gościowi, któ­rego bawić czuł się w obo­wiązku, zde­cy­do­wał się na oba zapro­sze­nia.

- Doprawdy musi­cie przyjść do nas dzi­siaj na her­batę - mówił - będziemy nie­mal cał­ko­wi­cie sami... jutro zaś musi­cie zja­wić się na obie­dzie, ponie­waż przy­jeż­dża więk­sze towa­rzy­stwo.

Pani Jen­nings potwier­dziła skwa­pli­wie.

- Kto wie, może nawet będą tańce - powie­działa. - A to z pew­no­ścią cię skusi, moja panno Marianno.

- Tańce! - wykrzyk­nęła Marianna. - Nie­moż­liwe! Któż będzie tań­czył?

- Kto! Ależ wy, moja droga, a także Carey­owie i Whi­ta­ke­ro­wie bez wąt­pie­nia. Doprawdy! Sądzi­łaś, że nikt nie będzie tań­czył, ponie­waż pewien młody czło­wiek, któ­rego nazwi­ska nie wymó­wię, wyje­chał?

- Jakże bym chciał - zawo­łał sir John - żeby Wil­lo­ughby zna­lazł się znów pomię­dzy nami.

Te słowa, jak i rumie­niec oble­wa­jący policzki Marianny wzbu­dziły podej­rze­nia Edwarda.

- A któż to taki ten Wil­lo­ughby? - zapy­tał cicho star­szą pannę Dash­wood, obok któ­rej sie­dział.

Udzie­liła mu krót­kiej odpo­wie­dzi. Wyraz twa­rzy Marianny powie­dział mu wię­cej. Edward zoba­czył wystar­cza­jąco dużo, by zro­zu­mieć nie tylko słowa gości, ale też zda­nie wypo­wie­dziane wcze­śniej przez Mariannę, które dotąd wydało mu się oso­bliwe. Gdy goście opu­ścili domek, pod­szedł do niej i szep­nął:

- Zga­duję. Czy mam ci powie­dzieć, co takiego zga­dłem?

- Co masz na myśli?

- A więc mam ci powie­dzieć?

- Bez wąt­pie­nia.

- No cóż, w takim razie zga­dłem, że pan Wil­lo­ughby jest miło­śni­kiem polo­wa­nia.

Marianna, zasko­czona i zmie­szana, nie zdo­łała jed­nak powstrzy­mać uśmie­chu, sły­sząc go żar­tu­ją­cego w ten spo­sób, i po chwili mil­cze­nia odparła:

- Och, Edwar­dzie! Jak możesz? Ale przyj­dzie czas, kiedy... mam nadzieję... jestem pewna, że ci się spodoba.

- Nie mam co do tego żad­nych wąt­pli­wo­ści - odpo­wie­dział zdu­miony jej powagą i żar­li­wo­ścią; gdyby bowiem przy­pusz­czał, że cho­dzi o coś wię­cej niż tylko żart z dobrego zna­jo­mego, z któ­rym nie łączy jej nic szcze­gól­nego, nie byłby sobie na niego pozwo­lił.

Rozdział I

Rodzina Dash­wo­odów miesz­kała w Sus­sex od dawna. Ich mają­tek był duży, a rezy­den­cja znaj­do­wała się w Nor­land Park, w jego cen­tral­nej czę­ści, gdzie od poko­leń wie­dli żywot nobliwy, zasłu­gu­jąc w pełni na sza­cu­nek, jakim cie­szyli się wśród sąsia­dów. Ostat­nim wła­ści­cie­lem majątku był stary kawa­ler, który dożył sędzi­wego wieku, przez wiele lat mając za jedyną towa­rzyszkę życia sio­strę doglą­da­jącą jego gospo­dar­stwa. Kiedy zmarła - na dzie­sięć lat przed nim - w domu zaszły wiel­kie zmiany. Aby zre­kom­pen­so­wać sobie tę stratę, wła­ści­ciel majątku zapro­sił bowiem do sie­bie pana Henry'ego Dash­wo­oda - bra­tanka, który miał odzie­dzi­czyć po nim Nor­land zgod­nie z pra­wem oraz wolą wła­ści­ciela. Star­szy pan żył odtąd wygod­nie, cie­sząc się towa­rzy­stwem bra­tanka, jego żony i dzieci. Z cza­sem jego przy­wią­za­nie do krew­nych rosło. Pan i pani Dash­wood dbali o niego nad­zwy­czaj tro­skli­wie, kie­ru­jąc się przy tym nie wyra­cho­wa­niem, ale szczerą dobro­cią, która naka­zy­wała im zapew­nić stry­jowi wszelką opiekę, jakiej wyma­gał jego wiek; zaś obec­ność rado­snych, żywych dzieci doda­wała barw jego egzy­sten­cji.

Pan Henry Dash­wood miał syna z poprzed­niego mał­żeń­stwa, zaś obecna jego mał­żonka obda­rzyła go trzema cór­kami. Syn, roz­ważny i doj­rzały młody czło­wiek, roz­po­rzą­dzał dużym mająt­kiem - z chwilą doj­ścia do peł­no­let­no­ści przy­pa­dła mu połowa for­tuny jego zmar­łej matki. Wstę­pu­jąc nie­długo póź­niej w zwią­zek mał­żeń­ski, wzbo­ga­cił się tym bar­dziej. Nie dbał więc o Nor­land tak dalece jak jego sio­stry; ich mają­tek, nie licząc tego, co mogłyby dostać, gdyby ich ojciec został spad­ko­biercą posia­dło­ści stryja, był bowiem bar­dzo skromny. Ich matka nie posia­dała niczego, ojciec zaś dys­po­no­wał sumą zale­d­wie sied­miu tysięcy fun­tów; pozo­stała część for­tuny jego pierw­szej żony została zapi­sana synowi, z zastrze­że­niem pro­cen­tów przy­pa­da­ją­cych doży­wot­nio na wdowca po zmar­łej.

Wresz­cie star­szy pan zmarł, a jego ostat­nia wola przy­czy­niła spad­ko­bier­com tyleż samo rado­ści, co roz­cza­ro­wa­nia. Nie oka­zał się wpraw­dzie tak nie­spra­wie­dliwy ani tak nie­wdzięczny, by pozba­wić bra­tanka majątku, pozo­sta­wił mu go jed­nak na warun­kach, które uczy­niły spa­dek dużo mniej war­to­ścio­wym. Pan Dash­wood liczył na zapis bar­dziej dla żony i córek niż dla sie­bie czy syna; tym­cza­sem oka­zało się, że mają­tek ma przy­paść temu wła­śnie synowi, po któ­rym miał go odzie­dzi­czyć jego syn, pod­ów­czas czte­ro­letni, przy czym posta­no­wie­nia testa­mentu unie­moż­li­wiały spad­ko­biercy zabez­pie­cze­nie losu tych, które były mu naj­droż­sze, a które najbar­dziej potrze­bo­wały wspar­cia, czy to przez zacią­gnię­cie długu, czy przez sprze­daż choćby czę­ści cen­nych lasów. Całość zabez­pie­czono na korzyść dziecka, które odwie­dza­jąc Nor­land z rzadka wraz z rodzi­cami, zdo­łało zdo­być serce sędzi­wego krew­niaka w spo­sób wła­ściwy dzie­ciom dwu- lub trzy­let­nim: nie­po­rad­nym gawo­rze­niem, upo­rem w sta­wia­niu na swoim, figlami i mnó­stwem hałasu - wszystko to prze­wa­żyło nad tro­skli­wo­ścią, jaką oka­zy­wały mu przez lata żona bra­tanka i jej córki. Sta­rzec nie chciał jed­nak oka­zać się nie­wdzięczny, i w dowód przy­wią­za­nia dla każ­dej z trzech dziew­cząt pozo­sta­wił im po tysiąc fun­tów.

Pan Dash­wood był zrazu sro­dze roz­cza­ro­wany; będąc jed­nak z natury pogod­nym opty­mi­stą, zakła­dał, że może pożyć jesz­cze wiele lat, zaś roz­ważne gospo­da­ro­wa­nie pozwoli mu z pew­no­ścią nie tylko pomno­żyć nie­małe dochody z majątku, ale i odło­żyć z nich znaczną kwotę. Jed­nak posia­dłość, którą objął po tak dłu­gim ocze­ki­wa­niu, pozo­stała w jego rękach zale­d­wie przez rok. Tylko o tyle prze­żył bowiem swego stryja, zaś wdo­wie i cór­kom pozo­sta­wił jedy­nie dzie­sięć tysięcy fun­tów, wli­cza­jąc w to ostat­nie zapisy.

Wie­dząc, że zostało mu nie­wiele życia, pan Dash­wood posłał po swego syna i zakli­nał go z całą mocą, na jaką było go stać w cho­ro­bie, by zadbał o inte­resy maco­chy i sióstr przy­rod­nich.

Pan John Dash­wood, choć mniej uczu­ciowy niż reszta rodziny, zda­wał się jed­nak poru­szony oko­licz­no­ściami i żar­li­wo­ścią tej prośby, przy­rzekł więc, że zrobi wszystko, co zdoła, aby zapew­nić krew­niacz­kom wygodne życie. Ojciec uspo­koił się, sły­sząc tę dekla­ra­cję, zaś pan John Dash­wood bez­zwłocz­nie jął roz­wa­żać, w jakim stop­niu jego dzia­ła­nia w tej spra­wie powi­nien ogra­ni­czyć zdrowy roz­są­dek.

Mło­dzie­niec ten nie miał złego cha­rak­teru - o ile można okre­ślić tak czło­wieka raczej oschłego i sku­pio­nego na sobie - sumien­ność i obo­wiąz­ko­wość zyskały mu powszechny sza­cu­nek. Być może, gdyby oże­nił się z kobietą o mil­szym cha­rak­te­rze, cie­szyłby się sza­cun­kiem tym więk­szym, a może i sam prze­ja­wiałby sym­pa­tycz­niej­sze cechy; zawarł bowiem mał­żeń­stwo jako czło­wiek bar­dzo młody i ogrom­nie zako­chany w swej wybrance. Pani Joh­nowa Dash­wood była jed­nak niczym kary­ka­tura swego męża, jesz­cze bar­dziej od niego samo­lubna i ogra­ni­czona.

Skła­da­jąc ojcu wia­domą obiet­nicę, w duchu obie­cał sobie, że powięk­szy mają­tek sióstr, ofia­ru­jąc każ­dej z nich po tysiąc fun­tów. Był prze­ko­nany, że stać go na taki gest. Per­spek­tywa powięk­sze­nia rocz­nego dochodu, jaki mu przy­padł po matce, o cztery tysiące fun­tów rocz­nie ogrzała mu serce i wzmo­gła jego szczo­drość. Tak, poda­ruje im trzy tysiące - to piękna i szczo­dra decy­zja! Dzięki tej kwo­cie będą żyły dostat­nio i wygod­nie. Trzy tysiące fun­tów! Mógł sobie pozwo­lić na wyda­nie takiej kwoty, nie odczu­wa­jąc tego zbyt­nio. Myślał o tym przez cały dzień, a potem przez wiele kolej­nych dni, i nie żało­wał pod­ję­tej decy­zji.

Zale­d­wie pogrzeb jej teścia dobiegł końca, pani Joh­nowa Dash­wood przy­była z dziec­kiem i służbą do majątku, nie uprze­dza­jąc teścio­wej. Nikt nie mógł zakwe­stio­no­wać jej prawa do przy­jazdu - dom nale­żał wszak do jej męża od chwili, gdy jego ojciec zszedł z tego świata. Jed­nak nie­de­li­kat­ność tego postępku, w dodatku wobec kogoś, kto zna­lazł się w tak trud­nej sytu­acji, byłaby nie­miła nawet oso­bie o prze­cięt­nej wraż­li­wo­ści. Tym­cza­sem star­sza pani Dash­wood była ogrom­nie czuła na punk­cie honoru i miała usposo­bienie tak roman­tyczne, że wszelką nie­uprzej­mość brała sobie głę­boko do serca. Rodzina ni­gdy nie prze­pa­dała za wybranką Johna, choć dotych­czas nie miała ona oka­zji dowieść, jak dalece potrafi zlek­ce­wa­żyć uczu­cia i wygodę innych, gdy jest jej to na rękę.

Star­sza pani Dash­wood odczuła to lek­ce­wa­że­nie tak bole­śnie, i powzięła do syno­wej tak ogromną nie­chęć, że była zde­cy­do­wana opu­ścić dom na stałe, i zro­bi­łaby to, gdyby nie per­swa­zja naj­star­szej z córek, która zdo­łała prze­ko­nać ją do zmiany decy­zji, jak i gorąca miłość do wszyst­kich trzech dziew­cząt, nie chciała bowiem nara­żać ich na ochło­dze­nie sto­sun­ków z bra­tem.

Naj­star­sza z nich - Ele­onora, któ­rej argu­menty oka­zały się tak prze­ko­nu­jące - choć zale­d­wie dzie­więt­na­sto­let­nia, była osóbką mądrą i powścią­gliwą w osą­dach, dzięki czemu nie­raz potra­fiła powstrzy­mać matkę przed pochop­nym dzia­ła­niem, które nie­wąt­pli­wie mia­łoby opła­kane skutki. Miała przy tym bar­dzo dobre serce, była ser­deczna i szczera w uczu­ciach, umiała jed­nak nad nimi pano­wać. Pod tym wzglę­dem jej matka mogła wiele się od niej nauczyć, zaś jedna z sióstr nie roko­wała nawet i takiej nadziei.

Pod wie­loma wzglę­dami Marian­nie nie bra­ko­wało cnót Ele­onory. Była roz­ważna i inte­li­gentna, dzia­łała jed­nak zbyt pochop­nie i nie znała umiaru w rado­ści ani w roz­pa­czy. Była szczo­dra, miła w obej­ściu, inte­re­su­jąca w roz­mo­wie; nie można też było z pew­no­ścią okre­ślić jej mia­nem nie­śmia­łej. Cecho­wało ją także ude­rza­jące podo­bień­stwo do matki.

Ele­onora myślała o nad­mier­nej egzal­ta­cji sio­stry z nie­po­ko­jem, panią Dash­wood napa­wała ona jed­nak rado­ścią i dumą. Teraz matka i Marianna wspól­nie pogrą­żyły się w gwał­tow­nej roz­pa­czy. Prze­jęte począt­kowo nie­prze­par­tym żalem, gdy przy­gasł, zaczęły pod­sy­cać go w sobie nawza­jem wciąż na nowo, bez końca. Odda­wały mu się cał­ko­wi­cie, szu­ka­jąc coraz to nowych powo­dów do smutku i znaj­du­jąc je w każ­dej, nawet naj­bar­dziej nie­win­nej uwa­dze, zde­cy­do­wane już ni­gdy nie pozwo­lić się pocie­szyć. Ele­onora rów­nież cier­piała głę­boko; nie zatra­cała jed­nak w bólu zdol­no­ści dzia­ła­nia. Potra­fiła zdo­być się na roz­mowę z bra­tem, powi­tała bra­tową po jej przy­jeź­dzie i trak­to­wała ją z nale­ży­tym sza­cun­kiem; zdo­łała także nakło­nić matkę do przy­ję­cia podob­nej postawy.

Trze­cia z sióstr, Mał­go­rzata, była pogod­nym i uprzej­mym dziew­czę­ciem; jed­nak roman­ty­zmu nie rów­no­wa­żył w jej przy­padku roz­są­dek wła­ściwy Marian­nie. Miała lat trzy­na­ście i nic nie wska­zy­wało na to, by miała dorów­nać sio­strom pod wzglę­dem przy­mio­tów cha­rak­teru, osią­gnąw­szy ich wiek.

Rozdział XIX

Edward spę­dził w domku tydzień. Pani Dash­wood nale­gała wpraw­dzie, by został dłu­żej, jed­nak on, jakby pchany potrzebą samo­umar­twia­nia, posta­no­wił naj­wy­raź­niej wyje­chać aku­rat wtedy, gdy radość z prze­by­wa­nia w oto­cze­niu przy­ja­ciół się­gnęła zenitu. W ciągu ostat­nich kilku dni jego nastrój, choć na­dal nie­równy, ogrom­nie się popra­wił - przy­wią­zał się do domu i jego oto­cze­nia, a o wyjeź­dzie mówił zawsze z wes­tchnie­niem. Twier­dził, że nie ma żad­nych pla­nów, a nawet wyra­żał wąt­pli­wość co do tego, gdzie powi­nien się udać, nie­mniej jed­nak uwa­żał, że wyje­chać musi. Ni­gdy jesz­cze tydzień nie upły­nął mu tak szybko - nie mógł wprost uwie­rzyć, że oto się koń­czy. Powta­rzał to wie­lo­krot­nie; z jego ust padały też inne stwier­dze­nia świad­czące o odmia­nie uczuć i sta­no­wiące cał­ko­wite zaprze­cze­nie dzia­łań. Nie lubił Nor­land, nie cier­piał Lon­dynu, musiał jed­nak poje­chać albo tu, albo tam. Doce­niał ogrom­nie życz­li­wość swych gospo­dyń i czer­pał wielką radość z prze­by­wa­nia z nimi. Musiał jed­nak wyje­chać z koń­cem tygo­dnia, wbrew ich życze­niom i wła­snym chę­ciom, choć nie ogra­ni­czały go żadne zobo­wią­za­nia.

Ele­onora przy­pi­sała oso­bli­wość jego postę­po­wa­nia wyma­ga­niom, jakie sta­wiała przed nim matka. Zara­zem cie­szyła się, że jej wie­dza na temat tej kobiety jest tak ogra­ni­czona, że może swo­bod­nie obar­czać ją odpo­wie­dzial­no­ścią za wszel­kie oso­bli­wo­ści w zacho­wa­niu syna. Roz­cza­ro­wana, znie­cier­pli­wiona, a nie­kiedy zagnie­wana jego nie­okre­ślo­nym sto­sun­kiem do niej samej, na ogół potra­fiła zdo­być się wobec niego na wyro­zu­mia­łość, którą w przy­padku Wil­lo­ughby'ego umiała w sobie odna­leźć wyłącz­nie dzięki namo­wom matki. Tłu­ma­czyła więc sobie jego przy­gnę­bie­nie, powścią­gli­wość i zmien­ność nastro­jów potrzebą zyska­nia nie­za­leż­no­ści, jak i fak­tem, że są mu lepiej znane zamy­sły pani Fer­rars, jak i jej uspo­so­bie­nie. Fakt, że przy­je­chał na tak krótko, i upór, z jakim zapla­no­wał wyjazd, musiały jej zda­niem rów­nież brać się z nie­unik­nio­nej koniecz­no­ści licze­nia się z matką.

Stary jak sam świat kon­flikt pomię­dzy obo­wiąz­kiem i chę­cią, rodzi­cem i dziec­kiem, był pra­przy­czyną wszyst­kiego. Wiele by dała, żeby móc dowie­dzieć się, kiedy trud­no­ści prze­miną, a opór ustąpi - kiedy pani Fer­rars zmieni się, a jej syn zyska prawo do szczę­ścia. Zamiast snuć próżne życze­nia, musiała szu­kać pocie­chy w odno­wio­nym zaufa­niu do uczuć, jakie żywił do niej Edward, wspo­mi­na­jąc każde spoj­rze­nie i słowo pod­czas jego pobytu w Bar­ton, które mogło dowo­dzić jego przy­wią­za­nia, a przede wszyst­kim - ten jeden dowód, który nie­ustan­nie nosił na palcu.

- Sądzę, Edwar­dzie - rze­kła pani Dash­wood, gdy ostat­niego ranka jedli razem śnia­da­nie - że był­byś szczę­śliw­szym czło­wie­kiem, mając zawód, któ­remu mógł­byś poświę­cić czas, a który nadałby zna­cze­nia twym pla­nom i dzia­ła­niom. Nie­wąt­pli­wie byłoby to jed­nak nie­zbyt wygodne dla two­ich przy­ja­ciół. Nie mógł­byś bowiem poświę­cać im tyle czasu jak dotych­czas. A jed­nak - dodała z uśmie­chem - twój los polep­szyłby się istot­nie przy­naj­mniej pod jed­nym wzglę­dem, a mia­no­wi­cie, opusz­cza­jąc przy­ja­ciół, wie­dział­byś, dokąd się udać.

- Zapew­niam panią - odparł - że myślę o tym od dawna i dosze­dłem do podob­nych wnio­sków. Praw­do­po­dob­nie moim nie­szczę­ściem jest i zawsze będzie fakt, że nie mam czym się zająć, nie mam zawodu, który pozwo­liłby mi zna­leźć zatrud­nie­nie i zdo­być coś na kształt nie­za­leż­no­ści. Nie­stety, moje wła­sne ocze­ki­wa­nia, jak i ocze­ki­wa­nia moich bli­skich spra­wiły, że jestem tym, czym jestem: próż­nia­czą, bez­bronną istotą. W kwe­stii mojego zawodu ni­gdy nie mogli­śmy dojść do poro­zu­mie­nia. Chcia­łem zostać duchow­nym i na­dal o tym myślę. To jed­nak zda­wało się nie dość dobre mojej rodzi­nie. Ocze­ki­wali, że wstą­pię do woj­ska. Byłby to dla mnie jed­nak sta­now­czo zbyt wielki wysi­łek. Prawo uznano za wła­ściwą pro­fe­sję dla dżen­tel­mena; wielu mło­dych ludzi, pro­wa­dzą­cych swoje kan­ce­la­rie w Tem­ple, dosko­nale się odnaj­duje w naj­wyż­szych krę­gach towa­rzy­skich i jeź­dzi po mie­ście wytwor­nymi gigami3. Mnie jed­nak prawo nie inte­re­so­wało, nawet na tym naj­bar­dziej pod­sta­wo­wym pozio­mie, który moja rodzina uznała za wła­ściwy. Jeśli cho­dzi o mary­narkę, ow­szem, to zawsze jest modne, byłem już jed­nak na to za stary, gdy pierw­szy raz zaczę­li­śmy roz­ma­wiać na ten temat. Osta­tecz­nie, uzna­jąc, że zdo­by­cie przeze mnie zawodu nie jest koniecz­no­ścią, mogę bowiem rów­nie dobrze nosić się szy­kow­nie i sza­stać pie­niędzmi, czy noszę mun­dur, czy ubiór cywila, stwier­dzono, że nie­rób­stwo będzie w moim wypadku wybo­rem naj­ko­rzyst­niej­szym; osiem­na­sto­la­tek zaś łatwo ulega namo­wom przy­ja­ciół nakła­nia­ją­cych go do próż­niac­twa. Zapi­sano mnie więc do Oks­fordu i od tam­tej pory próż­nuję jak należy.

- Jak mnie­mam, kon­se­kwen­cją tego stanu rze­czy - powie­działa pani Dash­wood - zwa­żyw­szy że próż­niac­two nie dało ci szczę­ścia, będzie wycho­wa­nie twych synów tak, aby mieli nie mniej zain­te­re­so­wań, zajęć zawo­dów i pro­fe­sji niż syno­wie Kolu­melli4.

- Wycho­wam ich tak - odparł z nagłą powagą - aby jak naj­mniej przy­po­mi­nali mnie samego. Pod wzglę­dem uczuć, spo­sobu dzia­ła­nia, kon­dy­cji, wszyst­kiego.

- Doprawdy, Edwar­dzie, prze­ma­wia przez cie­bie jedy­nie złe samo­po­czu­cie. Ogar­nęła cię melan­cho­lia i wyobra­żasz sobie, że każdy, kto jest od cie­bie inny, musi być szczę­śliw­szy. Pamię­taj jed­nak, że każdy prze­żywa od czasu do czasu ból roz­sta­nia z przy­ja­ciółmi, bez względu na swój stan i wykształ­ce­nie. Prze­ko­naj się sam, ile masz szczę­ścia. Nie brak ci niczego oprócz cier­pli­wo­ści, a żeby użyć bar­dziej fra­pu­ją­cego słowa, niczego prócz nadziei. Z cza­sem matka da ci nie­za­leż­ność, któ­rej tak pra­gniesz; to jej obo­wią­zek, który wypełni z rado­ścią, byś nie roz­trwo­nił swo­ich mło­dych lat na uża­la­niu się nad sobą. Czyż nie wytrzy­masz jesz­cze kilku mie­sięcy?

- Sądzę - odparł Edward - że i dłuż­szy czas nie wystar­czy, by spo­tkało mnie cokol­wiek dobrego.

Jego przy­gnę­bie­nie nie udzie­liło się pani Dash­wood, dziew­częta jed­nak odczuły je bole­śnie przy roz­sta­niu, które nastą­piło nie­ba­wem. Przede wszyst­kim pozo­sta­wiło ono ślad w uczu­ciach Ele­onory, która potrze­bo­wała czasu, by się uspo­koić. Była jed­nak zde­ter­mi­no­wana stłu­mić te emo­cje i nie pozwo­lić, by rodzina dostrze­gła, że cierpi bar­dziej od pozo­sta­łych w związku z odjaz­dem Edwarda. Nie ucie­kła się więc do metod zasto­so­wa­nych przy podob­nej oka­zji przez Mariannę, która potę­go­wała swe cier­pie­nie, szu­ka­jąc mil­cze­nia, samot­no­ści oraz bez­czyn­no­ści. Pod­jęte przez nie środki były tak odmienne jak ich cele, i w obu przy­pad­kach spraw­dziły się bez zarzutu.

Gdy tylko Edward wyje­chał, Ele­onora zasia­dła do swych szki­ców, znaj­du­jąc sobie zaję­cie na cały dzień; nie szu­kała ani też nie uni­kała oka­zji, by wypo­wie­dzieć jego imię, wyda­jąc się inte­re­so­wać tak samo jak zawsze roz­mową o ogól­nych spra­wach doty­czą­cych rodziny; jeśli w ten spo­sób nie zła­go­dziła smutku, który ją ogar­nął, to przy­naj­mniej nie­po­trzeb­nie go nie nasi­liła, zaś matka i sio­stry nie musiały się mar­twić jej sta­nem.

Marian­nie to zacho­wa­nie, tak dla niej oso­bliwe, wydało się godne potę­pie­nia w prze­ci­wień­stwie do jej wła­snych spo­so­bów prze­ży­wa­nia roz­pa­czy, które uwa­żała za jedy­nie słuszne. Łatwo wywnio­sko­wała, że tajem­nica leży w sile uczu­cia - jeśli ma ono potężną moc, nie spo­sób się zdo­być na opa­no­wa­nie, zaś przy afek­cie zale­d­wie let­nim nie jest to żadną sztuką. Nie można było zaprze­czyć, że uczu­cie jej sio­stry jest umiar­ko­wane, choć Marianna na samą myśl o tym oble­wała się rumień­cem wstydu; sama dowio­dła nato­miast siły swej miło­ści: na­dal kochała i sza­no­wała sio­strę, mimo że sama rzu­ciła na nią tak straszne oskar­że­nie.

Nie odci­na­jąc się od rodziny, nie ucie­ka­jąc z domu w poszu­ki­wa­niu samot­no­ści, nie spę­dza­jąc bez­sen­nych nocy, Ele­onora znaj­do­wała jed­nak co dnia czas na myśle­nie o Edwar­dzie i o jego zacho­wa­niu, które budziło w niej naj­roz­ma­it­sze uczu­cia w zależ­no­ści od stanu ducha, w jakim się aktu­al­nie znaj­do­wała - od czu­ło­ści poprzez współ­czu­cie, apro­batę, kry­tykę po zwąt­pie­nie. Wiele było takich chwil, gdy z powodu nie­obec­no­ści matki oraz sióstr albo też w wyniku ich zajęć roz­mowa z nimi była nie­moż­liwa, co dawało Ele­ono­rze moż­li­wość pogrą­że­nia się we wła­snych roz­wa­ża­niach. Jej myśl wędro­wała wów­czas swo­bod­nie, sku­pia­jąc się tylko na jed­nym zagad­nie­niu; myślała o prze­szło­ści i prze­szło­ści z nim zwią­za­nej, na nim jedy­nie kon­cen­tru­jąc uwagę, wspo­mnie­nia, reflek­sje i domy­sły.

Pew­nego ranka, gdy w takim wła­śnie sta­nie ducha sie­działa przy swym sto­liku do ryso­wa­nia, jej roz­wa­ża­nia prze­rwało przy­by­cie gości. Była aku­rat sama. Szczęk fur­teczki pro­wa­dzą­cej do ogródka skie­ro­wał jej wzrok ku oknu i zoba­czyła sporą gro­madę ludzi, zmie­rza­jącą ku drzwiom. Byli wśród nich sir John, lady Mid­dle­ton i pani Jen­nings, ale także jesz­cze dwie osoby - dżen­tel­men i dama, któ­rych Ele­onora nie znała. Sie­działa w pobliżu okna, a sir John, gdy ją zoba­czył, porzu­cił resztę towa­rzy­stwa, pozo­sta­wia­jąc innym cere­mo­niał zapu­ka­nia do drzwi. Prze­mie­rzył traw­nik, poka­zu­jąc, by otwo­rzyła okno, i roz­po­czął roz­mowę, nie bacząc, że z powodu nie­wiel­kiej odle­gło­ści pomię­dzy drzwiami i oknem wszystko, co powie, będzie sły­szalne dla pozo­sta­łych.

- Pro­szę bar­dzo - rzekł - przy­pro­wa­dzi­li­śmy oto dwoje nie­zna­jo­mych gości. Jakże ich panna znaj­du­jesz?

- Ciszej! Usły­szą pana.

- No i cóż z tego, jeśli usły­szą. To tylko Pal­me­ro­wie. Char­lotta jest bar­dzo piękna, powia­dam pan­nie. Zoba­czy ją panna zaraz, jeśli zer­k­nie w tę stronę.

Ele­onora wie­działa, że już za chwilę ujrzy panią Pal­mer, nie ucie­ka­jąc się do takich wybie­gów, wyma­wiała się więc od nich usil­nie.

- Gdzież to Marianna? Czyżby ucie­kła na nasz widok? Widzę, że jej instru­ment jest otwarty.

- Jak mi się zdaje, wyszła na prze­chadzkę.

Dołą­czyła do nich pani Jen­nings, która nie mogła ścier­pieć ocze­ki­wa­nia, aż drzwi się otwo­rzą i będzie mogła opo­wie­dzieć swoją histo­rię. Pode­szła do okna, by się przy­wi­tać.

- Jak się masz, moja droga? A jak się miewa pani Dash­wood? Gdzie podziały się twoje sio­stry? Coś takiego! Cał­kiem sama! Przyda ci się odro­bina towa­rzy­stwa. Przy­pro­wa­dzi­łam do cie­bie mego dru­giego zię­cia i córkę. Przy­je­chali tak nagle! Zeszłego wie­czoru usły­sza­łam tur­kot powozu aku­rat, gdy pili­śmy her­batę, nie przy­szło mi jed­nak do głowy, że to mogą być oni. Pomy­śla­łam, że ani chybi wró­cił puł­kow­nik Bran­don; rze­kłam więc do sir Johna, że wydaje mi się, że sły­szę powóz; może to puł­kow­nik Bran­don powró­cił...

Ele­onora musiała odwró­cić się od niej aku­rat w poło­wie tej histo­rii, by powi­tać resztę towa­rzy­stwa; lady Mid­dle­ton przed­sta­wiła jej dwójkę nie­zna­jo­mych. Pani Dash­wood i Mał­go­rzata zeszły na dół aku­rat w tej samej chwili, po czym wszy­scy usie­dli, by przyj­rzeć się sobie nawza­jem, pod­czas gdy pani Jen­nings kon­ty­nu­owała opo­wieść, idąc przez kory­tarz do salonu w towa­rzy­stwie sir Johna.

Pani Pal­mer była kilka lat młod­sza od lady Mid­dle­ton i była zupeł­nie do niej nie­po­dobna. Niska i pulchna, miała śliczną twarz, na któ­rej malo­wał się wyraz sym­pa­tycz­nej dobro­dusz­no­ści. Nie miała z pew­no­ścią tak dobrych manier jak jej sio­stra, jej spo­sób bycia był jed­nak dużo bar­dziej ujmu­jący. Weszła do domu z uśmie­chem, który pozo­stał na jej twa­rzy przez cały czas wizyty; uśmie­chała się także, odcho­dząc. Jej mąż był ponu­rym mło­dzień­cem dwu­dzie­sto­pię­cio- lub sze­ścio­let­nim, który robił wra­że­nie o wiele bar­dziej świa­to­wego i sta­tecz­nego od żony, lecz przy tym mniej zado­wo­lo­nego z życia i naj­wy­raź­niej nie­dba­ją­cego o to, by zado­wa­lać innych. Wszedł do pokoju z wynio­słą miną, ukło­nił się lekko damom, nie mówiąc przy tym ani jed­nego słowa, a oce­niw­szy spoj­rze­niem zarówno gospo­dy­nię, jak i wnę­trze, wziął ze sto­lika gazetę i zagłę­bił się w lek­tu­rze, by pozo­stać przy tym zaję­ciu aż do końca wizyty.

Pani Pal­mer nato­miast, któ­rej natura nie poską­piła grzecz­nego i uprzej­mego dla innych uspo­so­bie­nia, zale­d­wie usiadł­szy, zaczęła zachwy­cać się gło­śno salo­ni­kiem, jak i całym oto­cze­niem.

- Ach! Jaki prze­śliczny pokój! Ni­gdy nie widzia­łam nic bar­dziej uro­czego. Pomy­śleć tylko, mamo, ile tu się zmie­niło od czasu mojej ostat­niej byt­no­ści tutaj! To miej­sce zawsze miało dla mnie wielki urok, droga pani - zwró­ciła się do pani Dash­wood - pani jed­nak uczy­niła je wprost wyjąt­ko­wym! Spójrz tylko, sio­stro, jakie to piękne! Ach, jakże chcia­ła­bym mieć taki domek! Co na to powiesz, mężu?

Pan Pal­mer nie odpo­wie­dział ani nie pod­niósł wzroku znad gazety.

- On mnie nie sły­szy. - Roze­śmiała się. - On mnie cza­sami w ogóle nie sły­szy! To takie zabawne!

Dla pani Dash­wood była to cał­kiem nowa kon­cep­cja; nie przy­wy­kła upa­try­wać źró­dła ucie­chy w cudzej obo­jęt­no­ści, nie powstrzy­mała się zatem od zdzi­wio­nego spoj­rze­nia.

Pani Jen­nings tym­cza­sem mówiła jak naj­gło­śniej, opo­wia­da­jąc o nie­spo­dziance, jaką prze­żyła na widok gości poprzed­niego wie­czora, i nie prze­rwała ani na chwilę, dopóki nie opo­wie­działa tej histo­rii w cało­ści. Pani Pal­mer zaśmie­wała się z całego serca, wspo­mi­na­jąc ich zasko­cze­nie, i wszy­scy zgo­dzili się, dwu- lub nawet trzy­krot­nie, że była to istot­nie nad­zwy­czaj przy­jemna nie­spo­dzianka.

- Byli­śmy doprawdy bar­dzo radzi, wierz mi - dodała pani Jen­nings, zwra­ca­jąc się do Ele­onory przy­ci­szo­nym gło­sem, jak gdyby nie chcąc, by usły­szał ją kto­kol­wiek inny, choć sie­działy po prze­ciw­nych stro­nach pokoju. - Wola­ła­bym jed­nak, żeby nie podró­żo­wali tak szybko i żeby nie jechali tak długo, okrężną drogą, przez Lon­dyn, w jakichś inte­re­sach, bo wiesz - tu ski­nęła głową, wska­zu­jąc na córkę - w jej sta­nie to naprawdę nie­wska­zane. Chcia­łam, żeby została dziś rano w domu i odpo­częła tro­chę, ale uparła się przyjść razem z nami. Tak bar­dzo chciała was poznać!

Pani Pal­mer roze­śmiała się, zapew­nia­jąc, że nic jej się nie sta­nie.

- Ocze­kuje roz­wią­za­nia w lutym - cią­gnęła pani Jen­nings.

Lady Mid­dle­ton, nie mogąc dłu­żej znieść roz­mowy na temat tak deli­katny, spy­tała pana Pal­mera, czy zna­lazł w gaze­cie jakieś cie­kawe wie­ści.

- Nie, zupeł­nie żad­nych - odparł i znów zagłę­bił się w lek­tu­rze.

- Oto idzie Marianna! - zawo­łał sir John. - No, Pal­mer, prze­ko­nasz się zaraz, jaka z niej ślicz­notka.

Natych­miast wybiegł z salonu, otwo­rzył drzwi wej­ściowe i wpro­wa­dził Mariannę do środka. Gdy tylko weszła, pani Jen­nings spy­tała, czy była może w Allen­ham; pani Pal­mer wybuch­nęła wów­czas tak grom­kim śmie­chem, jakby rozu­miała, o co cho­dzi. Pan Pal­mer spoj­rzał na wcho­dzącą, przy­glą­dał jej się przez chwilę, a potem znów zajął się gazetą. Wzrok pani Pal­mer przy­cią­gnęły rysunki wiszące na ścia­nach pokoju. Wstała, by je obej­rzeć.

- Mój Boże, jakie to śliczne! Wprost prze­piękne! Ależ spójrz, mamo, są dosko­nałe! Doprawdy są uro­cze; mogła­bym je podzi­wiać bez końca. - Po chwili zaś usia­dła, zapo­mi­na­jąc natych­miast o rysun­kach.

Gdy lady Mid­dle­ton wstała, by się poże­gnać, pan Pal­mer także się pod­niósł, odło­żył gazetę, prze­cią­gnął się i rozej­rzał dokoła.

- Mój drogi, czyż­byś zasnął? - spy­tała, śmie­jąc się, jego żona.

Nie odpo­wie­dział; po chwili zauwa­żył jedy­nie, obrzu­ciw­szy po raz kolejny salon bacz­nym spoj­rze­niem, że jest bar­dzo niski, a sufit jest popę­kany. Następ­nie skło­nił się i odszedł za pozo­sta­łymi.

Sir John nale­gał bar­dzo, aby wszy­scy razem spę­dzili kolejny dzień w Bar­ton Park. Pani Dash­wood, która nie lubiła gościć u Mid­dle­to­nów na obie­dzie czę­ściej, niż oni bywali u niej, odmó­wiła we wła­snym imie­niu, zazna­cza­jąc przy tym, że pozo­sta­wia cór­kom decy­zję. Nie miały one jed­nak ochoty towa­rzy­szyć pań­stwu Pal­mer przy obie­dzie ani też nie spo­dzie­wały się po tej wizy­cie żad­nych innych przy­jem­no­ści. Pró­bo­wały więc także wymó­wić się argu­men­tem, że pogoda jest nie­pewna i należy spo­dzie­wać się desz­czu. Sir John nie ustą­pił jed­nak - obie­cał, że przy­śle po nie powóz, a zatem muszą przy­być. Także lady Mid­dle­ton, choć nie naci­skała na matkę, usil­nie wywie­rała nacisk na córki. Pani Jen­nings i pani Pal­mer także dołą­czyły do tych nale­gań, co spra­wiało wra­że­nie, że wszy­scy chcą unik­nąć spo­ży­wa­nia obiadu wyłącz­nie w rodzin­nym gro­nie; panny nie miały zatem innego wyj­ścia, jak ulec.

- Dla­czego nas zapra­szają? - zasta­na­wiała się Marianna po ich wyj­ściu. - Czynsz za ten domek wydaje się nie­wielki; wyna­jęto go nam jed­nak na doprawdy twar­dych warun­kach, skoro musimy jadać obiady w Bar­ton Park zawsze, gdy do nich ktoś przy­je­dzie lub kiedy my mamy gości.

- Chcą po pro­stu być dla nas mili i uprzejmi - stwier­dziła Ele­onora - dla­tego nas tak czę­sto zapra­szają. Jeśli przy­ję­cia we dwo­rze stały się dla nas nudne i mono­tonne, to nie w nich zaszła odmiana. Przy­czyny musimy szu­kać gdzie indziej.

Rozdział XX

Gdy następ­nego dnia panny Dash­wood weszły do bawialni w Bar­ton Park, pani Pal­mer wbie­gła natych­miast dru­gimi drzwiami, try­ska­jąc nie­odmien­nie dosko­na­łym humo­rem. Z ogromną czu­ło­ścią chwy­ciła je za ręce, wyra­ża­jąc wielką radość z ponow­nego spo­tka­nia.

- Tak bar­dzo się cie­szę, że was widzę! - rze­kła, sia­da­jąc pomię­dzy Ele­onorą i Marianną. - Dzień jest tak brzydki, że oba­wia­łam się, że nie przy­je­dzie­cie, co byłoby okropne, zwa­żyw­szy że już jutro wyjeż­dżamy. Musimy jechać, bowiem za tydzień mają nas odwie­dzić Westo­no­wie. Zde­cy­do­wa­li­śmy się zresztą na przy­jazd dość nagle; ja sama dowie­dzia­łam się o tym, gdy powóz stał już pod drzwiami, a pan Pal­mer spy­tał, czy pojadę z nim do Bar­ton. On jest taki zabawny! Ni­gdy mi niczego nie mówi! Żałuję, że nie możemy zostać dłu­żej, choć mam nadzieję zoba­czyć was nie­ba­wem w Lon­dy­nie.

Panny były zmu­szone roz­wiać jej złu­dze­nia w tym wzglę­dzie.

- Nie wybie­ra­cie się do Lon­dynu! - wykrzyk­nęła pani Pal­mer ze śmie­chem. - Doprawdy będę roz­cza­ro­wana, jeśli okaże się to prawdą. Mogła­bym wyna­jąć wam prze­miły domek tuż obok nas, na Hano­ver Squ­are. Doprawdy, musi­cie przy­je­chać. Będzie mi ogrom­nie miło zaopie­ko­wać się wami w mie­ście aż do czasu mego roz­wią­za­nia, jeśli pani Dash­wood nie lubi poka­zy­wać się publicz­nie.

Podzię­ko­wały jej, musiały jed­nak odmó­wić przy­ję­cia tej miłej pro­po­zy­cji.

- Mój naj­droż­szy! - zawo­łała pani Pal­mer do męża, który wła­śnie wszedł do bawialni. - Musisz pomóc mi namó­wić panny Dash­wood na przy­jazd do Lon­dynu jesz­cze tej zimy.

Jej naj­droż­szy nie odpo­wie­dział na to ani sło­wem, zaś skło­niw­szy się damom, jął narze­kać na pogodę.

- Potworne! - powie­dział. - Taka pogoda spra­wia, że wszystko i wszy­scy budzą naj­głęb­szy nie­smak. Deszcz rodzi nudę i w domu, i poza nim. Spra­wia, że czło­wiek zaczyna darzyć nie­na­wi­ścią swych naj­bliż­szych. Dla­czego, u licha, sir John nie urzą­dził tu pokoju bilar­do­wego? Jakże nie­wielu ludzi doce­nia praw­dziwe przy­jem­no­ści! Sir John jest tak samo zwa­rio­wany jak ta pogoda.

Nie­ba­wem nade­szła także reszta towa­rzy­stwa.

- Oba­wiam się, panno Marianno - powie­dział sir John - że nie zdoła pani dziś odbyć swej zwy­kłej prze­chadzki do Allen­ham.

Marianna mil­czała z ponurą miną.

- Och, pro­szę nie kryć się przed nami! - zawo­łała pani Pal­mer. - O wszyst­kim już wiemy, zapew­niam panią; doce­niam ogrom­nie pani gust, uwa­żam, że dżen­tel­men, o któ­rym mowa, jest nie­zwy­kle przy­stojny. Nasze domy na wsi są poło­żone dość bli­sko sie­bie. Nie­wiele ponad dzie­sięć mil.

- Raczej trzy­dzie­ści - wtrą­cił jej mąż.

- Ach! Co za róż­nica. Nie mia­łam przy­jem­no­ści gościć u niego, sły­sza­łam jed­nak, że jego dom jest bar­dzo przy­jemny.

- Naj­gor­sza dziura, jaką widzia­łem w życiu - mruk­nął pan Pal­mer.

Marianna zacho­wała nie­złomne mil­cze­nie, choć wyraz jej twa­rzy zdra­dzał zain­te­re­so­wa­nie pro­wa­dzoną roz­mową.

- A więc jest brzydki? - zdzi­wiła się pani Pal­mer. - W takim razie musia­łam sły­szeć o jakimś innym miej­scu, które jest ładne.

Gdy usie­dli w jadalni, sir John zauwa­żył z żalem, że jest ich zale­d­wie ośmioro.

- Moja droga - zwró­cił się do żony - to okropne, że jest nas tak mało. Dla­czego nie zapro­si­łaś na dziś do nas Gil­ber­tów?

- Czy nie mówi­łam ci, mój mężu, gdy mnie o to pyta­łeś, że to nie­moż­liwe? Ostat­nio to oni gościli u nas.

- Ty i ja, mój zię­ciu - wtrą­ciła pani Jen­nings - nie zwra­ca­li­by­śmy uwagi na takie dro­bia­zgi, prawda?

- Dali­by­ście zatem dowód złego wycho­wa­nia - stwier­dził pan Pal­mer.

- Naj­droż­szy, nie­ustan­nie się wszyst­kim sprze­ci­wiasz - powie­działa jego żona, jak zawsze ze śmie­chem. - Czyż­byś nie wie­dział, że to nie­uprzejme?

- Nie wydaje mi się, żebym sprze­ci­wiał się komu­kol­wiek, nazy­wa­jąc twoją matkę osobą źle wycho­waną.

- Ach, możesz mnie obra­żać, ile chcesz - odpa­ro­wała dobro­dusz­nie star­sza dama. - Wzią­łeś ode mnie Char­lottę i nie możesz jej już zwró­cić. Widzisz więc sam, kto ma nad kim prze­wagę.

Char­lotta zaśmie­wała się do łez na myśl, że mąż nie może się jej pozbyć; po chwili zaś oświad­czyła rado­śnie, że nie przej­muje się jego gru­biań­stwem, albo­wiem tak czy siak, muszą miesz­kać pod jed­nym dachem. Nie ist­niała chyba na świe­cie osoba bar­dziej od niej dobro­duszna lub bar­dziej zde­ter­mi­no­wana, by osią­gnąć stan szczę­ścia. Wystu­dio­wana obo­jęt­ność, imper­ty­nen­cja i wieczne nie­za­do­wo­le­nie męża nie robiły na niej wra­że­nia, a gdy ją łajał lub znie­wa­żał, trak­to­wała to jak dosko­nały żart.

- Mój mąż jest taki zabawny! - zwró­ciła się szep­tem do Ele­onory. - Zawsze w złym humo­rze.

Krótka obser­wa­cja wystar­czyła, by Ele­onora uznała, że pan Pal­mer nie jest ani tak zrzę­dliwy, ani tak źle wycho­wany, za jakiego stara się naj­wy­raź­niej ucho­dzić. Być może jego zgryź­li­wość zwią­zana była z odkry­ciem typo­wym dla przed­sta­wi­cieli jego płci, że doko­nu­jąc wyboru jedy­nie przez pry­zmat urody, zwią­zał się z kobietą nie­zwy­kle głu­pią - wie­działa jed­nak, że tego rodzaju pomyłki zda­rzają się zbyt czę­sto, aby męż­czy­zna nie­po­zba­wiony roz­sądku mógł się z tego powodu zadrę­czać w nie­skoń­czo­ność. Chciał się raczej wyróż­nić, jak jej się zda­wało, trak­tu­jąc wszyst­kich tak samo nie­uprzej­mie i z pogardą. Kryła się za tym chęć oka­za­nia innym wyż­szo­ści. Motyw ten był zbyt pospo­lity, by budzić zdzi­wie­nie, lecz środki, jakie sto­so­wał, mogły wpraw­dzie zapew­nić mu pierw­szeń­stwo wśród ludzi nie­okrze­sa­nych, nie miały nato­miast szans obu­dze­nia życz­li­wo­ści w kim­kol­wiek poza jego wła­sną żoną.

- Moja droga panno Dash­wood - ode­zwała się pani Pal­mer po chwili - mam do pani oraz do pani sio­stry wprost ogromną prośbę... Czy zechcia­łyby panie przy­je­chać do Cle­ve­land w Boże Naro­dze­nie? Bar­dzo pro­szę, przy­jedź­cie, naj­le­piej wów­czas, gdy będą u nas Westo­no­wie. Nie wyobraża pani sobie nawet, jaką spra­wi­łaby mi tym radość! Byłoby doprawdy wspa­niale! Naj­droż­szy - zwró­ciła się do męża - czy nie pra­gnął­byś, aby panny Dash­wood przy­je­chały do Cle­ve­land?

- Z pew­no­ścią - odparł, par­ska­jąc szy­der­czo - tylko po to przy­je­cha­łem do Devon, by je zapro­sić.

- Widzi pani - powie­działa jego żona - pan Pal­mer spo­dziewa się, że przy­je­dzie­cie; nie może­cie więc mi odmó­wić.

Obie jed­nak sta­now­czo i zde­cy­do­wa­nie odrzu­ciły zapro­sze­nie.

- Ależ musi­cie i przy­je­dzie­cie. Jestem pewna, że będzie­cie zachwy­cone. Będą u nas Westo­no­wie i spę­dzimy czas naprawdę przy­jem­nie. Nie wyobra­ża­cie sobie nawet, jak cudowne jest Cle­ve­land; teraz zresztą zapa­no­wało istne sza­leń­stwo, ponie­waż mój mąż cią­gle jeź­dzi po oko­licy, zabie­ga­jąc o głosy wybor­ców; gościmy więc u sie­bie mnó­stwo nie­zna­jo­mych ludzi, to coś wspa­nia­łego! Tylko on, bie­da­czek, okrop­nie się męczy! Jest bowiem zmu­szony zabie­gać, by wszy­scy go polu­bili.

Ele­onora z tru­dem pano­wała nad twa­rzą, zga­dza­jąc się, że istot­nie musi to być bar­dzo męczące.

- Ależ będzie świet­nie, kiedy dosta­nie się do par­la­mentu! - cią­gnęła Char­lotta. - Czyż nie? Ależ ja się uśmieję! Jak zabaw­nie będzie czy­tać na koper­tach adre­so­wa­nych do niego "Poseł do par­la­mentu"! Wyobraź­cie sobie jed­nak, że on twier­dzi, że nie będzie fran­ko­wał moich listów!5 Utrzy­muje, że tego nie zrobi. Prawda, mój drogi?

Pan Pal­mer nie zwró­cił na nią uwagi.

- Nie znosi pisać - cią­gnęła - mówi, że to wście­kle nudne.

- Nie­prawda - wypa­lił mąż - ni­gdy nie wyga­dy­wa­łem takich bredni. Prze­stań obar­czać mnie winą za wszyst­kie swoje lap­susy języ­kowe.

- No już; widzi­cie, jaki on zabawny. Z nim tak zawsze! Cza­sami nie odzywa się do mnie przez pół dnia, a potem wyska­kuje z jakimś dow­ci­pem, nie­ważne na jaki temat.

Gdy wra­cały do bawialni, pani Pal­mer zasko­czyła Ele­onorę pyta­niem, czy pan Pal­mer wzbu­dził w niej wielką sym­pa­tię.

- Oczy­wi­ście - odparła Ele­onora - wydaje się nie­zwy­kle miłym czło­wie­kiem.

- Ach tak, w takim razie cie­szę się ogrom­nie. Mia­łam nadzieję, że przy­pad­nie­cie sobie do gustu, jest prze­cież taki zabawny! Pan Pal­mer także bar­dzo polu­bił panią oraz pani sio­stry. Nie wyobraża sobie pani nawet, jak bar­dzo będzie roz­cza­ro­wany, jeśli nie przy­je­dzie­cie do Cle­ve­land. Nie mam zresztą poję­cia, dla­czego mia­ły­by­ście tego nie zro­bić.

Ele­onora ponow­nie była zmu­szona odrzu­cić zapro­sze­nie, po czym zmie­niła temat w nadziei, że unik­nie dal­szych nale­gań. Zda­wało jej się praw­do­po­dobne, że skoro miesz­kają w tym samym hrab­stwie, pani Pal­mer mogłaby powie­dzieć jej wię­cej na temat Wil­lo­ughby'ego niż Mid­dle­to­no­wie, któ­rzy znali go tylko powierz­chow­nie. Była gotowa zasię­gać infor­ma­cji z każ­dego źró­dła, chcąc upew­nić się o szla­chet­no­ści jego cha­rak­teru i zła­go­dzić nieco swój lęk o Mariannę. Na począ­tek spy­tała, czy pań­stwo Pal­mer czę­sto widują się z panem Wil­lo­ughbym w Cle­ve­land i czy utrzy­mują z nim bliż­szą zna­jo­mość.

- O tak, moja droga, znam go dosko­nale - odparła pani Pal­mer. - Co prawda, ni­gdy z nim nie roz­ma­wia­łam, widuję go jed­nak od lat w Lon­dy­nie. Tak się jakoś zło­żyło, że ni­gdy nie byłam w Bar­ton w cza­sie, gdy on prze­by­wał w Allen­ham. Mama widziała go tu wcze­śniej jeden raz, ja jed­nak byłam wów­czas z wujem w Wey­mo­uth. Zapewne spo­ty­ka­li­by­śmy go czę­sto w Somer­set, gdyby nie nie­szczę­śliwy zbieg oko­licz­no­ści. Tak się bowiem zło­żyło, że ni­gdy nie byli­śmy na wsi w tym samym cza­sie. Wydaje mi się, że on bar­dzo rzadko bywa w Combe; gdyby jed­nak nawet bywał tam czę­ściej, pan Pal­mer z pew­no­ścią by go nie odwie­dził, ponie­waż on jest w opo­zy­cji, a przy tym to tak daleko od nas. Wiem dosko­nale, dla­czego pyta pani o niego; pani sio­stra ma wyjść za niego za mąż. Okrop­nie się z tego cie­szę, bo dzięki temu zosta­nie moją sąsiadką.

- Doprawdy - odparła Ele­onora - wie pani na ten temat dużo wię­cej ode mnie, jeśli ma pani pod­stawy przy­pusz­czać, że zwią­zek taki zosta­nie zawarty.

- Pro­szę nie zaprze­czać, wie pani prze­cież, że wszy­scy o tym mówią. Zapew­niam panią, że sły­sza­łam o tym, kiedy byli­śmy prze­jaz­dem w Lon­dy­nie.

- Droga pani!

- Ależ naprawdę tak było. W ponie­dzia­łek rano spo­tka­łam puł­kow­nika Bran­dona na Bond Street, tuż przed naszym wyjaz­dem, i on sam mi o tym powie­dział.

- Doprawdy zasko­czyła mnie pani. Puł­kow­nik Bran­don powie­dział pani o tym! Z pew­no­ścią musi pani się mylić. Prze­ka­zać taką wia­do­mość oso­bie, która wszak nie może być nią zain­te­re­so­wana, nawet gdyby to była prawda... cze­goś takiego nie spo­dzie­wa­ła­bym się po puł­kow­niku Bran­donie.

- Ależ zapew­niam panią, że tak wła­śnie było, i zaraz opo­wiem pani o tym ze szcze­gó­łami. Kiedy się spo­tka­li­śmy, zawró­cił, by pójść z nami; zaczę­li­śmy roz­ma­wiać o moim bra­cie i sio­strze, o tym i tam­tym, aż wresz­cie rze­kłam mu: "Sły­sza­łam, puł­kow­niku, że do Bar­ton Cot­tage wpro­wa­dziła się nowa rodzina; wiem od mamy, że zamiesz­kały tam bar­dzo ładne panny, a jedna z nich ma zostać żoną pana Wil­lo­ughby'ego z Combe Magna. Czy to prawda? Z pew­no­ścią pan wie, skoro był pan w hrab­stwie Devon tak nie­dawno".

- I co odpo­wie­dział puł­kow­nik?

- No cóż... nie powie­dział wiele; wyglą­dał jed­nak, jakby wie­dział, że to prawda, uzna­łam więc, że tak jest z pew­no­ścią. Ależ to będzie wspa­niale! Kiedy ślub?

- Mam nadzieję, że puł­kow­nik Bran­don czuje się dobrze?

- O tak! Nie mógł się pani nachwa­lić, mówił o pani same miłe rze­czy.

- Pochle­bia mi pani. To doprawdy wyjąt­kowy czło­wiek; uwa­żam go także za nie­zwy­kle miłego.

- Ja rów­nież. Jest uro­czy, taka szkoda, że przy tym jest tak ponury i nudny. Mama mówiła mi, że on także zako­chał się w pani sio­strze, a zapew­niam panią, że to wielki kom­ple­ment, ponie­waż nie traci łatwo głowy dla płci pięk­nej.

- Czy pan Wil­lo­ughby jest dobrze znany w tej czę­ści Somer­set, gdzie pań­stwo miesz­ka­cie? - spy­tała Ele­onora.

- O tak! I to bar­dzo dobrze. To zna­czy, wydaje mi się, że nie­wiele osób utrzy­muje z nim sto­sunki, bo Combe Magna leży na takim odlu­dziu; wszy­scy jed­nak uwa­żają go za nie­zwy­kle sym­pa­tycz­nego, zapew­niam panią. Gdzie­kol­wiek pan Wil­lo­ughby się pojawi, zyskuje powszechną sym­pa­tię, i może pani to powie­dzieć swo­jej sio­strze. Ma doprawdy ogromne szczę­ście, że go dostała; oczy­wi­ście, on rów­nież ma szczę­ście, zysku­jąc taką par­tię, zwa­żyw­szy, jaka jest uro­dziwa i miła; nic nie byłoby dla niej za dobre. Jed­nak nie wydaje mi się, aby była ład­niej­sza od pani, zapew­niam; sądzę, że obie jeste­ście nie­zwy­kle wprost ładne, a mój mąż jest tego samego zda­nia, choć nie udało nam się skło­nić go wczo­raj, by to przy­znał.

Ele­onora nie dowie­działa się od pani Pal­mer zbyt wiele na temat Wil­lo­ughby'ego, jed­nak każde świa­dec­two na jego korzyść, choćby naj­drob­niej­sze, spra­wiało jej przy­jem­ność.

- Tak się cie­szę, żeśmy się wresz­cie poznały - cią­gnęła Char­lotta. - I mam nadzieję, że pozo­sta­niemy wiel­kimi przy­ja­ciół­kami. Nie wyobraża pani sobie, jak bar­dzo chcia­łam zawrzeć tę zna­jo­mość! To wprost wspa­niale, że zamiesz­ka­ły­ście w tym małym domku. Doprawdy sprawy nie mogły uło­żyć się lepiej! I tak się cie­szę, że sio­stra pani wycho­dzi wkrótce za mąż! Z pew­no­ścią będzie pani czę­sto bywać w Combe Magna. Wszy­scy twier­dzą, że jest tam cudow­nie.

- Puł­kow­nik Bran­don jest pani zna­jo­mym od dawna, czyż nie?

- Tak, od wielu lat; od czasu, gdy moja sio­stra wyszła za mąż. Przy­jaźni się ogrom­nie z sir Joh­nem... Wydaje mi się - dodała ciszej - że z przy­jem­no­ścią oświad­czyłby mi się, gdyby tylko mógł. Sir John i lady Mid­dle­ton bar­dzo sobie tego życzyli. Mama uznała jed­nak, że nie jest dla mnie dość dobrą par­tią; w prze­ciw­nym razie sir John omó­wiłby to z puł­kow­ni­kiem i pobra­li­by­śmy się natych­miast.

- Czy puł­kow­nik Bran­don wie­dział, że sir John zło­żył pani matce taką pro­po­zy­cję? Czy wcze­śniej wyznał pani swe uczu­cia?

- Ależ skąd; gdyby jed­nak mama się temu nie sprze­ci­wiła, jestem pewna, że wła­śnie tak by postą­pił. Widział mnie wcze­śniej zale­d­wie dwa razy, było to bowiem zanim jesz­cze skoń­czy­łam szkołę. Cie­szę się jed­nak bar­dzo, że wszystko uło­żyło się ina­czej. Pan Pal­mer to męż­czy­zna w sam raz dla mnie.

Rozdział XXI

Pań­stwo Pal­me­ro­wie wró­cili do Cle­ve­land następ­nego dnia, a obie rodziny w Bar­ton pozo­stały zdane, jak dotych­czas, wyłącz­nie na wła­sne towa­rzy­stwo. Taki stan rze­czy nie potrwał jed­nak długo. Gdy tylko Ele­onora prze­stała roz­my­ślać o ostat­nich gościach - zasta­na­wiać się, jak to moż­liwe, że Char­lotta jest tak szczę­śliwa, nie mając po temu żad­nego powodu, i dla­czego pan Pal­mer zacho­wuje się tak nie­okrze­sa­nie, a także, jak to się dzieje, że na świe­cie jest tyle nie­do­bra­nych mał­żeństw - gdy sir John i pani Jen­nings, nie­usta­jący w wysił­kach pod­trzy­my­wa­nia życia towa­rzy­skiego, dostar­czyli jej nowych zna­jo­mo­ści, a co za tym idzie, tema­tów do roz­my­ślań i obser­wa­cji.

W trak­cie poran­nej wycieczki do Exe­ter spo­tkali dwie panie, które ku zado­wo­le­niu pani Jen­nings oka­zały się jej krew­niacz­kami; to wystar­czyło, by sir John zapro­sił je do Bar­ton Park, gdy tylko wypeł­nią zobo­wią­za­nia towa­rzy­skie w Exe­ter. W obli­czu takiego zapro­sze­nia panie zlek­ce­wa­żyły natych­miast zobo­wią­za­nia w Exe­ter, zaś lady Mid­dle­ton została posta­wiona w stan alarmu, gdy sir John wró­cił do domu z wie­ścią, że nie­ba­wem Bar­ton Park odwie­dzi dwójka nie­zna­nych jej dziew­cząt, po któ­rych nie mogła spo­dzie­wać się ele­gan­cji, a choćby i śladu dobrych manier, nie pole­gała bowiem w tej mie­rze w naj­mniej­szym stop­niu na opi­niach swego męża oraz matki. Fakt, że były one krew­niacz­kami, pogar­szał tylko sprawę, a wysiłki pani Jen­nings, by pocie­szyć córkę, speł­zły na niczym, ponie­waż dobrała argu­menty dosyć nie­szczę­śli­wie, twier­dząc, że nie ma co wysi­lać się na wiel­kie fumy, skoro są kuzyn­kami i muszą, tak czy ina­czej, żyć ze sobą dobrze. Ponie­waż jed­nak przy­jazdu dziew­cząt nie można już było odwo­łać, lady Mid­dle­ton pogo­dziła się z losem w spo­sób iście filo­zo­ficzny, jak przy­stało na kobietę dobrze wycho­waną, ogra­ni­cza­jąc się jedy­nie do udzie­la­nia mężowi deli­kat­nych repry­mend na ten temat około pię­ciu do sze­ściu razy dzien­nie.

Młode damy przy­je­chały wresz­cie; w ich wyglą­dzie nie można było dopa­trzeć się braku gustu ani ele­gan­cji. Ubrane były bar­dzo mod­nie, ich maniery oka­zały się dobre, dom ogrom­nie im się spodo­bał; zachwy­cały się także meblami, a przy tym oka­zało się, że uwiel­biają dzieci do tego stop­nia, że opi­nia lady Mid­dle­ton prze­chy­liła się na ich korzyść, nim zdą­żyły spę­dzić w Bar­ton Park choćby godzinę. Uznała je za prze­miłe dziew­częta, co w ustach tej damy sta­no­wiło nie lada kom­ple­ment. Prze­ko­na­nie sir Johna o słusz­no­ści jego wła­snych opi­nii wzro­sło, gdy usły­szał tę pochwałę, wyru­szył więc pro­sto do małego domku, by opo­wie­dzieć pan­nom Dash­wood o przy­jeź­dzie panien Ste­ele i zapew­nić je, że to naj­słod­sze dziew­częta na świe­cie. Z tego zapew­nie­nia wyni­kało jed­nak nie­wiele; Ele­onora wie­działa bowiem dobrze, że "naj­słod­sze dziew­częta na świe­cie" można spo­tkać nie­mal w każ­dej czę­ści Anglii i że mie­wają one naj­róż­niej­sze figury, twa­rze, tem­pe­ra­menty i cechy umy­słu. Sir John chciał, by cała rodzina poszła zaraz do Bar­ton Park, zoba­czyć jego gości. Jakiż był z niego szla­chetny filan­trop! Chciał się z nimi dzie­lić nawet dale­kimi kuzyn­kami.

- Chodź­cie ze mną - nale­gał - chodź­cie, pro­szę, musi­cie przyjść; obie­ca­łem wszak, że przyj­dzie­cie; zoba­czy­cie, że wam się spodo­bają. Lucy jest strasz­nie śliczna, a przy tym zawsze wesoła i miła! Dzieci nie odstę­pują jej na krok, jak gdyby znały ją od wie­ków. Ponadto obie chcą nade wszystko was poznać, sły­szały bowiem w Exe­ter, że tu miesz­kają naj­pięk­niej­sze panny na tej ziemi; powie­dzia­łem im, że ow­szem, to wszystko prawda, a nawet i wię­cej. Jestem prze­ko­nany, że się nimi zachwy­ci­cie. Przy­wio­zły pełen powóz zaba­wek dla dzieci. Jak może­cie mi odma­wiać? Prze­cież to jakby i wasze kuzynki. Wy jeste­ście moimi kuzyn­kami, one zaś są kuzyn­kami mojej żony, stąd musi­cie być z nimi spo­wi­no­wa­cone.

Sir John niczego jed­nak nie wskó­rał. Udało mu się jedy­nie uzy­skać dekla­ra­cję, że panny odwie­dzą Bar­ton Park za dzień lub dwa, odszedł więc, nie mogąc się nadzi­wić ich obo­jęt­no­ści, by w domu znów wysła­wiać w niebo ich zalety przy pan­nach Ste­ele, tak jak wychwa­lał panny Ste­ele przy nich.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Rozdział II

Pani Fanny Dash­wood, mał­żonka Johna, wpro­wa­dziła się do Nor­land jako pra­wo­wita wła­ści­cielka majątku, zaś jej teściowa i bra­towe zostały zde­gra­do­wane do roli gości. Trak­to­wała je jed­nak z mil­czącą uprzej­mo­ścią, zaś jej mąż oka­zy­wał im ser­decz­ność na tyle, na ile potra­fił żywić cie­płe uczu­cia wobec kogo­kol­wiek poza sobą samym, wła­sną żoną i synem. Nale­gał sta­now­czo, by czuły się w Nor­land jak u sie­bie, a ponie­waż pani Dash­wood nie miała innego wyj­ścia, jak tylko pozo­stać we dwo­rze do czasu, gdy znaj­dzie dla sie­bie odpo­wiedni dom w oko­licy, pro­po­zy­cja ta została przy­jęta.

Dal­sza egzy­sten­cja w miej­scu, gdzie wszystko przy­po­mi­nało jej minione szczę­ście, była jak naj­bar­dziej po jej myśli. W daw­nych, lep­szych cza­sach była znana z weso­łego cha­rak­teru, jak i umie­jęt­no­ści ufnego i pogod­nego spo­glą­da­nia w przy­szłość, co samo w sobie jest rado­ścią. Jed­nakże tak samo jak nie­gdyś rado­ści dziś odda­wała się roz­pa­czy, i nic nie mogło jej pocie­szyć, tak jak daw­niej żaden smu­tek nie był w sta­nie zepsuć jej nastroju.

Pani Joh­nowa Dash­wood nie pochwa­lała w naj­mniej­szym stop­niu pla­nów swego męża wobec jego sióstr. Zda­wało jej się, że uszczu­ple­nie for­tuny należ­nej jej naj­droż­szemu syn­kowi o całe trzy tysiące fun­tów strąci go w prze­paść ubó­stwa. Bła­gała więc mał­żonka, by jesz­cze raz prze­my­ślał tę kwe­stię. Jak będzie mógł spoj­rzeć sobie w oczy, jeśli obra­buje wła­sne dziecko, w dodatku jedyne dziecko, z tak ogrom­nej kwoty? Panny Dash­wood zaś, jedy­nie jego sio­stry przy­rod­nie, co ona sama uzna­wała za żadne pokre­wień­stwo, nie powinny rościć sobie prawa do aż tak wiel­kiej szczo­dro­ści brata. Każdy prze­cież wie, że dzieci tego samego męż­czy­zny, pocho­dzące z róż­nych mał­żeństw, nie żywią do sie­bie cie­płych uczuć, dla­czego więc miałby ruj­no­wać sie­bie i swego bied­nego, małego synka, odda­jąc wszyst­kie pie­nią­dze sio­strom przy­rod­nim?

- Taka była ostat­nia prośba mego ojca - odparł jej mąż. - Chciał, abym pomógł wdo­wie i sie­ro­tom po nim.

- Śmiem twier­dzić, że twój ojciec nie wie­dział, co mówi. Z pew­no­ścią już wtedy maja­czył. Gdyby był przy zdro­wych zmy­słach, przez myśl by mu nie prze­szło bła­gać cię, abyś ode­brał wła­snemu dziecku połowę jego majątku.

- Nie wymie­nił kon­kret­nej sumy, droga Fanny. Popro­sił tylko ogól­nie, abym im pomógł i uczy­nił ich życie łatwiej­szym, niż on sam był w sta­nie to zro­bić. Być może powi­nien był pozo­sta­wić tę kwe­stię wyłącz­nie mojemu sumie­niu. Nie przy­pusz­czał chyba, że pozwolę, aby stała im się krzywda. Ponie­waż jed­nak doma­gał się przy­rze­cze­nia, musia­łem mu je dać; tak w każ­dym razie wów­czas uzna­łem. Obiet­nica została zatem zło­żona i musi zostać speł­niona. Należy zro­bić coś dla nich, kiedy opusz­czą Nor­land, żeby urzą­dzić się w nowym domu.

- No cóż, zatem zróbmy coś dla nich; jed­nak to "coś" nie musi ozna­czać trzech tysięcy fun­tów. Zważ - dodała - że kiedy raz roz­sta­niesz się z pie­niędzmi, ni­gdy ich już nie zoba­czysz. Twoje sio­stry wyjdą za mąż i pie­nią­dze prze­padną. Ach, gdyby można było odzy­skać je dla naszego bied­nego maleń­stwa...

- No cóż, oczy­wi­ście - odparł jej mąż ponuro - to z pew­no­ścią zro­bi­łoby wielką róż­nicę. Być może przyj­dzie czas, gdy Harry będzie żało­wał, że roz­sta­li­śmy się z tak ogromną sumą. Gdyby, na przy­kład, zało­żył liczną rodzinę, z pew­no­ścią oka­za­łaby się nader przy­datna.

- Co do tego nie ma wąt­pli­wo­ści.

- Być może byłoby zatem lepiej dla wszyst­kich, gdyby zmniej­szyć tę sumę o połowę. Pięć­set fun­tów i tak zwięk­szy znacz­nie ich stan posia­da­nia!

- I to jesz­cze jak! Żaden brat nie zro­biłby choćby połowy tego dla swo­ich sióstr, nawet gdyby to były jego praw­dziwe sio­stry! Te zaś są tylko sio­strami przy­rod­nimi! Ty jed­nak jesteś tak hojny!

- Nie chcę zro­bić niczego nie­go­dzi­wego - powie­dział. - W takich przy­pad­kach lepiej zro­bić zbyt wiele niż zbyt mało. Nikt nie może w każ­dym razie pomy­śleć, że nie zro­bi­łem dla nich dość dużo; nawet one nie mogłyby ocze­ki­wać wię­cej.

- Nikt nie wie, czego mogłyby ocze­ki­wać - odparła jego żona - ale nie mówimy tu o ich ocze­ki­wa­niach. Pyta­nie brzmi, na co możesz sobie pozwo­lić.

- Oczy­wi­ście; myślę więc, że mogę pozwo­lić sobie na to, aby dać im po pięć­set fun­tów. Nawet gdyby nic ode mnie nie dostały, każ­dej z nich przy­pad­nie około trzech tysięcy fun­tów z chwilą śmierci ich matki. To bar­dzo przy­zwo­ita sumka dla mło­dej kobiety.

- Z pew­no­ścią przy­zwo­ita; kiedy tak o tym myślę, wydaje mi się, że być może nie ocze­kują niczego wię­cej. Będą miały dzie­sięć tysięcy fun­tów do podziału. Jeżeli wyjdą za mąż, ich przy­szłość będzie zabez­pie­czona, jeśli zaś nie, mogą cał­kiem wygod­nie żyć z pro­cen­tów od tych dzie­się­ciu tysięcy.

- Masz cał­ko­witą rację; wobec tego nie wiem, czy w takim razie nie lepiej byłoby wes­przeć w tej chwili ich matkę. Może na przy­kład dać jej doży­wot­nią rentę? Moje sio­stry także by na tym sko­rzy­stały. Sto fun­tów rocz­nie z pew­no­ścią wystar­czy­łoby im aż nadto.

Żona jed­nak zawa­hała się zamiast mu przy­kla­snąć.

- Bez wąt­pie­nia - rze­kła - lep­sze to, niż oddać od razu tysiąc pięć­set fun­tów. Jeśli jed­nak pani Dash­wood pożyje jesz­cze pięt­na­ście lat, będziemy na tym stratni.

- Pięt­na­ście lat! Moja droga Fanny, ona nie prze­żyje i połowy tego.

- Zapewne nie; można jed­nak zauwa­żyć, że ludzie żyją w nie­skoń­czo­ność, gdy ktoś im płaci rentę, ona zaś jest krzepka i zdrowa, a do tego ledwo po czter­dzie­stce. Renta to poważna sprawa; trzeba ją pła­cić co roku i nie ma spo­sobu, by tego unik­nąć. Nie zda­jesz sobie sprawy, co chcesz zro­bić. Ja nato­miast wiem, jak kło­po­tliwe bywają renty. Moja matka latami bory­kała się z obo­wiąz­kiem wypła­ca­nia renty trzem zgrzy­bia­łym star­com, słu­żą­cym mego ojca, który zapi­sał im doży­wo­cie w testa­men­cie, i nie wyobra­żasz sobie, jak się z tym męczyła. Renty trzeba było wypła­cać dwa razy do roku; już samo dostar­cza­nie ich do adre­sa­tów nastrę­czało trud­no­ści. Potem przy­szła wia­do­mość, że jeden z nich umarł, po czym oka­zało się, że nic takiego się nie zda­rzyło. Matka miała tego naj­zu­peł­niej dosyć. Mówiła, że nie może czuć się panią wła­snych docho­dów, na które nało­żono takie obcią­że­nia; źle to świad­czy o moim ojcu, w prze­ciw­nym razie bowiem pie­nią­dze zna­la­złyby się w wyłącz­nej dys­po­zy­cji matki bez jakich­kol­wiek ogra­ni­czeń. Ja nato­miast nabra­łam przez to wszystko wiel­kiej nie­chęci do rent doży­wot­nich i za żadne skarby świata nie zwią­za­ła­bym sobie rąk ich wypła­ca­niem.

- Z pew­no­ścią - przy­znał pan Dash­wood - taki coroczny dre­naż przy­cho­dów to nic przy­jem­nego. Twoja matka traf­nie to okre­śliła: czło­wiek prze­staje być panem wła­snych pie­nię­dzy. Zwią­za­nie się obo­wiąz­kiem regu­lar­nych wypłat to nic pożą­da­nego; to by nam ode­brało całą nie­za­leż­ność.

- Bez wąt­pie­nia; a przy tym nikt by ci nawet nie podzię­ko­wał. Uzna­łyby, że są zabez­pie­czone, że zro­bi­łeś to, co do cie­bie należy, i że nie muszą być ci wdzięczne. Na twoim miej­scu pozo­sta­wi­ła­bym sobie cał­ko­witą swo­bodę wyboru. Nie przy­ję­ła­bym żad­nych corocz­nych zobo­wią­zań. W nie­któ­rych latach wyda­nie choćby setki, a nawet pięć­dzie­się­ciu fun­tów może oka­zać się trudne.

- Z pew­no­ścią masz rację, moja droga, lepiej będzie nie wikłać się w rentę; to, co im z wła­snej woli ofia­ruję od czasu do czasu, pomoże im na pewno bar­dziej niż coroczna renta, gdyby bowiem miały gwa­ran­cję wyż­szych docho­dów, zachę­ci­łoby je to nie­po­trzeb­nie do życia na wyż­szej sto­pie, zaś z koń­cem roku nie byłyby bogat­sze i o sześć pen­sów. Bez wąt­pie­nia tak będzie naj­le­piej. Jeśli od czasu do czasu poda­ruję im po pięć­dzie­siąt fun­tów, pozwoli im to nie mar­twić się ni­gdy o pie­nią­dze, a mnie wypeł­nić nale­ży­cie obiet­nicę daną ojcu; tak przy­naj­mniej sądzę.

- Z pew­no­ścią tak. Prawdę mówiąc, jestem prze­ko­nana, że twój ojciec w ogóle nie chciał, żebyś dawał im pie­nią­dze. Myślę, że mówiąc o wspar­ciu, miał na myśli to, czego można od cie­bie ocze­ki­wać w gra­ni­cach roz­sądku; na przy­kład, abyś pomógł im zna­leźć wygodny, nie­duży domek, prze­nieść się doń ze wszyst­kimi rze­czami, abyś posy­łał im pre­zenty: ryby, dzi­czy­znę i inne spe­cjały, sto­sow­nie do pory roku. Dała­bym głowę, że nie mógł mieć na myśli nic innego; byłoby to zaiste dziwne, wręcz nie­roz­sądne, gdyby było ina­czej. Pomyśl tylko, drogi mężu, jak wygod­nie twoja maco­cha i jej córki mogłyby żyć z odse­tek od sied­miu tysięcy fun­tów, nie licząc tysiąca na każdą z dziew­cząt, co daje im pięć­dzie­siąt fun­tów rocz­nie; oczy­wi­ście, mogą z tego pła­cić matce za swoje utrzy­ma­nie. Razem będą miały pięć­set fun­tów rocz­nie, a po cóż wię­cej czte­rem kobie­tom? Mogą prze­cież żyć bar­dzo tanio! Nie będą pono­siły pra­wie żad­nych kosz­tów. Bez powozu, bez koni, bez nad­miaru służby, bo nie będą także bywały w towa­rzy­stwie, a więc ich wydatki będą bar­dzo niskie! Pomyśl tylko, jak to się dobrze składa! Pięć­set fun­tów rocz­nie! Trudno sobie wyobra­zić, na co mia­łyby wydać choćby połowę tej sumy; dawać im wię­cej to absurd. Już prę­dzej to one będą mogły dać coś tobie.

- Doprawdy - powie­dział pan Dash­wood - sądzę, że masz zupełną rację. Mój ojciec z pew­no­ścią myślał wła­śnie tak, jak mówisz. Teraz dosko­nale to rozu­miem i wypeł­nię swoje obo­wiązki, oka­zu­jąc im pomoc i ser­decz­ność, tak jak to przed­sta­wi­łaś. Kiedy maco­cha prze­nie­sie się do wła­snego domu, będę jej słu­żył wspar­ciem w urzą­dze­niu się. Z pew­no­ścią przyda jej się wów­czas jakiś pre­zent, może coś z mebli.

- Z pew­no­ścią - odparła pani Joh­nowa Dash­wood. - Musisz jed­nak pamię­tać o jed­nej rze­czy. Kiedy twoi rodzice prze­pro­wa­dzili się do Nor­land, meble ze Stan­hill wpraw­dzie sprze­dano, jed­nak cała por­ce­lana, sre­bra sto­łowe i obrusy oca­lały, teraz zaś przy­pa­dły twej maco­sze. Wynika z tego, że gdy znaj­dzie nowy dom, będzie mogła w pełni go sobie urzą­dzić.

- To rze­czy­wi­ście zmie­nia postać rze­czy. Istot­nie, cóż za dro­go­cenny spa­dek! A prze­cież przy­naj­mniej część tych nakryć dosko­nale by nam się tutaj przy­dała.

- Wła­śnie, a jej zastawa śnia­da­niowa jest dużo ład­niej­sza niż kom­plet, który mamy na wypo­sa­że­niu. O wiele za ładna, moim zda­niem, jak na miej­sce, na które one będą mogły sobie teraz pozwo­lić. No ale tak już jest. Twój ojciec myślał tylko o nich. Muszę to powie­dzieć: nie jesteś mu winien szcze­gól­nej wdzięcz­no­ści ani też nie musisz tak bar­dzo trosz­czyć się o wypeł­nie­nie jego woli; wiemy dosko­nale, że gdyby mógł, zosta­wiłby im nie­mal wszystko.

To był argu­ment nie do odpar­cia. Pod jego wpły­wem pan Dash­wood nie wahał się dłu­żej z pod­ję­ciem decy­zji, stwier­dza­jąc, że nie tylko nie jest konieczne, ale byłoby wręcz cał­ko­wi­cie nie­sto­sowne, gdyby udzie­lił wdo­wie i sie­ro­tom po swym ojcu jakie­go­kol­wiek wspar­cia ponad sąsiedzką pomoc, jak pora­dziła mu żona.

Rozdział III

Pani Dash­wood pozo­stała w Nor­land przez kilka kolej­nych mie­sięcy, co nie ozna­cza, że widok zna­jo­mych miejsc prze­stał budzić w niej gwał­towne wzru­sze­nia. Gdy bowiem otrzą­snęła się nieco z roz­pa­czy, a jej umysł stał się zdolny do cze­go­kol­wiek poza melan­cho­lij­nym snu­ciem wspo­mnień, nie mogła docze­kać się wyjazdu i nie usta­wała w wysił­kach, by zna­leźć odpo­wiedni dom w pobliżu Nor­land - bowiem osie­dle­nie się daleko od uko­cha­nych zakąt­ków było ponad jej siły. W pobliżu nie było jed­nak sie­dziby, którą uzna­łaby za dość wygodną, a która zara­zem speł­nia­łaby wyma­ga­nia jej naj­star­szej córki, ta bowiem, kie­ru­jąc się zdro­wym roz­sąd­kiem, odrzu­ciła już kilka domów zbyt oka­za­łych jej zda­niem jak na ich moż­li­wo­ści, choć matka nie podzie­lała jej opi­nii.

Pani Dash­wood wie­działa od męża o uro­czy­stej obiet­nicy, jaką zło­żył mu syn, zapew­nia­jąc ojcu spo­kój w ostat­nich godzi­nach życia. Wie­rzyła w szcze­rość jego inten­cji rów­nie mocno jak on sam, i z zado­wo­le­niem uznała, że los jej córek zosta­nie zabez­pie­czony; co do niej samej, była pewna, że bez trudu utrzyma się za odsetki od kwoty sied­miu tysięcy fun­tów. Obiet­nica pasierba cie­szyła ją rów­nież jako dowód jego dobroci i wyrzu­cała sobie sro­dze nie­spra­wie­dli­wość żywio­nego wcze­śniej prze­ko­na­nia, że młody czło­wiek jest nie­zdolny do oka­za­nia szczo­dro­ści. Jego tro­skli­wość wobec niej samej i sióstr przy­rod­nich utwier­dziła ją w mnie­ma­niu, że pasierb dba solen­nie o ich dobro, i przez długi czas żyła wiarą w szcze­rość jego inten­cji.

Nie­chęć, jaką żywiła od początku zna­jo­mo­ści dla syno­wej, wzro­sła znacz­nie z cza­sem, gdy poznała lepiej nie­miłe cechy jej cha­rak­teru, miesz­ka­jąc z nią przez pół roku pod jed­nym dachem. Być może nie­chęć ta prze­wa­ży­łaby nad uprzej­mo­ścią i uczu­ciami mat­czy­nymi, spra­wia­jąc, że obie panie uzna­łyby dal­sze prze­by­wa­nie razem za nie­moż­liwe, gdyby nie pewna szcze­gólna oko­licz­ność, która zda­niem pani Dash­wood uza­sad­niała w pełni prze­dłu­żony pobyt jej córek w Nor­land.

Oko­licz­no­ścią tą stała się bliż­sza zna­jo­mość pomię­dzy naj­star­szą z córek i bra­tem pani Joh­no­wej Dash­wood - uprzej­mym i miłym mło­dym czło­wie­kiem, któ­rego przed­sta­wiono dziew­czę­tom nie­ba­wem po przy­jeź­dzie jego sio­stry do Nor­land, a który od tej pory spę­dzał w posia­dło­ści więk­szość czasu.

Nie­jedna matka zachę­ca­łaby zapewne córkę do zacie­śnie­nia tej zna­jo­mo­ści ze wzglę­dów czy­sto mate­rial­nych, ponie­waż Edward Fer­rars był naj­star­szym synem nie­ży­ją­cego już boga­cza; nie­jedna zaś sta­ra­łaby się zapewne zapo­biec zbli­że­niu mło­dych z ostroż­no­ści, ponie­waż z wyjąt­kiem nie­wiel­kiej sumki, cała jego for­tuna była uza­leż­niona od woli jego matki. Pani Dash­wood nie miała jed­nak na wzglę­dzie żad­nej z tych kwe­stii. Wystar­czało jej w zupeł­no­ści, że młody czło­wiek wydaje się miły, że kocha jej córkę, a Ele­onora odwza­jem­nia jego uczu­cie. Zało­że­nie, że róż­nica w sta­nie mająt­ko­wym powinna roz­dzie­lić zadu­rzoną w sobie młodą parę, którą łączy podo­bień­stwo cha­rak­te­rów, było jej cał­ko­wi­cie obce, a myśl, że kto­kol­wiek, kto poznał Ele­onorę, mógłby nie uznać jej zalet, nawet nie zaświ­tała w jej gło­wie.

Edward Fer­rars nie prze­ko­nał jej do sie­bie szcze­gól­nym uro­kiem czy zale­tami cha­rak­teru. Nie był przy­stojny, a z jego spo­so­bem bycia trzeba było się oswoić, aby móc uznać go za przy­jemny. Był zbyt nie­śmiały, by umieć poka­zać się z korzyst­nej strony, kiedy jed­nak prze­ła­mał wro­dzoną wsty­dli­wość, znać było, że ma otwarte i czułe serce. Miał też wro­dzoną inte­li­gen­cję, wyćwi­czoną dzięki solid­nej edu­ka­cji. Nie posia­dał jed­nak ani zdol­no­ści, ani pre­dys­po­zy­cji, które pozwo­li­łyby mu speł­nić ocze­ki­wa­nia matki i sio­stry, chcą­cych za wszelką cenę, aby się wyróż­nił, choć nie miały poję­cia, w jakim cha­rak­te­rze. Chciały jedy­nie, aby w taki czy inny spo­sób został ważną figurą. Matka życzyła sobie, by zain­te­re­so­wał się poli­tyką, dostał się do par­la­mentu lub nawią­zał bliż­szą zna­jo­mość z jakimś mężem stanu. Pani Joh­nowa Dash­wood miała podobne ocze­ki­wa­nia; tym­cza­sem jed­nak, dopóki się one nie speł­nią, byłaby zado­wo­lona, widząc brata na koźle ele­ganc­kiego powozu. Edward nie zdra­dzał jed­nak zain­te­re­so­wa­nia mężami stanu ani powo­zami. Chciał jedy­nie cie­szyć się zaci­szem domo­wych pie­le­szy i spo­koj­nym życiem. Na szczę­ście miał też młod­szego brata, który oka­zał się bar­dziej obie­cu­jący.

Edward prze­miesz­kał w domu kilka tygo­dni, zanim pani Dash­wood zwró­ciła na niego uwagę; była bowiem tak pochło­nięta roz­pa­czą, że nie zauwa­żała tego, co działo się wokół. Począt­kowo dostrze­gła jedy­nie, że jest cichy i skromny, co wzbu­dziło jej sym­pa­tię. Nie prze­szka­dzał jej w roz­pa­mię­ty­wa­niu smutku, pró­bu­jąc nawią­zać z nią roz­mowę. Po raz pierw­szy zyskał jej bacz­niej­szą uwagę i apro­batę, gdy pew­nego dnia Ele­onora wspo­mniała, jak bar­dzo Edward różni się od sio­stry. Stwier­dze­nie to spra­wiło, że jej matka natych­miast nabrała do niego sym­pa­tii.

- Wystar­czy - rze­kła - powie­dzieć, że nie jest taki jak Fanny. To może świad­czyć jedy­nie na jego korzyść. Już czuję, że go kocham.

- Przy­pusz­czam, że go polu­bisz - odrze­kła Ele­onora - gdy nieco lepiej go poznasz.

- Polu­bię? - odparła jej matka z uśmie­chem. - Kiedy ktoś budzi moją apro­batę, obda­rzam go miło­ścią.

- Może go mama sza­no­wać.

- Do tej pory nie nauczy­łam się oddzie­lać sza­cunku od miło­ści.

Pani Dash­wood zadała sobie więc trud bliż­szego pozna­nia Edwarda. Jej ujmu­jący spo­sób bycia spra­wił, że młody czło­wiek szybko wyzbył się rezerwy. Od razu poznała się na jego zale­tach, czemu sprzy­jało być może prze­ko­na­nie co do wzglę­dów, jakie żywił dla Ele­onory. Była jed­nak prze­ko­nana, że ma dobry cha­rak­ter, i nawet jego powścią­gli­wość, sprzeczna z wszel­kimi jej wyobra­że­niami o manie­rach mło­dych męż­czyzn, nie wyda­wała się nudna, jeśli poznało się jego gorące serce i ser­deczne uspo­so­bie­nie.

Dostrze­gł­szy nie­ba­wem pewne oznaki świad­czące o jego uczu­ciu wobec Ele­onory, uznała łączący ich zwią­zek za poważny i ocze­ki­wała rychłych oświad­czyn i ślubu.

- Za kilka mie­sięcy, moja droga Marianno - mówiła - Ele­onora z pew­no­ścią ułoży sobie życie. Będziemy za nią tęsk­nić, ale będzie szczę­śliwa.

- Och! Mamu­siu, co my bez niej zro­bimy?

- To nie będzie prze­cież praw­dziwa roz­łąka, kocha­nie. Będziemy miesz­kać o kilka mil od sie­bie i widy­wać się codzien­nie przez całą resztę życia. A ty zyskasz brata, praw­dzi­wego, kocha­ją­cego brata. O sercu Edwarda mam jak naj­lep­sze zda­nie. Wyglą­dasz jed­nak na smutną, Marianno, czy nie pochwa­lasz wyboru swo­jej sio­stry?

- Być może - odrze­kła Marianna - wydaje mi się on nieco zaska­ku­jący. Edward jest bar­dzo miły i kocham go ogrom­nie. A jed­nak... To nie jest młody czło­wiek, który... cze­goś mu brak. Jest nie­po­zorny... bra­kuje mu gra­cji, jakiej ocze­ki­wa­ła­bym po mło­dzieńcu, który zyskałby poważne zain­te­re­so­wa­nie mej sio­stry. W jego oczach bra­kuje tego ducha, tego ognia, który zna­mio­nuje zara­zem cnotę i inte­li­gen­cję. Poza tym, mamo, oba­wiam się, że brak mu gustu. Muzyka nie budzi jego zain­te­re­so­wa­nia, a rysunki Ele­onory - wpraw­dzie je chwali, ale nie darzy ich zachwy­tem czło­wieka, który potra­fiłby doce­nić ich war­tość. Nie­trudno zauwa­żyć, że choć czę­sto przy­gląda się jej w trak­cie ryso­wa­nia, w rze­czy­wi­sto­ści nie ma o tym poję­cia. Podzi­wia jej rysunki jak czło­wiek zako­chany, a nie jak znawca przed­miotu. Co do mnie, te cechy muszą łączyć się ze sobą, jeśli mia­ła­bym być zado­wo­lona. Nie potra­fi­ła­bym zna­leźć szczę­ścia u boku męż­czy­zny, któ­rego gust nie byłby pod każ­dym wzglę­dem zbieżny z moim. Musi znać wszyst­kie moje uczu­cia; zachwy­cać się tymi samymi książ­kami, tą samą muzyką. Och, mamo! Jak mono­ton­nie i drę­two Edward czy­tał nam wczo­raj wie­czo­rem! Współ­czu­łam mojej sio­strze z całego serca. Zno­siła to jed­nak z takim spo­ko­jem, jakby niczego nie zauwa­żyła. Ledwo mogłam usie­dzieć na miej­scu. Słu­chać tych pięk­nych wer­sów, które tyle­kroć poru­szały moją duszę, wyma­wia­nych z takim nie­prze­nik­nio­nym spo­ko­jem, z taką strasz­liwą obo­jęt­no­ścią!

- Z pew­no­ścią lepiej poszłoby mu czy­ta­nie prozy. Tak wła­śnie wczo­raj pomy­śla­łam; ale ty oczy­wi­ście musia­łaś dać mu Cow­pera.

- Ależ, mamo, skoro nawet Cow­per nie wzbu­dził w nim emo­cji!... Cóż, musimy się pogo­dzić z tym, że są różne upodo­ba­nia. Ele­onora nie jest tak uczu­ciowa jak ja, a więc być może nie zwraca na to uwagi i będzie z nim szczę­śliwa. Ja mia­ła­bym jed­nak zła­mane serce, gdy­bym go kochała, i usły­sza­ła­bym, jak czyta, nie wkła­da­jąc w to ani odro­biny serca. Im wię­cej wiem o świe­cie, mamo, tym bar­dziej jestem prze­ko­nana, że ni­gdy nie znajdę męż­czy­zny, któ­rego mogła­bym praw­dzi­wie poko­chać. Ocze­kuję tak wiele! Musiałby mieć wszyst­kie zalety Edwarda, zara­zem zaś urok oso­bi­sty i maniery zdo­biące jego dobroć w każdy moż­liwy spo­sób.

- Pamię­taj, kocha­nie, że nie masz jesz­cze sie­dem­na­stu lat. Za wcze­śnie, żeby tra­cić nadzieję, że znaj­dziesz swego wybranka. Dla­czego mia­ła­byś mieć mniej szczę­ścia niż twoja matka? Niech tylko pod jed­nym wzglę­dem twój los będzie odmienny od tego, który stał się moim udzia­łem!

Rozdział IV

- Jaka szkoda, Ele­onoro - powie­działa Marianna - że Edward nie prze­pada za rysun­kiem.

- Nie prze­pada za rysun­kiem? - powtó­rzyła Ele­onora. - Dla­czego tak sądzisz? Rze­czy­wi­ście, on sam nie rysuje, czer­pie jed­nak ogromną przy­jem­ność z obser­wo­wa­nia, jak robią to inni, i zapew­niam cię, że nie bra­kuje mu natu­ral­nego pociągu do ryso­wa­nia, choć nie miał ni­gdy oka­zji dosko­na­lić się w tym wzglę­dzie. Gdyby kie­dy­kol­wiek uczył się ryso­wać, jestem pewna, że robiłby to dosko­nale. Nie wie­rzy wła­snym osą­dom w takich kwe­stiach do tego stop­nia, że nie lubi wyda­wać opi­nii o rysun­kach; ma jed­nak natu­ral­nie dobry gust i ceni pro­stotę, a to wystar­czy w zupeł­no­ści, by mógł kie­ro­wać się oso­bi­stą oceną.

Marianna zamil­kła, oba­wia­jąc się, że powie coś, co może zabrzmieć obraź­li­wie; jed­nak opi­sany przez Ele­onorę spo­sób wyra­ża­nia apro­baty dla cudzych rysun­ków wydał jej się zbyt daleki od ener­gicz­nego zachwytu, który jej zda­niem zasłu­gi­wał na miano gustu. Choć jed­nak uśmie­chała się w duchu na myśl o tej pomyłce, ślepa lojal­ność wobec Edwarda, która kazała Ele­ono­rze mówić o nim w taki spo­sób, budziła jej sza­cu­nek.

- Mam nadzieję, Marianno - cią­gnęła Ele­onora - że nie uwa­żasz go za czło­wieka pozba­wio­nego gustu. Myślę, że zapewne nie, ponie­waż zacho­wu­jesz się wobec niego ser­decz­nie, a gdyby taka była twoja opi­nia, jestem pewna, że nie zdo­by­ła­byś się wobec niego na uprzej­mość.

Marianna nie wie­działa, co powie­dzieć. Nie chciała ura­zić uczuć sio­stry, ale też nie chciała wyra­żać opi­nii sprzecz­nej ze swo­imi prze­ko­na­niami. Wresz­cie odparła:

- Nie obraź się, Ele­onoro, jeśli moja opi­nia o nim nie dorów­nuje two­jemu prze­świad­cze­niu o jego zale­tach. Nie mia­łam tak wielu jak ty oka­zji, aby oce­nić szcze­gó­łowo przy­mioty jego umy­słu i upodo­ba­nia; jestem jed­nak bez­względ­nie prze­ko­nana o jego dobroci i roz­sądku. To naj­zac­niej­szy i naj­mil­szy czło­wiek, jakiego kie­dy­kol­wiek pozna­łam.

- Jestem pewna - odparła Ele­onora z uśmie­chem - że nawet naj­wier­niej­szy przy­ja­ciel Edwarda byłby zado­wo­lony, sły­sząc taką o nim opi­nię. Nie mogła­byś wyra­zić się o nim bar­dziej cie­pło.

Marianna ucie­szyła się, widząc, jak łatwo udało jej się zado­wo­lić sio­strę.

- Jeśli cho­dzi o jego roz­są­dek i dobroć - kon­ty­nu­owała Ele­onora - przy­pusz­czam, że nikt, kto widy­wał go na tyle czę­sto, by wdać się z nim w swo­bodną roz­mowę, nie mógłby w nie wąt­pić. Jego zalety umy­słowe, jak i zasady, któ­rym jest wierny, prze­sła­nia jedy­nie nie­śmia­łość, która spra­wia, że zbyt czę­sto nie zabiera głosu. Znasz go jed­nak dość dobrze, by przy­znać mu posia­da­nie tych zalet. Co do zaś tych przy­mio­tów jego umy­słu, które jak się wyra­zi­łaś, są ci mniej znane, ja mia­łam oka­zję, aby się z nimi zapo­znać. Tak się zło­żyło, że spę­dzi­li­śmy razem sporo czasu, kiedy ty, czuła i kocha­jąca córka, byłaś bez reszty zajęta naszą matką. Widy­wa­łam go czę­sto, pozna­łam dobrze jego opi­nie na temat lite­ra­tury, upodo­ba­nia i gusta; mogę zatem powie­dzieć, że ma umysł świa­tły, czy­ta­nie ksią­żek spra­wia mu nie­zwy­kłą przy­jem­ność, jego wyobraź­nia jest żywa, spo­strze­że­nia - prawe i rze­telne, zaś gust jego jest deli­katny i czy­sty. Jego zdol­no­ści pod każ­dym wzglę­dem zyskują przy bliż­szym pozna­niu, podob­nie jak jego maniery i postać. Na pierw­szy rzut oka z pew­no­ścią nie robi wiel­kiego wra­że­nia; trudno też nazwać go przy­stoj­nym, może poza spoj­rze­niem jego oczu, w któ­rych odzwier­cie­dla się dobroć jego duszy i sło­dycz cha­rak­teru. Obec­nie znam go tak dobrze, że wydaje mi się praw­dzi­wie przy­stojny, a w każ­dym razie - pra­wie. Co na to powiesz, Marianno?

- Z pew­no­ścią, Ele­onoro, jeśli dotąd nie dostrze­głam, że jest przy­stojny, z pew­no­ścią nie­długo się to sta­nie. Skoro tylko powiesz mi, że mam kochać go jak brata, prze­stanę dostrze­gać nie­do­sko­na­ło­ści jego urody, podob­nie jak nie dostrze­gam ich już w jego sercu.

Ele­onora zanie­po­ko­iła się tym oświad­cze­niem, żału­jąc żar­li­wo­ści, z jaką wypo­wia­dała się o Edwar­dzie. Czuła, że ma o nim bar­dzo wyso­kie mnie­ma­nie. Wie­rzyła, że to uczu­cie jest odwza­jem­nione; musiała jed­nak zdo­być w tym wzglę­dzie więk­szą pew­ność, aby ucie­szyło ją wyra­żone przez Mariannę prze­ko­na­nie, że tak jest w isto­cie. Wie­działa, że Marianna, jak i jej matka, od przy­pusz­czeń prze­cho­dzą płyn­nym kro­kiem do nie­za­chwia­nego prze­ko­na­nia - że w ich przy­padku życzyć sobie cze­goś ozna­czało mieć na to nadzieję, a mieć nadzieję - ocze­ki­wać, że zosta­nie speł­niona. Spró­bo­wała nakre­ślić swo­jej sio­strze praw­dziwy obraz sytu­acji.

- Nie pró­buję zaprze­czać - rze­kła - że mam o nim bar­dzo dobrą opi­nię... że ogrom­nie go cenię i lubię.

Marianna wydała okrzyk obu­rze­nia.

- Cenisz go! Lubisz! Ty nie masz serca! Ach! Jesz­cze gorzej! Ty wsty­dzisz się mówić o swo­ich uczu­ciach. Jeśli uży­jesz tych słów jesz­cze raz, po pro­stu wyjdę z pokoju.

Ele­onora nie zdo­łała powstrzy­mać śmie­chu.

- Wybacz - odparła - i pamię­taj, że nie chcia­łam cię ura­zić, mówiąc tak powścią­gli­wie o moich uczu­ciach. Możesz być pewna, że są sil­niej­sze, niż to zade­kla­ro­wa­łam; krótko mówiąc, możesz uwie­rzyć, że są tak mocne, jak uza­sad­niają to jego zalety, jak i podej­rze­nie... nadzieja na jego wza­jem­ność. Nie możesz jed­nak posu­wać się dalej. Nie mam żad­nej pew­no­ści co do jego uczuć wobec mnie. Chwi­lami wąt­pię w ich siłę; a dopóki nie zyskam pew­no­ści, nie możesz się dzi­wić, że nie chcę umac­niać się we wła­snym uczu­ciu, nazy­wa­jąc je lub wie­rząc, że jest ono czymś wię­cej, niż jest w isto­cie. W głębi serca nie mam nie­mal żad­nych wąt­pli­wo­ści co do jego sto­sunku do mnie. Są jed­nak inne względy oprócz jego skłon­no­ści ku mnie, które należy tu wziąć pod uwagę. Bar­dzo daleko mu do nie­za­leż­no­ści. Nie wiemy, jaka jest naprawdę jego matka; sądząc jed­nak ze wzmia­nek o jej zacho­wa­niu i opi­niach, jakie wygła­sza Fanny, zapewne nie zdo­ła­ły­by­śmy jej polu­bić; i raczej nie mylę się, sądząc, że Edward zdaje sobie sprawę z olbrzy­mich trud­no­ści, jakie poja­wią się na jego dro­dze, jeśli zde­cy­duje się poślu­bić kobietę nie­po­sia­da­jącą wiel­kiej for­tuny i zna­ko­mi­tego pocho­dze­nia.

Marianna była zdu­miona, stwier­dziw­szy, jak dalece wyobraź­nia jej samej i matki wykro­czyła poza rze­czy­wi­stość.

- A więc nie jeste­ście zarę­czeni! - rze­kła. - Jed­nak z pew­no­ścią nie­ba­wem to nastąpi. Z tego opóź­nie­nia zaś płyną dwie korzy­ści. Po pierw­sze, nie stracę cię nie­ba­wem; po dru­gie, Edward będzie miał szansę dosko­na­lić swe upodo­ba­nia w two­jej ulu­bio­nej dzie­dzi­nie, co z pew­no­ścią jest warun­kiem koniecz­nym waszego przy­szłego szczę­ścia. Ach! Gdyby twój geniusz podzia­łał na niego na tyle, żeby sam zaczął ryso­wać, jakież to byłoby wspa­niałe!

Zwie­rze­nia, jakie poczy­niła Ele­onora sio­strze, były szczere. Nie mogła uwa­żać wza­jem­no­ści Edwarda za tak pewną, jak bez­sporną zda­wała się ona Marian­nie. Zda­rzało mu się popa­dać w melan­cho­lię, która zda­wała się świad­czyć o obo­jęt­no­ści, a w każ­dym razie o kru­cho­ści jego uczuć. Gdyby wąt­pił w jej przy­wią­za­nie, mógł być z tego powodu co naj­wy­żej nie­spo­kojny. Nie popa­dałby nato­miast tak czę­sto w przy­gnę­bie­nie. Bar­dziej praw­do­po­dobną przy­czyną mogła być jego zależ­ność od matki, która nie pozwa­lała mu iść za gło­sem serca. Ele­onora wie­działa, że matka nie ma zamiaru pozwo­lić mu na zało­że­nie w przy­szło­ści wła­snej rodziny, o ile syn nie zrobi kariery zgod­nie z jej życze­niem. Mając tę wie­dzę, Ele­onora nie mogła unik­nąć nie­po­koju. Daleka była od uzna­nia wza­jem­no­ści uczuć Edwarda za pew­nik, jak to uczy­niły jej matka i sio­stra. Prze­ciw­nie - im wię­cej czasu spę­dzali razem, tym bar­dziej wza­jem­ność ta jawiła jej się jako wąt­pliwa; nie­kiedy zaś, przez kilka bole­snych minut, czuła nie­złomną pew­ność, że nie łączy ich nic oprócz przy­jaźni.

Gdzie­kol­wiek jed­nak prze­bie­gały gra­nice ich zaży­ło­ści, była ona na tyle widoczna, że zauwa­żyła ją sio­stra Edwarda - wyraź­nie zanie­po­ko­jona tym sta­nem rze­czy, zaczęła oka­zy­wać jesz­cze więk­szą niż zwy­kle nie­uprzej­mość. Korzy­sta­jąc z pierw­szej oka­zji, jaka się nada­rzyła, uczy­niła teścio­wej afront, opo­wia­da­jąc roz­wle­kle o ogrom­nych ocze­ki­wa­niach pani Fer­rars wobec obu jej synów, któ­rzy mają za zada­nie dobrze się oże­nić, jak i o nie­bez­pie­czeń­stwach czy­ha­ją­cych na młode kobiety, które mogłyby pod­jąć próbę ich "zła­pa­nia"; pani Dash­wood nie mogła w tej sytu­acji uda­wać nie­świa­do­mo­ści, nie zdo­łała jed­nak rów­nież zacho­wać spo­koju. Udzie­liła syno­wej odpo­wie­dzi, z któ­rej jej złość łatwo dała się wyczy­tać, i natych­miast opu­ściła pokój, posta­na­wia­jąc, że bez względu na nie­wy­godę lub koszt nagłej prze­pro­wadzki Ele­onora nie może spę­dzić ani tygo­dnia dłu­żej w domu, w któ­rym nara­żona jest na podobne insy­nu­acje.

W tym sta­nie ducha ode­brała dostar­czony wła­śnie list, któ­rego treść dosko­nale zbie­gła się w cza­sie z jej potrze­bami. Była to oferta wynajmu nie­wiel­kiego domku na bar­dzo dobrych warun­kach; domek nale­żał do krew­nego pani Dash­wood, zamoż­nego wła­ści­ciela ziem­skiego z hrab­stwa Devon. List dżen­tel­mena utrzy­many był w tonie przy­ja­ciel­skim i wyra­żał chęć pomocy. Jego autor wie­dział, że krew­niaczka poszu­kuje miesz­ka­nia, i choć mógł zaofe­ro­wać jej jedy­nie wiej­ski domek, zapew­nił ją, że zrobi wszystko, co uzna ona za konieczne, jeśli takie roz­wią­za­nie ją zado­woli. Poda­jąc szcze­góły na temat domu i ogrodu, jego wła­ści­ciel naci­skał, aby pani Dash­wood przy­je­chała wraz z cór­kami do Bar­ton Park, gdzie znaj­do­wała się jego posia­dłość, aby obej­rzeć poło­żony w tej samej para­fii Bar­ton Cot­tage i oce­nić, czy dom będzie jej odpo­wia­dał, czy też wymaga wpro­wa­dze­nia jakich­kol­wiek udo­god­nień. Wyda­wało się, że naprawdę mu na tym zależy, a cały list był napi­sany w tonie tak życz­li­wym, że spra­wił nie­wąt­pliwą przy­jem­ność adre­satce, zwłasz­cza że nad­szedł w momen­cie, gdy cier­piała z powodu zim­nego i nie­czu­łego zacho­wa­nia bliż­szych jej prze­cież krew­nia­ków. Nie potrze­bo­wała czasu do namy­słu ani nie zada­wała pytań. Pod­jęła posta­no­wie­nie, zanim zdą­żyła prze­czy­tać list do końca. Poło­że­nie Bar­ton w odda­lo­nym od Sus­sex hrab­stwie Devon, które jesz­cze kilka godzin wcze­śniej skło­ni­łoby ją, aby porzu­cić myśl o prze­pro­wadzce, choćby nowe miej­sce zamiesz­ka­nia miało nie­zli­czone zalety, teraz stało się klu­czo­wym argu­men­tem za prze­no­si­nami. Wyjazd z Nor­land prze­stał być w jej oczach złym roz­wią­za­niem; stał się bło­go­sła­wień­stwem w porów­na­niu z gościną w domu syno­wej, a rozsta­nie na zawsze z uko­cha­nym miej­scem jawiło się jako mniej bole­sne niż koniecz­ność zamiesz­ki­wa­nia w nim w cza­sie, gdy jego panią była ta kobieta. Bez­zwłocz­nie odpi­sała sir Joh­nowi Mid­dle­to­nowi, dzię­ku­jąc mu za życz­li­wość i przyj­mu­jąc pro­po­zy­cję, potem zaś pospie­szyła poka­zać oba listy cór­kom, aby zyskać ich apro­batę przed wysła­niem odpo­wie­dzi.

Ele­onora zawsze była zda­nia, że lepiej dla nich byłoby osie­dlić się w pew­nej odle­gło­ści od Nor­land niż w naj­bliż­szej oko­licy. Nie mogła więc teraz opo­no­wać prze­ciwko pla­no­wa­nym przez matkę prze­no­si­nom do hrab­stwa Devon. Ponadto, jak wyni­kało z opisu sir Johna, dom był nie­zwy­kle skromny, a czynsz tak nie­wielki, że i koszt nie mógł sta­no­wić argu­mentu prze­ciwko temu pro­jek­towi. Dla­tego też, choć obec­nie Ele­onora wzdra­gała się zamiesz­kać tak daleko od Nor­land, nie pod­jęła żad­nej próby prze­ko­na­nia matki do odrzu­ce­nia tej pro­po­zy­cji.

Rozdział V

Gdy tylko wysłano odpo­wiedź, pani Dash­wood nie odmó­wiła sobie przy­jem­no­ści powia­do­mie­nia pasierba i syno­wej, że oto zna­la­zła dom i nie będzie korzy­stać z ich gościny dłu­żej, niż to konieczne, by przy­go­to­wać się do prze­pro­wadzki. Przy­jęli tę wia­do­mość ze zdu­mie­niem. Pani Joh­nowa Dash­wood nie ode­zwała się ani sło­wem, jej mąż nato­miast wyra­ził uprzej­mie nadzieję, że panie ulo­kują się w pobliżu Nor­land. Maco­cha odparła z satys­fak­cją, że prze­no­szą się do hrab­stwa Devon. Sły­sząc tę wia­do­mość, Edward obró­cił się ku niej gwał­tow­nie, i gło­sem peł­nym zdu­mie­nia i tro­ski, co nie było dla niej zasko­cze­niem, powtó­rzył: - Do hrab­stwa Devon! Doprawdy? Tak daleko! A do któ­rej jego czę­ści? - Pani Dash­wood udzie­liła mu tej infor­ma­cji. Dom znaj­do­wał się w odle­gło­ści czte­rech mil na pół­noc od Exe­ter.

- To tylko wiej­ski domek - dodała - mam jed­nak nadzieję przyj­mo­wać tam licz­nych przy­ja­ciół. Bez trudu będzie można dobu­do­wać pokój albo dwa; jeśli zaś moi bli­scy nie uznają trudu podróży za zbyt wielki, gosz­cze­nie ich nie będzie żad­nym kło­po­tem dla mnie.

Na zakoń­cze­nie bar­dzo uprzej­mie zapro­siła pań­stwa Dash­wood, aby odwie­dzili ją w Bar­ton, i to samo zapro­sze­nie skie­ro­wała do Edwarda, zmie­nia­jąc przy tym ton na jesz­cze mil­szy. Choć ostat­nia roz­mowa z synową utwier­dziła ją w pra­gnie­niu wypro­wa­dze­nia się z Nor­land naj­szyb­ciej, jak będzie to moż­liwe, decy­zja ta nie wpły­nęła ani o jotę na jej sta­no­wi­sko w spra­wie, która dała jej impuls do prze­pro­wadzki. Nie miała zamiaru roz­dzie­lać Edwarda i Ele­onory; chciała też poka­zać pani Joh­no­wej Dash­wood, kie­ru­jąc tak zna­czące zapro­sze­nie do jej brata, jak dalece lek­ce­waży sobie jej dez­apro­batę dla związku dwojga mło­dych.

Pan John Dash­wood powta­rzał bez końca, jak bar­dzo mu przy­kro, że maco­cha zde­cy­do­wała się przy­jąć pro­po­zy­cję zamiesz­ka­nia tak daleko od Nor­land, co unie­moż­liwi mu pomoc w prze­wie­zie­niu mebli. Istot­nie czuł się z tego powodu nie­zręcz­nie, ponie­waż ozna­czało to, że nie wypełni nawet tego cząst­ko­wego obo­wiązku, który wziął na sie­bie w związku ze zło­żoną ojcu obiet­nicą - meble wysłano bowiem drogą mor­ską. W kufrach zna­la­zły się głów­nie obrusy, pościel, nakry­cia sto­łowe, por­ce­lana i książki, a także zgrabne pia­nino, nale­żące do Marianny. Pani Fanny Dash­wood nad­zo­ro­wała zała­du­nek, wzdy­cha­jąc, nie mogła bowiem prze­bo­leć, że mając tak niski dochód w porów­na­niu z jej wła­snym, teściowa będzie miała u sie­bie takie ładne rze­czy.

Dom został wyna­jęty na rok; był już ume­blo­wany i gotów do zamiesz­ka­nia. Warunki umowy uzgod­niono bez trudu, wystar­czyło więc wyeks­pe­dio­wać z Nor­land resztę sprzę­tów i usta­lić liczbę przy­szłych słu­żą­cych przed wyru­sze­niem na zachód, a ponie­waż wszystko, na czym jej zale­żało, pani Dash­wood robiła bar­dzo szybko, uwi­nęła się z tymi spra­wami bez zwłoki. Pozo­sta­wione jej przez męża konie sprze­dała nie­długo po jego śmierci, teraz zaś, za radą naj­star­szej córki, zde­cy­do­wała, że pozbę­dzie się także powozu. Mając na uwa­dze wygodę wła­sną i dzieci, gdyby miała samo­dziel­nie podej­mo­wać decy­zję, zatrzy­ma­łaby go, zwy­cię­żył jed­nak roz­są­dek Ele­onory. Ta ostat­nia nakło­niła rów­nież matkę, by spo­śród służby w Nor­land zabrać jedy­nie dwie poko­jowe i jed­nego słu­żą­cego.

Dwoje z nich wyru­szyło od razu do hrab­stwa Devon, aby przy­go­to­wać dom na przy­ję­cie pani Dash­wood, ponie­waż ta nie znała lady Mid­dle­ton, naj­pierw wolała udać się więc do sie­bie, a potem dopiero odwie­dzić ją w Bar­ton Park. Sir John opi­sał dom w liście tak szcze­gó­łowo, że nie czuła potrzeby oglą­da­nia go, zanim osią­dzie w nim jako gospo­dyni. Pra­gnie­nie, by jak naj­szyb­ciej opu­ścić Nor­land, było spo­tę­go­wane zacho­wa­niem syno­wej, która wyraź­nie cie­szyła się z pla­no­wa­nego wyjazdu maco­chy; radość tę pró­bo­wała ukryć, dość ozię­ble pro­po­nu­jąc opóź­nie­nie podróży. Poja­wiła się też spo­sob­ność, by pasierb speł­nił daną ojcu obiet­nicę. Ponie­waż nie dopeł­nił tego obo­wiązku, przej­mu­jąc mają­tek, wyjazd maco­chy wyda­wał się dawać naj­lep­szą po temu spo­sob­ność. Dość szybko jed­nak pani Dash­wood stra­ciła nadzieję, że uzy­ska cokol­wiek, a z ogól­nego tonu roz­mowy z nim wywnio­sko­wała, że całe jego wspar­cie ogra­ni­czy się do pokry­cia kosz­tów pół­rocz­nego utrzy­ma­nia jej samej i dziew­cząt w Nor­land. Tak czę­sto mówił bowiem o rosną­cych kosz­tach utrzy­ma­nia majątku i nie­ustan­nych wydat­kach, na jakie nara­żony jest męż­czy­zna o jego pozy­cji, że wyda­wało się raczej, iż chęt­niej popro­siłby o mate­rialne wspar­cie, niż byłby skłonny go udzie­lić.

W ciągu zale­d­wie kilku tygo­dni od daty otrzy­ma­nia pierw­szego listu sir Johna Mid­dle­tona, dom został przy­go­to­wany na tyle, że pani Dash­wood i jej córki mogły roz­po­cząć podróż.

Przy poże­gna­niu z uko­cha­nym domem polały się liczne łzy.

- Dro­gie, dro­gie Nor­land! - powie­działa Marianna, wędru­jąc samot­nie po domu ostat­niego wie­czoru przed wyjaz­dem. - Kiedy też prze­stanę za tobą tęsk­nić! Kiedy poczuję się jak w domu w jakim­kol­wiek innym miej­scu na ziemi! O szczę­śliwy domu, gdy­byś wie­dział, jak cier­pię, patrząc na cie­bie teraz z tego miej­sca, z któ­rego być może już ni­gdy cię nie zoba­czę! I wy, kochane drzewa! Wy się jed­nak nie zmie­ni­cie. Nawet jeden liść, ani jedna gałązka nie uschnie z powodu naszego wyjazdu, choć nam nie będzie już dane cie­szyć się waszym wido­kiem! Nie. pozo­sta­nie­cie tutaj, nie­zmienne, nie­świa­dome rado­ści i smut­ków, któ­rych jeste­ście przy­czyną, obo­jętne na to, kto spa­ce­ruje w cie­niu waszych koron. Ale kto tu zosta­nie, żeby się wami cie­szyć?

Rozdział VI

Pierw­sza część podróży upły­nęła w nastroju zbyt melan­cho­lij­nym, by można było okre­ślić ją ina­czej niż jako męczącą i nie­przy­jemną. Gdy jed­nak etap ten dobie­gał końca, nie­chęć ustą­piła miej­sca cie­ka­wo­ści tej kra­iny, w któ­rej miały obec­nie zamiesz­kać, a widok doliny Bar­ton napeł­nił ich serca rado­ścią. Zie­mia była tu żyzna, pokryta przez gęste lasy i liczne pastwi­ska. Poko­naw­szy ponad milę krętą drogą, dotarły do swego domu. Znaj­do­wał się przed nim jedy­nie nie­wielki traw­nik z ogro­dze­niem, w któ­rym wid­niała zgrabna, drew­niana furtka.

Bar­ton Cot­tage, choć nie­wielki, oka­zał się wygodny i dobrze urzą­dzony, nie przy­po­mi­nał jed­nak typo­wej wiej­skiej posia­dło­ści - miał syme­tryczny kształt, dach pokryty był dachówką, okien­nice nie zostały poma­lo­wane na zie­lono, a ścian nie opla­tał wicio­krzew. Wąskie przej­ście pro­wa­dziło przez dom wprost do ukry­tego za nim ogrodu. Po każ­dej stro­nie wej­ścia znaj­do­wała się bawial­nia o powierzchni około szes­na­stu stóp kwa­dra­to­wych; za nimi mie­ściły się pomiesz­cze­nia gospo­dar­cze oraz schody. Pozo­stałą część domu zaj­mo­wały cztery sypial­nie poło­żone na pię­trze oraz dwa poko­iki na man­sar­dzie. Dom zbu­do­wano nie­dawno i był w dobrym sta­nie. W porów­na­niu z Nor­land był istot­nie ubogi i nie­wielki! - jed­nak łzy, wywo­łane wspo­mnie­niem poprzed­niej sie­dziby, kiedy panie wcho­dziły do środka, szybko wyschły. Rado­sne powi­ta­nie słu­żą­cych pod­nio­sło je na duchu, przy tym zaś każda z nich sta­rała się ukryć smu­tek ze względu na pozo­stałe. Był bar­dzo wcze­sny wrze­sień, pano­wała piękna pogoda, dla­tego dom pre­zen­to­wał się korzyst­nie, pierw­sze wra­że­nie mogło więc dać począ­tek wie­lo­let­niemu przy­wią­za­niu.

Był też dobrze usy­tu­owany. Tuż za nim wyra­stały wyso­kie wzgó­rza, oka­la­jące go rów­nież dość bli­sko po bokach. Nie­które grzbiety były nagie, inne zaś poro­śnięte lasem lub pokryte polami upraw­nymi. Wio­ska Bar­ton, poło­żona na jed­nym ze zbo­czy, pre­zen­to­wała się malow­ni­czo i była widoczna z okien domu. Od frontu roz­po­ście­rał się widok na roz­le­głą dolinę i poło­żone za nią tereny wiej­skie. Wzgó­rza ota­cza­jące domek zamy­kały dolinę na jed­nym jej końcu; wąski prze­smyk pomię­dzy naj­bar­dziej stro­mymi zbo­czami dawał począ­tek kolej­nej doli­nie, noszą­cej odmienną nazwę i bie­gną­cej w innym kie­runku.

Ume­blo­wa­nie domu oka­zało się cał­ko­wi­cie zado­wa­la­jące, jak­kol­wiek dotych­cza­sowy styl życia pani Dash­wood przy­zwy­czaił ją do sprzę­tów, które nale­żało doku­pić. Fakt ten był dla niej jed­nak tylko źró­dłem rado­ści, miała bowiem nie­zbędne fun­du­sze, co pozwa­lało jej wzbo­ga­cić wypo­sa­że­nie domu i nadać wnę­trzom ele­gan­cji.

- Jeśli cho­dzi o sam dom - powie­działa - jest nie­wąt­pli­wie zbyt mały dla naszej rodziny; na razie urzą­dzimy się tu jed­nak jak naj­wy­god­niej, ponie­waż pora roku jest zbyt późna, by myśleć teraz o pra­cach budow­la­nych. Być może na wio­snę, jeśli będę mieć dość pie­nię­dzy, a mam nadzieję, że tak wła­śnie będzie, pomy­ślimy o budo­wie. Obie tutej­sze bawial­nie są zbyt małe na podej­mo­wa­nie gości, któ­rych chcia­ła­bym tu widzieć jak naj­czę­ściej; myślę też o połą­cze­niu jed­nej z nich z kory­ta­rzem i może z czę­ścią dru­giej, a wów­czas pozo­stałą część tej dru­giej można prze­zna­czyć na wej­ście; do tego da się łatwo dobu­do­wać salo­nik z sypial­nią i man­sardą ponad nim. Powstałby w ten spo­sób zupeł­nie wygodny domek. Chcia­ła­bym wpraw­dzie, żeby schody były ład­niej­sze. Nie można jed­nak wyma­gać zbyt wiele, przy­pusz­czam zresztą, że dość łatwo dałoby się je posze­rzyć. Zoba­czymy, ile będę miała pie­nię­dzy na wio­snę, i sto­sow­nie do tego zapla­nu­jemy prze­róbki.

Tym­cza­sem, dopóki nie dało się prze­pro­wa­dzić remontu z docho­dów kobiety mają­cej wszyst­kiego pięć­set fun­tów rocz­nie, która w dodatku nie przy­wy­kła do oszczę­dza­nia, uznały roz­sąd­nie, że zado­wolą się domem w jego obec­nej postaci, i każda z nich przy­stą­piła do ukła­da­nia swo­ich rze­czy, ksią­żek i innych dro­bia­zgów, by poczuć praw­dzi­wie domową atmos­ferę. Pia­nino Marianny zostało roz­pa­ko­wane i usta­wione we wła­ści­wym miej­scu, zaś rysunki Ele­onory ozdo­biły ściany bawialni.

W tych zaję­ciach nie­długo po śnia­da­niu następ­nego dnia prze­szko­dziła im wizyta wła­ści­ciela pose­sji, który posta­no­wił powi­tać je w Bar­ton oraz zapew­nić, że mogą korzy­stać bez ogra­ni­czeń z wszel­kich udo­god­nień ofe­ro­wa­nych przez jego wła­sny dom i ogród, o ile cze­go­kol­wiek im bra­kuje. Sir John Mid­dle­ton był przy­stoj­nym męż­czy­zną około czter­dziestki. Skła­dał wpraw­dzie daw­niej wizyty w Stan­hill, było to jed­nak na tyle dawno, że mło­dziut­kie kuzynki go nie pamię­tały. Miał pogodną, dobro­duszną twarz i maniery tak przy­ja­zne, jak wska­zy­wałby ton jego listu. Robił wra­że­nie szcze­rze ucie­szo­nego z przy­jazdu krew­nia­czek i istot­nie trosz­czył się, aby niczego im nie zabra­kło. Wie­lo­krot­nie pod­kre­ślał także, że zależy mu ogrom­nie na utrzy­my­wa­niu jak naj­ści­ślej­szych sto­sun­ków z rodziną, i nale­gał tak usil­nie, aby przy­cho­dziły do Bar­ton Park na obiady codzien­nie, dopóki bar­dziej się nie zado­mo­wią, że choć prze­kra­czał nie­kiedy gra­nice uprzej­mo­ści, nie­po­dobna było obra­zić się na niego. Jego ser­decz­ność wyra­żała się nie tylko sło­wami; zale­d­wie w godzinę po jego odej­ściu z dworu przy­słano kosz pełen warzyw i owo­ców, póź­niej­szym popo­łu­dniem zaś kolejny poda­rek w postaci por­cji dzi­czy­zny. Sir John nale­gał także, aby wolno mu było prze­ka­zy­wać wszyst­kie przy­cho­dzące do pań, jak i prze­zna­czone do wysła­nia listy, a także oświad­czył, że nie odmówi sobie przy­jem­no­ści prze­sła­nia im codzien­nie gazet.

Lady Mid­dle­ton nato­miast prze­ka­zała im za pośred­nic­twem męża nie­zwy­kle uprzejmy liścik, wyra­ża­jąc chęć odwie­dze­nia pani Dash­wood, gdy tylko otrzyma wia­do­mość, że nie sprawi tym gospo­dyni kło­potu. Ponie­waż od razu udzie­lono jej rów­nie grzecz­nej odpo­wie­dzi, wizyta zapo­znaw­cza odbyła się już następ­nego dnia.

Były, rzecz jasna, ogrom­nie cie­kawe osoby, od któ­rej zale­żało wszak w dużej mie­rze, jak ułoży się ich pobyt w Bar­ton, i nie zawio­dły się, oka­zała się bowiem praw­dzi­wie ele­gancką damą. Lady Mid­dle­ton miała dwa­dzie­ścia sześć, może dwa­dzie­ścia sie­dem lat, ładną twarz, była wysoka i smu­kła, a jej ruchy były pełne gra­cji. Zacho­wy­wała się też dużo wytwor­niej niż jej mąż. Bra­ko­wało jej nato­miast jego cie­pła i szcze­rej ser­decz­no­ści; wizyta zaś była na tyle długa, aby pierw­szy zachwyt nieco ostygł, wyda­wało się bowiem, że za zasłoną nie­na­gan­nych manier kryje się osoba powścią­gliwa, chłodna, która ogra­ni­cza się do zada­wa­nia banal­nych pytań i wygła­sza­nia uwag nie­ma­ją­cych w sobie nic odkryw­czego.

Kon­wer­sa­cja toczyła się jed­nak żywo, ponie­waż sir John był bar­dzo roz­mowny, zaś lady Mid­dle­ton wzięła ze sobą roz­trop­nie swoje naj­star­sze dziecko - chłop­czyka około sze­ścio­let­niego, dzięki czemu panie mogły zain­te­re­so­wać się, ile ma lat i jak ma na imię, zająć się podzi­wia­niem jego urody, a także zada­wać mu pyta­nia, na które odpo­wia­dała matka, pod­czas gdy dziecko cho­wało się za nią ze spusz­czoną główką - ku wiel­kiemu zdu­mie­niu lady Mid­dle­ton, która zapew­niała obec­nych, że w domu chło­piec nie jest tak nie­śmiały, ale prze­ciw­nie, czyni zawsze wiele hałasu. Dziecko spraw­dza się dosko­nale jako ele­ment każ­dej for­mal­nej wizyty, dostar­cza­jąc tematu do roz­mów. W tym wypadku całe dzie­sięć minut zajęło towa­rzy­stwu usta­le­nie, czy chło­piec jest podobny bar­dziej do ojca, czy też do matki, i pod jakimi wzglę­dami, przy czym każdy zapre­zen­to­wał, rzecz jasna, odmienną opi­nię i dzi­wił się wielce poglą­dom pozo­sta­łych.

Wszystko wska­zy­wało na to, że panie Dash­wood będą mogły nie­ba­wem omó­wić przy­mioty także pozo­sta­łych dzieci pań­stwa Mid­dle­ton, ponie­waż sir John nie chciał opu­ścić domu, nie uzy­skaw­szy uprzed­nio obiet­nicy, że naza­jutrz panie przyjmą zapro­sze­nie do dworu na obiad.

Rozdział VII

Posia­dłość Bar­ton Park była poło­żona około pół mili od domku. Panie prze­jeż­dżały obok niej, jadąc przez dolinę, była jed­nak zasło­nięta przed ich wzro­kiem przez zbo­cze wzgó­rza. Dom był duży i piękny; widać było, że Mid­dle­to­no­wie są ludźmi zara­zem gościn­nymi i ele­ganc­kimi. To pierw­sze było z pew­no­ścią zasługą sir Johna, dru­gie zaś - jego żony. Przy­ja­ciele gościli u nich nie­mal zawsze, a sąsia­dów przyj­mo­wali czę­ściej niż kto­kol­wiek inny w oko­licy. Oboje potrze­bo­wali tego do szczę­ścia; choć róż­nili się bar­dzo tem­pe­ra­men­tem i zacho­wa­niem, byli zara­zem oso­bli­wie podobni do sie­bie nawza­jem pod wzglę­dem cał­ko­wi­tego braku talen­tów i upodo­bań, które dawa­łyby im zaję­cie, nie­zwią­za­nych z obo­wiąz­kami towa­rzy­skimi. Sir John był myśli­wym, lady Mid­dle­ton zaś była matką. On polo­wał i strze­lał, ona bawiła dzieci; innych zajęć nie znali. Lady Mid­dle­ton miała nad mężem tę prze­wagę, że zaj­mo­wać się dziećmi mogła przez okrą­gły rok, on zaś mógł upra­wiać swe hobby wyłącz­nie w trak­cie sezonu. Bogate życie towa­rzy­skie w domu i poza nim wyna­gra­dzało im jed­nak wszel­kie braki w cha­rak­te­rze i wykształ­ce­niu, pozwa­la­jąc mężowi dobrze się bawić i zacho­wać dobry humor, żonie zaś pre­zen­to­wać na szer­szym forum swe nie­na­ganne wycho­wa­nie.

Lady Mid­dle­ton szczy­ciła się ele­gan­cją wyda­wa­nych przy­jęć, jak i wystroju domu, co dawało jej naj­więk­sze zado­wo­le­nie w życiu towa­rzy­skim. Sir John cie­szył się przede wszyst­kim dobrym towa­rzy­stwem. Uwiel­biał ota­czać się mło­dymi ludźmi - im wię­cej robili hałasu, tym więk­sza była jego radość. Oko­liczna mło­dzież darzyła go praw­dzi­wym uwiel­bie­niem, ponie­waż latem nie­stru­dze­nie orga­ni­zo­wał pik­niki, zimą zaś urzą­dzał bale wystar­cza­jąco liczne, by spro­stać ocze­ki­wa­niom wszyst­kich, nie licząc pięt­na­sto­let­nich panien o nie­na­sy­co­nych w tej mate­rii ape­ty­tach.

Poja­wie­nie się nowej rodziny w oko­licy było dla niego zawsze rado­snym wyda­rze­niem; był też zachwy­cony nowymi miesz­kan­kami domku w Bar­ton, które sam doń spro­wa­dził. Panny Dash­wood były młode, ładne i bez­pre­ten­sjo­nalne. To wystar­czyło, by patrzył na nie przy­chyl­nym okiem, był bowiem zda­nia, że natu­ral­ność to jedyna cecha, jakiej potrzeba ład­nej i mło­dej dziew­czy­nie, by przy­mioty jej umy­słu stały się rów­nie widoczne jak uroda. Ser­deczny i przy­ja­ciel­ski z natury, z rado­ścią przy­szedł z pomocą tym, któ­rych sytu­acja ule­gła nie­szczę­śli­wej odmia­nie. Jako czło­wiek dobro­tliwy, cie­szył się, mogąc oka­zać ser­decz­ność kuzyn­kom; był też zado­wo­lony, umiesz­cza­jąc w swym domku wyłącz­nie kobiety, ponie­waż była to roz­tropna decy­zja myśli­wego. Myśliwi bowiem cenią wyłącz­nie tych przed­sta­wi­cieli wła­snej płci, któ­rzy także polują, a zapra­sza­nie kon­ku­ren­tów do wła­snego rewiru nie wydaje się roz­sąd­nym posu­nię­ciem.

Sir John ser­decz­nie powi­tał panią Dash­wood i jej córki w drzwiach Bar­ton Park, a pro­wa­dząc je do bawialni, wyra­żał - podob­nie jak poprzed­niego dnia - skru­chę, że nie udało mu się zapro­sić na spo­tka­nie z nimi żad­nych mło­dych ludzi. Jedy­nym oprócz niego męż­czy­zną w Bar­ton Park był pewien przy­ja­ciel, któ­rego panny miały poznać nieco póź­niej; nie był jed­nak, nie­stety, ani szcze­gól­nie młody, ani też zbyt­nio wesoły.

Wyra­ził nadzieję, że kuzynki wyba­czą mu brak licz­niej­szego towa­rzy­stwa, i zapew­nił, że taka sytu­acja wię­cej się nie powtó­rzy. Odwie­dził tego ranka kilka rodzin w oko­licy w nadziei, że zdoła kogoś zapro­sić, ponie­waż jed­nak nastała wła­śnie peł­nia, wszy­scy mieli już liczne zobo­wią­za­nia towa­rzy­skie1. Na szczę­ście, zale­d­wie przed godziną zaje­chała do Bar­ton jego teściowa - osoba nie­zwy­kle miła i wesoła, liczył więc, że młode damy nie będą zbyt­nio się nudzić. Panny Dash­wood, podob­nie jak ich matka, były cał­ko­wi­cie zado­wo­lone, mając za towa­rzy­stwo jedy­nie dwie obce osoby, i nie pra­gnęły nikogo wię­cej pozna­wać.

Pani Jen­nings, matka lady Mid­dle­ton, była pogodną, wesołą, pulchną star­szą panią, która mówiła dużo, wyda­wała się nad­zwy­czaj zado­wo­lona z życia i dość nie­okrze­sana. Wciąż sypała żar­tami i wybu­chała śmie­chem, a zanim obiad dobiegł końca, zdą­żyła wygło­sić wiele dyk­te­ry­jek na temat mężów i kochan­ków; wyra­ziła nadzieję, że panny nie pozo­sta­wiły serc w hrab­stwie Sus­sex, i uda­wała, że dostrzega, jak się czer­wie­nią. Marianna czuła się nie­zręcz­nie z powodu sio­stry, popa­try­wała więc na Ele­onorę, spraw­dza­jąc, jak znosi te ataki z otwar­to­ścią, która bolała Ele­onorę dużo bar­dziej niż nie­wy­bredne żarty pani Jen­nings.

Puł­kow­nik Bran­don, przy­ja­ciel sir Johna, na pierw­szy rzut oka nada­wał się na przy­ja­ciela gospo­da­rza nie bar­dziej niż lady Mid­dle­ton na jego żonę, a pani Jen­nings na matkę tejże żony. Był mil­czący i posępny. Wyglą­dał jed­nak sym­pa­tycz­nie, jak­kol­wiek Marianna i Mał­go­rzata były zda­nia, że jest kla­sycz­nym sta­rym kawa­le­rem, prze­kro­czył już bowiem trzy­dzie­sty piąty rok życia; choć jed­nak nie­spe­cjal­nie przy­stojny, miał inte­li­gentną twarz i zacho­wy­wał się, jak przy­stało na praw­dzi­wego dżen­tel­mena.

Żadna ze zgro­ma­dzo­nych osób nie wydała się pan­nom Dash­wood szcze­gól­nie inte­re­su­jąca, jed­nak zimna nija­kość lady Mid­dle­ton czy­niła tak przy­kre wra­że­nie, że w porów­na­niu z nią mil­czący puł­kow­nik Bran­don, a nawet hała­śliwi sir John i jego teściowa zyski­wali na walo­rach towa­rzy­skich. Lady Mid­dle­ton wyda­wała się przy­jem­nie poru­szona wyłącz­nie, gdy po obie­dzie do jadalni weszła hała­śliwie czwórka jej dzieci, które cią­gnęły ją za rękawy i za suk­nię oraz prze­ry­wały wszel­kie roz­mowy doro­słych z wyjąt­kiem tych, które doty­czyły ich bez­po­śred­nio.

Wie­czo­rem, gdy odkryto muzy­kal­ność Marianny, popro­szono ją, aby zagrała. Instru­ment został więc otwarty, wszy­scy usa­do­wili się w ocze­ki­wa­niu, a Marianna, która pięk­nie śpie­wała, ura­czyła zebra­nych wyko­na­niem więk­szo­ści pie­śni, któ­rych nuty lady Mid­dle­ton przy­wio­zła ze sobą w posagu, a które praw­do­po­dob­nie leżały na pia­ni­nie od tam­tej pory, zwa­żyw­szy, że z chwilą wyj­ścia za mąż ich wła­ści­cielka zre­zy­gno­wała z gry i śpiewu, choć jak twier­dziła jej matka, grała kie­dyś doprawdy dosko­nale i była wielką miło­śniczką muzyki.

Występ Marianny spo­tkał się z grom­kim aplau­zem. Sir John wyra­żał gło­śno zachwyt po każ­dej pie­śni, choć gdy Marianna śpie­wała, toczył rów­nie gło­śne roz­mowy. Lady Mid­dle­ton wie­lo­krot­nie przy­wo­ły­wała go do porządku, wyra­żała zdzi­wie­nie, jak można nie dać się bez reszty pochło­nąć muzyce, następ­nie jed­nak popro­siła Mariannę o wyko­na­nie pie­śni, którą ta wła­śnie skoń­czyła. Jedy­nie puł­kow­nik Bran­don słu­chał śpiewu z uwagą i bez słowa. Marianna ode­brała jego sku­pie­nie jako kom­ple­ment, co spra­wiło, że poczuła do niego pewien sza­cu­nek w odróż­nie­niu do pozo­sta­łych, któ­rych brak gustu muzycz­nego uznała za godny poli­to­wa­nia. Przy­jem­ność, z jaką słu­chał muzyki, nie była może eks­ta­tyczną rado­ścią zbli­żoną do tej, jaką sama odczu­wała, oka­zała się jed­nak warta doce­nie­nia w kon­tra­ście z prze­raź­liwą obo­jęt­no­ścią pozo­sta­łych; Marianna zaś miała dość roz­sądku, by uznać, że męż­czy­zna trzy­dzie­sto­pię­cio­letni może mieć już za sobą wiel­kie unie­sie­nia, jak i zdol­ność do prze­ży­wa­nia eufo­rii. Uznała zatem, że na przy­szłość będzie brać pod uwagę w swych osą­dach pode­szły wiek puł­kow­nika, jak wyma­gają tego względy czło­wie­czeń­stwa.

Rozdział VIII

Pani Jen­nings była wdową z dostat­nią rentą doży­wot­nią. Miała tylko dwie córki, które wydała dobrze za mąż, teraz zaś, nie mając nic innego do roboty, mogła spo­koj­nie zająć się swa­ta­niem całej reszty świata. Wkła­dała w to ogrom­nie dużo serca i wysiłku, nie tra­cąc ni­gdy oka­zji, by prze­po­wie­dzieć wesele wśród zna­jo­mej mło­dzieży. Z pio­ru­nu­jącą szyb­ko­ścią wykry­wała wszel­kie prze­jawy uczuć, cie­sząc się nie­po­mier­nie, gdy udało jej się wywo­łać rumie­niec na twa­rzy mło­dej damy, snu­jąc insy­nu­acje na temat wra­że­nia, jakie zro­biła ona na tym czy innym mło­dzieńcu; wni­kli­wość ta dopro­wa­dziła ją nie­ba­wem po przy­jeź­dzie do Bar­ton do wnio­sku, że puł­kow­nik Bran­don zako­chał się bez pamięci w Marian­nie Dash­wood. Zaczęła coś podej­rze­wać już pierw­szego wie­czoru, gdy słu­chał tak uważ­nie jej śpiewu; kiedy zaś Mid­dle­to­no­wie zło­żyli w domku rewi­zytę, i sytu­acja się powtó­rzyła, pani Jen­nings utwier­dziła się w swym prze­ko­na­niu. Tak wła­śnie musiało być. Była tego pewna. Byłby to zresztą dosko­nały zwią­zek, zwa­żyw­szy, że on był bogaty, a ona piękna. Pani Jen­nings czy­niła zabiegi, by oże­nić puł­kow­nika od czasu, gdy go poznała za pośred­nic­twem sir Johna; zara­zem zaś nie­usta­jąco roz­glą­dała się za dobrymi mężami dla wszyst­kich ład­nych dziew­cząt.

Ona sama czer­pała z tego nie­wąt­pliwą korzyść, jaką była moż­li­wość snu­cia nie­ustan­nych żar­tów. W Bar­ton Park naśmie­wała się z puł­kow­nika, w Bar­ton Cot­tage zaś z Marianny. Puł­kow­nik przyj­mo­wał zapewne te pokpi­wa­nia obo­jęt­nie, przy­naj­mniej tak długo, dopóki doty­czyły wyłącz­nie jego samego, Marianna nato­miast począt­kowo nie była w sta­nie zro­zu­mieć, o co cho­dzi, kiedy zaś wresz­cie to pojęła, nie wie­działa, czy powinna skwi­to­wać śmie­chem absur­dal­ność powzię­tych wobec niej podej­rzeń, czy też obra­zić się za imper­ty­nen­cję, uznała je bowiem za bez­duszną drwinę z pode­szłego wieku puł­kow­nika, jak i jego kawa­ler­skiego stanu.

Pani Dash­wood, która nie uwa­żała wszak męż­czy­zny o pięć lat od niej młod­szego za zgrzy­bia­łego starca, jakim się on wyda­wał młódce, pró­bo­wała tłu­ma­czyć panią Jen­nings, dowo­dząc, że z pew­no­ścią nie chciała zakpić z jego wieku.

- W każ­dym razie, mamo, nie możesz zaprze­czyć absur­dal­no­ści tego oskar­że­nia, nawet jeśli jesteś zda­nia, że nie zostało sfor­mu­ło­wane w złej wie­rze. Puł­kow­nik Bran­don jest z pew­no­ścią młod­szy od pani Jen­nings, jest jed­nak wystar­cza­jąco doj­rzały, by mógł być moim ojcem, a jeśli nawet daw­niej miał w sobie dość życia, żeby się zako­chać, z pew­no­ścią ma takie unie­sie­nia już dawno za sobą. To śmieszne! W jaki spo­sób czło­wiek może zabez­pie­czyć się przed takim nie­wcze­snym poczu­ciem humoru, skoro nie chro­nią go przed nim wiek i znie­do­łęż­nie­nie?

- Znie­do­łęż­nie­nie? - zawo­łała Ele­onora. - Nazy­wasz puł­kow­nika Bran­dona nie­do­łęż­nym? Rozu­miem, że wydaje ci się dużo star­szy niż choćby mamie, ale nie zamie­rzasz chyba wma­wiać sobie, że nie jest w pełni sprawny?

- Nie sły­sza­łaś, jak narze­kał na reu­ma­tyzm? A czyż nie jest to naj­bar­dziej powszechne scho­rze­nie pode­szłego wieku?

- Moje naj­droż­sze dziecko - powie­działa matka ze śmie­chem. - W takim razie żyjesz chyba w nie­ustan­nym stra­chu, że i ja zejdę zaraz z tego świata; zapewne wydaje ci się cudem, że dotrwa­łam do sędzi­wego wieku lat czter­dzie­stu.

- Nie chcesz mnie zro­zu­mieć, mamo. Wiem dosko­nale, że puł­kow­nik Bran­don nie osią­gnął jesz­cze takiego wieku, by przy­ja­ciele musieli oba­wiać się, że lada chwila umrze. Może pożyć jesz­cze i ze dwie dekady. Nie­mniej jed­nak trzy­dzie­ści pięć lat to nie jest wiek na zawie­ra­nie mał­żeń­stwa.

- Być może - rze­kła Ele­onora - męż­czy­zna trzy­dzie­sto­pię­cio­letni i sie­dem­na­sto­latka nie powinni myśleć o zawar­ciu ze sobą związku mał­żeń­skiego. Gdyby jed­nak zda­rzyło się tak, że kobieta w wieku lat dwu­dzie­stu sied­miu byłaby panną, nie sądzę, aby fakt, że puł­kow­nik Bran­don ma lat trzy­dzie­ści pięć mógł sta­no­wić argu­ment prze­ciwko ich mał­żeń­stwu.

- Kobieta, która ma lat dwa­dzie­ścia sie­dem - odparła Marianna po chwili mil­cze­nia - nie może mieć nadziei, że wzbu­dzi w kimś miłość, a jeśli jej dom jest mały, a for­tuna skromna, przy­pusz­czam, że może zgo­dzić się zostać czy­jąś pie­lę­gniarką w zamian za dostat­nie i bez­pieczne życie w mał­żeń­stwie. Gdyby więc puł­kow­nik oświad­czył się takiej kobie­cie, nie byłoby w tym nic nie­sto­sow­nego. Byłby to kon­trakt zawarty dla obo­pól­nej korzy­ści, a w tym nie ma prze­cież nic złego. W moich oczach jed­nak nie byłoby to mał­żeń­stwo. Byłaby to jedy­nie umowa han­dlowa, w któ­rej każda ze stron czer­pie zyski kosz­tem dru­giej.

- Wiem, że nie zdo­łam cię prze­ko­nać - odparła Ele­onora - że kobieta w wieku lat dwu­dzie­stu sie­dem mogłaby obda­rzyć męż­czy­znę trzy­dzie­sto­pię­cio­let­niego uczu­ciem na tyle zbli­żo­nym do miło­ści, by chcieć w nim szu­kać towa­rzy­sza życia. Muszę jed­nak zapro­te­sto­wać, sły­sząc, jak ska­zu­jesz puł­kow­nika Bran­dona i jego ewen­tu­alną żonę na życie w izbie cho­rych tylko dla­tego, że zda­rzyło mu się wczo­raj wspo­mnieć (a dzień był wyjąt­kowo zimny i wil­gotny), że odczuwa lekki ból reu­ma­tyczny w ramie­niu.

- Mówił jed­nak coś o fla­ne­lo­wych pod­ko­szul­kach - odpa­ro­wała Marianna - dla mnie zaś fla­ne­lowy pod­ko­szu­lek wiąże się nie­ro­ze­rwal­nie z bólem, skur­czami, reu­ma­ty­zmem i wszel­kimi dole­gli­wo­ściami ludzi sta­rych i znie­do­łęż­nia­łych.

- Gdyby zapadł na silną gorączkę, nie trak­to­wa­ła­byś go tak lek­ce­wa­żąco. Przy­znaj się, Marianno, czy nie uwa­żasz przy­pad­kiem wypie­ków, zapad­nię­tych oczu i pulsu przy­spie­szo­nego od gorączki za pocią­ga­jące?

Nie­długo potem, gdy Ele­onora wyszła z pokoju, Marianna zwró­ciła się do matki.

- Mamo - rze­kła - skoro już mówimy o cho­ro­bach, muszę ci się zwie­rzyć, że drę­czy mnie pewien nie­po­kój. Jestem pewna, że Edward Fer­rars zacho­ro­wał. Od naszego przy­jazdu minęły pra­wie dwa tygo­dnie, a on nie przy­je­chał. To zna­czy, że musiał zapaść na jakąś poważną dole­gli­wość. Cóż innego mogłoby go zatrzy­mać tyle czasu w Nor­land?

- Czyż­byś spo­dzie­wała się go tutaj szyb­ciej? - spy­tała pani Dash­wood. - Ja nie mia­łam takich ocze­ki­wań. Prze­ciw­nie, jeśli w ogóle odczu­wam nie­po­kój z tym zwią­zany, to raczej na myśl o roz­mo­wie, którą odby­łam z nim przed naszym wyjaz­dem. Wydało mi się, że nie­zbyt chęt­nie przy­jął moje zapro­sze­nie do Bar­ton. Czy Ele­onora się go tu spo­dziewa?

- Nie roz­ma­wia­łam z nią o tym, ale jestem pewna, że tak.

- Wydaje mi się, że się mylisz. Kiedy powie­dzia­łam jej wczo­raj, że musimy zro­bić nowy ruszt do kominka w sypialni gościn­nej, odparła, że nie ma z tym pośpie­chu, zwa­żyw­szy że naj­pew­niej w tym pokoju jesz­cze przez jakiś czas nikt nie będzie miesz­kał.

- Coś takiego! Cóż to może zna­czyć? Choć, jak się nad tym zasta­no­wić, ci dwoje zacho­wują się cał­kiem nie­zro­zu­miale! Żegnali się ze sobą tak chłodno, tak spo­koj­nie! A jaka sztywna była ich ostat­nia roz­mowa! Przy poże­gna­niu Edward nie zro­bił żad­nej róż­nicy pomię­dzy mną a Ele­onorą: po pro­stu życzył nam wszyst­kiego dobrego jak kocha­jący brat. Dwu­krot­nie zosta­wi­łam ich samych tego ostat­niego poranka i za każ­dym razem Edward umyśl­nie wycho­dził za mną z pokoju. Ele­onora zaś, w prze­ci­wień­stwie do mnie, nie uro­niła ani jed­nej łzy, pozo­sta­wia­jąc za sobą Nor­land i Edwarda. Na­dal jest zresztą tak opa­no­wana. Czy widzia­łaś, żeby była przy­gnę­biona lub pogrą­żona w melan­cho­lii? Kiedy ostat­nio uni­kała towa­rzy­stwa, wyda­wała się nie­spo­kojna lub nie­za­do­wo­lona, że znaj­duje się wśród ludzi?