Rozdział 5
Dowództwo Morskich Działań Specjalnych
Coronado, Kalifornia
Adiutant zapukał przed wejściem do
gabinetu admirała Pilsnera.
- Sir, biuro sekretarz obrony na linii.
- Powiedz Howardowi, żeby tu przyszedł, i połącz - odpowiedział szorstko
admirał.
- Tak jest, sir.
JAG admirała, komandor Leonard Howard, wszedł bez pukania po mniej niż
trzydziestu sekundach.
Gdy telefon na biurku admirała zadzwonił, ten wcisnął przycisk, by od
razu przełączyć na tryb głośnomówiący.
- Tu admirał Pilsner, czekam na połączenie z panią sekretarz.
- Dziękuję, panie admirale - odpowiedział niezidentyfikowany głos. -
Sekretarz Hartley połączy się z panem za chwilę.
Po blisko pięciu minutach czekania linia ożyła.
- Dzień dobry, pani sekretarz. Co mogę dla pani zrobić? - przywitał się
pogodnie admirał.
- Co tam się, do cholery, dzieje, admirale? - zapytała rozwścieczona
Lorraine Hartley.
- Pani sekretarz, zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy, by opanować
sytuację, ale nie udało nam się wypełnić misji w stu procentach.
- Co w waszej mocy? Jesteś admirałem WARCOM i to jest twoje "co w naszej
mocy"?
- Pani sekretarz, robimy wszystko, żeby posprzątać to jak najszybciej.
- Zaczynam myśleć, że nie potrafisz się tym zająć. Przede wszystkim
ocalali mają jak najdłużej zostać na miejscu w związku z prowadzonym
śledztwem. Nie zamierzam pozwolić, żeby amerykańska opinia publiczna
zakochała się w nich podczas burzy medialnej, która rozpęta się wokół
pogrzebów. Nie chcę ich widzieć, nie chcę o nich myśleć,
odpowiedzialność mają ponieść oni. Chcę, żeby dowódca tego oddziału był
nowym Custerem. Zarzuty mają mu być postawione na wczoraj.
Wtedy odezwał się Leonard Howard.
- Pani sekretarz, tu komandor Leonard Howard. Będzie nam trudno oskarżyć
kapitana Reece'a o cokolwiek podpadającego pod kodeks, dopóki nie
zamkniemy śledztwa.
- Nie pieprz mi tu głupot, Howard. Znajdziesz coś, o co można go
oskarżyć. Mamy tak wiele przestępstw federalnych, że Departament
Sprawiedliwości nie jest w stanie ich zliczyć, a ty mi mówisz, że nie
możesz nic znaleźć? "Dajcie mi człowieka, a znajdę na niego paragraf",
nie słyszałeś tego nigdy? Wlepcie mu wszystko, co możecie, ale macie go
nie zamykać; jest nam potrzebny na wolności, żeby zakończyć to raz, a porządnie. Posprzątajcie to albo pożałujecie, że kiedykolwiek mnie
spotkaliście. - Obydwaj mężczyźni usłyszeli kliknięcie i połączenie
zamarło.
Pilsner spojrzał na JAG-a.
- Dzwoń do Horna, natychmiast. Potrzebujemy planu, zanim wylądują w Stanach. I każ NCIS mocniej przycisnąć Reece'a.
Rozdział 6
Baza lotnicza Bagram
Bagram, Afganistan
Kolejne dni mijały wolno, a Reece wciąż
nie mógł opuścić Bagram. Jego ludzi pochowano w obecności zrozpaczonych
rodzin, podczas gdy on utknął na drugim końcu świata; nie dane mu było
spojrzeć wdowom, dzieciom ani rodzicom w oczy, by zapewnić ich, że dowie
się, dlaczego wpadli w tę morderczą zasadzkę. Wiedział, że WARCOM zrobi
z niego kozła ofiarnego, ale gdyby ktoś zapytał go o zdanie, to w pełni
na to zasługiwał. Stracił wszystkich ludzi w walce, a to grzech
śmiertelny każdego dowódcy. I dlaczego? Przez jakiś cel, o którym gówno
wiedzieliśmy? Stres związany z rzadkim guzem mózgu, którego mógł mieć,
przyprawiał go o zawroty głowy. Niemal codziennie był wzywany na
przesłuchania przez matołów z NCIS i raz po raz opowiadał jedynie o kwestiach dotyczących ostatniej misji, odmawiając stanowczo rozmowy na
temat prywatnej korespondencji. Pytania agentów śmierdziały realizowanym
z premedytacją planem, którego mógł się jedynie domyślać. By nagiąć
fakty do przyjętej przez siebie narracji, cytowali wyrwane z kontekstu
zdania pochodzące z maili sprzed piętnastu lat. Jedna rzecz była dla
Reece'a jasna: biura śledczego nie interesowało, co faktycznie wydarzyło
się podczas planowania misji i w jej trakcie. Mieli za zadanie upewnić
się, że winę poniesie tylko Reece i nikt więcej. Bywało brutalnie, ale
jakoś dawał radę.
Po dwóch tygodniach ciągłych przesłuchań i bezsennych nocy, podczas
których myślał o nowotworze, w końcu otrzymał pozwolenie na powrót do
domu. Rozparł się w fotelu C-5, kiedy samolot, rozpędziwszy się na pasie
startowym, poderwał nos i przechylił się mocno na skrzydło, by szybko
nabrać wysokości i wyrwać się spoza zasięgu wrogich karabinów i granatników RPG, zostawiając Bagram w tyle. Reece myślał o tym, co
wydarzyło się w kraju pod jego nieobecność. Dowództwo zostało
zmobilizowane. Oficerowie, którzy mieli zawiadomić rodziny o śmierci
poległych, wyruszyli, by dotrzeć do rozsianych po całym kraju rodzin
szybciej niż informacje przekazywane przez całodobowe stacje
telewizyjne. Matki i ojcowie, żony i dzieci otrzymali wiadomość, której
boi się każda rodzina wojskowego. Nieoczekiwane pukanie do drzwi,
kapelan, oficer, przyjaciel. Niewyobrażalne. Krzyk. Płacz. Dzieci.
Pogrzeb. Wina. Wina. To moja wina. To ja byłem ich dowódcą. To ja
ponoszę odpowiedzialność. I nawet nie mogłem powiedzieć im tego
osobiście; nie mogłem wypełnić swojego obowiązku.
Podczas lotu w końcu mógł poukładać sobie w głowie pewne rzeczy.
Może zadzwoni do Lauren z Niemiec? Jeśli dostanie kilka godzin, żeby się
odprężyć; piloci i załoga będą pewnie musieli zrobić sobie regulaminową
przerwę na odpoczynek.
Jak mogę wrócić do domu, do rodziny, kiedy dwudziestu ośmiu rangersów,
czterech pilotów i trzydziestu sześciu SEALsów z mojej jednostki
zadaniowej wraca do domu w trumnach?
To jest wojna, Reece.
Nie. Wróg był dobry, ale nie aż tak.
Ta zasadzka była zbyt dobrze przemyślana, zbyt skuteczna. Wymagała
miesięcy, jeśli nie lat, planowania. Materiały wybuchowe - jakie i jak
zostały zdetonowane? Czemu żaden z rebeliantów nie wyskoczył z tamtego
budynku po pierwszym wybuchu? Czy w ogóle ktoś tam był? Skąd wiedzieli,
gdzie wylądują śmigłowce? Dlaczego zmuszono nas do udziału w tej misji?
Dlaczego pytania NCIS były tak tendencyjne, i to od razu po zakończeniu
operacji? Co mi umyka?
Rozdział 7
Siedziba Capstone Capital
Los Angeles, Kalifornia
Steve Horn nie przywykł do czekania na
cokolwiek. Tym razem jednak atrakcyjna asystentka zwlekała przez pięć
minut z podaniem mu jego ulubionej zielonej herbaty, teraz zaś spóźniał
się jego najbardziej lojalny człowiek, czego nie tolerował. Mający ponad
metr dziewięćdziesiąt były rozgrywający drużyny uniwersyteckiej Stanford
siedział za wypolerowanym biurkiem z drewna orzechowego, które oglądał
uważnie w poszukiwaniu drobinki kurzu lub brudu. Szyty na miarę garnitur
z grafitowego kaszmiru kosztował więcej niż niejedna rodzina zarabiała
przez miesiąc. Skrojony został nie dla wygody Horna, lecz by podkreślić
jego umięśnioną sylwetkę. Opaloną szyję otaczał sztywny biały kołnierzyk
i fioletowy krawat od Herm?sa zawiązany masywnym węzłem windsorskim.
Ktoś, kto akurat wszedłby do gabinetu, pomyślałby, że "Fortune" lada
moment przyjedzie na sesję okładkową, ale jego pracownicy wiedzieli, że
to jego codzienny strój. Steve Horn był wręcz doskonałym uosobieniem
próżności.
Jeśli kiedykolwiek udałby się do psychologa, ten najprawdopodobniej
zdiagnozowałby u niego osobowość dyssocjalną. Horn nie żywił absolutnie
żadnej empatii względem swoich bliźnich, bo w rzeczywistości rozkoszował
się ich cierpieniem. Specjalista mógłby próbować odkryć, czy ta
obojętność była następstwem braku zainteresowania ze strony bywających
na salonach rodziców czy może raczej surowych kar wymierzanych przez
niektóre z jego licznych opiekunek. Być może był to rezultat tego, że
Horn nie potrafił nawiązać relacji z żadną z niań, a może po prostu
urodził się socjopatą. Horn nigdy się tego jednak nie dowiedział, bo też
nigdy nawet nie przyszło mu do głowy, żeby kwestionować coś, co było dla
niego tak naturalne jak oddychanie. Bezwzględność zapewniała mu
przewagę.
Wyświetlony na dwudziestosiedmiocalowym ekranie iMaca e-mail
poinformował go o przybyciu spóźnionego asystenta. Sekretarka wiedziała,
że nie akceptował telefonów ani pukania do drzwi. Pomimo wielkiej
ochoty, by dowiedzieć się, co mężczyzna miał do powiedzenia, kazał mu
czekać dziesięć boleśnie długich minut w udekorowanym z przepychem holu.
Hornowi zależało tylko na władzy, więc nie przepuszczał żadnej okazji,
żeby przypomnieć każdemu, kto tu rządzi - choć nikt tego nie
kwestionował. Wciśnięciem klawisza stojącego na biurku telefonu dał
sekretarce znać, że jest gotowy przyjąć gościa. Kobieta szybko i z niejakim współczuciem wpuściła Saula Agnona do gabinetu.
Jeśli prezencja Horna sygnalizowała władzę, siłę i wdzięk, wygląd Agnona
sugerował coś zupełnie przeciwnego. Był szczupłej postury, miał drobną
twarz, bladą skórę i ogólnie sprawiał wrażenie zaniedbanego. Tani,
kupiony w sieciówce garnitur wisiał na nim jak na wieszaku. Buty miał
znoszone i niewyglansowane. Paznokcie zrobiły się miękkie od ciągłego
obgryzania, a rzednące włosy błyszczały przetłuszczone. Horn zmierzył
asystenta wzrokiem, gdy tylko ten wszedł do gabinetu, pokonany i bez
nadziei, zgarbiony jak człowiek idący na ścięcie. Od zawsze podejrzewał,
że Saul jest homoseksualistą, ale nie potrafił wyobrazić sobie geja z tak całkowitym brakiem stylu. Agnon miał jednak dwa atuty, które czyniły
go niezastąpionym: był w przebiegły sposób inteligentny i bezwzględnie
lojalny. Darzył Horna czcią na tej samej zasadzie co dręczone zwierzęta,
które służą okrutnym panom, robiąc wszystko za choćby cień aprobaty lub
oznakę zadowolenia.
- Nie tylko się spóźniłeś, Saul, ale wyglądasz jak pieprzony szczur.
Jeszcze nie zamknęli ci tego ciucholandu? Skąd wytrzasnąłeś ten
garnitur? Nie siadaj, to nie zajmie długo. Co dla mnie masz?
- Przepraszam za spóźnienie, proszę pana, nie będę się tłumaczyć, tylko...
- Masz rację, nie będziesz. Przestań się płaszczyć, bo marnujesz mój
czas.
- Zasadzka poszła zgodnie z planem, proszę pana. Na pewno widział pan
wiadomości.
- Zgodnie z planem? Czytałem, że ktoś przeżył; nie taki był plan.
Dzwonił admirał. Hartley jest wściekła. Chce, żeby się tym zająć, zanim
wszystko wymknie się spod kontroli.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Przedmowa
To opowieść o zemście.
Lista śmierci pokazuje, co mogłoby się stać, gdyby prawdziwy
drapieżnik, wojownik u szczytu swoich możliwości znalazł się w sytuacji
bez wyjścia. To powieść o tym, co mogłoby się wydarzyć, gdyby normy
społeczne i prawne, przepisy, moralność i etyka ustąpiły przed
człowiekiem o nadzwyczajnych umiejętnościach, zahartowanym przez wojnę,
dążącym do wyrównania krzywd; przed człowiekiem, który pod każdym
względem byłby już martwy.
Ze względu na poufny charakter informacji, do których miałem dostęp
podczas mojej służby w Navy SEALs, wszystko, co zamierzam opublikować,
włącznie z fikcją, muszę przedstawiać Departamentowi Obrony. Żeby
zadośćuczynić temu zobowiązaniu, przekazałem maszynopis do Biura
Publikacji i Bezpieczeństwa Departamentu Obrony, gdzie został on
"dopuszczony z poprawkami". W trakcie pisania dołożyłem wszelkich
starań, by mieć pewność, że żadne taktyki, techniki ani procedury nie
zostały ujawnione. Ostatnie, czego chcę, to dać wrogowi coś, co w jakikolwiek sposób mogłoby zapewnić mu przewagę na polu bitwy. Rządowy
proces oceny istnieje nie bez powodu. Ponieważ dostąpiłem zaszczytu
walki za ten wielki naród, a także z powodu informacji, do których
miałem wcześniej dostęp, wciąż jestem zobowiązany przedstawić tekst do
oceny. Rządowe poprawki zostały uwzględnione zgodnie ze wskazaniami i zamazane na czarno.
Choć jest to fikcja, w każdej scenie czerpię z emocji, których
doświadczałem podczas prawdziwych wydarzeń w ciągu ponad dwudziestu lat
służby. Te emocje, połączone z czasem spędzonym w walce, dodają
autentyczności powieści, która - mam nadzieję - będzie porywającym
czytelniczym doświadczeniem.
I choć czas, który spędziłem w Navy SEALs, z pewnością wpłynął na wybór
protagonisty, nie jestem Jamesem Reece'em. Jest bardziej uzdolniony,
bystrzejszy i inteligentniejszy, niż ja kiedykolwiek mógłbym być. Ale
mimo że nim nie jestem, rozumiem go. James Reece dysponuje
doświadczeniem, przeszkoleniem, umiejętnościami oraz determinacją, by
wymierzyć swoją sprawiedliwość.
To również książka o kontroli. Koncentracja władzy na szczeblu
federalnym pod pozorem troski o bezpieczeństwo publiczne to trend,
którego powinniśmy wystrzegać się za wszelką cenę. Tego rodzaju
ograniczenia, nieważne, jak stopniowo wprowadzane, oznaczają powolną
śmierć wolności. Dotarliśmy do momentu, w którym władza rządu jest tak
rozległa, że jego członkowie mogą w zasadzie wziąć na celownik, kogo
tylko zechcą. Niedawne doniesienia, jakoby agencje rządowe atakowały
przeciwników politycznych, powinny wzbudzić niepokój wszystkich
Amerykanów, niezależnie od tego, z jaką partią sympatyzują.
Rewizjonistyczne poglądy na Konstytucję wyznawane przez
oportunistycznych polityków i niewybieralnych sędziów, dążących skrycie
do reinterpretacji Karty praw, odebrania władzy ludowi oraz
skonsolidowania jej na szczeblu federalnym, zagrażają samej istocie
republiki. Patrzenie rządowi na ręce powinno być zadaniem każdego
wolnego człowieka. Wolność jako wartość fundamentalna to coś, co
odróżnia nas od reszty świata. Jesteśmy obywatelami, a nie poddanymi, i by nimi pozostać, musimy zachować czujność.
Jack Carr
6 sierpnia 2017
Park City, Utah
Prolog
Nie trzeba było taktycznego geniusza, by
wybrać właśnie to miejsce. Ludzie są w większości niewolnikami własnych
przyzwyczajeń, a niektórzy podchodzą do nawyków ze szczególnym
nabożeństwem. Wyglądało na to, że księgowi przestrzegają rutyny niemal
jak mnisi. Od pierwszego czerwca do pierwszego listopada każdego roku
Marcus Boykin przenosił się do swojego domu w Star Valley Ranch w górach
Wyoming. Dla potencjalnych nabywców nieruchomości, czy to z Zachodniego,
czy też ze Wschodniego Wybrzeża, "Star Valley" brzmiało o wiele lepiej
niż poprzednia nazwa - "Starvation Valley", dolina głodujących.
Miejscowość położona w wiejskiej części zachodniego Wyoming,
zamieszkanego przez farmerów i kowbojów, stanowiła enklawę bogatych
przyjezdnych mieszkających w posiadłościach wartych miliony dolarów.
Wymanikiurowany środkowy palec pokazany cywilizacji.
W każdy poniedziałek, środę i piątek Boykin wstawał wcześnie i wsiadał
do swojego SUV-a, srebrnego mercedesa G550, żeby dojechać do oddalonej o osiemdziesiąt kilometrów stolicy hrabstwa - Jackson. Ze względu na
letnią populację bankierów i menedżerów funduszy hedgingowych, która
śmiało mogłaby równać się z tą z Hamptons, było to jedyne miejsce w promieniu godziny lub dwóch jazdy, gdzie Boykin mógł zjeść wykwintny
posiłek i napić się wina kosztującego osiemset dolarów za butelkę. W Jackson sączył latte i czytał "Wall Street Journal" w towarzystwie
innych sezonowych mieszkańców z Nowego Jorku, Greenwich, Bostonu czy Los
Angeles. Przez trzy dni w tygodniu nawiązywał kontakty z prawdziwymi
ludźmi, zamiast czekać niecierpliwie, aż znajomi skomentują kolejny post
na Facebooku. Obiady w Rendezvous Bistro były dużo smaczniejsze, a rozmowy znacznie bardziej stymulujące niż wspaniały widok rozciągający
się z tarasu, na którym zazwyczaj jadał samotnie.
Droga numer 89 biegnie z północy na południe przez otoczoną stromymi
wzgórzami dolinę, która rozciąga się pomiędzy Wyoming a Idaho.
Nawadniane łąki nieopodal drogi skrywają się w cieniu ostrych szczytów
mających trzy tysiące metrów na wschodzie i trochę niższych na
zachodzie. Nieco na północ od małego miasteczka Alpine trasa do Jackson
skręca na wschód wzdłuż Snake River i prowadzi przez las państwowy
Bridger-Teton. W tym punkcie wyszczerbiona linia grzbietowa gór Teton
wznosi się tuż przy szosie, jak monumentalny statek wycieczkowy
zacumowany wzdłuż asfaltowego pomostu. Trzy metry od dobrze utrzymanej
jezdni rozciąga się teren tak nierówny jak niemal nigdzie na terenie
kontynentalnych Stanów Zjednoczonych, będący domem zarówno przepięknego
mulaka czarnoogonowego, jak i dorodnych jeleni, baribali, a czasem także
łosi. Ponieważ Boykin nigdy nie polował ani nawet nie trzymał broni w ręku, nawet nie przyszło mu do głowy, że piętnasty września, pierwszy
dzień sezonu na jelenie w Regionie G stanu Wyoming, wypadał tego roku w poniedziałek.
* * *
Poprzedniego popołudnia James Reece zszedł ze szlaku turystycznego po
przeciwnej stronie góry, niż biegła trasa. Szlak zaczynał się tuż przy
drodze, ale żeby dotrzeć do niego autem, należało pokonać wiele
kilometrów. Większość mieszkańców w rodzaju Boykina wolała mieć szosę w zasięgu wzroku, więc nie zapuszczała się zbyt daleko na to odludzie.
Choć była to jedynie kilkugodzinna wędrówka od jego terenówki, Reece
czuł się, jakby przyszedł z innego świata. Miał na sobie strój do
polowania w cyfrowym kamuflażu marki Sitka i buty trekkingowe Salomona,
które towarzyszyły mu podczas niezliczonych operacji na całym świecie.
Niósł lekki plecak z przypiętym z boku nylonowym pokrowcem na karabin.
Gdyby szedł przez dzikie tereny Wyoming w tradycyjnym snajperskim stroju
ghillie i z bronią ciężką, rzucałby się w oczy prawie jak facet
wędrujący po górach w smokingu; na szczęście odzież myśliwska zapewniała
taki sam kamuflaż jak granatowa marynarka na lotnisku. Złożone przez
niego anonimowe zgłoszenie w sprawie kłusowników grasujących na południe
od Jackson powinno zająć każdego leśniczego w regionie. Na wypadek gdyby
jednak spotkał jakiegoś przedstawiciela władz, licencja na polowanie i plakietka do oznaczenia trofeum miały sprawić, że wypadnie wiarygodnie
jako kolejny myśliwy wypatrujący mulaków w najbardziej ruchliwym dniu w roku.
Mógł wyruszyć w nocy, korzystając z latarki czołowej lub noktowizora,
ale wolał dotrzeć na miejsce jeszcze przed zmrokiem. Nie było sensu
ryzykować skręcenia kostki lub poważniejszej kontuzji na tak
nieprzystępnym obszarze; poza tym niecierpliwił się, by rozpocząć
operację. Setki razy studiował topografię terenu przy użyciu map i zdjęć
satelitarnych, ale na wszelki wypadek i tak przeszedł tę samą trasę dwa
dni wcześniej, by mieć pewność, że na ziemi wszystko wygląda tak samo
jak z powietrza.
Szlak prowadził przez stromą, wysoko położoną okolicę. Przy tej
wysokości nad poziomem morza kondycja nie ma żadnego znaczenia - dwa i pół tysiąca metrów to jednak dwa i pół tysiąca metrów. Zatrzymał się, by
złapać oddech, i pociągnął łyk wody z rurki przypiętej do szelki
plecaka. Mięśnie nóg płonęły, płuca domagały się tlenu. Mimo temperatury
w okolicach dziesięciu stopni Celsjusza pierwsza warstwa ubrań szybko
przesiąkła potem, więc rozpiął bluzę, dając ujście ciepłu. Nie poruszał
się szybko, lecz zdecydowanie. Nie pierwszy raz dawał z siebie wszystko,
wspinając się do celu.
Stanowisko wyglądało tak, jak je zostawił: niewielkie wyżłobienie w zboczu w kształcie litery U, do którego dostać można się było tylko od
przodu. Szansa na to, żeby jakiś myśliwy albo strażnik zaszedł go wprost
od tyłu, gdy zajmie pozycję, była niewielka; zauważyłby też każdego, kto
nadchodziłby od frontu, zanim jeszcze intruz w ogóle zbliżyłby się do
kryjówki. Widział z tego miejsca spadek szosy biegnącej między dwoma
wzniesieniami. Jego pozycja znajdowała się blisko szczytu drugiej góry,
jeśli jechało się w stronę Jackson.
Niczym jaskinia bez dachu kryjówka miała chronić go od wścibskich oczu
myśliwych wyglądających jeleni przed otwarciem sezonu oraz osłonić od
wiatru, gdy temperatura spadnie w nocy w okolice zera. Wyciągnął broń z pokrowca i położył plecak tuż obok wylotu jamy, tak by lufa nie była
widoczna z dołu. Sztucer Echols Legend został zbudowany przez mistrza w Utah, którego ręcznie robione karabiny kosztowały równowartość kilku
miesięcznych pensji w marynarce. Prezent od ojca, otrzymany po pierwszej
turze po 11 września, był jedną z najcenniejszych rzeczy Reece'a.
Planował polować częściej po przejściu na emeryturę i rozpoczęciu pracy
w sektorze prywatnym. Choć sztucer ważył dużo mniej niż karabiny
wyborowe, których używał za granicą, załadowany amunicją .300 winchester
magnum był jeszcze celniejszy. Zamiast tradycyjnej lunety myśliwskiej
Reece zainstalował celownik optyczny Nightforce NXS 2,5-10 × 32 mm, ten
sam, którego używał na służbie. Plecak podtrzymywał lufę sztucera, a mały woreczek stabilizował kolbę. Leżąc na brzuchu, mógł utrzymać broń
tak nieruchomo jak przy benchreście. Kiedy samochody osobowe i ciężarówki podjeżdżały pod wzniesienie na zachód od niego, strzelał na
sucho do kierowców, by dobrze wymierzyć czas. Ani wczasowicze, ani
mieszkańcy jadący górską drogą przed zmierzchem nie mieli pojęcia, że
znaleźli się na celowniku jednego z najbardziej zabójczych wojowników
tego kraju.
Zadowolony, że znalazł dobrą pozycję położoną pod odpowiednim kątem
względem celu, wycofał się na tył kryjówki i zapalił przenośny palnik,
by podgrzać wodę na liofilizowany obiad. Gdy słońce schowało się za
horyzontem, a temperatura odczuwalnie spadła, wczołgał się do śpiwora.
Myślał o jasnowłosej córeczce, o łzach wzbierających w jej niebieskich
oczach, kiedy patrzyła, jak tata wyrusza na ostatnią zmianę. Sześć
miesięcy i wróci, tym razem na dobre. "Obiecuję". Nadal widział jej
twarzyczkę przyciśniętą do okna na lotnisku, gdy patrzyła, jak tata
wsiada na pokład samolotu. Najtrudniejsze podczas każdej tury bojowej
były pierwsze tygodnie, kiedy dopiero opuścili domy, oraz kilka
ostatnich, kiedy czekali już tylko na powrót. Fakt, że był to jego
ostatni wyjazd za granicę, sprawiał, że światełko w tunelu świeciło
jaśniej. Nareszcie koniec kieratu szkolenie-tura-szkolenie, który on i jego bracia z Navy SEALs znosili ponad dekadę.
Owinięty śpiworem, przyglądając się spektaklowi gwiazd, którego w mieście nie sposób sobie wyobrazić, zasnął mocnym snem po raz pierwszy
od tygodni. Nie obudził się w środku nocy, by koszmar okazał się prawdą.
Nie sięgnął przez łóżko do żony, której nie było. Nie słyszał cichego
płaczu córki, która już nigdy nie poprosi go, by ochronił ją przed
potworami z szafy.
Kiedy zegarek zasygnalizował piątą, Reece już nie spał, tylko wpatrywał
się w gwiazdozbiór Oriona. Łyk wody z butelki i baton energetyczny
stanowiły jego śniadanie. Ułożył się w pozycji przy sztucerze i czekał
cierpliwie na wschód słońca.
* * *
Marcus Boykin był rannym ptaszkiem jak niemal wszyscy w sektorze
finansowym. W tej pracy człowiek albo wstaje i zajmuje miejsce przy
stole, albo śpi i trafia do menu. Sprawdził prognozę pogody na iPhonie,
po czym włożył designerskie dżinsy i brązowe włoskie mokasyny. Narzucił
polar Patagonii na różową koszulkę polo od Lacosty i włożył bejsbolówkę
z logo Yankees. Musiał ukryć niewielką łysinę przed tą
dwudziestoparoletnią kelnerką, którą akurat próbował poderwać. Dla niego
nie była to Sarah z dyplomem z inżynierii środowiska, która pracowała,
żeby odłożyć na studia magisterskie, dla niego była to "ta kelnerka".
Jak na razie nie udało mu się dobrać jej do majtek, ale ona była
spłukana, a on - bogaty. Któregoś wieczoru, prędzej czy później, upije
się i popełni błąd, a on będzie tam, żeby to wykorzystać. To, że
mieszkał daleko, stanowiło pewnego rodzaju wyzwanie. Zdawał sobie
sprawę, że zapewne będzie musiał wynająć mieszkanie w mieście, żeby
zwiększyć swoje szanse na przelecenie tej laski. Zgarnął kluczyki z marmurowego kuchennego blatu i zdalnie włączył klimatyzację w aucie.
Było zimno, a Boykin lubił, jak SUV czekał na niego ciepły i wygodny, z nagrzanymi fotelami, gdy on robił sobie jeszcze kawę na drogę. Otworzył
dębowe drzwi wejściowe i wyjął telefon, by wrzucić na Twittera zdjęcie
pomarańczowego blasku wschodzącego słońca, który przebijał się ponad
górami, zanim straci sygnał wi-fi. Aż do Jackson zasięg był do niczego.
W rzeczywistości sam widok go nie obchodził, przecież słońce wzejdzie
tak samo jutro. Rozkoszował się jednak zazdrością, którą zdjęcie miało
wzbudzić u znajomych z obydwu wybrzeży. Kiedy wsiadł do samochodu i skierował się w stronę drogi 89, w głowie zaczął już obmyślać, co powie
tej kelnerce, kiedy ją zobaczy.
* * *
Walka to przeciążenie sensoryczne. Czujesz, że to totalny chaos,
zwłaszcza kiedy dowodzisz. Hałas, zarówno wrogiego, jak i przyjacielskiego ognia, jest ogłuszający, a ciśnienie towarzyszące
wystrzałom i eksplozjom wstrząsają twoim ciałem aż do samego DNA. Ludzie
wrzeszczą, nie ze strachu czy z paniki, ale żeby przekrzyczeć ten ryk.
Pociski smugowe i rakiety przelatują nad głowami, pył z wybuchów i wystrzałów spowija świat gęstą chmurą pyłu. Radiowe komunikaty w twoim
uchu tylko wzmacniają szum, ale wymagają też konkretnej odpowiedzi, co
oznacza, że każdą czynność wykonujesz podświadomie. Identyfikacja celu,
oddanie strzału, wymiana magazynków - wszystko to musi dziać się
automatycznie, bez zakłóceń, jak ruch kierownicą, zmiana biegów,
wciskanie pedału gazu podczas rozmowy przez komórkę. Jako dowódca musisz
wznieść się ponad tę zawieruchę i dostrzec coś poza własnym
przetrwaniem. Musisz pokierować ogniem i manewrami całego oddziału,
oprzeć się instynktowi, który próbuje sprowadzić cię do roli kolejnej
broni w walce. Wszystko rozmazuje się, a czas zwalnia, kiedy podejmujesz
kolejne decyzje.
To było zupełne przeciwieństwo chaosu. Zmysły Reece'a nie rejestrowały
nic nadzwyczajnego, jedynie spokój osik poruszanych wiatrem i relaksującą melodię dziczy budzącej się do życia w górskim wschodzie
słońca. Nie było radia, nie było nikogo, z kim trzeba by się
komunikować, tylko sporadyczny szum aut na asfalcie. Odległość od zjazdu
wynosiła dokładnie 571,5 metra, co oznaczało, że w trakcie lotu z lufy
do celu pocisk opadnie o 195 centymetrów. Celownik optyczny sztucera był
wyzerowany na 91,5 metra, więc musiał dokonać korekty. Czternaście
kliknięć, czyli 1,4 MILS, powinno wyrównać opadanie. Dzięki
uwzględnieniu dystansu nie musiał przesuwać celownika. Mógł umieścić cel
w samym środku krzyża. W walce wykorzystuj każdą przewagę. Na
szczęście wiatr o tej porze był delikatny. Uwzględnianie wiatru w górach
zawsze sprawiało problem, nawet profesjonalistom. Kestrel informował, że
wiało z prędkością 3,2 kilometra na godzinę z jego lewej, pełny wiatr,
który wymagał korekty o 15,2 centymetra. Ponieważ wiatr mógł zmienić się
w każdej chwili, skorzystał z krzyża MilDot, żeby wyrównać o 0,3 MILS.
Usłyszał szum opon, zanim SUV wjechał na wzniesienie, a niebieskie
halogenowe światła rozbłysły nad drogą. Srebrny mercedes niewątpliwie
należał do Boykina; dzięki Bogu, że facet nie jeździł fordem F-150.
Pojazd kierował się prosto na Reece'a, co ułatwiało sprawę, ale nadal
poruszał się bardzo szybko. Nie miał czasu, by nacieszyć się sukcesem
swojego planu. Podążał za celem, gdy ten zjeżdżał ze wzgórza, podobnie
jak zrobił to z pozostałymi dwoma pojazdami, które przejeżdżały tędy
wcześniej. Nabrał powietrza zastygł na moment, a potem wypuścił je, by
odnaleźć pauzę oddechową w której płuca zwiększają swoją objętość,
stabilizując ciało i pozwalając skupić się na zadaniu. W ten sposób
udało mu się zmniejszyć ruch siatki celowniczej z krążenia do
niewielkiego drżenia. Nawet w całkowitym spoczynku nigdy nie było tak
nieruchomo jak na filmach. Mercedes wjechał z impetem na płaski kawałek
terenu i jakby zatrzymał się na sekundę, kiedy Reece stracił z oczu
dalszy tor jazdy. Nie mógł dojrzeć kierowcy, nie z tej odległości i z pewnością nie w tym świetle. Celując w sam środek przedniej szyby,
powoli ściągnął spust.
Dobiegł go huk wystrzału, ale jego mózg ledwo to zarejestrował. Jedyną
oznaką odrzutu było to, że obraz stracił ostrość, kiedy karabin się
uniósł. Pomimo wpakowania niezliczonej liczby pocisków w ludzi w najbardziej gównianych zakątkach świata jego ciało i tak przełączyło się
w tryb "uciekaj lub walcz". Adrenalina zadziałała jak działka heroiny. W przeszłości wielokrotnie zabijał z błogosławieństwem własnego kraju, ale
tym razem pociągnięcie za spust oznaczało złamanie najświętszej zasady
umowy społecznej: właśnie popełnił morderstwo.
Monolityczny pocisk, grzybkujący Barnes Triple Shock, wykonany był z litej miedzi; dzięki biegnącemu przez środek nacięciu przy uderzeniu
rozkładał się na cztery płatki jak śmiercionośny kwiat. Pocisk został
opracowany, by penetrować skórę wielkich zwierząt łownych, i sprawdzał
się tak dobrze, że oddziały specjalne zaczęły używać go w trakcie wojny
z terroryzmem. Kiedy uderzył w niemal poziomą szybę mercedesa, płatki
się rozdzieliły, tworząc cylinder miedzi o średnicy jednej trzeciej
cala, wciąż poruszający się z prędkością większą niż duża część pocisków
pistoletowych tuż po wystrzale. Trafił Boykina w nasadę nosa i skierował
się nieco w dół, miażdżąc chrząstkę, mózg i kość. Przeciął pierwszy krąg
i wyszedł z tyłu szyi, niemal nietknięty, zanim przebił się przez
skórzany zagłówek i zakończył lot w miękkich poduszkach tylnego
siedzenia.
Mimo że mózg kierowcy przestał wysyłać komunikaty do jego ciała,
tempomat mercedesa wciąż ustawiony był na 95 kilometrów na godzinę.
Kończyny zadygotały targane wstrząsem, jak u większości ludzi i zwierząt
po postrzale w ośrodkowy układ nerwowy, ale dzięki niezawodności
niemieckiej inżynierii auto jechało dalej, jak gdyby nic się nie stało.
Kiedy minęło pozycję Reece'a, ten pomyślał przez sekundę, że chybił.
Dopiero kiedy pojazd wjechał na wzniesienie, przyspieszając, by nie
zwolnić na stromym podjeździe, pozbawione życia ciało Boykina poruszyło
się, przez co kierownica skręciła ostro w lewo. Skumulowane w jednym
momencie pęd, nachylenie zbocza i wysoko położony środek ciężkości SUV-a spowodowały, że mercedes przetoczył się do przodu przez przednie koło,
zjeżdżając z asfaltu, i pokoziołkował po stromym poboczu. Dźwięk metalu
uderzającego o asfalt i skały był ogłuszający, ale usłyszeć mógł go
tylko jeden człowiek.
Uśmiechnąwszy się po raz pierwszy od wielu miesięcy, Reece sięgnął do
kieszeni kurtki. Z woreczka strunowego wyciągnął rysunek z zapisaną na
odwrocie listą. Małym ołówkiem skreślił pierwsze nazwisko i schował
listę na miejsce przy piersi.
Rozdział 1
Trzy miesiące wcześniej
Prowincja Chost, Afganistan
2.00 czasu miejscowego
Żadnemu z nich nie podobała się ta misja.
Teraz, gdy przedzierali się niecały kilometr od celu, starali się o tym
nie myśleć i skupili się na zabójczym wyzwaniu. Zerknąwszy na GPS
przymocowany do kolby karabinu i przepatrując teren przed nimi, kapitan
James Reece rozkazał sprawdzenie sektora. Snajperzy zajmowali już
pozycje na wzniesieniu, a dowódcy zespołów dołączyli do Reece'a na
ostatnie, szybkie omówienie sytuacji przed ostatecznym posunięciem.
Pomimo przewagi technologicznej, którą dysponowali, wszystko mogło się
skomplikować w mgnieniu oka. Wróg był przebiegły i potrafił się
przystosować. Po szesnastu latach wojny afgańskie powiedzenie
"Amerykanie mogą mieć zegarki, ale to my mamy czas" brzmiało nieco
bardziej prawdziwie niż na początku.
- Co jest, Reece? - zapytał potężny mężczyzna. W mundurze pokrytym
pustynnym wzorem kamuflującym AOR-1, pancerzu osobistym i hełmie
balistycznym Ops Core z przymocowanymi do niego goglami noktowizyjnymi
wyglądał jak bestia z innego wymiaru.
Reece spojrzał na zaprawionego w bojach bosmana. Jasnozielone światło
noktowizora oświetlało mu brodę. Lekkiego uśmiechu pewnego siebie
żołnierza operacji specjalnych nie dało się pomylić z niczym innym.
- To tuż za tym wzniesieniem - odpowiedział. - Predator nie wykazuje
żadnego ruchu. Żadnych wartowników. Nic.
Bosman przytaknął.
- W porządku, chłopaki - rzucił do pozostałych czterech mężczyzn w kółku. - Jedziemy.
Wstali zdecydowanie i ruszyli ze swobodą ludzi, dla których chaos był
naturalnym środowiskiem. Wspinali się po skalistej grani, by ich zespoły
znalazły się na pozycji przed podejściem do celu.
To zbyt łatwe. Znowu za dużo myślisz. To tylko kolejna misja. Więc skąd
to uczucie? Może po prostu przez te bóle głowy.
Migreny prześladowały Reece'a przez ostatnie kilka miesięcy i ostatecznie, tuż przed wyjazdem na zmianę, zdecydował się na wizytę w Szpitalu Marynarki Wojennej w Balboa, która zakończyła się serią badań.
Nadal nie miał żadnej wiadomości od lekarzy.
Może to nic. A może coś.
Reece już dawno nauczył się, że jeśli coś wyglądało podejrzanie, to
pewnie takie było. Umiejętność oceny sytuacji utrzymywała jego i jego
ludzi przy życiu przez kolejne tury.
Podczas tej misji wszystko szło nieco zbyt gładko: dane wywiadowcze,
zdalna infiltracja, aktualny status obszaru celu. I skąd te naciski ze
strony najwyższego dowództwa, by dorwać właśnie ten cel? Kiedy ostatnio
wtrącali się w planowanie taktyczne? Coś tu nie grało. Może wszystko
jest w porządku. Może to tylko bóle głowy i odrobina paranoi. Może
robisz się na to za stary. Skup się, Reece.
Nie pierwszy raz zbliżali się do obiektu, w którym - jak podejrzewali -
mogła czekać ich zasadzka. W trakcie tej wojny zdarzały się sytuacje,
kiedy po wykazaniu przez wywiad wysokiego prawdopodobieństwa zasadzki,
potwierdzonego przez źródła zarówno osobowe, jak i technologiczne, Reece
zapukałby do drzwi granatem termobarycznym z AT-4 albo kilkoma seriami z haubicy AC-130 kalibru 105 mm. Po raz pierwszy plan operacji podyktowali
im ludzie z góry, którzy nie brali udziału w akcji. Skup się na misji,
Reece.
Jeszcze jedno połączenie z centrum operacji taktycznych, znanym również
jako TOC, rzut oka na dane z predatora. Nic. Szybki kontakt ze
snajperami. Żadnego ruchu.
Reece spojrzał na wzniesienie. Przez noktowizor dostrzegł zespoły
szturmowe znajdujące się na pozycji i w gotowości. Gdy nie zauważył
snajperów, uśmiechnął się z powagą. Najlepsi w branży.
Włączył radio i otworzył usta, by wydać rozkaz.
A potem wszystko ogarnął mrok.
* * *
Siła wybuchu odrzuciła Reece'a dziesięć metrów do tyłu i zerwała mu hełm
z głowy. Całe wzniesienie rozdarła eksplozja, siejąc śmierć. Kumple z teamu, przyjaciele, mężowie i ojcowie, którzy jeszcze przed momentem
należeli do najlepszego oddziału operacji specjalnych, jaki widział
świat, zginęli w ułamku sekundy.
Reece nie zdawał sobie sprawy, że na moment stracił przytomność. Ból
głowy włączył go do walki, zanim pył opadł, a echa eksplozji rozeszły
się po okolicznych wzgórzach.
Zawodowiec w jego umyśle natychmiast upewnił się, że ma broń. Jest.
Potem przyszła kolej na szybką ocenę stanu ciała. Wyglądało na to, że
wszystko działa i jest na swoim miejscu.
Wiedzieli. Skąd? Później, Reece. Zawsze zajmuj najlepszą pozycję.
Na próżno rozglądał się w poszukiwaniu hełmu i słuchawek; w końcu, gdy
oczy przywykły do ciemności, macając szaleńczo rękami, natrafił na coś
na ziemi.
Jest. Moment... za ciężki jak na hełm. Bo to nie jest twój hełm. Należy
do kogoś innego. I wciąż jest w nim głowa.
Nawet w mroku Reece zdał sobie sprawę, że patrzy na twarz wieloletniego
przyjaciela i towarzysza broni, ogromnego mężczyzny z długą brodą,
uśmiechającego się z pewnością siebie, którego głowa została oddzielona
od ciała. Nie mógł powstrzymać łez, ale otarł je szybko. Skup się. Nie
ma czasu na żałobę. Wykorzystaj każdą techniczną i taktyczną przewagę.
Jest. Reece odpiął pasek, pozwalając głowie przyjaciela upaść na
ziemię, i szybko włożył hełm. Cud, że noktowizor wciąż działał.
Radiooperator leżał twarzą do ziemi dwadzieścia metrów dalej. Po
nienaturalnie skręconej pozycji Reece wywnioskował, że nie żyje.
Podszedł szybko do ciała, przewrócił je na plecy, po czym sprawdził
oddech i puls. Miał świadomość, że odłamki wystające z prawego oka i boku głowy zabiły mężczyznę niemal natychmiast. Zdjąwszy hełm radiowca,
Reece oderwał słuchawki i sięgnął po radio MBITR, by przywrócić łączność
ze wsparciem z powietrza i TOC.
Na zboczu nie dostrzegł żadnego ruchu. Wyglądało to tak, jakby kostucha
ścięła cały oddział. Reece usłyszał za sobą kroki i obrócił się z bronią
gotową do strzału w poszukiwaniu zagrożenia. Natychmiast opuścił
karabinek automatyczny M4 kalibru 5,56 mm, kiedy rozpoznał trzech
operatorów biegnących z tylnych pozycji.
Pokusa, by pobiec zboczem, była silna, ale ich umysły zdominowała inna
myśl: wygrać walkę.
Żołnierze do tej pory pozostający na tyłach bez słowa zajęli nowe
pozycje, tworząc kordon wokół dowódcy.
Reece przestał rozmyślać o martwych kolegach. Musiał działać.
- SPOOKY cztery siedem, tu SPARTAN jeden zero - nadał przez radio,
patrząc na wykres umocowany na nadgarstku. - Potrzebne wsparcie ogniowe,
budynek de trzy. Stopiątki, zrównajcie go z ziemią.
Noszona na nadgarstku mapa GRG była satelitarnym rzutem obszaru celu,
który pozwalał im manewrować oddziałami i koordynować je; w trakcie
misji każdy używał tej samej grafiki.
- Przyjąłem, zero jeden. Sześć minut. - Samolot wsparcia bezpośredniego
AC-130 krążył dziesięć minut drogi stąd, by nie zdradzić nadchodzącego
ataku w ciszy afgańskiej nocy.
- Bez odbioru - zakończył i po chwili odezwał się znowu. - RAZOR dwa
cztery, RAZOR dwa cztery. Potrzebne QRF i MEDEVAC na pozycję ECHO trzy.
Nie wchodźcie na wzniesienie. Mamy wielu rannych, zakopane ajdiki. -
Nigdy nie wspominaj o zabitych przez radio.
- Zrozumiałem, zero jeden. Ruszamy, ewakuacja ze współrzędnych ECHO
trzy. Dziesięć minut. - QRF, czyli siły szybkiego reagowania, stanowiły
dwa śmigłowce CH-47, w każdym z nich siedziało piętnastu rangersów.
- MAKO - rzucił Reece do mikrofonu. - Coś z predatora?
- Nic, zero jeden. Żadnego ruchu na obiekcie.
- Przyjąłem.
Reece zwrócił się do trzech pozostałych operatorów.
- Kogo mamy? - zapytał.
- Tu Boozer. Są ze mną Jonesey i Mike. Co tu się, kurwa, stało?
- Zasadzka. Skurwysyny wiedzieli, że nadchodzimy. Atak z powietrza za
jakieś pięć minut, QRF w drodze.
- Ja pierdolę, mówiliśmy im, że to jebana zasadzka! Ale czegoś takiego
się nie spodziewałem. Ktoś przeżył?
- Nie jestem pewien, musimy to sprawdzić.
- Rozkaz. Tylko ostrożnie. Pewnie mamy tu setki zakopanych i uzbrojonych
ajdików albo min.
- Jonesey i Mike, czekajcie tu na helikoptery. Boozer i ja poszukamy
ocalałych. Trzymaj się piętnaście metrów za mną. Idź po moich śladach.
Podejdziemy tam powoli. TOC twierdzi, że po drugiej stronie wzgórza jest
czysto, ale bądź czujny.
- Jasne, Reece.
- Ruszamy.
We dwóch skierowali się w stronę wzgórza, choć góra byłaby trafniejszym
określeniem. Skaliste i strome zbocze w połączeniu z dwudziestokilogramowym ciężarem kamizelki i sprzętu uniemożliwiają
szybkie podejście; zwłaszcza kiedy idzie się przez potencjalne pole
minowe.
- SPOOKY, ruszamy z Echo trzy do Echo osiem. Wszystko po północnej
stronie wzgórza jest do odstrzału.
- Zrozumiałem, zero jeden, nadal żadnego ruchu.
Dziwne.
- Przyjąłem.
Reece i Boozer stopniowo posuwali się naprzód, a ciężki od śmierci
zapach prochu, krwi i pyłu unosił się w powietrzu. Coś poruszyło się po
lewej stronie.
- B., mam coś. Tylko spokojnie. Dalej za mną - wyszeptał Reece przez
radio. Boozer odpowiedział podwójnym stuknięciem w mikrofon.
"Przyjąłem".
Idąc w kierunku miejsca, w którym dostrzegł ruch, usłyszał jeszcze coś
na kształt jęku. Donny Mitchell, jeden z najmłodszych członków oddziału
Reece'a, leżał pośród skał wschodniego Afganistanu. Od pasa w dół nie
było niczego. Wystawił rękę do Reece'a.
- Dostaliśmy ich, sir? - zapytał słabo Donny. - Nadal mam karabin.
- Pewnie, kolego, pewnie, że masz. Samolot jest w drodze. Dorwiemy ich.
- Reece usiadł obok Donny'ego i objął jego głowę. Kiedy pierwsze
stopiątki trafiły w kompleks, Reece dostrzegł przelotny uśmiech na
ustach Donny'ego, gdy ten odszedł do Walhalli.
Podniósł wzrok, patrząc, jak Boozer powoli przedziera się przez usiane
głazami zbocze. Gdzieś za jego plecami Reece najpierw usłyszał, a potem
zobaczył zamazane sylwetki CH-47, które rozpoczęły zejście do doliny,
naprowadzane przez Joneseya i Mike'a.
Rozpieprzymy kompleks z powietrza w drobny mak, a potem wejdziemy z rangersami, żeby ocenić zniszczenia bojowe i zebrać materiał
wywiadowczy.
Dopiero wtedy dotarła do niego waga tego, co właśnie się stało.
Straciłem oddział. To moja wina.
Po raz drugi tej nocy oczy Reece'a zaszły mgłą. Nie miał pojęcia, co
jeszcze ma się wydarzyć.
Rozdział 2
Baza lotnicza Bagram
Bagram, Afganistan
Reece ocknął się, leżąc na plecach.
Zamrugał, by odzyskać ostrość widzenia i pozbyć się pulsowania w skroniach.
Gdzie ja jestem?
Kiedy powoli obrócił głowę i spróbował przetrzeć oczy, dostrzegł rurkę
wystającą z ręki. Dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że ma coś
przymocowanego do ust i nosa.
Maska tlenowa. Szpital.
Spróbował unieść się na łokciu, ale natychmiast powstrzymał go
oślepiający ból głowy.
- Reece... Reece, spokojnie, stary. Powoli.
Od razu rozpoznał głos Boozera.
- Doktorze, budzi się! - zawołał Boozer, wychodząc na korytarz.
To miejsce w niczym nie przypominało szpitali polowych z początku wojny
organizowanych jeszcze w namiotach. Jeśli człowiek nie wiedział, że
wciąż jest w Afganistanie, mógł pomyśleć, że trafił do jednego ze
szpitali marynarki w Bethsedzie lub Balboa. Jedyną rzeczą, która
zdradzała, że jest się w samym środku strefy wojny, był dobiegający
zewsząd szum dieslowskich generatorów prądu zapewniających klimatyzację
dwadzieścia cztery godziny na dobę, rok po roku.
Tak to jest, kiedy walczy się w jednym kraju przez ponad piętnaście
lat.
Reece ściągnął maskę i spojrzał na przyjaciela.
Boozer wciąż siedział w mundurze z misji, brudny i śmierdzący. Białe
plamy zaschniętej soli mieszały się z afgańskim pyłem, ale poza tym
całość nadawała się do noszenia. Był jednym z tych gości, którzy nigdy
nie mieli nawet jednego zadrapania. Nigdzie nie było widać jego
kamizelki ani broni, ale Reece wiedział, że pewnie ma przy sobie
pistolet.
- Co się stało? Jak tu trafiłem?
Boozer nabrał powietrza, próbując powstrzymać grymas rozpaczy zmieszanej
z litością, co kompletnie mu się nie udało.
- Reece, NCIS już tu jest. Kazali nic ci nie mówić, ale w dupie z nimi.
Oczywiście, że ci powiem.
Kryminalne Biuro Śledcze Marynarki?
- Jest źle, Reece - ciągnął Boozer. - Co pamiętasz?
Reece zmrużył oczy, przeszukując pamięć.
- Byliśmy na grani, zaczął się atak z powietrza, czekaliśmy na QRF i CASEVAC. - Zamilkł na moment. - Trzymałem Donny'ego.
- Tak - przytaknął Boozer. - Zgadza się. A potem cała dolina
eksplodowała. Zwabili nas tam, Reece. Nie widzieliśmy jeszcze nic tak
przemyślanego. Wiedzieli dokładnie, co zrobimy, kiedy wybuchnie
wzniesienie. Zdawali sobie sprawę, że zrównamy wszystko z ziemią i wezwiemy kawalerię po rannych i zabitych. Całe dno doliny, nasza
dokładna pozycja szturmowa, miało wylecieć w powietrze. Wiedzieli, kiedy
wylądują helikoptery, i nas ugotowali. Dash jeden wysadził rangersów,
wystartował, a kiedy podleciał Dash dwa, odpalili ładunki. Drugi
helikopter i wszyscy rangersi. Dostali wszystkich.
Reece wpatrywał się w skupieniu w Boozera.
- Jonesey i Mike? - zapytał, znając odpowiedź.
Boozer pokręcił głową.
- Przykro mi, Reece. Chciałem, żebyś wiedział, zanim ci faceci z NCIS tu
wpadną. Mam złe przeczucia co do tych pajaców. Co dziwne, nie pytali o misję. Pytali o ciebie.
Na twarzy Reece'a pojawiła się dezorientacja, ale szybko się otrząsnął.
- O mnie?
- Myślę, że szukają kozła ofiarnego. Ale to tylko moje zdanie, Reece.
Trzymaj się. Nie zrobiłeś nic złego. Góra zmusiła nas do tej misji.
Narzucili nam taktykę. To tamtych skurwieli powinno się prześwietlić.
Podyktowali plan, siedząc bezpiecznie w kwaterze głównej. Jebać ich.
Boozer nie przebierał w słowach. Nigdy nie owijał w bawełnę i zawsze
mówił, co myśli. Jako dowódca Reece właśnie tego oczekiwał. To samo był
winien swoim żołnierzom i przełożonym. Zawsze mów, co myślisz. Właśnie
tak buduje się zaufanie do dowódcy, z którym rusza się do walki. Bez
zaufania nie było niczego.
Twoi ludzie ci ufali, Reece. A teraz są martwi. Skup się. Coś jest nie
tak. Coś jest bardzo nie tak.
Rozdział 3
Kapitan Reece - przerwał im głos
dochodzący z korytarza. Słowa brzmiały bardziej jak twierdzenie niż
pytanie.
Boozer spojrzał na Reece'a z miną, która mówiła: "To ten dupek, o którym
wspominałem".
- To ja - odpowiedział Reece, podnosząc się na łóżku.
- Dzień dobry, agent specjalny Robert Bridger, NCIS - powiedział,
wchodząc do pokoju. Kiwnął głową Boozerowi i jednocześnie pokazał
legitymację Reece'owi.
Ci goście uwielbiają wymachiwać szmatami, pomyślał Reece. Ciekawe, czy
wiedzieli, że reszta wojska myślała o nich jako o nieudacznikach, którzy
nie dostali się do FBI ani CIA, a jednocześnie nie mieli jaj, żeby
służyć w normalnej policji. Zamiast tego zdecydowali się kiblować w NCIS, a cała ich kariera polegała na zamykaniu osiemnastolatków za
pozytywny wynik w comiesięcznym teście na narkotyki.
Nawet ich nazwa była myląca, ponieważ Kryminalne Biuro Śledcze Marynarki
Wojennej nie było nawet częścią marynarki. W rzeczywistości był to
federalny organ ścigania obsadzony cywilnymi agentami koncentrującymi
się na prowadzeniu śledztw przeciwko personelowi marynarki. Nikt za nimi
nie przepadał.
Boozer wstał i choć odezwał się do Reece'a, spojrzał agentowi Bridgerowi
prosto w oczy:
- Do zobaczenia później. Będę niedaleko, jeśli czegoś byś potrzebował.
Reece przechylił się przez bok łóżka, powoli łapiąc równowagę. Popatrzył
na oplatające go przewody, zerwał maskę i wstał, wyciągając rękę do
niższego mężczyzny. Agent Bridger wydawał się dość sympatyczny i na ile
Reece zdążył się zorientować, po prostu robił to, co do niego należało.
Bridger uśmiechnął się i uścisnął mu dłoń.
Dobry glina, stwierdził Reece.
Bridger miał na sobie uniform ludzi, którzy na wojnie nie nosili
munduru: brązowe spodnie w kant z nieodłączną zapiętą pod szyję
oliwkowozieloną koszulą - jak na safari - z pagonami i czyste beżowe
wojskowe buty. Reece'a zawsze zastanawiało, po co były im te pagony. SIG
sauer P229 kalibru .40 wisiał demonstracyjnie przy pasku w porysowanej
czarnej skórzanej kaburze. Te rysy prawdopodobnie powstały od ciągłego
wstawania zza biurka po kawę.
- Jeśli czuje się pan na siłach, kapitanie, mamy parę pytań na temat
misji. Na pewno pan rozumie. Chcemy po prostu zamknąć tę sprawę możliwie
jak najszybciej, żeby mógł pan wrócić do swoich ludzi.
Albo tego, co z nich zostało, dodał w myślach Reece.
- Faktycznie trochę szybko, co?
- Cóż, to ważna sprawa, sir. Musimy przedstawić Waszyngtonowi parę
odpowiedzi w zasadzie na już.
Reece pokiwał głową pogodzony z tym, że weźmie na siebie winę; wiedział
zresztą, że ją ponosił. Zawsze wierzył, że dobry dowódca dzieli się
sukcesami, ale bierze na siebie porażki; najważniejsze po wygranej to
oddać zasługi tym pod sobą. To oni zasługują na to najbardziej. A to
była kompletna porażka. Jego porażka.
- Mogę się przebrać? - zapytał Reece.
- Oczywiście, kapitanie. Poczekam na zewnątrz.
Reece wziął głęboki oddech i rozejrzał się po pokoju. Nie wyglądał jak
pomieszczenie, którego można było spodziewać się w Afganistanie.
Nowoczesność i sterylność kontrastowała ze światem za drzwiami. Sam na
sam ze swoimi myślami Reece odetchnął i znalazł mundur, przepocony i zakrwawiony. Podniósł bluzę maskującą Crye Pro i potarł przesiąknięty
krwią materiał między palcami, zastanawiając się, do którego z jego
ludzi należała ta krew.
Wiedział, że jeśli dolegałoby mu coś naprawdę poważnego, umieściliby go
na ostrym dyżurze, który znajdował się w innym skrzydle szpitala, za
jeszcze jednymi drzwiami. Tamten oddział zawsze był gotowy na kolejne,
nieuniknione straty, które w walce przeciwko rebeliantom zdarzały się
zdecydowanie zbyt często. Nigdzie nie widział swojej broni ani
kamizelki. Pewnie Boozer się nimi zajął.
- Gotowy - oznajmił, wychodząc z pokoju.
- Świetnie.
Tym razem agent NCIS nie był sam. Obok niego stał postawny żandarm z marynarki w mundurze z berettą 92F w czystej nylonowej kaburze. Reece
mógł się jedynie domyślać, jakim cudem ten dziwny pistolet zastąpił
colta M1911A1 kalibru .45 w roli oficjalnej broni armii Stanów
Zjednoczonych.
Kolejny pseudoglina, pomyślał z niechęcią.
Reece ruszył do wyjścia za agentem Bridgerem. Dwaj mężczyźni nie mogli
bardziej się od siebie różnić. Bridger był o jakieś dwanaście
centymetrów niższy od Reece'a, który miał metr osiemdziesiąt dwa. Jego
wyprasowane spodnie i nieskazitelna koszula nie były poplamione potem,
ziemią, pyłem, brudem ani krwią. Gładko ogolona blada twarz
kontrastowała z porośniętą ostrym zarostem opaloną skórą człowieka,
który większość życia spędził poza czterema ścianami biura.
Reece przeszedł wraz z obstawą przez dwoje podwójnych drzwi
oddzielających medyczny świat od afgańskiego pyłu, który i tak dostawał
się wszędzie, nieważne, ile żwiru wysypałoby w bazie amerykańskie
wojsko. Wychodząc na piekące słońce, zmrużył oczy i osłonił je ręką,
zdając sobie sprawę, że nie miał nawet czasu spojrzeć na zegarek i z jakiegoś powodu myślał, że wciąż jest noc. Niemal zatoczył się, gdy ból
głowy gorszy niż dotychczasowe prawie zwalił go z nóg. Zanim zdążył
zareagować, atak minął. Co to jest? Gdy oczy Reece'a przyzwyczajały
się do światła, Bridger podszedł do zaparkowanego pojazdu buggy,
wojskowego odpowiednika wózka golfowego. Zajął miejsce kierowcy, podczas
gdy Reece - pasażera. Milczący "ochroniarz" wsiadł z tyłu, po czym
ruszyli w kierunku, jak przypuszczał Reece, biura NCIS.
Natychmiast wtopili się w codzienny gwar bazy lotniczej w Bagramie;
żołnierze zbierali się przy pojazdach, szykując się do patroli z afgańskimi sojusznikami, technicy zmieniali się na lotnisku, a kolejka
wojskowych i cywilnych kontraktorów powoli ustawiała się przy kantynie.
Kolejna środa na wojnie.
Kiedy jechali Disney Drive, Reece pokręcił bezradnie głową na widok
oficerów, którzy mijając niższych stopniem żołnierzy, co kilka kroków
musieli odpowiadać na saluty. Niektórzy na górze wychodzili z założenia,
że nawet w strefie wojny ważne jest przestrzeganie tej części wojskowych
reguł. Po raz kolejny docenił pozbawiony dystynkcji mundur, który sam
nosił; brak rangi oznaczał, że nie musiał oddawać pięćdziesięciu salutów
w drodze do sklepu albo na siłownię.
Bridger zwolnił i zaparkował przed budynkiem pozostałym jeszcze z czasów
inwazji Rosjan w 1979 roku. Mur był dziurawy od kul - nie dało się
stwierdzić, czy pochodziły jeszcze z tamtej okupacji czy z obecnego
konfliktu. Co zabawne, całość skojarzyła się Reece'owi ze starym
rosyjskim aresztem. Pasuje.
Bridger zostawił żandarma na zewnątrz i wszedł do budynku. W każdym z gabinetów wzdłuż korytarza siedzieli podobnie ubrani agenci piszący na
komputerach, przeglądający dokumenty albo mamroczący coś do telefonu.
Reece zwracał uwagę na każdy szczegół, zapamiętując, w którą stronę
otwierały się drzwi, w których pokojach były okna i którzy agenci byli
uzbrojeni, dopóki Bridger nie zatrzymał się przy ostatnich drzwiach na
samym końcu korytarza.
- Proszę poczekać tutaj, sir - powiedział, zanim wszedł do środka.
Reece został sam, przypuszczał, że jest obserwowany przez małe kamery
zamontowane w holu. Popatrzył na wydruki na ścianach przypominające
listy gończe. Większość przedstawiała byłych afgańskich robotników,
którzy wykonywali prace poniżej godności Amerykanów, jak opróżnianie
przenośnych toalet, które dzień po dniu smażyły się w upale tutejszego
lata. Reece zawsze uważał, że stanowili jedno z najlepszych źródeł
informacji dla rebeliantów - dzięki wielokrotnemu przemierzaniu bazy tam
i z powrotem doskonale orientowali się, gdzie powinny uderzyć granaty
moździerzy i rakiety.
Drzwi otworzyły się ponownie i agent Bridger skinieniem zaprosił Reece'a do pokoju. Pomieszczenie nie było duże, a Reece'owi od razu rzucił się w oczy brak okien oraz innych drzwi. Przy prostokątnym składanym stole
siedział mężczyzna, który nie podał mu ręki, ale podnosząc odznakę oraz
identyfikator, przedstawił się jako agent specjalny Dan Stubbs. Zły
glina.
Reece zajął miejsce naprzeciwko agenta Stubbsa, podczas gdy Bridger
usiadł obok - co było jasne - przełożonego. Stubbs teatralnie przekładał
dokumenty, zanim zsunął cienkie okulary do czytania na nasadę nosa i odezwał się do SEALsa wezwanego w niezbyt subtelnym pokazie siły.
W pokoju było znacznie ciemniej niż na korytarzu lub w sąsiednich
pomieszczeniach. Wzrok szybko się przystosowywał i teraz Reece ukradkiem
lustrował pomieszczenie. Na stole leżała spora sterta papierów oraz
dyktafon. W rogu rozstawiono kamerę na statywie, ale wyglądało na to, że
nie nagrywa.
Agent Stubbs należał do ludzi, którzy mogli być zarówno po
czterdziestce, jak i po sześćdziesiątce. Włosy golił na jeża, więc
trudno było stwierdzić, jaki miały kolor. Podwójny podbródek rysował się
wyraźnie i choć Stubbs nie wstał, było jasne, że miał sylwetkę
nienawykłą do codziennego treningu. Na czarną koszulkę polo założył
tanio wyglądającą ciemną marynarkę. Coś w jego postawie sugerowało
wojskową przeszłość, ale Reece nie miał pewności, jaką dokładnie.
- Kapitanie Reece - zaczął mężczyzna oficjalnym tonem, przesuwając
kartkę papieru po stole - zanim zaczniemy, proszę zapoznać się ze swoimi
prawami i podpisać pod spodem.
Reece dobrze wiedział, że nie powinien podpisywać żadnego kwitu od
agenta federalnego bez swojego prawnika. Wiedział jednak również, że
jego ludzie byli martwi i to on ponosił za to odpowiedzialność. Złożył
podpis i odepchnął dokument z powrotem.
- Nie rejestrujemy tej rozmowy, kapitanie.
Pierwsze kłamstwo, pomyślał Reece, kiwając głową ze zrozumieniem.
Niedziałająca kamera w rogu była tylko rekwizytem, podobnie jak dyktafon
na stole. Wszystko rejestrowały mikrofon i kamera ukryte gdzieś w pokoju. Urządzenie na statywie miało jedynie psychologicznie uspokoić
rozmówcę, natomiast dyktafon służył do tego, by w niektórych momentach
powiedzieć coś "nieoficjalnie"; taka możliwość oczywiście nie wchodziła
w grę.
- Zacznę nagrywać do swoich notatek, jeśli panu to nie przeszkadza -
kontynuował grubas. Reece znowu przytaknął, raczej po to, żeby
zaakceptować teatralność scenariusza, niż udzielić faktycznej zgody.
Stubbs włączył dyktafon na pokaz i położył go na stole.
- Agent specjalny Daniel Stubbs z Kryminalnego Biura Śledczego Marynarki
Wojennej. Godzina... - rzucił okiem na tani zegarek ze wskazówkami -
pierwsza pięćdziesiąt sześć, środa, czternastego czerwca dwa tysiące
siedemnastego roku. Razem ze mną są agent specjalny Robert Bridger oraz
kapitan James Reece, dowódca plutonu SEAL Team Siedem w sprawie misji
numer sześć sześć cztery, Miecz Odyna. Kapitanie Reece, proszę
opowiedzieć nam po kolei o wydarzeniach dotyczących Miecza Odyna.
Reece rozpoczął sprawozdanie i przeszedł przez szczegóły procesu
planowania. Mieli do czynienia z TST, czyli celem wymagającym
natychmiastowej reakcji, co oznaczało możliwość ucieczki, której
natychmiast należało zapobiec. Dane wywiadowcze pochodziły z pojedynczego źródła, co normalnie skutkowałoby nieuwzględnianiem ich aż
do zdobycia kolejnych informacji. Reece zawsze potwierdzał dane
wywiadowcze przez niezwiązane ze sobą źródła: dwa HUMINT poparte
SIGINT-em. Tradycyjne i technologiczne metody częściowo się pokrywały,
dzięki czemu zyskiwało się pewność, że cel faktycznie był istotny, a nie
że ktoś chciał wykorzystać Amerykę do wyrównania osobistych lub
politycznych porachunków. Kiedy Reece przekazał to oficerowi nad sobą,
usłyszał, w słowach niepozostawiających wątpliwości, że były to
informacje wywiadowcze z poziomu narodowego, co oznaczało, że nie był
upoważniony, by dowiedzieć się, skąd pochodziły. Normalnie Reece miał
dostęp do ściśle tajnych/poufnych informacji, co oznaczało, że mógł
zostać objęty jednym z programów specjalnego dostępu tylko w razie
najwyższej konieczności. W słowniku Reece'a dowodzenie ludźmi w walce
bez dwóch zdań było "najwyższą koniecznością".
Oddział Reece'a operował z placówki terenowej w prowincji Chost,
graniczącej z pakistańskimi Terytoriami Plemiennymi Administrowanymi
Federalnie niedaleko miasta Miran Śah, siedliska aktywności rebeliantów
i kryjówki terrorystów oraz ich popleczników. Od głośnego zabójstwa
Osamy bin Ladena w Pakistanie operacje z przekroczeniem granicy były
rzadkością i wróg zdawał sobie z tego sprawę. Plan podczas tej tury był
jasny: zorganizować się w Chost, zbudować lokalną siatkę wywiadowczą,
nawiązać współpracę z siłami partnerskimi kraju gospodarza i atakować
kanały przerzutowe ludzi, broni i narkotyków między Afganistanem i Pakistanem. To dlatego, kiedy TST pojawił się praktycznie znikąd,
zapaliła im się lampka ostrzegawcza; nikt nie znał tego obszaru tak
dobrze jak Reece i jego ludzie. Rozpracowywali go przez ostatnie pięć
miesięcy. Nikt z ich osobowej siatki ani żadne z urządzeń wywiadowczych
nie wykazały istnienia talibańskiej placówki w obszarze ich działań.
Talibowie byli na to zbyt sprytni. Ich przywódcy mogli mieszkać po
pakistańskiej stronie granicy i stamtąd kierować operacjami. Coś było
nie tak.
Reece nie wspomniał o rozmowie z podpułkownikiem Dukiem Brayem, dowódcą
Special Forces z Grupy Zadaniowej Operacji Specjalnych, do której
należała jednostka Reece'a. Duke Bray był legendą zielonych beretów i najlepszym żołnierzem, jakiego można spotkać na swojej drodze. Jako
jeden z pierwszych w Afganistanie po 11 września, w sławnych "Triple
Nickel" wchodzących w skład Piątej Grupy, jeździł konno i wspomagał
ofensywę Sojuszu Północnego, która odbiła Kabul w ciągu dni, a nie
miesięcy przewidzianych jeszcze w kraju przez gadające głowy. Ich
ścieżki przecinały się wielokrotnie w ciągu ostatnich lat i obydwaj
mężczyźni darzyli się nawzajem bezgranicznym szacunkiem. Podczas
prywatnego i szyfrowanego wideopołączenia z człowiekiem, którego uważał
zarówno za przyjaciela, jak i za mentora, Reece mógł być dobitnie
szczery.
- Co, do chuja, sir? - zapytał, kiedy wiedział, że nikt nie może ich
usłyszeć.
- Wiem, Reece. Straszne gówno. Nigdy czegoś takiego nie widziałem, a przynajmniej od długiego czasu. Kazałem CJSOTF spierdalać i powiedziałem, że tego nie zrobimy. Najbardziej porąbane jest to, że to
nie ich wywiad naciskał. To poziom narodowy, a wiesz, co to znaczy.
Wiedział - CIA oraz informacje o znaczeniu strategicznym, a nie
taktycznym, jak te, które zdobywali w terenie. Musiało to być coś
ważnego, jeśli spadło z tak wysoka.
- Reece, upomniałem się o kilka długów w Langley, żeby zobaczyć, czy uda
mi się dowiedzieć czegoś więcej. Nikt o tym nie słyszał. Jak wygląda
dossier?
- Wygląda świetnie. Dlatego mi się nie podoba. Nigdy nie widziałem nic
tak szczegółowego z samej góry. Nawet nie słyszeliśmy o celu, ale
wychodzi na to, że jest sporo dowodów na to, że to ważny gracz powiązany
z pakistańskim ISI - powiedział Reece, odnosząc się do pakistańskiego
wywiadu. - A co powiedział Stevens? - zapytał. Stevens był pułkownikiem
stojącym na czele CJSOTF, jeden poziom wyżej nad Brayem.
- Znasz Stevensa, to niezły oficer. Chce dobrze, ale zależy mu na
karierze. Powiedział, że dostał osobistą gwarancję z Tampy, że misja ma
najwyższy priorytet i musi być przeprowadzona dzisiaj.
W Tampie mieściła się kwatera główna i Centralnego Dowództwa,
nadzorującego wszelkie amerykańskie operacje wojskowe na Bliskim
Wschodzie, i Dowództwa Operacji Specjalnych, które zarządzało operacjami
specjalnymi na całym świecie.
- Ciekawe, kto mu ją dał - zastanawiał się głośno Reece.
- Nie podoba mi się to, Reece - przyznał Bray, kręcąc głową. - Żałuję,
że nie mogę być tam z wami, ale dopilnuję, żebyście mieli dzisiaj do
dyspozycji wszystkie zasoby grupy zadaniowej. Nie liczy się nic poza
waszą operacją.
- Dziękuję, sir. Nie obraziłbym się za AC-130 i predatora z paroma
hellfire'ami.
- Mój sztab już przypisał je do waszej misji.
- Zrozumiałem, sir. W takim razie bierzemy się do pracy. Dziękuję za
pomoc.
- Powodzenia, kapitanie.
Ku zaskoczeniu Reece'a agent Stubbs ani razu nie zapytał o osobliwe
pochodzenie informacji wywiadowczych. Zachowywał się tak, jakby ten
temat w ogóle go nie interesował.
Ciekawe.
A potem, choć przyszło mu to z trudem, Reece zrelacjonował wydarzenia w terenie. Zdalna infiltracja. Doniesienia o zerowej aktywności w obiekcie. Eksplozje. Śmierć.
Kiedy skończył, pierwsze pytanie Stubbsa nawet nie dotyczyło misji.
Agent wyjął kartkę z leżącego przed nim stosu i przesunął ją w kierunku
Reece'a.
- Czy to pochodzi z pana maila, kapitanie?
Reece nie próbował ukryć wściekłości, gdy spojrzał na mężczyznę i siedzącego obok niego podenerwowanego agenta Bridgera.
- Mam lepsze pytanie: czemu, do jasnej cholery, czytacie moje prywatne
wiadomości?
- Powtórzę jeszcze raz, kapitanie: czy to pochodzi z pana maila?
Jedna z pierwszych zasad przesłuchania brzmiała: zawsze znaj odpowiedź,
zanim zadasz pytanie. A to z pewnością było przesłuchanie - nie zwykła
rozmowa.
- To prywatna wymiana maili między mną i moją żoną.
- Nie tylko pańską żoną, kapitanie, ale również pracownikami instytucji
akademickich, dotycząca bieżących działań militarnych w Afganistanie.
Niewiele brakowało, a Reece przewróciłby oczami.
- Ma pan na myśli doktor Annę Scott ze Studium Podyplomowego Marynarki
Wojennej i doktora Davida Elliota z Uniwersytetu Johnsa Hopkinsa?
Ekspertów w obszarze działań partyzanckich oraz stosunków
międzynarodowych?
- Co miał pan na myśli, pisząc to konkretne zdanie? - Stubbs zignorował
Reece'a i wskazał fragment wydrukowanej wiadomości leżącej teraz na
stole. - "Wątpię, czy założenia taktyczne w ogóle odpowiadają naszej
narodowej wizji strategicznej".
- Miałem na myśli dokładnie to, co napisałem.
- A tutaj? - zapytał agent Stubbs ponownie. - Pozwoli pan, że
przeczytam. Dziewiątego kwietnia napisał pan do Anny Scott, cytuję:
"Gdybym dzisiaj miał te same informacje, z którymi przeprowadziliśmy
inwazję na Irak, nie mógłbym zatrzymać pieszego za przejście na
czerwonym świetle". Koniec cytatu.
- Cóż, Stibbs - zaczął Reece, celowo przekręcając nazwisko
przesłuchującego. - Anna Scott jest moją bliską przyjaciółką i światowym
autorytetem w dziedzinie powstań oraz ich zwalczania. Poświęciła sporą
część życia, zgłębiając złożoność rewolucji, w przeciwieństwie do tych
sprawujących władzę.
Stubbs sięgnął po dyktafon i wcisnął przycisk "stop". Reece od razu
wiedział, czego się spodziewać.
- Kapitanie Reece, nieoficjalnie: jakie stosunki łączą pana z doktor
Scott?
Nie do wiary.
- Ściśle zawodowe, Stibbs. Powinieneś to wiedzieć po przeczytaniu całej
mojej prywatnej korespondencji.
- Rozumiem. - Ponownie włączył nagrywanie. - A jako oficer marynarki w czynnej służbie jak wyjaśni pan propagowanie morderstw?
- O czym ty mówisz? - zapytał Reece z niedowierzaniem.
- Jeszcze w dwa tysiące czternastym roku napisał pan do doktora Davida
Elliota i zasugerował, że selektywna eliminacja, w pana ocenie, byłaby
istotnym elementem rządowej polityki. Wyrażając takie stanowisko jako
oficer, naruszył pan Jednolity Kodeks Wojskowy.
Reece patrzył to na jednego, to na drugiego agenta NCIS. Sytuacja byłaby
śmieszna, gdyby nagle nie zrobiła się tak poważna.
Reece wielokrotnie dyskutował z ekspertami z zakresu działań wojennych.
Wychodził z założenia, że jego obowiązkiem jako oficera było nieustanne
studiowanie, pogłębianie swojej wiedzy, opieranie się myśleniu stadnemu,
kwestionowanie założeń i szukanie najlepiej wykwalifikowanych ludzi,
żeby mieć pewność, że rusza do walki tak przygotowany i wyekwipowany,
jak to tylko możliwe. Był to winien ludziom, którymi dowodził. Był to
winien ich rodzinom, misji, krajowi.
- Skończyłem z wami, barany. Mogę iść?
- Proszę jeszcze nie planować powrotu do domu - rzucił Stubbs,
odchylając się na krześle i eksponując dobrze odżywiony kałdun. - Zajmie
nam chwilę uporządkowanie tego bałaganu. Zostaje pan objęty oficjalnym
śledztwem w związku z działalnością wywrotową, ujawnianiem poufnych
informacji oraz naruszeniem artykułu trzynastego postępowaniem niegodnym
oficera. - Stubbs wyliczył je wszystkie głosem pozbawionym emocji, jak
na autopilocie.
Reece wstał powoli. Bridger wyglądał, jakby chciał znaleźć się teraz w jakimkolwiek innym miejscu. Stubbs odłożył maile na stos. Podnosząc się,
Reece instynktownie sięgnął ręką za prawe biodro, gdzie zwykle nosił
służbowego SIG sauera. Nie mógł opędzić się od myśli, że gdyby żył sto
pięćdziesiąt lat wcześniej, rząd szukałby już dwóch nowych agentów
federalnych.
Rozdział 4
Jako najlepszy specjalista w swojej
dziedzinie doktor Peter O'Halloran budził zaufanie. W tygodniach, które
nastąpiły po 11 września 2001 roku, doktor O'Halloran przekazał stery
uznanego centrum neurochirurgii w ręce swojego zespołu i wstąpił do
wojska, by zrobić to, co uważał za swój obowiązek.
Będąc jednym z najlepszych chirurgów kręgosłupa w kraju, Peter operował
każdego: od zawodowych sportowców u szczytu kariery po starzejących się
polityków szukających sposobu na pozbycie się chronicznego bólu.
Wiedział, że w walce trafią się poważnie ranni, i chciał wykorzystać
swoje wyjątkowe umiejętności, by utrzymać ich przy życiu. Szybko wydano
odpowiednie zgody, które pozwoliły mu ominąć ograniczenia wiekowe, i ku
przerażeniu żony i dzieci doktor Peter O'Halloran został podpułkownikiem
O'Halloranem z Rezerwy Armii Stanów Zjednoczonych. Wkrótce potem spędzał
więcej czasu na służbie w Iraku i Afganistanie niż w klinice w La Jolla.
Minęły tylko dwa dni od zasadzki i przesłuchania, ale fizycznie Reece
czuł się gotowy, żeby opuścić szpital. Przed wypisem miał wpaść do
doktora O'Hallorana, więc po dopełnieniu wszelkich formalności
dyżurująca pielęgniarka zaprowadziła go do gabinetu chirurga. O'Halloran
przywitał się ciepło z Reece'em i poprosił go, żeby usiadł. Doktor
obrócił się twarzą do komputera i wybrał folder, zanim ustawił ekran
tak, żeby Reece mógł mu się dobrze przyjrzeć. Otworzył plik
przedstawiający skan mózgu. Natychmiast skojarzyło się to Reece'owi z czarno-białym obrazem z kamery termowizyjnej na podczerwień, której
używali w walce - podświetlona jaskrawo trójwymiarowa rzeźba terenu na
czarnym tle. Doktor najechał kursorem na biały zarys na zdjęciu.
- Trafiło tutaj dwóch rannych. Staraliśmy się, jak mogliśmy, żeby ich
uratować, ale obrażenia okazały się zbyt poważne. W ramach wstępnej
oceny wykonaliśmy prześwietlenia, żeby upewnić się, jak rozległe były
uszkodzenia mózgu, i pomijając znaczną ilość odłamków, znaleźliśmy to.
To tomografia komputerowa, którą zrobiliśmy bosmanmatowi Moralesowi.
Widzisz to? - Jeszcze raz wskazał na biały kształt na ekranie. - To
zmiana, która nie ma związku z poniesionymi urazami. Patolog
odpowiedzialny za sekcję uważa, że to skąpodrzewiak, rzadki i złośliwy
guz mózgu. Laboratorium potwierdzi te podejrzenia albo im zaprzeczy, ale
ten lekarz zna się na swojej robocie i na podstawie tego zdjęcia zgadzam
się z jego oceną.
Kliknął myszką i na ekranie pokazał się drugi obraz.
- A to mózg porucznika Pritcharda. Jak widzisz, ma nieco mniejszy, ale
podobny guz. Patolog i ja uważamy, że to ten sam typ. - Trzeci obraz. -
A to twój mózg, James. Oczywiście nie wiemy tego na pewno, ale zmiana
wydaje się mieć ten sam rozmiar i kształt co u twoich ludzi. Gdybyśmy
byli w Stanach, przyjąłbym cię na oddział i zrobił biopsję, ale tutaj
nie mam takiej możliwości.
Reece'owi zaschło w ustach. Nagle poczuł oszałamiającą potrzebę bycia z żoną i córką.
- Nie chcę, żebyś panikował, James. To może być mnóstwo rzeczy, nowotwór
jest tylko jedną z nich.
- Co? - wyjąkał Reece. - Jak... Jak rzadko się to zdarza, doktorze? Bo dla
mnie to chore, że trzech gości w naszym wieku nagle ma guza mózgu.
- To niezwykle rzadkie, James. Częstotliwość występowania tego
konkretnego guza wynosi zaledwie trzy dziesiąte na sto tysięcy. To
zaledwie dwa procent wszystkich guzów mózgu. Przyjmijmy, że twój jest
inny, ponieważ nie możemy tego potwierdzić. Ale żeby dwóch ludzi z tego
samego oddziału, obydwaj po dwudziestce, miało ten sam typ nowotworu... -
O'Halloran pokręcił głową. - Szanse na to są astronomicznie małe. Czy ty
i twoi ludzie byliście wystawieni na jakiekolwiek czynniki biologiczne
lub chemiczne? Byliście narażeni na promieniowanie?
- Nie, nic mi o tym nie wiadomo. To znaczy, kiedy pierwszy raz byliśmy w Iraku, sporo się mówiło o chemicznym i biologicznym zagrożeniu, ale
Pritchard pewnie wtedy chodził jeszcze do liceum. I jeśli się dobrze
orientuję, to były tylko plotki. Jeden zespół został zaatakowany jakąś
odmianą iperytu, ale nie było to nawet blisko miejsca, gdzie wtedy
działałem. Ale jeśli chodzi o tych dwóch, nic nadzwyczajnego.
- Hmm, pomyśl jeszcze nad tym i jeśli coś przyjdzie ci do głowy, daj mi
znać. To jest nieprawdopodobne. Tak jak powiedziałem, tutaj nie zrobimy
nic więcej, ale kiedy wrócisz do kraju, musisz się przebadać, tak dla
pewności. Niedługo kończę turę. To był długi rok, ale za miesiąc będę
już w klinice w Kalifornii. Chciałbym, żebyś przyjechał do mnie do La
Jolla. Mam paru kolegów, którzy specjalizują się w badaniach mózgu,
uważam, że powinieneś ich poznać. Nie miałeś kłopotów ze wzrokiem, bólów
głowy, nic z tych rzeczy?
- Nie, sir - skłamał Reece. Potrzebował czasu, by wszystko przemyśleć.
- A co z bosmanmatem Moralesem i porucznikiem Pritchardem? Czy oni albo
któryś z twoich ludzi skarżyli się na jakieś niepokojące migreny?
- Nie, ale to akurat nic nadzwyczajnego u tych chłopaków. W teamach
ludzie raczej nie skarżą się na tego typu rzeczy. Boją się, że to może
wykluczyć ich z walki.
- Rozumiem - powiedział doktor, zamyślając się. - Przykro mi z powodu
twoich ludzi. Wiem, że to pewnie nic nie znaczy, ale naprawdę mi
przykro. Wróć bezpiecznie do domu, uściskaj rodzinę, pochowaj żołnierzy,
a kiedy już wrócę, umów się na wizytę w moim gabinecie. Trzymaj się,
James.
Reece wyszedł ze szpitala kompletnie zagubiony. W rzeczywistości już go
tam nie było - pochłonęły go myśli o rodzinach synów, mężów i ojców,
których ciała, albo to, co z nich zostało, pakowano do worków. W owiniętych flagami trumnach mieli odbyć ostatnią podróż do domu.