Jakiej śmierci najbardziej się boisz - Natasha Preston

Kup ebooka

44.99 zł
35.09 zł (34,64 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Pro­log

LĘK

Obser­wuję ten cały żało­sny cyrk zza szyby swo­jego samo­chodu. Potężna śnie­życa budzi do życia kalej­do­skop barw: ucznio­wie w kolo­ro­wych ska­fan­drach i spor­to­wych kurt­kach, pędzący w kie­runku głów­nego wej­ścia do liceum Rock Bay High. Cała ta szkoła żyje hoke­jem. Jeśli nie lubisz grać w hokeja, nie masz szans na jakie­kol­wiek osią­gnię­cia spor­towe.

Wszy­scy gapią się w biegu w swoje tele­fony. Mam ciut uchy­lone okno, więc mimo świsz­czą­cego wia­tru sły­szę urywki nie­któ­rych roz­mów. Ludzie mijają mnie, nie zwra­ca­jąc na mnie naj­mniej­szej uwagi - dokład­nie tak, jak lubię.

Wszy­scy dys­ku­tują na główny temat dnia: jaki jest naj­gor­szy rodzaj śmierci?

Kąciki moich ust uno­szą się nie­kon­tro­lo­wa­nie, kiedy uświa­da­miam sobie, że mój plan działa.

Okres od stycz­nia do marca to mar­twy sezon w naszym mia­steczku. Jest jesz­cze nud­niej niż zwy­kle, dla­tego nie mia­łem wąt­pli­wo­ści, że to naj­lep­szy moment na wpro­wa­dze­nie w życie mojego planu. Mój mem roz­prze­strze­nia się z pręd­ko­ścią świa­tła, tak jak przy­pusz­cza­łem. Nie­zdrowa cie­ka­wość, nuda plus parę oglą­da­nych ciur­kiem net­fli­xo­wych seriali o seryj­nych mor­der­cach - ta kom­bi­na­cja spra­wiła, że ludzie są zwy­czaj­nie zaja­rani mor­der­stwem i śmier­cią.

Udało mi się spra­wić, że wszy­scy roz­ma­wiają teraz o naj­obrzy­dliw­szych i naj­bo­le­śniej­szych spo­so­bach na śmierć. Zwie­rzają się sobie nawza­jem ze swo­ich naj­więk­szych lęków zwią­za­nych z wła­snym odej­ściem.

Konto, z któ­rego opu­bli­ko­wany został mem, było oczy­wi­ście fej­kowe, ze zdję­ciem jakiejś przy­pad­ko­wej laski wsta­wio­nym na pro­fi­lowe w ramach przy­nęty. To z tego wła­śnie konta pole­ciało ode mnie zapro­sze­nie do zna­jo­mych skie­ro­wane do Kasona Risby'ego.

Było wia­domo, że połknie haczyk. Taki typ. Kiedy tylko udo­stęp­nił mojego mema, wylo­go­wa­łem się z fej­ko­wego konta i od tam­tej pory na nie nie zaj­rza­łem.

Poli­cja byłaby oczy­wi­ście w sta­nie namie­rzyć adres IP, tyle że ten trop zapro­wa­dzi ich do pew­nej oble­śnej kafejki inter­ne­to­wej obok par­kingu dla cię­ża­ró­wek przy dro­dze mię­dzy­sta­no­wej. Wystar­cza­jąco daleko od naszej zapy­zia­łej rybac­kiej dziury.

Obser­wuję uczniów wbie­ga­ją­cych po scho­dach, trzy­ma­ją­cych się razem osił­ków, dzi­wa­ków ze szkol­nej orkie­stry dźwi­ga­ją­cych swoje instru­menty, popu­larne laski traj­ko­czące ze sobą. Przez tę okropną pogodę wszy­scy szybko zni­kają za drzwiami szkoły, jed­nak wiem dosko­nale, o czym będą gadać na kory­ta­rzach.

Jak zawsze w liceum. Eks­cy­ta­cja zwią­zana z nowym wyzwa­niem cią­gnie się tygo­dniami i wszy­scy dają się jej pochło­nąć - tak despe­racko pra­gną stać się czę­ścią grupy.

Czuję na twa­rzy mokry chłód, kiedy śnieg wpada z wia­trem przez uchy­lone okno. W samo­cho­dzie jest wil­gotno, mam mokre włosy. Już od dawna mi to nie prze­szka­dza; w moim życiu zbyt czę­sto wyko­py­wano mnie z domu na mróz.

Sądzę, że bez pro­blemu uda­łoby mi się prze­trwać na śniegu przez kilka dni.

Można poku­sić się o stwier­dze­nie, że to jedyny pozy­tywny aspekt mojego dzie­ciń­stwa.

Wzdy­cham i zamy­kam okno, wysia­dam z auta i robię kilka kro­ków w stronę budynku. Śnieg trzesz­czy pod moimi cięż­kimi butami.

Ci wszy­scy idioci pod­eks­cy­to­wani wizją podzie­le­nia się z innymi swo­imi naj­głęb­szymi lękami. Pod­eks­cy­to­wani czymś, co ja cudem prze­trwa­łem. Dla nich to zabawa, śmiech, prze­ko­ma­rza­nie się, czyje wizje są tak naprawdę naj­strasz­niej­sze.

Udu­sze­nie, uto­nię­cie, upa­dek, powie­sze­nie - lista nie ma końca.

Moje dło­nie bez­wied­nie zaci­skają się w pię­ści. To mia­steczko musiało wie­dzieć, co prze­ży­wam, a jed­nak nikt nie raczył przyj­rzeć się temu bli­żej. Żaden z doro­słych nie spy­tał mnie, czy w domu wszystko okej. Moje życie było głu­pią zabawą dla ludzi, któ­rzy powinni o mnie dbać i się mną opie­ko­wać.

Nie­ba­wem wszy­scy zro­zu­mieją, że dla mnie to nie jest zabawa.

Że to nie jest kolejny durny mem.

Że to jest zemsta.

Że śmierć jest już bli­sko.

Rozdział 1

1

IZZY

Śnieg pokrywa zie­mię niczym puchaty dywan. Wygląda cudow­nie: tysiące maleń­kich krysz­tał­ków migo­czą­cych w słońcu. Ale też skrywa to, co pod spodem.

Zeszłej zimy dopiero po dwóch mie­sią­cach, kiedy śnieg wresz­cie stop­niał, odna­le­ziono mar­twego psa mojego sąsiada. Terie­rek całe dwa mie­siące leżał przy­kryty śnie­giem, zale­d­wie parę metrów od drzwi wej­ścio­wych domu swo­ich pań­stwa.

Nie­jedno może czaić się pod śnie­giem. Czeka nas jesz­cze parę mie­sięcy mrozu, ale powie­trze jest już ciut cie­plej­sze. Nie na tyle, żeby zale­ga­jący śnieg się roz­to­pił albo żeby w ogóle prze­stał padać, ale na tyle, że jestem w sta­nie wyjść na zewnątrz i wziąć głę­boki oddech bez wra­że­nia, jak­bym dostała cios w brzuch. Wsia­dam do samo­chodu i natych­miast pod­krę­cam ogrze­wa­nie. Drogi są regu­lar­nie odśnie­żane przez pługi i prze­jezdne. Wyglą­dają tro­chę jakby były wydrą­żone w dwu­dzie­sto­pię­cio­cen­ty­me­tro­wej war­stwie śniegu.

Według pro­gnozy czeka nas jesz­cze wię­cej burz śnież­nych.

Słońce już wstało, ale nie może prze­bić się przez szare chmury. Sty­czeń to w naszym mia­steczku czas nie­koń­czą­cego się mroku. Mój samo­chód naresz­cie się roz­grzewa, więc włą­czam świa­tła i wyjeż­dżam tyłem z pod­jazdu. Na szczę­ście mój tata wczo­raj odśnie­żył, ina­czej spóź­ni­ła­bym się do szkoły.

Marzę, żeby mnie przy­jęli na Uni­wer­sy­tet Stanu Flo­ryda. Koniec z mroź­nym powie­trzem, koniec z zimo­wymi płasz­czami i weł­nia­nymi czap­kami, koniec z roz­k­min­kami, czy pod śnie­giem kryje się jakieś tru­chło.

Moja sio­stra Lia zwiała w zeszłym roku na Uni­wer­sy­tet Pół­noc­nej Karo­liny i bar­dzo chwali sobie tam­tej­szy cie­pły kli­mat... i jedze­nie!

Jestem w ostat­niej kla­sie, a Justin Rae na­dal nie wie o tym, że ist­nieję, a ja wciąż nie przy­zna­łam się mojej naj­lep­szej przy­ja­ciółce Syd­ney - Syd - że tak naprawdę nie zno­szę cho­dzić na imprezy, do cen­trum han­dlo­wego ani w żadne inne miej­sca, do któ­rych tak ocho­czo mnie ciąga.

Teo­re­tycz­nie mamy iść jutro na imprezę do Marielli Whit­more. Bogata laska, marzy o poślu­bie­niu milio­nera, mówi co dru­gie słowo "co nie" - pew­nie zna­cie ten typ.

Lia nazywa mnie czło­wie­kiem cie­niem, bo zawsze ase­ku­rancko z kimś się trzy­mam i nie umiem wal­czyć o swoje.

Pew­nie czu­ła­bym się ura­żona, gdyby nie to, że jest to abso­lutna prawda.

Mój samo­chód z kle­ko­tem zatrzy­muje się na szkol­nym par­kingu. Zawsze staję na tym samym miej­scu, tym, które wcze­śniej nale­żało do Lii.

Odchy­lam osłonę prze­ciw­sło­neczną i prze­glą­dam się w lusterku. Mam jasną kar­na­cję, gładką cerę i lekko różowe policzki. Jestem z tego powodu ogrom­nie wdzięczna losowi, bo z maki­ja­żem jest u mnie naprawdę kiep­sko. Włosy ukła­dają mi się w natu­ralne fale, co cał­kiem mi odpo­wiada, bo zde­cy­do­wa­nie wolę sobie dłu­żej pospać, zamiast budzić się rano, żeby mode­lo­wać fry­zurę. Oczy mam takie same jak moja sio­stra, orze­chowe, tyle że na lewej tęczówce jest mnó­stwo zie­lo­nych pla­mek. Syd mówi, że to zaje­bi­ście wygląda, a ja sama też już zdą­ży­łam je polu­bić.

Się­gam po ple­cak.

Rock Bay High jest moim domem od trzech i pół roku. Mia­steczko nazy­wało się kie­dyś Rock Bass Bay, ale lata temu zde­cy­do­wano się zre­zy­gno­wać ze słowa "bass" - "okoń" - żeby lepiej brzmiało. I rze­czy­wi­ście, teraz nazwa suge­ruje miej­sce o wiele bar­dziej intry­gu­jące, niż jest w rze­czy­wi­sto­ści.

Tyle że nie­spe­cjal­nie nam to pomo­gło. W naszym sta­nie jest sporo więk­szych por­tów i o mia­steczku wie­dzą raczej tylko ci, któ­rzy tu miesz­kają.

- Izzy! - woła Syd, otwie­ra­jąc szarp­nię­ciem drzwi samo­chodu, jakby się paliło. Ude­rza mnie podmuch lodo­wa­tego powie­trza. - Czemu tak późno?

Zasko­czona zer­kam na zega­rek na tablicy roz­dziel­czej.

- Jestem nawet wcze­śniej niż...

- Dobra, nie­ważne. Sły­sza­łaś? Justin rzu­cił Gemmę. Znowu jest do wzię­cia!

Byłaby to rze­czy­wi­ście fan­ta­styczna wia­do­mość, gdy­bym tylko miała u niego choćby cień szansy.

- Nic mnie to nie obcho­dzi - oznaj­miam.

- Taa, jasne. - Syd prze­wraca oczami o nie­sa­mo­wi­tym szał­wio­wym kolo­rze i zaczyna prze­glą­dać tele­fon.

Syd jest wysoka, ma gładką ciemną skórę, pełne usta, fan­ta­styczne loki do ramion i sze­roki uśmiech. Jeste­śmy nie­roz­łączne od pierw­szej klasy liceum.

- Powin­naś spró­bo­wać, Iz.

Justin ni­gdy na mnie nawet nie spoj­rzał tymi swo­imi cudow­nymi zie­lo­nymi oczami.

- Och! - wzdy­cha nagle, jakby coś sobie przy­po­mniała. - Ej, widzia­łaś to już? Wszę­dzie teraz jest.

Pod­sta­wia mi pod nos komórkę, kiedy wysia­dam z auta. Mru­gam ner­wowo i odchy­lam głowę.

- Chyba trudno mi będzie coś zoba­czyć z ekra­nem pięć cen­ty­me­trów od twa­rzy, co? - Odsu­wam tele­fon.

- No patrz.

- Nowy mem? Jakaś gra? Lęk... czego? Syd, na co ja wła­ści­wie patrzę?

Widzę zamar­z­nięta czer­woną różę na zaśnie­żo­nym pomo­ście. Nie­które płatki odpa­dły i leżą roz­sy­pane wokół. Poni­żej tekst:

Udo­stęp­nij ten post i wyjaw swój naj­więk­szy lęk! Gdyby śmierć miała nadejść dzi­siaj, jaki byłby dla cie­bie naj­gor­szy rodzaj śmieci? #twoj­lek

- Powie­dzia­ła­bym, że ciutkę schi­zu­jące... ej, zaraz, czy to nie jest przy­pad­kiem nasz dok? - Odru­chowo zer­kam przez ramię w stronę portu, cho­ciaż jeste­śmy od niego daleko. Potem znów patrzę na zdję­cie. Tak, to zde­cy­do­wa­nie nasz dok. Drew­niany słu­pek w tle wygląda dokład­nie jak ten przy tutej­szej knaj­pie, Puck. Są tam nawet wyrzeź­bione ini­cjały wła­ści­ciela, Mat­thew, i krą­żek hoke­jowy.

Nic dziw­nego, że wszy­scy wokół są dodat­kowo pod­eks­cy­to­wani tym wyzwa­niem. Sądzą, że wymy­ślił je ktoś, kogo znamy.

- Dokład­nie o tym samym pomy­śla­łam! Naj­wy­raź­niej ktoś z tutej­szych ma vira­lowe ambi­cje. Co za lamus - odpo­wiada Syd.

- Nie ma imie­nia ani nazwi­ska. Ory­gi­nalny post wrzu­ciła jakaś Janie Dow. Ha, ha. Cie­kawe, jak szybko ktoś to zgłosi i kiedy to zdejmą.

Syd kręci głową i chowa tele­fon. Wcho­dzimy do szkoły.

- Jak myślisz, czyja to robota? Wygląda na dzieło lice­ali­sty, nie?

- Pew­nie to ktoś, kto cho­dzi do naszej szkoły. - Wzru­szam ramio­nami. Wewnątrz ude­rza nas zapach środ­ków czy­sto­ści, nie­udol­nie pró­bu­jący przy­kryć odstrę­cza­jący smród brud­nych skar­pet. Nasza dru­żyna hoke­jowa tre­nuje dzień w dzień, czego naj­lep­szym dowo­dem jest ten zapach. No i jesz­cze te wszyst­kie błysz­czące tro­fea z cza­sów świet­no­ści, pousta­wiane w gablot­kach.

Rock Bay High ma hopla na punk­cie hokeja. Pra­wie nad każ­dymi drzwiami wiszą banery dru­żyny RBH Blade Roc­kies z absur­dal­nie pod­ra­so­wa­nym her­bem Rock Bay.

Justin, kapi­tan dru­żyny, cią­gle upiera się, że zespół powi­nien tre­no­wać jesz­cze wię­cej i jesz­cze cię­żej, żeby w tym roku mieć szansę na wygra­nie... cze­go­kol­wiek. Naj­lep­sze jest to, że z nim i Kaso­nem Ris­bym w skła­dzie mamy nawet cień szansy.

Roz­glą­dam się po kory­ta­rzu i dostrze­gam, że pra­wie wszy­scy są wga­pieni w swoje tele­fony i gadają o czymś szep­tem. Serio cho­dzi o tego mema?

- Czego ty się naj­bar­dziej boisz? Zaraz, nie mów, już wiem. Śmierć przez udu­sze­nie, zga­dza się? - dopy­tuje Syd, pisząc coś na tele­fo­nie, kiedy lawi­ru­jemy mię­dzy grup­kami uczniów.

- Mhm - potwier­dzam. - A ty naj­bar­dziej boisz się, że ktoś cię zadźga, tak jak w hor­ro­rze, cios za cio­sem.

- Nie lubię bólu, a to musi być cho­ler­nie bole­sna śmierć. Sły­sza­łam, że uto­nię­cie jest bar­dzo spo­koj­nym spo­so­bem.

Pry­cham szy­der­czo.

Spo­kojny spo­sób? Jedyna spo­kojna śmierć to śmierć we śnie. Na to wła­śnie liczę, kiedy będę już stara i pomarsz­czona.

Nie wie­rzę, że w ogóle o tym myślę.

- Śmierć w poża­rze to też kiep­ski spo­sób - dodaje Syd.

- Wyda­wało mi się, że media spo­łecz­no­ściowe są po to, żeby każdy mógł chwa­lić się swoim ide­al­nym życiem.

Syd bie­rze mnie pod rękę i razem idziemy do klasy.

- To już nie­ak­tu­alne, Izzy, nadą­żaj. Teraz cho­dzi przede wszyst­kim o cze­len­dże i seryj­nych mor­der­ców.

- Nie mam zamiaru jeść kap­su­łek do pra­nia.

- To chyba powi­nien być twój naj­więk­szy lęk, co, Iz?

- Co dokład­nie? Idioci z Tik­Toka czy jedze­nie che­mii gospo­dar­czej?

Wybu­cha śmie­chem. Wcho­dzimy do sali.

- Nikt mi nie wmówi, że strzał w głowę jest gor­szy od uto­nię­cia - oznaj­mia gło­śno Kason, jakby chciał, żeby cała szkoła go usły­szała. Szyb­kim ruchem prze­cze­suje swoje ciemne włosy, po czym wybu­cha śmie­chem i żar­to­bli­wie sztur­cha Justina w musku­larne ramię.

Nie­zły z nich duet. Każdy chło­pak chce być taki jak oni, wszyst­kie dziew­czyny na nich lecą. Czy nie tak mówią? Jestem w każ­dym razie pewna, że Kason tak wła­śnie myśli. Zaro­zu­miały dupek, który liczy, że dzięki hoke­jowi bez pro­blemu dosta­nie się na stu­dia.

Zaj­mu­jemy z Syd miej­sca w naszych ław­kach.

Justin jest... inny. Jasne, jest popu­larny i mega pewny sie­bie, ale ni­gdy nie sły­sza­łam, żeby źle kogoś trak­to­wał. Co nie zmie­nia faktu, że jest seryj­nym flir­cia­rzem, podob­nie jak Kason.

To jesz­cze jeden powód, dla któ­rego ni­gdy bym się w to nie wpa­ko­wała, nawet gdy­bym miała u niego jakie­kol­wiek szanse - jego śred­nia związku z dziew­czyną wynosi jakieś trzy mie­siące. Jasne, to i tak lepiej niż Kason, któ­rego rekord wynosi trzy godziny.

W każ­dym razie zga­dzam się z Kaso­nem w jed­nej kwe­stii: uto­nię­cie byłoby gor­sze niż strzał w głowę.

Pani Grady spraw­dza obec­ność, po czym roz­lega się dzwo­nek na pierw­szą lek­cję.

Po dro­dze na angiel­ski sły­szę jakiś tuzin kosz­mar­nych pomy­słów na śmierć.

Na kory­ta­rzu mija nas Mariella w towa­rzy­stwie swo­jej zastęp­czej przy­ja­ciółki, Jes­sie, jako że jej praw­dziwe przy­ja­ciółki, Tay­ley i Deb­bie, mają w tym cza­sie zaję­cia z innego przed­miotu.

- No bła­gam, jak już mia­ła­bym umie­rać, to tylko abso­lut­nie spek­ta­ku­lar­nie. Musi być, no wiesz, gło­śno w mediach, co nie?

Przy­się­gam, za każ­dym razem, kiedy sły­szę to jej "co nie", umiera mi jedna szara komórka.

Na angiel­skim zaj­muję miej­sce na tyłach, obok Axela, dzie­ciaka, który pew­nie mógłby robić już magi­stra i który prak­tycz­nie z nikim nie roz­ma­wia. Zawsze cho­dzi w czar­nej skó­rze i ma nie­zmien­nie znu­dzony wyraz twa­rzy. Nie była­bym zasko­czona, gdyby oka­zało się, że naj­więk­szym lękiem paru osób z naszej szkoły byłaby "śmierć od mor­der­czego spoj­rze­nia Axela". Krąży plotka, że jest od nas star­szy, ale kibluje. Tyle że to kom­plet­nie nie ma sensu, bo koleś jest geniu­szem. Według innej plotki z pre­me­dy­ta­cją oblał egza­miny. Tyle że kto niby chciałby sobie wydłu­żać liceum? Nikt.

Roz­glą­dam się po sali. Chyba jesz­cze ni­gdy nie widzia­łam, żeby wszy­scy byli tak rado­śni i pod­eks­cy­to­wani w środku zimy, a już na pewno nie w poło­wie stycz­nia. Kto by pomy­ślał, że wystar­czyła tylko gorąca dys­ku­sja na temat tego, kto jak boi się umrzeć...

Justin sie­dzi w ostat­nim rzę­dzie z Tay­ley i Deb­bie. Tay­ley chło­nie każde jego słowo. Wygląda na to, że roz­po­częła już kam­pa­nię na rzecz zosta­nia jego kolejną dziew­czyną, skoro jest chwi­lowo wolny.

Do klasy wpada pan Mar­ri­son i gło­śno chrząka - to jego sygnał, że zaczyna się lek­cja.

Sta­ram się nie odpły­nąć, kiedy słu­cham jed­no­staj­nego bucze­nia jego mono­ton­nego głosu.

- Jak ci minął week­end? - zaga­duję Axela.

Powoli odwraca głowę w moją stronę. Jego oczy mają nie­sa­mo­wi­cie jasny odcień błę­kitu, przy­po­mi­na­jący lód za oknem. Są jakby tro­chę odre­al­nione, ale wyraź­nie widzę, że to nie soczewki kon­tak­towe.

- W porządku. A tobie?

Otwie­ram pod­ręcz­nik.

- Byłam na zaku­pach, a potem na wie­czor­nym sean­sie kino­wym z Syd.

Odby­wamy podobną roz­mowę nie­mal każ­dego poranka. Ja sta­ram się zagaić, żeby szyb­ciej minęła lek­cja. On odbur­kuje jedno-, dwu­wy­ra­zowe odpo­wie­dzi. Ale dziś mam jesz­cze w zana­drzu dodat­kowy temat.

- Widzia­łeś tego mema na Insta­gra­mie? - pytam.

- Tja.

Cze­kam, aż roz­wi­nie swoją myśl, ale kolejne sekundy mijają w zupeł­nej ciszy i wycho­dzę na dzi­wa­dło, które za długo się na niego gapi.

- Okej - mam­ro­czę i kulę się w sobie. Ta lek­cja minę­łaby nam o wiele szyb­ciej, gdyby Axel był cho­ciaż odro­binę bar­dziej przy­ja­zny.

Teraz rzuca mi wymu­szony uśmiech, który przy­po­mina raczej pełen iry­ta­cji gry­mas, po czym odwraca się ode mnie.

Reszta klasy gada, wszy­scy pochło­nięci są cichymi roz­mo­wami, śmieją się pod nosem. Tylko w naszej ławce zawsze panuje kom­pletna cisza.

Za sobą sły­szę, jak Tay­ley opo­wiada Justi­nowi, że jej naj­więk­szym lękiem jest śmierć przez zmiaż­dże­nie.

Rze­czy­wi­ście, nie naj­faj­niej­szy spo­sób na zgon, ale wydaje mi się, że dość szybki. Nie byłoby zbyt dużo czasu na roz­my­śla­nie. Co innego udu­sze­nie, kiedy przez kilka minut zda­jesz sobie sprawę z tego, że umie­rasz. Mio­tasz się, wal­czysz, aż wresz­cie dociera do cie­bie, że prze­gry­wasz.

Pod­no­szę wzrok i widzę, że Axel kręci głową z nie­sma­kiem. Zde­cy­do­wa­nie nie należy do grona osób, które bra­łyby udział w tik­to­ko­wych wyzwa­niach ani czym­kol­wiek innym, co wią­za­łoby się z tępym podą­ża­niem za tłu­mem. Jest dla mnie prak­tycz­nie obcą osobą, ale mimo to wiem na pewno, że ten czło­wiek nie robi niczego, na co nie ma ochoty.

W prze­ci­wień­stwie do mnie.

Jestem mega cie­kawa, jaki jest jego naj­więk­szy lęk. Pew­nie coś w stylu "zostać roz­strze­la­nym z kara­binu maszy­no­wego". Jed­nego z tych, które w fil­mach plują nabo­jami w nie­skoń­czo­ność.

W sumie nie zaszko­dzi go spy­tać. Zawsze może mi po pro­stu odpo­wie­dzieć, żebym się odcze­piła. Albo mnie zigno­ro­wać. Pew­nie by mnie zigno­ro­wał.

Axel sięga po ciężki pod­ręcz­nik i otwiera go. Obser­wuję, jak napi­nają się mię­śnie jego przed­ra­mie­nia. Chło­pak nie gra w dru­ży­nie hoke­jo­wej, ale wygląda na to, że ostro ćwi­czy. Odwra­cam wzrok, nie­pewna, czy moje spoj­rze­nie nie jest dla niego krę­pu­jące.

- Izzy?

Aż pod­ska­kuję na dźwięk suro­wego tonu pana Mor­ri­sona.

- Co pro­szę?

- Pro­jekt o Edga­rze Alla­nie Poem. Będziesz pra­co­wała z Axe­lem.

Czuję z ner­wów ścisk w żołądku, mam jed­nak nadzieję, że nie widać po mnie, jak bar­dzo jestem prze­ra­żona tą wizją.

- To pro­jekt gru­powy?

- W parach - pre­cy­zuje Axel.

No to świet­nie. Co za nie­spra­wie­dli­wość - dobie­rać nas w pary na pod­sta­wie tego, koło kogo sie­dzimy, zamiast po pro­stu pozwo­lić nam samo­dziel­nie wybie­rać. Praca indy­wi­du­alna tuż obok niego to już wystar­cza­jąca męczar­nia. Co gor­sza, pew­nie będziemy musieli spo­tkać się też po lek­cjach i wymie­nić ze sobą wię­cej niż sie­dem słów. Jak on sobie pora­dzi, bie­da­czyna?

Zer­kam w bok i widzę, że Axel wpa­truje się w kartki pod­ręcz­nika z taką zło­ścią, jakby wła­śnie przed chwilą poka­zały mu środ­kowy palec.

Cóż, nie da się nie zauwa­żyć, że jemu rów­nież śred­nio podoba się wizja wspól­nej pracy.

- To co, spo­tkamy się jakoś w tym tygo­dniu po szkole? - pytam.

- Po co? - odpo­wiada pyta­niem, jakby to nie było zupeł­nie oczy­wi­ste.

- Nooo, żeby popra­co­wać nad pro­jek­tem...

Chyba sobie nie wyobraża, że chcia­ła­bym spo­tkać się z nim towa­rzy­sko. Szcze­rze mówiąc, raczej bała­bym się zostać z nim sam na sam.

- Możemy zro­bić go na lek­cji.

- Nie no, jasne, ale co, jeśli się nie wyro­bimy?

- Wyro­bimy się.

Mocno przy­gry­zam wargę, żeby nie powie­dzieć mu, że ma się gonić. Prze­cież to nie był mój pomysł z tym pro­jek­tem w parach, a ten czło­wiek zacho­wuje się, jak­bym go zmu­szała.

- Jak uwa­żasz. Ale wiesz, że będziemy musieli roz­ma­wiać, tak? Zda­jesz sobie z tego sprawę?

- Nie mam pro­blemu z roz­ma­wia­niem z tobą, Izzy.

Po raz pierw­szy od trzech i pół roku w tej szkole usły­sza­łam, jak wypo­wiada moje imię. W sumie to chyba nie sły­sza­łam, żeby uży­wał czy­je­go­kol­wiek imie­nia. Wiem dosko­nale, że kła­mie. To oczy­wi­ste, że nie ma ochoty ze mną roz­ma­wiać.

Sia­damy do pracy, a wła­ści­wie - ja sia­dam. Pro­po­nuję, żeby­śmy w naszej pre­zen­ta­cji skon­cen­tro­wali się na tym, jak ponure życie Poego wpły­nęło na jego twór­czość. Axel odpo­wiada na wszyst­kie moje suge­stie swoim stan­dar­do­wym burk­nię­ciem. Odno­szę wra­że­nie, że nie obcho­dzi go, o czym będzie nasz pro­jekt. Po pro­stu chciałby mieć go jak naj­szyb­ciej z głowy.

W związku z czym ja robię notatki, a on wpa­truje się w blat stołu niczym seryjny mor­derca.

Kiedy wresz­cie sły­szę cudowny, upra­gniony dźwięk dzwonka, wzdy­cham z auten­tycz­nym poczu­ciem ulgi.

- Axel - zaczy­nam, kiedy on bie­rze swój nie­otwarty zeszyt i wstaje. Spo­gląda na mnie z góry.

- Co? - bur­czy.

Cho­lera, ależ jest wysoki. Sie­dem­na­ście lat, a chłop jak dąb, spo­koj­nie mógłby robić za dwu­dzie­sto­latka. Kwa­dra­towa szczęka, zmierz­wione blond włosy i oczy w kształ­cie mig­da­łów nie­jed­nej dziew­czy­nie zawró­ci­łyby w gło­wie... to jest, dopóki nie spró­bo­wa­łaby go poznać.

Po pro­stu to powiedz, Izzy.

- Jaki jest według cie­bie naj­gor­szy rodzaj śmierci?

Kręci z dez­apro­batą głową, dokład­nie tak, jak prze­wi­dzia­łam. Taaa, gość zde­cy­do­wa­nie jest ponad te wszyst­kie memy.

Mimo to nie wymię­kam, zadzie­ram pod­bró­dek i cze­kam na odpo­wiedź.

Wresz­cie się jej docze­kuję.

- Wszyst­kie.

- Co pro­szę? Wszyst­kie?

Obcho­dzi ławkę dookoła, nie spusz­cza­jąc ze mnie wzroku.

- Upa­dek, pożar, cho­roba, bycie pocho­wa­nym żyw­cem, zmiaż­dżo­nym, udu­szo­nym, zadźga­nym, zastrze­lo­nym, pobi­tym na śmierć... jaka to róż­nica? Każdy rodzaj śmierci jest straszny. Wszy­scy latają w kółko i dys­ku­tują o tym, jaki rodzaj śmierci jest naj­strasz­niej­szy, prze­ko­nani, że są naj­mą­drzejsi na świe­cie. - Kręci głową. - A prawda jest taka, że kiedy nad­cho­dzi śmierć, bez względu na to, w jakiej postaci, zawsze odczuwa się lęk.

Rozdział 2

2

IZZY

Słowa Axela koła­czą mi się po gło­wie, kiedy razem z Syd idziemy zatło­czo­nym kory­ta­rzem na salę gim­na­styczną.

Prawda jest taka, że kiedy nad­cho­dzi śmierć, bez względu na to, w jakiej postaci, zawsze odczuwa się lęk.

Co to w ogóle za kosz­mar­nie schi­zu­jący tekst.

- To o czym dziś roz­ma­wia­łaś z naszym szkol­nym świ­rem? - pyta Syd, rzu­ca­jąc krzywe spoj­rze­nie komuś, kto nie zosta­wił jej dość miej­sca, żeby mogła przejść.

- Axel nie jest świ­rem, Syd.

W każ­dym razie tak mi się wydaje. Może jest po pro­stu tro­chę dziwny. No bo kto boi się każ­dego rodzaju śmierci?

A z dru­giej strony - wła­ści­wie co w tym dziw­nego? Może to my wszy­scy jeste­śmy szur­nięci, a on jeden ma poukła­dane w gło­wie? Nie mam wąt­pli­wo­ści, że jeśli czy­imś naj­więk­szym lękiem jest śmierć przez uto­nię­cie, a zosta­nie pod­pa­lony, to zrobi mu to nie­wielką róż­nicę.

Syd pry­cha śmie­chem.

- Och, jasne, po pro­stu nikt go nie rozu­mie. Wie­dzia­łaś, że mieszka sam? Bez rodzi­ców?

- A ty skąd to niby wiesz?

- Pod­słu­cha­łam, jak Tay­ley roz­ma­wiała o tym z Deb­bie. Mieszka kilka prze­cznic od niego i twier­dzi, że ni­gdy nie widziała ani jego rodzi­ców, ani w ogóle żad­nego doro­słego, który wycho­dziłby z jego mikro­sko­pij­nego miesz­kanka.

- No cie­kawe, ile czasu spę­dziła pod jego domem, że wysnuwa takie inte­re­su­jące wnio­ski - mówię z prze­ką­sem. Śred­nio ufam opi­niom Tay­ley i Deb­bie, które non stop zacho­wują się tak, jakby urwały się z prze­słu­cha­nia do Eufo­rii.

Syd idzie z nosem w tele­fo­nie i pra­wie wpada na kolejną grupkę ludzi.

- O, popatrz! Justin udo­stęp­nił mema ze swoim naj­więk­szym lękiem. Chcesz wie­dzieć, co napi­sał?

Moc­nym pchnię­ciem otwie­ram drzwi szatni.

- Sama mogę spraw­dzić. Poza tym Kason powie­dział, że jego lęk jest gor­szy niż bycie zastrze­lo­nym, więc zakła­dam, że to będzie to.

- Nie psuj zabawy, lz. Zresztą nie masz racji. Naj­bar­dziej boi się udu­sze­nia, tak samo jak ty. Nor­mal­nie jeste­ście dla sie­bie stwo­rzeni.

- Ja to chyba boję się teraz każ­dego rodzaju śmierci - stwier­dzam, wzdry­ga­jąc się.

- Dobra, teraz to już muszę wie­dzieć, co takiego naga­dał ci Axel!

- Nic wiel­kiego. Nie jest zachwy­cony fak­tem, że musi pra­co­wać ze mną w parze.

- Nie mogę uwie­rzyć, że pan Mor­ri­son sam poprzy­dzie­lał nam miej­sca. Co za potwór. Pew­nie to jedyna roz­rywka w jego życiu. Idziesz dziś na imprezę do Marielli, prawda? Jej mama wyje­chała i wraca dopiero w środę. Nie możesz odmó­wić. To nasz ostatni rok w liceum. Musimy zali­czyć każdą imprezę i każde wyda­rze­nie. To ma być rok, który zapa­mię­tamy na długo.

- Skąd te wszyst­kie mądro­ści życiowe, co?

Ruszamy do naszych sza­fek, żeby się prze­brać.

- Od Marielli.

Mariella i Syd cho­dzą na te same zaję­cia tańca trzy razy w tygo­dniu. Trudno by było nazwać je przy­ja­ciół­kami, ale w szkole tańca jakoś tam się doga­dują. Mariella, Tay­ley i Deb­bie są na szczy­cie pira­midy popu­lar­no­ści, z tym że Mariella jest abso­lut­nie na samym wierz­chołku.

- Odpusz­czę sobie tę imprezę.

- Ostat­nio też sobie odpu­ści­łaś.

- Ty rów­nież - odpa­ro­wuję.

- Bo ty nie chcia­łaś iść, idiotko. No chodź, Iz, pro­szę. Nie pójdę prze­cież sama. Będziemy się dobrze bawić, obie­cuję. Poza tym, czy nie mia­ła­byś znów ochoty pokrę­cić się tro­chę po jej wiel­gach­nym domu?

- Prze­cież nie lubimy nikogo, kto tam będzie.

- Ale też nie darzymy ich jakąś inten­sywną nie­chę­cią, prawda? Iz, pro­szę. Nie chcę spę­dzać każ­dego wie­czoru w domu, chcę zacząć żyć!

Ona może i nie darzy ich nie­chę­cią, za to ja uwa­żam, że to banda sku­pio­nych na sobie, zło­śli­wych dziew­czyn, które zniżą się do roz­mowy z tobą tylko wtedy, kiedy cze­goś będą potrze­bo­wać. Chło­paki z tej grupy nie są zresztą lepsi.

- No dobrze, ale od razu mówię, że to ostat­nia impreza, na jaką zacią­gniesz mnie w tym mie­siącu.

- Umowa stoi. - Uśmie­cha się do mnie pro­mien­nie, a jej ciemne oczy roz­bły­skują szczę­ściem. - Za dwa tygo­dnie już luty.

Prze­bie­ram się pospiesz­nie i idę za Syd do sali gim­na­stycz­nej. Śmier­dzi w niej brud­nymi skar­pe­tami, potem i despe­ra­cją. Nikt nie lubi tutaj prze­by­wać, ale pogoda jest tak fatalna, że nie ma szansy na zaję­cia na zewnątrz.

- Syd­ney i Izzy, jeste­ście dzi­siaj bram­kar­kami - oznaj­mia pani White. Ona też jest potwo­rem.

- Piłka nożna - jęczę i ruszam w stronę bramki, powłó­cząc nogami, jakby moje życie w tej chwili się skoń­czyło. Przez naj­bliż­sze pół godziny tak się będę wła­śnie czuła.

A może to jest mój naj­więk­szy lęk? Śmierć spo­wo­do­wana ude­rze­niem piłką? Dzi­siaj na pewno obe­rwę, i to nie­je­den raz. Piłka nożna zde­cy­do­wa­nie nie należy do moich ulu­bio­nych dys­cy­plin spor­to­wych. Chłopcy trak­tują każdy mecz śmier­tel­nie poważ­nie i wrzesz­czą, kiedy nie udaje nam się wygrać. Mariella zresztą też.

Jeśli o mnie cho­dzi, mam to kom­plet­nie gdzieś. Koszy­kówka, hokej - okej, to lubię.

Staję w bramce na lekko ugię­tych nogach, gotowa rzu­cić się w obro­nie w któ­rą­kol­wiek stronę, w nadziei, że uda mi się zła­pać piłkę, zanim trafi do siatki albo w moją twarz.

Pani White prosi chło­pa­ków, żeby nie kopali zbyt mocno, kiedy grają z dziew­czy­nami. Zgrzy­tam zębami ze zło­ści, ale nic nie mówię, bo w sumie nie mam ochoty na siniaki.

Kason podaje piłkę w kie­runku Justina, w któ­rego stronę pędzi już Mariella. Mam ogromną nadzieję, że uda jej się prze­jąć piłkę, żebym nie musiała bro­nić jego strzału.

Biorę głę­boki oddech, prze­stę­pu­jąc z nogi na nogę.

Cokol­wiek się wyda­rzy, obie­cuję sobie, że się nie uchylę.

Justin mija Mariellę i strzela.

Wytrzesz­czam oczy i rzu­cam się w lewo. Piłka pędzi w moją stronę.

Naprawdę to robię. Blo­kuję piłkę przed wpad­nię­ciem do bramki... wła­sną twa­rzą.

To cho­ler­stwo odbija się ryko­sze­tem od mojego czoła. Bez­wład­nie upa­dam na zie­mię.

Pod­no­szę się powoli, roz­ma­so­wu­jąc czoło. Pod­biega do mnie Justin.

- Strasz­nie cię prze­pra­szam, Izzy - mówi. - Nic ci nie jest?

- W porządku. Będę żyć.

- Nie chcia­łem ude­rzyć tak mocno.

- To nie twoja wina, że kiep­ska ze mnie bram­karka.

- To aku­rat nie­prawda. To była dosko­nała obrona. Wiele osób pró­bo­wa­łoby zro­bić unik, żeby nie wyrzą­dzić sobie krzywdy.

Mądrzy ludzie. Sama powin­nam była tak zro­bić.

- To świet­nie, szkoda tylko, że teraz mam wstrząs mózgu.

Justin marsz­czy brwi.

- Chcesz pójść do gabi­netu pie­lę­gniarki? - pyta.

- Nie, to był żart. - Czuję, że zaczy­nają mi pło­nąć policzki. Wygląda na to, że "bycie zabawną" mogę już wykre­ślić z listy swo­ich cech. Dla­czego przy nim zawsze muszę robić z sie­bie idiotkę?

- Okej. - Kiwa głową, odwraca się i zaj­muje ponow­nie swoją pozy­cję.

Syd unosi dwa kciuki do góry, zupeł­nie jakby moja wymiana zdań z Justi­nem była powo­dem do zado­wo­le­nia. No, rze­czy­wi­ście. On kop­nął mi piłkę w twarz, a ja zacho­wa­łam się jak kre­tynka.

- W porządku? - pyta pani White.

- Tak jest.

Kason podaje piłkę dru­ży­nie prze­ciw­nej i wszy­scy szy­ku­jemy się do dal­szej gry.

Zanim mecz się skoń­czy, jak nic będę miała siniaki na całym ciele.

Gramy kolejne dwa­dzie­ścia minut. Prze­pusz­czam trzy gole, bro­nię cztery strzały.

- Koniec na dziś - oznaj­mia pani White.

Dzięki Bogu.

Może i nie jestem naj­szyb­sza w gru­pie, ale z pew­no­ścią jestem naj­szyb­sza w scho­dze­niu z boiska do szatni. Nie ma na świe­cie nikogo, kto pra­gnąłby stąd uciec bar­dziej niż ja. Wloką się za mną, kiedy pędzę do drzwi.

Syd i ja prze­bie­ramy się, a potem każda idzie w swoją stronę, bo trze­cią lek­cję znowu mamy oddziel­nie.

Czeka mnie teraz mate­ma­tyka, znowu z Axe­lem. Na szczę­ście tym razem nie będę z nim w jed­nej ławce. Sie­dzi sam z tyłu sali.

Lubię mate­ma­tykę. Jest tylko jedna poprawna odpo­wiedź, koniec, kropka.

Wcho­dzę do klasy i zaj­muję swoje miej­sce. W miarę jak wszy­scy się scho­dzą, nasłu­chuję coraz więk­szego szumu pod­eks­cy­to­wa­nia, wywo­ła­nego przez mem o śmierci. To naprawdę nie­sa­mo­wite, ile rado­ści może spra­wić ludziom taki kosz­ma­rek.

Zer­kam przez ramię w stronę Axela - sie­dzi już w ławce. Patrzy na swój tele­fon, prze­wija coś z zaci­śniętą szczęką, od czasu do czasu krę­cąc głową. Czy on też ogląda te wszyst­kie udo­stęp­nie­nia o naj­strasz­niej­szej śmierci? Uważa, że każda śmierć jest straszna. Ale chyba nie sądzi tak naprawdę? No bo prze­cież bycie pocho­wa­nym żyw­cem jest strasz­niej­sze niż, dajmy na to, upa­dek ze scho­dów.

Chyba tro­chę za dużo roz­my­ślam o tym cho­ler­nym memie.

Pan Heston pró­buje sku­pić naszą uwagę na mat­mie, a nie na plot­kach.

Śred­nio mu się to udaje. I tak jest już do końca dnia. Wszy­scy udają, że słu­chają nauczy­cieli, a w rze­czy­wi­sto­ści skro­lują Insta­gram, ocze­ku­jąc coraz to kosz­mar­niej­szych pomy­słów na to, w jaki spo­sób mogliby zostać zamor­do­wani.

Rozdział 3

3

IZZY

Pod koniec lek­cji mam już nie­prze­braną ochotę obej­rzeć albo prze­czy­tać coś lek­kiego i przy­jem­nego. Gdyby to był gru­dzień, wybra­ła­bym jakiś sen­ty­men­talny, bożo­na­ro­dze­niowy film na Hal­l­marku. Aż tak bar­dzo odczu­wam potrzebę zoba­cze­nia cze­goś weso­łego.

Cały dzień słu­cha­nia o śmierci potrafi wpra­wić w przy­gnę­bie­nie. Przy­da­łoby się coś pogod­nego po takiej licz­bie opi­sów maka­brycz­nych mor­derstw.

Jakby tego było mało, na czole mam czer­woną okrą­głą plamę od ude­rze­nia piłką. Teraz pra­wie jej już nie widać, ale nie­mal cały dzień wyglą­da­łam, jak... jak ktoś, kto dostał w łeb piłką.

Syd i ja idziemy w stronę naszych aut. Osła­niamy twa­rze koł­nie­rzami, pró­bu­jąc ochro­nić policzki przed ostrym wia­trem.

- Już bar­dzo potrze­buję lata - mam­ro­cze.

- Ja też. Idziemy do Pucka przed tą głu­pią imprezą? - pytam. Hot dog od Mat­thew to jedyna rzecz, która pomoże mi prze­trwać to wszystko.

- Ta impreza nie jest głu­pia i tak, oczy­wi­ście, że idziemy!

- W takim razie widzimy się w Pucku.

Roz­sta­jemy się na całe pięć minut, jakie zaj­muje trasa ze szkoły na miej­ski rynek. Przy lep­szej pogo­dzie to jakieś dwie minuty. Mijam pierw­szy dok w por­cie. Łodzie, jak zawsze, są na morzu; naj­wy­raź­niej śnieg i lód nie powstrzy­mują ryba­ków przed łowie­niem. Gdyby nie nie­ustan­nie krą­żące kutry, woda w por­cie pew­nie by zamar­zła. Zawie­szają połowy tylko w przy­padku śnie­życy. Któ­rych tej zimy było zresztą już pięć.

Zatrzy­muję się na par­kingu, macham tacie Syd pra­cu­ją­cemu na jed­nej z łodzi i szybko ruszam odśnie­żo­nym chod­ni­kiem do knajpki, któ­rej wła­ści­cie­lem jest Mat­thew Gray­son, były pro­fe­sjo­nalny hoke­ista z niż­szej ligi - a w związku z tym jedyny miesz­ka­niec Rock Bay, który otarł się o sławę.

Jest ido­lem Kasona i Justina, acz­kol­wiek jestem pewna, że wole­liby dostać się do wyż­szej ligi.

Sia­damy z Syd przy stole z jasno­błę­kit­nymi kana­pami. Blaty ozdo­bione są we wzór pola do gry w hokeja, a na ścia­nach wiszą zdję­cia z meczów. Ale naj­waż­niej­sze jest to, że można tutaj zjeść naj­lep­sze bur­gery, hot dogi i gra­nity na świe­cie.

- Bła­gam, powiedz­cie mi, że przy­naj­mniej was nie ogar­nęła ta idio­tyczna mania - wypala Lenora, żona Mat­thew, kiedy tylko poja­wia się przy naszym sto­liku z note­sem i ołów­kiem w ręku. Jest prze­piękną kobietą o lśnią­cych wło­sach i cudow­nych paznok­ciach, któ­rych kolor zmie­nia śred­nio raz na dwa tygo­dnie. Pół mia­sta było prze­ko­nane, że zostawi Mat­thew po tym, jak kon­tu­zja unie­moż­li­wiła mu dal­szą karierę spor­tową.

- Cho­dzi pani o tego mema ze śmier­cią? - upew­nia się Syd. - My go nie udo­stęp­nia­ły­śmy, ale wygląda na to, że połowa szkoły już tak. Jeśli nie wię­cej.

- My nie mamy takiego zamiaru - dodaję.

- I dobrze. Dla was te same hot dogi co zwy­kle i wiśniowe gra­nity?

- Tak jest - odpo­wia­damy jed­nym gło­sem.

- W porządku. Amiyah już tu jest, poszła tylko do łazienki - rzuca Lenora i rusza w stronę kuchni.

Amiyah to moja kuzynka i ostat­nia z naszej trójcy. Jej tata, mój wujek Samar, pra­cuje jako chi­rurg w tutej­szym szpi­talu. Jest dziany jak cho­lera, więc Amiyah cho­dzi do Świę­tej Marii, pry­wat­nej szkoły dla dziew­czyn usy­tu­owa­nej na przed­mie­ściach.

Wypada z łazienki i pędzi do naszego sto­lika, a jej burza czar­nych krę­co­nych wło­sów pod­ska­kuje w rytm jej kro­ków. Wśli­zguje się na kanapę, na któ­rej sie­dzę, i pod­tyka mi pod nos swój tele­fon. Wola­ła­bym, żeby ludzie prze­stali to robić.

- Widzia­ły­ście to już? - pyta.

- No raczej, dziew­czyno. - Syd prze­wraca oczami.

- U was w szkole też o tym trą­bią? - pytam.

- Nikt nie mówi o niczym innym. A to zdję­cie jest stąd! Wszę­dzie bym roz­po­znała to miej­sce, z wyry­tymi ini­cja­łami Mat­thew i krąż­kiem.

- Też zwró­ci­ły­śmy na to uwagę - mówię i odpy­cham jej rękę z tele­fo­nem, który ląduje na bla­cie. - Tylko mi nie opo­wia­daj, że też wrzu­ci­łaś swój post do sieci?

- No pew­nie, że tak. Wszy­scy to robią. Myśla­łam, że tego nie widzia­łaś, bo nic nie było na twoim pro­filu. Dla mnie to bez róż­nicy, bo dobrze wiem, jakiej śmierci boisz się naj­bar­dziej. Zama­wia­ły­ście już? Ja już tak, ale powie­dzia­łam Leno­rze, żeby pocze­kała i podała nasze zamó­wie­nia razem, a umie­ram z głodu.

- Tak, tak - uspo­ka­jam ją. - Po cho­lerę to udo­stęp­nia­łaś, Miyah? To jest strasz­nie schi­zu­jące. Nie wiem, dla­czego ktoś wymy­ślił coś takiego i po co.

- Oj tam, to tylko taka zabawa. Weź tro­chę wylu­zuj, Iz.

Syd wybu­cha śmie­chem.

- Izzy jest total­nie prze­ra­żona.

- Wcale nie!

- Dziw­nie się zacho­wu­jesz przez cały dzień.

- To zna­czy?

Marsz­czy czoło.

- No, po pro­stu.

To jej koronny argu­ment w sytu­acji, kiedy nie jest w sta­nie przy­to­czyć dowo­dów ani fak­tów, któ­rymi mogłaby poprzeć swoje wywody.

- Jeśli mówiąc "dziw­nie", masz na myśli to, że tego nie udo­stęp­ni­łam, to pozwolę sobie zauwa­żyć, że w takim razie też jesteś dziwna - wypa­lam.

Syd łapie tele­fon.

- Odłóż go!

Miyah prze­wraca oczami.

- Chry­ste, Iz, wylu­zuj! To tylko żarty.

- Taa, o śmierci.

- Ten ktoś po pro­stu liczy na virala. Jak ludzie, któ­rzy na Tik­Toku robią unbo­xingi albo grają w gry kom­pu­te­rowe.

Ni­gdy nie będę w sta­nie pojąć, dla­czego ktoś chciałby oglą­dać fil­mik, na któ­rym ktoś inny gra w Mine­cra­fta. Za to uwiel­biam unbo­xingi.

- Idziesz na imprezę do Marielli? - pyta Syd.

- Czy ja kie­dy­kol­wiek odmó­wi­łam pój­ścia na imprezę? - odpo­wiada Miyah.

- Tak, na imprezę bożo­na­ro­dze­niową two­ich rodzi­ców - przy­po­mi­nam.

- Uch. Banda nadę­tych sztyw­nia­ków z grona ich pseu­do­zna­jo­mych. Totalne pie­kło. Co nie zmie­nia faktu, że i tak tam poszłam.

- Tak, bo zgo­dzi­łam się pójść z tobą. A wujek Samar dał nam po pięć­dzie­siąt dolców za uda­wa­nie, że świet­nie się bawimy.

Wujek Samar jest moim ulu­bio­nym wuj­kiem.

- Boisz się, że zgi­niesz cią­gnięta przez samo­chód?! Co do cho­lery, Miyah?! - Syd wpa­truje się w ekran tele­fonu z roz­dzia­wio­nymi ustami.

Miyah wybu­cha śmie­chem.

- No co, moim zda­niem nie ma gor­szego spo­sobu na śmierć! Wyobraź sobie tylko. Ooo, naresz­cie jest nasze jedze­nie.

Serce wali mi jak osza­lałe.

Nawet nie przy­szłoby mi do głowy, że można tak umrzeć. Mam świa­do­mość, że mając w domu te wszyst­kie pod­ręcz­niki medyczne wujka Samara, Miyah ma dostęp do róż­nych okro­pieństw i obrzy­dli­wo­ści, ale nie przy­pusz­cza­łam, że jej umysł jest aż tak ska­żony.

Po prze­czy­ta­niu jed­nej z ksią­żek swo­jego taty popa­dła w obse­sję na temat śre­dnio­wiecz­nych tor­tur.

Zabie­ramy się za jedze­nie, a ja z całych sił sta­ram się zapo­mnieć o memie. Pomimo tego, że gada o nim cała knajpa i wszy­scy pró­bują usta­lić, kto jest jego auto­rem.

Słu­chamy, jak Mat­thew zarzeka się, że nie ma z nim nic wspól­nego i że ktoś zro­bił sobie zdję­cia w pobliżu, nie ozna­cza, iż to on jest za nie odpo­wie­dzialny. Wydaje się jed­no­cze­śnie poiry­to­wany i zado­wo­lony, że padło aku­rat na słu­pek z jego ini­cja­łami.

Nie wiem, czy to ozna­cza, że auto­rem mema jest ktoś, kogo zna, czy po pro­stu było to jedyne miej­sce, które można ewi­dent­nie powią­zać z naszym mia­stecz­kiem. W każ­dym razie ten ktoś chciał, żeby można było je ziden­ty­fi­ko­wać.

- W co się ubie­ra­cie na imprezę? - pyta Syd, kiedy koń­czymy jedze­nie. Zrzu­camy się na rachu­nek oraz napi­wek i kła­dziemy gotówkę na stole.

- Ja nie mam zamiaru się stroić - zapew­niam ją.

- Ja też nie - wtó­ruje mi Miyah. - Nawet jeśli Tay­ley, Deb­bie i Mariella poubie­rają się w naj­krót­sze mini świata. Poza tym rodzice nie wypusz­czą mnie z domu, jeśli odsło­nię za dużo ciała.

Syd mar­kot­nieje.

- Czyli dżinsy - wzdy­cha.

- Mia­łam pod­wózkę od zna­jo­mych, więc teraz wra­cam z tobą, Iz - oznaj­mia Miyah.

- Jasne.

W dro­dze do wyj­ścia zapi­nam kurtkę. Idziemy z Miyah do mojego auta, Syd udaje się do swo­jego.

Pod­krę­cam na maksa ogrze­wa­nie i ruszamy do domu.

- Jak myślisz, kto wrzu­cił tego mema? - zaga­duję.

Miyah prze­suwa pal­cem po ekra­nie. Nic innego dla niej nie ist­nieje.

- Nie mam poję­cia. Ale musi mu się kosz­mar­nie nudzić. Cie­kawa jestem tylko, po co ktoś go wrzu­cił.

- Pro­szę cię, w inter­ne­cie jest mnó­stwo rze­czy, które nie­wiele mają wspól­nego z logiką. Możesz zro­bić sobie quiz, dzięki któ­remu dowiesz się, jaką jesteś kanapką.

Wybu­cha śmie­chem i wresz­cie pod­nosi wzrok. Dojeż­dżamy do mojego domu.

- To prawda.

Par­kuję na pod­jeź­dzie i otwie­ram nam drzwi wej­ściowe. Ruszamy pro­sto do mojego pokoju, żeby się prze­brać. Mój tata pra­cuje jako ana­li­tyk finan­sowy, a mama jest asy­stentką w gabi­ne­cie den­ty­stycz­nym. Żadne z nich nie wróci do domu przed siódmą, a do tego czasu nas już tutaj nie będzie.

Miyah otwiera moją szafę i prze­krzy­wia głowę na bok.

- Muszę poży­czyć od cie­bie jakąś bluzkę. Wzię­łam ze sobą tylko dżinsy.

- Bierz, co ci się podoba - mówię, sia­da­jąc na łóżku. Odblo­ko­wuję swój tele­fon i odpa­lam media spo­łecz­no­ściowe.

Ekran mojego tele­fonu zalewa fala lęku.

Rozdział 4

4

IZZY

Zajeż­dżamy pod dom Marielli. Wła­ści­wie to słowo "rezy­den­cja" byłoby tutaj lep­szym okre­śle­niem. Dom jest ogromny, oto­czony bez­kre­snym traw­ni­kiem. Wyas­fal­to­wany pod­jazd został zapeł­niony już autami, więc musimy zapar­ko­wać przy ulicy. Rodzice Marielli są wła­ści­cie­lami firmy z odzieżą spor­tową, a ona sama wid­nieje nie­mal na wszyst­kich pla­ka­tach i postach w social mediach. Od razu wia­domo, kiedy brała udział w sesji zdję­cio­wej, bo potem przez resztę tygo­dnia zacho­wuje się jak jakaś cho­lerna super­mo­delka.

Syd była prze­ko­nana, że Mariella pój­dzie do tej samej szkoły co Miyah, ale ta dzie­wu­cha nie wytrzy­ma­łaby bez chło­pa­ków ani jed­nego dnia. Rand­ko­wa­nie to jej reli­gia.

Zasta­na­wiam się, czy będzie robiła pod­chody do Justina, tak jak Tay­ley.

Zdej­mu­jemy kurtki i zosta­wiamy je w samo­cho­dzie - nie chcemy, żeby ktoś nam je ukradł albo, co gor­sza, obrzy­gał.

- Chodź już, tu jest prze­cież lodo­wato! - narzeka Miyah, dygo­cząc w obci­słym topie, który ode mnie poży­czyła. Może i nie odkrywa za dużo ciała (nie ma za co, cio­ciu Ellen i wujku Sama­rze) ale nie musi, bo wygląda jak nama­lo­wany na skó­rze. To jeden z moich ulu­bio­nych, a Miyah wygląda w nim obłęd­nie. Pozwa­lam wziąć się za rękę i zacią­gnąć w stronę wej­ścia.

Czuję zimny dreszcz wzdłuż krę­go­słupa. Odru­chowo zer­kam przez ramię i dostrze­gam Axela, sto­ją­cego po dru­giej stro­nie ulicy i roz­ma­wia­ją­cego z gościem, któ­rego twarz skrywa mrok. Czyżby Axel też wybie­rał się na imprezę? Jeśli tak, to chyba po raz pierw­szy. Koleś obok wygląda na star­szego od nas. Czyli może jed­nak jest tro­chę prawdy w plotce o tym, że Axel kibluje w liceum.

- Izzy, pospiesz się! - Miyah szar­pie mnie za rękę, żebym przy­spie­szyła.

Odwra­cam wzrok od Axela, który nawet nie zerka w moją stronę.

- Sorry.

Pew­nie po pro­stu roz­ma­wiał z kum­plem. Cho­ciaż trudno mi wyobra­zić sobie, że ma jakich­kol­wiek zna­jo­mych. W szkole nie wysila się spe­cjal­nie, żeby z kim­kol­wiek się zako­le­go­wać.

Wcho­dzimy do środka i natych­miast otu­lają nas cie­płe powie­trze i zapach piwa.

Wnę­trze domu Marielli tonie w morzu czer­wo­nych pla­sti­ko­wych kub­ków i dzi­wacz­nie wygi­na­ją­cych się ciał; ludzie wyglą­dają raczej, jakby obry­wali elek­trow­strzą­sami, niż jakby tań­czyli, pod­czas gdy inni sie­dzą przy­ssani do sie­bie twa­rzami.

Uwiel­biam tań­czyć, ale w życiu nie wyszła­bym na par­kiet w takim miej­scu. Część zna­jo­mych Marielli nie jest zbyt miła i aż boję się pomy­śleć, co by o mnie mówili.

- Chcesz piwa? - pyta Miyah. - A nie, zaraz, jesteś kie­rowcą.

- Taaa... Dzięki za przy­po­mnie­nie, że muszę tu sie­dzieć na trzeźwo. Plus jest taki, że mogę sobie obser­wo­wać, jak robi­cie z sie­bie idiotki, więc...

- No dobra, już nie bądź taka zgorzk­niała.

Miyah o wiele lepiej odnaj­duje się w więk­szych gru­pach. Natych­miast rusza po piwo i zaczyna roz­ma­wiać z Tay­ley. Chcia­ła­bym mieć jej pew­ność sie­bie. Acz­kol­wiek nie­ko­niecz­nie po to, żeby móc roz­ma­wiać z Tay­ley.

Zosta­wiam Miyah i kie­ruję się do kuchni w poszu­ki­wa­niu cze­goś do picia. W lodów­kach jest jed­nak tylko piwo.

Justin i Kason śmieją się i prze­py­chają na dru­gim końcu kuchni, wyle­wa­jąc piwo na mar­mu­rową pod­łogę.

Biorę sobie puszkę dr pep­pera, a wtedy oby­waj pod­no­szą na mnie wzrok. W ułamku sekundy jed­nak tracą zain­te­re­so­wa­nie i wra­cają do swo­ich spraw, nie odzy­wa­jąc się do mnie ani sło­wem.

Ale nagle Justin zerka w moją stronę jesz­cze raz. Przy­gląda mi się ze zmarsz­czo­nym czo­łem, a blond grzywka prze­sła­nia mu je pra­wie w cało­ści. Tak jakby zasta­na­wiał się, czy aby na pewno byłam zapro­szona...

Serce i tak zaczyna mi bić szyb­ciej.

Byłoby ujmą dla mojej inte­li­gen­cji, gdy­bym się nim przej­mo­wała. No dobra, może tro­chę się przej­muję.

Bycie nie­wi­dzial­nym na impre­zach nie zawsze jest przy­jemne, ale cho­ciaż nie czuć wtedy tej pre­sji, że musisz dopa­so­wać się do grupy.

Przy­naj­mniej na moim czole nie ma już śladu po ude­rze­niu.

No i Axel powie­dział dziś do mnie wię­cej nic dwa słowa, więc mogę chyba uznać, że ten dzień nie był abso­lutną porażką.

Idę ze swoją puszką do salonu, żeby spraw­dzić, czy Syd już przy­szła. Miała przy­je­chać z Emmą, z którą sie­dzi na bio­lo­gii. Miesz­kają nie­da­leko sie­bie.

Namie­rzam Syd i Emmę, które zaj­mują razem kanapę, oraz Miyah. Wszyst­kie trzy mają piwa w dło­niach. Chi­cho­czą i zer­kają na chło­pa­ków z dru­żyny hoke­jo­wej.

- Tu jesteś! - Miyah cie­szy się na mój widok, zupeł­nie jakby nie widziała mnie co naj­mniej z godzinę.

- Nie wiem, czy pamię­tasz, ale nie­które z nas muszą być dziś trzeźwe - mówię, uno­sząc puszkę z napo­jem. Chyba Emma też powinna? Cóż, wygląda na to, że to ja będę odwo­zić Syd do domu.

Emma wzru­sza ramio­nami i bie­rze łyk piwa.

- Dobra, to na razie. Idę szu­kać Kasona.

- Za nic nie pozwolę ci wsiąść z nią do samo­chodu - oznaj­miam Syd sta­now­czo, kiedy tylko Emma znika nam z oczu.

- Oczy­wi­ście, że nie! Wra­cam z wami! - odpo­wiada Syd.

- O, patrz­cie, Justin i Kason - mówi Miyah. - Widzia­ły­ście ich posty o śmierci? Masa­kra.

- Twój lęk jest o wiele strasz­niej­szy - odpo­wiada Syd.

- Syd ma rację - przy­ta­kuję.

- E tam - wzdy­cha, a jej ciemne oczy aż błysz­czą, gdy śle­dzi chło­pa­ków wzro­kiem. - Szkoda, że nie cho­dzę do waszej szkoły.

- Nie wytrzy­ma­ła­bym w szkole bez chło­pa­ków - mówi Syd.

Odpły­wam myślami na widok kogoś podob­nego do Axela, zmie­rza­ją­cego w kie­runku fron­to­wych drzwi. Nie­moż­liwe. Nie mogę przyj­rzeć mu się dokład­niej, bo tuż przede mną Danny i Beck pod­ska­kują jak wariaci do dźwię­ków Cake by the Ocean, ale jestem nie­mal stu­pro­cen­towo pewna, że widzia­łam jego blond czu­prynę i skó­rzaną kurtkę.

Do pokoju wcho­dzi Deb­bie. Ma na sobie mikro­sko­pijną żółtą sukienkę. Gdyby rodzice mnie w takiej zoba­czyli, dosta­liby zawału. Wygląda w niej jak modelka.

Pod­nosi do ust czer­wony kubek i bie­rze duży łyk. W jej oczach widać napię­cie, a dłoń zaci­śnięta jest w pięść, jakby całym cia­łem pró­bo­wała powstrzy­mać się przed wybu­chem.

Pamię­tam, jak dostała szału, kiedy w zeszłym roku nie wybrano jej kró­lową balu. Przez dzie­sięć minut cho­dziła w tę i z powro­tem, a żyły pul­so­wały jej tak, jakby miała za chwilę eks­plo­do­wać... potem nawrzesz­czała na biedną Gemmę, która odwa­żyła się oddy­chać w jej obec­no­ści.

Ktoś musiał ją dziś nie­źle wku­rzyć.

Może Kason dał jej kosza?

A może pokłó­ciła się o coś z Axe­lem. Oby­dwoje przy­szli z tej samej strony, ale on wyszedł szybko, jakby był zde­ner­wo­wany po awan­tu­rze. A ona wygląda teraz tak, jakby chciała znisz­czyć całą ludz­kość. Jest mało praw­do­po­dobne, żeby się do niego ode­zwała. Chyba że po to, by powie­dzieć mu, żeby spa­dał, albo żeby nazwać go świ­rem.

O mój Boże, umar­ła­bym, gdyby się oka­zało, że mię­dzy nimi coś jest. Do tej pory Deb­bie uma­wiała się tylko z chło­pa­kami z dru­żyny hoke­jo­wej. Sły­sza­łam nawet, jak mówiła, że Axel jest oble­śny i pew­nie spę­dza czas na odgry­za­niu głó­wek małym zwie­rząt­kom. Ależ by była radość, gdyby piękna sypiała z bestią.

- Idę po jesz­cze jed­nego dok­tora pep­pera - rzu­cam i ruszam za Deb­bie w stronę kuchni.

Miyah i Syd są zbyt pochło­nięte roz­mową z Jere­mym i Bil­lym, któ­rzy pode­szli do nich po tym, jak zauwa­żyli, że dziew­czyny się im przy­glą­dają.

Pró­buję wymi­nąć kilka osób, ale koniec koń­ców i tak wpa­dam na jedną z nich i zachla­puję sobie bluzkę piwem.

Deb­bie stoi przy lodówce i o wiele za szybko pije swo­jego drinka. Robię kilka kro­ków w głąb kuchni. Wokół jest parę osób, ale nikt nie zwraca uwagi na Deb­bie.

- Hej, wszystko w porządku? - pytam.

Gdzieś za sobą sły­szę śmiech Marielli.

Jezu, a ta skąd się tutaj wzięła?

- Jest okej, Izzy. Prawda, Deb­bie?

Deb­bie pod­nosi na nią wzrok i wrzuca butelkę do kosza na szkło.

- Wszystko w porządku - odzywa się i rusza do wyj­ścia, świ­dru­jąc przy­ja­ciółkę ponu­rym spoj­rze­niem. Zaci­śnięte pię­ści, napięte ramiona. Zde­cy­do­wa­nie nie wygląda, jakby wszystko było w porządku.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki