Jan Stach. Twórca największego kamiennego mostu. Historia prawdziwa - Jacek Turek

-
Proszę czekać

MŁO­DZIEŃ­CZE LATA JANA

Jan uro­dził się 25 wrze­śnia 1919 roku w miej­sco­wo­ści Mi­chal­czo­wa w po­wie­cie no­wo­są­dec­kim. Miał czwo­ro ro­dzeń­stwa, trzy sio­stry i bra­ta. Nie­ste­ty, brat umarł w mło­dym wie­ku. Jan jako mło­dy chło­pak nie od­róż­niał się szcze­gól­nie od swych ró­wie­śni­ków. Może z wy­jąt­kiem jed­nej rze­czy, był upar­ty i nig­dy nie da­wał za wy­gra­ną. Gdy ko­le­dzy za­ła­my­wa­li ręce, że cze­goś nie da się zro­bić, on udo­wad­niał, że się mylą. Tę ce­chę cha­rak­te­ru odzie­dzi­czył po dziad­ku. Ro­dzi­ce Jana mie­li kil­ku­hek­ta­ro­we go­spo­dar­stwo. Duża część sta­no­wił sad, zwłasz­cza śli­wy. W tam­tych cza­sach z go­spo­dar­stwa moż­na było wy­żyć i tro­chę odło­żyć. Jan nie na­rze­kał na brak obo­wiąz­ków, bo jak to w go­spo­dar­stwie, miał ich wie­le. Był pra­co­wi­ty i nie uni­kał pra­cy na roli, a jak wia­do­mo nie była to lek­ka pra­ca. W wie­ku kil­ku­na­stu lat od­krył w so­bie zdol­no­ści mu­zy­kal­ne. Naj­pierw na­uka sku­pi­ła się na grze na trąb­ce, ale w nie­dłu­gim cza­sie do­szły skrzyp­ce. Kil­ka lat póź­niej był sza­no­wa­nym mu­zy­kan­tem we­sel­nym.

Wy­bu­chła woj­na. W kra­ju od­by­wa­ły się ła­pan­ki. Pew­ne­go dnia sa­mo­chód za­bie­ra­ją­cy lu­dzi na przy­mu­so­wą pra­ce na te­re­ny nie­miec­kie pod­je­chał pod dom ro­dzin­ny Jana. Chło­pak zo­stał za­bra­ny. Po kil­ku­na­stu go­dzi­nach jaz­dy zna­lazł się w no­wej, ale cięż­kiej rze­czy­wi­sto­ści. Tra­fia do rol­ni­ka, któ­ry 6 Mło­dzień­cze lata Jana po­sia­da kil­ku­na­sto­hek­ta­ro­we go­spo­dar­stwo. Da­le­ko od ro­dzi­ny mu­siał ra­dzić so­bie nie tyle z cięż­ką pra­cą, ale z tę­sk­no­tą. Były to bar­dzo trud­ne cza­sy nie tyl­ko dla Jana, ale dla wszyst­kich, któ­rzy tam tra­fi­li. We wspo­mnie­niach nig­dy nie na­rze­kał, tyl­ko trak­to­wał to jako szko­łę ży­cia. Wie­le prze­żył i stał się psy­chicz­nie sil­nym czło­wie­kiem. Po kil­ku la­tach na­stę­pu­je dzień wy­zwo­le­nia. Spo­tka­nie z ro­dzi­ną jest naj­szczę­śliw­szą chwi­lą w do­tych­cza­so­wym ży­ciu Jana. Łez szczę­ścia nie wi­dać koń­ca.

Oko­ło trzy­dzie­ste­go roku ży­cia Jan my­śli o po­rzu­ce­niu sta­nu ka­wa­ler­skie­go i za­ło­że­niu ro­dzi­ny. Wy­da­wa­ło­by się, że jako mu­zy­kant we­sel­ny ma pro­ste za­da­nie z wy­bra­niem part­ner­ki ży­cio­wej, bo gra­jąc na we­se­lach po­znał wie­le dziew­czyn. Jak wspo­mi­nał nie­jed­na by za nim w ogień wsko­czy­ła. Ale przy­szłą żonę po­znał przy oka­zji wi­zy­ty u swe­go ko­le­gi po fa­chu. Ko­bie­ta mia­ła na imię He­le­na i od razu wpa­dła w oko Ja­no­wi. He­le­na opo­wie­dzia­ła o swo­ich pro­ble­mach zdro­wot­nych. W mło­dym wie­ku za­cho­ro­wa­ła na gruź­li­cę, a w tam­tych cza­sach z po­wo­du bra­ku fun­du­szy na le­cze­nie była to po­waż­na cho­ro­ba. Zdra­dza Ja­no­wi swo­je pla­ny na przy­szłość, że nie za­mie­rza wy­cho­dzić za mąż, bo po co komu cho­ra żona. Ale mi­łość Jana do He­le­ny jest sil­niej­sza. Nie zwa­ża na cze­ka­ją­ce go trud­no­ści, tyl­ko pro­si He­le­nę o rękę i obie­cu­je, że jak zo­sta­nie jego żoną, po­dej­mie się fi­nan­so­wa­nia jej le­cze­nia. He­le­na po dłu­gich prze­my­śle­niach wy­ra­zi­ła zgo­dę. Kil­ka mie­się­cy póź­niej zo­sta­li mał­żeń­stwem. Za­miesz­ka­li u niej w miej­sco­wo­ści Zna­mi­ro­wi­ce. Mie­siąc po ślu­bie He­le­na wy­jeż­dża na pół­rocz­ne le­cze­nie do kli­ni­ki w War­sza­wie. Jak się póź­niej oka­za­ło, po­byt w kli­ni­ce przy­niósł nie­by­wa­ły efekt, po­nie­waż dzię­ki le­cze­niu He­le­na żyła 73 lata, choć le­ka­rze nie da­wa­li jej du­żych na­dziei, ale całe ży­cie mu­sia­ła dbać o zdro­wie, uni­ka­jąc cięż­kich prac.

He­le­na po­sia­da­ła kil­ku­hek­ta­ro­we go­spo­dar­stwo. Plan­ta­cja po­mi­do­rów była głów­nym źró­dłem utrzy­ma­nia. Jan jako pierw­szy w oko­li­cy za­ło­żył plan­ta­cję tru­ska­wek, któ­ra prze­trwa­ła do dnia dzi­siej­sze­go. Ko­lej­nym kro­kiem w udo­sko­na­la­niu go­spo­dar­stwa było po­sa­dze­nie śliw. Wy­bu­do­wał też staj­nię dla zwie­rząt oraz sto­do­łę. I jak to na roli pra­cy nie bra­ko­wa­ło. Do­cze­ka­li się po­tom­stwa. Mie­li dwóch sy­nów.

Je­dy­nym po­waż­nym pro­ble­mem był brak wła­snej dro­gi do­jaz­do­wej do go­spo­dar­stwa. Dro­ga, któ­ra przez lata była użyt­ko­wa­na, zo­sta­ła za­la­na. Po­wsta­ło na jej miej­scu Je­zio­ro Roż­now­skie. I Jan był uza­leż­nio­ny od są­sia­da, któ­ry po­zwa­lał mu ko­rzy­stać z prze­jaz­du.