Bajeczka dla wnuczka
Płomień pod blachą pieca przygasał. Syn Jakuba, Marek, objął swoją żonę ramieniem.
- Tatko? - zagadnął.
- Haw?
- Idziemy na nocny spacer. Może byś tak uśpił wnuka?
Stary kłusownik poskrobał się po głowie.
- Żaden problem.
Spod kuchennej ławy, na której siedział, wydobył młot kowalski i zrogowaciałym paznokciem zeskrobał z niego jakieś paprochy.
- Chińską narkozę mu dam - zaproponował.
Syn wyjął starcowi młot z ręki i wyrzucił przez otwarte okno.
- Masz być delikatny. Znasz takie słowo?
Jakub łypnął swoimi wodnistobłękitnymi oczyma.
- Delikatny. Nu pewnie, że rozumiem. Jeszcze za mały, żeby brać po łbie na uspokojenie, haw?
- Otóż to.
- Nu jest metoda. Upiję go bimbrem do nieprzytomności.
Synowa zemdlała. Docucili ją z trudem.
- Pani wybaczy - powiedział starzec. - To tylko takie zwyrodniałe poczucie humoru. Bajkę mu opowiem. O Czerwonym Kapturku albo o Jasiu i Małgosi. Znam bajek bez liku.
Nieco uspokojeni rodzice poszli sobie, a on wkroczył do pokoju, gdzie leżał jego sześcioletni wnuk.
- Nu i co ty? - zagadnął. - Spać ci się nie chce?
- Nie - odpowiedział mały Maciuś. - Opowiesz mi coś?
- A co byś chciał usłyszeć?
- Tę historię o tym, jak wypuszczałeś ze szwabów krew wiadrami i nosiłeś te wiadra...
- Na tę historię jesteś jeszcze za mały.
- To może tę, jak przegryzłeś gardło...
- Na tę też jesteś za mały. Opowiem ci bajkę.
- Nie chcę bajki. Wolę coś prawdziwego.
- Ale wybrzydzasz. No dobrze. Będzie prawdziwa historia o tym, jak to było z Czerwonym Kapturkiem.
- E, znam tę bajkę na pamięć.
- Znasz wersję ocenzurowaną - wyjaśnił dziadek z godnością.
- Co to znaczy ocenzurowaną?
- No taką, z której wycięto najważniejsze fragmenty, żeby się dzieciom nie śniły.
- To tak jak w artykułach o tobie, dziadku? "Znany pasożyt społeczny ze Starego Majdanu Jakub W."? Tata zawsze mówi, że gdyby pisali wszystko, to nikt by nie uwierzył.
- Co? - zdziwił się Jakub.
- Tata ma całą teczkę artykułów z lokalnej prasy. "Znany w okolicy jako hiena cmentarna Jakub W."...
- Uch, pismaki przeklęte! Nie wierz w to, co tam piszą. Dobrze?
- Zgoda. Ale zacznij opowiadać, bo zaraz zasnę.
- To może zaśniesz bez opowiadania?
- Nie. Chcę bajkę. To znaczy tę prawdę o Czerwonym Kapturku.
Jakub wydobył z kieszeni manierkę, odkręcił nakrętkę i pociągnął z lubością siedemdziesięcioprocentowego samogonu.
- A więc było to tak. Dwieście lat temu w leśniczówce...
- W jakiej leśniczówce?
- W tej koło szosy na Chełm. W leśniczówce żyła sobie staruszka. We dnie mieszkała w chatce, a w nocy nago latała na miotle... Nie, to nie tak. Żyła sobie staruszka. Pewnego razu cechmistrz szkoły katów wezwał do siebie czeladnika...
- Dlaczego szkoły katów?
- Bo kaci chodzili w czerwonych kapturach. Trzeba trochę myśleć.
- Wezwał czeladnika. Jak się ten czeladnik nazywał?
Jakub pociągnął z manierki kolejny łyk na odświeżenie pamięci.
- Nazywał się zupełnie zwyczajnie. Maciuś, tak jak ty.
- Aha. I co było dalej?
- Wziął Maciuś maczugę, metalowy kastet, karabin...
- Oszukujesz, dziadku. W tamtych czasach nie było jeszcze karabinów.
- Jak umiesz lepiej opowiadać, to może się zamienimy?
- No dobrze, niech ci będzie ten karabin. A jaki on był?
- A Pepeszka.
- Lepszy byłby amerykański.
- Wtedy jeszcze nie było Ameryki. Znaczy Kolumb nie dopłynął. Więc poszedł przez las.
- A nie miał ze sobą koszyka?
- Miał.
- A w środku? Co było w środku koszyka?
- No wiadomo. Chlebuś z drabinką sznurową, ciasto nadziane pilnikami, słoik z miodem, a w miodzie dynamit.
- Dziadku?
- Tak?
- A były w nim lekarstwa dla staruszki?
- A tak. Był arszenik i cyjanek, i strychnina...
- Zaraz, czegoś nie rozumiem. Po co był ten pilnik i drabinka sznurowa?
- Żeby babcia mogła prysnąć z ciupy.
- To ona nie siedziała w chatce, tylko w ciupie?
To faktycznie był problem. Jakub wydobył zza pieca flaszkę piwa Perła i otworzywszy o kant łóżka wnusia, pociągnął kilka łyków. Oczywiście ten wspaniały napój natychmiast rozjaśnił mroki jego umysłu.
- No jasne. W tamtych czasach tam nie było chatki, tylko nieduży zameczek.
- Aha. A arszenik to trucizna?
- Żeby otruć okrutnych strażników.
- To znaczy, że kaci byli wrogami klawiszy?
To zaczynało się robić coraz trudniejsze. Butelka poszła cała, zanim dziadek wydedukował właściwe rozwiązanie.
- Żeby to zrozumieć, musimy cofnąć się trochę w czasie. Otóż sześćdziesiąt lat wcześniej były rozbiory Polski. Słyszałeś o tym.
- Tak. Naszą ojczyznę rozgrabili trzej zaborcy.
- Jesteś bardzo mądrym dzieckiem. A więc tak, staruszka była królewną i po śmierci jej ojca, eee... Stanisława, eee... Sobieskiego, tron należał się jej. Ale zaborcy nakazali ją uwięzić, żeby nie mogła na nim zasiąść. A kaci służyli dawnemu królowi i postanowili wyciągnąć ją z więzienia, żeby mogła urodzić następcę tronu.
- To ona mogła jeszcze rodzić w tym wieku? Miała przecież ze sześćdziesiąt albo osiemdziesiąt lat.
- Chcesz wiedzieć, co było dalej, czy badamy genealogię naszych władców?
- Mów, dziadku.
- No więc idzie Czerwony Kapturek przez las, a tu zza drzewa wyłazi ogromniasty wilk w białogwardyjskim mundurze.
- A co to za mundur?
- To taki mundur siepaczy jednego z zaborców. Taki jak Semen nosi.
- Aha. Dlaczego wilk miał go na sobie? Przecież wilki chodzą bez ubrania?
- Skaranie boskie z tobą. To był specjalny wilk. Wyhodowany sztucznie.
- Mutant popromienny?
- Otóż to. Zaczynasz myśleć. Więc wyskoczył wilk zza drzewa i pyta: "Dokąd idziesz, Czerwony Zakapiorze?".
- Chyba Kapturku?
- No właśnie, Kapturku. A Kapturek na to: "Idę do mojej babci do mamra".
- Dziadku?
- Tak?
- To nielogiczne. Skoro Kapturek był wnukiem królewny, to był synem następcy tronu. Dlaczego jego tata nie zasiadł?
- Jego tatę zaciukali bolszewicy w osiemnastym roku. A Kapturek był za mały, żeby zasiąść na tronie. Babcia była mu potrzebna jako regentka.
- A co to jest regentka?
- Regentka to taka zastępczyni króla, jeśli jest za mały.
- Aha. A nie mogli zamiast małego królewicza wysłać kogoś mniej ważnego? To było niebezpieczne.
- Myśleli, że taki mały łatwiej się przemknie. Nie będzie zwracał na siebie uwagi.
Na szczęście wnuk nie zapytał, dlaczego królewicz został czeladnikiem w cechu katów, bo dziadek chyba by się nie wyłgał.
- Aha. To mów dalej.
- A gdzie jesteśmy, bo chyba się zgubiłem?
- Kapturek mówi wilkowi, że idzie do swojej babci do ciupy.
- Dobrze. Wilk pobiegł szybko i przybiegł do więzienia pierwszy. Zapukał do drzwi celi, ale w środku nikogo nie było, bo babcia była na przepustce w Sielcu i chlała na umór w knajpie. Wilk ubrał się w garsonkę babci, założył jej pończochy z podwiązkami...
- Co to są podwiązki?
- Jak dorośniesz, to się dowiesz. I uwalił się na babcinej pryczy. Na to wszedł Czerwony Kapturek. "Babciu - zapytał - dlaczego masz takie wielkie oczy...?"
- Dziadku, znowu oszukujesz. Wilki mają zupełnie małe oczka.
- Przecież już ustaliliśmy, że to był ten, no... mumtant.
- Mutant.
- No właśnie. "Babciu, dlaczego masz takie wielkie uszy?", zapytał Czerwony Kaptur. "Po to, żeby cię lepiej słyszeć, jak z sąsiedniej celi będziesz wystukiwać wiadomość więziennym alfabetem..."
- To oni chcieli go zapudłować?
- No właśnie. Przecież był następcą tronu.
- Dziadku, znowu coś kręcisz. Przecież we wszystkich bajkach Czerwony Kapturek jest dziewczynką!
- Coś takiego? - zdumiał się Jakub. - E, niemożliwe. Nabierasz starego dziadka. Przecież gdyby był dziewczynką, to nie byłby ten Kapturek, tylko ta Kapturek. Zresztą dziewczynek nie przyjmowali do cechu.
- Może z tym cechem katów to też lipa? Strasznie kantujesz, dziadku.
- To może lepiej o Jasiu i Małgosi?
- Dokończ tamtą.
Jakub otworzył kolejną butelkę i wypił nieco.
- Dobra. "A dlaczego, babciu, masz takie wielkie zęby?", zapytał Kapturek. "To zmiany zwyrodnieniowe od używania pasty do zębów".
- Co to są zmiany zwyrodnieniowe?
- Jak się za często myje zęby, to one się zanadto rozrastają. Ja swoich wcale nie myłem i mam wszystkie. Nawet niektóre są ze złota.
- Ale to nie twoje własne.
- Jak to nie? A, już wiem. Nagadali ci, że stary dziadek wyrywa złote zęby nieboszczykom? Kłamstwa.
- I co, wilk połknął Czerwonego Kapturka?
- No, połknął.
- Wiesz co, dziadku, tak się zawsze zastanawiałem, w tych wszystkich bajkach to wilk połyka w całości. Jak to możliwe? Przecież wilk ma małą paszczę.
- A ty widziałeś w życiu wilka?
- Pewnie. W zoo. I widziałem, że rozgryzał wszystko, zanim połknął.
Ćwierć butelki później Jakub wiedział już, co odpowiedzieć.
- W bajkach wszystko jest możliwe - odparł.
- Ale to miała być prawda! Oszukałeś mnie.
Butelka wyleciała oknem. Pusta. Zza pieca Jakub wydobył kolejną.
- Oczywiście, że to prawda. W bajkach wszystko jest możliwe, ale naprawdę to ten wilk był, tego... mutas.
- Mutant.
- No właśnie. Więc połknął Kapturkę, to jest, chciałem powiedzieć, Kapturka. Leży wilk na łożu...
- W ciupie są łoża? Opowiadałeś, że jak siedziałeś, to były prycze z desek!
- Ale to było dawno temu.
- Dawno temu to chyba dawali słomę na goły kamień.
Jakub doszedł do wniosku, że nie lubi dzieci.
- Słomę dawali takim zwykłym, a babci dali łóżko, bo była szlachetnie urodzona. Rozumiesz?
- Tak.
- To siedź teraz cicho, a dziadek opowiada. No więc wilk leży sobie i trawi Kapturka, ale Kapturek nie taki głupi. Zapala w brzuchu wilka zapałkę, a tu jak nie huknie. Bo widzisz, zapałka mu upadła w kałużę bimbru. Przylatuje staruszka, bo w knajpie usłyszała huk, a babcia pod dobrą datą była. Wpada do celi, widzi: wilk leży i dym mu idzie z pyska. No to wódkę w gardło i trach butelką o kant baru, żeby zrobić tulipana.
- Zaraz. A skąd w celi bar?
- Klawisze robili po cichu wyszynk, ale schowali przed inspekcją. No więc babcia chce wilkowi pruć szkłem brzuch i wyjąć wnuczkę.
- Przecież to był chłopiec!
- Wnuczka. Musiałem się przejęzyczyć. Ale wilk był szybszy. "Rzuć to szkło, stara ruro", powiedział i trzask babcię z rewolweru. Na to przylatuje inspektor, a tu trup w celi, wilk ululany, a Kapturek w środku kolejną kałużą spirytusu trzask, ale tym razem nie wybuchło. Tylko się zaczęło hajcować, aże zdrowo. No to wilk poleciał do rzeki.
- Do tej na łąkach?
- Tak. Do Wojsławki. I zaczął pić wodę, żeby zgasić ogień.
- I pił tak długo, aż pękł?
- Zgadza się.
- A szewczyk Skuba zrobił sobie buty?
Jakub mimo zamroczenia alkoholem poczuł, że coś jest nie tak. Przez chwilę wytężał umysł.
- Jaki szewczyk? - zapytał ostrożnie.
- Szewczyk Skuba. Ten od Smoka Wawelskiego.
- To nie tutaj. O Smoku opowiem ci innym razem. - Dziadek poskrobał się po głowie. Wszy rzuciły się do panicznej ucieczki. - Gdzie to skończyliśmy? - zapytał.
- Jak wilk pękł.
- Aha. Wyciągnęli kaci Kapturka ze środka, a tu patrzą, wilk całkiem utopiony przez tę wodę.
- Przecież wilk pękł.
- Ach. To Kapturek utopiony, no i dlatego nie mamy króla - zakończył prawie wesoło Jakub.
- To teraz następną bajkę. O leśnej królewnie.
Leśna królewna. Jakub przypomniał sobie jak przez mgłę chudą i złośliwą ruską kapitanicę z oddziału czerwonej partyzantki. Tak ją właśnie nazywali. Zaraziła syfilisem coś ze stu chłopa.
- Ja na momencik - powiedział i ruszył do drzwi. Nawet w nie trafił.
Gdy Marek z żoną wrócili do domu, wzeszedł już księżyc. Jakub leżał przed chałupą zalany w trupa. Jego umysł wędrował gdzieś daleko.
- Mały śpi - powiedziała kobieta.
Nieszczęsna nie zauważyła, że to wcale nie jej synek, tylko ściągnięty ze strychu manekin.
- Tatko też, ale to nie bajka go uśpiła. Cholerny pijaczyna.
- Straszna ta twoja rodzinka.
- Na szczęście ja jestem zupełnie normalny.
- Co z nim zrobimy?
- Narzucę derką i niech śpi. Może mu się przyśni coś paskudnego.
Tymczasem sześcioletni Maciuś szedł przez las na Zarowiu w stronę leśniczówki. Zza drzewa wyszedł wielki i paskudny wilk...
- Dokąd idziesz, Czerwony Kapturku? - zapytał.
- Nie jestem Czerwony Kapturek. Jestem Maciej Wędrowycz - odpowiedział malec z godnością.
- Z tych Wędrowyczów? - przeraził się wilk.
Świsnęła w powietrzu linka hamulcowa. Stalowy splot wpił się w szyję zwierzaka. Nim zmętniało mu spojrzenie, zauważył jeszcze, jak młody kłusownik zręcznym pociągnięciem majchra przebija się do jego aorty, a potem była już tylko ciemność.
Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.