James - Percival Everett

Kup ebooka

43.90 zł
35.56 zł (33,80 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

NO­TES DA­NIELA DE­CA­TURA EM­METTA

Jak do mia­sta raz zje­cha­łem,

Pierw żem sły­szał, niż uj­rza­łem,

Straże gło­śno coś wo­łały,

Za Tuc­ke­rem tam ga­niały.

Ej, Dan Tuc­ker, z drogi pry­skaj,

Z drogi pry­skaj, z drogi pry­skaj,

Nie do­sta­niesz żar­cia dzi­siaj.

Knur i owca idą drogą,

Owca mówi: "Ru­szże nogą".

Sza, sza, słonko, wilki wyją,

Bo­ziu, Bo­ziu, psy się kryją,

Ej, Dan Tuc­ker, z drogi pry­skaj,

Z drogi pry­skaj, z drogi pry­skaj,

Nie do­sta­niesz żar­cia dzi­siaj.

Mam tu bar­dzo ostrą brzy­twę,

I co trzeba, za­raz przy­tnę.

Dla owcy owies, Dan cia­sto woli,

Wody za­grzeje i wraz cię ogoli.

Ej, Dan Tuc­ker, z drogi pry­skaj,

Z drogi pry­skaj, z drogi pry­skaj,

Nie do­sta­niesz żar­cia dzi­siaj.

Sójka w gnieź­dzie kosa sie­dzi

I z jaj­kami tam się bie­dzi,

Stary Tuc­ker w li­siej ja­mie,

Mło­dych dzie­sięć za­brał ma­mie.

Ej, Dan Tuc­ker, z drogi pry­skaj,

Z drogi pry­skaj, z drogi pry­skaj,

Nie do­sta­niesz żar­cia dzi­siaj.

Wy­bra­łem się na spo­tka­nie,

Stary Tuc­ker miał ka­za­nie,

Wszy­scy prędko w sztok się spili

I Tuc­kera prze­go­nili.

Ej, Dan Tuc­ker, z drogi pry­skaj,

Z drogi pry­skaj, z drogi pry­skaj,

Nie do­sta­niesz żar­cia dzi­siaj.

Fir­cyk Czar­nuch

Po­sze­dłem raz do Sandy Hook, dzień był bar­dzo parny,

Po­sze­dłem raz do Sandy Hook, dzień był bar­dzo parny,

Po­sze­dłem raz do Sandy Hook, dzień był bar­dzo parny.

Pa­trzę, a tu na ro­gat­kach stoi Fir­cyk Czar­nuch.

Z Fir­cyka Czar­nu­cha jest uczony wielki,

Z Fir­cyka Czar­nu­cha jest uczony wielki,

Umie grać na banjo i ma żółte szelki.

Dziką gęś kto wi­dział, jak leci nad mo­rzem,

Dziką gęś kto wi­dział, jak leci nad mo­rzem,

Dziką gęś kto wi­dział, jak leci nad mo­rzem.

Dzi­kich gęsi stado wi­dok to nie lada,

Oczkiem gą­ska mruga, na że­gla­rza ba­czy,

Po­tem so­bie gęga, gda­cze, kwi­czy, kwa­cze.

A jak mnie wy­biorą kraju pre­zy­den­tem,

A jak mnie wy­biorą kraju pre­zy­den­tem,

A jak mnie wy­biorą kraju pre­zy­den­tem,

Po­wy­pusz­czam wszyst­kich, co sie­dzą za­mknięci.

A tych, co nie lu­bię, po­wsa­dzam za kratki,

Psami po­szczuć każę, od­biorę ma­natki.

In­dyk w tra­wie

Je­chał żem raz wo­zem drogą,

Ko­nie szły noga za nogą,

Jak trza­sną­łem z bi­cza, z ko­pyta ru­szyły,

I ga­lo­pem pro­sto za­raz po­pę­dziły.

(re­fren)

In­dyk sie­dzi w tra­wie, w sia­nie in­dyk sie­dzi,

Kto się bawi w nocy, w dzień się w pracy bie­dzi.

Wiśta wio, ko­niki, już my w domu pra­wie,

Za­gram wam pio­senkę o in­dyku w tra­wie.

Do do­je­nia idę, brat mi nie po­może,

Jesz­cze za­miast krowy by wy­doił kozę.

Pa­trzę, a tu małpa sie­dzi so­bie w stogu,

Mruga do te­ścio­wej, co sta­nęła w progu.

(re­fren)

W tra­wie in­dyk sie­dzi, in­dyk sie­dzi w sia­nie,

Stara łysa szkapa już wię­cej nie wsta­nie.

Wiśta wio, ko­niki, już my w domu pra­wie,

Za­gram wam pio­senkę o in­dyku w tra­wie.

Giez

Za młodu pana żem ob­słu­gi­wał,

Ta­le­rze mu no­sił, do­le­wał piwa,

Flaszkę mu da­wał, jak za­wo­łał,

Mio­tłą gzy od­ga­niał z czoła.

(re­fren)

Jimmy ziarna łu­pie i ma to gdzieś,

Jimmy ziarna łu­pie i ma to gdzieś,

Jimmy ziarna łu­pie i ma to gdzieś,

Mój pan na ko­nia wsiadł.

Pan na ko­niu jak na tro­nie,

A ja za nim z mio­tłą go­nię,

Ko­nik jego mocno pło­chy,

Giez go utnie, za­raz fo­chy.

(re­fren)

Raz się zja­wił gzów rój cały,

Ko­nia gę­sto ob­le­ciały,

W nogę za­raz go udzia­bły,

Niechby po­szły wszyst­kie w dia­bły.

(re­fren)

Koń się spło­szył, siadł na zad,

Pan do rowu z niego spadł,

Skrę­cił kark, a za przy­czynę

Sę­dzia gza ogło­sił winę.

(re­fren)

Pod drze­wem go po­cho­wali,

Na ka­mie­niu na­pis dali:

"Choć jedna niech po­ciek­nie łza,

Tu ofiara leży gza".

ROZ­DZIAŁ 1

TE MAŁE GNOJKI cho­wały się w wy­so­kiej tra­wie. Do pełni jesz­cze tro­chę bra­ko­wało, ale księ­życ świe­cił ja­sno, a oni mieli go za ple­cami, więc wi­dzia­łem ich jak na dłoni, choć dawno za­padł wie­czór. Na czar­nym tle bły­skały świe­tliki. Cze­ka­łem pod ku­chen­nymi drzwiami panny Wat­son i stopą ko­ły­sa­łem ob­lu­zo­wany sto­pień, wie­dząc, że ju­tro ona każe mi go na­pra­wić. Cze­ka­łem, aż poda mi bla­chę chleba ku­ku­ry­dzia­nego, który upie­kła we­dług prze­pisu mo­jej Sa­die. Ży­cie nie­wol­nika upływa głów­nie na cze­ka­niu, cze­ka­niu i jesz­cze raz cze­ka­niu. Cze­ka­niu na po­le­ce­nia. Cze­ka­niu na je­dze­nie. Cze­ka­niu na kres dnia. Cze­ka­niu na spra­wie­dliwą i za­słu­żoną chrze­ści­jań­ską na­grodę u kresu tego wszyst­kiego.

Ci biali chłopcy, Huck i Tom, uważ­nie mi się przy­glą­dali. Cią­gle ba­wili się w ja­kieś pod­chody, a ja by­wa­łem w tych grach albo zło­czyńcą, albo ofiarą, ale za­wsze ich za­bawką. Te­raz har­co­wali tam wśród ko­ma­rów i in­nego ro­bac­twa, ale do mnie nie zbli­żyli się ani na krok. Warto da­wać bia­łym to, czego chcą, więc wy­sze­dłem na po­dwórko i za­wo­ła­łem w noc:

- A kto sie tak po ćmoku tłu­cze?

Chłopcy po­ru­szyli się nie­zdar­nie, za­chi­cho­tali. Nie zdo­ła­liby pod­kraść się do głu­chego ślepca w trak­cie wy­stępu ka­peli. Wo­lał­bym już ra­czej mar­no­wać czas na li­cze­nie świe­tli­ków niż na za­wra­ca­nie so­bie nimi głowy.

- We­zne chyba i siende se na ganku, coby ba­cze­nie mieć na te ha­łasy. Może to jaki stary dia­boł czy in­sza wiedźma. Le­pij mi tu zo­stać. - Usia­dłem na naj­wyż­szym stop­niu i opar­łem się ple­cami o słup. By­łem zmę­czony, więc za­mkną­łem oczy.

Chłopcy szep­tali coś żywo do sie­bie, a ja ich sły­sza­łem wy­raź­nie jak ko­ścielne dzwony.

- Śpi już? - za­py­tał Huck.

- Chyba. Po­dobno czar­nu­chy za­sy­piają o tak - od­parł Tom i pstryk­nął pal­cami.

- Ciii - uci­szył go Huck.

- Ja bym go przy­wią­zał - ode­zwał się Tom. - Do tego słupa na ganku, co go ma za ple­cami.

- Nie - od­parł Huck. - A jak się ock­nie i na­robi ra­banu? Za­raz się wyda, że wy­sze­dłem, za­miast w łóżku grzecz­nie le­żeć.

- Do­bra, ale wiesz co? Po­trzeba mi paru świec. Za­kradnę się do kuchni panny Wat­son i we­zmę tro­chę.

- A jak obu­dzisz Jima?

- Ni­kogo nie obu­dzę. Czar­nu­cha to na­wet i grzmot nie zbu­dzi. Nic nie wiesz? Ani grzmot, ani bły­ska­wica, ani ryk lwa. Sły­sza­łem o ta­kim, co prze­spał trzę­sie­nie ziemi.

- Cie­kawe, co to za uczu­cie, jak się zie­mia trzę­sie - za­sta­na­wiał się Huck.

- Coś jak wtedy, gdy tatko cię bu­dzi w środku nocy.

Chłopcy skra­dali się na czwo­ra­kach, nie­po­rad­nie i dość ha­ła­śli­wie, po skrzy­pią­cych de­skach ganku, a po­tem przez dwu­skrzy­dłowe drzwi we­szli do kuchni panny Wat­son. Sły­sza­łem, jak grze­bią w szaf­kach i szu­fla­dach. Mia­łem za­mknięte oczy i nie zwa­ża­łem na ko­mara, który wy­lą­do­wał mi na ręce.

- O, mam - oznaj­mił Tom. - Tylko trzy biorę.

- Nie mo­żesz świ­snąć sta­ruszce świe­czek - stwier­dził Huck. - To kra­dzież. A co, jak po­my­ślą, że to Jim?

- No to zo­sta­wię jej pięć cen­tów. Star­czy w zu­peł­no­ści. Nie­wol­nika nikt nie bę­dzie po­dej­rze­wał. Niby skąd nie­wol­nik by wziął pięć cen­tów? Do­bra, czas stąd pry­skać, bo jesz­cze ona tu przyj­dzie.

Chłopcy wy­szli na ga­nek. Nie przy­pusz­czam, by zda­wali so­bie sprawę z tego, ile ha­łasu na­ro­bili.

- Trzeba było coś jej na­pi­sać - stwier­dził Huck.

- Nie trzeba - od­parł Tom. - Pięć cen­tów wy­star­czy.

Czu­łem na so­bie wzrok chłop­ców. Nie ru­sza­łem się.

- Co ty wy­pra­wiasz? - za­py­tał Huck.

- Zro­bię Ji­mowi psi­kusa.

- Obu­dzisz go, i tyle.

- Ci­cho bądź.

Tom sta­nął za mną i zła­pał za rondo mo­jego ka­pe­lu­sza.

- Tom - jęk­nął Huck.

- Ciii... - Tom zdjął mi ka­pe­lusz z głowy. - Po­wie­szę to na gwoź­dziu.

- A niby po co? - za­py­tał Huck.

- Jak się Jim obu­dzi, po­my­śli, że to sprawka wiedźmy. Szkoda tylko, że nas przy tym nie bę­dzie.

- Do­bra, już wisi na tym gwoź­dziu, a te­raz spa­dajmy - po­na­glił go Huck.

Z wnę­trza domu do­bie­gły ja­kieś szmery i chłopcy ru­szyli bie­giem, ga­lo­pem skrę­cili za róg, aż pod­niósł się kurz. Sły­sza­łem, jak ich kroki cichną w od­dali.

Ktoś był te­raz w kuchni, przy drzwiach.

- Jim?

Panna Wat­son.

- Tak, psze pani?

- Spa­łeś?

- Nie, psze pani. Uro­bił żem sie mocno, ale śpik mnie nie zmo­rzył.

- By­łeś w mo­jej kuchni?

- Nie, psze pani.

- A czy ktoś był w mo­jej kuchni?

- Nic żem nie wi­dzioł, psze pani. - To aku­rat była szczera prawda, bo przez cały czas mia­łem za­mknięte oczy. - Ni­ko­guchno w pa­ni­nej kuchni ja żem nie wi­dzioł.

- No do­brze, masz ten chleb ku­ku­ry­dziany. Mo­żesz po­wie­dzieć Sa­die, że jej prze­pis mi się spodo­bał. Wpro­wa­dzi­łam kilka zmian. Wiesz, żeby go tro­chę uszla­chet­nić.

- Tak, psze pani, po­wim jej.

- Nie wi­dzia­łeś Hucka? - za­py­tała.

- Wi­dział żem, ino chwile na­zad.

- Jak dawno?

- Chwile.

- Jim, za­dam ci te­raz py­ta­nie. Czy by­łeś w ga­bi­ne­cie bi­blio­tecz­nym sę­dziego That­chera?

- Gdzie?

- W jego bi­blio­tece.

- Pani sie roz­cho­dzi o te izbe z ksionsz­kami?

- Tak.

- Nie, psze pani. Ksionszki żem wi­dzioł, ale do izby za nic bym nie wszed. A czemu sie pani pyta?

- Sę­dzia mówi, że ja­kiejś książki nie ma na półce.

Ro­ze­śmia­łem się.

- A na co mnie niby ksionszka?

Ona też się za­śmiała.

CHLEB KU­KU­RY­DZIANY BYŁ OWI­NIĘTY w cie­niutką ścierkę i mu­sia­łem cią­gle prze­kła­dać go z ręki do ręki, bo pa­rzył. Za­sta­na­wia­łem się, czy nie spró­bo­wać, bo by­łem głodny, ale chcia­łem, żeby pierw­sze kęsy przy­pa­dły Sa­die i Eli­za­beth. Gdy prze­kro­czy­łem próg, Liz­zie pod­bie­gła do mnie, wę­sząc jak ogar.

- Co tak pach­nie? - za­py­tała.

- Pew­nie ten chleb ku­ku­ry­dziany - od­par­łem. - Panna Wat­son upie­kła go we­dług spe­cjal­nego prze­pisu two­jej mamy, rze­czy­wi­ście pach­nie wy­śmie­ni­cie. Po­in­for­mo­wała mnie jed­nak, że wpro­wa­dziła kilka zmian.

Sa­die po­de­szła bli­żej i po­ca­ło­wała mnie w usta. Po­gła­dziła mnie po twa­rzy. Cała była miękka, miała mięk­kie wargi, ale dło­nie rów­nie szorst­kie jak moje od pracy w polu, choć wciąż de­li­katne.

- Ju­tro od­niosę jej tę ser­wetkę. Biali za­wsze pa­mię­tają ta­kie rze­czy. Przy­się­gam, że co­dzien­nie po­świę­cają sporo czasu na li­cze­nie ser­we­tek, ły­żek, fi­li­ża­nek i tym po­dob­nych.

- Szczera prawda. Pa­mię­tasz, jak za­po­mnia­łam od­sta­wić gra­bie do szopy?

Sa­die po­ło­żyła chleb ku­ku­ry­dziany na pniaku, który słu­żył nam za stół. Po­kro­iła go. Po­dała Liz­zie i mnie po kromce. Ugry­złem kęs, Liz­zie też. Po­pa­trzy­li­śmy na sie­bie.

- Ale prze­cież tak ład­nie pach­nie... - ode­zwało się dziecko.

Sa­die od­kro­iła ka­wa­łek i wło­żyła go do ust.

- Przy­się­gam, ta ko­bieta ma ta­lent do nie­go­to­wa­nia.

- Czy mu­szę to zjeść? - za­py­tała Liz­zie.

- Nie, nie mu­sisz - od­parła Sa­die.

- Ale co od­po­wiesz, kiedy cię o to za­pyta? - wtrą­ci­łem.

Liz­zie od­chrząk­nęła.

- Pa­nienko Wat­son, to naj­lep­szy chleb ku­ry­dziany, jaki żem w ży­ciu ja­dła.

- Spró­buj "co żem ja­dła" - za­su­ge­ro­wa­łem. - To po­prawna nie­po­prawna forma gra­ma­tyczna.

- To naj­lep­szy chleb ku­ry­dziany, co żem w ży­ciu ja­dła - po­wie­działa.

- Bar­dzo do­brze - po­chwa­li­łem.

W drzwiach na­szej chaty po­ja­wił się Al­bert.

- Ja­mes, wy­cho­dzisz?

- Za­raz przyjdę. Sa­die, nie masz nic prze­ciwko?

- Nie, idź - po­wie­działa.

WY­SZE­DŁEM NA ZE­WNĄTRZ i skie­ro­wa­łem się do du­żego ogni­ska, przy któ­rym sie­dzieli męż­czyźni. Przy­wi­tano mnie, a po­tem usia­dłem. Roz­ma­wia­li­śmy tro­chę o tym, co stało się z ucie­ki­nie­rem z in­nej farmy.

- Tak, mocno go po­tur­bo­wali - po­wie­dział Do­ris. Do­ris był męż­czy­zną, ale to nie miało zna­cze­nia dla znie­wo­li­cieli, gdy nada­wali mu imię.

- Wszy­scy pójdą do pie­kła - orzekł Stary Luke.

- Co ci się dzi­siaj stało? - za­py­tał mnie Do­ris.

- Nic.

- Coś mu­siało się stać - za­uwa­żył Al­bert.

Cze­kali, aż opo­wiem im ja­kąś hi­sto­rię. Naj­wy­raź­niej mia­łem do tego smy­kałkę.

- Nic, tyle tylko, że za­nio­sło mnie dzi­siaj do No­wego Or­le­anu. Poza tym nic się nie wy­da­rzyło.

- Co ta­kiego? - za­py­tał Al­bert.

- No tak. Wi­dzi­cie, około po­łu­dnia zda­wało mi się, że za­pa­dam w błogą drzemkę, a po­tem oka­zało się, że stoję na gwar­nej ulicy, a wo­kół mnie pełno po­wo­zów za­przę­żo­nych w muły.

- Zwa­rio­wa­łeś - rzu­cił ktoś ze zgro­ma­dzo­nych.

Ką­tem oka do­strze­głem, jak Al­bert daje mi sy­gnał na ostrze­że­nie, że w po­bliżu są biali. Po­tem usły­sza­łem nie­zgrabne ru­chy w krza­kach i już wie­dzia­łem, że to ci chłopcy.

- Naj­sam­pierw pa­trze, a tu mój ka­pe­lusz na gwoź­dziu wisi. "Ja żem go tam nie wsa­dził", my­śle se. Jak on tam sie do­stał? I ju­żem po­znał, że to sprawka wiedźm. Żad­nej żem na oczy nie wi­dzioł, ale to une były, a ju­ści. A jedna wiedźma, ta, co mi ka­pe­lusz po­rwała, to wzieła i aż do No­re­lanu mnie wy­pra­wiła. Da­cie wiare?

Zmiana wy­mowy i słow­nic­twa zwró­ciła uwagę reszty słu­cha­czy na obec­ność bia­łych chłop­ców. Tak więc mój po­pis na ich uży­tek po­słu­żył mi za ramę dla opo­wie­ści. Moja hi­sto­ria stała się w mniej­szym stop­niu bajką, pod­czas gdy praw­dziwa gra za­mie­niła się w wi­do­wi­sko dla Hucka i Toma.

- Nie ga­dej - ode­zwał się Do­ris. - Z wiedź­mami nie warto za­dzie­rać.

- Co ra­cja, to ra­cja - do­dał inny męż­czy­zna.

Sły­sze­li­śmy chi­chot chłop­ców.

- No to je­stem w tym No­re­la­nie i wie­cie co? - cią­gną­łem. - Pod­cho­dzi do mnie zna­chor i się pyta: "A ty tu czego w tym mie­ście?". Mó­wie mu, że po­jen­cia ni mom, jak żem tam tra­fił. I wi­cie, co un mi na to rzek­nie? Wi­cie?

- Co, Jim? - za­py­tał Al­bert.

- Un mi na to, że ja, Jim, to wolny człek. Że tera to już ni­komu za czar­nu­cha nie bede ro­bił.

- Bo­ziu, Bo­ziu, zli­tuj się nad nami - krzyk­nął Chudy, ko­wal.

- Dia­boł prawi da­lij, że moge se tam na ulicy ku­pić, czego du­sza za­pra­gnie. Że jak­bym kcioł, to i whi­sky moge do­stać. Co wy na to?

- Whi­sky to dia­bel­ski tru­nek - oznaj­mił Do­ris.

- Nie­ważne - od­par­łem. - Cał­kiem nie­ważne. Un mówi, że jak­bym kcioł, to moge się na­pić. Wszystko inne też moge. Ale to nie­ważne.

- A to czemu? - za­py­tał ja­kiś męż­czy­zna.

- Pierw, bo żem tam tra­fił przez tego dia­boła, un mie tam ścion­gnoł. To tak na niby ino było, we śnie. A po pra­wzie to i pi­nienzy żem nie mioł. Taka to pro­sta sprawa. Na to dia­boł jak nie pstryk­nie brud­nymi pa­lu­chami i szast-prast na­zad mie ode­słoł.

- Czemu to zro­bił? - za­py­tał Al­bert.

- Bo w No­re­la­nie nie wpa­ku­jesz sie w ta­ra­paty, jak pi­nien­dzy ni mosz, czy ci sie to śni, czy nie - od­par­łem.

Męż­czyźni się ro­ze­śmiali.

- Ali­ści, tak żem i jo sły­szoł - ode­zwał się je­den z nich.

- Cze­kajta - po­wie­dzia­łem. - Co­sik mi sie zdaje, jakby tam dia­boł w krzo­kach sie te­le­poł. Da mi który ża­giew, to po­pa­lim za­ro­śla. Wiedźma i dia­boł ognia się boi. W ogniu raz-dwa się topi jak ma­sło na pa­telni.

Wszy­scy się śmia­li­śmy, sły­sząc, jak biali chłopcy pę­dem rzu­cają się do ucieczki.

PO TYM, JAK ZE­SZŁEGO wie­czoru na­stą­pi­łem na skrzy­piące de­ski, wie­dzia­łem, że panna Wat­son każe mi je po­przy­bi­jać i na­pra­wić po­lu­zo­wany sto­pień. Za­cze­ka­łem do rana, żeby nie obu­dzić bia­łych. Po­tra­fili spać jak mało kto i wiecz­nie na­rze­kali, że bu­dzą się za wcze­śnie, choćby nie wiem jak było późno.

Huck wy­szedł z domu i ob­ser­wo­wał mnie przez kilka mi­nut. Krę­cił się wo­kół, jak to miał w zwy­czaju, gdy coś za­przą­tało mu my­śli.

- A ty czemu tak sam, bez ko­legi? - za­py­ta­łem.

- Cho­dzi ci o Toma Sa­wy­era?

- Tak mu chyba na imie.

- Bo­daj jesz­cze śpi. Pewno całą noc na­pa­dał na banki, po­ciągi i ta­kie tam.

- Taki z niego ban­dyta, co?

- Po­dob­nież, on tak mówi. Ma tro­chę gro­sza, to ku­puje książki i cię­giem czyta o przy­go­dach. Cza­sami sam nie wiem, co o nim my­śleć.

- Jak to?

- No, na przy­kład zna­lazł taką ja­ski­nię, idziemy tam i spo­ty­kamy się z in­nymi chło­pa­kami, ale jak wcho­dzimy, to on musi być sze­fem.

- Tak?

- A wszystko przez to, że się na­czy­tał ksią­żek.

- I to cie uwiera? - za­py­ta­łem.

- Dla­czego tak się na to mówi?

- A pró­bo­wał żeś kiedy przejść ka­wa­łek drogi z ka­my­kiem w bu­cie? Niby da rade, ino cały czas czło­wie­kowi działa na nerwy.

- Ro­zu­miem.

- Wy­gląda na to, że cza­sami trza sie do­ga­dać z kum­plami, i tyle. Som, jacy som.

- Jim, ty ob­ra­biasz muły i na­pra­wiasz koła od wo­zów, a te­raz jesz­cze re­pe­ru­jesz ga­nek. Jak się tego wszyst­kiego na­uczy­łeś?

Prze­rwa­łem pracę i spoj­rza­łem na mło­tek w mo­jej dłoni, ob­ró­ci­łem go.

- Do­bre py­ta­nie, Huck.

- No to po­wiedz.

- Z ko­niecz­no­ści.

- Co?

- Ku­niecz­no­ści - po­pra­wi­łem się. - Ku­niecz­ność jest, jak cuś trza zro­bić, i już.

- Bo ina­czej co?

- Bo ina­czej za­bie­rom cie pod słup i wy­chłosz­czom albo za­wle­kom nad rzeke i sprze­da­dzom. Ty se tym głowy nie mu­sisz za­wra­cać.

Huck spoj­rzał na niebo. Chwilę się nad tym za­sta­na­wiał.

- Ład­nie, jak czło­wiek tak pa­trzy w niebo, a ono całe nie­bie­skie. Po­noć nie­bie­ski ma różne na­zwy. I czer­wony, i inne ta­kie. Cie­kawe, jak mó­wią na taki nie­bie­ski.

- Jajko ru­dzika - od­par­łem. - A ty żeś kiedy wi­dzioł jajko ru­dzika?

- Masz ra­cję, Jim. To jak jajko ru­dzika, tylko że bez cę­tek.

Ski­ną­łem głową.

- Dla­tego nie trza zwa­żać na centki.

- Jajko ru­dzika - po­wtó­rzył Huck.

Sie­dzie­li­śmy tak do­brą chwilę.

- Co jesz­cze cie gry­zie? - za­py­ta­łem.

- Panna Wat­son chyba zwa­rio­wała.

Nic nie po­wie­dzia­łem.

- Cią­gle gada o Je­zu­sie, mo­dli­twach i ta­kich tam. Je­zus Chry­stus sie­dzi jej w gło­wie. Mówi, że całe to mo­dle­nie jest po to, że­bym na­uczył się żyć bez­in­te­re­sow­nie. Co to, do cho­lery, zna­czy?

- Nie blu­zgaj mi tu tera, Huck.

- Ga­dasz jak ona. Ja nie ro­zu­miem, po co mam niby pro­sić o coś tylko po to, żeby tego nie do­stać i wy­cią­gnąć na­ukę. Jaki w tym sens? Rów­nie do­brze mogę po­mo­dlić się do tam­tej de­ski.

Przy­tak­ną­łem.

- Ki­wasz głową, że to ma sens czy że nie ma sensu?

- Ja ino ki­wam głową, Huck.

- Ota­czają mnie wa­riaci. Wiesz, co zro­bił Tom Sa­wyer?

- Po­wiedz mi, Huck.

- Ka­zał nam zło­żyć krwawą przy­sięgę, że jak któ­ryś zdra­dzi ta­jem­nicę bandy, to za­bi­jemy całą jego ro­dzinę. Czy to nie wa­riac­two?

- Jak sie składa krwawą przy­sienge? - za­py­ta­łem.

- Trzeba roz­ciąć so­bie rękę no­żem i po­dać ją resz­cie, a oni ro­bią to samo. No wiesz, żeby krew się wy­mie­szała i po­łą­czyła. Wtedy je­ste­ście braćmi krwi.

Spoj­rza­łem na jego ręce.

- My­śmy na­pluli. Tom Sa­wyer po­wie­dział, że to bę­dzie to samo i jak niby mamy ob­ra­bo­wać bank z po­cię­tymi rę­kami. Je­den chło­pak się po­pła­kał i mó­wił, że o wszyst­kim po­wie, ale Tom Sa­wyer dał mu pięć cen­tów, żeby sie­dział ci­cho.

- A ty mi tera nie zdra­dzasz wa­szych se­kre­tów? - za­py­ta­łem.

Huck za­milkł na chwilę.

- Ty to co in­nego.

- Bo je­stem nie­wol­ni­kiem?

- Nie, to nie tak.

- To o co sie roz­cho­dzi?

- Je­steś moim przy­ja­cie­lem, Jim.

- Dzięki, Huck.

- Ni­komu nie po­wiesz, co? - Wpa­try­wał się we mnie z nie­po­ko­jem. - Na­wet je­śli ob­ro­bimy ten bank. Nie po­wiesz, prawda?

- Umim do­trzy­mać ta­jem­nicy, Huck. Wa­szej też nie zdra­dze.

Panna Wat­son po­de­szła do drzwi i syk­nęła:

- Jesz­cze nie skoń­czy­łeś z tymi scho­dami, Jim?

- Ju­żem skoń­czył, panno Wat­son - od­par­łem.

- To praw­dziwy cud, skoro ten chło­pak pra­wie za­ga­dał cię na śmierć. Huc­kle­berry, wra­caj do domu i po­ściel łóżko.

- I tak je dzi­siaj znowu roz­walę - od­rzekł Huck. Wci­snął ręce za pa­sek spodni i za­ko­ły­sał się, jakby wie­dział, że wła­śnie prze­kro­czył pewną gra­nicę.

- Jesz­cze chwila i wyjdę tam do cie­bie - ostrze­gła ko­bieta.

- Do zo­ba­cze­nia póź­niej, Jim. - Huck wbiegł do domu, wy­mi­ja­jąc pannę Wat­son bo­kiem, jakby uni­kał ciosu.

- Jim - ode­zwała się panna Wat­son, od­pro­wa­dza­jąc Hucka wzro­kiem.

- Tak, psze pani?

- Po­dobno oj­ciec Hucka wró­cił do mia­sta. - Prze­szła obok mnie i spoj­rzała na drogę.

Ski­ną­łem głową.

- Tak, psze pani.

- Miej oko na Hucka - po­wie­działa.

Nie wie­dzia­łem, o co do­kład­nie mnie prosi.

- Tak, psze pani. - Odło­ży­łem mło­tek z po­wro­tem do pu­dełka. - Psze pani, na co niby mam mieć oko?

- I po­móż mu strzec się tego Sa­wy­era.

- Czemu mi to pani mówi?

Stara ko­bieta spoj­rzała na mnie, po­tem na drogę, a po­tem w niebo.

- Nie wiem, Jim.

Za­sta­no­wi­łem się do­brze nad sło­wami panny Wat­son. Ten Tom Sa­wyer nie sta­no­wił dla Hucka za­gro­że­nia, ot, zwy­kły mały czło­wie­czek, który sie­dział mu na ra­mie­niu i wy­ga­dy­wał bred­nie. Ale po­wrót ojca to już inna hi­sto­ria. Ten czło­wiek mógł być trzeźwy albo pi­jany, ale nie­za­leż­nie od swo­jego stanu nie­ustan­nie tłukł bied­nego chło­paka.