Jam jest Alina - Dariusz Michalski

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

SŁOWO BOHATERKI

W listo­pa­dzie 2005 zosta­łam zapro­szona do Klubu Aktora na pro­mo­cję książki o Jurku Wasow­skim: Star­szy Pan A. Bar­dzo mi się tam podo­bało, bo chyba po raz pierw­szy nie sły­sza­łam drę­twych lau­da­cji na cześć autora, żaden z kole­gów akto­rów nie kre­ował się pod­czas czy­ta­nia frag­men­tów książki, któ­rej zebrani goście jesz­cze nie znali, więc zazwy­czaj o nic nie pytali i cze­kali na towa­rzy­szący takim spo­tka­niom bufet. Zasko­czona, że było ina­czej niż zwy­kle, razem ze wszyst­kimi entu­zja­stycz­nie biłam brawo. Gdy wró­ci­łam do domu, pomy­śla­łam, że skoro autor tak ład­nie mówił o boha­te­rze swo­jej książki, to może tak samo o nim napi­sał. Rze­czy­wi­ście, po lek­tu­rze gru­bego tomu Jurek Wasow­ski sta­nął mi przed oczyma jak żywy: wyra­zi­sty, ele­gancki, dow­cipny, fachowy, mądry -?wypisz wyma­luj Star­szy Pan, jakiego zna­łam przez wiele lat. Nawet jesz­cze atrak­cyj­niej­szy, bo z książki Dariu­sza Michal­skiego dowie­dzia­łam się mnó­stwa fak­tów i cie­ka­wo­stek, któ­rymi autor zasko­czył, może nawet i zdu­miał chyba wszyst­kich swo­ich czy­tel­ni­ków, a mnie na pewno. Pomy­śla­łam wtedy: prze­cież ja też dużo prze­ży­łam, też mam o czym opo­wia­dać, więc może zasłu­guję na podobną bio­gra­fię?

Jej przy­szły autor tro­chę się opie­rał, mówiąc, że pisze dwie inne rze­czy, że cho­ciaż od lat miesz­kamy na Żoli­bo­rzu, to wie o mnie nie tak znowu dużo, że skoro już ktoś miał o mnie pisać, to jemu nie wypada... Fakt, nad pro­jek­tem książki o mnie łamało sobie głowę parę osób, ale ani one mnie nie zachwy­ciły (zna­czy: te pro­jekty), ani ja nie wyda­łam się im atrak­cyjna (oczy­wi­ście tym oso­bom). Zapy­ta­łam Dariu­sza, czy przy­naj­mniej ma tytuł do książki, którą chyba (ja uwa­ża­łam, że na pewno) napi­sze. Powie­dział, że ow­szem, ale ten tytuł już został wyko­rzy­stany przez moją star­szą kole­żankę Mirę Zimiń­ską: Nie żyłam samot­nie. Pomy­śla­łam: to jest to! To istota tej książki, jej sedno i sens! Teraz już nie było odwo­ła­nia: zna­la­złam wydawcę, umowa została pod­pi­sana, warunki okre­ślone i...

Kiedy zabra­li­śmy się do pracy (był kwie­cień 2006), zaczę­łam wąt­pić, czy jed­nak Dariusz jest wła­ści­wym czło­wie­kiem, czy on w ogóle rozu­mie mnie i moje życie. To pytał mnie o Teatr Buffo, to o moje dzie­ciń­stwo, jed­nego dnia roz­ma­wia­li­śmy o moich fil­mach, ale następ­nego o muzyce w domu moich rodzi­ców, raz mnie maglo­wał w spra­wie moich wystę­pów na budo­wie metra (tego pierw­szego, nie­zre­ali­zo­wa­nego), to znów pod­po­wia­dał mi słowa Astu­rii. Za każ­dym razem mnie zdu­mie­wał, że tyle wie, że wszystko pamięta, że to, co w swoim życio­ry­sie uwa­ża­łam za poplą­tane, on pra­co­wi­cie roz­su­płuje. Już po waka­cjach oznaj­mił, że wszystko, co mu opo­wia­da­łam, nie tylko nagrał i spi­sał, ale jego książka o mnie ma już swój układ, chro­no­lo­gię i roz­działy, te roz­działy mają tytuły, do tek­stu można już dopa­so­wy­wać zdję­cia, a w ogóle to nad­szedł czas, żebym poważ­nie wzięła się do pracy jako... redak­torka wła­snego życio­rysu.

Już w nowym roku, po kil­ku­dzie­się­ciu godzi­nach kolej­nych wspól­nych spo­tkań, wspo­mnień, dys­ku­sji i kłótni, byli­śmy bli­sko finału i 29 czerwca 2007, jak zapla­no­wał, Dariusz książkę o mnie ukoń­czył.

Jej boha­terką jestem ja, Alina. Jaka? Wła­śnie taka.

Alina Janow­ska

RODZINA

Nasza wie­dza i pamięć o naj­bliż­szej rodzi­nie się­gają zazwy­czaj dwa poko­le­nia wstecz: do rodzi­ców i dziad­ków, rzadko kiedy głę­biej czy dalej. Rodzinne archi­wum Aliny Janow­skiej cza­sami zdu­miewa skru­pu­lat­no­ścią (zdję­cia z końca XIX wieku to rzad­kość, to skarb), dużo jed­nak w nim bia­łych plam. Co na przy­kład wia­domo o rodzi­nie matki?

Jej ojciec (czyli dzia­dek Aliny), Juliusz Rym­kie­wicz, był inży­nie­rem budowy dróg i mostów. Jego żona, Maria z Mar­kow­skich, "Bab­cia, z którą dzia­dek się roz­wiódł (nie­stety, nie umiem powie­dzieć, kiedy i dla­czego), była redak­torką albo może tylko korek­torką w piśmie dla kobiet "Bluszcz". Pod nazwi­skiem Rym­kie­wicz. Pamię­tam, że razem z nią odwie­dza­łam cza­sami pra­bab­cię, która miesz­kała [w War­sza­wie] przy placu Inwa­li­dów, na pierw­szym pię­trze domu, w któ­rym obec­nie jest poczta".

Juliusz i Maria Rym­kie­wi­czo­wie mieli troje dzieci: Janu­sza, Mar­ce­linę i Jadwigę.

Janusz Rym­kie­wicz naj­pierw oże­nił się z Jadwigą Jędr­kie­wi­czową, która z poprzed­niego mał­żeń­stwa miała dwie córki (Hannę i Olgę). "Była bar­dzo dobrą malarką, nama­lo­wała mię­dzy innymi dwa wspa­niałe por­trety swo­jego rodzeń­stwa. Wuj Janusz stu­dio­wał w War­sza­wie na poli­tech­nice. Po wybu­chu wojny zna­lazł się w Lon­dy­nie; tam praw­do­po­dob­nie dowie­dział się o aresz­to­wa­niu żony (która potem zmarła w Oświę­ci­miu) i oże­nił się powtór­nie -?z córką angiel­skiego gene­rała. W Wiel­kiej Bry­ta­nii został na stałe: pra­co­wał spo­łecz­nie, wal­czył o prawa robot­ni­ków por­to­wych, bar­dzo go tam za to ceniono".

Jadwiga Rym­kie­wi­czówna wyszła za mąż za kapi­tana Sta­ni­sława Trem­biń­skiego, który w cza­sie wojny zgi­nął w par­ty­zantce. "Ich syn Jacek uro­dził się w cza­sie oku­pa­cji. Cio­cia Jadzia ukoń­czyła insty­tut muzyczny imie­nia Cho­pina, świet­nie grała na for­te­pia­nie i jesz­cze przed wojną akom­pa­nio­wała zespo­łowi Te Cztery, żeń­skiemu odpo­wied­ni­kowi Chóru Dana. Na początku oku­pa­cji wystę­po­wały w kawiar­niach. Dobrze to pamię­tam, bo we wspo­mnie­niach został mi widok cioci przy pia­ni­nie; słu­cha­łam jej zawsze w zachwy­cie, strasz­nie zazdrosz­cząc bie­gło­ści czy­ta­nia nut a vista -?dla mnie nie­po­ję­tej".

Dziad­kiem ze strony ojca Aliny był Hen­ryk Janow­ski. "Zaj­mo­wał się spra­wami kolej­nic­twa, pra­co­wał w kan­ce­la­rii cara w ran­dze sekre­ta­rza stanu; podobno nie mógł być mini­strem, jak chciał car, bo nie chciał przejść na pra­wo­sła­wie. Jego żoną, czyli moją babką, była Sta­ni­sława z rodziny Poznań­skich. Janow­scy mieli sze­ścioro dzieci: cztery córki - Helenę, Hannę, Janinę i Marię nazy­waną "Muszką", oraz dwóch synów - Sta­ni­sława, czyli mojego ojca, i Boh­dana. Żoną Boh­dana była Lilka z Popław­skich, mieli córkę Marychnę (dziś -?Marię Kowal­ską)".

"Cała moja rodzina była bar­dzo muzy­kalna. Bab­cia Zofia Rab­ce­wi­czowa, czyli sio­stra matki taty, była zna­ko­mitą cho­pi­nistką, o czym na wła­sne uszy prze­ko­na­łam się dopiero w cza­sie oku­pa­cji. Kiedy Niemcy zabro­nili gra­nia Cho­pina, ona w swoim miesz­ka­niu przy ulicy Fałata w War­sza­wie orga­ni­zo­wała kon­certy dla przy­ja­ciół. Bywa­łam tam, dopiero wtedy pozna­łam ją oso­bi­ście i doce­ni­łam jej wielki talent. Kiedy póź­niej słu­cha­łam naj­lep­szych pia­ni­stów, to zawsze ich inter­pre­ta­cje oce­nia­łam według kunsztu babci Rab­ce­wi­czo­wej. W sto­łecz­nym muzeum Insty­tutu Cho­pina ma swoją salę, gdzie można o niej poczy­tać, obej­rzeć zdję­cia i zachwy­cić się, słu­cha­jąc płyt z jej nagra­niami.

Dwie sio­stry mego ojca rów­nież stu­dio­wały for­te­pian, ukoń­czyły to samo kon­ser­wa­to­rium. Helena (nazy­wana Halą) wyszła za mąż za inży­niera archi­tekta Mariana Cheł­miń­skiego, po woj­nie kie­row­nika odbu­dowy War­szawy; była pierw­szą nauczy­cielką gry na for­te­pianie kil­ku­let­niego Witolda Mał­cu­żyń­skiego. Tam, gdzie miesz­ka­li­śmy, zawsze było zie­lono, schlud­nie i ład­nie, więc cioci [Hali] to się podo­bało i czę­sto nas odwie­dzała. Usi­ło­wała i mnie nauczyć gry na for­te­pianie -?nie­stety, bez zauwa­żal­nych rezul­ta­tów. Czy­ta­nie nut szło mi ciężko, bo byłam po pro­stu tępa, a cio­cia -?pasjo­natka. I cho­le­ryczka. Tak samo jak jej brat, czyli mój tata, wpa­dała w złość z powodu mojego nie­uc­twa i spusz­czała mi klapę pia­nina na ręce (ona to nazy­wała szyb­kim zamy­ka­niem kla­wia­tury). W ten spo­sób sku­tecz­nie oduczyła mnie jakie­go­kol­wiek uczu­cia do tego instru­mentu, cho­ciaż uwa­żała, że jestem muzy­kalna. Chyba z tego wzięła się moja pasja taneczna, bo mimo wszystko zawsze byłam wraż­liwa na muzykę.

Cio­cia Hala miała dwoje dzieci: Zby­szek przed wojną skoń­czył szkołę mor­ską w Gdyni, został kapi­ta­nem, pły­wał na pol­skich okrę­tach we flo­cie bry­tyj­skiej (za co otrzy­mał wyso­kie odzna­cze­nie i podzię­ko­wa­nie od kró­lo­wej); a Irena? Była śliczna; kiedy razem z mamą przy­jeż­dżała do nas do Mięt­nego na waka­cje, to miej­scowi ofi­ce­ro­wie lgnęli do niej jak do miodu! Jed­nemu dała się upro­sić i przy­jęła pier­ścio­nek zarę­czy­nowy, ale wojna ich roz­dzie­liła. Irena i jej córka już nie żyją.

Druga cio­cia, Maria "Muszka" Kwa­pi­szew­ska, skoń­czyła to samo kon­ser­wa­to­rium w Peters­burgu co cio­cia Hala i była nauczy­cielką: z nauki gry na for­te­pia­nie utrzy­my­wała sie­bie i męża w cza­sie oku­pa­cji. Jej mężem był inży­nier che­mik; w cza­sie wojny wypra­wiał skórki kró­li­cze, które sprze­da­wał, jed­nak nie­długo to trwało, bo zmarł. Miesz­kali w Lubli­nie, gdzie mieli dom, wynaj­mo­wali pokoje, w cza­sie oku­pa­cji nawet swoje wła­sne miesz­ka­nie, bo było im bar­dzo ciężko.

Jesz­cze jedną cio­cię muszę wymie­nić -?Hankę: przed wojną wyszła za mąż za gra­na­to­wego poli­cjanta, co było nie tylko meza­lian­sem, ale i szo­kiem dla całej rodziny. To był ofi­cer, pocią­gał alko­hol czę­sto, chęt­nie i dużo i wcią­gnął w to ciotkę, póź­niej nawet swoje dzieci. Nie­wiele udało się ura­to­wać z tego, co posia­dali. Smutna histo­ria...

Stryj Boh­dan też zali­czył dwa lata kon­ser­wa­to­rium w Peters­burgu, ale wojna (ta pierw­sza świa­towa) prze­rwała stu­dia. Został dzie­dzi­cem majątku Janow­skich; jesz­cze przed wojną spła­cił rodzinę i razem z żoną admi­ni­stro­wał Pola­nami nad Wilią, nie­da­leko Wilna. W 1939, jako rezer­wi­sta, został wcie­lony do pułku arty­le­rii: Rosja­nie ich "zagar­nęli" i wywieźli do Koziel­ska, stam­tąd do Katy­nia, gdzie go roz­strze­lali. Jego żonę Lilkę i ich córkę Marychnę wywie­ziono do Kazach­stanu. Do Pol­ski w 1954 wró­ciły tylko one: cio­cia już nie żyje; miesz­kała w War­sza­wie przy placu Wil­sona, przez wiele lat pra­co­wała w wydaw­nic­twie Czy­tel­nik.

Po Pola­nach na mapie zostało puste miej­sce: wszystko dookoła zrów­nano z zie­mią".

Co jesz­cze wia­domo o rodzi­nie Janow­skich?

"Po tym, co teraz wymie­nię, w cza­sach sta­li­now­skich nazwano by nas kuła­kami, a dziś? Po pro­stu: zamożni zie­mia­nie. Albo­wiem nasz - dokład­nie: dziad­ków Janow­skich -?mają­tek rodzinny w miej­sco­wo­ści Polany II (gmina Wisz­niew, powiat Wilejka koło Nie­sta­ni­szek [mniej wię­cej 78 km na pół­nocny zachód od bia­ło­ru­skiego Miń­ska -?przyp. D.M.]) -?cytuję doku­menty -?miał powierzch­nię 250 hek­ta­rów, w jego skład wcho­dziły: około 150 ha lasów igla­stych, 40 ha dobrej ziemi ornej (dru­giej i trze­ciej klasy), około 40 ha łąk i pastwisk, 15 ha sadu z pasieką (25 uli) i jed­no­hek­ta­rowy ogród warzywny oraz, zaj­mu­jące powierzch­nię około sze­ściu hek­ta­rów, budynki: dom drew­niany sied­mio­po­ko­jowy z kuch­nią i piw­nicą (dom był kryty gon­tem, ale nie było w nim elek­trycz­no­ści) oraz - wszystko muro­wane, kryte bla­chą -?czwo­raki dla pra­cow­ni­ków (cztery razy po pokoju z kuch­nią, sionką i piw­nicą), sto­doła, owczar­nia z chlew­nią, obora, kur­nik, staj­nia oraz mle­czar­nia ze sprzę­tem zme­cha­ni­zo­wa­nym. Potęga!".

Gospo­darni zie­mia­nie, miesz­cza­nie z wyż­szym wykształ­ce­niem, ludzie zamożni z aspi­ra­cjami arty­stycz­nymi, inte­li­gen­cja z tra­dy­cjami -?to rodzina Aliny Janow­skiej. Czym się inte­re­so­wała?

"W naszym domu -?gdzie­kol­wiek on był -?było dużo ksią­żek. Z ksią­żek dzie­cię­cych naj­bar­dziej pamię­tam Sło­neczko Buyno-Arc­to­wej -?o dziew­czynce, któ­rej miesz­ka­nie zawsze było czy­ste, ona sama prała, pra­so­wała, pasto­wała, fro­te­ro­wała... To (oraz oczy­wi­ście ojciec) miało potem wielki wpływ na orga­ni­za­cję mojego życia zawo­do­wego i pry­wat­nego. Dla dzieci był abo­no­wany "Pło­my­czek" i "Moje Pisemko", z doro­słej lek­tury Zagłoba i Skrze­tu­ski byli w naszym domu czę­stymi gośćmi. Był cały Sien­kie­wicz, Mic­kie­wicz, Orzesz­kowa, Żerom­ski, Strug, dużo bele­try­styki. Były ency­klo­pe­die oraz wielka biblio­teka zawo­dowa taty - książki z dzie­dziny rol­nic­twa, leśnic­twa, ogro­dow­nic­twa i hodowli bydła (ojciec sam pisał książkę na ten temat, ale jej ręko­pis zagi­nął, tłu­ma­czył też z rosyj­skiego). Wszystko, co doty­czyło mar­szałka Pił­sud­skiego, można było u nas zna­leźć.

No, wła­śnie -?Mar­sza­łek... Jego śmierć [12 maja 1935] okryła żałobą cały kraj -?to wszy­scy wie­dzą z histo­rii -?ale tata posta­no­wił wybrać się na pogrzeb do War­szawy, żeby choć trumnę zoba­czyć. Zabrał mnie ze sobą, sta­nę­li­śmy w zbi­tym tłu­mie u wylotu ulicy Mazo­wiec­kiej przy placu [wtedy Saskim -?przyp. D.M.] w ocze­ki­wa­niu na prze­jazd kon­duktu pogrze­bo­wego z kate­dry na lot­ni­sko. Ojciec wziął mnie na barana, więc jako pierw­sza zoba­czy­łam nad­jeż­dża­jącą lawetę ze zwy­czajną pro­stą trumną okrytą sztan­da­rami, cią­gniętą chyba przez szóstkę koni. Przy lawe­cie kro­czyli żoł­nie­rze -?JEGO żoł­nie­rze. Ludzie pła­kali, tata też wycie­rał oczy; wszyst­kim wtedy się wyda­wało, że świat się zawa­lił. Kiedy dzi­siaj odwie­dzam Sule­jó­wek, to moja myśl nie­odmien­nie kie­ruje się ku czło­wie­kowi w sza­rym mun­du­rze, który wywal­czył nam Pol­skę...

Gazety w naszym domu? Pisma? Pamię­tam "Świa­to­wid" i "Film"; doro­śli czy­tali pisma o cha­rak­te­rze poli­tycz­nym, czym wtedy w ogóle się nie inte­re­so­wa­łam. Upra­wia­li­śmy sport: zimą -?łyżwy, latem -?tenis (w tenisa musiał grać każdy, kto chciał się liczyć w tak zwa­nym towa­rzy­stwie) i siat­kówka. Pły­wa­nie! Z trzciny ścię­tej wokół stawu [w Bro­dach] tata uplótł koło ratun­kowe, do któ­rego przy­mo­co­wana mogłam wyko­ny­wać pierw­sze ruchy żabki. Słu­cha­li­śmy radia, muzyki z płyt: naj­czę­ściej muzyki poważ­nej. Mama grała na for­te­pia­nie lub pia­ni­nie, śpie­wała...

Mie­li­śmy -?ja i mój brat Witek -?bonę Maju­się: Maria Kru­szew­ska była nie­mal człon­kiem naszej rodziny (potem opie­ko­wała się Teresą i Ewą Trem­biń­skimi, cór­kami cioci Jadwigi i wuja Sta­ni­sława). Zło­tymi zgło­skami wpi­sała się po woj­nie w dzieje odbu­dowy zamku war­szaw­skiego; znał ją, lubił i cenił wie­lo­letni dyrek­tor zamku, pro­fe­sor Gieysz­tor. To jej zada­niem było wyj­mo­wa­nie dat­ków z puszek, do któ­rych ludzie wrzu­cali pie­nią­dze, bo wszy­scy mieli do niej ogromne zaufa­nie; Maja była nad­zwy­czajną osobą. Mama ją zna­la­zła z ogło­sze­nia -?z radia czy może wyczy­tała je w któ­rejś z gazet? Maja była chó­rzystką w kościele Świę­tej Anny [w War­sza­wie] i jej śpiew prze­śla­do­wał mnie przez całe życie. Wycho­wu­jąc nas, Witka i mnie, Maju­sia nad­uży­wała swego głosu, przede wszyst­kim Moniuszki. "Po ran­nej rosie płyń dźwięczny (oj, jak dźwięczny!) gło­sie, niech się twe echo roz­sze­EEErza" -?dawała upust swemu talen­towi. Zbyt czę­sto jak na moją odpor­ność, więc kiedy mogli­śmy, Witek i ja ucie­ka­li­śmy jej jak naj­da­lej. Ale to był bar­dzo kochany czło­wiek, zwią­zany z naszą rodziną aż do śmierci. Dużo póź­niej, w jej cho­ro­bie [w końcu lat osiem­dzie­sią­tych -?przyp. D.M.], ja się nią opie­ko­wałam (bo mamy już wtedy nie było na świe­cie).

U mamy zna­la­zła uzna­nie, no bo śpie­waczka śpie­waczkę zawsze zro­zu­mie. I poko­cha".

ZAPACHY

Alina jest war­sza­wianką, choć -?wędru­jąc wraz ze swoim ojcem po kraju -?rów­nie dobrze mogła się uro­dzić w Bro­ni­szach, tam bowiem jesz­cze w marcu 1923 prze­by­wał Sta­ni­sław Janow­ski: pra­co­wał "w cha­rak­te­rze pomoc­nika gospo­dar­czego" w majątku pro­fe­sora Mosz­czeń­skiego. Rów­no­cze­śnie stu­dio­wał w War­sza­wie, więc mie­siąc póź­niej był tam z powro­tem.

"Było późne popo­łu­dnie [moim zda­niem wio­sną 1962 -?przyp. D.M.], sie­dzia­ły­śmy przed przed­sta­wie­niem w gar­de­ro­bie numer jeden teatru Syrena przy Litew­skiej, cha­rak­te­ry­zu­jąc się. Patrząc od drzwi - Józe­finka Pel­le­grini, ja, Jadzia Buko­jem­ska, Stef­cia Gór­ska, Basia Hal­mir­ska i Halinka Dzie­węcka. Jesz­cze było tro­chę czasu do dzwonka na scenę, gada­ły­śmy o tym i owym; Józe­fina, już uszmin­ko­wana, jak zwy­kle taso­wała karty. (Sły­nęła z talentu wróż­biar­skiego, spra­gnio­nym wie­dzy o swo­jej przy­szło­ści kole­żan­kom i kole­gom czę­sto sta­wiała kabały, które gwoli prawdy spraw­dzały się nader czę­sto). Nie zdzi­wi­łam się, gdy mnie zapy­tała: "Alinko, kiedy ty się uro­dzi­łaś?". Odpo­wie­dzia­łam machi­nal­nie: "Szes­na­stego kwiet­nia dwu­dzie­stego trze­ciego roku". "A gdzie?" "W War­sza­wie, w Szpi­talu Ujaz­dow­skim". "Nie­moż­liwe! -?krzyk­nęła Pel­le­grini. -?To cie­bie przyj­mo­wał na świat mój ojciec!". Teraz ja wrza­snę­łam: "Co??!!!". "No tak, dok­tor Śli­wiń­ski! Mój ojciec był tam wtedy ordy­na­to­rem oddziału położ­ni­czego. Na pewno on". Jesz­cze nie dowie­rza­łam: "Sły­sza­łam, że to był szpi­tal woj­skowy?". "Zga­dza się - rze­kła nasza pytia. -?Woj­skowy".

Zaczę­łam porząd­ko­wać fakty. Prze­cież ojciec był w woj­sku, jemu oraz jego rodzi­nie przy­słu­gi­wał szpi­tal woj­skowy. Tam­tej wio­sny [1923 roku] mama (ze mną w brzu­chu) miesz­kała, wraz ze swoim rodzeń­stwem, u [mojego przy­szłego] dziadka, a szpi­tal naj­bliż­szy jego domu mie­ścił się w Ale­jach Ujaz­dow­skich (teraz jest tam Insty­tut Teatralny)... Wszystko się zga­dzało: kiedy mia­łam się uro­dzić, rodzice na pewno musieli wybrać ten wła­śnie szpi­tal, który służ­bowo nale­żał się tacie, a jak się oka­zuje, w któ­rym ordy­na­to­rem był wspa­niały położ­nik dok­tor Śli­wiń­ski".

Zacho­wało się świa­dec­two (nawet dwa: to dru­gie "do użytku woj­sko­wego i ksiąg lud­no­ści") oraz akt uro­dze­nia Aliny. Ksiądz pra­łat Roman Rem­bie­liń­ski napi­sał w nim: "Działo się w War­sza­wie w kan­ce­larji para­fii Zba­wi­ciela, dnia trzy­dzie­stego pierw­szego maja tysiąc dzie­więć­set dwu­dzie­stego trze­ciego roku, o godzi­nie szó­stej po połu­dniu. Sta­wił się Sta­ni­sław Janow­ski, lat trzy­dzie­ści jeden mający rol­nik, zamiesz­kały w War­sza­wie, w obec­no­ści Wła­dy­sława Boraw­skiego, archi­tekta, i Jadwigi Rym­kie­wi­czówny, urzęd­niczki, peł­no­let­nich, zamiesz­kałych w War­sza­wie, i oka­zał nam dzie­cię płci żeń­skiej, oświad­cza­jąc, iż takowe uro­dziło się w War­sza­wie, przy ulicy Nowo­wiej­skiej pod nume­rem dwu­dzie­stym siód­mym, dnia szes­na­stego kwiet­nia, roku bie­żą­cego o godzi­nie dzie­sią­tej rano z jego pra­wej mał­żonki Mar­ce­liny Romany z Rym­kie­wi­czów, lat dwa­dzie­ścia ośm mają­cej. Dzie­cię­ciu temu na Chrzcie Świę­tym dziś odby­tym nadane zostały imiona Alina-Marja, a rodzi­cami jej chrzest­nymi byli wyżej wymie­nieni".

To cie­kawe, ale naj­bliż­szy domu Juliu­sza Rym­kie­wi­cza (dziadka Aliny) był Szpi­tal Nowo­wiej­ski: u zbiegu ulic Nowo­wiej­skiej i Polnej, dosłow­nie pod nosem. Szpi­tal Ujaz­dow­ski -?począt­kowo laza­ret przy kosza­rach Gwar­dii Pie­szej Litew­skiej -?zaj­mo­wał Zamek Ujaz­dow­ski i od 1810 był szpi­ta­lem woj­sko­wym.

"Ucie­szy­łam się tym nie­spo­dzie­wa­nym odkry­ciem Józe­finki, bo bar­dzo ją lubi­łam; wtedy, kiedy mi ten ważny fakt uświa­do­miła, poczu­łam się w jakiś spo­sób z nią spo­krew­niona... Rety! Tak się nad tym wszyst­kim zadu­ma­łam, że była­bym się spóź­niła na scenę! Trzeci dzwo­nek prze­cią­gle dzwo­nił, a ja powin­nam już dawno stać w kuli­sie.

Nagle przy­po­mnia­łam sobie wtedy naj­roz­ma­it­sze zapa­chy. Bo ja jestem nie wzro­ko­wiec, nie sma­ko­wiec -?przede wszyst­kim jestem zapa­cho­wiec. Od uro­dze­nia! Jesz­cze kiedy byłam bar­dzo maleńka, to już mój nos mnie infor­mo­wał o wielu spra­wach.

Zaraz po moim przyj­ściu na świat mama i ja wró­ci­ły­śmy do dziadka, do jego dużego domu vis-a-vis Poli­tech­niki, przy Nowo­wiej­skiej: tam na dru­gim pię­trze miesz­kał -?jak gło­siła złota tabliczka na drzwiach - inży­nier Juliusz Rym­kie­wicz".

Pogra­tu­lo­wać histo­rycz­nego miej­sca! Około 1885 roku na tere­nach u zbiegu Nowo­wiej­skiej i Polnej zało­żono pole wyści­gowe, w latach 1899-1902 wznie­siono gmach główny i pawi­lony War­szaw­skiego Insty­tutu Poli­tech­nicz­nego, czyli póź­niej­szej Poli­tech­niki. Dom przy Nowo-Wiej­skiej 27 (póź­niej ulicę prze­mia­no­wano na 6 Sierp­nia, po woj­nie znowu była Nowo­wiej­ską), usa­do­wiony na rogu Polnej, przy placu Poli­tech­niki, był w księ­gach wie­czy­stych ozna­czony nume­rem 5456; miał cztery kon­dy­gna­cje. Z jego połu­dnio­wych okien roz­po­ście­rał się wspa­niały widok na dale­kie Pole Moko­tow­skie, które słu­żyło za miej­sce startu samo­lo­tów, do 1936 peł­niąc funk­cję lot­ni­ska woj­sko­wego, spor­to­wego i komu­ni­ka­cyj­nego; w latach 1921-1933 funk­cjo­no­wał tam dwo­rzec lot­ni­czy.

"To był pierw­szy dom zbom­bar­do­wany w War­sza­wie w trzy­dzie­stym dzie­wią­tym przez Luft­waffe. Do dziś nie­odbu­do­wany; został po nim wciąż pusty skwe­rek. Pamię­tam ten dom, pamię­tam miesz­ka­nie, pamię­tam w nim wszystko, przede wszyst­kim pamię­tam zapa­chy i mam ich całą listę.

Pierw­szy zapach -?roz­koszny i zna­ko­mity: mleko do ssa­nia, mleko mojej matki. Zara­zem zapach nie­zbyt przy­jemny: jej sta­nika. Spa­da­jące na sta­nik kro­ple mleka szybko kwa­śniały. Zapa­mię­ta­łam ich lekki smro­dek. Póź­niej, gdy mi poda­wano mleko z butelki, pro­te­sto­wa­łam, pamię­ta­jąc tamto mat­czyne. Ale głód prze­ła­mał mój opór i polu­bi­łam mleko kro­wie; lubię je nawet dzi­siaj.

Kolejne zapa­chy wzbo­ga­cały mój kata­log woni -?ale to już mój następny pobyt u dziadka w War­sza­wie, trzy lata póź­niej, już po uro­dze­niu Witka, mojego brata: znowu się tam zna­la­złam i teraz już reje­stro­wa­łam, zapa­mię­ty­wa­łam, okre­śla­łam, porów­ny­wa­łam -?naj­pierw zapa­chy, potem obrazy, póź­niej dźwięki. Pierw­szy zapach po wej­ściu na klatkę scho­dową domu (od Nowo­wiej­skiej), to ostry, ale przy­jemny zapach płynu (to był chyba lizol i przy­po­mi­nał mi szpi­tal, może nawet tam­ten woj­skowy?), któ­rym obo­wiąz­kowo dezyn­fe­ko­wano klatki scho­dowe. Hol był wyło­żony kafel­kami czar­nymi i bia­łymi. Po bia­łych mar­mu­ro­wych scho­dach wej­ścio­wych cią­gnął się w górę czer­wony dywan przy­mo­co­wany do stopni zło­tymi prę­tami, żeby broń Boże się nie osu­nął. Wcho­dzi­łam zawsze -?z ojcem? Chyba z nim, cza­sami też z dziad­kiem -?wol­niutko, krok po kroczku. Jedną ręką trzy­ma­jąc się porę­czy, drugą cho­wa­łam w dłoni ojca lub dziadka -?i czu­łam się jeśli nie doro­sła, to na pewno bar­dzo ważna. Przy­sta­wa­li­śmy na pierw­szym pię­trze, gdzie było wspa­niałe wenec­kie okno z rzeź­bio­nym szkłem; na postu­men­cie stała głowa kobieca -?pięk­nie wyglą­dała w świe­tle okna. Bar­dzo mnie intry­go­wało, co to było -?chyba rzeźba grecka. Na wyż­szych pię­trach też stały takie rzeźby, ale tam ni­gdy nie wcho­dzi­łam. Pod­czas każ­dej takiej "wycieczki", kiedy sta­łam na par­te­rze, pra­gnę­łam jak naj­szyb­ciej zna­leźć się na pię­trze, żeby sta­nąć koło tej rzeźby i... nie ruszać się stam­tąd. Stać tak. Trwać.

Przy drzwiach wej­ścio­wych do miesz­ka­nia dziadka był dzwo­nek -?zbyt wysoko, żebym mogła dosię­gnąć, a szkoda. Zaraz za drzwiami, w pra­wym rogu przed­po­koju coś wspa­nia­łego -?kółko żela­zne wyżej, kółko niżej, a w nie wetknięte para­sole; cze­goś takiego na wsi nie widzia­łam! Potem zoba­czy­łam pod­łogę -?i znowu moje zdzi­wie­nie: w miesz­ka­niu na wsi pod­łoga była z desek, bar­dzo ład­nie malo­wa­nych, a tu? Piękna klepka dębowa, w każ­dym pomiesz­cze­niu uło­żona w inny wzór: w przed­po­koju duże kwa­draty, potem mniej­sze, sza­chow­nica kwa­dra­ci­ków róż­nią­cych się natę­że­niem koloru. I ta pod­łoga miała wła­sny zapach, dość inten­sywny. Hol miał dziwny kształt -?był trój­kątny. Pierw­sze drzwi na prawo pro­wa­dziły do pokoju dziadka, stam­tąd drzwi do salonu, skąd wcho­dziło się do pokoju sióstr: mamy i cioci Jadzi (sio­stry mojej mamy) -?pokoju z wido­kiem na Poli­tech­nikę. Z ostrego kąta przed­po­koju drzwi pro­wa­dziły do bar­dzo małego pokoju wujka Janu­sza (to brat mojej mamy) oraz do jadal­nego, za któ­rego oknami roz­po­ście­rała się ulica Polna.

Miesz­ka­nie było tak piękne i dla mnie nie­sa­mo­wite, że na razie tylko moje oczy odbie­rały wszyst­kie infor­ma­cje, potem uzu­peł­niane przez mamę. Cóż bowiem zoba­czy­łam? Ściany holu były wyło­żone tapetą ciem­no­zie­loną, przed­sta­wia­jącą liście kasz­ta­nowca: liście -?zie­lone, kasz­tany - brą­zowe. Obok bar­dzo dużego lustra, chyba pali­san­dro­wego, wisiało na ścia­nie coś dziw­nego, czego jesz­cze nie zna­łam i nie mogłam zro­zu­mieć. To coś nazy­wano tele­fo­nem. Było dziwne, bo miało srebrną rączkę zakoń­czoną czarną tubką, do któ­rej się mówiło! Par­kiet w całym domu pach­niał pastą Dobro­lin, ale dopiero w pokoju dziadka ude­rzył mnie w nos istny festi­wal zapa­chów.

W pokoju dziadka pach­niało jak ni­gdzie indziej: sikami, cyga­rami i... czymś jesz­cze, czego nawet dziś nie potra­fię nazwać. Nad wszyst­kim góro­wał zapach cygar -?cięż­kich, hawań­skich; potem czuło się odo­rek noc­nika -?czy­stego wpraw­dzie, ale to był noc­nik: wspa­niały, por­ce­la­nowy, malo­wany, z meta­lo­wym przy­kry­ciem, impo­nu­jący (dzia­dek byle czego nie uży­wał). Obok noc­nika stała bar­dzo wygodna kanapa, z jej dru­giej strony, w kącie pokoju -?zie­lony kaflowy piec. Na tej samej ścia­nie znaj­do­wały się dwa okna wycho­dzące na ulicę, tę z klatką scho­dową [od Nowo­wiej­skiej], a w oknach wisiały na meta­lo­wych łań­cusz­kach powięk­szone szklane kli­sze foto­gra­ficzne z kon­ter­fek­tami Jadzi i Mar­ce­liny, czyli mojej cioci oraz mamy. Wyglą­dały pięk­nie, ale świa­tła w pokoju nie było zbyt wiele: kli­sze były sepiowe, więc świa­tło -?brą­zowe. Kto tam przy­szedł, chciał czy nie chciał -?musiał oglą­dać obie panie w stro­jach teni­so­wych, a więc w dłu­gich spód­ni­cach, trzy­ma­jące w rękach rakiety teni­sowe, o kształ­cie nieco innym niż współ­cze­sne; były węż­sze i dłuż­sze, ich rączki koń­czyły się dużymi głów­kami. Pierw­sza po pra­wej mama, druga -?cio­cia. W pokoju dziadka było jesz­cze biurko, na któ­rym stały trzy małpki ala­ba­strowe: dzia­dek twier­dził, że jedna nie sły­szy, druga nie widzi, a trze­cia ma naj­le­piej, bo nie mówi.

Na biurku stał biu­war z kała­ma­rzami meta­lo­wymi, które bar­dzo mi się podo­bały: miały umo­co­wane na sprę­żyn­kach przy­krywki, które przy zamy­ka­niu wyda­wały meta­liczny "klap" -?uwiel­bia­łam to! Pół biurka zaj­mo­wała ser­weta, którą zro­biła moja mama, ale jaka! To był batik - wtedy bar­dzo modna tech­nika pole­ga­jąca na tym, że na mate­riał nakła­dało się wybrane przez sie­bie wzorki, a robiło się to za pomocą wosku. Gdy praca była skoń­czona, mate­riał zanu­rzało się w naczy­niu z farbką roz­pusz­czoną w gorą­cej wodzie -?wosk wtedy się roz­ta­piał i zosta­wały jasne wzory. I wła­śnie taka ser­weta leżała na biurku dziadka.

Moja mama miała zdol­no­ści pla­styczne, bo umiała kopio­wać angiel­skie szty­chy (prze­waż­nie głowy kobiece), które dzia­dek zawie­sił u sie­bie na ścia­nach. I chyba te szty­chy, ta ser­weta pach­niały tak wła­śnie... tajem­ni­czo...

Co jesz­cze było w pokoju dziadka? Była szafa oszklona, lekko rzeź­biona, w niej doku­menty dziadka, który jako inży­nier budowy dróg i mostów dużo podró­żo­wał.

Salon był ogromny! Duże okna, wycho­dzące na ulicę, ozda­biały aksa­mitne kotary pod­pięte po bokach. Na sufi­tach, jak zresztą wszę­dzie, stiuki, które bar­dzo mi się podo­bały i chęt­nie je oglą­da­łam, zadzie­ra­jąc głowę wysoko -?na kwiaty, amorki i jesz­cze wiele cud­nych zdo­bień. Ze środka sufitu zwi­sał wielki krysz­ta­łowy żyran­dol, mie­niący się świa­tłem sto­krot­nie odbi­tym od żaró­wek imi­tu­ją­cych świece. Kiedy mi kark zesztyw­niał, wtedy podzi­wia­łam posadzkę: na środku pokoju gwiazda, wokół niej mnó­stwo wzo­rów. Stał tam for­te­pian, na któ­rym gry­wały mama i cio­cia. I wisiał obraz -?no wła­śnie... Na któ­rąś rocz­nicę ślubu rodzice dostali w pre­zen­cie wielką (metr na metr pięć­dzie­siąt) i piękną kopię obrazu Sie­mi­radz­kiego Jezus u Marii i Marty. Ten obraz nie­by­wale dzia­łał na moją wyobraź­nię: Sie­mi­radzki, jak wszy­scy wie­dzą, był mistrzem świa­tło­cie­nia -?i na tym jego obra­zie było słońce, jego pro­mie­nie padały przez liście drzewa figo­wego na pia­skowe kle­pi­sko, był Jezus roz­ma­wia­jący z Martą, była Maria krzą­ta­jąca się po gospo­dar­stwie. Wokół wino­ro­śle, a z góry pro­mie­nie słońca prze­bi­ja­jące przez per­golę. I błę­kit nieba, dużo zie­leni -?i te dwie kobiety. I Jezus. To było coś nie­by­wa­łego! Kiedy patrzy­łam na ten obraz, coś we mnie jakby wiro­wało. I tam, w miesz­ka­niu dziadka, i potem w Żyro­wi­cach, gdzie obraz zawę­dro­wał razem z moimi rodzi­cami. Nie pamię­tam, czym salon pach­niał, bo ten pokój eks­cy­to­wał mnie wizu­al­nie: Sie­mi­radzki! Cho­ciaż mówiło się u nas, że to tylko kopia, ale wszy­scy doda­wali zaraz, że malarz wspa­niały.

Pod obra­zem stał stół -?okrą­gły, dla mnie nad­zwy­czajny, bo można było opu­ścić [jego] obie połówki i w środku poja­wiał się dzie­lący je ele­ment. Pamię­tam ten stół i pamię­tam tatę, jak go poli­tu­ro­wał. Wokół stołu stało sześć krze­seł, była tam też reka­miera [szez­long], na ścia­nach wisiały kin­kiety, na pod­ło­dze leżał dywan. Wszystko to piękne, wytworne, bogate -?dla mnie, wycho­wa­nej na wsi, to było muzeum!

Z salonu drzwi pro­wa­dziły do pokoju mamy i cioci Jadzi. Stało w nim biurko -?piękne, czarne, wyło­żone suk­nem: kie­dyś zie­lo­nym, ale tata wymie­nił je na cha­browe. Biurko stało w niszy, któ­rej okno wycho­dziło na plac i gmach Poli­tech­niki. Kie­dyś przy tym biurku posa­dził mnie dzia­dek (mama była w szpi­talu, wła­śnie miał uro­dzić się mój brat); na para­pe­cie posta­wił kwiat w doniczce (to był cykla­men), dał mi akwa­rele, szklankę z wodą, pędze­lek, ołó­wek i papier. "Masz to wszystko -?powie­dział -?i nary­suj ten kwiat". I poszedł, nie mówiąc mi ani słowa, co do czego służy. Moja mała główka jakoś jed­nak wykom­bi­no­wała co trzeba, bo naj­pierw wzię­łam ołó­wek i nary­so­wa­łam, a potem macza­łam pędze­lek w wodzie, roz­ra­bia­łam odpo­wied­nie kolory far­bek i poma­lo­wa­łam nary­so­wany cykla­men. Ale to nie wszystko, bo prze­cież widzia­łam przed sobą doniczkę -?więc nary­so­wa­łam doniczkę, widzia­łam okno -?okno było u mnie też, za nimi resztę: to, co było dalej, a więc ulicę, plac, gmach -?wszystko, bo prze­cież dzia­dek tak kazał. Po dłu­gim cza­sie dzia­dek przy­szedł, wziął do ręki moją pracę i... zamilkł. Wresz­cie powie­dział: "Jesteś bar­dzo zdolna i jak doro­śniesz, to na pewno będziesz się uczyła w tym budynku naprze­ciwko". Po rodzi­nie roze­szła się wieść, że rośnie genialna malarka. Ale to dziwne, bo to mój brat został pro­fe­so­rem Aka­de­mii Sztuk Pięk­nych, auto­rem mnó­stwa pla­ka­tów, które potem widzia­łam w całej War­sza­wie...

Powra­cam do miesz­ka­nia. W pokoju mamy był para­wan, chyba japoń­ski, odgra­dza­jący łóżko. I tam pach­niało mle­kiem. Z pokoju dziadka kie­ruję się do pokoju wujka. Ten pokój zawsze budził we mnie strach, to była jaski­nia smoka: pach­niało w niej papie­ro­sami, małe okno wpusz­czało nie­wiele świa­tła, ściany były wyta­pe­to­wane na ciemno. Stała tam reka­miera, na któ­rej wujek spał. Do dziś nie rozu­miem, jak wysoki męż­czy­zna mógł się tam pomie­ścić i nie skrzy­wić sobie krę­go­słupa! Wujek Janusz miesz­kał tam, jak długo był kawa­le­rem, czyli nie­zbyt długo.

Z pokoju wujka powra­cam do holu, gdzie pach­nie pastą i gdzie moją uwagę wciąż przy­kuwa wiszący na ścia­nie tele­fon. Tele­fon dzwoni, ja do niego bie­gnę, potra­fię już zdjąć słu­chawkę z wide­łek i sły­sząc męski głos, pytam: "Pro­szę pana, czy pan mieszka w tej czar­nej dziurce?". Kiedy po jakimś cza­sie znowu przy­je­cha­łam do miesz­ka­nia dziadka, wujka Janu­sza już tam nie było -?cała rodzina mówiła o jego ślu­bie -?więc kiedy zadzwo­nił, grzecz­nie go zapy­ta­łam: "Czy ty, wujku, też będziesz na tym ślu­bie?".

Wciąż jestem w holu, gdzie w rogu stoją para­sole i kilka lasek dziadka. Kie­ruję się na prawo, do jadalni -?no! Jadal­nia! Tam długi stół, który można było tak cudow­nie roz­su­wać, że sia­dało przy nim sześć osób (wtedy wyglą­dał bar­dzo skrom­nie), cza­sami dwa­na­ście, a bywało nawet, że aż dwa­dzie­ścia cztery osoby. Jedze­nie, które poda­wała do stołu nasza gospo­sia, było wspa­niałe. Przede wszyst­kim kaj­zerki. Kaj-zer-ki! Kto ich nie widział, nie sma­ko­wał, ten nie wie, jak wyglą­dały praw­dziwe przed­wo­jenne kaj­zerki: chru­piące, pach­nące, wspa­niałe -?do dziś pamię­tam ich smak. I zapach: kaj­zerki to był zapach jadalni. Nakry­cie stołu było piękne: srebrne sztućce, szla­chetna por­ce­lana; dzia­dek, sia­da­jąc do stołu, zawsze zakła­dał pod szyję ser­wetę (nam, dzie­ciom, też radził tak robić).

Z jadalni wcho­dziło się do kuchni, mija­jąc łazienkę. To było pomiesz­cze­nie bar­dzo nie­sym­pa­tyczne. Był tam piec -?mie­dziany, okrą­gły, wysoki, w któ­rym paliło się drew­nem i węglem, żeby woda w zbior­niku była gorąca, wanna -?żeliwna i stara, wody w niej zawsze było nie­wiele, więc nawet taki mały czło­wiek jak ja leżał w niej ledwo zanu­rzony. W piecu paliła oczy­wi­ście gospo­sia, ona też poda­wała do stołu. Miała na imię Wik­to­ria i zawsze koja­rzyła mi się z Babą-Jagą: bałam się jej, cho­ciaż była bar­dzo dobrym czło­wiekiem. Wikta spała w kuchni, na paw­la­czu, na który wcho­dziło się po dra­bi­nie. W tej wnęce na górze stało łóżko, które oczy­wi­ście odwie­dzi­łam i strasz­nie się potem dzi­wi­łam, że Wikta ni­gdy stam­tąd nie spa­dła. W kuchni były też drzwi wyj­ściowe na drugą klatkę scho­dową: tam­tędy przy­cho­dzili do nas dostawcy roz­ma­itych zaku­pio­nych towa­rów. W kuchni pach­niało gazem. Gdzie indziej też, bo prze­cież nie­które lampy w domu były jesz­cze na gaz: były otu­lone koszul­kami, świa­tło w nich można było regu­lo­wać -?ale mnie tego zabro­niono.

Teraz park, który oglą­da­łam z salonu. Cho­dzi­łam tam cza­sami razem z [boną] Maju­sią, ale nie lubi­łam tych wypraw: ścieżki w parku były wysy­pane żwi­rem, ten wsy­py­wał mi się do pan­to­fel­ków, które były za duże (bo ja zawsze nosi­łam rze­czy po kimś odzie­dzi­czone). Więc jak musia­łam przejść po parku kwa­drans czy pół godziny, to mia­łam za swoje: pan­to­fle pełne żwiru.

Dalej było widać wyścigi konne: z bal­konu (od strony Polnej) obser­wo­wa­łam, jak jeźdźcy ska­kali przez prze­szkody! Jesz­cze dalej widzia­łam zie­lony pas lot­ni­ska, z któ­rego Hynek i Burzyń­ski star­to­wali w prze­stwo­rza [w 1936, w balo­nie War­szawa II -?przyp. D.M.]. Stam­tąd chyba Skar­żyń­ski pole­ciał w świat swoim RWD-dwa­dzie­ścia-ileś [w 1933 pod­puł­kow­nik Sta­ni­sław Skar­żyń­ski samo­lo­tem RWD-5 samot­nie prze­le­ciał przez Ocean Atlan­tycki -?przyp. D.M.]".

Rze­czy­wi­ście, do 1939 tory wyści­gowe Towa­rzy­stwa Zachęty do Hodowli Koni znaj­do­wały się na Polu Moko­tow­skim. Nie­da­leko, w pobliżu placu Unii Lubel­skiej, koń­czyła swój bieg kolejka wila­now­ska (wąsko­to­rowa kolejka dojaz­dowa).

"Nie­mal pod samymi oknami sły­sza­łam jej "puf-puf", które ni­gdy mi nie prze­szka­dzało. I "fiu-fiu", które mnie pod­nie­cało. A do mojego noska dola­ty­wał zapach dymu z paro­wo­zika kolejki.

Ulicy Polnej nie pamię­tam, bo zazwy­czaj prze­cho­dzi­łam na jej drugą stronę, żeby -?ni­gdy sama, zawsze z boną Maju­sią! -?dojść do parku. I ni­gdzie dalej! Z dziad­kiem cho­dzi­łam na spa­cery do Ogrodu Ujaz­dow­skiego, do Ogrodu Bota­nicz­nego albo do Łazie­nek. Za to bar­dzo lubi­łam ulicę Nowo­wiej­ską -?może dla­tego, że jej widok z jadalni zasła­niały wiszące w oknach por­trety mamy i cioci. Nowo­wiej­ska była dla mnie tajem­ni­cza, zawsze sobie wyobra­ża­łam, że tam dopiero jest inny świat. I był! Bo tam jeź­dziły dorożki: na koźle sie­dział dostoj­nie ele­gancki doroż­karz w mun­du­rze, koń­skie "klap-klap" do dzi­siaj mam w uszach, a zapach koń­skiej kupy w nosie (cho­ciaż koniom pod­wią­zy­wano pod pupy spe­cjalne worki, żeby broń Boże nie zanie­czy­ściły ulicy).

A potem Nowo­wiej­ską kur­so­wał tram­waj, który hamo­wał przed domem ze zgrzy­tem "eeee" i z cudow­nym "dzyń-dzyń" ruszał, znowu wspa­niale jęcząc "eeee".

Dorożką kilka razy jeź­dzi­łam -?z dziad­kiem, oczy­wi­ście".

OJCIEC

Stani­sław Kazi­mierz Janow­ski uro­dził się 13 kwiet­nia 1892 w Peters­burgu. Wykształ­ce­nie pod­sta­wowe zdo­był w rodzin­nym domu w Pola­nach. Skoń­czyw­szy dzie­sięć lat, roz­po­czął naukę w gim­na­zjum peters­bur­skim, gdzie w 1910 otrzy­mał świa­dec­two doj­rza­ło­ści. Natych­miast pod­jął stu­dia na wydziale fizyko-mate­ma­tycz­nym miej­sco­wego uni­wer­sy­tetu. W 1914 roz­po­czął służbę woj­skową, mię­dzy innymi w 1. Pułku Arty­le­rii Lot­ni­czej w Wil­nie.

Był adiu­tan­tem gene­rała Józefa Dowbora-Muśnic­kiego, prze­ciw­nika poli­tycz­nego Pił­sud­skiego, w latach 1917-1918 orga­ni­za­tora i dowódcy pro­alianc­kiego I Kor­pusu Pol­skiego w Rosji, który (podaję za Ency­klo­pe­dią powszechną PWN) "zacho­wu­jąc for­mal­nie neu­tral­ność w sto­sunku do Rosji radziec­kiej, ode­grał rolę kontr­re­wo­lu­cyjną [mając bazę w Miń­sku, po pro­stu wal­czył z Armią Czer­woną -?przyp. D.M.]; w 1918 pod­po­rząd­ko­wał Kor­pus Niem­com i za zgodą Rady Regen­cyj­nej zde­mo­bi­li­zo­wał". Ale kiedy 24 kwiet­nia 1920 mar­sza­łek Pił­sud­ski roz­po­czął odważny marsz na Kijów, gene­rał Dowbór-Muśnicki ruszył (i powró­cił!) razem z nim, mając u boku swego adiu­tanta.

Do rezerwy kapi­tan Janow­ski prze­szedł w 1921. Wcze­śniej jed­nak, 14 lutego 1920 w kościele Zba­wi­ciela w War­sza­wie, pojął za żonę młod­szą o dwa lata Mar­ce­linę Romanę Rym­kie­wi­czównę. Trzy lata póź­niej uro­dziła się im córka Alina.

"Tatę pozna­wa­łam... od dołu do góry, kie­ru­jąc się naj­róż­niej­szymi zapa­chami. Naj­pierw obej­mo­wa­łam go za nogi, obute w ofi­cerki: obo­wiąz­kowo z wysoką "szklanką" i stalką wzdłuż cho­lewy, zawsze wyczysz­czone do glansu. Buty pach­niały pastą kiwi i oborą. Tak się do tych zapa­chów przy­zwy­cza­iłam, że mój nos jako pierw­szy infor­mo­wał mnie, że tata jest nie­da­leko, że wła­śnie przy­szedł.

Gdy tro­chę pod­ro­słam, oczy mia­łam na wyso­ko­ści sznu­ró­wek na bry­cze­sach pod kola­nami taty. W wieku sze­ściu lat mogłam już, pod­nió­sł­szy ręce, się­gnąć tacie do pasa: chwy­tał mnie wtedy wpół, sadzał sobie na szyi albo brał na barana i hasał po domu lub na dwo­rze, póki nie zaczę­łam kuk­sać go w głowę na znak, że mam dosyć. Wtedy sadzał mnie na kola­nie i robił "pa-ta-taj". Kiedy i to mi się znu­dziło, zjeż­dża­łam po bucie aż na stopę i wtedy mia­łam wspa­niałą huś­tawkę na nodze taty.

Kiedy uro­dził się Witek, ojciec robił z nami roz­ma­ite sztuki: wyrzu­cał nas wysoko nad głowę, potem łapał nie­mal nad zie­mią, mię­dzy roz­sta­wione sze­roko nogi, po czym wycią­gał z impe­tem do przodu, żeby za chwilę uczyć nas cho­dze­nia na rękach albo wyko­ny­wa­nia salta. Mama umie­rała ze stra­chu, a my pisz­cze­li­śmy z rado­ści. W nagrodę za odwagę tata fun­do­wał nam całusa: miał "szczo­teczkę" pod nosem i kiedy nas cało­wał, ona okrop­nie łasko­tała, ale to było miłe, bo pach­niał wodą koloń­ską. I tyto­niem.

Tata palił papie­rosy wła­snej roboty, wyłącz­nie gilzy Dwu­watki i Pre­pa­ro­watki firmy Sokół, które napeł­niał tyto­niem Przed­nim i Egip­skim przy pomocy meta­lo­wej maszynki. Nauczył mnie tej sztuki i w nagrodę za dobre zacho­wa­nie mogłam mu -?a lubi­łam to bar­dzo! -?przy­go­to­wy­wać dzienną por­cję dwu­dzie­stu papie­ro­sów, które ukła­da­łam rów­niutko w spe­cjal­nym pudełku: było drew­niane, mister­nie inkru­sto­wane różycz­kami i tata zro­bił je sam. Mnie też nauczył wyci­nać laub­zegą ze sklejki drew­nianej skom­pli­ko­wane orna­menty. Tata był złotą rączką i potra­fił nie­mal wszystko: takie zdol­no­ści miał już od dziecka, kiedy wycho­wy­wał się na wsi w rodzin­nym majątku. Mamusi na ślub zro­bił piękne lakierki, sobie -?buty do jazdy kon­nej, umiał też uszyć kurtkę. Taki zdolny był rów­nież Dodek Dym­sza, który pod tym wzglę­dem bar­dzo mi przy­po­mi­nał tatę: jak on, rów­nież fan­ta­stycz­nie goto­wał".

Dwu­na­stego stycz­nia 1921 w Szkole Głów­nej Gospo­dar­stwa Wiej­skiego w War­sza­wie "pan Sta­ni­sław Janow­ski otrzy­mał oby­wa­tel­stwo aka­de­mic­kie, zło­żyw­szy w ręce Rek­tora uro­czy­ste przy­rze­cze­nie, że będzie wytrwale dążył do zdo­by­cia wie­dzy, że nie przy­nie­sie ujmy dobremu imie­niu Szkoły [...] i że będzie posłuszny prze­pi­som i wła­dzom aka­de­mic­kim"; zali­czono mu jedno pół­ro­cze peters­bur­skiej fizyko-mate­ma­tyki. Mie­siąc po uro­dze­niu się córki zdał tam egza­min dyplo­mowy, dwa lata póź­niej uzy­skał tytuł inży­niera. Na początku 1923 roku pod­jął pierw­szą pracę: został pomoc­ni­kiem gospo­dar­czym w majątku w Bro­ni­szach, a potem stał się wzor­co­wym nomadą, z żoną, córką i synem wędru­jąc po przed­wo­jen­nej Pol­sce, wszę­dzie ucząc, kształ­cąc, poma­ga­jąc i roz­wi­ja­jąc, wszę­dzie zysku­jąc pochwały.

W latach 1923-1924 był admi­ni­stra­to­rem w Domi­nium Gło­sków ("gospo­dar­stwo rolne, leśne, mleczne, rybne; młyn wodny; parowa fabryka cegły i dren") w powie­cie gar­wo­liń­skim, w 1924 pro­wa­dził gospo­dar­stwo w Bar­to­szówce (powiat raw­ski). Pierw­szego stycz­nia 1925 mini­ster rol­nic­twa i dóbr pań­stwo­wych mia­no­wał go nauczy­cie­lem hodowli w publicz­nej szkole rol­ni­czej w Mięt­nem (powiat gar­wo­liń­ski), pół roku póź­niej awan­su­jąc na kie­row­nika publicz­nej szkoły rol­ni­czej w Ber­dówce (powiat lidzki). Janow­ski pra­co­wał tam do jesieni 1928 i "wyka­zał cał­ko­wite uzdol­nie­nie i wiel­kie zami­ło­wa­nie swej pracy jako admi­ni­stra­tor i wycho­wawca. [...] Odcho­dząc, pozo­sta­wił po sobie praw­dziwy żal wśród współ­pra­cow­ni­ków i wycho­wan­ków, któ­rych przy­go­to­wy­wał nie­tylko (sic!) zawo­dowo, lecz rów­nież na świa­do­mych swych obo­wiąz­ków oby­wa­teli Pań­stwa".

Alina Janow­ska: "Tata miał wro­dzony instynkt spo­łeczny, chciał go prze­ka­zać mło­dym. W Mięt­nem odby­wały się zjazdy orga­ni­za­cji mło­dzieży wiej­skiej Wici, zebra­nia walne kółek rol­ni­czych, tata orga­ni­zo­wał porad­nie zawo­dowe. Był praw­dzi­wym demo­kratą, wiel­kim patriotą, głę­boko wie­rzą­cym kato­li­kiem i nie wsty­dził się swo­jej wiary".

Do 1933 uczył w Bro­dach koło Kal­wa­rii Zebrzy­dow­skiej, póź­niej krótko w Łaz­du­nach (powiat woło­żyń­ski), w latach 1933-1937 kie­ro­wał ludową szkołą rol­ni­czą w Mięt­nem. Uzy­skaw­szy w mini­ster­stwie wyznań reli­gij­nych i oświe­ce­nia publicz­nego dyplom nauczy­ciela "upraw­nia­jący do naucza­nia: 1. nauki o gle­bie, 2. uprawy roślin, 3. bota­niki i do pro­wa­dze­nia zajęć prak­tycz­nych w zakre­sie przed­mio­tów naucza­nia w lice­ach rol­ni­czych oraz do naucza­nia przed­mio­tów zawo­do­wych, z wyjąt­kiem rol­nic­twa, i do pro­wa­dze­nia zajęć prak­tycz­nych w gospo­dar­stwie w szko­łach rol­ni­czych", 1 listo­pada 1937 został mia­no­wany dyrek­to­rem Pań­stwo­wej Śred­niej Szkoły Rol­ni­czo-Leśnej w Żyro­wi­cach (woje­wódz­two nowo­gródz­kie).

"Dla­czego tata tak wędro­wał? Już dwie pierw­sze prak­tyki poka­zały, że był bar­dzo dobrym admi­ni­stra­to­rem, więc mini­ster­stwu oświaty ogrom­nie zale­żało, aby przy­szłych nauczy­cieli rol­nic­twa uczyli fachu ludzie tacy jak mój ojciec. Żeby byli obe­znani z zawo­dem i potem uczyli go swo­ich uczniów. Bo tata wszystko usta­wiał na wyso­kim pozio­mie, za co zbie­rał gra­tu­la­cje, pochwały i dyplomy, ale wyna­gro­dze­nie otrzy­my­wał nie­wiel­kie. Jego upo­sa­że­nie jako dyrek­tora szkoły można porów­nać z pen­sją dzi­siej­szego leka­rza: w latach dwu­dzie­stych otrzy­my­wał trzy­sta zło­tych oraz ordy­na­rię, czyli frukta ziemi (za darmo albo za nie­wielką odpłat­no­ścią). Chyba to decy­do­wało, że się zatrud­niał w szko­łach, gospo­dar­stwach i mająt­kach -?bo on po pro­stu kochał zie­mię. Krótko przed wojną zara­biał czte­ry­sta sześć­dzie­siąt zło­tych -?wię­cej otrzy­mać nie mógł".

W dowo­dzie oso­bi­stym wysta­wio­nym 4 sierp­nia 1939 przez sta­ro­stwo powiatu sło­nim­skiego Sta­ni­sław Kazi­mierz Janow­ski ma stwier­dzone: "wzrost: wysoki, twarz: pocią­gła, włosy: sza­tyn, oczy: piwne, zna­ków szcze­gól­nych brak".

"Tata miał ponad metr dzie­więć­dzie­siąt, był bar­dzo przy­stojny, więc łatwo pod­bi­jał serca dam, które porów­ny­wały go z Garym Coope­rem; moim zda­niem był od niego przy­stoj­niej­szy. W zachwyt wpra­wiały mnie jego rysunki: szcze­gól­nie dobrze ryso­wał konie -?może dla­tego, że na nich jeź­dził. Miał nie­prze­ciętne zdol­no­ści pla­styczne, rysun­kowe i arty­styczne i prze­ka­zał je swoim dzie­ciom, cho­ciaż nie­równo: ja potra­fię nary­so­wać konia, ale z nogami mam wielki kło­pot. Nie wiem, która noga, zwłasz­cza od kolana, w którą stronę się zgina... Mówi się, że talenty rodzi­ców prze­cho­dzą na dzieci -?i rze­czy­wi­ście, ale w tym przy­padku jedy­nie na mojego brata.

Ojciec grał w tenisa, pięk­nie holen­dro­wał razem z mamą na sta­wie w Bro­dach, pły­wał, polo­wał, upra­wiał kaja­kar­stwo. Potra­fił upiec bajeczny kule­biak i wszyst­kie rodzaje strucli, ugo­to­wać koł­duny litew­skie, usma­żyć bliny czy ukrę­cić naj­smacz­niej­sze w świe­cie lody wani­liowe (oczy­wi­ście w spe­cjal­nej maszynce na korbkę). Nauczył mnie pleść pier­ścionki ze słomy (co przy­dało mi się póź­niej na Pawiaku), robić naj­roz­ma­it­sze zabawki na cho­inkę i pusz­czać bańki mydlane (jego, oczy­wi­ście, były naj­więk­sze i naj­bar­dziej kolo­rowe).

Lubi­łam słu­chać, jak tatuś grał na pia­ni­nie walca z Damy piko­wej albo jak na por­ce­la­no­wej oka­ry­nie (bia­łej w nie­bie­skie kwiatki, przy­wie­zio­nej z Peters­burga) wycza­ro­wy­wał Lekką kawa­le­rię. Umie­ra­li­śmy ze śmie­chu, kiedy w przy­pły­wie dobrego humoru naśla­do­wał zna­jo­mych albo posta­cie z filmu (był rewe­la­cyj­nym Char­liem Cha­pli­nem!) czy z poli­tyki. Potra­fił do złu­dze­nia odtwo­rzyć czy­jeś ruchy, głos i spo­sób mówie­nia, a że miał wdzięk oso­bi­sty, nikt z paro­dio­wa­nych przez niego (na przy­kład sta­ro­sta, dok­tor, far­ma­ceuta czy jego żona) nie czuł się dotknięty i śmiał się ser­decz­nie razem z całym towa­rzy­stwem.

Przez całe życie tata wsta­wał o pią­tej rano i kładł się z kurami, czyli o dzie­wią­tej wie­czo­rem. No, chyba że trzeba było poje­chać na bal -?wtedy zapie­rał się w sobie i wytrzy­my­wał do pół­nocy, zabie­ra­jąc mamę z zabawy (co mama, która dopiero się roz­krę­cała, zawsze miała mu za złe). Ale on musiał być rano w gospo­dar­stwie przy pierw­szym udoju i żaden kata­klizm nie mógł mu w tym prze­szko­dzić.

Zawsze punk­tu­alny, pra­co­wity, roz­mi­ło­wany w zawo­dzie rol­nika, hodowcy i peda­goga, bar­dzo się przy­wią­zy­wał do swo­ich uczniów, żył ich pro­ble­mami i nawet gdy opusz­czali szkołę, utrzy­my­wał z nimi kon­takt. Poma­gał radą, obda­rzał przy­jaź­nią, ale wiele wyma­gał i nic bar­dziej nie mogło go wypro­wa­dzić z rów­no­wagi niż czy­jeś zanie­dba­nie obo­wiąz­ków. Oso­bi­ście poka­zy­wał, jak należy wyko­nać daną robotę: skrę­cić powró­sło, naostrzyć kosę czy roz­rzu­cić gnój. Jesz­cze dziś go widzę z gra­biami, mio­tłą lub noży­cami w ręku, na czele grupy chłop­ców porząd­ku­ją­cych obej­ście szkoły w Ber­dówce, gospo­dar­stwo w Bro­dach czy park w Mięt­nem.

Tata dbał rów­nież o kul­turę swo­ich wycho­wan­ków: w szko­łach, które pro­wa­dził, sta­rał się orga­ni­zo­wać orkie­stry, chóry i zespoły taneczne, kon­sul­to­wał się w tych spra­wach z fachow­cami, spro­wa­dzał arty­stów -?z Mięt­nego pamię­tam recy­ta­tora Hen­ryka Łado­sza, pisa­rza Jalu Kurka i poetę Cze­sława Miło­sza, z Żyro­wic przed­sta­wie­nia Ucie­kła mi prze­pió­reczka i Śluby panień­skie w wyko­na­niu akto­rów Reduty z Juliu­szem Osterwą na czele. Wszy­scy ci wielcy arty­ści gościli w naszym domu, podej­mo­wani obia­dem czy tylko her­batą.

Kiedy tata był dyrek­to­rem szkoły w Mięt­nem, drzwi naszego domu wprost się nie zamy­kały. Z licz­nych gości pamię­tam Wła­dy­sława Racz­kie­wi­cza, póź­niej­szego pre­zy­denta Pol­ski (wtedy, w latach trzy­dzie­stych, peł­nił jakąś ważną funk­cję w rzą­dzie [był mini­strem spraw wewnętrz­nych, póź­niej mar­szał­kiem senatu -?przyp. D.M.]), pamię­tam Musia (to skrót od Zyg­mu­sia) Sadow­skiego -?przez kilka lat był dowódcą "Daru Pomo­rza", wykła­dał w szkole mor­skiej w Gdyni, pamię­tam też Dysia (czyli Wła­dy­sława) Boraw­skiego -?war­szaw­skiego archi­tekta, który budo­wał szpi­tale, był także moim ojcem chrzest­nym. Jego syn Lusik [Ludwik] uczył mnie gry w bry­dża; długo nie wie­dział, że potra­fi­łam ble­fo­wać, dzięki czemu zyski­wa­łam prze­wagę nad part­ne­rami. Czę­stym gościem w naszym domu była przy­ja­ciółka mamy Ilse Gli­nicka, która w cza­sie wojny ura­to­wała życie wielu oso­bom. Do Mięt­nego przy­je­chała też mama mojej mamy, czyli bab­cia Rym­kie­wi­czowa: miesz­kała na pię­terku, ale nie­długo - zmarła na serce.

Dobre pół wieku póź­niej odkry­łam, że moim sąsia­dem na Żoli­bo­rzu jest Jan Mali­now­ski -?dawny porucz­nik Pierw­szego Pułku Strzel­ców Kon­nych w Gar­wo­li­nie: bywał u nas, znał naszą rodzinę, nawet ude­rzał do Irki Cheł­miń­skiej, czyli córki mojej cioci.

My rów­nież wizy­to­wa­li­śmy i bywa­li­śmy. Będąc z wizytą u pań­stwa Boraw­skich, razem z nimi wybra­li­śmy się do pań­stwa Wigu­rów. On [Sta­ni­sław] był słyn­nym pilo­tem, part­ne­rem [Fran­ciszka] Żwirki; razem prze­le­cieli dookoła Europy, zwy­cię­żyli w Chal­lenge'u [Chal­lenge Inter­na­tio­nal de Touri­sme, mię­dzy­na­ro­dowe zawody samo­lo­tów spor­to­wych, w któ­rych w 1932 Żwirko i Wigura zdo­byli puchar, lecąc RWD-6 -?przyp. D.M.], a potem zgi­nęli w kata­stro­fie samo­lo­to­wej. Wigu­ro­wie to była zna­jo­mość jesz­cze z cza­sów Peters­burga i nasza wizyta była pierw­szym spo­tka­niem naszych rodzin od tam­tych cza­sów".

Wybuch wojny zastał rodzinę Janow­skich w Żyro­wi­cach pod Sło­ni­mem. "Tata zdą­żył wybu­do­wać pomnik mar­szałka Pił­sud­skiego i usta­wić go przed szkołą, od strony drogi, którą już nie­długo, bar­dzo nie­dum­nie, para­do­wała radziecka pie­chota. Jesz­cze na początku wrze­śnia [1939] wie­dzie­li­śmy o woj­nie tyle, że Niemcy idą przez Pol­skę coraz dalej, że nasze woj­ska tu i ówdzie wal­czą, ale wła­ści­wie to się cofają, że War­szawa się oko­puje i że coraz wię­cej ludzi do nas napływa stam­tąd: trzeba było orga­ni­zo­wać im spa­nie, natych­miast uru­cho­mić szkolną kuch­nię (no bo waka­cje nie­spo­dzie­wa­nie się prze­dłu­żyły). Co jesz­cze mogli­śmy wie­dzieć o woj­nie? Wła­ści­wie nie­wiele -?dopóki wojna nie przy­szła do nas: naj­pierw usły­sze­li­śmy "człap-człap" -?to kro­czyła radziecka pie­chota, w weł­nia­nych czap­kach koloru khaki i z czer­wo­nymi gwiaz­dami nad czo­łem, w płasz­czach prze­pa­sa­nych rze­my­kiem, z kara­bi­nami na sznur­kach, co we mnie po raz pierw­szy wzbu­dziło prze­strach. Potem usły­sze­li­śmy "trach-trach" -?to nad­je­chały czołgi. Patrzy­li­śmy na to z okien gabi­netu mego taty, który zebrał wszyst­kich i zaape­lo­wał o spo­kój.

W naszej szkole był sztan­dar, zapro­jek­to­wany przez Zyg­munta Gli­nic­kiego -?arty­stę mala­rza, o któ­rym (a przede wszyst­kim o jego żonie) opo­wiem póź­niej. Piękny sztan­dar, tkany i hafto­wany przez sio­stry zakonne ze Sło­nima. Sztan­dar wisiał w gabi­ne­cie ojca i tak się do niego przy­zwy­cza­iłam, że pra­wie nie zwra­ca­łam nań uwagi, aż do dnia, w któ­rym został zdjęty: ojciec poło­żył go na swoim biurku, odpiął od drzewca, zwi­nął w rulon i zawo­łał naszego elek­tryka: "Weź to i przy naj­bliż­szej oka­zji zawieź do kościoła".

Następna zapa­mię­tana przeze mnie scena przy biurku to dwaj starsi kole­dzy poznani w Gar­wo­li­nie -?Romek Bratny (z któ­rym gry­wa­łam w tenisa) i jego przy­ja­ciel Krzy­siek Krzy­mow­ski: roz­ma­wiali z ojcem, wszy­scy zde­ner­wo­wani, co w tej sytu­acji robić. Tata pole­cił kobie­tom z dziećmi zostać na miej­scu. Romek z Krzyś­kiem oznaj­mili, że uciekną w stronę gra­nicy i stam­tąd prze­do­staną się do Moł­da­wii. Dwa dni póź­niej, 17 wrze­śnia, komi­tet bia­ło­ru­ski -?jeden z tych, które zaczęły wyko­ny­wać samo­sądy na Pola­kach -?aresz­to­wał ojca i zamknął go w szkole, w jego gabi­ne­cie (potem w komórce na opał). Ostatni raz widzie­li­śmy go w nocy, kiedy -?mama, brat i ja -?pod­kra­dli­śmy się tam pod okno. Tata wyszep­tał do nas: "Zabie­raj­cie się natych­miast, bez żad­nych rze­czy, do cioci Janki [Won­tor­skiej]. Natych­miast ruszaj­cie na dwo­rzec do Sło­nima, stam­tąd pocią­giem do Wilna". Tak zro­bi­li­śmy, roz­sta­jąc się z ojcem -?nie wie­dzie­li­śmy -?na mie­siąc? dłu­żej? może na zawsze?".

Jesz­cze we wrze­śniu tym­cza­so­wego aresz­tanta uwol­nił żyro­wicki rzeź­nik. "On dostar­czał mięso do szkoły i zawsze był uczciwy. Tata uciekł przez zie­loną gra­nicę do Gene­ral­nej Guberni, stam­tąd prze­do­stał się do War­szawy, gdzie zało­żył trzy­oso­bowy zespół szklar­ski i szklił okna w zbom­bar­do­wa­nym mie­ście. Spo­tkał go tam dok­tor Witold Łuniew­ski, kuzyn mamy i zna­jomy dyrek­tor szpi­tala dla ner­wowo cho­rych w Twor­kach, i powi­tał sło­wami: "Sta­chu, spa­dłeś nam z nieba!", po czym zapro­po­no­wał ojcu pro­wa­dze­nie przy­szpi­tal­nego gospo­dar­stwa rol­nego. Dla taty była to cudowna szansa: dar­mowe miesz­ka­nie dla niego i rodziny, moż­li­wość wykar­mie­nia nas, kiedy się tam zja­wimy".

Inży­nier Janow­ski zamiesz­kał przy Acker­strasse (dawna 11 Listo­pada, póź­niej Rol­ni­cza) 65 w Prusz­ko­wie. Rów­no­le­gle -?od 1 stycz­nia 1940 do 31 sierp­nia 1944 -?uczył w Pry­wat­nej Szkole Rol­ni­czej w War­sza­wie (włą­czo­nej w sieć taj­nej orga­ni­za­cji szkol­nej, pro­wa­dzo­nej przez inż. Sta­ni­sława Wiśniew­skiego i kie­ro­wa­nej przez rek­tora Tade­usza Rod­kie­wi­cza), gdzie (cytuję wysta­wione mu po woj­nie zaświad­cze­nie) "nale­żał do wybit­nie uzdol­nio­nych peda­go­gów rol­ni­ków i swoje obo­wiązki wypeł­niał z wiel­kim pożyt­kiem dla mło­dzieży; jego spo­łeczne nasta­wie­nie na sprawę wsi, jej prze­bu­dowę w kie­runki popra­wie­nia doli stanu chłop­skiego przy­czy­niało się w dużym stop­niu do przy­go­to­wy­wa­nia wła­ści­wych pra­cow­ni­ków rol­nych".

"Tata zawsze nosił się ele­gancko, w cza­sie wojny też para­do­wał w ofi­cer­kach, i to praw­do­po­dob­nie było powo­dem zatrzy­ma­nia go przez patrol nie­miecki na ulicy: osa­dzono go na Gęsiówce, potem prze­wie­ziono do wię­zie­nia w Pozna­niu. Niemcy podej­rze­wali, że jest ofi­ce­rem Armii Kra­jo­wej. Dzięki inter­wen­cji dok­tora Honet­tego, nie­mieckiego treuhändera [komi­sa­rza] szpi­tala w Twor­kach, został zwol­niony. Tam­ten sza­no­wał ojca i cenił już od pierw­szego spo­tka­nia; przed­sta­wiony mu jako świetny facho­wiec, który "ura­tuje szpi­tal i dobre imię peł­no­moc­nika wła­dzy nie­mieckiej", tata przed­sta­wił swój plan: "Jeżeli da mi pan teraz tyle a tyle ziarna do zasiewu i oko­po­wych do zasa­dze­nia w ciągu naj­bliż­szych dni oraz ludzi do roboty, to po zbio­rach gwa­ran­tuję, że wyży­wię nie tylko cho­rych (było ich tam ponad dwu­stu!), ale i cały per­so­nel szpi­tala". Po chwili ciszy dok­tor Honette podał ojcu rękę ze sło­wami: "Gemacht!" (zro­bione, zała­twione).

Wiem, że w cza­sie wojny tata brał też udział w pra­cach zespołu zaj­mu­ją­cego się pla­no­wa­niem siatki szkół w przy­szłej wol­nej Pol­sce, więc może dla­tego tuż po wyzwo­le­niu Mini­ster­stwo Rol­nic­twa skie­ro­wało do niego wezwa­nie?

Był czter­na­sty marca czter­dzie­stego pią­tego: chcąc sta­wić się na dale­kiej Pra­dze na czas, tuż po otwar­ciu biur, ojciec wyru­szył z Two­rek o pią­tej rano. Jak wszy­scy wtedy, poje­chał na rowe­rze, mię­dzy torami kolejki EKD [Elek­trycz­nych Kolei Dojaz­do­wych -?przyp. D.M.], żeby w Opa­czy wsiąść do pierw­szego pociągu do War­szawy. Tego ranka była bar­dzo gęsta mgła; ojciec usły­szał stu­kot nad­jeż­dża­ją­cego [w stronę Prusz­kowa] pociągu, więc zsiadł z roweru i prze­szedł na lewy tor. Nie widział kolejki nad­jeż­dża­ją­cej z naprze­ciwka po torze do War­szawy. W tej mgle maszy­ni­sta za późno zauwa­żył ojca, który ude­rzony w głowę, zgi­nął na miej­scu.

Straż­nik posta­wiony przy ciele taty, ścią­gnął mu z nóg jego ulu­bione ofi­cerki".

"Wia­domo czy­nimy, że Sta­ni­sław Kaź­mierz Janow­ski w wieku 53 [...] zmarł w Szpi­talu Tworki [...] pozo­sta­wia­jąc żonę Mar­ce­linę Romanę z domu Rym­kie­wicz" -?potwier­dził w metryce zgonu prusz­kow­ski urząd stanu cywil­nego.

Alina Janow­ska: "Ojciec został pocho­wany na przy­szpi­tal­nym cmen­ta­rzu".

MAMA

"To dziwne, że jako dziecko i dora­sta­jąca dziew­czyna bar­dziej kocha­łam mamę niż ojca, a czę­ściej wspo­mi­nam tu Jego niż Ją. Może dla­tego, że do mamy bie­gło się po piesz­czotę, a do taty po przy­godę i naukę. Bo mama była bar­dzo dobra, słodka, cie­pła; mama nas pie­ściła. Jak jakiś klaps -?to od taty; i wtedy do mamy na kolana. Tata, poza swymi nie­zli­czo­nymi talen­tami, wdzię­kiem oso­bi­stym i urodą, miał wadę poryw­czo­ści: kiedy wybu­chał, trzeba było się go bać; jego ucznio­wie czuli przed nim mores, ale poszliby za nim w ogień!

Bali­śmy się go wszy­scy; bywało, że mama pła­kała, a ja ją pocie­sza­łam, a kiedy ojciec karał Witka, to brata bro­ni­łam też ja. Po takiej awan­tu­rze w domu nasta­wały ciche dni, któ­rych bar­dzo nie lubi­łam. Na szczę­ście tacie złość mijała szybko i wszystko szybko powra­cało, jak się to mówi, do normy. A normą w naszym domu były śmiech, radość, wza­jemna miłość.

Z mamą zawsze było łatwiej, bo mama była istotą wesołą, nasta­wioną do świata ufnie i rado­śnie".

Mar­ce­lina Rym­kie­wi­czówna, w rodzi­nie nazy­wana Marutką, uro­dziła się 9 sierp­nia 1894 w Łuko­wie.

"Marutką była dla doro­słych, przede wszyst­kim dla taty. Dla dziadka (swego ojca) -?Malinką. Dla Witka i dla mnie była Mameńką.

Mama była śpie­waczką, kształ­coną w Peters­burgu. Zaczęła tam się uczyć u jakiejś słyn­nej artystki, a potem w Pol­sce u rów­nie dosko­na­łej pani Zbo­iń­skiej-Rusz­kow­skiej [śpie­waczki w teatrach wode­wi­lo­wych i ope­ret­ko­wych -?Popu­lar­nym, Minia­tury, Arty­stycz­nym, Współ­cze­snym i Nowo­cze­snym -?przyp. D.M.]. Dwa lata po roz­po­czę­ciu kariery [w 1920] wyszła za ojca. Zaczęła tę karierę w Teatrze Nowo­ści, gdzie dyrek­to­rem i reży­se­rem był [Ludwik] Śli­wiń­ski, śpie­wała (pod pseu­do­ni­mem Wiczówna) nawet z Lucyną Mes­sal, legendą przed­wo­jen­nej ope­retki, mię­dzy innymi w Orfe­uszu w pie­kle i Care­wi­czu. Kiedy potem ja wystę­po­wa­łam w 1947 na sce­nie Teatru Nowego, to spo­tka­nej tam Mes­salce przy­po­mnia­łam moją mamę. (Pani Lucyna zawsze do mnie mówiła: "Janinko" -?bo Janow­ska łączyła jej się z Aliną). Ale mama rzu­ciła swoje śpie­wa­nie teatralne, bo męż­czy­zna, w któ­rym zako­chała się jesz­cze w Peters­burgu -?Sta­sio Janow­ski wła­śnie - jej się oświad­czył. Potem był ślub i... wyjazd na wieś, bo jej mąż otrzy­mał tam pracę. Dla ojca była żoną wyma­rzoną: ni­gdy nie krzy­wiła się na nie­wy­gody życia na pro­win­cji. A prze­cież dla niego rzu­ciła scenę; no ale to były takie czasy, że kobiety rzadko kiedy łączyły mał­żeń­stwo, macie­rzyń­stwo i scenę.

Mama była bar­dzo ładna i atrak­cyjna, zawsze uśmiech­nięta; grała na for­te­pia­nie, grała w tenisa i upra­wiała inne sporty... Z ojcem jeź­dziła na łyż­wach w Doli­nie Szwaj­car­skiej: two­rzyli bar­dzo ładną parę, bo jeź­dzili bar­dzo kunsz­tow­nie -?tech­nicz­nie bez­błędni, znali wszyst­kie pod­sta­wowe ewo­lu­cje -?do tego z praw­dzi­wym wdzię­kiem. Holen­dro­wali w przód i w tył, trzy­ma­jąc się za skrzy­żo­wane ręce, robili jaskółki, krę­cili piru­ety, trójki -?nor­malne, ska­kane, pod­no­szone. Na tamte czasy byli parą bar­dzo nowo­cze­sną, atrak­cyjną rów­nież wizu­al­nie: tata -?przy­stojny wysoki bru­net, mama -?śliczna drobna blon­dynka. Widzia­łam ich póź­niej, jak jeź­dzili po sta­wie w Bro­dach -?byli wspa­niali. A ponie­waż na łyż­wach moja mama jeź­dziła nie tylko z moim tatą, więc byli zazdro­śni jedno o dru­gie.

Mama miała piękny mez­zo­so­pran; pamię­tam, że gdy miesz­ka­li­śmy w Bro­dach, to czę­sto ćwi­czyła woka­lizy "a-e-o-u", gamy i wprawki -?wtedy Witek i ja cho­wa­li­śmy się przed tym śpie­wa­niem za kanapą albo pod palmą w salo­nie. Mama ćwi­czyła, kiedy była w Gło­sko­wie (krótko), potem w Ber­dówce, w Mięt­nem i w Żyro­wi­cach też (przez te miej­sco­wo­ści wędro­wa­li­śmy razem z moim tatą, o czym opo­wiem póź­niej). W Kra­ko­wie miała reci­tale i wiem, że pro­fe­sor Dymek dyry­go­wał orkie­strą, która towa­rzy­szyła jej pod­czas wystę­pów w tam­tej­szym radiu.

Tata przez całe życie miał nie­by­wałe poczu­cie odpo­wie­dzial­no­ści... wła­ści­wie za wszystko i wszyst­kich: za wyko­ny­waną pracę, za ota­cza­jącą go mło­dzież szkolną, któ­rej chciał (i umiał!) dawać przy­kład, za nas, swoją rodzinę. To go na pewno obcią­żało psy­chicz­nie, tro­chę chyba usztyw­niało; w domu szu­kał wytchnie­nia, chciał się roz­luź­nić, wypo­cząć i cza­sami byle dro­biazg mógł go roz­draż­nić. Ale kochał mamę bar­dzo, ona jego też. Witek i ja kocha­li­śmy ich bar­dzo mocno i kiedy wspo­mi­nam dziś moje dzie­ciń­stwo, to wciąż czuję wiel­kie szczę­ście, że spę­dzi­li­śmy je w domu z praw­dzi­wego zda­rze­nia i że to szczę­ście też było praw­dziwe, wręcz wzor­cowe. Tych cudow­nych szes­na­ście lat zawdzię­czam moim rodzi­com - mło­dym, muzy­kal­nym, wspa­nia­łym. To ta ich miłość spra­wiła, że byli do sie­bie bar­dzo podobni... a może odwrot­nie? Może podo­bień­stwo cech cha­rak­teru wzmo­gło wza­jemny sza­cu­nek i sce­men­to­wało miłość do sie­bie?

Oby­dwoje lubili przy­rodę: znali ją i umieli ją nam poka­zy­wać, tłu­ma­czyć i zachwy­cać się nią. Byli uta­len­to­wani pla­stycz­nie, pięk­nie ryso­wali. Mama pisy­wała zabawne wier­szyki na roz­ma­ite rodzinne uro­czy­sto­ści, czego się od niej nauczy­łam. W cudem zacho­wa­nych szpar­ga­łach z cza­sów przed­wo­jen­nych zna­la­złam swoją rymo­wankę zaty­tu­ło­waną Słońce. Póź­niej wyja­śnię, dla­czego w moim wier­szyku orto­gra­fia nie jest taka jak w poezjach innych auto­rów".

Dzień jasny, wesoły, sło­neczny,

Ani jed­nej chmórki na nie­bie!

Och dniu jasny, prze­śliczny!

Jakże mało w nas jest cie­bie!

Led­wie noc czarna prze­mi­nie,

Czarna noc jak atra­męt czarny,

Wiatr tuman chmór roz­wi­nie

I znowu wsta­nie dzień marny.

Słońce! o słońce! które u nas świe­cisz!

Wyświeć nam dzień wesoły! tobą nasy­cony!

Ech! gdzież tam! Jak sen prze­le­cisz,

I zga­śniesz jako sen prze­śniony!

Wię­cej dni smutku, niźli dni rado­ści,

A smu­tek nie­raz ty słonce roz­nie­cisz,

Lecz mało cie­bie! Mało twej świa­tło­ści!

I mało swą rado­ścią ople­ciesz.

"Atmos­fera w moim domu była praw­dzi­wie arty­styczna -?zwłasz­cza kiedy pod­czas licz­nych u nas wizyt pro­du­ko­wa­li­śmy się wszy­scy: tata, żar­to­bli­wie paro­diu­jąc swo­ich zna­jo­mych i przy­ja­ciół, cza­sami nawet obec­nych gości, wymy­ślał cały spek­takl, mama śpie­wała, akom­pa­niu­jąc sobie na pia­ni­nie, ja tań­czy­łam. Wszystko to było wspa­niałe, cudowne, nie­za­po­mniane i trwało aż do wybu­chu wojny. Wtedy poko­cha­łam mamę jesz­cze bar­dziej, bo to jej zawdzię­czamy -?Witek i ja -?prze­ży­cie obozu, prze­ży­cie oku­pa­cji, prze­ży­cie trud­nych cza­sów po wyzwo­le­niu. Mimo wojny listy od ojca docho­dziły do nas (i do Wilna, i do Olsz­tynka) i wie­dzie­li­śmy, że jest cały i zdrowy i że czeka na nas pod War­szawą, gdzie uru­cho­mił gospo­dar­stwo.

Po śmierci ojca cały trud utrzy­ma­nia trzy­oso­bo­wej rodziny spadł na mamę: była kon­trak­to­wym pra­cow­ni­kiem w pań­stwo­wym szpi­talu dla psy­chicz­nie cho­rych w Twor­kach, naj­pierw w admi­ni­stra­cji, potem w biblio­tece. Kiedy [w 1951] prze­pro­wa­dzi­łam się do War­szawy, zało­ży­łam rodzinę, mia­łam już wła­sne miesz­ka­nie i naresz­cie zaczęło mi się powo­dzić, wtedy kupi­łam dla mamy miesz­ka­nie, żeby była jak naj­bli­żej mnie.

To miesz­ka­nie było w domu na Powi­ślu, w świe­cie dla mamy zupeł­nie nowym. Zała­twi­łam jej sto­ło­wa­nie w klu­bie wio­ślar­skim, miała tam nie­da­leko, i szybko zapu­ściła korze­nie: miesz­kała sama, ale samotna nie była - kościół tuż-tuż, wokół sym­pa­tyczne sąsiadki, nowi ludzie. Nie było jej smutno: spo­ty­kała się z przy­ja­ciółmi, grała w karty. Miesz­kała tam pięt­na­ście lat.

Mama zmarła w naszym domu na Żoli­bo­rzu: 10 sierp­nia 1987.

Bar­dzo ją kocha­łam".

SZKOŁA

Na przed­wo­jenne śred­nie wykształ­ce­nie Polaka/Polki skła­dało się w sumie dwa­na­ście lat szkoły: powszech­nej (sześć), gim­na­zjum (cztery) i liceum (dwa). To zna­czy, że świa­dec­two doj­rza­ło­ści Alina Janow­ska winna otrzy­mać naj­póź­niej latem 1942 roku. Stało się ina­czej, ale nie tylko z powodu II wojny świa­to­wej...

"O! Szkoły to moja pięta achil­le­sowa. Bo cho­ciażby zdję­cie z pierw­szej komu­nii świę­tej, u ber­nar­dy­nów w Kal­wa­rii Zebrzy­dow­skiej -?mam je zro­bione z moją klasą, ale kole­żanki i kole­dzy oraz ja przy­stą­pi­li­śmy do tej uro­czy­sto­ści osobno: kiedy oni szli do kościoła, ja byłam chora na żół­taczkę, leża­łam w łóżku i nie wolno mi było sty­kać się z innymi dziećmi. Tydzień po komu­nii dla wszyst­kich przy­wio­zła mnie pod kościół na m o j ą komu­nię nasza bona Maju­sia, a dobry ksiądz zarzą­dził przy tej oka­zji wspólne zdję­cie. Spe­cjalna uro­czy­stość dla jed­nej osoby! Kto inny może by się ucie­szył, ja jed­nak prze­ży­łam to filo­zo­ficz­nie: czu­łam, że to nie takie jak trzeba, nie w takiej opra­wie, więc też nie tak solenne. Z jed­nej strony młode serce mia­łam roz­grzane, wie­dzia­łam, że wła­śnie Chry­stus do mnie przy­cho­dzi, z dru­giej jed­nak strony nie wie­dzia­łam, jak do tego podejść inte­lek­tu­al­nie. Moje życie póź­niej dowio­dło wie­lo­krot­nie, że widać aku­rat ja muszę być pod­da­wana takim egza­mi­nom...

Moje "stu­dia" roz­po­czę­łam w Bro­dach [w 1930]: tam była moja pierw­sza klasa (może jesz­cze kawa­łek dru­giej?) i pierw­sza szkoła -?cho­ciaż nie! Długo przed posła­niem mnie do szkoły tata uczył mnie kali­gra­fii: kupił mi czarną lakie­ro­waną tabliczkę, do niej rysik i małą gąbkę do ście­ra­nia. Tak więc poszłam do szkoły, już umie­jąc pisać. Potem tata na­dal uczył w Bro­dach rol­nic­twa nauczy­cieli szkół powszech­nych, a ja z bra­tem i Maju­sią przy­je­cha­łam do War­szawy i zamiesz­ka­łam u wujo­stwa Trem­biń­skich na Żoli­bo­rzu: naj­pierw przy Śmia­łej, potem przy placu Sło­necz­nym jede­na­ście (nie­da­leko mojego obec­nego domu). Cho­dzi­łam stam­tąd i jeź­dzi­łam tram­wa­jem do szkoły na Mary­mon­cie, ale zupeł­nie jej nie pamię­tam, bo strasz­nie się jej bałam: prze­ra­żała mnie tabliczka mno­że­nia i do dzi­siaj nie wiem, jak obli­czyć, ile to jest dzie­więć razy sie­dem. Mam wła­sną metodę: mnożę sie­dem przez dzie­sięć i odej­muję sió­demkę, ale to prze­cież nie tak...

Więc to była moja druga szkoła, którą mimo stra­chu skoń­czy­łam chyba na przy­zwo­itym pozio­mie, bo prze­cież przy­jęto mnie [do czwar­tej klasy] do następ­nej -?w Gar­wo­li­nie. W tym cza­sie moi rodzice zdą­żyli prze­pro­wa­dzić się do Mięt­nego.

Nooo, Gar­wo­lin! Tam czu­łam się wielką panią, bo do szkoły woził mnie codzien­nie wolan­tem nasz stary Woź­niak (woźny szkolny, taki "przy­boczny" mojego taty), szkoła była nowa, jasna, czu­łam się tam pew­nie. Przede wszyst­kim była koedu­ka­cyjna, więc nie tylko mia­łam kole­żanki w wielu kla­sach, ale i kole­gów. Z rów­no­le­głej czwar­tej do dziś pamię­tam dwie Ale -?Cia­piń­ską i Tań­ską, a co do kole­gów? Poja­wił się wśród nich nie­jaki Edzio Hagner z krę­co­nymi blond wło­sami, który zaczął mi asy­sto­wać na pau­zach: bar­dzo mi się podo­bał. Jego klasa była na pię­trze, dokład­nie nad moją, więc za pośred­nic­twem kole­gów -?sam był nie­śmiały -?Edzio spusz­czał na sznurku listy do mnie, bar­dzo sym­pa­tyczne: żad­nych wyznań, w końcu mie­li­śmy nie­wiele ponad dzie­sięć lat, ale sam list zna­czył wtedy wiele, czu­łam się wyróż­niona.

Z tam­tej szkoły mam same miłe wspo­mnie­nia. Był bar­dzo sym­pa­tyczny ksiądz Machora (nazy­wa­ły­śmy go tak, bo palił). Wycho­waw­czyni mnie polu­biła, nie wie­dzieć czemu uwa­żała mnie za zdolną, czy­tała kla­sie moje wypra­co­wa­nia z pol­skiego, które oce­niała zawsze tak samo: za treść piątka, z orto­gra­fii dwója. Po tych czte­rech kla­sach prze­cho­dziło się do gim­na­zjum, ale wcze­śniej trzeba było zdać egza­min. Zaraz o nim opo­wiem, przed­tem jed­nak w moim życiu wyda­rzyły się bar­dzo ważne waka­cje: ojciec zabrał nas nad morze, do Jastarni.

"My" ozna­cza bar­dzo duże towa­rzy­stwo, gdyż oprócz mojego brata Witka i mnie była jesz­cze nasza bona Maju­sia i oczy­wi­ście mama, a do mamy przy­je­chały jej dwie przy­ja­ciółki z Ryb­nika, które namó­wiła na te waka­cje, żeby mieć więk­sze towa­rzy­stwo do tenisa. Grać w tenisa nale­żało wtedy do dobrego tonu; w ogóle w tam­tych cza­sach sport zaj­mo­wał w życiu rodzin­nym dużo wię­cej miej­sca i czasu, miał więk­sze zna­cze­nie niż teraz. Mama i Maju­sia grały w tenisa bar­dzo dobrze, tamte panie chęt­nie na pro­po­zy­cję mamy przy­stały, więc w Jastarni poja­wiła się więk­sza grupa. Tam zoba­czy­łam po raz pierw­szy statki i to dwa, na cześć Mar­szałka ochrzczone imio­nami jego córek: "Wanda" i "Jadwiga". Tam po raz pierw­szy byłam w cyrku i w zwie­rzyńcu. Jedno przy dru­gim -?w prze­rwie przed­sta­wie­nia tata zapro­wa­dził nas do tego zwie­rzyńca z inwen­ta­rzem raczej nie­wy­szu­ka­nym: chyba tylko koty i psy tam były. Opro­wa­dzał nas po tej mena­że­rii szcze­gólny facet; kiedy ojciec, w końcu absol­went Szkoły Głów­nej Gospo­dar­stwa Wiej­skiego, powie­dział, poka­zu­jąc na puszy­stego kota: "O, angora!", tam­ten zapro­te­sto­wał ener­gicz­nie: "Kota angora nie egzy­stuje" (co było potem cyto­wane w towa­rzy­stwie). I prze­strze­gał co jakiś czas: "Pro­szę nie drzaź­nić źwie­rzę­tom, bo będę zmu­szony wypro­wa­dzić pań­stwa".

Jed­nak naj­więk­sze wra­że­nie na mnie zro­bił sam wyjazd do Jastarni. Poje­cha­li­śmy pocią­giem, drugą klasą: obi­cia sie­dzeń były brą­zowo-beżowe w zło­ci­ste paseczki. Opar­cie można było pod­nieść, wtedy two­rzyło się łóżko, na któ­rym można było spać -?dla mnie to było nad­zwy­czajne: Witek i ja spa­li­śmy na górze, rodzice na dole, w całym prze­dziale tylko nasza czwórka. Bo podróż była długa, przez War­szawę. Kiedy pociąg się tam zatrzy­mał na dłu­żej, sły­sze­li­śmy gaze­cia­rzy: "Express wieee...!". I sprze­daw­ców kolo­ro­wa­nej słod­kiej wody do picia i roz­ma­itych przy­sma­ków: "Pomara...!". Albo: "POma­rań­cze, CZE­ko­lada, CUkierki!". A także: "POmaRA!". Witek i ja bar­dzo się tym eks­cy­to­wa­li­śmy.

Po egza­mi­nie do gim­na­zjum dyrek­torka szkoły pani Ligocka na pyta­nie taty, czy zda­łam, powie­działa tajem­ni­czo, że chce się ze mną zoba­czyć. Pisa­łam wypra­co­wa­nie z pol­skiego, któ­rego tema­tem był naj­pięk­niej­szy dzień w życiu: opi­sa­łam w nim naszą podróż nad morze: wsie, łany zbóż, cha­bry, bła­watki i maki. Im bli­żej Pomo­rza, tym wię­cej maków w zło­tym życie. Ja jestem kolo­rystka, więc dość barw­nie to nama­lo­wa­łam sło­wami. No i pani Ligocka, patrząc na mój tekst, pyta, dla­czego napi­sa­łam "łany pór­pó­ro­wych maków" przez o kre­sko­wane. Ja na to: "Jak to dla­czego? Prze­cież pór­póra jest okrą­gła". Pani Ligocka na to, że mnie przyj­muje.

W Gar­wo­li­nie nauczy­cie­lem gim­na­styki i rysunku był Edward Ała­szew­ski, sławny póź­niej kary­ka­tu­rzy­sta "Ała" [ojciec postaci Syrenki z "Expressu Wie­czor­nego" -?przyp. D.M.], po woj­nie mąż mojej star­szej kole­żanki z Teatru Kome­dia Beni­gny Sojec­kiej.

Waka­cje zazwy­czaj spę­dza­łam w Mięt­nem, ale na dwa mie­siące let­nie Gar­wo­lina nie­malże nie opusz­cza­łam: tam były konie, które podzi­wia­łam (nie jeź­dzi­łam, ale patrzy­łam i prze­ży­wa­łam), tam był kort ziemny, na któ­rym dużo gry­wa­łam w tenisa. Tam pozna­łam Romka Brat­nego: wtedy nazy­wał się tak jak jego brat [Andrzej], czyli Mular­czyk -?"Bratny" to jego póź­niej­szy pseu­do­nim. Ich ojciec był w woj­sku puł­kow­ni­kiem [kawa­le­rii], miesz­kali na stałe w War­sza­wie. W gim­na­zjum w Gar­wo­li­nie jego przy­ja­cie­lem był Krzyś Krzy­mow­ski -?obu pozna­łam lepiej w zupeł­nie innej sytu­acji i już w innych cza­sach, zaraz po wybu­chu wojny. Czyli jakieś dwa lata póź­niej.

Potem [w moim życio­ry­sie] były Żyro­wice, to zna­czy tata był tam dyrek­to­rem szkoły, więc ja uczęsz­cza­łam do szkoły w nie­da­le­kim Sło­ni­mie: naj­pierw do gim­na­zjum, potem do liceum. Nie­wiele pamię­tam z tam­tej szkoły -?może dla­tego, że to, co stało się póź­niej, szczel­nie zakryło w moich wspo­mnie­niach pra­wie wszystko przed­tem.

W Żyro­wi­cach zastał nas wybuch wojny: zakoń­czyły się ferie [waka­cje let­nie], miał się roz­po­cząć nowy rok szkolny, wszystko było przy­go­to­wane na przy­ję­cie uczniów. Jedy­nym źró­dłem infor­ma­cji było począt­kowo radio: wszy­scy zbie­rali się przy gło­śni­kach, potem komen­to­wali usły­szane wia­do­mo­ści; zapa­mię­ta­łam ode­zwę puł­kow­nika Umia­stow­skiego do lud­no­ści sto­licy i prze­mó­wie­nie pre­zy­denta Sta­rzyń­skiego. Póź­niej zaczęli się poja­wiać ucie­ki­nie­rzy z bom­bar­do­wa­nej War­szawy: trzeba było orga­ni­zo­wać dla nich wyży­wie­nie i noc­legi. Z jedze­niem kło­po­tów nie było na razie żad­nych: przy szkole dzia­łała sto­łówka, zapo­bie­gliwy ojciec zgro­ma­dził zapasy na dłuż­szy czas.

Sie­dem­na­stego wrze­śnia 1939 tatę aresz­to­wano, następ­nego dnia mama, Witek i ja jecha­li­śmy do rodziny do Wilna, gdzie od razu uda­łam się (chyba sama, bez towa­rzy­stwa mamy) do IV Pań­stwo­wego Liceum i Gim­na­zjum imie­nia Elizy Orzesz­ko­wej. Nie mogłam tra­fić lepiej: wła­śnie trwał tam strajk -?ucznio­wie nie chcieli uznać litew­skiego za język wykła­dowy, ofi­cjalny. Bo wszy­scy ucznio­wie liceum to byli Polacy. Oczy­wi­ście ten strajk nie mógł się odbyć beze mnie: pikie­to­wa­łam szkołę, odga­nia­łam od niej kole­żanki, uświa­da­mia­łam im, o co wal­czymy".

Strajk to czas bar­dzo gorący, więc zna­jo­mo­ści zawiera się wtedy szyb­ciej, przy­jaź­nie też są trwal­sze.

"W liceum mia­łam trzy ser­deczne kole­żanki: sio­stry Kacza­now­skie (nie pamię­tam ich imion) oraz Ewę Rusz­czyc, wnuczkę mala­rza [Fer­dy­nanda]. Kacza­now­skie pocho­dziły z rodziny restau­ra­to­rów, wła­ści­cieli restau­ra­cji w Wila­no­wie, zaraz przy dworcu kolejki. Chyba ode mnie się dowie­działy, że jeśli ktoś ma rodzinę w Gene­ral­nej Guberni, to może do władz oku­pa­cyj­nych zło­żyć poda­nie z prośbą u wyjazd. My tak zro­bi­li­śmy, mama dostała tak zwaną dele­ga­cję na wyjazd -?i wtedy pomy­śla­łam, że ja nie tylko mogę, ale wręcz muszę zdać egza­min lice­alny. Razem ze mną zda­wały go sio­stry Kacza­now­skie, ich brat Woj­tek oraz chyba Ewa Rusz­czyc.

Muszę powie­dzieć, że ser­decz­ność nauczy­cieli oraz władz szkoły była ogromna; pamię­tam cudowną panią [Zofię] Sto­mównę, polo­nistkę (zawsze jakoś cią­gnęło mnie do polo­ni­stek). Już to, że przy­je­cha­łam z pol­skich Żyro­wic, że byli­śmy rodziną podzie­loną, budził u wszyst­kich uczu­cie przy­jaźni, chęć pomocy. Więc po zło­że­niu przeze mnie poda­nia o dopusz­cze­nie do egza­minu wspa­niałe nauczy­cielki przy­go­to­wały mnie do niego i oczy­wi­ście zda­łam. Egza­min -?bądźmy szcze­rzy! -?był ulgowy, ale prze­cież mam świa­dec­two doj­rza­ło­ści z litew­ską pie­czę­cią z Pogo­nią".

Wię­cej! Wśród cudem zacho­wa­nych szkol­nych doku­men­tów są: tym­cza­sowe zaświad­cze­nie i legi­ty­ma­cja (oby­dwa z fał­szywą datą uro­dze­nia: Alina Jano­vskyte jest tam o rok star­sza!) oraz pažym?jimas, czyli świa­dec­two ukoń­cze­nia klasy VII z oce­nami koń­co­wymi wcale nie naj­gor­szymi -?co prawda trójki z litew­skiego i pol­skiego, za to czwórki z alge­bry (sic!) i histo­rii Litwy oraz piątki z histo­rii ogól­nej, geo­gra­fii, fizyki, muzyki i wycho­wa­nia kul­tu­ral­nego.

"Bar­dzo mi się to świa­dec­two przy­dało, kiedy już w wol­nej Pol­sce zda­wa­łam egza­min aktor­ski. Bo do szkoły tańca zosta­łam przy­jęta bez żad­nych doku­men­tów -?nie były potrzebne".

Jest jesz­cze wiersz, chyba jed­nak napi­sany (wyraź­nie pod wpły­wem Kor­nela Ujej­skiego) w któ­rejś z pol­skich szkół. Widać cenny, bo pod­pi­sany: "naba­zgrała -?nama­zała A. Janow­ska"). Zaty­tu­ło­wany Na sta­dio­nie.

Równo, spraw­nie, kro­czą wszyst­kie czwórki,

Sły­chać równe kroki, wezwa­nia do zbiórki!

W ciszy widać wiel­kie ludzi mro­wie

Kto piękno olim­pjady dzi­siaj nam opo­wie?

Z zie­lo­nego gaju gro­madą wycho­dzą,

Kiedy swoje nogi z pęt tych oswo­bo­dzą?

Kiedy będzie można zdjąć kar­no­ści pęta?

Kiedy da się sły­szeć ta słodka komęda?

Aż wresz­cie -?gwiz­dek. Wszy­scy dech zaparli

A tamci wolni, skrzy­dła roz­po­starli,

I wśród ciszy i głu­chych odde­chów bie­gli.

Nawet linji mety wcale nie dostrze­gli.

Zwy­cię­stwo oznaj­mił lud tylko

Krzy­kami rado­ści. Ten co biegł przed chwilką

Padł ze zmę­cze­nia. Lecz gdy wstał,

Lud zoba­czył, że w dłoni wie­niec z lau­rów miał.

"Co mogę powie­dzieć o swoim wykształ­ce­niu? To, że jestem po pro­stu nie­do­uczona: kiedy zaczy­na­łam jakąś szkołę w jed­nym miej­scu, to koń­czy­łam w następ­nym. I dla­tego mam w swoim wykształ­ce­niu duże luki, cho­ciaż cio­cia Jadzia [Trem­biń­ska], ta z Żoli­bo­rza, pró­bo­wała je zapeł­nić mnó­stwem wia­do­mo­ści. Nie­stety, bez skutku".

WILNO

Siedem­na­stego dnia II wojny świa­to­wej Pol­ska sta­nęła w obli­czu agre­sji ze Wschodu: w ofi­cjal­nej nocie wła­dze Związku Radziec­kiego stwier­dziły, że "pań­stwo pol­skie i jego rząd prze­stały fak­tycz­nie ist­nieć", więc Armia Czer­wona wkro­czy na zie­mie pol­skie, aby "wziąć w opiekę lud­ność Zachod­niej Ukra­iny i Bia­ło­rusi". Nad ranem "pierw­sze jed­nostki Armii Czer­wo­nej prze­kro­czyły gra­nice [Pol­ski]". Siedem­na­stego wrze­śnia 1939 po połu­dniu Sta­ni­sław Janow­ski, dyrek­tor Pań­stwo­wej Śred­niej Szkoły Rol­ni­czo-Leśnej w Żyro­wi­cach pod Sło­ni­mem w woje­wódz­twie nowo­gródz­kim, został aresz­to­wany przez bia­ło­ru­ski komi­tet oby­wa­tel­ski.

"Ja, oczy­wi­ście, od razu do roboty, zwłasz­cza że nikomu z nas nie wolno było wycho­dzić [z domu]; w takiej sytu­acji chwy­tam się cze­goś, żeby nie myśleć. Poma­ga­łam mamie, poma­ga­łam wszyst­kim kobie­tom w naszym domu, w szkole, w oko­licy. Wie­czo­rem zoba­czy­li­śmy się z ojcem -?to zna­czy usły­sza­łam go stu­ka­ją­cego w nasze okno w szkol­nym gabi­ne­cie, gdzie się schro­ni­li­śmy -?a potem jego głos, który pole­cił nam natych­miast wyru­szyć do cioci Janki na Bufa­łową. Czyli do Wilna.

Skąd tata nagle na wol­no­ści? Szkolny elek­tryk pan Kel­ler zoba­czył, gdzie ojca zamknięto i kiedy radziec­kie czołgi wje­chały do mia­steczka, zatrzy­mał jeden z nich i po rosyj­sku zapy­tał żoł­nie­rza: "A wiesz ty, co zro­biły bia­ło­ru­skie bandy? Zaaresz­to­wały wspa­nia­łego rol­nika, opie­kuna bied­nych dzieci, i wsa­dziły go do komórki. Weź ty swoją pepe­szę i roz­wal tę kłódkę" -?poka­zał na drzwi do taty aresztu. Kiedy czołg odje­chał, tata spy­tał pana Kel­lera, czy odwiózł już do Sło­nima sztan­dar szkoły i ten wspa­niały obraz Sie­mi­radz­kiego (Jezus u Marii i Marty, pre­zent ślubny od dziad­ków). Wtedy przy­szedł do nas i, jak to on, spo­koj­nie i rze­czowo powie­dział, co mamy robić. "Trzy­maj­cie się i z Bogiem!" -?nawet nie zdą­ży­ły­śmy zapy­tać, co on zamie­rza w tej sytu­acji".

Cio­cia Janka to Janina Won­tor­ska, "druga sio­stra ojca, żona archi­tekta Sta­ni­sława Won­tor­skiego; już w latach trzy­dzie­stych zamiesz­kali w Wil­nie przy Bufa­ło­wej czter­na­ście".

"Mama wzięła od ojca dokładny adres, bo go nie pamię­tała. W Wil­nie była z ojcem chyba tylko raz, a żąda­nie ojca "jedź­cie tam natych­miast, bez żad­nych rze­czy" potrak­to­wała jak wszy­scy wtedy podobne pole­ce­nia, rady czy roz­kazy: wzięła to, co jej wpa­dło w rękę -?mło­tek. I nic wię­cej. Ja nato­miast chwy­ci­łam album, w który tata pie­czo­ło­wi­cie wkle­jał zdję­cia rodzinne i sta­ran­nie, pre­cy­zyj­nie je opi­sy­wał; ten album cudem prze­trwał zawie­ru­chę wojenną, jest teraz naszym, a na pewno moim, skar­bem. Oczy­wi­ście nie zapo­mnia­łam o walizce, do któ­rej zapa­ko­wa­łam jed­nak książki, bie­li­znę i mnó­stwo rze­czy nie­po­trzeb­nych, a przy­naj­mniej jed­no­se­zo­no­wych, czyli dobrych na lato.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki