James Bond. Tylko dla twoich oczu - Ian Fleming

-
Proszę czekać

1. Polowanie na myśliwego

Oczy osłonięte szerokimi goglami w oprawie z czarnej gumy wydawały się zimne jak krzemień. Motocykl BSA M20 mknął z rykiem naprzód, rozpędzony do siedemdziesięciu mil na godzinę, a one były jedynymi spokojnymi punktami w rozdygotanej masie ciała i metalu. Ukryte za ochronnymi szkłami, wpatrywały się sponad środka kierownicy w drogę, niewzruszone niczym mroczne wyloty rewolwerowych luf. Poniżej okularów wiatr zdołał wedrzeć się do ust motocyklisty i wywinął mu wargi w prostokątny grymas, odsłaniając duże zęby ustawione jak rząd nagrobków oraz białawe paski dziąseł. Po obu stronach mimowolnego uśmiechu wydęte policzki zmieniły się w skórzane worki, których brzegi trzepotały teraz lekko na wietrze. Pod szarpaną pędem powietrza, zwieńczoną kaskiem twarzą widać było dłonie w czarnych rękawicach - zgięte w przegubach i spoczywające na manetkach przywodziły na myśl wyciągnięte łapy wielkiego drapieżnika.

Mężczyzna miał na sobie mundur kuriera Królewskiego Korpusu Łączności, zaś jego maszyna, pomalowana na kolor oliwkowy, właściwie niczym nie różniła się od standardowych pojazdów będących na wyposażeniu armii brytyjskiej, jeśli nie liczyć pewnych modyfikacji zaworów i gaźnika oraz usunięcia z tłumika kilku przegród w celu poprawienia osiągów. W wyglądzie kierowcy i jego wyposażeniu również nie było nic - oprócz naładowanego Lugera zamocowanego w uchwycie na zbiorniku paliwa - co mogłoby sugerować, że naprawdę jest kimś innym.

Był maj, siódma rano, i na prostej jak strzała drodze biegnącej przez las lśniły drobne świetliste kropelki wiosennej mgły. Porośnięte mchem i kwiatami zagłębienia między pniami potężnych dębów po obu stronach jezdni przydawały teatralnego uroku królewskim lasom otaczającym Wersal i Saint-Germain. Była to droga D 98, drugorzędna trasa obsługująca ruch lokalny w okolicach tej drugiej miejscowości. Motocyklista przejechał właśnie pod wiaduktem autostrady Paryż-Mantes, na którym dudniły już auta zmierzające jak co dzień do stolicy. Kierował się na północ, do Saint-Germain. W zasięgu wzroku nie widział innych pojazdów, ani z przodu, ani z tyłu, z wyjątkiem przemieszczającej się jakieś pół mili przed nim niemal identycznej sylwetki innego kuriera Królewskiego Korpusu Łączności. Młodszy, szczuplejszy mężczyzna siedział teraz wygodnie na swojej maszynie, cieszył się dzisiejszym porankiem i utrzymywał prędkość około czterdziestu mil na godzinę. Miał spory zapas czasu, a dzień był rzeczywiście piękny. Zastanawiał się, czy po powrocie do kwatery głównej - co powinno nastąpić mniej więcej o ósmej - zjeść sadzone jajka, czy raczej jajecznicę.

Pięćset jardów, czterysta, trzysta, dwieście, sto. Człowiek nadjeżdżający z tyłu zwolnił do pięćdziesiątki. Uniósł prawą rękawicę do ust i ściągnąwszy ją zębami, wetknął ją za pazuchę bluzy. Potem sięgnął w dół i odpiął broń.

 

Teraz musiał być już dobrze widoczny we wstecznym lusterku, ponieważ młody człowiek gwałtownie odwrócił głowę, zaskoczony obecnością drugiego kuriera odbywającego kurs o tej porze dnia. Żołnierz spodziewał się, że ujrzy amerykańskiego albo francuskiego żandarma. W zasadzie mógł to być to przedstawiciel armii dowolnego z ośmiu krajów NATO reprezentowanych w SHAPE, jednak poczuł zdumienie, a jednocześnie radość, kiedy rozpoznał brytyjski mundur. A któż to taki, u diabła? Uniósł z humorem kciuk, dając do zrozumienia, że zauważył kolegę, i zwolnił do trzydziestki, czekając, aż drugi motocyklista się z nim zrówna. Wpatrując się jednym okiem w drogę, a drugim zerkając na zbliżającą się w lusterku postać, przebiegł w myślach listę brytyjskich kurierów ze specjalnej jednostki transportowej przydzielonej do Dowództwa Kwatery Głównej. Albert, Sid, Wally... Możliwe, że to Wally, wziąwszy pod uwagę przysadzistą sylwetkę. Świetnie! Dobra okazja, żeby się trochę ponabijać z niego i z tej jego Francuzeczki zatrudnionej w kantynie. Louise, Elise, Lise - jakżeż ona, do cholery, miała na imię?

Mężczyzna z bronią zwolnił, znajdował się teraz pięćdziesiąt jardów z tyłu. Jego twarz, już niezniekształcona przez pęd powietrza, zastygła w twardych, grubo ciosanych, być może słowiańskich rysach. W czarnych oczach, utkwionych w celu jak rewolwery, zapłonęły czerwone ogniki. Czterdzieści jardów, trzydzieści... Samotna sroka wyleciała z lasu i przecięła drogę młodemu kurierowi. Niezdarnie przedostała się na drugą stronę jezdni i zniknęła w zaroślach za drogowskazem Michelina informującym, że do Saint-Germain został już tylko jeden kilometr. Młody człowiek wyszczerzył zęby i zasalutował w ironicznym, przesądnym geście, bo pojedynczy czarno-biały ptak mógł być zwiastunem nieszczęścia. "Temu nic nie dała, tylko frrr... poleciała".

Dwadzieścia jardów za nim uzbrojony mężczyzna zdjął obie dłonie z kierownicy, uniósł Lugera i oparł go ostrożnie na lewym przedramieniu, a potem oddał jeden strzał.

Ręce młodego kuriera odskoczyły od manetek i spotkały się pośrodku wyprężonego nagle kręgosłupa. Maszyna obróciła się w poprzek jezdni, wypadła z drogi i przeleciawszy nad wąskim rowem, uderzyła w skrawek ziemi porośnięty trawą i konwaliami. Potem stanęła dęba na rozjazgotanym tylnym kole i powoli przewróciła się do tyłu, przygniatając martwego już motocyklistę. BSA zakaszlała i podskoczyła, rozdarła żołnierzowi ubranie i zmiażdżyła trochę kwiatów. W końcu zastygła w bezruchu.

Zabójca wykonał ostry skręt i zatrzymał maszynę, zwracając ją w kierunku, z którego przyjechał. Opuścił nogą podpórkę, podniósł na niej motocykl i przeszedł po leśnych kwiatkach między drzewa. Przyklęknął przy zabitym i bezceremonialne odciągnął mu powiekę z oka. Równie gwałtownym ruchem odebrał trupowi torbę kurierską z czarnej skóry, a potem rozerwał mu bluzę, by wydobyć sfatygowany skórzany portfel. Tani zegarek zapięty na przegubie szarpnął tak mocno, że elastyczna chromowana bransoleta pękła na pół. Wstał i zarzucił torbę na ramię. Gdy wciskał do kieszeni swojej bluzy portfel i zegarek, wytężył słuch. Słychać było jedynie powolne tykanie stygnącego metalu w rozbitym motocyklu. Zabójca pomaszerował z powrotem ku drodze. Szedł wolno, przysypując liśćmi ślady opon widoczne w miękkiej ziemi i mchu. Szczególnie uważnie zajął się głębokimi koleinami w rowie i na trawiastym poboczu. W końcu stanął obok swojego pojazdu i przyjrzał się skrawkowi ziemi pełnemu konwalii. Całkiem nieźle! Zapewne jedynie policyjne psy zdołają odkryć to miejsce, a wziąwszy pod uwagę, że należało przeszukać dziesięciomilowy odcinek szosy, nie stanie się to wcześniej niż za kilka godzin, a może nawet kilka dni - w każdym razie upłynie wystarczająco dużo czasu. Najważniejszą sprawą w tego rodzaju zadaniach był odpowiedni margines bezpieczeństwa. Mężczyzna wiedział, że mógł zastrzelić ofiarę z odległości czterdziestu metrów, jednak wolał zbliżyć się na dwadzieścia. Zabranie portfela i zegarka były eleganckimi manewrami - manewrami godnymi profesjonalisty.

Zadowolony z siebie, ściągnął motocykl z podpórki, sprawnie wskoczył na siodełko i kopnął rozrusznik. Odjechał powoli, tak żeby nie zostawić na asfalcie śladów nagłego przyspieszania, i jakąś minutę później znowu mknął z prędkością siedemdziesięciu mil na godzinę. Pęd powietrza ponownie wyrysował na jego twarzy pusty, głupkowaty grymas.

W miejscu zbrodni las, który wstrzymał oddech, kiedy ją popełniano, stopniowo zaczynał wracać do życia.

 

James Bond wypił w barze Fouquet's pierwszego tego wieczoru drinka. Nie był to mocny drink - we francuskich restauracjach nie da się pić na poważnie. Stolik ustawiony na trotuarze w pełnym słońcu nie jest dobrym miejscem na spożywanie wódki, whisky czy ginu. Owszem, fine a l'eau to solidna rzecz, jednak chociaż uderza do głowy, nie ma najlepszego smaku. Z kolei quart de champagne albo champagne a l'orange sprawdzają się przed lunchem, lecz wieczorem po jednej kwarcie zwykle pojawia się następna, a trzeba pamiętać, że butelka kiepskiego szampana nie stanowi gwarancji udanej nocy. Pernod jest dopuszczalny, tyle że należy go pić w towarzystwie, poza tym Bond nigdy nie przepadał za tym trunkiem, ponieważ smak lukrecji kojarzył mu się z czasami dzieciństwa. Nie, w brasserie trzeba zamawiać najmniej odrażający z całego wodewilowego repertuaru alkoholi oferowanego w menu, dlatego Bond przy takiej okazji wybierał americano - czyli bitter Campari z wermutem Cinzano, dużym kawałkiem skórki z cytryny i wodą sodową - przy czym jeśli chodzi o ten ostatni składnik, zawsze prosił o Perriera. Uważał, że droga woda mineralna to najtańszy sposób poprawienia smaku marnego drinka.

Kiedy Bond przyjeżdżał do Paryża, nieodmiennie kierował się w te same miejsca. Nocował w Terminus Nord, bo lubił dworcowe hotele, a ten był spośród nich najmniej pretensjonalny i najbardziej anonimowy. Obiady jadał w Café de la Paix, La Rotonde lub Le Dôme, ponieważ podawano tam niezłe potrawy i ponieważ lubił przyglądać się ludziom. Jeśli chciał się porządnie napić, wybierał się do Harry's Bar, zarówno z powodu jakości serwowanych tam drinków, jak i dlatego, że kiedy po raz pierwszy odwiedził Paryż jako szesnastoletni chłopak, w ogóle nie znając tego miasta, postąpił zgodnie z zaleceniem podanym w reklamie baru opublikowanej w "Continental Daily Mail" i powiedział taksówkarzowi "Sęk Ru Du Nu". Tak zaczął się jeden z najbardziej pamiętnych w jego życiu wieczorów, którego ukoronowaniem były utrata dziewictwa i utrata portfela, skądinąd niemal jednoczesne. Na kolację Bond zwykł chodzić do jednej z dużych restauracji - Véfour, Caneton, Lucas Carton albo Cochon d'Or. Bez względu na to, co autorzy przewodnika Michelina sądzili o miejscach w rodzaju Tour d'Argent czy Maxim's, jego zdaniem właśnie tym lokalom udało się uniknąć korporacyjnego blichtru i nastawienia na zysk, a poza tym po prostu odpowiadała mu ich kuchnia. Po kolacji na ogół udawał się na Plac Pigalle, żeby sprawdzić, czy coś mu się trafi. Kiedy jak zwykle nie trafiało się nic, wracał pieszo przez miasto na Gare du Nord i kładł się spać.

Tego wieczoru Bond postanowił wyrzucić do kosza swój stary terminarzyk i najzwyczajniej w świecie porządnie się zabawić. Znalazł się w Paryżu w drodze powrotnej z zakończonej kompletnym fiaskiem misji na pograniczu austriacko-węgierskim. Chodziło o wywiezienie z kraju pewnego obywatela Węgier, a Bond został skierowany w teren przez Londyn z zadaniem pokierowania operacją ponad głową szefa sekcji V. Nie spodobało się to zbytnio agentom wiedeńskiej placówki. Doszło do nieporozumień - zamierzonych nieporozumień. Uciekinier zginął na przygranicznym polu minowym. Oznaczało to konieczność powołania komisji śledczej. Bond miał następnego dnia stawić się w londyńskiej centrali, żeby przedstawić przełożonemu raport, i już sama myśl o tym wprawiała go w przygnębienie. Dziś był naprawdę piękny dzień - jeden z tych, kiedy niemal można było uwierzyć, że Paryż jest pięknym i radosnym miejscem na Ziemi - i Bond postanowił dać temu miastu jeszcze jedną szansę. Na pewno jakoś uda mu się znaleźć dziewczynę, która rzeczywiście będzie dziewczyną, i wybrać się z nią na kolację w jakieś nie do końca prawdziwe miejsce w Lasku Bulońskim, takie jak Pavillon d'Armenonville. Żeby z jej oczu zniknął błysk zainteresowania pieniędzmi - a nie ulegało wątpliwości, że się pojawi - przy pierwszej nadarzającej się okazji wręczy jej pięćdziesiąt tysięcy franków. Powie jej wtedy: "Będę cię nazywał Donatienne, albo na przykład Solange, bo takie imiona pasują do mojego dzisiejszego nastroju i do tego wieczoru. Przyjmijmy, że poznaliśmy się jakiś czas temu i że pożyczyłaś mi taką kwotę, kiedy wpadłem w tarapaty. Proszę bardzo, oddaję. Za chwilę opowiemy sobie o tym, co robiliśmy od czasu naszego ostatniego spotkania rok temu w Saint-Tropez, a na razie zapoznaj się z menu i kartą win. Koniecznie wybierz sobie coś, co sprawi ci przyjemność i od czego przytyjesz". Wówczas na jej twarzy pojawi się wyraz ulgi. Kobieta ucieszy się, że już nie musi niczego udawać. Wybuchnie śmiechem i stwierdzi: "Ależ, drogi Jamesie, przecież ja wcale nie chcę przytyć!". I tak to będzie wyglądało, jak w piosence o Paryżu na wiosnę, Bond pozostanie trzeźwy i będzie okazywał zainteresowanie dziewczyną i wszystkim, co ma do powiedzenia. I, na Boga, jeśli pod koniec wieczoru się okaże, że w starej jak świat bajce o dobrej zabawie w Paryżu nie ma ani grama prawdy, nie będzie w tym w ogóle jego winy.

Siedząc w Fouquet's i czekając, aż podadzą mu americano, Bond uśmiechnął się pod nosem, gdy zdał sobie sprawę ze swojego rozgoryczenia. Wiedział, że snuje te fantazje jedynie w nadziei na to, że zdoła się ostatecznie odegrać na mieście, którego serdecznie nie znosił od czasów wojny. Od 1945 roku nie przeżył w Paryżu ani jednego radosnego dnia. Nie chodziło o to, że Paryż sprzedał swoje ciało, w końcu tak uczyniło wiele miast. Problem polegał na tym, że Paryż pozbył się również swojego serca - oddał je w zastaw turystom, oddał Rosjanom, Rumunom i Bułgarom, oddał je najgorszym szumowinom tego świata, które stopniowo przejęły miasto na własność. No i oczywiście oddał je w pacht Niemcom. Widać to było w spojrzeniach przechodniów - posępnych, zawistnych, zawstydzonych. Architektura? Bond skierował wzrok ponad trotuarem na błyszczące czarne wstęgi aut, słoneczne refleksy odbite od ich karoserii boleśnie raziły w oczy. Wszystko wyglądało tak samo jak na Champs-Élysées. Miasto nadawało się do podziwiania jedynie przez dwie godziny - od piątej do siódmej rano. Po siódmej zalewały je ogłuszające rzeki czarnego metalu, z którymi nie mogły wygrać żadne piękne budynki ani szerokie, wysadzane drzewami aleje.

Zagrzechotała taca stawiana na marmurowym blacie. Szybkim, zręcznym ruchem jednej dłoni, którego Bond nigdy nie potrafił skopiować, kelner zdjął otwieraczem kapsel z butelki Perriera. Potem wsunął rachunek pod wiaderko z lodem, rzucił machinalnie Voila, m'sieur i oddalił się szybkim krokiem. Bond dodał do szklanki kostki lodu, dopełnił ją wodą aż po krawędź i pociągnął solidny łyk. Usiadł wygodnie na krześle i zapalił papierosa Laurens Jaune. Oczywiście taki wieczór skończyłby się katastrofą. Nawet gdyby w ciągu najbliższej godziny udało mu się znaleźć kobietę, bez wątpienia zawartość okazałaby się mniej efektowna od opakowania. Wystarczyłoby się uważnie przyjrzeć, żeby odkryć, że dziewczyna ma tłustą, wilgotną cerę, pełną rozszerzonych porów, typową dla przedstawicielek francuskiej burżuazji. Blond włosy schowane pod zawadiacko przekrzywionym aksamitnym beretem byłyby brązowe u nasady i sztywne jak fortepianowe struny. Miętowy zapach oddechu nie zdołałby przykryć woni czosnku spożytego w ciągu dnia, a ponętna sylwetka byłaby efektem misternego rusztowania z drutu i gumy. Kobieta pochodziłaby z Lille i zapytałaby go, czy jest Amerykaninem. Do tego - Bond uśmiechnął się pod nosem - albo ona, albo jej maquereau usiłowaliby ukraść mu portfel. La ronde! Znalazłby się w miejscu, w którym wszystko się zaczęło. Z grubsza rzecz biorąc.

Do diabła z tym!

Z rzeki pojazdów sunącej środkiem ulicy wyskoczył nagle podniszczony Peugeot 403. Przeciąwszy prawy skrajny pas, zatrzymał się równolegle do zaparkowanych przy krawężniku samochodów. Jak zwykle w takich sytuacjach, rozległy się pisk hamulców, trąbienie i gniewne okrzyki. Nie zrobiło to większego wrażenia na młodej kobiecie, która wysiadła z auta i nie zwracając uwagi na to, co się dzieje na jezdni, zdecydowanym krokiem ruszyła trotuarem. Bond wyprostował się na krześle. Miała w sobie wszystko - naprawdę wszystko - żeby znaleźć się w jego fantazjach. Była wysoka i choć jej sylwetkę skrywał lekki płaszcz przeciwdeszczowy, sądząc z tego, jak się poruszała, oraz z jej postawy, należało przypuszczać, że jest piękna. Na jej twarzy malował się wyraz radości i pewności siebie, co pasowało do jej stylu prowadzenia auta, jednak kiedy przedzierała się w poprzek chodnika przez tłum ludzi, zaciśnięte usta i zmarszczone brwi świadczyły też o zniecierpliwieniu.

Bond obserwował ją spod półprzymkniętych powiek. Patrzył, jak zbliża się do stolików i wkracza do przejścia. Oczywiście nie miał prawa robić sobie żadnych nadziei. Na pewno była z kimś umówiona - przypuszczalnie ze swoim kochankiem. To jedna z tych kobiet, które zawsze okazują się należeć do kogoś innego. Spóźniła się na spotkanie i dlatego teraz się tak spieszy. Co za cholerny niefart! Wszystko się zgadzało, nawet długie jasne włosy pod beretem założonym na bakier!

Patrzyła Bondowi prosto w oczy. A na dodatek się uśmiechała...

Zanim zdążył wziąć się w garść, zbliżyła się do jego stolika, odsunęła krzesło i usiadła.

W odpowiedzi na jego zdumione spojrzenie posłała mu nieco wymuszony uśmiech.

- Przepraszam za spóźnienie - powiedziała. - Niestety obawiam się, że długo tutaj nie posiedzimy. Czekają na ciebie w biurze. Zanurzenie alarmowe! - dodała półgłosem.

Bond otrząsnął się i wrócił do rzeczywistości. Kimkolwiek była, na pewno została przysłana przez Firmę. Określenie "zanurzenie alarmowe" należało do żargonu Tajnej Służby Wywiadowczej i pochodziło z języka Królewskiej Marynarki Wojennej. Oznaczało złe wieści - najgorsze z możliwych. Bond sięgnął do kieszeni i położył na blacie parę monet.

- Dobrze - odparł. - W takim razie chodźmy.

Podniósł się i ruszył za nieznajomą między rzędami stolików ku jej wozowi. Peugeot nadal blokował wewnętrzny pas jezdni i w każdej chwili na miejscu mógł się pojawić policjant. Wsiadali do auta obrzucani gniewnymi spojrzeniami kierowców. Kobieta zostawiła włączony silnik, teraz wrzuciła szybko dwójkę i sprawnie włączyła się do ruchu.

Bond przyjrzał się jej z boku. Miała bladą aksamitną cerę. Blond włosy były jedwabiste, także przy korzonkach.

- Skąd jesteś i o co właściwie chodzi? - zapytał.

- Z tutejszej ekspozytury - odparła, koncentrując uwagę na drodze. - Asystentka drugiego stopnia. Na służbie agentka numer siedemset sześćdziesiąt pięć, po służbie Mary Ann Russell. Nie mam pojęcia, co się wydarzyło. Widziałam tylko szyfrogram z centrali, osobistą wiadomość od M do szefa sekcji. Najwyższy priorytet i tak dalej. Szef miał cię niezwłocznie odnaleźć, a jeśli to konieczne, skorzystać z pomocy Deuxi?me. Stwierdził, że w Paryżu zawsze odwiedzasz te same miejsca, więc przekazał mnie i mojej koleżance listę. - Znów się uśmiechnęła. - Byłam wcześniej tylko w Harry's Bar, a po odwiedzeniu Fouquet's miałam zamiar sprawdzić kolejne restauracje. To cudownie, że udało mi się tak szybko cię złapać. - Zerknęła na Bonda. - Mam nadzieję, że nie wypadło to bardzo niezręcznie.

- Poradziłaś sobie - odparł Bond. - Ale jak byś się zachowała, gdybym był w towarzystwie dziewczyny?

Odpowiedziała śmiechem.

- Mniej więcej tak samo, tyle że zwracałabym się do ciebie per "sir" - odpowiedziała ze śmiechem. - Zastanawiałam się jedynie, w jaki sposób pozbyłbyś się swojej towarzyszki. Gdyby zrobiła ci scenę, zaproponowałabym, że odwiozę ją do domu, a tobie kazałabym wsiąść do taksówki.

- Całkiem sprytnie to wymyśliłaś. Jak długo pracujesz w Służbie?

- Już pięć lat, ale po raz pierwszy jestem na placówce.

- I jak ci się tu podoba?

- Naprawdę lubię tę robotę, chociaż wieczorami i w dni wolne robi się trochę nudno. W Paryżu nie jest łatwo się z kimś zaprzyjaźnić - skrzywiła z ironią usta - jeśli nie chcesz od razu całej reszty. To znaczy - dodała prędko - nie jestem pruderyjna czy coś, ale Francuzi potrafią sprawić, że wszystko staje się strasznie męczące. Na przykład przestałam jeździć metrem i autobusami. Bez względu na porę dnia zawsze wysiadałam z obolałym tyłkiem. - Roześmiała się. - Pomijając fakt, że to nudne i że nigdy nie wiem, co mam facetowi powiedzieć, czasami takie podszczypywanie jest naprawdę bolesne. Miałam dosyć. Żeby jakoś poruszać się po mieście, kupiłam za niewielkie pieniądze ten samochód. Inne auta ustępują mi z drogi. Jeśli tylko nie nawiążę kontaktu wzrokowego, poradzę sobie nawet z najbardziej nieprzyjemnym typem. Po prostu kierowcy się obawiają, że ich nie dostrzegam. Poza tym moje auto jest trochę poobijane, a to budzi ich niepokój. Dlatego trzymają się ode mnie z daleka.

Dotarli do Ronda Champs-Élysées. Jakby chciała wykazać słuszność swoich obserwacji, wjechała ostro na skrzyżowanie i skierowała się prosto ku sznurowi aut przybywających od strony Place de la Concorde. Rozstąpił się w jakiś cudowny sposób, pozwalając jej przedostać się na Avenue Matignon.

- Całkiem sprytne - przyznał Bond. - Jednak lepiej, żeby taka jazda nie weszła ci w nawyk. Możesz trafić na jakąś francuską Mary Ann.

Znów się roześmiała. Skręciwszy w Avenue Gabriel, zatrzymała się przed paryską siedzibą Tajnej Służby Wywiadowczej.

- Robię takie manewry wyłącznie w trakcie wykonywania obowiązków służbowych - oświadczyła.

Bond wysiadł i okrążył samochód.

- Dziękuję, że po mnie przyjechałaś - rzucił na koniec. - Może kiedy już skończy się to zamieszanie, zrewanżuję się za uprzejmość i przyjadę po ciebie? Nikt mnie wprawdzie nie podszczypuje, ale nudzę się w Paryżu tak samo jak ty.

Miała niebieskie, szeroko rozstawione oczy. Wpatrywały się teraz w niego badawczo.

- Podoba mi się ten pomysł - odrzekła z powagą. - Zadzwoń do tutejszej centrali, operator będzie wiedział, jak mnie znaleźć.

Bond wsunął rękę przez okno i ścisnął dłoń spoczywającą na kierownicy.

- Dobrze - powiedział. Odwrócił się i szybkim krokiem przeszedł pod łukiem bramy budynku.

Szef sekcji F, podpułkownik lotnictwa Rattray, był tęgawym jegomościem o różowych policzkach i zaczesanych do tyłu jasnych włosach. Lubił nosić się w wyszukany sposób - dziś miał na sobie koszulę z odwróconymi mankietami, marynarkę z dwoma rozcięciami, muchę i ekstrawagancką kamizelkę. Sprawiał wrażenie nawykłego do wygód miłośnika wina i dobrego jedzenia, i jedynie spokojne, dość bystre niebieskie oczy zdawały się nie pasować do całości. Palił jednego Gauloises'a za drugim i w biurze unosił się smród tytoniu.

Rattray przywitał Bonda z wyraźną ulgą.

- Kto cię odszukał na mieście?

- Russell. Byłem w Brasserie Fouquet's. To nowa agentka?

- Pracuje od sześciu miesięcy. Jest niezła. Ale klapnij sobie, kolego. Mamy tu niezły kocioł i muszę cię wtajemniczyć w sprawę, żebyś mógł się zabrać do roboty. - Pochylił się nad interkomem i nacisnął przełącznik. - Proszę przesłać depeszę do M. Osobista wiadomość od szefa ekspozytury. "007 zlokalizowany, właśnie przekazuję mu informacje". Jasne? - Puścił przycisk.

Bond przysunął krzesło do otwartego okna, żeby znaleźć się z dala od papierosowej mgły. W oddali słyszał cichy szmer pojazdów na Champs-Élysées. Pół godziny temu miał dosyć Paryża i cieszył się, że opuści to miasto. Teraz miał nadzieję, że zostanie tu dłużej.

- Wczoraj ktoś załatwił naszego porannego kuriera na trasie z kwatery SHAPE do placówki w Saint-Germain - powiedział Rattray. - Cotygodniowy kurs z wydziału wywiadu SHAPE z podsumowaniami, dokumentami biura połączonych służb wywiadowczych i opisem działań operacyjnych za żelazną kurtyną, krótko mówiąc, ze wszystkimi najważniejszymi informacjami. Jeden strzał w plecy. Morderca zabrał jego torbę kurierską, portfel i zegarek.

- Paskudna sprawa - stwierdził Bond. - Czy istnieje możliwość, że chodzi o zwykły napad rabunkowy? Czy jednak panuje przekonanie, że ten portfel i zegarek to tylko zmyłka?

- Agenci wydziału bezpieczeństwa SHAPE nie mają pewności, chociaż skłaniają się ku opinii, że chodzi o fałszywy trop. Siódma rano to w końcu dość niezwykła pora na napad. Będziesz miał okazję z nimi o tym porozmawiać, kiedy już tam dotrzesz, ponieważ M postanowił oddelegować cię do SHAPE jako swojego osobistego wysłannika. Cholernie jest tym wszystkim zaniepokojony. Pomijając już wyciek poufnych materiałów, ludziom z NATO nigdy się nie podobało, że jedna z naszych ekspozytur funkcjonuje, jeśli wolno mi się tak wyrazić, poza ich rezerwatem. Od wielu lat próbują włączyć jednostkę z Saint-Germain w struktury wywiadu SHAPE. Sam wiesz, jaki jest M, to stary cwaniak, który nie lubi słuchać niczyich poleceń. Nigdy nie przepadał za służbami bezpieczeństwa NATO. Musisz wiedzieć, że w wydziale wywiadu SHAPE pracuje paru Francuzów i jeden Włoch, a na dodatek dowódca wydziału kontrwywiadu i bezpieczeństwa jest Niemcem!

Bond gwizdnął pod nosem.

- Problem polega na tym, że ten paskudny wypadek to dla SHAPE doskonała okazja, żeby przywołać M do porządku - ciągnął Rattray. - Tak czy inaczej, szef chce, żebyś niezwłocznie udał się do kwatery głównej. Załatwiłem ci już upoważnienie i zdobyłem odpowiednie przepustki. Masz się zgłosić do pułkownika Schreibera z wydziału bezpieczeństwa Dowództwa Kwatery Głównej. To Amerykanin, bardzo operatywny facet. Zajmuje się sprawą od samego początku. O ile wiem, podjął w zasadzie wszystkie działania, które należało podjąć.

- A co takiego zrobił? I co właściwie się wydarzyło?

Szef ekspozytury podniósł z biurka mapę i podszedł z nią do Bonda. Było to wydanie Michelina o dużej skali zatytułowane Environs de Paris. Wskazał ołówkiem miejsce.

- To jest Wersal, a tutaj, na północy, tuż powyżej parku, znajduje się duże skrzyżowanie autostrady Paryż-Mantes z trasą kończącą się w Wersalu. Kilkaset jardów na północ od tego węzła, przy drodze N 184, mieści się SHAPE. W każdą środę o siódmej rano motocyklowy kurier służb specjalnych wyjeżdża z kwatery ze zgromadzonymi w ciągu tygodnia materiałami wywiadowczymi, o których ci przed chwilą mówiłem. Musi dotrzeć to tego małego miasteczka o nazwie Fourqueux, leżącego tuż pod Saint-Germain, dostarczyć przesyłkę oficerowi dyżurnemu z naszego biura i zameldować się ponownie w SHAPE o siódmej trzydzieści. Ze względów bezpieczeństwa nie wybiera trasy przez te wszystkie zabudowane obszary, tylko zgodnie z rozkazem kieruje się szosą N trzysta siedem na Saint-Nom, skręca w prawo w drogę D dziewięćdziesiąt osiem, a potem przejeżdża pod autostradą i przez las dociera do Saint-Germain. Odległość wynosi mniej więcej dwadzieścia kilometrów i w spokojnym tempie można ją pokonać w niecałe piętnaście minut. Wczoraj kurierem był kapral Korpusu Łączności, porządny, godny zaufania facet nazwiskiem Bates. Ponieważ minęła siódma czterdzieści pięć, a on nadal nie pojawiał się w dowództwie, wysłano drugiego motocyklistę z zadaniem odszukania kolegi. Bates zniknął bez śladu, a trzeba dodać, że nie zameldował się w naszym biurze. O ósmej piętnaście sprawą zajął się wydział bezpieczeństwa, a o dziewiątej ustawiono blokady drogowe. Powiadomiono policję i Deuxi?me Bureau, do akcji wkroczyły ekipy poszukiwawcze. Znalazły go psy tropiące, jednak dopiero wieczorem, około szóstej, więc jeśli na drodze były jakieś ślady, przejeżdżające samochody do tej pory na pewno zdążyły je zatrzeć. - Dyrektor sekcji F podał mapę Bondowi i wrócił za biurko. - I to w zasadzie wszystko, poza tym, że podjęto wszelkie standardowe działania, to jest obstawiono posterunki graniczne, porty, lotniska i tak dalej. Nic to jednak nie da. Jeśli mamy do czynienia z robotą zawodowca, to sprawca, kimkolwiek był, na pewno do południa zdołał wywieźć zdobycz z kraju albo w ciągu godziny dostarczyć ją do ambasady w Paryżu.

- No właśnie! - rzucił niecierpliwie Bond. - Zatem czego, do jasnej cholery, oczekuje ode mnie M? Czy mam powiedzieć ludziom z SHAPE, żeby zrobili wszystko po raz drugi, tyle że lepiej?! W ogóle nie zajmuję się takimi historiami. Cholerna strata czasu, nic więcej.

Rattray uśmiechnął się ze współczuciem.

- Prawdę powiedziawszy, w trakcie szyfrowanej rozmowy z M przekazałem mu właściwie taką samą opinię. Oczywiście w taktowny sposób. Stary przedstawił całkiem rozsądne wyjaśnienie. Otóż chce dać SHAPE do zrozumienia, że podchodzi do sprawy równie poważnie jak oni. Akurat tak się złożyło, że byłeś w zasadzie na miejscu. Na dodatek według niego masz zdolność dostrzeżenia tego, czego od razu nie widać. Zapytałem, co ma na myśli. Wyjaśnił, że w każdym pilnie strzeżonym obiekcie wojskowym zawsze musi się znaleźć jakaś niewidzialna osoba, na przykład ogrodnik, listonosz czy czyściciel okien, ktoś, czyja obecność jest dla wszystkich na tyle oczywista, że się jej po prostu nie zauważa. Poinformowałem go, że w SHAPE pomyślano już o tej kwestii i że tego rodzaju zadania są tam wykonywane przez żołnierzy. M oświadczył, że powinienem wykazać się nieco większą wyobraźnią, a potem się rozłączył.

Bond wybuchnął śmiechem. Mógł sobie wyobrazić nachmurzoną minę M, słyszał jego zrzędliwy głos.

- No dobrze - odparł. - Zobaczę, co się da zrobić. Komu mam meldować o postępach?

- Nam. M nie chce w to angażować Saint-Germain. Jeśli będziesz miał coś konkretnego, natychmiast przetelegrafuję do Londynu. Tylko pewnie nie zawsze będę do dyspozycji, gdy spróbujesz do mnie zadzwonić. Wyznaczę oficera dyżurnego, z którym będziesz mógł się kontaktować o dowolnej porze, przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Russell jest chyba właściwą osobą. Znalazła cię i tutaj przywiozła, więc może cię wziąć na siebie. Pasuje ci to?

- Tak - odrzekł Bond. - To dobry pomysł.

Ian Lancaster Fleming urodził się 28 maja 1908 roku w Londynie. Uczęszczał do Eton College, a najważniejszy okres swojej młodości spędził w różnych krajach Europy, studiując języki obce. Pierwszą pracę zdobył w Agencji Reutera, potem przez krótki czas był maklerem giełdowym. Po wybuchu II wojny światowej został adiutantem admirała Johna Godfreya, dyrektora Wywiadu Marynarki Wojennej. Miał okazję odegrać znaczącą rolę w działaniach szpiegowskich prowadzonych przez Wielką Brytanię i inne sprzymierzone państwa.

Po wojnie został zatrudniony przez wydawnictwo Kemsley Newspapers na stanowisku szefa działu zagranicznego dziennika "The Sunday Times". Był odpowiedzialny za siatkę korespondentów mocno zaangażowanych w wydarzenia okresu zimnej wojny. Jego pierwsza powieść, Casino Royale, została wydana w 1953 roku. Po raz pierwszy pojawia się w niej postać Jamesa Bonda, agenta specjalnego numer 007. Pierwszy nakład sprzedał się w ciągu miesiąca. W następstwie odniesionego sukcesu Fleming co roku aż do śmierci publikował kolejną książkę z cyklu o Bondzie. Jego podróże, zainteresowania i doświadczenia wojenne nadają wiarygodność wszystkim stworzonym przez niego dziełom. Raymond Chandler nazwał go "najbardziej dynamicznym i przebojowym autorem thrillerów w Anglii". Piąta z kolei powieść, zatytułowana From Russia With Love (Pozdrowienia z Rosji), została przyjęta szczególnie dobrze, a jej sprzedaż gwałtownie wzrosła, kiedy prezydent John F. Kennedy wymienił ją wśród swoich ulubionych książek. Łącznie sprzedano ponad 100 milionów egzemplarzy powieści o Bondzie, stały się one również materiałem wyjściowym dla niezmiernie popularnej serii filmów, której pierwszą odsłoną był wprowadzony na ekrany w 1962 roku Doktor No. W rolę agenta 007 wcielił się w nim Sean Connery.

Książki z serii o Bondzie zostały napisane na Jamajce - w kraju, który Fleming pokochał podczas wojny i w którym zbudował swój dom znany pod nazwą Goldeneye. W roku 1952 poślubił Ann Rothermere. Jego historia o magicznym samochodzie, napisana w 1961 roku dla jedynego syna państwa Flemingów, Caspara, przybrała później postać powieści Chitty Chitty Bang Bang, która również została zekranizowana1.

Ian Fleming zmarł na zawał serca 12 sierpnia 1964 roku.

 

www.ianfleming.com

Twitter/X: TheIanFleming

Instagram: Ianflemings007

Facebook: IanFlemingBooks