Jak zwalczać infekcje bez antybiotyków i wzmocnić organizm - Michał Olczak

-
Proszę czekać

Wstęp

 

Dlaczego postanowiłem napisać tę książkę, mimo iż nie jestem lekarzem? Przede wszystkim, dlatego, że wyzdrowiałem. Wcześniej z powodu powtarzających się infekcji gardła, zatok i uszu musiałem, zwykle z nikłym efektem, odwiedzać lekarzy po kilkanaście razy w roku. Zwróciłem się jednak w stronę preparatów naturalnych i rezultaty okazały się znakomite. Dzięki nim wyzwoliłem się z ciągłych antybiotykoterapii i, w efekcie, przestałem chorować. Chciałem teraz podzielić się swoim doświadczeniem. Wierzę, że może ono przydać się także innym i pomóc im znowu cieszyć się pełnią życia w dobrym zdrowiu. A wiadomo, że jedno z drugim jest nierozerwalnie związane – to zdrowie pozwala robić to, czego się pragnie. Nie – pomyślałby ktoś – to nie są pieniądze (choć również się przydają). Słusznie pisał Jan Kochanowski w swej znakomitej fraszce już prawie pięćset lat temu. Jak widać, potrzeby ludzkie są ponadczasowe. Aby to potwierdzić, możemy spytać się, co bogatemu z jego fortuny, jeśli jego ciało ciągle nie domaga? Mimo posiadania pieniędzy nie może on korzystać z rozkoszy życia.

Poznaj swojego wroga, jeśli chcesz go zwyciężyć – ta pochodząca jeszcze ze starożytności maksyma ma uniwersalne znaczenie. Możemy ją odnieść także do zdrowia. Wrogiem zdrowia są choroby. Pierwszym krokiem do utrzymania stanu zdrowia będzie więc powiększenie świadomości na temat tego, co mu zagraża. Dlatego w pierwszym rozdziale postanowiłem przedstawić najważniejsze przyczyny infekcji.

Kiedy poznamy już przyczyny tych chorób, będziemy wiedzieli, jakie metody zaradcze zastosować, by się wyleczyć. Im oraz wskazówkom jak postępować, by po wyzdrowieniu dobry stan zdrowia utrzymać, poświęcę rozdział drugi.

Kluczem mojej metody był powrót do medycyny naturalnej, a później zdrowego stylu życia, aktywności fizycznej. Te kroki wystarczyły, okazały się strzałem w dziesiątkę. Pragnę jednak zaznaczyć, że nie zamierzam nikogo zniechęcić do korzystania z medycyny konwencjonalnej. Kiedy coś nam dolega, powinniśmy udać się do lekarza, w przeciwnym wypadku możemy przeoczyć poważną chorobę. Jeśli jednak tradycyjne metody zawodzą, dlaczego nie wypróbować alternatywnych? Zwłaszcza jeśli ich stosowanie jest bezpieczne i nie zagraża skutkami ubocznymi? Postaram się pokazać na podstawie rzetelnych dowodów i odpowiedniej literatury, że naturalne środki mają bardzo wiele do powiedzenia przy zwalczaniu infekcji i wzmacnianiu odporności.

Szczególną uwagę chciałbym poświęcić wybranym preparatom nazywanym dziś popularnie "suplementami diety", przy czym określenie to bywa nieadekwatne do faktycznego stanu, gdyż niektóre z tych środków posiadają właściwości lecznicze, są naturalnymi antybiotykami i stymulatorami odporności, np. ekstrakt z grapefruita, olejek z oregano czy ekstrakt z liścia oliwnego.

Suplement znaczy dosłownie tyle co "uzupełniacz", mainstream głosi (w tym strona Głównego Inspektoratu Sanitarnego), że suplementy właśnie przez uzupełnianie diety w użyteczne substancje pomagają w utrzymaniu stanu zdrowia. Tak jest zapewne w większości, jednak zdarza się, że określenie "suplement diety" jest używane zbyt szeroko, przez co dochodzi do zaszufladkowania przeznaczenia wielu preparatów.

Polityka ta uniemożliwia wykorzystanie ich pełnego potencjału. Ludzie wiedzą o ich właściwościach jedynie z drugiej ręki, np. z Internetu czy od znajomych, jednak bez poparcia przez autorytety, co powoduje wyraźne ograniczenie liczby "wtajemniczonych". Skąd mamy wiedzieć, który suplement jest jedynie dodatkiem do żywności, a który rzeczywiście ukrywa w sobie potężną moc? Jak go poprawnie stosować? Który produkt wybrać, by posiadał jak najlepszą jakość? I wreszcie, jak postępować, by zwiększyć sprawność układu odpornościowego? Postaram się odpowiedzieć na te pytania.

Błędne koło

 

Zarazki są wszędzie wokół nas. Zachorować może każdy, nawet ktoś kto wcześniej odznaczał się dobrym zdrowiem. Już ponad sto lat temu zwrócił uwagę na ten fakt Jan Kasprowicz w jednym ze swoich sonetów:

 

Jakie było to z niego chłopisko!

Zwinniejszego nie ma we wsi ptaszka:

Machać cepem lub kosą to fraszka,

Fraszka mokre wyrzucać torfisko.

 

Teraz blady jak ściana i słaby...

Darmo leki przynoszą mu baby,

Śmierć zagląda z każdego otwora.1

 

Omawiany w wierszu przypadek dotyczy mężczyzny, który niegdyś był bardzo silny – aż słynął z tego we wsi. Później nie pozostało po tym nawet śladu. Jak widać, choroba może spotkać każdego, ponieważ nasze organizmy to nie roboty. Łatwo mogą zostać wytrącone z równowagi. Jeśli chodzi o pospolite choroby infekcyjne, jakie imają się nas w sezonie jesienno-zimowym i które w niniejszej pracy zamierzam rozważać, owo wytrącenie z równowagi jest najczęściej wynikiem splotu nieszczęśliwych przypadków. W końcu każdy z urodzenia posiada układ odpornościowy, który powinien zapewniać (i z reguły zapewnia) wystarczającą ochronę, jednak może on przez przypadek zostać osłabiony. Wygląda to na przykład tak:

Pewien mężczyzna, nazwijmy go panem W., już od paru lat nie chodził do lekarza, pracował, czasami chodził pograć w tenisa, może nie był okazem zdrowia, ale na pewno cieszył się dobrym zdrowiem. Tak było aż do pewnego zimnego, listopadowego dnia, kiedy pan W. przemókł do suchej nitki. Stało się tak dlatego, ponieważ nie przyjechał autobus, który zwykle przejeżdżał o tej porze, a następny miał nadjechać dopiero rankiem. W tej sytuacji W. zdecydował się na powrót na piechotę. Był wściekły, nie dość, że ciągle gryzła go wczorajsza kłótnia z szefem, to jeszcze teraz czekał go kilkugodzinny marsz w wyjątkowo nieprzyjaznych warunkach. Wiał coraz silniejszy wiatr, więc ukrył nagą szyję w kołnierzu płaszcza (chodził bez szalika). Wkrótce do deszczu dołączył też grad. Do tego wiatr zmienił kierunek i boleśnie zacinał po uszach i twarzy. W połowie drogi W. już trząsł się z zimna, potem jednak opanował dreszcze i szedł dalej, z niecierpliwością wyczekując celu. I wreszcie kilkaset metrów za miejscem, w którym przekroczył tablicę swego miasta, wyłoniła się ukochana budowla (zwykle W. żywił inne uczucia do bloku, w którym mieszkał, gdyż od kilku lat planował zakup większego mieszkania, ale teraz sytuacja była wyjątkowa). Wszedł do budynku, zostawiając za sobą nitki wody, która ciurkiem sączyła się z jego ubrania. Ściągnął płaszcz. Radość z przybycia na miejsce sprawiła, że zgodził się porozmawiać chwilę z namolnym sąsiadem J., który ciągle przebywał na klatce schodowej.

– Ulało, nie? – spytał natarczywy sąsiad.

– No, jak Pan widzi, dawno nie byłem tak przemoknięty – odparł W.

– Niech Pan idzie po setę, po takim zimnie to tylko na rozgrzewkę coś wypić, żeby się nie przeziębić.

– Gdzie tam, nie pamiętam, kiedy ostatnio chory byłem, to i teraz nie będę, poza tym wódki nie piję, a teraz napiję się herbatki z cytryną, wystarczy.

Chwilę tak gawędzili aż dziwny grymas wykrzywił nagle czerwoną i niedogoloną twarz J., który w sekundę potem kichnął prosto w W. Ten nie zdążył się zasłonić.

– Przepraszam – zreflektował się J., spostrzegłszy swoje faux pas.

– Nic nie szkodzi, zdarza się – odparł W. – No dobrze, miło się rozmawiało, ale muszę już iść – dodał po chwili (jednak po tym incydencie stracił chęć dalszej rozmowy).

Skostniałą z zimną ręką otworzył drzwi wejściowe. Przebrał się szybko, wypił herbatę, skorzystał z łazienki i poszedł spać. Niestety, następnego dnia – ku swojemu zdziwieniu – zaczął kichać. Nie było to jednak nic poważnego zwyczajny katarek, nawet nie katar – problem szybko rozszedł się po kościach. W. nie musiał leżeć w łóżku, nie miał podniesionej temperatury, poszedł jak zwykle do pracy. Po prostu kilka razy kichnął i użył chusteczki do nosa. Silne organizmy zwykle tak lekko przechodzą infekcje, które u słabszych mają o wiele poważniejszy przebieg.

W międzyczasie żona pana W. nie dostała nawet kataru. Czy dlatego, że w czasie kiedy mąż mókł na deszczu i marzł na wietrze, pozostawała w ciepłym mieszkaniu? A może – zapyta Czytelnik – panu W. nic by się nie stało, gdyby nie zetknął się z zarazkiem? W końcu przebywał tylko parę godzin na chłodzie, co normalnie zdarza się w wielu sytuacjach życiowych i wcale nie oznacza, że ktoś musi zachorować?

W rzeczywistości w tym wypadku liczą się te dwie przyczyny, choć jedna z nich jest przyczyną pośrednią (wychłodzenie organizmu), a druga bezpośrednią (wniknięcie drobnoustroju do organizmu). Znaczy to, że same zarazki mogą spowodować chorobę bez wyziębienia, zaś samo wyziębienie bez kontaktu z czynnikiem chorobotwórczym nie może wywołać choroby (pomijamy skrajne przypadki, kiedy ktoś jest długo wystawiony na działanie bardzo niskiej temperatury – wtedy może nawet umrzeć z wychłodzenia). Człowiek jest zwierzęciem stałocieplnym, więc długotrwałe wystawianie go na odmienne temperatury siłą rzeczy zaburza funkcjonowanie organizmu, sprawia, że zachwiana zostaje naturalna bariera odpornościowa. Z zimna osłabiają się błony śluzowe, zwężają się naczynia krwionośne, spowalnia się przepływ krwi, a to właśnie w niej znajduje się najwięcej komórek odpowiedzialnych za walkę z chorobotwórczymi intruzami. Układ odpornościowy zostaje w pewien sposób uśpiony i po jego przebudzeniu jest już za późno na kontrofensywę. Tak powstaje choroba.

Zdrowy człowiek zwykle po kontakcie z niewielką liczbą zarazków wychodzi obronną ręką. Dlatego pani W. nie ucierpiała, mimo iż spała w jednym łóżku z mężem. Większe ryzyko jest gdy te dwa czynniki (zimno i zarazki) współgrają ze sobą, wtedy jest bardzo prawdopodobne, że dojdzie do rozwoju infekcji. Nierozsądne ubieranie się doprowadza często do chorób infekcyjnych w naszej strefie klimatycznej, ponieważ stwarza możliwość przeniknięcia zarazków, które normalnie zostałyby odrzucone przez układ odpornościowy.

Jednak nie zawsze spełnia on prawidłowo swe funkcje – na przykład kiedy jesteśmy osłabieni (co nie równa się określeniu "słabi", gdyż stan organizmu można skutecznie korygować). Pan W. dostał tylko trochę kataru, jednak gdyby w jego sytuacji znalazła się osoba z deficytem odporności, skończyłoby się to o wiele poważniej – np. anginą czy zapaleniem uszu. Jak to pokazuje powyższy przypadek, najbardziej narażeni jesteśmy na zachorowanie, gdy dochodzi do skumulowania się czynników ryzyka. Mówiąc prościej: siła złego na jednego. Działa tu zasada, którą nazwałem łamaniem druta. Każdy z nas pewnie próbował kiedyś, w dzieciństwie w zabawie czy już później, w celach bardziej użytkowych, przełamać drut. Jest on tak wykonany, że bardzo trudno jest go przerwać za jednym pociągnięciem. Ale jeśli będziemy go wielokrotnie zginać w przeciwne strony za którymś razem pęknie. Podobnie jest z naszym układem odpornościowym – nie daje się łatwo, ale kiedy osłabnie pod wpływem działania wielu szkodliwych czynników (np. zimno, stres, złe odżywianie, przepracowanie), wpuści w końcu zarazki do wnętrza organizmu i wtedy dojdzie do rozwoju choroby.

To nasz pierwszy krok do zrozumienia mechanizmu powstawania chorób infekcyjnych. A zrozumienie to pozwoli wyzwolić się z konieczności chorowania, bowiem tylko wtedy, kiedy znamy swego wroga, możemy z nim skutecznie walczyć. Infekcje zawsze wywołują obce organizmy: bakterie, wirusy, grzyby bądź robaki pasożytnicze. Czasem coś musi im pomóc, czasem są na tyle zjadliwe, że atakują nasze ciała bez udziału innych czynników. Zawsze jednak możemy próbować utrudnić im to zadanie.

Zasada zginania druta oznacza też ogólne podupadnięcie na zdrowiu, nie tylko pojedyncze zachorowanie – można powiedzieć, że pojedyncze zgięcie – to jedna infekcja, a przerwanie druta to stan po wielu infekcjach, kiedy następuje trwałe zakłócenie mechanizmów obronnych. Znów odwołajmy się do naszego przykładu.

Co było dalej z panem W.? Ponieważ miał silny organizm, po trzech dniach nie było już śladu po jego drobnej infekcji. Nos się udrożnił, a kichanie ustało. W pracy atmosfera trochę się rozluźniła, choć nadal pozostawała chłodna, szczęśliwie nie zanosiło się na zwolnienia. W. czuł się dobrze i pewnie by takim pozostał, gdyby nie zaistniała nieszczęśliwa okoliczność. Tak jak powiedzieliśmy na samym początku – za choroby odpowiedzialne są przypadki znalezienia się w ryzykownych sytuacjach. Często udaje się ich uniknąć, ale bywa, że musimy zmierzyć się z zagrożeniem, bo prostu innego wyjścia nie ma. Tak właśnie było i tym razem.

W tym samym czasie, kiedy W, wracał do domu przemoczony, podano do wiadomości w telewizji, że szaleje epidemia grypy. Niestety, W. nie mógł usłyszeć tego komunikatu, ponieważ spóźnił się do domu. Zresztą, prawdopodobnie i tak nic by to nie dało, mimo epidemii musiałby chodzić do pracy – a oznaczało to stykanie się z różnymi ludźmi (pracował w miejscu wymagającym kontaktowania się z wieloma ludźmi). Nie minął tydzień od przebycia łagodnego przeziębienia, gdy zapadł na tę paskudną chorobę. Choroba ta okazała się o wiele poważniejsza, dosłownie zwaliła W. z nóg. Tym razem musiał udać się do lekarza, który po szybkich oględzinach zalecił leżenie i antybiotyk.

– Wie pan – powiedział wąsaty doktor – wygląda na wirusa, ale w dodatku takie gardło ma pan nieładne, że przepiszę panu antybiotyk (zaznaczmy – nie był potrzebny w tym wypadku, światło z lampy padło w złym kierunku i stworzyło miraż ostrego zapalenia). Często zdarza się, że lekarze dla "świętego spokoju" zapisują pacjentowi antybiotyk, zdarza się też, że go nie zapisują, kiedy naprawdę go potrzeba. Podobnie postępują kierowcy autobusów miejskich w kwestii ogrzewania.

W. zdziwił się, usłyszawszy wiadomość o stanie swego gardła, bowiem nie odczuwał jego bólu, miał tylko dreszcze, temperaturę 38,5 i kaszel. Wszystko przyjął jednak za dobrą monetę. Ostatni raz był u lekarza przed dwoma laty na badaniu kontrolnym do pracy, więc nie miał powodów przypuszczać, że lekarz może się mylić. Już miał wychodzić, kiedy przypomniał sobie o zwolnieniu, którego wypisania nie zaproponował doktor. Jego brak oznaczałby katastrofę w pracy. Na dodatkową prośbę wąsaty lekarz zgodził się ostatecznie wypisać pięć dni.

Podkreślmy teraz bardzo ważny fakt: W. był na tyle zahartowany, że nawet ta groźna odmiana grypy nie dopadłaby go, gdyby nie wcześniejsze, niewinne zaziębienie, które objawiało się jedynie kichnięciami. Jednak to niegroźne, niemal bezobjawowe schorzenie zostawiło swoje żniwo, w postaci ograniczenia naturalnej bariery odpornościowej organizmu. System obronny poradził sobie z intruzem, ale wygrana ta miała swoją cenę. Posłużmy się metaforą – nasz układ odpornościowy jest swego rodzaju armią żołnierzy, którzy toczą wojnę w obronie naszego państwa – organizmu – przed inwazją intruzów – zarazków. A na każdej wojnie ponosi się straty – umierają ludzie, są ranni, traci się cenny sprzęt, wozy, pancerne, czołgi – odpowiedniki naszych komórek obronnych – neutrofilów, limfocytów i makrofagów. Nawet jeśli walka jest zwycięska, bardzo trudno jest wyjść z niej bez szwanku. Po zakończeniu działań wojennych armia potrzebuje trochę czasu, by odnowić swoje siły, pozyskać nowych ochotników, wyremontować zniszczone budynki itp. Tak samo działa układ odpornościowy, który potrzebuje czasu, by powrócić do dawnej funkcjonalności. Trzeba poczekać, zanim wyprodukowane zostaną nowe komórki odpornościowe, a organizm się zregeneruje. Kilka dni przerwy to stanowczo za mało, by odbudować wojskowy arsenał. Dlatego W. dostał grypy, podczas gdy żona dalej była zdrowa i mogła się nim opiekować (na początku miała jeszcze dobre chęci). Podobna sytuacja – rozwińmy naszą metaforę – spotkała Polskę w XVII wieku. Przez kraj przetaczała się wtedy fala wojen, w wyniku której systematycznie malała zdolność obronna państwa. Poskutkowało to utratą suwerenności niecałe sto lat później. Z tego powodu europejskie mocarstwo, "przedmurze chrześcijaństwa" znikło na 123 lata z map.

Decydującym czynnikiem, który doprowadził do niewydolności odporności W. była – to niezwykle ważne rozpoznanie naszej teorii choroby – seria niekorzystnych przypadków – zadziałało tu zjawisko znane z meteorologii pod nazwą efektu motyla. Efekt ten głosi, że zachowanie bardzo dużego i skomplikowanego układu może zależeć od bardzo niewiele różniących się od siebie czynników. Tym sposobem trzepot skrzydeł motyla gdzieś w Australii może spowodować tornado w odległych Stanach Zjednoczonych... Niewiarygodne? Edward Lorenz, amerykański matematyk i meteorolog szybko przekonał się, że niemożliwe jest długoterminowe przewidzenie za pomocą – zdawałoby się nieomylnej matematyki – dokładnych warunków pogodowych2. Stało się tak, dlatego, że znikome wahania danych początkowych, rzędu wielu miejsc po przecinku urastały z upływającym czasem do niebotycznych wartości. Jak widać z powodzeniem, można stosować tę figurę także do medycyny. Niewielkie zachwiania równowagi organizmu mogą odbić się poważnie na zdrowiu, zwłaszcza kiedy utrzymują się przez dłuższy czas. W omawianym przypadku tym niewielkim zawirowaniem było niewinne przeziębienie objawiające się jedynie katarem. To właśnie ono pociągnęło później za sobą ciąg fatalnych zdarzeń.

Tymczasem wystarczyłoby, że W. odczekałby jeszcze jeden tydzień po przeziębieniu i grypa prawdopodobnie nie rozwinęłaby się, dlatego bo układ odpornościowy rozbudziłby się z pochorobowego uśpienia. Do choroby mogłoby nie dojść również w wypadku gdyby w ów feralny listopadowy dzień autobus przyjechał na czas albo gdyby W. po prostu wziął wtedy ze sobą parasol, wziąwszy pod uwagę brzydką pogodę. Może i samo przemoknięcie organizmu nie skończyłoby się przeziębieniem, gdyby W. w ostateczności nie spotkał zarażonego sąsiada... Ten łańcuch przyczynowo-skutkowy możemy jeszcze przedłużać, rozciągać, nieraz do absurdu. To było jednak konieczne, gdyż chodziło mi o to, by pokazać, jak z pozoru nieistotne fakty mogą mieć kluczowe znaczenie dla utrzymania zdrowia. Liczy się pierwsza przyczyna, poruszenie pierwszego klocka z wielkiej układanki domino. Najlepszą metodą powstrzymywania rozwoju choroby jest podjęcie działania, zanim pojawią się jakiekolwiek objawy. Stare, sprawdzone powiedzenie lekarskie mówi: lepiej zapobiegać niż leczyć.

Niestety, W. nie przedsięwziął wystarczających kroków zapobiegawczych. Dlatego jego losy potoczyły się inaczej.

Pozornie wydawało się, że jest lepiej – wraz z czwartym dniem minęła kulminacja choroby. W. poczuł się na tyle dobrze, że szykował się już do powrotu do pracy. Kiedy już myślał że wszystko wróciło do normy, szóstego dnia, zupełnie niespodziewanie, zaatakował go ostry ból gardła. Kolejna wizyta lekarska, kolejny antybiotyk..., który tym razem tak go osłabił, że rankiem z trudem dowlókł się do lustra, a gdy spojrzał do niego, nie mógł siebie rozpoznać. Sińce pod oczami, bladość policzków, popuchnięte wargi. Stał się drażliwy, popadł w depresję. Po kolejnym zwolnieniu chorobowym, stracił pracę. Szczęśliwie wiosna i lato postawiły go jakoś na nogi, ale zła passa już się nie skończyła, nie mógł wrócić do dawnej formy. Od tego momentu często chorował, musiał chodzić do lekarza. Niedługo cieszył się względnym spokojem, bo kiedy tylko przyszła zima, znowu pojawiły się infekcje gardła, do których doszła niedomoga oskrzeli. Liczne antybiotykoterapie w ciągu roku stały się normą. Tym sposobem ze zdrowego człowieka stał się przewlekle chorym pacjentem.

Dlaczego do tego doszło? W. wpadł w błędne koło, koło powtarzających się chorób, które powstały w wyniku splotów nieszczęśliwych zbiegów okoliczności – przemoknięcia, spotkania chorego sąsiada, obecności epidemii w tym samym czasie i wreszcie błędu lekarskiego. Wszystko to razem złożyło się na rozwój chorób, które tak go osłabiły, że nie mógł już odzyskać wcześniejszego stanu homeostazy. A był przecież zdrowym mężczyzną, który nie potrzebował chodzić do lekarza. Chroniczne dolegliwości zniszczyły też jego psychikę – w zdrowym ciele, zdrowy duch – jak mówi przysłowie. To nie złe myślenie zepsuło jego zdrowie, ale złe samopoczucie zniszczyło psychikę. Często uważa się, że jest inaczej. Lekarze psychiatrzy pakują w swych pacjentów kilogramy niszczących wątrobę psychotropów, myśląc, że to rozwiąże wszystkie problemy. Ale prawda jest taka, że jeśli będziemy czuć się naprawdę dobrze, to nie dopadnie nas żadna depresja (omijamy skrajne przypadki). Zwrócił uwagę na ten fakt także noblista, profesor Mario Capecchi, stwierdzając na podstawie badań, że: "defekty odporności powodują zaburzenia zachowania3". Życie W. wyglądałoby całkowicie odmiennie, gdyby nie to jedno przemoknięcie w listopadowy dzień. Chyba że w porę przedsięwziąłby odpowiednie kroki, które zatrzymałyby ten destrukcyjny proces. Można spierać się, czy kieliszek wódki, który radził mu namolny sąsiad, byłby w stanie uratować go przed pierwszym przeziębieniem. Wódka na pewno nie jest lekarstwem na przeziębienie. Alkohol ma właściwości antyseptyczne, ale w wysokich stężeniach. Jeśli pijak ma w sobie 4 promile alkoholu we krwi, to nawet tak duża ilość z punktu widzenia kryminalistyki to za mało, by zabić drobnoustroje chorobotwórcze. Promil to jedna tysięczna część całości, procent jedna setna. Jeśli wódka ma 40%., to 4 promile to wartość stokrotnie mniejsza. Po wypiciu przysłowiowego "kielicha" może nastąpić jedynie marginalne miejscowe działanie odkażające w jamie ustnej. Ale ono nie wystarcza, by się wyleczyć. Szkopuł w zapobiegawczym przeziębieniu działaniu alkoholu tkwi w czym innym. Kieliszek mocniejszego trunku chroni przed przeziębieniem po przemarznięciu, gdyż ma właściwości rozgrzewające i pobudzające krążenie. Wypijając niewielką ilość zaraz po zmarznięciu, chronimy nasz układ odpornościowy przed wpadnięciem w niebezpieczny letarg. Decydujące są chwile. Ważne jest, by napić się odpowiednio wcześnie, wtedy zatrzymamy proces prowadzący do zachorowania. Gdy minęło już kilka godzin od wychłodzenia, nie odniesie to oczekiwanego skutku. Krążenie pobudzone tak późno nie pozwoli powstrzymać rozwijającej się choroby. Warto też pamiętać, że sam alkohol osłabia odporność, i próbując leczyć się z nim z infekcji prędzej wpadniemy w alkoholizm, niż się wyleczymy. Ale mały kieliszek wódki (do 50ml) jednokrotnie po przemarznięciu jest jak najbardziej wskazany.

 

Moja historia

 

Podobny przypadek spotkał także mnie. Też byłem zdrowy, dosyć wysportowany (lubiłem grać w piłkę, ćwiczyłem karate), jeśli łapały mnie infekcje to były to raczej tylko lekkie zaziębienia, katar, klasyczne wirusówki, z wykluczeniem nielicznych przypadków z wczesnego dzieciństwa na zapalenia uszu, nie musiałem brać antybiotyków. Wszystko zmieniło się w wieku 14 lat, gdy dopadła mnie paskudna angina. Choroba rozwijała się długo – jakiś tydzień – zaczęło się od pogorszenia samopoczucia, drapania w gardle, pocenia się, chrypki – aż w końcu poległem. Przełykanie śliny stało się nie do zniesienia, gardło kłuło jakby ktoś nawkładał mi tam szpilek, serce waliło jak dziki zwierz w klatce, do tego doszła gorączka, wymawianie słów sprawiało dużą trudność. Wszyscy, którzy mieli anginę, wiedzą, o czym piszę. Tak więc – czy tego chciałem, czy nie – musiałem pójść do lekarza.

Pani doktor potwierdziła diagnozę, leczenie musiało być z wyboru z wykorzystaniem antybiotyku. Dostałem Duomox – tanią amoksycylinę w ogromnych tabletkach, do dziś niemiło wspominam konieczność ich przełykania. Dlatego spróbowałem rozpuszczać tabletki w wodzie, poza tym na ulotce było dodatkowo napisane, że można to robić. Być może był to błąd – choć rozpuszczałem tabletki w całości – część w postaci osadu zostawała na szklance, więc dawka mogła być niewystarczająca. Miałem wtedy jednak zaledwie czternaście lat, więc mogłem podejmować nierozsądne decyzje. Gdybyśmy mieli rozum doświadczonego człowieka w latach swej młodości z pewnością uniknęlibyśmy wielu kłopotów. Z drugiej strony ważyłem wtedy może z 50 kg, więc nie potrzebowałem aż takich dużych ilości antybiotyku. Trudno tu ostatecznie coś zawyrokować, fakt, że mimo pewnej poprawy byłem po tej chorobie niedoleczony. Nie wiadomo, czy było to rezultatem średniej skuteczności leku, jego słabej jakości (lepiej nie kupować najtańszych antybiotyków, tych najdroższych zresztą też). Aurea mediocritas – choć nie zawsze prawda leży po środku, w tym przypadku maksyma Arystotelesa sprawdza się doskonale. W dalszym ciągu miałem katar, flegma, nazbierana w oskrzelach dawała o sobie znać charakterystycznym pokasływaniem, poza tym, dalej pobolewało mnie gardło, co gorsza stan ten stał się przewlekły, bo po upływie bez mała miesiąca, dolegliwości ciągle się utrzymywały. Pamiętam, że kiedy wróciłem pierwszy dzień po chorobie do gimnazjum, po moim kaszlnięciu ktoś powiedział na głos: "jaki on chory". Taki stan nie powinien trwać po zakończeniu kuracji antybiotykowej. Myślałem wtedy, że "dojdę" do siebie, bardzo się jednak myliłem.

Dopiero po kilku tygodniach – względnie długim czasie, już grubo po nowym roku poszedłem znowu do lekarza. Lecz pani doktor nie skojarzyła poprzedniej choroby – anginy – ze stanem, który dotyczył mnie teraz. Powiedziała: "to tylko zaziębienie, nic z tego nie będzie". Posłuchałem się jak naiwny dzieciak, bo co miałem do gadania? Wróciłem do domu, licząc na rychłą poprawę w ciągu kilku dni, lecz niczego takiego nie odnotowałem. Leżałem w łóżku, piłem herbatę z cytryną, lecz mimo to stan pogorszonego samopoczucia utrzymywał się, powoli, acz stale postępując. Z perspektywy lat zadaję podstawowe pytanie: dlaczego to zwykłe "zaziębienie" trwało tak długo, dlaczego nie przeszło jak inne podobne choroby, tylko ciągnęło się miesiącami? Teraz już znam odpowiedź. Ponieważ było spowodowane zakażeniem bakteryjnym. A właśnie takie zakażenie ma tendencję do tego, by się przewlekać. Wyleczenie spontaniczne zdarza się rzadko, by w pełni wyzdrowieć potrzebne jest użycie lekarstw zwalczających przyczynę – antybiotyków (lub podobnie działających preparatów naturalnych). Wirusowa infekcja, taka jak na przykład grypa czy typowe przeziębienie przechodzi sama. Wystarczy je tylko wyleżeć i wszystko będzie w porządku po tygodniu (nieleczony katar twa siedem dni, ale leczony tydzień), nie wolno jednak wtedy pracować, przemęczać się, bo w przeciwnym wypadku ta z pozoru drobna sprawa może się powikłać nawet śmiertelnie niebezpiecznymi chorobami. O ile pójście do pracy z samym tylko katarem nie powinno poza zwiększonym uczuciem dyskomfortu poskutkować poważnymi komplikacjami zdrowotnymi, o tyle przechodzenie grypy może skończyć się nawet koniecznością przeszczepu serca, np. w wypadku zapalanie mięśnia sercowego. Dzieje się tak najczęściej z powodu dołączenia zakażenia bakteryjnego, wirusy na tyle skutecznie osłabiają organizm, że gdy dołączy się jeszcze do tego wysiłek fizyczny, całkowicie zachwiana zostaje bariera obronna i bakterie mogą robić, co chcą. Nie pozwólmy im na to! Infekcja bakteryjna, gdy osiągnie znaczny stopień zaawansowania, nie przejdzie sama, wymaga leczenia wspomagającego aż do momentu powrotu do pełnego zdrowia. Każdy wykształcony lekarz to przyzna – leczenie antybiotykiem należy kontynuować aż do zaniku wszystkich objawów klinicznych, nie można go przerywać za wcześnie, bo bakterie mogą się odrodzić i dojdzie do zakażenia wtórnego. Dlaczego pani doktor nie wzięła tego faktu pod uwagę, tylko potraktowała moje objawy jako wynik łagodnej choroby wirusowej? Choć o konieczności różnicowania infekcji bakteryjnych i wirusowych przy stawianiu diagnozy słyszy się setki razy w gazetach, telewizji, nagłaśniają ten problem także lekarze, ale, niestety, w praktyce często nie są w stanie rozpoznać właściwych przyczyn choroby.

Wirus jest organizmem bardzo małym, jego rozmiary wahają się w granicach 20 –300 nanometrów. To dlatego nie można zobaczyć go gołym okiem, ponieważ nanometr to jedna milionowa część milimetra. By wyobrazić sobie, jak mikroskopijna to skala, wystarczy porównanie – nanometr ma się do milimetra dokładnie tak samo jak milimetr do kilometra, co oznacza, że całkiem sporo wirusów może zmieścić się na łebku od szpilki (znacznie więcej niż aniołów). Bakterie są większe – choć w dalszym ciągu niewidocznie małe, nie przekraczają zwykle jednego mikrometra – jednej tysięcznej milimetra. Jak widać, nikły rozmiar nie przeszkadza im w czynieniu ogromnych szkód. Nie sama wielkość jest jednak przyczyną wprowadzenia odmiennej taksonomii. Problem ten jest o wiele bardziej złożony. Do dziś pamiętam spór, w jaki wdałem się z nauczycielką na lekcji biologii w szkole średniej. Chodziło o odpowiedź na pytanie, czy wirus jest organizmem żywym. Biolożka uparcie twierdziła, że nie jest, a ja starałem się bronić tezy, że jest. Wtedy musiałem uznać wyższość swej oponentki, jednak z perspektywy czasu wiem, że zarówno moja odpowiedź, jak i jej były prawidłowe. Wszystko zależy od tego, do jakiej definicji życia się odwołamy. Współcześnie uznawane są ich dwa rodzaje: strukturalne i funkcjonalne4. Otóż w myśl definicji strukturalnej nie możemy uznać wirusa za organizm żywy, ponieważ nie potrafi się on rozmnażać, nie posiada formy komórkowej, przez co nie przeprowadza procesów metabolicznych. Jest czystym zapisem informacji genetycznej, która sama nic nie znaczy, dopóki nie zetknie się z komórką swego żywiciela. Dobrze zilustruje to porównanie z wirusem komputerowym, ponieważ naturalny wirus, tak samo jak jego cyberbrat, istnieje jedynie jako zapis określonych instrukcji do wykonania, swego rodzaju imperatyw. Z tym że wykorzystuje inny język – język sekwencji zasad kwasów nukleinowych, zaś komputerowy szkodnik używa zmatematyzowanych poleceń w formie algorytmów, które mogą odnieść skutek dopiero w zetknięciu z innym oprogramowaniem. Jak widać, te diametralnie różniące się od siebie twory działające w innych środowiskach, są bardzo podobne, jeśli chodzi o mechanizmy funkcjonowania. Fakt ten odzwierciedla tożsamość ich nazewnictwa – wirusy komputerowe jako zdecydowanie młodsze od swych organicznych krewnych, mogłyby nazywać się zupełnie inaczej, jednak przez analogię nadano im właśnie takie imię.

Według definicji funkcjonalnej możemy uznać wirusy za organizmy żywe. Zakłada ona, że żywy jest ten organizm, który posiada zdolność do powielania – replikacji. Jest to prawdą w odniesieniu do wirusów, gdyż w czasie infekcji przybierają na ilości. Kolejnym wyznacznikiem kryterium funkcjonalnego jest zdolność do ewolucji. I ono zostaje spełnione przez wirusy, bo właśnie ewolucji zawdzięczamy tak dużą ich różnorodność na całym świecie – od pospolitych powodujących "przeziębienie" rinowirusów po HIV. Tak więc, jeśli się uprzemy, możemy uznać wirusy biologiczne za żywe, czego nie możemy jednak powiedzieć, o wirusach komputerowych, które nie przekazują cech dziedzicznych.

Bakteria jest organizmem o wiele bardziej złożonym. Ma budowę komórkową – choć składa się z jednej komórki (właśnie na przykładzie bakterii często omawia się charakterystykę prostej komórki w szkołach). Świetnie wpisuje się w strukturalną definicję życia i dlatego zdecydowanie różni się od wirusa. Bakterie rozmnażają się bezpłciowo przez podział, są zdolne podwoić swoją liczbę w ciągu dwudziestu minut5. To zapewne dlatego przy ostrej infekcji tak gwałtownie postępuje złe samopoczucie. W końcu uderza na nas coraz liczniejsza armia wroga.

Jak jednak różnica w budowie tych mikroorganizmów przekłada się na objawy? Bo to dla nas jest najważniejsze z racji kwestii diagnostycznych. Przyjmuje się, że infekcja wirusowa przechodzi sama – to już wiemy, tak więc infekcja, która w jakiś sposób się przewleka, trwa dłużej niż tydzień, najprawdopodobniej jest spowodowana przez bakterie. Oczywiście to rozpoznanie odnosi się do pospolitych infekcji. Zdarzają się również zakażenia wirusowe powodujące przewlekłe, a nawet nieuleczalne choroby takie jak AIDS czy żółtaczka typu C.

Przy ustalaniu przyczyn choroby należy patrzeć też na kolor wydzieliny – żółta, zielona czy szara flegma zwykle jest symptomem infekcji bakteryjnej, wynika to z procesu fagocytozy, jaka toczy się w śluzie, pochłaniające drobnoustroje neutrofile barwią wydzielinę na zielono. Warto zwracać uwagę na charakter nalotu w gardle – charakterystyczne czopy ropne zwiastują na bytujące tam bakterie itp. Ważne jest, by po prostu wsłuchiwać się we własny organizm – gardło zakażone bakteriami będzie o wiele bardziej bolesne niż to zakażone wirusami. Wirusy mają też tendencję osiadać wyżej, na podniebieniu, podczas gdy bakterie "schodzą" niżej, zagnieżdżając się w migdałkach – które stają się wtedy nabrzmiałe, pulchne i bolesne dotykowo. Ważnym wskaźnikiem zakażenia o charakterze bakteryjnym jest wysoko podniesiona temperatura ciała – choć jej brak również nie wyklucza takiej możliwości – wszystko zależy od stanu organizmu. Jeśli organizm jest osłabiony, może nie mieć siły wytworzyć wysokiej gorączki. Ale i tu nie ma reguły, bo są wirusy, na których wtargnięcie organizm reaguje jeszcze większą temperaturą niż przy ostrych zakażeniach bakteryjnych – nieraz przekracza ona 40 stopni. Temperatura przewyższająca 41 stopni realnie zagraża utratą życia. Choć termometry rtęciowe (teraz już takich próżno szukać w aptekach, a szkoda, bo wskazywały dokładnie temperaturę, podczas gdy ich elektroniczne ekwiwalenty często ulegają awariom) na skali miały aż 42 stopnie, w praktyce naprawdę mało kto jest w stanie wytrzymać taką anomalię. Dochodzi wtedy do denaturacji białka. Czytelnik tych słów zapewne gotował kiedyś jajka. Może i miał okazję włożyć jajko prosto z lodówki do zbyt gorącej wody (lepiej ogrzewać je stopniowo) – wtedy na skutek szoku termicznego pęka skorupka i przez wytworzoną w ten sposób lukę białko wydostaje się do gotującej się wody. Skutkiem tego szybko zmienia konsystencję z płynnej na stałą, tworząc przy tym charakterystyczne formy. Na tym właśnie polega denaturacja. Łatwo wyobrazić sobie, czym takie krzepnięcie skończy się dla człowieka. Wszystkie ważne dla życia procesy zostałyby zablokowane. Nie może zachodzić wymiana tlenowa ani odżywianie komórkowe. Szczególnie na taką śmierć narażone są dzieci, gdyż ich organizm nie potrafi dobrze kontrolować wysokich temperatur. Zachowuje się tak jakby miał rozregulowany czujnik – biologiczny termometr, który u dorosłego mówi "stop" we właściwym momencie. Dlatego rodzice powinni uważnie kontrolować temperaturę swych pociech w czasie choroby i w razie potrzeby podać coś na jej obniżenie. A jeśli nie ma nic w zanadrzu albo temperatura dalej rośnie, najlepiej jest włożyć dziecko do chłodnej wody – ta pozornie trywialna czynność może czasem uratować życie.

Małe rozmiary wirusów są zarazem przekleństwem medycyny, ponieważ trudno znaleźć środek chemiczny, który niszczyłby je wewnątrz organizmu. Chodzi o to, że nie ma za bardzo w co uderzać. Dlatego wobec wirusów bezsilne są antybiotyki, które ratują nas przed szkodliwymi bakteriami. Bakterie przeprowadzają reakcje metaboliczne, które utrzymują je przy życiu. Fakt ten wykorzystują antybiotyki, które zakłócają je na różne sposoby, np. blokując syntezę białek, hamując budowę ścian komórkowych, w efekcie czego bakterie zostają pozbawione potrzebnej energii albo rozpuszczają się i giną. Działanie to nie może być zastosowane wobec wirusów, gdyż te nie przeprowadzają takich reakcji. Wirusy nie mają własnego metabolizmu ani nie posiadają budowy komórkowej. W charakterystyczny sposób przylegają do komórki i pasożytują na niej – wstrzykują swój materiał genetyczny, który – niczym polecenie begin6 w programie komputerowym rozkazuje wykonać określoną operację. Zdrowa komórka zostaje w ten sposób "zahipnotyzowana" – zmuszona do wykonywania sprzecznych z jej pierwotnym przeznaczeniem funkcji. Tak właśnie powstają (replikują się) nowe wirusy, które rozprzestrzeniają się po organizmie. Jak je zwalczać? Trzeba szukać ich innych słabych punktów. Jednak mimo usilnych starań najlepszych naukowców z całego świata nie udało się dotąd odnaleźć równie skutecznego leku przeciwwirusowego, jakim są antybiotyki w stosunku do bakterii. Ciągle najlepszą bronią przed wirusami jest nasz własny układ odpornościowy. Dlatego tak ważne jest, by był w jak najlepszej formie.

 

Podczas swojej przewlekłej infekcji zacząłem miewać problemy z sercem – coraz częściej męczyły mnie kołatania, pobolewania, kłucia. Spadła ogólna wydolność, szybko się męczyłem, zacząłem opuszczać lekcje wychowania fizycznego. Znowu zaliczyłem kilka bezowocnych wizyt lekarskich. Niestety, każdy lekarz brał moje dolegliwości za przejaw nerwicy i nie traktował mnie poważnie, jednak jakaś przyczyna musiała się za tym kryć. Ciało i psychika są bardzo ze sobą związane. Takich samych objawów nigdy nie miałem przy stresie, na którego działanie narażony byłem wiele razy z racji konieczności ścierania się z różnego typu nieprzyjemnymi sytuacjami w szkole. Silne zdenerwowanie mogło objawiać się biegunką, wymiotami, gwałtownie przyspieszonym tętnem, osłabieniem, którego objawy dobrze oddaje popularne powiedzenie "mam nogi jak z waty". To było coś zupełnie innego, niedoświadczanego wcześniej. Ale żadnego lekarza nie obchodziły relacje moich "subiektywnych" odczuć. Przecież to tylko oni dysponują niezawodnymi faktami opartymi na "rzetelnym" badaniu, do tego posiadają wykształcenie – dyplom, który pozwala budować autorytet. Jednak zdarza się, że dyplom ten ogranicza człowieka do biologicznej maszyny napędzanej za pomocą reakcji chemicznych i zaczyna wtedy brakować miejsca po prostu na istotę ludzką. Jak podkreślał niestety zmarły niedawno, profesor Andrzej Szczeklik, którego wykładu specjalnie zorganizowanego na Uniwersytecie Warszawskim miałem nawet okazję odsłuchać:

 

Pierwszą rozmowę z chorym, zbieranie wiadomości o chorobie, wywiad lekarski nazywają medycy anamnezą. Tak nawiązują do Platona. [...] Zanim lekarz zacznie ??postrzegać?? – zanim przystąpi do oględzin, opukiwania, osłuchiwania, słowem do tych wszystkich czynności, które nazywamy badaniem przedmiotowym – słucha opowieści z przeszłości. Umiejętnym słowem pomaga wydobyć na jaw wiedzę, która jest historią, przypomnieniem. Musi być przy tym ciekaw tej historii, tak aby chory czuł, że ktoś, może po raz pierwszy, interesuje się jego biedą. [...] Wystarczy słuchać.7

 

Nic dodać, nic ująć. Doktor Szczeklik bardzo pięknie opisuje zasady etyki lekarskiej. Daje przepis na lekarza pozytywnie nastawionego do pacjenta – bytu jakże rzadko spotykanego współcześnie w Polsce. Przykro napisać, że zdania te są bardzo dalekie od rzeczywistości, ale taka jest prawda. Dotyczą raczej tego, jak powinno być, niż jak jest. Niestety, wielu lekarzy, jeśli w ogóle wysłucha tego, co mówi do nich pacjent, nie bierze tego pod uwagę, jeśli nie zgadza się to z ich oględzinami. Droga ta nie może prowadzić do niczego konstruktywnego. Nie wszystko, co dotyczy zdrowia, zasad funkcjonowania organizmu, da się ująć w sztywne ramy. Ponieważ pewne procesy podlegają swego rodzaju medycznej zasadzie nieoznaczoności. Każdy człowiek posiada swój indywidualny organizm charakteryzujący się tylko jemu właściwą skalą wrażliwości, odmienną tolerancją czynników chorobotwórczych i różną eskalacją objawów. Te same choroby mogą powodować niekiedy inne objawy u różnych ludzi. Silny organizm zareaguje na wniknięcie wirusa tylko katarem, podczas gdy słabszy w zetknięciu z tym samym patogenem gorączką, męczącym nieżytem i osłabieniem. Niektóre choroby długo się rozwijają, nie dają od razu pełnego obrazu klinicznego. Dlatego tak ważne jest, by słuchać – jakie to z pozoru proste8.

Wszyscy zapewne słyszeli kiedyś o sepsie (posocznicy) – przynajmniej raz w roku mówią o niej w telewizji, kiedy ktoś, często młody, umiera nagle. Sepsa to zakażenie ogólne organizmu. Polega na dostaniu się zarazków do krwiobiegu, które wywołują schorzenie gwałtownie postępujące i śmiertelne, jeśli nie będzie w porę leczone. Wystąpieniem posocznicy najbardziej zagrożone są osoby z deficytem odporności. Bowiem gdy patogeny po przedostaniu się do krwi, nie napotkają tam żadnego oporu, dotrą do narządów i dokonają w nich nieodwracalnych zmian. Stąd niezwykle istotne jest, by szybko rozpoznać tę chorobę. Chodzi o szansę uratowania życia, ale też o sprawność całego organizmu, zakażenie ogólne trzeba zwalczyć możliwie prędko, by nie doszło do trwałych uszkodzeń ciała, które mogą spowodować kalectwo. Większość powikłanych zakażeń wynika ze zbyt późnego ich rozpoznania. Nieraz zdarzało się, że lekarz diagnozował grypę, podczas gdy już za kilka godzin stan chorego tak się pogarszał, że nie można go było odratować. Dlatego tak ważne jest, by nauczyć się obserwować własny organizm. Podejrzewając sepsę, należy zwracać szczególną uwagę na nagłe zwyżki temperatury, sztywność karku, wymioty, plamy i wybroczyny na skórze. W wypadku wystąpienia wyżej wymienionych objawów należy niezwłocznie zgłosić się do szpitala. Tylko co poradzić, jeśli zgłaszamy się do szpitala, a tam lekceważą niebezpieczne objawy? Najwięcej ofiar na sepsę odnotowuje się właśnie z tego powodu.

Warto zaznaczyć, jeśli mamy jakąkolwiek infekcję, zarazki oraz ich produkty przemiany materii – jady, toksyny zawsze przenikają do krwiobiegu – tylko przeważnie w ilościach niezagrażających życiu, acz znacznie psujących samopoczucie. Taki stan nazywa się bakteriemią. Nie chcę się tu popisywać erudycją, ale ręczę za to, że jak powiecie coś takiego lekarzowi pierwszego kontaktu to albo nic się nie odezwie, albo wyrzuci od siebie za drzwi. Nie należy się przejmować taką sytuacją. Jeśli nie układa się nam kontakt z lekarzem, powinniśmy poszukać innego. Nic na siłę. Są ludzie, którzy ciągną nas w dół i są tacy, którzy ciągną nas w górę. Od nas zależy, z kim się zadajemy. Nie ma też co odgrzewać starego kotleta, bo może zaszkodzić. Bakteriemia to "łagodna" sepsa. W każdej chorobie połączonej z zakażeniem dochodzi do przenikania patogenów oraz toksyn przez nie produkowanych w głąb ustroju. Jednak jest to na tyle niewielka liczba, że z reguły nie zagraża bezpośrednio życiu. Jednak przy dłużej trwających chorobach, chorobach przewlekłych, niewłaściwie leczonych może dochodzić do osadzania się bakterii w innych narządach, powstawania ognisk zapalnych, swego rodzaju przerzutów. W chorobach infekcyjnych wywoływanych przez paciorkowce – rodzaj bakterii najczęściej wywołujących dobrze znane nam infekcje dróg oddechowych – najbardziej zagrożone jest serce. To dlatego właśnie w tradycji ludowej zwykło mawiać się o anginie, że jest to choroba, która "kąsa serce i liże stawy". Przy anginie dochodzi do powstania bakteriemii – nieleczona angina może powikłać się zapaleniem mięśnia serca, zapaleniem wsierdzia – chorobami, które mogą okazać się śmiertelne. Nie wolno zatem lekceważyć żadnej takiej choroby. Nawet zwykły ból zęba może skończyć się poważnym powikłaniem, dlatego dentyści często przepisują antybiotyk na pięć dni, po usunięciu ropnego zakażenia. Zabezpiecza to przed rozlaniem się drobnoustroju na cały organizm. Niestety, doktorzy w przychodniach nie mają często takiej wiedzy i apriorycznie negują wszelkie sugestie pacjenta. Moje bóle serca były – to rzecz jasna – spowodowane bakteriemią. Była ona jednak tak niewielka, że nie mogła spowodować powikłań w postaci zapalenia, aczkolwiek kto wie, co byłoby później, gdyby choroba była długo nieleczona. Dopiero w szpitalu, kiedy stwierdzono u mnie przewlekłe zapalenie zatok, podano mi dożylnie duże dawki antybiotyku – Augumentinu trzy razy dziennie przez dwa tygodnie. Odniosło to niewątpliwie swój skutek, ale dodatkowo bardzo osłabiło mój system odpornościowy. Odtąd infekcje stały się chlebem powszednim. Zdarzały się nawet w lato i mimo iż chodziłem do różnych lekarzy, brałem różne szczepionki, środki homeopatyczne, witaminy, piłem tran, profilaktycznie płukałem gardło szałwią i tymiankiem, nie mogłem wzmocnić odporności na tyle, by przestać chorować. Powoli zaczynamy docierać do bardzo ważnych wniosków.

Problemy W. zaczęły się od kataru po zziębnięciu. Kolejnym czynnikiem wpływającym na osłabienie organizmu była wyjątkowo zaraźliwa infekcja – grypa, na którą zachorował, ponieważ było dopiero co po przeziębieniu. Później doszło do tego zakażenie bakteryjne i w efekcie cały system się posypał.

A co było przyczyną mojej choroby? Przecież wcześniej także nie chorowałem. Na pewno czynnik chłodu miał jakieś znaczenie również w moim przypadku. Trenowałem karate w porze zimowej, mimo to po sali na ćwiczeniach biegało się na bosaka, często zdejmowało się też kimona, by biegać z nagim torsem. W tym czasie również otwierano na rozcież okna, przez które przedostawało się zimne powietrze. Sytuacja ta przeciągała się już kilka tygodni – narastała zimna temperatura, a ja byłem coraz częściej narażany na przeciągi. Z tym że dla zahartowanego człowieka nie powinno to być aż takim zagrożeniem. Zdrowy organizm po zetknięciu się tylko z jednym czynnikiem ryzyka zwykle sobie radzi. Ja także, podobnie jak W, padłem ofiarą kumulacji kilku przyczyn. Najbardziej dewastującą z nich było – przemęczenie. Oprócz karate ćwiczyłem intensywnie na lekcjach wychowania fizycznego – trzeba było wtedy dużo biegać, robić pompki, brzuszki, zaliczać skoki przez kozła itd. Zwykle miałem pecha spotykać wyjątkowo wymagających wuefistów. Do tego doszedł obowiązek chodzenia dwa razy w tygodniu na karate – szybko okaże się, że było to ponad siły mojego organizmu. Miałem wtedy czternaście lat – byłem świeżo po skoku pokwitaniowym, mój organizm gwałtownie się rozwijał, był z tego powodu nieco osłabiony, potrzebował dużo energii i wypoczynku. Niestety, zafundowałem mu coś zupełnie innego. Nadmiar wyczerpujących obowiązków sprawił, że nie mógł nadążyć z regeneracją. W efekcie bariera układu odpornościowego pękła i przepuściła inwazję bakterii.

Wymieniona przeze mnie pośrednia przyczyna choroby (przemęczenie) może przejawiać się na wiele sposobów – kiedy pracujemy ponad swoją wydolność, nadmiernie wysilamy się, nie dosypiamy i nie odpoczywamy. Bardzo ważne, by poznać granice swego organizmu, wiedzieć, kiedy powiedzieć "dość", by sobie nie zaszkodzić.

Jeśli ten stan będzie się ciągle powtarzał, doprowadzi do zaburzenia funkcjonowania układu immunologicznego, podobnie jak w wypadku wychłodzenia. Efektem będzie zwiększona zapadalność na choroby. Dlatego warto rozważyć, czy obrana przez nas droga jest prawidłowa. Nie zachęcam nikogo, by żył tak jak głosiła koszulka pewnego mężczyzny przypadkowo spotkanego przeze mnie w Zakopanem: "Lepiej mieć brzuch od piwa niż garb od pracy", to byłoby przegięcie w drugą stronę, ale coś jest na rzeczy. Warto czasem zwolnić w biegu, wziąć głęboki oddech i zapytać się, dokąd to wszystko prowadzi.

Osobnym rodzajem przemęczenia stanowiącym następny czynnik chorobotwórczy jest niewłaściwa higiena aktywności sportowej. Ktoś może powiedzieć: przecież jesteśmy zdrowi właśnie dzięki ćwiczeniom. Sport to zdrowie. Im więcej ćwiczymy, poruszamy się na świeżym powietrzu, tym większą wydolność i odporność mamy. To oczywista prawda. Powodem choroby jest jednak nie sam sport, ale to, w jaki sposób go praktykujemy. W szkołach w niechlubny sposób zapisują się tu wuefiści. Wielu z nich, czego również doświadczyłem, stara się traktować każdego ucznia jak zawodowego sportowca. Nie wystarcza im, że młodzież ma okazję do tego, by po prostu się poruszać, tylko zależy im na osiąganiu efektów i podsycaniu rywalizacji. Niestety, skutki tego typu polityki są opłakane.

Każdy ma swoje własne zdrowie, każdy ma swój wyjątkowy organizm – jeden źle czuje się już po jednej lekcji WF-u, a dla drugiego siedem razy w tygodniu za mało. Jedni rozwijają się wolniej, inni szybciej i wkładanie wszystkich do jednego worka kończy się albo wykluczeniem słabszych osób z grupy, albo dalszym osłabianiem ich zdrowia. Stosownym rozwiązaniem byłoby dostosowywanie rodzaju i intensywności ćwiczeń do poziomu fizycznego uczniów. Warto też wspomnieć, że poniżej pewnego wieku lepiej też w ogóle nie rozpoczynać forsownych ćwiczeń:

 

Należy pamiętać, że do 10–11 roku życia nie należy zachęcać dzieci do ćwiczeń siłowych i wytrzymałościowych, szczególnie zaś nie należy zgadzać się na treningi specjalistyczne w klubach sportowych. Niestety, wielu trenerów wbrew oczywistym interesom dziecka, łamiąc elementarne zasady wychowania fizycznego i prawa rozwojowe często już w tym wieku aplikuje daleko przekraczające dopuszczalne normy i wręcz szkodliwe dla zdrowia.9

 

Mimo tych niebezpieczeństw należy starać się regularnie ćwiczyć fizycznie. Sport jest bardzo potrzebny dla prawidłowego funkcjonowania organizmu i wzmacniania odporności. Jednak praktykując sport, trzeba być rozważnym w określaniu intensywności i częstotliwości ćwiczeń. Wytrzymałość organizmu jest kwestią indywidualną – u każdego jest inna. Dlatego też rodzaj ćwiczeń, zwłaszcza jeśli mamy problemy z infekcjami, powinien być dostosowywany indywidualnie. Wrócimy jeszcze do tego problemu w kolejnym rozdziale.

Szczególnie niebezpieczne jest narażanie się na przeciągi, wystawianie na zimny wiatr po rozgrzaniu na ćwiczeniach fizycznych. Dzieci często popełniają ten błąd, bo kiedy robi im się za gorąco, jak najprędzej chcą się rozebrać lub podejść do okna, a to często droga do rozwoju choroby. Lepiej jest ochłonąć stopniowo niż wystawić zapoconą szyję na lodowaty wiatr. Niestety, tego typu sytuacji często nie daje się uniknąć, kiedy np. przodujący w klasie koledzy otwierają okna. Właściwie większość moich infekcji rozwijała się w kilka dni po zajęciach WF. Jak widać odniosły one całkowicie odwrotny skutek od zamierzonego. Przecież zajęcia te mają na celu poprawiać ogólny stan fizyczny.

Największą odpornością cieszą się osoby uprawiające umiarkowany wysiłek fizyczny10. Jeśli męczy cię program zajęć, najlepiej byłoby zorganizować sobie zwolnienie i rozpocząć ćwiczenia na własną rękę. Dopiero, gdy podbudujemy swoją odporność, będziemy mogli dołączyć do bardziej aktywnej grupy.

 

Choć to niezwykle złożony temat i nie sposób wyczerpać go w tym paragrafie (trzeba by dopiero napisać kolejną książkę), chciałbym jednak, choć krótko, wspomnieć o kolejnej, niezwykle ważnej przyczynie pośredniej, mianowicie: niewłaściwym odżywianiu się. To, co jemy, jest niezwykle ważne dla zdrowia, gdyż z jedzenia pobieramy substancje kształtujące nasz organizm. Jakość jedzenia przekłada się na jakość naszego ciała. Wszyscy znamy słynne powiedzenie: "jesteś tym, co jesz". Spożywanie urozmaiconych posiłków umożliwia uzupełnianie wszystkich ważnych dla zdrowia mikroelementów, ponieważ każdy produkt ma jemu właściwy skład odżywczy. Monotonna dieta pozbawia nas takiej możliwości. Jedząc na przykład same ziemniaki, skądinąd bogate źródło potasu, z czasem zacznie brakować nam innych substancji. Ale jeśli już połączymy je z innymi warzywami, owocami, mięsem wszystko zostanie wyrównane. Najłatwiej wziąć tabletkę pokrywającą dzienne zapotrzebowanie na witaminy i składniki mineralne, jednak warto wziąć pod uwagę fakt, że składniki pochodzenia naturalnego znacznie lepiej się przyswajają i pozbawione chemicznych dodatków konserwujących – są zdrowsze. Sztucznej suplementacji mogą wymagać jedynie wybrane witaminy i minerały odgrywające szczególną rolę w procesach odpornościowych, np. witamina C, ponieważ ich podwyższona ilość może dostarczyć pozytywnych rezultatów. O tym więcej także w kolejnym rozdziale.

Dietę należy też dostosowywać do pory roku. Każdy posiłek zawiera określoną liczbę kilokalorii – kcal – czyli właściwej mu wartości energetycznej. Kaloria w terminologii fizycznej to ilość ciepła potrzebna do ogrzania jednego grama wody o jeden stopień. Kilokaloria, jak wskazuje przedrostek kilo, jest tysiąc razy większa od kalorii. Pokarmy wysokokaloryczne dodają nam dużo siły, a zimą pozwalają zachować ciepło w organizmie i tym samym zabezpieczają przed przeziębieniem. Nie sprzyjają jednak odchudzaniu, ponieważ ich nadmiar jest magazynowany w postaci tłuszczu. Niedawno żaliła mi się koleżanka, że zachwalam różne suplementy, a ona przecież bierze je od dawna i dalej często choruje. Gdy spytałem, co je, odpowiedziała, że jest na diecie odchudzającej, a był środek zimy. Wszystko się wyjaśniło.

Skutkiem niewłaściwej diety organizm produkował za mało ciepła i był wychłodzony, podobnie jest w przypadku niedostatecznego ubierania się. Wniosek? Najlepiej odchudzać się wiosną i latem.

Niektóre pokarmy są szczególnie niebezpieczne, ponieważ mogą powodować uczulenie. Pomijając produkty odpowiedzialne przede wszystkim za alergie powodujące dolegliwości żołądkowo-jelitowe, chciałbym zwrócić szczególną uwagę na zagrożenie płynące ze strony spożywania mleka i nabiału. Dlatego ponieważ alergie na produkty mleczne sprzyjają powstawaniu infekcji. Istnieją liczne przesłanki pokazujące związek pomiędzy nawracającymi infekcjami uszu i gardła a stosowaniem diety mlecznej11. Z własnego doświadczenia wiem, że picie mleka ma związek z trądzikiem – już nawet po szklance mleka wyskakiwały mi na twarzy następnego dnia paskudne krosty, dlatego wbrew zaleceniom słynnej kampanii reklamowej "pij mleko, będziesz wielki", dałem sobie spokój. Opłaciło się, bo odtąd przestałem odwiedzać dermatologa.

 

Choroba nie zaczyna się od razu, niekiedy potrzebuje naprawdę dużo czasu, żeby się rozwinąć. To bardzo ważne rozpoznanie, ponieważ nawet silne organizmy wystawione na skumulowaną ilość czynników ryzyka (zasada zginania druta) polegną. Pamiętajmy, że nie jesteśmy cyborgami. Sposób życia prędzej czy później zbierze swoje żniwo, choć może czasem wydawać się, iż jest to oddalone o lata świetlne. W istocie na faktyczne skutki trzeba czekać nieraz bardzo długo, np. palenia papierosów czy spożywania alkoholu. Jeśli nie ma pogorszenia od razu, entuzjaści wychodzą z założenia, że dany czynnik nie szkodzi. Nic bardziej mylnego. Jeśli nie czujemy się gorzej z dnia na dzień czy z tygodnia na tydzień, ba, nawet z miesiąca na miesiąc, nie znaczy to, że za kilka lat będzie tak samo. Najlepiej zacząć dbać o zdrowie wtedy, kiedy jesteśmy zdrowi, a nie kiedy dopiero nam coś dolega.

 

Antybiotyki to nie cukierki

 

Od czasu wyjścia ze szpitala średnio po 5-6 razy w roku musiałem brać antybiotyki. Infekcje ciągle się powtarzały. W szczególności dotyczyły gardła – które łatwo ulegało ostrym zapaleniom, anginom, rzadziej uszu. Odporność jakby nie istniała. Jak już wspomniałem próbowałem różnych metod, radziłem się różnych lekarzy, ale choroby i tak przychodziły i nie mogłem nic na nie zaradzić. Dopiero w wieku około dwudziestu lat uwolniłem się od tych tak częstych chorób, choć nie ostatecznie. Całkowite zwycięstwo przyszło przed dwoma laty, kiedy ostatecznie ugruntowałem po wielu wzlotach i upadkach własną metodę pozwalającą na długotrwałe utrzymanie zdrowia. Jak tego dokonałem? Przestałem brać antybiotyki. Bo paradoksalnie – właśnie antybiotyki, leki, które zesłały zbawienie dla ludzkości w drugiej połowie XX w., powodują wpadanie do błędnego koła, które zmusza do cyklicznego powtarzania ich przyjmowania. Jest to koło z którego bardzo trudno się wydostać. Kiedy już w nie wpadniemy, musimy powielać negatywne schematy.

To co teraz napiszę, to naczelne prawo mojej kuracji. W stanie swoistej desperacji, kiedy nie mogłem już znieść kolejnej choroby, w pewnym momencie spadło na mnie jak olśnienie z nieba w postaci z pozoru trywialnego, ale jakże wymownego zdania: antybiotyki to nie cukierki. Zanotujcie je uważnie i pamiętajcie, by się do niego stosować, jeśli chcecie być zdrowi. Tak samo mówił mój instruktor na kursie na prawo jazdy: "Proszę państwa, proszę teraz zapisać dwa bardzo ważne zdania, bez których znajomości nie macie, po co wyjeżdżać na egzamin: kiedy kręcę kierownicą w prawo, samochód jedzie w prawo. Kiedy kręcę kierownicą w lewo, samochód jedzie w lewo." Usłyszawszy tak banalnie brzmiące frazesy, wszyscy się roześmiali w głos i nikt nie wziął nawet długopisu do ręki, ale kiedy przyszło jechać do tyłu na łuku, nie było już tak śmiesznie.

Antybiotyków nie można brać, kiedy się chce lub kiedy jakiś lekarz ma kaprys, by je przepisać. Nie można brać ich, gdy chorujemy na jakąkolwiek infekcję. Muszą istnieć realne podstawy do przedsięwzięcia antybiotykoterapii. Należy stosować ją tylko wtedy, gdy ma się pewność, że danej choroby nie da się wyleczyć w żaden inny, mniej inwazyjny, sposób. W tym miejscu pragnę zaznaczyć, że nie zamierzam tu forsować karkołomnych teorii, że antybiotyki są w ogóle niepotrzebne i niebezpieczne. Trzeba oddać im sprawiedliwość – są takie choroby, że tylko one mogą uratować życie i doprowadzić do pełnego wyleczenia. Chciałem tylko wskazać na pewne nieprawidłowe nawyki, którym ulegają zarówno lekarze, jak i pacjenci, i których efektem jest przyjmowanie antybiotyków z błahych powodów.

 

Jak to się wszystko zaczęło?

 

Pierwszy antybiotyk, odkryty w 1928 r. przez Aleksandra Fleminga, pojawił się zupełnie niespodziewanie. Tworzyła go stosunkowo pospolita pleśń penicillium notatum (dlatego nadano mu nazwę penicylina), która trafiła przypadkowo na eksperymentalną płytkę Petriego z koloniami bakterii staphylococcus aureus, czyli gronkowca złocistego. Bakterie będące w kontakcie z pleśnią szybko stały się martwe. Fleming dostrzegłszy zagadkowy efekt, zrozumiał, jak doniosłe może mieć znaczenie. Oto w zasięgu ręki mógł znaleźć się nowy, niezwykle skuteczny środek antybakteryjny pozwalający na leczenie ludzi. Niestety, jego prace naukowe długo obeszły się bez echa. Szybciej, bo już w 1935 roku, opatentowano zbadane przez Ernsta Domagka sulfonamidy, w szczególności pierwszy lek z tej grupy – prontosil zrobił szybką furorę, dlatego w prace nad nim zaangażował się sam Fleming, odkładając na jakiś czas badania nad swoim epokowym odkryciem. W pierwszych publikacjach postulował jedynie wykorzystanie penicyliny do leczenia miejscowych zakażeń skórnych. Zapewne dlatego, że nie istniała na początku dobrze przyswajalna forma leku. Spożywanie pleśni mogłoby okazać się szkodliwe. Później, kiedy stał się już celebrytą i dawał wykłady na całym świecie, chyba słusznie mawiał: "To natura stworzyła penicylinę, ja ją tylko odkryłem12". Miał wielkie szczęście, bo jak inaczej nazwać fakt, że zarodniki leczniczej pleśni wpadły właśnie do jego gabinetu? Fortis fortuna adiuvat – jak mówi sentencja.

W rzeczywistości antybiotyki były znane o wiele wcześniej. Wystarczy przypomnieć Ogniem i mieczem i wypowiedź Rzędziana o tym, by przygotować chleba z pajęczyną dla poranionego Bohuna. W pajęczynie gromadziły się pleśni, które miały właściwości antybiotyczne. Taką metodę znali już starożytni Grecy i Egipcjanie. Dzięki zastosowaniu tej terapii łatwiej goiły się rany. Nie wiedziano jednak, dlaczego taka kuracja pomagała. Kiedy nie dysponowano laboratoriami chemicznymi, dobór leków odbywał się metodą prób i błędów, nie można było stwierdzić eksperymentalnie, do czego dany produkt może służyć. Ewentualnie nakarmić zwierzęta nowym ziołem i sprawdzić, czy nie padną. Dziś wiemy, że lecznicze działanie pajęczyny wynikało z obecności w niej pleśni, które posiadały właściwości antybakteryjne. Jak wskazuje sama etymologia: słowo antybiotyk pochodzi z greki, gdzie anti znaczy przeciw, a bios znaczy życie, szczególnie przeciwko życiu bakterii. Ale nomen omen i życie człowieka może być zagrożone jeśli będzie on używał ich zbyt często. Z kolei wirusy nie muszą niczego obawiać się z ich strony. Zaznaczmy teraz wyraźnie jeszcze raz – nie można wyleczyć infekcji wirusowej, czyli na przykład grypy, poprzez podanie antybiotyku. Czego niestety, na swoją szkodę, nie ma świadomości wielu ludzi. Jak wykazały badania w Ameryce, aż 55% respondentów twierdziło, że antybiotyki zabijają wirusy, a 75% uważa, że należy stosować je przy przeziębieniu i grypie13. Tymczasem prawda jest taka, że antybiotyki są skuteczne tylko przeciwko bakteriom, i to nie wszystkim. Dlatego konieczne jest – jeśli już zdecydowano się je używać – naprzemienne stosowanie różnego rodzaju antybiotyków w zależności od typu infekcji – gdyż każdy z nich ma sobie odpowiednie spektrum działania – jest aktywny wobec określonego rodzaju bakterii. Antybiotyki dzielimy na bakteriobójcze i bakteriostatyczne (hamujące możliwość rozmnażania się ich komórek). W praktyce te z drugiej grupy także pozwalają równie skutecznie leczyć infekcje, gdyż uniemożliwienie podziałów bakteriom oznacza de facto ich śmierć. Bakterie nie są nieśmiertelne i jeśli zostanie zablokowana możliwość ich rozmnażania, wyginą spontanicznie oraz będą mogły być szybciej unicestwione przez system immunologiczny.

Nie od razu pozwoliły antybiotyki wyzwolić się ludziom ze śmiertelnych infekcji. Na wdrożenie ich na rynek trzeba było długo poczekać. Fleming wyniki swoich prac opublikował w 1929 r. Wspomniał tam, że penicylinę można by stosować jako miejscowy środek antybakteryjny. Było to jednak za mało, by leczyć ciężkie choroby zakaźne. I to genialne odkrycie musiało czekać na swoje ponowne odnalezienie dopiero do 1939 r. Po wybuchu II wojny światowej, w związku z zakażeniami rannych żołnierzy, zaczęto poszukiwać nowych środków zwalczających bakterie. W ten sposób Australijczyk Howard Florey i Niemiec Erbst Chain natknęli się na publikację Fleminga. Zainteresowani zawartymi tam informacjami postanowili spróbować nowego, obiecującego środka. Kierowane przez nich zespoły doprowadziły w końcu do wyizolowania penicyliny i przekształcenia jej do postaci łatwo dostępnego leku, co początkowo nie udało się Flemingowi14. Rozpoczęły się testy, badania kliniczne i wyniki okazały się fenomenalne. Leczono z powodzeniem różnego rodzaju zagrażające śmiercią zakażenia ran. Mechanicznie w tym kontekście nasuwa mi się w umyśle postać majora Leona Korwina z serialu Polskie drogi, który zmuszony był popełnić samobójstwo, gdyż w rannej od odłamka nodze rozwinęła się zgorzel gazowa. "Może za sto lat – mówił doktor wezwany do cierpiącego – ktoś wymyśli jakiś preparat przeciwko beztlenowcom"15. Środkiem ostatniej szansy mogła być operacja – amputacja zakażonej kończyny, jednak lekarz, który miał się tego podjąć, zginął w nalocie samolotów. I tak pozostawiony bez pomocy major postanowił skrócić swoje cierpienia. Nie miał wyboru, strzelił sobie w głowę. Ironia losu? Lekarstwo istniało już wtedy, była to właśnie penicylina. Niestety, do użytku trafiła zdecydowanie za późno. Na pewno dużo wcześniej mogłaby uratować miliony istnień ludzkich. Zazwyczaj jednak od wynalezienia substancji leczniczej do wprowadzenia jej do użytku musi upłynąć sporo czasu, często nawet kilkanaście lat. Ilość ta w wypadku osób poważnie chorych zamyka im praktyczną szansę na wyleczenie w przyszłości. Kto jest za to odpowiedzialny? Jest wiele prób wyjaśnień, począwszy od teorii spiskowych na nadmiernej ostrożności skończywszy. Każde lekarstwo, zanim zostanie dopuszczone do użytku, musi przejść niezliczone ilości testów. Ale te testy to nie wszystko, bo potem zaczyna się najgorszy proces biurokracji, czyli rejestrowanie nowego leku.

Zastosowanie penicyliny zrewolucjonizowało leczenie chorób wywoływanych przez bakterie. Większość nieuleczalnych dotąd schorzeń takich jak zapalenie płuc, zapalenie otrzewnej, serca, opon mózgowych, różnego rodzaju ropnie, choroby weneryczne, mogły być szybko i skutecznie zwalczone. Zrozumienie mechanizmu powstawania penicyliny szybko pozwoliło wynaleźć inne antybiotyki, które wykazywały skuteczność na innego rodzaju drobnoustroje. Jak widać, wojna miała swe pozytywne strony – dzięki niej gwałtownie poszedł do przodu postęp technologiczny. Nieustanna rywalizacja między państwami zmuszała do poszukiwania nowych, niekonwencjonalnych środków pozwalających na osiągnięcie przewagi. Rzecz jasna, także w medycynie – bo lepsze leczenie żołnierzy to większa szansa ponownego ich wykorzystania.

Od pierwszego użycia penicyliny w 1939 r. bardzo szybko powstawały kolejne antybiotyki: streptomycyna (1943), aureomycyna, inaczej chlortetracyklina (1945) oraz chloromycetyna, inaczej chloramfenikol (1947). Odkrycie streptomycyny pozwoliło na pierwsze skuteczne kuracje przeciwko gruźlicy, zaś chloromycetyna umożliwiła terapię ciężkich chorób zakaźnych, takich jak na przykład dur brzuszny czy czerwonka. Właśnie te cztery antybiotyki podaje jako swój naczelny arsenał książka medyczna z 1955 roku Vademecum lekarza praktyka16, jaką posiadam w biblioteczce domowej. Tylko te cztery antybiotyki pozwalały skutecznie wyleczyć większość infekcji bakteryjnych.