...jako i my odpuszczamy - Bogdan Wołmiński

Reflow text when sidebars are open.
? Copyright by Wydawnictwo Poligraf, 2016
? Copyright by Bogdan Wołmiński, 2016
Wszelkie prawa zastrzeżone. Żaden fragment nie może być publikowany bez pisemnej zgody wydawcy lub autora.
Projekt okładki: Izabela Surdykowska-Jurek
Fotografie: archiwum własne autora
Redakcja: Bożena Koczara
Korekta: Klaudia Dróżdż
Skład: Wojciech Ławski
Konwersja do EPUB/MOBI: InkPad
Książka wydana
w Systemie Wydawniczym Fortunet?
www.fortunet.eu
ISBN: 978-83-7856-986-2
Wydawnictwo Poligraf
ul. Młyńska 38
55-093 Brzezia Łąka
tel./fax (71) 344-56-35
www.WydawnictwoPoligraf.pl
Podręczniki historii pełne są kłamstw,
których opublikowanie uzgodniły ze sobą
wszystkie zainteresowane strony.
Marzec 1921
Ojciec i syn brnęli przez zaspy śnieżne już od godziny, a granicy ciągle jeszcze nie było widać. Józek, opatulony w gruby kożuszek, z czapką głęboko nasuniętą na czoło i twarzą owiniętą w puszysty szal, zapadał się raz po raz aż po pas w głęboki śnieg, tak że ojciec co chwilę musiał go wyciągać.
Już od trzech dni trwał ostry mróz, a silny wiatr od wschodu budował głębokie zaspy śnieżne i co ważniejsze, zasypywał wszelkie ślady. Na taką pogodę czekał Bronisław już od tygodni, by przedostać się na drugą stronę słabo jeszcze strzeżonej granicy. Bronisław znał dobrze drogę. Przeprowadził już żonę Józefę, Bolka i Stasię. Został tylko najmłodszy syn – Józek. Od chwili gdy wiadomo było, że granica przebiega tak, że będzie musiał żyć z rodziną po bolszewickiej stronie, stało się jasne, że dłużej tu nie pozostaną. Po drugiej stronie granicy leżała Wołma, miasteczko należące do Wańkowiczów. Tam mógł liczyć na pomoc krewnych i dziedzica. Najtrudniejszy moment był jeszcze przed nimi.
– Tato, kiedy dojdziemy do domu? Zimno mi jest.
– Już niedługo, synku, już niedługo. Mama już czeka na nas, tylko bądź cicho, bo nas Sowieci usłyszą. Ani mru-mru!
Józefa, o której rękę starał się prawie dziesięć lat, szczęśliwie obdarowała go trójką zdrowych dzieci. Musiał jej przysiąc, że nie pozostaną na ziemi, gdzie rządzą bezbożne bolszewiki.
Zimny, lodowaty wiatr smagał ich twarze, ręce i nogi marzły do kości, policzki i uszy piekły aż do bólu. Porywisty wiatr przenikał przez odzież i kłuł niczym igły. Droga prowadziła nieopodal sowieckiej strażnicy granicznej, gdzie przy ogniu siedziało trzech żołnierzy z psem. Wszyscy trzej w długich płaszczach i spiczastych czapkach budionnówkach z klapkami na uszy. Skuleni, obejmując się wpół, stukali co chwilę butem o but. Trzy karabiny, oparte o siebie, stały obok ogniska. W ogniu trzaskały płonące gałęzie, a z ust żołnierzy z każdym oddechem wydobywały się kłęby pary.
– Słyszał ty, Stiepan, czto Polaki ubieżajut? Im nie nrawitsa sowietskaja włast'.
– Spokojno, spokojno. U nas nie budut ubieżat'. Nasz komiendant Społkin prikazał strielat' kak tol'ko kogo-to uwidisz. No w takuju nocz' ni sobaki nie wygoniat.
– No dawaj, pokuszat'*.
Zaczął padać gęsty śnieg, wzmogły się porywy wiatru. Nad brwiami i wargą Bronisława utworzyła się już skorupa ze śniegu i zamarzniętego oddechu. Józek zaczął się trząść i zgrzytać zębami. Przycupnęli na krótko za krzewem. Bronisław potarł chłopcu śniegiem twarz, a małe rączki ogrzał własnym oddechem. Dalej trzeba było pójść rowem wzdłuż rzeki, żeby pies nie zwietrzył. Rów nie był zbyt głęboki, ale dawał jednak ochronę przed śniegiem i zimnym wiatrem. Mijali już sowiecką strażnicę, kiedy pies zaczął zachowywać się niespokojnie i poszczekiwać. Dwóch żołnierzy podniosło się leniwie i zaczęli rozglądać się w ciemnościach, przytupując nogami i uderzając obu rękami o boki płaszcza. Ojciec i syn wsunęli się w głęboki śnieg tuż za zaspą. Leżeli chwilę bez ruchu. Na szczęście śnieg padał coraz mocniej, a i wiatr wydawał się sprzyjać uciekinierom.
– Niczego nie widno. Ot, sobaka durak* – mruknął jeden z żołnierzy.
Żołnierze usiedli znowu przy ognisku, dorzucili z trzaskiem gałęzi do ognia i rzucili psu resztkę mięsa.
Józek wdrapał się ojcu na plecy i trzymając się mocno kołnierza, butami wpił się w jego boki. Wiatr i mróz nie doskwierały mu już tak bardzo. Teraz mogli iść dalej, cicho i powoli aż do polskiej strażnicy, którą było widać w oddali. Następne kilkaset metrów przeszli szybciej, słysząc tylko coraz bardziej oddalające się szczekanie psa.
W końcu zmarznięci i wyczerpani dobrnęli do polskiej strażnicy. W małej izbie przy piecu czuwała grupka żołnierzy i dwóch młodych ludzi z okolicznej wsi. Z izby buchnęło ciepłym powietrzem i zapachem palonego w kominie drzewa.
– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! – rzekł Bronisław.
– A na wieki wieków – odpowiedzieli żołnierze. – Dokąd wy?
– Do Wołmy, przed bolszewikami uciekamy, tam już na nas czekają – odparł Bronisław.
– No to ogrzejcie się, a potem z Bogiem.
Bronisław odetchnął z ulgą i poszedł ogrzać się do ognia.
Nareszcie poczuł się bezpieczny i szczęśliwy. Józek podszedł do ojca i objął go za nogi.
– Tatusiu, chodźmy już do mamy!
* – Słyszałeś, Stiepan, że Polacy uciekają? Nie podoba im się władza radziecka.
– Spokojnie, spokojnie. Stąd nie będą uciekać. Nasz komendant Społkin rozkazał strzelać, jak tylko jakiegoś zobaczysz. Ale w taką noc nawet psa nie wypędzisz.
– Zjedzmy coś.
* – Nic nie widać. Głupi pies.
Zima w powiecie wołożyńskim trwała jak zwykle długo. Ludziom sprzykrzyły się już długie i ciemne wieczory wypełniane z nudów spotkaniami rodzinnymi zakrapianymi sowicie wódką. Mężczyznom – murarzom i cieślom – pilno było w szeroki świat, gdzie już czekała robota i godziwe zarobki. Handlarze zbierali po chatach garnki i kafle do pieców, które chłopi lepili zimą. Były one cenione w całym województwie nowogródzkim za ich przydatność i estetyczny wygląd. Młodzież iwieniecka spotykała się chętnie w Domu Żołnierza na potańcówkach czy oglądaniu filmów przywożonych saniami przez kino objazdowe.
Wiosna bywała zazwyczaj krótka, mokra i błotnista. Rzeka Wołmianka wylewała obficie, zalewając okoliczne łąki i torfowiska. Drogi były nieprzejezdne, tylko konno można było jechać z miasta do miasta, ze wsi do wsi. Wszyscy czekali więc lata, zwykle suchego i gorącego. Latem można było dojechać do dworca kolejowego w Olechowiczach albo do Wołożyna. Nawet autobusy z Wilna do Iwieńca jeździły regularnie.
Na początku maja, po zakończeniu roku szkolnego w szkole muzycznej w Wilnie, Józek Wołmiński mógł wreszcie wrócić do Wołmy, do domu rodzinnego na wakacje. Stęsknił się za rodziną, także rodzice i Bolek, starszy brat, czekali już niecierpliwie na niego. Brakowało im wesołego chłopaka grającego na fortepianie i śpiewającego stare i nowe pieśni i piosenki jak na zawołanie – z głowy. Już od małego dziecka zauważyli, że ma talent muzyczny. Potrafił grać na akordeonie i bałałajce, siedząc na ławeczce przed domem. Najbardziej lubił pianino i organy. Pianino stało w sali katechetycznej w proboszczówce. W kościele szedł najchętniej do organisty na chór i uczył się nut i śpiewania. Organista i proboszcz pozwalali mu po mszy grać na organach ile chciał. Dziedzic Wańkowicz lubił tego bystrego chłopca o żywych ciągle śmiejących się oczach i kręconych, ciemnych, prawie czarnych, włosach. Zachęcał go do grania na fortepianie stojącym w salonie i słuchał go chętnie. Gdy Józka przyjęto do szkoły muzycznej w Wilnie, dokładał ojcu do skromnej, ale pewnej pensji naczelnika poczty, aby starczyło na utrzymanie i naukę.
Z Bolkiem, starszym bratem, Józek rozumiał się dobrze. Nie bardzo jednak podobało mu się, że za często zagląda do kieliszka i ugania się za spódniczkami. Chętnie przebywał w salonie fryzjerskim, gdzie Bolek – po nauce zawodu – pracował. Przypatrywał się jego robocie, a czasem, kiedy praca się spiętrzała, sam też przyłożył ręki. Nigdy nie wiadomo przecież, co się w życiu przyda. A i nasłuchać się można wszystkich nowinek z miasteczka.
Stasia, starsza siostra, wyszła za mąż za Ludwika Żmijewskiego, podoficera z Korpusu Ochrony Pogranicza w Iwieńcu. Od dwóch lat nie było jej w domu. Urodziła już synów Andrzeja i Rysia i bez reszty zajęta była ich wychowaniem. Wyjść za mąż za wojskowego było marzeniem wszystkich dziewcząt w okolicy, bo to i poważanie u ludzi, no i stała pewna pensja. Żony wojskowych ubierały się inaczej niż proste dziewczyny ze wsi i z małych miasteczek. Były schludne, wykwintnie ubrane według najnowszej mody i pachniały lepiej niż wieśniaczki zabiegane od rana do nocy w gospodarstwie. Józek tęsknił za siostrą, wesołą i beztroską dziewczyną, z którą można było konie kraść – do tańca i do różańca. Przy jej urodzie nie trzeba było długo czekać, aż znalazł się kandydat na męża, a jej też było pilno, bo i czas był ku temu. Chłopcy rośli jak na drożdżach, sprawiając rodzicom tyle kłopotów, co radości.
Lato w 1939 roku przyszło tak wcześnie, że już w maju drogi wyschły i dni były na tyle ciepłe, że można było jeździć rowerem. Józek dumny był ze swego roweru. Kupił go za własne pieniądze zarobione za udzielanie korepetycji i odrabianie lekcji za bogatszych, ale leniwych młodych ludzi z miasteczka. Wybrał się w drogę wcześnie rano, bo chciał jak najdłużej być z siostrą i chłopakami, a poza tym drogi biegnące obok bagien były jeszcze niepewne.
Droga do Iwieńca biegła opodal rzeki Wołmianki wzdłuż lasów i łąk, które pokrywały się soczystą zielenią, przerywaną tu i ówdzie żółtymi pasmami kaczeńców, często rosnących na przyrzecznych bagnach. Przy rzece obok olch i wierzb stały grube drzewa zwane tutaj iwami, które dały nazwę miasteczku – Iwieniec. Wołmianka prowadząca wody do rzeki Niemen wylewała często wiosną, po stopieniu lodów, na okoliczne łąki. Tej wiosny wylewy jednak szybko ustąpiły i drogi były przejezdne.
Józkowi nie spieszyło się zanadto. Cieszyły go spokój i odgłosy lasu, migające wśród gałęzi drzew promyki słońca. Do tej symfonii barw i dźwięków lasu przywykł w dzieciństwie. Tak bardzo brakowało mu tego w Wilnie.
Mijał "pieszczuszki" – groby żołnierzy napoleońskich, którzy spoczęli tu na zawsze, wracając z kampanii moskiewskiej. Pochowani zostali przez tutejszych bogobojnych chrześcijan. Minął też wieś Pohorełki, gdzie miejscowa ludność ukrywała rannych powstańców styczniowych, a zmarłych pochowała, stawiając na ich grobach kamienie ze znakiem krzyża.
Pomimo że mieszkańcy Iwieńca nie brali udziału w powstaniach, to jednak Rosjanie ukarali ich za te uczynki miłosierdzia, zamykając obydwa murowane kościoły w mieście. Dopiero w 1904 roku zezwolił rząd rosyjski na odprawianie mszy świętej w kaplicy cmentarnej. Wszystkie te rosyjskie szykany pozostały w pamięci zbiorowej ludności Iwieńca, a bliskość granicy z Sowietami, z tymi "szatańskimi bezbożnikami", była tematem ich codziennych rozmów. Szczególnie po 30 maja 1907 roku, kiedy to mieszkańcy postawili krzyż przed murami zamkniętego kościoła pod wezwaniem Świętego Michała. Kościół ten wybudowano pod koniec XVIII wieku z inicjatywy rodziny Wańkowiczów, potem został zamieniony przez Rosjan na cerkiew. Policja rosyjska wykopała krzyż i przeniosła go pomimo lamentów i złorzeczeń Polaków na cmentarz. Następnego dnia krzyż stał znowu na dawnym miejscu, a przed nim grupa mieszkańców gotowa bronić go do ostatka. Policja zaczęła rozpędzać tłum batogami, w stronę żandarmów poleciały kamienie. Rozkazano strzelać. Tłum rozpierzchł się, pozostała tylko trafiona śmiertelnie 63-letnia Julia Niedźwiecka. Dzień ten pozostał jej rodakom w pamięci i czczony był co roku mszą i modlitwą.
Iwieniec otoczony był lasami sosnowymi, ciągnącymi się szerokim pasem od ostatnich domów miasteczka aż do Puszczy Nalibockiej. Znana ona była ze swej malowniczości, ale bagna i moczary czyniły ją trudną do przebycia. Unoszące się ponad bagnami opary wywoływały często niesamowite wrażenie, stwarzając atmosferę tajemniczości i grozy. Dzieci straszono żyjącymi w niej wilkami i dzikami, które zimą podchodziły aż pod zagrody w poszukiwaniu pożywienia. W czasie długich zimowych wieczorów opowiadano sobie o widmach i upiorach pojawiających się nad moczarami – błądzących duszach topielców, którzy utonęli w bagnach.
Zbliżając się do miasta, Józek miał wrażenie, że słyszy dźwięki muzyki. W pewnym momencie zobaczył tłumy ludzi idących w kierunku kościoła Świętego Michała. Orkiestra wojskowa prowadziła grupę żołnierzy maszerujących równym szeregiem w galowych mundurach. Za nimi konno podążał szwadron ułanów z lancami ustrojonymi proporcami i sztandarami szwadronu. Gromadki dzieci biegły za ułanami i u boku orkiestry. Przed sklepami i domami żydowskimi skupiały się grupki ubranych w długie czarne płaszcze i szerokie czarne kapelusze starozakonnych Żydów, przypatrujących się temu pochodowi. Józek dowiedział się od spieszącego w kierunku kościoła chłopca, że właśnie dzisiaj miasto obchodzi rocznicę śmierci Marszałka Józefa Piłsudskiego.
Marszałek Piłsudski czczony był w Iwieńcu jak święty, ciągle darzony miłością jego byłych legionistów, z których kilku tutaj mieszkało i cieszyło się powszechnym szacunkiem. W powszechnym przekonaniu to on sprawił, że Iwieniec należał do Polski. Dla jego obrony przed sowieckimi dywersantami i szpiegami umieścił tutaj Korpus Ochrony Pogranicza. Rozmawiano o nim zawsze z głębokim szacunkiem, miłością i wdzięcznością, a i niejedna łza pojawiała się na twarzach.
Uroczystość jeszcze się nie zaczęła. Ludzie zebrani przed kościołem obserwowali z uczuciem dumy i zachwytu maszerujących żołnierzy. Patrzyli z podziwem i zazdrością na schodzących na komendę z koni ułanów z szablą u boku i z chrzęstem ostróg. Orkiestra grała do marszu: "Jak to na wojence ładnie...".
Józek dojrzał w tłumie siostrę z synkiem na ręku, odświętnie i elegancko ubraną, prawie nie do poznania. Andrzej, starszy syn, pobiegł – jak wszystkie dzieci – za orkiestrą. Brat i siostra uściskali się, z trudem powstrzymując łzy radości. Stasia wyglądała na szczęśliwą, promieniała wręcz, opowiadając o życiu żony wojskowego, a przede wszystkim o chłopcach, których kochała do szaleństwa.
W międzyczasie przymaszerowali uczniowie szkoły – siódmoklasiści z nauczycielami, grupą harcerzy i harcerek w szarych mundurach z przewiązanymi chustkami na szyi. Ustawili się obok wejścia do kościoła.
Uroczystość rozpoczęła się biciem dzwonu, dzwonu Marszałka, ufundowanego przez żołnierzy Korpusu Ochrony Pogranicza i miejscową ludność. Józek obserwował właśnie grupę dziewcząt w harcerskich mundurkach. Zwrócił szczególną uwagę na jedną z nich, wysoką, prosto stojącą, o pięknej śniadej od słońca twarzy i brązowych jak u sarny oczach. Dziewczyna uśmiechała się jakby do swoich myśli, gdy nagle twarz jej spoważniała, a kiedy ucichł ostatni ton dzwonu, wystąpiła przed szereg. Tłum ucichł, a dziewczyna zaczęła recytować wiersz:
Jak grom z jasnego nieba okrutna spadła wieść
trzeba mieć w sercu siłę, aby ją godnie znieść.
Trzeba mieć w sercu siłę, by dźwignąć taki głaz,
o dziadku, dziadku miły, czemuś opuścił nas?
W Warszawskim Belwederze palą się światła w krąg
nikt uszom wierzyć nie chce, nikt nie śmie łamać rąk.
Ktoś odszedł, ktoś najdroższy, jak ojciec i jak matka,
ktoś, kto był sercem Polski, promienna postać dziadka.
Głos dzwonów w niebo bije, a lud schylony słucha
odszedł pomiędzy króle niezłomny mocarz ducha.
Józek patrzył na jej twarz przepojoną smutkiem i uduchowioną jednocześnie, kiedy z pasją recytowała wiersz. Nie mógł oderwać wzroku od jej postaci i od łez błyszczących na jej policzkach.
Tłum milczał. Słychać było tylko rżenie koni stojących opodal, jakby czekały, by zmarły Marszałek je dosiadł.
Józek spojrzał wyraźnie wzruszony na Stasię, która od razu zrozumiała, co się z chłopcem dzieje. Zanim zdążyła coś powiedzieć, rozległa się pieśń, którą śpiewał chór szkolny:
To nieprawda, że ciebie już nie ma,
To nieprawda, że jesteś już w grobie,
Choć płacze dziś polska ziemia,
Choć polska dziś ziemia w żałobie.
Chociaż serce ci w piersi nie bije,
Chociaż spoczął na wieki miecz dzielny,
W naszych sercach jak żyłeś tak żyjesz,
Ukochany wodzu nieśmiertelny.
Byłeś dla nas posągiem ze stali,
Byłeś dla nas sztandarem wspaniałym,
Ty, coś Polskę bronił i ocalił,
I wydźwignął na wieczny szczyt chwały.
Już usnąłeś po trudach nadludzkich,
Nie zwycięży już ciebie ból żaden,
Ukochany Marszałku Piłsudski,
My, żyjący, twoim pójdziem śladem*.
Wojsko i uczniowie wmaszerowali do kościoła, dudniąc po kamiennej posadzce, za nimi szli ludzie z miasta, którzy szybko zapełnili całą świątynię. Józek stał jak oniemiały pod wrażeniem tego, co widział i słyszał. Nigdy dotychczas nie przeżył takiego momentu oczarowania i fascynacji. Był jak zahipnotyzowany.
– Hej, braciszku, co się z tobą dzieje? – spytała Stasia. – Spodobała ci się ta dziewczyna, prawda? Znam ją, to Helena, córka Puczkara-Chmielewskiego. My mieszkamy w ich domu, na kwaterze. Poznasz ich.
– A który to jest twój mąż? – spytał Józek. Zażenowany chciał szybko zmienić temat po wejściu do kościoła. Z chóru dobrze było widać cały kościół.
– Nie wiem, co się dzieje, ale co chwilę wysyłają żołnierzy na zachód albo na południe i nie mówią dlaczego. Mojego wysłali przed tygodniem i nie wiem, kiedy wróci. Pisać mogę tylko na pocztę polową, a jemu nawet nie pozwalają pisać, gdzie stacjonuje, bo to tajemnica wojskowa. W ostatnim liście napisał, że przyjedzie za tydzień, ale to jeszcze niepewne.
Ludwik był Ślązakiem i znał biegle język niemiecki. Widocznie z tego powodu był potrzebny w sztabie.
Po uroczystościach kościelnych wojsko wróciło do koszar, ludzie rozeszli się powoli do domów. Stasia postanowiła pokazać bratu miasto i koszary wojskowe, leżące przy wyjeździe do Worożyna, Dom Żołnierza i spółdzielnię, w której sama pracowała, zanim urodziła dzieci. Józek interesował się tym raczej powierzchownie. Jego głowę zaprzątały zupełnie inne myśli.
Pomału zbliżali się do domu Chmielewskich, który znajdował się w centrum miasta, blisko rynku, przy ulicy Kościuszki 14. Rodzina Chmielewskich była od pokoleń zasiedziała w tej okolicy. Jej członkowie pracowali jako chłopi pańszczyźniani u zmieniających się dziedziców, właścicieli miasta i okolicznych wsi. Wszystko zmieniło się, kiedy były właściciel Iwieńca Jakub Plewako wyznaczył Jana Chmielewskiego do przymusowego wcielenia do wojska carskiego. Po dwudziestu czterech latach służby wojskowej w Suwałkach, gdzie nauczył się pisać, czytać i rachować, wrócił Jan do Iwieńca. Najpierw wybrał się – niosąc na plecach ciężką chorągiew kościelną – na dziękczynną pieszą pielgrzymkę do Częstochowy. Po powrocie za zaoszczędzone pieniądze, wszystko w złotych monetach carskich, wybudował trzy domy, założył sklep spożywczy i kupił dwa hektary żyznej ziemi. W ten to sposób zabezpieczył całą rodzinę na pokolenia. Z czasem dwa domy sprzedał, by wykształcić starszego syna Adama na księdza. Drugi syn Jan, zwany nie wiadomo dlaczego puczkarem, był co prawda bardziej zdolny, ale leniwy. Miał zostać nawet inżynierem, ale wybrał zawód murarza, by jak inni wędrowni murarze zobaczyć świat. Dojechał nawet aż do Mandżurii, gdzie – jak opowiadał – używał życia i młodości, dopóki jedna z jego znajomych pań nie zażądała ślubu. Chciała mu oczy wypalić, gdy odmówił żeniaczki. Koledzy zamknęli go w drewnianej skrzyni i tak udało mu się umknąć. Jak tylko pociąg ruszył, pomachał jej jeszcze na pożegnanie. Jan wrócił do Iwieńca, ożenił się z Kamilą Jankowską i zamieszkał w pozostałym domu wraz z ojcem.
Domy budowano w Iwieńcu i Wołmie zazwyczaj z drewna, ale z solidną podmurówką z polnego kamienia łupanego. Na fundamentach ustawiano tzw. zrąb, czyli ściany drewniane wykonane przez najlepszych w okolicy cieśli ze Starzynek, wiązane na węgłach na tzw. zamek. Dachy pokryte były gontem, rzadziej czerwoną dachówką, co świadczyło o zamożności gospodarza, albo blachą. Drewniane ściany malowano przeważnie na jasne kolory, najczęściej niebieski, żółty lub zielony. Domy były zazwyczaj ogradzane kolorowymi drewnianymi płotami. Pamiętając pożar miasta z 1888 roku, Jan postanowił jednak zbudować dom murowany i pokrył go blaszanym dachem. Dom składał się z dwóch oddzielnych mieszkań, w większym mieszkał Jan Puczkar-Chmielewski z żoną Kamilą i trójką dzieci, a w drugim na kwaterze Stasia z mężem i chłopcami.
Przed domem bawił się najmłodszy syn Jana, Adaś – ulubieniec ojca, który wraz z rodzicami i najstarszą córką Jadzią zdążył już wrócić z uroczystości. Kamila przygotowywała jak zwykle w święto uroczysty obiad – bliny z maczanką i klopsami. Jan wyszedł przed dom, aby przywitać gościa. Heleny ku rozczarowaniu Józka nie było w domu. Widać musiała się zająć gospodarstwem, co należało do obowiązków młodej dziewczyny w tych stronach.
Weszli do głównej izby, gdzie stał duży drewniany stół na dziesięć osób, z drewnianymi krzesłami – dzieło iwienieckich cieśli. W rogu pokoju stał piec z żółtych kafli, ogrzewający jadalnię i przylegającą do niej sypialnię rodziców. Centralnym punktem była kuchnia, gdzie szczególnie zimą skupiało się życie rodzinne. W rogu kuchni stał olbrzymi piec z płytą, zwany z ruska "pieczka", na którym szczególnie chętnie grzał swoje kości dziadek Jan w ostatnich latach życia. W kuchni rządziła niepodzielnie Kamila, mając Adasia pod okiem, a Helenę i Jadzię do pomocy. Starsza córka Jadzia była już zaręczona z Frankiem Łukaszewiczem – czeladnikiem krawieckim, który od czasu zaręczyn bywał częstym gościem u Chmielewskich.
Józek z niecierpliwością rozglądał się za Heleną, wreszcie dostrzegł ją zbliżającą się do sieni boso, z wiadrem świeżej wody ze studni. Dziewczyna speszyła się nieco widokiem chłopca, którego dotychczas nie znała. Józek wstał, podszedł do niej nieoczekiwanie, chwycił wiadro z wodą, dźwignął je i postawił na stołku przy piecu.
– A to jest Helena, moja młodsza córka. W tym roku skończyła siódmą klasę – przedstawił ją Jan.
– A co panienka chce dalej robić? – spytał Józek.
– Najchętniej uczyłabym się dalej w gimnazjum na nauczycielkę albo – jak nie będzie to możliwe – jakiegoś zawodu, najchętniej szycia. Nasze krawcowe mają dużo pracy. Szyją dla żon podoficerów i oficerów i ich dzieci – tu spojrzała w stronę Stasi. – A może pojadę do Junackich Hufców do Rogoźna albo do Raszyna pod Warszawą. Tylko czy nas na to stać?
– Ach, co tam, lato idzie, w gospodarstwie pełno roboty, przyjdą żniwa, wykopki, przyda się dziewczyna w gospodarstwie. Chleba i roboty nie zabraknie! – żachnął się Jan. – A może i w sklepie pomoże? Liczyć przecież umie – ciągnął dalej. – Kto tam wie, może i wojna będzie, różnie tu ludzie mówią, a i wojskowych wysyłają nie wiadomo gdzie, prawda, Stasiu?
Rozmawiali dalej o niepewnych czasach, o pogłoskach, o zbliżającej się wojnie, o niemieckim i sowieckim zagrożeniu.
– Ach, gdyby żył jeszcze Marszałek Piłsudski, mileńki ty moj – lamentowała Kamila.
– Nie byłoby strachu przed Niemcami i Rosjanami. A granica opodal. Dobrze, że Piłsudski namówił hrabiego Tyszkiewicza, by oddał ziemię na budowę koszar – kontynuował Jan.
– Zobaczcie, jak nasi ułani pięknie maszerują. A jak do kościoła na mszę wejdą, dzwoniąc ostrogami... A jak na komendę z chrzęstem szabel o posadzkę przyklękną przy podniesieniu, to aż serce się raduje – zachwycała się Kamila
– A i dla miasta zrobili dużo – mówił dalej Jan. – Już pięć lat mamy prąd z elektrowni miejskiej. Połączyli ją z tartakiem, z którego odpadki i piłowiny palą, i tak napędzają jej maszyny.
– I uczyć się można w mieście. Aż z dalekich wsi przychodzą dzieci do naszej szkoły – zauważyła Helena. – Wychudłe to, w ubraniach po rodzicach, buty za duże, ale chodzą do naszej siedmioklasówki. Żołnierze starają się ich lepiej ubrać i dożywiać. Dowożą codziennie ciepłe jedzenie – dodała Helena.
– Przed pięciu laty Komitet Budowy Szkoły, kierowany przez podpułkownika Brożka, wyprosił od pana Daraguncewa, ostatniego właściciela Iwieńca, teren na budowę szkoły. Żołnierze zaraz wykonali na jego rozkaz całe prace ziemne do budowy fundamentów. I to w kilka dni! Co wojsko, to wojsko – dodał Jan.
Szkoła, kształcąc dzieci, przyczyniła się do poprawy znajomości języka polskiego także u rodziców. Rozmawiali z sobą i dziećmi po polsku. Z wieśniakami zaś, najczęściej Białorusinami, po białorusku, często mieszając oba języki. Niektórzy znali nawet parę słów po hebrajsku.
Rodzina Chmielewskich była tak jak wszystkie polskie rodziny w Iwieńcu katolicka i głęboko wierząca. Tym bardziej że brat Jana, Adam, wyuczył się na księdza w seminarium duchownym w Petersburgu i pracował w parafii katedralnej w Mińsku u boku biskupa. Sowieci wywieźli go na Sybir. Przykuty kajdanami za nogę do taczki pracował ciężko, ponad siły. Małe obtarcie pod kajdanami na nodze zmieniło się w ranę. Kajdan mu nie zdjęto, rany nie leczono. Przyszło zakażenie, potem gangrena, w końcu nogę trzeba było amputować. O tym wszystkim pisał ksiądz Adam z katorgi do brata, który przez Czerwony Krzyż starał się uzyskać jego uwolnienie. Helena chodziła po ludziach, zbierając podpisy pod petycją do władz sowieckich. Wreszcie wiosną przyszła wiadomość, że ksiądz Adam będzie zwolniony z obozu pracy i wróci do domu za kilka miesięcy. Szczególnie Kamila, dla której księża byli największym autorytetem, oczekiwała jego powrotu lada dzień i modliła się na kolanach przy łóżku rano i wieczór. Była kobietą wielce religijną, jak większość kobiet w Iwieńcu. Rano i wieczorem, klęcząc obok łóżka, odmawiała głośno pacierze. W kościele musiała być przynajmniej raz dziennie, a rankiem śpiewała każdego dnia "Kiedy ranne wstają zorze", przygotowując poranną strawę. Wychodząc za mąż za Jana, miała nadzieję, że ksiądz Adam ułagodzi jego naturę i odciągnie go od kieliszka. Często głośno złorzeczyła, gdy wracał pijany do domu po świniobiciach i innych okazjach do pijatyki, a nawet zdarzało się, że nie wpuszczała pijanego do domu.
Jan natomiast, jak wszyscy murarze, pił chętnie. Jego wesoła natura, szczególny jowialny humor i dar opowiadania powodowały, że był zawsze mile widzianym gościem. I jak tu pozostać trzeźwym? Wysłuchiwał więc złorzeczeń żony cierpliwie, przysięgał poprawę, szedł do spowiedzi i... wszystko pozostawało po staremu. Tylko w Wielki Post powstrzymywał się od wódki.
Józek przyglądał się Helenie, jak pomaga matce nakrywać do stołu, podawać posiłki i sprzątać po jedzeniu. A robiła to wszystko z uśmiechem, wdziękiem i nieomal bez wysiłku, z gracją poruszając się po jadalni i po kuchni. Spodobała mu się dziewczyna.
Po obiedzie Stasia zaproponowała Józkowi i Heli, by pójść na akademię do Domu Żołnierza koło kasyna oficerskiego, dokąd wszyscy mieli wolny wstęp. Po akademii mogła być nawet potańcówka, jak zwykle po takich uroczystościach.
Józek początkowo się ociągał, gdyż obiecał wrócić na noc do Wołmy, ale rodzice liczyli się z tym, że może zostać u siostry na noc, więc chętnie się zgodził, tym bardziej że Helena miała też ochotę na zabawę.
W Domu Żołnierza spotkali też Jadzię z Frankiem, a Helena wypatrzyła inne koleżanki i kolegów ze szkoły. Przyszedł także Romek Karpiński, kuzyn i rówieśnik Heleny, którego matka, siostra Kamili, w swoim czasie cudem uniknęła katorgi syberyjskiej. Helena bardzo lubiła Romka. Oboje czytali chętnie, uczyli się wierszy i pieśni patriotycznych. Wędrowali bosą stopą po okolicznych polach i lasach, zbierając grzyby i jagody. Oboje byli harcerzami, a Romek zapisał się nawet do "Strzelców" i chodził raz w tygodniu na strzelnicę. Oboje nauczyli się kochać Polskę, czcić pamięć po Marszałku Piłsudskim i jego Legionach, kochać polskie wojsko i polskie sztandary.
W obu rodzinach przeplatały się ciągle wspomnienia i rozmowy o carskich, a potem sowieckich prześladowaniach, katorgach i Sybirze. Uczucia patriotyczne wzmagały się w ostatnich miesiącach, tym bardziej że radio coraz częściej nadawało niepokojące komunikaty i apele o zagrożeniach ze strony zachodnich i wschodnich sąsiadów Polski. Kroniki filmowe pokazywały parady niemieckich żołnierzy i pełne nienawiści przemówienia Hitlera.
Obecność wojsk Korpusu Ochrony Pogranicza dodawała wszystkim otuchy i nadziei, a wspomnienia Cudu nad Wisłą, w którym Jan Chmielewski brał czynny udział, dodawały im odwagi. Wierzyli, że w razie ataku Niemców czy Sowietów Polacy będą się bronić z determinacją.
Józek wydawał się Helenie całkiem inny niż Romek. Był spokojniejszy, nie taki zapalczywy jak Romek, delikatny w obejściu z nią i jej rówieśnikami. Nie było w nim ani krzty grubiaństwa, jakie cechowało jej rówieśników, szczególnie w obejściu z dziewczętami. Podobało jej się, gdy jej pomógł postawić wiadro z wodą, gdy ją zapraszał do tańca i gdy z nią rozmawiał, słuchając uważnie i traktując poważnie to, o czym mówiła. Tańczył też dobrze, z poczuciem rytmu i nie depcząc po nogach, nucąc z cicha melodię, którą grała kapela wojskowa. Starannie uczesany, o ciemnych oczach i kręconych włosach, ubrany po miejsku, wysoki, przyciągał wzrok tutejszych dziewcząt, ale on miał oczy tylko dla Heleny.
Romek, dowiedziawszy się, że Józek uczy się w Wilnie w szkole muzycznej, gra na pianinie i śpiewa, nie pytając się o nic, wskoczył – korzystając z przerwy – na scenę, na której stał fortepian, i zwrócił się do zebranej młodzieży:
– Proszę państwa, mamy wśród nas gościa z Wołmy, ucznia szkoły muzycznej w Wilnie. Poprośmy go, może zaśpiewa nam coś, co wielce szanowna i wybredna wileńska publiczność ostatnio chętnie słucha.
Józek zaskoczony tym nieoczekiwanym wyzwaniem spojrzał niepewnie i pytająco na Helenę, nie wiedząc, co ma robić.
Rozległy się brawa i okrzyki zachęty. Helena klaskała, uśmiechając się szelmowsko i zalotnie.
– Tak, Józku, zaśpiewaj dla mnie!
Józef nie dał się dalej prosić, wszedł na scenę, usiadł przy fortepianie i po chwili namysłu zaczął śpiewać:
Zakochany księżyc włóczy się po niebie
Coś go widać dręczy, dręczy tak jak mnie.
U mnie powód prosty, smutno mi bez ciebie
A księżyc, któż go tam wie, też mu pewnie źle.
Nocami błądzę sam, jak księżyc po niebie
Wśród gwiazd szukam ciebie i tak smutno mi.
Zakochany księżyc skrył się za chmurami
Rozpłynął się jak we mgle, baśń skończyła się*.
Kiedy przebrzmiały ostatnie dźwięki tanga, zapadła krótka cisza, po której nastąpiła burza oklasków. Józef lekko speszony zszedł ze sceny i pocałował Helenę w rękę.
Wracając późnym wieczorem do domu, trzymali się już za ręce.
* To nieprawda, że ciebie już nie ma, słowa A. Walczyńska, muzyka T. Mayzner.
* Zakochany księżyc, słowa Z. Friedwald, muzyka J. Kagan, W. Tychowski.