"MONACHIUM" I MOSKWA
"Monachium". To krótkie słowo znajduje się
w zestawie obowiązkowym pseudohistorycznej pseudowiedzy każdego
patrioty-państwowca. O "Monachium" wiedzą wszyscy - podobnie jak o "uśpionym kraju", "myśliwcach z dykty", "jednym karabinie na trzech",
"Stalinie, który usiłował opóźnić", "Richardzie Sorgem, który uprzedzał"
itd. O "monachijskiej zmowie" mówi się za każdym razem, gdy tylko
pojawia się temat paktu Ribbentrop-Mołotow. To jest nasz "kontratak",
niepodważalny argument przy demaskowaniu grzechów bezwstydnego
"Zachodu". Jednak nie wszystko jest takie, jakie się wydaje...
Na początek krótkie wprowadzenie historyczne. Pierwsza wojna światowa
doprowadziła do upadku trzech olbrzymich wielonarodowych imperiów
(austro-węgierskiego, rosyjskiego, tureckiego) i powstania nowych
państw. Zwycięska strona (ententa) wytyczyła zachodnią granicę nowo
powstałej Czechosłowacji według przedwojennej granicy między
Austro-Węgrami i Niemcami. W rezultacie przy północno-zachodnich i południowo-zachodnich granicach nowego państwa znalazły się rejony gęsto
zamieszkane przez mniejszość niemiecką (można powiedzieć: "austriacką").
Przy czym mniejszość ta była bardzo liczna: na początku lat 30. ludność
Czechosłowacji liczyła 7,4 miliona Czechów, 3,3 miliona Niemców, 2,4
miliona Słowaków, 600 tysięcy Węgrów, 500 tysięcy zakarpackich Rusinów,
300 tysięcy Żydów, 100 tysięcy Polaków.
Nie będziemy teraz dywagować, jakie argumenty mógł (powinien był)
przytoczyć "Zachód" w Monachium, kiedy odmawiał ponad 3 milionom Niemców
sudeckich prawa do połączenia się z vaterlandem, ale przypomnijmy
czytelnikom, że Anglicy i Francuzi o nic nie prosili dla siebie i niczego (oprócz wstydu) nie otrzymali. Przypomnijmy i o tym, że w Monachium Hitler nie żądał unicestwienia Czechosłowacji i nie nazywał
jej "pokracznym bękartem traktatu wersalskiego"; w tym czasie żądania
Niemiec sprowadzano do biblijnego "Wypuść lud mój". I nawet przy tym, co
dzisiaj wiemy o konsekwencjach "Monachium", nie możemy nie przyznać, że
ze strony Anglii i Francji była to - owszem, tchórzliwa i głupia - próba
uniknięcia wojny. Szczytny cel. Właśnie na tym polega główna i jakościowa różnica między "Monachium" i radziecko-nazistowskim
porozumieniem, które było umową między dwoma podżegaczami wojennymi w sprawie podziału przyszłych łupów.
Wróćmy jednak do 1938 roku. Co robił Związek Radziecki w czasie "kryzysu
sudeckiego"? I na to pytanie odpowiedź "znają wszyscy". ZSRR
reprezentowany przez ludowego komisarza spraw zagranicznych M. Litwinowa
ze wszystkich trybun potępił politykę "ułagodzenia agresora", gniewnie
piętnował i surowo osądzał, żądał od Francji wykonania jej zobowiązań
wobec Czechosłowacji, wielokrotnie zapewniał Pragę o niezmiennym
poparciu, zmobilizował i ściągnął do zachodnich granic kilkadziesiąt
dywizji, przygotowywał do walki czołgi i samoloty, wyciągał liczne ręce
braterskiej pomocy...
W porządku, ale pojawia się zgrzyt - piękny obraz zaburza proste,
oczywiste, ale jeszcze niezadane wcześniej pytanie: "To dlaczego nie
pomogli, skoro tak bardzo chcieli?". Rzeczywiście, skoro potężny Związek
Radziecki, który już latem 1938 roku dorobił się setek dywizji i brygad,
tysięcy czołgów i samolotów bojowych, chciał pomóc Czechosłowacji (i nie
tylko z platonicznej miłości do braci Słowian, a po to, żeby nie
dopuścić do "ekspansji Hitlera na wschód"), to co przeszkodziło w urzeczywistnieniu tak pożytecznych i wzniosłych zamierzeń? Dlaczego nie
wysłano nawet oficjalnej noty protestacyjnej do MSZ Niemiec? Nie wezwano
radzieckiego ambasadora "na konsultacje" z Berlina - nie wspominając już
o skuteczniejszych sposobach wyrażenia sprzeciwu Moskwy wobec warunków i wyników "układu monachijskiego"?
Warto zauważyć, że w wariantach odpowiedzi na to pytanie wyraźnie da się
zauważyć charakterystyczne dla całej radzieckiej historiografii II wojny
światowej "dwa szczeble", dwa poziomy: dla "swoich" i dla "ciemnego
ludu". Wydane w skromnych nakładach, ale aspirujące do naukowej
rzetelności grube monografie zwyczajnie i bez udawania, z pewnym nawet
ostentacyjnym cynizmem ("jesteśmy dorośli, po co mamy się krygować"),
przyznają, że Związek Radziecki nie zamierzał pomagać Czechom.
"Praktyczny umysł Stalina wyznaczał, tak w okresie przygotowań do
Monachium (mimo dyplomatycznej retoryki), jak i po nim, stanowisko
obserwatora czekającego na dalszy rozwój wydarzeń i kierującego się
zasadą, mówiąc dosadnie, "unikania kłopotów"".
A szerokim masom - po opowieściach o "700 myśliwcach przygotowanych do
natychmiastowego wylotu do Czechosłowacji" i innych zapierających dech w piersiach przejawach gotowości ZSRR do udzielenia pomocy ofierze
faszystowskiej agresji - z jękiem żalu mówi się, że chcielibyśmy pomóc,
ale wszystko spaliło na panewce z powodu pewnego punktu.
Radziecko-czechosłowackie porozumienie o wzajemnej pomocy zawierało w tekście klauzulę, że zobowiązania ZSRR wejdą w życie dopiero wtedy, gdy
Francja również udzieli pomocy Czechosłowacji. A Francja nic nie robi,
no to my też...
To wspaniała logika, znana i zrozumiała nawet dla ludzi niemających
pojęcia, po której stronie globu trzeba szukać tego nieszczęsnego
Monachium. "Pobralibyśmy się, ale jego (jej) rodzice nie chcą". Co
prawda zgodnie z prawem i w życiu wszystko jest inaczej. Do zawarcia
małżeństwa i powstania wszystkich praw i obowiązków wynikających z jego
zawarcia ani rodzice, ani "świadkowie" nie są potrzebni - tylko
poświadczona na piśmie w urzędzie stanu cywilnego wola dwóch dorosłych
osób, państwa młodych. Gdy jest taka wola, sprawę załatwia się szybko i łatwo, po uiszczeniu niewielkiej opłaty skarbowej; przy braku woli u przynajmniej jednej ze stron nie załatwia się nigdy.
Ani Czechosłowacja, ani tym bardziej Związek Radziecki nie były kolonią
Francji. Ani Praga, ani Moskwa nie potrzebowały "pozwolenia" Paryża na
zmianę istniejącego porozumienia albo zawarcia nowego. Trzeba było tylko
chęci. Gdy była chęć (wola polityczna), dyplomacja stalinowska działała
w zawrotnym tempie.
21 sierpnia 1939 roku w Moskwie jeszcze toczyły się rozmowy trójstronne
misji wojskowych (Anglia, Francja, ZSRR) w sprawie wspólnych operacji
wojskowych przeciwko Niemcom, a w nocy na 24 sierpnia na Kremlu już
rozlewano szampana z okazji podpisania paktu Ribbentrop-Mołotow. W nocy
z 26 na 27 marca 1941 roku w Belgradzie doszło do wojskowego zamachu
stanu, a 3 kwietnia (czyli zaledwie tydzień później) delegacja nowego
jugosłowiańskiego rządu już negocjowała z samym Stalinem traktat o przyjaźni i współpracy, który podpisano 6 kwietnia 1941 roku. Absolutny
rekord świata w szybkości został ustanowiony przy zawarciu porozumienia
z "ludowym rządem demokratycznej Finlandii", który to (według gazety
"Prawda" z 2 grudnia 1939 roku) przypadkowo został odkryty przez nasłuch
radiowy i już następnego dnia przybył na rozmowy do Moskwy.
Równie odważnie i zdecydowanie Stalin łamał dowolne normy prawa
międzynarodowego. W samym tylko 1939 roku Związek Radziecki
jednostronnie zerwał pakt o nieagresji z Polską, a następnie z Finlandią, prowadził działania wojenne na terytorium nieuznawanej przez
nikogo poza Związkiem Radzieckim Mongolii; w kolejnym, 1940 roku, grożąc
użyciem wojsk, anektował część terytorium Rumunii (Besarabię i Bukowinę
Północną) i okupował trzy kraje nadbałtyckie. I nic się nie stało.
Stalin nie miał z tego powodu wyrzutów sumienia, a kolizje prawne nie
przeszkadzały w prowadzeniu poważnych interesów. Mam nadzieję, że nie
trzeba przypominać, jak towarzysz Stalin traktował normy stalinowskiej
konstytucji w rozgrywkach wewnętrznych.
Ale może czechosłowacka burżuazja podle zdradziła swój naród i w obawie
przed rosnącym autorytetem i wpływami partii komunistycznej odrzuciła
wyciągniętą przez Moskwę przyjazną dłoń? Owszem, słyszeliśmy i o tym.
Tylko jest to całkowicie niedorzeczne. Prezydent Czechosłowacji Edvard
Beneš (wcześniej nieprzerwanie od 1918 roku pełniący funkcję ministra
spraw zagranicznych) oprócz tradycyjnego dla czeskich elit rusofilstwa
przejawiał dodatkowo znaczne zamiłowanie do marksizmu i socjalizmu.
Beneš był chyba najbardziej lewicowym przywódcą politycznym w przedwojennej Europie, bardziej na lewo od niego znajdowali się tylko
etatowi pracownicy NKWD. Nieprzypadkowo po przywróceniu państwa
czechosłowackiego latem 1945 roku Moskwa właśnie jemu powierzyła
stanowisko prezydenta - przy tym, że w pozostałych przypadkach
emigracyjni przywódcy na wygnaniu zostali od stóp do głów napiętnowani
jako "zdrajcy", "sługusy burżuazji", "marionetki światowego
imperializmu" oraz innymi niezbyt pochlebnymi epitetami...
Nie ma jednak potrzeby spierać się o to, czego chciał, a czego nie
chciał Beneš. Mamy dokument - odtajnione sprawozdanie radzieckiego
ambasadora w Pradze S. Aleksandrowskiego ("Notatki w sprawie wydarzeń z końca września i początku października 1938 r.", Archiwum Polityki
Zagranicznej Federacji Rosyjskiej, f. 0138, op. 19, p. 128, d. 6).
Czytamy tam:
Prasa lewicowa energicznie zwalczała i szukała argumentów dowodzących
możliwości i znaczenia wsparcia ze strony ZSRR bez pomocy Francji.
Przedstawicielstwo bombardowano dziesiątkami telefonów, a liczni wybitni
politycy i dziennikarze przychodzili codziennie z tymi samymi pytaniami:
czy ZSRR pomoże bez Francji, kto jest autorem klauzuli z porozumienia
radziecko-czechosłowackiego o wzajemnej pomocy, uzależniającej pomoc
radziecką od pomocy Francji, czy nie można zawrzeć nowego, już
związkowego porozumienia. (...)
21 września towarzysz Litwinow w Genewie bardzo wyraźnie podkreślił
zależność pomocy radzieckiej od francuskiej. Kręgi reakcyjne zaczęły
wykorzystywać tę okoliczność.
Dalej na kilku stronach Aleksandrowski opisuje, jak wyglądała wielka
manifestacja ludowa w Pradze; jego czarnego "burżuazyjnego" packarda
najpierw chciano zniszczyć, a potem, gdy dostrzeżono na masce czerwoną
flagę radziecką, szalejący tłum, wznosząc radosne okrzyki, niemal na
rękach wyniósł go do bram pałacu prezydenckiego.
Beneš próbował wyłącznie rzeczowo rozmawiać na temat wojennego
rozwiązania sporu między Czechosłowacją i Niemcami. Kiedy zadawał
pytania na temat przejścia Armii Czerwonej przez terytorium Rumunii albo
gdy pytał o naszą reakcję na ewentualny atak Polski na Czechosłowację,
to w jego tonie nie było żadnych wątpliwości co do tego, że przyjdziemy
walczyć przez Rumunię albo Polskę. (...)
Gdy byłem u Beneša 25 września, jego pokoje wyglądały niczym obóz
wojskowy. (...) Przyznam, że w tym czasie było mi trudno, gdyż nie mogłem
nic powiedzieć Benešowi, szczególnie w odpowiedzi na jego praktyczne
pytania. Zapytał mnie, ile tysięcy żołnierzy może wysłać do
Czechosłowacji desant powietrzny Armii Czerwonej, jaki sprzęt wojskowy
dostarczy taki desant, jakie środki techniczne będą potrzebne, żeby
desant mógł rozpocząć działania bojowe. (...)
Wieczorem 26 września, po przemówieniu Hitlera, Beneš był w nie tylko
dobrym, a wprost wesołym stanie ducha. Był wręcz nastawiony bojowo. (...)
27 września Beneš mówił już całkiem poważnie o nieuchronności wojny i jego ton w kwestii naszej pomocy był zgoła inny. (...) Odczuwałem
wyraźnie, że Beneš jest bardzo zdenerwowany i z dużą powagą chce się
dowiedzieć od nas, jak i kiedy udzielimy pomocy. (...) Nie mam i nie
miałem wątpliwości, że Beneš aż do otrzymania doniesienia o konferencji
w Monachium nie zamierzał kapitulować i pod tym względem nie oszukiwał
sam siebie, ani współobywateli, ani nas. (...)
Już jako okrzyk rozpaczy potraktowałem telefon od Beneša o wpół do
dziesiątej rano 30 września [w dniu podpisania układu monachijskiego -
M.S.]. (...) Ten historyczny dzień wymaga szczególnego omówienia. Ze
względów technicznych będę mógł do niego wrócić dopiero przy kolejnej
wysyłce poczty.
Skończono 20 października 1938 r.
Gdy radziecki ambasador (S. Aleksandrowski był osobą o wrażliwym
sumieniu, bombardował Moskwę depeszami z prośbą o ratowanie zagrożonych
czeskich antyfaszystów, czyli wydanie im wiz wjazdowych do ZSRR; wiosną
1939 roku odwołano go z Pragi i zwolniono z Ludowego Komisariatu Spraw
Zagranicznych, w 1943 roku, dość późno, aresztowano, rozstrzelano w 1945
roku, zrehabilitowano pośmiertnie w 1956 roku) czuł się "bardzo kiepsko,
ponieważ nie mógł nic powiedzieć Benešowi", kierownictwo partii
komunistycznej rozpowszechniało ulotki następującej treści: "Według
absolutnie pewnych informacji Związek Radziecki jest zdecydowany
udzielić pomocy Czechosłowacji w każdym przypadku i w każdej chwili, gdy
tylko zostaniemy zaatakowani. Związek Radziecki jest niezachwianie z nami".
Ciągu dalszego raportu Aleksandrowskiego (jeżeli w ogóle istniał) w archiwach MSZ Federacji Rosyjskiej nie udało mi się odnaleźć. Dlatego
opisując wydarzenia "historycznego dnia, który wymaga szczególnego
omówienia", posłużymy się książką amerykańskiego historyka czeskiego
pochodzenia Igora Lukeša Czechoslovakia Between Stalin and Hitler. W jego relacji tragiczne rozwiązanie wydarzeń było następujące:
Około godz. 22.00 29 września Beneš otrzymał z Moskwy wiadomość od
[ambasadora] Fierlingera, który napisał, że według odpowiedzi
[zastępcy ludowego komisarza spraw zagranicznych] Potiomkina, jeżeli
Hitler zaatakuje Czechosłowację, "procedura w Genewie [tj. na
posiedzeniu Ligi Narodów - M.S.] może być krótka, jak tylko znajdą się
państwa gotowe do konfrontacji z agresorem". Taka była odpowiedź Kremla
na prośbę Beneša o niezwłoczną pomoc lotniczą, którą przekazał rankiem
28 września. (...) Teraz, gdy Beneš najbardziej potrzebował radzieckiego
sojusznika, Kreml proponował mu zwrócenie się z problemem do Ligi
Narodów. (...)
Tuż przed spotkaniem z przedstawicielami partii koalicyjnych rankiem 30
września, po otrzymaniu warunków układu monachijskiego, o godz. 9.30
Beneš sięgnął po swoją ostatnią szansę. Zadzwonił do Aleksandrowskiego i powiedział mu, że Wielka Brytania i Francja złożyły Czechosłowację
Hitlerowi w ofierze. Kraj musi teraz wybierać między wojną z Niemcami (w tym przypadku zachodni sojusznicy ogłoszą, że rząd w Pradze jest
podżegaczem wojennym i jej winowajcą) a kapitulacją. W tych
okolicznościach Beneš poprosił radzieckiego ambasadora, aby jak
najszybciej dowiedział się w Moskwie, jak Sowieci postrzegają sytuację.
Czechosłowacja powinna walczyć czy skapitulować?
Aleksandrowski nawet nie wysłał tego pilnego pytania od Beneša do
Moskwy. O godz. 10.30, nie zrobiwszy w ciągu godziny nic, radziecki
ambasador udał się do pałacu prezydenckiego swoją czarną limuzyną
Packard, żeby się dowiedzieć, co się dzieje. Nie spotkał się z Benešem,
ale zebrał fragmenty informacji od jego współpracowników. (...)
O godz. 12.20 ambasada czechosłowacka w Moskwie poinformowała, że "nie
ma żadnych wiadomości", i dziesięć minut później minister spraw
zagranicznych Krofta formalnie oświadczył Newtonowi i de Lacroix
[ambasadorom Wielkiej Brytanii i Francji - M.S.], że Czechosłowacja
przyjmuje dyktat monachijski. Ambasada radziecka o godz. 13.40 wysłała
drugi tego dnia telegram do Moskwy, informując Kreml, że Beneš przyjął
warunki układu monachijskiego. (...)
Dopiero w nocy na 3 października 1938 roku prezydent Beneš otrzymał
telegram od Fierlingera z Moskwy. Napisano w nim, że Kreml krytykuje
decyzję czechosłowackiego rządu o kapitulacji i że Związek Radziecki
udzieliłby wsparcia Czechosłowacji "w każdych okolicznościach".
Wiadomość ta została odebrana i rozszyfrowana w MSZ Czechosłowacji o godz. 2.00 3 października, czyli 61 godzin po tym, jak Praga przyjęła
dyktat monachijski i co najmniej 36 godzin po opuszczeniu przez
czechosłowackie jednostki linii umocnień na granicy. (...) Gdy już
wszystko zostało powiedziane i zrobione, Praga otrzymała z Moskwy wyrazy
platonicznego współczucia, starannie zaplanowane w czasie.
I jeszcze kilka dodatkowych akcentów do obrazu wydarzeń 1938 roku.
Ludowy komisarz spraw zagranicznych ZSRR M. Litwinow do ambasadora ZSRR
w Pradze S. Aleksandrowskiego, 28 marca 1938 roku.
Kwestię austriacką i czechosłowacką zawsze rozpatrywałem jako jeden
problem. Gwałt na Czechosłowacji byłby początkiem anschlussu, tak samo
jak hitleryzacja Austrii z góry określiłaby los Czechosłowacji. (...) Już
anschluss zapewnia Niemcom hegemonię w Europie, niezależnie od dalszych
losów Czechosłowacji. (...) Dziwią mnie przypuszczenia Czechów, że
będziemy żądać od Rumunii zgody na przemarsz naszych wojsk. Przecież ten
przemarsz jest potrzebny przede wszystkim Czechosłowacji i Francji, to
one powinny zabiegać o tę zgodę, tym bardziej, że łączą je z Rumunią
pewne umowy. (Archiwum Polityki Zagranicznej FR, f. 0138, op. 19, p.
128, dz. 1, l. 16-19)
M. Litwinow do S. Aleksandrowskiego, 11 czerwca 1938 roku.
Nasza pomoc jest uwarunkowana pomocą francuską. Uważamy jednak, że
zwrócenie się do nas Francji również nie dałoby oczekiwanego rezultatu i że wszelkie kwestie powinny być koniecznie konsultowane pomiędzy
przedstawicielami francuskiego, czechosłowackiego i radzieckiego Sztabu
Generalnego. Nie będziemy prosić o takie rozmowy, a Wy nie powinniście
poruszać tematu. (Archiwum Polityki Zagranicznej FR, f. 0138, op. 19, p.
128, dz. 1, l. 38)
Sprawozdanie ze spotkania pierwszego zastępcy ludowego komisarza spraw
zagranicznych ZSRR W. Potiomkina z ambasadorem Czechosłowacji w Moskwie
Fierlingerem, 9 września 1938 roku.
Fierlinger zjawił się u mnie dzisiaj, żeby nieoficjalnie poskarżyć się
na przyjęcie, z którym spotkali się u nas specjaliści wojskowi przybyli
ostatnio do ZSRR z Czechosłowacji w ramach zadań specjalnych. Fierlinger
powołuje się na następujące fakty:
1. Generałowie Šara i Netik rzekomo zostali bardzo oschle przyjęci przez
towarzysza Szaposznikowa. Podczas ich powrotu z Moskwy razem z przedstawicielem Škody Hromadką ich rzeczy osobiste zostały bardzo
dokładnie przeszukane na moskiewskim lotnisku. Przeszukano kieszenie
zapasowych mundurów, które znajdowały się w walizkach. Przeczytano
osobistą korespondencję. Wylot samolotu został zatrzymany prawie o pół
godziny, ponieważ Hromadko miał przy sobie 2000 dolarów potrzebnych do
opłacenia specjalnego samolotu, który czekał na niego w Amsterdamie.
Fierlinger twierdzi, że po przyjeździe do Moskwy Hromadko zamierzał
zgłosić przy kontroli celnej te środki, ale towarzysze z Ludowego
Komisariatu Obrony, którzy go spotykali, odradzali mu spóźnienie się z powodu tej formalności.
2. Oficerowie czechosłowackiej artylerii, którzy przybyli do ZSRR przez
Rumunię z działami i pociskami, zapakowanymi szczególnie starannie i oplombowanymi, po dotarciu do Leningradu zostali osadzeni w ścisłej
izolacji pod nadzorem licznej ochrony. Ładunek, któremu towarzyszyli,
został im odebrany i gdzieś wysłany. Następnie, gdy dotarli na poligon,
stwierdzili, że z dział i pocisków usunięto plomby, a najbardziej tajne
elementy zostały obfotografowane.
3. Dowódca czechosłowackich sił powietrznych Fajfr, który przyjechał do
ZSRR w trybie pilnym w celu omówienia niektórych praktycznych zagadnień,
wrócił rzekomo rozczarowany. Według Fierlingera rozmowa Fajfra z towarzyszem Szaposznikowem miała charakter formalny i nie wniosła nic
konkretnego. (Archiwum Polityki Zagranicznej FR, f. 0138, op. 19, p.
128, d. 1, l. 62-63)
Raport ze spotkania W. Potiomkina z Fierlingerem, 15 września 1938 roku.
Fierlinger powiedział, że według informacji z ambasady francuskiej w Moskwie Georges Bonnet [minister spraw zagranicznych Francji - M.S.]
był nadzwyczaj niezadowolony z rozmowy z towarzyszem Litwinowem w Genewie. Jak powiedział Fierlingerowi Coulondre, towarzysz Litwinow
wykazał w tej rozmowie wyjątkową powściągliwość i nie przedstawił
żadnych pozytywnych propozycji dotyczących Czechosłowacji w przypadku
ataku ze strony Niemiec.
Odpowiedziałem Fierlingerowi, że według towarzysza Litwinowa sam Bonnet
rozmawiał z nim głównie o niejasnym stanowisku Anglii w sprawie
Czechosłowacji. Bonnet nie rozmawiał z towarzyszem Litwinowem o wspólnym
udzieleniu pomocy Czechosłowacji. Naturalnie towarzysz Litwinow nie miał
podstaw do opracowania praktycznego planu wspomożenia Czechów. (...)
Fierlinger wysłuchał wszystkich wyjaśnień z głębokim smutkiem. (Archiwum
Polityki Zagranicznej FR, f. 0138, op. 19, p. 128, dz. 1, l. 65)
Jeśli coś nie kwacze jak kaczka, nie pływa jak kaczka i nie lata jak
kaczka, to najprawdopodobniej nie jest kaczką. A więc co to jest?
Oczywiście Związek Radziecki, czyli towarzysz Stalin, nie zamierzał
ratować Czechosłowacji, "odpierać faszystowskiej agresji" itd. Dalsze
powtarzanie tych bzdur jest możliwe tylko w stanie ostrego zatrucia
ideologicznego. Jednak jeszcze bardziej błędna wydaje mi się teza, że
Stalin rzekomo postanowił ograniczyć się do roli "obserwatora
czekającego na dalszy rozwój wydarzeń". Rzecz jasna, latem i jesienią
1938 roku Stalin miał Plan i to wcale niesprowadzający się do biernego
oczekiwania na to, "co przyniesie los".
Przytoczone powyżej rozproszone skrawki faktów i opinii nawet w małym
stopniu nie mogą stać się bazą do rekonstrukcji stalinowskiego Planu.
Wszystko, co mogę dzisiaj zaproponować czytelnikowi, to, powiedzmy,
niejasne przypuszczenia, które jednak zrodziły się z lektury
oryginalnych dokumentów źródłowych. Tak więc:
Plan geopolityczny z września 1938 roku pod względem celów i zadań,
głównych mechanizmów jego realizacji, niczym się nie różnił od planu z sierpnia 1939 roku. Żadnego "dramatycznego zwrotu w polityce
zagranicznej państwa radzieckiego" w sierpniu 1939 roku nie było (w zasadzie jest to istota mojego "niejasnego przypuszczenia"). Stalin,
który pije szampana z Ribbentropem, i Stalin, który poprzez swojego
ministra (komisarza ludowego) spraw zagranicznych piętnuje
"faszystowskich podżegaczy wojennych" - to ten sam polityk dążący do
tego samego celu strategicznego.
Celem jest wojna w Europie Zachodniej, krwawa i niszczycielska, po
której zgliszczach Stalin poprowadzi swoje kolumny pancerne. Główne
"narzędzie" służące do osiągnięcia tego celu - agresywny paranoik, który
przejął (nie bez tajnych zakulisowych intryg Stalina) stery władzy w Niemczech. Głównym frontem przyszłej wojny powinna stać się
francusko-niemiecka granica, ale Stalin próbuje wzniecić europejski
pożar w innym miejscu, prowokując ostry lokalny konflikt. Latem 1938
roku takim "miejscem" jawi mu się Czechosłowacja, rok później - Polska.
W 1938 roku głównym "punktem przyłożenia siły" była potencjalna ofiara
faszystowskiej agresji - Czechosłowacja. To właśnie ją Moskwa z kunsztem
doświadczonego prowokatora skłaniała do maksymalnego usztywnienia
stanowiska.
Dziwne zastrzeżenia, że zobowiązania ZSRR wynikające z porozumienia o wzajemnej pomocy z Czechosłowacją wchodzą w życie dopiero w przypadku
podobnych działań Francji, nie były oczywiście przyczyną determinującą
stanowisko i działania Związku Radzieckiego, ale okazały się bardzo
skutecznym narzędziem w realizowaniu polityki Stalina. Z takim
zastrzeżeniem ludowy komisarz spraw zagranicznych ZSRR towarzysz
Litwinow mógł, nic nie ryzykując, grzmieć z mównicy Ligi Narodów (a także wszystkich innych mównic) - loteria, w której grał Stalin, nie
przewidywała przegranej. Jeśli Francja (i jej główny sojusznik Wielka
Brytania) pójdą na ustępstwa wobec Hitlera, można będzie przez następne
sto lat oskarżać te państwa o "zdradę", "spisek z agresorem", ukazując
własną nieskazitelność (co obserwujemy do dziś). Jeśli dojdzie do wojny,
to tutaj przed towarzyszem Stalinem otwiera się cały wachlarz
wspaniałych możliwości.
Jedna z nich zalśniła wyraźnie w nocy z 22 na 23 września 1938 roku.
Tak, tak, właśnie w środku nocy obudzono chargé d'affaires Polski w Moskwie, pana Jankowskiego, i wezwano do Ludowego Komisariatu Spraw
Zagranicznych, gdzie o czwartej nad ranem (pod koniec września jest o tej godzinie kompletnie ciemno) wręczono mu "Oświadczenie rządu
radzieckiego do rządu Polski". Oto jego pełny tekst (opublikowany
zresztą w latach "głębokiej komuny"):
Rząd ZSRR otrzymuje z różnych źródeł doniesienia, że polskie oddziały
gromadzące się na granicy Polski i Czechosłowacji przygotowują się do
przejścia wspomnianej granicy i zajęcia siłą części terytorium Republiki
Czechosłowackiej1. Mimo powszechnego i niepokojącego
charakteru tych doniesień polski rząd dotychczas im nie zaprzeczył. Rząd
ZSRR spodziewa się, że takie zaprzeczenie nastąpi niezwłocznie.
Niemniej jednak, gdyby do takiego zaprzeczenia nie doszło i gdyby na
potwierdzenie tych doniesień wojska Polski rzeczywiście przekroczyły
granicę Republiki Czechosłowackiej i zajęły jej terytorium, rząd ZSRR
uważa za stosowne i konieczne ostrzec rząd Rzeczypospolitej, że na
podstawie art. 2 paktu o nieagresji, zawartego między ZSRR i Polską 25
lipca 1932 roku, rząd ZSRR w związku z aktem agresji dokonanym przez
Polskę przeciwko Czechosłowacji byłby zmuszony bez ostrzeżenia
wypowiedzieć wspomniany pakt.
Oświadczenie z 23 września to precyzyjny i dobrze przygotowany casus
belli, uzasadniony prawnie pretekst do rozpętania wojny. I co dalej?
Reszta jest milczeniem - jak powiedział na pożegnanie książę Hamlet.
Żadnego "zaprzeczenia" od polskiego rządu nie było i wieczorem 1
października polskie oddziały przekroczyły granicę Czechosłowacji. I nic. Absolutnie nic. Ani radzieckiego ambasadora nie wezwano z Warszawy
"dla konsultacji z rządem", ani nie obudzono polskiego. Gdy polski rząd
przeprowadził wszystkie wymienione w oświadczeniu niezgodne z prawem
działania, Moskwa skromnie zachowała milczenie.
Mimo to widzę wszelkie podstawy, które pozwalają sądzić, że w potencjalnym konflikcie z Polską zamiary towarzysza Stalina były jak
najbardziej poważne. Zresztą słowo "widzę" w tym przypadku nie jest zbyt
odpowiednie. Zobaczyć je może każdy, komu będzie się chciało zdjąć z półki wydaną w wielkim nakładzie jeszcze w czasach radzieckich
(Wojenizdat, Moskwa 1974) dwunastotomową Historię drugiej wojny
światowej. Interesuje nas drugi tom prezentujący pod wspaniałym tytułem
"Działania przygotowawcze Związku Radzieckiego w celu udzielenia pomocy
Czechosłowacji" kolorową mapę, na której używając wszelkich potrzebnych
strzałek i kółek, pokazano koncentrację wojsk radzieckich przy granicy z Polską. Mapa jest bardzo szczegółowa, zademonstrowano nawet drogę pewnej
(67. Strzeleckiej) dywizji do granicy z... Łotwą! Ciekawe - jak utworzenie
"Witebskiego i Bobrujskiego Zgrupowania Armijnego" i wysłanie ich na
granice z Polską mogło mieć wpływ na "udzielenie pomocy Czechosłowacji",
od której dzieliło je 800 kilometrów terytorium Polski?
Zgadza się, ZSRR nie miał wówczas wspólnej granicy ani z agresorem
(Niemcami), ani z ofiarą agresji (Czechosłowacją). Jednak najkrótsza
droga na Czechosłowację nie wiodła oczywiście przez Witebsk i Warszawę,
a przez północno-wschodnią część Rumunii (Bukowinę); od Winnicy przez
rumuńskie Czerniowce do słowackiego Mukaczewa (nie zapominajmy, że
Czechosłowacja była wtedy znacznie "dłuższa" ze względu na terytorium,
które po II wojnie światowej stało się obwodem zakarpackim ZSRR).
Perspektywy uzyskania zgody Rumunii na przejście wojsk radzieckich przez
jej terytorium2 były dość realne, o czym świadczy
rzeczywista zgoda Rumunii udzielona w czerwcu 1940 roku - i nie na
czasowy przemarsz wojsk, a na bezzwrotne przekazanie Związkowi
Radzieckiemu terenów Besarabii i Bukowiny Północnej.
Po tym, jak "układ monachijski" przekreślił nadzieje Stalina na wielką
europejską wojnę, ten nie odważył się rozpocząć własnej wojny z Polską i ładna mapa ze strzałkami wylądowała na odległej półce w sejfie Sztabu
Generalnego. Ale widzicie, jak pięknie zostało to pomyślane!
"Niezwyciężona Armia Czerwona śpieszy z pomocą ofierze agresji
faszystowskiej, zmiatając po drodze biało-czerwone bandy..." Przy takim
scenariuszu można się było nie ograniczać do półśrodków (w rodzaju
"zachodniej Białorusi" i "zachodniej Ukrainy"), a przyłączyć do rodziny
od razu Polską Republikę Radziecką. Pomysł jednak nie wypalił.
Mimo to nie nazwałbym jesieni 1938 roku "klęską Stalina", a oto
dlaczego. Niemcy w tym czasie były jeszcze zbyt słabe, nowo powstały
Wehrmacht stawiał pierwsze niepewne kroki. Wojna przeciwko koalicji
Anglii, Francji i Czech mogła zbyt szybko się zakończyć, a takie
rozwiązanie zdecydowanie zaszkodziłoby Wielkiemu Planowi. Przez rok, do
września 1939 roku, sytuacja znacznie się zmieniła. Hitler dojrzał,
nabrał doświadczenia i arogancji, znacznie wzmocnił (i pod względem
ilości, i pod względem jakości) swoje siły zbrojne, co było w dużej
mierze skutkiem okupowania od 15 marca 1939 roku Czech wraz z zakładami
koncernu Škoda, produkującego góry nowoczesnego uzbrojenia. I oczywiście
pakt z ZSRR, czyli możliwość nieskrępowanych działań na wschodzie,
gospodarcze i polityczne poparcie wielkiego mocarstwa, zapewnił nazistom
"drugi oddech".
Wojna, która wybuchła 1 września, w pełni spełniała oczekiwania Stalina:
krew lała się strumieniami, wysiłek wielu wieków pracy legł w gruzach,
gotyckie katedry w Londynie i Coventry, Warszawie i Rotterdamie
zamieniły się w stosy pokruszonych cegieł. I Stalin poprowadził kolumny
swoich czołgów po zgliszczach Europy. Co prawda kosztem utraty życia
przez 17 czy 27 milionów obywateli radzieckich.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Chodzi o konflikt wokół skrawka terytorium (około 30 na 70 kilometrów w międzyrzeczu Olzy i Ostrawicy na styku granic współczesnej Polski, Czech i Słowacji), tzw. Śląska Cieszyńskiego. W 1920 roku decyzją Naczelnej Rady Wojskowej ententy Śląsk Cieszyński został podzielony mniej więcej w połowie, wzdłuż rzeki Olzy, między Polską i Czechosłowacją. Korzystając z kryzysu sudeckiego, Polska zajęła czeską część Ziemi Cieszyńskiej, która stanowiła mniej niż 1,5% terytorium Czechosłowacji w granicach z 1938 roku. [wróć]
Czeski historyk I. Pfaff w wydanej w Pradze w 1993 roku książce Sovětská zrada twierdzi, że we wrześniu 1938 roku podczas nieoficjalnych spotkań ministrów spraw zagranicznych ZSRR i Rumunii (Litwinowa i Comnena) umówiono się co do zasad przejścia wojsk radzieckich na Słowację przez terytorium Rumunii i wyznaczenia korytarza powietrznego do przelotu lotnictwa; biorąc pod uwagę, że rosyjskie archiwa pozostają wciąż zamknięte, nie można ani potwierdzić tych informacji dzięki radzieckim dokumentom, ani im zaprzeczyć. [wróć]