Wstęp
Pisanie tej książki szło mi niczym krew z nosa. Życie bez lęku i zmartwień jest wręcz banalnie proste i oczywiste - wystarczy mieć wszystko gdzieś. Już napisanie krótkiego artykułu na ten temat wydawało mi się wodolejstwem, a co dopiero całej książki. Dlatego ciągle podchodziłem do pisania, by po chwili je ponownie porzucić. Cokolwiek bowiem tutaj napiszę, nie zastąpi to praktyki. Najlepszym sposobem nauczenia się, jak żyć bez lęku i zmartwień, jest dołączenie do osoby, która już przestała się czymkolwiek przejmować i niczego się nie lęka, obserwowanie jej i kopiowanie zachowań. Na tym wszak buddyjska praktyka polega!
Budda nie pukał od drzwi do drzwi, głosząc Dobrą Nowinę o nadchodzącym Raju na Ziemi. On w tym raju już faktycznie żył. Był ciągle radosny i uśmiechnięty, beztroski i jednocześnie zaradny, imponował błyskotliwym humorem, a równocześnie wzbudzał szacunek i respekt. Te cechy Oświecenia były wizytówką i folderem reklamowym księcia Siddharthy. Przyciągały do niego rzesze naśladowców, którzy chcieli cieszyć się taką samą radością życia, jaką On przejawiał na każdym kroku. Zawsze zadowolony i tryskający humorem, ale jednocześnie bardzo wymagający od swoich uczniów. Nie pobłażał im, bez pardonu wydalając z Sanghi za świadome przewinienia. Aby być blisko Niego i móc się uczyć od samego Źródła, należało się wykazać wyjątkową determinacją i samodyscypliną.
Z tego właśnie powodu pisanie o tym, jak żyć bez lęku i zmartwień, jest zadaniem arcytrudnym. Zdecydowanie łatwiej byłoby mi wziąć zainteresowanego na jedną z moich pielgrzymek, podczas których ukazuję arkana bezstresowej i radosnej egzystencji. Sam klucz do niej jest banalnie prosty, droga do celu jednak ciężka i żmudna, polega wszak przede wszystkim na złamaniu siebie samego, swoich oczekiwań, pragnień i przywar. Wymaga wykasowania starych programów i wgrania nowego - nieegoistycznej egzystencji w tu i teraz. Dlatego właśnie ciągle pisanie tej książki przerywałem, by za jakiś czas, motywowany najczęściej nieudolnością praktykantów, ponownie do niej usiąść.
Nieocenioną pomocą w redakcji zagadnienia była pozycja Sri K Dhammanandy pod tym samym tytułem. Ów nieżyjący już mnich tradycji therawada był wielkim i nieszablonowym buddyjskim misjonarzem. Wykształcony solidnie na lankijskich uczelniach osiadł w klasztorze w Malezji, gdzie prowadził działalność edukacyjną wśród lokalnej społeczności. Pisał w języku angielskim, pogłębiając źródło wiedzy o Dhammie równocześnie dla krajów całego Zachodu. Jest autorem wielu prac, które dzisiaj stanowią podstawy kanonu palijskiego. Między innymi zunifikował ceremonię pudży, wprowadzając wspólny standard recytacji, jest autorem wielu mów Dhammy, jak również buddyjskich katechizmów.
Niemniej jednak w tej całej beczce miodu znajdzie się i łyżka dziegciu. Prowadząc działalność misyjną w Malezji, nawiązywał najczęściej do islamu, porównując ze sobą obie ideologie. Miało to sens, gdyż Malezja jest w przytłaczającej większości muzułmańska. Dla czytelnika z katolickiej Polski większość porównań będzie jednak niezrozumiała, co wymaga całkowitego przeredagowania jego pracy.
Drugim poważnym problemem jest mieszanie przez Dhammanandę buddyjskich tradycji. W jego malezyjskim klasztorze, do którego trafił ze Sri Lanki, panowała tradycja mahajany. Trudność polega na tym, że mahajana nie jest zgodna z therawadą. Rozbieżności są często diametralne. Dhamma therawady ogranicza źródło do jednego nauczyciela, którym był Oświecony (pali: Budda) książę Siddhartha Gautama. Tymczasem mahajana odnosi się do wielu nauczycieli, którzy ogłosili się buddami, jako źródeł dharmy. W tych źródłach nie ma, co oczywiste, zgodności. Wiele z tych nauk stoi w całkowitej sprzeczności z Dhammą akceptowaną przez therawadę. Bazujący w Malezji Dhammananda pragnął zachować przede wszystkim poprawność polityczną i unikał deprecjacji poglądów mahajany. Jego prace w niektórych momentach przypominają więc groch z kapustą, potrawę skomponowaną z niepasujących do siebie elementów. W wyniku tego część opisywanych przez Sri K Dhammanandę tez jest sprzeczna z kanonem therawady.
Z tych dwóch powodów prace Bhante Dhammanandy nie nadają się do wiernego przetłumaczenia na język polski, przynajmniej według mojego poglądu. Złożyłem śluby w tradycji therawady i jako jej przedstawiciel pragnę w moich książkach zachować jej wierność. Z drugiej strony jestem także gorącym zwolennikiem tej tradycji, dobrze ją rozumiem i się z nią całkowicie utożsamiam. Nie widzę więc powodów, by iść na jakiekolwiek kompromisy. W związku z tym wykorzystałem z publikacji Dhammanandy wzorzec, zachowując spis treści i poruszając tę samą problematykę, jednocześnie zmieniając redakcję na własną - wymieniłem przy okazji przykłady na biblijne i oczyściłem z naleciałości mahajany.
Oprócz powyżej wymienionych innowacji w książce znajduje się kilka rozdziałów dodatkowych, które wynikają z mojego własnego doświadczenia. Uważam, że samo rozprawianie o buddyzmie jest zupełnie płonne. W oderwaniu od praktyki Dhamma nie ma absolutnie żadnej wartości. Dopiero po wprowadzeniu jej w życie zaczyna przynosić wymierne efekty. Jest to jeden z powodów, dla których buddyzm stawiam wyżej od hinduizmu. Nurty takie jak adwaita wedanta lub dżinizm także uderzają w samo sedno Oświecenia, jednak pierwsza niemal nie posiada żadnej praktyki, druga natomiast tę praktykę traktuje zbyt ortodoksyjnie. W takim ujęciu Droga Środka, którą promuje buddyzm, wydaje się być także złotym środkiem. Samo zrozumienie Oświecenia, co proponuje wedanta, daje niewiele, natomiast skrajny radykalizm dżinizmu, często przecież prowadzący do śmierci praktykanta, jest narzędziem niepraktycznym. W niniejszej książce odnoszę się zatem wiernie do praktyk therawady, nie analizując innych tradycji.
Na zakończenie chciałbym jeszcze zwrócić uwagę czytelnika na fakt, który poruszałem już w moich poprzednich publikacjach, a mianowicie buddyjskiej genezy chrześcijaństwa. Moje studia buddyjskie są szerokotorowe, ze szczególnym uwzględnieniem wpływu buddyzmu na kształtujące się chrześcijaństwo. O związkach buddyzmu z chrześcijaństwem wspomniałem już w książce "Tomasz Apostoł w Indiach". Nowotestamentowy niewierny Tomasz po Wniebowstąpieniu Jezusa udał się w podróż do Indii, w których poniósł męczeńską śmierć. Nie była to podróż przypadkowa. W czasach Jezusa Grecja znała buddyzm bardzo dobrze. Za sprawą Greków także Rzymianie się nim interesowali. Wymieniane przez rzymskich i greckich historyków miejsca z mnichami buddyjskimi i hinduskimi śramanami wkrótce przekształciły się w ostoje powierników Jezusa, dając początek chrześcijaństwu. Niniejsza książka jest jedynie studium ludzkiej psychiki i nie zajmuje się religiami; zachęcam jednak do paralelnej analizy źródeł chrześcijaństwa. Może się bowiem okazać, że wszystkie religie mają tę samą genezę i tę samą ścieżkę prowadzącą do wiecznej nirwany, do stanu, który jest naszym stanem naturalnym, do raju, którego de facto nigdy nie utraciliśmy, a który jedynie zasłania kurtyna naszej ignorancji. Po opuszczeniu tej kurtyny Eden stanie się faktem.
4 Psychiczna przemoc i zdrowie
Czynienie dobra może wydawać się łatwe, choć bycie dobrym człowiekiem jest w rzeczywistości dużo trudniejsze. Okrutnie wymagającym jest jednak utrzymanie dobrego nastawienia psychicznego i kontynuacja wykonania jakiejś służby dla dobra innych w obliczu oskarżeń, krytyki i innych piętrzących się przeszkód.
Człowiek nie składa się tylko z ciała, wyposażony jest także w umysł. Musi być zdolny do myślenia, gdyż taką właśnie funkcją odznacza się umysł. To właśnie za sprawą umysłu, a nie ciała, ludzkie wartości można zrozumieć, docenić, a także ich przestrzegać. Jeśli dana osoba nie używa swojego umysłu do racjonalnego myślenia, to nie jest godna być kwalifikowana jako przedstawiciel rasy ludzkiej.
Urodziliśmy się na tym świecie, aby czynić dobro, a nie aby spędzać dni na bezczynności i być dla społeczeństwa jedynie ciężarem. Zawsze myślmy o wzniesieniu się na wyżyny dobroci i mądrość, w przeciwnym razie nadużyjemy przywileju bycia urodzonym na wysokiej pozycji drabiny duchowej ewolucji, który osiągnęliśmy dzięki naszym poprzednim zasługom. Z całej masy nieskończonej liczby istot we wszechświecie, byt ludzki wspiął się najwyżej szczytów doskonałej egzystencji. Jesteśmy blisko samego wierzchołka, leży on wręcz na wyciągnięcie ręki. Nawet jeśli nie uda nam się dotrzeć do ostatniego etapu i osiągnąć szczyt jeszcze w tym życiu, to zawsze możemy podróżować bezpośrednią, bezpieczną trasą, która nas doprowadzi do celu bez ryzyka opadnięcia na dół niższych form życia. Ostatni etap łatwy nie jest, ale przy odpowiedniej determinacji możemy być pewni osiągnięcia odcinka drogi, z której nie ma już odwrotu.
Dlatego naszym najważniejszym zadaniem jest nie spadnięcie poniżej naszego obecnego poziomu istnienia. W tym celu powinniśmy spróbować zrozumieć procesy rządzące życiem oraz uświadomić sobie fakt, że każdy z nas siedzi u samego steru własnej ścieżki rozwoju. Musimy kierować naszym życiem w taki sposób, by uniknąć niższych form egzystencji, trzymając się ścieżki wyznaczonej przez Dhammę.
Życie we współczesnym świecie
Jak wygląda życie wielu współczesnych ludzi? Jeden wielki wyścig szczurów! Pierwszą kwartę tego życia zajmuje proces szkolnej edukacji. Zdobywamy wiedzę i umiejętności, które mają przydać się w drugiej kwarcie naszego życia, którą znowu poświęcamy intensywnej pracy. Ta praca jest wstępem do następnej kwarty egzystencji, której głównym zadaniem jest gromadzenie majątku, władzy i stanowisk. Ostatni kwartał życia spędzany jest na oczekiwaniu śmierci, nie wiedząc już właściwie dokładnie, po co to życie w ogóle było.
Ludzie starają się dbać o swój zewnętrzny wygląd, bardzo często zaniedbując swój rozwój wewnętrzny. Zaślepieni swoimi doznaniami zmysłowymi mylą iluzję z rzeczywistością. Ciężko pracują, czasami wręcz gryząc i pazurami wydrapując sobie nawzajem bogactwo, pozycję czy władzę, sądząc, że one oznaczają odniesienie w życiu sukcesu.
Jedną z największych bolączek dzisiejszego świata jest nadmiar działania. Ciągle gdzieś biegniemy, ciągle się spieszymy, ciągle mamy coś do zrobienia. Ten pośpiech i kolejne zadania towarzyszą nam od kołyski aż po sam grób. Rzadko znajdujemy chwilę, by sobie gdzieś w spokoju usiąść, zrelaksować się i wyciszyć. W dzisiejszym świecie człowiek może podróżować z zawrotną wręcz prędkością, w ciągu minut przemieszczać się z miasta do miasta, w ciągu godzin zmieniać kontynenty. We wszystkich sferach naszego życia dominuje tendencja optymalizacji, by robić więcej i więcej w jak najkrótszym czasie. Człowiek cały czas gdzieś pędzi, bo tego wymaga od niego współczesny model społeczny. Ledwo otworzy oczy, wstając rano z łóżka, by pędem zająć miejsce w kołowrotku szczurzego wyścigu. Po drodze zatrzymuje się tylko na chwilę, by spożyć szybki posiłek, po czym znowu wraca, by dokądś gonić. Nawet podczas nocnego odpoczynku nie potrafi się wyłączyć i zrelaksować. Kręci się w łóżku pół nocy, przeżywając ponownie dzienne niepowodzenia i stresy, a gdy wreszcie uda mu się zasnąć, zaraz dzwoni budzik. Trzeba wstać i wrócić znowu do tego kołowrotka.
Współczesny człowiek nadużywa swojego ciała i umysłu. Ludzkie nerwy nie są w stanie znieść obecnego tempa życia, więc jest tylko kwestią czasu, gdy nie wytrzymają takiego napięcia. W przeciwieństwie do człowieka natura nigdzie się nigdy nie spieszy. Działa zawsze swoim tempem. Powinniśmy brać z niej przykład. Współczesnego człowieka tak bardzo absorbuje praca, że nadal rozmawia i prowadzi interesy przez sen, przy tym dodatkowo lunatykując. Wyżyłowany do granic wytrzymałości, niczym sportowy samochód ryczący na maksymalnych obrotach silnika rozprasza swoje zasoby mentalne, powodując coraz większe uszczerbki na zdrowiu cielesnym i duchowym. Wikła się w szereg mniej lub bardziej potrzebnych poglądów, opinii i ideologii, z których wiele nie jest wcale najmądrzejszych. Duży wpływ na niego mają środki masowego przekazu, takie jak radio i telewizja, produkcje filmowe, prasa i portale internetowe. Kształtują one jego sposób rozumienia i doświadczania rzeczywistości, pragnienia i styl życia, choć on sam nie zawsze jest tego świadomy. W reklamach wykorzystywane są najniższe pobudki, można rzec zwierzęcych uwarunkowań, jak na przykład popęd seksualny. Przekonują one go do zakupu zupełnie niepotrzebnych rzeczy. Także taniec i muzyka stały się częścią wyścigu. Nie przynoszą one już ulgi i spokoju ducha, lecz jeszcze bardziej wyczerpują energię witalną. Zamiast służyć w celach wypoczynku i relaksu, jeszcze bardziej męczą, stając się substytutem wywołującego emocje, zezwierzęcenie i burzącego spokój umysłu narkotyku. Koniec końców zdezorientowany odwraca się od ścieżki prawości i zrozumienia, by podążać ścieżką łatwiejszą, ścieżką hedonistycznej zmysłowości i nadmiernej pobłażliwości.
Życie jako pole bitwy
Świat sam w sobie jest olbrzymim polem bitewnym. Wszędzie toczy się walka, stosowana jest przemoc, przelewana krew. Właściwością istnienia jest ciągły bój: człowiek walczy z człowiekiem, kobiety z mężczyznami, zwierzęta ze zwierzętami, człowiek z naturą i natura z ludzkością. Nawet w fizycznym ciele walka przebiega w sposób ciągły. System odpornościowy zabija bakterie i wirusy.
Umysł, podobnie do ciała fizycznego, także jest wielkim polem bitwy, na którym nieustannie toczy się szereg potyczek. Każdy, nawet najmniejszy incydent, zakłóca równowagę umysłową. Umysł staje się niesłychanie szczęśliwy, gdy rodzi nam się potomek. Natomiast gdy ten potomek zaniemoże, ulegnie wypadkowi lub rozchoruje się, szczęście przeradza się w olbrzymie cierpienie. Umysł oscyluje pomiędzy radością i smutkiem, ponieważ nie jest odpowiednio wyszkolony, by móc dostrzec prawdziwą naturę życia. Z tego właśnie powodu zwykły człowiek zawsze będzie odczuwał cierpienie, strach, niepewność i niezmiernie małą satysfakcję emocjonalną w świecie, którego funkcjonowanie opiera się na ciągłych zmianach. Gdy jednak umysł człowieka poprzez medytację zostanie odpowiednio wytrenowany i widzi naturę rzeczy oraz interpretuje je takimi, jakimi rzeczy w rzeczywistości są, jego umysł nie jest już dłużej do niczego przywiązany lub krępowany wydarzeniami zachodzącymi w świecie. Dzięki temu uwalnia się od cierpienia i wrażenia niedoskonałości świata.
Życie jest polem bitwy toczącej się jednocześnie na dwóch frontach, zarówno na zewnątrz człowieka, jak i w jego wnętrzu. Zewnętrzną ekspresją tej walki są intelektualizm i racjonalizm. Gdy energia na tym zewnętrznym froncie zostanie wyczerpana, człowiek wycofuje się do swojego świata wewnętrznego, do swoich myśli i uczuć. Stamtąd dalej próbuje prowadzić dalszą walkę. Gdy i tutaj wyczerpie swoją energię, zamyka się w sobie, regenerując siły. Następnego dnia zaczyna jednak bój na nowo. Natomiast gdy poniesie dotkliwą porażkę i całkowicie wycofa się do własnego wnętrza, gdzie nurzać się będzie we frustracji, złości, pragnieniach i fantazjach, jego zdrowie psychiczne z pewnością bardzo podupadnie. W niekontrolowanym i niezdyscyplinowanym umyśle dominują niezdrowe myśli, w których królują egoizm, chciwość, pogoń za sławą, majątkiem i władzą. Jeśli owa tendencja na tym etapie nie zostanie powstrzymana, umysł przekształci się w demoniczne narzędzie zamieniające człowieka w potwora. Nie powstrzyma się on już przed żadnym bezeceństwem, będzie gotowy zabijać i niszczyć każdego, kto ośmieli się stanąć na jego drodze, przeszkadzając w osiągnięciu chorych celów.
Przedkładając ponad wszystko własną wygodę i materialne korzyści, współczesny człowiek przestaje słuchać głosu natury. Zbyt dużo oczekuje od życia, co zwykle przekłada się na jego załamania psychiczne. Wierzy, że sukces oznacza możliwość robienia wszystkiego, na co się ma ochotę, że gwarancją sukcesu jest stanie się najlepszym i najskuteczniejszym, że bogactwo zapewni mu wolność. Wszystko to jest oczywistą nieprawdą, iluzją skołowanego wyścigiem szczurów umysłu, fizyczną niemożliwością. Funkcje umysłowe dzisiejszego człowieka są tak zajęte przyszłym szczęściem, że zaniedbuje on potrzeby fizycznego ciała i ignoruje znaczenie wartości chwili obecnej. Ten brak umiejętności właściwego ustawienia naszych priorytetów jest jedną z głównych przyczyn naszej frustracji, złości, niepokoju, strachu i niepewności. Skutkiem tego, ten bukiet negatywnych emocji, zbiorczo nazywany "emocjonalnymi zabójcami", objawia się jako konkretna dolegliwość fizyczna lub zaburzenie psychiczne.
Strach, zmartwienie, brak poczucia bezpieczeństwa, zazdrość czy złość nie są tylko sprawą samego zainteresowanego, gdyż cierpi z ich powodu także całe jego otoczenie. Najnowsze badania wykazały, że w krajach rozwiniętych co piąta osoba cierpi na jakieś zaburzenie psychiczne, które wymaga leczenia psychiatrycznego. Genezę tych schorzeń badacze upatrują w różnych rodzajach nerwic. Powstaje wiele placówek medycznych i szpitali psychiatrycznych, które mierzą się z narastającym problemem społecznym generowanym przez stresogenny styl życia. Mimo tej tendencji gros osób nie zostaje zdiagnozowanych, choć niewątpliwie potrzebują oni pilnej pomocy. Tendencje te można obserwować także poprzez wzrost przestępczości, która jest pewnym miernikiem szczęśliwości społecznej. Analizując pod tym kątem, poziom cierpienia psychicznego osiąga właśnie alarmujące wartości. Według badań Zygmunta Freuda kompulsywni przestępcy nie są złymi ludźmi i nie wymagają jakiejkolwiek formy karania. Zamiast tego należy ich zrozumieć i im pomóc, gdyż ich skłonności przestępcze głównie są wynikiem choroby psychicznej. Takie właśnie podejście do problemu penitencjarnego leży u podstaw wszelkich postępowych reform społecznych, otwiera ono drogę do rehabilitacji, zamykając wrota zemsty i mściwości.
Istnieje pewien zasób powszechnych metodologii i technik terapii psychologicznych, które służą do leczenia osób niezrównoważonych psychicznie. Początkowo doprowadza się pacjenta do wydobycia na zewnątrz stanów psychicznych, które wcześniej na jakimś etapie zostały zagrzebane. Psychiatra zachęca do rozmowy, w której pacjent ujawnia zakamuflowane w zakamarkach umysłu myśli, które są często ukryte nawet przed samym pacjentem. Prowadzący terapię celowo powstrzymuje się przed powiedzeniem pacjentowi, co ten ma robić, starając się go naprowadzić swoimi pytaniami na właściwe tory rozumienia problemu. Wówczas sam zainteresowany ujrzy swoje błędne nastawienie. Doświadczony lekarz w ten sposób naprowadza na odkrycie prawdziwego powodu stanu chorobowego, którym w każdym przypadku jest sam pacjent. Taki sposób terapii poprzez demaskowanie problemu daje pacjentowi możliwość wgłębienia się w jego naturę, dając wskazówki pomagające w usunięciu go.
Bardzo podobną technikę samodzielnej pracy nad sobą stosuje Budda. Jej celem jest uświadomienie nam prawdziwej natury życia, nas samych i natury naszych problemów. Podążając tą stopniową metodą, dojdziemy do wniosku, że wszelkie problemy tego świata są spowodowane naszymi własnymi pragnieniami i ignorancją (niewiedzą). Jednocześnie motywowani jesteśmy do ćwiczeń praktycznych zmniejszających nasze duchowe splamienia i likwidujących źródła naszych problemów. Umożliwiają nam one doświadczanie duchowego wzrostu i całkowitego uwolnienia się od ziemskich uwarunkowań i za nimi idącego cierpienia.
W kierunku zdrowia psychicznego
Destrukcyjne siły umysłu oraz negatywne emocje muszą zostać zredukowane do poziomu, z którego można już nad nimi zapanować. W tym rozumieniu relaks jest koniecznością, a nie luksusem. Powinniśmy cały czas zachowywać się świadomie i wykluczać niepotrzebne czynności. Na przykład powinniśmy budzić się nieco wcześniej, by mieć zapas czasu na spokojne przygotowanie się do pracy lub na rozmowę z członkami rodziny. Powinniśmy także wyrabiać w sobie nawyk przebywania w samotności. Czas ten można przeznaczyć na czytanie książek, kontemplację i medytację, ćwiczenia fizyczne i umysłowe, czy też na zwykłe zrelaksowanie się.
Wszystkie dolegliwości człowieka powodowane są sposobem, w jaki próbuje on przekroczyć nurt życia. Nikomu nie uda się przepłynąć oceanu żaglówką, ustawiając się zawsze pod wiatr. Żagiel należy rozstawiać w taki sposób, by wiatr niósł go w założonym kierunku. Nurt życia zawsze płynie swoim rytmem w sobie znaną stronę. Nie daje się zmieniać. Podobnie jest ze słońcem, które porusza się po nieboskłonie swoim tempem i nie zmienia raz obranego kierunku. Aby odnaleźć pełną harmonię w życiu, człowiek musi się do jego ruchu dostosować. Osoba tego nie rozumiejąca będzie przeklinać noc za brak słońca, a dzień za oślepiający jego blask. Tymczasem ciemność nocy jest błogosławieństwem dla znużonych dzienną aktywnością zmysłów, a jasność dnia je ponownie pobudza, gdy już zdążą odpocząć.
Budda nauczał o prawie rządzącym wszechświatem, o Dhammie. Kto tego prawa przestrzega, tego czeka szczęście zarówno w świecie doczesnym, jak i w każdym przyszłym. Aby tego dokonać, niezbędne jest prawidłowe wykorzystywanie potencjału swojego umysłu. Należy go skierować na wytwarzanie sprawiedliwego i pokojowego świata. Jeśli pozwolimy umysłowi wędrować tam, gdzie on sobie iść chce, stanie się niezdyscyplinowany, wypaczony i zdeprawowany. Większość cierpienia tego świata jest powodowana właśnie takimi skalaniami umysłu. Człowiek, który nie osiągnął pokoju ze sobą samym, nie będzie także w stanie osiągnąć pokoju z innymi.
Nienawiść jest bardzo niezdrową postawą mentalną, powodującą ignorancję i utrudniającą prawidłowe zrozumienie. Nienawiść ogranicza, podczas gdy miłość uwalnia. Nienawiść powoduje wyrzuty sumienia, miłość rozgrzesza. Nienawiść przynosi żal i rozczarowanie, miłość daje poczucie spokoju i ukojenia. Nienawiść pobudza, miłość wycisza. Nienawiść dzieli, miłość jednoczy. Nienawiść przeszkadza, miłość pomaga. Uświadamiając sobie zalety miłości, należy wykorzenić ze swojego życia wszelką nienawiść.
Człowiek modli się o pokój na świecie, ale tego pokoju nie zazna, dopóki nie rozwiąże wszelkich konfliktów wewnątrz siebie samego. Osiągnięcie tego jest możliwe jednak jedynie poprzez kształtowanie dyscypliny umysłu i wyszkolenie go tak, by był człowiekowi posłuszny. Ktoś mógłby tutaj zadać pytanie "jak to zrobić?". Tymczasem najważniejszą kwestią nie jest "jak", tylko "czy" chce tego dokonać?! Gdy pojawi się odpowiednia determinacja, to pojawi się również ścieżka i odpowiednie narzędzie.
Podstawowe prawo umysłu mówi:
Jak widzisz, tak czujesz.
Jak czujesz, tak myślisz.
Jak myślisz, tak chcesz.
Jak chcesz, tak czynisz.
5 Kontrolowanie złości
Dhammananda Bhikkhu często opowiada anegdotę o pewnej arystokratycznej bogatej wdowie, która obracając się w wyższych kręgach towarzyskich, uchodziła w nich za pełną życzliwości. Miała ona także wierną i pracowitą pokojówkę, która postanowiła przetestować zapewnienia o życzliwości swojej mocodawczyni. Pragnęła ona doświadczyć na własnej skórze, czy dobroć wynika z natury owej wdowy, czy jest jedynie pozowaną postawą dla wzbudzenia uznania wśród swoich znajomych z wyższych sfer. Pewnego dnia wstała zatem dużo później niż zwykle. Pracodawczyni ostro ją zrugała za spóźnienie. Mimo to następnego dnia powtórzyła swoje zachowanie, także pojawiając się w służbie dość późno. Tym razem wdowa wpadła we wściekłość, ubliżając pokojówce, a nawet uderzając ją za karę kijem. Wiadomość o tym incydencie szybko rozeszła się po okolicy, a wdowa straciła nie tylko reputację życzliwej osoby, ale także oddanie i pracowitość swojej służącej. Podobna sytuacja panuje w naszym świecie. Dopóki panują odpowiednie ku temu warunki, jesteśmy mili i uczynni dla innych. Kiedy warunki się zmieniają, stajemy się drażliwi i zazdrośni.
Wiele przykładów takich sytuacji można doświadczyć w różnych krajach i w różnych warunkach. W roku 2019 na Sri Lance islamscy ekstremiści zdetonowali ładunki wybuchowe w kościołach, podczas gdy odbywała się w nich wielkanocna msza. Zginęło kilkaset osób. Dotychczas przyjaźnie żyjący obok siebie ludzie różnych wyznań nagle stanęli ze sobą do walki. Podpalano sklepy prowadzone przez muzułmanów, kilku z nich pobito na śmierć. Z powodu zamieszek władze kraju musiały wprowadzić stan wyjątkowy. Dotychczas spokojny i przyjazny kraj ogarnęła wojna domowa. Na ulicach pojawiło się wojsko i pojazdy opancerzone, wyłączono dostęp do Internetu, wprowadzono cenzurę publikowanych w mediach informacji. Jeszcze innym doświadczeniem była sytuacja w indyjskiej wiosce Fardapur, w której znajduje się polski klasztor buddyjski. Współistnieje tam kilka religii, wierni są swoimi sąsiadami, prowadzą zażyłe życie towarzyskie ponad podziałami religijnymi. Pisane są peany na ich cześć, jak to człowiek z człowiekiem potrafi się zbratać, jak hinduska kultura zaciera różnicę pomiędzy ludźmi, jak tolerancja i życzliwość torują drogę do lepszego świata. Sytuacja dramatycznie się jednak zmienia, gdy rząd Indii wprowadza ograniczenia w przemieszczaniu się i zamyka sklepy podczas pandemii wirusa Covid-19. Mieszkańcy z dnia na dzień tracą możliwość zarobkowania, sklepy zostają zamknięte, a łańcuch dostaw przerwany. Rząd dostarcza przedziały żywności głodującej ludności, osiem kilogramów ryżu i trzy kilogramy mąki miesięcznie na mieszkańca. W punktach dystrybucji ustawiają się długie kolejki, w których ludzie tłoczą się jak sardynki. Z dnia na dzień zaczynają się coraz większe przepychanki i akty agresji. Krzyki i kłótnie nie mają końca, często dochodzi do rękoczynów. Aby uspokoić ludzi, policjanci bambusowymi kijami okładają mieszkańców, nie patrząc czy to staruszek, kobieta czy dziecko. Byle trzepaniem skóry wystudzić emocje.
Kiedy inni wokół nas są życzliwi i przyjaźni, nam samym też jest łatwo być serdecznym do innych. Gdy jednak otacza nad agresja i przemoc, sami stajemy się agresywni i nieżyczliwi. Gniew to niepotrzebna i destrukcyjna emocja. W codziennym życiu wszyscy ludzie w pewnej formie ulegają złości. Ta negatywna emocja drzemie cały czas w zakamarkach naszego umysłu, tylko czekając na okazję, by wybuchnąć i przejąć kontrolę nad naszym zachowaniem. Gniew można by przyrównać do błysku światła, który nagle nas oślepia, doprowadzając do zgubienia zdrowego rozsądku. Niekontrolowany gniew może wyrządzić nam mnóstwo szkód, zarówno emocjonalnych, jak również fizycznych. Jednak jak każdą inną emocję, także i gniew można opanować i go ugasić.
Niebezpieczeństwa związane z gniewem
Pewne nocne zwierzęta nie są w stanie widzieć w dzień, podczas gdy inne są ślepe nocą. Człowiek opanowany furią gniewu i nienawiści jest całkowicie zaślepiony na wszystko zarówno w nocy, jak i w dzień. Istnieje powiedzenie, że gniewny człowiek otwiera usta a zamyka oczy. Panuje także przekonanie, że zły człowiek ponosi skutki swojego gniewu, gdy odzyska rozum.
Emocje gromadzą się podobnie do pieniędzy na koncie bankowym. Dywidenda od kapitału jest wypłacana automatycznie. Także emocje przynoszą swoje owoce. Złość magazynowana w umyśle przyniesie jedynie zgorzknienie. Bo z kim lub z czym tak naprawdę walczymy, gdy jesteśmy źli? Walczymy przecież wyłącznie ze sobą, sami stając się dla siebie swoim największym wrogiem. Należy zatem pozbyć się tego drzemiącego w naszych umysłach wroga, odzyskując właściwe rozumienie zaistniałej sytuacji. Gniew rośnie, gdy jest napędzany emocjami. Zwłaszcza w sytuacji, gdy jest wzmacniany pragnieniami. W chwilach silnego wzburzenia człowiek wygasza swoje ludzkie cechy, stając się niebezpiecznym zwierzęciem, gotowym zniszczyć nie tylko innego człowieka, ale przede wszystkim siebie. Gniew może kosztować utratę reputacji, pracy, przyjaciół i rodziny, partnera, zdrowia, spokoju umysłu, a nawet samego siebie.
Budda uczy nas o cierpieniu rodzącym się poprzez gniew. Gniewnemu człowiekowi pojawia się siedem czynników, które działają na korzyść jego wrogów:
- Będzie wyglądał na brzydkiego, pomimo schludnego ubrania i zadbania;
- Będzie cierpiał ból niewygody, nawet leżąc na wygodnej i miękkiej sofie;
- Będzie czynił rzeczy powodujące jeszcze większe cierpienie i wyrządzi sobie dalszą krzywdę, myląc dobro ze złem, nie poświęcając czynnościom odpowiedniej uwagi i nie kierując się rozsądkiem;
- Straci swoje ciężko zdobyte bogactwo, a nawet popadnie w kłopoty z prawem;
- Straci pracowicie zdobyte sławę i reputację;