Rozdział IX
Panie Dashwood urządziły się w Barton zupełnie wygodnie. Dom i ogród
oraz całe otoczenie zdawały im się teraz znajome, a zwykłe zajęcia dnia
codziennego, które nadawały niegdyś Norland połowę uroku, zostały
podjęte na nowo z dużo większym entuzjazmem niż kiedykolwiek w dawnym
domu już po śmierci ojca. Sir John Middleton, który przez pierwsze dwa
tygodnie odwiedzał je codziennie, a który nie zwykł zaprzątać sobie
głowy domowymi obowiązkami, nie potrafił ukryć zdumienia, widząc je
wciąż czymś zajęte.
Z wyjątkiem mieszkańców Barton Park panie rzadko miewały gości; mimo że
sir John nalegał, aby zaczęły więcej bywać w miejscowym towarzystwie, i nieustannie zapewniał, że jego powóz jest zawsze do ich dyspozycji,
niezależny duch pani Dashwood odniósł zwycięstwo nad potrzebą bywania
wraz z córkami i była zdecydowana odmawiać odwiedzin u którejkolwiek
rodziny, do której nie dało się dotrzeć piechotą. W zasięgu spaceru
znajdowały się nieliczne domy, nie do wszystkich zaś można było udać się
z wizytą. Około pół mili od domku, w wąskiej i krętej dolinie Allenham,
wybiegającej z doliny Barton, jak to już zostało tutaj opisane, podczas
jednego ze spacerów dziewczęta odkryły starą, szacowną posiadłość, która
ze względu na pewne podobieństwo do Norland pobudziła ich wyobraźnię i skłoniła do odwiedzin. Jak się jednak dowiedziały, rozpytując w okolicy,
właścicielka - starsza dama o nienagannej opinii - była słabego zdrowia
i dlatego nigdy nie opuszczała domu.
Okolica aż prosiła się jednak o spacery. Wysokie pagórki, których zarys
było widać z domku przez niemal każde okno, zachęcające, by wejść na
szczyt i zaczerpnąć świeżego powietrza, dawały wytchnienie, gdy dno
doliny pokrywało się błotem; pewnego pamiętnego poranka, po dwóch dniach
spędzonych w domu z powodu nieustannego deszczu, Marianna i Małgorzata
udały się w stronę jednego ze wzgórz, zwiedzione słabym blaskiem słońca
przezierającego przez chmury. Matka i najstarsza siostra nie wykazały
zainteresowania odmianą pogody na tyle, by porzucić ołówki, szkicownik i książki, mimo zapewnień Marianny, że dzień zapowiada się piękny, a wiatr
rozwieje gromadzące się nad wzgórzami chmury; ostatecznie więc dwie
młodsze panny wybrały się na przechadzkę same.
Wesoło pięły się pod górę, ciesząc się widokiem każdego skrawka
błękitnego nieba, a kiedy w twarze uderzył im podmuch
południowo-zachodniego wiatru, nie mogły odżałować, że matka i Eleonora
nie zechciały doświadczyć wraz z nimi tego rozkosznego uczucia.
- Czy istnieje na ziemi większe szczęście? - wołała Marianna. -
Małgorzato, zróbmy sobie co najmniej dwugodzinny spacer.
Małgorzata zgodziła się i ruszyły pod wiatr, opierając mu się ze
śmiechem, gdy nagle chmury nagromadziły się nad ich głowami i spadł
gwałtowny deszcz. Zdziwione i rozczarowane musiały pogodzić się z koniecznością powrotu, w pobliżu nie było bowiem żadnego schronienia.
Pocieszała je jedynie myśl, że będą mogły zbiec pędem ze stromego zbocza
wprost pod furtkę swego ogrodu, co w zaistniałej sytuacji wydawało się
słusznym rozwiązaniem.
Ruszyły więc. Początkowo Marianna biegła szybciej, wystarczył jednak
jeden fałszywy krok, by nagle runęła na ziemię - tymczasem Małgorzata,
nie mogąc się zatrzymać, przebiegła obok siostry i bezpiecznie dotarła
na dół.
W chwili gdy zdarzył się wypadek, o kilka jardów od Marianny znajdował
się dżentelmen ze strzelbą, obskakiwany przez dwa wyżły, który zmierzał
właśnie w stronę szczytu. Upuścił strzelbę i ruszył jej na ratunek.
Podniosła się sama, jednak podczas upadku skręciła kostkę i nie była w stanie ustać na nogach. Dżentelmen zaoferował pomoc, uznając zaś, że
konieczność sytuacji musi wziąć górę nad panieńską skromnością, wziął ją
czym prędzej w ramiona i zniósł ze wzgórza. Przeszedł przez furtkę,
której nie zamknęła za sobą Małgorzata, do ogrodu, a następnie wniósł ją
do domu, gdzie właśnie dotarła również najmłodsza z sióstr, i wypuścił
ją z objęć usadziwszy ją bezpiecznie w fotelu w salonie.
Eleonora i matka wstały, zdziwione tym wtargnięciem; obie patrzyły na
nieznanego mężczyznę, zaś ich wzrok wyrażał zarazem zdumienie i sekretny
podziw zarówno dla jego nienagannego wyglądu, jak i manier, gdyż
przeprosił zaraz za najście, streszczając zarazem jego przyczynę, a mówił tak szczerze i wyrażał się tak elegancko, że jego niezwykle
przystojna twarz nabierała dodatkowego uroku dzięki tonowi głosu i ekspresji mimiki. Choćby zresztą był brzydkim i starym prostakiem, pani
Dashwood z pewnością okazałaby mu wdzięczność i uprzejmość w obliczu
pomocy, jakiej udzielił jej dziecku; jednak jego młodość, uroda i elegancja budziły w niej tym żywsze uczucia.
Dziękowała mu w nieskończoność, a wreszcie z właściwym sobie wdziękiem
zaprosiła go, by usiadł. Odmówił jednak, tłumacząc się, że jest zbyt
brudny i mokry. Pani Dashwood nalegała więc gorąco, aby wyjawił jej,
komu tyle zawdzięcza. Odparł, że nazywa się Willoughby, obecnie zaś
mieszka w Allenham; wyraził też nadzieję, że jutro będzie mu wolno
zjawić się z wizytą, aby dowiedzieć się, jak się miewa panna Dashwood.
Skwapliwie udzielono mu na to zezwolenia, po czym wyszedł, znikając
tajemniczo wśród strug ulewnego deszczu.
Jego męska uroda i nadzwyczajne maniery stały się przedmiotem zachwytu
wszystkich pań, zaś okoliczności, w jakich iście po rycersku wybawił
Mariannę z kłopotu - tematem ogólnych żartów.
Marianna nie obejrzała go tak dobrze jak pozostałe panie, ponieważ
zażenowana i spłoniona starała się nie patrzeć na niego, kiedy wszedł do
domu. Widziała jednak na tyle dużo, by dołączyć do ogólnych zachwytów z właściwą sobie żarliwością. Jego wygląd i maniery nasuwały Mariannie na
myśl jej wymarzonego bohatera, a śmiałość, z jaką bezceremonialnie
wniósł ją do domu, zdradzała prędkość myśli i zdecydowanie w działaniu,
co wydało jej się szczególnie pociągające. Wszystko, co go dotyczyło,
zdawało się interesujące. Miał dobre nazwisko, mieszkał w ich ulubionej
wsi, a do tego Marianna doszła niebawem do wniosku, że ze wszystkich
męskich ubiorów najbardziej twarzowa jest kurtka myśliwska. Puściła
wodze wyobraźni i pogrążyła się w nader przyjemnych rozmyślaniach,
zapominając całkiem o bólu skręconej kostki.
Sir John zjawił się natychmiast, gdy pogoda poprawiła się chwilowo na
tyle, by umożliwić mu wyjście z domu; zrelacjonowano mu wypadek
Marianny, po czym niecierpliwie dopytywano, czy zna dżentelmena o nazwisku Willoughby mieszkającego w Allenham.
- Willoughby! - zawołał sir John. - Coś podobnego! Przyjechał na wieś?
To dobra wiadomość. Pojadę tam jutro i zaproszę go na obiad w czwartek.
- A zatem to znajomy? - spytała pani Dashwood.
- Znajomy! Oczywiście, że znajomy. Przyjeżdża tu co roku.
- Jaki jest ten młody człowiek?
- Najlepszy na świecie, zapewniam panią. Doskonały z niego strzelec, a przy tym jeden z najlepszych jeźdźców w Anglii.
- To wszystko, co może pan o nim powiedzieć? - zawołała Marianna z oburzeniem. - Jaki się zdaje przy bliższym poznaniu? Do czego dąży w życiu, jakie ma talenty, uzdolnienia?
Sir John okazał pewne zaskoczenie.
- Na mą duszę - rzekł. - Nie wiem o nim zbyt wiele, jeśli o to chodzi.
Jest jednak przyjemnym, pogodnym człowiekiem i ma najładniejszą czarną
wyżlicę, jaką widziałem w życiu. Czy mu dziś towarzyszyła?
Marianna nie była jednak w stanie udzielić mu informacji na temat koloru
sierści wyżła pana Willoughby'ego, podobnie jak sir John nie potrafił
powiedzieć jej wiele o stanie jego umysłu.
- Ale kto to jest? - spytała Eleonora. - Skąd pochodzi? Czy ma dom w Allenham?
W tej kwestii sir John mógł służyć bardziej szczegółowymi informacjami,
wyjaśnił im więc, że pan Willoughby nie posiada majątku wiejskiego;
odwiedza jedynie we dworze Allenham starszą damę, z którą jest
spokrewniony i po której ma ponoć dziedziczyć.
- Tak, tak - dodał - to naprawdę świetna partia, mówię pani, panno
Dashwood; ma też ładny mająteczek w hrabstwie Somerset; na pani miejscu
nie oddałbym go młodszej siostrze, choćby nie wiem ile razy sturlała się
z górki. Panna Marianna nie może wszak rościć sobie prawa do wszystkich
mężczyzn w okolicy. Jeśli nie będzie uważała, Brandon stanie się o nią
zazdrosny.
- Nie wydaje mi się - wtrąciła pani Dashwood z pogodnym uśmiechem - aby
pan Willoughby padł ofiarą którejkolwiek z moich córek, usiłującej, jak
się pan wyraził, "złapać" go. Nie tak je wychowałam. Mężczyźni są
bezpieczni w naszym towarzystwie, choćby byli nie wiem jak bogaci. Z radością jednak wywnioskowałam z pańskiej wypowiedzi, że to przyzwoity
młody człowiek i możemy bez przeszkód utrzymywać z nim znajomość.
- To prawdziwie zacny chłop, powiadam pani - powtórzył sir John. -
Pamiętam, jak w zeszłe Boże Narodzenie podczas przyjęcia w Burton Park
tańczył od ósmej wieczór aż do czwartej rano, nie siadając nawet na
chwilę.
- Doprawdy? - wykrzyknęła Marianna, a jej oczy rozbłysły. - Czy tańczył
elegancko i ze swadą?
- Tak, a już o ósmej rano był na nogach, by jechać na polowanie.
- To mi się podoba; taki właśnie powinien być każdy młodzieniec.
Nieważne, jaki chce osiągnąć cel, powinien dążyć do niego bez
wytchnienia, niestrudzenie.
- Tak, tak, już widzę, co to będzie - rzekł sir John. - Widzę doskonale.
Zarzuci pani teraz na niego swoje sidła, nie myśląc nawet o biednym
Brandonie.
- To wyrażenie, sir Johnie - rzekła Marianna dobitnie - jest mi
szczególnie niemiłe. Nie cierpię tych wszystkich wyświechtanych zwrotów,
pozornie dowcipnych, wśród których najgorsze to właśnie "zastawić sidła"
lub "zrobić konkietę". Są niewybredne, a nawet wręcz prostackie, jeśli
zaś kiedykolwiek uważano je za żartobliwe, czas rozprawił się z nimi
bezlitośnie.
Sir John nie zrozumiał wiele z tej przemowy, roześmiał się jednak z całego serca, jak to miał w zwyczaju, a potem odpowiedział:
- O tak, panna zrobisz niejedną konkietę, bez wątpienia. Biedny Brandon!
Wpadł po uszy, a muszę pannie powiedzieć, że jeśli warto zastawić na
kogoś sidła, to właśnie na niego, pomimo tej całej historii z turlaniem
się z górki i skręconą kostką, ot co.
Rozdział X
Wybawca Marianny - jak wyszukanie, choć nie do końca trafnie określiła
go Małgorzata - elegancki pan Willoughby, pojawił się w domku wcześnie
rano następnego dnia, aby osobiście zapytać o samopoczucie panny. Pani
Dashwood przyjęła go więcej niż uprzejmie zarówno pod wpływem opinii,
jaką wyraził o nim sir John, jak i własnej wdzięczności, a cały przebieg
wizyty miał upewnić go o rozsądku, elegancji, wzajemnym przywiązaniu i wytworności życia rodziny, z którą los zetknął go przypadkowo. Co do
osobistego uroku pań, był o nim przekonany już od wczoraj.
Najstarsza z panien Dashwood miała delikatną cerę, regularne rysy i doskonałą figurę. Marianna była jeszcze ładniejsza. Wyższa od siostry,
bardziej rzucała się w oczy; a przy tym miała buzię tak uroczą, że
nadużywane często określenie "piękna dziewczyna" w jej przypadku zdawało
się nie banalne, lecz trafne. Karnację miała ciemną, lecz cerę
promienną, twarz prześliczną, uśmiech słodki i uroczy; w ciemnych oczach
zaś błysk życia, niezłomnego ducha, energii, budzący zachwyt w każdym,
na kogo spojrzała. Na Willoughby'ego początkowo starała się nie patrzeć,
zażenowana wspomnieniem dnia, w którym przyszedł jej na ratunek. Kiedy
jednak wstyd minął, nabrała animuszu, zaś nieskazitelność manier młodego
dżentelmena, jego otwartość i żywy temperament, a nade wszystko fakt, iż
przedstawił się jako wielki miłośnik muzyki i tańca, sprawiły, że
spojrzała na niego z aprobatą i żywo absorbowała go rozmową aż do końca
wizyty.
Wystarczyła bowiem jedna wzmianka o jednej z jej pasji, by rozwiązać jej
język. Nie była w stanie milczeć, gdy rozmowa dotyczyła tej kwestii, a w dyskusji wyzbywała się wszelkiej wstydliwości i rezerwy. Szybko odkryli
więc, że łączy ich miłość do tańca i muzyki, a także stwierdzili, że
wypływa ona z ogólnej zgodności poglądów na wszelkie zagadnienia z nimi
związane. Zachęcona tym do dalszej analizy jego opinii, jęła pytać
gościa o książki; wspomniała swych ulubionych autorów i chwaliła ich tak
żarliwie, że młody człowiek lat dwudziestu pięciu musiałby być
całkowicie wyzbyty z uczuć, gdyby nie podzielił natychmiast jej zachwytu
dla dzieł literackich, choćby nawet miał je dotąd w całkowitej
pogardzie. Zbieżność ich upodobań była zaskakująca. Oboje kochali te
same książki, cytowali te same fragmenty - a jeśli pojawiła się między
nimi jakakolwiek niezgodność upodobań czy sprzeciw ze strony gościa -
gasły one natychmiast pod naporem argumentów Marianny i blasku jej oczu.
Młodzieniec przystawał chętnie na wszystkie jej decyzje, podzielał cały
jej entuzjazm, a zanim wizyta dobiegła końca, rozmawiali ze sobą jak
dwójka dobrych znajomych.
- No cóż, Marianno - powiedziała Eleonora, gdy gość się oddalił - jak na
jeden poranek dokonałaś całkiem sporo. Zdołałaś ustalić opinię pana
Willoughby'ego w niemal wszystkich ważnych sprawach. Wiesz już, co sądzi
na temat Cowpera i Scotta; zyskałaś pewność, że ceni ich sobie akurat
tak, jak powinien, a przy tym nie masz wątpliwości, że nie darzy Pope'a większą estymą, niż jest to stosowne. Zastanawiam się jednak, jak też
uda ci się podtrzymywać tę znajomość, gdy wyczerpiesz już wszystkie
tematy rozmowy? Obawiam się, że niebawem okaże się, że nie macie już o czym rozmawiać. Następnym razem zapytasz go jeszcze zapewne, co sądzi o malowniczych krajobrazach i o powtórnym małżeństwie, a potem zabraknie
ci pomysłów.
- Eleonoro! - zawołała Marianna. - Jak możesz? Czy to sprawiedliwe?
Sądzisz, że brakuje mi zainteresowań? Ale rozumiem, co masz na myśli.
Zachowywałam się zbyt swobodnie, radośnie i szczerze. Złamałam wszelkie
zasady stosownego wychowania; mówiłam otwarcie, gdy należało okazać
powściągliwość, brak ducha, bezbarwność i skrytość. Powinnam była
rozmawiać jedynie o pogodzie i odzywać się raz na dziesięć minut,
oszczędziłabyś mi wówczas reprymendy.
- Kochanie - odezwała się jej matka - nie obrażaj się na Eleonorę;
widzisz przecież, że tylko żartuje. Gdybym uznała, że istotnie chce ona
pozbawić cię radości, jaką dała ci rozmowa z naszym nowym przyjacielem,
sama wyraziłabym sprzeciw. - Marianna natychmiast przestała się gniewać.
Willoughby ze swej strony dawał wszelkie dowody, że cieszy go nawiązana
znajomość, i nie ulegało wątpliwości, że będzie chciał ją podtrzymywać.
Odwiedzał damy codziennie. Początkowo używał jako pretekstu zdrowia
Marianny; jednak życzliwość, z jaką był przyjmowany, sprawiła szybko, że
wymówka przestała być konieczna, co nastąpiło, zanim noga Marianny
zdążyła wydobrzeć całkowicie. Skręcona kostka zmusiła ją wprawdzie do
spędzenia kilku dni w domu, jednak przymus ten nie mógł być milszy.
Willoughby był młodzieńcem zdolnym, o żywej wyobraźni, miał radosną,
otwartą naturę i doskonałe maniery. Był niczym odpowiedź na skryte
pragnienia serca Marianny - miał nie tylko ujmujący sposób bycia, ale
też wrodzoną żarliwość, która pod wpływem panny Dashwood zyskała na
sile, co budziło większą jej sympatię niż jakiekolwiek inne jego
przymioty.
Marianna czerpała coraz większą przyjemność z jego towarzystwa. Czytali
wspólnie, rozmawiali i śpiewali razem - Willoughby miał spore zdolności
muzyczne, czytając zaś, wykazywał się wrażliwością i ekspresją, której
tak nieszczęśliwie brakowało Edwardowi.
Pani Dashwood podzielała zachwyt Marianny; Eleonora również nie miała
młodzieńcowi nic do zarzucenia prócz tego, że - podobnie jak jej siostra
- mówił zbyt wiele, nie zważając przy tym na obecnych ani na
okoliczności, w jakich odbywała się rozmowa. Pochopnie formułował i przedstawiał opinie o innych, poświęcając przy tym uprzejmość na rzecz
niepodzielnej uwagi słuchaczy, zbyt łatwo naginał zasady dobrego
wychowania; wykazywał przy tym nierozwagę, której Eleonora nie mogła
pochwalać, bez względu na to, co on sam i Marianna mogliby na ten temat
mieć do powiedzenia.
Marianna tymczasem zaczynała rozumieć, że rozpacz, jaka ją ogarniała w wieku lat szesnastu na myśl, że nigdy nie spotka mężczyzny, który w jej
oczach osiągnąłby doskonałość, była zbyt pochopna i nieuzasadniona.
Willoughby prezentował bowiem wszystkie cechy, jakie w owej
nieszczęśliwej godzinie zwątpienia mogłaby wymienić jako niezbędne, by
wzbudzić jej miłość; jego zachowanie wskazywało zaś, że jego życzenia
pod tym względem są równie niezłomne jak jego zalety.
Również pani Dashwood, której nie przeszło nawet przez myśl spekulować o małżeństwie młodych z uwagi na przyszły majątek młodzieńca, przed końcem
tygodnia zaczęła mieć nadzieję, że dojdzie do oświadczyn, w duchu zaś
gratulowała sobie samej serdecznie perspektywy posiadania dwóch takich
zięciów jak Edward i Willoughby.
Tymczasem Eleonora zaczęła dostrzegać oznaki uczuć, jakie żywił
pułkownik Brandon dla Marianny, tak wcześnie zauważonych przez jej
przyjaciół, które dla niej stały się widoczne dopiero wówczas, gdy inni
przestali zwracać na nie uwagę. Pozostali skupili się bowiem na jego
szczęśliwszym rywalu, zaś pokpiwania, które pułkownik musiał znosić,
zanim obdarzył Mariannę uczuciem, ustały w chwili, gdy jego skłonność ku
niej stała się istotnie narażona na śmieszność towarzyszącą zwykle
wrażliwości. Eleonora musiała niechętnie uwierzyć, że afekt,
przypisywany mu przez panią Jennings, by mieć powód do kpin, istotnie
zrodził się w jego sercu, i że jest on równie silny jak uczucie
wzbudzone w Willoughbym przez podobieństwo charakterów, choć w przypadku
pułkownika Brandona wynika ono raczej z przyciągania się przeciwieństw.
Patrzyła na to z troską, na co bowiem mógł liczyć trzydziestopięcioletni
mruk, rywalizując o względy damy z elokwentnym młodzieńcem w wieku lat
dwudziestu pięciu? Nie mogąc więc liczyć żadną miarą na jego powodzenie,
życzyła mu z całego serca, by uczucie minęło. Lubiła go, mimo jego
powagi i powściągliwości, i uważała za interesującego. Był poważny, lecz
łagodny, a rezerwa, jaką okazywał, wydawała się powodowana raczej chęcią
pohamowania żywego temperamentu niż wrodzoną melancholią. Sir John
napomykał o przeszłych urazach i rozczarowaniach, co utwierdziło ją w przekonaniu, że ma do czynienia z człowiekiem nieszczęśliwym, traktowała
go więc z tym większym szacunkiem i współczuciem.
Być może uczucia jej potęgował fakt, że zarówno Willoughby, jak i Marianna wyrażali się o nim lekceważąco tylko dlatego, że nie był ani
młody, ani żywiołowy.
- Brandon to taki typ człowieka - powiedział pewnego dnia Willoughby,
gdy o nim rozmawiali - o którym wszyscy mówią dobrze, a który nikogo nie
obchodzi; wszyscy wyrażają radość, kiedy go zobaczą, ale nikt nie ma
ochoty bawić go rozmową.
- Zgadzam się w zupełności - wykrzyknęła Marianna.
- Nie ma się czym chwalić - odparła Eleonora - ponieważ oboje oceniacie
go niesprawiedliwie. Wszyscy w Barton Park cenią go wysoko, a ja
osobiście, gdy go spotykam, zawsze z nim rozmawiam.
- To, że zyskał pani względy - odpowiedział Willoughby - niewątpliwie
przemawia na jego korzyść; jeśli jednak chodzi o innych, ich szacunek
jest wyłącznie zniewagą. Kto chciałby zasłużyć na uznanie takich kobiet
jak lady Middleton i pani Jennings, gdyby potrafił zapewnić sobie
powszechną obojętność?
- Może jednak nieprzychylny osąd takich osób jak pan i Marianna
równoważy uznanie lady Middleton i jej matki. Jeśli ich szacunek jest
zniewagą, wasze zniewagi mogą okazać się pochwałą, ponieważ wasze
uprzedzenia i niesprawiedliwość dorównują brakom intelektu obu dam.
- W obronie swego faworyta umiesz, pani, zdobyć się nawet na zuchwałość.
- Mój faworyt, jak go pan nazywasz, jest człowiekiem rozsądnym; rozsądek
zaś zawsze ceniłam sobie wysoko. Tak, Marianno, nawet u mężczyzny po
trzydziestce. Pułkownik zwiedził kawał świata; bywał za granicą, dużo
czyta, ma przenikliwy umysł. Potrafi ciekawie mówić na różne tematy i zawsze odpowiada na moje pytania z gotowością, która jest oznaką jego
dobrego wychowania, i bardzo życzliwie.
- Chcesz przez to powiedzieć - zawołała Marianna złośliwie - że
dowiedziałaś się od niego, że w Indiach jest gorąco, a komary są bardzo
dokuczliwe.
- Nie wątpię, że powiedziałby mi o tym, gdybym zapytała, tak się jednak
składa, że oba te fakty były mi już wcześniej znane.
- Być może - dodał Willoughby - posunął się do tego, że opowiedział pani
o nababach, złotych monetach i palankinach.
- Mogę powiedzieć tylko tyle, że jego spostrzeżenia wydają się więcej
warte niż pańska bezstronność. Dlaczego jednak darzysz go pan taką
niechęcią?
- Nie jestem mu niechętny. Przeciwnie, uważam go za niezwykle szacownego
dżentelmena, o którym wszyscy wyrażają się jak najlepiej, nikt jednak go
nie zauważa; który ma więcej pieniędzy, niż jest w stanie wydać, więcej
czasu niż zajęć, no i dwa nowe surduty co roku.
- Dodajmy także - zawołała Marianna - że nie ma ani geniuszu, ani gustu,
ani temperamentu. Że jego przemyśleniom brak błyskotliwości, uczuciom
żaru, a głosowi ekspresji.
- Przypisujesz mu liczne wady - odparła Eleonora - których źródłem jest
jedynie twoja wyobraźnia, co sprawia, że moja opinia o nim wydaje się w porównaniu z twoją chłodna i umiarkowana. Mogę bowiem powiedzieć tylko
tyle, że uważam go za człowieka rozsądnego, dobrze wychowanego i wykształconego, o łagodnym charakterze i czułym sercu.
- Panno Dashwood - zawołał Willoughby - poczyna pani sobie ze mną
niegodziwie. Próbuje pani rozbroić mnie rozsądkiem i trafić mi do
przekonania wbrew mej woli. Nie uda się pani jednak. Mój upór jest
równie wielki jak pani zręczność w prowadzeniu dyskursu. Mam trzy
niezbite powody, by nie lubić pułkownika Brandona: przepowiadał deszcz,
gdy pragnąłem pięknej pogody; skrytykował zawieszenie mego
karykielu2, a ponadto nie mogę namówić go, by kupił ode mnie
gniadą klacz. Jeśli jednak zadowoli się pani stwierdzeniem, że pod
innymi względami jego charakter jawi mi się jako nieskazitelny, jestem
gotów to przyznać. W zamian za to wyznanie, poczynione nie bez pewnej
przykrości, nie może pani odmówić mi przywileju darzenia go taką
niechęcią jak dotąd.
Rozdział XI
Pani Dashwood i jej córki nie wyobrażały sobie nawet, że w hrabstwie
Devon czeka je tyle towarzyskich zobowiązań, że będą tak często
podejmować gości i przyjmować zaproszenia, że pozostanie im niewiele
czasu na zwykłe, codzienne zajęcia. Tak właśnie jednak było. Kiedy
Marianna wydobrzała, sir John jął organizować liczne rozrywki, jak to
wcześniej zapowiadał. Rozpoczęły się więc bale i pikniki, a także
przyjęcia nad wodą, odbywające się na tyle często, na ile pozwalał na to
deszczowy październik. Willoughby był zawsze obecny; nieformalny,
swobodny charakter tych spotkań sprzyjał zacieśnianiu znajomości z paniami Dashwood, dając mu niezliczone okazje do zachwytów nad
przymiotami Marianny, do zaznaczania swego dla niej uwielbienia, zaś
sposób, w jaki traktowała go Marianna, mógł upewnić go niezbicie o jej
wzajemności.
Eleonora nie mogła się im dziwić. Wolałaby jedynie, aby wyrażali
wzajemne uczucia mniej otwarcie, i kilkakrotnie próbowała nakłonić
Mariannę do większej powściągliwości. Jej siostra nie mogła jednak
ścierpieć skrywania uczuć, których nie musiała wszak się wstydzić, a powściąganie afektu, w którym nie widziała nic złego, wydawało jej się
nie tylko niepotrzebne, ale wręcz niechlubne jako wyraz ulegania
pospolitym i mylnym poglądom. Willoughby myślał podobnie, oboje zaś swym
zachowaniem nieustannie dawali wyraz swoim przekonaniom.
Gdy się pojawiał, ona nie widziała świata poza nim. Wszystko, co robił,
uważała za słuszne. Wszystko, co mówił, zdawało jej się mądre. Gdy
wieczorami grano w karty, on oszukiwał, aby kosztem własnym i innych
graczy dać jej mocną rękę. Jeśli odbywały się tańce, ci dwoje tańczyli
niemal tylko ze sobą; gdy zaś musieli opuścić parkiet, zawsze trzymali
się blisko siebie i prawie nie rozmawiali z nikim innym. Oczywiście
zachowaniem takim narażali się na kpiny, te jednak ich nie zawstydzały,
na ogół zaś pozostawały bez odpowiedzi.
Pani Dashwood patrzyła przychylnie na oboje młodych, a wypełniająca jej
serce serdeczność nie zostawiała miejsca na krytykę ich zachowania. Było
ono w jej oczach naturalną konsekwencją gorących uczuć, które połączyły
te dwie młode, zapalczywe głowy.
Był to dla Marianny okres wielkiego szczęścia. Oddała Willoughby'emu
serce, a przywiązanie do Norland, które przywiozła ze sobą z hrabstwa
Sussex, osłabło dużo szybciej, niż zdawało jej się to wcześniej możliwe,
ponieważ jego towarzystwo uczyniło nowy dom dużo milszym miejscem.
Eleonora nie była tak szczęśliwa. Jej serce wypełniał niepokój, a rozrywki nie dawały jej wielkiej przyjemności. Nie znalazła bowiem
towarzysza, który mógłby jej wynagrodzić to, co pozostawiła za sobą, i sprawić, że myślałaby o Norland z mniejszym niż dotąd żalem. Ani lady
Middleton, ani pani Jennings nie potrafiły prowadzić z nią rozmów, za
którymi tęskniła, choć ta druga potrafiła mówić bez przerwy, od początku
zaś zapałała do Eleonory sympatią, czyniąc ją przez większość czasu swą
pilną słuchaczką. Opowiedziała jej już historię swego życia trzy lub
cztery razy, a gdyby pamięć panny Dashwood dorównywała innym jej
zaletom, już na początku znajomości mogłaby ze szczegółami opowiadać o ostatniej chorobie pana Jenningsa i zacytować słowa, jakimi zwrócił się
do żony na chwilę przed śmiercią. Lady Middleton dawała się lubić
bardziej niż jej matka wyłącznie z tego powodu, że częściej zachowywała
milczenie. Eleonora nie potrzebowała wiele czasu, by przekonać się, że
jej powściągliwość wynika po prostu ze spokojnego charakteru, który
jednak nie ma nic wspólnego ze zdrowym rozsądkiem. Wszystkich traktowała
tak samo jak matkę i męża i nie dążyła do zawierania bliższych
znajomości. To, co miała do powiedzenia danego dnia, nie różniło się
niczym od sentencji wygłoszonych w dniu poprzednim. Była też zawsze tak
samo pozbawiona wyrazu, nawet nastrój miała bowiem codziennie ten sam; i choć nie oponowała przeciwko przyjęciom organizowanym tak chętnie przez
jej męża, pod warunkiem że wszystko odbywało się elegancko, a dwoje
najstarszych dzieci mogło dołączyć do matki, wydawało się, że nie
czerpie z nich większej przyjemności, niż gdyby siedziała samotnie w domu. Jej obecność zaś i rozmowa z nią dawała innym tak niewiele
radości, że niekiedy przypominali sobie o niej dopiero, gdy zaczynała
wyrażać troskę o swych niesfornych synków.
Jedynie w pułkowniku Brandonie znalazła Eleonora człowieka, który mógł
zyskać jej szacunek swymi zdolnościami, wzbudzić zainteresowanie
zawarciem przyjaźni czy też zaoferować przyjemność płynącą ze spędzania
czasu w dobrym towarzystwie. O Willoughbym nawet nie myślała. Darzyła go
podziwem i szacunkiem - nawet siostrzanym szacunkiem - był jednak
zakochany i tak dalece zajęty Marianną, że niewiele było z niego pożytku
w towarzystwie. Pułkownik Brandon na swoje nieszczęście nie mógł
poświęcić się Mariannie bez reszty, a z rozmów z Eleonorą czerpał
największą pociechę w obliczu obojętności jej siostry.
Jej współczucie dla niego tymczasem wzrosło, miała bowiem powód
przypuszczać, że ból nieodwzajemnionej miłości dotyka go nie po raz
pierwszy. Podejrzenie to zrodziło się na podstawie słów przypadkowo
rzuconych pewnego wieczoru w Barton Park, gdy postanowili usiąść razem,
kiedy inni tańczyli. Jego wzrok utkwiony był w Mariannie, a po kilku
minutach milczenia odezwał się z bladym uśmiechem:
- Jak rozumiem, siostra pani nie pochwala powtórnych związków?
- Nie - odparła Eleonora - jest wielką romantyczką.
- A raczej, jak mi się zdaje, uważa, że w życiu nie można pokochać po
raz drugi.
- Tak właśnie sądzę. Nie potrafię jednak pojąć, jak godzi to z pamięcią
o własnym ojcu, który miał przecież dwie żony. Myślę, że z wiekiem
zmieni poglądy, kierując się zdrowym rozsądkiem i spostrzeżeniami;
wówczas być może jej samej będzie łatwiej je sprecyzować, a także
uzasadnić.
- Tak zapewne będzie - odparł - a jednak jest coś urzekającego w przekonaniach młodych, do tego stopnia, że z żalem witamy chwilę, gdy
zastępują je poglądy przyjęte przez ogół.
- Nie mogę zgodzić się z panem w tym względzie - odrzekła Eleonora. -
Poglądy, które wyznaje moja siostra, są na tyle szkodliwe, że urok
entuzjazmu i nieznajomości świata nie wystarcza, by te szkody
wynagrodzić. Prowadzą bowiem do lekceważenia tego, co wypada, a gdyby
lepiej poznała świat, byłoby to niewątpliwie z korzyścią dla niej.
Po krótkiej przerwie on znów podjął rozmowę.
- Czy siostra pani wprowadza rozróżnienie wśród zastrzeżeń przeciwko
powtórnym związkom? Czy może uważa je wszystkie za równie naganne? Czy
jej zdaniem ci, dla których pierwszy wybór okazał się rozczarowaniem,
czy to z powodu niestałości obiektu ich uczucia, czy też niefortunnych
okoliczności, powinni do końca życia pozostać obojętni?
- Zapewniam pana, że jej przekonania w tym względzie nie są mi znane aż
tak szczegółowo. Wiem jedynie, że nigdy nie słyszałam, aby przyznała, że
powtórne zakochanie nie zawsze jest niewybaczalne.
- Wiary tego rodzaju - odparł - nie da się zachować, jednak odmiana...
całkowita odmiana poglądów... Nie, tego pragnąć nie należy; kiedy bowiem
przychodzi nam zrezygnować z młodzieńczego romantyzmu, zbyt często
zastępują go poglądy nader rozpowszechnione, a przy tym niebezpieczne!
Mówię z doświadczenia. Znałem kiedyś damę, która temperamentem i umysłowością przypominała ogromnie pani siostrę; żywiła też podobne do
niej przekonania, które jednak przyszło jej zmienić... pod wpływem szeregu
nieszczęśliwych okoliczności... - Tu urwał gwałtownie, jakby uznał, że
powiedział zbyt wiele, a wyraz jego twarzy zrodził w umyśle Eleonory
podejrzenie, które zapewne w przeciwnym razie nie powstałoby w jej
głowie. Wzmianka o tajemniczej damie nie dałaby zapewne pannie Dashwood
do myślenia, gdyby zachowanie pułkownika nie wskazywało, że powiedział
zbyt wiele. Nie musiała szczególnie wysilać wyobraźni, by powiązać jego
emocje z bolesnym zapewne wspomnieniem z przeszłości. Eleonora nie
pytała więcej. Marianna, znalazłszy się na jej miejscu, nie byłaby
zapewne tak dyskretna. Jej żywa wyobraźnia stworzyłaby z pewnością od
razu smutną historię miłosnego rozczarowania.
Rozdział XII
Następnego ranka, udawszy się wraz z Eleonorą na przechadzkę, Marianna
wyjawiła jej wieść, którą - znając przecież lekkomyślność i nierozwagę
siostry - Eleonora przyjęła z zaskoczeniem jako aż nazbyt jaskrawy dowód
tych właśnie cech jej charakteru. Otóż, jak zdradziła Marianna, nie
kryjąc przy tym największej radości, Willoughby podarował jej konia -
jednego z tych, które hodował w swym majątku w hrabstwie Somerset,
ułożonego specjalnie dla kobiety. Nie bacząc, że pani Dashwood nie miała
zamiaru trzymać koni, a gdyby nawet miała w tym względzie zmienić
zdanie, musiałaby kupić także drugiego dla służącej, a także zatrudnić
stajennego, a przede wszystkim wybudować stajnię, przyjęła prezent bez
wahania i z entuzjazmem opowiedziała o nim siostrze.
- Ma zamiar natychmiast wysłać po niego stajennego do Somerset - dodała
- a gdy ten go przywiezie, będziemy codziennie odbywać przejażdżki. Ty
także będziesz mogła go dosiadać. Wyobraź sobie tylko, droga Eleonoro,
jak rozkosznie będzie galopować przez tutejsze doliny.
Nader niechętnie pogodziła się wreszcie z myślą, że to piękne marzenie
nie może się spełnić z powodu nieszczęśliwego splotu różnych przyczyn;
zanim to nastąpiło, przez dłuższą chwilę odmawiała przyjęcia ich do
wiadomości. Co do zatrudnienia służącego, nie byłby to wszak wielki
wydatek, a mama z pewnością nie miałaby nic przeciwko temu; dla
służącego zresztą wystarczyłby dowolny koń; zawsze mógłby też dostać go
w Barton Park, co do stajni zaś, dość byłoby wybudować byle jaką szopę.
Eleonora wyraziła następnie wątpliwość, czy stosowne byłoby przyjęcie
takiego prezentu od człowieka znanego tak słabo, a w każdym razie - tak
krótko. Tego było już dla Marianny za wiele.
- Mylisz się, Eleonoro - rzekła zapalczywie - sądząc, że słabo znam
Willoughby'ego. To prawda, że poznaliśmy się niedawno, poznałam go
jednak lepiej niż jakąkolwiek istotę ludzką, nie licząc ciebie i mamy.
To nie czas ani okoliczności decydują o nawiązaniu zażyłych stosunków,
ale jedynie charakter człowieka. Siedmiu lat nie wystarczyłoby
niektórym, by dobrze się poznać, innym zaś dość jest na to siedem dni.
Nie czułabym się bardziej winna, przyjmując konia w prezencie od brata
niż od pana Willoughby'ego. O Johnie wiem bardzo niewiele, mimo tylu lat
spędzonych pod jednym dachem; ale o panu Willoughbym już dawno wyrobiłam
sobie zdanie.
Eleonora uznała, że najmądrzej będzie zakończyć na tym rozmowę. Znała
dobrze temperament swojej siostry. Sprzeciwianie się jej w tak
delikatnej materii sprawiłoby jedynie, że utwierdziłaby się we własnej
opinii. Jednak powołując się na jej miłość do matki, prezentując
niewygody, jakie ta musiałaby wziąć na siebie, gdyby (co zapewne by
nastąpiło) zgodziła się na przyjęcie prezentu, Eleonora zdołała
przekonać Mariannę do swych racji oraz nakłonić do obietnicy, że nie
wystawi matki na pokusę wzięcia na siebie trudów związanych z przyjęciem
prezentu, a gdy spotka się z Willoughbym, poinformuje go, że jego
propozycja musi zostać odrzucona.
Marianna dotrzymała słowa; gdy zaś tego dnia Willoughby zawitał do
małego domku, Eleonora słyszała, jak przyciszonym głosem skarży mu się,
że zabroniono jej przyjąć jego podarek. Zdradziła mu również przyczyny
tego stanu rzeczy, by uniemożliwić mu dalsze nalegania. Był jednak
wyraźnie rozczarowany, czemu dał wyraz, dodając równie cicho:
- Ale, Marianno, koń jest twój, nawet jeśli nie możesz na razie na nim
jeździć. Zatrzymam go jedynie do czasu, gdy stanie się to możliwe. Gdy
opuścisz Barton, by zamieszkać we własnym domu, przywita cię w nim
królowa Mab.
Eleonora usłyszała i tę część rozmowy, a zarówno jej sens, jak i ton
wypowiedzi, jak również fakt, że młody człowiek zwrócił się do jej
siostry wyłącznie po imieniu upewniły ją co do stopnia zażyłości
łączącego tę parę, jak również doprowadziły do wniosku, że młodzi
osiągnęli już pełne porozumienie. Od tej chwili nie wątpiła, że są
zaręczeni, co nie było dla niej żadnym zaskoczeniem - dziwiła się
jedynie, że choć oboje są tak szczerzy i otwarci w swych uczuciach,
pozwalają, by przyjaciele i rodzina dowiadywali się o tym przypadkiem.
Już następnego dnia Małgorzata opowiedziała jej o czymś, co utwierdziło
ją w tym przekonaniu. Willoughby spędził z nimi cały poprzedni wieczór,
zaś Małgorzata, przebywając przez jakiś czas w saloniku z nim i Marianną, miała okazję poczynić szereg spostrzeżeń, które z ważną miną
przekazała siostrze, gdy tylko znalazły się same.
- Och, Eleonoro! - wykrzyknęła. - Muszę podzielić się z tobą tajemnicą
na temat Marianny. Jestem pewna, że już niedługo wyjdzie za mąż za pana
Willoughby'ego.
- Powtarzasz to - odrzekła Eleonora - niemal codziennie od dnia ich
pierwszego spotkania na wzgórzu High Church; nie znali się jeszcze nawet
od tygodnia, jak mi się zdaje, gdy nabrałaś pewności, że Marianna nosi
jego portret w medalioniku na szyi, okazało się jednak, że to miniatura
naszego ciotecznego dziadka.
- Ale to zupełnie co innego. Jestem pewna, że niebawem się pobiorą,
ponieważ wziął od niej pukiel włosów.
- Uważaj, Małgorzato. To może być pamiątka po jakimś jego krewniaku.
- Ależ skąd, Eleonoro, włosy należą do Marianny. Jestem tego niemal
pewna, bo widziałam, jak odcinał lok. Wczoraj wieczorem po herbatce, gdy
ty i mama wyszłyście z pokoju, szeptali między sobą i rozmawiali
pośpiesznie; zdawało mi się, że o coś błagalnie ją prosi, a po chwili
wziął nożyce i odciął długi kosmyk jej włosów; widziałam, że pukle na
jej karku były później rozwichrzone; ucałował pukiel, zawinął w białą
kartkę i schował ją w pugilaresie.
Słysząc tak szczegółowy opis z tak wiarygodnego źródła, Eleonora nie
mogła wątpić w jego prawdziwość. Nie miała zresztą zamiaru, ponieważ był
on całkowicie zgodny z tym, co sama zobaczyła i usłyszała.
Spostrzegawczość Małgorzaty nie zawsze dawała Eleonorze powód do
zadowolenia. Gdy pani Jennings nalegała usilnie pewnego wieczoru w Barton Park, by młodsza siostra zdradziła jej imię ukochanego Eleonory,
co od dawna budziło jej szaloną ciekawość, Małgorzata spojrzała na
siostrę, mówiąc:
- Nie wolno mi tego zdradzić, prawda, Eleonoro?
Oczywiście, wszyscy uznali to za niezwykle zabawne; Eleonora także
próbowała się śmiać. Był to jednak dla niej bolesny wysiłek. Nie
zniosłaby kpin pani Jennings z człowieka, o którym - czego była pewna -
myślała wówczas Małgorzata.
Marianna najszczerzej jej współczuła i ona jednak wyrządziła siostrze
więcej szkody niż pożytku, poczerwieniała bowiem i gniewnie zwróciła się
do Małgorzaty:
- Nie zapominaj, że bez względu na to, jakie snujesz domysły, nie wolno
ci o nich rozmawiać.
- Nie snuję domysłów - odparła Małgorzata - ty sama mi o tym
powiedziałaś.
Słysząc tę ripostę, towarzystwo wybuchło tym głośniejszym śmiechem,
nalegając, by Małgorzata powiedziała coś więcej.
- Doprawdy, panno Małgorzato, proszę nie trzymać nas w niewiedzy -
powiedziała pani Jennings. - Jak też nazywa się ten dżentelmen?
- Nie mogę powiedzieć, proszę pani. Wiem jednak bardzo dobrze, kto to
jest i wiem też, gdzie przebywa.
- Tak, tak, możemy zgadnąć, gdzie jest; z pewnością przebywa we własnym
domu w Norland. Założę się, że jest wikariuszem w tamtejszej parafii.
- Nie, nie jest wikariuszem. On nie ma w ogóle żadnego zawodu.
- Małgorzato - powiedziała Marianna zapalczywie - doskonale wiesz, że
wymyśliłaś sobie to wszystko, a człowiek, o którym mówisz, w ogóle nie
istnieje.
- No cóż, Marianno, w takim razie musiał umrzeć ostatnio, ponieważ z pewnością żył jeszcze niedawno, zaś nazwisko jego zaczyna się od litery
F.
Eleonora była bezmiernie wdzięczna lady Middleton, która w tej właśnie
chwili stwierdziła, że "rozpadało się okropnie", jakkolwiek nie miała
wątpliwości, że uwaga ta była podyktowana nie tyle życzliwością dla niej
samej, ile niechęcią, jaką lady żywiła wobec niestosownych rozmów, które
taką radość sprawiały zarówno jej mężowi, jak i matce. Jej słowa
podchwycił jednak natychmiast pułkownik Brandon, jak zawsze pełen
względów dla cudzych uczuć, i oboje wdali się w długą konwersację o pogodzie. Tymczasem Willoughby otworzył pianino i poprosił Mariannę, by
przy nim usiadła; i tak dzięki wysiłkom różnych osób temat został
porzucony. Eleonora nieprędko jednak otrząsnęła się z uczucia niepokoju,
jakie wzbudziło w niej to zdarzenie.
Tego wieczoru towarzystwo umówiło się na dzień kolejny na wycieczkę do
pięknego majątku położonego o jakieś dwanaście mil od Barton, należącego
do szwagra pułkownika Brandona. On sam musiał wziąć udział w wycieczce,
bez niego bowiem nikt inny nie uzyskałby wstępu na teren posiadłości,
ponieważ właściciel, chwilowo nieobecny, pozostawił ścisłe instrukcje w tym względzie. Miejsce to odznaczało się ponoć niezwykłą urodą, a sir
John, który szczególnie je chwalił, wiedział zapewne, o czym mówi,
zważywszy że organizował wycieczki do majątku dwukrotnie każdego lata
przez ostatnie dziesięciolecie. Znajdowało się tam ponoć ładne jeziorko,
zaplanowano więc przejażdżkę łodzią, jak również zabranie suchego
prowiantu i jazdę otwartymi powozami - wszystko to, by uczynić wyprawę
jak najbardziej przyjemną.
Niektórym pomysł ten wydał się nieco zbyt śmiały, zważywszy na porę
roku, jak i fakt, że od dwóch tygodni deszcz padał codziennie - Eleonora
namówiła więc panią Dashwood, która była przeziębiona, aby została w domu.
Rozdział XIII
Zaplanowana wycieczka do Whitwell przebiegła zupełnie inaczej, niż
wyobrażała to sobie Eleonora. Spodziewała się, że przemoknie do suchej
nitki, będzie zmęczona i wystraszona; rzeczywistość okazała się jeszcze
gorsza, ponieważ wycieczka w ogóle się nie odbyła.
Już o dziesiątej całe towarzystwo zebrało się w Barton Park na
śniadaniu. Poranek był dość ładny, choć przez całą noc padało; chmury
rozpierzchły się po niebie i co chwilę przebłyskiwało przez nie słońce.
Wszyscy byli w wyśmienitych nastrojach, gotowi dobrze się bawić, znosząc
z dobrym humorem wszelkie trudy podróży.
Kiedy jedli śniadanie, przyniesiono listy. Wśród nich znalazł się jeden
do pułkownika Brandona, który wziął kopertę, rzucił okiem na adres,
zmienił się na twarzy i natychmiast opuścił jadalnię.
- Cóż to się stało Brandonowi? - zdziwił się sir John.
Nikt nie miał pojęcia.
- Mam nadzieję, że to nie jakaś zła wiadomość - powiedziała lady
Middleton. - Musiało się jednak wydarzyć coś doprawdy nadzwyczajnego,
skoro pułkownik zrezygnował z mojego śniadania.
Po mniej więcej pięciu minutach pułkownik powrócił.
- Mam nadzieję, że nie dostał pan złych wieści, pułkowniku - powiedziała
pani Jennings, gdy wszedł do jadalni.
- Nie, pani, dziękuję.
- Czy to z Awinionu? Mam nadzieję, że nie pogorszyło się zdrowie
pańskiej siostry?
- Nie, pani. List przyszedł z Londynu, a dotyczy wyłącznie interesów.
- Skąd zatem pańskie zdenerwowanie, skoro chodzi jedynie o interesy? No,
no, pułkowniku, proszę powiedzieć nam prawdę.
- Mamo droga - powiedziała lady Middleton - zastanów się, co mówisz.
- A może to wiadomość, że pańska kuzynka, Fanny, wyszła za mąż? -
dociekała pani Jennings, nie zwracając uwagi na córkę.
- Nie, pani.
- Ach tak? W takim razie już wiem, kto jest autorem listu, pułkowniku.
Mam nadzieję, że wszystko u niej w porządku.
- Kogo masz pani na myśli? - zapytał pułkownik, czerwieniąc się lekko.
- O, wie pan dobrze, kogo mam na myśli.
- Doprawdy mi przykro - pułkownik zwrócił się do lady Middleton - że
list ten przyszedł akurat dzisiaj, ponieważ sprawa, której dotyczy,
wymaga mego bezzwłocznego stawienia się w Londynie.
- W Londynie! - zawołała pani Jennings. - Co takiego będzie pan robił w Londynie o tej porze roku?
- Ja sam boleję - ciągnął pułkownik - nad koniecznością opuszczenia tak
miłego towarzystwa; tym bardziej że, jak się obawiam, moja obecność jest
nieodzowna, aby mogli państwo zwiedzić Whitwell.
Jakiż to był cios dla wszystkich!
- Jeśli jednak napisze pan liścik do gospodyni, panie Brandon -
powiedziała Marianna żarliwie - czy to nie wystarczy?
Pułkownik pokręcił głową.
- Ależ musimy jechać - upierał się sir John. - Nie odwołamy przecież
wycieczki po wszystkich tych przygotowaniach. Nie możesz jechać do
Londynu wcześniej niż jutro, mój drogi.
- Chciałbym, żeby to było tak proste. Nie mogę jednak zwlekać z podróżą
nawet jeden dzień!
- Gdyby choć powiedział nam pan, o co chodzi - stwierdziła pani Jennings
- moglibyśmy sami ocenić, czy pański wyjazd można odłożyć, czy nie.
- Nie straciłby pan więcej niż sześć godzin - zauważył Willoughby -
gdyby opóźnił pan wyjazd jedynie do naszego powrotu.
- Nie mogę pozwolić sobie na stratę nawet jednej godziny.
Eleonora usłyszała, jak Willoughby mówi po cichu do Marianny:
- Niektórzy ludzie nie mogą tego znieść, że inni chcą dobrze się bawić.
Brandon jest jednym z nich. Obawiał się pewnie, że się przeziębi, i wymyślił sztuczkę z listem, żeby się wymigać z wyprawy. Założę się o pięćdziesiąt gwinei, że napisał tę wiadomość sam.
- Nie mam co do tego wątpliwości - odrzekła Marianna.
- Wiem, że nie zdołam przekonać cię, byś zmienił zdanie - powiedział sir
John - gdy raz już podjąłeś decyzję. Mam jednak nadzieję, że jeszcze się
nad tym zastanowisz. Weź to pod uwagę, że panny Carey przybyły aż z Newton, panny Dashwood przyszły pieszo z domku, a pan Willoughby wstał
dwie godziny wcześniej niż zwykle, by móc pojechać do Whitwell.
Pułkownik Brandon ponownie wyraził żal, że musi rozczarować towarzystwo,
powtórzył jednak zarazem, że to nieuniknione.
- No cóż, kiedy zatem wrócisz?
- Mam nadzieję, że zobaczymy pana w Barton - dodała pani domu - gdy
tylko załatwi pan swoje sprawy w Londynie. Odłożymy zatem wyprawę do
Whitwell aż do pańskiego powrotu.
- To bardzo miłe. Nie mam jednak pewności, kiedy będę mógł wrócić, nie
chcę więc robić państwu fałszywej nadziei.
- Ależ on musi wrócić, i ja tego dopilnuję! - zawołał sir John. - Jeśli
nie będzie go tutaj do końca tygodnia, sam po niego pojadę.
- O tak, zrób to! - zawołała pani Jennings - przy okazji zaś dowiesz się
może, co to była za ważna sprawa.
- Nie mam zamiaru wtykać nosa w cudze problemy. Przypuszczam, że to coś
wstydliwego.
W tej chwili powiadomiono, że konie pułkownika są gotowe do drogi.
- Nie jedziesz chyba wierzchem do samego Londynu? - zapytał sir John.
- Nie. Tylko do Honiton. Stamtąd udam się w dalszą drogę dyliżansem.
- No cóż, skoro podjąłeś decyzję, życzę ci dobrej podróży. Szkoda
jednak, że nie chcesz zmienić zdania.
- Zapewniam cię, że nie leży to w mojej mocy.
Pułkownik pożegnał się z towarzystwem.
- Czy mogę mieć nadzieję ujrzeć panią wraz z siostrami w Londynie tej
zimy, panno Dashwood?
- Obawiam się, że nie będzie to możliwe.
- Muszę w takim razie pożegnać panie na dłużej, niżbym chciał.
Przed Marianną skłonił się tylko w milczeniu.
- Proszę, pułkowniku - zwróciła się do niego pani Jennings - nim pan
odjedzie, proszę wyjawić nam, jaki jest cel pańskiej podróży.
Pułkownik życzył jej dobrego dnia, a potem wraz z sir Johnem opuścił
jadalnię.
Po jego wyjściu rozległy się skargi i narzekania, od których dotąd
powstrzymywano się przez wzgląd na dobre wychowanie; każdy z obecnych po
wielekroć wyraził swe rozczarowanie.
- A ja się domyślam, co to za sprawa - powiedziała wreszcie pani
Jennings z satysfakcją.
- Doprawdy, pani? - rozległy się głosy.
- Tak, jestem pewna, że chodzi o pannę Williams.
- Kimże jest panna Williams? - spytała Marianna.
- Coś takiego! Nie znacie panie panny Williams? Musiałyście o niej
słyszeć. To krewna pułkownika, moja droga, bardzo bliska krewna. Ze
względu na młode panienki nie powiem jak bliska. - Następnie, zniżając
głos, szepnęła do Eleonory: - To jego nieślubna córka.
- Doprawdy!
- O tak, w dodatku podobna do niego jak dwie krople wody. Spodziewam
się, że pułkownik zostawi jej cały swój majątek.
Powróciwszy do towarzystwa, sir John dołączył do ogólnych lamentów w związku z tak niefortunnym splotem okoliczności; na koniec zauważył
jednak, że skoro już zebrali się wszyscy, powinni zrobić coś, co sprawi
im przyjemność; po krótkiej naradzie ustalono, że jakkolwiek prawdziwie
uszczęśliwić ich mógłby jedynie wyjazd do Whitwell, wycieczka na wieś
będzie jednak pewnym pocieszeniem. Wydano więc polecenie przygotowania
powozów; jako pierwszy ustawił się na podjeździe powóz Willoughby'ego,
do którego wsiadła nieopisanie szczęśliwa Marianna. Powóz ruszył szybko
i przejechał przez park, po czym znikł z oczu pozostałych; zobaczyli go
dopiero, gdy wrócił - najpóźniej ze wszystkich. Zarówno Willoughby, jak
i Marianna wyglądali na zachwyconych przejażdżką, powiedzieli jednak
tylko tyle, że trzymali się drogi, podczas gdy reszta pojechała na
wzgórza.
Ustalono również, że wieczorem odbędą się tańce i że przez cały dzień
wszyscy będą bawić się doskonale. Na kolacji zjawiła się także reszta
rodziny Careyów, przy stole zaś zasiadło niemal dwadzieścia osób, co sir
John stwierdził z prawdziwym ukontentowaniem. Willoughby jak zwykle
zajął miejsce pomiędzy dwiema starszymi pannami Dashwood. Pani Jennings
usiadła po prawicy Eleonory, a po chwili przechyliła się ponad stołem,
mówiąc do Marianny na tyle głośno, że usłyszeli ją także siedzący bliżej
Eleonora i Willoughby:
- Na nic się zdały wasze sztuczki, odkryłam tajemnicę. Wiem, gdzie
spędziliście dzisiejszy ranek.
Marianna zaczerwieniła się i odparła pośpiesznie:
- Doprawdy, a gdzie?
- Czyżby nie wiedziała pani - powiedział Willoughby - że udaliśmy się
moim powozem na przejażdżkę?
- Tak, tak, panie Zuchwały, wiem o tym bardzo dobrze, postanowiłam
jednak wytropić, dokąd się udaliście. Mam nadzieję, że spodobał ci się
dom, panno Marianno. Jest bardzo duży, ale mam też nadzieję, że zanim
się zjawię z wizytą, zdążysz go przemeblować, bo prosił się o to już
przed sześciu laty, gdy go oglądałam po raz pierwszy.
Marianna odwróciła się ogromnie zmieszana. Pani Jennings śmiała się z całego serca; po chwili wyjaśniła Eleonorze, że nakazała własnej
służącej dowiedzieć się wszystkiego od sługi pana Willoughby'ego; w ten
sposób uzyskała informację, że państwo pojechali do Allenham i spędzili
tam sporo czasu, chodząc po ogrodzie i po całym domu.
Eleonora nie dała wiary jej słowom, wydawało się bowiem wysoce
nieprawdopodobne, aby Willoughby mógł zaproponować i uzyskać zgodę
Marianny na wizytę w domu w czasie, gdy przebywała w nim pani Smith,
której panna Dashwood nie została dotychczas przedstawiona.
Gdy wyszli z jadalni, Eleonora zapytała o to siostrę i ku jej
najwyższemu zdumieniu okazało się, że pani Jennings mówiła samą prawdę.
Marianna zresztą przyjęła jej niedowierzanie z pewnym oburzeniem.
- Dlaczego sądzisz, Eleonoro, że tam nie pojechaliśmy lub że nie
obejrzeliśmy domu? Czy nie miałaś ochoty sama tego zrobić?
- Tak, Marianno, nie pojechałabym tam jednak, wiedząc, że pani Smith
jest w domu, w dodatku mając Willoughby'ego za jedyne towarzystwo.
- Pan Willoughby jest jednak jedyną osobą uprawnioną, by kogokolwiek tam
zapraszać, pojechaliśmy zaś otwartym powozem, dlatego też nie było
możliwe, by ktoś nam towarzyszył. To był najprzyjemniejszy ranek w moim
życiu.
- Obawiam się - rzekła Eleonora - że przyjemność płynąca z danego
zajęcia nie musi stanowić potwierdzenia jego stosowności.
- Przeciwnie, Eleonoro, nic innego nie dowodzi jej równie mocno; gdyby
to, co zrobiłam, było niewłaściwe, musiałabym czuć się z tym
niezręcznie, ponieważ zawsze to czujemy, gdy zdarzy nam się popełnić
niecny czyn, a żywiąc takie uczucie, nie mogłabym wszak odczuwać
przyjemności.
- Droga Marianno, czy nawet fakt, że twoje zachowanie stało się
przedmiotem impertynenckich uwag nie każe ci wątpić w słuszność twych
postępków?
- Jeśli impertynenckie odzywki pani Jennings mają być dowodem
niestosownego zachowania, wszyscy zachowujemy się niestosownie przez
całe nasze życie. Jej przygany obchodzą mnie akurat tyle, co płynące z jej ust pochwały. Nie czuję, abym zrobiła cokolwiek złego, udając się do
majątku pani Smith czy też oglądając jej dom. Pewnego dnia stanie się on
własnością pana Willoughby'ego i...
- Nawet i to, że być może pewnego dnia dom ten stanie się twoim,
Marianno, nie usprawiedliwia tego, co zrobiłaś.
Marianna zaczerwieniła się, słysząc te słowa; był to jednak najwyraźniej
rumieniec radości; zaś po dziesięciu minutach wytężonego namysłu
ponownie podeszła do siostry, mówiąc z wielkim zadowoleniem:
- Być może masz rację, Eleonoro, że popełniłam błąd, jadąc do Allenham;
ale pan Willoughby ogromnie chciał pokazać mi to miejsce; dom zaś jest
uroczy, zapewniam cię. Na górze znajduje się wyjątkowo śliczna
bawialnia, wystarczająco duża, by stale jej używać, wystarczy tylko
zmienić meble na bardziej nowoczesne. To pokój narożny, z oknami
wychodzącymi na dwie strony. Z jednego z okien widać trawnik do gry w kule, za nim piękny las, po drugiej zaś kościół i wioskę, a w oddali te
wspaniałe, wysokie wzgórza, które tak często podziwiamy. Z powodu
umeblowania nie prezentuje się obecnie zbyt imponująco, gdyby jednak
temu zaradzić... Willoughby jest zdania, że wystarczy kilkaset funtów, by
uczynić z tego pokoju jeden z najprzyjemniejszych saloników letnich w całej Anglii.
Gdyby inni nie przerwali tej rozmowy, Eleonora z pewnością wysłuchałaby
równie szczegółowego opisu wszystkich pomieszczeń w domu.
Rozdział XIV
Nagły wyjazd pułkownika, który tak skrzętnie ukrył przed towarzystwem
jego przyczynę, nie dawał spokoju pani Jennings przez dwa lub trzy
następne dni, stając się tematem jej nieustannych rozważań. Wścibska
dama interesowała się bowiem żywo wszelkimi poczynaniami wszystkich
swych znajomych. Teraz zastanawiała się niemal bez przerwy, dlaczego
pułkownik wyjechał. Niewątpliwie otrzymał jakąś złą wiadomość,
sporządziła więc całą listę nieszczęść, jakie mogły go dotknąć,
zakładając, że niemożliwe jest wszak, aby uniknął ich wszystkich.
- Jestem pewna, że ogromnie się tym zasmucił - powiedziała. - Widziałam
to w jego twarzy. Biedny człowiek! Boję się, że jego interesy
przedstawiają się doprawdy kiepsko. Majątek w Delaford nigdy nie
przynosił więcej niż dwa tysiące rocznie, a jego brat pozostawił go w bardzo marnym stanie. Jestem pewna, że chodzi o pieniądze, bo o cóż by
innego? Ciekawa jestem, czy istotnie mam rację. Oddałabym wiele, żeby
się tego dowiedzieć. A może jednak o pannę Williams; wyglądał wszak na
zaalarmowanego, gdy wymieniłam jej nazwisko. Może zachorowała w Londynie; to bardzo możliwe, bo, jak mi się zdaje, zawsze była słabego
zdrowia. Założę się o wszystko, że sprawa dotyczy panny Williams.
Prawdopodobieństwo, że boryka się z kłopotami pieniężnymi, jest
niewielkie, bo to człowiek nader rozważny i na pewno zdążył już ułożyć
sprawy w majątku jak należy. O co też może chodzić! Być może jego
siostra w Awinionie doznała pogorszenia i posłała po niego. Dlatego
zapewne odjechał tak pośpiesznie. No cóż, z całego serca życzę mu, żeby
uporał się z tym, co go dręczy, a do tego jeszcze, aby znalazł dobrą
żonę.
Takie rozważania snuła w myślach i na głos pani Jennings. Każdy nowy
pomysł, na jaki wpadała, skłaniał ją do zmiany zdania, a wszystkie
możliwości jawiły jej się jako równie prawdopodobne. Eleonora, choć sama
życzyła pułkownikowi z całego serca, by wiodło mu się jak najlepiej, nie
potrafiła poświęcić mu całej uwagi, czego oczekiwała od niej pani
Jennings; po pierwsze, była zdania, że okoliczności jego wyjazdu nie
usprawiedliwiają aż tak żywego zainteresowania, po drugie zaś,
zastanawiała się równie usilnie nad czymś innym. Dziwiło ją niezmiernie
uporczywe milczenie jej siostry i Willoughby'ego na temat, który - jak
musieli się domyślać - budził ciekawość wszystkich. Milczenie to
przeciągało się, z dnia na dzień czyniąc coraz osobliwsze wrażenie, nie
pasując zupełnie do zachowania obojga. Eleonora nie mogła zrozumieć,
dlaczego żadne z nich nie potrafiło otwarcie wyznać matce i jej samej
tego, o czym świadczył niezbicie ich wzajemny stosunek.
Mogła bez trudu wyobrazić sobie, że nie będą w stanie od razu wstąpić w związek małżeński, jakkolwiek bowiem Willoughby był człowiekiem
niezależnym, nie było powodów, aby sądzić, że jest także majętny. Sir
John oceniał, że jego majątek przynosi przychód w wysokości sześciuset
lub siedmiuset funtów rocznie; młodzieniec żył jednak wyraźnie ponad
stan, narzekając przy tym często na biedę. Upór, z jakim zachowywali swe
zaręczyny w tajemnicy, która była wszak tajemnicą poliszynela, był dla
niej niepojęty; był też tak sprzeczny z wyrażanymi przez nich
przekonaniami, jak i zachowaniem, że niekiedy zastanawiała się w duchu,
czy to możliwe, że istotnie się nie zaręczyli, a wątpliwość ta
wystarczała, by powstrzymać się przed zadawaniem Mariannie jakichkolwiek
pytań.
Najlepszym dowodem łączących ich uczuć był sposób, w jaki Willoughby
traktował Mariannę. Okazywał jej największą czułość i troskę, zaś resztę
rodziny darzył serdecznością właściwą synowi i bratu. Mały domek stał mu
się najwyraźniej bliski i kochany niczym dom rodzinny; spędzał tam
więcej czasu niż w Allenham, a gdy nie mieli akurat innych zobowiązań
towarzyskich, wychodząc rano z domu, niemal zawsze trafiał właśnie tam,
by spędzić resztę dnia z Marianną i ulubioną wyżlicą, leżącą u jej stóp.
Pewnego wieczoru, gdy od wyjazdu pułkownika Brandona upłynął mniej
więcej tydzień, jego serce zdawało się jeszcze bardziej niż zwykle
wypełnione przywiązaniem do wszystkiego, co go otaczało, gdy więc pani
Dashwood wspomniała o planowanej na wiosnę przebudowie domku, żywo
sprzeciwił się wprowadzaniu jakichkolwiek zmian w miejscu, które jemu
jawiło się jako idealne.
- Co takiego?! - wykrzyknął. - Przebudowa? Nie. Na to nigdy nie wyrażę
zgody. Ani jeden kamień nie powinien zostać dobudowany do tych ścian,
domek nie może zostać powiększony nawet o ćwierć cala, jeśli ktokolwiek
ma tu wzgląd na moje uczucia.
- Proszę się nie denerwować - odparła panna Dashwood - nic podobnego się
tu nie wydarzy. Nasza matka nigdy nie będzie miała dość pieniędzy, by
podjąć się takiego przedsięwzięcia.
- Doprawdy cieszy mnie to! - zawołał. - Oby na zawsze pozostała uboga,
skoro nie ma lepszego pomysłu, jak wydać pieniądze.
- Dziękuję panu, Willoughby. Może pan być pewien, że nie zamieniłabym
przywiązania, jakie żywi do tego domu pan albo ktokolwiek z moich
bliskich, na jakiekolwiek przeróbki. Może pan być spokojny; bez względu
na to, jaka suma nam zostanie, gdy rozliczymy rachunki na wiosnę,
pozwolę raczej, by leżała bezużytecznie, niż rozporządzę nią w sposób
tak panu niemiły. Czy rzeczywiście pokochał pan to miejsce tak, że nie
dostrzega w nim żadnych wad?
- Właśnie tak - odparł. - W moich oczach to dom doskonały. Co więcej,
stał się dla mnie jedynym kształtem architektonicznym, w którym można
przeżywać szczęście; gdybym był bogaty, natychmiast wyburzyłbym dwór w Combe i odbudował go na wzór tego domku.
- Z ciemnymi, wąskimi schodami i dymiącą kuchnią, jak mniemam - dodała
Eleonora.
- Właśnie tak! - wykrzyknął żarliwie. - Ze wszystkim, co do tego domu
przynależy. Z wszelkimi jego wygodami i niewygodami, bez jakichkolwiek
widocznych przeróbek. Wtedy i tylko wtedy, pod takim dachem, mógłbym
może czuć się tak szczęśliwy w Combe, jak jestem w Barton.
- Przypuszczam - rzekła Eleonora - że nawet tak oczywiste wady, jak
lepsze pokoje i szersze schody nie przeszkodzą panu uznać w przyszłości,
że pański dom jest równie doskonały.
- Istnieją oczywiście pewne okoliczności - odparł Willoughby - które
mogłyby sprawić, że tak właśnie by się stało; zawsze jednak będę kochał
to miejsce bardziej niż jakiekolwiek inne.
Pani Dashwood spojrzała z zadowoleniem na Mariannę, która utkwiła oczy w Willoughbym; wyraz jej twarzy zdradzał jednoznacznie, że rozumie
doskonale, co młodzieniec ma na myśli.
- Jakże często marzyłem - dodał on - spędzając czas w Allenham, by
Barton Cottage został zasiedlony! Przechodząc obok, zawsze podziwiałem
jego piękne położenie i nie mogłem odżałować, że nikt tu nie mieszka.
Nie miałem wówczas pojęcia, że jedną z pierwszych wiadomości, jakie
usłyszę od pani Smith, gdy zawitam tu następnym razem, będzie ta
właśnie, że domek ma lokatorów; natychmiast poczułem zadowolenie i ciekawość, które jednak nie przepowiadały w najmniejszym stopniu, jaki
ogrom szczęścia na mnie czeka... Czyż nie, Marianno? - zwrócił się do niej
przyciszonym głosem. Potem ponownie zmienił ton, mówiąc: - A pani
chciałaby zepsuć ten dom, pani Dashwood? Odrzeć go z prostoty wymyślnymi
przeróbkami! A ten drogi salonik, w którym rozpoczęła się nasza
znajomość, w którym spędziliśmy odtąd tak wiele szczęśliwych godzin,
zdegradowałaby pani do roli zwykłego korytarza, przez który wszyscy będą
jedynie przechodzić? Ten pokój, w którym niegdyś znajdowało się więcej
przestrzeni i wygody niż w najpiękniejszych nawet apartamentach tego
świata?
Pani Dashwood ponownie zapewniła go, że nikt nie myśli o wprowadzeniu
takich zmian.
- Jest pani dobrą kobietą - stwierdził żarliwie. - A pani deklaracje
napełniają ulgą moje serce. Proszę posunąć się tylko nieco dalej, by
uczynić mnie szczęśliwym. Proszę powiedzieć, że nie zmieni pani niczego
nie tylko w tym domku, ale też i pani się nigdy nie zmieni; że zawsze
będzie mnie pani przyjmować z serdecznością, która sprawiła, że
pokochałem wszystko, co do pani należy.
I tej obietnicy udzielono mu skwapliwie, i przez resztę wieczoru
Willoughby tryskał radością i był dla wszystkich niezwykle serdeczny.
- Czy zobaczymy pana jutro na kolacji? - spytała pani Dashwood, gdy
wychodził. - Nie proszę, by przyszedł pan rano, musimy bowiem przejść
się do Barton Park na zaproszenie lady Middleton.
Obiecał, że zjawi się o czwartej po południu.
Rozdział XV
Wizyta pani Dashwood u lady Middleton nastąpiła nazajutrz, a towarzyszyły jej dwie córki. Marianna wymówiła się jednak pod błahym
pretekstem; jej matka zaś w przekonaniu, że Willoughby musiał obiecać
jej wieczorem, że zjawi się u niej pod nieobecność pozostałych dam,
chętnie pozwoliła jej pozostać w domu.
Wracając z Barton Park, ujrzały przed domem powóz Willoughby'ego, przy
którym stał jego służący, pani Dashwood była więc przekonana, że jej
przypuszczenia okazały się słuszne. Dotychczas wszystko przebiegało
zgodnie z jej przewidywaniem; kiedy jednak weszła do domu, ujrzała widok
zupełnie dla niej niespodziewany. Ledwie znalazły się w sieni, z saloniku wybiegła Marianna, wyraźnie poruszona, z chusteczką przy
oczach; nie zauważając ich, pobiegła na górę. Zdziwione i zaniepokojone
ruszyły do pokoju, który właśnie opuściła, aby znaleźć tam jedynie
Willoughby'ego, który stał samotnie oparty o gzyms kominka, tyłem do
wchodzących. Odwrócił się, słysząc ich kroki, a wyraz jego twarzy
świadczył, że przeżywa emocje równie silne jak Marianna.
- Czy coś jej się stało?! - zawołała pani Dashwood w drzwiach. - Czy
jest chora?
- Mam nadzieję, że nie - odparł, próbując odzyskać kontenans, po czym
dodał z wymuszonym uśmiechem: - To raczej ja powinienem się rozchorować,
spadło na mnie bowiem ciężkie rozczarowanie!
- Rozczarowanie?
- Tak, ponieważ nie będę mógł dotrzymać złożonej paniom obietnicy. Pani
Smith postanowiła dziś rano wykorzystać przewagę bogatej krewnej nad
ubogim kuzynem i wysyła mnie w interesach do Londynu. Właśnie otrzymałem
instrukcje i pożegnałem się już z Allenham; aby nieco poprawić sobie
nastrój, przyjechałem pożegnać się także z paniami.
- Do Londynu! Wyjeżdża pan jeszcze dziś rano?
- Niemal w tej chwili.
- To bardzo przykre. Musi pan jednak postąpić zgodnie z wolą pani Smith.
Mam nadzieję, że jej sprawy nie zatrzymają pana zbyt długo z dala od
nas.
- Ogromnie pani łaskawa - zaczerwienił się, odpowiadając - nie
spodziewam się jednak, bym miał szybko wrócić do hrabstwa Devon.
Odwiedzam panią Smith jedynie raz w roku.
- Czy pani Smith jest tu jedyną pana dobrą znajomą? Czyżby Allenham było
jedynym domem, w którym jest pan mile widziany? Niech się pan wstydzi,
Willoughby! Czyżby czekał pan na zaproszenie do naszego domu?
Rumieniec na jego policzkach pociemniał, gdy ze wzrokiem utkwionym w posadzce odparł:
- Jest pani zbyt łaskawa.
Pani Dashwood spojrzała ze zdziwieniem na Eleonorę. Ta była równie
zaskoczona. Przez kilka chwil panowała cisza. Jako pierwsza przemówiła
pani Dashwood:
- Mogę jedynie dodać, drogi Willoughby, że zawsze będzie pan mile
widziany w Barton Cottage; nie będę naciskać, aby powrócił pan do nas
natychmiast, ponieważ tylko pan jest w stanie osądzić, czy pani Smith
się to spodoba. Jeśli o to chodzi, nie wątpię w pański rozsądek, jak
również nie mam wątpliwości co do pańskich chęci.
- Moje obecne zobowiązania - odparł Willoughby, wyraźnie zmieszany - są
takiej natury, że... Nie śmiem sobie pochlebiać...
Umilkł nagle. Pani Dashwood była zbyt zaskoczona, by się odezwać,
nastąpiła więc kolejna chwila milczenia. Przerwał ją tym razem
Willoughby, mówiąc z bladym uśmiechem:
- Absurdem byłoby przeciągać to dłużej. Nie mogę cierpieć udręki
pozostawania wśród przyjaciół, których towarzystwem nie mogę obecnie się
cieszyć.
To mówiąc, pożegnał się pospiesznie i wyszedł. Patrzyły, jak wsiada do
powozu, a po minucie straciły go z oczu.
Pani Dashwood, nie mogąc wydusić z siebie ani słowa, natychmiast wyszła
z salonu, by pobyć przez chwilę w samotności i uporać się z niepokojem,
jaki wzbudził w niej ten nagły odjazd.
Eleonora była wzburzona co najmniej tak samo jak jej matka. Myślała o tym, co się wydarzyło, z lękiem i nieufnością. Zachowanie
Willoughby'ego, gdy się żegnał, jego zażenowanie, sztuczna wesołość, a przede wszystkim - odrzucenie zaproszenia, które skierowała do niego jej
matka, tak do niego niepodobna powściągliwość napełniły ją głębokim
niepokojem. Przez chwilę obawiała się, że nigdy nie miał poważnych
zamiarów; potem zastanawiała się, czy między nim a jej siostrą doszło do
jakiejś nieszczęśliwej sprzeczki. Wzburzenie Marianny, gdy wybiegała z pokoju, mogło świadczyć o poważnej kłótni, choć zważywszy na głębię
uczucia, jakim darzyła tego człowieka, wydawało się niemal
nieprawdopodobne, że mogłaby się z nim pokłócić.
Jakkolwiek przebiegło jednak ich rozstanie, nie ulegało wątpliwości, że
Marianna jest bardzo zakochana; myślała więc z najczulszym współczuciem
o głębokiej rozpaczy, w jakiej bez wątpienia pogrążyła się jej siostra,
która zgodnie ze swoim charakterem uznała zapewne za swój obowiązek
podsycać ją bez końca.
Matka wróciła mniej więcej pół godziny później; jej oczy były
zaczerwienione, lecz na twarzy malował się pogodny wyraz.
- Nasz drogi Willoughby oddalił się już zapewne o kilka mil od Barton,
Eleonoro - rzekła, siadając do robótki. - Z pewnością zaś odjeżdża z ciężkim sercem.
- To wszystko jest bardzo dziwne. Wyjechał tak nagle! W mgnieniu oka
wszystko się zmieniło. Zeszłego wieczoru był tu z nami, taki szczęśliwy,
wesoły i serdeczny... A teraz zawiadamia nas na dziesięć minut przed
wyjazdem... i nie planuje powrotu! Musiało się wydarzyć coś, czego nam nie
wyjawił. Mówił i zachowywał się inaczej niż zwykle. Ty także musiałaś to
dostrzec. Co takiego się stało? Czyżby się pokłócili? W przeciwnym razie
przecież chętnie przyjąłby zaproszenie do nas?
- Nie zabrakło mu chęci, Eleonoro, tyle widziałam wyraźnie. On nie mógł
przyjąć tego zaproszenia. Przemyślałam to wszystko, zapewniam cię, i potrafię doskonale wytłumaczyć wszystko, co początkowo wydało mi się
dziwne, podobnie jak tobie.
- Doprawdy?
- Tak. Wyjaśniłam to sobie w sposób najbardziej zadowalający; ty jednak,
moja droga, lubisz podawać w zwątpienie wszystko, co się mówi. Dlatego
ciebie to nie zadowoli, wiem o tym, jednak nie przekonasz mnie, że nie
mam racji. Jestem pewna, że pani Smith podejrzewa, iż Willoughby żywi
gorące uczucie do Marianny i nie jest z tego zadowolona (być może ma dla
niego inną kandydatkę), dlatego też chce trzymać go z dala od nas; te
sprawy, z którymi posłała go do Londynu, to zaledwie pretekst, by go
stąd oddalić. Jestem pewna, że o to właśnie chodzi. Co więcej, ma tego
świadomość, że krewna nie pochwala tego związku, dlatego też nie ośmiela
się wyznać jej, że zaręczył się z Marianną, czuje się też w obowiązku,
będąc od niej zależnym, okazywać posłuszeństwo jej planom, dlatego też
postanowił na czas jakiś opuścić hrabstwo Devon. Wiem, że odpowiesz na
to, że tak właśnie mogło być, lecz nie musiało; nie będę jednak słuchać
żadnych argumentów, o ile nie przedstawisz mi innego, wiarygodnego
wyjaśnienia całej tej sytuacji. Co więc masz mi do powiedzenia, moja
droga?
- Nic, ponieważ przewidziałaś już moją odpowiedź.
- A więc rzeczywiście powiedziałabyś, że mogę się mylić. Och, Eleonoro,
twoje uczucia są dla mnie niepojęte! Wolisz przypisywać ludziom zło niż
dobro. Jesteś bardziej skłonna przewidywać nieszczęście Marianny i przypisać Willoughby'emu winę, niż znaleźć wymówkę dla jego zachowania.
Zakładasz, że jest winny, ponieważ odjechał, żegnając się z nami nie tak
serdecznie jak zwykle. Czy nie tłumaczy go roztargnienie ani też
przygnębienie spowodowane niedawnym rozczarowaniem? Czy nie przyjmiesz
tego, co prawdopodobne, jeśli nie możesz uznać tego za pewnik? Czy nic
nie należy się od nas człowiekowi, którego miałyśmy wszelkie powody
pokochać, nie mając przy tym żadnych, by o nim źle myśleć? Czy nie można
przyjąć, że istnieje przyczyna tego, co się stało, która przez czas
jakiś musi pozostać nieznana? I wreszcie, o co właściwie go
podejrzewasz?
- Sama tego nie wiem. Nieprzyjemne podejrzenia są jednak nieuchronną
konsekwencją odmiany, jakiej właśnie byłyśmy świadkami. Jednak to, co
mama powiedziała na temat należnych mu względów, jest bezsprzecznie
prawdą, a zresztą zależy mi i na tym, by moje sądy o ludziach były
zawsze bezstronne. Niewątpliwie Willoughby miał swoje powody, by tak się
zachować, mam w każdym razie taką nadzieję. Byłoby to jednak bardziej do
niego podobne, gdyby je nam wyjawił. Zdarza się, że konieczne jest
zachowanie tajemnicy, jednak w przypadku pana Willoughby'ego
tajemniczość jest bardzo osobliwym zachowaniem.
- Nie czyń zarzutu z tego, że postąpił wbrew swojej naturze, jeśli było
to akurat konieczne. Doprawdy jednak przyznajesz, że to, co powiedziałam
w jego obronie, jest słuszne? W takim razie uszczęśliwiłaś mnie. Zostaje
uniewinniony.
- Niezupełnie. Być może słuszne jest utrzymywanie ich zaręczyn w tajemnicy (o ile istotnie są zaręczeni) przed panią Smith, jeśli zaś tak
właśnie jest, nic dziwnego, że Willoughby chce przez jakiś czas trzymać
się z dala od hrabstwa Devon. Nie tłumaczy to jednak, dlaczego ukrył je
przed nami.
- Ukrył przed nami! Drogie dziecko, czy naprawdę oskarżasz Mariannę i Willoughby'ego o ukrywanie czegokolwiek? To doprawdy dziwne, zważywszy
że ty sama karciłaś ich dzień po dniu za nieostrożność.
- Nie potrzebuję dowodów ich uczuć - odparła Eleonora - ale dowodu
zaręczyn już tak.
- Ja jestem pewna jednego, jak i drugiego.
- A jednak żadne z nich nie powiedziało dotychczas na ten temat ani
słowa.
- Nie potrzebuję słów, gdy czyny przemawiają tak jaskrawo. Czy jego
zachowanie wobec Marianny i nas wszystkich w ciągu co najmniej ostatnich
dwóch tygodni nie powiedziało nam, że ją kocha i uważa za swą przyszłą
żonę, a do nas jest przywiązany, jakby łączyły nas więzy krwi? Czy nie
rozumieliśmy się nawzajem doskonale? Czy swoim wyglądem, zachowaniem,
serdecznością i szacunkiem nie szukał dzień po dniu mojej aprobaty?
Kochana Eleonoro, czy rzeczywiście możesz wątpić w prawdziwość ich
zaręczyn? Skąd taka myśl przyszła ci do głowy? Czy wyobrażasz sobie, że
pan Willoughby, wiedząc wszak doskonale o uczuciu, jakim go darzy twoja
siostra, mógł wyjechać, być może na długie miesiące, mógł nie wyjawić
jej, co do niej czuje, że rozstali się, nie obiecując, że będą sobie
wzajem wierni?
- Przyznaję - odparła Eleonora - że wszelkie okoliczności poza jedną
wskazują niezbicie, że doszło do zaręczyn; tą jedyną jest jednak ich
całkowite milczenie na ten temat, a moim zdaniem fakt ten niemal
przeważa nad pozostałymi.
- Coś takiego! Musisz mieć istotnie złe zdanie o Willoughbym, skoro po
tym, co się działo między nimi, możesz wątpić w charakter ich wzajemnych
stosunków. Uważasz, że przez cały ten czas udawał miłość do twojej
siostry? Sądzisz, że w rzeczywistości jest mu zupełnie obojętna?
- Nie, nie myślę tak. Jestem pewna, że ją kocha.
- Jednak dziwna to miłość, skoro mógł zostawić ją tak obojętnie, nie
myśląc wcale o przyszłości, jak mu to przypisujesz.
- Musi mama pamiętać, moja droga mamo, że nigdy nie uważałam tej sprawy
za pewną. Miałam wątpliwości, przyznaję; są one słabsze niż dotychczas,
a niebawem zapewne zgasną zupełnie. Jeśli okaże się, że wymieniają
listy, wyzbędę się niepokoju całkowicie.
- A to dopiero ustępstwo! Gdybyś nawet zobaczyła ich przed ołtarzem,
uważałabyś nadal, że nie wezmą ślubu. Niewdzięczna dziewczyno! Ja jednak
nie potrzebuję dowodu. Według mnie nie stało się nic, co mogłoby
uzasadniać wątpliwość; niczego nie próbowano tu trzymać w tajemnicy.
Wszystko działo się otwarcie i na naszych oczach. Nie możesz wątpić w zamiary twojej siostry, a więc to Willoughby'ego podejrzewasz. Ale
dlaczego? Czy nie jest człowiekiem, który ceni sobie honor i uczucia?
Czy zrobił cokolwiek, co mogłoby wywołać nasz niepokój? Czy to możliwe,
że nas okłamuje?
- Mam nadzieję, że nie, wierzę, że nie! - zawołała Eleonora. - Kocham
Willoughby'ego szczerze; a podejrzenie, że nie jest uczciwy, jest dla
mnie tak samo bolesne jak dla ciebie. Pojawiło się mimo woli i nie będę
go podtrzymywać. Przyznaję, byłam zdumiona, widząc zmianę w jego
zachowaniu dziś rano; mówił jak ktoś obcy, nie odwzajemnił twojej
serdeczności ani jednym słowem. To można jednak być może wytłumaczyć
sytuacją, w jakiej się znalazł. Pożegnał się właśnie z moją siostrą,
widział, jak ona pogrąża się w rozpaczy, jeśli zaś czuł się w obowiązku,
obawiając się pani Smith, przezwyciężyć pokusę szybkiego powrotu,
zarazem zaś miał świadomość, że odrzucając twoje zaproszenie, mówiąc, że
przez jakiś czas nie będzie mógł tu wrócić, zachował się w sposób
niewdzięczny, co wzbudzi podejrzenie naszej rodziny, mógł czuć się
zmieszany i zaniepokojony. W takim wypadku otwarte przyznanie się do
przeżywanych trudności byłoby bardziej honorowe i licowałoby bardziej z jego charakterem. Nie będę jednak czynić nikomu zarzutów opartych na tak
chwiejnej podstawie jak fakt, że inaczej niż ja ocenił sytuację lub
wybrał rozwiązanie inne niż to, które ja sama uznałabym za słuszne i właściwe.
- Masz zupełną rację. Willoughby z pewnością nie zasłużył na nasze
podejrzenia. Choć my znamy go od niedawna, wszak bywa tu od lat; a czy
ktokolwiek wyrażał się o nim niepochlebnie? Gdyby był człowiekiem
niezależnym, który może ożenić się w każdej chwili, i pozostawił nas bez
słowa w ten sposób, byłoby to dziwne; tak jednak nie jest. Te zaręczyny
pod pewnymi względami zostały zawarte dość nieszczęśliwie, zważywszy że
perspektywa małżeństwa jest odległa i niepewna; być może więc
utrzymywanie wszystkiego w tajemnicy jest istotnie najlepszym
rozwiązaniem.
Te rozważania przerwało im wejście Małgorzaty; Eleonora mogła więc
przemyśleć domysły snute przez matkę, ocenić je jako prawdopodobne i mieć nadzieję, że okażą się prawdą.
Marianna nie pokazała się aż do kolacji, gdy zeszła na dół i zajęła swe
miejsce przy stole bez jednego słowa. Oczy miała czerwone i zapuchnięte,
wydawało się też, że nadal z trudem jedynie powstrzymuje się od łez. Nie
patrzyła na nikogo, nie mogła jeść ani wydusić z siebie słowa, a po
dłuższej chwili, gdy matka w milczeniu uścisnęła jej dłoń z czułym
współczuciem, straciła resztki opanowania, zalała się łzami i wybiegła z pokoju.
Na resztę wieczoru pogrążyła się w głębokiej rozpaczy. Nie była zdolna
do żadnych działań, ponieważ nie chciała wcale ich sobie narzucić.
Najmniejsza wzmianka o czymkolwiek, co wiązało się z Willoughbym,
stawała się przyczyną kolejnej fontanny łez; i choć matka i siostry
robiły wszystko, by poczuła się lepiej, nie były w stanie uniknąć
wszystkich tematów, które w odczuciu Marianny nawiązywały do jej
zakochania.
Rozdział XVI
Marianna nie wybaczyłaby sobie nigdy, gdyby pierwszą noc rozłąki z panem
Willoughbym spędziła w całości pogrążona we śnie. Gdyby nie wstała z łóżka zmęczona bardziej, niż się do niego kładła, ze wstydu nie mogłaby
spojrzeć w oczy rodzinie. Jednak uczucia, które nią targały, nie
naraziły jej na takie niebezpieczeństwo. Przez całą noc leżała
bezsennie, głównie płacząc. Wstała więc z potężnym bólem głowy,
niezdolna wymówić ani słowa; odmówiła spożycia posiłku, zadając
cierpienie matce i siostrom także i tym, że nie pozwalała im się
pocieszyć. Doprawdy była to panna na wskroś romantyczna!
Po śniadaniu wyszła sama na przechadzkę; przez większość poranka
wędrowała po Allenham, pogrążając się we wspomnieniach szczęśliwych
chwil i opłakując odmianę swego losu.
Wieczór upłynął jej także na rozpamiętywaniu uczuć. Zagrała wszystkie
swoje ulubione pieśni, które niegdyś grała dla Willoughby'ego,
wyśpiewała każdą z arii, które zwykli śpiewać we dwoje, i siedziała
długo przy instrumencie, wpatrując się w nuty, które dla niej wypisał,
aż ciężar na jej sercu stał się tak nieznośny, że obezwładniający.
Pogrążona w rozpaczy nie liczyła upływających dni. Spędzała długie
godziny przy pianinie, na zmianę to śpiewając, to znów płacząc; w jej
głosie nieustannie pobrzmiewały łzy. Czytając, również zadręczała się
porównaniami dawnej radości z obecnym cierpieniem. Czytała wyłącznie te
książki, które zwykła była czytywać razem z ukochanym.
Tak gwałtowna rozpacz nie mogła wszak trwać wiecznie; po kilku dniach
przerodziła się w spokojniejszą melancholię, jednak Marianna codziennie
oddawała się samotnym spacerom i milczącym rozmyślaniom, które od czasu
do czasu prowokowały kolejne wybuchy płaczu, równie gwałtowne jak
dotychczas.
Willoughby nie przysłał listu, Marianna zaś zdawała się go nie
oczekiwać. Jej matka była zdziwiona, a Eleonora znów coraz bardziej
niespokojna. Pani Dashwood potrafiła jednak wyjaśnić wszystko, gdy jej
na tym zależało, w sposób dla siebie zadowalający.
- Sama wiesz, Eleonoro - mówiła - że sir John bardzo często zabiera
nasze listy z poczty, a także je tam odnosi. Ustaliłyśmy już, że
zachowanie tajemnicy jest nieodzowne, musimy więc przyjąć do wiadomości,
że nie byłoby to możliwe, gdyby ich korespondencja miała trafić w ręce
sir Johna.
Eleonora nie mogła temu zaprzeczyć, starała się więc uznać, że fakt ten
uzasadnia milczenie obojga młodych. Istniał jednak sposób tak
bezpośredni i prosty, a jej zdaniem tak słuszny, by poznać prawdę, że
nie mogła powstrzymać się przed podsunięciem go matce.
- Dlaczego wreszcie nie spytamy Marianny - powiedziała - czy jest, czy
też nie jest zaręczona z panem Willoughbym? Pytanie takie, zadane przez
matkę, i to matkę tak dobrą i wyrozumiałą, nie może zostać przez nią
odebrane jak obraza. Przeciwnie, będzie musiała uznać je za oczywisty
wyraz twojej troski. Kiedyś nie miała przecież tajemnic, zwłaszcza przed
tobą, mamo.
- Takiego pytania nie zadam jej za żadne skarby świata. Wyobraź sobie,
jak bolesne mogłoby się okazać, jeśli rzeczywiście nie są zaręczeni!
Byłoby to bardzo nieszlachetne z mojej strony. Straciłabym wszelką
nadzieję, że kiedykolwiek jeszcze mi zaufa, gdybym wymusiła na niej
wyznanie tajemnicy, która ma nią pozostać dla wszystkich. Serce Marianny
nie ma przede mną sekretów. Wiem, jak ogromnie mnie kocha, i wiem, że
nie będę ostatnią osobą, która dowie się, co jest na rzeczy, gdy
okoliczności pozwolą jej wreszcie ujawnić nam prawdę. Nie mogłabym na
nikim wymusić takich zwierzeń, tym mniej zaś na własnym dziecku,
ponieważ poczucie obowiązku mogłoby zmusić ją do wyznania prawdy wbrew
własnej woli.
Eleonora była zdania, że matka jest zanadto pobłażliwa, biorąc pod uwagę
młody wiek siostry, nalegała więc dalej, lecz na próżno. Zdrowy
rozsądek, zdrowa troska, zdrowa ostrożność zniknęły w odmętach
romantycznej delikatności charakteru pani Dashwood.
Minęło kilka dni, nim nazwisko Willoughby'ego padło w obecności Marianny
z ust kogokolwiek z jej rodziny; sir John i pani Jennings nie byli
jednak tak delikatni. Ich kpinki potęgowały ból niejednej przepełnionej
rozpaczą godziny. Wieczorem jednak pani Dashwood, biorąc do ręki tom
dzieł Szekspira, powiedziała:
- Nie skończyłyśmy czytać Hamleta, Marianno; nasz drogi Willoughby
odjechał, zanim zdążyłyśmy dobrnąć do finału. Odłożymy tę lekturę do
jego powrotu... choć ten nastąpi być może dopiero za kilka miesięcy.
- Miesięcy? - wykrzyknęła Marianna z ogromnym zdumieniem. - Ależ nie....
nawet nie kilka tygodni.
Pani Dashwood pożałowała swoich słów; Eleonora jednak ucieszyła się,
słysząc z ust Marianny tak jednoznaczną deklarację ufności w postępowanie Willoughby'ego i znajomości jego intencji.
Pewnego ranka, gdy od jego odjazdu minął mniej więcej tydzień, Marianna
dała się namówić siostrom na wspólną przechadzkę, zamiast udać się znowu
na samotny spacer. Dotychczas unikała starannie towarzystwa podczas
swych ataków rozpaczy. Jeśli siostry kierowały się w stronę wzgórz, ona
przemykała się ku drodze; jeśli planowały wyjście w dolinę, szybko
wspinała się na wzgórza, znikając z oczu pozostałym, nim zdążyły
wyruszyć w drogę. W końcu jednak Eleonora, która na samotne eskapady
siostry patrzyła surowym okiem, zdołała przyłapać ją przed wyjściem.
Wspólnie ruszyły drogą przez dolinę i szły w milczeniu, ponieważ nie
było sposobu, aby zyskać kontrolę nad umysłem Marianny, Eleonora zaś,
osiągnąwszy jedno zwycięstwo, nie próbowała zdobyć następnego. Przed
wejściem do doliny, gdzie teren, choć równie mocno zarośnięty, wydawał
się bardziej zagospodarowany i przyjazny, rozpostarła się przed nimi
droga, którą przyjechały do Barton; zatrzymały się w tym miejscu, aby
się rozejrzeć i rzucić okiem na domek z miejsca, do którego nigdy dotąd
jakoś nie dotarły podczas swych spacerów.
Niebawem dostrzegły w krajobrazie jakiś ruchomy punkt, który okazał się
człowiekiem na koniu zbliżającym się w ich stronę. Po kilku minutach
rozpoznały w nim jadącego dżentelmena, a chwilę później Marianna
wykrzyknęła gwałtownie:
- To on! Z pewnością... wiem, że to on! - I pospieszyła mu na spotkanie,
choć Eleonora wołała za nią:
- Doprawdy, Marianno, jestem pewna, że się mylisz. To nie Willoughby.
Ten człowiek nie jest dość wysoki, ma też inną posturę.
- To on, to on! - wołała Marianna. - Jestem pewna, że to on. To jego
sylwetka, jego płaszcz, jego koń. Wiedziałam, że wróci niebawem.
Szła szybko, wydając te okrzyki; Eleonora zaś, chcąc oszczędzić
Mariannie zażenowania, była bowiem niemal pewna, że to nie Willoughby,
także przyspieszyła, by jej dotrzymać kroku. Po chwili od jeźdźca
dzieliło je już tylko trzydzieści jardów. Marianna spojrzała znowu i serce w niej zamarło; odwróciła się gwałtownie i ruszyła pospiesznie w przeciwnym kierunku, choć siostry podniosły głosy, chcąc ją zatrzymać;
po chwili dołączył do nich trzeci głos, znany jej niemal tak samo
dobrze, odwróciła się więc ze zdziwieniem, by zobaczyć i powitać Edwarda
Ferrarsa.
Był jedynym człowiekiem na świecie, któremu mogła w tej chwili wybaczyć,
że nie jest Willoughbym, jedynym, który mógł liczyć na jej uśmiech;
stłumiła więc łzy, aby uśmiechnąć się do niego, i dzieląc szczęście z siostrą, choć na chwilę zapomnieć o własnym rozczarowaniu.
Edward zsiadł z konia i przekazał lejce służącemu, a następnie pieszo
udał się z nimi do Barton, dokąd właśnie wybierał się z wizytą.
Wszystkie panie powitały go bardzo serdecznie, największy entuzjazm
jednak okazała Marianna, bez trudu prześcigając pod tym względem
Eleonorę. Wydawało jej się, że w powitaniu Edwarda i Eleonory znów
powiało niezrozumiałym chłodem, który widziała między nimi tak często
jeszcze w Norland. Szczególnie Edward nie zachowywał się jak człowiek
zakochany. Był zmieszany, nie okazywał radości ze spotkania, mówił
niewiele, odpowiadając jedynie na ich pytania, i nie wyróżnił Eleonory
nawet najmniejszą oznaką wzruszenia. Marianna patrzyła na to i słuchała
go z coraz większym zdziwieniem. Zaczęła niemal odczuwać niechęć do
Edwarda; w rezultacie, jak wszystko inne, i ta sytuacja zwróciła jej
myśli ku Willoughby'emu, wiodąc ją ku porównaniu jakże odmiennego
sposobu bycia obu młodzieńców.
Po krótkiej chwili milczenia, jaka nastąpiła, gdy minęło pierwsze
zaskoczenie niespodziewaną wizytą, Marianna spytała, czy Edward
przyjechał prosto z Londynu. Zaprzeczył, mówiąc, że od dwóch tygodni
przebywa w hrabstwie Devon.
- Od dwóch tygodni! - krzyknęła zdziwiona, że przebywając tak długo w tym samym hrabstwie, co Eleonora, nie zdecydował się wcześniej jej
odwiedzić.
Z pewną dozą przygnębienia odparł, że przebywał dotychczas u przyjaciół
w pobliżu Plymouth.
- Czy był pan ostatnio w Sussex? - spytała Eleonora.
- Byłem w Norland mniej więcej miesiąc temu.
- Jak też się miewa nasze drogie Norland? - zapytała Marianna.
- Nasze drogie Norland - odparła Eleonora - wygląda zapewne akurat tak
samo jak zawsze o tej porze roku. Lasy i ścieżki pokryte są grubą
warstwą zeschłych liści.
- Och, jakże lubiłam przyglądać się im, gdy spadały! - zawołała na to
Marianna. - Jak wspaniale było wędrować i patrzeć, jak wirują podnoszone
podmuchami wiatru! Jakież uczucia budziły te liście, ta pora roku, to
powietrze! Teraz nie ma tam nikogo, kto by się tym interesował. Są
pewnie tylko uciążliwością, zamiataną, wyrzucaną z pola widzenia.
- Nie wszyscy - uśmiechnęła się Eleonora - podzielają twoje uwielbienie
dla zwiędłych liści.
- To prawda, moje uczucia są często niezrozumiane, niepodzielane przez
innych. Niekiedy jednak bywa też inaczej. - Wygłosiwszy to zdanie,
pogrążyła się na dłuższą chwilę w rozmyślaniach, zaraz jednak się
ocknęła. - Spójrz, Edwardzie - zwróciła się do gościa - to jest dolina
Barton. Spójrz na nią, ciesząc się spokojem, jaki od niej bije. Popatrz
na te wzgórza! Czy widziałeś kiedyś coś równie pięknego? Po lewej mamy
Barton Park, położony wśród lasów i plantacji. Możesz stąd zobaczyć
skraj dworu. A tam, pod tym najdalszym wzgórzem, które wznosi się tak
majestatycznie, leży nasz domek.
- To piękna kraina - odparł - jednak zimą w dolinach z pewnością
gromadzi się błoto.
- Jak możesz myśleć o błocie, mając przed sobą takie piękno?
- Ponieważ - odparł z uśmiechem - oprócz pięknego krajobrazu widzę przed
sobą także niezwykle błotnistą drogę.
- Jakie to dziwne! - powiedziała do siebie Marianna, idąc dalej.
- Czy macie tu miłych sąsiadów?... Czy Middletonowie okazali się
przyjemnymi ludźmi?
- Nie, zupełnie nie - odparła Marianna - nie mogłyśmy wprost trafić
gorzej.
- Marianno! - zawołała jej siostra. - Jak możesz tak mówić? Jak możesz
być tak niesprawiedliwa? To ogromnie szanowana rodzina, panie Ferrars; a wobec nas zachowują się zawsze niezwykle przyjaźnie. Czy zapomniałaś
już, Marianno, ile pogodnych dni im zawdzięczamy?
- Nie - odparła Marianna cicho - i ile bolesnych chwil także.
Eleonora nie zwróciła na to uwagi. Skupiła się na przybyłym gościu,
próbując włączyć go do rozmowy; opowiadała o nowym domu, jego zaletach,
od czasu do czasu zmuszając go do zadawania pytań i wygłaszania uwag.
Jego chłód i powściągliwość krępowały ją ogromnie; była zdziwiona i niemal oburzona. Postanowiła jednak w swym zachowaniu kierować się nie
tym, jaki był teraz, ale jaki był dawniej, nie okazując urazy ani
niezadowolenia, i traktowała go tak, jak jej zdaniem należało
potraktować krewniaka.
Rozdział XVII
Pani Dashwood na widok gościa odczuła jedynie przelotne zaskoczenie,
ponieważ jego przyjazd do Barton był, jej zdaniem, czymś zupełnie
naturalnym. Dużo dłużej trwała jej radość z ponownego z nim spotkania.
Powitała go jak najserdeczniej, a jej życzliwość nie pozostawiała
miejsca dla chłodu, powściągliwości i zażenowania. Wyzbył się ich
częściowo, jeszcze zanim weszli do domu, a urok pani Dashwood sprawił,
że zapomniał o nich całkowicie. W istocie żaden mężczyzna nie mógł
zakochać się w jednej z córek, nie przenosząc choćby części swych uczuć
na ich rodzicielkę; Eleonora z radością dostrzegła w nim dawnego
Edwarda. Wydawało się, że ponownie obudził w sobie życzliwość dla nich
wszystkich, z nią zaś - troskę o ich dobro. Wyglądał jednak na
przygnębionego - chwalił dom, podziwiał widoki, był miły i uprzejmy,
jednak wyraźnie coś mu doskwierało. Dostrzegła to cała rodzina, a pani
Dashwood, przypisując ten stan nieporozumieniom z matką, siadała do
stołu, złorzecząc w duchu na wszystkich samolubnych rodziców tego
świata.
- Jakie plany ma wobec ciebie pani Ferrars, Edwardzie? - spytała, gdy
skończyli jeść kolację i usiedli wszyscy razem przy kominku. - Czy nadal
jest zdania, że powinieneś wbrew swej woli zostać wielkim mówcą?
- Nie. Mam nadzieję, że matka uznała wreszcie, że nie mam ani zdolności,
ani skłonności do życia publicznego!
- W jaki sposób zamierzasz zatem zdobyć sławę? Musisz wszak stać się
sławny, by zadowolić rodzinę; jeśli zaś nie masz skłonności do wydawania
pieniędzy, nie lubisz zawierać nowych znajomości, nie posiadasz zawodu
ani pewności siebie, to może okazać się trudne.
- Nie będę nawet próbował. Nie chcę się niczym wyróżniać i mam powody
żywić nadzieję, że nigdy nie będę musiał. Dzięki Bogu! Nie da się siłą
zrobić z człowieka geniusza ani oratora.
- Nie masz ambicji, wiem o tym. Twoje marzenia są umiarkowane.
- Tak umiarkowane jak całej reszty świata, jak mi się zdaje. Chcę być
szczęśliwy jak każdy i tak jak każdy chcę zdobywać to szczęście na swój
własny sposób. Sława z pewnością mi go nie da.
- To by dopiero było! - zawołała Marianna. - Co też bogactwo czy
zaszczyty mają wspólnego ze szczęściem?
- Zaszczyty może niewiele - odezwała się Eleonora - bogactwo ma z nim
jednak wiele wspólnego.
- Eleonoro, wstydź się! - powiedziała Marianna. - Pieniądze mogą dać ci
szczęście wyłącznie wtedy, jeśli nie daje ci go nic innego. Poza
dostatkiem nie przynoszą prawdziwego zadowolenia, ponieważ nie
zaspokoisz nimi najważniejszych potrzeb.
- Być może - odparła Eleonora z uśmiechem - możemy dojść do wspólnej
konkluzji. To, co ty nazywasz dostatkiem, a ja bogactwem, niewiele się
od siebie różni; bez nich w dzisiejszym świecie nie można mówić o wygodzie, co do tego obie chyba się zgodzimy. Twoje idee jedynie zdają
się szlachetniejsze od moich. Co nazywasz dostatkiem?
- Tysiąc osiemset, może dwa tysiące funtów rocznie, nie więcej.
- Dwa tysiące rocznie!... - Eleonora się roześmiała. - Według mnie tysiąc
to już bogactwo! Wiedziałam, że to się tak skończy.
- A jednak dwa tysiące rocznie daje bardzo skromny dochód - upierała się
Marianna. - Nie da się utrzymać rodziny za mniejszą kwotę. Jestem pewna,
że moje potrzeby nie są zbyt wygórowane. Odpowiednia liczba służby,
powóz lub dwa, konie do polowań... Tego wszystkiego za mniejszą kwotę mieć
nie będziesz.
Eleonora ponownie obdarzyła ją uśmiechem, słysząc, jak siostra wylicza
wszelkie wydatki niezbędne w Combe Magna.
- Konie do polowań! - powtórzył Edward. - Dlaczego musisz je posiadać?
Nie każdy przecież poluje.
Marianna się zarumieniła.
- Większość ludzi poluje - odparła.
- Chciałabym - odezwała się Małgorzata, tknięta nową myślą - żeby ktoś
podarował każdej z nas dużą fortunę!
- Och, gdyby tak się stało! - zawołała Marianna, a jej oczy rozbłysły
ożywieniem, policzki zaś zarumieniły się na samą myśl o takim szczęściu.
- Myślę, że każdy sobie tego życzy - powiedziała Eleonora - jednak
bogactw nie wystarczy dla wszystkich.
- Ach! - zawołała Małgorzata. - Jaka wtedy byłabym szczęśliwa!
Zastanawiam się, co bym zrobiła!
Marianna wyglądała jak osoba pozbawiona w tym względzie jakichkolwiek
wątpliwości.
- Ja nie umiałabym wydawać pieniędzy na siebie - powiedziała pani
Dashwood - gdyby moje dzieci stały się bogate bez mojego wsparcia.
- Wystarczyłoby zacząć przebudowę domu - zauważyła Eleonora - a problem
ten niebawem przestałby istnieć.
- Jakie wspaniałe zamówienia ruszyłyby stąd do Londynu - powiedział
Edward - gdyby tak się stało! Jakiż to byłby szczęśliwy dzień dla
sprzedawców książek, nut, obrazów! Najstarsza z panien Dashwood
zamawiałaby wciąż nowe malowidła, zaś Marianna... znając rozmach jej
duszy, w Londynie nie starczyłoby nut, by ją zadowolić. A książki!
Thomson, Cowper, Scott... kupowałaby je wciąż na nowo; kupiłaby każdy
egzemplarz, jak sądzę, byle tylko nie wpadł w niegodne go ręce;
musiałaby też mieć każdą książkę, która uczy, jak podziwiać stare,
pokręcone drzewa. Czyż nie, Marianno? Wybacz mi, proszę, jeśli jestem
zbyt kąśliwy. Chciałem jedynie pokazać ci, że nie zapomniałem naszych
dawnych dysput.
- Uwielbiam wspominki z przeszłości, Edwardzie. Kocham wspomnienia,
zarówno te smutne, jak i te wesołe. Nie urazisz mnie więc, wspominając
dawne czasy. Masz absolutną rację, snując przypuszczenia, na co
wydawałabym pieniądze. Z pewnością nadmiar gotówki przeznaczyłabym na
wzbogacenie swej kolekcji nut i książek.
- Dużą część fortuny wydałabyś na renty dożywotnie dla pisarzy lub ich
spadkobierców.
- Nie, Edwardzie, znalazłabym dla nich inne przeznaczenie.
- Być może w takim razie uczyniłabyś z nich nagrodę dla tego, kto
najzręczniej obroni na piśmie twą ulubioną maksymę, że nie można kochać
więcej niż raz w życiu. Jak mniemam, twoja opinia w tej kwestii
pozostała niezmieniona?
- Bez wątpienia. W moim wieku ma się już ustalone poglądy. Nie sądzę,
abym mogła jeszcze zobaczyć lub usłyszeć coś, co mogłoby skłonić mnie do
ich zmiany.
- Marianna nic się nie zmieniła, jak pan widzi - rzekła Eleonora - jest
taka jak dawniej.
- Stała się tylko może nieco poważniejsza.
- O nie, Edwardzie - zaprotestowała Marianna - nie możesz mnie tak
napominać. Sam nie jesteś wszak zbytnio wesoły.
- Dlaczego tak sądzisz? - zapytał z westchnieniem. - Nigdy nie miałem
przecież zbyt pogodnego charakteru.
- To samo można powiedzieć o Mariannie - stwierdziła Eleonora. - Nie
nazwałabym jej dziewczyną wesołą. Jest bardzo szczera i żarliwa we
wszystkim, co robi, niekiedy zdarza jej się mówić bardzo wiele i z ogromnym ożywieniem, ale rzadko bywa prawdziwie wesoła.
- Wydaje mi się, że ma pani rację - odparł - a jednak zawsze widziałem
ją przede wszystkim jako bardzo żywą osóbkę.
- Mnie samej często zdarza się popełniać tę pomyłkę - zauważyła Eleonora
- całkowicie błędnej oceny czyjegoś charakteru; wyobrażam sobie, że
ludzie są dużo weselsi lub dużo poważniejsi, mądrzejsi lub głupsi niż w rzeczywistości, i nie bardzo umiem stwierdzić, skąd biorą się te
fałszywe przekonania. Czasami kieruję się tym, co sami o sobie mówią,
bardzo często zaś tym, co mówią o nich inni, zamiast poświęcić czas na
własne przemyślenia i osądy.
- Ależ myślałam dotąd, że o to właśnie ci chodzi, Eleonoro - odezwała
się Marianna - że uważasz za słuszne kierowanie się opiniami innych.
Sądziłam, że nasze oceny powinny być zawsze podporządkowane temu, co
sądzą nasi bliźni. Wydawało mi się, że taka właśnie jest twoja doktryna.
- Nie, Marianno, mylisz się. Nigdy nie uważałam, że należy
podporządkować się innym w myśleniu. Jedyne, na co starałam się wpływać,
to zachowanie. Nie zrozum źle tego, co mówię. Przyznaję, że często
pragnęłam, byś traktowała naszych znajomych i krewnych z większym
szacunkiem, jednak czy kiedykolwiek doradzałam ci, byś przyjęła ich
punkt widzenia lub uznała wyższość ich zdania ponad własnym w ważnych
sprawach?
- Nie zdołałaś, pani, przekonać swej siostry, aby przyjęła twoją zasadę
ogólnej grzeczności - zwrócił się Edward do Eleonory. - Nie odniosłaś
sukcesów w tym względzie?
- Przeciwnie - odparła, patrząc na Mariannę znacząco.
- Jeśli chodzi o mnie - ciągnął - całym sercem popieram to, co pani
powiedziała; obawiam się jednak, że w praktyce plasuję się po stronie
pani siostry. Nigdy nie chcę obrazić nikogo, jestem jednak tak
absurdalnie nieśmiały, że często może to wyglądać na lekceważenie, choć
moja powściągliwość wynika wyłącznie z wrodzonej nieśmiałości. Często
zdarza mi się myśleć, że mój charakter skazuje mnie na życie wśród ludzi
niższego stanu, ponieważ nawiązywanie znajomości w wyższych sferach jest
dla mnie ogromnie krępujące!
- Marianna nie może tłumaczyć swego lekceważenia dla innych
nieśmiałością - odparła Eleonora.
- Zbyt dobrze wie, ile jest warta, by okazywać sztuczne zażenowanie -
powiedział Edward. - Nieśmiałość jest wyłącznie wynikiem poczucia
niższości pod takim czy innym względem. Gdybym umiał sam siebie
przekonać, że moje maniery są ujmujące i swobodne, nie odczuwałbym
nieśmiałości.
- Zachowałbyś jednak powściągliwość - odrzekła na to Marianna - a to
jeszcze gorsze.
Edward spojrzał na nią ze zdumieniem.
- Powściągliwość! Czy ja jestem człowiekiem powściągliwym, Marianno?
- Tak, ogromnie.
- Nie rozumiem cię - odparł, czerwieniąc się. - Powściągliwy!... Jak, pod
jakim względem? Cóż mam ci powiedzieć? Co też masz na myśli?
Eleonora była zaskoczona jego reakcją; próbując jednak obrócić tę
rozmowę w żart, powiedziała do niego:
- Czyżbyś pan nie znał mojej siostry wystarczająco dobrze, by zrozumieć,
co ma na myśli? Czyż pan nie wiesz, że nazywa powściągliwym każdego, kto
nie mówi tak szybko jak ona, i nie podziwia tak żarliwie wszystkiego, co
ona sama obdarza podziwem?
Edward nie odpowiedział. Cała jego powaga i zamyślenie wróciły - na
dłuższy czas popadł w milczącą zadumę.
Rozdział XVIII
Eleonora patrzyła z troską na przygnębienie przyjaciela. Jego wizyta
dała jej niewiele zadowolenia, ponieważ tak mało się nią cieszył. Nie
ulegało wątpliwości, że jest nieszczęśliwy; mogła jedynie życzyć sobie,
by w równie oczywisty sposób wyróżniał ją nadal uczuciem, które - w co
nie wątpiła - żywił do niej dawniej. Nie miała jednak żadnej pewności,
że uczucie to przetrwało; zaś powściągliwość, jaką jej okazywał,
zaprzeczała głębszemu znaczeniu żywych spojrzeń, które rzucał jej od
czasu do czasu.
Następnego ranka dołączył do niej i do Marianny w jadalni, zanim
ktokolwiek inny się obudził; Marianna, nie ustając w zabiegach o ich
wspólne szczęście, szybko oddaliła się pod byle pretekstem. Zanim
zdążyła jednak wejść po schodach, usłyszała, jak drzwi saloniku
otwierają się, a odwracając się, zdumiona ujrzała, że Edward wychodzi.
- Idę do wioski, sprawdzić, co z moimi końmi - powiedział - skoro nie
jesteście jeszcze panie gotowe, by siąść do śniadania; wrócę niebawem.
Istotnie wrócił, zachwycając się ponownie okolicznym krajobrazem - idąc
do wioski, widział wiele pięknych zakątków doliny. Z samej wioski,
położonej dużo wyżej niż domek, także rozciągał się piękny widok, który
ogromnie mu się spodobał. Temat ten zyskał natychmiast uwagę Marianny,
która jęła opisywać własny zachwyt nad miejscowym krajobrazem, wypytując
go szczegółowo o jego atuty, które wzbudziły szczególne zainteresowanie
Edwarda, gdy ten przerwał jej, mówiąc:
- Nie powinnaś pytać zbyt wiele, Marianno... pamiętaj, że brakuje mi
wiedzy na temat malowniczości, obawiam się więc urazić cię moją
ignorancją i brakiem smaku. Nazywam wzgórza stromymi, choć powinienem
określić je mianem strzelistych; o zboczach powiem, że są dziwaczne lub
nierówne, gdy należałoby stwierdzić, że ich linia jest nieregularna i poszarpana; odległe obiekty opiszę jako niewidoczne, choć przecież
powinny prześwitywać przez miękką warstwę mgły. Musisz zadowolić się
takim podziwem, jaki mogę ci szczerze dać. Nazwę ten kraj pięknym:
wzgórza są tu wysokie, lasy są pełne cennego drewna, a cała dolina zdaje
się wygodna i przytulna, łąki bujne, a wiejskie domki schludne. Okolica
ta idealnie odpowiada moim wyobrażeniom o pięknym krajobrazie, ponieważ
łączy urodę z użytecznością; powiedziałbym też o niej, że jest
malownicza, ponieważ ty się nią zachwycasz; uwierzę ci bez trudu, jeśli
powiesz, że pełno tu skał, wzniesień, porostów i krzewów, sam jednak ich
nie zauważam. Nie wiem nic o malowniczości.
- Obawiam się, że mówisz całą prawdę - rzekła Marianna - czemu jednak
uważasz, że warto się tym chwalić?
- Podejrzewam - stwierdziła Eleonora - że próbując uniknąć jednego
rodzaju afektacji, Edward popada w inny. Wierzy bowiem, że wielu ludzi
udaje większy podziw dla dzieł natury niż ten, który naprawdę odczuwają,
i jest zdegustowany taką fałszywością, stara się więc sprawiać wrażenie
bardziej obojętnego na uroki krajobrazu, niż jest nim rzeczywiście. Jako
człowiek wybredny wybrał sobie swój własny sposób udawania.
- Masz zupełną rację - rzekła Marianna - mówiąc, że podziw dla piękna
krajobrazu nic już dziś nie znaczy. Wszyscy udają, że go czują, i próbują opisywać go w sposób wyszukany i elegancki, jak gdyby to oni
pierwsi odkryli, co oznacza malownicze piękno. Nie lubię pustych słów
żadnego rodzaju, dlatego czasem zachowuję swe uczucia dla siebie,
wiedząc, że nie znajdę słów, by je opisać, poza wytartymi i banalnymi
stwierdzeniami, odartymi od dawna z wszelkiego sensu i znaczenia.
- Jestem przekonany - zapewnił ją Edward - że opisując piękno, oddajesz
szczerze swe uczucia. Twoja siostra musi pozwolić jednak, abym czuł nie
więcej, niż potrafię. Lubię piękne widoki, ale nie dostrzegam ich
malowniczości. Nie lubię pokręconych, powyginanych drzew. Doceniam je
znacznie bardziej, gdy są proste, strzeliste i bujne. Nie lubię też
zrujnowanych, pochylonych chat. Nie robią na mnie wrażenia pokrzywy,
oset ani wrzosowiska. Bardziej podoba mi się schludny wiejski domek niż
wieża strażnicza, a widok szczęśliwej, czystej wioski cieszy mnie
bardziej niż widok bandy najgroźniejszych korsarzy świata.
Marianna spojrzała na Edwarda z podziwem, a na swą siostrę ze
współczuciem. Eleonora się roześmiała.
Na tym rozmowę zakończono; Marianna siedziała w zamyśleniu, dopóki nowa
kwestia nie zaprzątnęła jej uwagi. Siedziała obok Edwarda, który biorąc
od pani Dashwood przeznaczoną dla niego filiżankę z herbatą, przesunął
dłonią tuż przed jej twarzą; na palcu błysnął pierścień, w którym
umieszczone było pasmo włosów.
- Nie widziałam nigdy, byś nosił pierścionek, Edwardzie - zawołała. -
Czy to włosy Fanny? Pamiętam, że obiecywała, że da ci pukiel swych
włosów. Sądziłam jednak, że jej loki mają ciemniejszy odcień.
Marianna mówiła szczerze to, o czym myślała - widząc jednak, jak bolesne
są dla Edwarda jej słowa, posmutniała bardziej niż on sam. Zaczerwienił
się bardzo mocno, rzucił szybkie spojrzenie na Eleonorę, po czym
odpowiedział:
- Tak, to włosy mojej siostry. W oprawie wydają się zawsze ciemniejsze.
Eleonora pochwyciła jego wzrok i także wyglądała na zażenowaną. Podobnie
jak Marianna, od pierwszej chwili była przekonana, że to jej własne
włosy; jedyna różnica między nimi polegała na tym, iż Marianna sądziła,
że zostały mu podarowane dobrowolnie, Eleonora zaś - że zdobył je
podstępem, w sposób dla niej niewiadomy. Nie miała zamiaru jednak się o to obrazić, i udając, że nie spostrzegła, co zaszło, zaczęła natychmiast
mówić o czymś innym, postanawiając w duchu, że przy pierwszej okazji
przyjrzy się włosom i stwierdzi ponad wszelką wątpliwość, czy mają
dokładnie ten sam odcień co jej własne.
Zakłopotanie Edwarda trwało dłuższą chwilę, a po tym incydencie jego
zamyślenie się pogłębiło. Przez resztę poranka zachował wielką powagę.
Marianna zbeształa się w myślach surowo za niewczesne słowa; darowałaby
je sobie znacznie szybciej, gdyby wiedziała, jak mało zdarzenie to
obeszło Eleonorę.
Nim minęło południe, do domku zawitali sir John i pani Jennings, którzy
na wieść, że u Dashwoodów pojawił się gość, postanowili zapoznać się z nim osobiście. Z niewielką pomocą teściowej sir John odkrył niebawem, że
nazwisko Ferrars rozpoczyna się od litery F, co otwierało przed nim
możliwość snucia niezliczonych żartów na temat stałości uczuć Eleonory;
gdyby nie fakt, że znajomość z Edwardem została dopiero nawiązana,
dowcipy posypałyby się natychmiast. Na razie dawali jej jedynie do
zrozumienia znaczącymi spojrzeniami, że doszli do pewnych wniosków na
podstawie informacji pozyskanych swego czasu od Małgorzaty.
Sir John zawsze zjawiał się w domku z zaproszeniem na obiad do Barton
Park na dzień następny albo też na herbatę tego samego popołudnia. Tym
razem, by zapewnić rozrywkę gościowi, którego bawić czuł się w obowiązku, zdecydował się na oba zaproszenia.
- Doprawdy musicie przyjść do nas dzisiaj na herbatę - mówił - będziemy
niemal całkowicie sami... jutro zaś musicie zjawić się na obiedzie,
ponieważ przyjeżdża większe towarzystwo.
Pani Jennings potwierdziła skwapliwie.
- Kto wie, może nawet będą tańce - powiedziała. - A to z pewnością cię
skusi, moja panno Marianno.
- Tańce! - wykrzyknęła Marianna. - Niemożliwe! Któż będzie tańczył?
- Kto! Ależ wy, moja droga, a także Careyowie i Whitakerowie bez
wątpienia. Doprawdy! Sądziłaś, że nikt nie będzie tańczył, ponieważ
pewien młody człowiek, którego nazwiska nie wymówię, wyjechał?
- Jakże bym chciał - zawołał sir John - żeby Willoughby znalazł się znów
pomiędzy nami.
Te słowa, jak i rumieniec oblewający policzki Marianny wzbudziły
podejrzenia Edwarda.
- A któż to taki ten Willoughby? - zapytał cicho starszą pannę Dashwood,
obok której siedział.
Udzieliła mu krótkiej odpowiedzi. Wyraz twarzy Marianny powiedział mu
więcej. Edward zobaczył wystarczająco dużo, by zrozumieć nie tylko słowa
gości, ale też zdanie wypowiedziane wcześniej przez Mariannę, które
dotąd wydało mu się osobliwe. Gdy goście opuścili domek, podszedł do
niej i szepnął:
- Zgaduję. Czy mam ci powiedzieć, co takiego zgadłem?
- Co masz na myśli?
- A więc mam ci powiedzieć?
- Bez wątpienia.
- No cóż, w takim razie zgadłem, że pan Willoughby jest miłośnikiem
polowania.
Marianna, zaskoczona i zmieszana, nie zdołała jednak powstrzymać
uśmiechu, słysząc go żartującego w ten sposób, i po chwili milczenia
odparła:
- Och, Edwardzie! Jak możesz? Ale przyjdzie czas, kiedy... mam nadzieję...
jestem pewna, że ci się spodoba.
- Nie mam co do tego żadnych wątpliwości - odpowiedział zdumiony jej
powagą i żarliwością; gdyby bowiem przypuszczał, że chodzi o coś więcej
niż tylko żart z dobrego znajomego, z którym nie łączy jej nic
szczególnego, nie byłby sobie na niego pozwolił.
Rozdział I
Rodzina Dashwoodów mieszkała w Sussex od dawna. Ich majątek był duży, a rezydencja znajdowała się w Norland Park, w jego centralnej części,
gdzie od pokoleń wiedli żywot nobliwy, zasługując w pełni na szacunek,
jakim cieszyli się wśród sąsiadów. Ostatnim właścicielem majątku był
stary kawaler, który dożył sędziwego wieku, przez wiele lat mając za
jedyną towarzyszkę życia siostrę doglądającą jego gospodarstwa. Kiedy
zmarła - na dziesięć lat przed nim - w domu zaszły wielkie zmiany. Aby
zrekompensować sobie tę stratę, właściciel majątku zaprosił bowiem do
siebie pana Henry'ego Dashwooda - bratanka, który miał odziedziczyć po
nim Norland zgodnie z prawem oraz wolą właściciela. Starszy pan żył
odtąd wygodnie, ciesząc się towarzystwem bratanka, jego żony i dzieci. Z czasem jego przywiązanie do krewnych rosło. Pan i pani Dashwood dbali o niego nadzwyczaj troskliwie, kierując się przy tym nie wyrachowaniem,
ale szczerą dobrocią, która nakazywała im zapewnić stryjowi wszelką
opiekę, jakiej wymagał jego wiek; zaś obecność radosnych, żywych dzieci
dodawała barw jego egzystencji.
Pan Henry Dashwood miał syna z poprzedniego małżeństwa, zaś obecna jego
małżonka obdarzyła go trzema córkami. Syn, rozważny i dojrzały młody
człowiek, rozporządzał dużym majątkiem - z chwilą dojścia do
pełnoletności przypadła mu połowa fortuny jego zmarłej matki. Wstępując
niedługo później w związek małżeński, wzbogacił się tym bardziej. Nie
dbał więc o Norland tak dalece jak jego siostry; ich majątek, nie licząc
tego, co mogłyby dostać, gdyby ich ojciec został spadkobiercą
posiadłości stryja, był bowiem bardzo skromny. Ich matka nie posiadała
niczego, ojciec zaś dysponował sumą zaledwie siedmiu tysięcy funtów;
pozostała część fortuny jego pierwszej żony została zapisana synowi, z zastrzeżeniem procentów przypadających dożywotnio na wdowca po zmarłej.
Wreszcie starszy pan zmarł, a jego ostatnia wola przyczyniła
spadkobiercom tyleż samo radości, co rozczarowania. Nie okazał się
wprawdzie tak niesprawiedliwy ani tak niewdzięczny, by pozbawić bratanka
majątku, pozostawił mu go jednak na warunkach, które uczyniły spadek
dużo mniej wartościowym. Pan Dashwood liczył na zapis bardziej dla żony
i córek niż dla siebie czy syna; tymczasem okazało się, że majątek ma
przypaść temu właśnie synowi, po którym miał go odziedziczyć jego syn,
podówczas czteroletni, przy czym postanowienia testamentu uniemożliwiały
spadkobiercy zabezpieczenie losu tych, które były mu najdroższe, a które
najbardziej potrzebowały wsparcia, czy to przez zaciągnięcie długu, czy
przez sprzedaż choćby części cennych lasów. Całość zabezpieczono na
korzyść dziecka, które odwiedzając Norland z rzadka wraz z rodzicami,
zdołało zdobyć serce sędziwego krewniaka w sposób właściwy dzieciom dwu-
lub trzyletnim: nieporadnym gaworzeniem, uporem w stawianiu na swoim,
figlami i mnóstwem hałasu - wszystko to przeważyło nad troskliwością,
jaką okazywały mu przez lata żona bratanka i jej córki. Starzec nie
chciał jednak okazać się niewdzięczny, i w dowód przywiązania dla każdej
z trzech dziewcząt pozostawił im po tysiąc funtów.
Pan Dashwood był zrazu srodze rozczarowany; będąc jednak z natury
pogodnym optymistą, zakładał, że może pożyć jeszcze wiele lat, zaś
rozważne gospodarowanie pozwoli mu z pewnością nie tylko pomnożyć
niemałe dochody z majątku, ale i odłożyć z nich znaczną kwotę. Jednak
posiadłość, którą objął po tak długim oczekiwaniu, pozostała w jego
rękach zaledwie przez rok. Tylko o tyle przeżył bowiem swego stryja, zaś
wdowie i córkom pozostawił jedynie dziesięć tysięcy funtów, wliczając w to ostatnie zapisy.
Wiedząc, że zostało mu niewiele życia, pan Dashwood posłał po swego syna
i zaklinał go z całą mocą, na jaką było go stać w chorobie, by zadbał o interesy macochy i sióstr przyrodnich.
Pan John Dashwood, choć mniej uczuciowy niż reszta rodziny, zdawał się
jednak poruszony okolicznościami i żarliwością tej prośby, przyrzekł
więc, że zrobi wszystko, co zdoła, aby zapewnić krewniaczkom wygodne
życie. Ojciec uspokoił się, słysząc tę deklarację, zaś pan John Dashwood
bezzwłocznie jął rozważać, w jakim stopniu jego działania w tej sprawie
powinien ograniczyć zdrowy rozsądek.
Młodzieniec ten nie miał złego charakteru - o ile można określić tak
człowieka raczej oschłego i skupionego na sobie - sumienność i obowiązkowość zyskały mu powszechny szacunek. Być może, gdyby ożenił się
z kobietą o milszym charakterze, cieszyłby się szacunkiem tym większym,
a może i sam przejawiałby sympatyczniejsze cechy; zawarł bowiem
małżeństwo jako człowiek bardzo młody i ogromnie zakochany w swej
wybrance. Pani Johnowa Dashwood była jednak niczym karykatura swego
męża, jeszcze bardziej od niego samolubna i ograniczona.
Składając ojcu wiadomą obietnicę, w duchu obiecał sobie, że powiększy
majątek sióstr, ofiarując każdej z nich po tysiąc funtów. Był
przekonany, że stać go na taki gest. Perspektywa powiększenia rocznego
dochodu, jaki mu przypadł po matce, o cztery tysiące funtów rocznie
ogrzała mu serce i wzmogła jego szczodrość. Tak, podaruje im trzy
tysiące - to piękna i szczodra decyzja! Dzięki tej kwocie będą żyły
dostatnio i wygodnie. Trzy tysiące funtów! Mógł sobie pozwolić na
wydanie takiej kwoty, nie odczuwając tego zbytnio. Myślał o tym przez
cały dzień, a potem przez wiele kolejnych dni, i nie żałował podjętej
decyzji.
Zaledwie pogrzeb jej teścia dobiegł końca, pani Johnowa Dashwood
przybyła z dzieckiem i służbą do majątku, nie uprzedzając teściowej.
Nikt nie mógł zakwestionować jej prawa do przyjazdu - dom należał wszak
do jej męża od chwili, gdy jego ojciec zszedł z tego świata. Jednak
niedelikatność tego postępku, w dodatku wobec kogoś, kto znalazł się w tak trudnej sytuacji, byłaby niemiła nawet osobie o przeciętnej
wrażliwości. Tymczasem starsza pani Dashwood była ogromnie czuła na
punkcie honoru i miała usposobienie tak romantyczne, że wszelką
nieuprzejmość brała sobie głęboko do serca. Rodzina nigdy nie przepadała
za wybranką Johna, choć dotychczas nie miała ona okazji dowieść, jak
dalece potrafi zlekceważyć uczucia i wygodę innych, gdy jest jej to na
rękę.
Starsza pani Dashwood odczuła to lekceważenie tak boleśnie, i powzięła
do synowej tak ogromną niechęć, że była zdecydowana opuścić dom na
stałe, i zrobiłaby to, gdyby nie perswazja najstarszej z córek, która
zdołała przekonać ją do zmiany decyzji, jak i gorąca miłość do
wszystkich trzech dziewcząt, nie chciała bowiem narażać ich na
ochłodzenie stosunków z bratem.
Najstarsza z nich - Eleonora, której argumenty okazały się tak
przekonujące - choć zaledwie dziewiętnastoletnia, była osóbką mądrą i powściągliwą w osądach, dzięki czemu nieraz potrafiła powstrzymać matkę
przed pochopnym działaniem, które niewątpliwie miałoby opłakane skutki.
Miała przy tym bardzo dobre serce, była serdeczna i szczera w uczuciach,
umiała jednak nad nimi panować. Pod tym względem jej matka mogła wiele
się od niej nauczyć, zaś jedna z sióstr nie rokowała nawet i takiej
nadziei.
Pod wieloma względami Mariannie nie brakowało cnót Eleonory. Była
rozważna i inteligentna, działała jednak zbyt pochopnie i nie znała
umiaru w radości ani w rozpaczy. Była szczodra, miła w obejściu,
interesująca w rozmowie; nie można też było z pewnością określić jej
mianem nieśmiałej. Cechowało ją także uderzające podobieństwo do matki.
Eleonora myślała o nadmiernej egzaltacji siostry z niepokojem, panią
Dashwood napawała ona jednak radością i dumą. Teraz matka i Marianna
wspólnie pogrążyły się w gwałtownej rozpaczy. Przejęte początkowo
nieprzepartym żalem, gdy przygasł, zaczęły podsycać go w sobie nawzajem
wciąż na nowo, bez końca. Oddawały mu się całkowicie, szukając coraz to
nowych powodów do smutku i znajdując je w każdej, nawet najbardziej
niewinnej uwadze, zdecydowane już nigdy nie pozwolić się pocieszyć.
Eleonora również cierpiała głęboko; nie zatracała jednak w bólu
zdolności działania. Potrafiła zdobyć się na rozmowę z bratem, powitała
bratową po jej przyjeździe i traktowała ją z należytym szacunkiem;
zdołała także nakłonić matkę do przyjęcia podobnej postawy.
Trzecia z sióstr, Małgorzata, była pogodnym i uprzejmym dziewczęciem;
jednak romantyzmu nie równoważył w jej przypadku rozsądek właściwy
Mariannie. Miała lat trzynaście i nic nie wskazywało na to, by miała
dorównać siostrom pod względem przymiotów charakteru, osiągnąwszy ich
wiek.
Rozdział XIX
Edward spędził w domku tydzień. Pani Dashwood nalegała wprawdzie, by
został dłużej, jednak on, jakby pchany potrzebą samoumartwiania,
postanowił najwyraźniej wyjechać akurat wtedy, gdy radość z przebywania
w otoczeniu przyjaciół sięgnęła zenitu. W ciągu ostatnich kilku dni jego
nastrój, choć nadal nierówny, ogromnie się poprawił - przywiązał się do
domu i jego otoczenia, a o wyjeździe mówił zawsze z westchnieniem.
Twierdził, że nie ma żadnych planów, a nawet wyrażał wątpliwość co do
tego, gdzie powinien się udać, niemniej jednak uważał, że wyjechać musi.
Nigdy jeszcze tydzień nie upłynął mu tak szybko - nie mógł wprost
uwierzyć, że oto się kończy. Powtarzał to wielokrotnie; z jego ust
padały też inne stwierdzenia świadczące o odmianie uczuć i stanowiące
całkowite zaprzeczenie działań. Nie lubił Norland, nie cierpiał Londynu,
musiał jednak pojechać albo tu, albo tam. Doceniał ogromnie życzliwość
swych gospodyń i czerpał wielką radość z przebywania z nimi. Musiał
jednak wyjechać z końcem tygodnia, wbrew ich życzeniom i własnym
chęciom, choć nie ograniczały go żadne zobowiązania.
Eleonora przypisała osobliwość jego postępowania wymaganiom, jakie
stawiała przed nim matka. Zarazem cieszyła się, że jej wiedza na temat
tej kobiety jest tak ograniczona, że może swobodnie obarczać ją
odpowiedzialnością za wszelkie osobliwości w zachowaniu syna.
Rozczarowana, zniecierpliwiona, a niekiedy zagniewana jego nieokreślonym
stosunkiem do niej samej, na ogół potrafiła zdobyć się wobec niego na
wyrozumiałość, którą w przypadku Willoughby'ego umiała w sobie odnaleźć
wyłącznie dzięki namowom matki. Tłumaczyła więc sobie jego
przygnębienie, powściągliwość i zmienność nastrojów potrzebą zyskania
niezależności, jak i faktem, że są mu lepiej znane zamysły pani Ferrars,
jak i jej usposobienie. Fakt, że przyjechał na tak krótko, i upór, z jakim zaplanował wyjazd, musiały jej zdaniem również brać się z nieuniknionej konieczności liczenia się z matką.
Stary jak sam świat konflikt pomiędzy obowiązkiem i chęcią, rodzicem i dzieckiem, był praprzyczyną wszystkiego. Wiele by dała, żeby móc
dowiedzieć się, kiedy trudności przeminą, a opór ustąpi - kiedy pani
Ferrars zmieni się, a jej syn zyska prawo do szczęścia. Zamiast snuć
próżne życzenia, musiała szukać pociechy w odnowionym zaufaniu do uczuć,
jakie żywił do niej Edward, wspominając każde spojrzenie i słowo podczas
jego pobytu w Barton, które mogło dowodzić jego przywiązania, a przede
wszystkim - ten jeden dowód, który nieustannie nosił na palcu.
- Sądzę, Edwardzie - rzekła pani Dashwood, gdy ostatniego ranka jedli
razem śniadanie - że byłbyś szczęśliwszym człowiekiem, mając zawód,
któremu mógłbyś poświęcić czas, a który nadałby znaczenia twym planom i działaniom. Niewątpliwie byłoby to jednak niezbyt wygodne dla twoich
przyjaciół. Nie mógłbyś bowiem poświęcać im tyle czasu jak dotychczas. A jednak - dodała z uśmiechem - twój los polepszyłby się istotnie
przynajmniej pod jednym względem, a mianowicie, opuszczając przyjaciół,
wiedziałbyś, dokąd się udać.
- Zapewniam panią - odparł - że myślę o tym od dawna i doszedłem do
podobnych wniosków. Prawdopodobnie moim nieszczęściem jest i zawsze
będzie fakt, że nie mam czym się zająć, nie mam zawodu, który pozwoliłby
mi znaleźć zatrudnienie i zdobyć coś na kształt niezależności. Niestety,
moje własne oczekiwania, jak i oczekiwania moich bliskich sprawiły, że
jestem tym, czym jestem: próżniaczą, bezbronną istotą. W kwestii mojego
zawodu nigdy nie mogliśmy dojść do porozumienia. Chciałem zostać
duchownym i nadal o tym myślę. To jednak zdawało się nie dość dobre
mojej rodzinie. Oczekiwali, że wstąpię do wojska. Byłby to dla mnie
jednak stanowczo zbyt wielki wysiłek. Prawo uznano za właściwą profesję
dla dżentelmena; wielu młodych ludzi, prowadzących swoje kancelarie w Temple, doskonale się odnajduje w najwyższych kręgach towarzyskich i jeździ po mieście wytwornymi gigami3. Mnie jednak prawo nie
interesowało, nawet na tym najbardziej podstawowym poziomie, który moja
rodzina uznała za właściwy. Jeśli chodzi o marynarkę, owszem, to zawsze
jest modne, byłem już jednak na to za stary, gdy pierwszy raz zaczęliśmy
rozmawiać na ten temat. Ostatecznie, uznając, że zdobycie przeze mnie
zawodu nie jest koniecznością, mogę bowiem równie dobrze nosić się
szykownie i szastać pieniędzmi, czy noszę mundur, czy ubiór cywila,
stwierdzono, że nieróbstwo będzie w moim wypadku wyborem
najkorzystniejszym; osiemnastolatek zaś łatwo ulega namowom przyjaciół
nakłaniających go do próżniactwa. Zapisano mnie więc do Oksfordu i od
tamtej pory próżnuję jak należy.
- Jak mniemam, konsekwencją tego stanu rzeczy - powiedziała pani
Dashwood - zważywszy że próżniactwo nie dało ci szczęścia, będzie
wychowanie twych synów tak, aby mieli nie mniej zainteresowań, zajęć
zawodów i profesji niż synowie Kolumelli4.
- Wychowam ich tak - odparł z nagłą powagą - aby jak najmniej
przypominali mnie samego. Pod względem uczuć, sposobu działania,
kondycji, wszystkiego.
- Doprawdy, Edwardzie, przemawia przez ciebie jedynie złe samopoczucie.
Ogarnęła cię melancholia i wyobrażasz sobie, że każdy, kto jest od
ciebie inny, musi być szczęśliwszy. Pamiętaj jednak, że każdy przeżywa
od czasu do czasu ból rozstania z przyjaciółmi, bez względu na swój stan
i wykształcenie. Przekonaj się sam, ile masz szczęścia. Nie brak ci
niczego oprócz cierpliwości, a żeby użyć bardziej frapującego słowa,
niczego prócz nadziei. Z czasem matka da ci niezależność, której tak
pragniesz; to jej obowiązek, który wypełni z radością, byś nie
roztrwonił swoich młodych lat na użalaniu się nad sobą. Czyż nie
wytrzymasz jeszcze kilku miesięcy?
- Sądzę - odparł Edward - że i dłuższy czas nie wystarczy, by spotkało
mnie cokolwiek dobrego.
Jego przygnębienie nie udzieliło się pani Dashwood, dziewczęta jednak
odczuły je boleśnie przy rozstaniu, które nastąpiło niebawem. Przede
wszystkim pozostawiło ono ślad w uczuciach Eleonory, która potrzebowała
czasu, by się uspokoić. Była jednak zdeterminowana stłumić te emocje i nie pozwolić, by rodzina dostrzegła, że cierpi bardziej od pozostałych w związku z odjazdem Edwarda. Nie uciekła się więc do metod zastosowanych
przy podobnej okazji przez Mariannę, która potęgowała swe cierpienie,
szukając milczenia, samotności oraz bezczynności. Podjęte przez nie
środki były tak odmienne jak ich cele, i w obu przypadkach sprawdziły
się bez zarzutu.
Gdy tylko Edward wyjechał, Eleonora zasiadła do swych szkiców, znajdując
sobie zajęcie na cały dzień; nie szukała ani też nie unikała okazji, by
wypowiedzieć jego imię, wydając się interesować tak samo jak zawsze
rozmową o ogólnych sprawach dotyczących rodziny; jeśli w ten sposób nie
złagodziła smutku, który ją ogarnął, to przynajmniej niepotrzebnie go
nie nasiliła, zaś matka i siostry nie musiały się martwić jej stanem.
Mariannie to zachowanie, tak dla niej osobliwe, wydało się godne
potępienia w przeciwieństwie do jej własnych sposobów przeżywania
rozpaczy, które uważała za jedynie słuszne. Łatwo wywnioskowała, że
tajemnica leży w sile uczucia - jeśli ma ono potężną moc, nie sposób się
zdobyć na opanowanie, zaś przy afekcie zaledwie letnim nie jest to żadną
sztuką. Nie można było zaprzeczyć, że uczucie jej siostry jest
umiarkowane, choć Marianna na samą myśl o tym oblewała się rumieńcem
wstydu; sama dowiodła natomiast siły swej miłości: nadal kochała i szanowała siostrę, mimo że sama rzuciła na nią tak straszne oskarżenie.
Nie odcinając się od rodziny, nie uciekając z domu w poszukiwaniu
samotności, nie spędzając bezsennych nocy, Eleonora znajdowała jednak co
dnia czas na myślenie o Edwardzie i o jego zachowaniu, które budziło w niej najrozmaitsze uczucia w zależności od stanu ducha, w jakim się
aktualnie znajdowała - od czułości poprzez współczucie, aprobatę,
krytykę po zwątpienie. Wiele było takich chwil, gdy z powodu
nieobecności matki oraz sióstr albo też w wyniku ich zajęć rozmowa z nimi była niemożliwa, co dawało Eleonorze możliwość pogrążenia się we
własnych rozważaniach. Jej myśl wędrowała wówczas swobodnie, skupiając
się tylko na jednym zagadnieniu; myślała o przeszłości i przeszłości z nim związanej, na nim jedynie koncentrując uwagę, wspomnienia, refleksje
i domysły.
Pewnego ranka, gdy w takim właśnie stanie ducha siedziała przy swym
stoliku do rysowania, jej rozważania przerwało przybycie gości. Była
akurat sama. Szczęk furteczki prowadzącej do ogródka skierował jej wzrok
ku oknu i zobaczyła sporą gromadę ludzi, zmierzającą ku drzwiom. Byli
wśród nich sir John, lady Middleton i pani Jennings, ale także jeszcze
dwie osoby - dżentelmen i dama, których Eleonora nie znała. Siedziała w pobliżu okna, a sir John, gdy ją zobaczył, porzucił resztę towarzystwa,
pozostawiając innym ceremoniał zapukania do drzwi. Przemierzył trawnik,
pokazując, by otworzyła okno, i rozpoczął rozmowę, nie bacząc, że z powodu niewielkiej odległości pomiędzy drzwiami i oknem wszystko, co
powie, będzie słyszalne dla pozostałych.
- Proszę bardzo - rzekł - przyprowadziliśmy oto dwoje nieznajomych
gości. Jakże ich panna znajdujesz?
- Ciszej! Usłyszą pana.
- No i cóż z tego, jeśli usłyszą. To tylko Palmerowie. Charlotta jest
bardzo piękna, powiadam pannie. Zobaczy ją panna zaraz, jeśli zerknie w tę stronę.
Eleonora wiedziała, że już za chwilę ujrzy panią Palmer, nie uciekając
się do takich wybiegów, wymawiała się więc od nich usilnie.
- Gdzież to Marianna? Czyżby uciekła na nasz widok? Widzę, że jej
instrument jest otwarty.
- Jak mi się zdaje, wyszła na przechadzkę.
Dołączyła do nich pani Jennings, która nie mogła ścierpieć oczekiwania,
aż drzwi się otworzą i będzie mogła opowiedzieć swoją historię. Podeszła
do okna, by się przywitać.
- Jak się masz, moja droga? A jak się miewa pani Dashwood? Gdzie
podziały się twoje siostry? Coś takiego! Całkiem sama! Przyda ci się
odrobina towarzystwa. Przyprowadziłam do ciebie mego drugiego zięcia i córkę. Przyjechali tak nagle! Zeszłego wieczoru usłyszałam turkot powozu
akurat, gdy piliśmy herbatę, nie przyszło mi jednak do głowy, że to
mogą być oni. Pomyślałam, że ani chybi wrócił pułkownik Brandon; rzekłam
więc do sir Johna, że wydaje mi się, że słyszę powóz; może to pułkownik
Brandon powrócił...
Eleonora musiała odwrócić się od niej akurat w połowie tej historii, by
powitać resztę towarzystwa; lady Middleton przedstawiła jej dwójkę
nieznajomych. Pani Dashwood i Małgorzata zeszły na dół akurat w tej
samej chwili, po czym wszyscy usiedli, by przyjrzeć się sobie nawzajem,
podczas gdy pani Jennings kontynuowała opowieść, idąc przez korytarz do
salonu w towarzystwie sir Johna.
Pani Palmer była kilka lat młodsza od lady Middleton i była zupełnie do
niej niepodobna. Niska i pulchna, miała śliczną twarz, na której malował
się wyraz sympatycznej dobroduszności. Nie miała z pewnością tak dobrych
manier jak jej siostra, jej sposób bycia był jednak dużo bardziej
ujmujący. Weszła do domu z uśmiechem, który pozostał na jej twarzy przez
cały czas wizyty; uśmiechała się także, odchodząc. Jej mąż był ponurym
młodzieńcem dwudziestopięcio- lub sześcioletnim, który robił wrażenie o wiele bardziej światowego i statecznego od żony, lecz przy tym mniej
zadowolonego z życia i najwyraźniej niedbającego o to, by zadowalać
innych. Wszedł do pokoju z wyniosłą miną, ukłonił się lekko damom, nie
mówiąc przy tym ani jednego słowa, a oceniwszy spojrzeniem zarówno
gospodynię, jak i wnętrze, wziął ze stolika gazetę i zagłębił się w lekturze, by pozostać przy tym zajęciu aż do końca wizyty.
Pani Palmer natomiast, której natura nie poskąpiła grzecznego i uprzejmego dla innych usposobienia, zaledwie usiadłszy, zaczęła
zachwycać się głośno salonikiem, jak i całym otoczeniem.
- Ach! Jaki prześliczny pokój! Nigdy nie widziałam nic bardziej
uroczego. Pomyśleć tylko, mamo, ile tu się zmieniło od czasu mojej
ostatniej bytności tutaj! To miejsce zawsze miało dla mnie wielki urok,
droga pani - zwróciła się do pani Dashwood - pani jednak uczyniła je
wprost wyjątkowym! Spójrz tylko, siostro, jakie to piękne! Ach, jakże
chciałabym mieć taki domek! Co na to powiesz, mężu?
Pan Palmer nie odpowiedział ani nie podniósł wzroku znad gazety.
- On mnie nie słyszy. - Roześmiała się. - On mnie czasami w ogóle nie
słyszy! To takie zabawne!
Dla pani Dashwood była to całkiem nowa koncepcja; nie przywykła
upatrywać źródła uciechy w cudzej obojętności, nie powstrzymała się
zatem od zdziwionego spojrzenia.
Pani Jennings tymczasem mówiła jak najgłośniej, opowiadając o niespodziance, jaką przeżyła na widok gości poprzedniego wieczora, i nie
przerwała ani na chwilę, dopóki nie opowiedziała tej historii w całości.
Pani Palmer zaśmiewała się z całego serca, wspominając ich zaskoczenie,
i wszyscy zgodzili się, dwu- lub nawet trzykrotnie, że była to istotnie
nadzwyczaj przyjemna niespodzianka.
- Byliśmy doprawdy bardzo radzi, wierz mi - dodała pani Jennings,
zwracając się do Eleonory przyciszonym głosem, jak gdyby nie chcąc, by
usłyszał ją ktokolwiek inny, choć siedziały po przeciwnych stronach
pokoju. - Wolałabym jednak, żeby nie podróżowali tak szybko i żeby nie
jechali tak długo, okrężną drogą, przez Londyn, w jakichś interesach, bo
wiesz - tu skinęła głową, wskazując na córkę - w jej stanie to naprawdę
niewskazane. Chciałam, żeby została dziś rano w domu i odpoczęła trochę,
ale uparła się przyjść razem z nami. Tak bardzo chciała was poznać!
Pani Palmer roześmiała się, zapewniając, że nic jej się nie stanie.
- Oczekuje rozwiązania w lutym - ciągnęła pani Jennings.
Lady Middleton, nie mogąc dłużej znieść rozmowy na temat tak delikatny,
spytała pana Palmera, czy znalazł w gazecie jakieś ciekawe wieści.
- Nie, zupełnie żadnych - odparł i znów zagłębił się w lekturze.
- Oto idzie Marianna! - zawołał sir John. - No, Palmer, przekonasz się
zaraz, jaka z niej ślicznotka.
Natychmiast wybiegł z salonu, otworzył drzwi wejściowe i wprowadził
Mariannę do środka. Gdy tylko weszła, pani Jennings spytała, czy była
może w Allenham; pani Palmer wybuchnęła wówczas tak gromkim śmiechem,
jakby rozumiała, o co chodzi. Pan Palmer spojrzał na wchodzącą,
przyglądał jej się przez chwilę, a potem znów zajął się gazetą. Wzrok
pani Palmer przyciągnęły rysunki wiszące na ścianach pokoju. Wstała, by
je obejrzeć.
- Mój Boże, jakie to śliczne! Wprost przepiękne! Ależ spójrz, mamo, są
doskonałe! Doprawdy są urocze; mogłabym je podziwiać bez końca. - Po
chwili zaś usiadła, zapominając natychmiast o rysunkach.
Gdy lady Middleton wstała, by się pożegnać, pan Palmer także się
podniósł, odłożył gazetę, przeciągnął się i rozejrzał dokoła.
- Mój drogi, czyżbyś zasnął? - spytała, śmiejąc się, jego żona.
Nie odpowiedział; po chwili zauważył jedynie, obrzuciwszy po raz kolejny
salon bacznym spojrzeniem, że jest bardzo niski, a sufit jest popękany.
Następnie skłonił się i odszedł za pozostałymi.
Sir John nalegał bardzo, aby wszyscy razem spędzili kolejny dzień w Barton Park. Pani Dashwood, która nie lubiła gościć u Middletonów na
obiedzie częściej, niż oni bywali u niej, odmówiła we własnym imieniu,
zaznaczając przy tym, że pozostawia córkom decyzję. Nie miały one jednak
ochoty towarzyszyć państwu Palmer przy obiedzie ani też nie spodziewały
się po tej wizycie żadnych innych przyjemności. Próbowały więc także
wymówić się argumentem, że pogoda jest niepewna i należy spodziewać się
deszczu. Sir John nie ustąpił jednak - obiecał, że przyśle po nie powóz,
a zatem muszą przybyć. Także lady Middleton, choć nie naciskała na
matkę, usilnie wywierała nacisk na córki. Pani Jennings i pani Palmer
także dołączyły do tych nalegań, co sprawiało wrażenie, że wszyscy chcą
uniknąć spożywania obiadu wyłącznie w rodzinnym gronie; panny nie miały
zatem innego wyjścia, jak ulec.
- Dlaczego nas zapraszają? - zastanawiała się Marianna po ich wyjściu. -
Czynsz za ten domek wydaje się niewielki; wynajęto go nam jednak na
doprawdy twardych warunkach, skoro musimy jadać obiady w Barton Park
zawsze, gdy do nich ktoś przyjedzie lub kiedy my mamy gości.
- Chcą po prostu być dla nas mili i uprzejmi - stwierdziła Eleonora -
dlatego nas tak często zapraszają. Jeśli przyjęcia we dworze stały się
dla nas nudne i monotonne, to nie w nich zaszła odmiana. Przyczyny
musimy szukać gdzie indziej.
Rozdział XX
Gdy następnego dnia panny Dashwood weszły do bawialni w Barton Park,
pani Palmer wbiegła natychmiast drugimi drzwiami, tryskając nieodmiennie
doskonałym humorem. Z ogromną czułością chwyciła je za ręce, wyrażając
wielką radość z ponownego spotkania.
- Tak bardzo się cieszę, że was widzę! - rzekła, siadając pomiędzy
Eleonorą i Marianną. - Dzień jest tak brzydki, że obawiałam się, że nie
przyjedziecie, co byłoby okropne, zważywszy że już jutro wyjeżdżamy.
Musimy jechać, bowiem za tydzień mają nas odwiedzić Westonowie.
Zdecydowaliśmy się zresztą na przyjazd dość nagle; ja sama dowiedziałam
się o tym, gdy powóz stał już pod drzwiami, a pan Palmer spytał, czy
pojadę z nim do Barton. On jest taki zabawny! Nigdy mi niczego nie mówi!
Żałuję, że nie możemy zostać dłużej, choć mam nadzieję zobaczyć was
niebawem w Londynie.
Panny były zmuszone rozwiać jej złudzenia w tym względzie.
- Nie wybieracie się do Londynu! - wykrzyknęła pani Palmer ze śmiechem.
- Doprawdy będę rozczarowana, jeśli okaże się to prawdą. Mogłabym
wynająć wam przemiły domek tuż obok nas, na Hanover Square. Doprawdy,
musicie przyjechać. Będzie mi ogromnie miło zaopiekować się wami w mieście aż do czasu mego rozwiązania, jeśli pani Dashwood nie lubi
pokazywać się publicznie.
Podziękowały jej, musiały jednak odmówić przyjęcia tej miłej propozycji.
- Mój najdroższy! - zawołała pani Palmer do męża, który właśnie wszedł
do bawialni. - Musisz pomóc mi namówić panny Dashwood na przyjazd do
Londynu jeszcze tej zimy.
Jej najdroższy nie odpowiedział na to ani słowem, zaś skłoniwszy się
damom, jął narzekać na pogodę.
- Potworne! - powiedział. - Taka pogoda sprawia, że wszystko i wszyscy
budzą najgłębszy niesmak. Deszcz rodzi nudę i w domu, i poza nim.
Sprawia, że człowiek zaczyna darzyć nienawiścią swych najbliższych.
Dlaczego, u licha, sir John nie urządził tu pokoju bilardowego? Jakże
niewielu ludzi docenia prawdziwe przyjemności! Sir John jest tak samo
zwariowany jak ta pogoda.
Niebawem nadeszła także reszta towarzystwa.
- Obawiam się, panno Marianno - powiedział sir John - że nie zdoła pani
dziś odbyć swej zwykłej przechadzki do Allenham.
Marianna milczała z ponurą miną.
- Och, proszę nie kryć się przed nami! - zawołała pani Palmer. - O wszystkim już wiemy, zapewniam panią; doceniam ogromnie pani gust,
uważam, że dżentelmen, o którym mowa, jest niezwykle przystojny. Nasze
domy na wsi są położone dość blisko siebie. Niewiele ponad dziesięć mil.
- Raczej trzydzieści - wtrącił jej mąż.
- Ach! Co za różnica. Nie miałam przyjemności gościć u niego, słyszałam
jednak, że jego dom jest bardzo przyjemny.
- Najgorsza dziura, jaką widziałem w życiu - mruknął pan Palmer.
Marianna zachowała niezłomne milczenie, choć wyraz jej twarzy zdradzał
zainteresowanie prowadzoną rozmową.
- A więc jest brzydki? - zdziwiła się pani Palmer. - W takim razie
musiałam słyszeć o jakimś innym miejscu, które jest ładne.
Gdy usiedli w jadalni, sir John zauważył z żalem, że jest ich zaledwie
ośmioro.
- Moja droga - zwrócił się do żony - to okropne, że jest nas tak mało.
Dlaczego nie zaprosiłaś na dziś do nas Gilbertów?
- Czy nie mówiłam ci, mój mężu, gdy mnie o to pytałeś, że to niemożliwe?
Ostatnio to oni gościli u nas.
- Ty i ja, mój zięciu - wtrąciła pani Jennings - nie zwracalibyśmy uwagi
na takie drobiazgi, prawda?
- Dalibyście zatem dowód złego wychowania - stwierdził pan Palmer.
- Najdroższy, nieustannie się wszystkim sprzeciwiasz - powiedziała jego
żona, jak zawsze ze śmiechem. - Czyżbyś nie wiedział, że to nieuprzejme?
- Nie wydaje mi się, żebym sprzeciwiał się komukolwiek, nazywając twoją
matkę osobą źle wychowaną.
- Ach, możesz mnie obrażać, ile chcesz - odparowała dobrodusznie starsza
dama. - Wziąłeś ode mnie Charlottę i nie możesz jej już zwrócić. Widzisz
więc sam, kto ma nad kim przewagę.
Charlotta zaśmiewała się do łez na myśl, że mąż nie może się jej pozbyć;
po chwili zaś oświadczyła radośnie, że nie przejmuje się jego
grubiaństwem, albowiem tak czy siak, muszą mieszkać pod jednym dachem.
Nie istniała chyba na świecie osoba bardziej od niej dobroduszna lub
bardziej zdeterminowana, by osiągnąć stan szczęścia. Wystudiowana
obojętność, impertynencja i wieczne niezadowolenie męża nie robiły na
niej wrażenia, a gdy ją łajał lub znieważał, traktowała to jak doskonały
żart.
- Mój mąż jest taki zabawny! - zwróciła się szeptem do Eleonory. -
Zawsze w złym humorze.
Krótka obserwacja wystarczyła, by Eleonora uznała, że pan Palmer nie
jest ani tak zrzędliwy, ani tak źle wychowany, za jakiego stara się
najwyraźniej uchodzić. Być może jego zgryźliwość związana była z odkryciem typowym dla przedstawicieli jego płci, że dokonując wyboru
jedynie przez pryzmat urody, związał się z kobietą niezwykle głupią -
wiedziała jednak, że tego rodzaju pomyłki zdarzają się zbyt często, aby
mężczyzna niepozbawiony rozsądku mógł się z tego powodu zadręczać w nieskończoność. Chciał się raczej wyróżnić, jak jej się zdawało,
traktując wszystkich tak samo nieuprzejmie i z pogardą. Kryła się za tym
chęć okazania innym wyższości. Motyw ten był zbyt pospolity, by budzić
zdziwienie, lecz środki, jakie stosował, mogły wprawdzie zapewnić mu
pierwszeństwo wśród ludzi nieokrzesanych, nie miały natomiast szans
obudzenia życzliwości w kimkolwiek poza jego własną żoną.
- Moja droga panno Dashwood - odezwała się pani Palmer po chwili - mam
do pani oraz do pani siostry wprost ogromną prośbę... Czy zechciałyby
panie przyjechać do Cleveland w Boże Narodzenie? Bardzo proszę,
przyjedźcie, najlepiej wówczas, gdy będą u nas Westonowie. Nie wyobraża
pani sobie nawet, jaką sprawiłaby mi tym radość! Byłoby doprawdy
wspaniale! Najdroższy - zwróciła się do męża - czy nie pragnąłbyś, aby
panny Dashwood przyjechały do Cleveland?
- Z pewnością - odparł, parskając szyderczo - tylko po to przyjechałem
do Devon, by je zaprosić.
- Widzi pani - powiedziała jego żona - pan Palmer spodziewa się, że
przyjedziecie; nie możecie więc mi odmówić.
Obie jednak stanowczo i zdecydowanie odrzuciły zaproszenie.
- Ależ musicie i przyjedziecie. Jestem pewna, że będziecie zachwycone.
Będą u nas Westonowie i spędzimy czas naprawdę przyjemnie. Nie
wyobrażacie sobie nawet, jak cudowne jest Cleveland; teraz zresztą
zapanowało istne szaleństwo, ponieważ mój mąż ciągle jeździ po okolicy,
zabiegając o głosy wyborców; gościmy więc u siebie mnóstwo nieznajomych
ludzi, to coś wspaniałego! Tylko on, biedaczek, okropnie się męczy! Jest
bowiem zmuszony zabiegać, by wszyscy go polubili.
Eleonora z trudem panowała nad twarzą, zgadzając się, że istotnie musi
to być bardzo męczące.
- Ależ będzie świetnie, kiedy dostanie się do parlamentu! - ciągnęła
Charlotta. - Czyż nie? Ależ ja się uśmieję! Jak zabawnie będzie czytać
na kopertach adresowanych do niego "Poseł do parlamentu"! Wyobraźcie
sobie jednak, że on twierdzi, że nie będzie frankował moich
listów!5 Utrzymuje, że tego nie zrobi. Prawda, mój drogi?
Pan Palmer nie zwrócił na nią uwagi.
- Nie znosi pisać - ciągnęła - mówi, że to wściekle nudne.
- Nieprawda - wypalił mąż - nigdy nie wygadywałem takich bredni.
Przestań obarczać mnie winą za wszystkie swoje lapsusy językowe.
- No już; widzicie, jaki on zabawny. Z nim tak zawsze! Czasami nie
odzywa się do mnie przez pół dnia, a potem wyskakuje z jakimś dowcipem,
nieważne na jaki temat.
Gdy wracały do bawialni, pani Palmer zaskoczyła Eleonorę pytaniem, czy
pan Palmer wzbudził w niej wielką sympatię.
- Oczywiście - odparła Eleonora - wydaje się niezwykle miłym
człowiekiem.
- Ach tak, w takim razie cieszę się ogromnie. Miałam nadzieję, że
przypadniecie sobie do gustu, jest przecież taki zabawny! Pan Palmer
także bardzo polubił panią oraz pani siostry. Nie wyobraża sobie pani
nawet, jak bardzo będzie rozczarowany, jeśli nie przyjedziecie do
Cleveland. Nie mam zresztą pojęcia, dlaczego miałybyście tego nie
zrobić.
Eleonora ponownie była zmuszona odrzucić zaproszenie, po czym zmieniła
temat w nadziei, że uniknie dalszych nalegań. Zdawało jej się
prawdopodobne, że skoro mieszkają w tym samym hrabstwie, pani Palmer
mogłaby powiedzieć jej więcej na temat Willoughby'ego niż Middletonowie,
którzy znali go tylko powierzchownie. Była gotowa zasięgać informacji z każdego źródła, chcąc upewnić się o szlachetności jego charakteru i złagodzić nieco swój lęk o Mariannę. Na początek spytała, czy państwo
Palmer często widują się z panem Willoughbym w Cleveland i czy utrzymują
z nim bliższą znajomość.
- O tak, moja droga, znam go doskonale - odparła pani Palmer. - Co
prawda, nigdy z nim nie rozmawiałam, widuję go jednak od lat w Londynie.
Tak się jakoś złożyło, że nigdy nie byłam w Barton w czasie, gdy on
przebywał w Allenham. Mama widziała go tu wcześniej jeden raz, ja jednak
byłam wówczas z wujem w Weymouth. Zapewne spotykalibyśmy go często w Somerset, gdyby nie nieszczęśliwy zbieg okoliczności. Tak się bowiem
złożyło, że nigdy nie byliśmy na wsi w tym samym czasie. Wydaje mi się,
że on bardzo rzadko bywa w Combe; gdyby jednak nawet bywał tam częściej,
pan Palmer z pewnością by go nie odwiedził, ponieważ on jest w opozycji,
a przy tym to tak daleko od nas. Wiem doskonale, dlaczego pyta pani o niego; pani siostra ma wyjść za niego za mąż. Okropnie się z tego
cieszę, bo dzięki temu zostanie moją sąsiadką.
- Doprawdy - odparła Eleonora - wie pani na ten temat dużo więcej ode
mnie, jeśli ma pani podstawy przypuszczać, że związek taki zostanie
zawarty.
- Proszę nie zaprzeczać, wie pani przecież, że wszyscy o tym mówią.
Zapewniam panią, że słyszałam o tym, kiedy byliśmy przejazdem w Londynie.
- Droga pani!
- Ależ naprawdę tak było. W poniedziałek rano spotkałam pułkownika
Brandona na Bond Street, tuż przed naszym wyjazdem, i on sam mi o tym
powiedział.
- Doprawdy zaskoczyła mnie pani. Pułkownik Brandon powiedział pani o tym! Z pewnością musi pani się mylić. Przekazać taką wiadomość osobie,
która wszak nie może być nią zainteresowana, nawet gdyby to była prawda...
czegoś takiego nie spodziewałabym się po pułkowniku Brandonie.
- Ależ zapewniam panią, że tak właśnie było, i zaraz opowiem pani o tym
ze szczegółami. Kiedy się spotkaliśmy, zawrócił, by pójść z nami;
zaczęliśmy rozmawiać o moim bracie i siostrze, o tym i tamtym, aż
wreszcie rzekłam mu: "Słyszałam, pułkowniku, że do Barton Cottage
wprowadziła się nowa rodzina; wiem od mamy, że zamieszkały tam bardzo
ładne panny, a jedna z nich ma zostać żoną pana Willoughby'ego z Combe
Magna. Czy to prawda? Z pewnością pan wie, skoro był pan w hrabstwie
Devon tak niedawno".
- I co odpowiedział pułkownik?
- No cóż... nie powiedział wiele; wyglądał jednak, jakby wiedział, że to
prawda, uznałam więc, że tak jest z pewnością. Ależ to będzie wspaniale!
Kiedy ślub?
- Mam nadzieję, że pułkownik Brandon czuje się dobrze?
- O tak! Nie mógł się pani nachwalić, mówił o pani same miłe rzeczy.
- Pochlebia mi pani. To doprawdy wyjątkowy człowiek; uważam go także za
niezwykle miłego.
- Ja również. Jest uroczy, taka szkoda, że przy tym jest tak ponury i nudny. Mama mówiła mi, że on także zakochał się w pani siostrze, a zapewniam panią, że to wielki komplement, ponieważ nie traci łatwo głowy
dla płci pięknej.
- Czy pan Willoughby jest dobrze znany w tej części Somerset, gdzie
państwo mieszkacie? - spytała Eleonora.
- O tak! I to bardzo dobrze. To znaczy, wydaje mi się, że niewiele osób
utrzymuje z nim stosunki, bo Combe Magna leży na takim odludziu; wszyscy
jednak uważają go za niezwykle sympatycznego, zapewniam panią.
Gdziekolwiek pan Willoughby się pojawi, zyskuje powszechną sympatię, i może pani to powiedzieć swojej siostrze. Ma doprawdy ogromne szczęście,
że go dostała; oczywiście, on również ma szczęście, zyskując taką
partię, zważywszy, jaka jest urodziwa i miła; nic nie byłoby dla niej za
dobre. Jednak nie wydaje mi się, aby była ładniejsza od pani, zapewniam;
sądzę, że obie jesteście niezwykle wprost ładne, a mój mąż jest tego
samego zdania, choć nie udało nam się skłonić go wczoraj, by to
przyznał.
Eleonora nie dowiedziała się od pani Palmer zbyt wiele na temat
Willoughby'ego, jednak każde świadectwo na jego korzyść, choćby
najdrobniejsze, sprawiało jej przyjemność.
- Tak się cieszę, żeśmy się wreszcie poznały - ciągnęła Charlotta. - I mam nadzieję, że pozostaniemy wielkimi przyjaciółkami. Nie wyobraża pani
sobie, jak bardzo chciałam zawrzeć tę znajomość! To wprost wspaniale, że
zamieszkałyście w tym małym domku. Doprawdy sprawy nie mogły ułożyć się
lepiej! I tak się cieszę, że siostra pani wychodzi wkrótce za mąż! Z pewnością będzie pani często bywać w Combe Magna. Wszyscy twierdzą, że
jest tam cudownie.
- Pułkownik Brandon jest pani znajomym od dawna, czyż nie?
- Tak, od wielu lat; od czasu, gdy moja siostra wyszła za mąż. Przyjaźni
się ogromnie z sir Johnem... Wydaje mi się - dodała ciszej - że z przyjemnością oświadczyłby mi się, gdyby tylko mógł. Sir John i lady
Middleton bardzo sobie tego życzyli. Mama uznała jednak, że nie jest dla
mnie dość dobrą partią; w przeciwnym razie sir John omówiłby to z pułkownikiem i pobralibyśmy się natychmiast.
- Czy pułkownik Brandon wiedział, że sir John złożył pani matce taką
propozycję? Czy wcześniej wyznał pani swe uczucia?
- Ależ skąd; gdyby jednak mama się temu nie sprzeciwiła, jestem pewna,
że właśnie tak by postąpił. Widział mnie wcześniej zaledwie dwa razy,
było to bowiem zanim jeszcze skończyłam szkołę. Cieszę się jednak
bardzo, że wszystko ułożyło się inaczej. Pan Palmer to mężczyzna w sam
raz dla mnie.
Rozdział XXI
Państwo Palmerowie wrócili do Cleveland następnego dnia, a obie rodziny
w Barton pozostały zdane, jak dotychczas, wyłącznie na własne
towarzystwo. Taki stan rzeczy nie potrwał jednak długo. Gdy tylko
Eleonora przestała rozmyślać o ostatnich gościach - zastanawiać się, jak
to możliwe, że Charlotta jest tak szczęśliwa, nie mając po temu żadnego
powodu, i dlaczego pan Palmer zachowuje się tak nieokrzesanie, a także,
jak to się dzieje, że na świecie jest tyle niedobranych małżeństw - gdy
sir John i pani Jennings, nieustający w wysiłkach podtrzymywania życia
towarzyskiego, dostarczyli jej nowych znajomości, a co za tym idzie,
tematów do rozmyślań i obserwacji.
W trakcie porannej wycieczki do Exeter spotkali dwie panie, które ku
zadowoleniu pani Jennings okazały się jej krewniaczkami; to wystarczyło,
by sir John zaprosił je do Barton Park, gdy tylko wypełnią zobowiązania
towarzyskie w Exeter. W obliczu takiego zaproszenia panie zlekceważyły
natychmiast zobowiązania w Exeter, zaś lady Middleton została postawiona
w stan alarmu, gdy sir John wrócił do domu z wieścią, że niebawem Barton
Park odwiedzi dwójka nieznanych jej dziewcząt, po których nie mogła
spodziewać się elegancji, a choćby i śladu dobrych manier, nie polegała
bowiem w tej mierze w najmniejszym stopniu na opiniach swego męża oraz
matki. Fakt, że były one krewniaczkami, pogarszał tylko sprawę, a wysiłki pani Jennings, by pocieszyć córkę, spełzły na niczym, ponieważ
dobrała argumenty dosyć nieszczęśliwie, twierdząc, że nie ma co wysilać
się na wielkie fumy, skoro są kuzynkami i muszą, tak czy inaczej, żyć ze
sobą dobrze. Ponieważ jednak przyjazdu dziewcząt nie można już było
odwołać, lady Middleton pogodziła się z losem w sposób iście
filozoficzny, jak przystało na kobietę dobrze wychowaną, ograniczając
się jedynie do udzielania mężowi delikatnych reprymend na ten temat
około pięciu do sześciu razy dziennie.
Młode damy przyjechały wreszcie; w ich wyglądzie nie można było
dopatrzeć się braku gustu ani elegancji. Ubrane były bardzo modnie, ich
maniery okazały się dobre, dom ogromnie im się spodobał; zachwycały się
także meblami, a przy tym okazało się, że uwielbiają dzieci do tego
stopnia, że opinia lady Middleton przechyliła się na ich korzyść, nim
zdążyły spędzić w Barton Park choćby godzinę. Uznała je za przemiłe
dziewczęta, co w ustach tej damy stanowiło nie lada komplement.
Przekonanie sir Johna o słuszności jego własnych opinii wzrosło, gdy
usłyszał tę pochwałę, wyruszył więc prosto do małego domku, by
opowiedzieć pannom Dashwood o przyjeździe panien Steele i zapewnić je,
że to najsłodsze dziewczęta na świecie. Z tego zapewnienia wynikało
jednak niewiele; Eleonora wiedziała bowiem dobrze, że "najsłodsze
dziewczęta na świecie" można spotkać niemal w każdej części Anglii i że
miewają one najróżniejsze figury, twarze, temperamenty i cechy umysłu.
Sir John chciał, by cała rodzina poszła zaraz do Barton Park, zobaczyć
jego gości. Jakiż był z niego szlachetny filantrop! Chciał się z nimi
dzielić nawet dalekimi kuzynkami.
- Chodźcie ze mną - nalegał - chodźcie, proszę, musicie przyjść;
obiecałem wszak, że przyjdziecie; zobaczycie, że wam się spodobają. Lucy
jest strasznie śliczna, a przy tym zawsze wesoła i miła! Dzieci nie
odstępują jej na krok, jak gdyby znały ją od wieków. Ponadto obie chcą
nade wszystko was poznać, słyszały bowiem w Exeter, że tu mieszkają
najpiękniejsze panny na tej ziemi; powiedziałem im, że owszem, to
wszystko prawda, a nawet i więcej. Jestem przekonany, że się nimi
zachwycicie. Przywiozły pełen powóz zabawek dla dzieci. Jak możecie mi
odmawiać? Przecież to jakby i wasze kuzynki. Wy jesteście moimi
kuzynkami, one zaś są kuzynkami mojej żony, stąd musicie być z nimi
spowinowacone.
Sir John niczego jednak nie wskórał. Udało mu się jedynie uzyskać
deklarację, że panny odwiedzą Barton Park za dzień lub dwa, odszedł
więc, nie mogąc się nadziwić ich obojętności, by w domu znów wysławiać w niebo ich zalety przy pannach Steele, tak jak wychwalał panny Steele
przy nich.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Rozdział II
Pani Fanny Dashwood, małżonka Johna, wprowadziła się do Norland jako
prawowita właścicielka majątku, zaś jej teściowa i bratowe zostały
zdegradowane do roli gości. Traktowała je jednak z milczącą
uprzejmością, zaś jej mąż okazywał im serdeczność na tyle, na ile
potrafił żywić ciepłe uczucia wobec kogokolwiek poza sobą samym, własną
żoną i synem. Nalegał stanowczo, by czuły się w Norland jak u siebie, a ponieważ pani Dashwood nie miała innego wyjścia, jak tylko pozostać we
dworze do czasu, gdy znajdzie dla siebie odpowiedni dom w okolicy,
propozycja ta została przyjęta.
Dalsza egzystencja w miejscu, gdzie wszystko przypominało jej minione
szczęście, była jak najbardziej po jej myśli. W dawnych, lepszych
czasach była znana z wesołego charakteru, jak i umiejętności ufnego i pogodnego spoglądania w przyszłość, co samo w sobie jest radością.
Jednakże tak samo jak niegdyś radości dziś oddawała się rozpaczy, i nic
nie mogło jej pocieszyć, tak jak dawniej żaden smutek nie był w stanie
zepsuć jej nastroju.
Pani Johnowa Dashwood nie pochwalała w najmniejszym stopniu planów swego
męża wobec jego sióstr. Zdawało jej się, że uszczuplenie fortuny
należnej jej najdroższemu synkowi o całe trzy tysiące funtów strąci go w przepaść ubóstwa. Błagała więc małżonka, by jeszcze raz przemyślał tę
kwestię. Jak będzie mógł spojrzeć sobie w oczy, jeśli obrabuje własne
dziecko, w dodatku jedyne dziecko, z tak ogromnej kwoty? Panny Dashwood
zaś, jedynie jego siostry przyrodnie, co ona sama uznawała za żadne
pokrewieństwo, nie powinny rościć sobie prawa do aż tak wielkiej
szczodrości brata. Każdy przecież wie, że dzieci tego samego mężczyzny,
pochodzące z różnych małżeństw, nie żywią do siebie ciepłych uczuć,
dlaczego więc miałby rujnować siebie i swego biednego, małego synka,
oddając wszystkie pieniądze siostrom przyrodnim?
- Taka była ostatnia prośba mego ojca - odparł jej mąż. - Chciał, abym
pomógł wdowie i sierotom po nim.
- Śmiem twierdzić, że twój ojciec nie wiedział, co mówi. Z pewnością już
wtedy majaczył. Gdyby był przy zdrowych zmysłach, przez myśl by mu nie
przeszło błagać cię, abyś odebrał własnemu dziecku połowę jego majątku.
- Nie wymienił konkretnej sumy, droga Fanny. Poprosił tylko ogólnie,
abym im pomógł i uczynił ich życie łatwiejszym, niż on sam był w stanie
to zrobić. Być może powinien był pozostawić tę kwestię wyłącznie mojemu
sumieniu. Nie przypuszczał chyba, że pozwolę, aby stała im się krzywda.
Ponieważ jednak domagał się przyrzeczenia, musiałem mu je dać; tak w każdym razie wówczas uznałem. Obietnica została zatem złożona i musi
zostać spełniona. Należy zrobić coś dla nich, kiedy opuszczą Norland,
żeby urządzić się w nowym domu.
- No cóż, zatem zróbmy coś dla nich; jednak to "coś" nie musi oznaczać
trzech tysięcy funtów. Zważ - dodała - że kiedy raz rozstaniesz się z pieniędzmi, nigdy ich już nie zobaczysz. Twoje siostry wyjdą za mąż i pieniądze przepadną. Ach, gdyby można było odzyskać je dla naszego
biednego maleństwa...
- No cóż, oczywiście - odparł jej mąż ponuro - to z pewnością zrobiłoby
wielką różnicę. Być może przyjdzie czas, gdy Harry będzie żałował, że
rozstaliśmy się z tak ogromną sumą. Gdyby, na przykład, założył liczną
rodzinę, z pewnością okazałaby się nader przydatna.
- Co do tego nie ma wątpliwości.
- Być może byłoby zatem lepiej dla wszystkich, gdyby zmniejszyć tę sumę
o połowę. Pięćset funtów i tak zwiększy znacznie ich stan posiadania!
- I to jeszcze jak! Żaden brat nie zrobiłby choćby połowy tego dla
swoich sióstr, nawet gdyby to były jego prawdziwe siostry! Te zaś są
tylko siostrami przyrodnimi! Ty jednak jesteś tak hojny!
- Nie chcę zrobić niczego niegodziwego - powiedział. - W takich
przypadkach lepiej zrobić zbyt wiele niż zbyt mało. Nikt nie może w każdym razie pomyśleć, że nie zrobiłem dla nich dość dużo; nawet one nie
mogłyby oczekiwać więcej.
- Nikt nie wie, czego mogłyby oczekiwać - odparła jego żona - ale nie
mówimy tu o ich oczekiwaniach. Pytanie brzmi, na co możesz sobie
pozwolić.
- Oczywiście; myślę więc, że mogę pozwolić sobie na to, aby dać im po
pięćset funtów. Nawet gdyby nic ode mnie nie dostały, każdej z nich
przypadnie około trzech tysięcy funtów z chwilą śmierci ich matki. To
bardzo przyzwoita sumka dla młodej kobiety.
- Z pewnością przyzwoita; kiedy tak o tym myślę, wydaje mi się, że być
może nie oczekują niczego więcej. Będą miały dziesięć tysięcy funtów do
podziału. Jeżeli wyjdą za mąż, ich przyszłość będzie zabezpieczona,
jeśli zaś nie, mogą całkiem wygodnie żyć z procentów od tych dziesięciu
tysięcy.
- Masz całkowitą rację; wobec tego nie wiem, czy w takim razie nie
lepiej byłoby wesprzeć w tej chwili ich matkę. Może na przykład dać jej
dożywotnią rentę? Moje siostry także by na tym skorzystały. Sto funtów
rocznie z pewnością wystarczyłoby im aż nadto.
Żona jednak zawahała się zamiast mu przyklasnąć.
- Bez wątpienia - rzekła - lepsze to, niż oddać od razu tysiąc pięćset
funtów. Jeśli jednak pani Dashwood pożyje jeszcze piętnaście lat,
będziemy na tym stratni.
- Piętnaście lat! Moja droga Fanny, ona nie przeżyje i połowy tego.
- Zapewne nie; można jednak zauważyć, że ludzie żyją w nieskończoność,
gdy ktoś im płaci rentę, ona zaś jest krzepka i zdrowa, a do tego ledwo
po czterdziestce. Renta to poważna sprawa; trzeba ją płacić co roku i nie ma sposobu, by tego uniknąć. Nie zdajesz sobie sprawy, co chcesz
zrobić. Ja natomiast wiem, jak kłopotliwe bywają renty. Moja matka
latami borykała się z obowiązkiem wypłacania renty trzem zgrzybiałym
starcom, służącym mego ojca, który zapisał im dożywocie w testamencie, i nie wyobrażasz sobie, jak się z tym męczyła. Renty trzeba było wypłacać
dwa razy do roku; już samo dostarczanie ich do adresatów nastręczało
trudności. Potem przyszła wiadomość, że jeden z nich umarł, po czym
okazało się, że nic takiego się nie zdarzyło. Matka miała tego
najzupełniej dosyć. Mówiła, że nie może czuć się panią własnych
dochodów, na które nałożono takie obciążenia; źle to świadczy o moim
ojcu, w przeciwnym razie bowiem pieniądze znalazłyby się w wyłącznej
dyspozycji matki bez jakichkolwiek ograniczeń. Ja natomiast nabrałam
przez to wszystko wielkiej niechęci do rent dożywotnich i za żadne
skarby świata nie związałabym sobie rąk ich wypłacaniem.
- Z pewnością - przyznał pan Dashwood - taki coroczny drenaż przychodów
to nic przyjemnego. Twoja matka trafnie to określiła: człowiek przestaje
być panem własnych pieniędzy. Związanie się obowiązkiem regularnych
wypłat to nic pożądanego; to by nam odebrało całą niezależność.
- Bez wątpienia; a przy tym nikt by ci nawet nie podziękował. Uznałyby,
że są zabezpieczone, że zrobiłeś to, co do ciebie należy, i że nie muszą
być ci wdzięczne. Na twoim miejscu pozostawiłabym sobie całkowitą
swobodę wyboru. Nie przyjęłabym żadnych corocznych zobowiązań. W niektórych latach wydanie choćby setki, a nawet pięćdziesięciu funtów
może okazać się trudne.
- Z pewnością masz rację, moja droga, lepiej będzie nie wikłać się w rentę; to, co im z własnej woli ofiaruję od czasu do czasu, pomoże im na
pewno bardziej niż coroczna renta, gdyby bowiem miały gwarancję wyższych
dochodów, zachęciłoby je to niepotrzebnie do życia na wyższej stopie,
zaś z końcem roku nie byłyby bogatsze i o sześć pensów. Bez wątpienia
tak będzie najlepiej. Jeśli od czasu do czasu podaruję im po
pięćdziesiąt funtów, pozwoli im to nie martwić się nigdy o pieniądze, a mnie wypełnić należycie obietnicę daną ojcu; tak przynajmniej sądzę.
- Z pewnością tak. Prawdę mówiąc, jestem przekonana, że twój ojciec w ogóle nie chciał, żebyś dawał im pieniądze. Myślę, że mówiąc o wsparciu,
miał na myśli to, czego można od ciebie oczekiwać w granicach rozsądku;
na przykład, abyś pomógł im znaleźć wygodny, nieduży domek, przenieść
się doń ze wszystkimi rzeczami, abyś posyłał im prezenty: ryby,
dziczyznę i inne specjały, stosownie do pory roku. Dałabym głowę, że nie
mógł mieć na myśli nic innego; byłoby to zaiste dziwne, wręcz
nierozsądne, gdyby było inaczej. Pomyśl tylko, drogi mężu, jak wygodnie
twoja macocha i jej córki mogłyby żyć z odsetek od siedmiu tysięcy
funtów, nie licząc tysiąca na każdą z dziewcząt, co daje im pięćdziesiąt
funtów rocznie; oczywiście, mogą z tego płacić matce za swoje
utrzymanie. Razem będą miały pięćset funtów rocznie, a po cóż więcej
czterem kobietom? Mogą przecież żyć bardzo tanio! Nie będą ponosiły
prawie żadnych kosztów. Bez powozu, bez koni, bez nadmiaru służby, bo
nie będą także bywały w towarzystwie, a więc ich wydatki będą bardzo
niskie! Pomyśl tylko, jak to się dobrze składa! Pięćset funtów rocznie!
Trudno sobie wyobrazić, na co miałyby wydać choćby połowę tej sumy;
dawać im więcej to absurd. Już prędzej to one będą mogły dać coś tobie.
- Doprawdy - powiedział pan Dashwood - sądzę, że masz zupełną rację. Mój
ojciec z pewnością myślał właśnie tak, jak mówisz. Teraz doskonale to
rozumiem i wypełnię swoje obowiązki, okazując im pomoc i serdeczność,
tak jak to przedstawiłaś. Kiedy macocha przeniesie się do własnego domu,
będę jej służył wsparciem w urządzeniu się. Z pewnością przyda jej się
wówczas jakiś prezent, może coś z mebli.
- Z pewnością - odparła pani Johnowa Dashwood. - Musisz jednak pamiętać
o jednej rzeczy. Kiedy twoi rodzice przeprowadzili się do Norland, meble
ze Stanhill wprawdzie sprzedano, jednak cała porcelana, srebra stołowe i obrusy ocalały, teraz zaś przypadły twej macosze. Wynika z tego, że gdy
znajdzie nowy dom, będzie mogła w pełni go sobie urządzić.
- To rzeczywiście zmienia postać rzeczy. Istotnie, cóż za drogocenny
spadek! A przecież przynajmniej część tych nakryć doskonale by nam się
tutaj przydała.
- Właśnie, a jej zastawa śniadaniowa jest dużo ładniejsza niż komplet,
który mamy na wyposażeniu. O wiele za ładna, moim zdaniem, jak na
miejsce, na które one będą mogły sobie teraz pozwolić. No ale tak już
jest. Twój ojciec myślał tylko o nich. Muszę to powiedzieć: nie jesteś
mu winien szczególnej wdzięczności ani też nie musisz tak bardzo
troszczyć się o wypełnienie jego woli; wiemy doskonale, że gdyby mógł,
zostawiłby im niemal wszystko.
To był argument nie do odparcia. Pod jego wpływem pan Dashwood nie wahał
się dłużej z podjęciem decyzji, stwierdzając, że nie tylko nie jest
konieczne, ale byłoby wręcz całkowicie niestosowne, gdyby udzielił
wdowie i sierotom po swym ojcu jakiegokolwiek wsparcia ponad sąsiedzką
pomoc, jak poradziła mu żona.
Rozdział III
Pani Dashwood pozostała w Norland przez kilka kolejnych miesięcy, co nie
oznacza, że widok znajomych miejsc przestał budzić w niej gwałtowne
wzruszenia. Gdy bowiem otrząsnęła się nieco z rozpaczy, a jej umysł stał
się zdolny do czegokolwiek poza melancholijnym snuciem wspomnień, nie
mogła doczekać się wyjazdu i nie ustawała w wysiłkach, by znaleźć
odpowiedni dom w pobliżu Norland - bowiem osiedlenie się daleko od
ukochanych zakątków było ponad jej siły. W pobliżu nie było jednak
siedziby, którą uznałaby za dość wygodną, a która zarazem spełniałaby
wymagania jej najstarszej córki, ta bowiem, kierując się zdrowym
rozsądkiem, odrzuciła już kilka domów zbyt okazałych jej zdaniem jak na
ich możliwości, choć matka nie podzielała jej opinii.
Pani Dashwood wiedziała od męża o uroczystej obietnicy, jaką złożył mu
syn, zapewniając ojcu spokój w ostatnich godzinach życia. Wierzyła w szczerość jego intencji równie mocno jak on sam, i z zadowoleniem
uznała, że los jej córek zostanie zabezpieczony; co do niej samej, była
pewna, że bez trudu utrzyma się za odsetki od kwoty siedmiu tysięcy
funtów. Obietnica pasierba cieszyła ją również jako dowód jego dobroci i wyrzucała sobie srodze niesprawiedliwość żywionego wcześniej
przekonania, że młody człowiek jest niezdolny do okazania szczodrości.
Jego troskliwość wobec niej samej i sióstr przyrodnich utwierdziła ją w mniemaniu, że pasierb dba solennie o ich dobro, i przez długi czas żyła
wiarą w szczerość jego intencji.
Niechęć, jaką żywiła od początku znajomości dla synowej, wzrosła
znacznie z czasem, gdy poznała lepiej niemiłe cechy jej charakteru,
mieszkając z nią przez pół roku pod jednym dachem. Być może niechęć ta
przeważyłaby nad uprzejmością i uczuciami matczynymi, sprawiając, że
obie panie uznałyby dalsze przebywanie razem za niemożliwe, gdyby nie
pewna szczególna okoliczność, która zdaniem pani Dashwood uzasadniała w pełni przedłużony pobyt jej córek w Norland.
Okolicznością tą stała się bliższa znajomość pomiędzy najstarszą z córek
i bratem pani Johnowej Dashwood - uprzejmym i miłym młodym człowiekiem,
którego przedstawiono dziewczętom niebawem po przyjeździe jego siostry
do Norland, a który od tej pory spędzał w posiadłości większość czasu.
Niejedna matka zachęcałaby zapewne córkę do zacieśnienia tej znajomości
ze względów czysto materialnych, ponieważ Edward Ferrars był najstarszym
synem nieżyjącego już bogacza; niejedna zaś starałaby się zapewne
zapobiec zbliżeniu młodych z ostrożności, ponieważ z wyjątkiem
niewielkiej sumki, cała jego fortuna była uzależniona od woli jego
matki. Pani Dashwood nie miała jednak na względzie żadnej z tych
kwestii. Wystarczało jej w zupełności, że młody człowiek wydaje się
miły, że kocha jej córkę, a Eleonora odwzajemnia jego uczucie.
Założenie, że różnica w stanie majątkowym powinna rozdzielić zadurzoną w sobie młodą parę, którą łączy podobieństwo charakterów, było jej
całkowicie obce, a myśl, że ktokolwiek, kto poznał Eleonorę, mógłby nie
uznać jej zalet, nawet nie zaświtała w jej głowie.
Edward Ferrars nie przekonał jej do siebie szczególnym urokiem czy
zaletami charakteru. Nie był przystojny, a z jego sposobem bycia trzeba
było się oswoić, aby móc uznać go za przyjemny. Był zbyt nieśmiały, by
umieć pokazać się z korzystnej strony, kiedy jednak przełamał wrodzoną
wstydliwość, znać było, że ma otwarte i czułe serce. Miał też wrodzoną
inteligencję, wyćwiczoną dzięki solidnej edukacji. Nie posiadał jednak
ani zdolności, ani predyspozycji, które pozwoliłyby mu spełnić
oczekiwania matki i siostry, chcących za wszelką cenę, aby się wyróżnił,
choć nie miały pojęcia, w jakim charakterze. Chciały jedynie, aby w taki
czy inny sposób został ważną figurą. Matka życzyła sobie, by
zainteresował się polityką, dostał się do parlamentu lub nawiązał
bliższą znajomość z jakimś mężem stanu. Pani Johnowa Dashwood miała
podobne oczekiwania; tymczasem jednak, dopóki się one nie spełnią,
byłaby zadowolona, widząc brata na koźle eleganckiego powozu. Edward nie
zdradzał jednak zainteresowania mężami stanu ani powozami. Chciał
jedynie cieszyć się zaciszem domowych pieleszy i spokojnym życiem. Na
szczęście miał też młodszego brata, który okazał się bardziej
obiecujący.
Edward przemieszkał w domu kilka tygodni, zanim pani Dashwood zwróciła
na niego uwagę; była bowiem tak pochłonięta rozpaczą, że nie zauważała
tego, co działo się wokół. Początkowo dostrzegła jedynie, że jest cichy
i skromny, co wzbudziło jej sympatię. Nie przeszkadzał jej w rozpamiętywaniu smutku, próbując nawiązać z nią rozmowę. Po raz pierwszy
zyskał jej baczniejszą uwagę i aprobatę, gdy pewnego dnia Eleonora
wspomniała, jak bardzo Edward różni się od siostry. Stwierdzenie to
sprawiło, że jej matka natychmiast nabrała do niego sympatii.
- Wystarczy - rzekła - powiedzieć, że nie jest taki jak Fanny. To może
świadczyć jedynie na jego korzyść. Już czuję, że go kocham.
- Przypuszczam, że go polubisz - odrzekła Eleonora - gdy nieco lepiej go
poznasz.
- Polubię? - odparła jej matka z uśmiechem. - Kiedy ktoś budzi moją
aprobatę, obdarzam go miłością.
- Może go mama szanować.
- Do tej pory nie nauczyłam się oddzielać szacunku od miłości.
Pani Dashwood zadała sobie więc trud bliższego poznania Edwarda. Jej
ujmujący sposób bycia sprawił, że młody człowiek szybko wyzbył się
rezerwy. Od razu poznała się na jego zaletach, czemu sprzyjało być może
przekonanie co do względów, jakie żywił dla Eleonory. Była jednak
przekonana, że ma dobry charakter, i nawet jego powściągliwość,
sprzeczna z wszelkimi jej wyobrażeniami o manierach młodych mężczyzn,
nie wydawała się nudna, jeśli poznało się jego gorące serce i serdeczne
usposobienie.
Dostrzegłszy niebawem pewne oznaki świadczące o jego uczuciu wobec
Eleonory, uznała łączący ich związek za poważny i oczekiwała rychłych
oświadczyn i ślubu.
- Za kilka miesięcy, moja droga Marianno - mówiła - Eleonora z pewnością
ułoży sobie życie. Będziemy za nią tęsknić, ale będzie szczęśliwa.
- Och! Mamusiu, co my bez niej zrobimy?
- To nie będzie przecież prawdziwa rozłąka, kochanie. Będziemy mieszkać
o kilka mil od siebie i widywać się codziennie przez całą resztę życia.
A ty zyskasz brata, prawdziwego, kochającego brata. O sercu Edwarda mam
jak najlepsze zdanie. Wyglądasz jednak na smutną, Marianno, czy nie
pochwalasz wyboru swojej siostry?
- Być może - odrzekła Marianna - wydaje mi się on nieco zaskakujący.
Edward jest bardzo miły i kocham go ogromnie. A jednak... To nie jest
młody człowiek, który... czegoś mu brak. Jest niepozorny... brakuje mu
gracji, jakiej oczekiwałabym po młodzieńcu, który zyskałby poważne
zainteresowanie mej siostry. W jego oczach brakuje tego ducha, tego
ognia, który znamionuje zarazem cnotę i inteligencję. Poza tym, mamo,
obawiam się, że brak mu gustu. Muzyka nie budzi jego zainteresowania, a rysunki Eleonory - wprawdzie je chwali, ale nie darzy ich zachwytem
człowieka, który potrafiłby docenić ich wartość. Nietrudno zauważyć, że
choć często przygląda się jej w trakcie rysowania, w rzeczywistości nie
ma o tym pojęcia. Podziwia jej rysunki jak człowiek zakochany, a nie jak
znawca przedmiotu. Co do mnie, te cechy muszą łączyć się ze sobą, jeśli
miałabym być zadowolona. Nie potrafiłabym znaleźć szczęścia u boku
mężczyzny, którego gust nie byłby pod każdym względem zbieżny z moim.
Musi znać wszystkie moje uczucia; zachwycać się tymi samymi książkami,
tą samą muzyką. Och, mamo! Jak monotonnie i drętwo Edward czytał nam
wczoraj wieczorem! Współczułam mojej siostrze z całego serca. Znosiła to
jednak z takim spokojem, jakby niczego nie zauważyła. Ledwo mogłam
usiedzieć na miejscu. Słuchać tych pięknych wersów, które tylekroć
poruszały moją duszę, wymawianych z takim nieprzeniknionym spokojem, z taką straszliwą obojętnością!
- Z pewnością lepiej poszłoby mu czytanie prozy. Tak właśnie wczoraj
pomyślałam; ale ty oczywiście musiałaś dać mu Cowpera.
- Ależ, mamo, skoro nawet Cowper nie wzbudził w nim emocji!... Cóż, musimy
się pogodzić z tym, że są różne upodobania. Eleonora nie jest tak
uczuciowa jak ja, a więc być może nie zwraca na to uwagi i będzie z nim
szczęśliwa. Ja miałabym jednak złamane serce, gdybym go kochała, i usłyszałabym, jak czyta, nie wkładając w to ani odrobiny serca. Im
więcej wiem o świecie, mamo, tym bardziej jestem przekonana, że nigdy
nie znajdę mężczyzny, którego mogłabym prawdziwie pokochać. Oczekuję tak
wiele! Musiałby mieć wszystkie zalety Edwarda, zarazem zaś urok osobisty
i maniery zdobiące jego dobroć w każdy możliwy sposób.
- Pamiętaj, kochanie, że nie masz jeszcze siedemnastu lat. Za wcześnie,
żeby tracić nadzieję, że znajdziesz swego wybranka. Dlaczego miałabyś
mieć mniej szczęścia niż twoja matka? Niech tylko pod jednym względem
twój los będzie odmienny od tego, który stał się moim udziałem!
Rozdział IV
- Jaka szkoda, Eleonoro - powiedziała Marianna - że Edward nie przepada
za rysunkiem.
- Nie przepada za rysunkiem? - powtórzyła Eleonora. - Dlaczego tak
sądzisz? Rzeczywiście, on sam nie rysuje, czerpie jednak ogromną
przyjemność z obserwowania, jak robią to inni, i zapewniam cię, że nie
brakuje mu naturalnego pociągu do rysowania, choć nie miał nigdy okazji
doskonalić się w tym względzie. Gdyby kiedykolwiek uczył się rysować,
jestem pewna, że robiłby to doskonale. Nie wierzy własnym osądom w takich kwestiach do tego stopnia, że nie lubi wydawać opinii o rysunkach; ma jednak naturalnie dobry gust i ceni prostotę, a to
wystarczy w zupełności, by mógł kierować się osobistą oceną.
Marianna zamilkła, obawiając się, że powie coś, co może zabrzmieć
obraźliwie; jednak opisany przez Eleonorę sposób wyrażania aprobaty dla
cudzych rysunków wydał jej się zbyt daleki od energicznego zachwytu,
który jej zdaniem zasługiwał na miano gustu. Choć jednak uśmiechała się
w duchu na myśl o tej pomyłce, ślepa lojalność wobec Edwarda, która
kazała Eleonorze mówić o nim w taki sposób, budziła jej szacunek.
- Mam nadzieję, Marianno - ciągnęła Eleonora - że nie uważasz go za
człowieka pozbawionego gustu. Myślę, że zapewne nie, ponieważ
zachowujesz się wobec niego serdecznie, a gdyby taka była twoja opinia,
jestem pewna, że nie zdobyłabyś się wobec niego na uprzejmość.
Marianna nie wiedziała, co powiedzieć. Nie chciała urazić uczuć siostry,
ale też nie chciała wyrażać opinii sprzecznej ze swoimi przekonaniami.
Wreszcie odparła:
- Nie obraź się, Eleonoro, jeśli moja opinia o nim nie dorównuje twojemu
przeświadczeniu o jego zaletach. Nie miałam tak wielu jak ty okazji, aby
ocenić szczegółowo przymioty jego umysłu i upodobania; jestem jednak
bezwzględnie przekonana o jego dobroci i rozsądku. To najzacniejszy i najmilszy człowiek, jakiego kiedykolwiek poznałam.
- Jestem pewna - odparła Eleonora z uśmiechem - że nawet najwierniejszy
przyjaciel Edwarda byłby zadowolony, słysząc taką o nim opinię. Nie
mogłabyś wyrazić się o nim bardziej ciepło.
Marianna ucieszyła się, widząc, jak łatwo udało jej się zadowolić
siostrę.
- Jeśli chodzi o jego rozsądek i dobroć - kontynuowała Eleonora -
przypuszczam, że nikt, kto widywał go na tyle często, by wdać się z nim
w swobodną rozmowę, nie mógłby w nie wątpić. Jego zalety umysłowe, jak i zasady, którym jest wierny, przesłania jedynie nieśmiałość, która
sprawia, że zbyt często nie zabiera głosu. Znasz go jednak dość dobrze,
by przyznać mu posiadanie tych zalet. Co do zaś tych przymiotów jego
umysłu, które jak się wyraziłaś, są ci mniej znane, ja miałam okazję,
aby się z nimi zapoznać. Tak się złożyło, że spędziliśmy razem sporo
czasu, kiedy ty, czuła i kochająca córka, byłaś bez reszty zajęta naszą
matką. Widywałam go często, poznałam dobrze jego opinie na temat
literatury, upodobania i gusta; mogę zatem powiedzieć, że ma umysł
światły, czytanie książek sprawia mu niezwykłą przyjemność, jego
wyobraźnia jest żywa, spostrzeżenia - prawe i rzetelne, zaś gust jego
jest delikatny i czysty. Jego zdolności pod każdym względem zyskują przy
bliższym poznaniu, podobnie jak jego maniery i postać. Na pierwszy rzut
oka z pewnością nie robi wielkiego wrażenia; trudno też nazwać go
przystojnym, może poza spojrzeniem jego oczu, w których odzwierciedla
się dobroć jego duszy i słodycz charakteru. Obecnie znam go tak dobrze,
że wydaje mi się prawdziwie przystojny, a w każdym razie - prawie. Co na
to powiesz, Marianno?
- Z pewnością, Eleonoro, jeśli dotąd nie dostrzegłam, że jest
przystojny, z pewnością niedługo się to stanie. Skoro tylko powiesz mi,
że mam kochać go jak brata, przestanę dostrzegać niedoskonałości jego
urody, podobnie jak nie dostrzegam ich już w jego sercu.
Eleonora zaniepokoiła się tym oświadczeniem, żałując żarliwości, z jaką
wypowiadała się o Edwardzie. Czuła, że ma o nim bardzo wysokie
mniemanie. Wierzyła, że to uczucie jest odwzajemnione; musiała jednak
zdobyć w tym względzie większą pewność, aby ucieszyło ją wyrażone przez
Mariannę przekonanie, że tak jest w istocie. Wiedziała, że Marianna, jak
i jej matka, od przypuszczeń przechodzą płynnym krokiem do
niezachwianego przekonania - że w ich przypadku życzyć sobie czegoś
oznaczało mieć na to nadzieję, a mieć nadzieję - oczekiwać, że zostanie
spełniona. Spróbowała nakreślić swojej siostrze prawdziwy obraz
sytuacji.
- Nie próbuję zaprzeczać - rzekła - że mam o nim bardzo dobrą opinię... że
ogromnie go cenię i lubię.
Marianna wydała okrzyk oburzenia.
- Cenisz go! Lubisz! Ty nie masz serca! Ach! Jeszcze gorzej! Ty
wstydzisz się mówić o swoich uczuciach. Jeśli użyjesz tych słów jeszcze
raz, po prostu wyjdę z pokoju.
Eleonora nie zdołała powstrzymać śmiechu.
- Wybacz - odparła - i pamiętaj, że nie chciałam cię urazić, mówiąc tak
powściągliwie o moich uczuciach. Możesz być pewna, że są silniejsze, niż
to zadeklarowałam; krótko mówiąc, możesz uwierzyć, że są tak mocne, jak
uzasadniają to jego zalety, jak i podejrzenie... nadzieja na jego
wzajemność. Nie możesz jednak posuwać się dalej. Nie mam żadnej pewności
co do jego uczuć wobec mnie. Chwilami wątpię w ich siłę; a dopóki nie
zyskam pewności, nie możesz się dziwić, że nie chcę umacniać się we
własnym uczuciu, nazywając je lub wierząc, że jest ono czymś więcej, niż
jest w istocie. W głębi serca nie mam niemal żadnych wątpliwości co do
jego stosunku do mnie. Są jednak inne względy oprócz jego skłonności ku
mnie, które należy tu wziąć pod uwagę. Bardzo daleko mu do
niezależności. Nie wiemy, jaka jest naprawdę jego matka; sądząc jednak
ze wzmianek o jej zachowaniu i opiniach, jakie wygłasza Fanny, zapewne
nie zdołałybyśmy jej polubić; i raczej nie mylę się, sądząc, że Edward
zdaje sobie sprawę z olbrzymich trudności, jakie pojawią się na jego
drodze, jeśli zdecyduje się poślubić kobietę nieposiadającą wielkiej
fortuny i znakomitego pochodzenia.
Marianna była zdumiona, stwierdziwszy, jak dalece wyobraźnia jej samej i matki wykroczyła poza rzeczywistość.
- A więc nie jesteście zaręczeni! - rzekła. - Jednak z pewnością
niebawem to nastąpi. Z tego opóźnienia zaś płyną dwie korzyści. Po
pierwsze, nie stracę cię niebawem; po drugie, Edward będzie miał szansę
doskonalić swe upodobania w twojej ulubionej dziedzinie, co z pewnością
jest warunkiem koniecznym waszego przyszłego szczęścia. Ach! Gdyby twój
geniusz podziałał na niego na tyle, żeby sam zaczął rysować, jakież to
byłoby wspaniałe!
Zwierzenia, jakie poczyniła Eleonora siostrze, były szczere. Nie mogła
uważać wzajemności Edwarda za tak pewną, jak bezsporną zdawała się ona
Mariannie. Zdarzało mu się popadać w melancholię, która zdawała się
świadczyć o obojętności, a w każdym razie o kruchości jego uczuć. Gdyby
wątpił w jej przywiązanie, mógł być z tego powodu co najwyżej
niespokojny. Nie popadałby natomiast tak często w przygnębienie.
Bardziej prawdopodobną przyczyną mogła być jego zależność od matki,
która nie pozwalała mu iść za głosem serca. Eleonora wiedziała, że matka
nie ma zamiaru pozwolić mu na założenie w przyszłości własnej rodziny, o ile syn nie zrobi kariery zgodnie z jej życzeniem. Mając tę wiedzę,
Eleonora nie mogła uniknąć niepokoju. Daleka była od uznania wzajemności
uczuć Edwarda za pewnik, jak to uczyniły jej matka i siostra. Przeciwnie
- im więcej czasu spędzali razem, tym bardziej wzajemność ta jawiła jej
się jako wątpliwa; niekiedy zaś, przez kilka bolesnych minut, czuła
niezłomną pewność, że nie łączy ich nic oprócz przyjaźni.
Gdziekolwiek jednak przebiegały granice ich zażyłości, była ona na tyle
widoczna, że zauważyła ją siostra Edwarda - wyraźnie zaniepokojona tym
stanem rzeczy, zaczęła okazywać jeszcze większą niż zwykle
nieuprzejmość. Korzystając z pierwszej okazji, jaka się nadarzyła,
uczyniła teściowej afront, opowiadając rozwlekle o ogromnych
oczekiwaniach pani Ferrars wobec obu jej synów, którzy mają za zadanie
dobrze się ożenić, jak i o niebezpieczeństwach czyhających na młode
kobiety, które mogłyby podjąć próbę ich "złapania"; pani Dashwood nie
mogła w tej sytuacji udawać nieświadomości, nie zdołała jednak również
zachować spokoju. Udzieliła synowej odpowiedzi, z której jej złość łatwo
dała się wyczytać, i natychmiast opuściła pokój, postanawiając, że bez
względu na niewygodę lub koszt nagłej przeprowadzki Eleonora nie może
spędzić ani tygodnia dłużej w domu, w którym narażona jest na podobne
insynuacje.
W tym stanie ducha odebrała dostarczony właśnie list, którego treść
doskonale zbiegła się w czasie z jej potrzebami. Była to oferta wynajmu
niewielkiego domku na bardzo dobrych warunkach; domek należał do
krewnego pani Dashwood, zamożnego właściciela ziemskiego z hrabstwa
Devon. List dżentelmena utrzymany był w tonie przyjacielskim i wyrażał
chęć pomocy. Jego autor wiedział, że krewniaczka poszukuje mieszkania, i choć mógł zaoferować jej jedynie wiejski domek, zapewnił ją, że zrobi
wszystko, co uzna ona za konieczne, jeśli takie rozwiązanie ją zadowoli.
Podając szczegóły na temat domu i ogrodu, jego właściciel naciskał, aby
pani Dashwood przyjechała wraz z córkami do Barton Park, gdzie
znajdowała się jego posiadłość, aby obejrzeć położony w tej samej
parafii Barton Cottage i ocenić, czy dom będzie jej odpowiadał, czy też
wymaga wprowadzenia jakichkolwiek udogodnień. Wydawało się, że naprawdę
mu na tym zależy, a cały list był napisany w tonie tak życzliwym, że
sprawił niewątpliwą przyjemność adresatce, zwłaszcza że nadszedł w momencie, gdy cierpiała z powodu zimnego i nieczułego zachowania
bliższych jej przecież krewniaków. Nie potrzebowała czasu do namysłu ani
nie zadawała pytań. Podjęła postanowienie, zanim zdążyła przeczytać list
do końca. Położenie Barton w oddalonym od Sussex hrabstwie Devon, które
jeszcze kilka godzin wcześniej skłoniłoby ją, aby porzucić myśl o przeprowadzce, choćby nowe miejsce zamieszkania miało niezliczone
zalety, teraz stało się kluczowym argumentem za przenosinami. Wyjazd z Norland przestał być w jej oczach złym rozwiązaniem; stał się
błogosławieństwem w porównaniu z gościną w domu synowej, a rozstanie na
zawsze z ukochanym miejscem jawiło się jako mniej bolesne niż
konieczność zamieszkiwania w nim w czasie, gdy jego panią była ta
kobieta. Bezzwłocznie odpisała sir Johnowi Middletonowi, dziękując mu za
życzliwość i przyjmując propozycję, potem zaś pospieszyła pokazać oba
listy córkom, aby zyskać ich aprobatę przed wysłaniem odpowiedzi.
Eleonora zawsze była zdania, że lepiej dla nich byłoby osiedlić się w pewnej odległości od Norland niż w najbliższej okolicy. Nie mogła więc
teraz oponować przeciwko planowanym przez matkę przenosinom do hrabstwa
Devon. Ponadto, jak wynikało z opisu sir Johna, dom był niezwykle
skromny, a czynsz tak niewielki, że i koszt nie mógł stanowić argumentu
przeciwko temu projektowi. Dlatego też, choć obecnie Eleonora wzdragała
się zamieszkać tak daleko od Norland, nie podjęła żadnej próby
przekonania matki do odrzucenia tej propozycji.
Rozdział V
Gdy tylko wysłano odpowiedź, pani Dashwood nie odmówiła sobie
przyjemności powiadomienia pasierba i synowej, że oto znalazła dom i nie
będzie korzystać z ich gościny dłużej, niż to konieczne, by przygotować
się do przeprowadzki. Przyjęli tę wiadomość ze zdumieniem. Pani Johnowa
Dashwood nie odezwała się ani słowem, jej mąż natomiast wyraził
uprzejmie nadzieję, że panie ulokują się w pobliżu Norland. Macocha
odparła z satysfakcją, że przenoszą się do hrabstwa Devon. Słysząc tę
wiadomość, Edward obrócił się ku niej gwałtownie, i głosem pełnym
zdumienia i troski, co nie było dla niej zaskoczeniem, powtórzył: - Do
hrabstwa Devon! Doprawdy? Tak daleko! A do której jego części? - Pani
Dashwood udzieliła mu tej informacji. Dom znajdował się w odległości
czterech mil na północ od Exeter.
- To tylko wiejski domek - dodała - mam jednak nadzieję przyjmować tam
licznych przyjaciół. Bez trudu będzie można dobudować pokój albo dwa;
jeśli zaś moi bliscy nie uznają trudu podróży za zbyt wielki, goszczenie
ich nie będzie żadnym kłopotem dla mnie.
Na zakończenie bardzo uprzejmie zaprosiła państwa Dashwood, aby
odwiedzili ją w Barton, i to samo zaproszenie skierowała do Edwarda,
zmieniając przy tym ton na jeszcze milszy. Choć ostatnia rozmowa z synową utwierdziła ją w pragnieniu wyprowadzenia się z Norland
najszybciej, jak będzie to możliwe, decyzja ta nie wpłynęła ani o jotę
na jej stanowisko w sprawie, która dała jej impuls do przeprowadzki. Nie
miała zamiaru rozdzielać Edwarda i Eleonory; chciała też pokazać pani
Johnowej Dashwood, kierując tak znaczące zaproszenie do jej brata, jak
dalece lekceważy sobie jej dezaprobatę dla związku dwojga młodych.
Pan John Dashwood powtarzał bez końca, jak bardzo mu przykro, że macocha
zdecydowała się przyjąć propozycję zamieszkania tak daleko od Norland,
co uniemożliwi mu pomoc w przewiezieniu mebli. Istotnie czuł się z tego
powodu niezręcznie, ponieważ oznaczało to, że nie wypełni nawet tego
cząstkowego obowiązku, który wziął na siebie w związku ze złożoną ojcu
obietnicą - meble wysłano bowiem drogą morską. W kufrach znalazły się
głównie obrusy, pościel, nakrycia stołowe, porcelana i książki, a także
zgrabne pianino, należące do Marianny. Pani Fanny Dashwood nadzorowała
załadunek, wzdychając, nie mogła bowiem przeboleć, że mając tak niski
dochód w porównaniu z jej własnym, teściowa będzie miała u siebie takie
ładne rzeczy.
Dom został wynajęty na rok; był już umeblowany i gotów do zamieszkania.
Warunki umowy uzgodniono bez trudu, wystarczyło więc wyekspediować z Norland resztę sprzętów i ustalić liczbę przyszłych służących przed
wyruszeniem na zachód, a ponieważ wszystko, na czym jej zależało, pani
Dashwood robiła bardzo szybko, uwinęła się z tymi sprawami bez zwłoki.
Pozostawione jej przez męża konie sprzedała niedługo po jego śmierci,
teraz zaś, za radą najstarszej córki, zdecydowała, że pozbędzie się
także powozu. Mając na uwadze wygodę własną i dzieci, gdyby miała
samodzielnie podejmować decyzję, zatrzymałaby go, zwyciężył jednak
rozsądek Eleonory. Ta ostatnia nakłoniła również matkę, by spośród
służby w Norland zabrać jedynie dwie pokojowe i jednego służącego.
Dwoje z nich wyruszyło od razu do hrabstwa Devon, aby przygotować dom na
przyjęcie pani Dashwood, ponieważ ta nie znała lady Middleton, najpierw
wolała udać się więc do siebie, a potem dopiero odwiedzić ją w Barton
Park. Sir John opisał dom w liście tak szczegółowo, że nie czuła
potrzeby oglądania go, zanim osiądzie w nim jako gospodyni. Pragnienie,
by jak najszybciej opuścić Norland, było spotęgowane zachowaniem
synowej, która wyraźnie cieszyła się z planowanego wyjazdu macochy;
radość tę próbowała ukryć, dość ozięble proponując opóźnienie podróży.
Pojawiła się też sposobność, by pasierb spełnił daną ojcu obietnicę.
Ponieważ nie dopełnił tego obowiązku, przejmując majątek, wyjazd macochy
wydawał się dawać najlepszą po temu sposobność. Dość szybko jednak pani
Dashwood straciła nadzieję, że uzyska cokolwiek, a z ogólnego tonu
rozmowy z nim wywnioskowała, że całe jego wsparcie ograniczy się do
pokrycia kosztów półrocznego utrzymania jej samej i dziewcząt w Norland.
Tak często mówił bowiem o rosnących kosztach utrzymania majątku i nieustannych wydatkach, na jakie narażony jest mężczyzna o jego pozycji,
że wydawało się raczej, iż chętniej poprosiłby o materialne wsparcie,
niż byłby skłonny go udzielić.
W ciągu zaledwie kilku tygodni od daty otrzymania pierwszego listu sir
Johna Middletona, dom został przygotowany na tyle, że pani Dashwood i jej córki mogły rozpocząć podróż.
Przy pożegnaniu z ukochanym domem polały się liczne łzy.
- Drogie, drogie Norland! - powiedziała Marianna, wędrując samotnie po
domu ostatniego wieczoru przed wyjazdem. - Kiedy też przestanę za tobą
tęsknić! Kiedy poczuję się jak w domu w jakimkolwiek innym miejscu na
ziemi! O szczęśliwy domu, gdybyś wiedział, jak cierpię, patrząc na
ciebie teraz z tego miejsca, z którego być może już nigdy cię nie
zobaczę! I wy, kochane drzewa! Wy się jednak nie zmienicie. Nawet jeden
liść, ani jedna gałązka nie uschnie z powodu naszego wyjazdu, choć nam
nie będzie już dane cieszyć się waszym widokiem! Nie. pozostaniecie
tutaj, niezmienne, nieświadome radości i smutków, których jesteście
przyczyną, obojętne na to, kto spaceruje w cieniu waszych koron. Ale kto
tu zostanie, żeby się wami cieszyć?
Rozdział VI
Pierwsza część podróży upłynęła w nastroju zbyt melancholijnym, by można
było określić ją inaczej niż jako męczącą i nieprzyjemną. Gdy jednak
etap ten dobiegał końca, niechęć ustąpiła miejsca ciekawości tej krainy,
w której miały obecnie zamieszkać, a widok doliny Barton napełnił ich
serca radością. Ziemia była tu żyzna, pokryta przez gęste lasy i liczne
pastwiska. Pokonawszy ponad milę krętą drogą, dotarły do swego domu.
Znajdował się przed nim jedynie niewielki trawnik z ogrodzeniem, w którym widniała zgrabna, drewniana furtka.
Barton Cottage, choć niewielki, okazał się wygodny i dobrze urządzony,
nie przypominał jednak typowej wiejskiej posiadłości - miał symetryczny
kształt, dach pokryty był dachówką, okiennice nie zostały pomalowane na
zielono, a ścian nie oplatał wiciokrzew. Wąskie przejście prowadziło
przez dom wprost do ukrytego za nim ogrodu. Po każdej stronie wejścia
znajdowała się bawialnia o powierzchni około szesnastu stóp
kwadratowych; za nimi mieściły się pomieszczenia gospodarcze oraz
schody. Pozostałą część domu zajmowały cztery sypialnie położone na
piętrze oraz dwa pokoiki na mansardzie. Dom zbudowano niedawno i był w dobrym stanie. W porównaniu z Norland był istotnie ubogi i niewielki! -
jednak łzy, wywołane wspomnieniem poprzedniej siedziby, kiedy panie
wchodziły do środka, szybko wyschły. Radosne powitanie służących
podniosło je na duchu, przy tym zaś każda z nich starała się ukryć
smutek ze względu na pozostałe. Był bardzo wczesny wrzesień, panowała
piękna pogoda, dlatego dom prezentował się korzystnie, pierwsze wrażenie
mogło więc dać początek wieloletniemu przywiązaniu.
Był też dobrze usytuowany. Tuż za nim wyrastały wysokie wzgórza,
okalające go również dość blisko po bokach. Niektóre grzbiety były
nagie, inne zaś porośnięte lasem lub pokryte polami uprawnymi. Wioska
Barton, położona na jednym ze zboczy, prezentowała się malowniczo i była
widoczna z okien domu. Od frontu rozpościerał się widok na rozległą
dolinę i położone za nią tereny wiejskie. Wzgórza otaczające domek
zamykały dolinę na jednym jej końcu; wąski przesmyk pomiędzy najbardziej
stromymi zboczami dawał początek kolejnej dolinie, noszącej odmienną
nazwę i biegnącej w innym kierunku.
Umeblowanie domu okazało się całkowicie zadowalające, jakkolwiek
dotychczasowy styl życia pani Dashwood przyzwyczaił ją do sprzętów,
które należało dokupić. Fakt ten był dla niej jednak tylko źródłem
radości, miała bowiem niezbędne fundusze, co pozwalało jej wzbogacić
wyposażenie domu i nadać wnętrzom elegancji.
- Jeśli chodzi o sam dom - powiedziała - jest niewątpliwie zbyt mały dla
naszej rodziny; na razie urządzimy się tu jednak jak najwygodniej,
ponieważ pora roku jest zbyt późna, by myśleć teraz o pracach
budowlanych. Być może na wiosnę, jeśli będę mieć dość pieniędzy, a mam
nadzieję, że tak właśnie będzie, pomyślimy o budowie. Obie tutejsze
bawialnie są zbyt małe na podejmowanie gości, których chciałabym tu
widzieć jak najczęściej; myślę też o połączeniu jednej z nich z korytarzem i może z częścią drugiej, a wówczas pozostałą część tej
drugiej można przeznaczyć na wejście; do tego da się łatwo dobudować
salonik z sypialnią i mansardą ponad nim. Powstałby w ten sposób
zupełnie wygodny domek. Chciałabym wprawdzie, żeby schody były
ładniejsze. Nie można jednak wymagać zbyt wiele, przypuszczam zresztą,
że dość łatwo dałoby się je poszerzyć. Zobaczymy, ile będę miała
pieniędzy na wiosnę, i stosownie do tego zaplanujemy przeróbki.
Tymczasem, dopóki nie dało się przeprowadzić remontu z dochodów kobiety
mającej wszystkiego pięćset funtów rocznie, która w dodatku nie
przywykła do oszczędzania, uznały rozsądnie, że zadowolą się domem w jego obecnej postaci, i każda z nich przystąpiła do układania swoich
rzeczy, książek i innych drobiazgów, by poczuć prawdziwie domową
atmosferę. Pianino Marianny zostało rozpakowane i ustawione we właściwym
miejscu, zaś rysunki Eleonory ozdobiły ściany bawialni.
W tych zajęciach niedługo po śniadaniu następnego dnia przeszkodziła im
wizyta właściciela posesji, który postanowił powitać je w Barton oraz
zapewnić, że mogą korzystać bez ograniczeń z wszelkich udogodnień
oferowanych przez jego własny dom i ogród, o ile czegokolwiek im
brakuje. Sir John Middleton był przystojnym mężczyzną około
czterdziestki. Składał wprawdzie dawniej wizyty w Stanhill, było to
jednak na tyle dawno, że młodziutkie kuzynki go nie pamiętały. Miał
pogodną, dobroduszną twarz i maniery tak przyjazne, jak wskazywałby ton
jego listu. Robił wrażenie szczerze ucieszonego z przyjazdu krewniaczek
i istotnie troszczył się, aby niczego im nie zabrakło. Wielokrotnie
podkreślał także, że zależy mu ogromnie na utrzymywaniu jak
najściślejszych stosunków z rodziną, i nalegał tak usilnie, aby
przychodziły do Barton Park na obiady codziennie, dopóki bardziej się
nie zadomowią, że choć przekraczał niekiedy granice uprzejmości,
niepodobna było obrazić się na niego. Jego serdeczność wyrażała się nie
tylko słowami; zaledwie w godzinę po jego odejściu z dworu przysłano
kosz pełen warzyw i owoców, późniejszym popołudniem zaś kolejny podarek
w postaci porcji dziczyzny. Sir John nalegał także, aby wolno mu było
przekazywać wszystkie przychodzące do pań, jak i przeznaczone do
wysłania listy, a także oświadczył, że nie odmówi sobie przyjemności
przesłania im codziennie gazet.
Lady Middleton natomiast przekazała im za pośrednictwem męża niezwykle
uprzejmy liścik, wyrażając chęć odwiedzenia pani Dashwood, gdy tylko
otrzyma wiadomość, że nie sprawi tym gospodyni kłopotu. Ponieważ od razu
udzielono jej równie grzecznej odpowiedzi, wizyta zapoznawcza odbyła się
już następnego dnia.
Były, rzecz jasna, ogromnie ciekawe osoby, od której zależało wszak w dużej mierze, jak ułoży się ich pobyt w Barton, i nie zawiodły się,
okazała się bowiem prawdziwie elegancką damą. Lady Middleton miała
dwadzieścia sześć, może dwadzieścia siedem lat, ładną twarz, była wysoka
i smukła, a jej ruchy były pełne gracji. Zachowywała się też dużo
wytworniej niż jej mąż. Brakowało jej natomiast jego ciepła i szczerej
serdeczności; wizyta zaś była na tyle długa, aby pierwszy zachwyt nieco
ostygł, wydawało się bowiem, że za zasłoną nienagannych manier kryje się
osoba powściągliwa, chłodna, która ogranicza się do zadawania banalnych
pytań i wygłaszania uwag niemających w sobie nic odkrywczego.
Konwersacja toczyła się jednak żywo, ponieważ sir John był bardzo
rozmowny, zaś lady Middleton wzięła ze sobą roztropnie swoje najstarsze
dziecko - chłopczyka około sześcioletniego, dzięki czemu panie mogły
zainteresować się, ile ma lat i jak ma na imię, zająć się podziwianiem
jego urody, a także zadawać mu pytania, na które odpowiadała matka,
podczas gdy dziecko chowało się za nią ze spuszczoną główką - ku
wielkiemu zdumieniu lady Middleton, która zapewniała obecnych, że w domu
chłopiec nie jest tak nieśmiały, ale przeciwnie, czyni zawsze wiele
hałasu. Dziecko sprawdza się doskonale jako element każdej formalnej
wizyty, dostarczając tematu do rozmów. W tym wypadku całe dziesięć minut
zajęło towarzystwu ustalenie, czy chłopiec jest podobny bardziej do
ojca, czy też do matki, i pod jakimi względami, przy czym każdy
zaprezentował, rzecz jasna, odmienną opinię i dziwił się wielce poglądom
pozostałych.
Wszystko wskazywało na to, że panie Dashwood będą mogły niebawem omówić
przymioty także pozostałych dzieci państwa Middleton, ponieważ sir John
nie chciał opuścić domu, nie uzyskawszy uprzednio obietnicy, że
nazajutrz panie przyjmą zaproszenie do dworu na obiad.
Rozdział VII
Posiadłość Barton Park była położona około pół mili od domku. Panie
przejeżdżały obok niej, jadąc przez dolinę, była jednak zasłonięta przed
ich wzrokiem przez zbocze wzgórza. Dom był duży i piękny; widać było, że
Middletonowie są ludźmi zarazem gościnnymi i eleganckimi. To pierwsze
było z pewnością zasługą sir Johna, drugie zaś - jego żony. Przyjaciele
gościli u nich niemal zawsze, a sąsiadów przyjmowali częściej niż
ktokolwiek inny w okolicy. Oboje potrzebowali tego do szczęścia; choć
różnili się bardzo temperamentem i zachowaniem, byli zarazem osobliwie
podobni do siebie nawzajem pod względem całkowitego braku talentów i upodobań, które dawałyby im zajęcie, niezwiązanych z obowiązkami
towarzyskimi. Sir John był myśliwym, lady Middleton zaś była matką. On
polował i strzelał, ona bawiła dzieci; innych zajęć nie znali. Lady
Middleton miała nad mężem tę przewagę, że zajmować się dziećmi mogła
przez okrągły rok, on zaś mógł uprawiać swe hobby wyłącznie w trakcie
sezonu. Bogate życie towarzyskie w domu i poza nim wynagradzało im
jednak wszelkie braki w charakterze i wykształceniu, pozwalając mężowi
dobrze się bawić i zachować dobry humor, żonie zaś prezentować na
szerszym forum swe nienaganne wychowanie.
Lady Middleton szczyciła się elegancją wydawanych przyjęć, jak i wystroju domu, co dawało jej największe zadowolenie w życiu towarzyskim.
Sir John cieszył się przede wszystkim dobrym towarzystwem. Uwielbiał
otaczać się młodymi ludźmi - im więcej robili hałasu, tym większa była
jego radość. Okoliczna młodzież darzyła go prawdziwym uwielbieniem,
ponieważ latem niestrudzenie organizował pikniki, zimą zaś urządzał bale
wystarczająco liczne, by sprostać oczekiwaniom wszystkich, nie licząc
piętnastoletnich panien o nienasyconych w tej materii apetytach.
Pojawienie się nowej rodziny w okolicy było dla niego zawsze radosnym
wydarzeniem; był też zachwycony nowymi mieszkankami domku w Barton,
które sam doń sprowadził. Panny Dashwood były młode, ładne i bezpretensjonalne. To wystarczyło, by patrzył na nie przychylnym okiem,
był bowiem zdania, że naturalność to jedyna cecha, jakiej potrzeba
ładnej i młodej dziewczynie, by przymioty jej umysłu stały się równie
widoczne jak uroda. Serdeczny i przyjacielski z natury, z radością
przyszedł z pomocą tym, których sytuacja uległa nieszczęśliwej odmianie.
Jako człowiek dobrotliwy, cieszył się, mogąc okazać serdeczność
kuzynkom; był też zadowolony, umieszczając w swym domku wyłącznie
kobiety, ponieważ była to roztropna decyzja myśliwego. Myśliwi bowiem
cenią wyłącznie tych przedstawicieli własnej płci, którzy także polują,
a zapraszanie konkurentów do własnego rewiru nie wydaje się rozsądnym
posunięciem.
Sir John serdecznie powitał panią Dashwood i jej córki w drzwiach Barton
Park, a prowadząc je do bawialni, wyrażał - podobnie jak poprzedniego
dnia - skruchę, że nie udało mu się zaprosić na spotkanie z nimi żadnych
młodych ludzi. Jedynym oprócz niego mężczyzną w Barton Park był pewien
przyjaciel, którego panny miały poznać nieco później; nie był jednak,
niestety, ani szczególnie młody, ani też zbytnio wesoły.
Wyraził nadzieję, że kuzynki wybaczą mu brak liczniejszego towarzystwa,
i zapewnił, że taka sytuacja więcej się nie powtórzy. Odwiedził tego
ranka kilka rodzin w okolicy w nadziei, że zdoła kogoś zaprosić,
ponieważ jednak nastała właśnie pełnia, wszyscy mieli już liczne
zobowiązania towarzyskie1. Na szczęście, zaledwie przed
godziną zajechała do Barton jego teściowa - osoba niezwykle miła i wesoła, liczył więc, że młode damy nie będą zbytnio się nudzić. Panny
Dashwood, podobnie jak ich matka, były całkowicie zadowolone, mając za
towarzystwo jedynie dwie obce osoby, i nie pragnęły nikogo więcej
poznawać.
Pani Jennings, matka lady Middleton, była pogodną, wesołą, pulchną
starszą panią, która mówiła dużo, wydawała się nadzwyczaj zadowolona z życia i dość nieokrzesana. Wciąż sypała żartami i wybuchała śmiechem, a zanim obiad dobiegł końca, zdążyła wygłosić wiele dykteryjek na temat
mężów i kochanków; wyraziła nadzieję, że panny nie pozostawiły serc w hrabstwie Sussex, i udawała, że dostrzega, jak się czerwienią. Marianna
czuła się niezręcznie z powodu siostry, popatrywała więc na Eleonorę,
sprawdzając, jak znosi te ataki z otwartością, która bolała Eleonorę
dużo bardziej niż niewybredne żarty pani Jennings.
Pułkownik Brandon, przyjaciel sir Johna, na pierwszy rzut oka nadawał
się na przyjaciela gospodarza nie bardziej niż lady Middleton na jego
żonę, a pani Jennings na matkę tejże żony. Był milczący i posępny.
Wyglądał jednak sympatycznie, jakkolwiek Marianna i Małgorzata były
zdania, że jest klasycznym starym kawalerem, przekroczył już bowiem
trzydziesty piąty rok życia; choć jednak niespecjalnie przystojny, miał
inteligentną twarz i zachowywał się, jak przystało na prawdziwego
dżentelmena.
Żadna ze zgromadzonych osób nie wydała się pannom Dashwood szczególnie
interesująca, jednak zimna nijakość lady Middleton czyniła tak przykre
wrażenie, że w porównaniu z nią milczący pułkownik Brandon, a nawet
hałaśliwi sir John i jego teściowa zyskiwali na walorach towarzyskich.
Lady Middleton wydawała się przyjemnie poruszona wyłącznie, gdy po
obiedzie do jadalni weszła hałaśliwie czwórka jej dzieci, które ciągnęły
ją za rękawy i za suknię oraz przerywały wszelkie rozmowy dorosłych z wyjątkiem tych, które dotyczyły ich bezpośrednio.
Wieczorem, gdy odkryto muzykalność Marianny, poproszono ją, aby zagrała.
Instrument został więc otwarty, wszyscy usadowili się w oczekiwaniu, a Marianna, która pięknie śpiewała, uraczyła zebranych wykonaniem
większości pieśni, których nuty lady Middleton przywiozła ze sobą w posagu, a które prawdopodobnie leżały na pianinie od tamtej pory,
zważywszy, że z chwilą wyjścia za mąż ich właścicielka zrezygnowała z gry i śpiewu, choć jak twierdziła jej matka, grała kiedyś doprawdy
doskonale i była wielką miłośniczką muzyki.
Występ Marianny spotkał się z gromkim aplauzem. Sir John wyrażał głośno
zachwyt po każdej pieśni, choć gdy Marianna śpiewała, toczył równie
głośne rozmowy. Lady Middleton wielokrotnie przywoływała go do porządku,
wyrażała zdziwienie, jak można nie dać się bez reszty pochłonąć muzyce,
następnie jednak poprosiła Mariannę o wykonanie pieśni, którą ta właśnie
skończyła. Jedynie pułkownik Brandon słuchał śpiewu z uwagą i bez słowa.
Marianna odebrała jego skupienie jako komplement, co sprawiło, że
poczuła do niego pewien szacunek w odróżnieniu do pozostałych, których
brak gustu muzycznego uznała za godny politowania. Przyjemność, z jaką
słuchał muzyki, nie była może ekstatyczną radością zbliżoną do tej, jaką
sama odczuwała, okazała się jednak warta docenienia w kontraście z przeraźliwą obojętnością pozostałych; Marianna zaś miała dość rozsądku,
by uznać, że mężczyzna trzydziestopięcioletni może mieć już za sobą
wielkie uniesienia, jak i zdolność do przeżywania euforii. Uznała zatem,
że na przyszłość będzie brać pod uwagę w swych osądach podeszły wiek
pułkownika, jak wymagają tego względy człowieczeństwa.
Rozdział VIII
Pani Jennings była wdową z dostatnią rentą dożywotnią. Miała tylko dwie
córki, które wydała dobrze za mąż, teraz zaś, nie mając nic innego do
roboty, mogła spokojnie zająć się swataniem całej reszty świata.
Wkładała w to ogromnie dużo serca i wysiłku, nie tracąc nigdy okazji, by
przepowiedzieć wesele wśród znajomej młodzieży. Z piorunującą szybkością
wykrywała wszelkie przejawy uczuć, ciesząc się niepomiernie, gdy udało
jej się wywołać rumieniec na twarzy młodej damy, snując insynuacje na
temat wrażenia, jakie zrobiła ona na tym czy innym młodzieńcu;
wnikliwość ta doprowadziła ją niebawem po przyjeździe do Barton do
wniosku, że pułkownik Brandon zakochał się bez pamięci w Mariannie
Dashwood. Zaczęła coś podejrzewać już pierwszego wieczoru, gdy słuchał
tak uważnie jej śpiewu; kiedy zaś Middletonowie złożyli w domku
rewizytę, i sytuacja się powtórzyła, pani Jennings utwierdziła się w swym przekonaniu. Tak właśnie musiało być. Była tego pewna. Byłby to
zresztą doskonały związek, zważywszy, że on był bogaty, a ona piękna.
Pani Jennings czyniła zabiegi, by ożenić pułkownika od czasu, gdy go
poznała za pośrednictwem sir Johna; zarazem zaś nieustająco rozglądała
się za dobrymi mężami dla wszystkich ładnych dziewcząt.
Ona sama czerpała z tego niewątpliwą korzyść, jaką była możliwość snucia
nieustannych żartów. W Barton Park naśmiewała się z pułkownika, w Barton
Cottage zaś z Marianny. Pułkownik przyjmował zapewne te pokpiwania
obojętnie, przynajmniej tak długo, dopóki dotyczyły wyłącznie jego
samego, Marianna natomiast początkowo nie była w stanie zrozumieć, o co
chodzi, kiedy zaś wreszcie to pojęła, nie wiedziała, czy powinna
skwitować śmiechem absurdalność powziętych wobec niej podejrzeń, czy też
obrazić się za impertynencję, uznała je bowiem za bezduszną drwinę z podeszłego wieku pułkownika, jak i jego kawalerskiego stanu.
Pani Dashwood, która nie uważała wszak mężczyzny o pięć lat od niej
młodszego za zgrzybiałego starca, jakim się on wydawał młódce, próbowała
tłumaczyć panią Jennings, dowodząc, że z pewnością nie chciała zakpić z jego wieku.
- W każdym razie, mamo, nie możesz zaprzeczyć absurdalności tego
oskarżenia, nawet jeśli jesteś zdania, że nie zostało sformułowane w złej wierze. Pułkownik Brandon jest z pewnością młodszy od pani
Jennings, jest jednak wystarczająco dojrzały, by mógł być moim ojcem, a jeśli nawet dawniej miał w sobie dość życia, żeby się zakochać, z pewnością ma takie uniesienia już dawno za sobą. To śmieszne! W jaki
sposób człowiek może zabezpieczyć się przed takim niewczesnym poczuciem
humoru, skoro nie chronią go przed nim wiek i zniedołężnienie?
- Zniedołężnienie? - zawołała Eleonora. - Nazywasz pułkownika Brandona
niedołężnym? Rozumiem, że wydaje ci się dużo starszy niż choćby mamie,
ale nie zamierzasz chyba wmawiać sobie, że nie jest w pełni sprawny?
- Nie słyszałaś, jak narzekał na reumatyzm? A czyż nie jest to
najbardziej powszechne schorzenie podeszłego wieku?
- Moje najdroższe dziecko - powiedziała matka ze śmiechem. - W takim
razie żyjesz chyba w nieustannym strachu, że i ja zejdę zaraz z tego
świata; zapewne wydaje ci się cudem, że dotrwałam do sędziwego wieku lat
czterdziestu.
- Nie chcesz mnie zrozumieć, mamo. Wiem doskonale, że pułkownik Brandon
nie osiągnął jeszcze takiego wieku, by przyjaciele musieli obawiać się,
że lada chwila umrze. Może pożyć jeszcze i ze dwie dekady. Niemniej
jednak trzydzieści pięć lat to nie jest wiek na zawieranie małżeństwa.
- Być może - rzekła Eleonora - mężczyzna trzydziestopięcioletni i siedemnastolatka nie powinni myśleć o zawarciu ze sobą związku
małżeńskiego. Gdyby jednak zdarzyło się tak, że kobieta w wieku lat
dwudziestu siedmiu byłaby panną, nie sądzę, aby fakt, że pułkownik
Brandon ma lat trzydzieści pięć mógł stanowić argument przeciwko ich
małżeństwu.
- Kobieta, która ma lat dwadzieścia siedem - odparła Marianna po chwili
milczenia - nie może mieć nadziei, że wzbudzi w kimś miłość, a jeśli jej
dom jest mały, a fortuna skromna, przypuszczam, że może zgodzić się
zostać czyjąś pielęgniarką w zamian za dostatnie i bezpieczne życie w małżeństwie. Gdyby więc pułkownik oświadczył się takiej kobiecie, nie
byłoby w tym nic niestosownego. Byłby to kontrakt zawarty dla obopólnej
korzyści, a w tym nie ma przecież nic złego. W moich oczach jednak nie
byłoby to małżeństwo. Byłaby to jedynie umowa handlowa, w której każda
ze stron czerpie zyski kosztem drugiej.
- Wiem, że nie zdołam cię przekonać - odparła Eleonora - że kobieta w wieku lat dwudziestu siedem mogłaby obdarzyć mężczyznę
trzydziestopięcioletniego uczuciem na tyle zbliżonym do miłości, by
chcieć w nim szukać towarzysza życia. Muszę jednak zaprotestować,
słysząc, jak skazujesz pułkownika Brandona i jego ewentualną żonę na
życie w izbie chorych tylko dlatego, że zdarzyło mu się wczoraj
wspomnieć (a dzień był wyjątkowo zimny i wilgotny), że odczuwa lekki ból
reumatyczny w ramieniu.
- Mówił jednak coś o flanelowych podkoszulkach - odparowała Marianna -
dla mnie zaś flanelowy podkoszulek wiąże się nierozerwalnie z bólem,
skurczami, reumatyzmem i wszelkimi dolegliwościami ludzi starych i zniedołężniałych.
- Gdyby zapadł na silną gorączkę, nie traktowałabyś go tak lekceważąco.
Przyznaj się, Marianno, czy nie uważasz przypadkiem wypieków,
zapadniętych oczu i pulsu przyspieszonego od gorączki za pociągające?
Niedługo potem, gdy Eleonora wyszła z pokoju, Marianna zwróciła się do
matki.
- Mamo - rzekła - skoro już mówimy o chorobach, muszę ci się zwierzyć,
że dręczy mnie pewien niepokój. Jestem pewna, że Edward Ferrars
zachorował. Od naszego przyjazdu minęły prawie dwa tygodnie, a on nie
przyjechał. To znaczy, że musiał zapaść na jakąś poważną dolegliwość.
Cóż innego mogłoby go zatrzymać tyle czasu w Norland?
- Czyżbyś spodziewała się go tutaj szybciej? - spytała pani Dashwood. -
Ja nie miałam takich oczekiwań. Przeciwnie, jeśli w ogóle odczuwam
niepokój z tym związany, to raczej na myśl o rozmowie, którą odbyłam z nim przed naszym wyjazdem. Wydało mi się, że niezbyt chętnie przyjął
moje zaproszenie do Barton. Czy Eleonora się go tu spodziewa?
- Nie rozmawiałam z nią o tym, ale jestem pewna, że tak.
- Wydaje mi się, że się mylisz. Kiedy powiedziałam jej wczoraj, że
musimy zrobić nowy ruszt do kominka w sypialni gościnnej, odparła, że
nie ma z tym pośpiechu, zważywszy że najpewniej w tym pokoju jeszcze
przez jakiś czas nikt nie będzie mieszkał.
- Coś takiego! Cóż to może znaczyć? Choć, jak się nad tym zastanowić, ci
dwoje zachowują się całkiem niezrozumiale! Żegnali się ze sobą tak
chłodno, tak spokojnie! A jaka sztywna była ich ostatnia rozmowa! Przy
pożegnaniu Edward nie zrobił żadnej różnicy pomiędzy mną a Eleonorą: po
prostu życzył nam wszystkiego dobrego jak kochający brat. Dwukrotnie
zostawiłam ich samych tego ostatniego poranka i za każdym razem Edward
umyślnie wychodził za mną z pokoju. Eleonora zaś, w przeciwieństwie do
mnie, nie uroniła ani jednej łzy, pozostawiając za sobą Norland i Edwarda. Nadal jest zresztą tak opanowana. Czy widziałaś, żeby była
przygnębiona lub pogrążona w melancholii? Kiedy ostatnio unikała
towarzystwa, wydawała się niespokojna lub niezadowolona, że znajduje się
wśród ludzi?