Część pierwszaNiekończący się korytarz
1. Niesforny
Około dziesiątej wieczór 20 lipca 1969 roku ośmioletni Peter Diamandis zasiadł w piżamie, przykryty narzutą, przed dużym telewizorem w wyłożonym boazerią pokoju w przyziemiu swojego rodzinnego domu w Mount Vernon w stanie Nowy Jork. Obok niego siedzieli mama, tata, młodsza siostra i dziadkowie. Peter wycelował wideokamerę Super 8 swojej mamy na ekran, następnie spanoramował pokój, zatrzymując przez chwilę obiektyw na białym niemieckim owczarku imieniem Prince i powrócił do telewizora.
Na dywanie obok leżały karteczki z notatkami i wycinki z gazet, ułożone według misji NASA - Mercury, Gemini i Apollo - oraz według rakiet - Redstone, Atlas, Titan i Saturn. Peter, uczeń trzeciej klasy, zwykle nie potrafił usiedzieć spokojnie w miejscu - matka nazywała go "ataktos", co po grecku znaczy "niesforny" - i teraz też cały czas wiercił się, podskakiwał i kołysał. To był moment, o którym Peter marzył, moment, który zapowiadał się lepiej niż jakakolwiek elektronika, jaką mógłby kupić w sklepie sieci Radio Shack, bardziej fajowy niż jakikolwiek model rakiety Estes, nawet bardziej efektowny niż fajerwerki M80, które odpalił ostatnio na swoich urodzinach, napędzając stracha mamie i kolegom.
Telewizor marki Sears Silvertone nastawiony był na program CBS Evening News prowadzony przez doświadczonego prezentera Waltera Cronkite'a z przylądka Kennedy'ego na Florydzie. Peter, z włączoną kamerą w rękach, przeczytał na ekranie słowa: "CZŁOWIEK NA KSIĘŻYCU: PRZEŁOMOWA WYPRAWA APOLLA 11". Wysłuchał fragmentu przemówienia wygłoszonego przez prezydenta Kennedy'ego w maju 1961 roku: "Jestem przekonany, że nasz naród powinien postawić sobie za cel, aby do końca tego dziesięciolecia umieścić człowieka na Księżycu i sprowadzić go bezpiecznie z powrotem na Ziemię. W tym okresie żaden konkretny projekt podboju kosmosu nie wywrze większego wrażenia na ludzkości i nie będzie też istotniejszy dla jego zbadania w dłuższej perspektywie; żaden też nie będzie równie trudny i kosztowny". Na ekranie zaczęło się odwrotne odliczanie dla astronautów, Neila Armstronga i Edwina "Buzza" Aldrina, którzy mieli w module lądującym Apolla 11 osiąść na powierzchni Księżyca, realizując odwieczne dążenie ludzkości, a zarazem odnosząc znaczące zwycięstwo w zimnej wojnie oraz wyścigu o wysoką stawkę między mocarstwami, który został zapoczątkowany wprowadzeniem na orbitę przez Związek Radziecki pierwszego sztucznego satelity Ziemi 4 października 1957 roku. Teraz, prawie dwanaście lat później, Ameryka również tworzyła historię. Astronauta Michael Collins pilotujący moduł orbitalny Columbia oddzielił go już od lądownika i pozostał sam na orbicie wokółksiężycowej, czekając, aż dwójka jego kolegów rozpocznie spacer po Księżycu.
Zgodnie z planem Collins, Aldrin i Armstrong powinni ponownie dołączyć do siebie na orbicie za mniej niż dobę. Około siedemnastu tysięcy inżynierów, mechaników i menedżerów było obecnych przy starcie w ośrodku kosmicznym na Florydzie. Ocenia się, że w realizacji programu Apollo w ten czy inny sposób wzięło udział w sumie około czterystu tysięcy ludzi, od kobiet z Dover w stanie Delaware, które zszywały i sklejały nagumowany materiał skafandrów ochronnych, po inżynierów z NASA, Northrop i North American Aviation, którzy przez lata pracowali nad złożonym z klastera trzech czasz spadochronów dla Columbii. Szacunkowy koszt programu wyniósł ponad 25 miliardów dolarów.
Peter nieustannie oddawał się marzeniom o eksploracji czy to świecących, czy ciemnych przestworów kosmosu we własnym statku kosmicznym, niczym rodzina Robinsonów w serialu telewizyjnym "Zagubieni w kosmosie" z ich nad wiek rozwiniętym dziewięcioletnim synem Willem oraz człekopodobnym, uzbrojonym robotem. Ale tego wieczoru całą jego uwagę przykuwał ekran telewizyjny.
Cronkite swym głębokim, powolnym głosem, jak zwykle modulując słowa, relacjonował:
- Dziesięć minut do zetknięcia z powierzchnią. O rany... Dziesięć minut do lądowania na Księżycu.
Na ekranie transmisja na żywo z Księżyca była pokazywana na przemian z symulacjami lądowania nakręconymi przez kanał CBS we współpracy z NASA. Sygnał z kamery na Księżycu przekazywany był na odległość około 400 000 km do Parkes Radio Astronomy Observatory na zachód od Sydney w Australii, a następnie za pośrednictwem satelity poprzez Pacyfik do Centrum Kierowania Lotem w Houston. Stamtąd obraz transmitowano do sieci telewizyjnych i ostatecznie do telewizorów w Stanach Zjednoczonych i w innych krajach.
W ciągu kilku początkowych minut lotu pierwszy człon rakiety Saturn V - skonstruowanej na bazie rakiety balistycznej używanej przez Niemców podczas II wojny światowej - spalił nieco mniej niż 2000 ton paliwa rakietowego, a prędkość wznoszenia statku względem Ziemi wzrosła od zera do 2,7 km/s1.
- Zejście do lądowania, dziewięćset metrów - oznajmił Cronkite.
- Orzeł prezentuje się wspaniale - powiedział ktoś z Centrum Kierowania Lotem w Houston, gdy na ekranach pojawiły się czarno-białe, ziarniste obrazy jałowego, kamienistego krajobrazu księżycowego.
- Wysokość pięćset metrów - kontynuował Cronkite. - Zaraz zawisną, by podjąć decyzję... Najwyraźniej postanowili dalej obniżać lot, dwieście metrów, schodzą. Dziewiętnaście sekund, siedemnaście, trwa odliczanie.
Na Księżycu było tuż przed świtem i Słońce świeciło nisko nad wschodnim horyzontem z tyłu modułu lądującego.
Peter nastawił wideokamerę na ekran. Już wcześniej używał kamery mamy do rejestrowania transmisji telewizyjnych NASA. Zebrał olbrzymią kolekcję wycinków z gazet i czasopism ilustrowanych na temat lotów oraz korespondencję, jaką prowadził z NASA. Miał wydany nakładem NASA Krótki słownik terminów kosmicznych i wiedział, co to jest "paliwo jednoskładnikowe" i "sztuczna grawitacja". Zajął pierwsze miejsce w okręgowym konkursie na plakat o tematyce dentystycznej za swój rysunek przedstawiający start statku Apollo na Księżyc z podpisem: "Chciałbyś polecieć? Myj zęby trzy razy dziennie". Wspólnie z kolegą ze szkoły podstawowej Wayne'em Rootem kręcił własne filmy metodą zdjęć poklatkowych, używając modeli pojazdów kosmicznych ze Star Treka jako rekwizytów. Przekonał się, że może robić rysy na taśmie filmowej podczas jej obróbki, uzyskując efekt strzelania wiązkami laserowymi. W weekendy chętnie sadzał całą swoją rodzinę w salonie na piętrze i wygłaszał im pogadanki o gwiazdach, Księżycu i Układzie Słonecznym, objaśniając na przykład, co znaczy skrót LEO (Low Earth Orbit - niska orbita okołoziemska).
Start rakiety Saturn V w dniu 16 lipca był dla Petera wydarzeniem tak doniosłym, jak wszystkie Dni Niepodległości razem wzięte. Trzech mężczyzn w przedniej części ziejącej ogniem rakiety wzlatującej w kosmos! Pięć silników F1 spalających naftę zmieszaną z płynnym tlenem i wytwarzających 3,4 miliona kilogramów ciągu! To tak, jakby wystrzelić w niebo pomnik Waszyngtona!2 Wszystkie podręczniki szkolne Petera upstrzone były rysunkami i bazgrołami mającymi wyobrażać planety, kosmitów i statki kosmiczne. Saturna V rysował raz po raz, jego pierwszy, drugi i trzeci stopień oraz wszystkie moduły - księżycowy, serwisowy i orbitalny.
Licząca 110 m wysokości rakieta przewyższała boisko futbolowe postawione na sztorc, prawdziwa piękność i bestia w jednym, a jej masa startowa wynosiła 2900 ton. Peter patrzył, jak Neil Armstrong i Buzz Aldrin przechodzą z Columbii do Orła, aby dokonać inspekcji modułu księżycowego. Moduł księżycowy, w skrócie nazywany LEM od pierwotnej nazwy Lunar Excursion Module (księżycowy moduł ekspedycyjny), nie był nigdy wypróbowany w warunkach obniżonej grawitacji odpowiadających tym, jakie panują na Księżycu. Nie tylko Peter zastanawiał się, czy astronauci zdołają pomyślnie powrócić na Ziemię. Columbia miała w drodze powrotnej rozwinąć prędkość ponad 27 000 km/h. Jeśli jej trajektoria schodzenia będzie zbyt stroma, ulegnie spaleniu; jeśli zbyt płaska, nie przedostanie się przez atmosferę. Ale nawet wchodząc w atmosferę pod właściwym kątem (co jest równie trudne jak nawleczenie igły przy prędkości ponaddźwiękowej), Columbia będzie w istocie ognistą kulą, gdyż temperatura jej powłoki zewnętrznej przewyższy 1600oC. Harry Diamandis, ojciec Petera, doceniał wagę tego historycznego momentu i z entuzjazmem przyjmował wszelkie wiadomości, które nie dotyczyły wojny wietnamskiej bądź trwającej wówczas poruszającej walki o prawa obywatelskie, ale nie rozumiał, jak jego syn może w takim stopniu pasjonować się kosmosem wobec tylu problemów wymagających rozwiązania na Ziemi. Przyjechał do Stanów Zjednoczonych z niewielkiej greckiej wyspy Lesbos, gdzie dorastał, pasąc kozy, zajmując się bezpośrednią wymianą towarową - oliwki za migdały, warzywa za mleko itp. - i pomagając swojemu ojcu w kawiarni. Matka Harry'ego, Athena, pracowała jako gosposia i czasem przynosiła do domu pochowane w kieszeniach fartucha kawałki ciasta dla swojej rodziny.
Jednym z ulubionych prezentów bożonarodzeniowych Harry'ego był nadmuchiwany, czerwony balon. Ten wiejski chłopiec jako pierwszy w rodzinie ukończył szkołę średnią i poszedł na studia. Harry chciał zostać lekarzem i zdał wszystkie niezbędne egzaminy kwalifikacyjne z medycyny w Atenach, zanim wyruszył do Ameryki. Przyjechał do Bronxu, nie znając w ogóle języka angielskiego. Jego podróż wraz z rodziną do Stanów Zjednoczonych i droga, jaką musiał pokonać, zanim został dobrze prosperującym położnikiem, niekiedy wydawała mu się jego własną wyprawą na Księżyc z pozornie niewielkimi szansami na powodzenie, nieustannymi obawami o swój los i poczuciem bycia obcym w innym kraju.
Tymczasem na ekranie telewizora w salonie Diamandisów leciały obrazy z symulacji lądowania na Księżycu. Następnie dowódca Apolla 11, Armstrong, przekazał przez radio:
- Houston, tu Baza Spokoju. Orzeł wylądował.
Orzeł osiadł w niezmąconej ciszy na powierzchni Morza Spokoju na północnej półkuli Księżyca. Centrum kierowania lotem odpowiedziało:
- Odebrano, Baza Spokoju, słyszymy was dobrze. Myśmy tu wszyscy zamarli, ale teraz odetchnęliśmy.
- Moduł księżycowy wylądował na Księżycu - zachwycał się Cronkite. - Jesteśmy u celu. Człowiek dotarł do Księżyca.
Ponad pięćset milionów ludzi, od tłumów zgromadzonych przed wielkimi ekranami w Disneylandzie po amerykańskich żołnierzy w Wietnamie, obserwowało, jak masywna figura Armstronga w białym skafandrze i "akwarium" na głowie, przypominająca widmo, wyłoniła się tyłem z modułu księżycowego i zeszła po stopniach. Tula przyglądała się Peterowi, mając nadzieję, że chłopiec nie zapomni o oddychaniu.
- Jestem u podnóża drabiny - powiedział Armstrong. - Grunt na powierzchni wygląda na bardzo drobnoziarnisty, niemal jak miałki proszek. Teraz odejdę od lądownika.
Na zegarze w domu Diamandisów dochodziła jedenasta wieczorem. Widziany z Ziemi Księżyc był w pierwszej kwadrze. Armstrong powoli postawił stopę chronioną grubą podeszwą na jakby posypanej talkiem powierzchni, w ten sposób jako pierwszy człowiek dotykając innego ciała niebieskiego.
- To jeden mały krok dla człowieka - powiedział. - Ale olbrzymi skok dla całej ludzkości.
Wokół roztaczał się przykuwający wzrok nieruchomy pejzaż przypominający starannie wyczyszczoną pustynię. Głęboka czerń nieba wyglądała jak czarny aksamit.
Peter zatrzymał kamerę. To było jak różnica między wiarą w Boga a zobaczeniem Boga na własne oczy. Zarazem pytanie i odpowiedź, nowa rubież starej Ziemi. NASA dokonała tego, co obiecała, że zrobi. A astronauci to współcześni Magellanowie.
Cronkite, zacierając dłonie, porzucił swój paternalistyczny ton.
- Oto ślad stopy na Księżycu - powiedział, przetarłszy oczy po zdjęciu okularów w czarnych oprawkach. - Armstrong jest na Księżycu. Neil Armstrong, trzydziestoośmioletni Amerykanin, stanął na powierzchni Księżyca! Rety, spójrzcie tylko na te obrazy 240 000 mil do Księżyca. Wprost brak mi słów. To jest dopiero coś. Czyż da się oderwać wzrok od tego widoku?
Była prawie północ, gdy Tuli udało się w końcu położyć dzieci do łóżek. Sześcioletnia Marcelle usnęła, zanim jeszcze jej głowa dotknęła poduszki. Peter, nadal podekscytowany, po raz kolejny obwieścił mamie, że gdy dorośnie, zostanie astronautą. Tula, jak zawsze, odpowiedziała:
- Dobrze, dobrze, kochanie. Będziesz lekarzem.
Medycyna to było coś znanego, a kosmos pozostawał obszarem eksperymentów. Poza tym pierworodny syn w greckiej rodzinie zawsze szedł w ślady ojca. Przyjaciele domu już teraz mówili na chłopca "przyszły doktor Diamandis". Tula dała w prezencie Peterowi zestaw małego doktora, a on czasem prosił ją o położenie się na sofie, aby mógł zbadać tętno i posłuchać bicia serca. Peter widział zawód lekarza jako bardzo zaszczytne zajęcie.
Gdy tylko matka wyszła z pokoju, Peter włączył latarkę, zanurkował pod prześcieradło i zaczął robić zapiski w swoim sekretnym dzienniczku. Zacieniona część Księżyca jest zmrożona, natomiast oświetlona Słońcem - rozpalona. Będzie zatem potrzebował kombinezonu i porządnych butów - być może nadadzą się jego buty narciarskie. Na Księżycu nie ma powietrza do oddychania, więc konieczny będzie tlen. Oprócz tego potrzeba żywności, wody, no i oczywiście rakiety. Robił coraz to nowe rysunki Saturna V i astronautów. Późną nocą zasnął wreszcie pośród rozrzuconych szkiców i notatek, zastanawiając się, jak zostanie lekarzem, skoro ma polecieć na Księżyc.
W ciągu następnych lat po wylądowaniu przez Amerykanów na Księżycu Peter oprócz innych maszyn budował też własnoręcznie łaziki. Rozwinął w sobie iście łowiecki instynkt w poszukiwaniu części, które mógłby wykorzystać. Raz, na przykład, zapodział się gdzieś silnik do kosiarki, by potem nieoczekiwanie pojawić się w jego gokarcie. Kiedy indziej okazało się, że zaginione prześcieradła posłużyły mu jako spadochrony hamujące do gokarta. Diamandisowie mieszkali wówczas w północnej części graniczącej z Bronxem miejscowości Mount Vernon, około trzydziestu minut jazdy od Manhattanu. Ich dom znajdował się pośrodku dzielnicy przy ulicy zasiedlonej przez klasę średnią. Był to biały, piętrowy budynek w holenderskim stylu kolonialnym z niebieskimi okiennicami, dużym podworcem z przodu i wąskim, wysypanym żwirem podjazdem, na którym Peter lubił ustawiać przeszkody, by potem pokonywać je na rowerze. Podwórza były również z boku i z tyłu domu, gdzie rosły drzewa wiśniowe oraz znajdował się placyk zabaw, w którego zbudowanie jego ojciec i wujek włożyli wiele pracy.
Peter wyjechał swoim napędzanym silnikiem od kosiarki gokartem na ulicę biegnącą przed rodzinnym domem, skręcił w Primrose Avenue i pokonawszy szczyt dużego wzgórza, bez kasku na głowie pędził na łeb i szyję w dół po Primrose Avenue niczym John Stapp junior3, pułkownik lotnictwa, który zasłynął tym, że badał wpływ przeciążeń na organizm człowieka, rozpędzając swoje sanie z silnikiem rakietowym do prędkości 1028 km/h. Peter wypuścił "spadochron hamujący" gokarta dopiero tuż przed ruchliwym skrzyżowaniem.
Peter spoglądał szczególnie pożądliwym wzrokiem, niczym kruk na padlinę, na zabawki młodszej siostry. Gdy Marcelle dostała w prezencie nowy, wymarzony dom Barbie, odkrył, że zamontowany w nim silniczek byłby świetny do jednego z jego projektów, a mechanizm poruszający okiennice zawiera łańcuszek napędowy idealnie nadający się do zautomatyzowania ramienia jednego z jego robotów. Marcelle i rodzicom początkowo wydawało się to zabawne, ale potem doprowadzało do rozpaczy. Peter miewał również przeróżne pomysły związane z bronią, na przykład użył wyglądającego jak pocisk opakowania z płynem do czyszczenia rur do naładowania swojej strzelby pneumatycznej. Gdy strzelba nie wystrzeliła, Peter nieopatrznie usiłował wyssać go z lufy i środek czyszczący wytrysnął mu do ust. Trafił na dyżur do szpitala i dopiero z nastaniem nocy mógł powrócić do swoich eksperymentów. Chłopiec miał dobre oceny w szkole, lecz nauczyciele wpisywali mu w dzienniczku: "Peter za dużo rozmawia" oraz że "mógłby popracować bardziej nad umiejętnością usiedzenia na miejscu".
W każdą niedzielę rodzina Petera jeździła do greckiego kościoła prawosławnego pod wezwaniem Michała Archanioła nieopodal Roslyn, gdzie Peter był ministrantem. Do jego obowiązków należało przynoszenie kadzidła, świec i dużego złotego krzyża oraz pomoc w rozdawaniu eucharystii. Spowiedzi od niego nie wymagano, niemniej odbywał szczere rozmowy z dobrotliwym ojcem Alexem Karloutsosem, podczas których zwierzał mu się, że raz po raz podkrada siostrze zabawki i nader często przysparza zmartwień swoim rodzicom. Opowiadał mu też o swoim umiłowaniu kosmosu, o tym, że jest to jego "gwiazda przewodnia".
Peter podzielił się z ojcem Alexem swoim przekonaniem, że ludzkość żyje w biosferze, czymś w rodzaju terrarium, w którym życie zostało dawno temu zaszczepione przez kosmitów. Kosmici co jakiś czas powracają na Ziemę, powiedział mu w zaufaniu, aby zabrać ludzi w celach badawczych bądź hodowlanych, ale jedynie w okolicach wiejskich, aby nikt nie zwrócił na nich uwagi. Ojciec Alex chętnie wysłuchiwał Petera i zdawał sobie sprawę, że nie jest on chłopcem, który zadowoliłby się utartymi frazesami typu "Bóg jest miłością". Mówił zatem Peterowi, że wspaniałość Wszechświata stanowi odbicie obecności Boga w naszym życiu.
Jadąc pewnego dnia wczesną wiosną na swoim złocistym rowerze marki Schwinn Stingray z siodełkiem w kształcie banana, Peter natknął się na chłopaka z sąsiedztwa sprzedającego materiały pirotechniczne. Wkrótce potem, na swoje urodziny, Peter wraz z matką przygotował przyjęcie dla kolegów. Naturalnie zależało mu, by odpalić z tej okazji swoje nowe fajerwerki. Tula, obawiając się zbyt głośnego huku, postanowiła przytłumić go poprzez wetknięcie M80 - choć Peter upierał się, że są to całkiem zwyczajne fajerwerki - do sterty żwiru na wąskim podjeździe ich domu. Powiedziała, że własnoręcznie zapali lont. Był przy tym także kumpel Petera, Wayne Root, z kamerą w ręce. Tula kazała dzieciom się cofnąć, drżącymi rękami zapaliła czerwony lont i sama odskoczyła do tyłu. Nastąpiła długa chwila ciszy. Ich podmiejska okolica była zawsze bardzo spokojna. Wtem rozległa się kanonada. Bum! Bum! Bum! Tula krzyknęła przeraźliwie:
- Kryć się! Wszyscy kryć się!
W powietrzu latały kawałki żwiru i stłuczonego szkła. Kobieta i dzieci rzucili się, aby szukać schronienia.
Gdy Tula w końcu podniosła głowę, zobaczyła utrzymujące się kłęby dymu oraz dzieci z szeroko otwartymi oczami. Wayne wciąż ściskał w ręku kamerę. Jakimś cudem nikomu nic się nie stało i - przynajmniej na pierwszy rzut oka - rozbite było jedynie małe, boczne okienko domu. Tula, której serce galopowało jak szalone, jak gdyby dopiero co ktoś do nich strzelał, obdarzyła Petera spojrzeniem zwiastującym, że będzie miał naprawdę duże kłopoty. Peter robił, co mógł, by wyglądać na skruszonego, jednak przez cały czas rozmyślał o mocy i osiągach rakiety napędzanej kawałkiem laski dynamitu.
Latem 1974 roku, gdy Peter zdał do ósmej klasy, Diamandisowie przeprowadzili się z Mount Vernon do Kings Point na Long Island. Praktyka lekarska Harry'ego Diamandisa w Bronxie prosperowała znakomicie.
Przeprowadzili się na Long Island ze względu na szkołę oraz dlatego, że Tula zakochała się w oferowanym na sprzedaż od trzech lat stuletnim domu, który zobaczyła w ogłoszeniu "New York Timesa". Był to dom o powierzchni 740 m2 u podnóża wzgórza, z dostępem do kortu tenisowego, basenu pływackiego i przystani jachtowej. Tam, gdzie inni widzieli ruderę, w którą trzeba by włożyć wiele pieniędzy i pracy, Tula zobaczyła przepiękną rodzinną rezydencję i szybko zabrała się do jej remontowania, pokój po pokoju.
Na półwyspie Great Neck, trzydzieści minut jazdy od Manhattanu, rozgrywała się akcja powieści F. Scotta Fitzgeralda Wielki Gatsby. Były tam rozległe, zielone trawniki, długie podjazdy prowadzące do prywatnych posiadłości i z piętnaście kilometrów nabrzeża rozciągającego się wzdłuż cieśniny Long Island oraz zatoki Manhasset. Dom Diamandisów znajdował się w Kings Point, rejonie na północnym krańcu półwyspu w hrabstwie Nassau.
Peter zaanektował drugie piętro dla siebie, umieszczając u szczytu schodów wydrukowany na swojej nowej drukarce igłowej zielono-biały napis: DOROSŁYM WSTĘP WZBRONIONY! Włości Petera stanowiły trzy pokoje: jeden do spania i nauki, drugi do praktycznych zajęć naukowych - roboty, rakiety, chemia oraz wszelkiego rodzaju eksperymenty - i trzeci do gry w ping-ponga, zabaw kolejką elektryczną, oglądania telewizji, słuchania muzyki i także do nauki.
Peter nadal dekorował swoją sypialnię plakatami NASA, ale teraz przedstawiały one astronautów z Apolla 17 - Eugene'a Cernana, Ronalda Evansa oraz Harrisona Schmitta, pierwszego astronautę naukowca. Ich wyprawa odbyła się dwa lata wcześniej, w 1972 roku i trwała dwanaście dni, w tym trzy doby poświęcone na eksplorację powierzchni Księżyca. Cernan, który przejechał łazikiem ponad 30 km, pobierając próbki gruntu księżycowego, przed odlotem wypowiedział znamienne słowa:
- Teraz, gdy opuszczamy Księżyc, odchodzimy tak, jak przybyliśmy i jeśli Bóg pozwoli, powrócimy w imię pokoju i nadziei dla całej ludzkości.
Program Apollo dobiegł końca, lecz NASA przystąpiła do realizacji zapowiedzianego przez prezydenta Nixona w 1972 roku nowego programu lotów kosmicznych z wykorzystaniem wahadłowców, które miały lądować jak samoloty i stanowić "pojazdy orbitalne wielokrotnego użytku, które zrewolucjonizują loty w przestrzeni wokółziemskiej poprzez nadanie im charakteru rutynowego". Peter uważał, że wszystko, co robi NASA, jest wspaniałe, choć termin "wahadłowiec kosmiczny" nie przemawiał mu już tak do wyobraźni jak program Apollo.
Peter i jego nowy przyjaciel z Great Neck szybko przekonali się, że na swoje projekty i eksperymenty będą potrzebowali pieniędzy, gdyż części pozyskane ze sprzętów domowych i zabawek już im nie wystarczały. Zebrawszy razem kieszonkowe, swoje i kolegów o podobnych zainteresowaniach: Gary'ego Gumowitza, Danny'ego Pelza i Clifforda Stobera, wszyscy wsiedli na rowery i udali się do banku.
Tam chłopcy wyjaśnili kasjerowi, że chcą otworzyć rachunek, by móc kupować różne fajne elementy do swojego klubu.
- Czy wasz klub ma jakąś nazwę? - zapytał kasjer.
Chłopcy spojrzeli po sobie zdziwieni.
- No dobrze, w takim razie, co tam robicie?
- Nie wiem - powiedział Peter - budujemy rozmaite rzeczy.
- A konkretnie?
- Rakiety, pociągi, roboty, zdalnie sterowane samoloty, samochody, łódki.
- Wygląda na to, że robicie wszystko, co się da - pokiwał głową kasjer. - Może zatem wpiszemy jako nazwę "Klub Wszystkiego"?
W ten sposób spontanicznie zawiązany Klub Wszystkiego oficjalnie rozpoczął swoją działalność. Jego członkowie spotykali się u Petera w domku na drzewie, do którego wchodziło się po drabinie celowo zbyt chwiejnej, by utrzymać ciężar dorosłego człowieka, bądź w jego pokoju do eksperymentów. Zamawiali zestawy do samodzielnego montażu rakiet Estes o różnym stopniu skomplikowania, poczynając od klasycznego Der Red Max ze statecznikami z czerwonego drewna i czarnym dziobem z trupią czaszką. Ta 40-centymetrowa rakieta wznosiła się na mniej więcej 150 metrów i opadała na spadochronie. Chłopcy przyjęli plan, że po przejściu wszystkich poziomów trudności od 1 do 5 zaczną budować swoje własne rakiety, a nawet robić do nich własne paliwo.
Peter, Billy i pozostali chłopcy zapisali się do działających w szkole Great Neck North klubów - komputerowego, matematycznego oraz dla przyszłych lekarzy. Uczyli się tam programować na kalkulatorach Hewlett-Packard i Texas Instruments, a następnie również na komputerach w ramach szkolenia zawodowego uczniów szkół średnich. Zaznajamiali się z elektroniką, składając zestawy Heathkits oraz montując niewielkie radia tranzystorowe z oporników, kondensatorów, diod, potencjometru i miniaturowego głośnika. Ich kolega z klasy, Jon Lynn, jako pierwszy z grupy zbudował oparty na technologii procesorowej działający komputer Sol-20 przypominający pierwsze modele Altaira. Owe pierwsze "komputery" były programowane za pomocą kart perforowanych podobnych do stosowanych w krosnach Jacquarda; urządzenie sczytujące przekształcało ciąg otworów w karcie na sygnały elektryczne włączony-wyłączony, które komputer interpretował jako liczby i instrukcje do wykonania obliczeń. Obnoszenie się po szkole z plikiem kart perforowanych znamionowało przynależność do tajnego bractwa.
Po szkole chłopcy spędzali czas w salonie gier wideo Gold Coast, grywając w ping-ponga, czołgi i wyścigi samochodowe. Do ich ulubionych należała gra Lunar Lander, w której używali klawiszy strzałek do kierowania lądownikiem i zmiany siły ciągu silników w celu wylądowania bezpiecznie w punkcie oznaczonym jako X na powierzchni Księżyca. Peter wchodził w skład szkolnej drużyny skoczków do wody i choć nie pasjonował się szczególnie sportem, był muskularny niczym zapaśnik i potrafił wykonać salto w tył z pozycji stojącej. Miał gęste i ciemne, stale rozwichrzone włosy, nosił złoty łańcuszek z krzyżykiem i wciąż dokuczano mu z powodu niskiego wzrostu - wszystkiego metr sześćdziesiąt pięć.
Wyobrażenia Petera i jego przyjaciela Billy'ego na temat budowy i wystrzeliwania potężnych rakiet uległy znacznemu poszerzeniu, gdy trafili do klasy chemicznej popularnego nauczyciela, pana Tuori. Pan Tuori, który uczył chemii w Great Neck North od dziesiątków lat, lubił przeprowadzać doświadczenia, które przykuwały uwagę uczniów i robiły na nich duże wrażenie. Peter i Billy jako jego pomocnicy w laboratorium obserwowali wszystko uważnie. To była wiedza, która mogła im się przydać.
Na zajęciach Peter i Billy, w laboratoryjnych fartuchach i goglach, śledzili z uwagą, jak pan Tuori wyjmuje połyskujące metalicznie szare kryształki jodu ze słoiczka i wkłada je do zlewki. Następnie postawił zlewkę pod wyciągiem i wlał do niej niewielką ilość stężonego roztworu amoniaku. Ostrożnie potrząsnął otrzymaną mieszaniną, wyjaśniając, że nowo powstały związek, trójjodek azotu, z trzema atomami jodu związanymi z pojedynczym atomem azotu, w stanie wilgotnym jest całkiem bezpieczny, natomiast po wyschnięciu wybucha przy najlżejszym dotknięciu, nawet płatka śniegu lub piórka. Odczekawszy chwilę, by substancje do końca ze sobą przereagowały, pan Tuori przefiltrował mieszaninę barwy błota, by pozbyć się nadmiaru amoniaku. Bardzo ważne, ostrzegł ponownie chłopców, by zawartość zlewki osiadła, zanim zdąży wyschnąć. Gdy przyszedł czas na eksperyment, Peter i Billy stanęli z przodu. Gdy pan Tuori wyciągnął długą tyczkę ku przypominającej zwęglony proszek substancji, Peter zauważył tuż nad trójjodkiem azotu brzęczącą muchę i delikatnie trącił łokciem Billy'ego, pokazując na sześcionogiego intruza. Jeszcze zanim tyczka pana Tuoriego dotknęła proszku, usiadła na nim mucha. Rozległ się głośny, gwałtowny trzask i w powietrze uniósł się obłoczek fioletowego dymu. Nieszczęsnego owada rozerwało na drobny mak.
Wkrótce pod drzwi Petera zaczęły przychodzić materiały wybuchowe w paczkach opatrzonych wizerunkiem trupiej czaszki i napisem: OSTROŻNIE: GROZI WYBUCHEM. Chłopcy odkryli, że mogą zamówić jakie tylko chcą chemikalia, i to w każdej ilości, w chemicznych firmach zaopatrzeniowych ogłaszających się na ostatnich stronach czasopisma "Popular Science", a zostaną im one niezwłocznie dostarczone do rąk własnych pocztą kurierską UPS. Peter potajemnie zrobił w jednej z szaf na drugim piętrze magazyn chemiczny, przechwytując przesyłki, zanim któreś z rodziców wróciło do domu. Ponadto Peter i Billy podzielili się swoimi zasobami chemicznymi po połowie po to, by w razie wpadki jednego z nich utracić jedynie połowę, a nie całość.
Chłopcy kupowali również sprzęt laboratoryjny - zlewki, palniki Bunsena, kolby, korki, pipety, lejki i termometry. Petera fascynowały metale ziem alkalicznych, zwłaszcza magnez, który palił się jaskrawym, białym płomieniem. Zamawiał całe opakowania wstążek i proszku magnezowego, a do tego bar, by zabarwiać płomień na zielono, oraz stront, by palił się na czerwono. Robił doświadczenia z wapniem i oczywiście uwielbiał saletrę potasową, siarkę i węgiel drzewny - podstawowe składniki prochu strzelniczego.
Peterowi nie podobało się wszakże to, że do spalania saletry i siarki potrzebny jest tlen. Pragnął znaleźć coś, co mogłoby palić się w przypadku braku tlenu. Chemia otwierała przed Peterem drogę w nieznane, coś zupełnie odmiennego od tego, co robi się normalnie w szkole. Miała w sobie tajemnicę, porządek i logikę. Przypominała mu czasy, gdy jako maleńki chłopczyk skakał po pozostałych po deszczu kałużach; tyle, że teraz mógł robić własne kałuże oraz wywoływać na nich fale.
Peter zaczął studiować budowę rakiet, czytając książki rosyjskiego nauczyciela i fizyka, Konstantego Ciołkowskiego, urodzonego w 1857 roku niemal głuchego samouka, którego koncepcje dotyczące techniki rakietowej i lotów kosmicznych pomimo upływu ponad stu lat nadal są wykorzystywane. Pod koniec XIX wieku Ciołkowski rozważał wpływ stanu nieważkości na organizm ludzki, przewidział konieczność korzystania ze skafandrów podczas podróży kosmicznych, skonstruował pierwszy w Rosji tunel aerodynamiczny, opisał rakiety napędzane mieszanką ciekłego wodoru i ciekłego tlenu oraz sformułował wzór matematyczny opisujący zmiany pędu i prędkości rakiety4. Peter przeczytał także o Robercie Goddardzie, amerykańskim fizyku, który w 1926 roku stworzył i wystrzelił pierwszą na świecie rakietę na paliwo płynne, co było wydarzeniem równie przełomowym jak pierwszy lot braci Wright w Kitty Hawk. Goddarda wyśmiano wprawdzie, gdy wyraził przekonanie, że odpowiednio duża rakieta pewnego dnia doleci do Księżyca, ale poparł go słynny lotnik Charles Lindbergh. Peter z satysfakcją odnotował, że rakietowe eksperymenty Goddarda podczas jego studiów w Worcester Polytechnic Institute często kończyły się eksplozją i jego profesorowie na widok kłębów dymu pędzili co tchu po gaśnice.
Peter dowiedział się o niemieckim fizyku Hermannie Obercie, również przekonanym o wyższości rakiet na paliwo płynne nad rakietami na paliwo stałe oraz o kolejnym Niemcu, Wern-herze von Braunie, "ojcu Saturna V", który, pracując na rzecz hitlerowskich Niemiec podczas II wojny światowej, zbudował balistyczny pocisk rakietowy V25. Peter zdawał sobie sprawę, że gdyby nie von Braun i jego zespół niemieckich inżynierów, Amerykanie nie wylądowaliby ostatecznie na Księżycu pod koniec lat 60.
W weekendy Peter i jego "rakietowi" kompani pakowali własne dzieła, jak rozmaite zdalnie sterowane samoloty, do plecaków, wskakiwali na rowery i udawali się w kierunku pobliskiej Akademii Marynarki Handlowej w Kings Point. Niekiedy wybierali boisko futbolowe tuż u jej bram, aby wystrzeliwać swoje rakiety Estes. Jednak zwykle od razu byli przeganiani przez wartowników Akademii.
Czasami chłopcom udawało się namówić któregoś z rodziców, by zawiózł ich na Roosevelt Field, skąd Lindbergh wystartował przy próbie dolecenia swoim samolotem Spirit of St. Louis do lotniska Le Bourget pod Paryżem. Był tu parking i rozległa, otwarta przestrzeń. Napełniali tu swoje rakiety prochem domowej roboty i niekiedy wychodziło z tego jedynie pyknięcie z obłoczkiem dymu, niekiedy fajerwerk, a niekiedy groźny pocisk balistyczny, który nacierał na nich niczym ognisty wąż, co najmniej raz o mało nie trafiając niczego niepodejrzewającego Harry'ego Diamandisa.
Jedną z najlepszych konstrukcji Petera i Billy'ego była seria rakiet o nazwie Mongo-Mongo 1, 2 i 3, z których każda była wyższa i mocniejsza od poprzedniej. Opracowali oni samoczynny system wykorzystujący mikroobwód czasowy 555 Timer IC, który był w stanie wystrzeliwać od jednej do trzech rakiet. Dzięki temu, kiedy było ich tylko dwóch, jeden mógł doglądać startu, a drugi robić zdjęcia. Pozwoliło im to zająć pierwsze miejsce w konkursie na najlepszą konstrukcję powstałą na bazie rakiet Estes, a jako nagrodę dostali kupony na zakup kolejnych rakiet. Rozbudowując swój arsenał i wędrując po układzie okresowym pierwiastków, Peter i Billy dokonali ważkiego odkrycia - chloran potasu wybucha silniej niż azotan potasu.
Peter odkrył również specyficzne właściwości nadchloranu potasu, który jest nie tylko wysoce wybuchowy, ale rozkładając się, wytwarza tlen. Kupował on tę bezbarwną krystaliczną substancję - powszechnie stosowaną w fajerwerkach, nabojach, zimnych ogniach i potężnych silnikach rakietowych - w pięciofuntowych opakowaniach. Eksperymentował, wiercąc otwory w puszkach na kliszę filmową i zalepiając je samochodową masą szpachlową. Aby jednak uzyskać wybuch przy użyciu nadchloranu lub chloranu potasu, potrzebował zmieszać je z jakimś materiałem palnym, na przykład siarką lub proszkiem aluminiowym. Przy prawidłowo dobranej mieszance wystrzeliwała ona z zalepionego otworu; w innych przypadkach rozlegał się jedynie syk lub w ogóle nic się nie działo.
Pewnego zimowego popołudnia przyjaciele spotkali się u Jona Lynna w domu, gdzie napełniali puszki rozmaitymi mieszankami, owijali je taśmą klejącą i odpalali na oblodzonym podjeździe. Któraś wzleciała prosto w kierunku głowy jednego z chłopców, kilkanaście zadziałało tak, jak miało, a kilka tylko wydało głośny syk. Po przeprowadzeniu dalszych eksperymentów powzięto nowy plan - wziąć jedną z tych puszek wypełnionych nadchloranem potasu i odpalić pod wodą, by przekonać się, co się stanie, skoro nadchloran potasu nie potrzebuje tlenu do spalania.
Chłopcy pobiegli na tył domu, gdzie państwo Lynnowie mieli basen pływacki, który był teraz częściowo zamarznięty, i umieściwszy jedną z puszek w wodzie pod lodem, odeszli nieco na bok, patrzyli i czekali. Mijały kolejne sekundy, lecz nic się nie działo. Po chwili usłyszeli przytłumiony dźwięk, coś w rodzaju "pszszsz!", lód uniósł się na kilka centymetrów - chłopcy cofnęli się jeszcze bardziej - a potem wydawało się, że opada. Peter poczuł wyraźną ulgę. Wtem jednak rozległ się głośny, przeraźliwy trzask. Matka Jona Lynna, Suzanne, przygotowująca właśnie w kuchni obiad, miała wrażenie, jak gdyby cały dom poruszył się w posadach.
Życie coraz dobitniej pokazywało, że ta spokojna, podmiejska okolica jest przestrzenią zbyt ciasną dla realizacji rakietowych ambicji Petera.
2. Pierwsze rozczarowania
Peter siedział samotnie w pokoju utrzymanego w nowoangielskim stylu akademika zamieszkanego przez 1800 studentów Hamilton College w Clinton w stanie Nowy Jork, prawie pięć godzin jazdy na północ od jego rodzinnego domu w Great Neck. Ta kształcąca w zakresie sztuk wyzwolonych uczelnia posiadała przepiękny kampus, lecz po spędzeniu tam zaledwie kilku tygodni Peter miał poczucie, że popełnił wielki błąd.
Jego zamiłowanie do eksploracji kosmosu, chemii i techniki rakietowej było teraz silniejsze niż kiedykolwiek, jednak w Hamilton chodził na kursy przygotowujące do podjęcia studiów medycznych, co w żadnej mierze nie przybliżało go do zostania astronautą. Co gorsze, nie zapowiadało się, by uczelnia pozwoliła mu specjalizować się jednocześnie w biologii i fizyce, co byłoby kompromisem pozwalającym pogodzić ze sobą obie pasje - kosmos i medycynę. W tej uczelni nie było możliwości podwójnej specjalizacji z dziedzin przyrodniczych, nie mówiąc już o zajmowaniu się na poważnie tematyką kosmiczną.
Peter poszedł do Hamilton College, ponieważ nie czuł się wystarczająco zdolny, by aplikować do którejś z uczelni należących do Ivy League, choć zdecydowała się na to większość jego kolegów. Kursy przygotowujące na medycynę miały na celu zapewnić spokój ducha jego rodziców. W ten sposób doszło do tego, że młodzieniec normalnie niedający się okiełznać musiał się liczyć z ograniczeniami.
Wkrótce po przybyciu do college'u osiemnastolatek zapisał w swoim dzienniku: "Muszę przyznać, że rozczarowałem się co do Hamilton. Ja potrzebuję szerszego wyboru przedmiotów. Próbuję uzyskać zatwierdzenie biochemii jako dyscypliny głównej, ale nie wiem, czy mi się to uda".
I na następnej stronie: "Nie daje mi zupełnie spokoju sprzeczność, z którą zetknąłem się tu, w Hamilton (choć mam silną nadzieję, że nie jest ona do końca prawdziwa). Z jednej strony słyszę, że jest tu bardzo wyśrubowany poziom akademicki, wyższy niż w niejednej z "lepszych" słynnych uczelni, a z drugiej strony nie mam wcale pewności, że będzie to brane pod uwagę przy kwalifikacji do dalszego etapu studiów".
Gdy Peter powrócił do Great Neck na ferie z okazji Dnia Dziękczynienia, natknął się na byłego kolegę ze szkoły średniej Michaela Novembera, teraz świeżo upieczonego studenta MIT i umówił się z nim na partię tenisa na przylegającym do jego domu korcie Shelter Bay, aby trochę rozruszać mięśnie, a jednocześnie mieć okazję do pogawędki. Gdy spotkali się w chłodny, lecz suchy późnojesienny dzień, Peter wyznał Michaelowi, z którym kiedyś chodził do tej samej klasy chemicznej, że stęsknił się już za nauką i techniką. Gdy tylko do Hamilton przyjeżdżał jakiś profesor, by wygłosić gościnnie wykład o tematyce dotyczącej nauk przyrodniczych, Peter siadywał z przodu i pilnie notował.
- Spijam wtedy wiedzę wprost z ust prelegenta - zwierzył się przyjacielowi. - Filozofia to wielka rzecz, literatura jest całkiem ciekawa, ale to dla mnie za mało.
Michael, który grywał kiedyś w futbol w szkolnej drużynie i pasjonował się matematyką w równym stopniu jak Peter kosmosem, miał zupełnie odmienne doświadczenia. Pomiędzy uderzeniami piłeczki opowiedział Peterowi o funkcjonującym na MIT programie pod nazwą UROP (Undergraduate Research Opportunities Program), w ramach którego studentom umożliwia się bezpośredni udział w badaniach naukowych w dziedzinach tak zróżnicowanych, jak fizyka jądrowa, urbanistyka i systemy fotowoltaiczne dla domów mieszkalnych.
Sam Michael uczestniczył w eksperymentach z syntezy termojądrowej. Zbudował między innymi pomniejszoną wersję tokamaka - stalowego torusa, w którym wytwarza się wysoką próżnię i utrzymuje gorącą plazmę w obrębie wyznaczonego obszaru za pomocą pola magnetycznego. Kierownikiem jego projektu był profesor Louis Smullin, którego zasługą było utworzenie na MIT wydziału elektrotechniki i informatyki, a na początku lat 40. XX wieku kierował laboratorium radiacyjnym, w którym skonstruowano radar samolotowy używany podczas II wojny światowej.
Peter przerwał grę. Nie mieściło mu się w głowie, że studenta pierwszego roku dopuszcza się do wykonywania eksperymentów z syntezą termojądrową.
- O mój Boże, to niewiarygodne - powiedział.
Michael chodził także na wykład teorii względności profesora Jerome'a Friedmana, dyrektora laboratorium fizyki jądrowej na MIT, z kolei fizykę dla studentów pierwszego roku wykładał profesor Henry Kendall, który wspólnie z Friedmanem prowadził przełomowe badania nad cząstkami subjądrowymi zwanymi kwarkami6. Po skończeniu gry w tenisa Peter nieustannie rozmyślał o MIT. Resztę ferii spędził, majstrując przy swoim samochodzie - był to model Trans Am Pontiaca z silnikiem V8 i wyobrażeniem złotego feniksa na masce. Przerobił w nim wlot gaźnika, by dostarczał więcej tlenu i nosił się z zamiarem zamontowania układu wtryskowego wykorzystującego tlenek azotu.
Powróciwszy do Hamilton po Dniu Dziękczynienia, Peter zadzwonił do MIT, by wypytać o obowiązujące procedury przeniesienia się. Uradowany tym, co usłyszał, umówił się od razu na rozmowę kwalifikacyjną na początku stycznia; komplet dokumentów aplikacyjnych dla kandydatów, którzy podjęli już naukę gdzie indziej, miał otrzymać pocztą. Zastanawiał się, czy ma jakiekolwiek szanse. MIT była jedną z uczelni o najwyższym, światowym poziomie i przenieść się na nią było jeszcze trudniej, niż dostać bezpośrednio. Na razie jednak Peter usiłował zdobyć jak najwięcej z nauki w Hamilton, korzystając z każdej nadarzającej się możliwości uzupełnienia wiedzy z zakresu nauk przyrodniczych, zwłaszcza dotyczącej kosmosu, również poza kampusem. Przystąpił do studenckiego koła biologicznego, które organizowało spotkania studyjne dwa, trzy razy w tygodniu. Nawiązywał kontakty z profesorami i mieszkającymi w okolicy autorami, którzy w ten czy inny sposób byli związani z kosmosem. Korespondował też z NASA. Oto przykładowo jeden z jego listów:
Szanowni Państwo!
Piszę do was odnośnie do mojej edukacji. Aktualnie jestem studentem college'u i marzę o tym, by wziąć udział w programie kosmicznym. Najpierw jednak chciałbym ukończyć studia medyczne i, mam nadzieję, zrobić doktorat (najprawdopodobniej z dziedziny biotechnologii). Chciałbym się dowiedzieć, czy NASA oferuje jakieś programy edukacyjne, które odpowiadałyby moim zainteresowaniom? (...). Ponadto, w miarę możliwości, miałbym prośbę o przysłanie mi wszelkich informacji, jakie tylko się da, dotyczących tego, jak się dostać do programu kosmicznego, szkolenia astronautów itd., oraz formularz aplikacyjny, jeśli to możliwe.
Z poważaniem
Peter H. Diamandis
Gdy nadszedł w końcu styczeń, Peter ze swoją matką pojechali samochodem do Bostonu i skierowali swoje kroki do Massachusetts Institute of Technology po drugiej stronie Charles River. Przeszli piechotą po Massachusetts Avenue, następnie przez Harvard Bridge7 i po rozpadających się ze starości schodach, mijając rząd majestatycznych kolumn, doszli do budynku nr 77 przy Massachusetts Avenue zwieńczonego kopułą marmurowej rotundy w centralnej części kampusu. Peter wpatrywał się bacznie w każdy szczegół, od greckiej inskrypcji pod kopułą po rozciągający się przed nimi długi hol.
Przez wysokie okna z tyłu wpadało zimowe słońce, wypełniając wyłożony białym marmurem westybul łagodnym, przytłumionym światłem. Gwar opatulonych w puchate kurtki studentów z książkami w ręku i plecakami rezonował echem w przepaścistym pomieszczeniu. Westybul przechodził w 250-metrowy hol, którym można było dojść do innych części kampusu. Tuli, która pasjonowała się architekturą, przyszło na myśl, że budynek ten równie zapiera dech w piersiach jak rzymski Panteon. Peter doznawał uczucia, którego nie był w stanie opisać. Być może tak właśnie czuła się jego mama, gdy po raz pierwszy ujrzała na własne oczy ich dom w Great Neck, bądź jego tata, gdy po raz pierwszy zobaczył mamę, która miała wówczas na sobie swą najbardziej elegancką wieczorową suknię - oboje po prostu wiedzieli od razu, że to jest to.
Krocząc z Tulą powoli długim holem, Peter uważnie studiował plakaty i ulotki na tablicach ogłoszeniowych oraz w gablotkach. Była wśród nich również informacja o UROP, programie badawczym dla studentów, który tak chwalił sobie Michael November. Jeden z napotkanych studentów powiedział Peterowi i Tuli o "MIThenge", gdzie co roku przez kilka dni pod koniec stycznia zachodzące słońce świeci na przestrzał przez siedem budynków stojących w jednej linii na północnym krańcu Killian Court, przy czym najlepiej to widać z drugiego piętra ósmego budynku.
Hol, nazywany na kampusie Niekończącym się Korytarzem, biegł przez części budynków 3, 4, 7, 8 i 10. Na MIT wszystko miało swój numer - studenci, sale wykładowe i budynki. Drzwi sal wykładowych miały zamocowane tabliczki z matowego szkła z wypisaną ręcznie czarnym tuszem nazwą wydziału i nazwiskami wykładowców, co przypominało Peterowi drzwi, które widział na starych filmach kryminalnych. Miał ochotę otworzyć każde drzwi, by sprawdzić, co się za nimi kryje. Przez cały czas milczał, co było dla niego nietypowe, i chłonął każdy detal. Wraz z mamą minęli budynki 10 i 11, zatrzymując się w budynku 8, gdzie mieścił się wydział fizyki. Utworzony jeszcze w XIX wieku przez założyciela MIT, Williama Bartona Rogersa, miał wśród swojej kadry naukowej i absolwentów oszałamiającą plejadę laureatów Nagrody Nobla, a także wielu z najtęższych mózgów tej dyscypliny, od Richarda Feynmana (elektrodynamika kwantowa), Murraya Gell-Manna (cząstki elementarne), Samuela Tinga i Burtona Richtera (cząstki subatomowe) po Roberta Noyce'a (Fairchild Semiconductor, Intel), Billa Shockleya (tranzystory polowe), George'a Smoota (kosmiczne promieniowanie tła) i Philipa Morrisona (Manhattan Project, popularyzacja nauki). Po wystrzeleniu pierwszego sztucznego satelity Ziemi i sukcesach programu Apollo wykłady z fizyki na MIT przyciągały nieprzebrane rzesze studentów.
Peter i jego mama podążyli do wydziału biologii. Umówił się on z rodzicami, że jeśli zostanie przyjęty na MIT, nie zrezygnuje z przygotowawczego kursu medycznego w Hamilton. Niemniej biologia na MIT oferowała znacznie szersze perspektywy. Peter i Tula przeszli korytarzem tam i z powrotem, oglądając kolejne fotografie, plakaty i ogłoszenia o rozmaitych wydarzeniach i kołach zainteresowań, od kursów salsy po obserwacje gwiazd. Przed opuszczeniem MIT Peter chciał odwiedzić jeszcze dwa wydziały. Pierwszym z nich była astrofizyka mieszcząca się w budynku 37. Była to dziedzina z jednej strony trudno uchwytna, a z drugiej jak najbardziej realna, której adepci usiłowali zinterpretować całą występującą w kosmosie feerię barw, struktur i formacji za pomocą słów i równań.
Ostatnim przystankiem na ich drodze był budynek 33 mieszczący wydział aerokosmiczny (AeroAstro), który ukończyło więcej astronautów niż jakąkolwiek inną amerykańską uczelnię, nie licząc akademii wojskowych. To tutaj amerykańscy oficerowie odbywali szkolenie lotnicze podczas I i II wojny światowej. Tu przeprowadzano przełomowe loty próbne przy prędkościach ponaddźwiękowych. Tu w 1963 roku doktoryzował się Buzz Aldrin. Inni astronauci - Jim Lovell (Apollo 13) i Ed Mitchell (Apollo 14) - ukończyli na MIT kurs astronawigacji.
Na jednej z fotografii uwieczniona była grupa sześciu astronautów NASA podczas zwiedzania Instrumentation Lab. Trzech z nich to astronauci z Apollo 1 - Virgil Grissom, Roger Chaffee i Ed White - którzy zginęli podczas prób przedstartowych, a obok nich astronauci: Dave Scott, Rusty Schweickart i Jim McDivitt, którzy studiowali na MIT.
Peter wczytał się w kalendarium wydziału - Charles Stark Draper ("Doc") wstąpił na MIT w latach 20. XX wieku, a potem w latach 30. założył Instrumentation Laboratory. Oszołomiony tym, czego się dowiaduje, czytał dalej. Inercyjny system naprowadzania dla Apollo, czyli w istocie komputer, dzięki któremu człowiek wylądował na Księżycu, powstał w Instrumentation Lab. Właśnie tutaj! I to w czasach, kiedy komputery zajmowały całe pomieszczenia, maszyny do pisania i kalka były standardem w każdym biurze, a telewizja była czarno-biała! Niewielki zespół z MIT wymyślił, jak wykorzystać nową technologię układów scalonych do wysłania człowieka z całym wyposażeniem technicznym na Księżyc i z powrotem. Kibice baseballu mają Wrigley Field, golfiści - St. Andrews, surferzy - Mavericks, himalaiści - K2. Święte miejsce Petera było właśnie tutaj.
Peter oszołomiony patrzył na kosmiczne relikwie, w tym elementy skonstruowanej w Instrumentation Lab sondy marsjańskiej. Zbudowana na początku lat 60. XX wieku nigdy nie została wystrzelona, niemniej zastosowane w niej rozwiązania techniczne były wykorzystane w komputerze naprowadzającym w Apollo. MIT jako pierwszy otrzymał od NASA kontrakt na komputer systemu naprowadzania w ciągu kilku miesięcy od słynnego przemówienia Kennedy'ego. Jim Webb, administrator nowo utworzonej agencji NASA, znał osobiście Doca Drapera, inżyniera, konstruktora systemów inercjalnych i pilota, który sam testował wykonane przez siebie elementy, latając na samolotach. Według relacji Drapera, Webb zadzwonił do niego i zapytał:
- Doc, czy dałbyś radę zrobić system naprowadzania i nawigacji dla Apollo?
- Tak, oczywiście - odparł Draper.
- Na kiedy będzie gotowy? - indagował Webb.
- Na kiedy będziesz potrzebował - odpowiedział Draper.
- A jaką będę miał gwarancję, że on działa prawidłowo?
- Ja sam polecę i będę go obsługiwał - stwierdził Draper, tym samym formalnie zgłaszając w wieku sześćdziesięciu lat swój akces do grona astronautów.
Draper żadną miarą nie mógł być pewien, że jemu i jego zespołowi uda się zbudować komputer, który umożliwi lot ludzi na Księżyc. Nikt czegoś takiego do tej pory nie robił. Jednak bez wahania postawił wszystko na jedną kartę i mówiąc "tak", podjął się wykonania jednego z najtrudniejszych technicznych zadań w historii ludzkości, gdyż wierzył w siebie i swój zespół.
Spacerując po laboratorium, Peter zapisał sobie kolejną uwagę, tym razem dotyczącą jednego z jego idoli, Wernhera von Brauna, któremu w początkowym stadium realizacji programu Apollo zadano pytanie:
- Czy nie byłoby znacznie lepiej, gdybyśmy współpracowali z Rosjanami?
Von Braun odparł:
- Gdybyśmy współpracowali z Rosjanami, ani u nich, ani u nas nie byłoby takiego programu.
Peter zanotował: "Ameryka dotarła na Księżyc dzięki rywalizacji".
Gdy Peter wyszedł z Tulą późnym popołudniem z budynku na mroźne powietrze, próbował ogarnąć myślami niezmierne bogactwo wykładów, przedmiotów i przełomowych technologii skupionych w tym jednym miejscu. MIT oferowało nieskończone wprost możliwości.
Po powrocie do Hamilton Peter nie mógł znaleźć sobie miejsca. MIT stało się dla niego jeszcze jednym przypomnieniem śmiałych przedsięwzięć NASA, tego, co udało się osiągnąć w ciągu niecałej dekady. Z całego serca pragnął, aby te dni chwały powróciły. Lata 70. były pod wieloma względami przeciwieństwem lat 60. Pieniądze szły teraz na wojnę w Wietnamie i rozwiązywanie niezliczonych problemów społecznych.
W latach 60. XX wieku budżet NASA wynosił około 1% całego budżetu federalnego i w szczytowym okresie w 1965 roku na jej rzecz pracowało ponad 400 000 ludzi bezpośrednio w agencji oraz u podwykonawców8. Do 1979 roku udział NASA w budżecie federalnym zmniejszył się o połowę i agencja liczyła około 20 000 pracowników. NASA była zmuszona zrezygnować z wysłania sondy w celu zbadania słynnej komety Halleya, która w 1986 roku miała przelecieć blisko Ziemi, by ponownie powrócić w jej pobliże dopiero po upływie kolejnych 75 lat. Loty Apolla 18, 19 i 20 również zostały odwołane, pomimo że większość sprzętu już kupiono i zbudowano. Księżyc został zdobyty i teraz krytycy zarzucali rządowi, że "trwoni pieniądze na kosmos". Prace projektowe i konstrukcyjne nad wahadłowcami kosmicznymi opóźniały się, a plany umieszczenia amerykańskiej stacji kosmicznej na niskiej orbicie okołoziemskiej spaliły na panewce. Pasjonaci kosmosu zadawali sobie pytanie, co dalej. Ich wzniosłe marzenia umierały na ich oczach.
Desperacko pragnąc zdziałać coś na rzecz eksploracji kosmosu w Hamilton, Peter zredagował odpowiednią petycję i rozesłał ją do wszystkich wybranych polityków, jakich tylko udało mu się znaleźć, od lokalnych kongresmenów po doradcę prezydenta Cartera do spraw kosmicznych. Wyrażał w niej swoje zaniepokojenie z powodu "powolnej, lecz nieubłaganej degradacji celów i budżetu amerykańskiego programu kosmicznego". Zebrał pod nią ponad dwieście podpisów studentów i kadry naukowej Hamilton College, co było sporym sukcesem, jak na kampus liczący 1800 osób. Następnie napisał list, który spodziewał się opublikować w naukowym magazynie "Omni":
Kieruję niniejszy list do studentów college'ów. Ponieważ, jak wiemy, misje Galileo i Halley's Comet/T II zostały skasowane, a program wahadłowców doznaje żenujących opóźnień - i wobec tego, że obserwujemy marginalizację programu kosmicznego przez nasz rząd - najwyższy czas, by ci z nas, którym leży na sercu nasz program kosmiczny, nasza przyszłość, poświęcili uwagę temu problemowi.
Sposób na to, by dać rządowi znać, jakie są nasze odczucia, jest prosty - zredagujcie petycję w waszym college'u, zbierzcie podpisy i przedłóżcie je odpowiednim agendom prezydenta i Kongresu. W Stanach Zjednoczonych jest ponad 1000 college'ów i uniwersytetów, a każda z uczelni liczy średnio 2000 studentów. Reprezentujemy ogromną siłę i jesteśmy w stanie wpłynąć na naszą przyszłość.
Peter H. Diamandis
Great Neck, NY
Na początku lutego 1980 roku w Hamilton odbył się gościnny wykład profesora Jima Arnolda, założyciela wydziału chemii na University of California w San Diego i konsultanta NASA, który jako jeden z pierwszych badał próbki gleby i skał przywiezionych z Księżyca. Arnold opowiadał o bogatych zasobach użytecznych surowców, jakie będzie można pozyskiwać z Księżyca i bliskich planetoid. Peter nigdy dotąd nie słyszał o możliwości wydobywania metali takich jak nikiel, żelazo czy platyna na planetoidach. Po zakończeniu wykładu spotkał się z dwoma studentami reprezentującymi organizację, którą nazwali "międzynarodową szkołą przyszłości" i marzących o założeniu "kosmicznego mikropolis". Wracając piechotą do swojego akademika, Peter przeglądał karty, które od nich otrzymał. To był udany wieczór, ale takie wykłady zdarzały się w Hamilton bardzo rzadko, a odpowiedź z MIT miała nadejść dopiero za co najmniej sześć tygodni.
Najważniejszym wykładem na kursie przygotowawczym na medycynę w Hamilton był wstęp do biologii profesora Franka Price'a. Wykład ten był bardzo trudny i panowała opinia, że przyczynia się do odsiania znacznej części studentów. W 50% na końcową ocenę składało się badanie i preparowanie płodu świni.
Grupa Petera liczyła około 80 studentów i miała w programie trzy godziny wykładów oraz trzy godziny ćwiczeń w laboratorium tygodniowo. Na pierwszych zajęciach profesor Price, wykładający biologię w Hamilton od pięciu lat, wygłosił surową przemowę o tym, jak ważne jest, by obchodzić się ze świńskimi płodami z należytą starannością i szacunkiem. Przestrzegał, że "pod żadnym warunkiem prosięta nie mogą się znaleźć poza laboratorium". Na każdych dwóch studentów przypadała jedna świnka; wykład i ćwiczenia poświęcone były przede wszystkim fizjologii, funkcjom poszczególnych narządów oraz obiegowi krwi w sercu, płucach, żołądku i wątrobie.
Na dwa tygodnie przed najważniejszym egzaminem z preparowania tkanek Peter zapadł na ospę wietrzną i musiał spędzić tydzień w kampusowej infirmerii, opuszczając bardzo ważne zajęcia w laboratorium i próbne testy. Zdawał sobie sprawę, że jeżeli nie uzyska wysokiej oceny, straci szansę na naukę w renomowanej uczelni medycznej i nie zakwalifikuje się do MIT. Absolutnie nie mógł zatem zawalić tego egzaminu. Ta myśl nie dawała mu spokoju przez całą noc. W końcu przyszedł mu do głowy sprytny plan - "wypożyczy" sobie świński płód i przeprowadzi na nim badania w ciągu weekendu. Zwerbował do pomocy swojego partnera z zajęć laboratoryjnych, Philipa, z którym zarazem dzielił pokój w akademiku. Umówili się, że po zakończeniu zajęć Philip, niby to niechcący, strąci ręką płód do torby na książki, którą Peter pozostawi otwartą.
W następny poniedziałek profesor Price poprosił wszystkich o uwagę. Wyglądał na wielce wzburzonego.
- Dotarło do mojej wiadomości - powiedział - że doszło do kradzieży jednego świńskiego płodu. Wolałbym, aby sprawca tego czynu sam się przyznał. A jeśli ktoś wie, kto to zrobił, zgodnie z kodeksem honorowym naszej uczelni ma obowiązek to ujawnić.
Peter z przerażeniem obejrzał się przez ramię na Philipa. Wszyscy studenci po przyjęciu do Hamilton College podpisywali jego rygorystyczny kodeks honorowy. Sprzeniewierzenie się wartościom akademickim pociągało za sobą wydalenie z uczelni bądź automatyczne niezaliczenie roku studiów. Zakoszony prosiaczek, długości około trzydziestu centymetrów, leżał sobie w foliowej torbie, owinięty nasączonymi formaliną ręcznikami papierowymi, w tylnej części lodówki w akademiku. Gdy Peter wrócił po zajęciach do akademika, okazało się, że ziścił się najgorszy scenariusz - dowiedział się, że lokator z sąsiedniego pokoju zamierza go wydać. "Jestem skończony" - przeszło mu przez myśl.
Ubłagał sąsiada, by dał mu dobę na załatwienie sprawy we własnym zakresie. Spanikowany Peter spotkał się z Philipem w swoim pokoju i postanowili pozbyć się dowodów rzeczowych. Przeszli po kampusie, wypatrując pojemników na śmieci i ustronnych miejsc, czegoś, gdzie dałoby się ukryć trefnego prosiaczka tak, by go nigdy nie znaleziono. Tego wieczoru obaj wybrali się do lasu (Hamilton College położony jest w wiejskiej okolicy otoczonej setkami hektarów terenów leśnych) i po zakopaniu świnki oznaczyli miejsce pochówku. Peter nie był w stanie myśleć o niczym innym, jak tylko o tym, że zostanie niechybnie wydalony, skompromituje swoich rodziców i straci wszelką szansę na przyjęcie do MIT. Był wręcz przerażony.
Peter zadzwonił do ojca. Harry i Tula grali właśnie w karty u przyjaciół. Harry przeprosił, że musi odebrać telefon i powrócił po ponad godzinie. Gdy Tula zapytała, co się stało, Harry odparł, że sprawa została załatwiona. Peter powiedział ojcu o tarapatach, w jakie się wpakował i o tym, że nazajutrz zamierza się do wszystkiego przyznać.
Harry Diamandis uważnie wysłuchał syna i po dłuższej chwili milczenia zaproponował mu, by postąpił inaczej - miał pójść do lekarza w infirmerii i o wszystkim mu opowiedzieć. Odwiedzając Petera podczas jego choroby, Harry przekonał się, że kampusowy lekarz to sympatyczny i inteligentny człowiek.
- Musisz go skaptować na sojusznika - powiedział Peterowi Harry.
Jeśli lekarz zgodzi się porozmawiać z profesorem Price'em, Peter miałby po zwróceniu prosiaczka do laboratorium odbyć szczerą rozmowę ze swoim profesorem.
Peter wrócił do lasu, wydobył truchło prosiaczka i przyniósłszy późnym popołudniem do laboratorium profesora Price'a, trzęsącymi się rękoma wyjął je z torby. Profesor dostrzegł, że Peter jest śmiertelnie blady i na skraju płaczu. Kradzieże świńskich płodów to nie była dla niego pierwszyzna. Wielokrotnie miał okazję widzieć je wiszące na ścianach studenckich pokojów bądź podrzucane dla kawału do łóżek i łazienek. Profesor Price, który odbył już rozmowę z kampusowym lekarzem, spytał Petera:
- Czy przygotował się już pan do egzaminu?
Peter skinął głową i powstrzymując łzy, wyjąkał:
- Najmocniej przepraszam.
Spojrzał na profesora. Koniec ze mną czy może mi jednak wybaczy? Po chwili milczenia, która zdała się Peterowi wiecznością, profesor Price powiedział:
- W takim razie życzę powodzenia.
W kilka tygodni później Peter otrzymał list z MIT. I znów jego oczy wypełniły się łzami. "Peter, w imieniu Komisji Rekrutacyjnej mam przyjemność zakomunikować, że zostałeś przyjęty na MIT...".
W istocie profesor Price dał mu drugą szansę. Peter wiedział, że tę lekcję wielkoduszności i wybaczania zapamięta na zawsze. Ale oznaczało to koniec z wszelkim podążaniem na skróty i naginaniem reguł. Dostanie się na MIT było darem losu. Niebawem będzie mógł znów chodzić po Niekończącym się Korytarzu, otwierać odpowiednie drzwi, zapisywać się do odpowiednich stowarzyszeń naukowych, a może nawet zacząć samemu tworzyć coś zupełnie nowego.
3. Pete w kosmosie
Wkrótce po przeniesieniu się na MIT w 1980 roku Peter zyskał sobie przezwisko "Pete in Space" ("Pete w Kosmosie"). Jego współbracia z bractwa Theta Delta Chi nazywali go po prostu "PIS" i stroili sobie z niego żarty obracające się głównie wokół słów "space cadet" (przyszły astronauta) i "spaced out" (nieprzytomny, nieobecny duchem, na haju). Peter przyjmował wszelkie te przyjacielskie docinki ze spokojem, nie posiadając się wprost ze szczęścia, że jest na MIT.
Z każdym dniem coraz większe wrażenie robiła na nim różnorodność oferowanych przez uczelnię studiów w zakresie biologii molekularnej, fizyki, informatyki, elektrotechniki, astrofizyki, aeronautyki i astronautyki. Jego nowa uczelnia wydawała mu się olśniewającą świątynią nauki. Gdy szedł po Niekończącym się Korytarzu, przegladając wzrokiem ogłoszenia i plakaty, doszedł do wniosku, że czegoś tu brakuje - na MIT nie było żadnego studenckiego stowarzyszenia, które zajmowałoby się problematyką kosmiczną.
Gdzie jak gdzie, ale jak to możliwe, by akurat na MIT nie było takiego stowarzyszenia? Peter udał się do administratorów kampusu zapytać o stowarzyszenia studenckie zajmujące się kosmosem. Owszem, były stowarzyszenia komputerowe, stowarzyszenia astronomiczne, ale nie kosmiczne. Powiedziano mu, że jeśli chciałby założyć takie stowarzyszenie, powinien przedłożyć cztery podpisy popierające oraz nazwę.
Zebrawszy podpisy od członków swojego bractwa i jednego z przyjaciół, Peter sporządził wykaz ewentualnych nazw: Studenckie Stowarzyszenie Kosmiczne, Dzieci Ikara, Studenci na rzecz Zapewnienia Przyszłości, Studenci na rzecz Eksploracji i Przekształcania Kosmosu, Przyszli Astronauci Ameryki oraz Przyszli Astronauci MIT. Wersje z "przyszłymi astronautami" odrzucił, gdy dowiedział się, że wyrażenie "space cadets" cieszy się popularnością wśród miejscowych ćpunów. Ostatecznie zdecydował się na "Studenci na rzecz Eksploracji i Przekształcania Kosmosu" (Students for the Exploration and Development of Space - SEDS), ponieważ nazwa ta najlepiej opisywała cele, jakie miało realizować stowarzyszenie. Przygotował kilkaset ulotek i rozkleił je na całym kampusie, dokładając szczególnych starań, by znaleźć dla nich eksponowane miejsce na ścianie Nieskończącego się Korytarza. Pod nagłówkiem SEDS wykonanym z dużych samoprzylepnych liter grubym mazakiem napisał: "Jeśli obchodzi Cię Twoja przyszłość w kosmosie, zapisz się do mojego koła w centrum studenckim".
Pomimo że miał tylko dziewiętnaście lat, Peter doskonale radził sobie z obciążeniem licznymi wykładami i udziałem w dwóch studenckich projektach badawczych, z których jeden związany był z kosmosem, a drugi z jego kursem przygotowawczym na medycynę. Często praca laboratoryjna angażowała go w takim stopniu, że do akademika wracał dopiero o trzeciej nad ranem. Po linii medycznej w laboratorium genetycznym Grahama Walkera badał niestabilność plazmidów typu pKM101 w komórkach bakterii Escherichia coli, natomiast dla zaspokojenia swoich ciągotek kosmicznych realizował projekt z kategorii UROP w Man Vehicle Laboratory (MVL) na wydziale AeroAstro w budynku 37. Peter pracował w pozbawionym okien przyziemiu, gdzie wystrój, szafy, podłogi, a nawet część oprzyrządowania wyglądały tak, jak gdyby nie zmieniły się od półwiecza. Peter odnosił wrażenie, że został przeniesiony w czasy Apollo.
To, czym Peter zajmował się w MVL, było niezbyt efektowne, niemniej bardzo mu odpowiadało. Prowadzone tu prace dotyczyły przede wszystkim fizjologicznych i mentalnych ograniczeń, z jakimi ma do czynienia człowiek podczas pilotowania samolotu lub statku kosmicznego. Założone w 1962 roku laboratorium współpracowało ściśle z NASA w zakresie badań nad tak zwaną chorobą kosmiczną u astronautów w pierwszych etapach programu Apollo, a teraz realizowało kolejny kontrakt z NASA dotyczący astronautów nowego typu - specjalistów od ładunku i naukowców mających za zadanie przeprowadzać eksperymenty podczas lotu wahadłowca. Peter pomagał przy zaprojektowaniu i wykonaniu elektrogastrografu, urządzenia rejestrującego impulsy elektryczne wysyłane przez żołądek u człowieka cierpiącego na chorobę lokomocyjną. Później, w tym samym roku akademickim, miał rozpocząć badania i opracować eksperyment dotyczący oczopląsu - mimowolnych ruchów gałek ocznych będących jednym z symptomów choroby lokomocyjnej. Obiecano mu, że będzie mógł pracować z astronautami na zasadzie indywidualnej. Był również świadom tego, że w NASA mówi się o potrzebie zwerbowania astronautów lekarzy dla przyszłych misji wahadłowców, a później ewentualnie planowanej stacji kosmicznej. Peter był oficjalnie przyszłym lekarzem, ale w sercu czuł się bardziej przyszłym astronautą.
Przed pierwszym spotkaniem SEDS wyznaczonym na środę wieczór Peter czekał nerwowo w zarezerwowanej wcześniej salce na pierwszym piętrze Stratton Student Center. Jak na razie zapisało się zaledwie pięć osób i obawiał się, że w ogóle nikt nie przyjdzie. Z niepokojem obserwował przechodzących za oknem studentów. Niektórzy przystawali, jak gdyby mieli zamiar wejść, lecz po chwili szli dalej. Peter gryzł ze zdenerwowania paznokcie; tego brzydkiego nawyku od dawna bezskutecznie próbował się wyzbyć. Wszakże po paru minutach kilkoro ludzi odważyło się wejść, potem pojawili się kolejni. Kamień spadł mu z serca. W salce ostatecznie zebrało się około 30 osób - co stanowiło całkiem przyzwoitą liczbę.
Peter powitał przybyłych i opowiedział co nieco o sobie, zaznaczając, że "zaliczył cały kurs" - Star Trek, Gwiezdne wojny, Apollo. Tłumaczył, dlaczego już najwyższy czas, by powstało studenckie stowarzyszenie zajmujące się tematyką kosmiczną:
- Teraz właśnie formuje się nasza przyszłość. Nie możemy pozwolić, by decydowali o niej krótkowzroczni politycy. To my powinniśmy decydować o przyszłości kosmosu.
Peter opowiadał o impulsie, jakiego dostarczył program Apollo w latach 60., który przetrwał w pewnej mierze do lat 70. z Apollem 17, sondami Voyager docierającymi do przestrzeni międzygwiazdowej i Skylabem, amerykańską stacją kosmiczną wprowadzoną na orbitę za pomocą zmodyfikowanej rakiety Saturn V, która ukazała możliwości technologiczne stacji kosmicznych. Jednakże postęp z czasem uległ zahamowaniu, program wahadłowców doznawał wielkich opóźnień i przekroczył wielokrotnie pierwotny budżet - wahadłowce nazywano "statkami kosmicznymi za 9 mld dolarów, które nie chcą latać" - a NASA nie miała żadnych nowych planów wysyłania ludzi na Księżyc i w dalsze rejony. w społeczeństwie spadło zainteresowanie kosmosem. Peter entuzjastycznie wyliczył wszystkie nowatorskie rozwiązania techniczne, które przyniósł program kosmiczny, jak bezprzewodowe urządzenia elektryczne, miniaturowe układy scalone wykorzystywane między innymi w nawigacji, wszczepiane rozruszniki serca czy żywność liofilizowana.
- Naszym celem - mówił Peter, zaskoczony swoim własnym zapałem - jest uświadomić naszemu rządowi, sektorowi prywatnemu i opinii publicznej pożytki płynące z prężnego programu kosmicznego.
Zapytano Petera, czy myśli o tym, by przyłączyć SEDS z MIT do działającego na szczeblu ogólnokrajowym stowarzyszenia kosmicznego L5 propagującego koncepcje fizyka Gerarda O'Neilla z Princeton University. Jako autor książki The High Frontier (Wysoka rubież) i założyciel Space Studies Institute, O'Neill snuł plany założenia liczącej około 10 000 ludzi kolonii w L5, grawitacyjnym punkcie równowagi pomiędzy Ziemią i Księżycem, gdzie stacja kosmiczna pozostawałaby w położeniu stacjonarnym, zachowując przez cały czas odległość nieco ponad 350 000 km od Ziemi.
Peter potrząsnął przecząco głową.
- Zależy mi na tym, aby to było stowarzyszenie dla studentów i prowadzone przez studentów.
Siedzący w jednym z tylnych rzędów mężczyzna podniósł rękę i przedstawił się jako Eric Drexler.
- Moim zdaniem Peter ma zupełną rację co do czysto studenckiego charakteru stowarzyszenia - powiedział Drexler. - Sądzę, że nie należy dołączać do L5.
Drexler przez dwa okresy letnie pracował dla O'Neilla w Princeton przy konstrukcji działa szynowego działającego na zasadzie elektromagnetycznej katapulty, którego można by użyć do wystrzeliwania transportów wydobytych na Księżycu surowców w kierunku Ziemi. Uzyskał on na MIT stopień magistra na podstawie pracy, której tematem był wysokoefektywny słoneczny żagiel dla statków kosmicznych i przygotowywał się do zrobienia doktoratu z przełomowej dziedziny nanotechnologii molekularnej.
Po zapisaniu przez Petera nazwisk i adresów wszystkich uczestników spotkanie dobiegło końca. Peter pozostał jeszcze, by odpowiedzieć na pytania i usłyszeć pomysły dotyczące sposobu działania SEDS. Gdy w końcu wyszedł na ulicę, powietrze było jeszcze ciepłe, a na bezchmurnym niebie świeciły gwiazdy. Świat wydał mu się idealny. Doznał tego poczucia już wcześniej, gdy w Niekończącym się Korytarzu ogarnęła go pewność, że oto właśnie wkracza w nowy, ogromny, lecz w pełni realny świat. Idąc tak przez kampus z naręczem plakatów pod pachą, Peter czuł, że przyszłość jest dosłownie na wyciągnięcie ręki.
Po niedługim czasie oddziały SEDS powstały na uniwersytetach w Princeton i Yale. Scott Scharfman, przyjaciel Petera ze szkoły średniej w Great Neck, założył oddział w Princeton, a inny kolega z klasy, Richard Sorkin - oddział w Yale. Peter, Scott i Richard opracowali czterostronicowy statut stowarzyszenia, zainicjowali ogólnokrajową akcję wysyłania petycji do prezydenta elekta Ronalda Reagana i Kongresu apelującej o zapewnienie finansowania z funduszy federalnych badań nad satelitami zasilanymi energią słoneczną, stworzyli logo stowarzyszenia z wizerunkiem wahadłowca oraz wysłali starannie sformułowany list do redakcji czasopisma "Omni" znanego z publikowania zarówno rzetelnej nauki, jak i pseudonauki, w którym napisano: "Nieustanna degradacja celów i budżetu amerykańskiego programu kosmicznego stawia pod znakiem zapytania naszą przyszłość i wymaga podjęcia zorganizowanej akcji przez społeczność studencką naszego kraju (...). Zachęcamy was i innych studentów waszej uczelni do utworzenia u siebie oddziału SEDS i przyłączenia się do nas w imię naszej wspólnej sprawy". Międzynarodowy sztab SEDS mieścił się pod adresem siedziby bractwa Petera na 372 Memorial Drive.
"Omni" opublikowało ich list w kwietniu 1981 roku. W tymże miesiącu nastąpił długo odwlekany start wahadłowca Columbia STS1, co przyciągnęło międzynarodową uwagę i spowodowało kolejny przypływ narodowej dumy. Misja ta była pierwszym z czterech zaplanowanych testów orbitalnych wahadłowców, które startowały jak rakieta, krążyły po orbicie jak statek kosmiczny i powracały na Ziemię jak szybowiec. Był to zarazem pierwszy na świecie statek kosmiczny wielokrotnego użytku oraz pierwszy lot amerykańskich astronautów po prawie sześcioletniej przerwie.
Tysiące widzów zgromadziło się na plażach po drugiej stronie Indian River, by być świadkiem startu wahadłowca z Centrum Kosmicznego imienia Kennedy'ego. Gdy upływały ostatnie sekundy odliczania, tłumy zaczęły skandować: "leć, leć, leć!". W miarę jak Columbia zaczęła się wznosić w niebo, ludzie krzyczeli, wiwatowali i modlili się.
Wracając pewnego dnia po zajęciach do siedziby swojego bractwa, Peter stanął w drzwiach wejściowych jak wryty. W przedsionku budynku wśród kilkudziesięciu drewnianych przegródek była i jego skrzynka pocztowa, która teraz kipiała od nadmiaru listów upchanych ściśle niczym karty w talii, z kilkoma wystającymi pod różnymi kątami. To jakiś kawał czy co? Peter ostrożnie wyciągnął listy i przeglądał koperty z rozmaitymi charakterami pisma, pieczęciami i znaczkami. W końcu usiadł w przedsionku i zaczął czytać. Student z Bombaju chce założyć oddział SEDS. Kobieta z Arizona State University pragnie spotykać się w gronie podobnie myślących studentów i w tym celu utworzyć oddział w Phoenix. Mężczyzna z Lubbock w stanie Teksas pisze, że wnikliwie zapoznaje się z "ekosystemami kosmicznych kolonii, działami szynowymi i tym podobnymi rzeczami", aby wyruszyć w kosmos, jeśli "wujaszek Sam zawiedzie". Student inżynierii z Toronto pisze: "Trudno mi wprost wyrazić słowami moją reakcję na Pana ideę; przypuszczalnie "ekstaza" byłaby tu najwłaściwszym określeniem. Skoordynowany głos poparcia dla programu kosmicznego ze strony studentów potrzebny był od dawna, a Pana inicjatywa znów wzbudziła we mnie tak pożądane poczucie optymizmu". Nadawca proponował, by SEDS działał nie tylko na szczeblu krajowym, ale i międzynarodowym, zgłaszając zarazem swoją osobę na koordynatora w Kanadzie.
Listy napływały tuzinami dzień po dniu, co nie uszło uwagi współbraci Petera. Choć nadal mówili na niego PIS, to teraz w ksywie tej pobrzmiewała nuta już nie tyle drwiny, ile autentycznego szacunku.
W ciągu następnych dwóch lat SEDS z niewielkiego stowarzyszenia studenckiego obejmującego trzy kampusy stał się wielką organizacją z prawie setką oddziałów w Stanach Zjednoczonych i za granicą. Peter, który teraz pełnił funkcję prezesa SEDS, odwiedzał pobliskie oddziały, godząc wydawanie biuletynów informacyjnych z przygotowaniem się do końcowych egzaminów. Pracował nad swoimi publicznymi wystąpieniami, starając się, by używać w nich właściwej intonacji i wygłaszać je z odpowiednią dozą pewności siebie. Pierwszą lekcją z dziedziny pozyskiwania środków była dla niego próba zebrania sumy 5000 dolarów na pokrycie kosztów druku i wysyłki biuletynu SEDS do wszystkich oddziałów. Spotkania z potencjalnymi sponsorami aranżowane były za pośrednictwem przyjaciół i wykładowców, lecz sam Peter czuł wielkie opory przed zwracaniem się o pieniądze, gdyż obawiał się odmowy.
Wybierając się na spotkanie z kadrą zarządzającą firmy Draper Lab, założonej przez Doca Drapera, który zasłynął stworzeniem systemu naprowadzania dla statków Apollo, Peter zdawał sobie sprawę, że musi wypaść jak najlepiej. I faktycznie tym razem w swej przemowie przeszedł sam siebie. Jednak gdy skończył, ludzie od Drapera powiedzieli, że choć bardzo im się podoba to, co Peterowi udało się osiągnąć z SEDS, to laboratorium ma charakter niekomercyjny i nie jest w stanie wesprzeć finansowo jego działalności. Peter skinął głową ze zrozumieniem, lecz gdy był już w drzwiach, zaświtała mu pewna myśl. Wrócił i zapytał:
- Jeśli chodzi o te biuletyny informacyjne, które muszę wydrukować... Może dałoby radę zrobić to tutaj, u was?
Odpowiedź była twierdząca. Peter nabrał śmiałości i pytał dalej:
- To może również rozesłalibyście je do naszych oddziałów?
I znów padło słowo "tak". Stało się to dla Petera lekcją, którą dobrze zapamiętał - nigdy nie należy się poddawać.
Peter organizował konferencje na sąsiednich uniwersytetach - Tufts, Harvard, Boston University - które gromadziły znane osobistości ze świata akademickiego, NASA i innych wpływowych kręgów związanych z kosmosem. Pierwsza doroczna międzynarodowa konferencja SEDS została zorganizowana w lipcu 1982 roku i trwała cztery dni, przy czym reprezentujący NASA jej wiceadministrator Hans Mark w swoim wystąpieniu skupił się głównie na militarnych motywacjach finansowania przez rząd podboju kosmosu. Kolejnym uśmiechem losu było dla Petera zaproszenie go na poświęconą kosmosowi konferencję ONZ w Wiedniu, na której omawiano z kolei pokojową, niezależną od rządu eksplorację przestrzeni kosmicznej.
Peter kupił najtańszy bilet lotniczy, jaki tylko udało mu się znaleźć. Leciał do Austrii wraz z prezesem kanadyjskiego SEDS, Bobem Richardsem, tym samym, który kiedyś napisał do niego po przeczytaniu jego listu w "Omni". Bob, który uzyskał dyplom z zakresu technologii przemysłowej oraz aerokosmicznej, założył oddział SEDS w Toronto. Obecnie studiował w Cornell University i pracował jako asystent Carla Sagana, astrofizyka, kosmologa i znanego popularyzatora nauki. Przyjacielem i współpracownikiem Petera i Boba został jeszcze inny student, Todd Hawley, który utworzył oddział SEDS w George Washington University, gdzie w 1982 roku odbyła się konferencja SEDS; biegle mówił po hiszpańsku, francusku i rosyjsku, a na studiach obrał jako główne przedmioty ekonomię oraz filologię słowiańską. To właśnie Todd przedstawił ich Davidowi Webbowi, który przewodniczył pozarządowej konferencji ONZ na temat kosmosu.
Peter, Bob i Todd tak dopełniali się wzajemnie w swojej wizji przyszłości i teraźniejszości, że często określano ich jednym wspólnym imieniem - Peterbobtodd. Ponadto wszyscy trzej byli jednakowego wzrostu, przy czym Peter miał nastroszone, kasztanowe włosy z przedziałkiem pośrodku, Todd - włosy brązowawe blond i okrągłe okulary w drucianej oprawce, a Bob - włosy jasnorude i twarz cherubinka. Todd wierzył, że kosmos jest miejscem, gdzie znikną wszelkie konflikty. Bob widział w podboju kosmosu kolejny etap rozwoju ludzkości. Z kolei Petera pociągała technika kosmiczna i duch przygody.
Peter i Bob zakupili swoje tanie bilety na samolot austriackich linii Arista Air, natomiast Todd poleciał do Wiednia oddzielnie ze swoją dziewczyną, MaryAnn. Po około dziewięciu godzinach lotu Petera i Boba obudził krótki komunikat pilota, że lądują w Budapeszcie, a nie w Wiedniu. Po wylądowaniu na Węgrzech - wtedy jeszcze należących do wschodniego bloku państw socjalistycznych - na pokład samolotu weszli uzbrojeni funkcjonariusze policji wojskowej z psami. Bob był przekonany, że zostali porwani. Peter wyjął aparat i zaczął robić zdjęcia, dopóki jeden z policjantów nie kazał mu go natychmiast schować. Samolot stał w upale na pasie startowym, a Peter i Bob czekali i czekali, podenerwowani i ociekający potem. To nie tak Peter wyobrażał sobie pierwszą międzynarodową misję SEDS. W końcu obwieszczono, że wszyscy obywatele austriaccy mają opuścić pokład i wsiąść do autobusu. Podobno chodziło o jakiś problem z uregulowaniem przez linię lotniczą opłat za lądowanie w Austrii. Peter i Bob pozostali na swoich miejscach i samolot w końcu wystartował do Wiednia. Obaj zastanawiali się, czy w pozostałej części podróży przydarzą się im jeszcze jakieś inne przygody.
Nazajutrz Peter i Bob spotkali się z Toddem i MaryAnn, by w czwórkę udać się na konferencję ONZ. Przed monumentalnym budynkiem udekorowanym flagami kilkudziesięciu państw parkowały dorożki konne i wozy transmisyjne z antenami satelitarnymi. Peter zrobił zdjęcie jednego z tych wozów z napisem: Moskva, USSR. Wziął on udział w sesjach "Negocjatorzy pokojowi jutra", "Centra teledetekcji" oraz "Pozyskiwanie informacji o użytkowaniu gruntów przy wykorzystaniu techniki kosmicznej". Siedział przy jednym stole z mężczyzną, który opowiedział mu, że zrezygnował z pracy w ramach reaganowskiego programu gwiezdnych wojen, gdyż jest głęboko przekonany, że zagraża on ludzkości. Powiedział także, iż ukradziono mu paszport oraz że agentka KGB próbowała zdobyć jego zaufanie.
Drugiego dnia rano Peter, Bob i Todd stali w holu i przeglądali listę prelegentów. Ich wystąpienie przewidziane było dopiero na trzeci dzień. Nagle podekscytowany Bob wyszeptał:
- Patrzcie, Arthur Clarke!
Todd nie wierzył własnym uszom, lecz Peter, nieświadomy niemal boskiego nimbu otaczającego Clarke'a, spytał:
- No i co z tego?
Clarke był autorem Odysei kosmicznej 2001, twórcą koncepcji satelitów geostacjonarnych oraz futurologiem, którego nazywano prorokiem ery kosmicznej.
Gdy Bob i Todd gapili się na Clarke'a, Peter powiedział:
- Chodźmy i porozmawiajmy z nim.
Zanim osłupieni przyjaciele zdążyli coś powiedzieć, Peter ruszył prosto ku otoczonemu wianuszkiem fanów Clarke'owi i przepchnąwszy się dostatecznie blisko, wyciągnął rękę, wskazując na Boba i Todda.
- My jesteśmy z SEDS i...
Clarke poszedł sobie dalej. Peter potrząsnął głową. Wiedział, że tego tak nie zostawi. Bob był zakłopotany śmiałością Petera. W miarę jak tłum powoli wypełniał audytorium, by posłuchać Clarke'a, Peter szybko przeszedł do przodu i zajął miejsca w pierwszym rzędzie. Clarke mówił o przyszłości sektora telekomunikacyjnego. Przed laty opublikował on słynny artykuł w "Wireless World", w którym wprowadził pojęcie orbity geostacjonarnej i zaproponował stworzenie systemu globalnej telekomunikacji z wykorzystaniem satelitów.
Peter był zafascynowany koncepcją satelitów geostacjonarnych Clarke'a i postanowił za wszelką cenę się z nim spotkać.
- Musimy go zaprosić na obiad - szepnął do Boba, który jedynie przewrócił oczami.
Po prelekcji Peter ponownie nagabnął Clarke'a.
- Panie Clarke, jesteśmy członkami stowarzyszenia Students for the Exploration and Development of Space i chcielibyśmy pana zaprosić dziś wieczorem na obiad - oświadczył, zanim Clarke'a zdążono porwać na udzielenie wywiadu. - Oto telefon do naszego hotelu i numer naszego pokoju. Bardzo zależy nam, by panu opowiedzieć, czym się zajmujemy.
Clarke spojrzał na trzech śmiałków i powiedział ze swym czystym, brytyjskim akcentem:
- Zadzwonię do was.
Po powrocie do pokoju hotelowego Peter i Bob siedzieli na swoich łóżkach, wpatrując się w telefon i robiąc zakłady, czy Clarke zadzwoni. Peter był przekonany, że tak, Bob pozostawał sceptyczny. Co jakiś czas spoglądali na zegar. I nagle dzyyyńńń! Gdy Peter chwycił słuchawkę, Bob wstrzymał oddech. Peter mówił:
- Aha, tak, dobrze, Intercontinental, naturalnie.
Potem odłożył słuchawkę na widełki.
- No, mówże - błagalnym tonem nalegał Bob.
- To był Arthur - powiedział Peter beznamiętnie. - Stwierdził, że nie może przyjąć naszego zaproszenia.
Bob westchnął ciężko.
- To on nas chce zaprosić na obiad!
Bob nie mógł się zdecydować, czy ma uściskać Petera, czy mu porządnie przyłożyć pięścią.
Tego wieczoru Peter, Bob i Todd spotkali się z Clarke'em w westybulu hotelu Intercontinental. Siedząc przy stole, w nabożnym skupieniu słuchali opowieści Clarke'a o jego młodości, która przypadła na lata 40. XX wieku, czytaniu groszowych broszurek fantastycznych i jego pierwszych dniach po wstąpieniu do Planetary Society. Opowiedział, jak wpadł na koncepcję geostacjonarnych satelitów telekomunikacyjnych i z pasją rozprawiał o tym, że jego zdaniem zainteresowanie kosmosem może się stać czynnikiem jednoczącym ludzi na świecie. Poznał osobiście wszystkich znaczących specjalistów w zakresie techniki rakietowej biorących udział w realizacji kosmicznych programów w Związku Radzieckim, Chinach i Japonii.
- Oni wszyscy mają jednakowe wyczucie kosmosu - powiedział Clarke, przykazując Peterowi, Bobowi i Toddowi, by byli pewni, że wszystkich studentów, niezależnie od ich języka, narodowości, przynależności państwowej i ideologii, może połączyć umiłowanie kosmosu. - Orientujcie się na ludzi młodych - poradził.
Podczas rozmowy Clarke powiedział coś, co niezmiernie im się spodobało:
- Każda wystarczająco zaawansowana technologia jest nieodróżnialna od magii.
Pod koniec obiadu Peter spytał:
- Czy miałby pan coś przeciwko temu, gdybyśmy nazywali pana wujkiem Arthurem?
Padła odpowiedź twierdząca i niebawem Wujek Arthur, prorok ery kosmicznej, został oficjalnym doradcą SEDS.
Powróciwszy do Man Vehicle Lab w MIT, gdzie pracował pod kierunkiem profesora Chucka Omana, Peter umieszczał przylepne elektrody na twarzy człowieka, którego uważał za niemalże księcia. Był to Byron Lichtenberg, pilot oblatywacz, który walczył w Wietnamie jako pilot myśliwca, absolwent MIT z dyplomami inżyniera w zakresie budowy maszyn i biomedycyny oraz przedstawiciel nowego pokolenia astronautów.
Lichtenberg, wyznaczony w 1978 roku na specjalistę ładunku, był zachwycony tym, że wahadłowce miały odbywać mniej więcej czterdzieści osiem lotów rocznie, wykonując eksperymenty naukowe, wynosząc na orbitę satelity i jednocześnie budując stację kosmiczną. Ale upłynęło już trzy razy więcej czasu, niż planowano, a wahadłowiec wciąż nie poleciał ani razu i astronauci obawiali się, że ostatecznie lotów też będzie trzy razy mniej. Nadeszła zima 1983 roku, a Lichtenberg miał wejść w skład załogi pierwszej misji wahadłowca do stacji Spacelab pod koniec roku.
Jednym z podstawowych obszarów badawczych specjalisty ładunku była choroba kosmiczna, czyli w istocie choroba lokomocyjna. Było to coś, do czego dzielni astronauci z Mercury, Gemini i Apollo - wszyscy co do jednego byli wojskowi piloci oblatywacze - przyznawali się bardzo niechętnie. Rosjanin Jurij Gagarin, który pierwszy poleciał w kosmos, nie zgłaszał podczas lotu, by doznawał jakichkolwiek mdłości. To drugiemu rosyjskiemu kosmonaucie, Hermanowi Titowowi, przypadł wątpliwy zaszczyt zostania pierwszym człowiekiem, który zwymiotował w kosmosie. Astronauta z Apolla 9, Rusty Schweickart, cierpiał na chorobę kosmiczną podczas pierwszego dnia przebywania na orbicie. Natomiast Buzz Aldrin opowiadał swoim przyjaciołom z MVL, że jego z kolei strasznie mdliło podczas lotu powrotnego ku Ziemi.
A teraz Lichtenberg siedział u Petera na obrotowym fotelu z elektrodami przyczepionymi do głowy i żołądka. Podczas gdy fotel rotował w jednym kierunku, on zwracał głowę w przeciwnym, dopóki nie doznał objawów mdłości. Wszystkie dane rejestrowano, a następnie porównywano reakcje organizmu. Peter i jego wykładowcy również spędzili w tym fotelu wiele czasu.
Otrzymano bardzo interesujące wyniki - na przykład ustalono, że pełne dojście do siebie po wystąpieniu mdłości zajmuje trzydzieści pięć minut - ale też pojawiły się nowe pytania. Lichtenberg zamierzał podczas lotu wahadłowcem nosić przymocowany na głowie akcelerometr skonstruowany przez specjalistów z MVL i prowadzić szczegółowe notatki o swoim samopoczuciu. Prace prowadzone w MVL miały na celu doprowadzenie do tego, by "cierpiący na chorobę kosmiczną nie spędzał całego czasu w ubikacji". Dyrektor MVL, profesor MIT Larry Young, został wyznaczony na naczelnego specjalistę do przeprowadzenia serii eksperymentów na członkach załogi Spacelab 1 - pierwszego laboratorium kosmicznego ze sztuczną atmosferą, które miało być wyniesione na orbitę przez wahadłowiec.
W czasie wolnym od eksperymentów Peter i Lichtenberg rozmawiali o życiu astronauty. Peter chciał się dowiedzieć, o co jest się pytanym podczas rozmowy kwalifikacyjnej, by móc się odpowiednio przygotować. Lichtenberg powiedział mu, że komisja pyta przede wszystkim o sprzęt i oprogramowanie wykorzystywane podczas lotów kosmicznych, szczegóły treningu oraz przewidywany wpływ obrania profesji astronauty na życie rodzinne kandydata. Ale czasem zadawane są pytania dziwne lub wręcz głupie, na przykład: "ile wynosi średni czas życia krwinki czerwonej w twoim układzie krwionośnym?", "czy uważasz, że lądowania na Księżycu były mistyfikacją?" czy też "słyszeliśmy, że do wahadłowca zawitali kosmici i tańczyli z astronautami na pokładzie - co o tym sądzisz?".
Peter zasypał Lichtenberga pytaniami, jakie są szanse, by zostać astronautą. Lichtenberg mówił, że NASA otrzymuje około sześciu tysięcy aplikacji podczas każdego naboru i z reguły nie więcej niż dziesięciu z tej liczby aplikujących zostaje astronautami - 1 na 600, czyli mniej niż 0,17%. Przy tym wybór może mieć charakter "przypadkowy lub polityczny", a sam proces selekcji jest iście drakoński, stwierdził.
Peterowi nagle przyszło do głowy, by wspomnieć, że ma lekko naderwaną siatkówkę, pozostałość po uderzeniu kolanem w oko podczas gry w football.
- Czy to mnie zdyskwalifikuje? - spytał.
- Niewątpliwie - uznał Byron. - Od razu wyrzucą cię z kwalifikacji.
Peter był oszołomiony. Nie wiedział, co powiedzieć.
- W NASA boją się ryzyka. - Lichtenberg wzruszył ramionami. - Chłopie, nawet jeśli cię wybiorą, nie oznacza to jeszcze, że kiedykolwiek polecisz. Większość astronautów jest jak pingwiny, mają skrzydła, ale nie latają.
Peter marzył, by zostać astronautą, odkąd tylko sięgał pamięcią. Co ma zatem z sobą począć, skoro nie będzie mógł polecieć w kosmos za pośrednictwem NASA? Jakiej drogi próbować i co ryzykować? I czy taki lot jest w ogóle możliwy bez wsparcia ze strony państwa?
Mniej więcej w tym samym czasie na pustynnym płaskowyżu odległym o prawie pięć tysięcy kilometrów podobne pytania zadawał sobie pewien inżynier lotniczy rozczarowany rządowymi programami kosmicznymi. Pracował nad zbudowaniem samolotu do lotów na niskim pułapie, który będzie w stanie utrzymywać się w powietrzu dłużej niż maszyny używane dotychczas przez amerykańskie lotnictwo wojskowe. Ale, podobnie jak Peter, ów marzyciel na pustyni, miał wielką nadzieję, że nadejdzie dzień, kiedy poleci ku gwiazdom.
4. Magia pustyni Mojave
Burt Rutan mierzył wzrokiem 12-kilometrowy, częściowo utwardzony pas startowy w Edwards Air Force Base na kalifornijskiej pustyni - jeden z najdłuższych na świecie. Siedział w samolocie wspomagającym, a tuż po lewej stała najbardziej awangardowa z jego dotychczasowych konstrukcji, Voyager.
Maszyna ta, płaska i biała niczym rozciągnięta guma do żucia, z dwoma kadłubami bocznymi na podobieństwo katamaranu, pusta ważyła 1134 kilogramy plus 3175 kilogramów paliwa w długich, cienkich skrzydłach9. Za kilka minut Voyager miał wystartować do niebezpiecznej misji - okrążenia świata bez międzylądowania i bez uzupełniania paliwa. Eksperci w dziedzinie awiacji dawali Voyagerowi niewielkie szanse na sukces, po części ze względu na kompromisowe rozwiązania, jakie musiał przyjąć Burt w trakcie jego projektowania i budowy, a także dlatego, że postawił on sobie za cel co najmniej dwukrotnie pobić lotniczy rekord, który utrzymywał się od prawie ćwierćwiecza. Poza tym istniały wszelkie podstawy, by przypuszczać, że Voyager będzie zmuszony do lądowania po prostu ze względu na wyczerpanie organizmu pilota. Ten lot miał zatem stać się testem zarazem mistrzostwa pilotażu, fizycznej wytrzymałości oraz przełomowej konstrukcji samolotu.
Podobnie jak to zrobił Charles Lindbergh w 1927 roku ze swoją maszyną Spirit of St. Louis, Burt dołożył wszelkich starań, by Voyager ważył możliwie najmniej. Wszystkie narzędzia podręczne, jak klucze czy śrubokręty, były puste w środku. Od góry samolot był pomalowany tylko cienką warstwą białej farby, aby jego konstrukcja nie rozgrzewała się w palącym, pustynnym słońcu. Pokrycie składało się jedynie z dwu warstw kompozytu z włókna grafitowego przedzielonych wypełniaczem ulowym z papieru. Prawie żaden element nie był zdublowany; w razie awarii jakiejś części nie było możliwości jego wymiany10.
Burt stał po prawej stronie Voyagera na pasie startowym i zastanawiał się, czy samolot zachowa sterowność przy tak dużym obciążeniu paliwem.
Jednak Burt wyróżniał się tym, że dostrzegał przełomowe rozwiązania tam, gdzie inni widzieli bezład. Wymyślał i konstruował samoloty jeszcze w czasach przedkomputerowych, posługując się ołówkiem, suwakiem logarytmicznym oraz krzywikami do wykreślania powierzchni aerodynamicznych. Nieszablonowo myślący indywidualista z bokobrodami jak u Elvisa i błyskiem w niebieskich oczach, potrafiący rzuciwszy okiem na jakiś samolot, podać jego wagę z dokładnością do kilograma, szedł śladami ekscentrycznego samouka Roberta T. Jonesa, twórcy teorii skośnych skrzydeł wykorzystywanych obecnie we wszystkich samolotach pasażerskich11. Podobnie jak Jones, Burt odczuwał ogromną satysfakcję, gdy udawało mu się zamknąć usta swoim przeciwnikom sceptykom w świecie awiacji.
Mało towarzyski, skłonny do złośliwej ironii i nastawiony antyestablishmentowo Burt mieszkał w trójkondygnacyjnym domu w kształcie piramidy na planie sześciokąta otoczonej drzewami juki krótkolistnej na pustyni Mojave, nieopodal Edwards Air Force Base. Stół do bilardu, stół w jadalni i stół konferencyjny w jego energooszczędnym domu z izolacją ziemną - w większej części znajdował się on pod poziomem gruntu - zostały wykonane według indywidualnych projektów i również były sześciokątne. Jego ulubiony mural w domu przedstawiał piramidy egipskie wraz z Egipcjankami, palmami i faraonem. Odwiedzającym go gościom proponował znalezienie na tym malowidle ściennym dwóch drobnych, nieoczekiwanych elementów - turbiny wiatrowej i latającego spodka. Poświęciwszy całe lata na studiowanie konstrukcji piramid, doszedł do wniosku, że ich budowniczowie musieli mieć opanowaną sztukę cięcia i obrabiania nie tylko wapienia, ale i granitu. Przez osiem lat prowadził też własne śledztwo w sprawie zabójstwa Kennedy'ego, dochodząc do sprzecznych z oficjalnymi ustaleniami wniosków. Jego skrzynka pocztowa znajdująca się po przeciwnej stronie drogi prowadzącej od porośniętego kępkami bylicy lądowiska dla helikopterów była pomniejszoną kopią części ogonowej eksperymentalnego samolotu wojskowego o nazwie SMUT (Special Mission Utility Transport).
Urodzony w 1943 roku Burt spędził dzieciństwo w miasteczku Dinuba w centralnej dolinie kalifornijskiej. Jego ojciec George był dentystą, a jego mama Irene zajmowała się domem i dziećmi na ich niewielkiej farmie. Rutanowie byli ortodoksyjnymi wyznawcami kościoła Adwentystów Dnia Siódmego i obchodzili sobotę jako dzień święty, od zachodu słońca w piątek do zachodu słońca w sobotę. Dlatego Burt nie mógł grać w baseball, koszykówkę, football ani jakiekolwiek inne sporty drużynowe, gdyż wiązałoby się to z koniecznością treningów i występów w meczach w weekendy. Nie wolno mu było chodzić do kina, spotykać się z dziewczętami ani ścigać się w podrasowanych samochodach. Za to mógł budować i oblatywać samoloty, nawet je rozbijając.
Wraz matką jeździł do San Francisco, około czterech godzin jazdy od Dinuby, by robić zakupy w niewielkim sklepie dla majsterkowiczów. Burt kupował części, ale nie chciał gotowych zestawów do budowy samolotów. Nie obchodziło go budowanie czegoś, o czym było z góry wiadomo, że będzie latać. W wieku ośmiu lat zaprojektował i zbudował model samolotu z silnikami zawieszonymi pod odchylonymi do tyłu skrzydłami, bardzo podobny do Boeinga 707, na wiele lat wcześniej, zanim wzbił się on w powietrze. Zaczął prezentować swoje konstrukcje na pokazach modeli lotniczych i w wieku szesnastu lat wybrał się na zawody na szczeblu krajowym z dziewięcioma różnymi samolotami. Mama Rutanowa, jak na nią mówiono, doczepiła przyczepę kempingową do rodzinnego samochodu, załadowała do niej olbrzymie modele i zawiozła Burta aż do Dallas.
Wysoki i chudy nastolatek z wojskową fryzurą interesował się również rakietami i pilnie śledził wystrzelenie radzieckiego Sputnika, pierwszy lot kosmonauty Jurija Gagarina oraz postępy amerykańskiego programu kosmicznego. W wieku dwunastu lat jego ulubionym programem telewizyjnym stała się futurystyczna Przyszłość Ziemi z cyklu Walt Disney's Disneyland prowadzona przez samego Walta Disneya, która podejmowała takie kwestie, jak życie na innych planetach, nieważkość na statkach kosmicznych, pochodzenie gwiazd i eksploracja Księżyca oraz zawierała wywiady z naukowcami, w tym z Wernherem von Braunem. Burt nauczył się latać w wieku szesnastu lat, płacąc didżejowi stacji radiowej w Dinubie, Johny'emu Banksowi, który dorabiał sobie jako instruktor lotnictwa, 2,50 dolara za godzinę. Wynajęcie samolotu kosztowało 4,50 dolara za godzinę. Po zaliczeniu niecałych sześciu godzin instruktażu Burt odbył już pierwszy samodzielny lot na samolocie Aeronca 7AC Champ. Ale jego prawdziwą pasją stało się projektowanie. Ukończył California Polytechnic State University w San Luis Obispo mniej więcej w połowie czasu pomiędzy lotem Gagarina a lądowaniem Apolla 11 na Księżycu.
Po uzyskaniu dyplomu inżyniera lotnictwa na Cal Poly w 1965 roku Burt podjął pracę jako cywilny specjalista w zakresie testowania samolotów w Edwards Air Force Base, gdzie powierzono mu wyjaśnienie, dlaczego jednemu z samolotów tej bazy - konkretnie był to myśliwiec bombardujący McDonnell Douglas F4 Phantom, istny koń roboczy ówczesnych sił powietrznych - przydarza się tak wiele wypadków. Przy czym ponad sześćdziesiąt wypadków zakwalifikowano jako "wyjście z lotu kontrolowanego", co oznaczało, że samolot sam z siebie, bez żadnej komendy ze strony pilota, wchodził w korkociąg lub przeciągnięcie. W konsekwencji w 1968 roku w bazie Edwards wdrożono program testów mający na celu zbadanie przyczyn tego problemu, a Burt został w nim naczelnym inżynierem. Latał na tylnym fotelu F4 wraz pilotem Jerrym Gentrym i obaj podejmowali śmiertelne ryzyko, raz za razem wpadając w korkociąg. Na podstawie doświadczeń z tych lotów testowych Burt zaproponował wprowadzenie istotnych zmian do instrukcji pilotażu F4, aby piloci mogli zarówno unikać przeciągnięć i korkociągów, jak i z nich bezpiecznie wychodzić. Nakręcił również film szkoleniowy pod tytułem Unload for Control (Pozbycie się ładunku w celu odzyskania kontroli). Następnie, wraz z Gentrym, osobiście poinstruował każdego amerykańskiego pilota F4 na świecie, objeżdżając w zawrotnym tempie czterdzieści osiem baz sił powietrznych, w tym w miejscach tak odległych, jak Incirlik w Turcji i Bangkok w Tajlandii. Oczywiście to w bazie Edwards oblatywano najszybsze i wysoce eksperymentalne konstrukcje odrzutowców wojskowych. To właśnie tutaj Chuck Yeager jako pierwszy człowiek pokonał barierę dźwięku, a X15 wykonał suborbitalny lot kosmiczny.
Burt opuścił bazę Edwards w 1972 roku, by podjąć pracę, jak się okazało, zupełnie mu nieodpowiadającą, w firmie lotniczej Bede Aircraft w Kansas. Szybko doszedł do wniosku, że woli realizować swoje powołanie na własną rękę i w 1974 roku powrócił do Kalifornii, gdzie na terenie kompleksu lotniczego Mojave założył przedsiębiorstwo Rutan Aircraft Factory zajmujące się projektowaniem i budową prototypów niewielkich samolotów możliwych do złożenia przez konstruktorów amatorów. Początkowo produkcja zestawów do samodzielnego montażu szła znakomicie, lecz na początku lat 80. uświadomiwszy sobie, że sporo ryzykuje, gdyż może zostać pociągnięty do odpowiedzialności sądowej za błędy popełnione przez niedoświadczonego użytkownika, Burt zlikwidował firmę i założył inną o nazwie Scaled Composites, która miała opracowywać konstrukcje samolotów różnych typów i budować ich prototypy.
I gdy teraz, w zimny grudniowy poranek w 1986 roku, Burt spoglądał na słynny pas startowy bazy Edwards, niepokoił się, czy jego najnowsze dzieło oderwie się w ogóle od ziemi, nie mówiąc już o zapisaniu się w historii lotnictwa. Ten lekki samolot nigdy dotąd nie zabierał tak wielkiego ładunku. Burt rozważał w myślach mechaniczną niezawodność maszyny. Jego załoga wykonała sześćdziesiąt osiem lotów testowych, spędzając w sumie 375 godzin w powietrzu w ciągu dwóch lat. Podczas siedmiu z tych lotów doszło do poważnych awarii mechanicznych - od pożaru w kabinie po defekt śmigła, które wyrwało silnik z jego zawieszenia. Teraz plan lotu przewidywał, że samolot będzie przebywał w powietrzu ponad 200 godzin non stop. Pierwszy etap lotu, przy największym obciążeniu paliwem, miał przebiegać nad wodą w kierunku zachodnim ku Hawajom. Ponadto samolot nie radził sobie dobrze z dłuższymi turbulencjami. Burt doszedł do wniosku, że niepodobna, by lot zakończył się sukcesem.
Ale jeżeli istniał na świecie pilot, który byłby w stanie tego dokonać, to był to pilot dobrze Burtowi znany. Jego brat.
Dick Rutan oddał swój czarny kowbojski kapelusz przed wspięciem się do kabiny Voyagera wielkości mniej więcej budki telefonicznej, tyle że położonej na boku. Jego współpilot Jeana Yeager (niespokrewniona z Chuckiem), kobieta drobna, lecz uchodząca za nieustraszoną, siedziała z tyłu bez zapiętego pasa bezpieczeństwa - ze względu na dążenie do minimalizacji wagi samolotu po prostu go nie było. Oboje byli kiedyś kochankami, lecz teraz, wybierając się w lot dookoła świata, niemal ze sobą nie rozmawiali.
Czterdziestoośmioletni Dick był przekonany, że przyjdzie mu zginąć w tym okropnym aparacie latającym. Dwa dni wcześniej sporządził "przedśmiertne nagranie", w którym pożegnał się ze swoimi współpracownikami i wręczył kasetę szefowi zespołu Bruce'owi Evansowi, aby ją odtworzył po jego śmierci. Ten pilot myśliwca, posiadacz wielu odznaczeń i miana "najbardziej zadziornego wśród zadziornych" oraz jego trzydziestoczteroletnia współpilotka, wykwalifikowana kreślarka, która sporządzała rysunki projektowe w marynarce wojennej u wynalazcy i konstruktora rakiet Boba Truaxa, przystępowali do próby pobicia o połowę rekordu ustanowionego dwadzieścia cztery lata wcześniej przez pilotów amerykańskich sił powietrznych na samolocie Boeing B52 Stratofortress. Dick i Jeana żyli tym marzeniem od pięciu lat. Włożyli w Voyagera wszystko, co mieli, w tym tyle własnych pieniędzy, że nie zostało im nawet na opłacenie czynszu. Prowadzili rozmowy z dziesiątkami potencjalnych sponsorów, w tym z amerykańskim biznesmenem Rossem Perotem, który był bliski wyłożenia funduszy, lecz ostatecznie się wycofał, dowiedziawszy się, że Dick i Jeana nie są małżeństwem. Właściciel Caesars Palace był gotów ich finansować pod warunkiem, że zaczną i zakończą swój lot na parkingu tego kasyna, co nie było możliwe, gdyż Voyager wymagał długiego pasa startowego. Ten kruchy z wyglądu samolot zbudowany w hangarze użyczonym przez port lotniczy Mojave został ostatecznie sfinansowany ze studolarowych datków przy wykorzystaniu podarowanych części i pracy głównie ochotników.
Dick fascynował się lataniem od dziecka. Jego matka wybrała się raz z nim na pokazy lotnicze, gdzie zaliczył pierwszą przejażdżkę samolotem. Był to stary, dwumiejscowy, żółty Piper Club ze zdartymi oponami. Śmigłem ktoś zakręcił ręcznie i samolot wystartował z porośniętego trawą pola. Gdy tylko wzbili się w powietrze, Dick rozpiął pas bezpieczeństwa i stanął w tylnej części awionetki. Pragnął koniecznie widzieć to samo, co widzi pilot. Od razu doszedł do wniosku, że jest to widok, który chciałby oglądać przez całe życie. Licencję pilota odebrał w dniu swoich szesnastych urodzin. Gdy Dick akurat nie latał, przedzierał się pomiędzy rzędami winorośli na motocyklu, napawając się swoją umiejętnością uciekania miejscowym policjantom, którzy wielokrotnie udzielali mu ostrzeżeń, że przekracza dozwoloną prędkość. Dick nienawidził sobót jeszcze bardziej niż Burt. Przekradał się po kryjomu do kina, siadał daleko z tyłu, gdzie nikt go nie widział, a potem wymykał się tylnymi drzwiami. Przez całe dzieciństwo słyszał, że koniec jest już blisko. Jednak jedynym końcem, jaki go obchodził co tydzień, był koniec sabatu. Już od sobotniego popołudnia siadywał i wpatrywał się w horyzont, oczekując tej wspaniałej chwili, kiedy zajdzie za niego słońce, kładąc kres sabatowej gehennie.
W 1958 roku, w wieku dwudziestu lat, Dick wstąpił do szkoły lotniczej sił powietrznych, pomimo że Adwentyści Dnia Siódmego z zasady odmawiali służby wojskowej. Latał na naddźwiękowym F100 Super Sabre nad Wietnamem Północnym, wracając z podniebnych potyczek samolotem podziurawionym pociskami. Był uzależniony od adrenaliny i nie tylko starał się jak najwięcej latać, ale specjalnie zgłaszał się na niebezpieczne misje. Widział, jak jego koledzy i przyjaciele ginęli w boju, niektórzy paląc się żywcem w kabinie. Był świadkiem, jak jednego z pilotów zarąbano maczetą na ziemi. Wykonując zadanie bojowe, nie odczuwał w ogóle strachu. Ale kiedy już było po wszystkim, po wylądowaniu szedł niekiedy na skraj pasa startowego i wymiotował.
Dlatego gdy tylko Burt zaproponował mu lot na Voyagerze, bez wahania się zgodził. Na początku lat 80. Dick pracował u Burta jako pilot oblatywacz. Ustanowił już rekordy odległości lotu na swym własnym LongEZ - jednym z zestawów do samodzielnego montażu produkowanym przez Burta - i rozglądał się za jakąś kolejną przygodą. Pewnego razu, gdy Burt, Dick i Jeana jedli razem lunch w Mojave Overpass Café, Dick powiedział, że interesowałoby go wypróbowanie nowego typu samolotu do akrobacji powietrznych. Burt odparł, że ma lepszy pomysł, coś, o czym myślał od lat, mając nadzieję na pojawienie się i szeroką dostępność włókien węglowych oraz materiałów kompozytowych do budowy samolotów. Chwycił serwetkę i pomiędzy kęsami steku w sosie teriyaki naszkicował samolot z jednym długim skrzydłem. Wszyscy troje od razu zgodzili się, że taka konstrukcja powinna się nadawać do wykonania lotu dookoła świata bez międzylądowania i uzupełniania paliwa. Widzieli w tym szansę na uczynienie kolejnego wielkiego kroku naprzód w lotnictwie, byłaby to bodaj pierwsza rzecz, której jeszcze nikt nie dokonał.
Burt policzył, że do takiego okrążenia świata potrzeba by siedmiu kilogramów paliwa na każdy kilogram wagi własnej samolotu. Problem polegał na tym, jak zmieścić w samolocie ilość paliwa potrzebną na pokonanie prawie 40 000 km, a jednocześnie zapewnić, by był on w stanie wznieść się w powietrze. Częściowo zadanie to rozwiązywało zastosowanie włókien węglowych, dzięki którym samolot byłby o połowę lżejszy od konwencjonalnej konstrukcji aluminiowej, a przy tym dostatecznie wytrzymały. Jego sprawność aerodynamiczna i sprawność ciągu powinna być lepsza niż jakiegokolwiek innego lekkiego samolotu. Śmigło musiałoby być bardziej sprawne, a silniki bardziej wydajnie przetwarzać benzynę na energię. Ponadto lot musiałby się odbywać na niewielkiej wysokości, aby nie trzeba było hermetyzować kabiny.
Dick i Burt zażarcie spierali się o obniżanie wagi kosztem funkcjonalności samolotu. Dick stwierdził, że nie będzie w stanie wykonać skrętu taką maszyną. Burt odparł, że skoro leci dookoła świata, to nie potrzebuje w ogóle skręcać. Dick powiedział, że w razie ulewnego deszczu samolot po prostu się rozpadnie. Burt poradził mu, by nie latał w deszczu. Burt uważał, że radar nie jest konieczny. Dick odparł, że nie ma zamiaru latać na ślepo. Większość współpracowników wiedziała, że kiedy bracia Rutan zejdą się twarzą w twarz, lepiej trzymać się od nich z daleka.
Ale w końcu zawsze dochodzili do kompromisu. Od dzieciństwa podzielili się rolami - Burt konstruował, a Dick latał samolotami. Z kolei ich siostra Nell była stewardesą. Voyager miał długie, cienkie skrzydła, tak wiotkie, że trzepotały niczym u ptaka. Samolot posiadał dziewiętnaście oddzielnych zbiorników i na paliwo przypadało aż 73% całkowitej wagi startowej samolotu - w rzeczy samej Dick miał pilotować duży, latający bak benzyny.
- Wieża Edwards, tu Voyager Jeden - zameldował się Dick Rutan o wczesnym poranku 14 grudnia 1986 roku z pasa startowego Edwards Air Force Base. - Jesteśmy gotowi do startu.
Odpowiedź przyszła o godzinie ósmej:
- Zezwolenie na start. Z Bogiem.
Nieopodal, w samolocie wspomagającym, Burt wziął głęboki oddech, gdy Mike Melvill, również pilot światowej klasy, przygotowywał się, by towarzyszyć Voyagerowi na początkowych etapach jego lotu.
Jeana odczytywała głośno wskazania prędkościomierza.
- Czterdzieści pięć, sześćdziesiąt jeden, sześćdziesiąt pięć...
W miarę jak Voyager nabierał prędkości, wypełnione paliwem końcówki skrzydeł obwisły niczym długie liście tulipana i po chwili dotknęły pasa startowego.
- Skrzydła szorują o ziemię - powiedział podążający z tyłu Mike. - A tam jest paliwo na końcu.
- Każ mu pociągnąć drążek do siebie! - wrzasnął Burt. - Powiedz, że ma skrzydła na ziemi. Drążek do siebie!
Jeana nadal monotonnym głosem podawała prędkość:
- Osiemdziesiąt cztery, osiemdziesiąt siedem, dziewięćdziesiąt.
Mike obawiał się, że samolot lada chwila buchnie płomieniem. Aby po oderwaniu się od ziemi Voyager mógł nabrać wysokości, musiał rozpędzić się do stu węzłów.
W miarę dalszego rozpędzania się Voyagera jego skrzydła powoli się uniosły na dwa centymetry. Potem na pięć. Potem na osiem.
- Skrzydła podniosły się! - powiedział Mike. - Wow! Odgięły się z powrotem!
Jeana kontynuowała:
- Dziewięćdziesiąt cztery, dziewięćdziesiąt siedem, sto.
Samolot wzbił się w powietrze.
- Sto węzłów! Niech to diabli! - wykrzyknął Burt. - Jest sto węzłów!
Mike, Burt i Sally, żona Mike'a, siedząca z tyłu samolotu wspomagającego, milczeli. Tyle trzeba było włożyć wysiłku, aby ten lot w ogóle doszedł do skutku! Lecieli w dwusilnikowej Duchess będącej własnością Burta za Voyagerem, aż wybrzeże Kalifornii zniknęło im z oczu. Końcówki skrzydeł wyglądały fatalnie. Z jednego skrzydła zwisał luźny przewód, a rozpraszacz wirów brzegowych (mały pionowy element na końcu skrzydła) trzymał się ledwo, ledwo. Gdy Burt polecił Dickowi wykonać próbę stateczności, prawy rozpraszacz oderwał się całkowicie i wyglądało, że z lewym za chwilę stanie się to samo.
Burt powtarzał Dickowi:
- Nie przerywaj lotu. Nie przerywaj lotu.
Dick potrząsnął głową. Nie miał wcale zamiaru się poddawać. Jego kompas pokazywał zachód, czyli leciał we właściwym kierunku. Tymczasem wskaźnik paliwa w Duchess spadł do niskiego poziomu i jeśli Burt, Mike i Sally chcieli dolecieć z powrotem do Edwards, musieli natychmiast zawrócić. Mike pochylił samolot na skrzydło, by pomachać Voyagerowi na pożegnanie. Burt milczał, przeszukując oczami horyzont. Jak daleko sięgał wzrokiem, wszędzie była woda.
Zespół Voyagera w hangarze 77 w Mojave, kierowany przez Bruce'a Evansa - jednego z nielicznych ludzi, których Dick słuchał bez zastrzeżeń - utrzymywał łączność z Dickiem i Jeaną przez całą dobę. Burt i Mike spędzali dnie na oblatywaniu swego najnowszego samolotu dyspozycyjnego Beechcraft Starship. Burt był pod telefonem, aby w razie potrzeby porozmawiać z bratem. Mike również nocami śledził lot Voyagera, od czasu do czasu rozmawiając z Dickiem i Jeaną. Niekiedy ingerował w rozmowy Burta, powstrzymując go, kiedy zdawał sobie sprawę, że jedynie rozdrażni on brata, udzielając mu niepotrzebnych rad.
Gdy tylko wzbili się w powietrze z pasa startowego bazy Edwards i wyginające się skrzydła ostatecznie wytrzymały obciążenie, Dick powiedział z zachwytem:
- Potrafię pilotować ten samolot. Potrafię go pilotować!
Jeana, która leżała na plecach, spoglądając na niego od dołu, odparła:
- Nie wątpiłam, że potrafisz.
Dick nie wiedział, czy faktycznie pokłada ona tak wielką wiarę w jego umiejętności, czy też wykazuje się zbytnią naiwnością, niemniej słowa pochwały padły we właściwym momencie.
- Voyagerem może latać nawet pilot oblatywacz o tak delikatnych rękach jak ja - powiedział radośnie.
Wiedział doskonale, że gdyby końcówka skrzydła szorowała po pasie nieco dłużej i doszło do wycieku paliwa, zginęliby oboje, ale odsunął od siebie tę myśl, zaliczając ją do kategorii "mam to w dupie".
Świadomość zagrożenia towarzyszyła im przez cały czas. On i Jeana rozmawiali ze sobą tylko tyle, ile było to konieczne. Jeana sporządzała wcześnie diagramy zużycia paliwa, ale nigdy dotąd nie pilotowała samolotu. Niemniej własnymi rękami montowała całe fragmenty Voyagera i odegrała kluczową rolę w doprowadzeniu do realizacji lotu. Uzyskała certyfikat pozwalający jej latać na Voyagerze, obejmujący pilotaż samolotów wielosilnikowych oraz do wykonywania lotów według wskazań przyrządów, ale nie opanowała obsługi innych ważnych systemów niezbędnych podczas pilotowania samolotu. Nie umiała posługiwać się radarem, autopilotem, oprzyrządowaniem nawigacyjnym ani radiostacją. Dick spał od czasu do czasu po dwie godziny, jeśli tylko pozwalała na to pogoda, włączywszy autopilota. W kabinie znajdował się w półleżącej pozycji, śledząc wskazania instrumentów, które wraz ze swoim zespołem zbudował własnoręcznie, i odczytując karty kontrolne, które Jeana sporządziła swoim drobnym, idealnym, prawdziwie kaligraficznym pismem. Gdyby nie ona, do lotu by nie doszło, ale teraz tylko on był w stanie utrzymać samolot w powietrzu i sprawić, że wyjdą z tego wszystkiego żywi.
Nawet podczas krótkich okresów odpoczynku Dick obawiał się, że autopilot zrobi coś okropnego. Za każdym razem, gdy tylko próbował zamknąć oczy, miał wizję spadającego samolotu. Lecieli i w chmurach burzowych, i w warunkach słabej widoczności lub zupełnego braku widoczności. Drugiego dnia przelecieli przez tajfun Marge. Trzeciego dnia zepsuł się autopilot. Piątego dnia, przecinając centralną Afrykę, dostali się w obszar gwałtownych burz z piorunami i monsunów - były to najgorsze burze, z jakimi Dick kiedykolwiek miał do czynienia. Maszyną rzucało na wszystkie strony, gdy wlatywała i wylatywała z chmur, a w pewnym momencie przechyliła się o dziewięćdziesiąt stopni. "No to już koniec" - przeszło mu przez myśl.
Ale wtedy wszystko się uspokoiło, tak jak to opisywał pilot Ernest Gann w swej książce Los jest myśliwym: "Niebezpieczeństwo pojawiło się momentalnie, a następnie niemal równie momentalnie minęło. Zerknęliśmy za zasłonę, zobaczyliśmy to, co widzieli niektórzy z tych, którzy zginęli i przeżyliśmy, lecz obraz ten zapisał się już na zawsze w naszej pamięci".
Pozostawiwszy za sobą najgorsze z afrykańskich burz, wlecieli w czarną niczym atrament mgłę, która była tak gęsta i nieprzenikniona, że Dick miał wrażenie, iż mógłby po niej chodzić. Kolejnego dnia niemal wbili się w górski wierzchołek. Nad Sri Lanką zauważyli wyciek płynu chłodniczego z jednego z silników. Z kolei nad Oceanem Spokojnym spadło gwałtownie ciśnienie oleju. Dick uciął sobie właśnie dwudziestominutową drzemkę, gdy Jeana obudziła go i pokazała świecący się na czerwono wskaźnik ciśnienia oleju, co oznaczało, że samolot zaczyna się przegrzewać.
Dick miał odczucie, jak gdyby codziennie grywał w rosyjską ruletkę. Zakręcić bębnem... pociągnąć za spust... klik... no i kolejny dzień darowany. Pozostawał stale w najwyższym stopniu skupiony na tym, co zrobić, aby przeżyć. Ale każdego dnia rozglądał się i myślał: "Gdzieś tam czyha na nas katastrofa. To może być dzisiaj w nocy nad wodą lub jutro w ciągu dnia, ale w pewnym momencie na pewno nastąpi i będzie po nas".
W razie ujawnienia się jakiegoś defektu konstrukcyjnego nie byliby w stanie nawet opuścić kabiny. Siły odśrodkowe zakręciłyby samolotem i nie mogliby się ruszyć aż do zderzenia z powierzchnią wody lub ziemi. Mieli wprawdzie niewielkie spadochrony z nylonową uprzężą oraz hermetycznie zamkniętą szalupę wielkości piłki futbolowej, lecz Dick oceniał, że szanse na to, by udało im się otworzyć pokrywę włazu i wyskoczyć, są praktycznie zerowe. Cały jego świat skurczył się do rozmiarów kabiny. Po paru dniach lotu nie mógł już sobie wyobrazić, że cokolwiek istnieje poza nią.
Po dziewięciu dniach od startu nadeszła wieść, że Dick i Jeana lecą u wybrzeży Kalifornii po nocnym przelocie nad Kostaryką i są już blisko bazy Edwards. Burt i Mike w te pędy wskoczyli do Duchess, mając nadzieję spotkać się z Voyagerem jeszcze nad oceanem, na zachód od San Diego. I faktycznie nad ranem, 23 grudnia, jeszcze po ciemku dostrzegli migające światełko. Nie mieli pewności, czy to jest Voyager, gdyż jego światła pozycyjne na końcach skrzydeł odpadły wraz z rozpraszaczami.
Mike wysłał wiadomość przez radio, mając nadzieję, że Dick nasłuchuje, polecając parokrotnie wyłączyć i włączyć światło antykolizyjne. Światło zgasło. Gdy ponownie się zapaliło, Mike i Burt zaczęli nagle szlochać. Ani jeden, ani drugi nie spodziewał się, że po prostu rozryczą się jak dzieci. Zebrawszy się w sobie, uśmiechnęli się i otarli łzy z oczu. Niebawem w szarym świetle wschodzącego słońca byli w stanie rozróżnić sylwetkę Voyagera. Gdy go widzieli po raz ostatni, był uszkodzony i zdeformowany, lecz teraz leciał wolno i majestatycznie niczym leciutka łódź niesiona przez powietrzne prądy.
W kabinie Voyagera Dick zastanawiał się, czy na pewno będzie mógł wylądować w bazie Edwards. Choć do bazy pozostało już tylko około dwudziestu minut, wciąż zżerały go wątpliwości.
"Oni tam oblatują wielkie bombowce i myśliwce, a ja jestem tylko nic nieznaczącym budowniczym z pieprzonego hangaru na Mojave. Kogo tam obchodzimy?" Następnie pomyślał: "A co będzie, jeśli nie pozwolą mi tam wylądować?".
Gdyby nie wylądowali w Edwards, ich rekord nie zostanie zaliczony. Zgodnie z regułami Międzynarodowej Federacji Lotnictwa (FAI) rejestrującej rekordy lotnicze, aby rekord dotyczący lotu po zamkniętej trasie mógł być uznany, start i lądowanie muszą nastąpić w tym samym miejscu.
Dick wywołał wieżę kontroli lotów w bazie Edwards.
- Będziemy za dwadzieścia minut - powiedział. - Wiem, że macie tam duży ruch. Ale czy moglibyście mi zezwolić na lądowanie na obszarze zastrzeżonym?
Przyszło mu do głowy, że mógłby wylądować na oddalonej części wyschniętego jeziora, gdzie nikomu nie będzie przeszkadzał.
Odpowiedź przyszła natychmiast:
- Tu wieża Edwards, sir, odwołaliśmy dzisiaj wszystkie loty i czekamy na wasz powrót.
Dick był oszołomiony. Jak to? Odwołali loty ze względu na nas? Nic z tego nie rozumiał, ale w końcu spędził właśnie dziewięć dni bez możliwości normalnego snu wciśnięty w niewielką kapsułę, gdzie panował hałas na poziomie odgłosów przejeżdżającego pociągu towarowego. Nie miał pojęcia, że Voyager znalazł się w tym tygodniu na okładce "Newsweeka" opatrzonej tytułem "Niewiarygodny Voyager wykonuje lot dookoła kuli ziemskiej bez lądowania".
Gdy Dick przelatywał nad górami San Gabriel, widok przesłaniała mu gęsta warstwa chmur. Zbliżając się do południowego krańca kompleksu Edwards, spojrzał w dół. Spodziewał się zobaczyć beżowy teren bazy, tymczasem były tam nie tylko barwy beżowe, ale też czarne i srebrzyste. Wokół pasa startowego ujrzał tysiące ludzi, ciężarówki, anteny satelitarne i furgony mieszkalne. Przed olbrzymim hangarem NASA stał Boeing 747, którym kiedyś przetransportowano wahadłowiec na przylądek Kennedy'ego. Widok był doprawdy niezapomniany. Korzystając z pomocy Mike'a przy odliczaniu odległości kół samolotu od ziemi, Dick i Jeana przyziemili na pasie startowym po dziewięciu dniach, trzech minutach i czterdziestu czterech sekundach, przebywszy 42 410 kilometrów. Wydarzenie to było transmitowane przez telewizję na żywo na cały świat.
Dick zakomunikował zespołowi naziemnemu Voyagera, że nie chce, by ktokolwiek podbiegał do samolotu, zanim inspektor FAI oficjalnie nie potwierdzi, że lot został zakończony prawidłowo. Cały czas męczyły go koszmary, że wykonuje rekordowy lot, a rekord nie zostaje uznany. Dick otworzył pokrywę kabiny i zobaczył istne pandemonium - z kamerami, mikrofonami i napierającym tłumem.
Teraz stanął przed nowym problemem - nie był pewien, czy od razu będzie mógł chodzić. Podciągnął się, wygramolił z kabiny i usiadł na górnej części samolotu. Jego nogi były miękkie jak makaron; przez dziewięć dni pozostawania w bezruchu mięśnie zupełnie zwiotczały. Posunąwszy się nieco dalej na kadłubie, wyprostował nogi i poruszał nimi. Nie dopuszczał myśli, że trzeba go będzie wynosić z samolotu - ucierpiałaby wówczas jego reputacja pilota myśliwskiego. Postanowił, że będzie tak siedział i machał nogami, to naprężając, to rozluźniając ich mięśnie. Odkładając tę chwilę tak długo, jak tylko mógł, Dick - już w swym czarnym, kowbojskim kapeluszu - opuścił się ostrożnie na płytę lotniska.
Pierwszym w kolejce do wyściskania go był Burt. Był 23 grudnia - i to był najwspanialszy ze wszystkich prezent bożonarodzeniowy.
Jednak nowy rok przyniósł zupełnie odmienne nastroje. 28 stycznia 1986 roku wahadłowiec Challenger rozpadł się 73 sekundy po starcie i zginęło wszystkich siedmioro astronautów znajdujących się na jego pokładzie, w tym nauczycielka szkoły średniej. Śledztwo wykazało, że wypadek był spowodowany po części usterką mechaniczną, a po części błędnym zarządzaniem. Członkowie komisji Rogersa, wyznaczeni do zbadania przyczyn katastrofy, ustalili między innymi, że kierownictwo NASA niewłaściwie szacowało poziom ryzyka. Wchodzący w skład komisji Richard Feynman, fizyk z Caltechu i laureat Nagrody Nobla, doszedł do wniosku, że "zarząd NASA zawyża niezawodność swoich produktów do granic czystej fantazji".
Burt śledził pracę i ustalenia komisji jedynie z daleka. Głęboko w pamięć zapadły mu słowa pilota oblatywacza Chucka Yeagera, który go przypadkiem odwiedził. Yeager został wyznaczony do komisji i uczestniczył w jej pierwszym posiedzeniu, gdzie dyskusja skupiła się na gumowych pierścieniach uszczelniających wahadłowiec, które wykruszyły się w ujemnych temperaturach panujących wcześnie rano w dniu startu (na jednym z posiedzeń Feynman wziął po prostu jeden z takich pierścieni i umieścił go w wodzie z lodem, demonstrując naocznie, że materiał, z którego był wykonany, traci swą elastyczność pod wpływem zimna). Yeager, człowiek odważny, lecz niezbyt cierpliwy, przysłuchiwał się obradom, które przeciągnęły się na wiele godzin. Zorientowawszy się, że NASA zamierza ograniczyć loty wahadłowców na długie lata, wyszedł z sali ze stanowczym postanowieniem, że już tam więcej nie wróci. Zapytany na korytarzu, dlaczego wychodzi, wypalił:
- Dajcie mi jeden ciepły dzień, to sam polecę tym kurewstwem.
Yeagera można było nie lubić za wiele rzeczy - był niesamowicie zarozumiały - lecz Burt podziwiał go za odwagę ducha. Chuck wsiadł sobie do samolotu w kształcie pocisku kalibru .50 i poleciał w nieznane, wyciskając z X1 większą prędkość, niż udało się osiągnąć jakiemukolwiek innemu pilotowi. Burt wiedział, że jego brat ulepiony jest z tej samej gliny. Wszystko, czego Dick kiedykolwiek pragnął, to dokonać jakiegoś wielkiego wyczynu lotniczego. I to właśnie mu się udało. Pracująca na pustyni grupa śmiałków, nie bacząc na logikę i głosy sceptyków, doprowadziła do historycznego lotu. Tymczasem Burt, którego zaczęto nazywać Magikiem z Mojave, w rękawie swojej dżinsowej kurtki miał jeszcze więcej sztuczek.
5. Kosmos i medycyna
Jadąc swym czarnym samochodem Trans Am po Massachusetts Avenue, Peter zwolnił, minąwszy wejście do Niekończącego się Korytarza, a następnie skręcił w Memorial Drive, ku Stratton Student Center, gdzie kiedyś pewnej pięknej, gwiaździstej nocy powstał SEDS. Po przeciwnej stronie ulicy znajdował się budynek 37, miejsce, gdzie opracowywano przełomowe technologie kosmiczne i gdzie bywali prawdziwi astronauci. W radiu leciało właśnie Don't Look Back grupy Boston. Spoglądając na MIT w tylnym lusterku, Peter przełknął łzy.
Peter ukończył MIT w czerwcu 1983 roku, uzyskując licencjat z biologii molekularnej. Zajmował się tam niesamowicie ekscytującymi rzeczami, od przygotowywania eksperymentów, które miały być przeprowadzone w przestrzeni kosmicznej, po inżynierię genetyczną. Następnie zdecydował się na studia medyczne. Został w trybie wczesnej rekrutacji przyjęty do Stanford, co go ucieszyło ze względu na warunki klimatyczne w Palo Alto; tymczasem, gdy latem wędrował z plecakiem po Grecji, dowiedział się, że dostał się do Harvard Medical School, a konkretnie na studia w ramach programu MDHST (Health Science and Technology, Medycyna i Technika Medyczna), co Peterowi bardzo odpowiadało jako "medycyna dla technicznych maniaków". Studia HST na Harvardzie były w rzeczy samej jego pierwszym wyborem, ale nie sądził, że ma jakiegokolwiek szanse, gdyż przyjmowano na nie co roku zaledwie dwudziestu pięciu studentów.
Peter musiał przywyknąć do wielu rzeczy. Szybko się przekonał, że powiedzenie komuś, iż uczy się w Harvard Medical School, ma efekt równy "zrzuceniu bomby H". Nie sposób było wymienić tej nazwy, by nie wyjść na snoba. Do plusów należało to, że wywierała ona odpowiedni efekt, gdy przychodziło do podrywania dziewczyn, choć znalezienie czasu na to, by pójść gdzieś z kimś, było na tych studiach równie trudne jak wyspanie się. Do szkoły medycznej szło się z kampusu Harvard University około piętnastu minut przez Charles River. Jej epicentrum stanowił tak zwany Quad - porośnięty trawą teren otoczony pięcioma budynkami o marmurowych fasadach ułożonymi w kształt podkowy. Na pierwszym roku Peter mieszkał na kampusie w akademiku Vanderbilt Hall. Wokół zabudowań szkoły medycznej znajdowały się szpitale. Peter był pod wrażeniem tradycji szkoły oraz jej wielokilometrowych podziemnych korytarzy. Przy tych rzadkich okazjach, kiedy znalazł czas na umówienie się z dziewczyną, proponował jej wspólne zwiedzanie muzeum znajdującego się nad budynkiem administracyjnym szkoły. Muzeum Anatomiczne Warrena przedstawiało szczegółowo historię medycyny i zawierało mnóstwo eksponatów - niektóre z nich były wręcz makabryczne - w tym zestawy narzędzi chirurgicznych z XIX wieku, pierwsze modele mikroskopów i obrazy mikroskopowe, gipsowe odlewy twarzy sporządzone na potrzeby frenologii, prawych dłoni wielkich chirurgów oraz aparaty sterylizacyjne stosowane w zamierzchłych czasach chirurgii. Największe wrażenie robiła czaszka niejakiego Phineasa Gage'a, człowieka, który przeżył po okropnym wypadku, kiedy stalowy pręt przeszył mu głowę na wylot.
Jednak pierwszym prawdziwym szokiem były zajęcia z anatomii. Gdy Peter wraz ze swym laboratoryjnym partnerem dostał do wyboru zwłoki drobnej, starszej kobiety albo potężnego mężczyzny, wybrał trupa staruszki w nadziei, że wykonanie sekcji małego ciała będzie łatwiejsze. Peter nazwał ją Ciocią Molly. Kobieta zmarła w wieku siedemdziesięciu trzech lat na raka trzustki. Pierwszego dnia sekcji Peter i jego partner przykryli twarz i ręce Molly płótnem, aby ją "zdepersonalizować". Rozcięli jej klatkę piersiową, a następnie, co Peter uznał za skrajnie nieprzyjemne doznanie, przepiłowali jej żebra ręczną piłką. Wkrótce z kolei polecono im wypreparować obszar pachwiny cioci Molly, a potem zrobić sekcję ramienia i dłoni. Zanim jeszcze przystąpili do sekcji ramienia, profesor przechodził od stołu do stołu, demonstrując prawidłowo wypreparowaną rękę na tacy. Peter i jego partner położyli na otwartej, jak gdyby błagalnie wyciągniętej dłoni, pięciocentową monetę, co wywołało parę chichotów. W trakcie sekcji Petera zdumiała wręcz perfekcyjna biomechanika ramienia, nadgarstka oraz dłoni z misternie i precyzyjnie rozmieszczonymi mięśniami ręki i przedramienia, jak również pasmami tkanki łącznej, ścięgnami, stawami i nerwami. Przypomniał sobie protezę ręki, jaką Luke Skywalker otrzymał w filmie Imperium kontratakuje, a także robotyczne ramiona, które konstruował w swoim pokoiku na piętrze w Great Neck. Budowę ludzkiej ręki zawsze uważał za coś graniczącego z cudem.
Gdy przyszedł dzień, kiedy trzeba było odsłonić twarz cioci Molly, Peter zawahał się. Pod względem psychologicznym była to bodaj najtrudniejsza część tych zajęć. Po odsunięciu płótna studenci mieli zdjąć skórę z twarzy. Później Peter musiał otworzyć czaszkę Molly, przecinając ją piłą tarczową wzdłuż linii biegnącej nieco ponad dwa centymetry powyżej ucha wokoło całej głowy. Peter pracował metodycznie, wyjmując mózg i badając nerwy czaszki, naczynia krwionośne oraz inne elementy składowe mózgu, od neuronów i dendrytów po synapsy. Stwierdził, że jej tkanka przypomina półtwardy ser. Smród był okropny, ale to widok wnętrza czaszki był czymś, o czym od razu wiedział, że nigdy go nie zapomni. Uderzyło go, jak w tym maleńkim mózgu, szarym i śliskim niczym kamień dopiero co wyjęty z rzeki, ważącym jedynie 1350 gramów, mogły się mieścić wszystkie myśli, wspomnienia, umiejętności, popędy, dążenia i pragnienia cioci Molly. Całe życie Molly rozgrywało się w obrębie tego narządu, dopóki pewnego dnia nie zostało po prostu wyłączone. Jej wspomnienia zawarte w strukturach połączeń synaptycznych między neuronami były teraz zablokowane na tym twardym dysku z organicznej tkanki i nikt już nigdy nie będzie miał do nich dostępu. Peter, który ostatnio kupił sobie jeden z pierwszych komputerów osobistych IBM z dwoma napędami pięciocalowych dyskietek, mógł tworzyć kopie bezpieczeństwa swoich plików, ale wiedział, że nie ma żadnego sposobu, by wykonać zapasową kopię ludzkiego umysłu. I to, co właśnie trzymał w ręku, wzbudzało w nim ogromny podziw, ale jednocześnie niezmierny smutek.
Walczyć o życie pacjenta przyszło mu po raz pierwszy na praktykach na trzecim roku podczas dyżuru w budynku Bakera Massachusetts General Hospital. Była może trzecia nad ranem i Peter próbował nieco się zdrzemnąć na łóżku polowym. Ze snu wyrwał go nagle przeraźliwy sygnał "kod blue Baker pięć" oznaczający, że u kogoś na piątym piętrze doszło do zatrzymania akcji serca. Peter rzucił się po schodach i pierwszy dobiegł do łóżka mężczyzny, u którego dzień wcześniej została przeprowadzona operacja na otwartym sercu. Natychmiast podjął pośredni masaż serca. Mostek pacjenta trzeszczał przy każdym ucisku, a Peterowi kołatała w głowie jedna myśl: "Mój Boże, to się dzieje naprawdę!".
Wykonywać masaż serca u żywego człowieka to było coś zupełnie innego niż na manekinie. Na całe szczęście ta noc zakończyła się szczęśliwie. Były i inne momenty, kiedy Peter czuł się bezsilny i do głębi poruszony. Miał do czynienia z szesnastolatką o twarzy anioła, którą zaatakował chłoniak i nie dawano jej żadnych szans na przeżycie. Widział przedwcześnie urodzone dzieci walczące, by żyć. Zaprzyjaźnił się z pewnym bezdomnym mężczyzną o zaropiałych oczach, alkoholikiem z niewydolnością wątroby, który okazał się absolwentem Harvardu i kiedy był trzeźwy, prowadzili ze sobą bardzo poważne rozmowy. Peter opiekował się też słabowitym, starszym pacjentem z niedrożnością jelit i nieraz musiał wkładać rękawiczki, by przepychać kał w jego odbytnicy. Zrobił pierwszą w życiu punkcję lędźwiową, a potem pierwsze badanie gruczołów mlekowych w piersiach. Zauważył, że wcześniej zupełnie zdrowi mężczyźni przychodzą z wyniszczającymi infekcjami, jak zapalenie płuc czy mięsak Kaposiego. Były to pierwsze zdiagnozowane przypadki HIV/AIDS. Wokół tej choroby szybko wytworzyła się atmosfera strachu i histerii - religijna prawica nazwała ją "karą boską dla homoseksualistów" - a Peter obserwował to wszystko, będąc na pierwszej linii. Przy każdym pacjencie, niezależnie od tego, co mu dolegało, przychodziły mu do głowy te same trzy myśli: "Gdyby tylko oni zdawali sobie sprawę, jak mało wiem. robię doprawdy wszystko, co mogę. mam nadzieję, że niczego nie spieprzę".
Zasadniczym problemem było to, że Peter nie lubił tego, co robi. Niekiedy zasypiał na sali wykładowej nie tylko ze zmęczenia, ale i dlatego, że większość wykładów była dla niego nużąca i nieciekawa. Uważał, że uczelniane laboratorium anatomiczne wygląda tak, jak gdyby zostało żywcem przeniesione z czasów wojny secesyjnej. Zapisawszy się na wykład patologii, stwierdził, że jest to mniej więcej to samo, co już przerabiał w siódmej klasie. Jednym z tematów, który autentycznie go wciągnął (i na który w programie przeznaczono stanowczo za mało czasu), było migotanie przedsionków, gdzie na zajęciach studenci dokonywali głębokiej matematycznej analizy, co sprawiło, że Peter pomyślał: "Ależ to jest coś naprawdę interesującego".
Pewnego razu, wraz ze swym partnerem z laboratorium, wypadł z zajęć anatomii, by wziąć udział w posiedzeniu rady, w której zasiadali studenci i wykładowcy, tylko po to, by stwierdzić, że żaden z wykładowców się nie zjawił. Jego koledzy z roku na studiach HST stanowili eklektyczną grupę, w której był zawodowy surfer, były klaun z cyrku Ringling Brothers oraz osiemnastoletnie "cudowne dziecko" z Kolumbii - wszyscy oni wiedzieli o tym, co Peter nazywał swoją "chorobą na kosmos".
Jednym z najbardziej pociągających Petera aspektów studiów HST było to, że Harvard Medical School współpracowała z MIT, wprowadzając elementy inżynierskie do tradycyjnego programu nauczania medycyny. Studenci najpierw uczyli się o ludzkim sercu, a następnie pod okiem profesorów z MIT budowali elektroniczny obwód modelujący pracę serca.
Ale kiedy tylko mógł, Peter pędził co tchu do Man Vehicle Laboratory na MIT, by na ochotnika brać udział w prowadzonych tam badaniach i być na bieżąco ze szczegółami nowych projektów kosmicznych. Wciąż stał na czele SEDS, które w połowie lat 80. posiadało już około 110 oddziałów, w tym nowy oddział założony przez niego w Harvard Med. Urządzał w MIT imponujące, szeroko zakrojone imprezy poświęcone tematyce kosmicznej, zapraszając na nie nie tylko studentów i wykładowców, ale i kadrę zarządzającą z NASA, Boeinga oraz Lockheeda. Gdy pewnego wieczoru wracał autobusem do Harvardu, zapisał w swoim dzienniku: "Jakże wiele bym dał, aby wyswobodzić się z oczekiwań w stosunku do mnie. Czyżbym robił to, co robię, tylko po to, by zadowolić Tatę?".
Jakkolwiek uczelnia medyczna była dla niego wypełnieniem obowiązku wobec rodziny, który wziął górę nad pasją, w głębi duszy Peter cały czas wierzył, że dyplom lekarski przybliży go do kosmosu. Szczegółowo rozeznawszy tę kwestię, ustalił, że w sytuacji, gdy nie zamierza być pilotem myśliwca, właśnie taki dyplom może się stać dla niego przepustką do korpusu astronautów. Argumentował, że dzięki niemu przynajmniej się dowie, jak przedłużyć ludzkie życie na tyle, by doczekać chwili, kiedy postęp technologiczny pozwoli urzeczywistnić jego marzenie o podróżach kosmicznych dostępnych dla każdego. Im dłużej będzie żył, tym większa szansa na to, że poleci w kosmos. Podobała mu się też wizja bycia wszechstronnym niczym chłopiec, który kiedyś odgrywał trzy role naraz w jego teatrzyku skautowskim. Najnowszym fikcyjnym bohaterem Petera był Buckaroo Banzai z Przygód Buckaroo Banzai. Przez ósmy wymiar. Buckaroo był wybitnym neurochirurgiem, fizykiem wysokich energii, kierowcą wyścigowym i gwiazdą rocka. Skoro Buckaroo opanował do perfekcji aż tyle umiejętności, to dlaczego jemu miałoby się to nie udać?
Siedząc w amfiteatrze A Harvard Medical School, Peter przysłuchiwał się, jak wykładowca omawia rozdawane właśnie formularze. Studenci mieli je wypełnić, podając, gdzie chcieliby odbywać staże i rezydentury po czwartym roku. Peter zdał pierwszą część swoich egzaminów kwalifikacyjnych i czekała go część druga pod koniec czwartego roku. Jeśli ją zda, będzie mógł rozpocząć staż, a po jego zakończeniu przystąpić do trzeciej części egzaminów, by uzyskać licencję uprawniającą go do praktykowania zawodu lekarza. Potem przyjdzie kolej na rezydenturę, w ramach której będzie związany z jednym szpitalem od dwóch do siedmiu lat, w zależności od specjalizacji lekarskiej.
Peter przyjrzał się formularzom. Skąd, u licha, miał wiedzieć, w którym szpitalu chciałby pracować? Jaką ma wybrać specjalizację? "Przecież ja chcę po prostu budować rakiety" - pomyślał sobie.
Przez cały pierwszy i drugi rok, a nawet teraz, w gorącym okresie praktyk klinicznych na trzecim roku, udawało mu się poświęcać studiom medycznym jedynie część swojego czasu. Kierował SEDS, prowadził badania w MVL i organizował ogólnokrajowe konferencje kosmiczne. A kosmos stawał się dostępny na wyciągnięcie ręki. Wahadłowce latały coraz częściej - od dwóch lotów w 1981 roku do dziewięciu teraz, w 1985 roku. Papiery, które miał właśnie przed sobą, wywoływały w nim narastającą panikę. Zdawał sobie sprawę, że w żaden sposób nie pogodzi medycyny i kosmosu jako stażysta w szpitalu bądź lekarz rezydent. Groziło to tym, że zrobi błąd, w którego konsekwencji ktoś straci życie. A w najlepszym przypadku będzie po prostu lekarzem sfrustrowanym przez brak nadziei, że kiedykolwiek zrealizuje swoje marzenia. Zatopiony w myślach nawet nie zauważył, że wszyscy już wyszli z ogromnej sali i pogaszono światła. Wrzuciwszy papiery do plecaka, pełen niepokoju i irytacji, skierował się do biur administracji. Miał w głowie pewien dalekosiężny plan.
Spytał portiera, czy może zadzwonić do Man Vehicle Lab na MIT. Musiał jak najszybciej porozmawiać ze swoim "Obi-Wanem Kenobi", dyrektorem laboratorium, dr. Larrym Youngiem. Miał szczęście - dr Young jeszcze nie wyszedł. Peter spokojnie wyjaśnił mu swoją sytuację na Harvardzie i spytał:
- Czy nie ma jakiegoś sposobu, abym mógł wrócić na MIT i zrobić magisterium lub doktorat według planu 16?12
Zamierzał wziąć urlop na Harvardzie, by w tym czasie odbyć studia w ramach programu inżynierii lotniczej i kosmicznej na MIT, odkładając na później ostateczne decyzje dotyczące medycyny. Doktor Young powiedział Peterowi, że będzie musiał aplikować normalnym trybem, niemniej pomoże mu przyspieszyć procedurę rekrutacyjną. Widząc zaangażowanie Petera w prace laboratorium, niejednokrotnie zastanawiał się, kiedy porzuci on medycynę na rzecz kosmosu.
Fascynacja samego Larry'ego Younga kosmosem zaczęła się 4 października 1957 roku, gdy na orbitę okołoziemską został wystrzelony Sputnik, pierwszy sztuczny satelita Ziemi wielkości nadmuchiwanej piłki plażowej. Young płynął właśnie statkiem pasażerskim do Francji, gdzie miał studiować matematykę stosowaną na Sorbonie jako stypendysta Fulbrighta. Tego wieczoru, kiedy dotarł do Francji, wszyscy wpatrywali się w niebo i pilnie słuchali przenośnych radioodbiorników. Pod wpływem impulsu Young postanowił zmienić zainteresowania i zająć się kosmosem. Zapytany dlaczego akurat kosmosem odpowiadał:
- To jest trochę tak jak z zakochaniem się. Człowiek nie potrafi wytłumaczyć tego racjonalnie, ale wie od razu, że to jest to.
Odtąd jeździł samochodem z rejestracją 2MARS. Jego student, Byron Lichtenberg, został pierwszym amerykańskim specjalistą ładunku, a wiele eksperymentów opracowanych w MVL przeprowadzono podczas misji wahadłowców. Young zobaczył w Peterze inteligentnego i pełnego entuzjazmu młodzieńca, który miał doniosłe pomysły jeden po drugim, a oczy świeciły mu się bardziej niż u kogokolwiek innego ze znanych mu ludzi.
Choć Harvard był interesujący, powrót na MIT okazał się dla Petera wielkim świętem. Zajmował się teraz dokładnie tym, czym chciał się zajmować - techniką aerokosmiczną. Rodziców zapewnił, że po prostu chce zrobić drugi dyplom, a potem wróci na medycynę. Tu, w laboratoriach i salach wykładowych, otaczały go prawdziwe turbiny, symulatory lotu oraz modele i fotografie samolotów i rakiet. Nawet dwusemestralny wykład z inżynierii ogólnej, który był postrachem studentów na drugim roku, okazał się pobudzającym go do myślenia wyzwaniem. Peter był cztery lata starszy od swoich kolegów z roku i siadywał w pierwszym rzędzie, ucząc się formuł matematycznych i fundamentalnych praw mechaniki ciała stałego, materiałoznawstwa, mechaniki płynów, termodynamiki i teorii silników. Ze względu na to, że przedmiot ten obejmował ogromną ilość wiedzy interdyscyplinarnej, studenci zmuszeni byli pracować nad problemami zadanymi do samodzielnego rozwiązania grupowo. Peter wrócił na stare śmieci, do bractwa Theta Delta Chi i znalazł tam nową grupę kompanów do wspólnej nauki. Wieczorami urządzali sobie również dla wytchnienia wypady do kina - między innymi na najnowszy film z Jamesem Bondem Zabójczy widok - oraz imprezy z tańcami do muzyki w stylu go-go, które przeciągały się do białego rana. Niekiedy Peter żałował, że dotąd nie ma żadnej dziewczyny, ale szybko dochodził do wniosku, iż miłość musi poczekać.
Wkrótce po powrocie na MIT Peter spotkał się z dr. Youngiem, by omówić z nim swój pomysł na temat pracy magisterskiej. Interesowały go sposoby na wytworzenie sztucznej siły ciążenia, która zapobiegłaby zwiotczeniu mięśni, zubożeniu zawartości wapnia w kościach i innym znanym fizjologicznym skutkom stanu nieważkości. Przedstawił dr. Youngowi koncepcję rotującej koi, która mogłaby zapewniać grawitację podczas snu astronauty.
Każdy dłuższy pobyt ludzi w przestrzeni kosmicznej wymaga stworzenia sztucznej grawitacji lub stosowania innych sposobów na przezwyciężenie skutków stanu nieważkości, na przykład intensywnych ćwiczeń. Kondycja astronautów ze Skylaba, stacji kosmicznej NASA, która krążyła wokół Ziemi w latach 1973- -1979, po ich powrocie na Ziemię okazywała się znacznie gorsza niż przed startem na orbitę. Oficjalny raport lekarza badającego Owena Garriotta i Williama Pogue'a - którzy ustanowili wówczas rekord liczby miesięcy spędzonych w kosmosie - stwierdzał: "Jeśli nie podejmie się odpowiednich środków zaradczych, to podczas długich lotów kosmicznych trwających od półtora roku do trzech lat, funkcje układu kostno-mięśniowego ulegną upośledzeniu". Oprócz zaniku mięśni i ubytku masy kostnej astronauci doznawali zaburzeń równowagi, które utrzymywały się nawet po ustąpieniu wszystkich innych symptomów. Niektórzy potykali się w ciemności, gdy nie mieli punktów orientacyjnych wskazujących kierunek pionu i próbowali chwytać przedmioty, jak gdyby unosiły się wokół nich, tak jak to było na stacji kosmicznej.
Zarówno Konstanty Ciołkowski, jak i Wernher von Braun snuli wizje olbrzymiej stacji kosmicznej w kształcie pierścienia, który byłby wprawiany w ruch obrotowy, aby wytworzyć sztuczne ciążenie. Z kolei w ramach programu badawczego rozpoczętego w NASA Ames Research Center w rok po zakończeniu misji Skylaba zaproponowano kolistą stację kosmiczną rotującą w tempie jednego obrotu na minutę, co wystarczyłoby, by siła odśrodkowa na obrzeżu koła - gdzie znajdowałyby się pomieszczenia mieszkalne - odpowiadała sile przyciągania grawitacyjnego na powierzchni Ziemi. W filmie 2001: Odyseja kosmiczna statek Discovery One wyposażony jest w olbrzymią wirówkę w przedziale załogi.
Doktorowi Youngowi przypadł do gustu temat zaproponowany przez Petera, ale chciał usłyszeć od niego więcej szczegółów. Jego samego niepokoił zwłaszcza wpływ nieważkości na ucho wewnętrzne astronauty. Na szczęście Peter doznał olśnienia. Będąc na spacerze z mamą, tatą i siostrą, którzy odwiedzili go na MIT, nagle wpadł na rozwiązanie, gdy przechodzili koło dziecięcego placu zabaw. Tulę, która za każdym razem, gdy widziała się z synem, pytała go, czy nie spotkał jakiejś ładnej Greczynki, ucieszyło, że Peter przystanął i przyglądał się dzieciom. Ale zainteresowały go nie dzieci, lecz okrągła platforma z poręczami obracająca się jak karuzela. Jego mózg zaczął pracować na najwyższych obrotach - siła odśrodkowa, siła powstająca za sprawą ruchu obrotowego, jest funkcją kwadratu prędkości i odległości od środka obrotu. W samym środku obrotu przyspieszenie wynosi zero. I jeśli głowa astronauty, a konkretnie jego narząd równowagi, znajdzie się w tym punkcie, na ucho wewnętrzne nie będzie działać żadne przyspieszenie wzdłuż osi. Peter chwycił siostrę za rękę i podbiegł do karuzeli. Namówiwszy jakoś znajdujące się na niej dzieci na chwilę przerwy w zabawie, poprosił siostrę, by położyła się na wznak z głową w środku okrągłej platformy. Na próżno próbowała protestować, ale w głębi ducha była zadowolona. To był przecież cały Peter, chłopiec, który tak często toczył wokoło roztargnionym, nieobecnym wzrokiem. Najpierw to ona kręciła się, zamknąwszy oczy, potem przyszła kolej na jej brata, który zszedł dopiero wtedy, gdy wokół karuzeli zebrała się grupa matek rzucających ku nim gniewne spojrzenia. Wróciwszy wieczorem na uczelnię, Peter krótko opisał swoją ideę. Potrzebował czegoś na tyle małego, by mieściło się w luku towarowym wahadłowca, a potem mogło funkcjonować na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, o której rok wcześniej mówił prezydent Reagan i której pierwsze moduły podobno były gotowe do wyniesienia na orbitę. Peter zapisał w swoim dzienniku: "A może by tak podawać dawkę grawitacji niczym lekarstwo we śnie?". W następny czwartek w laboratorium MVL Peter omówił szczegóły swojej koncepcji z dr. Youngiem, pokazując mu trzy rysunki - obrotowej tarczy w podłodze, obrotowej tarczy umieszczonej w strefie magazynowej w bocznej części statku i obrotowej tarczy, której usytuowanie można dowolnie zmieniać. Nazwał to AGS (Artificial Gravity Sleeper - sztuczna grawitacja w śnie).
- Jeśli umieścić astronautę na wirówce, to nie może on jednocześnie zajmować się niczym innym - mówił podekscytowanym głosem. - Natomiast gdy będzie on poddawany rotacji podczas snu, wpłynie to pozytywnie zarówno na jego układ sercowo-naczyniowy, jak i na odporność organizmu.
Doktor Young przyjrzał się rysunkom i powiedział:
- To wcale niegłupi pomysł.
Wciąż jednak miał wątpliwości, czy da się spać, będąc poddawanym rotacji. Peter przekonywał go, że testował to na sobie na placu zabaw i raz nawet zdrzemnął się, leżąc na obracającej się platformie. Argumentował, że skoro człowiek może spać w polu grawitacyjnym, siłę ciążenia można potraktować jako lekarstwo i podawać ją w dawkach po cztery, sześć godzin. W kosmosie siła odśrodkowa rotującej koi będzie działać na śpiącego w niej człowieka niczym grawitacja, zmuszając jego organizm do wysiłku, którego pozbawiony jest w warunkach nieważkości, przy czym głowa astronauty będzie się znajdować w pobliżu środka obrotu (niczym w środku obracającej się na gramofonie płyty), gdzie siła odśrodkowa jest bliska zeru.
Peterowi udało się pozyskać 50 tysięcy dolarów w postaci grantów od Space Foundation, NASA, National Institutes of Health, American Heart Association oraz wydziału aerokosmicznego MIT. Przystąpił zatem do budowy obmyślonej przez siebie obrotowej, kosmicznej koi napędzanej silnikiem elektrycznym. Sporządzał rysunki techniczne, robił niezbędne obliczenia i własnoręcznie konstruował urządzenie, które w istocie było wirówką o promieniu dwóch metrów. Koja, która mogła osiągać 40 obrotów na minutę, co zapewniało przyspieszenie rzędu 3 g, została wykonana z ażurowego aluminium i wyposażona w przeciwwagi oraz system telemetryczny przesyłający sygnały za pośrednictwem pozłacanych pierścieni ślizgowych do monitorowania stanu śpiącego w niej człowieka. AGS był osadzony na koncentrycznych rurach stalowych o średnicy 6 i 8 cali połączonych ze sobą za pomocą hermetycznych łożysk kulkowych. Peter zaoferował studentom MIT po trzydzieści dolarów za przespanie całej nocy w rotującej koi. Jego przyjaciel Todd B. Hawley, kierujący jednym z oddziałów SEDS, był jego pierwszym i najlepszym ochotnikiem, spędzając w tym urządzeniu dziewięć nocy z rzędu. Peter zanotował w swoim dzienniku obserwacyjnym: "Wprost zdumiewa mnie, że to działa! TBH faktycznie przesypia w tym dobrze całą noc. Todd naprawdę fantastycznie współpracuje i na nic się nie skarży". Jakość snu Peter oceniał na podstawie bezpośredniej obserwacji oraz odczytów przyrządów. Pewnego dnia zaszedł do niego sam dr Young i wyraził chęć wejścia do urządzenia. Przebywał w nim przez kilka minut, a po wyjściu stwierdził, że to wspaniałe uczucie. Gdy potem Peter ponownie włączył zasilanie, jedna z rur wysunęła się ze swojego kołnierza i cała konstrukcja zawaliła się. Peter był przerażony, gdy uświadomił sobie, że mógł przecież zabić swojego "Obi-Wan Kenobiego" z MVL, ale szybko naprawił urządzenie i kontynuował eksperymenty. Skonstruował również przyrząd do ćwiczeń fizycznych, rowerowy ergometr z pedałami, którymi astronauta mógł kręcić, leżąc na plecach. Podczas tych wszystkich prac Peter upajał się każdą sekundą. Znów czuł się tak, jak wtedy, gdy jako chłopiec budował rakiety Estes i robił doświadczenia chemiczne. Tyle że teraz zajmował się czymś, co mogło ułatwić ludziom życie w kosmosie.
W kwietniu 1987 roku Peter, Todd Hawley i Bob Richards zorganizowali konferencję poświęconą swemu nowemu, jeszcze bardziej ambitnemu zamierzeniu - utworzeniu uniwersytetu kosmicznego zajmującego się badaniami kosmosu pod każdym możliwym względem. "Peterbobtodd", owa sławetna "banda trzech", od wielu lat rozważała możliwości założenia takiej uczelni kształcącej na poziomie magisterskim. Chodziło im o stworzenie niekomercyjnej, pozarządowej instytucji edukacyjno-badawczej w zakresie szeroko pojmowanej problematyki kosmicznej. W trójkę liczyli na to, że ich dotychczasowe dokonania - SEDS i popularne ogólnokrajowe imprezy propagujące kosmos - zapewnią im wiarygodność oraz niezbędne kontakty. I to zadziałało. W ciągu trzech kwietniowych dni do Stratton Student Center na MIT, miejsca, w którym powstało SEDS, zjechały setki ludzi. Peter, który za dziesięć miesięcy miał otrzymać magisterium, a za rok zostać lekarzem, również tym razem otrzymał pełne poparcie od rektora MIT Paula Graya, i na konferencję przybyły oficjalne delegacje i członkowie kierownictwa nie tylko NASA i Europejskiej Agencji Kosmicznej, ale i instytucji kosmicznych ze Związku Radzieckiego, Kanady, Japonii i Chin.
W ceremonii otwarcia konferencji wzięło udział ponad pięćset osób. Peter przywitał uczestników Konferencji Założycielskiej Międzynarodowego Projektu Uniwersytetu Kosmicznego i wygłosił płomienną mowę o stanie amerykańskiego programu kosmicznego, przypominając, że po lądowaniu Apolla 11 na Księżycu NASA powołała grupę ekspertów, której zadaniem było nakreślenie trzech wariantów - szybkiego, umiarkowanego i powolnego - kontynuacji badań kosmicznych po zakończeniu programu Apollo.
- Chronologia przewidziana w szybkim wariancie odpowiada mniej więcej temu, co można przeczytać w dzisiejszych opowiadaniach fantastycznonaukowych - powiedział Peter. - Natomiast najwolniejszy z trzech scenariuszy zawiera następujące daty realizacji kolejnych etapów: stacja kosmiczna i wahadłowce: 1977, kosmiczny holownik: 1981, księżycowa stacja orbitalna: 1981, baza na powierzchni Księżyca: 1983, baza kosmiczna na pięćdziesiąt osób: 1984, ekspedycja na Marsa: 1986, baza kosmiczna na sto osób: 1989. A co faktycznie z tego wszystkiego zostało zrealizowane w ciągu ostatnich osiemnastu lat? - zapytał. - Nadszedł czas, by przywrócić siłę napędową oraz wspaniałe wizje, które wyprowadzą ludzkość w kosmos, a tą siłą napędową jesteście wy wszyscy, studenci na całym świecie. I tu właśnie, jak ja to rozumiem, ISU ma największą rolę do odegrania.
Zamknięte sesje odbywały się pod przewodnictwem znanych osób, takich jak Byron Lichtenberg, były amerykański minister lotnictwa John McLucas oraz Joe Pelton, dyrektor Intelsatu, rządowego konsorcjum zarządzającego satelitami telekomunikacyjnymi. Omawiano na nich szeroki zakres tematów - od określenia generalnej misji uniwersytetu po szczegóły programów nauczania, jakie miałby on oferować. Przy tym to właśnie Todd od początku nalegał, aby uniwersytet miał charakter w pełni międzynarodowy.
Peter, Todd i Bob zasiadali u końca długich stołów w gronie dostojnie się prezentujących menedżerów i profesorów oraz uważnie słuchających studentów. Planowali uruchomić swój uniwersytet latem przyszłego 1988 roku, zaczynając od ośmiotygodniowego semestru inauguracyjnego. W początkowym okresie przewidywali wynajmowanie pomieszczeń kampusowych i zwerbowanie kadry z ich własnych uczelni. W dalszych planach mieli budowę swojego, stałego kampusu, niemniej marzyli o kampusie w kosmosie. Zgodę znamienitego kandydata na rektora już uzyskali. Miał nim zostać nie kto inny, jak Wujek Arthur - Arthur C. Clarke.
Już po raz drugi Peter wychodził z centrum studenckiego z poczuciem, że właśnie zaczął coś wielkiego. Krok po kroku wszystkie jego wysiłki powinny przynieść owoce. Jego zadaniem było przyciągnąć i zainspirować do działania nowe pokolenie kosmicznych marzycieli. Po katastrofie wahadłowca Challenger, do której doszło rok wcześniej - Peter oglądał jego start w wewnętrznej sieci telewizyjnej MVL - podejmowanie ryzyka z rzeczy chwalebnej stało się czymś niedopuszczalnym. "Porażka nie wchodzi w grę", powtarzano w NASA niczym mantrę. W każdym razie aktualnie nic nie latało - program wahadłowców został zawieszony. Wygłaszano jedynie patetyczne mowy, szukano winnych i nieustannie debatowano. Powoływano rozmaite komisje, tworzono wszelakiego typu raporty i odbywano zebrania. Odwaga przegrała ze skrajną ostrożnością.
Późnym wieczorem, po zakończeniu trzydniowej konferencji, Peter wziął do ręki książkę, którą dopiero co skończył czytać. Był to Atlas zbuntowany Ayn Rand. Dostał ją od Todda i teraz stanowiła dla niego niemal gotowy plan działania. Wstrząsnęła nim wizja, co się dzieje ze światem, gdy najbardziej produktywni członkowie społeczeństwa - myśliciele, twórcy, przedsiębiorcy - podejmują strajk. Co się stanie, zastanawiał się, gdy niewielka grupa myślicieli i kreatywnych jednostek niezadowolonych z polityki prowadzonej przez rząd stworzy wizję przyszłości, jakiej sami pragnęliby?
Peter raz jeszcze przerzucił pozaginane i pokreślone stronice sfatygowanego egzemplarza. Przypomniał sobie z satysfakcją, co mówił, otwierając konferencję na początku tygodnia: "Nadszedł czas, by przywrócić siłę napędową... tę siłę napędową stanowicie wy wszyscy".
Wertując książkę, natrafił na zaznaczony przez siebie cytat. Były to słowa Hanka Reardena, niestrudzonego przemysłowca, z którym się najbardziej utożsamiał, człowieka, który poświęcił dziesięć lat na prace nad wynalezieniem nowego rodzaju metalu oraz doznał przemiany wewnętrznej w miarę rozwoju zdarzeń. Peter przeczytał je na głos: "Całe to szaleństwo minie. Ono nie może trwać długo. Tracąc rozum, ludzie sami skazują się na porażkę. Przyjdzie nam jedynie przez jakiś czas nieco ciężej popracować i to wszystko".
Peter zdawał sobie sprawę, że również czeka go teraz ciężka praca nad wyznaczeniem swojej własnej drogi. Jego marzeniem był od zawsze kosmos, podczas gdy rodzice marzyli od zawsze, by został lekarzem. Pragnął uszanować rodzinną tradycję, lecz przy tym pozostać wiernym samemu sobie.
Podobną walkę o własną tożsamość toczył na jednym z ośnieżonych szczytów po drugiej stronie kraju mężczyzna o kilka lat młodszy od Petera. On również chciał odnaleźć swoje prawdziwe ja, przytłoczony brzemieniem słynnego nazwiska.
Peter w żadnej mierze nie przypuszczał jeszcze, że ów człowiek - i jego dziedzictwo - radykalnie wpłyną na jego życie.
6. Jak to jest być Lindberghiem
Przebudziwszy się o drugiej w nocy, dwudziestojednoletni Erik Lindbergh wyjrzał ze swojego namiotu na ośnieżonym zboczu Mount Rainier. Czarne niebo usiane było gwiazdami - jedne świeciły jaskrawo, inne słabo, a niektóre jakby przez mgłę - niczym wielki dywan z ornamentem ze świetlistych punkcików, które można było ze sobą połączyć w charakterystyczne kształty gwiazdozbiorów. Powietrze było nieruchome, góra drzemała. Młodzieniec zamknął oczy i odetchnął głęboko chłodnym powietrzem. Wiedział jedno - dzień, który ma przed sobą, na pewno nie będzie przebiegał spokojnie.
Owego wczesnego sierpniowego ranka w 1986 roku Erik przygotowywał się do zdobycia tej liczącej około 4400 metrów góry, najwyższego szczytu Gór Kaskadowych. Wejście na Mount Rainier nie miało być przełomowym, historycznym wydarzeniem, jak przelot jego dziadka Charlesa Lindbergha przez Ocean Atlantycki do Paryża w 1927 roku, który uczynił zeń bohatera i w owym czasie bodaj najsłynniejszego człowieka na świecie. Ale teraz pokonanie Mount Rainier było osobistym wyzwaniem dla Erika, jego Paryżem. Starał się trzymać z dala od wszystkiego, co byłoby w nazbyt oczywisty i przewidywalny sposób "lindberghowskie". Jeden z przyjaciół próbował go namówić na wyrobienie licencji pilota, lecz Erik uznał, że byłoby to zbyt trywialne. Wielu członków jego rodziny uczęszczało na kursy pilotażu, ale żaden nie został pilotem. Ze wszystkich rodzajów latania Erik zamierzał jedynie wybrać skoki na nartach ze skalnych nawisów w swych ulubionych górach.
Zabrał się do pakowania swoich rzeczy. Był w obozie Schurman, około 2900 metrów nad poziomem morza, na wschodnim stoku Mount Rainier, ośnieżonego, czynnego wulkanu odległego mniej więcej o godzinę drogi autem na południowy wschód od Seattle w stanie Waszyngton. Zamierzał wyruszyć przed trzecią nad ranem, aby zdążyć przejść ośnieżone partie góry, zanim słońce ogrzeje śnieg, zwiększając zagrożenie lawinowe.
Mount Rainier prezentował się przepięknie, niczym na pocztówce, z lodowcowymi polami ciągnącymi się ku szczytowi, na tle dzikiej roślinności, jezior i puszczańskich borów na dnie doliny. Niemniej o każdej porze roku był niebezpieczny, głównie ze względu na pokryte licznymi szczelinami zbocza, obrywające się skały, gwałtowne zmiany pogody i ruchy lodowców. Przed pięciu laty zginęło tutaj jedenastu wspinaczy i ich ciał nigdy nie odnaleziono, co było najbardziej tragicznym wypadkiem w historii amerykańskiego alpinizmu. Olbrzymi fragment lodowca oderwał się od zbocza i spadając, eksplodował niczym dynamit, rozbijając się na mnóstwo drobnych kawałków, które zasypały wspinających się ludzi.
Zjadłszy szybko owsiankę na śniadanie, Erik, jego brat Leif - cztery lata starszy i bardziej doświadczony jako alpinista - oraz ich kuzyn Craig Vogel wyruszyli po ciemku obciążeni ponad 22-kilogramowymi plecakami. Leif szedł pierwszy, a Erik niósł swój stary, zielony, nylonowy plecak z zewnętrznym stelażem nazywany wozem na mięso. Plecak ten, teraz spłowiały, poplamiony i poprzecierany, Erik jeszcze jako nastolatek brał ze sobą, wyruszając na rodzinne polowania na jelenie. Wraz z braćmi i ojcem wspinali się po stromych szlakach północnych Gór Kaskadowych, a gdy wracali, "wóz na mięso" wypełniony był mięsem upolowanego jelenia zawiniętym w płótno.
Ale w ten zimny poranek Erik miał znacznie większe ambicje - zamierzał po raz pierwszy wejść na szczyt. Związani ze sobą liną, z latarkami czołowymi, członkowie zespołu Lindbergha wchodzili w ciężkich butach krok po kroku szlakiem po lodowcu Emmons, mając nadzieję, że dotrą do celu w ciągu ośmiu godzin. Po osiągnięciu szczytu czekała ich jeszcze droga powrotna do obozu Schurman po resztę sprzętu, a następnie wędrówka do początku szlaku - obozowiska White River na wysokości około 1340 metrów.
Dwie wcześniejsze próby Erika wejścia na szczyt Mount Rainier zakończyły się niepowodzeniem. Popełnił błędy typowe dla nowicjuszy, zabierając ze sobą zbyt wiele sprzętu - żeliwne raki ojca, narty, zapasowe buty - i wybrał niewłaściwą trasę, przez co minął obóz Schurman o 300 metrów w pionie i ostatecznie dotarł do niego o drugiej w nocy, kiedy inni wspinacze już wstali i szykowali się do wyjścia.
Erik, wysoki, umięśniony młodzieniec o atletycznej sylwetce, nie przywykł do ponoszenia porażek tam, gdzie liczy się przygotowanie fizyczne. W wieku dwunastu lat został mistrzem stanu Waszyngton w gimnastyce sportowej. Jego najmocniejszą stroną były ćwiczenia wolne, ale zwyciężał również w punktacji łącznej. Półki w jego sypialni zastawione były nagrodami za zwycięstwa w konkurencji nart wodnych. Był w stanie wspiąć się po linie na sali gimnastycznej przy użyciu wyłącznie rąk, ustanowił rekord szkoły średniej w podciąganiu się na drążku, a jako adept taekwondo potrafił wykonać z wyskoku uderzenie nogą na poziomie głowy.
Jeszcze jako uczeń szkoły średniej w małym miasteczku na wyspie oddalonej o krótką przeprawę promem od Seattle, Erik stał się wielkim entuzjastą jazdy na nartach, gdy dorabiał sobie, zmywając naczynia i odgarniając śnieg w kurorcie Crystal Mountain, nieopodal Mount Rainier. W sezonie narciarskim jeździł także do Słonecznej Doliny w stanie Idaho. Obecnie mieszkał w Olympii w stanie Waszyngton i studiował ekologię polityczną w Evergreen State College. Studia, podobnie jak szkoła średnia, nie zajmowały go zbytnio. Myślał o założeniu firmy oferującej luksusowe kursy narciarstwa w jakiejś małej miejscowości. Zdecydowanie wolał używać swojego ciała niż swojego mózgu, przedkładając działanie nad intelektualizowanie.
Od wczesnego dzieciństwa Erik i jego bracia nauczyli się trzymać język za zębami odnośnie do swojego pochodzenia. Jako mały chłopiec Erik nie zdawał sobie zupełnie sprawy, że nosi słynne nazwisko, dopóki kolega z klasy nie powiedział mu, że czyta właśnie nagrodzoną Pulitzerem książkę jego dziadka The Spirit of St. Louis. Dla Erika światowej sławy lotnik Charles Lindbergh był po prostu "Dziadkiem", wysokim, łysiejącym mężczyzną, który obiecał mu pięćdziesiąt centów, jeśli nauczy się poruszać uszami jak on sam, który kupił mu model zabawkę helikoptera Sikorsky'ego13 i który najwyraźniej łatwiej nawiązywał kontakt z dziećmi niż z dorosłymi.
Znany swoim dzieciom jako perfekcjonista w każdym calu, obsesyjnie notujący wszystko i prawiący wzniosłe kazania, z dala od oczu postronnych Charles potrafił być czuły i serdeczny. W rodzinie Lindberghów panowało milczące porozumienie, że nie należy pytać Dziadka o jego lot z 1927 roku. Wuj Erika, Land Lindbergh - trzecie dziecko Charlesa i jego żony Anne - zadał mu jednak raz takie pytanie i w odpowiedzi usłyszał, by "przeczytał książkę".
W szkole średniej Erika zaskakiwało to, że ludzie zaczynali go traktować zupełnie inaczej, gdy tylko dowiedzieli się, czyim jest wnukiem. Chwytali go za ramię, stawali jak najbliżej i opowiadali całe historie o człowieku, który był ich idolem. Człowiek ten zaryzykował wszystko dla realizacji marzenia, w które głęboko wierzył, otworzył drogę dla lotniczej komunikacji pasażerskiej, a nawet, podejmując niebezpieczny lot w nieznane, stał się inspiracją dla pierwszych amerykańskich astronautów. Ale Dziadek miał również swoje ciemne strony - był przeciwny przystąpieniu Stanów Zjednoczonych do II wojny światowej, imponowała mu militarna potęga hitlerowskich Niemiec i zdarzały mu się antysemickie wypowiedzi. Niekiedy uwielbienie ze strony obcych ludzi skupiało się na babci Erika, Anne Morrow Lindbergh, która również była pionierem lotnictwa - jako pierwsza Amerykanka uzyskała licencję pilota szybowcowego - a zarazem znaną pisarką. Ale dziedzictwo babci miało bardziej delikatny charakter, ponieważ ona sama była bardziej delikatną osobą. Charles był wysoki, energiczny i miał naturę włóczęgi, podczas gdy Anne była drobna, skłonna do refleksji i rozważna.
Jon Lindbergh, ojciec Erika, był drugim dzieckiem Charlesa i Anne. Ich pierworodny syn Charles junior, dwudziestomiesięczne, pulchne dziecko o kędzierzawych włosach, został w 1932 roku uprowadzony z domu Lindberghów dla okupu i ostatecznie zamordowany. Zabranego z pokoju dziecięcego na piętrze chłopca znaleziono martwego w pobliskim lesie ze strzaskaną głową. Sława, jaką przyniósł lot z 1927 roku - triumfalne parady z serpentynami i konfetti, łowcy autografów, fotografowie śledzący każdy krok - sprawiła, że rodzina Lindberghów znalazła się na celowniku przestępców. Cyrk medialny rozpętany wokół tej zbrodni, a także zgłaszający się raz po raz oszuści z fałszywymi informacjami zmusiły ich do wyjazdu do Anglii, gdzie przez pewien czas żyli pod przybranymi nazwiskami. Przesłanie dla potomków Lindbergha było oczywiste - jeśli będziecie się afiszować, gorzko tego pożałujecie.
Nad lodowcem Emmons pierwsze promienie świtu zmieniły barwę nieba z czarnej na błękitną z jasnopomarańczową obwódką na horyzoncie. Wkrótce słońce wzeszło ponad chmurami i zabarwiło śnieżną biel krajobrazu na rozmaite odcienie różu i fioletu. Erik wpatrywał się uważnie w masyw góry przez sobą. Kontemplację niesamowitych widoków roztaczających się ze szlaku utrudniała każdemu z nich udręka związana z koniecznością stawiania tysięcy nierównych kroków. Zbocze, po którym szli bracia, było nachylone dość łagodnie, ale odgłosy spadających kamieni towarzyszyły im cały czas na równi z chrzęstem śniegu pod stopami. Leif, uzdolniony gawędziarz z ironicznym poczuciem humoru, tego dnia szedł w milczeniu. W miarę rozrzedzania się powietrza oddychać było coraz trudniej, ale bracia kontynuowali swoje kręte podejście po lodowcu, starając się oddychać w tempie dwóch wdechów na jeden krok.
Przystanąwszy na odpoczynek, Erik popatrzył w dół i zobaczył grupy turystów w obozie Schurman spoglądające na nich. Wspinali się już od dziesięciu godzin, chociaż planowo nie powinno im to zająć więcej niż dziewięć godzin. Mijali olbrzymie seraki, gigantyczne lodowe kolumny powstałe poprzez pękanie lodowca, które mogły się w każdej chwili przewrócić. Obrali wyjątkowo krętą, a przez to męczącą trasę, a ten ostatni odcinek dawał im porządnie w kość. Erik poruszał się dziwnie ociężale od samego początku i w miarę podchodzenia w górę czuł się coraz gorzej. Plecak ciążył mu niezmiernie, a nogi, jak na niego, były bardzo słabe. Przed sobą widzieli już Columbia Crest, oficjalny wierzchołek góry. Erik zebrał w sobie wszystkie siły, by przejść ten ostatni odcinek drogi.
W końcu, ciężko dysząc, uginając się pod ciężarem plecaków i niemal zasypiając na stojąco, Erik, Leif i Craig dotarli do wierzchołka Mount Rainier. Leif chciał zatrzymać się tu nieco dłużej, by poeksplorować szczyt z jego panoramą obejmującą 360 stopni, jaskiniami, wierzchołkami wtórnymi i kalderami. Roztaczający się wokół krajobraz był iście księżycowy, inny od wszystkiego, co Erik do tej pory widział, pełen zdradliwych żlebów i turkusowych szczelin lodowych głębokich na kilkadziesiąt metrów. Było oczywiste, że do niektórych miejsc na tej górze człowiek nigdy nie będzie w stanie dotrzeć.
Spędziwszy na szczycie mniej więcej dwadzieścia minut, trzej mężczyźni zaczęli schodzić zboczem, starając się obrać znacznie mniej krętą trasę. Po dziesięciu minutach zejścia Erik, który czuł się parszywie przez większą część wyprawy, stwierdził, że wreszcie lżej się mu oddycha. Ale zaraz potem puściła mu się obficie krew z nosa, a twarz paliła od oparzeń słonecznych. Stopy go rwały, a nadgarstki miał opuchnięte i obolałe. I ból ten ani trochę nie ustępował.
W końcu Erik doszedł jakoś do obozu Schurman, gdzie wraz z Leifem zabrali swoje rzeczy, dodając po pięć kilogramów do swoich plecaków. Stopy i ramiona nadal go bolały, a głowa wprost pękała. Zawsze starał się dodatkowo obciążać swój organizm, ale tym razem miał naprawdę dość. Było gorzej niż kiedykolwiek.
Na wysokości 2400 metrów lód się skończył i szli teraz po skalnym podłożu, już niezwiązani liną. Zobaczyli potężny klucz dzikich gęsi w kształcie klina lecący po niebie i rączego jelenia czarnoogoniastego pomykającego między drzewami. Dno doliny było porośnięte fioletowymi i żółtymi kwiatami, a w promieniach zachodzącego słońca skrzyły się potoki zasilane topniejącym śniegiem. Jako student ekologii Erik niepokoił się o zachowanie w dziewiczym stanie takich miejsc jak to. Przyroda była jego religią; to w niej znajdował spokój, inspirację i odpowiedzi na dręczące go pytania. Na religię instytucjonalną reagował alergicznie. W latach chłopięcych mógł całymi godzinami obserwować, jak polujące orły i czaple chwytają swoją zdobycz. Budował zamki z piasku, zachwycał się podwodnym życiem w wąskich zatokach Puget Sound i kolekcjonował dziwnie powykręcane kawałki drewna wyrzucone przez morze. Wraz z pięciorgiem rodzeństwa często nocował na werandzie na piętrze, wypatrując spadających gwiazd.
Słynny dziadek Erika też kochał przyrodę. Charles Lindbergh, który ze wszech miar był niespokojnym duchem, po II wojnie światowej wiele podróżował i sprawy środowiska stały się dla niego równie ważne jak jego historyczny lot. Wspierał i inicjował projekty mające na celu zachowanie przyrody w stanie pierwotnym, został dyrektorem organizacji World Wildlife Fund i walczył o ochronę zwierzyny w parkach narodowych oraz zagrożonych gatunków, od wala szarego w Baja California po karłowatego bawołu, zwanego wołem mindorskim, na Filipinach. Mieszkał u tubylczych plemion Filipin, Brazylii i Afryki, jadając duszone mięso małp i śpiąc w chatach pokrytych liśćmi palmowymi. Przeprowadził szeroko zakrojoną akcję oświatową wśród miejscowej ludności na rzecz wydzielenia ziemi w celu utworzenie parku narodowego Haleakala na Hawajach. Szczególną słabość żywił do Filipin, gdzie usiłował ratować zagrożone wyginięciem małpożery - największe ptaki drapieżne świata polujące na małpy. Anne, babcia Erika, równie mocno interesowała się wzajemnymi relacjami między ludźmi a otaczającym ich środowiskiem i w lutym 1969 roku napisała nawet wiodący artykuł do "Life" poświęcony środowiskowym aspektom nowego portu kosmicznego Ameryki. Zastanawiało ją, czy naturalne piękno bogatej flory i fauny przylądka Canaveral - gdzie wraz z Charlesem i dziećmi biwakowała przed laty - będzie w stanie współistnieć z potężnymi, ziejącymi ogniem rakietami. Jej tekst, opublikowany w tydzień po locie Apolla 9, zatytułowany był Czapla i astronauta. Pisała w nim: "Bez mokradeł nie byłoby czapli; bez dzikiej przyrody, lasów, drzew, pól nie byłoby czym oddychać, nie byłoby rolnictwa, pożywienia, życia, braterstwa i pokoju na Ziemi. Ni czapli, ni astronauty. Zarówno czapla, jak i astronauta to ogniwa nierozerwalnego łańcucha życia na Ziemi". Artykuł, zilustrowany zdjęciami miejscowej zwierzyny - czapli białych, dławigadów amerykańskich, pelikanów, aligatorów, pancerników i grzechotników - kończył się słowami: "Spoglądając na glob ziemski oczami astronautów, wyraźniej niż kiedykolwiek wcześniej dostrzegamy tę cenną kwintesencję Ziemi, którą trzeba ocalić. Można by jej nadać nazwę zapożyczoną z języka, jakim się oni sami posługują: "ziemski blask""14.
Teraz, będąc już blisko początku szlaku, skąd zaczynali swoje żmudne podejście pod Mount Rainier, Erik ponownie zatrzymał się na odpoczynek. Widział świstaka wychylającego swój futrzasty łebek spomiędzy skał. Promienie słońca przedzierały się przez gałęzie jodeł, sosen i cedrów. Gdyby nie był Lindberghiem, Erik zapewne pracowałby jako drwal, bo niezmiernie pociągała go praca fizyczna na świeżym powietrzu. Jednak w pełni zgadzał się z tym, co powiedział jego dziadek w wywiadzie dla magazynu "Life" jeszcze w latach 60.: "Przyszłość ludzkości zależy od naszej umiejętności połączenia wiedzy naukowej z mądrością dzikiej przyrody". Podstawową misją założonej trzy lata po śmierci Charlesa w 1974 roku Lindbergh Foundation było zachowanie równowagi pomiędzy postępem naukowym a ochroną środowiska.
Było już około ósmej wieczorem, gdy Erik dotarł do parkingu u początku szlaku wiodącego na Mount Rainier i opuścił plecak na kamień. Gdy chciał go znów podnieść, ręce odmówiły mu posłuszeństwa.
Czyżby skręcił sobie nadgarstki? Próbował to zbagatelizować, mówiąc sobie, że po prostu wspinaczka górska to nie jest sport dla niego. Ale tak czy owak coś było nie tak.
W kilka miesięcy po wyprawie na Mount Rainier Erik w końcu wybrał się do swojego rodzinnego lekarza. Przez całe tygodnie wszystko było w porządku, lecz potem ból nagle powracał. Po zawodach w narciarstwie wodnym oba jego kolana napuchły i zaczęły boleć. Ból był silny, tak jak wtedy w górach, w nadgarstkach. Po wykonaniu badań jego lekarz stwierdził, że nie jest pewien, czy w grę wchodzi po prostu nadwerężenie stawów, czy coś bardziej poważnego.
Lekarz powiedział Erikowi, że nie wyklucza stanu zwyrodnieniowego.
- Niewykluczone - wyartykułował powoli i dobitnie - że Erik ma coś, co nosi nazwę reumatoidalnego zapalenia stawów. Jednym z charakterystycznych symptomów tej choroby jest symetryczne odczuwanie bólu w różnych częściach ciała, w obu kolanach, obu nadgarstkach, obu stopach bądź obu goleniach. Wywołać ją - objaśniał mu dalej - może jakieś wyczerpujące obciążenie fizyczne, na przykład maraton lub - u kobiet - wyjątkowo ciężki poród.
Pomimo że choroba ta może doprowadzić do trwałego uszkodzenia, a nawet degeneracji stawów, lekarz nie chciał na razie przewidywać u Erika jej najgorszego przebiegu, lecz chciał poobserwować go przez jakiś czas.
Erik wyszedł z gabinetu wstrząśnięty, wmawiając sobie, że jest wykluczone, by miał reumatoidalne zapalenie stawów czy w ogóle jakiekolwiek zapalenie stawów. Przecież jest to choroba, na którą cierpią starzy ludzie, a nie wysportowani 21-letni mężczyźni.
Matka Erika, Barbara Robbins, usłyszawszy diagnozę, nie powiedziała ani słowa. Termin "reumatoidalne zapalenie stawów" niewiele jej mówił. Rozwiedziona teraz z ojcem Erika, odnosiła nieraz wrażenie, że na nazwisku Lindberghów ciąży jakaś klątwa. Jej teściowie utracili swoje śliczne dziecko Charlesa juniora. Z kolei jej szwagierka Reeve (najmłodsza córka Charlesa i Anne) straciła swojego pierworodnego syna Jonathana, który ledwo co nauczył się chodzić. Gdy Reeve przebywała w nowym domu swoich rodziców w Connecticut, zmarł on w nocy w następstwie ataku epileptycznego.
Dla Barbary życie z ojcem Erika, Jonem, było pełne wzlotów i upadków. Poznali się jeszcze jako studenci na Stanford University i postanowili się pobrać w tajemnicy. Gdy nowożeńcy przebywali poza miastem, przeczytali wyssane z palca doniesienia o swoim weselu i prezentach, które jakoby otrzymali. Walter Winchell, autor plotkarskich kolumn dla agencji dziennikarskiej, napisał, że Charles Lindbergh podarował synowi i pannie młodej nowy, sportowy samochód (tymczasem jeździli oni starym, niebieskim fordem kombi, który w świetle słonecznym wyglądał na fioletowy). Z kolei magazyn dla kobiet "Redbook" opublikował wywiad z nimi, którego w rzeczywistości nigdy nie udzielili.
Jon służył w oddziale płetwonurków marynarki wojennej wyspecjalizowanych do podwodnej walki i niszczenia celów (byli oni prekursorami Navy SEALs). Po zakończeniu służby w marynarce zajął się nurkowaniem komercyjnym, pracując przy ropociągach i na platformach wiertniczych, gdzie schodził na nieosiągalne dotąd głębokości i eksperymentował z mieszaninami gazowymi, które zapewniałyby najbardziej efektywną dekompresję. Zgłaszał się na ochotnika do gaszenia pożarów i został jednym z pierwszych na świecie akwanautów, spędziwszy pod wodą ponad dwadzieścia cztery godziny.
Teraz Barbara stanęła wobec perspektywy, że jej syn Erik może mieć chorobę zwyrodnieniową. Do tej pory znała tylko jedną osobę z reumatoidalnym zapaleniem stawów - był to młody mężczyzna, który spędzał całe dnie w bujanym fotelu.
Z jej sześciorga dzieci Erik jako niemowlę dał się jej najmniej we znaki - po prostu siedział, uśmiechał się i radośnie fikał nóżkami. Z wyglądu był zupełnie podobny do ojca Barbary, Jima Robbinsa, Szweda o błękitnych oczach i kanciastych rysach twarzy, ale Barbara wiedziała, że Erik to cały Lindbergh i podobnie jak jego ojciec i dziadek będzie oceniał siebie na podstawie swoich fizycznych możliwości. Jej syn miał przed sobą całe życie, ale niepokoiło ją, czy będzie mu dana doza przygód, jakiej niezbędnie potrzebuje, ponieważ pęd do przygody był wbudowany w lindberghowskie DNA.
7. Kariera na orbicie
Było już po północy, gdy Peter i jego przyjaciel John Chirban, usiedli przy stoliku kafeterii Deli House mieszczącej się po drugiej stronie rzeki Charles przy Kenmore Square, naprzeciwko MIT. John uwielbiał kurze wątróbki, zupę z kluseczkami i naleśniki z serem, a Peter miał ochotę na olbrzymie kanapki z pastrami, hamburgera i sernik. Obaj pili kawę, słuchali muzyki i patrzyli na scenę pełną barw, która zmieniała się jak w kalejdoskopie. Dziwiło ich, że teraz, pod koniec lat 80., wciąż jeszcze istnieją kapele punkrockowe, aczkolwiek ich nocna dyskusja - jak wiele innych do tej pory - nie dotyczyła wcale ani muzyki, mody, ani dobrego jedzenia, lecz relacji między prawdą nauki a prawdą wiary.
John, dziesięć lat starszy od Petera, był dla niego nie tylko przyjacielem, lecz także mentorem i doradcą życiowym. Podziwiał kosmiczną pasję Petera, ale jej nie podzielał. Absolwent Harvardu, profesor psychologii, również Amerykanin pochodzenia greckiego, posiadający drugi doktorat z teologii, działał na rzecz zgłębiania i rozwoju sfery duchowej. Przez ponad dwa dziesięciolecia przeprowadzał wywiady ze słynnym i wpływowym behawiorystą B.F. Skinnerem na tematy takie, jak wolna wola wobec determinizmu bądź też, czy kwestie duchowe dają się pojąć ludzkim rozumem. I podczas gdy John twierdził, że uczucia nie podlegają kształtowaniu behawioralnemu, Skinner całkowicie zaprzeczał poglądowi o istnieniu duszy, uważając go za "głupi" i "nienaukowy".
Petera poznał z Johnem ksiądz z jego własnej parafii. Zafascynowany kosmosem student kwestionował tradycję greckiego prawosławia, którą nasiąknął za młodu i jakkolwiek wciąż chodził do kościoła, kiedy odwiedzał swój dom rodzinny, nie robił tego bynajmniej z własnej woli. Johnowi wyznał, że czuje się "rozdarty", skoro nie będąc praktykującym wiernym, wciąż lubi zapach kadzidła. Tak jak studiowanie medycyny było dlań bardziej powinnością niż pasją, tak uczestnictwo w obrzędach kościelnych stanowiło wyłącznie nakaz tradycji. Było po prostu czymś, co jego rodzina robiła w każdą niedzielę.
Prawdziwą opoką dla Petera była nauka. Wątpił, by cokolwiek istniało poza obrębem fizyki.
- Czy mam wierzyć w istnienie bytów duchowych? - spytał Peter, wypijając łyk kawy. - Czy mam wierzyć, że istnieje jakaś energia niezależna od fizycznej materii? Skąd bierze się energia dająca początek życiu? - popatrzył na Johna i dodał: - Czy życie na Ziemi zostało zaszczepione przez obcych?
John uśmiechnął się, bo wiedział, że Peter mówi zupełnie poważnie. W jego pojęciu energia leżąca u podstaw życia była bardziej czymś na kształt Mocy ze świata Gwiezdnych wojen niż tym, o czym słyszał w kościele. John widział w Peterze prostodusznego, lecz potrafiącego konkurować na najwyższym akademickim poziomie młodego człowieka pochodzącego ze znakomitej rodziny i wychowanego w atmosferze miłości, a ponadto należącego do kategorii ludzi, jakich cenił najbardziej - poszukiwaczy prawdy. Petera cechowała gorliwość misjonarza, tyle że jego bogami byli Goddard i von Braun, a jego biblią skrzyżowanie Atlasa zbuntowanego z The High Frontier. John wierzył, że Bóg jest w stanie odmienić życie człowieka i usiłował przekonać o tym Skinnera, który żywił głęboką pogardę dla religii, ponieważ w tym duchu został wychowany. Poglądy Skinnera w wieku dojrzałym oparte były na idei, że nie ma ani wyboru, ani wolności i wszelkie zachowania człowieka są uwarunkowane wpływem środowiska - bez jakiejkolwiek roli Boga. John powiedział Peterowi, że Skinner uczynił swoją religią naukę, chichocząc na wspomnienie dnia, kiedy to zaprosił Skinnera, by wspólnie udali się na wystąpienie Matki Teresy z Kalkuty, która przybyła z wizytą do Harvardu. Skinner stanowczo odmówił, mówiąc, że jego zdaniem Matka Teresa jest "za bardzo zapatrzona w samą siebie". Jedynym punktem zbieżnym poglądów Johna i Skinnera - a także Petera i Johna - były fundamentalne pytania o prawdę: jaka jest natura istnienia? Jak żyć w świecie, o którym tak niewiele wiemy, i niewykluczone, że nie jesteśmy w ogóle w stanie poznać go do końca? John przekonywał Petera, cytując Alberta Einsteina, że "nauka bez religii jest chroma, religia bez nauki jest ślepa".
Gdy Peter uczył się jeszcze w szkole średniej i był ministrantem, jego ksiądz poprosił go o wygłoszenie niedzielnego kazania (ojciec Alex często zapraszał któregoś z parafian do odczytania przygotowanego wcześniej tekstu). Tego dnia Peter stanął wobec zgromadzonych w kościele około dwustu wiernych. Mówił dosyć długo, lecz ani razu nie użył słowa "Bóg". Zamiast tego snuł rozważania o "metainteligencji", sile sprawczej, której nie da się wyrazić słowami. Stwierdził, że metainteligencja "wymyka się naszemu poznaniu, wymyka się wszelkim ludzkim określeniom". Ale poznanie, jego zdaniem, osiągniemy dzięki eksploracji kosmosu. Powiedział również:
- Niewykluczone, że nie jesteśmy jedyni w tym wszechświecie. Być może nie jesteśmy nawet najbardziej inteligentnymi istotami.
Ojciec Alex słuchał go z zainteresowaniem przekonany, że Peter po prostu używa niekonwencjonalnego języka do opisania swojej relacji z Bogiem. Koncepcja "metainteligencji" u Petera wydała mu się czymś podobnym do kosmologicznej "pierwszej przyczyny" Arystotelesa, u którego Bóg jest przyczyną nieposiadającą własnej przyczyny. Uśmiechnął się w duchu, jakkolwiek na twarzach wiernych malowała się konsternacja.
Petera zawsze pociągały głębokie kwestie filozoficzne nasuwane przez naukę. Kiedyś napisał nawet artykuł o tym, dlaczego należałoby klonować ludzi. Na studiach medycznych usiłował zrozumieć, co nadaje życie materii ożywionej, oraz co się dzieje, gdy siła życiowa znika. Teraz, wczesną wiosną 1988 roku, Peter znalazł się na rozdrożu. Otrzymał magisterium z inżynierii lotniczej na MIT, dr Larry Young zatwierdził temat jego rozprawy doktorskiej, a na dodatek NASA zobowiązała się finansować przez trzy lata jego badania nad sztuczną grawitacją w śnie.
Siedząc w kafeterii Deli House, Peter dłubał łyżeczką w swoim serniku. Było już po drugiej w nocy, a on i John wciąż jeszcze rozmawiali o wierze i poszukiwaniu prawdy. John zauważył, że wielu znakomitych uczonych i inżynierów, w tym Einstein i Nikola Tesla, uznawało istnienie "różnych postaci prawdy i zmiennych poziomów świadomości". Wierzącymi chrześcijanami byli Blaise Pascal (który był jansenistą), Galileusz i Johannes Kepler. John zacytował Einsteina:
- "To, czy możemy coś obserwować czy nie, zależy od zastosowanej teorii. To teoria określa, co jest obserwowalne". Natomiast Tesla - kontynuował John - pisał o związku pomiędzy materią i energią w następujący sposób: "Jeśli chce się odkryć tajemnice Wszechświata, należy myśleć w kategoriach energii, częstotliwości i drgań. To, co jeden człowiek nazywa Bogiem, inny nazwie prawami fizyki".
Peter zwierzył się Johnowi, że przez ostatnie sześć miesięcy czytał codziennie Biblię.
- Starałem się wniknąć w jej głęboki sens - powiedział. - Studiowałem ją na własną rękę, porównując z wybranymi fragmentami ewangelii, które słyszałem w niedzielę w kościele.
Gdyby w szkole średniej spytano go, czy wierzy w Boga, odpowiedziałby twierdząco. "A teraz? Jestem agnostykiem. Wciąż poszukuję". Przyznał jednak:
- Kiedy zrobi się wielka chryja, tak jak wtedy, gdy w Hamilton wykradłem płód świni i bałem się, że mnie wyrzucą, to się pomodlę.
Gdy obaj już zbierali się do wyjścia, Peter rzucił jeszcze cytatem z Ciołkowskiego:
- Wiesz, w co wierzę? - spytał. - Ciołkowski powiedział: "Ziemia jest kolebką ludzkości, lecz nie można na zawsze pozostać w kolebce".
Peter, który za dwa miesiące będzie mieć dwadzieścia siedem lat, przed poświęceniem się bez reszty wyprowadzaniu ludzkości z kolebki miał do pokonania jedną poważną przeszkodę. Musiał zdecydować, co zrobić z Harvard Medical School - czy ją ukończyć, czy też grzecznie podziękować i zrezygnować ze studiów. A tymczasem zaangażował się w pewne ambitne przedsięwzięcie i to takie, które wzbudziło zainteresowanie na całym świecie.
W głównej światowej siedzibie International Space University - maleńkim pokoiku na piętrze nad sklepem z bajglami na Beacon Street - Peter i Todd Hawley ze zdumieniem oglądali znaczki pocztowe na kopertach z podaniami o przyjęcie - Związek Radziecki, Chiny, Japonia, Kenia, Szwajcaria, Niemcy, Francja, Polska, Indie, Arabia Saudyjska. O każde ze stu miejsc na inauguracyjnej letniej sesji ISU już za kilka miesięcy ubiegało się ponad trzystu pięćdziesięciu chętnych z trzydziestu siedmiu krajów.
Nie było dnia, by Peter i Todd nie analizowali sterty podań i życiorysów pod kątem, którzy z kandydatów dają największe szanse, że okażą się pomocni przy wyjściu w kosmos. Zwracali uwagę na zdolności przywódcze, wiedzę techniczną, kreatywność oraz gotowość do przezwyciężania podziałów narodowych i politycznych. Zarówno werbowali sponsorów o znanych nazwiskach oraz profesorów wizytujących, jak i starali się o protekcję ze strony członków senatu, między innymi Edwarda Kennedy'ego, Johna Glenna i Elizabeth Dole, byłej amerykańskiej sekretarz transportu.
Peter i Todd uzyskali poparcie ze strony wielu astronautów i naukowców, w tym Byrona Lichtenberga, Rusty'ego Schweickarta, pioniera techniki rakietowej Hermanna Obertha i autora The High Frontier we własnej osobie, Gerry'ego O'Neilla. Inauguracyjna letnia sesja miała się odbywać w MIT i obejmować osiem obszarów tematycznych: architekturę kosmiczną, biznes i zarządzanie, technikę kosmiczną, biologię kosmiczną, wiedzę o kosmosie, politykę i prawo, wiedzę o surowcach i ich pozyskiwaniu oraz praktyczne zastosowania satelitów. Pierwszy wykład - o kosmicznych surowcach - miał wygłosić 27 czerwca Charlie Walker z McDonnell Douglas Astronautics Co., natomiast o poprowadzenie końcowej dyskusji w dniu 16 sierpnia poproszono Rogera Bonneta, dyrektora Europejskiej Agencji Kosmicznej. Łącznie obiecało wystąpić ponad stu zaproszonych wykładowców. Peter i Todd wyselekcjonowali z setek kandydatów sto cztery osoby i wystarali się o wizy wjazdowe dla wszystkich studentów z zagranicy. W sumie od rozmaitych fundacji, osób prywatnych, firm i instytucji rządowych pozyskali ponad 1 milion dolarów. Czesne ustalono w wysokości 10 000 dolarów.
Peter wraz z Toddem zaczęli pobierać lekcje pilotażu na samolocie Piper Cherokees. Obaj zapełniali stronicę za stronicą szkicami i pomysłami przeróżnych wynalazków. Gdy pewnego razu wybrali się razem na narty, doszli do wniosku, że wyciąg w ośrodku narciarskim jest niewystarczająco efektywny - zbyt wiele czasu trwało wjechanie na górę, pozostawiając zbyt mało czasu na sam zjazd - wobec czego zaprojektowali nową koncepcję wyciągu i trasy zjazdowej, która pod koniec zakręcała o 180o do tunelu w zboczu góry prowadzącego do windy wynoszącej narciarza ponownie na szczyt.
Podobnie jak Peter, Todd prowadził dziennik, lecz zamiast datować wpisy w normalny sposób - dzień, miesiąc i rok - opatrywał je liczbą dni, jakie minęły od jego urodzenia (wówczas już ponad dziewięć tysięcy). Peter niebawem również przeszedł na rachubę przeżytych dni i obaj zastanawiali się, czy nie dałoby się sprzedawać zegarków, które pokazywałyby na bieżąco dni/godziny/minuty ludzkiego życia. Zanotowawszy ten pomysł, opatrzyli go datą 9791 u Petera i 9828 u Todda. Na inną innowacyjną ideę wpadli, jedząc pewnego dnia lunch w Trident Café na Newbury Street w Bostonie, gdy kelnerka potknęła się i upuściła tacę z potrawami. Peter zaproponował konstrukcję tacy z wmontowanym wirującym dyskiem magnetycznym, opisując ją w swoim dzienniku następująco: "W istocie chodzi po prostu o żyroskop utrzymujący tacę z talerzami w niezmiennej pozycji". Innowacyjność tego pomysłu polegała na tym, że w samej tacy nie było żadnego silnika ani baterii - magnetyczny dysk miał się rozpędzać do wymaganej prędkości, gdy taca zostanie postawiona na ladzie, aby nałożyć na nią jedzenie. Obaj przyjaciele stworzyli też swój własny język pisany o nazwie ALFON oparty na alfabecie UNIFON, w którym najważniejszym fonemom języka angielskiego przypisane są odrębne symbole.
Wszakże pomimo owocnej współpracy twórczej i podzielanej fascynacji kosmosem bywały dni, kiedy nie zgadzali się ze sobą, a nawet zażarcie spierali się do tego stopnia, że Bob Richards musiał wkraczać jako rozjemca. Todd był nieugiętym idealistą, natomiast Peter z determinacją dążącym do celu pragmatykiem. Niekiedy też Petera zaskakiwał nadzwyczajny spokój Todda. Nie mieli jednak czasu na zastanawianie się nad różnicami swoich osobowości, gdyż bez reszty pochłaniało ich właśnie zakładanie uniwersytetu.
W kilka miesięcy później, w piątkowy wieczór 24 czerwca 1988 roku, odbyła się inauguracja International Space University z udziałem stu czterech absolwentów z dwudziestu jeden krajów. Studenci ze Związku Radzieckiego stali wspólnie z delegatami amerykańskimi, a studenci z Chińskiej Republiki Ludowej obok reprezentantów Arabii Saudyjskiej.
Po weekendzie spędzonym na zakwaterowaniu w akademikach i wzajemnym poznawaniu się studenci rozpoczęli zajęcia wcześnie rano w poniedziałek i podzielili się na grupy, by pracować nad letnim projektem polegającym na wykonaniu nadających się do realizacji planów bazy księżycowej. Musieli przy tym rozwiązać wiele problemów dotyczących sposobów transportu, zakresu prac na powierzchni Księżyca, zachowania się ludzi, wpływu na środowisko oraz sterowania urządzeniami na Księżycu w czasie rzeczywistym. Peter, Bob i Todd wizytowali wykłady i ćwiczenia oraz sprawdzali postępy prac w poszczególnych grupach "księżycowych". Organizowali wieczorne imprezy dla studentów, instruowali wykładowców i rozwiązywali problemy wynikłe przy zakwaterowaniu. Przez pierwszy tydzień prawie w ogóle nie spali - tyle było rozmaitych spraw do załatwienia. Ich szalone marzenie ziściło się! Peter poznał teraz wielu ludzi, co do których był pewien, że zostaną jego przyjaciółmi na całe życie, zwłaszcza Harry'ego Kloora i Raya Cronise'a. Harry, który uzyskał jednocześnie licencjat z fizyki i chemii, zamierzał również jednocześnie doktoryzować się w obu tych dziedzinach. Ray był pracownikiem naukowym w Marshall Space Flight Center i spędził mnóstwo godzin na pokładzie samolotu laboratorium NASA do badania stanu nieważkości. W równej mierze Peterowi imponowały atrakcyjne kobiety, które niemal bez przerwy otaczały Kloora i Cronise'a. Inauguracyjna letnia sesja ISU dobiegła końca po ośmiu tygodniach. Ceremonia wręczenia dyplomów odbywała się w sobotę, 20 sierpnia 1988 roku, od godziny dziesiątej do południa w Kresge Auditorium i rozpoczęła się od wystąpienia Davida C. Webba, znakomitego mówcy, od samego początku wspierającego zarówno SEDS, jak i ISU, który powiedział:
- Mieliście tutaj okazję nie tylko nauczyć się czegoś, ale również sami coś stworzyć. To wy tworzycie swoją przyszłość. A wasza przyszłość to zarazem przyszłość całego rodzaju ludzkiego.
Przemówienie rektora Arthura C. Clarke'a teletransmitowane było za pośrednictwem sygnału dwukrotnie odbitego od satelitów systemu Intelsat z jego domu w Sri Lance. Wujek Arthur pogratulował studentom i zaznaczył, że sukces całego przedsięwzięcia to głównie zasługa, jak to określił, "bandy trzech: Peterbobtodd".
Swym donośnym głosem Clarke oznajmił, że ma nadzieję, iż studenci będą kontynuować współpracę, co doprowadzi do powstania "trwałych więzi składających się na międzynarodową sieć ludzi dobrej woli". Wezwał absolwentów, by śmiało "realizowali liczne projekty związane z kosmosem, kładąc podwaliny pod ewolucyjne, a nawet rewolucyjne zmiany w wielu dziedzinach". To właśnie dzięki edukacji i pierwszym na świecie uniwersytetom ludzkość wydobyła się z mroków średniowiecza i wkroczyła w epokę renesansu. Na zakończenie Clarke przytoczył chińskie przysłowie: "Jeśli planujesz w skali roku, zasiej ziarno; jeśli planujesz w skali dziesięciolecia, posadź drzewo; jeśli planujesz w skali stulecia, zajmij się nauczaniem ludzi". Peter, słuchając tego, uśmiechnął się. To przecież właśnie Wujek Arthur zasiał ziarno, z którego wyrósł ISU. Od ich pierwszego spotkania w Wiedniu Clarke nieustannie mówił o tym, że wspólne marzenie o kosmosie pozwoli wznieść się ponad wszystkie podziały polityczne i kulturowe.
Na koniec, w radosnym nastroju pomimo zmęczenia, na mównicę wyszedł Peter. Przyznał, że ostatnie osiem tygodni było najbardziej "intensywnym i wymagającym" okresem w jego życiu.
- Był to również, bez wątpienia, najbardziej owocny i fascynujący czas - powiedział. - To doświadczenie całkowicie odmieniło mnie wewnętrznie. Nigdy więcej reprezentowanych tutaj krajów nie będę postrzegał jako "obcych". Od teraz są to dla mnie miejsca, gdzie żyją moi przyjaciele. Zaliczyliście tutaj ponad dwieście czterdzieści godzin wykładów, co normalnie stanowi więcej niż jeden pełny semestr na MIT. Oprócz tego każdy z was poświęcił około dwustu osiemdziesięciu godzin na pracę nad projektem księżycowym, nie mówiąc już o co najmniej trzystu godzinach intensywnego treningu międzykulturowego, który na co dzień nazywamy imprezowaniem.
W tym momencie rozległa się gromka owacja.
Wróciwszy na Harvard, Peter w dalszym ciągu starał się pogodzić zaangażowanie w działalność ISU - rozpoczęły się już prace przygotowawcze do następnej letniej sesji, która miała się odbyć w Strasburgu we Francji - z zajęciami na medycynie. Zaliczył praktykę z neurologii, która wymagała, by codziennie przebywał od siódmej rano do siódmej wieczorem w Szpitalu Klinicznym stanu Massachusetts, a ponadto co trzy dni pełnił dyżur nocny. Zrozpaczony zapisał w dzienniku: "Mam tu do czynienia w całej okazałości ze wszystkim tym, co sprawia, że nie zamierzam się zajmować medycyną kliniczną - nieustanne maksymalne obciążenie, brak miejsca na własną twórczość, niskie zarobki, małe szanse na odniesienie sukcesu. To pod żadnym względem nie jest praca dla mnie".
Pod koniec września 1988 roku ukończył praktykę z położnictwa i ginekologii. W sumie asystował przy przyjściu na świat dwudziestu dwóch chłopców i czternastu dziewczynek. W listopadzie i grudniu odbywał praktykę na chirurgii, podczas której musiał codziennie nastawiać swój budzik na 4.30. Jego siostra Marcelle - która na początku roku wzięła ślub i odbywała drugi rok rezydentury na chirurgii - zapewniała go, że szybko przywyknie do takiego rozkładu dnia. Jednak Peter nie wierzył, by kiedykolwiek wstawanie o wpół do piątej rano mogło się dla niego stać czymś normalnym, oraz zastanawiał się, jakim cudem jego małej siostrzyczce udało się w ogóle wyjść za mąż. On sam nie znajdował ani chwili wolnego czasu, by móc pójść na randkę. Marcelle często naigrawała się z jego Harvardu, mówiąc, że niewiele się tam nauczył i wciąż zbyt wiele uchodzi mu płazem, natomiast Peterowi imponował akademicki rygor Albany Medical School. Zwykł powtarzać:
- Dzięki Bogu, że jestem na Harvardzie. Trudno się tu dostać, a jeszcze trudniej stąd wylecieć.
Zasadnicza różnica polegała wszakże na tym, że jego siostra nie miała na głowie prowadzenia żadnego uniwersytetu. A tymczasem Peter dołożył do tego jeszcze jedną rzecz związaną z jego pasją - został współzałożycielem swojej pierwszej firmy komercyjnej o nazwie International Microspace. Miała się ona zajmować tym, co dotychczas było domeną wyłącznie agencji rządowych lub wielkich korporacji - umieszczaniem satelitów na orbicie. Funkcję głównego konstruktora objął w niej inżynier z NASA Bob Noteboom, który zaprojektował jedyną w swoim rodzaju supertanią wielostopniową rakietę nośną, a kapitał początkowy zapewnił również pasjonujący się kosmosem właściciel firmy telekomunikacyjnej Walt Anderson, którzy przeszedł drogę od młodzieńca relegowanego z uczelni do multimilionera i czasem wypłacał swoim pracownikom pensję nie w pieniądzach, lecz w złotych sztabkach. Anderson był marzycielem pokroju Todda Hawleya, wielkim zwolennikiem idei Ayn Rand, skrajnym libertarianinem i jednym z pierwszych sponsorów ISU. Nowa firma z siedzibą w Houston, gdzie znajdował się Johnson Space Center, przystąpiła już do testów swojego silnika rakietowego. Lista rzeczy, które koniecznie musi zrobić, stawała się u Petera z każdym dniem coraz to dłuższa i dłuższa.
Jednym z obowiązków Petera w ISU było przewodniczenie komisji programowej, która zbierała się dwa razy do roku, aby uaktualnić programy, według których studenci mieli się uczyć latem. Na posiedzenie, którego zadaniem było ustalenie programu na sesję letnią w Strasburgu w 1989 roku, Peter zarezerwował salę w luksusowym Harvard Club w rejonie Back Bay w Bostonie. Swoją obecność potwierdzili wszyscy zatrudnieni przez niego dziekani wydziałów, w tym profesor Harvard Medical School, Susanne Churchill, kierująca wydziałem nauk medyczno-biologicznych ISU, Giovanni Fazio, dyrektor Harvard-Smithsonian Center for Astrophysics, oraz dr Larry Young z MIT. W tę sobotę Peter nie miał żadnych zajęć na medycynie i niecierpliwie oczekiwał zaplanowanych dyskusji, które często przeradzały się w zażarte spory o to, który wydział powinien otrzymać najwięcej czasu w ramach programu nauczania.
Nieoczekiwanie jednak, zaledwie na kilka dni przed zaplanowanym posiedzeniem, Peter otrzymał fatalną wiadomość. Zakomunikowano mu, że praktykę z psychiatrii będzie miał właśnie w dniu spotkania komisji programowej. To uczelnia wyznaczała rozkład jego zajęć i praktyki były traktowane jako obowiązkowe. Polegały one na odwiedzaniu oddziałów psychiatrycznych w kolejnych szpitalach oraz odbywaniu rozmów z pacjentami i lekarzami.
Peter nie mógł się wykręcić od praktyki ani przełożyć posiedzenia. Postanowił jednak znaleźć jakieś wyjście. Usiadł i narysował mapkę, zaznaczając na niej odległości pomiędzy Harvard Club na Commonwealth Avenue a okolicznymi szpitalami. Wyszło mu, że od klubu do Szpitala Klinicznego stanu Massachusetts jest zaledwie 2,7 km, czyli około dwudziestu minut piechotą, siedemnastu minut transportem publicznym i co najwyżej dziesięciu minut taksówką. Obliczył wszystkie odległości i odpowiadający im czas pomiędzy szpitalami, które miał odwiedzić w ramach praktyki, oraz od tych szpitali z powrotem do klubu.
Rano, w dniu posiedzenia komisji, Peter zapakował kitel lekarski, strój chirurga, notatki oraz instrumenty medyczne do swojego plecaka. Po przybyciu do Harvard Club schował plecak w toalecie, przywitał się z gronem profesorskim i przedstawił im plan dnia. Gdy plan ten zaczął być realizowany i wywiązała się dyskusja nad optymalnym rozkładem wykładów, Peter ukradkiem wyszedł z sali. Przeszedł szybko, ale tak, by nie zwracać na siebie uwagi, do toalety, zdjął garnitur, schował go w kącie, nałożył biały kitel i wybiegł z budynku. Zatrzymawszy taksówkę, kazał się zawieźć do pierwszego oddziału psychiatrycznego przewidzianego na ten dzień. Gdy tylko upewnił się, że ordynator bądź lekarz dyżurny odnotowali jego obecność, wymykał się do kolejnego szpitala. Gdy nie udawało mu się złapać taksówki, szedł piechotą, często przychodząc na miejsce mokry od potu. Wszystko to trwało niemal do południa, kiedy musiał być z powrotem w Harvard Club. Po lunchu znów zaczęło się przebieranie i polowania na taksówkę. Peter czuł się niczym Clark Kent przemieniający się w Supermana, szkoda tylko, że ten Superman nie potrafił latać, co niezmiernie by mu się w tym momencie przydało.
Profesor Susanne Churchill nie była zaskoczona rozwichrzonym wyglądem Petera Diamandisa, gdy w końcu zjawił się z powrotem w Harvard Club. Znała go już na tyle dobrze, że wiedziała, iż rzadko zdarza mu się usiedzieć w jednym miejscu. Dobrze pamiętała, jak Peter kiedyś zadzwonił do niej nocą, by opowiedzieć o swojej idei założenia międzynarodowego uniwersytetu kształcącego na poziomie magisterskim. Poznała go wcześniej jako studenta medycyny na Harvardzie i z miejsca dostrzegła jego przemożną fascynację kosmosem. Oboje rozmawiali wówczas o jej pracy nad wykorzystaniem zwierząt z rzędu naczelnych w eksperymentach symulujących wpływ stanu nieważkości na układ sercowo-naczyniowy. Podczas owej nocnej rozmowy telefonicznej Susanne, stojąc w swojej kuchni, cierpliwie słuchała, jak Peter nakreśla szeroko zakrojoną wizję ISU zrodzoną w jego głowie i głowach jego kolegów, z których żaden nie przekroczył jeszcze trzydziestki. Gdy Peter spytał, czy nie objęłaby funkcji dziekana założyciela wydziału nauk medyczno-biologicznych, jej pierwszą reakcją było:
- Czyś ty zwariował?
Niemniej pod koniec rozmowy przystała na tę propozycję. Pierwsza letnia sesja ISU stała się dla niej wyjątkowym doświadczeniem, znacznie poszerzającym jej wiedzę o świecie, zwłaszcza gdy na własne oczy zobaczyła, że grupa studentów przybyłych ze Związku Radzieckiego otoczona jest czujną kuratelą aniołów stróżów z KGB. Mur berliński wtedy jeszcze istniał i kontakty Ameryki z drugim kosmicznym mocarstwem ograniczone były do minimum. Nie mogła również wyjść z podziwu, gdy Peterowi i jego kompanom udało się sprowadzić na ISU pierwszego radzieckiego lekarza astronautę, oczywiście z nieodłącznym cieniem z KGB. U schyłku dnia wypełnionego miotaniem się pomiędzy sprawami kosmicznymi i medycznymi, gdy obskoczył już przewidziane szpitale, a spotkanie komisji programowej dobiegło końca, Peter usiadł samotnie w Harvard Club. Był skrajnie wyczerpany i wciąż nie dowierzał, że mu się wszystko udało. Zdawał sobie sprawę, że niektórzy lekarze na oddziałach psychiatrycznych, które odwiedził, patrzyli na niego, jak gdyby to właśnie on wymagał leczenia.
Kilka tygodni później w studenckiej skrytce pocztowej Petera pojawił się list z dziekanatu. Peter otworzył go z bijącym sercem. Na myśl przyszła mu sytuacja zaistniała podczas niedawnej praktyki na chirurgii, kiedy to wybiegł pędem z pokoju na dźwięk dzwonka, aby odebrać rozmowę na swoim telefonie komórkowym marki Motorola o rozmiarach cegły. Bob Noteboom, główny inżynier w jego firmie International Microspace, dzwonił wtedy z Houston, by poinformować go o wynikach najnowszych testów ich silnika rakietowego. W liście dziekan Harvard Medical School, Dan Tosteson, prosił Petera, by zaszedł w najbliższym czasie do jego gabinetu. Peter żywił olbrzymi szacunek do dziekana, który choć sam był wybitnym naukowcem, miał w zwyczaju zapraszać studentów pierwszego roku do swojego domu na powitalne barbecue. Niemniej czuł, że to utrzymane w uprzejmym tonie zaproszenie nie zwiastuje nic dobrego.
W wyznaczony dzień Peter zjawił się u dziekana Tostesona. Po wymianie uprzejmości dziekan przeszedł od razu do sedna sprawy:
- Proszę posłuchać. Ordynatorzy i lekarze dyżurni donoszą mi, że nie poświęca pan praktykom należytej uwagi. Mówią, że nieustannie się pan spóźnia, a nawet w ogóle nie pojawia, oraz że cały czas rozmawia pan przez telefon.
Peter czuł, że jego twarz stała się blada jak ściana.
Dziekan wyjaśnił Peterowi, że niepokoi się o niego i chciałby się dowiedzieć, co się z nim dzieje. Czyżby miał problemy finansowe? Kryzys rodzinny? A może ma jakieś inne kłopoty?
Peter nagle poczuł się tak, jak wówczas w Hamilton, gdy sądził, że ma ostatecznie przechlapane z powodu wykradzionego świńskiego płodu. Był już na medycynie przez trzy z czterech lat. Czyżby miał jej nie ukończyć teraz, kiedy już tak niewiele mu zostało? Przecież nie mógłby już do końca życia spojrzeć w oczy ojcu i matce.
Wziął głęboki oddech i postanowił wyznać dziekanowi wszystko.
- Prowadzę Międzynarodowy Uniwersytet Kosmiczny - zaczął. - I mam jeszcze firmę rakietową w Houston, której jestem dyrektorem generalnym. Zebrałem miliony dolarów od inwestorów i muszę zrobić z nich dobry użytek. Ale absolutnie nie mogę zrezygnować ze studiów medycznych, bo rodzice byliby zdruzgotani.
Zaskoczony dziekan potrząsnął głową, przywołał na twarz coś na kształt uśmiechu i powiedział:
- Tylko w programie HST - spojrzał na Petera, jak gdyby oczekując z jego strony potwierdzenia. - Czyli pan prowadzi uczelnię, firmę rakietową, a jednocześnie próbuje ukończyć medycynę?
Peter skinął głową.
- To co chciałby pan w końcu w życiu robić? - spytał dziekan.
- Interesuję się zagadnieniami medycznymi, ale przede wszystkim w kontekście podróży kosmicznych, którymi właśnie chcę się zajmować - powiedział Peter. - Sądziłem, że dyplom z medycyny uszczęśliwi moich rodziców, a jednocześnie otworzy mi drogę w kosmos.
- Czy ma pan zamiar praktykować w zawodzie lekarza?
- Nie - odparł szczerze skonsternowany Peter. - Ale bardzo mi zależy na dyplomie.
Dziekan milczał przez chwilę, a potem rzekł:
- No dobrze. Zawrzemy umowę. Jeśli zaliczy pan wszystkie praktyki i zda egzamin drugiego stopnia, dopuszczę pana do dyplomu.
Gdy obaj wstali, aby się pożegnać, Tosteson popatrzył Peterowi w oczy i powiedział:
- Musi mi pan coś solennie obiecać.
Peter przytaknął.
- Wszystko, czego pan dziekan sobie życzy.
- Musi mi pan obiecać, że nigdy, ale to przenigdy, nie będzie pan pracował jako lekarz.
Na naukę w Hamilton College, MIT i na Harvardzie Peter poświęcił w sumie dziewięć lat. Meta była już w zasięgu wzroku, ale wciąż zdawała się oddalać. Zapisał w swoim dzienniku: "Nawet gdy spędzam całe dnie w szpitalu, ucząc się leczyć ludzi, moje serce wyrywa się ku niebu. Zdaję sobie sprawę, że nie będę nigdy praktykował medycyny. Wiem, że to może się wydawać śmieszne, skoro zaszedłem tak daleko, ale ja naprawdę mam nadzieję, że mam na tyle silnej woli, by w końcu zrobić ten dyplom lekarski". Przez trzy tygodnie przygotowywał się do egzaminu drugiego stopnia, ucząc się niemal przez okrągłą dobę, sfrustrowany, że nie może poświęcić ani chwili na ISU i International Microspace.
W ciągu kilku tygodni po egzaminie Peter raz po raz biegał, by zaglądnąć do swojej pokrytej mosiądzem skrytki pocztowej, czy przyszły już wyniki. Obawa, że mógł nie zdać, spędzała mu sen z powiek. Na dodatek doszły inne problemy. Todd Hawley ostatnio zachowywał się dość nieobliczalnie, często nie pojawiając się w ogóle w siedzibie ISU bądź też przychodząc dopiero pod koniec dnia. Peter był przekonany, że ISU nie poradzi sobie bez Todda, ale nie miał pojęcia, co mu się stało, a sam Todd nic nie mówił.
W końcu pewnego dnia Peter, otworzywszy skrytkę pocztową, znalazł w niej list. Było to oficjalna przesyłka od Krajowej Komisji Egzaminatorów Medycznych opatrzona datą wrześniową 1989 roku. Ostrożnie rozerwał kopertę i od razu spojrzał na rubrykę "Zdał/Nie zdał" po prawej stronie tabeli z wynikami. Widniało tam tylko jedno jedyne słowo: zdał.
Peter długo wpatrywał się w trzymany w ręku arkusz papieru i jego oczy zaszły łzami. A jednak udało mu się ukończyć Harvard Medical School i otrzyma upragniony dyplom lekarski! Do zdania egzaminu wystarczało 290 punktów, a on uzyskał 360, przy czym najlepiej poszła mu psychiatria i położnictwo/ginekologia. Uśmiechnął się i pomyślał: "To dla ciebie, tato".
Peter otrzymał swój dyplom 21 listopada 1989 roku. Gdy na podium odbierał go z rąk dziekana, miał na twarzy taki wyraz, jak gdyby chciał zapytać: "Naprawdę? Jest pan pewien?".
Po zakończeniu wszystkich uroczystości Peter - któremu teraz minęło już ponad dziesięć tysięcy dni na Ziemi - wdrapał się do łóżka i zanotował w swoim dzienniku: "Dzisiaj rozpoczął się nowy etap mojego życia. Jestem wolny, wreszcie wolny od intelektualnych i emocjonalnych zobowiązań wobec medycyny. Teraz mój duch i mój umysł będą mogły z laserową precyzją skupić się na problematyce kosmosu".
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1 To był pierwszy z trzech stopni. W momencie odrzucenia pierwszego członu prędkość lotu względem Ziemi wynosiła około 2,8 km/s, a prędkość w astronomicznym układzie odniesienia (względem odległych gwiazd) - około 7,8 km/s. Łączna masa paliwa i utleniacza we wszystkich trzech stopniach wynosiła około 2600 t. Prędkość względem Ziemi jest mniejsza, ponieważ rakiety zawsze startują w kierunku zgodnym z obrotem Ziemi, dzięki czemu zyskują "darmowy" przyrost prędkości w astronomicznym układzie odniesienia o mniej więcej 1600 km/h.
2 W rzeczywistości pomnik Waszyngtona jest półtora raza wyższy od rakiety Saturn V i waży około 14 razy więcej (nie licząc podstawy obelisku).
3 Stapp był autorem jednej z wersji prawa Murphy'ego, które nazwano prawem Stappa: "Zważywszy uniwersalną predyspozycję do nieefektywnego działania, wszelkie ludzkie dokonania należy uznawać za nieprawdopodobny cud".
4 ?v = veln(m0/m1), gdzie ?v - przyrost prędkości rakiety, ve - prędkość gazów wylotowych, m0 - masa początkowa rakiety, m1 - masa końcowa rakiety po wyczerpaniu paliwa, a ln() oznacza logarytm naturalny. Wzór ten wyraża prędkość, jaką można uzyskać przy użyciu silnika rakietowego. Zależy ona od prędkości gazów wylotowych i efektywnej zmiany masy rakiety w miarę spalania paliwa. Jeśli, na przykład, rakieta spali tyle paliwa, że jej masa całkowita zmniejszy się o czynnik 3, to przyrost prędkości równa się w przybliżeniu prędkości gazów wylotowych. Jeśli masa zmniejszy się o czynnik 9, to przyrost prędkości równa się mniej więcej dwukrotności prędkości gazów wylotowych. Im szybciej spalane jest paliwo, tym mniejsza staje się masa rakiety, a tym samym mniej energii potrzeba do nadania jej przyspieszenia.
5 W istocie całą kadrę kierowniczą zespołu rakiety Saturn stanowili inżynierowie, którzy pracowali poprzednio w Peenemünde nad V-2.
6 Termin "kwark" został zaproponowany przez Richarda Feynmana, współpracownika Caltechu, Murraya Gell-Manna, który podobno zapożyczył go z cytatu powieści Jamesa Joyce'a Finnegans Wake: "Three quarks for Muster Mark!". Sam Gell-Mann chciał, aby wymawiać go "kwork". Hipoteza kwarków wyjaśniała za jednym zamachem istnienie całego multum rozmaitych rodzajów cząstek, które zaobserwowano do czasu, kiedy powstała.
7 Oficjalna długość Harvard Bridge wynosi 364,4 smootów plus jedno ucho. Wzdłuż całego mostu namalowane są, co jeden smoot, barwne znaczki z wartościami liczbowymi podanymi co dziesięć smootów. Nazwisko Olivera Smoota, będącego kandydatem do członkostwa w bractwie Lambda Chi Alpha, w październiku 1958 roku zostało wykorzystane jako niestandardowa jednostka długości. Za jego zgodą "współbracia" położyli go ponad trzysta razy wzdłuż mostu, dopóki nie przegoniła ich policja. Notabene jego kuzyn, George Smoot, zasłynął ze swego udziału w badaniach prowadzonych w ramach misji satelity COBE, po raz pierwszy dokonując pomiaru anizotropii mikrofalowego promieniowania tła sfery niebieskiej.
8 Największą liczbę zatrudnionych w NASA osiągnięto w 1965 roku, kiedy na rzecz tej instytucji pracowało bezpośrednio w agencji 34 300 osób oraz 376 700 u podwykonawców.
9 Konstrukcja Voyagera przypomina w pewnym stopniu słynny samolot z czasów II wojny światowej Lockheed P-38 Lightning. Burt wysunął stateczniki poziome do przodu, przeniósł oba silniki do kadłuba centralnego, jeden ciągnący, a drugi pchający, co pozwoliło zmniejszyć ciężar całości i zwiększyć rozpiętość skrzydeł.
10 Na szczęście wskaźnik orientacji samolotu był jednak zdublowany. Pierwszy zepsuł się, zanim Voyager pokonał połowę odległości w swym locie dookoła świata.
11 Przeprowadzono wiele eksperymentów, a nawet produkowano seryjnie samoloty ze skośnymi skrzydłami, lecz wciąż brakowało teorii opisującej ich działanie. Jones eksperymentował z samolotami z cienkim skrzydłem typu delta, które jest krańcowym przypadkiem skośnych skrzydeł.
12 Plan 16 to podstawy inżynierii aerokosmicznej.
13 Dopiero po latach Erik dowiedział się, że jego dziadek pracował razem z Igorem Sikorskym, konstruktorem lotniczym pochodzenia rosyjskiego i wynalazcą helikoptera, który był bliskim przyjacielem rodziny. Pierwszy helikopter stanowił konstrukcję wręcz genialną. Wyposażony był w dźwignię sterującą (drążek służący do zmiany nachylenia maszyny poprzez regulowanie nachylenia płatów wirnika nośnego), śmigło ogonowe (które zapobiega obracaniu się korpusu helikoptera względem wirnika nośnego) oraz w płozy lądownicze (zapewniające efektywne rozłożenie nacisku przy pionowym lądowaniu). Współczesny pilot śmigłowcowy posadzony w jego kabinie nie miałby zapewne problemów, by nim latać.
14 Anne Morrow Lindbergh opisała też posiłek "w radosnej atmosferze", jaki ona i jej mąż spożywali z grupą astronautów, podczas którego Charles zdumiewał się, ile paliwa zużywa Apollo w początkowej fazie lotu. "Wychodzi na to, że w ciągu pierwszej sekundy od zapłonu rakiety spala się ponad dziesięć razy więcej paliwa, niż zużył jego Spirit of St. Louis na cały przelot z Nowego Jorku do Paryża". Charles przepisał na maszynie artykuł Anne dla "Life", wystukując go dwoma palcami wskazującymi.