Odsłona 1DZIECIŃSTWO I WCZESNA MŁODOŚĆ
Nasz bohater pojawił się na świecie 10 sierpnia 1296 roku. O jego pierwszych latach życia wiemy niewiele, ale jest to sytuacja dość typowa dla średniowiecza. Zachowana dokumentacja dotyczy przecież zazwyczaj ludzi dorosłych, którzy mieli istotny wpływ na bieg wydarzeń, o dzieciach nie można z reguły tego powiedzieć, nawet o dzieciach rodów panujących. Poza tym trudno doprawdy było przewidzieć, że owo niemowlę płci męskiej zrobi później tak zawrotną karierę w ówczesnym świecie.
Zamek Luksemburg, gdzie narodził się Jan, stanowił centrum hrabstwa, które miało już dość długą historię, ale dopiero od niedawna życie uległo tam znacznemu przyspieszeniu. Początków doszukują się historycy w X wieku, gdy uznawany za założyciela rodu Zygfryd, pochodzący z tak zwanej rodziny ardeńskiej wywodzącej swe korzenie od Karolingów, podpisał umowę o wymianie ziem z opactwem benedyktyńskim św. Maksymina w Trewirze. W zamian za ziemie usytuowane w Feulen koło Echternach otrzymał zamek zbudowany na skalistym cyplu nad rzeką Alzette. Tak powstał Luksemburg, który nazywał się wówczas Lucilinburhuc, co w wolnym tłumaczeniu oznacza "mały zamek". Te początki są na poły legendarne, jak to zazwyczaj się dzieje w odniesieniu do praojców czy protoplastów dynastii europejskich (zresztą nie tylko europejskich), a w przypadku Luksemburga dochodzi jeszcze postać, która stała się jedną z najpopularniejszych w literaturze i folklorze europejskim, a mianowicie Meluzyna. Ta mityczna wróżka morska, która w połowie posiadała ciało węża albo smoka, uchodzi za pramatkę owego Zygfryda, a zarazem dynastii Luksemburgów, a jako dobra wróżka czuwa nad bezpieczeństwem i pomyślnością kraju.
Zygfryd pozostawił zamek luksemburski z przyległościami najmłodszemu synowi, Fryderykowi. Męska linia rodu wygasła w 1136 roku na Konradzie II, całe zaś terytorium przejęli hrabiowie z Namur, hrabstwa położonego na północny wschód od Luksemburga. Ostatni męski potomek rodu z Namur, Henryk I zwany Ślepym, nie miał synów i zostawił po sobie tylko córkę Ermezyndę urodzoną w 1186 roku. Chcąc zabezpieczyć losy kraju, zaręczył ją już jako dwulatkę z hrabią Szampanii, ale te plany małżeńskie nie zostały zrealizowane. Ermezynda okazała się osóbką bardzo przedsiębiorczą i po śmierci ojca wyszła za mąż za hrabiego Baru Tybalda. Po śmierci małżonka w 1214 roku odziedziczyła po nim hrabstwo Baru. Nie cieszyła się wszakże długo wdowieństwem i jeszcze w tym samym roku wydała się za księcia Limburgii i margrabiego Arlon Walrama III. Poszerzenie terytorium Luksemburga było dość znaczne, a co istotne, nowo przyłączone ziemie - w odróżnieniu od rdzennego Luksemburga, lesistego i niezbyt urodzajnego - znacznie lepiej nadawały się do upraw rolnych. Wśród nabytków znalazły się między innymi Laroche, Durbuy, Thionville, Falkenstein, Bitburg, Ligny i Dahl. Nie mniej istotne było nawiązanie stosunków lennych z feudałami z Lambach, Bissen, Schönberg, Chiny, Ligny, Junglistern, Burscheid, Septfontaines, Salm czy Boland. Długie rządy Ermezyndy - zmarła w 1247 roku - to okres bardzo pomyślny dla dziejów Luksemburga, nabytkom terytorialnym towarzyszył rozwój miast i handlu, zakładanie nowych klasztorów, w sumie pozostawiła po sobie zwarte państwo, dając mu podstawy pod przyszły rozwój.
Trudne chwile przeżywał Luksemburg w okresie wojny o sukcesję limburską w latach osiemdziesiątych XIII wieku. Przyczyną był spór o dziedzictwo po jedynej córce ostatniego księcia Limburgii Walrama V, Irmgardzie. Po śmierci ojca Irmgarda podarowała całą Limburgię swemu mężowi Reinaldowi von Geldernowi. Panowanie nad tymi terenami dawało Reinaldowi tytuł księcia całej Dolnej Lotaryngii, co potwierdził król niemiecki Rudolf I Habsburg w 1282 roku. Irmgarda zmarła w 1283 roku, a ponieważ małżeństwo nie miało potomstwa, powstały spory o dziedziczenie, gdyż prawo dynastyczne nie gwarantowało sukcesji krewnym w linii żeńskiej. Wśród pretendentów do tronu pojawił się między innymi bratanek zmarłego Walrama V Adolf V von Berg, Reinald von Geldern zaś zyskał poparcie dziadka naszego bohatera, Henryka III Luksemburskiego, jego brata Walrama de Ligny, jego kuzyna Walrama von Valkenburga, Walrama von Jülicha i kilku innych możnowładców. Początkowo negocjacje przebiegały spokojnie i wydawało się, że następcę tronu Limburgii uda się wyłonić w drodze porozumienia. Sytuacja zmieniła się radykalnie, gdy do akcji wkroczył książę Jan I Brabancki, który pragnął objąć władzę nad całą Dolną Lotaryngią, przyłączając do niej Limburgię. W 1283 roku wypowiedział wojnę Reinaldowi. Przez następne pięć lat dochodziło do drobnych potyczek, które doprowadziły do całkowitego spustoszenia Limburgii, ale decydująca próba sił nastąpiła w 1288 roku pod Worringen koło Kolonii.
Była to duża i krwawa bitwa. Przeciwko Janowi I Brabanckiemu wystąpił dziad Jana Luksemburskiego, Henryk III. W koalicji zmontowanej, aby zapobiec roszczeniom Jana Brabanckiego, znalazł się również arcybiskup Kolonii Zygfryd von Westerburg, który obawiał się o utratę swych wpływów w Dolnej Nadrenii, a także między innymi limburski ród rycerski Skavedriesch, Reinald von Geldern i Walram von Valkenburg. W maju 1288 roku Henryk III Luksemburski skierował swe wojska w stronę Kolonii. W końcu maja spotkał się z Reinaldem von Geldernem i jego sprzymierzeńcami w Valkenburgu i tam Reinald odsprzedał prawa do księstwa Geldrii za 40 000 denarów brabanckich dziadowi Jana Luksemburskiego i jego bratu Walramowi. Zirytowany tymi uzgodnieniami Jan I Brabancki wyruszył w kierunku Valkenburga, a potem Kolonii. Książę brabancki planował między innymi zburzenie zamku w Worringen należącego do wrogiego mu arcybiskupa Zygfryda von Westerburga. Właśnie pod Worringen odbyła się 5 czerwca bitwa. Najbardziej nas interesujące siły luksemburskie zajęły pozycje naprzeciw Brabantczyków. Była to środkowa część frontu i tam właśnie wybuchła niezwykle gwałtowna walka. W jej efekcie zginęła duża część przywódców dynastii Luksemburgów, w tym sam dziad Jana Luksemburskiego Henryk III, jego brat Walram, synowie Baldwin i Henryk, Henryk von Houffalize i kilku innych krewnych. Zmagania trwały do godziny siedemnastej i zakończyły się zdecydowanym triumfem armii księcia brabanckiego. Ocenia się, że w bitwie starło się około 10 000 walczących, chociaż pamiętać należy, że wszelkie obliczenia i statystyki dotyczące bitew średniowiecznych są zawsze mocno przybliżone, a autorzy podają bardzo rozbieżne szacunki, często związane z orientacją polityczną czy narodową, jaką reprezentowali. Dominowali pod Worringen wojownicy konni, ale udział piechoty był dość znaczny po obu stronach. Na polu bitwy padło około 1100 walczących, a dalszych 700 zmarło później w wyniku ran. W Kolonii naliczono po walce 700 wdów. Jako ciekawostkę warto odnotować istotny wpływ piechoty chłopskiej, która w znacznym stopniu przesądziła o losach konfrontacji. Chłopi zdobyli wóz flagowy arcybiskupa kolońskiego, co spowodowało ostateczne złamanie oporu jego wojsk. Obserwatorzy charakteryzują ich postawę jednak jako bardzo chaotyczną. Atakowali podobno wszystkich rycerzy, którzy im stanęli na drodze, nie patrząc, czy reprezentują oni wroga, czy sojusznika, stąd wielu rycerzy wolało dać się wziąć do niewoli rycerstwu wroga, niż narażać się na śmierć z ręki rozjuszonych chłopów. Można się tu domyślać także uzewnętrznienia na placu boju jakichś konfliktów społecznych i nienawiści biednych wobec bogatych, ale atakowanie przez piechotę chłopską wojowników konnych bez oglądania się na to, czy walczą ze swoimi, czy z obcymi, wynikało również z pewnością ze słabej orientacji w zgiełku bitewnym. Z jednej strony mamy brak znajomości znaków rozpoznawczych, jakimi były dla zakutych w zbroje rycerzy herby, z drugiej - konieczność szybkiego ataku czy obrony nie pozostawiała czasu na zastanawianie się nad przynależnością przeciwnika.
Konsekwencje tej ważnej bitwy były wielorakie. Wojowniczy arcybiskup Zygfryd von Westerburg został jeńcem hrabiego Adolfa V von Berga i przez prawie rok przebywał w niewoli. Po wyjściu na wolność musiał zapłacić 12 000 marek zwycięzcom i zrzec się praw do spornych ziem. Kilka zamków, w tym Worringen, miało zostać rozebranych. Książę brabancki otrzymał 1 września 1292 roku księstwo Limburgii od nowo mianowanego króla rzymsko-niemieckiego Adolfa von Nassau, a w herbie brabanckim wkrótce znalazł się lew limburski. Śmierć czołowych przedstawicieli rodu Luksemburgów pod Worringen nie doprowadziła jednak do jakiegoś głębszego załamania kraju. Władzę przejął najstarszy żyjący syn Henryka III, Henryk IV, późniejszy cesarz, który w chwili śmierci ojca miał około 13 lat. W jego imieniu krajem zarządzała matka Beatrycze Brabancka. Przyszły cesarz miał jeszcze dwóch braci, Walrama oraz Baldwina, przy czym ten ostatni, najmłodszy, zrobi niebawem błyskotliwą i szybką karierę, zostając (po studiach w Paryżu) w wieku 22 lat arcybiskupem Trewiru, na który to urząd wybrała go trewirska kapituła. Było to niezwykle prestiżowe stanowisko, gdyż arcybiskup Trewiru wchodził w skład kolegium siedmiu elektorów, którzy wybierali królów niemieckich i cesarzy rzymskich. Przypomnijmy, że oprócz czterech świeckich dostojników znajdowało się tam trzech arcybiskupów: Moguncji, Kolonii i Trewiru.
Już cztery lata po bitwie pod Worringen - dość nieoczekiwanie - doszło do zawarcia porozumienia pomiędzy Brabancją i Luksemburgiem, co w znacznym stopniu stało się za sprawą starań króla Francji Filipa IV Pięknego. Mąż zmarłej w 1283 roku hrabianki limburskiej Irmgardy, Reinald von Geldern, zrzekł się pretensji do Limburgii i skłonił zwycięzcę spod Worringen, Jana I Brabanckiego, do pogodzenia się z Luksemburgami. Trudno było wszakże wcześniej oczekiwać, że porozumienie to zostanie przypieczętowane przez małżeństwo córki Jana I Brabanckiego, Małgorzaty, z Henrykiem IV Luksemburskim. Tak oto śmiertelny wróg ojca Henryka IV zabitego pod Worringen, książę brabancki, został teściem jego najstarszego syna. Ponieważ takim skomplikowanym sprawom towarzyszyły często pewne zachowania rytualne, tutaj też przypuszczalnie doszło do swoistego symbolicznego odkupienia śmierci Henryka III i przelanej pod Worringen krwi. Oto Wauthier de Bisdome, rycerz, który miał w tej bitwie zadać dziadowi Jana Luksemburskiego śmiertelną ranę, pojawił się także na uroczystym ślubie młodej pary 9 czerwca 1292 roku w Tervuren. Wstępujący w związek małżeński Henryk IV podał Wauthierowi wspaniałomyślnie rękę na znak przebaczenia i zgody, odnosząc ten gest za pośrednictwem rycerza do księcia Brabancji, w którego służbach Wauthier wojował. Spektakl ten musiał zrobić spore wrażenie, a stanu ducha młodziutkiego pana młodego ściskającego dłoń mordercy swego ojca możemy się tylko domyślać. Być może potraktował to jako pragmatyczny gest czysto polityczny. Niezależnie od strony emocjonalnej, z pewnością przyniósł on w przyszłości spore profity zarówno dynastii luksemburskiej, jak i samemu krajowi. Skądinąd małżeństwo ojca Jana Luksemburskiego Henryka IV z Małgorzatą Brabancką okazało się bardzo szczęśliwe. Równolatkowie (być może Małgorzata była o rok młodsza) doczekali się syna i dwóch córek. Syn to oczywiście bohater tej książki Jan Luksemburski i on naturalnie przyciągał główną uwagę dworu jako pierworodny następca tronu. Jego młodsze siostry wszakże również zrobiły piękne kariery międzynarodowe i zajęły na europejskiej scenie politycznej ważne miejsca. Maria, urodzona w 1304 roku, została drugą żoną króla Francji Karola IV Pięknego, a młodsza od niej o rok Beatrycze wyszła za przedstawiciela dynastii Andegawenów, króla Węgier Karola Roberta. Z kolei Małgorzata Brabancka towarzyszyła mężowi w jego sukcesach, gdy w 1308 roku Henryk został wybrany na króla Niemiec. Małżonkę wraz z nim ukoronowano na królową. Wzięła z mężem udział w wyprawie do Italii w 1310 roku po koronę cesarską. Podczas oblężenia Brescii źle się poczuła (być może wskutek zarazy) i zmarła kilka miesięcy później w Genui. Tam też została pochowana w kościele św. Franciszka. Małżonek, który od 1312 roku nosił godność cesarską, w 1313 roku zlecił sławnemu rzeźbiarzowi i architektowi Giovanniemu Pisano wykonanie w Genui nagrobka Małgorzaty. Ten gotycki monument uważany jest za ostatnie wielkie dzieło artysty.
Porozumienie pomiędzy Luksemburgiem a Brabancją było efektem - jak wspomnieliśmy - działań króla Francji Filipa IV Pięknego. W tym okresie zaczyna się ściślejsze współdziałanie elity władzy Luksemburga z dworem francuskim. Małgorzata Brabancka była zresztą bratanicą króla Francji, więc małżeństwo Henryka IV siłą rzeczy wprowadziło go do sfery bliższych kontaktów z Francją. Dla niewielkiego Luksemburga była to z pewnością wielka szansa, by wypłynąć na szersze wody w polityce europejskiej. Państewko położone na pograniczu wpływów niemieckich i francuskich teraz zaczynało się wyraźnie opowiadać po stronie Francji. Naturalnie zachęty dynastów francuskich skierowane w stronę małego sąsiada nie były bezinteresowne. Francja przełomu XIII i XIV wieku, gdy na tronie zasiadał Filip IV Piękny, była państwem o wielkich ambicjach i dlatego nawet tak skromny na pierwszy rzut oka sojusznik mógł okazać się cenny. Rywalizacja z papiestwem, która doprowadziła do przeniesienia stolicy Państwa Kościelnego do Awinionu, dążenia do przeniknięcia jak najdalej w głąb Rzeszy, narastające spory z Anglią, które w niedalekiej perspektywie doprowadzą do wojny stuletniej, to wszystko wymagało stworzenia koalicji o jak najszerszym składzie. Ten skomplikowany układ powiązań i interesów politycznych w Europie miał doprowadzić do niezwykłej kariery Luksemburgów, którzy w szybkim tempie wyrośli na jedną z najwspanialszych dynastii na kontynencie.
Siostra księcia Jana I Brabanckiego, królowa wdowa Maria, zachęcona do działania przez brata, była jednym z inicjatorów małżeństwa Henryka IV z Małgorzatą Brabancką. Zanim do tego doszło, zaproponowano młodemu Henrykowi, by przybył na dwór francuski na wychowanie. Oferta została przyjęta z ochotą, a młody następca tronu Luksemburga otrzymywał za swe służby na dworze w Paryżu wynagrodzenie. Ta hojność władców Francji wobec dynastii Luksemburgów miała w późniejszym czasie dalszy ciąg; wielokrotnie - o czym jeszcze będzie mowa - z tej szczodrości korzystać będzie Jan Luksemburski. Oczywiście zawsze wiązały się z tym pewne zobowiązania. Wierność Francji doprowadzi Jana na pole bitwy pod Crécy, gdzie zginie, a młodziutki Henryk IV musiał zagwarantować, że wesprze Francję w ewentualnym konflikcie z Anglią.
Narodziny Jana Luksemburskiego 10 sierpnia 1296 roku stanowiły wydarzenie wielkiej wagi i z jego osobą wiązano ogromne nadzieje. Te niezwykłe oczekiwania - był wszak synem przyszłego cesarza, a także przyszłym królem Czech - towarzyszyły mu właściwie przez całe życie, a w każdym razie przez jego znaczną część. W tym właśnie niektórzy historycy upatrywali wielu niekonsekwencji czy wręcz sprzeczności w jego postępowaniu. Być może były to sprzeczności pozorne, a wynikały z frustracji i niemożności zrealizowania wielu planów i ambicji, syn cesarski zaś jak nikt inny miał do nich pełne prawo!
Pierwsze kontrowersje wynikły przy nadaniu niemowlęciu imienia, ojciec obstawał podobno przy kontynuacji tradycji rodowej i chciał, by syn pierworodny Henryka IV nazywał się Henryk V. Matka, Małgorzata Brabancka, przeforsowała jednak swoją propozycję i chłopczyk otrzymał imię Jan, na pamiątkę jej ojca, Jana I Brabanckiego. To matka okazywała dziecku niezwykle wiele troski, dbała o jego wychowanie, a swój udział w życiu chłopca miała też jego babka, dumna, wyniosła i inteligentna Beatrycze z Avesnes. W osobie Jana połączyły się niejako trzy główne gałęzie rodu Luksemburgów: luksembursko-limburska, z której pochodził jego ojciec Henryk IV, brabancko-luksemburska reprezentowana przez jego matkę Małgorzatę Brabancką i - last but not least - ta gałąź, którą dopiero Jan miał założyć jako pierwszy władca Luksemburgów czesko-morawskich. Oczywiście największą sławę zdobyli ci ostatni, zwłaszcza za sprawą samego Jana, ale także jego syna Karola IV Luksemburskiego, przyszłego cesarza. Wracając do podniesionego wyżej wątku frustracji Jana Luksemburskiego, to nie należało do sytuacji zwyczajnych bycie synem cesarza, a następnie ojcem kolejnego Luksemburga, który osiągnął najwyższą świecką godność w świecie chrześcijańskim - cesarską. Koronacji cesarskiej swego syna Karola IV w Rzymie Jan już nie doczekał, ale był z pewnością głównym sprawcą jego wyboru na króla rzymskiego.
O wychowaniu arystokracji i przedstawicieli rodów panujących w owych czasach mówi się często, używając pojęcia "dworskie". Takie też było z pewnością wychowanie małego Jana, aczkolwiek - o czym wspominaliśmy - zbyt wielu szczegółów z tym związanych nie znamy. Podobnie jak jego ojciec, a także stryjowie Baldwin i Walram, mały Jan wylądował w Paryżu na dworze królewskim. Był to najprawdopodobniej 1305 rok. Trzeba powiedzieć, że dwór Filipa IV, władcy europejskiego formatu, dawał wielkie możliwości młodemu przybyszowi. Przypomnieć się godzi, że jest to okres, gdy Francja awansuje do kręgu potęg międzynarodowych, a organizacja państwa przez Filipa IV odbiegała dość znacznie od tego, co było wcześniej. Jak pisze świetny znawca dziejów Francji Georges Duby, "[...] wśród pomocników monarchii, zaciekłych w znajdowaniu środków na prowadzenie polityki na wielką skalę, powstała w ostatniej ćwierci wieku XIII inna koncepcja królewskiej powagi. Jej propagatorami byli zwłaszcza urzędnicy przybyli z nowych domen langwedockich, "legiści", kształceni w prawie rzymskim w szkołach Bolonii i Montpellier; stworzyli oni doktrynę władzy królewskiej całkowicie przeciwstawną pojęciom, jakie wykształciła feudalna struktura władzy publicznej. Dla nich król Francji jest "cesarzem w swoim królestwie", co oznacza najpierw, że jest niezależny od wszelkiej innej władzy, odpowiedzialny tylko przed Bogiem. Niezależny od cesarza - ale Cesarstwo od śmierci Fryderyka Barbarossy jest już niczym na Zachodzie. Niezależny także od papieża, i wtedy właśnie królestwo wyzwala się - i to gwałtownie: wiemy, jak zacięty był zatarg Filipa Pięknego z Bonifacym VIII - spod papieskiej kurateli, właśnie wtedy Kościół Francji zaczyna uświadamiać sobie, że stanowi jednolite ciało związane o wiele ściślej z królem niż ze Stolicą Apostolską. Kto mówi o "imperium" króla, ten zarazem stwierdza wyraźnie, że przysługuje mu, nad wszystkimi poddanymi, władza suwerenna, której się nikomu nie wolno przeciwstawić. Jest to wskrzeszenie pojęcia obrazy majestatu, a zarazem ostateczne wydobycie potęgi królewskiej z jej otoczki feudalnej". Takie poglądy spotykamy w wielu tekstach z owych czasów. W Rex Pacificus z 1302 roku przeczytamy: "Papież nie jest najwyższym panem w sprawach doczesnych królestw, które nie są poddane Cesarstwu Rzymskiemu. Takoż i królestwo francuskie nie jest poddane Cesarstwu, wprost przeciwnie, ma - i od niepamiętnych czasów miało - ustalone granice dzielące je od Cesarstwa Rzymskiego. Tak więc papież nie jest panem królestwa francuskiego ani władzą zwierzchnią w sprawach doczesnych, ale jedynie w sprawach duchowych, jak wszędzie na tej ziemi [...].
Przez ponad sto lat królowie Francji cieszyli się nienaruszonym prawem do posiadania jedynie Boga za zwierzchnika w sprawach doczesnych, nie uznawali więc nad sobą żadnego innego władcy, ani imperatora, ani papieża. Z tego też wynika, że posiadając je tak długo i nieprzerwanie, zyskali sobie przywilej sprawowania całkowitej władzy we własnym królestwie". W podobnym duchu wypowiadał się profesor Sorbony Jan z Paryża w dziele De Potestate regia et papali z 1302 roku: "Nie jest konieczne, aby wszyscy wierni zjednoczeni byli w powszechnej wspólnocie, ale odpowiednio do różnorodności klimatów, języków i warunków społecznych mogą być różne sposoby życia i różne postanowienia i to, co jest dobre dla jednego ludu, nie musi być takie dla innego".
Oczywiście na dworze funkcjonowali nie tylko administracja i urzędnicy. Dwór był także miejscem, gdzie działo się wiele ciekawego: odbywały się uroczystości dworskie, ceremonie, turnieje rycerskie, przyjmowano zagranicznych posłów, zbierały się sądy. Zresztą sam Paryż jako miasto przeżywał w czasach panowania Filipa IV wielki rozwój. Co prawda już co najmniej o stulecie wcześniej, niż władca ten objął rządy, Paryż stał się głównym centrum europejskim na północ od Alp, ale dopiero ten monarcha uczynił to miasto niekwestionowaną stolicą Francji. Wznoszono wiele budowli lub adaptowano już istniejące, planowano także gruntowną przebudowę centrum. To wszystko musiał obserwować mały Jan i wiele z tych obserwacji zostało mu w pamięci na całe życie. Przede wszystkim została mu sympatia, a nawet więcej, przywiązanie do monarchów francuskich, miłość do Francji zaś jest wątkiem, który przewija się - z różną intensywnością - przez całe jego burzliwe życie. Jan musiał także być świadkiem różnych działań i zabiegów politycznych i dyplomatycznych, których na wielkim dworze Filipa IV nie brakowało. Można się zastanawiać, w jakim stopniu działania legistów stały się wzorem dla jego późniejszej aktywności; w każdym razie talenty dyplomatyczne Jana Luksemburskiego doceniane były w całej Europie, czego liczne przykłady poznamy w trakcie dalszego wywodu.
Jan dzielił dzieciństwo i okres dorastania nie tylko ze stryjami Walramem i Baldwinem, lecz także z przebywającymi na dworze francuskim przyszłymi władcami tego kraju, Karolem IV Pięknym i Filipem VI Walezjuszem. Ta przyjaźń z dzieciństwa była później kontynuowana, na przykład Jan Luksemburski wziął udział w koronacji Karola IV Pięknego na króla Francji 21 lutego 1322 roku w Reims. Wtedy chyba uzgodniono pewne koligacje dynastyczne pomiędzy Kapetyngami i Luksemburgami, gdyż jeszcze w tym samym roku nowy król Francji wstąpił w związek małżeński z siostrą Jana, Marią. Była to druga żona Karola IV Pięknego; pierwsza, Blanka Burgundzka, została oddalona z dworu pod zarzutem zdrady. Z kolei kontakty z Filipem VI Walezjuszem, który zasiadał na tronie francuskim w latach 1328-1350, trwały przez wiele lat, a najmocniejszym sprawdzianem tej przyjaźni była pomoc króla czeskiego w bitwie Francuzów z Anglikami pod Crécy, gdzie - o czym będzie jeszcze szerzej mowa - złożył on ofiarę krwi. Innym prawdopodobnym kompanem tych dziecięcych i młodzieńczych lat Jana Luksemburskiego na dworze francuskim był przyszły hrabia Eu Raoul. Rzecz jest prawdopodobna, gdyż w czasach późniejszych Raoul wielokrotnie pojawia się w otoczeniu króla czeskiego. Warto może w tym miejscu opowiedzieć pokrótce o okolicznościach śmierci Raoula, człowieka wielce wpływowego, konetabla, czyli głównodowodzącego armii francuskiej w wojnie stuletniej, aczkolwiek nie ma to bezpośredniego związku z naszym głównym bohaterem (którego już nie było na tym świecie), ale dobrze oddaje koloryt epoki. Rzecz miała miejsce w 1350 roku, gdy tron francuski objął, po swym ojcu Filipie VI, Jan II Dobry. Władca ten działał w sposób chaotyczny, ale niezwykle wysoko cenił sobie honor rycerski. Ponieważ w pierwszym okresie wojny stuletniej z Anglią Francja ponosiła niepowodzenia, Jan II pragnął zmazać je i ogłosił w królestwie wielką mobilizację dla panów feudalnych, by byli gotowi stawić się, "gdy nadejdzie czas". Pustka w skarbcu nie pozwalała jednak na podjęcie działań militarnych, za to król dokonał czynu, który nie przysporzył mu dobrej sławy. Doprowadził oto do egzekucji Raoula, przypuszczalnego towarzysza zabaw dziecięcych Jana Luksemburskiego. Sprawujący - jak powiedzieliśmy - funkcję konetabla Francji Raoul był człowiekiem wysoko ustosunkowanym i "tak pod każdym względem uprzejmym i miłym, że kochali go i podziwiali wszyscy wielcy panowie, rycerze, damy i panny". Hrabia Eu został pojmany pod Caen w 1345 roku przez króla Anglii Edwarda III Plantageneta. Władca ten nigdy nie kierował się rycerską zasadą, że okup za jeńca szlachetnie urodzonego nie powinien przekraczać wysokości jego jednorocznego dochodu, nie mówiąc już o kwocie, która by mogła pojmanego zrujnować. Ustalił zatem tak wysoki okup dla hrabiego Eu Raoula, że ten nie mógł go zebrać przez cztery lata. Kiedy wyszedł wreszcie na wolność, pojawiło się podejrzenie, że swobodę uzyskał w zamian za odstąpienie Edwardowi swego strategicznego zamku i hrabstwa Guînes, sąsiadującego z Calais. Jedynie na podstawie podejrzeń, nie przeprowadziwszy żadnego postępowania sądowego ani publicznej oceny zdarzenia, król Jan rozkazał ściąć Raoula natychmiast po jego powrocie do Francji. Podobno przyjaciół hrabiego błagających go o darowanie Raoulowi życia wysłuchał w milczeniu, a odpowiedzieć miał, iż "nie uśnie, dopóki będzie żył hrabia Eu". Inna wersja podaje, że ze łzami w oczach stwierdził: "Wy dostaniecie jego ciało, a my, król - jego głowę".
Oczywiście w rezultacie zraził sobie szlachtę i rycerstwo, którego poparcia tak bardzo potrzebował. Egzekucja pana feudalnego tej rangi bez przeprowadzenia przewodu sądowego przed równymi mu stanem była czymś niesłychanym. Do tego król nie uznał za stosowne, by udzielić jakichkolwiek wyjaśnień czy przedstawić dowody zdrady Raoula. Finał tej sprawy był jeszcze bardziej niezręczny: oto urząd konetabla Jan II powierzył swemu krewnemu i faworytowi Karolowi d'Espagne, o którym mówiono, że był obiektem "nieczystego afektu" króla. Krążyła pogłoska, że to on namówił władcę do usunięcia hrabiego Eu, aby samemu objąć stanowisko, które oprócz prestiżu z racji sprawowania funkcji głównego wodza wojska dawało jeszcze spore dochody uboczne, związane z organizacją i wyposażeniem sił zbrojnych.
Podczas pobytu w Paryżu, mieście, do którego w latach późniejszych miał wielokrotnie wracać, Jan nie tylko przejmował kulturę dworską i rycerskie obyczaje, takie jak turnieje, których był zagorzałym zwolennikiem, ale i dojrzewał intelektualnie. Szczegółów nie znamy, ale sławny Uniwersytet Paryski zaliczał go później do swych studentów. Można domniemywać, że tu kontakty intelektualne ułatwił Janowi przebywający wtedy na studiach w Paryżu starszy o 11 lat stryj Baldwin, człowiek niezwykle wykształcony, wyborny dyplomata, późniejszy arcybiskup Trewiru, a przede wszystkim wierny sojusznik i mądry doradca Jana Luksemburskiego w jego licznych, często awanturniczych przedsięwzięciach. Jakie były konkretne efekty nauki w Paryżu, możemy się domyślać - Jan z pewnością poznał łacinę, francuskim zaś władał doskonale. Główną jednak skarbnicą wykształcenia Luksemburczyka była praktyka życiowa, a biografię miał tak bogatą w wydarzenia, że można by nimi obdzielić kilka życiorysów.
Gwałtowny zwrot w losach Jana Luksemburskiego, a zarazem w dziejach Europy przyniósł 1308 rok. Doszło wtedy do sytuacji, którą jeszcze kilka lat wcześniej trudno byłoby uznać za prawdopodobną. Oto został zamordowany król niemiecki Albrecht Habsburg, który zginął z ręki własnego bratanka Jana. Jan Habsburg, książę Austrii i Styrii, wychowywał się początkowo w majątkach rodowych na terenie dzisiejszej Szwajcarii, po czym wraz z matką przeniósł się do Pragi. Gdy w 1306 roku po zamordowaniu Wacława III zakończyła swe kilkusetletnie panowanie w Czechach dynastia Przemyślidów, Jan liczył na otrzymanie tronu czeskiego, Albrecht przekazał go jednak - czemu trudno się skądinąd dziwić - swemu synowi Rudolfowi. Około 1307 roku Jan Habsburg został współzarządcą majątków rodowych swej matki Agnieszki, córki sławnego króla czeskiego Przemysła Ottokara II, i podjął starania, by uzyskać je na własność. Król Albrecht odmówił i w ten sposób przypieczętował swój los. Pierwszego maja 1308 roku Albrecht Habsburg wyjechał z zamku Baden na spotkanie swej żony, a podążali z nim bratanek Jan Habsburg i uczestnicy spisku Rudolf von Wart, Rudolf von Balm, Walter von Eschenbach i Konrad von Tegerfeld. Podczas przeprawy przez rzekę Reuss doszło do zbrodni. Jan otrzymał przydomek Parricida (czyli w języku łacińskim ojcobójca), a współsprawcy zabójstwa zbiegli i dopiero w następnym roku kolejny król niemiecki, ojciec Jana Luksemburskiego, Henryk VII obłożył ich klątwą Rzeszy. Parricida został wysłany do klasztoru augustiańskiego w Pizie i tam w kościele klasztornym San Piccolo został pochowany, o czym świadczy zachowany nagrobek.
Albrecht I, drugi Habsburg na tronie niemieckim po swym ojcu Rudolfie, usiłował prowadzić niezależną politykę, która spowodowała jednak liczne sytuacje konfliktowe. Jego ojcu Rudolfowi nie udało się zapewnić mu następstwa tronu, po czym Albrecht walczył z królem Niemiec Adolfem z Nassau jako antykról. Adolf został pokonany przez Albrechta w 1298 roku w bitwie pod Göllheim i zginął na polu walki. Szukając sprzymierzeńców w staraniach o tron niemiecki, Albrecht zawarł sojusz z królem Francji Filipem IV i poczynił na jego rzecz spore ustępstwa w zamian za poparcie przez Filipa planów Albrechta, by zapewnić Habsburgom dziedziczny tron w Niemczech. Następnie zamierzał przyłączyć do posiadłości Habsburgów Fryzję i Zelandię, czym nastawił wrogo do siebie elektorów nadreńskich, a więc palatyna reńskiego i arcybiskupów Moguncji, Kolonii i Trewiru, którzy w obawie o zbytni wzrost jego potęgi planowali nawet jego detronizację. Poza tym osłabił ich, znosząc wszystkie nielegalne cła narzucone przez elektorów w Nadrenii, czym z kolei zyskał popularność wśród szlachty i miast, zmusił też elektorów do zwrotu zagarniętych dóbr Rzeszy. Napięcie narastało też w stosunkach z papiestwem, gdyż Bonifacy VIII, niepoproszony o zatwierdzenie wyboru Habsburga, do czego rościł sobie pretensje, nie uznał wyboru Albrechta, nie zgodził się również na jego koronację cesarską. Do tego Habsburg sprzyjał głównemu wrogowi papieża Filipowi IV Pięknemu.
Śmierć Albrechta I otworzyła przed Luksemburgami niezwykłą szansę. Tron niemiecki objął - jak wspomniano wcześniej - ojciec Jana Luksemburskiego Henryk. Mimo że wybór ten był niespodziewany, a nawet - jak uważają niektórzy - przypadkowy, gdy weźmiemy pod uwagę fakt, że jednym z kandydatów do tej godności był brat króla Francji, to jednak Henryk pokazał się w ciągu kilkuletniego panowania jako postać bardzo ciekawa. Jego dramatyczne losy z pewnością w znacznym stopniu wpłynęły na postawę życiową syna, Jana. Po wyborze Henryka Luksemburskiego na króla rzymskiego dokonano 6 stycznia 1309 roku w Akwizgranie koronacji. Centralnym punktem działań władcy jako Henryka VII były plany wyprawy do Italii w celu dokonania tam koronacji cesarskiej. Chciał w ten sposób zrealizować marzenia wielu środowisk o przywróceniu świetności Imperium Rzymskiemu, za którego spadkobierczynię uważała się w średniowieczu Rzesza. W październiku 1310 roku przekroczył Alpy w Mont Cenis ze stosunkowo niewielkim, liczącym 5000 żołnierzy, wojskiem. Już rok wcześniej zresztą nawiązał kontakty z republikami miejskimi w Italii, przygotowując całą akcję. Wyprawa wywołała wielkie zainteresowanie w Europie, była to pierwsza próba od czasów Henryka VI, cesarza w latach 1191-1197, odnowienia Imperium Rzymskiego. Rozpisywali się o niej kronikarze włoscy, a sam Dante Alighieri wiązał z planami Henryka VII wielkie oczekiwania, czemu dał wyraz między innymi w Boskiej komedii, w której Henryk VII występuje jako alto Arrigo. Działania Henryka VII znalazły także oddźwięk w traktacie Dantego De monarchia, poza tym poeta wysłał do mieszkańców Florencji karcący list, potępiając ich sprzeciw wobec działań Henryka.
Sytuacja w Italii była wtedy mocno skomplikowana, rywalizowały tam wówczas dwa stronnictwa polityczne, zwolenników cesarstwa: gibelinów i jego przeciwników: gwelfów. Aczkolwiek Henryk VII był bardziej oczekiwany przez gibelinów, gwelfowie też początkowo mieli nadzieję, że nowy cesarz wprowadzi ład w kraju wstrząsanym licznymi konfliktami. Szóstego stycznia 1311 roku w Mediolanie Henryk VII włożył na głowę żelazną koronę Longobardów, ale sprawy posuwały się powoli, gdyż w wielu komunach miejskich wybuchały antycesarskie powstania. Głównym przeciwnikiem planów władcy luksemburskiego był jednak król Neapolu Robert Andegaweński. Ten ostatni posiadał w Rzeszy kilka lenn, ale odmówił złożenia hołdu Henrykowi jako seniorowi feudalnemu. Poza tym wyczekującą postawę wobec planów Henryka przyjęła potężna Florencja, ale - wbrew sugestiom Dantego, by zajął się tym miastem w pierwszej kolejności - Henryk spieszył się do Rzymu na koronację cesarską. Z Genui - gdzie, jak wspomniano, zmarła żona Henryka VII Małgorzata - wyruszył w lutym 1312 roku do Pizy, która opanowana przez zwolenników gibelinów była główną rywalką Florencji, i tam zgotowano mu entuzjastyczne przyjęcie. Henryk cały czas jednak próbował nie angażować się zbrojnie po żadnej ze stron, twierdząc, że jako przedstawiciel najwyższych władz świata chrześcijańskiego przybył do Italii, by zaprowadzić tam pokój.
W maju 1312 roku Henryk wkroczył do Rzymu, ale napotkał tam opór zorganizowany przez włoski ród Orsinich sympatyzujących z gwelfami. Za kulisami tego sprzeciwu stał król Neapolu Robert, a także dyplomacja francuska Filipa IV, dla którego restauracja Imperium Rzymskiego stanowiła poważne zagrożenie. Doszło do długich pertraktacji, w wyniku których Henryk zobowiązał się wobec papieża, iż zorganizuje krucjatę do Ziemi Świętej, aby zademonstrować swoje właściwe intencje. Do krucjaty tej nigdy nie doszło, gdyż Henrykowi zostało już niewiele życia. Warto jednak zwrócić uwagę na ten wątek, gdyż nieco później będziemy mieli analogiczne sytuacje w odniesieniu do Jana Luksemburskiego. Jan kilkakrotnie w negocjacjach z papiestwem zobowiązywał się do podjęcia krucjaty, ale z tych planów nigdy nic konkretnego nie wyszło. Wrócimy do tej sprawy, teraz jednak należy stwierdzić, że motyw zorganizowania krucjaty wpisuje się w atmosferę końca średniowiecza, gdy po utracie Ziemi Świętej podejmowano rozliczne - z reguły bezowocne - inicjatywy, by ją odzyskać. W tym kontekście odnajdujemy też wnuka Henryka VII, a syna Jana Luksemburskiego Karola IV, który także - jako głowa wspólnoty chrześcijańskiej - musiał zmierzyć się z problemem wypraw krzyżowych.
W Rzymie tymczasem Henryk VII musiał stoczyć jednak dość gwałtowne walki, żeby doprowadzić do koronacji cesarskiej. Miała ona miejsce 29 lipca 1312 roku, ale w bazylice na Lateranie, gdyż drogę do bazyliki św. Piotra zagradzały wrogie oddziały. Po uroczystości nowy cesarz wydał encyklikę, w której zawiadomił świat chrześcijański o swym wyborze. W arendze dokumentu wyjaśniał, że tak jak w niebie odziały anielskie podlegają Bogu, tak i na ziemi wszyscy ludzie muszą podporządkować się cesarzowi. Takie stanowisko interpretowane było niekiedy w badaniach historycznych jako naiwne i oderwane od rzeczywistości, gdyż w początkach XIV wieku idea cesarstwa nie miała już takiej siły oddziaływania jak wcześniej. Podobnie radykalny pogląd, tylko że z perspektywy papiestwa, sformułował nieco wcześniej papież Bonifacy VIII w bulli Unam Sanctam. W jakim stopniu Henryk VII był marzycielem, a w jakim twardo stąpał po ziemi, trudno rozsądzić, spór na ten temat ma już długą historię. Jeśli jednak potraktujemy jego deklarację jako chęć przywrócenia blasku przygasłej idei cesarstwa, to rzecz jest godna uwagi. Inna sprawa, że realia europejskie były już całkiem inne niż w czasach Fryderyka Barbarossy w XII wieku. Król Francji Filip IV oczywiście zareagował na deklarację Henryka z dezaprobatą, gdyż to mogło pokrzyżować mocarstwowe plany Francji, natomiast król Anglii Edward II przyjął zamierzenia ze zrozumieniem i pogratulował cesarzowi z okazji koronacji. Na marginesie warto zauważyć, że wyniesiony dzięki poparciu potężnego króla Francji do najwyższych godności władca małego Luksemburga nieoczekiwanie znalazł się w konflikcie ze swym promotorem. Trudno to nazwać niewdzięcznością, Henryk VII był - jak wiele jego postępków na to wskazuje - człowiekiem ideowym. Jeśli zrządzeniem losu znalazł się na szczytach hierarchii władzy w Europie, to traktował tę funkcję ze śmiertelną powagą i jego postępowaniu nie można zarzucić dwulicowości. Tę cechę akurat odziedziczył po ojcu Jan Luksemburski. Sprawy czci i honoru stały u niego zawsze na pierwszym miejscu, co nie przeszkadzało mu skądinąd być wyśmienitym dyplomatą.
Ogłoszona światu przez Henryka VII polityka odnowy Imperium Rzymskiego nie w smak była także, rzecz jasna, papieżowi Klemensowi V, który, aby przejąć inicjatywę, próbował zaaranżować zawieszenie broni pomiędzy cesarzem i królem Neapolu Robertem. Henryk VII zareagował nerwowo, pośrednictwo papieża sugerowało jego wyższość nad cesarzem. Przed wyruszeniem do Italii ślubował ochronę papiestwa i Kościoła oraz walkę z heretykami i zabezpieczył się w ten sposób przed ingerencjami papieża w jego działalność. Dla uzasadnienia swego stanowiska skorzystał nawet ze wsparcia jurystów. Sytuacja wyglądała więc tak, że w obozie przeciwników cesarza znaleźli się Robert Andegaweński, papież i komuny miejskie o sympatiach gwelfickich, z potężną Florencją na czele, po jego stronie zaś stanęli między innymi zaprzyjaźniona Piza i król Sycylii Fryderyk III Trinacria. Ten ostatni był zdeklarowanym wrogiem Roberta Andegawena i w lipcu 1312 roku - pomimo sprzeciwu papieża - zawarł sojusz z cesarzem. Wrogość króla Sycylii do króla Neapolu datowała się od tzw. nieszporów sycylijskich, powstania ludności Sycylii przeciw panowaniu francuskich Andegawenów w 1282 roku, które doprowadziło do objęcia rządów na tej największej wyspie Morza Śródziemnego przez dynastię aragońską. Wtedy właśnie było w użyciu słowo Trinacria oznaczające starą, jeszcze antyczną nazwę Sycylii, a także widniejącą na dzisiejszej fladze Sycylii skrzydlatą głowę Meduzy, z której wyrastają trzy kłosy pszenicy. Trzy nogi, którymi obdarzona jest meduza, symbolizują szczęście i pomyślność, a także trójkątny kształt wyspy.
Stawało się coraz bardziej oczywiste, że w konflikcie z królem Robertem nie uda się uniknąć konfrontacji zbrojnej. W związku z tym sojusz z Fryderykiem III zakładał wsparcie finansowe działań cesarskich, w zamian za co król Sycylii obdarzony został godnością najwyższego admirała Rzeszy i spoczęło na nim zadanie zaatakowania Neapolu przy współudziale sprzymierzonych flot Pizy i Genui. Armią lądową miał dowodzić sam cesarz. Inwazję na Neapol planowano na wiosnę 1313 roku. Ponieważ szeregi wojsk cesarskich były już mocno przerzedzone, w końcu 1312 roku Henryk VII wydał odezwę do wszystkich książąt i miast Rzeszy, aby zgromadziły swe wojska na 1 maja roku następnego. Jednakże nad tą gorączkową aktywnością cesarza zaczęły się zbierać czarne chmury. Jesienią 1312 roku Henryk VII z niewielką armią oblegał bezskutecznie Florencję i wtedy po raz pierwszy zapadł na malarię. Po wyzdrowieniu wiosną 1313 roku wyruszył do Pizy, gdzie wydał ustawy przeciw obrazie majestatu i na ich podstawie 16 kwietnia tegoż roku Robert Andegaweński został zaocznie skazany na śmierć. Warto dodać, że ustawy te zostały jako (ostatnie) tzw. Extravagantes dołączone do późnoantycznego Kodeksu Justyniana, znanego w średniowieczu jako Corpus Iuris Civilis. Później pracował nad nimi, komentując je, sławny prawnik Bartolo da Sassoferrato. Konflikt Henryka VII z przeciwnikami posłużył też do rozwoju analiz prawnych w służbie polityki. Po jednej stronie stał narodowy król Robert Andegaweński, którego popierali papież i król Francji. Prawnicy Roberta i papieża (ten ostatni uważał króla Neapolu za swego wasala) podważyli wyrok cesarski, twierdząc, że sprawiedliwość cesarska działa tylko w ograniczonym obszarze, a mianowicie w districtus imperii. Z kolei juryści Henryka VII uważali, że wszędzie tam, gdzie obowiązuje prawo rzymskie, na które powoływał się cesarz, przynajmniej de iure sprawuje on władzę cesarską.
Teraz już Henryk zmierzał do ostatecznego rozstrzygnięcia. Podczas gdy flota jego sprzymierzeńców miała uderzyć na Neapol, cesarz, wzmocniony posiłkami z Niemiec, wyruszył w sierpniu 1313 roku na południe. Jednak na początku tej kampanii doszło do oblężenia Sieny. Tam cesarz po raz kolejny zapadł na malarię i 24 sierpnia 1313 roku w małej miejscowości Buonconvento zmarł. Jego śmierć z pewnością przyniosła ulgę Robertowi Andegaweńskiemu, gdyż w jego królestwie żywe były nastroje procesarskie i władca podobno już nawet miał przygotowany plan ucieczki. Zwłoki cesarza uroczyście przetransportowano do Pizy, gdzie spoczęły we wspaniałym grobowcu w katedrze. Postać Henryka VII była oceniana w historiografii w sposób niejednoznaczny, ale w sumie był to inteligentny i skuteczny władca, a jego wizja przywrócenia świetności cesarstwa i realizacji marzeń bez względu na cenę, jaką się za to płaci, bliska była postawie życiowej jego syna Jana Luksemburskiego.
Rozstaliśmy się z naszym bohaterem w momencie, gdy jego ojciec uzyskał godność króla Niemiec. W tej sytuacji nie mógł już poświęcać tyle czasu rodzinnemu Luksemburgowi i siłą rzeczy zainteresowania polityczne Henryka VII przesunęły się w stronę współpracy z książętami Rzeszy, dalsze zaś współdziałanie z Francją, w takim stopniu jak dotychczas, nie było już możliwe. Ambicje mocarstwowe Filipa IV były znane, ale jego lennik Henryk VII, pozostając z Francją ciągle w dobrych stosunkach, musiał budować swoją nową pozycję polityczną, koncentrując się na ziemiach niemieckich. Zrezygnował zatem z tytułu hrabiego Luksemburga i mianował w swej ojczyźnie namiestnikiem pana Gilles'a z Rodemachern. Jan Luksemburski, który ukończył właśnie 12 lat, został wezwany z dworu francuskiego Filipa IV do Luksemburga i otrzymał tytuł hrabiego. To nie oznaczało oczywiście votum nieufności dla władcy Francji, ale w zmienionej konfiguracji politycznej dalsze przebywanie jedynego syna króla Niemiec na dworze jego seniora feudalnego Filipa IV mogłoby wyglądać trochę niezręcznie. Poza tym Jan był przewidywany jako następca ojca do rządów w Luksemburgu i nadszedł czas, by - pod opieką bardziej doświadczonych osób - przygotowywał się już do tej roli.
Tymczasem po powrocie do rodzinnego Luksemburga Jan pobierał dalej nauki, ale teraz pod kierunkiem nowego preceptora Filipa z Rathsamhausen, Francuza, który najpierw dosłużył się godności opata klasztoru cysterskiego w miejscowości Pairis w diecezji bazylejskiej, a w 1306 roku otrzymał awans na biskupa Eichstätt w Jurze Frankońskiej jako sufragan arcybiskupa Moguncji Piotra z Aspeltu. Pochodzący z Alzacji, a więc z regionu na pograniczu wpływów francuskich i niemieckich, Filip władał zapewne wybornie oboma językami, więc Jan skorzystał najprawdopodobniej na konwersacjach niemieckich, gdyż - jak wspominaliśmy - francuski i łacinę znał już wcześniej. Nowy opiekun i wychowawca Jana Luksemburskiego nie był, rzecz oczywista, wybrany przez ojca przypadkowo, należał do wieloletnich doradców i współpracowników Henryka VII, który z pełnym zaufaniem powierzył mu edukację swego jedynego syna. W przeszłości Filip działał też na dworze poprzednika Henryka VII u steru Rzeszy - Albrechta I Habsburga, a także w kurii papieskiej, miał więc znakomitą orientację tak w polityce, jak i w subtelnościach pertraktacji dyplomatycznych. W jego więc towarzystwie oraz swych dwóch sióstr - Marii i Beatrycze wymagających jeszcze opieki matki i nianiek - Jan Luksemburski spędzał czas na zamku w Luksemburgu, gdzie oczekiwał na burzliwe zmiany w swoim życiu, które miały nastąpić już wkrótce.
Odsłona 2WKROCZENIE NA ŚCIEŻKĘ CZESKĄ
Początek XIV wieku zaznaczył się w środkowej Europie bardzo poważnymi wstrząsami. Aczkolwiek wśród dzisiejszych historyków bardzo niechętnie mówi się o jakichś prawidłowościach historycznych, to jednak pewne zjawiska skłaniają do refleksji. Oto w XIV wieku w trzech państwach środkowoeuropejskich kończą panowanie pierwsze "narodowe" dynastie, które w swoich krajach sprawowały władzę od ich historycznych początków, a nawet jeszcze od czasów legendarnych. Chodzi o Piastów w Polsce, Arpadów na Węgrzech i Przemyślidów w Czechach. Można to uznać za zbieg okoliczności, a można też doszukiwać się pewnych zbliżonych mechanizmów czy podobieństw. Tych ostatnich trudno nie zauważyć. We wszystkich trzech państwach zmiennikami pierwszych miejscowych dynastii stają się władcy z importu. W Polsce i na Węgrzech będą to Andegawenowie (później w Polsce Jagiellonowie), a w Czechach nadejdzie era Luksemburgów, która potrwa przez wiek XIV i pierwszą połowę XV wieku.
Luksemburgowie w Czechach pojawią się w sposób zgoła nieoczekiwany. Kreśląc uprzednio pokrótce dzieje Luksemburga, zwracaliśmy uwagę, że ten mały kraj dzięki splotowi różnych okoliczności znalazł się w głównym nurcie wydarzeń europejskich. Kariera Henryka VII stworzyła tu podwaliny, a jego syn Jan Luksemburski próbował - ze zmiennym powodzeniem - kontynuować dzieło ojca.
Zanim jednak Jan Luksemburski obejmie władzę w Czechach, wypada pokrótce naświetlić sytuację w kraju naszych południowych sąsiadów po wygaśnięciu dynastii Przemyślidów, co nastąpiło 4 sierpnia 1306 roku, gdy zamordowany został w Ołomuńcu Wacław III, syn Wacława II. Na ziemiach czeskich zapanował - jak to zazwyczaj określają badacze tej epoki - chaos. Oczywiście należało wybrać nowego króla i decyzję podjęto na korzyść Henryka Karynckiego, męża najstarszej córki Wacława II, Anny. Rozstrzygnięcie to zapadło na spotkaniu najważniejszych panów czeskich oraz co wybitniejszych mieszczan w Pradze. Niebawem, bo już we wrześniu 1306 roku, od zachodu na ziemie czeskie uderzył król rzymski Albrecht Habsburg, który także rościł sobie prawa do tronu czeskiego, a od południowego wschodu w stronę Pragi podążał syn Albrechta, Rudolf. Elita panów oraz mieszczan, która opowiedziała się uprzednio za Henrykiem Karynckim, musiała ustąpić i wybrała na króla czeskiego Rudolfa Habsburga, syna Albrechta. Henryk Karyncki w pośpiechu opuścił stolicę Czech, a Rudolf jeszcze w październiku 1306 roku ożenił się z wdową po Wacławie II Elżbietą Ryksą, która w Czechach znana była jako Eliška Rejčka. Z Rejčką spotkamy się jeszcze później, ale już teraz warto powiedzieć, że była to postać niezwykle barwna, silna osobowość, kobieta o wszechstronnych zainteresowaniach, która przez kilkadziesiąt lat odgrywała istotną rolę w państwie czeskim.
Władzę objął zatem Rudolf, a oprócz tronu Królestwa Czeskiego uzyskał również tytuł króla Polski, co zawdzięczał małżeństwu z Rejčką, córką króla Polski Przemysła II. Rudolf nie otrzymał zbyt pochlebnych opinii od kronikarzy czeskich, Piotra z Żytawy i Franciszka Praskiego. Był człowiekiem oszczędnym, zdyscyplinowanym, bezwzględnie też wymagał płacenia wszelkich danin i innych zobowiązań. Na te cechy szybko zareagował lud praski, który układać jął piosenki o "królu przekupniu". Poza tym zyskał inny przydomek, również związany z chorobliwym skąpstwem, a mianowicie "król Kasza", gdyż podobno w jego kuchni zazwyczaj gotowano tę właśnie skromną potrawę. W styczniu 1307 roku w Znojmie na Morawach doszło do spotkania całego klanu Habsburgów, zjawili się tam król Czech Rudolf, jego ojciec Albrecht i czterej bracia, w tym najstarszy Fryderyk, któremu Rudolf po wyborze na króla Czech musiał odstąpić księstwo Austrii i Styrii. Ogłoszono w Znojmie nowe zasady dziedziczenia. Rudolf miał władać wszystkimi lennami Korony Czeskiej, ale w przypadku jego bezpotomnej śmierci lub gdyby jego potomkowie później wymarli, Czechy mieli odziedziczyć jego bracia lub ich dzieci według reguły starszeństwa. Panowie czescy i morawscy złożyli przysięgę wierności nie tylko Rudolfowi, ale także jego braciom, za co otrzymali rozmaite przywileje.
Nie wszyscy jednak poparli nowego władcę, próbowali mu się przeciwstawić przedstawiciele rodów możnowładczych z zachodnich i południowo-zachodnich Czech, w tym Vilém Zajíc z Valdeka, Ojíř z Komberka i Bawor ze Strakonic, którzy za prawowitą dziedziczkę tronu czeskiego uważali córkę Wacława II Eliškę. Król Rudolf podjął przeciw buntownikom wyprawę i zmusił ich do niemal całkowitej kapitulacji, ale w obozie pod Horaždovicami nagle zmarł, prawdopodobnie na dyzenterię. Te ostatnie chwile władcy znalazły interesujące odzwierciedlenie w relacji Franciszka Praskiego, autora ciekawej kroniki pisanej dla biskupa praskiego Jana IV z Drażyc, obejmującej dzieje Czech od czasów Wacława I, czyli trzeciej ćwierci XIII wieku, do 1342 roku. Oto, co pisze Franciszek, o którym wiemy niewiele więcej ponad to, że należał do duchowieństwa praskiego: "[...] niektórzy panowie i inni wysoko urodzeni występowali przeciw owemu królowi Rudolfowi i stali po stronie księcia karynckiego Henryka. Wynikło z tego wiele szkód i nieszczęść dla królestwa. Co do szkód, które uczynił Rudolf, to między innymi otoczył Horaždovice, miasto pana Bawora ze Strakonic, i chciał je zdobyć, ale z dopustu Bożego zapadł na dyzenterię i odszedł z tego świata. Niektórzy szlachetni panowie przyprowadzili wymienionego pana Bawora do ciemnego namiotu, gdzie leżało ciało już martwego króla i Bawor ogarnięty strachem zrzekł się zamku w Zvikovie. Zamek ów objął natychmiast pan Henryk z Rožemberka, a dzierży go do dzisiaj jego syn Piotr z Rožemberka". Fakty się zgadzają, gdyż zachował się dokument, w którym Rudolf oddaje w zastaw Henrykowi z Rožemberka zamek Zvikov, natomiast z relacji Franciszka Praskiego można domniemywać, że śmierć króla była przez jakiś czas utrzymywana w tajemnicy po to, by Bawor, myśląc, że ma przed sobą żywego władcę, zrzekł się zamku.
Po śmierci Rudolfa sytuacja w Czechach była nadal skomplikowana, w grę wchodziły dwie kandydatury jego następców: brata zmarłego króla Fryderyka Pięknego Habsburga lub ponownie Henryka Karynckiego. Przewagę uzyskali zwolennicy tego drugiego, który już w sierpniu 1307 roku objął rządy. Nie wszyscy decydenci w Czechach udzielili mu jednak poparcia - po stronie Habsburgów opowiedziała się królowa wdowa Eliška Rejčka wraz z miastami we wschodniej części kraju, które posiadała jako wiano. Jeszcze gorzej wyglądała pozycja Henryka Karynckiego na Morawach. Biskup ołomuniecki Jan VI z Valdštejna, większość panów morawskich, miasta królewskie, w tym ważne Brno, uznali za władcę Fryderyka Pięknego Habsburga. Panowie czescy nie zajęli jednoznacznego stanowiska, część poparła Habsburgów, a część Henryka Karynckiego. Ważnym momentem było przejście na stronę tego ostatniego pana Henryka z Lipy, przedstawiciela rodu Ronowców, który z upływem czasu wysunął się zdecydowanie na czoło wpływowych osobistości w polityce kraju. Mianowany podkomorzym królewskim, zachował jeszcze na dodatek urząd najwyższego marszałka i skupił w swoich rękach ogromną władzę. W gronie jego najbliższych przyjaciół i współpracowników znaleźli się Jan z Vartemberka, awansowany na urząd najwyższego cześnika, wysokie miejsce na dworze zachował także Rajmund z Lichtenburka, istotną rolę odgrywał też Hynek z Dubé i jego syn, zwany Żakiem ze względu na zamiłowanie do nauki.
Henryk z Lipy był niezwykle zręcznym politykiem, ale nie mniejsze talenty przejawiał w sprawach gospodarczych i finansowych. Na przykład wyjątkowo sprytnie poczynał sobie w kontaktach z biskupem praskim Janem IV z Drażyc. Aby pozyskać tego zwierzchnika Kościoła w Czechach, zdobył dla niego niezwykle wysokie odszkodowanie za straty, które podobno biskupstwo praskie poniosło w tych burzliwych latach. Henryk Karyncki wydał zatem dokument z datą 6 kwietnia 1308 roku, w którym biskupowi praskiemu i jego następcom nadał na wieczne czasy pełną dziesięcinę z kopalni srebra w Kutnej Horze oraz z wydobycia srebra we wszystkich kopalniach w królestwie. W drodze rewanżu za tak wspaniałą przysługę Jan z Drażyc za zgodą kapituły praskiej przeznaczył dla Henryka z Lipy dożywotnio udział w tej dziesięcinie wynoszący 200 grzywien. W tym miejscu należy dodać, że Kutná Hora była w owym czasie niezwykle bogatym miastem, dzięki srebru, którego szczyt wydobycia osiągnęło w czasach Wacława II, mimo że o występowaniu tego kruszcu w regionie wiedziano już od X wieku. Na przełomie XIII i XIV wieku Czechy były potęgą europejską w dziedzinie wydobycia srebra, a grosze praskie bite od 1300 roku przez Wacława II stały się najpopularniejszą monetą w środkowej Europie. Nic też dziwnego, że Kutná Hora znalazła się w polu zainteresowań książąt walczących o władzę w Czechach. Jednym z pierwszych posunięć Henryka Karynckiego po koronacji, która miała miejsce 15 sierpnia 1307 roku, było umocnienie wpływów w Kutnej Horze, gdzie mianował sołtysem oddanego sobie Albrechta, a zwolennicy Habsburgów zostali zmuszeni do opuszczenia miasta. Henryk Karyncki uzyskał wreszcie przewagę w zmaganiach z Habsburgami, gdy 1 maja 1308 roku - o czym pisaliśmy - zamordowano Albrechta Habsburga i przedstawicielom tej dynastii nie pozostawało nic innego, jak włączyć się do starań o uzyskanie godności królewskiej w Rzeszy. Rywalizacja z Henrykiem Karynckim w tej sytuacji zeszła na drugi plan, czego wymowną oznaką była zawarta 14 sierpnia 1308 roku w Znojmie ugoda pomiędzy Karyntyjczykiem i Fryderykiem Pięknym, która de facto zakończyła walki na ziemiach czeskich. Książę habsburski uznał władzę Henryka Karynckiego w Czechach i na Morawach, ten zaś zobowiązał się w drodze rewanżu zapłacić Fryderykowi ogromną sumę 45 000 grzywien srebra.
Uzyskana z takim trudem w miarę stabilna pozycja władcy Czech zaczęła jednak doświadczać wkrótce silnych wstrząsów na skutek komplikacji wewnętrznych. Wspomniano już, że w kraju coraz większą rolę od czasów ostatnich Przemyślidów odgrywały rody możnowładcze, a jednocześnie coraz bardziej swych praw domagała się średnia szlachta. Te tendencje ograniczały rzecz jasna możliwość sprawowania pełni władzy przez kolejnych królów i prowadziły do wielu konfliktów. Równolegle stopniowo rodziły się aspiracje patrycjatu bogatych miast w Czechach, które nakładały się na napięcia narodowościowe. Kolonizacja na prawie niemieckim, która zaczęła ogarniać środkową Europę od XII wieku, wpłynęła w sposób wielce znaczący na rozwój ziem czeskich, a przybysze niemieccy tworzyli zazwyczaj elitę polityczną i finansową w największych miastach. Te przemiany struktury społecznej zaostrzały występujące sprzeczności interesów i prowadziły nieuchronnie do różnego typu zadrażnień i konfliktów. Taki właśnie niezwykle charakterystyczny przypadek miał miejsce w 1309 roku, a więc w trzecim roku panowania Henryka Karynckiego. Warto mu poświęcić chwilę uwagi, gdyż panowanie Jana Luksemburskiego, które jest głównym przedmiotem naszych zainteresowań, także będzie obfitowało w rozmaite napięcia na tle społecznym.
Zdarzenie, o którym mowa, związane było z rozwojem gospodarczym miast i coraz większą samoświadomością elit mieszczańskich. Szczególnie istotną rolę odgrywały rosnące dochody uzyskiwane między innymi dzięki wydobyciu srebra, którym nie towarzyszył znaczący wzrost roli politycznej mieszczaństwa traktowanego przez możnowładców jako gorzej urodzona i służebna wobec panów warstwa społeczna. Według relacji Kroniki zbrasławskiej (Piotra z Żytawy), najobszerniejszego czeskiego źródła narracyjnego pierwszej połowy XIV wieku, bogactwo płynące z intensywnego wydobycia srebra w Kutnej Horze przewróciło w głowach tamtejszym mieszczanom. Zwłaszcza ci, którzy zgromadzili majątek dzięki wydobyciu srebra, poczuli się równi panom. Odwagi im dodawało to, że monarchą był wtedy Henryk Karyncki, który nie panował specjalnie nad sytuacją w kraju. Owi gwarkowie pracujący w kopalni zebrali się na naradę i odważnie mówili: "Nie boimy się wcale króla, który nam panuje, a gdyby nam nie przeszkadzali niektórzy panowie królestwa, to cały zysk z naszych kopalń moglibyśmy obrócić na własny pożytek. Przecież gdybyśmy zakuli owych panów w łańcuchy, to wraz z naszymi dziećmi swobodnie byśmy dziedziczyli z większym zyskiem wszystkie dochody z kopalń". Pomysł został wcielony w życie i cała drużyna przybyła z Kutnej Hory wpadła do klasztoru cysterskiego w Sedlcu i pojmała podkomorzego Henryka z Lipy, Jana z Vartemberka i Jana z Klingenbergu, a sołtysa Kutnej Hory zabiła, po czym uwięzionych panów zawiozła na zamek Litice koło Potštejna. Klasztor w Sedlcu został przy okazji splądrowany. Spiskowcy kutnohorscy działali w porozumieniu z mieszczanami praskimi, którzy tego samego dnia uwięzili kanclerza królestwa Piotra Angelův, Rajmunda z Lichtenburka i innych. W tej sytuacji obie strony sporu zwróciły się do króla z prośbą o mediację. Henryk Karyncki był podobno bardzo niezdecydowany, przyznał po części racje obu grupom. Na naradzie przedstawicieli mieszczan i szlachty nic nie uzgodniono, a spiskowcy domagali się gwarancji, że panowie nie będą wykorzystywać swej przewagi w kraju. Nieco później zawarto pokój, ale uwięzieni możni musieli oddać buntownikom część zamków w zastaw, a swe maleńkie dzieci przekazać rodzinom mieszczańskim. Król stracił całkiem autorytet, a wypuszczeni na wolność więźniowie odzyskali wkrótce zarówno zamki, jak i potomstwo. Do takiego przebiegu wydarzeń przyczyniły się w znacznym stopniu swary pomiędzy reprezentantami Kutnej Hory i Pragi. W rezultacie wypuszczeni z aresztu panowie - jak pisze kronikarz - odzyskali dawną sławę i znaczenie, a buntownicy popadli w niepamięć i rozpierzchli się po różnych krajach. Interesująca jest ocena tej historii przez ówczesnych obserwatorów. Piotr z Żytawy uważa, że mieszczanie popełnili czyn szalony, który był sprzeczny z całym porządkiem ludzkim i boskim, i słusznie zostali za to ukarani. Nieznany autor ówczesnej rymowanej tzw. Kroniki Dalimila, który jest uważany za rzecznika wspólnoty szlacheckiej, nie posiada się z oburzenia, że mieszczanie, czyli ludzie równie podłego pochodzenia jak chłopi, ośmielili się podnieść rękę na wielmożów. Obaj autorzy, akcentując różne motywy, nie znajdują jednak żadnego usprawiedliwienia dla wystąpienia przeciwko ustalonym regułom społecznym i duchowym, które powinny obowiązywać we wspólnocie chrześcijańskiej.
Powyższe wydarzenia, a także ogólna niestabilna sytuacja w kraju sprawiły, że pozycja Henryka Karynckiego stała się już bardzo słaba, właściwie prawie wszystkie główne grupy społeczne były zainteresowane zmianą na tronie czeskim. Może najbardziej korzystali na chwiejnej i mało zdecydowanej polityce króla panowie, gdyż po wydarzeniach z 1309 roku Henryk Karyncki stracił prawie całkowicie poparcie w miastach. Majątki klasztorne szczególnie cierpiały z powodu grabieżczej polityki szlachty, a sam król również korzystał z wymuszonego wsparcia finansowego płynącego z klasztorów i dóbr kościelnych. Słaba władza i niepokoje w kraju sprawiły, że około połowy 1309 roku pojawił się pomysł, by usunąć króla i rozejrzeć się za jakimś lepszym kandydatem do tronu czeskiego. Zresztą w ostatnich kilku latach po śmierci Wacława III (1306 rok) społeczeństwo było świadkiem dość częstych zmian monarchów w kraju. Wśród kandydatów wymieniało się oczywiście Habsburga - Fryderyka Pięknego, dalej margrabiego Miśni Fryderyka, a także księcia wrocławskiego Bolesława, męża najmłodszej córki Wacława II. Zdaniem naszego głównego źródła informacji, Kroniki zbrasławskiej, sprawę przesądzili opat klasztoru cysterskiego w Zbrasławiu Konrad oraz opat drugiego klasztoru cysterskiego w Sedlcu Heidenreich, twierdząc, że Czechy są tak blisko związane z Rzeszą, iż nigdy nie uzyska się pokoju w kraju, jeśli jego gwarantem nie będzie władca wywodzący się właśnie stamtąd. Postanowiono zatem szukać męża dla córki Wacława II Eliški, aby przynajmniej w ten sposób podtrzymać tradycję rodzimej dynastii Przemyślidów. Pierwszy krok został zrobiony w lipcu 1309 roku, gdy opat Konrad ze Zbrasławia odbył z Elišką rozmowę w katedrze św. Wita w Pradze i wstępnie uzgodnili, że opat ze swymi przyjaciółmi zajmie się losem siedemnastoletniej panny. Niewątpliwie odpowiedzialne za zmiany na tronie czeskim było środowisko cysterskie, zwłaszcza owych dwóch opatów ze Zbrasławia i Sedlca, Konrad i Heidenreich. Cystersi w Czechach bardzo wiele zawdzięczali szczodrości i wielkoduszności Wacława II i zrozumiałe, że otaczali szczególną opieką i troską jego córkę.
Pomysł, by mężem Eliški został syn hrabiego Luksemburga, a następnie cesarza Henryka VII, Jan, zrodził się zapewne w czasie corocznych podróży opatów cysterskich na zebrania Kapituły Generalnej w Citeaux i prowadzonych tam w międzynarodowym gronie rozmów. Poza tym istotną rolę przypuszczalnie odegrał wówczas Piotr z Aspeltu. To niezwykle ciekawa postać, można powiedzieć, że przez kilkadziesiąt lat funkcjonował w ścisłej elicie polityki europejskiej. Zaczynał karierę jako lekarz króla Rudolfa Habsburga, po czym wstąpił na służbę u króla Czech Wacława II i został proboszczem wyszehradzkim i kanclerzem królewskim. W 1297 roku uzyskał biskupstwo w Bazylei, a cztery lata później został zarządcą kościoła parafialnego św. Stefana w Wiedniu. W chwili negocjacji w sprawie powołania Jana Luksemburskiego na tron czeski Piotr z Aspeltu sprawował niezwykle prestiżową funkcję arcybiskupa Moguncji. Z jego wpływem na działalność Jana Luksemburskiego zetkniemy się jeszcze wielokrotnie w toku dalszych wywodów.
Opat Konrad ze Zbrasławia z wielką energią podjął się działań dyplomatycznych i pierwszą rozmowę z królem rzymskim Henrykiem VII odbył w sierpniu 1309 roku w Heilbronn. Oprócz Piotra z Aspeltu przy rozmowie obecny był również Henryk z Metzu, wcześniej opat klasztoru cysterskiego w Villers, a wówczas już biskup Trydentu. W wyniku rozmowy uzgodniono, że Henryk VII wyznaczy męża dla córki Wacława II Eliški, ale o szczegółach jeszcze nie było mowy. W tym samym roku przed Bożym Narodzeniem opat Heidenreich potajemnie udał się do Henryka VII, a w styczniu w Norymberdze doszło do kolejnego spotkania, w którym przed królem rzymskim stanęła delegacja czeskich panów z Henrykiem z Rožemberka, Albrechtem z Žeberka i Fryderykiem z Šumburka. Henryk VII w specjalnym dokumencie zagwarantował wszystkim obywatelom Królestwa Czeskiego ich dotychczasowe prawa i ogłosił, że wybór króla Czech nastąpi z inicjatywy króla rzymskiego. Przy okazji panowie czescy uzyskali od Henryka VII pewne korzyści i przywileje. Król rzymski, wplątany w sprawy środkowej Europy, o których kompletnie nic nie wiedział, zachował się w sposób bardzo rozważny. Wysłał oto na przeszpiegi do Czech Piotra z Aspeltu w towarzystwie hrabiów Rzeszy Bertolda z Hennebergu, który negocjował w swoim czasie pokój pomiędzy królem rzymskim Albrechtem I a Wacławem III, i Albrechta z Hohenlohe-Schellingen. Na wieść o tym Henryk Karyncki poczynił już zdecydowane kroki w sprawie obrony swej władzy i wezwał z Karyntii posiłki pod wodzą marszałka Konrada z Aufensteinu. Ten obsadził zamek w Pradze i ważny - o czym była już mowa - ośrodek, jakim była Kutná Hora, po czym aresztował delegację Piotra z Aspeltu. Uwięzieni po pięciu dniach zostali deportowani z Czech. Piotr z Aspeltu ponownie wykazał się talentem dyplomatycznym, gdyż w ciągu tych paru dni przeciągnął na stronę króla rzymskiego kilku czołowych zwolenników Henryka Karynckiego. Byli to najwyższy cześnik Jan z Vartemberka, a nieco później także Henryk z Lipy, najważniejszy bodaj z przywódców możnowładztwa czeskiego.
Pozostał do dokończenia ostatni etap negocjacji - uzgodnienie kandydata na męża Eliški Przemyślidówny. I tu nieoczekiwanie pojawiły się problemy. Rozmowy przebiegały w trakcie powszechnego zjazdu Rzeszy (parlamentum generale), ale - ku zaskoczeniu delegacji czeskiej - na pytanie o konkretnego kandydata na tron czeski Henryk VII zamiast swego syna Jana zaproponował brata Walrama. Cały przebieg pertraktacji relacjonuje szczegółowo Kronika zbrasławska i warto jej na chwilę oddać głos (przyjmując, że kronikarz trochę koloryzuje, ale z wielkim wyczuciem oddaje nastrój, w jakim przypuszczalnie przebiegały rozmowy). Czesi nie byli zachwyceni propozycją kandydatury Walrama, woleli syna królewskiego, i ze względów prestiżowych, i w nadziei, że łatwiej im będzie wywierać wpływ na czternastoletniego chłopca niż na trzydziestoletniego dojrzałego mężczyznę. Opat Zbrasławia Konrad zaczął nalegać, aby wybór padł na młodziutkiego syna króla rzymskiego. Doszło do żywej wymiany zdań, gdyż Henryk VII - co zrozumiałe - obawiał się wypuścić swego jedynaka do dalekiego kraju, praktycznie w nieznane. Nie bez znaczenia była również różnica wieku pomiędzy ewentualnymi narzeczonymi, Eliška była starsza od Jana o całe cztery lata. Opat Konrad przedstawił jednak argumenty, które ostatecznie przekonały Henryka VII. Oto one: "[...] mówisz bardzo słusznie, mój panie królu, przysięgam przed Bogiem, że gdybyś Panie mógł być przyjęty na króla czeskiego, to z powodu sławnego imienia, które nosisz, przyjęlibyśmy cię i z radością uznali. Jednak ponieważ wyniesiony zostałeś wyżej i rzecz jest niemożliwa, niech więc rządzi syn zamiast ojca, gdyż jest jego wielką częścią. I nie przejmujcie się, panie królu, że księżniczka Eliška jest starsza od waszego syna o cztery lata [...] w ciągu dwóch lat różnica w wielkości ciała zostanie wyrównana". Konrad dodał jeszcze odważnie, że przecież nie będzie chyba Henryk VII czekał z ożenkiem syna na pannę pięćdziesięcioletnią. Król się zaśmiał, po czym spoważniał i zapytał raz jeszcze opatów Konrada i Heidenreicha, czy małżeństwo to jest korzystne dla jego syna, a po uzyskaniu odpowiedzi twierdzącej wyraził zgodę. Na marginesie warto odnotować, że ten upór czy wręcz determinacja opatów, by przekonać Henryka VII do zgody na małżeństwo syna z księżniczką czeską mógł mieć jeszcze inne, poza czysto praktycznymi czy wynikającymi z chłodnych kalkulacji politycznych, motywy. Wiadomo, jak wielką wagę w średniowieczu przywiązywano do różnego typu proroctw i przepowiedni, mamy tego w źródłach z tej epoki wiele przykładów. Otóż w tamtym czasie krążyło po Europie proroctwo Bertolda z Ratyzbony. Ten trzynastowieczny franciszkanin uchodzi za jednego z najwybitniejszych kaznodziejów niemieckich późniejszego średniowiecza. Od 1246 roku pełnił w swoim zakonie funkcje kierownicze, a w latach pięćdziesiątych XIII wieku został wędrownym kaznodzieją i przemierzył wzdłuż i wszerz Niemcy, gromadząc pod gołym niebem ogromne rzesze słuchaczy. Gromiąc negatywne zjawiska otaczającego świata, piętnował pogoń za dobrami doczesnymi, chciwość, rozrzutność, dworskie obyczaje i życie w luksusie, herezje i świecką poezję. W Bawarii skłonił księcia Ottona II do pojednania się z Kościołem, potem przeniósł się na zachód Niemiec, przebywał w Spirze (miejscu ślubu Jana Luksemburskiego z Elišką Przemyślidówną), w Alzacji, w kilku kantonach szwajcarskich, nad górnym Renem. W 1260 roku wyruszył z kazaniami na wschód, do Austrii, na Morawy, Węgry, Śląsk, do Turyngii, a być może również do Czech. Głosił w porozumieniu z papieżem Urbanem IV hasła krucjatowe, a do słuchaczy słowiańskich docierał za pomocą tłumacza czy tłumaczy. Ten sposób komunikacji był stosowany przy okazji wizyt wybitnych kaznodziejów w obcych krajach, jak chociażby Jana Kapistrana na Śląsku i w Krakowie w połowie XV wieku. Proroctwo Bertolda z Ratyzbony, które nas tu szczególnie interesuje, mówiło, że Czechy przetrzymają władzę kilku słabych monarchów, po czym doczekają się silnego władcy i nowej dynastii. Ta prognoza doskonale pasowała do sytuacji Królestwa Czech, gdzie po wygaśnięciu rodu Przemyślidów zapanował chaos, a potem nastały krótkie rządy Rudolfa oraz Henryka Karynckiego. Perspektywa objęcia tronu przez młodego Luksemburga wydawała się zwiastować przełamanie tej złej passy.
Skoro tylko rzecz z Henrykiem VII została uzgodniona, członkowie delegacji przeszli bez zwłoki do konkretów i od razu wymogli na przyszłym królu czeskim Janie pewne przywileje. I tak Jan z Vartemberka w dokumencie z 26 lipca zobowiązał się, że wyda w ręce królewskie Kutną Horę i przejęte tam prawa królewskie, ale dopiero po zapłaceniu należności, które mu była winna komora królewska, a których wysokość miał określić Piotr z Aspeltu po uzgodnieniach z Henrykiem z Lipy. Jan z Vartemberka wywalczył też inne korzyści dla Henryka z Lipy, w tym gwarancję zachowania przez niego godności najwyższego marszałka.