1
Dziewięć par dorodnych koni ciągnęło po ubitej drodze wozy na drewnianych kołach okutych żelazną obręczą. Koła podskakiwały na kamieniach, kruszyły te mniejsze i, kręcąc się, wylewały z głowic gęstą maź, która była niezbędna, aby się mogły lekko obracać.
- Wio! Wio! - krzyczeli furmani.
Potrząsając lejcami, smagali konie batem.
Biczyska były zrobione z jałowca, a do nich zostały przywiązane pasemka z wołowej skóry. Niektórzy na końcu batów mieli porobione węzełki, aby smagnięcie było boleśniejsze. Koń zmuszony był wówczas do jeszcze większego wysiłku. Inni uważali czyn ten za naganny, jako że zwierzęta to stworzenia boskie, nie powinno się więc ich męczyć.
Konie zjechały z drogi w boczną, wspinającą się pod górę, dróżkę usypaną potłuczoną cegłą. Na wzniesieniu znajdowała się cegielnia, stara, ale dobrze zachowana. Wymieniono w niej niedawno pokrycie nad regałami, gdzie suszyła się cegła, a ściany wielkiego pieca poreperowano. Wysoki komin, wznoszący się majestatycznie nad okolicą, nie wymagał remontu.
Pracownicy cegielni wyjmowali jeszcze ciepłą cegłę i, ładując ją na taczki, wywozili na rozległe podwórze, gdzie każdą z nich układali w koziołki po dwieście pięćdziesiąt sztuk. Twarze ich obsypane były czerwonym pyłem, podobnie zresztą jak ubrania. Dłonie mieli spracowane, szorstkie, pełne odcisków i krwiaków po przypadkowym uderzeniu cegłą.
Kiedy dziewięć furmanek zajechało na plac, pracownicy wyszli z cegielni, aby popatrzeć na konie, a przy okazji zaczerpnąć świeżego powietrza i odpocząć nieco. Krople potu spływały im z czoła, po policzkach, za kołnierz. Wyglądali śmiesznie; poorani na twarzach przez krople potu, niczym pisanki wielkanocne wykonane z jaj zabarwionych w cebulowych łupinach.
- Ładne konie! - mówili pracownicy cegielni. - Silne.
- A silne - odpowiadali furmani, zbliżając się do ciekawskich.
Tak już jest, że ludzie ciężkiej roboty szanują się nawzajem i lubią ze sobą pogadać. Po niedługim czasie na placu wrzało jak na targowisku. Dym z papierosów unosił się razem z dymem puszczanym z drewnianych fajek własnej roboty. Od czasu do czasu ten i ów furman, chcąc przytaknąć rozmówcy, kiwał znacząco głową i mówił: "Ta hej! Ta hej!".
Z maleńkiego budynku, gdzie mieścił się zarząd cegielni, wyszedł mężczyzna w czarnym kapeluszu i, stając przed chłopami, oznajmił:
- Te dwadzieścia koziołków, pięć tysięcy cegieł, ma trafić na budowę u pana Jana Kiepury.
Szybko policzył furmanki i, doliczywszy się dziewięciu, nieco zdziwiony zapytał:
- Jak to? A kto weźmie pięćset cegieł?
W tym czasie po ceglanej drodze zbliżała się furmanka ciągniona przez dwa siwe konie. Woźnica smagał je batem i krzyczał:
- Wio! Wio! Bydlaki, siwulce! Wio!
Gdy podjechał bliżej, ściągnął lejce, zatrzymał konie i, przykładając dłoń do czoła, spojrzał na furmanów:
- A niech mnie kule biją! Same cholerne Rusiny! Więcej was matka nie miała? - wypalił.
Rusin jak Rusin. Dumny jest z tego, że jest Rusinem. Ale po co to słowo "cholerne"? Ubodło ich to, sarkali między sobą i nie odzywali się do nowo przybyłego. Ten zaś spoglądał z uśmiechem na zagniewanych i zagadywał:
- Petro, Michał, Mikołaj! Ta nie gniewajcie się, żartowałem!
Urażona duma szybko nie puszczała. Właściciel siwych koni widział to, dlatego podszedł do tęgiego chłopa, do którego zwracano się Petro, i, szturchając go w bok, mówił:
- Petro nie bud bortakom... Palunki się napijesz?
- A masz?
- Mam w worku z sianem. Napijemy się, jak będziemy jechać z cegłą. Długa droga, dwadzieścia kilometrów, będzie czas pogadać o starych i nowych biedach.
Trzeba powiedzieć, że na tej ziemi, gdy od czasów króla Kazimierza Wielkiego górale mieszali się z Rusinami, Rusin umiał po polsku, a góral rozumiał Rusina. Mowa przenikała się wzajemnie i tworzył się specyficzny dialekt, nieco inny dla każdego regionu.
Cegły załadowano i dziesięć furmanek poturlało się w dół, wznosząc tuman ceglanego kurzu. Gdy wjechali na główny trakt, pierwszy woźnica prowadził, ostatni ponaglał konie, a w środku potworzyły się grupki rozdyskutowanych chłopów. Maciej, bo tak było na imię temu, co ostatni przyjechał na cegielnię, wlazł na wóz Petra i obaj usiedli na worku z sianem, spuszczając nogi w dół. Petro zatarł ręce z zadowolenia, że palunki może się napić. Nie był pijakiem, ale wódkę lubił, a zwłaszcza lubił przy niej pogadać, porozwodzić się o tym i o owym.
- Ano będzie trzy tygodnie, jak moja Akulina - zwrócił się do Macieja - urodziła mi wreszcie syna. Niestety, zmarł od razu, nieborak. A i ona sama, Boże mój, nie może dojść do siebie, krwawi biedaczka i w dołku ją boli - pokazywał na brzuch. - Poród odebrała stara Rębiaszka i mówiła, że bóle przejdą, ale ona wciąż mi marnieje. Boję się o nią. Dobrze, że żonie pomagają córki, Stefcia i Marysia.
- Wykrwawi się, wypłynie, co złe, i przejdzie. Petro, nie frasuj się - rzekł Maciej.
- Ano może przejdzie, tak też mówi Rębiaszka, ale jakoś człowiekowi ciężko, gdy żona choruje.
- Trzeba być dobrej myśli. Moja Kazia po porodzie też długo krwawiła. Wydawało się, że do Sącza, do szpitala trzeba odwieźć. Ale jakoś przeszło. Napij się, Petro. Martwisz się na zapas, mówię ci.
Petro pociągnął z butelki spory łyk i otarł usta.
- A takie to życie - odpowiedział - pełne cierpienia i trosk. Martw się o to, o tamto. Jak żona zdrowa, to tato choruje. Jak wszyscy zdrowi, to mi się sypaniec spalił i Bóg raczy wiedzieć z czego.
- Mówisz tak, boś rozżalony, boisz się o żonę. Ale trzeba być dobrej myśli. Wszystko z czasem się ułoży. Żona wróci do zdrowia, mówię tobie, Petro. Czas leczy i duszę, i ciało.
Po dziesiątym łyku Petro poczuł żar w sobie, coś jakby go podniosło i odegnało zmartwienia na boki. Przez chwilę zapomniał o żonie, a gdy znowu sobie ją przypomniał, mówił do Macieja.
- Będzie dobrze.
- Musi być dobrze! - odpowiedział Maciej. - Trzeba mieć ogromnego pecha, żeby było źle - zaśmiał się głośno.
Do ich furmanki podszedł starzec, siwy, przygarbiony, z widocznymi żyłami na dłoniach. Złapał się krawędzi wozu i począł mówić:
- Pojechał jem zeszłego tygodnia do lasu, na buki. Patrzę, a tu sarenka, taka mała, jeszcze ledwo na nogach stoi. Myślę, wezmę ją do domu, bo w lesie zmarnieje. Owinąłem ją w worek i wiozę, już z lasu wyjeżdżam, a tu matka-sarna za wozem biegnie i beczy. Oczy ma jakieś zapłakane. Zatrzymuję konie, stawiam małe sarniątko na nogi, a to, potykając się, biegnie do matki. Ile uciechy było w tych zwierzątkach! Trzeba było wam widzieć! Nigdy z lasu już nie wezmę żadnego małego. One zawsze się z matkami odnajdą.
- Las ma swój porządek - odrzekł Maciej - i nie należy w tym przeszkadzać.
- Ta hej! Ta hej! - skwitował starzec.
Do furmanki podszedł także stary Paliszak. Uchwycił się kłonicy i, dysząc ciężko, mówił:
- Lekarz mi zabronił pić tłuste mleko, ale co tu jeść poza tłustym i mlekiem. Sadło tłuste, słonina tłusta, boczek na strychu wisi, też tłusty. A bez mleka uschnę jak patyk.
Umilkł na chwilę. Poprawił kapelusz i otarł pot z czoła. Podreptał tak przy wozie, po czym znowu się odezwał:
- O czym to jem mówił?
- O burakach i karpielach - odpowiedział Petro, robiąc oko do Macieja.
- A tak, a tak - podjął Paliszak. - Już mówiłem, że Nestorek to szkodnik. Psiajucha nie pilnuje krowy i wyżarła pół zagonu. Mówię: "Napraw szkody", ale jemu mówić jak do ściany. Nie słucha. Śmieje się...
Odszedł od wozu, gadając coś do siebie, pełen złości. Gdy konie ruszyły raźniej, dreptał już z widocznym bólem w kolanach i pocił się. Petro uchwycił lejce i zatrzymał wóz.
- Wsiadajcie, panie Paliszak. Koni nie trzeba poganiać, same idą.
Paliszak wgramolił się, nie bez pewnego trudu, na furmankę i usiadł na ciepłej jeszcze cegle.
- Mówił jem, że się śmieje - garwolił dalej. - Mówiłem, że się śmieje. Zaraz, zaraz... kto się śmieje... Czekaj, był jem zapomniał. A bodaj to licho! Już wiem: ano synowa, kobieta mojego Pawła, robić jej się nie chce i śmieje się w żywe oczy, że z roboty garb rośnie. Nie mówię, żeby nic nie robiła. Dom wysprząta, umyje garnki, krowy wydoi, nakarmi, a potem siada i czyta. Mówię wam: czyta! A tu tyle roboty! Widział kto, żeby po próżnicy czytać? Nie mówię, w cerkwi czytać nabożne pieśni, ale w domu, w zwykły dzień? Skaranie Boże z tą synową!
Staruszek poczerwieniał ze złości i, zapominając o swym podeszłym wieku, zeskoczył z wozu i aż zasyczał z bólu.
- A bodaj z nią... Ale o co to mi szło? Czekaj, mówiłem o synowej, ale o czym?
Maciej spojrzał pytająco na Petra:
- Co tutaj jest grane?
Petro machnął ręką.
- Skleroza. Straszna skleroza. Gubi wątek, jak widać, i to już trwa od dłuższego czasu. Nasila się.
Tak rozmawiano przy wozie Petrowym. Nieco z tyłu, o dwie furmanki, obok wozu, szedł chłopiec. Miał około szesnastu lat. W rękach trzymał lejce, a że nogi chciał rozprostować, które mu ścierpły od dłuższej jazdy, kroczył po drodze, jakby stąpał po gorącej blasze. Był średniego wzrostu, gładko ogolony, z ciemną czupryną. A w niebieskich oczach jakby paliła go tęsknota. Do czego? Dwa lata temu, gdy ojciec chciał go wyuczyć na pana, zapisał syna do miejscowego gimnazjum. Wasia - bo tak mu było na imię - uczył się nieźle. Świadectwo z pierwszej klasy otrzymał z wyróżnieniem. Drugi rok rozpoczął także obiecująco, aż dnia pewnego ojciec Wasi miał w lesie wypadek. Drzewo ładowane na wóz za pomocą capiny osunęło się w dół i przygniotło ojcu nogę. Furmani załadowali obolałego mężczyznę na wóz i przywieźli do domu. Znachor Bałuc zrobił koło nogi, co trzeba, kości zestawił, usztywnił, ale miesiące mijały, a noga jakoś dalej bolała i była opuchnięta. Nie było rady. Wasia ze szkoły się wypisał, gdyż ojca musiał zastąpić i w polu, i w lesie, i w domu.
Chłopiec wyniósł ze szkoły dwa lata nauki i ogromną tęsknotę do czarnookiej dziewczyny, w której się kochał bez opamiętania. Myślał o niej, gdy kładł się spać i gdy się budził. Przed oczami miał stale jej obraz. Sara! Sara! Sara!
Tak, była Żydówką. Siedziała w pierwszej ławce. Miała czarne, lśniące włosy zaplecione w dwa warkocze, zawiązane na końcach czerwoną kokardką. Mundurek schludny, czysty, zawsze wyprasowany, buciki z dobrej skóry, drogie. Była szczupła, ale nie chudzielec, nieco niższa od Wasi. Twarz śniada, zdrowa. I te oczy, te czarne oczy! Jakby paliły się dwie źrenice, które patrzącego na nią uwodziły, wręcz zniewalały. Była boska! W jej spojrzeniu nie było jednak wyniosłości i dlatego Wasia pokochał ją całym sercem. Lubił spoglądać na nią, a gdy zbliżał się do niej, serce waliło mu jak młot. Chwilami bał się, że usłyszy łomot jego serca, a wówczas Bóg wie, co powie. Lepiej było trzymać się z daleka, patrzeć na nią i milczeć. Bo na cóż on, biedny Wasia, mógł liczyć? On, w wytartych kierpcach, połatanych portkach, swetrze cerowanym na łokciach. A ona taka piękna i bogata. Były chwile, że stał obok niej, ale wówczas nie patrzył jej prosto w oczy, bo bał się, że usłyszy: "Co się gapisz, Wasia?". Nie, nie, lepiej nic nie mówić. Kochać i cierpieć.
Razu pewnego, a było to jeszcze w gimnazjum, kilku chłopców zaprosiło Sarę i jej koleżankę do wspólnej zabawy w łapanego. Nie odmówiły. Sara biegała i śmiała się, a Wasia patrzył na nią szczęśliwy. Nie miał jednak odwagi, aby dołączyć do gonitwy. Siadł na ławce pod ścianą szkoły i patrzył. Sara zgrabnie umykała chłopcom, ale w pewnym momencie bucikiem zahaczyła o wystającą płytkę chodnikową i upadła parę kroków przed Wasią. Chłopiec już chciał wstać, podnieść ją z ziemi, serce biło mu jak młot... Chciał dotknąć ją, ale czym? Swoimi brudnymi od ciężkiej pracy rękami? Sara wstała zwinnie i, strzepując pył z kolan, rzuciła władcze spojrzenie Wasi, jakby mówiła: "Może byś mi pomógł, kawalerze?". I to było jedyne, co Wasi w niej się nie podobało. Bał się tego spojrzenia.
Tak rozmyślał o tym, co było, i zawinąwszy lejce na przedniej kłonicy, szedł obok fury, minął ją, wyprzedził nawet wóz, na którym siedzieli Petro i Maciej. Żałował, że nie podniósł Sary z ziemi, byłby wówczas dotknął swoje kochanie, swoją szczęśliwą i nieszczęśliwą miłość.
- A co on tak idzie jak dygnitarz? - zapytał Maciej Petra, wskazując palcem jego siostrzeńca.
- Chyba zakochany - odparł Petro, parskając śmiechem.
Wasia otrząsnął się ze wspomnień i zawstydzony zawrócił do swojej furmanki.
Były już rogatki Krynicy Zdroju. Po obu stronach stały domy coraz piękniejsze i bardziej zadbane. Przejechali ulicą Lipową i za kościołem skręcili w ulicę Kazimierza Pułaskiego. Droga wiodła pod górę, toteż konie, nachylając karki i prężąc tylne nogi, ciągnęły wozy wyładowane cegłą. Co chwilę świstał bat i dało się słyszeć: "Wio! Wio!". Po kilku minutach ciała koni dymiły, a w wędzidłach pojawiła się piana. ",Wio! Wio!" - krzyczeli woźnice i, uchwyciwszy się kłonic, usiłowali pchać ciężkie wozy, by chociaż troszkę ulżyć zwierzętom. Za małym zakrętem zarysowała się duża budowa. Z fundamentów sterczało zbrojenie, poprzedzielane ceglanym murem. Należało z drogi bitej skręcić w prowizoryczną dróżkę usypaną żwirem. Dróżka prowadziła jeszcze bardziej pod górę, toteż furmani dali nieco odpocząć koniom. Po czym, plując w dłonie, zaświstali batami i pognali swoje siwki, kare, kasztany na miejsce wyładunku.
Niebawem zjawił się majster. Cegłę przeliczył i kazał wyładować. Petro, jak zawsze ciekawski, spoglądając na pana w lakierkach, drogim garniturze i gustownym kapeluszu, zapytał:
- Ten to właściciel?
- Nie, to ojciec właściciela - odparł spokojnie majster. - To Franciszek Kiepura.
- Aha! Franciszek Kiepura. Ciekawe, czy on też śpiewa...
- Ojczulku, jak wyładujecie cegłę - odpowiedział majster - zgłoście się do biura, tam otrzymacie zapłatę.
Po wyładunku cała dziesiątka uszczęśliwionych furmanów znalazła się pod biurem. Kwitując pieniądze za przewóz, pytali, kiedy jeszcze będą potrzebni.
- W przyszłym tygodniu - odpowiedziała kasjerka. - Najlepiej w poniedziałek.
Wszyscy mamy przyjechać? - spytał Maciej.
- Dobrze by było.
Wasia zgarnął chciwie dwa złote i trzymał w zaciśniętej dłoni, aby przypadkiem nie zgubić. "Boże, tyle pieniędzy za jeden przewóz! Tyle pieniędzy!". Poprawił worek z sianem, usiadł wygodnie i ruszył z powrotem pod kościół; tam skręcił w ulicę Zdrojową, a gdy dojeżdżał do ulicy Kraszewskiego, z wnętrza worka wyjął buty, które miał do cerkwi, i ubrał je, starannie zawiązując sznurowadła. Serce znowu załopotało mu gwałtownie: pod numerem piątym przy ulicy Kraszewskiego jest pensjonat "Maria", a właścicielami pensjonatu są rodzice Sary. Może przypadkiem będzie siedzieć na balkonie, spojrzy na Wasię i pomyśli: "No, no, Wasia nie taki biedny, skoro w butach do roboty jeździ".