SŁOWO BOHATERKI
W listopadzie 2005 zostałam zaproszona do
Klubu Aktora na promocję książki o Jurku Wasowskim: Starszy Pan A.
Bardzo mi się tam podobało, bo chyba po raz pierwszy nie słyszałam
drętwych laudacji na cześć autora, żaden z kolegów aktorów nie kreował
się podczas czytania fragmentów książki, której zebrani goście jeszcze
nie znali, więc zazwyczaj o nic nie pytali i czekali na towarzyszący
takim spotkaniom bufet. Zaskoczona, że było inaczej niż zwykle, razem ze
wszystkimi entuzjastycznie biłam brawo. Gdy wróciłam do domu,
pomyślałam, że skoro autor tak ładnie mówił o bohaterze swojej książki,
to może tak samo o nim napisał. Rzeczywiście, po lekturze grubego tomu
Jurek Wasowski stanął mi przed oczyma jak żywy: wyrazisty, elegancki,
dowcipny, fachowy, mądry -?wypisz wymaluj Starszy Pan, jakiego znałam
przez wiele lat. Nawet jeszcze atrakcyjniejszy, bo z książki Dariusza
Michalskiego dowiedziałam się mnóstwa faktów i ciekawostek, którymi
autor zaskoczył, może nawet i zdumiał chyba wszystkich swoich
czytelników, a mnie na pewno. Pomyślałam wtedy: przecież ja też dużo
przeżyłam, też mam o czym opowiadać, więc może zasługuję na podobną
biografię?
Jej przyszły autor trochę się opierał, mówiąc, że pisze dwie inne
rzeczy, że chociaż od lat mieszkamy na Żoliborzu, to wie o mnie nie tak
znowu dużo, że skoro już ktoś miał o mnie pisać, to jemu nie wypada...
Fakt, nad projektem książki o mnie łamało sobie głowę parę osób, ale ani
one mnie nie zachwyciły (znaczy: te projekty), ani ja nie wydałam się im
atrakcyjna (oczywiście tym osobom). Zapytałam Dariusza, czy przynajmniej
ma tytuł do książki, którą chyba (ja uważałam, że na pewno) napisze.
Powiedział, że owszem, ale ten tytuł już został wykorzystany przez moją
starszą koleżankę Mirę Zimińską: Nie żyłam samotnie. Pomyślałam: to
jest to! To istota tej książki, jej sedno i sens! Teraz już nie było
odwołania: znalazłam wydawcę, umowa została podpisana, warunki określone
i...
Kiedy zabraliśmy się do pracy (był kwiecień 2006), zaczęłam wątpić, czy
jednak Dariusz jest właściwym człowiekiem, czy on w ogóle rozumie mnie i moje życie. To pytał mnie o Teatr Buffo, to o moje dzieciństwo, jednego
dnia rozmawialiśmy o moich filmach, ale następnego o muzyce w domu moich
rodziców, raz mnie maglował w sprawie moich występów na budowie metra
(tego pierwszego, niezrealizowanego), to znów podpowiadał mi słowa
Asturii. Za każdym razem mnie zdumiewał, że tyle wie, że wszystko
pamięta, że to, co w swoim życiorysie uważałam za poplątane, on
pracowicie rozsupłuje. Już po wakacjach oznajmił, że wszystko, co mu
opowiadałam, nie tylko nagrał i spisał, ale jego książka o mnie ma już
swój układ, chronologię i rozdziały, te rozdziały mają tytuły, do tekstu
można już dopasowywać zdjęcia, a w ogóle to nadszedł czas, żebym
poważnie wzięła się do pracy jako... redaktorka własnego życiorysu.
Już w nowym roku, po kilkudziesięciu godzinach kolejnych wspólnych
spotkań, wspomnień, dyskusji i kłótni, byliśmy blisko finału i 29
czerwca 2007, jak zaplanował, Dariusz książkę o mnie ukończył.
Jej bohaterką jestem ja, Alina. Jaka? Właśnie taka.
Alina Janowska
RODZINA
Nasza wiedza i pamięć o najbliższej
rodzinie sięgają zazwyczaj dwa pokolenia wstecz: do rodziców i dziadków,
rzadko kiedy głębiej czy dalej. Rodzinne archiwum Aliny Janowskiej
czasami zdumiewa skrupulatnością (zdjęcia z końca XIX wieku to rzadkość,
to skarb), dużo jednak w nim białych plam. Co na przykład wiadomo o rodzinie matki?
Jej ojciec (czyli dziadek Aliny), Juliusz Rymkiewicz, był inżynierem
budowy dróg i mostów. Jego żona, Maria z Markowskich, "Babcia, z którą
dziadek się rozwiódł (niestety, nie umiem powiedzieć, kiedy i dlaczego),
była redaktorką albo może tylko korektorką w piśmie dla kobiet
"Bluszcz". Pod nazwiskiem Rymkiewicz. Pamiętam, że razem z nią
odwiedzałam czasami prababcię, która mieszkała [w Warszawie] przy
placu Inwalidów, na pierwszym piętrze domu, w którym obecnie jest
poczta".
Juliusz i Maria Rymkiewiczowie mieli troje dzieci: Janusza, Marcelinę i Jadwigę.
Janusz Rymkiewicz najpierw ożenił się z Jadwigą Jędrkiewiczową, która z poprzedniego małżeństwa miała dwie córki (Hannę i Olgę). "Była bardzo
dobrą malarką, namalowała między innymi dwa wspaniałe portrety swojego
rodzeństwa. Wuj Janusz studiował w Warszawie na politechnice. Po wybuchu
wojny znalazł się w Londynie; tam prawdopodobnie dowiedział się o aresztowaniu żony (która potem zmarła w Oświęcimiu) i ożenił się
powtórnie -?z córką angielskiego generała. W Wielkiej Brytanii został na
stałe: pracował społecznie, walczył o prawa robotników portowych, bardzo
go tam za to ceniono".
Jadwiga Rymkiewiczówna wyszła za mąż za kapitana Stanisława
Trembińskiego, który w czasie wojny zginął w partyzantce. "Ich syn Jacek
urodził się w czasie okupacji. Ciocia Jadzia ukończyła instytut muzyczny
imienia Chopina, świetnie grała na fortepianie i jeszcze przed wojną
akompaniowała zespołowi Te Cztery, żeńskiemu odpowiednikowi Chóru Dana.
Na początku okupacji występowały w kawiarniach. Dobrze to pamiętam, bo
we wspomnieniach został mi widok cioci przy pianinie; słuchałam jej
zawsze w zachwycie, strasznie zazdroszcząc biegłości czytania nut a vista -?dla mnie niepojętej".
Dziadkiem ze strony ojca Aliny był Henryk Janowski. "Zajmował się
sprawami kolejnictwa, pracował w kancelarii cara w randze sekretarza
stanu; podobno nie mógł być ministrem, jak chciał car, bo nie chciał
przejść na prawosławie. Jego żoną, czyli moją babką, była Stanisława z rodziny Poznańskich. Janowscy mieli sześcioro dzieci: cztery córki -
Helenę, Hannę, Janinę i Marię nazywaną "Muszką", oraz dwóch synów -
Stanisława, czyli mojego ojca, i Bohdana. Żoną Bohdana była Lilka z Popławskich, mieli córkę Marychnę (dziś -?Marię Kowalską)".
"Cała moja rodzina była bardzo muzykalna. Babcia Zofia Rabcewiczowa,
czyli siostra matki taty, była znakomitą chopinistką, o czym na własne
uszy przekonałam się dopiero w czasie okupacji. Kiedy Niemcy zabronili
grania Chopina, ona w swoim mieszkaniu przy ulicy Fałata w Warszawie
organizowała koncerty dla przyjaciół. Bywałam tam, dopiero wtedy
poznałam ją osobiście i doceniłam jej wielki talent. Kiedy później
słuchałam najlepszych pianistów, to zawsze ich interpretacje oceniałam
według kunsztu babci Rabcewiczowej. W stołecznym muzeum Instytutu
Chopina ma swoją salę, gdzie można o niej poczytać, obejrzeć zdjęcia i zachwycić się, słuchając płyt z jej nagraniami.
Dwie siostry mego ojca również studiowały fortepian, ukończyły to samo
konserwatorium. Helena (nazywana Halą) wyszła za mąż za inżyniera
architekta Mariana Chełmińskiego, po wojnie kierownika odbudowy
Warszawy; była pierwszą nauczycielką gry na fortepianie kilkuletniego
Witolda Małcużyńskiego. Tam, gdzie mieszkaliśmy, zawsze było zielono,
schludnie i ładnie, więc cioci [Hali] to się podobało i często nas
odwiedzała. Usiłowała i mnie nauczyć gry na fortepianie -?niestety, bez
zauważalnych rezultatów. Czytanie nut szło mi ciężko, bo byłam po prostu
tępa, a ciocia -?pasjonatka. I choleryczka. Tak samo jak jej brat, czyli
mój tata, wpadała w złość z powodu mojego nieuctwa i spuszczała mi klapę
pianina na ręce (ona to nazywała szybkim zamykaniem klawiatury). W ten
sposób skutecznie oduczyła mnie jakiegokolwiek uczucia do tego
instrumentu, chociaż uważała, że jestem muzykalna. Chyba z tego wzięła
się moja pasja taneczna, bo mimo wszystko zawsze byłam wrażliwa na
muzykę.
Ciocia Hala miała dwoje dzieci: Zbyszek przed wojną skończył szkołę
morską w Gdyni, został kapitanem, pływał na polskich okrętach we flocie
brytyjskiej (za co otrzymał wysokie odznaczenie i podziękowanie od
królowej); a Irena? Była śliczna; kiedy razem z mamą przyjeżdżała do nas
do Miętnego na wakacje, to miejscowi oficerowie lgnęli do niej jak do
miodu! Jednemu dała się uprosić i przyjęła pierścionek zaręczynowy, ale
wojna ich rozdzieliła. Irena i jej córka już nie żyją.
Druga ciocia, Maria "Muszka" Kwapiszewska, skończyła to samo
konserwatorium w Petersburgu co ciocia Hala i była nauczycielką: z nauki
gry na fortepianie utrzymywała siebie i męża w czasie okupacji. Jej
mężem był inżynier chemik; w czasie wojny wyprawiał skórki królicze,
które sprzedawał, jednak niedługo to trwało, bo zmarł. Mieszkali w Lublinie, gdzie mieli dom, wynajmowali pokoje, w czasie okupacji nawet
swoje własne mieszkanie, bo było im bardzo ciężko.
Jeszcze jedną ciocię muszę wymienić -?Hankę: przed wojną wyszła za mąż
za granatowego policjanta, co było nie tylko mezaliansem, ale i szokiem
dla całej rodziny. To był oficer, pociągał alkohol często, chętnie i dużo i wciągnął w to ciotkę, później nawet swoje dzieci. Niewiele udało
się uratować z tego, co posiadali. Smutna historia...
Stryj Bohdan też zaliczył dwa lata konserwatorium w Petersburgu, ale
wojna (ta pierwsza światowa) przerwała studia. Został dziedzicem majątku
Janowskich; jeszcze przed wojną spłacił rodzinę i razem z żoną
administrował Polanami nad Wilią, niedaleko Wilna. W 1939, jako
rezerwista, został wcielony do pułku artylerii: Rosjanie ich "zagarnęli"
i wywieźli do Kozielska, stamtąd do Katynia, gdzie go rozstrzelali. Jego
żonę Lilkę i ich córkę Marychnę wywieziono do Kazachstanu. Do Polski w 1954 wróciły tylko one: ciocia już nie żyje; mieszkała w Warszawie przy
placu Wilsona, przez wiele lat pracowała w wydawnictwie Czytelnik.
Po Polanach na mapie zostało puste miejsce: wszystko dookoła zrównano z ziemią".
Co jeszcze wiadomo o rodzinie Janowskich?
"Po tym, co teraz wymienię, w czasach stalinowskich nazwano by nas
kułakami, a dziś? Po prostu: zamożni ziemianie. Albowiem nasz -
dokładnie: dziadków Janowskich -?majątek rodzinny w miejscowości Polany
II (gmina Wiszniew, powiat Wilejka koło Niestaniszek [mniej więcej 78
km na północny zachód od białoruskiego Mińska -?przyp. D.M.]) -?cytuję
dokumenty -?miał powierzchnię 250 hektarów, w jego skład wchodziły:
około 150 ha lasów iglastych, 40 ha dobrej ziemi ornej (drugiej i trzeciej klasy), około 40 ha łąk i pastwisk, 15 ha sadu z pasieką (25
uli) i jednohektarowy ogród warzywny oraz, zajmujące powierzchnię około
sześciu hektarów, budynki: dom drewniany siedmiopokojowy z kuchnią i piwnicą (dom był kryty gontem, ale nie było w nim elektryczności) oraz -
wszystko murowane, kryte blachą -?czworaki dla pracowników (cztery razy
po pokoju z kuchnią, sionką i piwnicą), stodoła, owczarnia z chlewnią,
obora, kurnik, stajnia oraz mleczarnia ze sprzętem zmechanizowanym.
Potęga!".
Gospodarni ziemianie, mieszczanie z wyższym wykształceniem, ludzie
zamożni z aspiracjami artystycznymi, inteligencja z tradycjami -?to
rodzina Aliny Janowskiej. Czym się interesowała?
"W naszym domu -?gdziekolwiek on był -?było dużo książek. Z książek
dziecięcych najbardziej pamiętam Słoneczko Buyno-Arctowej -?o dziewczynce, której mieszkanie zawsze było czyste, ona sama prała,
prasowała, pastowała, froterowała... To (oraz oczywiście ojciec) miało
potem wielki wpływ na organizację mojego życia zawodowego i prywatnego.
Dla dzieci był abonowany "Płomyczek" i "Moje Pisemko", z dorosłej
lektury Zagłoba i Skrzetuski byli w naszym domu częstymi gośćmi. Był
cały Sienkiewicz, Mickiewicz, Orzeszkowa, Żeromski, Strug, dużo
beletrystyki. Były encyklopedie oraz wielka biblioteka zawodowa taty -
książki z dziedziny rolnictwa, leśnictwa, ogrodownictwa i hodowli bydła
(ojciec sam pisał książkę na ten temat, ale jej rękopis zaginął,
tłumaczył też z rosyjskiego). Wszystko, co dotyczyło marszałka
Piłsudskiego, można było u nas znaleźć.
No, właśnie -?Marszałek... Jego śmierć [12 maja 1935] okryła żałobą cały
kraj -?to wszyscy wiedzą z historii -?ale tata postanowił wybrać się na
pogrzeb do Warszawy, żeby choć trumnę zobaczyć. Zabrał mnie ze sobą,
stanęliśmy w zbitym tłumie u wylotu ulicy Mazowieckiej przy placu
[wtedy Saskim -?przyp. D.M.] w oczekiwaniu na przejazd konduktu
pogrzebowego z katedry na lotnisko. Ojciec wziął mnie na barana, więc
jako pierwsza zobaczyłam nadjeżdżającą lawetę ze zwyczajną prostą trumną
okrytą sztandarami, ciągniętą chyba przez szóstkę koni. Przy lawecie
kroczyli żołnierze -?JEGO żołnierze. Ludzie płakali, tata też wycierał
oczy; wszystkim wtedy się wydawało, że świat się zawalił. Kiedy dzisiaj
odwiedzam Sulejówek, to moja myśl nieodmiennie kieruje się ku
człowiekowi w szarym mundurze, który wywalczył nam Polskę...
Gazety w naszym domu? Pisma? Pamiętam "Światowid" i "Film"; dorośli
czytali pisma o charakterze politycznym, czym wtedy w ogóle się nie
interesowałam. Uprawialiśmy sport: zimą -?łyżwy, latem -?tenis (w tenisa
musiał grać każdy, kto chciał się liczyć w tak zwanym towarzystwie) i siatkówka. Pływanie! Z trzciny ściętej wokół stawu [w Brodach] tata
uplótł koło ratunkowe, do którego przymocowana mogłam wykonywać pierwsze
ruchy żabki. Słuchaliśmy radia, muzyki z płyt: najczęściej muzyki
poważnej. Mama grała na fortepianie lub pianinie, śpiewała...
Mieliśmy -?ja i mój brat Witek -?bonę Majusię: Maria Kruszewska była
niemal członkiem naszej rodziny (potem opiekowała się Teresą i Ewą
Trembińskimi, córkami cioci Jadwigi i wuja Stanisława). Złotymi
zgłoskami wpisała się po wojnie w dzieje odbudowy zamku warszawskiego;
znał ją, lubił i cenił wieloletni dyrektor zamku, profesor Gieysztor. To
jej zadaniem było wyjmowanie datków z puszek, do których ludzie wrzucali
pieniądze, bo wszyscy mieli do niej ogromne zaufanie; Maja była
nadzwyczajną osobą. Mama ją znalazła z ogłoszenia -?z radia czy może
wyczytała je w którejś z gazet? Maja była chórzystką w kościele Świętej
Anny [w Warszawie] i jej śpiew prześladował mnie przez całe życie.
Wychowując nas, Witka i mnie, Majusia nadużywała swego głosu, przede
wszystkim Moniuszki. "Po rannej rosie płyń dźwięczny (oj, jak
dźwięczny!) głosie, niech się twe echo rozszeEEErza" -?dawała upust
swemu talentowi. Zbyt często jak na moją odporność, więc kiedy mogliśmy,
Witek i ja uciekaliśmy jej jak najdalej. Ale to był bardzo kochany
człowiek, związany z naszą rodziną aż do śmierci. Dużo później, w jej
chorobie [w końcu lat osiemdziesiątych -?przyp. D.M.], ja się nią
opiekowałam (bo mamy już wtedy nie było na świecie).
U mamy znalazła uznanie, no bo śpiewaczka śpiewaczkę zawsze zrozumie. I pokocha".
ZAPACHY
Alina jest warszawianką, choć -?wędrując
wraz ze swoim ojcem po kraju -?równie dobrze mogła się urodzić w Broniszach, tam bowiem jeszcze w marcu 1923 przebywał Stanisław
Janowski: pracował "w charakterze pomocnika gospodarczego" w majątku
profesora Moszczeńskiego. Równocześnie studiował w Warszawie, więc
miesiąc później był tam z powrotem.
"Było późne popołudnie [moim zdaniem wiosną 1962 -?przyp. D.M.],
siedziałyśmy przed przedstawieniem w garderobie numer jeden teatru
Syrena przy Litewskiej, charakteryzując się. Patrząc od drzwi -
Józefinka Pellegrini, ja, Jadzia Bukojemska, Stefcia Górska, Basia
Halmirska i Halinka Dziewęcka. Jeszcze było trochę czasu do dzwonka na
scenę, gadałyśmy o tym i owym; Józefina, już uszminkowana, jak zwykle
tasowała karty. (Słynęła z talentu wróżbiarskiego, spragnionym wiedzy o swojej przyszłości koleżankom i kolegom często stawiała kabały, które
gwoli prawdy sprawdzały się nader często). Nie zdziwiłam się, gdy mnie
zapytała: "Alinko, kiedy ty się urodziłaś?". Odpowiedziałam machinalnie:
"Szesnastego kwietnia dwudziestego trzeciego roku". "A gdzie?" "W Warszawie, w Szpitalu Ujazdowskim". "Niemożliwe! -?krzyknęła Pellegrini.
-?To ciebie przyjmował na świat mój ojciec!". Teraz ja wrzasnęłam:
"Co??!!!". "No tak, doktor Śliwiński! Mój ojciec był tam wtedy
ordynatorem oddziału położniczego. Na pewno on". Jeszcze nie
dowierzałam: "Słyszałam, że to był szpital wojskowy?". "Zgadza się -
rzekła nasza pytia. -?Wojskowy".
Zaczęłam porządkować fakty. Przecież ojciec był w wojsku, jemu oraz jego
rodzinie przysługiwał szpital wojskowy. Tamtej wiosny [1923 roku] mama
(ze mną w brzuchu) mieszkała, wraz ze swoim rodzeństwem, u [mojego
przyszłego] dziadka, a szpital najbliższy jego domu mieścił się w Alejach Ujazdowskich (teraz jest tam Instytut Teatralny)... Wszystko się
zgadzało: kiedy miałam się urodzić, rodzice na pewno musieli wybrać ten
właśnie szpital, który służbowo należał się tacie, a jak się okazuje, w którym ordynatorem był wspaniały położnik doktor Śliwiński".
Zachowało się świadectwo (nawet dwa: to drugie "do użytku wojskowego i ksiąg ludności") oraz akt urodzenia Aliny. Ksiądz prałat Roman
Rembieliński napisał w nim: "Działo się w Warszawie w kancelarji parafii
Zbawiciela, dnia trzydziestego pierwszego maja tysiąc dziewięćset
dwudziestego trzeciego roku, o godzinie szóstej po południu. Stawił się
Stanisław Janowski, lat trzydzieści jeden mający rolnik, zamieszkały w Warszawie, w obecności Władysława Borawskiego, architekta, i Jadwigi
Rymkiewiczówny, urzędniczki, pełnoletnich, zamieszkałych w Warszawie, i okazał nam dziecię płci żeńskiej, oświadczając, iż takowe urodziło się w Warszawie, przy ulicy Nowowiejskiej pod numerem dwudziestym siódmym,
dnia szesnastego kwietnia, roku bieżącego o godzinie dziesiątej rano z jego prawej małżonki Marceliny Romany z Rymkiewiczów, lat dwadzieścia
ośm mającej. Dziecięciu temu na Chrzcie Świętym dziś odbytym nadane
zostały imiona Alina-Marja, a rodzicami jej chrzestnymi byli wyżej
wymienieni".
To ciekawe, ale najbliższy domu Juliusza Rymkiewicza (dziadka Aliny) był
Szpital Nowowiejski: u zbiegu ulic Nowowiejskiej i Polnej, dosłownie pod
nosem. Szpital Ujazdowski -?początkowo lazaret przy koszarach Gwardii
Pieszej Litewskiej -?zajmował Zamek Ujazdowski i od 1810 był szpitalem
wojskowym.
"Ucieszyłam się tym niespodziewanym odkryciem Józefinki, bo bardzo ją
lubiłam; wtedy, kiedy mi ten ważny fakt uświadomiła, poczułam się w jakiś sposób z nią spokrewniona... Rety! Tak się nad tym wszystkim
zadumałam, że byłabym się spóźniła na scenę! Trzeci dzwonek przeciągle
dzwonił, a ja powinnam już dawno stać w kulisie.
Nagle przypomniałam sobie wtedy najrozmaitsze zapachy. Bo ja jestem nie
wzrokowiec, nie smakowiec -?przede wszystkim jestem zapachowiec. Od
urodzenia! Jeszcze kiedy byłam bardzo maleńka, to już mój nos mnie
informował o wielu sprawach.
Zaraz po moim przyjściu na świat mama i ja wróciłyśmy do dziadka, do
jego dużego domu vis-a-vis Politechniki, przy Nowowiejskiej: tam na
drugim piętrze mieszkał -?jak głosiła złota tabliczka na drzwiach -
inżynier Juliusz Rymkiewicz".
Pogratulować historycznego miejsca! Około 1885 roku na terenach u zbiegu
Nowowiejskiej i Polnej założono pole wyścigowe, w latach 1899-1902
wzniesiono gmach główny i pawilony Warszawskiego Instytutu
Politechnicznego, czyli późniejszej Politechniki. Dom przy
Nowo-Wiejskiej 27 (później ulicę przemianowano na 6 Sierpnia, po wojnie
znowu była Nowowiejską), usadowiony na rogu Polnej, przy placu
Politechniki, był w księgach wieczystych oznaczony numerem 5456; miał
cztery kondygnacje. Z jego południowych okien rozpościerał się wspaniały
widok na dalekie Pole Mokotowskie, które służyło za miejsce startu
samolotów, do 1936 pełniąc funkcję lotniska wojskowego, sportowego i komunikacyjnego; w latach 1921-1933 funkcjonował tam dworzec lotniczy.
"To był pierwszy dom zbombardowany w Warszawie w trzydziestym dziewiątym
przez Luftwaffe. Do dziś nieodbudowany; został po nim wciąż pusty
skwerek. Pamiętam ten dom, pamiętam mieszkanie, pamiętam w nim wszystko,
przede wszystkim pamiętam zapachy i mam ich całą listę.
Pierwszy zapach -?rozkoszny i znakomity: mleko do ssania, mleko mojej
matki. Zarazem zapach niezbyt przyjemny: jej stanika. Spadające na
stanik krople mleka szybko kwaśniały. Zapamiętałam ich lekki smrodek.
Później, gdy mi podawano mleko z butelki, protestowałam, pamiętając
tamto matczyne. Ale głód przełamał mój opór i polubiłam mleko krowie;
lubię je nawet dzisiaj.
Kolejne zapachy wzbogacały mój katalog woni -?ale to już mój następny
pobyt u dziadka w Warszawie, trzy lata później, już po urodzeniu Witka,
mojego brata: znowu się tam znalazłam i teraz już rejestrowałam,
zapamiętywałam, określałam, porównywałam -?najpierw zapachy, potem
obrazy, później dźwięki. Pierwszy zapach po wejściu na klatkę schodową
domu (od Nowowiejskiej), to ostry, ale przyjemny zapach płynu (to był
chyba lizol i przypominał mi szpital, może nawet tamten wojskowy?),
którym obowiązkowo dezynfekowano klatki schodowe. Hol był wyłożony
kafelkami czarnymi i białymi. Po białych marmurowych schodach
wejściowych ciągnął się w górę czerwony dywan przymocowany do stopni
złotymi prętami, żeby broń Boże się nie osunął. Wchodziłam zawsze -?z ojcem? Chyba z nim, czasami też z dziadkiem -?wolniutko, krok po
kroczku. Jedną ręką trzymając się poręczy, drugą chowałam w dłoni ojca
lub dziadka -?i czułam się jeśli nie dorosła, to na pewno bardzo ważna.
Przystawaliśmy na pierwszym piętrze, gdzie było wspaniałe weneckie okno
z rzeźbionym szkłem; na postumencie stała głowa kobieca -?pięknie
wyglądała w świetle okna. Bardzo mnie intrygowało, co to było -?chyba
rzeźba grecka. Na wyższych piętrach też stały takie rzeźby, ale tam
nigdy nie wchodziłam. Podczas każdej takiej "wycieczki", kiedy stałam na
parterze, pragnęłam jak najszybciej znaleźć się na piętrze, żeby stanąć
koło tej rzeźby i... nie ruszać się stamtąd. Stać tak. Trwać.
Przy drzwiach wejściowych do mieszkania dziadka był dzwonek -?zbyt
wysoko, żebym mogła dosięgnąć, a szkoda. Zaraz za drzwiami, w prawym
rogu przedpokoju coś wspaniałego -?kółko żelazne wyżej, kółko niżej, a w nie wetknięte parasole; czegoś takiego na wsi nie widziałam! Potem
zobaczyłam podłogę -?i znowu moje zdziwienie: w mieszkaniu na wsi
podłoga była z desek, bardzo ładnie malowanych, a tu? Piękna klepka
dębowa, w każdym pomieszczeniu ułożona w inny wzór: w przedpokoju duże
kwadraty, potem mniejsze, szachownica kwadracików różniących się
natężeniem koloru. I ta podłoga miała własny zapach, dość intensywny.
Hol miał dziwny kształt -?był trójkątny. Pierwsze drzwi na prawo
prowadziły do pokoju dziadka, stamtąd drzwi do salonu, skąd wchodziło
się do pokoju sióstr: mamy i cioci Jadzi (siostry mojej mamy) -?pokoju z widokiem na Politechnikę. Z ostrego kąta przedpokoju drzwi prowadziły do
bardzo małego pokoju wujka Janusza (to brat mojej mamy) oraz do
jadalnego, za którego oknami rozpościerała się ulica Polna.
Mieszkanie było tak piękne i dla mnie niesamowite, że na razie tylko
moje oczy odbierały wszystkie informacje, potem uzupełniane przez mamę.
Cóż bowiem zobaczyłam? Ściany holu były wyłożone tapetą ciemnozieloną,
przedstawiającą liście kasztanowca: liście -?zielone, kasztany -
brązowe. Obok bardzo dużego lustra, chyba palisandrowego, wisiało na
ścianie coś dziwnego, czego jeszcze nie znałam i nie mogłam zrozumieć.
To coś nazywano telefonem. Było dziwne, bo miało srebrną rączkę
zakończoną czarną tubką, do której się mówiło! Parkiet w całym domu
pachniał pastą Dobrolin, ale dopiero w pokoju dziadka uderzył mnie w nos
istny festiwal zapachów.
W pokoju dziadka pachniało jak nigdzie indziej: sikami, cygarami i...
czymś jeszcze, czego nawet dziś nie potrafię nazwać. Nad wszystkim
górował zapach cygar -?ciężkich, hawańskich; potem czuło się odorek
nocnika -?czystego wprawdzie, ale to był nocnik: wspaniały, porcelanowy,
malowany, z metalowym przykryciem, imponujący (dziadek byle czego nie
używał). Obok nocnika stała bardzo wygodna kanapa, z jej drugiej strony,
w kącie pokoju -?zielony kaflowy piec. Na tej samej ścianie znajdowały
się dwa okna wychodzące na ulicę, tę z klatką schodową [od
Nowowiejskiej], a w oknach wisiały na metalowych łańcuszkach
powiększone szklane klisze fotograficzne z konterfektami Jadzi i Marceliny, czyli mojej cioci oraz mamy. Wyglądały pięknie, ale światła w pokoju nie było zbyt wiele: klisze były sepiowe, więc światło -?brązowe.
Kto tam przyszedł, chciał czy nie chciał -?musiał oglądać obie panie w strojach tenisowych, a więc w długich spódnicach, trzymające w rękach
rakiety tenisowe, o kształcie nieco innym niż współczesne; były węższe i dłuższe, ich rączki kończyły się dużymi główkami. Pierwsza po prawej
mama, druga -?ciocia. W pokoju dziadka było jeszcze biurko, na którym
stały trzy małpki alabastrowe: dziadek twierdził, że jedna nie słyszy,
druga nie widzi, a trzecia ma najlepiej, bo nie mówi.
Na biurku stał biuwar z kałamarzami metalowymi, które bardzo mi się
podobały: miały umocowane na sprężynkach przykrywki, które przy
zamykaniu wydawały metaliczny "klap" -?uwielbiałam to! Pół biurka
zajmowała serweta, którą zrobiła moja mama, ale jaka! To był batik -
wtedy bardzo modna technika polegająca na tym, że na materiał nakładało
się wybrane przez siebie wzorki, a robiło się to za pomocą wosku. Gdy
praca była skończona, materiał zanurzało się w naczyniu z farbką
rozpuszczoną w gorącej wodzie -?wosk wtedy się roztapiał i zostawały
jasne wzory. I właśnie taka serweta leżała na biurku dziadka.
Moja mama miała zdolności plastyczne, bo umiała kopiować angielskie
sztychy (przeważnie głowy kobiece), które dziadek zawiesił u siebie na
ścianach. I chyba te sztychy, ta serweta pachniały tak właśnie...
tajemniczo...
Co jeszcze było w pokoju dziadka? Była szafa oszklona, lekko rzeźbiona,
w niej dokumenty dziadka, który jako inżynier budowy dróg i mostów dużo
podróżował.
Salon był ogromny! Duże okna, wychodzące na ulicę, ozdabiały aksamitne
kotary podpięte po bokach. Na sufitach, jak zresztą wszędzie, stiuki,
które bardzo mi się podobały i chętnie je oglądałam, zadzierając głowę
wysoko -?na kwiaty, amorki i jeszcze wiele cudnych zdobień. Ze środka
sufitu zwisał wielki kryształowy żyrandol, mieniący się światłem
stokrotnie odbitym od żarówek imitujących świece. Kiedy mi kark
zesztywniał, wtedy podziwiałam posadzkę: na środku pokoju gwiazda, wokół
niej mnóstwo wzorów. Stał tam fortepian, na którym grywały mama i ciocia. I wisiał obraz -?no właśnie... Na którąś rocznicę ślubu rodzice
dostali w prezencie wielką (metr na metr pięćdziesiąt) i piękną kopię
obrazu Siemiradzkiego Jezus u Marii i Marty. Ten obraz niebywale
działał na moją wyobraźnię: Siemiradzki, jak wszyscy wiedzą, był
mistrzem światłocienia -?i na tym jego obrazie było słońce, jego
promienie padały przez liście drzewa figowego na piaskowe klepisko, był
Jezus rozmawiający z Martą, była Maria krzątająca się po gospodarstwie.
Wokół winorośle, a z góry promienie słońca przebijające przez pergolę. I błękit nieba, dużo zieleni -?i te dwie kobiety. I Jezus. To było coś
niebywałego! Kiedy patrzyłam na ten obraz, coś we mnie jakby wirowało. I tam, w mieszkaniu dziadka, i potem w Żyrowicach, gdzie obraz zawędrował
razem z moimi rodzicami. Nie pamiętam, czym salon pachniał, bo ten pokój
ekscytował mnie wizualnie: Siemiradzki! Chociaż mówiło się u nas, że to
tylko kopia, ale wszyscy dodawali zaraz, że malarz wspaniały.
Pod obrazem stał stół -?okrągły, dla mnie nadzwyczajny, bo można było
opuścić [jego] obie połówki i w środku pojawiał się dzielący je
element. Pamiętam ten stół i pamiętam tatę, jak go politurował. Wokół
stołu stało sześć krzeseł, była tam też rekamiera [szezlong], na
ścianach wisiały kinkiety, na podłodze leżał dywan. Wszystko to piękne,
wytworne, bogate -?dla mnie, wychowanej na wsi, to było muzeum!
Z salonu drzwi prowadziły do pokoju mamy i cioci Jadzi. Stało w nim
biurko -?piękne, czarne, wyłożone suknem: kiedyś zielonym, ale tata
wymienił je na chabrowe. Biurko stało w niszy, której okno wychodziło na
plac i gmach Politechniki. Kiedyś przy tym biurku posadził mnie dziadek
(mama była w szpitalu, właśnie miał urodzić się mój brat); na parapecie
postawił kwiat w doniczce (to był cyklamen), dał mi akwarele, szklankę z wodą, pędzelek, ołówek i papier. "Masz to wszystko -?powiedział -?i narysuj ten kwiat". I poszedł, nie mówiąc mi ani słowa, co do czego
służy. Moja mała główka jakoś jednak wykombinowała co trzeba, bo
najpierw wzięłam ołówek i narysowałam, a potem maczałam pędzelek w wodzie, rozrabiałam odpowiednie kolory farbek i pomalowałam narysowany
cyklamen. Ale to nie wszystko, bo przecież widziałam przed sobą doniczkę
-?więc narysowałam doniczkę, widziałam okno -?okno było u mnie też, za
nimi resztę: to, co było dalej, a więc ulicę, plac, gmach -?wszystko, bo
przecież dziadek tak kazał. Po długim czasie dziadek przyszedł, wziął do
ręki moją pracę i... zamilkł. Wreszcie powiedział: "Jesteś bardzo zdolna i jak dorośniesz, to na pewno będziesz się uczyła w tym budynku
naprzeciwko". Po rodzinie rozeszła się wieść, że rośnie genialna
malarka. Ale to dziwne, bo to mój brat został profesorem Akademii Sztuk
Pięknych, autorem mnóstwa plakatów, które potem widziałam w całej
Warszawie...
Powracam do mieszkania. W pokoju mamy był parawan, chyba japoński,
odgradzający łóżko. I tam pachniało mlekiem. Z pokoju dziadka kieruję
się do pokoju wujka. Ten pokój zawsze budził we mnie strach, to była
jaskinia smoka: pachniało w niej papierosami, małe okno wpuszczało
niewiele światła, ściany były wytapetowane na ciemno. Stała tam
rekamiera, na której wujek spał. Do dziś nie rozumiem, jak wysoki
mężczyzna mógł się tam pomieścić i nie skrzywić sobie kręgosłupa! Wujek
Janusz mieszkał tam, jak długo był kawalerem, czyli niezbyt długo.
Z pokoju wujka powracam do holu, gdzie pachnie pastą i gdzie moją uwagę
wciąż przykuwa wiszący na ścianie telefon. Telefon dzwoni, ja do niego
biegnę, potrafię już zdjąć słuchawkę z widełek i słysząc męski głos,
pytam: "Proszę pana, czy pan mieszka w tej czarnej dziurce?". Kiedy po
jakimś czasie znowu przyjechałam do mieszkania dziadka, wujka Janusza
już tam nie było -?cała rodzina mówiła o jego ślubie -?więc kiedy
zadzwonił, grzecznie go zapytałam: "Czy ty, wujku, też będziesz na tym
ślubie?".
Wciąż jestem w holu, gdzie w rogu stoją parasole i kilka lasek dziadka.
Kieruję się na prawo, do jadalni -?no! Jadalnia! Tam długi stół, który
można było tak cudownie rozsuwać, że siadało przy nim sześć osób (wtedy
wyglądał bardzo skromnie), czasami dwanaście, a bywało nawet, że aż
dwadzieścia cztery osoby. Jedzenie, które podawała do stołu nasza
gosposia, było wspaniałe. Przede wszystkim kajzerki. Kaj-zer-ki! Kto ich
nie widział, nie smakował, ten nie wie, jak wyglądały prawdziwe
przedwojenne kajzerki: chrupiące, pachnące, wspaniałe -?do dziś pamiętam
ich smak. I zapach: kajzerki to był zapach jadalni. Nakrycie stołu było
piękne: srebrne sztućce, szlachetna porcelana; dziadek, siadając do
stołu, zawsze zakładał pod szyję serwetę (nam, dzieciom, też radził tak
robić).
Z jadalni wchodziło się do kuchni, mijając łazienkę. To było
pomieszczenie bardzo niesympatyczne. Był tam piec -?miedziany, okrągły,
wysoki, w którym paliło się drewnem i węglem, żeby woda w zbiorniku była
gorąca, wanna -?żeliwna i stara, wody w niej zawsze było niewiele, więc
nawet taki mały człowiek jak ja leżał w niej ledwo zanurzony. W piecu
paliła oczywiście gosposia, ona też podawała do stołu. Miała na imię
Wiktoria i zawsze kojarzyła mi się z Babą-Jagą: bałam się jej, chociaż
była bardzo dobrym człowiekiem. Wikta spała w kuchni, na pawlaczu, na
który wchodziło się po drabinie. W tej wnęce na górze stało łóżko, które
oczywiście odwiedziłam i strasznie się potem dziwiłam, że Wikta nigdy
stamtąd nie spadła. W kuchni były też drzwi wyjściowe na drugą klatkę
schodową: tamtędy przychodzili do nas dostawcy rozmaitych zakupionych
towarów. W kuchni pachniało gazem. Gdzie indziej też, bo przecież
niektóre lampy w domu były jeszcze na gaz: były otulone koszulkami,
światło w nich można było regulować -?ale mnie tego zabroniono.
Teraz park, który oglądałam z salonu. Chodziłam tam czasami razem z [boną] Majusią, ale nie lubiłam tych wypraw: ścieżki w parku były
wysypane żwirem, ten wsypywał mi się do pantofelków, które były za duże
(bo ja zawsze nosiłam rzeczy po kimś odziedziczone). Więc jak musiałam
przejść po parku kwadrans czy pół godziny, to miałam za swoje: pantofle
pełne żwiru.
Dalej było widać wyścigi konne: z balkonu (od strony Polnej)
obserwowałam, jak jeźdźcy skakali przez przeszkody! Jeszcze dalej
widziałam zielony pas lotniska, z którego Hynek i Burzyński startowali w przestworza [w 1936, w balonie Warszawa II -?przyp. D.M.]. Stamtąd
chyba Skarżyński poleciał w świat swoim RWD-dwadzieścia-ileś [w 1933
podpułkownik Stanisław Skarżyński samolotem RWD-5 samotnie przeleciał
przez Ocean Atlantycki -?przyp. D.M.]".
Rzeczywiście, do 1939 tory wyścigowe Towarzystwa Zachęty do Hodowli Koni
znajdowały się na Polu Mokotowskim. Niedaleko, w pobliżu placu Unii
Lubelskiej, kończyła swój bieg kolejka wilanowska (wąskotorowa kolejka
dojazdowa).
"Niemal pod samymi oknami słyszałam jej "puf-puf", które nigdy mi nie
przeszkadzało. I "fiu-fiu", które mnie podniecało. A do mojego noska
dolatywał zapach dymu z parowozika kolejki.
Ulicy Polnej nie pamiętam, bo zazwyczaj przechodziłam na jej drugą
stronę, żeby -?nigdy sama, zawsze z boną Majusią! -?dojść do parku. I nigdzie dalej! Z dziadkiem chodziłam na spacery do Ogrodu Ujazdowskiego,
do Ogrodu Botanicznego albo do Łazienek. Za to bardzo lubiłam ulicę
Nowowiejską -?może dlatego, że jej widok z jadalni zasłaniały wiszące w oknach portrety mamy i cioci. Nowowiejska była dla mnie tajemnicza,
zawsze sobie wyobrażałam, że tam dopiero jest inny świat. I był! Bo tam
jeździły dorożki: na koźle siedział dostojnie elegancki dorożkarz w mundurze, końskie "klap-klap" do dzisiaj mam w uszach, a zapach końskiej
kupy w nosie (chociaż koniom podwiązywano pod pupy specjalne worki, żeby
broń Boże nie zanieczyściły ulicy).
A potem Nowowiejską kursował tramwaj, który hamował przed domem ze
zgrzytem "eeee" i z cudownym "dzyń-dzyń" ruszał, znowu wspaniale jęcząc
"eeee".
Dorożką kilka razy jeździłam -?z dziadkiem, oczywiście".
OJCIEC
Stanisław Kazimierz Janowski urodził się 13
kwietnia 1892 w Petersburgu. Wykształcenie podstawowe zdobył w rodzinnym
domu w Polanach. Skończywszy dziesięć lat, rozpoczął naukę w gimnazjum
petersburskim, gdzie w 1910 otrzymał świadectwo dojrzałości. Natychmiast
podjął studia na wydziale fizyko-matematycznym miejscowego uniwersytetu.
W 1914 rozpoczął służbę wojskową, między innymi w 1. Pułku Artylerii
Lotniczej w Wilnie.
Był adiutantem generała Józefa Dowbora-Muśnickiego, przeciwnika
politycznego Piłsudskiego, w latach 1917-1918 organizatora i dowódcy
proalianckiego I Korpusu Polskiego w Rosji, który (podaję za
Encyklopedią powszechną PWN) "zachowując formalnie neutralność w stosunku do Rosji radzieckiej, odegrał rolę kontrrewolucyjną [mając
bazę w Mińsku, po prostu walczył z Armią Czerwoną -?przyp. D.M.]; w 1918 podporządkował Korpus Niemcom i za zgodą Rady Regencyjnej
zdemobilizował". Ale kiedy 24 kwietnia 1920 marszałek Piłsudski
rozpoczął odważny marsz na Kijów, generał Dowbór-Muśnicki ruszył (i powrócił!) razem z nim, mając u boku swego adiutanta.
Do rezerwy kapitan Janowski przeszedł w 1921. Wcześniej jednak, 14
lutego 1920 w kościele Zbawiciela w Warszawie, pojął za żonę młodszą o dwa lata Marcelinę Romanę Rymkiewiczównę. Trzy lata później urodziła się
im córka Alina.
"Tatę poznawałam... od dołu do góry, kierując się najróżniejszymi
zapachami. Najpierw obejmowałam go za nogi, obute w oficerki:
obowiązkowo z wysoką "szklanką" i stalką wzdłuż cholewy, zawsze
wyczyszczone do glansu. Buty pachniały pastą kiwi i oborą. Tak się do
tych zapachów przyzwyczaiłam, że mój nos jako pierwszy informował mnie,
że tata jest niedaleko, że właśnie przyszedł.
Gdy trochę podrosłam, oczy miałam na wysokości sznurówek na bryczesach
pod kolanami taty. W wieku sześciu lat mogłam już, podniósłszy ręce,
sięgnąć tacie do pasa: chwytał mnie wtedy wpół, sadzał sobie na szyi
albo brał na barana i hasał po domu lub na dworze, póki nie zaczęłam
kuksać go w głowę na znak, że mam dosyć. Wtedy sadzał mnie na kolanie i robił "pa-ta-taj". Kiedy i to mi się znudziło, zjeżdżałam po bucie aż na
stopę i wtedy miałam wspaniałą huśtawkę na nodze taty.
Kiedy urodził się Witek, ojciec robił z nami rozmaite sztuki: wyrzucał
nas wysoko nad głowę, potem łapał niemal nad ziemią, między rozstawione
szeroko nogi, po czym wyciągał z impetem do przodu, żeby za chwilę uczyć
nas chodzenia na rękach albo wykonywania salta. Mama umierała ze
strachu, a my piszczeliśmy z radości. W nagrodę za odwagę tata fundował
nam całusa: miał "szczoteczkę" pod nosem i kiedy nas całował, ona
okropnie łaskotała, ale to było miłe, bo pachniał wodą kolońską. I tytoniem.
Tata palił papierosy własnej roboty, wyłącznie gilzy Dwuwatki i Preparowatki firmy Sokół, które napełniał tytoniem Przednim i Egipskim
przy pomocy metalowej maszynki. Nauczył mnie tej sztuki i w nagrodę za
dobre zachowanie mogłam mu -?a lubiłam to bardzo! -?przygotowywać
dzienną porcję dwudziestu papierosów, które układałam równiutko w specjalnym pudełku: było drewniane, misternie inkrustowane różyczkami i tata zrobił je sam. Mnie też nauczył wycinać laubzegą ze sklejki
drewnianej skomplikowane ornamenty. Tata był złotą rączką i potrafił
niemal wszystko: takie zdolności miał już od dziecka, kiedy wychowywał
się na wsi w rodzinnym majątku. Mamusi na ślub zrobił piękne lakierki,
sobie -?buty do jazdy konnej, umiał też uszyć kurtkę. Taki zdolny był
również Dodek Dymsza, który pod tym względem bardzo mi przypominał tatę:
jak on, również fantastycznie gotował".
Dwunastego stycznia 1921 w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie "pan Stanisław Janowski otrzymał obywatelstwo akademickie,
złożywszy w ręce Rektora uroczyste przyrzeczenie, że będzie wytrwale
dążył do zdobycia wiedzy, że nie przyniesie ujmy dobremu imieniu Szkoły
[...] i że będzie posłuszny przepisom i władzom akademickim"; zaliczono
mu jedno półrocze petersburskiej fizyko-matematyki. Miesiąc po urodzeniu
się córki zdał tam egzamin dyplomowy, dwa lata później uzyskał tytuł
inżyniera. Na początku 1923 roku podjął pierwszą pracę: został
pomocnikiem gospodarczym w majątku w Broniszach, a potem stał się
wzorcowym nomadą, z żoną, córką i synem wędrując po przedwojennej
Polsce, wszędzie ucząc, kształcąc, pomagając i rozwijając, wszędzie
zyskując pochwały.
W latach 1923-1924 był administratorem w Dominium Głosków ("gospodarstwo
rolne, leśne, mleczne, rybne; młyn wodny; parowa fabryka cegły i dren")
w powiecie garwolińskim, w 1924 prowadził gospodarstwo w Bartoszówce
(powiat rawski). Pierwszego stycznia 1925 minister rolnictwa i dóbr
państwowych mianował go nauczycielem hodowli w publicznej szkole
rolniczej w Miętnem (powiat garwoliński), pół roku później awansując na
kierownika publicznej szkoły rolniczej w Berdówce (powiat lidzki).
Janowski pracował tam do jesieni 1928 i "wykazał całkowite uzdolnienie i wielkie zamiłowanie swej pracy jako administrator i wychowawca. [...]
Odchodząc, pozostawił po sobie prawdziwy żal wśród współpracowników i wychowanków, których przygotowywał nietylko (sic!) zawodowo, lecz
również na świadomych swych obowiązków obywateli Państwa".
Alina Janowska: "Tata miał wrodzony instynkt społeczny, chciał go
przekazać młodym. W Miętnem odbywały się zjazdy organizacji młodzieży
wiejskiej Wici, zebrania walne kółek rolniczych, tata organizował
poradnie zawodowe. Był prawdziwym demokratą, wielkim patriotą, głęboko
wierzącym katolikiem i nie wstydził się swojej wiary".
Do 1933 uczył w Brodach koło Kalwarii Zebrzydowskiej, później krótko w Łazdunach (powiat wołożyński), w latach 1933-1937 kierował ludową szkołą
rolniczą w Miętnem. Uzyskawszy w ministerstwie wyznań religijnych i oświecenia publicznego dyplom nauczyciela "uprawniający do nauczania: 1.
nauki o glebie, 2. uprawy roślin, 3. botaniki i do prowadzenia zajęć
praktycznych w zakresie przedmiotów nauczania w liceach rolniczych oraz
do nauczania przedmiotów zawodowych, z wyjątkiem rolnictwa, i do
prowadzenia zajęć praktycznych w gospodarstwie w szkołach rolniczych", 1
listopada 1937 został mianowany dyrektorem Państwowej Średniej Szkoły
Rolniczo-Leśnej w Żyrowicach (województwo nowogródzkie).
"Dlaczego tata tak wędrował? Już dwie pierwsze praktyki pokazały, że był
bardzo dobrym administratorem, więc ministerstwu oświaty ogromnie
zależało, aby przyszłych nauczycieli rolnictwa uczyli fachu ludzie tacy
jak mój ojciec. Żeby byli obeznani z zawodem i potem uczyli go swoich
uczniów. Bo tata wszystko ustawiał na wysokim poziomie, za co zbierał
gratulacje, pochwały i dyplomy, ale wynagrodzenie otrzymywał niewielkie.
Jego uposażenie jako dyrektora szkoły można porównać z pensją
dzisiejszego lekarza: w latach dwudziestych otrzymywał trzysta złotych
oraz ordynarię, czyli frukta ziemi (za darmo albo za niewielką
odpłatnością). Chyba to decydowało, że się zatrudniał w szkołach,
gospodarstwach i majątkach -?bo on po prostu kochał ziemię. Krótko przed
wojną zarabiał czterysta sześćdziesiąt złotych -?więcej otrzymać nie
mógł".
W dowodzie osobistym wystawionym 4 sierpnia 1939 przez starostwo powiatu
słonimskiego Stanisław Kazimierz Janowski ma stwierdzone: "wzrost:
wysoki, twarz: pociągła, włosy: szatyn, oczy: piwne, znaków szczególnych
brak".
"Tata miał ponad metr dziewięćdziesiąt, był bardzo przystojny, więc
łatwo podbijał serca dam, które porównywały go z Garym Cooperem; moim
zdaniem był od niego przystojniejszy. W zachwyt wprawiały mnie jego
rysunki: szczególnie dobrze rysował konie -?może dlatego, że na nich
jeździł. Miał nieprzeciętne zdolności plastyczne, rysunkowe i artystyczne i przekazał je swoim dzieciom, chociaż nierówno: ja potrafię
narysować konia, ale z nogami mam wielki kłopot. Nie wiem, która noga,
zwłaszcza od kolana, w którą stronę się zgina... Mówi się, że talenty
rodziców przechodzą na dzieci -?i rzeczywiście, ale w tym przypadku
jedynie na mojego brata.
Ojciec grał w tenisa, pięknie holendrował razem z mamą na stawie w Brodach, pływał, polował, uprawiał kajakarstwo. Potrafił upiec bajeczny
kulebiak i wszystkie rodzaje strucli, ugotować kołduny litewskie,
usmażyć bliny czy ukręcić najsmaczniejsze w świecie lody waniliowe
(oczywiście w specjalnej maszynce na korbkę). Nauczył mnie pleść
pierścionki ze słomy (co przydało mi się później na Pawiaku), robić
najrozmaitsze zabawki na choinkę i puszczać bańki mydlane (jego,
oczywiście, były największe i najbardziej kolorowe).
Lubiłam słuchać, jak tatuś grał na pianinie walca z Damy pikowej albo
jak na porcelanowej okarynie (białej w niebieskie kwiatki, przywiezionej
z Petersburga) wyczarowywał Lekką kawalerię. Umieraliśmy ze śmiechu,
kiedy w przypływie dobrego humoru naśladował znajomych albo postacie z filmu (był rewelacyjnym Charliem Chaplinem!) czy z polityki. Potrafił do
złudzenia odtworzyć czyjeś ruchy, głos i sposób mówienia, a że miał
wdzięk osobisty, nikt z parodiowanych przez niego (na przykład starosta,
doktor, farmaceuta czy jego żona) nie czuł się dotknięty i śmiał się
serdecznie razem z całym towarzystwem.
Przez całe życie tata wstawał o piątej rano i kładł się z kurami, czyli
o dziewiątej wieczorem. No, chyba że trzeba było pojechać na bal -?wtedy
zapierał się w sobie i wytrzymywał do północy, zabierając mamę z zabawy
(co mama, która dopiero się rozkręcała, zawsze miała mu za złe). Ale on
musiał być rano w gospodarstwie przy pierwszym udoju i żaden kataklizm
nie mógł mu w tym przeszkodzić.
Zawsze punktualny, pracowity, rozmiłowany w zawodzie rolnika, hodowcy i pedagoga, bardzo się przywiązywał do swoich uczniów, żył ich problemami
i nawet gdy opuszczali szkołę, utrzymywał z nimi kontakt. Pomagał radą,
obdarzał przyjaźnią, ale wiele wymagał i nic bardziej nie mogło go
wyprowadzić z równowagi niż czyjeś zaniedbanie obowiązków. Osobiście
pokazywał, jak należy wykonać daną robotę: skręcić powrósło, naostrzyć
kosę czy rozrzucić gnój. Jeszcze dziś go widzę z grabiami, miotłą lub
nożycami w ręku, na czele grupy chłopców porządkujących obejście szkoły
w Berdówce, gospodarstwo w Brodach czy park w Miętnem.
Tata dbał również o kulturę swoich wychowanków: w szkołach, które
prowadził, starał się organizować orkiestry, chóry i zespoły taneczne,
konsultował się w tych sprawach z fachowcami, sprowadzał artystów -?z Miętnego pamiętam recytatora Henryka Ładosza, pisarza Jalu Kurka i poetę
Czesława Miłosza, z Żyrowic przedstawienia Uciekła mi przepióreczka i Śluby panieńskie w wykonaniu aktorów Reduty z Juliuszem Osterwą na
czele. Wszyscy ci wielcy artyści gościli w naszym domu, podejmowani
obiadem czy tylko herbatą.
Kiedy tata był dyrektorem szkoły w Miętnem, drzwi naszego domu wprost
się nie zamykały. Z licznych gości pamiętam Władysława Raczkiewicza,
późniejszego prezydenta Polski (wtedy, w latach trzydziestych, pełnił
jakąś ważną funkcję w rządzie [był ministrem spraw wewnętrznych,
później marszałkiem senatu -?przyp. D.M.]), pamiętam Musia (to skrót od
Zygmusia) Sadowskiego -?przez kilka lat był dowódcą "Daru Pomorza",
wykładał w szkole morskiej w Gdyni, pamiętam też Dysia (czyli
Władysława) Borawskiego -?warszawskiego architekta, który budował
szpitale, był także moim ojcem chrzestnym. Jego syn Lusik [Ludwik]
uczył mnie gry w brydża; długo nie wiedział, że potrafiłam blefować,
dzięki czemu zyskiwałam przewagę nad partnerami. Częstym gościem w naszym domu była przyjaciółka mamy Ilse Glinicka, która w czasie wojny
uratowała życie wielu osobom. Do Miętnego przyjechała też mama mojej
mamy, czyli babcia Rymkiewiczowa: mieszkała na pięterku, ale niedługo -
zmarła na serce.
Dobre pół wieku później odkryłam, że moim sąsiadem na Żoliborzu jest Jan
Malinowski -?dawny porucznik Pierwszego Pułku Strzelców Konnych w Garwolinie: bywał u nas, znał naszą rodzinę, nawet uderzał do Irki
Chełmińskiej, czyli córki mojej cioci.
My również wizytowaliśmy i bywaliśmy. Będąc z wizytą u państwa
Borawskich, razem z nimi wybraliśmy się do państwa Wigurów. On
[Stanisław] był słynnym pilotem, partnerem [Franciszka] Żwirki;
razem przelecieli dookoła Europy, zwyciężyli w Challenge'u [Challenge
International de Tourisme, międzynarodowe zawody samolotów sportowych, w których w 1932 Żwirko i Wigura zdobyli puchar, lecąc RWD-6 -?przyp.
D.M.], a potem zginęli w katastrofie samolotowej. Wigurowie to była
znajomość jeszcze z czasów Petersburga i nasza wizyta była pierwszym
spotkaniem naszych rodzin od tamtych czasów".
Wybuch wojny zastał rodzinę Janowskich w Żyrowicach pod Słonimem. "Tata
zdążył wybudować pomnik marszałka Piłsudskiego i ustawić go przed
szkołą, od strony drogi, którą już niedługo, bardzo niedumnie,
paradowała radziecka piechota. Jeszcze na początku września [1939]
wiedzieliśmy o wojnie tyle, że Niemcy idą przez Polskę coraz dalej, że
nasze wojska tu i ówdzie walczą, ale właściwie to się cofają, że
Warszawa się okopuje i że coraz więcej ludzi do nas napływa stamtąd:
trzeba było organizować im spanie, natychmiast uruchomić szkolną kuchnię
(no bo wakacje niespodziewanie się przedłużyły). Co jeszcze mogliśmy
wiedzieć o wojnie? Właściwie niewiele -?dopóki wojna nie przyszła do
nas: najpierw usłyszeliśmy "człap-człap" -?to kroczyła radziecka
piechota, w wełnianych czapkach koloru khaki i z czerwonymi gwiazdami
nad czołem, w płaszczach przepasanych rzemykiem, z karabinami na
sznurkach, co we mnie po raz pierwszy wzbudziło przestrach. Potem
usłyszeliśmy "trach-trach" -?to nadjechały czołgi. Patrzyliśmy na to z okien gabinetu mego taty, który zebrał wszystkich i zaapelował o spokój.
W naszej szkole był sztandar, zaprojektowany przez Zygmunta Glinickiego
-?artystę malarza, o którym (a przede wszystkim o jego żonie) opowiem
później. Piękny sztandar, tkany i haftowany przez siostry zakonne ze
Słonima. Sztandar wisiał w gabinecie ojca i tak się do niego
przyzwyczaiłam, że prawie nie zwracałam nań uwagi, aż do dnia, w którym
został zdjęty: ojciec położył go na swoim biurku, odpiął od drzewca,
zwinął w rulon i zawołał naszego elektryka: "Weź to i przy najbliższej
okazji zawieź do kościoła".
Następna zapamiętana przeze mnie scena przy biurku to dwaj starsi
koledzy poznani w Garwolinie -?Romek Bratny (z którym grywałam w tenisa)
i jego przyjaciel Krzysiek Krzymowski: rozmawiali z ojcem, wszyscy
zdenerwowani, co w tej sytuacji robić. Tata polecił kobietom z dziećmi
zostać na miejscu. Romek z Krzyśkiem oznajmili, że uciekną w stronę
granicy i stamtąd przedostaną się do Mołdawii. Dwa dni później, 17
września, komitet białoruski -?jeden z tych, które zaczęły wykonywać
samosądy na Polakach -?aresztował ojca i zamknął go w szkole, w jego
gabinecie (potem w komórce na opał). Ostatni raz widzieliśmy go w nocy,
kiedy -?mama, brat i ja -?podkradliśmy się tam pod okno. Tata wyszeptał
do nas: "Zabierajcie się natychmiast, bez żadnych rzeczy, do cioci Janki
[Wontorskiej]. Natychmiast ruszajcie na dworzec do Słonima, stamtąd
pociągiem do Wilna". Tak zrobiliśmy, rozstając się z ojcem -?nie
wiedzieliśmy -?na miesiąc? dłużej? może na zawsze?".
Jeszcze we wrześniu tymczasowego aresztanta uwolnił żyrowicki rzeźnik.
"On dostarczał mięso do szkoły i zawsze był uczciwy. Tata uciekł przez
zieloną granicę do Generalnej Guberni, stamtąd przedostał się do
Warszawy, gdzie założył trzyosobowy zespół szklarski i szklił okna w zbombardowanym mieście. Spotkał go tam doktor Witold Łuniewski, kuzyn
mamy i znajomy dyrektor szpitala dla nerwowo chorych w Tworkach, i powitał słowami: "Stachu, spadłeś nam z nieba!", po czym zaproponował
ojcu prowadzenie przyszpitalnego gospodarstwa rolnego. Dla taty była to
cudowna szansa: darmowe mieszkanie dla niego i rodziny, możliwość
wykarmienia nas, kiedy się tam zjawimy".
Inżynier Janowski zamieszkał przy Ackerstrasse (dawna 11 Listopada,
później Rolnicza) 65 w Pruszkowie. Równolegle -?od 1 stycznia 1940 do 31
sierpnia 1944 -?uczył w Prywatnej Szkole Rolniczej w Warszawie
(włączonej w sieć tajnej organizacji szkolnej, prowadzonej przez inż.
Stanisława Wiśniewskiego i kierowanej przez rektora Tadeusza
Rodkiewicza), gdzie (cytuję wystawione mu po wojnie zaświadczenie)
"należał do wybitnie uzdolnionych pedagogów rolników i swoje obowiązki
wypełniał z wielkim pożytkiem dla młodzieży; jego społeczne nastawienie
na sprawę wsi, jej przebudowę w kierunki poprawienia doli stanu
chłopskiego przyczyniało się w dużym stopniu do przygotowywania
właściwych pracowników rolnych".
"Tata zawsze nosił się elegancko, w czasie wojny też paradował w oficerkach, i to prawdopodobnie było powodem zatrzymania go przez patrol
niemiecki na ulicy: osadzono go na Gęsiówce, potem przewieziono do
więzienia w Poznaniu. Niemcy podejrzewali, że jest oficerem Armii
Krajowej. Dzięki interwencji doktora Honettego, niemieckiego treuhändera
[komisarza] szpitala w Tworkach, został zwolniony. Tamten szanował
ojca i cenił już od pierwszego spotkania; przedstawiony mu jako świetny
fachowiec, który "uratuje szpital i dobre imię pełnomocnika władzy
niemieckiej", tata przedstawił swój plan: "Jeżeli da mi pan teraz tyle a tyle ziarna do zasiewu i okopowych do zasadzenia w ciągu najbliższych
dni oraz ludzi do roboty, to po zbiorach gwarantuję, że wyżywię nie
tylko chorych (było ich tam ponad dwustu!), ale i cały personel
szpitala". Po chwili ciszy doktor Honette podał ojcu rękę ze słowami:
"Gemacht!" (zrobione, załatwione).
Wiem, że w czasie wojny tata brał też udział w pracach zespołu
zajmującego się planowaniem siatki szkół w przyszłej wolnej Polsce, więc
może dlatego tuż po wyzwoleniu Ministerstwo Rolnictwa skierowało do
niego wezwanie?
Był czternasty marca czterdziestego piątego: chcąc stawić się na
dalekiej Pradze na czas, tuż po otwarciu biur, ojciec wyruszył z Tworek
o piątej rano. Jak wszyscy wtedy, pojechał na rowerze, między torami
kolejki EKD [Elektrycznych Kolei Dojazdowych -?przyp. D.M.], żeby w Opaczy wsiąść do pierwszego pociągu do Warszawy. Tego ranka była bardzo
gęsta mgła; ojciec usłyszał stukot nadjeżdżającego [w stronę
Pruszkowa] pociągu, więc zsiadł z roweru i przeszedł na lewy tor. Nie
widział kolejki nadjeżdżającej z naprzeciwka po torze do Warszawy. W tej
mgle maszynista za późno zauważył ojca, który uderzony w głowę, zginął
na miejscu.
Strażnik postawiony przy ciele taty, ściągnął mu z nóg jego ulubione
oficerki".
"Wiadomo czynimy, że Stanisław Kaźmierz Janowski w wieku 53 [...] zmarł
w Szpitalu Tworki [...] pozostawiając żonę Marcelinę Romanę z domu
Rymkiewicz" -?potwierdził w metryce zgonu pruszkowski urząd stanu
cywilnego.
Alina Janowska: "Ojciec został pochowany na przyszpitalnym cmentarzu".
MAMA
"To dziwne, że jako dziecko i dorastająca
dziewczyna bardziej kochałam mamę niż ojca, a częściej wspominam tu Jego
niż Ją. Może dlatego, że do mamy biegło się po pieszczotę, a do taty po
przygodę i naukę. Bo mama była bardzo dobra, słodka, ciepła; mama nas
pieściła. Jak jakiś klaps -?to od taty; i wtedy do mamy na kolana. Tata,
poza swymi niezliczonymi talentami, wdziękiem osobistym i urodą, miał
wadę porywczości: kiedy wybuchał, trzeba było się go bać; jego uczniowie
czuli przed nim mores, ale poszliby za nim w ogień!
Baliśmy się go wszyscy; bywało, że mama płakała, a ja ją pocieszałam, a kiedy ojciec karał Witka, to brata broniłam też ja. Po takiej awanturze
w domu nastawały ciche dni, których bardzo nie lubiłam. Na szczęście
tacie złość mijała szybko i wszystko szybko powracało, jak się to mówi,
do normy. A normą w naszym domu były śmiech, radość, wzajemna miłość.
Z mamą zawsze było łatwiej, bo mama była istotą wesołą, nastawioną do
świata ufnie i radośnie".
Marcelina Rymkiewiczówna, w rodzinie nazywana Marutką, urodziła się 9
sierpnia 1894 w Łukowie.
"Marutką była dla dorosłych, przede wszystkim dla taty. Dla dziadka
(swego ojca) -?Malinką. Dla Witka i dla mnie była Mameńką.
Mama była śpiewaczką, kształconą w Petersburgu. Zaczęła tam się uczyć u jakiejś słynnej artystki, a potem w Polsce u równie doskonałej pani
Zboińskiej-Ruszkowskiej [śpiewaczki w teatrach wodewilowych i operetkowych -?Popularnym, Miniatury, Artystycznym, Współczesnym i Nowoczesnym -?przyp. D.M.]. Dwa lata po rozpoczęciu kariery [w 1920]
wyszła za ojca. Zaczęła tę karierę w Teatrze Nowości, gdzie dyrektorem i reżyserem był [Ludwik] Śliwiński, śpiewała (pod pseudonimem Wiczówna)
nawet z Lucyną Messal, legendą przedwojennej operetki, między innymi w Orfeuszu w piekle i Carewiczu. Kiedy potem ja występowałam w 1947 na
scenie Teatru Nowego, to spotkanej tam Messalce przypomniałam moją mamę.
(Pani Lucyna zawsze do mnie mówiła: "Janinko" -?bo Janowska łączyła jej
się z Aliną). Ale mama rzuciła swoje śpiewanie teatralne, bo mężczyzna,
w którym zakochała się jeszcze w Petersburgu -?Stasio Janowski właśnie -
jej się oświadczył. Potem był ślub i... wyjazd na wieś, bo jej mąż
otrzymał tam pracę. Dla ojca była żoną wymarzoną: nigdy nie krzywiła się
na niewygody życia na prowincji. A przecież dla niego rzuciła scenę; no
ale to były takie czasy, że kobiety rzadko kiedy łączyły małżeństwo,
macierzyństwo i scenę.
Mama była bardzo ładna i atrakcyjna, zawsze uśmiechnięta; grała na
fortepianie, grała w tenisa i uprawiała inne sporty... Z ojcem jeździła na
łyżwach w Dolinie Szwajcarskiej: tworzyli bardzo ładną parę, bo jeździli
bardzo kunsztownie -?technicznie bezbłędni, znali wszystkie podstawowe
ewolucje -?do tego z prawdziwym wdziękiem. Holendrowali w przód i w tył,
trzymając się za skrzyżowane ręce, robili jaskółki, kręcili piruety,
trójki -?normalne, skakane, podnoszone. Na tamte czasy byli parą bardzo
nowoczesną, atrakcyjną również wizualnie: tata -?przystojny wysoki
brunet, mama -?śliczna drobna blondynka. Widziałam ich później, jak
jeździli po stawie w Brodach -?byli wspaniali. A ponieważ na łyżwach
moja mama jeździła nie tylko z moim tatą, więc byli zazdrośni jedno o drugie.
Mama miała piękny mezzosopran; pamiętam, że gdy mieszkaliśmy w Brodach,
to często ćwiczyła wokalizy "a-e-o-u", gamy i wprawki -?wtedy Witek i ja
chowaliśmy się przed tym śpiewaniem za kanapą albo pod palmą w salonie.
Mama ćwiczyła, kiedy była w Głoskowie (krótko), potem w Berdówce, w Miętnem i w Żyrowicach też (przez te miejscowości wędrowaliśmy razem z moim tatą, o czym opowiem później). W Krakowie miała recitale i wiem, że
profesor Dymek dyrygował orkiestrą, która towarzyszyła jej podczas
występów w tamtejszym radiu.
Tata przez całe życie miał niebywałe poczucie odpowiedzialności...
właściwie za wszystko i wszystkich: za wykonywaną pracę, za otaczającą
go młodzież szkolną, której chciał (i umiał!) dawać przykład, za nas,
swoją rodzinę. To go na pewno obciążało psychicznie, trochę chyba
usztywniało; w domu szukał wytchnienia, chciał się rozluźnić, wypocząć i czasami byle drobiazg mógł go rozdrażnić. Ale kochał mamę bardzo, ona
jego też. Witek i ja kochaliśmy ich bardzo mocno i kiedy wspominam dziś
moje dzieciństwo, to wciąż czuję wielkie szczęście, że spędziliśmy je w domu z prawdziwego zdarzenia i że to szczęście też było prawdziwe, wręcz
wzorcowe. Tych cudownych szesnaście lat zawdzięczam moim rodzicom -
młodym, muzykalnym, wspaniałym. To ta ich miłość sprawiła, że byli do
siebie bardzo podobni... a może odwrotnie? Może podobieństwo cech
charakteru wzmogło wzajemny szacunek i scementowało miłość do siebie?
Obydwoje lubili przyrodę: znali ją i umieli ją nam pokazywać, tłumaczyć
i zachwycać się nią. Byli utalentowani plastycznie, pięknie rysowali.
Mama pisywała zabawne wierszyki na rozmaite rodzinne uroczystości, czego
się od niej nauczyłam. W cudem zachowanych szpargałach z czasów
przedwojennych znalazłam swoją rymowankę zatytułowaną Słońce. Później
wyjaśnię, dlaczego w moim wierszyku ortografia nie jest taka jak w poezjach innych autorów".
Dzień jasny, wesoły, słoneczny,
Ani jednej chmórki na niebie!
Och dniu jasny, prześliczny!
Jakże mało w nas jest ciebie!
Ledwie noc czarna przeminie,
Czarna noc jak atramęt czarny,
Wiatr tuman chmór rozwinie
I znowu wstanie dzień marny.
Słońce! o słońce! które u nas świecisz!
Wyświeć nam dzień wesoły! tobą nasycony!
Ech! gdzież tam! Jak sen przelecisz,
I zgaśniesz jako sen prześniony!
Więcej dni smutku, niźli dni radości,
A smutek nieraz ty słonce rozniecisz,
Lecz mało ciebie! Mało twej światłości!
I mało swą radością opleciesz.
"Atmosfera w moim domu była prawdziwie artystyczna -?zwłaszcza kiedy
podczas licznych u nas wizyt produkowaliśmy się wszyscy: tata,
żartobliwie parodiując swoich znajomych i przyjaciół, czasami nawet
obecnych gości, wymyślał cały spektakl, mama śpiewała, akompaniując
sobie na pianinie, ja tańczyłam. Wszystko to było wspaniałe, cudowne,
niezapomniane i trwało aż do wybuchu wojny. Wtedy pokochałam mamę
jeszcze bardziej, bo to jej zawdzięczamy -?Witek i ja -?przeżycie obozu,
przeżycie okupacji, przeżycie trudnych czasów po wyzwoleniu. Mimo wojny
listy od ojca dochodziły do nas (i do Wilna, i do Olsztynka) i wiedzieliśmy, że jest cały i zdrowy i że czeka na nas pod Warszawą,
gdzie uruchomił gospodarstwo.
Po śmierci ojca cały trud utrzymania trzyosobowej rodziny spadł na mamę:
była kontraktowym pracownikiem w państwowym szpitalu dla psychicznie
chorych w Tworkach, najpierw w administracji, potem w bibliotece. Kiedy
[w 1951] przeprowadziłam się do Warszawy, założyłam rodzinę, miałam
już własne mieszkanie i nareszcie zaczęło mi się powodzić, wtedy kupiłam
dla mamy mieszkanie, żeby była jak najbliżej mnie.
To mieszkanie było w domu na Powiślu, w świecie dla mamy zupełnie nowym.
Załatwiłam jej stołowanie w klubie wioślarskim, miała tam niedaleko, i szybko zapuściła korzenie: mieszkała sama, ale samotna nie była -
kościół tuż-tuż, wokół sympatyczne sąsiadki, nowi ludzie. Nie było jej
smutno: spotykała się z przyjaciółmi, grała w karty. Mieszkała tam
piętnaście lat.
Mama zmarła w naszym domu na Żoliborzu: 10 sierpnia 1987.
Bardzo ją kochałam".
SZKOŁA
Na przedwojenne średnie wykształcenie
Polaka/Polki składało się w sumie dwanaście lat szkoły: powszechnej
(sześć), gimnazjum (cztery) i liceum (dwa). To znaczy, że świadectwo
dojrzałości Alina Janowska winna otrzymać najpóźniej latem 1942 roku.
Stało się inaczej, ale nie tylko z powodu II wojny światowej...
"O! Szkoły to moja pięta achillesowa. Bo chociażby zdjęcie z pierwszej
komunii świętej, u bernardynów w Kalwarii Zebrzydowskiej -?mam je
zrobione z moją klasą, ale koleżanki i koledzy oraz ja przystąpiliśmy do
tej uroczystości osobno: kiedy oni szli do kościoła, ja byłam chora na
żółtaczkę, leżałam w łóżku i nie wolno mi było stykać się z innymi
dziećmi. Tydzień po komunii dla wszystkich przywiozła mnie pod kościół
na m o j ą komunię nasza bona Majusia, a dobry ksiądz zarządził przy tej
okazji wspólne zdjęcie. Specjalna uroczystość dla jednej osoby! Kto inny
może by się ucieszył, ja jednak przeżyłam to filozoficznie: czułam, że
to nie takie jak trzeba, nie w takiej oprawie, więc też nie tak solenne.
Z jednej strony młode serce miałam rozgrzane, wiedziałam, że właśnie
Chrystus do mnie przychodzi, z drugiej jednak strony nie wiedziałam, jak
do tego podejść intelektualnie. Moje życie później dowiodło
wielokrotnie, że widać akurat ja muszę być poddawana takim egzaminom...
Moje "studia" rozpoczęłam w Brodach [w 1930]: tam była moja pierwsza
klasa (może jeszcze kawałek drugiej?) i pierwsza szkoła -?chociaż nie!
Długo przed posłaniem mnie do szkoły tata uczył mnie kaligrafii: kupił
mi czarną lakierowaną tabliczkę, do niej rysik i małą gąbkę do
ścierania. Tak więc poszłam do szkoły, już umiejąc pisać. Potem tata
nadal uczył w Brodach rolnictwa nauczycieli szkół powszechnych, a ja z bratem i Majusią przyjechałam do Warszawy i zamieszkałam u wujostwa
Trembińskich na Żoliborzu: najpierw przy Śmiałej, potem przy placu
Słonecznym jedenaście (niedaleko mojego obecnego domu). Chodziłam
stamtąd i jeździłam tramwajem do szkoły na Marymoncie, ale zupełnie jej
nie pamiętam, bo strasznie się jej bałam: przerażała mnie tabliczka
mnożenia i do dzisiaj nie wiem, jak obliczyć, ile to jest dziewięć razy
siedem. Mam własną metodę: mnożę siedem przez dziesięć i odejmuję
siódemkę, ale to przecież nie tak...
Więc to była moja druga szkoła, którą mimo strachu skończyłam chyba na
przyzwoitym poziomie, bo przecież przyjęto mnie [do czwartej klasy] do
następnej -?w Garwolinie. W tym czasie moi rodzice zdążyli przeprowadzić
się do Miętnego.
Nooo, Garwolin! Tam czułam się wielką panią, bo do szkoły woził mnie
codziennie wolantem nasz stary Woźniak (woźny szkolny, taki "przyboczny"
mojego taty), szkoła była nowa, jasna, czułam się tam pewnie. Przede
wszystkim była koedukacyjna, więc nie tylko miałam koleżanki w wielu
klasach, ale i kolegów. Z równoległej czwartej do dziś pamiętam dwie Ale
-?Ciapińską i Tańską, a co do kolegów? Pojawił się wśród nich niejaki
Edzio Hagner z kręconymi blond włosami, który zaczął mi asystować na
pauzach: bardzo mi się podobał. Jego klasa była na piętrze, dokładnie
nad moją, więc za pośrednictwem kolegów -?sam był nieśmiały -?Edzio
spuszczał na sznurku listy do mnie, bardzo sympatyczne: żadnych wyznań,
w końcu mieliśmy niewiele ponad dziesięć lat, ale sam list znaczył wtedy
wiele, czułam się wyróżniona.
Z tamtej szkoły mam same miłe wspomnienia. Był bardzo sympatyczny ksiądz
Machora (nazywałyśmy go tak, bo palił). Wychowawczyni mnie polubiła, nie
wiedzieć czemu uważała mnie za zdolną, czytała klasie moje wypracowania
z polskiego, które oceniała zawsze tak samo: za treść piątka, z ortografii dwója. Po tych czterech klasach przechodziło się do
gimnazjum, ale wcześniej trzeba było zdać egzamin. Zaraz o nim opowiem,
przedtem jednak w moim życiu wydarzyły się bardzo ważne wakacje: ojciec
zabrał nas nad morze, do Jastarni.
"My" oznacza bardzo duże towarzystwo, gdyż oprócz mojego brata Witka i mnie była jeszcze nasza bona Majusia i oczywiście mama, a do mamy
przyjechały jej dwie przyjaciółki z Rybnika, które namówiła na te
wakacje, żeby mieć większe towarzystwo do tenisa. Grać w tenisa należało
wtedy do dobrego tonu; w ogóle w tamtych czasach sport zajmował w życiu
rodzinnym dużo więcej miejsca i czasu, miał większe znaczenie niż teraz.
Mama i Majusia grały w tenisa bardzo dobrze, tamte panie chętnie na
propozycję mamy przystały, więc w Jastarni pojawiła się większa grupa.
Tam zobaczyłam po raz pierwszy statki i to dwa, na cześć Marszałka
ochrzczone imionami jego córek: "Wanda" i "Jadwiga". Tam po raz pierwszy
byłam w cyrku i w zwierzyńcu. Jedno przy drugim -?w przerwie
przedstawienia tata zaprowadził nas do tego zwierzyńca z inwentarzem
raczej niewyszukanym: chyba tylko koty i psy tam były. Oprowadzał nas po
tej menażerii szczególny facet; kiedy ojciec, w końcu absolwent Szkoły
Głównej Gospodarstwa Wiejskiego, powiedział, pokazując na puszystego
kota: "O, angora!", tamten zaprotestował energicznie: "Kota angora nie
egzystuje" (co było potem cytowane w towarzystwie). I przestrzegał co
jakiś czas: "Proszę nie drzaźnić źwierzętom, bo będę zmuszony
wyprowadzić państwa".
Jednak największe wrażenie na mnie zrobił sam wyjazd do Jastarni.
Pojechaliśmy pociągiem, drugą klasą: obicia siedzeń były brązowo-beżowe
w złociste paseczki. Oparcie można było podnieść, wtedy tworzyło się
łóżko, na którym można było spać -?dla mnie to było nadzwyczajne: Witek
i ja spaliśmy na górze, rodzice na dole, w całym przedziale tylko nasza
czwórka. Bo podróż była długa, przez Warszawę. Kiedy pociąg się tam
zatrzymał na dłużej, słyszeliśmy gazeciarzy: "Express wieee...!". I sprzedawców kolorowanej słodkiej wody do picia i rozmaitych przysmaków:
"Pomara...!". Albo: "POmarańcze, CZEkolada, CUkierki!". A także:
"POmaRA!". Witek i ja bardzo się tym ekscytowaliśmy.
Po egzaminie do gimnazjum dyrektorka szkoły pani Ligocka na pytanie
taty, czy zdałam, powiedziała tajemniczo, że chce się ze mną zobaczyć.
Pisałam wypracowanie z polskiego, którego tematem był najpiękniejszy
dzień w życiu: opisałam w nim naszą podróż nad morze: wsie, łany zbóż,
chabry, bławatki i maki. Im bliżej Pomorza, tym więcej maków w złotym
życie. Ja jestem kolorystka, więc dość barwnie to namalowałam słowami.
No i pani Ligocka, patrząc na mój tekst, pyta, dlaczego napisałam "łany
pórpórowych maków" przez o kreskowane. Ja na to: "Jak to dlaczego?
Przecież pórpóra jest okrągła". Pani Ligocka na to, że mnie przyjmuje.
W Garwolinie nauczycielem gimnastyki i rysunku był Edward Ałaszewski,
sławny później karykaturzysta "Ała" [ojciec postaci Syrenki z "Expressu
Wieczornego" -?przyp. D.M.], po wojnie mąż mojej starszej koleżanki z Teatru Komedia Benigny Sojeckiej.
Wakacje zazwyczaj spędzałam w Miętnem, ale na dwa miesiące letnie
Garwolina niemalże nie opuszczałam: tam były konie, które podziwiałam
(nie jeździłam, ale patrzyłam i przeżywałam), tam był kort ziemny, na
którym dużo grywałam w tenisa. Tam poznałam Romka Bratnego: wtedy
nazywał się tak jak jego brat [Andrzej], czyli Mularczyk -?"Bratny" to
jego późniejszy pseudonim. Ich ojciec był w wojsku pułkownikiem
[kawalerii], mieszkali na stałe w Warszawie. W gimnazjum w Garwolinie
jego przyjacielem był Krzyś Krzymowski -?obu poznałam lepiej w zupełnie
innej sytuacji i już w innych czasach, zaraz po wybuchu wojny. Czyli
jakieś dwa lata później.
Potem [w moim życiorysie] były Żyrowice, to znaczy tata był tam
dyrektorem szkoły, więc ja uczęszczałam do szkoły w niedalekim Słonimie:
najpierw do gimnazjum, potem do liceum. Niewiele pamiętam z tamtej
szkoły -?może dlatego, że to, co stało się później, szczelnie zakryło w moich wspomnieniach prawie wszystko przedtem.
W Żyrowicach zastał nas wybuch wojny: zakończyły się ferie [wakacje
letnie], miał się rozpocząć nowy rok szkolny, wszystko było
przygotowane na przyjęcie uczniów. Jedynym źródłem informacji było
początkowo radio: wszyscy zbierali się przy głośnikach, potem
komentowali usłyszane wiadomości; zapamiętałam odezwę pułkownika
Umiastowskiego do ludności stolicy i przemówienie prezydenta
Starzyńskiego. Później zaczęli się pojawiać uciekinierzy z bombardowanej
Warszawy: trzeba było organizować dla nich wyżywienie i noclegi. Z jedzeniem kłopotów nie było na razie żadnych: przy szkole działała
stołówka, zapobiegliwy ojciec zgromadził zapasy na dłuższy czas.
Siedemnastego września 1939 tatę aresztowano, następnego dnia mama,
Witek i ja jechaliśmy do rodziny do Wilna, gdzie od razu udałam się
(chyba sama, bez towarzystwa mamy) do IV Państwowego Liceum i Gimnazjum
imienia Elizy Orzeszkowej. Nie mogłam trafić lepiej: właśnie trwał tam
strajk -?uczniowie nie chcieli uznać litewskiego za język wykładowy,
oficjalny. Bo wszyscy uczniowie liceum to byli Polacy. Oczywiście ten
strajk nie mógł się odbyć beze mnie: pikietowałam szkołę, odganiałam od
niej koleżanki, uświadamiałam im, o co walczymy".
Strajk to czas bardzo gorący, więc znajomości zawiera się wtedy
szybciej, przyjaźnie też są trwalsze.
"W liceum miałam trzy serdeczne koleżanki: siostry Kaczanowskie (nie
pamiętam ich imion) oraz Ewę Ruszczyc, wnuczkę malarza [Ferdynanda].
Kaczanowskie pochodziły z rodziny restauratorów, właścicieli restauracji
w Wilanowie, zaraz przy dworcu kolejki. Chyba ode mnie się dowiedziały,
że jeśli ktoś ma rodzinę w Generalnej Guberni, to może do władz
okupacyjnych złożyć podanie z prośbą u wyjazd. My tak zrobiliśmy, mama
dostała tak zwaną delegację na wyjazd -?i wtedy pomyślałam, że ja nie
tylko mogę, ale wręcz muszę zdać egzamin licealny. Razem ze mną zdawały
go siostry Kaczanowskie, ich brat Wojtek oraz chyba Ewa Ruszczyc.
Muszę powiedzieć, że serdeczność nauczycieli oraz władz szkoły była
ogromna; pamiętam cudowną panią [Zofię] Stomównę, polonistkę (zawsze
jakoś ciągnęło mnie do polonistek). Już to, że przyjechałam z polskich
Żyrowic, że byliśmy rodziną podzieloną, budził u wszystkich uczucie
przyjaźni, chęć pomocy. Więc po złożeniu przeze mnie podania o dopuszczenie do egzaminu wspaniałe nauczycielki przygotowały mnie do
niego i oczywiście zdałam. Egzamin -?bądźmy szczerzy! -?był ulgowy, ale
przecież mam świadectwo dojrzałości z litewską pieczęcią z Pogonią".
Więcej! Wśród cudem zachowanych szkolnych dokumentów są: tymczasowe
zaświadczenie i legitymacja (obydwa z fałszywą datą urodzenia: Alina
Janovskyte jest tam o rok starsza!) oraz pažym?jimas, czyli świadectwo
ukończenia klasy VII z ocenami końcowymi wcale nie najgorszymi -?co
prawda trójki z litewskiego i polskiego, za to czwórki z algebry (sic!)
i historii Litwy oraz piątki z historii ogólnej, geografii, fizyki,
muzyki i wychowania kulturalnego.
"Bardzo mi się to świadectwo przydało, kiedy już w wolnej Polsce
zdawałam egzamin aktorski. Bo do szkoły tańca zostałam przyjęta bez
żadnych dokumentów -?nie były potrzebne".
Jest jeszcze wiersz, chyba jednak napisany (wyraźnie pod wpływem Kornela
Ujejskiego) w którejś z polskich szkół. Widać cenny, bo podpisany:
"nabazgrała -?namazała A. Janowska"). Zatytułowany Na stadionie.
Równo, sprawnie, kroczą wszystkie czwórki,
Słychać równe kroki, wezwania do zbiórki!
W ciszy widać wielkie ludzi mrowie
Kto piękno olimpjady dzisiaj nam opowie?
Z zielonego gaju gromadą wychodzą,
Kiedy swoje nogi z pęt tych oswobodzą?
Kiedy będzie można zdjąć karności pęta?
Kiedy da się słyszeć ta słodka komęda?
Aż wreszcie -?gwizdek. Wszyscy dech zaparli
A tamci wolni, skrzydła rozpostarli,
I wśród ciszy i głuchych oddechów biegli.
Nawet linji mety wcale nie dostrzegli.
Zwycięstwo oznajmił lud tylko
Krzykami radości. Ten co biegł przed chwilką
Padł ze zmęczenia. Lecz gdy wstał,
Lud zobaczył, że w dłoni wieniec z laurów miał.
"Co mogę powiedzieć o swoim wykształceniu? To, że jestem po prostu
niedouczona: kiedy zaczynałam jakąś szkołę w jednym miejscu, to
kończyłam w następnym. I dlatego mam w swoim wykształceniu duże luki,
chociaż ciocia Jadzia [Trembińska], ta z Żoliborza, próbowała je
zapełnić mnóstwem wiadomości. Niestety, bez skutku".
WILNO
Siedemnastego dnia II wojny światowej
Polska stanęła w obliczu agresji ze Wschodu: w oficjalnej nocie władze
Związku Radzieckiego stwierdziły, że "państwo polskie i jego rząd
przestały faktycznie istnieć", więc Armia Czerwona wkroczy na ziemie
polskie, aby "wziąć w opiekę ludność Zachodniej Ukrainy i Białorusi".
Nad ranem "pierwsze jednostki Armii Czerwonej przekroczyły granice
[Polski]". Siedemnastego września 1939 po południu Stanisław Janowski,
dyrektor Państwowej Średniej Szkoły Rolniczo-Leśnej w Żyrowicach pod
Słonimem w województwie nowogródzkim, został aresztowany przez
białoruski komitet obywatelski.
"Ja, oczywiście, od razu do roboty, zwłaszcza że nikomu z nas nie wolno
było wychodzić [z domu]; w takiej sytuacji chwytam się czegoś, żeby
nie myśleć. Pomagałam mamie, pomagałam wszystkim kobietom w naszym domu,
w szkole, w okolicy. Wieczorem zobaczyliśmy się z ojcem -?to znaczy
usłyszałam go stukającego w nasze okno w szkolnym gabinecie, gdzie się
schroniliśmy -?a potem jego głos, który polecił nam natychmiast wyruszyć
do cioci Janki na Bufałową. Czyli do Wilna.
Skąd tata nagle na wolności? Szkolny elektryk pan Keller zobaczył, gdzie
ojca zamknięto i kiedy radzieckie czołgi wjechały do miasteczka,
zatrzymał jeden z nich i po rosyjsku zapytał żołnierza: "A wiesz ty, co
zrobiły białoruskie bandy? Zaaresztowały wspaniałego rolnika, opiekuna
biednych dzieci, i wsadziły go do komórki. Weź ty swoją pepeszę i rozwal
tę kłódkę" -?pokazał na drzwi do taty aresztu. Kiedy czołg odjechał,
tata spytał pana Kellera, czy odwiózł już do Słonima sztandar szkoły i ten wspaniały obraz Siemiradzkiego (Jezus u Marii i Marty, prezent
ślubny od dziadków). Wtedy przyszedł do nas i, jak to on, spokojnie i rzeczowo powiedział, co mamy robić. "Trzymajcie się i z Bogiem!" -?nawet
nie zdążyłyśmy zapytać, co on zamierza w tej sytuacji".
Ciocia Janka to Janina Wontorska, "druga siostra ojca, żona architekta
Stanisława Wontorskiego; już w latach trzydziestych zamieszkali w Wilnie
przy Bufałowej czternaście".
"Mama wzięła od ojca dokładny adres, bo go nie pamiętała. W Wilnie była
z ojcem chyba tylko raz, a żądanie ojca "jedźcie tam natychmiast, bez
żadnych rzeczy" potraktowała jak wszyscy wtedy podobne polecenia, rady
czy rozkazy: wzięła to, co jej wpadło w rękę -?młotek. I nic więcej. Ja
natomiast chwyciłam album, w który tata pieczołowicie wklejał zdjęcia
rodzinne i starannie, precyzyjnie je opisywał; ten album cudem przetrwał
zawieruchę wojenną, jest teraz naszym, a na pewno moim, skarbem.
Oczywiście nie zapomniałam o walizce, do której zapakowałam jednak
książki, bieliznę i mnóstwo rzeczy niepotrzebnych, a przynajmniej
jednosezonowych, czyli dobrych na lato.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki