CZĘŚĆ
pierwsza
Czas sasanek i konwalii
"Mama, skoro świt, nazbierała płatki róż ze wszystkich klombów i cichutko, żeby mnie nie obudzić, obsypała nimi całe łóżko. Przed rozbudzeniem śniłem o łące, po przebudzeniu poczułem łzy szczęścia pomieszanego z zawstydzeniem"[5]
- Jan Nowicki -
Rozdział 1
PARAMETRY, CZYLI WEWNĘTRZNY ZEGAR
Wzrost - 176 cm, głowa - 58 cm, szyja - 41 cm, ramiona - 60 cm, nogi - 103 cm, stopy - 28 cm. Oto Jan Nowicki w centymetrach od stóp do głów.
Ludzkie istnienie sprowadzone do centymetra wydaje się nie mieć znaczenia. Nie dla Jana. "Całe życie, w każdym miejscu, gdzie żyłem, spałem, piłem, kochałem - żyły, spały, piły, kochały bardziej moje wymiary niż ja"[6] - drąży w 2000 roku tajemnicę własnego jestestwa.
"Wszystko typowe - do znudzenia"[7] - komentuje w liście do Piotra Skrzyneckiego swój szczególny autoportret ujęty w centymetrowe cugle. Kiedy to pisze, ma sześćdziesiąt jeden lat. Za sobą najważniejsze role; przed sobą, o czym jeszcze nie wie, dwa małżeństwa. Towarzyszy mu poczucie odniesionego sukcesu. Nawet konia w swojej stajni nazwie "Sukces", aczkolwiek nic z tego nie wynika, bo każdy świt wita on ponurym rżeniem, w którym Jan dopatruje się rodzaju skargi: "I tak zawsze czegoś będzie mi brak"[8]. Tymczasem Nowicki chciałby zrozumieć, jak doszło do tego, że on sam sukcesu doświadcza, a jednocześnie pojąć, dlaczego wiecznie towarzyszy mu poczucie niespełnienia. Kwadratura koła.
Może dlatego te centymetry są tak ważne, bo wymierne?
Co zabawne, zwłaszcza centymetry dotyczące wzrostu. W teczce personalnej[9] z lat 1970-1983, zawierającej dane osobowe oraz podania o paszport aktora, przechowywanej przez Instytut Pamięci Narodowej, którą otwieram w grudniu 2023 roku, najwięcej skreśleń zawiera rubryka na ogół niebudząca wątpliwości, a mianowicie "wzrost". Jan podaje, że liczy sobie 175 cm, ale zdarza się, że dodaje centymetr, a nawet kilka. Wtedy ktoś, kto formularz sprawdza, tę liczbę przekreśla i przywraca owe 175 cm. Miałżeby Jan dwadzieścia lat później o centymetr urosnąć? Ale nie warto o centymetr toczyć bojów. Tym bardziej że kilka lat później, gdy aktor jest mierzony podczas pobytu w szpitalu, okazuje się, że nieco centymetrów mu ubyło...
SOLISTA PRZEGLĄDA SIĘ W LUSTRZE
Odkąd pojawia się na ekranie, część widowni, zwłaszcza żeńska, wpada w zachwyt. Kochają się w nim wszystkie - od nastolatek po starsze panie. Zachwyca wnikliwym spojrzeniem, nieokreśloną emanacją męskości. "On ma w sobie coś szalenie pociągającego. Jakąś dzikość, drapieżność..." - mówią i wskazują na "wilczy uśmiech", który rzekomo upodabnia go do Jacka Nicholsona.
Uroda, wdzięk, cyniczny uśmieszek i niebotyczny talent. Również do uwodzenia. Rozmową potrafi uwieść każdego bez względu na wiek i płeć.
Ma świadomość własnych atutów, a gdy łapie się na kumulacji bąbelków sukcesu, które uderzają mu do głowy niczym szampan, ratuje się trzymającym go przy ziemi rozumem rodem z Kowala. Ironizując, przyznaje, że w związku z ledwie środkowoeuropejskim zasięgiem swojej sławy jest kimś w rodzaju "Jacka Nicholsona RWPG". Peerelowski erzac. Polskie dżinsy szariki, marcepan z ziemniaków, szynka z mortadeli. Bieda, ale z pretensjami.
Urodę Jana doceniają nie tylko kobiety. Andrzej Żuławski, wielki artysta i takiż esteta, w swoim fabularnym debiucie Trzecia część nocy główne role męskie powierza urodziwym aktorom - Leszkowi Teleszyńskiemu i Janowi Nowickiemu. O "Jasiu", którego w 1971 roku podziwiał na scenie w Biesach, później powie: "Cudownie piękny, cudownie inteligentny i nadzwyczajny zupełnie Stawrogin, co jak wchodzi do salonu, to wszystkie baby sikają po majtach"[10].
W zabawnym felietonie zamieszczonym w jednym z czasopism Jan przygląda się sobie "ze szczególnym okrucieństwem", jakby z powiększającym szkłem w ręce. A to, co widzi, nie nastraja optymistycznie. Z góry "toto wyleniałe, a na dole w żyłkach", nie mówiąc już o "basiorach żylaków" i fioletowych wężykach przy kostkach. Czoło kształtne, uszy w normie, ale za to w uszach... Lepiej nie mówić: loki, kędziory całe, które można okręcać na palcu. A kiedyś był tam wzruszający meszek... Nos też pozostawia wiele do życzenia. Z lewego profilu porównywalny do Marlona Brando. Ale z prawej... jakiś ostry, kurzy. No nie! Co gorsza, "ze środka coś wystaje", choć nie powinno, bo przecież niedawno zajmował się tym chochołem fryzjer. Brwi zanadto krzaczaste i niesforne. Do oczu się nie przyczepia, usta też odpuszcza. Ale za to uśmiech... "Kiedyś bywało, pisało się, mówiło: "Słynny uśmiech Mikołaja S." [Nowicki nawiązuje tu do swojej głośnej roli Mikołaja Stawrogina]. Potem na świeżym chlebie jeden, na kurzej łapce drugi, na orzechu trzeci. Potem jeszcze jeden, jeszcze jeden - i w końcu musiało się stać to, co się stało. Resztę zębów zjadłem na... aktorstwie. [...] Poza tym szyja za krótka i jakaś taka opalona"[11].
Pomijając opisy ramion, dochodzimy do rąk i tu odzywa się dramat z czasów dzieciństwa, definiujący jego przyszłość: "Palce rzeźnika, a dusza Chopina". Wiele ma bowiem wspólnego bohater owego felietonu z chłopcem z Kowala marzącym o karierze pianisty. A skoro kariera pianisty nie jest mu pisana, idzie inną drogą. Aż trafia do kaplicy z nieboszczykiem o palcach grubych jak parówki. No, aż takich to Mikołaj S. nie ma! Ale zmarłemu też jest czego pozazdrościć - odszedł w Święto Zmarłych: "Jakie to piękne i dlaczego trochę nieskromne?". Wiadomo, umrzeć kiedyś trzeba, ale mało komu udaje się w taki właśnie dzień...
"Chodzimy więc po świecie z gładką facjatą pozornego spełnienia - zamiast twarzy. I przemijamy. Przemijamy tak gładko, jak gładko żyliśmy. Szklani, przezroczyści, pozornie uczciwi, zapobiegliwi, lojalni. No i... odpowiedzialni. Dlaczego jednak nie do końca szczęśliwi? Czy dlatego, że uciekamy od bólu, który towarzyszy każdej prawdziwej miłości? Unikamy ryzyka, zadowalając się tym, co nazywają świętym spokojem. Uczuciem sprowadzającym w konsekwencji stagnację i starość"[12] - zauważa kiedy indziej.
Na wewnętrzny zegar wyczulony jest przez całe życie. Pod jego koniec z niechęcią ogląda własne odbicia w lustrze: "Nigdy nie byłem próżny w ocenie swojej powierzchowności, ale to, co zobaczyłem, to jakiś koszmar. Kaprawe ślepka, pomarszczony ryj, szyja jak u tego, co go odkopali z ziemi po tysiącach lat, z wyraźnymi śladami śmierci od przebicia włócznią"[13] - notuje.
Niewiele później samoocena wypada jeszcze gorzej: "Mnie w tym odbiciu nie ma. Przypominam w nim jakiegoś epizodystę, który patrzy w lustro z obawą, bo ktoś go obsadził w głównej roli, której nie jest w stanie sprostać"[14].
Trudno się ze skaleczonym przez czas wizerunkiem pogodzić, jeśli przez długie lata było się urodziwym solistą.
Rozdział 2
SKĄD TAKI CZŁOWIEK W NASZEJ RODZINIE
Dla mnie to zadziwiające, skąd w przeciętnej polskiej rodzinie znalazł się ktoś o tak nieprzeciętnym intelekcie jak Jan? Człowiek, który nie miał w domu bogatej biblioteki, żadnego zaplecza kulturowego ani materialnego... - zastanawia się Eugeniusz Gołembiewski, burmistrz liczącego około trzech tysięcy mieszkańców Kowala, a prywatnie krewny i syn chrzestny Nowickiego. Rozmawiamy w gabinecie burmistrza, w ratuszu najsłynniejszej, dzięki Janowi, miejscowości na Kujawach. Na dębowej komodzie stoi oprawiony w ramki portret Nowickiego, obok leżą księgi pamiątkowe pełne wpisów aktora, są też dokumenty upamiętniające jego działania na rzecz Kowala.
- Wybitne postaci, zwłaszcza w małych społecznościach, rodzą się co kilkaset lat. U nas to Kazimierz Wielki, biskup krakowski Piotr Tylicki i Jan Nowicki. Poza tym to chyba pierwszy taki przypadek w Polsce, kiedy ktoś powszechnie znany szczycił się rodowodem małomiasteczkowym, a w podeszłym wieku wciąż pozostawał celebrytą, podczas gdy media preferują kult młodości. Celebrytą w tym sensie, że swoją sztuką, zarówno aktorską, jak i pisarską, wzbudzał powszechne zainteresowanie. Unikał mówienia rzeczy oczywistych, mdłych. Poglądy i przemyślenia przemycał w efektownie brzmiących frazach. I prowokował.
Gołembiewski przyznaje, że wielokrotnie korzystał ze słabości Jana do Kowala, prosząc go o udział w akcjach promujących miasto. Stąd wielkie billboardy przy wjeździe i wyjeździe z miasteczka wymyślone przez burmistrza, stąd w centrum miejscowości kino noszące jego imię, stąd sala pamięci w remizie strażackiej.
Nowicki dla miasteczka zrobiłby wszystko, zawsze gotów bezinteresownie służyć lokalnej społeczności. Nigdy nie wymawiał się brakiem czasu. Kiedy Warszawski Ośrodek Telewizyjny kręcił film dokumentalny Halo, Kowal, bez wahania wcielił się w przewodnika po mieście.
- Nigdy nie oczekiwał finansowej rekompensaty, nawet gdy czynił ze swojego domu w Krzewencie hotel dla artystów występujących na imprezach miejskich - podkreśla burmistrz. - Tak było na przykład z koncertem zespołu T.Love. Miasto zapłaciło tylko muzykom, bo Muniek Staszczyk, lider zespołu i przyjaciel Nowickiego, zrezygnował ze swojej gaży.
Niewiele osób w Kowalu tak dobrze zna Nowickiego jak burmistrz, którego dziadek był rodzonym bratem mamy Jana, Marianny z domu Paszyńskiej, po pierwszym mężu Nowickiej, po drugim Zielińskiej.
- Działka moich dziadków, a potem rodziców, sąsiadowała przez siatkę z domem rodzinnym Jana - opowiada. - On moim ojcem chrzestnym został przypadkowo. Urodziłem się w domu, poród okazał się ciężki. Fakt, że w ogóle przyszedłem na świat, zawdzięczam asystującej przy nim Hani, siostrze Jana. Ponieważ mój stan zdrowia pozostawiał wiele do życzenia, uznano, że trzeba mnie szybko ochrzcić, a Janek był najbliżej. Miał dwadzieścia lat i nikt jeszcze nie wiedział, kim zostanie. Dorastał w trudnych warunkach materialnych, zwłaszcza po śmierci ojca. W dużej mierze wychował się sam. Jego mama zmagała się z codziennością, walczyła o rodzinę i nie miała czasu na czytanie książek, a on nie miał skąd czerpać wzorców. Ani mama, ani ojczym nie byli dla niego partnerami intelektualnymi. Chapeau bas, że tyle osiągnął!
NOC WŚRÓD HIACYNTÓW
W rodzinie się nie przelewa. Ale święta są obchodzone uroczyście. "W chałupce jeden pokój o powierzchni 20-25 metrów kwadratowych. A w nim: dwie wersalki, każda do spania dla dwóch osób dorosłych, dwa łóżeczka dla bliźniąt, radziecki telewizor, wielki stół z obowiązkową liczbą wigilijnych potraw, siedem krzeseł, z których jedno przeznaczone dla samotnego przybysza. Reszta dla mamy, ojczyma, siostry, babci, szwagra i dla mnie. Pod ścianą biały piec kaflowy z buchającym w środku ogniem"[15] - taki obrazek zapamiętał Nowicki z czasów młodości.
Jakie to lata? Pierwsze telewizory w Polsce - Wisła i Belweder - pojawiły się w 1957 roku, Rubin produkowany na licencji radzieckiej (więc pewnie o nim mowa) w latach 70. Ustalam też, dla kogo łóżeczka - otóż dla bliźniaczek, dzieci siostry.
Ze skromnego domu w Kowalu przy ulicy Piłsudskiego 60, w którym Jan przyszedł na świat, Nowiccy po wejściu Niemców na te tereny zostali wyrzuceni na bruk. Musieli się zadowolić jedną izbą w suterenie przy placu Rejtana i przywyknąć do ciasnoty. Zmieściły się tam jedynie trzy łóżka. Łóżko babki stanęło za szafą, na drugim spał chory ojciec, trzecie zajmowała mama i mały Janek, umoszczony w jej nogach. Dla siostry miejsca już nie starczyło, nocowała u jednej z ciotek.
Podstawę wyżywienia rodziny stanowiła kasza gotowana w kamiennym garnku, do którego notorycznie dobierał się szczur, nazwany przez dzieci Kubusiem, przez lata ignorujący zastawiane nań pułapki. Swojego biologicznego ojca, Antoniego, Janek zapamiętał głównie w pozycji leżącej, duszącego się od kaszlu. Troskliwi kuzyni dekorowali ścianę nad jego posłaniem sosnowymi gałęziami, markującymi las, co miało mu pomóc w oddychaniu.
Ojciec, Antoni Nowicki (1905-1944), zdjęcie sprzed drugiej wojny światowej
Gołembiewski zna wiele rodzinnych opowieści. Także tych tragicznych.
Pięć lat przed narodzinami Jana, w listopadzie 1934 roku, Nowiccy jednej nocy przeżyli dramat. Dyfteryt (błonica) zabrał im dwoje dzieci: trzyipółletnią Helenkę i niespełna dwuletniego Eugeniusza. Tragedia tak wstrząsnęła Antonim, że na dobre porzucił pracę, czyli szewstwo, na rzecz zatracania się w alkoholu. Do upadłego. Ciężar utrzymania rodziny, jak to w takich przypadkach bywa, wzięły na siebie kobiety - mama i babcia ze strony ojca, Józefa.
Antoni okazem zdrowia nigdy nie był, a alkohol, bieda i panująca w suterenie wilgoć na pewno mu nie pomogły. Kiedy wreszcie w 1943 roku zasięgnął porady lekarskiej, miał już zaawansowaną gruźlicę. Czym ją w czasie wojny leczyć? Wiejska społeczność za najskuteczniejszy środek w takiej sytuacji uznaje psi smalec. Ale o smalec niełatwo, a jeśli już się go znajdzie, tani nie jest. Podporą domowego budżetu okazuje się mleko łaciatej kozy, którą czasami Janek pasie, choć bardziej pilnuje, by nikt jej nie ukradł.
Chłopiec w skrytości ducha marzy o koniu na biegunach, ale nie takim zwyczajnym, wystruganym z drewna, tylko dodatkowo oklejonym filcem, z grzywą i ogonem z włosia, uzdą i strzemionami. Tylko skąd wziąć na niego pieniądze? Janek, wspierany przez ojca, postanawia zarobić i wymyśla... całowanie. Całuje, co tylko się nadarzy. Gdziekolwiek jest. "Przed kościołem, pod gospodą Ludową, a w soboty u fryzjera Kosińskiego, przy ulicy Mickiewicza 7. Interes chwycił. Toteż całowanie muru kosztowało u mnie 2 złote, chodnika 5 złotych, ale już buta całe 10 złotych. Mężczyźni rechotali z rozbawienia i płacili. A ja z poczuciem upokorzenia, bliski płaczu, patrzyłem na nich ze wstrętem i kasowałem (analogie z aktorstwem same się narzucają). Z konia jednak nici, bo trzeba było coś jeść, a i psi smalec na płuca taty swoje kosztował"[16].
Po raz pierwszy publicznie całował w ubranku paradnym: czarny melonik na głowie (skąd go wziął, nie pamięta), rudy płaszczyk ze sztucznego misia wypalony na pupie od opierania się o piec. "W takim oto kostiumie udałem się w niedzielę po nieszporach pod kościół. Ale nie żeby żebrać. [...] Po nabożeństwie za parkanem stali mężczyźni z machorkowymi skrętami w zębach. Moją uwagę zwrócił ten najwyższy, w wiśniowych oficerkach. Podszedłem do niego i niespodziewanie - także dla siebie - powiedziałem: "Pocałuję pana but, jak mi pan da złotówkę". Facet na moment zbaraniał, po czym rechocząc, podsunął mi pod nos lśniący but. Pocałowałem. Pachniał świeżą pastą i było prawie przyjemnie. "Ale złotówki nie pocałujesz?" - wyrechotał. "Za dwa złote". I poszła całuśna seria: cegły, chodnik i za całe pięć złotych spracowana ręka stolarza. Rozochocony, dotknąłem jej ustami. Ale potem zacząłem nagle płakać i uciekłem do Ojca, trzymając w garści zarobione pieniądze. Nie spytał o nic, pogładził po głowie. Położyłem się na jego wilgotnej poduszce i w chwilę potem zasnąłem"[17] - wspomina.
Ile mógł mieć wtedy lat? Trzy, może cztery...
Rok narodzin Jana dla Kujaw okazał się dramatyczny. O krwawej pomorskiej jesieni 1939 roku przez lata niewiele się mówiło. Dziś wiadomo, że od września do końca grudnia 1939 roku niemieckie oddziały Volksdeutscher Selbstschutz przy aktywnym wsparciu Wehrmachtu i SS dokonały pogromu w czterystu miejscowościach na terenie przedwojennego województwa pomorskiego. Wielu Polaków wygnano z domów, osadzono w aresztach i prowizorycznych więzieniach, część rozstrzelano. Akcje "Intelligenzaktion" i "Säuberungsaktion" miały na celu unicestwienie polskiej inteligencji i mieszkańców pochodzenia żydowskiego.
Pod koniec 1939 roku Niemcy ogłosili Pomorze "wolne od Żydów". To zapewne w ramach tej akcji wywieziono do obozu Teresę, żonę Władysława Paszyńskiego, wuja Nowickiego. W jednym z biuletynów IPN[18] wśród miejsc kaźni na terenie dawnego województwa pomorskiego widnieje Kowal i pobliski Włocławek. Ludzi rozstrzeliwano, gdzie się tylko dało - w lasach, na rozdrożach, cmentarzach żydowskich i przy wykopanych wcześniej dołach. Ogółem na Pomorzu unicestwiono około trzydziestu tysięcy osób.
W takiej rzeczywistości urodził się Janek. W takiej stawiał swoje pierwsze kroki i bawił się z rówieśnikami na podwórku. W takiej doczekał w 1945 roku wejścia Rosjan. To, jak się zachowywali, nie stanowi dla nikogo tajemnicy.
Podczas wojny Nowiccy w Kowalu mieszkają na skrzyżowaniu dróg prowadzących do Łodzi i Warszawy. Kiedy Janek ma dosyć wsłuchiwania się w kaszel ojca, wychodzi przed dom i obserwuje okolicę. Któregoś dnia jego uwagę zwraca dziwny obrazek: dwóch nagich, mimo mrozu, Niemców, zapewne wojskowych, na rozkaz Rosjan nosi węgiel do piwnicy. "Pamiętam, jak potem tych Niemców rozstrzelano. Miałem wtedy może cztery, pięć lat i nie widziałem w tym nic złego. W takim świecie żyłem... Obok śmierci, chorób, nędzy, głodu"[19] - opowiada. Orientuje się, że Rosjanie wykorzystują jeńców do różnych prac. Głównie bezsensownych. "Jednego, nagiego, postawili na skrzyżowaniu, na tym wielkim mrozie. Miał wyciągniętą prawą rękę i wskazywał drogę na Warszawę. Drogowskaz. Ludzki drogowskaz"[20].
Po latach przypomina sobie podobnych scen więcej[21]. Oto tuż po wyzwoleniu widzi leżące na górce z piasku zamarznięte zwłoki niemieckich oficerów. Innego dnia podchodzi do niego dwóch Rosjan i pyta o ukrywających się Niemców, a on w zamian za cukierek prowadzi ich do właściwego budynku. Strzały, które potem słyszy, nie robią na nim większego wrażenia.
Później do tych opowieści doda inną, drastyczną, o tym, jak z kolegami martwym Niemcom odcięli jądra i powiesili je na drzewie. Nic w tym złego nie widzi - w tamtym świecie życie ludzkie nie miało znaczenia.
Opisywane przez Jana sceny sprawiają wrażenie surrealistycznych: żołnierz niemiecki, który na skrzyżowaniu dróg zamienia się w drogowskaz. Wieszanie obciętych jąder na drzewie. Sceny okrutne, literackie. Może prawdziwe, może nie.
Jako dziecko musiał widzieć niejedną tragedię. Co zatrzymał na całe życie?
- Obaj z Jaśkiem pamiętaliśmy biedę powojenną, kiedy ludzie chodzili w mundurach, butach i czapkach wojskowych, bo one im zostały - mówi przyjaciel Jana, aktor Andrzej Grabowski. - A jak człowiek nie miał co na siebie włożyć, wyciągał z szafy bryczesy i oficerki i tak szedł do kościoła. Pamiętam ludzi, którzy przychodzili w mundurach, mimo że nie służyli w wojsku. W Kowalu prawdopodobnie działo się tak samo.
Janek ma niecałe pięć lat, gdy w lutym 1944 roku umiera jego ojciec. Przed śmiercią musi się jeszcze pogodzić z utratą synka - wcześniaka, który przyszedł na świat martwy. Świadkami odchodzenia Antoniego są dzieci, Janek i Hania. Zgodnie z tradycją, ceremonią pożegnalną zarządza babka Józefa - dba o dopełnienie higienicznych czynności, podwiązanie brody i strój. Kwiatów brak, wiadomo, wojna.
W okolicy jest tylko jedno miejsce, w którym można je o tej porze roku znaleźć - oranżeria niemieckiego oficera. Babka zakrada się tam nocą i przez nikogo niezatrzymywana wychodzi z dwoma koszami hiacyntów. Obrazek równie niesamowity jak poprzednie, a dodatkowo działający na zmysły, gdyż z koszy, które babka ustawia przy zmarłym, wydobywa się mdły, duszący zapach. I już nie wiadomo, co jest jego źródłem.
W nocy Jasio z mamą kładą się obok przykrytego prześcieradłem ciała. Tę scenę chłopiec dobrze zapamięta. Na ile jest ona prawdziwa, a na ile to wytwór fantazji dziecka, nie wiadomo. Aczkolwiek to czas, kiedy bliscy towarzyszą umierającym członkom rodziny. Na Kujawach żegna się ich uroczyście, całuje przed zamknięciem wieka trumny, potem nad nią śpiewa.
Postać ojca, bladą, bo zatartą w pamięci, Janek uzupełnia sobie opowieściami mieszkańców Kowala - to dzięki nim wie, że na pogrzebie zaczął się śmiać, podobno z rozpaczy.
Na zachowanych fotografiach widzi, że Antoni był wysoki, nosił jasne garnitury i lubił się podpierać bambusową laską. Wkrótce jego miejsce w domu zajmie inny mężczyzna, którego Janek nie od razu będzie nazywał ojcem. Ten biologiczny zamieszka już tylko w głowie syna i pozostanie w jakiejś mierze w kształcie tej głowy, o czym jako trzynastolatek dowie się przypadkowo od siostry ojca, Heleny, gdy pojedzie poskręcanym sznurkiem rowerem do Warszawy na ogólnopolski zlot młodzieży robotniczej miast i wsi i po drodze zatrzyma się u ciotki w Rembertowie. Usłyszy wtedy, że odziedziczył po Antonim kształt potylicy. O ojcu będzie mu też przypominało jego imię, które wybierze sobie do bierzmowania.
Wiele lat później Jan nakreśli poetycki portret ojca: "Chudy szewski Chrystus z małej mieściny, strzęp dratwy, zdmuchnięty ze świata żywych wyrokiem boskim"[22].
Po wyprowadzce Antoniego na pobliski cmentarz spanie w nogach łóżka mamy nie jest już konieczne i do domu na stałe może wrócić siostra. Jednak liczba łóżek się nie zmienia - nadal są tylko trzy, a ich czworo, ponadto dzielenie pościeli z Jankiem do przyjemnych nie należy, gdyż chłopak wciąż się moczy. Problem nasila się wraz z powtórnym zamążpójściem matki. Nocne incydenty stają się dla Janka szczególnie krępujące, gdy przez jakiś czas (zapewne na okres remontu domu) musi zamieszkać z ojczymem w jego wynajętym pokoju w Olsztynie. Odpokutowuje swój "czyn" na klęczkach przy łóżku, zatopiony w niby-modlitwie do czasu wyschnięcia prześcieradła.
Z zazdrością obserwuje kolegów, którzy mają pełne rodziny. On także chciałby mieć ojca. Nawet jeśli to tylko ojczym.
Po raz pierwszy nazwie go "tatą" w szczególnych okolicznościach. Leży oto w domu poważnie poparzony benzyną, a jedynym znanym domownikom panaceum na ból są kurze białka, które może i leczą, ale cierpienia nie łagodzą. Janek krzyczy wtedy: "Wszyscy święci, ratujcie mnie, już będę mówił tatuś"[23]. "Ból po oparzeniu jest jednym z najgorszych - wspomina Nowicki. - Do tego stopnia, że do pewnego obcego faceta zacząłem zwracać się per tato. To był mój ojczym - Stanisław Zieliński. Ratując pamięć po Antonim, długo mówiłem do niego panie Stasiu. Ale już w tych cierpieniach wyłem, że jak mnie przestanie boleć, to nazwę go ojcem. Z czasem przestało i w ten sposób zostałem ponownie usynowiony"[24].
Kiedy indziej tak opisuje ojczyma: "O sobie mówił "pan Zieliński", do mnie zwracał się "panie Nowicki". Szybko go pokochałem. Czasem jeździłem z nim "volksgasem" - to był samochód "na piec", na drewno, i tak zniszczony, że jak skręcaliśmy w lewo, to pomocnik ojczyma, Dzidzik, który ważył 120 kilo, wieszał się na szoferce z prawej strony, balansując jak na żaglówce. Z tyłu był autentyczny piec. Kiedy drewno się kończyło, ojczym wychodził z siekierą, rąbał czyjś płot. Gdy zaczynał go gonić chłop z kosą, odjeżdżaliśmy"[25].
Janek ma z ojczymem dobre relacje, choć jego skłonnością do nadużywania alkoholu zachwycony nie jest. Ale innego wzorca mężczyzny nie zna - w okolicy to norma. Mężczyźni lubią popijać. A to kosztuje. Choć zapobiegliwa Marianna w szklanym gąsiorze pędzi wino z czarnych porzeczek, aby w czasie świąt rodzina miała czym wznieść toast, nigdy do tego nie dochodzi, bowiem w tajemnicy przed domownikami Stanisław raz po raz pociąga z gąsiora gumową rurką łyczek za łyczkiem.
"Był to przemiły facet, potrafił wyjść po papierosy i zniknąć na kilka lat. Bywał okrutny w stosunku do mojej matki, ale nigdy do głowy mi nie przyszło, aby go nie kochać"[26] - innym razem wyznaje pasierb. Potem wyciągnie z tego przykry dla swoich dzieci wniosek, że ojciec nie musi się starać o miłość syna, gdyż jest ona a priori wpisana w życie.
Chłopak coraz to podpada ojczymowi. Gdy w czasie jazdy rowerem zrywa się łańcuch, ośmioletni Janek ze strachu noc spędza w stogu siana. Potem babcia go ostrzega, że jeśli nadal będzie nieposłuszny, to ona go przywiąże do krzyża na grobie ojca. Zgroza.
Wraz ze śmiercią Antoniego kaszel się jednak z domu nie wynosi. Przeciwnie, osadza się na dobre, bo teraz dusi się od niego Marianna. Po latach spędzonych w suterenie nabawiła się astmy.
Po wojnie rodzina może wrócić do swojego dawnego domu, powiększonego przez urzędujących w nim Niemców o dodatkowy pokój, który Nowiccy nazywają szklanym. Zamieszka w nim Janek.
- Ojczym Janka był sympatyczny - zapewnia Gołembiewski. - Ceniono go z powodu rzadkich wówczas umiejętności mechanika i kierowcy. Działał też jako strażak ochotnik, prowadząc strażacki wóz bojowy. W latach 70. sprzedawał na ulicy wodę sodową z saturatora, przy czym znajomym oferował wodę nie tylko z sokiem, lecz i z procentowym wzmocnieniem. Często się spotykaliśmy i graliśmy w tysiąca. Zmarł w okresie stanu wojennego. Na jego pogrzebie Janek wygłosił pożegnanie. Dobrze się między nimi układało, mieli serdeczną relację.
Nowicki opisze później swój ostatni podarunek dla ojczyma - włożoną do trumny cygarniczkę (kiedy indziej powie, że to była paczka papierosów). Tego, z czym się człowiek za życia nie rozstawał, nie powinno mu zabraknąć na tamtym świecie.
MEZALIANS GODNY SMARZOWSKIEGO
Syn chrzestny Jana od dawna się zastanawia, czy Janowi jest bliżej do rodu Nowickich, czy Paszyńskich. Czy więcej genów odziedziczył po ojcu, czy też po mamie. Bo skąd naraz taka osobowość w rodzinie?!
Burmistrz zna jednak historię, która wiele może tłumaczyć. Otóż mama Jana, Marianna z domu Paszyńska, miała dwóch braci: Stanisława, który jest dziadkiem Gołembiewskiego, i Władysława.
- Proszę sobie wyobrazić: małe miasteczko, sztetl Kowal, przełomu lat 20. i 30. Mieszka tam dwudziestoczteroletni szewc Władysław Paszyński, jako że wówczas w Kowalu mężczyźni parali się głównie szewstwem, a nieopodal, w diasporze żydowskiej, żyje sobie trzydziestoczteroletnia Teresa, mężatka. Niespodziewanie ci dwoje zapałali do siebie miłością tak wielką, że Teresa dla Władysława porzuciła męża. Wybuchł straszliwy skandal. Strona katolicka nie mogła zrozumieć, jak katolik może się wiązać z Żydówką, w dodatku zamężną i o tyle lat starszą. Oburzenia nie kryła również strona żydowska. Ale oboje byli zdeterminowani. Teresa przeszła na katolicyzm i została ochrzczona, a ich ślub odbył się w wielkiej tajemnicy w naszym kościele. Zachowałem fotografie tej pary, w tym jedną z czasów okupacji, na której są też Marianna, moja mama Helena i jej brat Tadeusz.
Ta historia dowodzi, iż Władysław miał niezwykłą osobowość. Ileż w tamtych czasach trzeba było złamać tabu, żeby zdecydować się na taki związek! Dzieje tych dwojga zakończyły się, niestety, dramatem. Musieli wyjechać z Kowala, ponieważ wybijano im szyby w oknach i nie czuli się bezpiecznie. Przeprowadzili się do Włocławka. W czasie wojny ktoś ich zadenuncjował i Niemcy wywieźli ich do obozu w Dachau. Teresa została zagazowana. Władysław, co prawda, wrócił, ale w fatalnym stanie. Zmarł w latach 50. Wojciech Smarzowski mógłby o tej historii nakręcić świetny film, na tle przedwojennego Kowala pokazać dwie społeczności: diasporę żydowską i Polaków, oraz płomienną, tragiczną miłość - opowiada burmistrz Gołembiewski.
Janek musiał znać tę historię. Eugeniusz nie wspomina, ale pisze o tym Nowicki, iż Władysław po powrocie z obozu ożenił się powtórnie. Wybranką została Celina. Jednak poza radością z obcowania z pięknym mężczyzną, za jakiego uchodził Władysław, nie zaznała zbyt wielu szczęśliwych chwil, gdyż po trudnych przeżyciach głównie zatracał się on w alkoholu. Janek zapamiętał go jako wujka, który zawsze przywoził dzieciom cukierki.
MARIA, MARIANNA
Matka, nazywana na co dzień Marią, najdzielniejsza z dzielnych, będzie dla Janka najważniejszą kobietą w życiu. Gdziekolwiek pojedzie, blisko czy daleko, do Krakowa czy Brazylii, będzie o niej pamiętał.
Tak opowiadał mi[27] o ich relacji:
- Ja piszę jej o swoich sukcesach teatralnych w Argentynie, a ona zamiast o sukcesy pyta mnie, czy zabrałem ciepły sweter i kalesony. Gdy pojawiałem się w pięknym samochodzie obok pięknej kobiety, moja matka pytała raczej, czy mam zapasową oponę albo czy ta pani przykrywa mnie w nocy, gdy się rozkopię. Nigdy nie powiedziała: "Ach, przyjechałeś z gwiazdą, a jakie masz piękne auto...".
Mama, Marianna Nowicka-Zielińska (1907-1982), zdjęcie sprzed drugiej wojny światowej
Kiedy Jan dorośnie, każdą ważną dla siebie kobietę przywiezie do Kowala, żeby pokazać matce. Zawsze będzie do niej wracał myślami, oceniał siebie jej miarą. Po jej śmierci napisze: "Jakże przemożne było kiedyś to uczucie [niepokój o ukochaną matkę]. Moja miłość do niej, moja czułość, moja wieczna prośba o pomoc"[28]. Pamięta jej "mocną matczyność, gęste włosy zaczesane od czoła, nogi stąpające twardo po ziemi, pełne piersi. [...] Była zaspokojonym głodem, ugaszonym pragnieniem, życiem wiecznym. Domem, co nie miał prawa się rozpaść"[29].
Wrażliwa, inteligentna, "z ziemi", jak ją określa Jan, dbająca o dom, dzieci i męża, jakikolwiek by był. Nawet jeśli wychodząc po papierosy, przez trzy lata nie przypomina sobie drogi powrotnej do domu. Jedynego ocalałego syna Maria potrafi obsypać płatkami róż, ale i dać mu po twarzy, gdy za szybko zedrze buty, a nowych nie ma za co kupić.
W czasach jego dzieciństwa dorośli w Kowalu dziećmi się specjalnie nie przejmują. Powinny się pilnować domu i tyle, a kiedy trzeba, pomagać rodzicom. Tymczasem Janek potrafi zniknąć na cały dzień, a gdy podrośnie, zimą organizować z kolegami wyprawę nad oddaloną o piętnaście kilometrów Wisłę, żeby biegać po krach. Zdarza się, że wpada przy tym do wody, a potem w sztywnych, zmrożonych spodniach wraca do domu, po kryjomu zrzuca z siebie ubranie i mokry chowa się pod kołdrę. Za którymś razem mama go na tym przyłapuje i daje pasem po pupie. To jedno z jego najpiękniejszych wspomnień, powie po latach, bo po tym laniu mama przy nim usiadła, przytuliła i razem płakali. Czułość, miłość i niepokój w jednym.
Dwa zdarzenia związane z matką do końca życia nie dają mu spokoju. Obydwa banalne, a jednak jakieś kostropate, nielicujące z tym, jak go wychowała.
Pierwsze, gdy w studenckich czasach jedzie z Łodzi do domu, żeby spędzić z rodziną święta. Z dumą wiezie w plecaku butelkę wytwornego, jak mu się zdaje, cierpkiego wina riesling, o którym już wie, że należy je podawać lekko schłodzone. Wkłada więc butelkę w śnieżną zaspę przed domem, aby w odpowiedniej chwili napełnić nim kieliszki. Potem przekazuje butelkę mamie, a ta, nic nikomu nie mówiąc, podgrzewa ją na piecu i dosładza kilkoma łyżeczkami cukru. Po toaście głosem, w którym pobrzmiewa poczucie winy, tłumaczy: "Nie widzisz synku, że ci to coś szaptalizuję[30]?"[31].
Drugi epizod pochodzi już z okresu krakowskiego, gdy Jan stoi u progu kariery. Dobrze wie, że nikt się z tego bardziej nie ciszy niż Marianna. Rozpiera ją duma, że ma tak zdolnego syna, a on zaprasza ją do Krakowa, aby osobiście mogła się o tym przekonać. To już jest czas, kiedy Jan może sobie pozwolić na drobne zakupy w uchodzącym za szczyt luksusu sklepie Baltona, gdzie płaci się obcą walutą albo udającymi ją bonami drukowanymi przez państwo. Któregoś dnia Jan zafundował tam sobie szampon do włosów. Do przyjazdu matki buteleczka tej namiastki blichtru zdobiła łazienkową półkę, zaświadczając o dobrobycie pana domu. Ale matka postanowiła przysłużyć się ukochanemu synowi i podczas jego nieobecności w tymże "cennym" szamponie wyprała mu dżinsy. Gdy wrócił, zamiast podziękowania, w jego oczach zobaczyła wściekłość. Ujęła się honorem, że szampon odkupi. Syn ochłonął po czasie, ale ten szampon pomiędzy nimi pozostał, choć matka nigdy o nim nie wspomniała.
Każdy przyjazd Jana do Kowala jest dla niej świętem. Gotuje wtedy najsmaczniejszy obiad na świecie, co oznacza rosół i kotlety mielone, a Janek jest w siódmym niebie. Któregoś dnia bierze syna za rękę i zamiast do znajomych, jak on to sobie zaplanował, prowadzi na grób ojca. "Tu leży ojciec, tu będę leżała ja, a tu będziesz leżał ty" - oznajmia. A kiedy Jan się wzbrania, bo życie wciąż przed nim i nie ma zamiaru umierać, a jeśli nawet, to i tak nie wiadomo, gdzie będzie jego grób, matka przekonuje: "Nic nie wiesz. Tu będzie, zobaczysz. Nie możesz się po świecie pałętać". "Ta kobieta przeniosła matczyną miłość poza granicę swojej śmierci i śmierci swojego syna. Tak wielką miała siłę"[32] - podsumowuje Jan.
Po latach wszyscy będą leżeć razem.
Jan przez długi czas dusi w sobie wściekłość pomieszaną z żalem, że choć odwiedzał matkę w chorobie, na jej pogrzeb w styczniu 1982 roku nie mógł przyjechać. "W przypadku śmierci matki tęsknoty nigdy nie da się oswoić. [...] Ja po śmierci mojej nie mogłem się pozbierać przez rok bez mała. Zmarła w czasie stanu wojennego i nie zdążyłem na pogrzeb. Z braku benzyny. Gdy się zgłosiłem po przydział w jakimś tam urzędzie, taki jeden odmówił. Twierdząc, że "teraz wszystkim matki umierają". Wyszedłem bez słowa i poprzysięgłem mu zemstę. Do dziś szukam skurwysyna, bo wciąż pamiętam twarz"[33].
Trzyletni Janek z siostrą Hanią, Kowal, ok. 1942 roku
Márta Mészáros w swojej książce Ja, Marta... zamieszcza skan ostatniego listu Marianny do syna. To zaledwie dwa-trzy zdania skreślone ręką nienawykłą do pisania. Z ich odczytaniem jest kłopot. Ale wymowa listu jest jasna - to jedno wielkie zapewnienie o miłości: "Bardzo Cię wszyscy kochamy. Z poważaniem Matka"[34].
Jan skurwysyna nigdy nie odnalazł.
W dzieciństwie uwielbia chorować. Może wtedy bezkarnie leżeć w łóżku, a zatroskane mama i siostra podsuwają mu pod nos, co mają najlepszego. Jako dojrzały mężczyzna, kiedy chce odpocząć od gonitwy świata, jedzie do siostry, a ona krząta się przy nim niczym najczulsza matka.
Hania jest drugą najważniejszą na świecie osobą, którą darzy wielką miłością. Obie kojarzą mu się z opiekuńczością i anielską dobrocią.
- Niedaleko mieszka moja siostra, cudowna osoba, anioł. Jedyna kobieta, która mnie kocha - mówi mi, gdy w 2013 roku odwiedzam go w Krzewencie.
Siostra, zaledwie o dwa lata starsza, całe życie troszczy się o Janka. Zachwycona bratem, najlepszym uczniem w klasie, mimo iż do nauki się specjalnie nie przykłada, świetnie pamięta jego odpowiedź - pierwszoklasisty - na uwagę nauczycielki, że krzywo pisze. "A pani ma krzywe nogi i jest dobrze"[35]. Najlepszą formą obrony jest atak, już wtedy o tym wie.
TA ZNIEWAGA SŁÓW WYMAGA
Sześcioletniego Janka do pierwszej klasy prowadzi za rękę mama. Chłopiec ma na sobie białą koszulkę z krótkim rękawem, ciemne spodenki. Jest krótko ostrzyżony - dzieciom goli się włosy prawie do skóry, gdyż wokół panuje wszawica. Pani higienistka w szkole co jakiś czas sprawdza, czy uczniowie mają czyste głowy, a przy okazji podaje im tran na wzmocnienie organizmu. Janek dobrze pamięta ten moment, kiedy idzie z mamą przez miasteczko. Oznacza on kres beztroskich zabaw na rzecz etapu "szkoła", nieprzyjemnie kojarzącego się z obowiązkiem.
Pocieszeniem są koledzy. Jednym z nich jest Jurek Maślanka, który po wojnie wraz z rodzicami przeprowadził się do Kowala. Dziecięca przyjaźń przetrwa do ostatnich dni życia Nowickiego i nie przeszkodzą jej żadne roszady losu, ani różne szkoły, do których będą chodzili, ani też miejsca, w których zamieszkają. Jerzy na studia w Wyższej Szkole Rolniczej (później Akademia Rolnicza) wyjedzie do Szczecina, a rodzinę założy w odległym od Kowala o sto kilometrów Międzyborzu. Droga, którą przemierzy Janek, będzie jeszcze dłuższa.
Poznali się w przedszkolu. Jerzy pamięta, że prowadziła je siostra Serafina, absolwentka polonistyki. Z Jankiem odnaleźli się od pierwszej chwili i niemal natychmiast zdążyli się narazić opiekunce, naruszając w czasie zabawy figurkę Matki Boskiej. Pół roku później poszli do podstawówki.
- Nauczyciel i ksiądz byli wtedy traktowani jak święci - opowiada Jerzy. Pamięta, jak ksiądz prefekt po zmroku wsiadał na rower i z ulicy zgarniał uczniów, którzy zamiast siedzieć w domach i się uczyć, błąkali się po mieście. Ich z Jankiem nic takiego nie spotkało.
Kowal opisywany przez Nowickiego w tamtym okresie nie prezentuje się światowo: "Jeden magister, jeden rower na całą ulicę, jeden sklep mięsny"[36]. Z miasteczka nikt nie wyjeżdża, bo nie ma po co. Chyba że chłopcy, o których upomina się wojsko.
Siódme urodziny kojarzą mu się z przypalonym na pupie od opierania się o piec płaszczykiem ze sztucznego misia, jedynym, jaki posiada i w którym wstydzi się chodzić. Podobnie jak nosić majtek z klapą na piersiach, zakładanych mu przez mamę. Ale za to może się pochwalić łyżwami na capy, czyli kołki spinające dwie części. W tajemnicy przed Marianną ślizga się na łyżwach po zamarzniętym jeziorze.
W domu dalej bieda, "jedzenia na mały moltyk"[37] (posiłek). Kiedy podczas spowiedzi ksiądz pyta małego Janka o popełnione grzechy, chłopak przyznaje się do podkradania śliwek z cudzego ogrodu, ale czy to jest grzech, przekonany nie jest. Co innego, gdy robi to ktoś, kto ma wszystkiego "galancie" (dużo), i to stale, a nie tylko "zamanuwszy" (od czasu do czasu), jak on. Mówi tak, jak wszyscy wokół niego, gwarą kujawską.
Pierwsza komunia, ok. 1948 roku
Rarytasy to kilka cukierków kupionych za grosze lub kromka chleba posypana cukrem. Gdy uda mu się uzbierać jakąś żałosną sumkę, idzie do pobliskiej knajpy o optymistycznej nazwie Słoneczko i kupuje trzy landrynki. Chodzi tam wcześnie, zanim obsiądą je hałaśliwi miłośnicy mocnych trunków, bo Słoneczko okupują głównie mężczyźni. Są tacy, którzy przesiadują tam od rana, więc siłą rzeczy Janek czyni najróżniejsze spostrzeżenia. Obserwowanie ludzi to jego kapitał, przygląda się im i wyciąga wnioski. Chętnie też przypatruje się ulicznym bójkom. Po latach podsumuje: "Wcale nie przypominały walki Dobrego, czystego, ze Złem, ociekającym nieczystościami. Nawet jeśli honor, racja moralna była po jednej ze stron, obie były straszliwie ubabrane. Zionęli nienawiścią, czuło się ich zwierzęcy strach. I fizycznie też żaden nie był pociągający. Wypierało im żyły, cuchnęli potem, łamały im się paznokcie. Tylko w westernach pojedynki prawdziwych mężczyzn wspaniale wypadają"[38].
Maślankę od początku ujmuje szczerość i prawdomówność Janka oraz jego szczególne poczucie żartu. Kumplują się, wymyślają zabawy, mają swój świat.
- Porozumiewaliśmy się własnym kodem, niezrozumiałym dla innych. Nigdy potem z nikim takiego porozumienia już nie miałem - przyznaje. - Janek był koleżeński, miły.
Ale nie zawsze. Miał też cechę, która towarzyszącym mu osobom, również w dorosłym życiu, da się we znaki, i to nieraz.
- Jeśli ktoś mu zalazł za skórę, nie odpuszczał. Odpłacał za zniewagę, ujmę na honorze, a w słownym ping-pongu zawsze wygrywał. Nie chciałbym się znaleźć na miejscu jego przeciwnika. Potrafił być okrutny. Kiedy sobie kogoś wziął na celownik i z niego zakpił, niewiele z tego człowieka zostawało.
O ile Janka ciągnie do książek, o tyle Jurka do piłki nożnej. Nie oznacza to, że Janek z chłopakami w nogę nie gra, tylko że czyta od nich znacznie więcej.
- Jednak nie to, co obowiązkowe - śmieje się Jerzy.
Książki kupują na poczcie. Te w miękkich okładkach kosztują 2 złote 40 groszy. Kupują, ponieważ w szkolnej bibliotece można znaleźć jedynie lektury. Po przeczytaniu Chłopców z placu Broni bawią się w bohaterów tej powieści. W jakimś momencie do koleżeńskiego sojuszu dopuszczają jeszcze Zbyszka Kaszubskiego i odtąd trzymają się we trzech.
Szukam wspomnień Janka o Zbyszku - zapamiętał go jako tego, który w wieku jedenastu lat urządził dla kolegów potańcówkę przy "muzyce" wyczarowywanej przez niego z grzebienia. Dziewcząt tam nie ma - chłopcy się ich wstydzą. Ale Janek w czasie tej "grzebieniowej potańcówki" ma przed oczami żółty beret koleżanki Oleńki. Pewnego razu opowie mi o nim i jego posiadaczce, a ja uznam to za fantazję...
O dwa lata starsza od Janka Hania bacznie się przygląda bratu. Kiedy trzeba, ratuje go z opresji, gdy na przykład ojczym chce go zdzielić pasem za pocięcie na kawałki szlaucha do nalewania benzyny. Dzisiaj wspomina: "Od najmłodszych lat był trochę łobuzowaty, w szkole lubił psocić, podszczypywał dziewczyny, ale nigdy, przenigdy nie wdawał się w bójki. Trochę miał pecha, bo ojcem koleżanki, którą upodobał sobie do psot, był komendant miejscowej Milicji Obywatelskiej. Jak Jasiu wkładał rękę w spodnie i przez rozporek wysuwał palec, inne dziewczynki uciekały z piskiem, ale jedna uciekała po pomoc do tatusia. Tatuś natomiast w pełnym rynsztunku natychmiast zjawiał się u mamy, i to niejeden raz"[39].
TANIEC Z ŻÓŁTYM BERETEM
Dojrzałym człowiekiem Jan się poczuł po trzynastych urodzinach: "Papieros z siana w gazecie, taniec na mniejszą odległość z żółtym beretem. Związek dobrych duchów, Chłopcy z placu Broni, "Precz z komuną!" - kredą na chodniku"[40].
W soboty między 16.00 a 18.00 chodzi do szkoły na prawdziwe potańcówki. Odbywają się one pod dyskretnym nadzorem grona pedagogicznego. Młodzież tańczy przy dźwiękach harmonii. W przerwie poczęstunek w postaci pączka albo kromki chleba z marmoladą. Dzieci są w różnym wieku, jak to po wojnie.
- Mieliśmy kolegów, którzy z siódmej klasy od razu szli do wojska - mówi Maślanka.
Czy Janek miał szkolne sympatie?
- Były w naszej szkole atrakcyjne dziewczyny - przyznaje. - Na przykład Jadzia Woźniak - ładna, wysoka, zgrabna. Nosiła modne bluzeczki z trykotu w kolorowe poprzeczne pasy. Albo Ela Mariańska - skończyła potem fizykę. Ale nie widziałem, żeby Janek w którejś był zakochany. I potem długo, długo nie było żadnej. Nawet na studiach nie pamiętam, żeby się z kimś związał. - Dziewczyny w żółtym berecie nie kojarzy.
Mnie natomiast w 2013 roku Jan Nowicki opowiada, jak ważne dla mężczyzny są pierwsze zauroczenia:
- Na nasze wybory najbardziej wpływa ten najwcześniejszy okres. To najbardziej czysty czas, najwspanialej hula wtedy wyobraźnia. Wszystko, co jest potem, jest czerpaniem z tego chłopięctwa. To decyduje później o tym, jak się gra Leara, Hamleta, jakie się pisze wiersze, powieści. I jak się kocha kobiety też. Ja byłem niesłychanie naiwny i takie było moje myślenie o miłości i kobiecie. Wiesz, jakie to były czasy? Jeden rower na całą szkołę, ani telewizji, ani radia - najwyżej radiowęzeł. Ale się kombinowało, patrzyło na zwierzęta, ptaki. I zaczęło się dziać to, co Marczewski nazwał w swoim filmie "dreszczami". Siedząc na koniu, czuło się ciepło klaczy rozpływające się po udach i czuło się, że się popełnia grzech. A to był dreszcz, emocje, zawirowanie w naturze. Jeszcze się nic nie zaczęło, a już się zaczynał mężczyzna. Nic się nie działo, a człowiek chciał się z tego spowiadać. Kiedy trzymało się dziewczynę za rękę, czuło się, że powinno się iść z nią razem i do piekła, i do nieba. [...]
Świat zawalił mi się dwa razy. Raz, gdy jako chłopiec pocałowałem dziewczynę, tak jak to robią dzieci. A potem zobaczyłem, że ta Ela na szkolnym korytarzu też tak robi z innym. Kiedy starszy kolega powiedział mi, że są ludzie, którzy się całują z językiem, prawie puściłem pawia. Drugi taki moment przeżyłem na studiach już jako młody aktor, za którym dziewczynom zdarzało się przepadać. [...] I okazało się, że dziewczyna, która mogłaby zostać moją żoną, ma innego mężczyznę.
Być może Janek nie zwierzał się koledze ze swoich zauroczeń. Być może w "żółtym berecie" nie chodziła Oleńka, tylko Ela? A może ważne były obydwie dziewczyny, tylko era Eli nastąpiła później?
"Elżbieta z Włocławka [...] A może po prostu Ela, Elka, Elżunia, Eluś? Przecież to Ty. Pierwsze wzruszenie, zdziwienie, miłość. Do dziś pamiętam, jak paliłaś papierosa. Widzę kropelki na czubku nosa. Czuję ciepło rąk. Liczę piegi zapowiadające nadejście lata. Pamiętam park nad Zgłowiączką z tym księżycem, co ziarnem poharatał nam usta. Milczące zakłopotanie, pełne niejasnych myśli o przyszłości. Małe dramaty. Wielki smutek. A także zazdrość, która już nigdy potem nie miała tak boleć. Mój wyjazd i powrót już nie ten. Wrócił inny do innej. Zrujnowany sklep, obok słup z ogłoszeniami. Pożółkłe gazety w oknach, warstwa martwych much na parapecie. To przy nim idąc do Ciebie, postanowiłem zawrócić i... zawróciłem. A razem ze mną moja miłość, której nie potrafiłem sprostać"[41].
Młode kobiety adorowane przez Janka przepadły w pamięci Jerzego Maślanki, zapisała się za to lekcja języka polskiego pod koniec podstawówki:
- Siedzieliśmy z Jankiem w jednej ławce. On coraz to zgłaszał się do omawiania zadanej książki, ale wspomagając się egzemplarzem trzymanym pod ławką na kolanach. Przeczytał kawałek i ręka w górę, a nauczyciel tymczasem wywoływał innych uczniów. W pewnym momencie nikt nie potrafił odpowiedzieć na zadane pytanie, więc prowadzący zwrócił się do Janka, a ten nie zdążył przeczytać. No i wsypa.
ŚWINKA I SASANKI
W przerwach między czytaniem książek Janek bierze udział w ulicznych - samochody to wtedy rzadkość - rozgrywkach w piłkę nożną. Akurat w Kowalu panuje epidemia choroby młodzieńczej zwanej świnką. Drużyny formują się naturalnie - ci, co już świnkę przeszli, kontra aktualnie chorujący. Odróżnić ich łatwo - jedni mają podwiązane czym się da brody aż po czubek głowy, a inni nie. Drużyna Janka na kapitana wybiera syna aptekarza, który jako jedyny ma głowę obwiązaną ręcznikiem frotté, co uchodzi w Kowalu za luksus. Ale nie ręcznik decyduje o wygranej, tylko szybkość zawodników i celne strzały. Nowicki lubi smak wygranej.
Latem na młodzież czekają jeziora, których w otoczeniu Kowala nie brakuje. Jest między innymi jezioro Krzewent, nad którym w przyszłości Jan postawi dom; jest Skrzyneckie, zwane przez miejscowych Skrzynkami, gdzie aż się roi od turystów; i jest Lubiechowskie, nad które Janek lubi chodzić z kolegami. Tam poleguje na słońcu i uczy się pływać. Woda w jeziorze jest tak czysta, że nadaje się do picia.
Sezon kąpielowy, tak mówią dorośli, zaczyna się tu 24 czerwca, gdy "robale jak na komendę przestają w wodzie gryźć"[42]. Przed zanurzeniem się w jeziorze dzieci żegnają się, jak w kościele, a potem płyną na oddaloną o trzydzieści metrów piaszczystą wysepkę. Bywa, że chłopcy łowią ryby lub na brzegu grają w karty. Zabawa nie trwa długo, bo czeka na nich praca w polu.
Kiedy rozmawiamy z Janem w grudniu 1992 roku, wędrując od restauracji do restauracji, bo w jednej przecież nudno, opowiada mi o dzieciństwie i jedynej Polsce, jaką kocha - tej z lat 50. A gdy się dziwię, że należy do wyjątków, gdyż mało kto kocha czasy mrocznego stalinizmu, tłumaczy, że nie o stalinizm mu chodzi, tylko o to, jak w tamtych czasach ludzie się kochali, jak potrafili się bawić i ze sobą rozmawiać. I jak przepełnieni wiarą w nową, sprawiedliwą rzeczywistość cieszyli się z odzyskanej wolności. Że na przyjęciach mówiono o Polsce i śpiewano patriotyczne piosenki. W każdą zaś sobotę sznury furmanek wyjeżdżały do lasu na noc, strażacy budowali tam podest do tańca, a matka Jana gotowała na kamieniach rosół.
Jan Nowicki z autorką. Salon Małgorzaty Bocheńskiej, 1997 rok
"Byliśmy głupsi, niedoinformowani, ale to wcale nie oznacza, że byliśmy mniej szczęśliwi - dopełnia kiedy indziej opowieść o krainie dzieciństwa. - Przede wszystkim to był czas [...], kiedy rosły sasanki. Całe wzgórza fioletowe od sasanek. Były konwalie - więcej niż teraz. To był czas, kiedy wchodziłem do jeziora, ryby uderzały mnie o nogi, a ja miałem na sznurku zakręconą szpilkę, nawet przynęty nie zakładałem i wybierałem sobie okonia, który podpływał. I w godzinę miałem wiadro ryb. Chyba dlatego ludzie mojego pokolenia są ciągle silni fizycznie. Jadaliśmy byle co, ale tyle, ile trzeba i okropnie zdrowo"[43].
Atrakcją dla młodych i starych jest kino objazdowe. Dzieci uwielbiają patrzeć, jak instaluje się obsługa: z rozklekotanej ciężarówki wyjmowane są metalowe pudła z taśmami, projektor, zwoje kabli i wielkie głośniki. A na końcu ktoś ustawia wiklinowy kosz wysłany drobno pociętą sieczką. "Do tego kosza wrzucaliśmy po dwa jajka - nasze "pieniądze", po czym siadaliśmy płochliwie na podłodze, bo ławki były zajęte przez tych, co mieli na to"[44], czyli stać ich było na bilet. Na ekranie królują wtedy rosyjskie filmy wojenne w rodzaju Opowieści o prawdziwym człowieku oraz komedie, jak na przykład Świniarka i pastuch czy Dygnitarz na tratwie (w 1954 roku w ZSRR 40 mln widzów!). Na deser, ale tylko dla tych, którzy ukończyli czternaście lat, można obejrzeć norweski melodramat Ditta - o dziewczynie, która wskutek złych warunków życiowych schodzi na złą drogę.
Janek od początku jest wiernym widzem.
Rozdział 3
TEATR NASZ CODZIENNY
Kiedy Maślanka i Nowicki są w szóstej klasie, szkoła organizuje wycieczkę statkiem z Włocławka do Torunia. Zwiedzili rynek, obejrzeli pomnik Kopernika i postanowili z Jankiem odłączyć się od grupy.
- Poszliśmy nad Wisłę patrzeć, jak kursują statki. Siedzieliśmy na trawie i popalaliśmy papierosy, bo Janek miał przy sobie paczkę Mocnych. Minęły dwie godziny, czas się zbierać. Idziemy na rynek, a tam żywej duszy. Zapada zmrok, trzeba się ewakuować. Poszliśmy na dworzec i pociągiem na gapę przyjechaliśmy najpierw do Aleksandrowa Kujawskiego, a potem kolejnym do Gołaszewa Kujawskiego, ostatniej stacji, do której przed Kowalem dojeżdżał pociąg. Bo w Kowalu dworca nie było. Idziemy stamtąd do domu na piechotę. Jesteśmy w połowie drogi, patrzymy, a tu idzie nauczycielka z naszą grupą. Myśmy ich wyprzedzili! Dostaliśmy potem jakieś upomnienie czy naganę - opowiada Maślanka.
Tę samą wycieczkę opisuje Janek: "Biały statek żeglugi śródlądowej z ogromnym kołem napędu, zagarniającym dzieciaki z naszej podstawówki. Wśród nich ja. Wyposażony - po bożemu - w słoiczek ze smalcem, bochenek chleba i kilka pomidorów. Bilon na drogę, pobrzękujący w zapiętej na agrafkę kieszeni krótkich spodenek. Białe podkolanówki. Wyczyszczone na glanc sandałki, łysa głowa z grzywką. Niebieski kajet w plecaczku, bo pani od polskiego kazała spisywać wrażenia. A potem gdzieś się zapętliliśmy w tym przepastnym Toruniu. Klasa odpłynęła. Strach postępujący z zapadaniem wieczoru. Wreszcie decyzja, podjęta z Jurkiem Maślanką, żeby wracać do domu kolejowymi torami.
Stacja Stawki, potem Aleksandrów Kujawski. Duchy w lesie, wilkołaki w oknach mijanych domów. Uczucie podniecającej przygody. W Aleksandrowie surowa twarz pana milicjanta, ciepła pięść nieznajomego kolejarza, z której wysypał grosze na bilety do Włocławka. Kiedy to było? Co się z tym stało? Czy tamto nie było ważniejsze od tego - co teraz?"[45] - kończy refleksyjnie.
W kolejnym roku klasa jedzie na wycieczkę do Ciechocinka z księdzem, a chłopcy znów się odłączają. Przecież nie będą przy duchownym palić papierosów. Potem wracają sami. Najpierw pieszo lasem, a dalej pociągiem. I znów dostają po upomnieniu.
Maślanka zapewnia, że Janek w szkole nigdy nie recytował wierszy ani nie występował na akademiach. Uważali obaj, że to niemęskie, tak jak i całe aktorstwo.
- Kpił sobie, "jak można takie rzeczy robić!". Nie przypuszczałem, że on kiedykolwiek się zajmie na serio tym zawodem - mówi.
Pytany o rozrywki w rodzinnym mieście Nowicki zwykł mówić o dwóch formach teatru: o pożarach i o pogrzebach. Gdy jako nastolatek podczas lekcji usłyszy dźwięk syreny strażackiej, potrafi wyskoczyć przez otwarte okno z sali na parterze, żeby pobiec do mamy i powiedzieć jej, że gdzieś się pali. Nic tak jak ogień i śmierć nie rozbudza jego wyobraźni. Pożary i pogrzebowe ceremonie to widowiska z określoną dramaturgią, nad którą czuwają reżyserzy - oficer dowodzący akcją straży pożarnej i ksiądz udzielający ostatniego sakramentu, a później uczestniczący w pochówku.
Jan Nowicki (w środku) z kolegami: Jerzym Maślanką (z lewej) i Zbyszkiem Kaszubskim, Kowal, ok. 1956 roku
Pogrzeb dodatkowo urozmaicają soliści. W Kowalu solistą zazwyczaj jest pan Piekarski, który najpiękniej w całym miasteczku potrafi przemawiać nad grobem. Ma też niewątpliwy atut - robi to niedrogo - za jedyne pół litra wódki. Solistkami szczególnej wagi są zaś świeżo upieczone wdowy, które z rozpaczy w ślad za nieboszczykiem chcą się rzucać do grobu, zamiast się cieszyć, że pozbyły się z domu pijaka lub przemocowca, który lubił im pokazać, kto rządzi. Dlatego Janek, gdy tylko nadarza się okazja, w asyście kolegów siada na płocie i czeka na ten dramatyczny moment. Wiadomo, że on nastąpi, bo przecież każda przyzwoita wdowa powinna się tak zachować. Wiadomo też, że w ostatniej chwili ktoś ją przed skokiem w ciemną czeluść powstrzyma, ale chłopcy nie tracą nadziei, że któregoś dnia spektakl dopełni się ostatecznie.
W końcu życie to teatr, "więc grajmy naszą rozpacz do końca, walmy łbem o ścianę i wyjmy do księżyca. Ale nie zapominajmy o tym, że tylko gramy jedną z ról"[46] - zauważy po latach Jan.
DUSZA CHOPINA, RĘCE RZEŹNIKA
Wybór właściwej szkoły poprzedzają rozważania natury egzystencjalnej, bo czy ma sens pójście do zwykłego ogólniaka, skoro po siódmej klasie można wybrać szkołę kształcącą w określonym kierunku i szybko się usamodzielnić. Świetnie, tylko jaki to ma być kierunek? Być może jego przyszłością jest świat czarujących dźwięków, czyli muzyka? Trzeba to sprawdzić.
Najbliższa średnia szkoła muzyczna mieści się w Inowrocławiu. Dla Janka to daleka wyprawa. Z Kowala trzeba najpierw przejechać pięć kilometrów furmanką do Nakonowa, tam wsiąść do pociągu w kierunku Włocławka, następnie przesiąść się do kolejnego, zmierzającego już do Inowrocławia. Na koniec wystarczy znaleźć właściwy przystanek tramwajowy i uważać, żeby nie pojechać w przeciwnym kierunku...
Mama wyprawia syna na egzamin w odświętnym ubraniu, pięknie ostrzyżonego. W jego świeżo wypastowanych butach można się przeglądać jak w lustrze. Na wypadek, gdyby zgłodniał, do teczki pożyczonej od wujka Paszyńskiego wkłada mu słoik smalcu, kilka papierówek, pomidory i kawałek chleba. Z taką teczką aż chce się jechać, choćby była i pusta.
Janek musi jednak porzucić marzenia o karierze pianisty. Lekcje gry pobierane u miejscowego organisty, które mama opłacała koszami jajek oraz kurami na rosół, nie na wiele się zdały, i to z przyczyn prozaicznych. Podczas wstępnej rozmowy w owej szkole zostaje skonfrontowany z brutalną rzeczywistością: nawet gdyby zdał egzamin, i tak nic dobrego by z tego nie wynikło, ponieważ po pierwsze, nie ma w domu na czym ćwiczyć, a po drugie, z powodu krótkich palców u dłoni optymalnym dla niego instrumentem jest nie pianino, lecz kontrabas...
Z perspektywy czasu, mimo wykluczenia z grona przyszłych muzyków, wyprawę uznaje za ważną. Naukę, jaką tam usłyszał, zapamiętał na całe życie: oto człowiek nie do wszystkiego się nadaje. Co nie zmieni faktu, że swoje krótkie palce uzna za przekleństwo. Dusza Chopina, ale ręce rzeźnika - podsumuje po latach z właściwą sobie autoironią.
Ręce będą go raziły szczególnie, gdy jako hrabia von Teuss włoży smoking i zamiast smukłych dłoni o długich palcach zobaczy swoje, "nadające się do łopaty".
ŚCIEŻKI KARIERY
Skoro już wiadomo, że nie zostanie pianistą, pytanie o przyszłość pozostaje otwarte. Jedno jest pewne, którąkolwiek by wybrał drogę, niebezpieczeństwo stanowi... słońce. Gdy tylko poczuje jego zew, natychmiast nań odpowiada. W czasie lekcji podnosi rękę, że niby musi wyjść do toalety i... znika. Czasem bezpowrotnie.
Po egzaminie końcowym w podstawówce Janek z Jurkiem piszą podania o przyjęcie do różnych ogólniaków i techników - mechanicznego, budowlanego, a nawet do szkoły marynarskiej w Gdyni. Następnie rozsyłają je po Polsce.
Nowicki do wszystkich wymyśla zakończenie: "Piszę z nadzieją, że moje podanie zostanie pozytywnie rozpatrzone".
- Podobało mi się, więc kończyłem tak samo - wspomina Maślanka. - W rezultacie poszedłem do ogólniaka w Kowalu, a Janek do liceum kulturalno-oświatowego w Bydgoszczy.
Jednak droga do Bydgoszczy nie jest prosta. Janka prowadzi przez siedem różnych szkół. I tak Nowicki spędza między innymi: dwa miesiące w Zasadniczej Szkole Zawodowej we Włocławku na kierunku frezerstwo, dwa tygodnie w Technikum Przemysłowo-Pedagogicznym Centralnego Urzędu Szkolenia Zawodowego, dwa dni w Radziejowie Kujawskim na kierunku ślusarstwo. W bydgoskim liceum też nie pozostanie do matury. Będzie tam trzy lata i osiem miesięcy, po czym trafi do ogólniaków w Poznaniu i Łodzi. Mało kto ma tak bogate doświadczenia.
Według siostry Hani pierwszy etap Jankowej edukacji stanowiła "samochodówka" we Włocławku[47]. Dojeżdżał do niej najpierw kilka kilometrów rowerem, a potem pociągiem. Z przedmiotami ogólnymi miał sobie radzić dobrze, ale problem stanowiły zajęcia praktyczne, największy zaś - toczenie na imadle. Wytrzymał dwa miesiące. Mama, przerażona wyplutą przez niego krwią, przyznała synowi rację: nie powinien się tak męczyć - w końcu jego ojciec umarł na gruźlicę! Nie wiedziała, że krew pochodziła z dziąsła po wyrwanym zębie, a nie z płuc.
I tak Jan zaprzepaścił ścieżkę kariery jako kierowca lub mechanik samochodowy.
Najważniejsze w edukacji z punktu widzenia dorosłego Jana okazały się licea w Bydgoszczy i Łodzi.
W Bydgoszczy duży wpływ na niego wywarł jeden z tamtejszych literatów, obdarowujący go książkami.
- Na któreś zimowe ferie Janek przywiózł ich do Kowala cały stos. Przezornie przewiązał książki paskiem od spodni, żeby się w podróży nie pogubiły. - Już wtedy bywał krytyczny i chłodno się wypowiadał o pozycjach budzących powszechny aplauz - zauważa Jerzy.
UTONĄĆ POD KOŁDRĄ
W niedziele chodzi z rodziną do kościoła. Docenia te podniosłe momenty, bo dzięki nim niedzielny obiad z deserem, którym jest zazwyczaj upieczone przez mamę ciasto, ma wyjątkowy smak. Poza tym w kościele, jak na cmentarzu, można spotkać cały Kowal. Bywa tam też wspomniana Oleńka (w przyszłości nazwie tak jedną z bohaterek powieści Białe walce) w żółtym berecie.
Dziewczyna zjawiła się w jego podstawówce bodaj w szóstej klasie, Jan dokładnie tego nie pamięta. Na szkolnych potańcówkach nieśmiało próbuje dotrzymywać jej kroku, ale na tym romantyczna relacja się kończy, bo on już spaceruje z Alą. Trasa, którą wolno przemierzają, liczy około dwóch kilometrów, przy czym żadne z nich nie chce zmieniać tempa na szybsze. Wszak liczy się każda minuta. Najgorzej, gdy w czasie spaceru rozmarzonemu kawalerowi da o sobie znać fizjologia - tego Janek obawia się najbardziej. Bo jak tu takie sprawy załatwiać przy damie?
Już wie, że do dobrych manier należy fundowanie dziewczynie lemoniady, a także podarowanie kwiatka, choćby zerwanego na łące.
Inicjację przeżywa jako szesnasto-, siedemnastolatek, aczkolwiek seks dla dzieci z jego otoczenia nie jest tajemnicą. Mają bliski kontakt z naturą, obserwują zwierzęta, nierzadko też z powodu ciasnoty w rodzinnych domach są świadkami fizycznej miłości swoich rodziców.
"Chciałem Ci, Dziecko, przypomnieć, że jesteś o prawie jedenaście lat młodszy ode mnie, Mistrzu! W tym wieku na naszych Kujawach, z braku innych rozrywek, w latach 60. płodziło się już dzieci"[48] - pisze Nowicki do Marka Kondrata, aktora i winiarza, z którym koresponduje w ostatnim okresie swojego życia.
Kiedy dojrzeje do miłości fizycznej, równie ważne jest dla niego uczucie. "Pokochałem pierwszą kobietę. Fizycznie, a także sercem. Moim jedynym marzeniem było utonąć z nią na wieki pod kołdrą. Podporządkowałbym temu wszystko. Po co mi w ogóle jakieś szkoły, do czego? Świat to była ona: jej piersi, jej usta. Paliła sporty, to i ja paliłem. Poprawiała włosy, to i ja tak poprawiałem. Świat erotyczny, który mnie wciągnął bez reszty, był czymś zdumiewającym! Gdzie mi się tam uczyć? Matka nie wiedziała, co ze mną zrobić. Zresztą wtedy, gdy się zakochałem, w gruncie rzeczy osiągnąłem już więcej, niż powinienem: miałem małą maturę, byłem w ostatniej klasie"[49].
Ukochana ma na imię tak samo jak dziewczyna z Włocławka - Elżbieta. Prawdopodobnie to o niej "z kędziorami krótkich włosów, z nosem garbatym jak u Chopina" pod koniec życia napisze: "Pierwsza miłość, paląca papierosy sztachem aż do pięt. Starsza ode mnie i z nas wszystkich najbardziej odważna. Jakaś namiętna gmatwanina ust nad Brdą, gdy trzaska kłujący mróz, o którym można dziś zaledwie poczytać. W krzakach pocałunki do krwi, którą przed kumplami wytłumaczyłem tym, że jakiś gnój potraktował mnie pięścią w zęby. Z czego chwilowy splendor"[50].
Dalsze wydarzenia mają dramatyczny przebieg. Pewnego dnia Janek przywozi dziewczynę do Kowala i oświadcza mamie, że chce się z nią ożenić. Marianna jest przerażona: w domu brakuje pieniędzy, a tu miałaby przybyć jeszcze jedna osoba do utrzymania? Poza tym syn jest za młody do żeniaczki, ma wracać do szkoły bez gadania. Tak też się dzieje, aż któregoś dnia jego siostra się dowiaduje, że chłopak od ponad tygodnia nie pojawia się na lekcjach. W tajemnicy przed mamą jedzie do Bydgoszczy, a tam słyszy, że oboje z dziewczyną rozpłynęli się bez śladu. W konsekwencji zakochani zostają rozdzieleni, a Janek przeniesiony, zdaniem Jerzego Maślanki dyscyplinarnie, do liceum w odległym Poznaniu.
Ale tę "pierwszą miłość" (później się okaże, że owych "pierwszych" jest więcej) Jan będzie długo wspominał: "Bardzo niezwykła erotycznie, trwało to cztery lata. [...] To nawet nie chodziło o małżeństwo z nią, po prostu chciałem się ożenić, żeby wreszcie legalnie wejść pod kołdrę i przed nikim się już, cholera, z tego nie rozliczać"[51].
Inna "pierwsza miłość", do której przyzna się wiele lat później, to S. z czasów studenckich.
Kiedyś była zachwycająca, ale z czasem czar przeminie, a on niczym barokowy poeta, wielbiący kontrasty, napisze: "Chabrowe oczy, długie włosy koloru dojrzałego jęczmienia, nieśmiały uśmiech, który chwilami odsłaniał biel zębów, pełne piersi, no i te... nogi! Nie tylko pięknie opalone, nie tylko długie, lecz także stąpające twardo po ziemi. Kiedyś, w noc letnich tańców, jedna z tych nóżek, niby przypadkiem, kopnęła mnie prosto w serce. Druga zaś, w tę samą noc, świadomie połaskotała goleń pewnego prymusa z ostatniego roku architektury... Kop bolał jakiś czas, ale teraz patrząc na złotą jubilatkę, widzę, że per saldo wyszedł mi on na dobre" - zaznacza i kreśli aktualny opis byłej wybranki serca: "Rozwodnione wódą ślepka, rzadkie włosy koloru botwinki, rozciągnięte w uśmiechu, ale zaciśnięte wargi, rozpaczliwie kamuflujące kłopoty z uzębieniem, obwisłe piersi, no i te... nogi! Nie tylko monstrualnie grube, ale także potykające się o siebie na trawniku"[52]. Ukochana, i to bez charakteryzacji, wygrałaby w cuglach casting do horroru.
Krakowscy znajomi mówią o jeszcze innej "pierwszej" miłości Jana - młodziutkiej aktorce, w której był on do tego stopnia zakochany, że gdy musiał wyjechać z Krakowa do pracy, poprosił jednego z przyjaciół o opiekę nad dziewczyną. Spotkał go podwójny zawód - zdradzili oboje.
Po latach ślad po pierwszej miłości i marzeniu o utonięciu pod kołdrą z tą jedną jedyną pozostał już tylko na papierze. Pytany wielokrotnie o marzenia, powtarza, że to nonsens - on przecież nigdy o niczym nie marzył...
POLOWANIE NA WILKI
Dyscyplinarne przeniesienie Jana z Bydgoszczy do liceum w Poznaniu z powodu miłosnych perypetii nie okazało się pedagogicznym sukcesem i tuż przed maturą Jan wylądował w kolejnym ogólniaku, tym razem ostatnim, w Łodzi.
Tam też w bursie przy ulicy Ciesielskiej składa wizytę przyjacielowi Maślanka. Rozmawiają o przyszłości. Janek się zastanawia, co będzie robił, jak zarabiał na chleb...
We wspomnieniach Nowickiego z tego okresu wybija się jednak nie troska o przyszłość, lecz koledzy i wino, a dokładniej jego "wiodące" marki Tur i Gryf: "Mocne i jak na tamte kieszenie bardzo drogie. Toteż turem uwalaliśmy się raz w miesiącu. Po odebraniu stypendium. [...] W internacie pod siódemką pokój uzbrojony w dwa piętrowe łóżka. Po przemyceniu w kontrabasie paru butelek tura zasiedliśmy tu do konsumpcji w musztardówkach, zagryzaliśmy salcesonem przywiezionym ze wsi przez Stasia - ucznia liceum muzycznego. Oprócz niego jeszcze Zdziś, Jasiu Zazula i ja"[53]. Przebieg biesiady jest do przewidzenia, a tym bardziej jej ciężki finał...
- Mnie zawsze niosła fala - powie mi Jan w 2013 roku. - Wyjechałem z Kowala, mając trzynaście lat, i już nigdy tam nie wróciłem. Rzucała mną fala - po miastach, liceach, kopalniach, szkołach teatralnych, teatrach, filharmoniach, do których wtedy chodziłem, i po kobietach. Nigdy tą falą nie kierowałem. Jak ktoś mnie pytał czy pyta: "Jakie pan ma plany?", wk... mnie to nieprawdopodobnie, bo nie mam żadnych planów. Niczego nie zamierzam. W sumie odwiedziłem łącznie siedem różnych szkół średnich, z każdej szybko rezygnowałem, bo mi się nudziło.
Edukacyjną nudę urozmaica tym, co mu dyktuje fantazja. Tuż przed maturą namawia swoją klasę na założenie hodowli kaczek, a jakby tego było mało - na wzięcie udziału w polowaniu na wilki w Kamienicy Elbląskiej. Przygoda niezła, a przy okazji interes, bo każda para wilczych uszu oznacza nie najgorsze pieniądze, wypłacane przez państwo za walkę ze "szkodnikami" - za dziesięć par można już kupić motocykl. Janek jest przekonany, że wilków w okolicy nie brakuje, chociaż nagłówek w gazecie Wilk nad zalewem, który tak rozbudził jego wyobraźnię, wskazuje na pojedynczego osobnika, a nie na watahę. Nowicki przywódcą okazuje się dobrym, gdyż wycieczka dochodzi do skutku, choć tylko dla jednego uczestnika, który zresztą w owej Kamienicy mieszka i w domu ma wolne łóżko, gdyż jego ojciec akurat siedzi za kratkami. Entuzjastów łatwego zarobku spotka jednak rozczarowanie. Wilkiem, o którym na pierwszej stronie donosiła prasa, okaże się pogłębiarka na zalewie.
Po fiasku wyprawy Janek wraca do Kowala. Szkołę odpuszcza, nie będzie wracał tam, gdzie poniósł porażkę. Na szczęście wcześniej zdążył sobie zjednać sympatię dyrektorki, Zofii Pietrzakówny, która doceniając fantazję młodego człowieka, zamiast z wilczym biletem wyrzucić go z placówki, załatwia mu przeniesienie do kolejnego liceum. Edukację ma dokończyć w Rokitnicy, ale z powodu braku miejsc ostatecznie ląduje w Łodzi.
[...]