MY, ŻYWI
Głęboko pesymistyczny, pełen bólu i niekłamanej rozpaczy, poruszający do żywego tekst, który Konstanty Puzyna napisał pod wrażeniem Umarłej klasy, arcydzieła Tadeusza Kantora, nosi tytuł My, umarli.
Oglądając wielokrotnie Kantorowski "seans teatralny", patrząc na wywołane przezeń duchy, na podrygujących śmiesznie staruszków, którzy, jako uczniowie, idą znowu do szkoły, siadają w drewnianych ławkach, podnoszą do góry palce i przepowiadając sobie mechanicznie wykute niegdyś na blachę zdania - żałośni, maniakalni, błazeńscy, nostalgiczni, nade wszystko przecież niespełnieni - próbują powrócić do świata młodości, świata żydowskich miasteczek, CK Galicji, aptek, sklepów, cukierni - do świata zamkniętego wiekiem trumny w czasie wojny i okupacji..., patrząc zatem ze wzruszeniem na te blade widma, na wleczone przez Kantora sobowtóry-manekiny z martwymi twarzami dzieci, Puzyna zobaczył wśród nich samego siebie i zobaczył nas wszystkich, nas, żyjących na niby w Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej u schyłku lat siedemdziesiątych:
Nasz świat też się kończy na okupacji (...) to my przecież włóczymy za sobą trupa naszej prawdy z młodych lat w bladym świetle trzech gołych żarówek. My podnosimy palce do odpowiedzi, lecz nic nie potrafimy wyartykułować prócz bełkotu. My recytujemy jakieś martwe formułki sprzed potopu, nie rozumiejąc już ich sensu i nie umiejąc nawet składnie ich powtórzyć. My rozpaczliwie usiłujemy zawrócić w przeszłość, w "tradycję", w cokolwiek, o czym sądzimy, że b y ł o, bo nie mamy ani teraźniejszości, ani przyszłości. My, starcy, zesztywniali, kuśtykający... My, umarli.
Pięć lat minęło, zanim tekst Puzyny - jawne oskarżenie komunistycznej władzy, która naszą duchową przestrzeń z premedytacją, systematycznie zamieniała przez dziesięciolecia w "migotanie nicości" i w "ogromną depresję rozciągniętą nad krajem" (Zbigniew Herbert) - ukazał się drukiem jako fragment jego książki, zatytułowanej Półmrok (oddana do składu w sierpniu 1981, podpisana została do druku rok później!).
Czytany dzisiaj, w innej zupełnie epoce, wiele lat po historycznej plajcie komunizmu, esej wybitnego krytyka prowokuje nas do postawienia pytania, czy i w jakiej mierze potrafiliśmy przez owe lata wykorzystać dar wolności, by wyzbyć się poczucia niespełnienia - owej ssącej pustki, która narastała w głuchym milczeniu.
Kiedy bowiem nie można mówić prawdy, całej prawdy, nie można też wyartykułować własnej świadomości. Ani określić poglądów, celów działania, zasad moralnych. Ani rozważyć błędów, ani rozliczyć krzywd. Wszystko to schodzi wtedy w głąb, w społeczną nieświadomość, nawarstwia się tam pokładami urazów, kompleksów, niechęci. Pokrywa się milczeniem. Już nawet nie chcemy mówić prawdy ani myśleć, jaka ona jest. Chcemy nie myśleć o tym, co było, nie pamiętać, zapomnieć. I tracimy dojrzałą biografię, ponieważ jest nie taka...
Odzyskanie utraconej biografii, wypełnienie pustki - treścią, wymaga duchowej pracy, nie następuje z miesiąca na miesiąc, z roku na rok nawet, nie jest prostym następstwem zmian politycznych, nie zależy bezpośrednio od jawności informacji czy dostępu do jej źródeł.
I cóż bowiem z tego, że możemy mówić dzisiaj prawdę, całą prawdę, skoro brak nam wewnętrznej potrzeby, aby się z nią zmierzyć, a nawet kryteriów, aby ją odróżnić od nieprawdy? I cóż z tego, że możemy rozważyć bez skrępowania własne błędy i własne krzywdy, skoro nie mamy wystarczającej woli, aby to uczynić? I cóż z tego wreszcie, że możemy dokonywać swobodnego wyboru odpowiadającej nam kultury, skoro częściej wybieramy kulturę zastępczą, sprowadzoną do partyjnej propagandy albo zgrywy, kulturę nieistotną, kulturę wartości niepełnowartościowych?
Wybór tej i takiej właśnie kultury to nie tylko dowód naszego cynizmu, naszego lenistwa i naszej beztroski, to nie tylko zgoda na naszą ponowną śmierć duchową, to także - a może przede wszystkim - wyraz skrajnego lekceważenia dla naszych umarłych przodków.
Popatrzmy raz jeszcze na poruszający seans Tadeusza Kantora i na wywołane przez niego widma, popatrzmy na nie nieco inaczej niż Konstanty Puzyna. Oto jeszcze raz pojawia się przed naszymi oczami korowód podrygujących jak kukiełki staruszków, wśród których bez trudu rozpoznamy własnych dziadków, rodziców, krewnych. Jeszcze raz umarła klasa zajmuje swoje dawne miejsca w drewnianych ławkach. "Uczniowie, staruszkowie nad grobem i ci nieobecni... podnoszą palce w powszechnie wiadomym geście i tak trwają... jakby o coś prosili, o coś ostatecznego..." - pisał o nich Kantor. Pomyślmy, że zwracają się także do nas, że nas, obecnych, o coś proszą.
To my przecież wciąż nosimy ich w naszej pamięci. My możemy stworzyć od nowa duchową przestrzeń, w której razem potrafimy zamieszkać godnie. My poczujemy się odpowiedzialni za kulturę, która - oparta na prawdzie historycznej - wykroczy poza nią i poszuka prawdy innej, głębszej. My spróbujmy posługiwać się językiem, który nam wydarto, którego zapomnieliśmy.
My, żywi.