Jak zostać mistrzem. Trening doskonałości - Robert Greene

Kup ebooka

69.00 zł
37.95 zł (34,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wprowadzenie

Esencja siły

Każdy człowiek jest kowalem własnego losu, który niczym rzeźbiarz przeobraża bryłę w posąg. Podobnie jak z tą formą artystycznej aktywności, rzecz się ma ze wszystkimi innymi: rodzimy się jedynie z teoretyczną zdolnością dokonania tego dzieła. Umiejętności niezbędne do nadawania materiałom pożądanego kształtu trzeba dopiero zdobyć i z uwagą rozwijać.

- Johann Wolfgang von Goethe

Istnieje pewna forma siły i inteligencji, która stanowi najwyższy przejaw potencjału człowieka. Jest ona źródłem największych dokonań i odkryć, jakie człowiek odnotował w swojej historii. To rodzaj inteligencji, której nie naucza się w szkołach i nad którą nie pochylają się profesorowie, ale której każdy z nas miał okazję w pewnym momencie swojego życia choć przez chwilę zakosztować. Często ujawnia się ona w chwili napięcia - gdy goni nas termin, gdy musimy pilnie rozwiązać jakiś problem, gdy stajemy w obliczu kryzysu. Równie dobrze może się ona jednak pojawić na skutek konsekwentnej pracy nad pewnym przedsięwzięciem. Tak czy owak, działając pod presją, odczuwamy nadzwyczajny przypływ energii i wykazujemy się niezwykłą zdolnością koncentracji. Zadanie całkowicie pochłania nasz umysł. W chwili tak silnego skupienia pomysły przychodzą nam do głowy w najróżniejszych okolicznościach - podczas snu, zupełnie znikąd, jak gdyby wynurzały się z głębin naszej podświadomości. W takich momentach ludzie zdają się bardziej przychylnie poddawać naszemu oddziaływaniu. Być może poświęcamy im wówczas więcej uwagi, a być może bije od nas jakaś wyjątkowa siła, która wymusza szacunek. W normalnych okolicznościach wielu ludzi doświadcza życia w sposób bierny, ograniczając się jedynie do reagowania na te czy inne okoliczności. W takich wyjątkowych dniach czy tygodniach nabieramy natomiast poczucia, jak gdybyśmy to my mogli decydować o biegu spraw i zaistnieniu tych lub innych zdarzeń.

Siłę tę można by scharakteryzować w sposób następujący. Przez większość czasu żyjemy jak gdyby w świecie naszych marzeń, pragnień i obsesji. W okresach nadzwyczajnej kreatywności zaś kieruje nami potrzeba dokonania czegoś, co przyniesie wymierny skutek. Zmuszamy się do wyjścia poza własne granice konwencji i nawiązania kontaktu ze światem, z innymi ludźmi, z rzeczywistością. Zamiast szamotać się w tę i we w tę pośród kolejnych czynników rozpraszających naszą uwagę, umysł skupia się i przenika do głębi czegoś rzeczywistego. W tych chwilach można odnieść wrażenie, jak gdyby umysł został nastawiony wyłącznie na odbiór bodźców zewnętrznych i jak gdyby zalewało go światło z otaczającego nas świata. Nagle otwiera się na szczegóły i pomysły, a my odczuwamy przypływ inspiracji i kreatywności.

Po upływie terminu bądź zakończeniu kryzysu to wrażenie siły i rozbudzonej kreatywności zwykle powoli zanika. Wracamy do stanu rozkojarzenia i tracimy poczucie kontroli nad rzeczywistością. Gdybyśmy tylko potrafili świadomie wzbudzić w sobie tamto uczucie albo w jakiś sposób utrzymać je przy życiu... Wydaje nam się ono jednak zbyt tajemnicze, zbyt ulotne.

Problem polega na tym, że ta forma siły czy też inteligencji bywa zwykle bądź to ignorowana jako potencjalny temat do badań, bądź to osadzana wśród wszelkiego rodzaju mitów i błędnych postulatów, co tylko dodatkowo wzmaga wrażenie tajemniczości. Ludzie zdają się sądzić, że kreatywność i geniusz pojawiają się znikąd, że stanowią przejaw naturalnych talentów, efekt dobrego nastroju bądź pomyślnego ułożenia gwiazd. Przydałoby się zatem rozwiać ten nimb tajemnicy: nazwać to poczuciem siły, dotrzeć do jego korzeni, określić rodzaj inteligencji, która za nie odpowiada, i poznać metody wywoływania go i utrzymywania.

Nazwijmy to uczucie biegłością, chodzi bowiem o wrażenie posiadania pełniejszej kontroli nad rzeczywistością, innymi ludźmi i nami samymi. Dla niektórych spośród nas będzie chodzić jedynie o krótkotrwałe doświadczenie, niemniej dla innych - dla mistrzów w swoich dziedzinach - staje się ono sposobem na życie, sposobem patrzenia na świat. (Do grona takich mistrzów zaliczyć należy między innymi Leonarda da Vinci, Napoleona Bonaparte, Charlesa Darwina, Thomasa Edisona czy Marthę Graham). U źródeł tego zjawiska leży prosty proces, który prowadzi do uzyskania biegłości. Każdy z nas może ten proces przeprowadzić.

Można by go scharakteryzować w następujący sposób. Wyobraźmy sobie, że bierzemy lekcje gry na fortepianie lub podejmujemy nową pracę i w związku z tym musimy opanować pewne dodatkowe umiejętności. Na początku czujemy się zupełnie nie w swoim żywiole. Wstępne oceny gry na fortepianie czy warunków panujących w nowej pracy opierają się na naszych wyobrażeniach i często pozostają pod wpływem poczucia strachu. Początkujący adept gry na fortepianie może podchodzić do klawiatury instrumentu z dużą niepewnością - nie rozumie wszakże zależności między klawiszami, strunami, pedałami i wszystkim innym, co odgrywa istotną rolę przy powstawaniu muzyki. Podejmując nową pracę, możemy natomiast nie orientować się w zależnościach między poszczególnymi ludźmi, nie będziemy potrafili od razu rozgryźć szefa, a zasady i procedury istotne z punktu widzenia sukcesu będą pozostawały dla nas tajemnicą. W takich warunkach człowiek czuje się zagubiony, ponieważ brakuje mu niezbędnej wiedzy.

Nawet jeśli podejmujemy tego typu wyzwania z pozytywnym nastawieniem do zdobywania nowej wiedzy i umiejętności, szybko uświadamiamy sobie, jak wiele ciężkiej pracy mamy jeszcze przed sobą. Istnieje spore ryzyko, że dopadnie nas uczucie znudzenia, niecierpliwości, strachu i zmieszania. Wówczas przestajemy obserwować i przyswajać wiedzę. Cały proces ulega zakończeniu.

Jeżeli jednak uda się nam zapanować nad tymi emocjami i zdobędziemy się na odrobinę cierpliwości, wówczas zaczną się dziać rzeczy niesamowite. W miarę obserwowania i naśladowania innych zdobywamy coraz większe rozeznanie w temacie, poznajemy obowiązujące zasady i coraz lepiej odnajdujemy się w nowej rzeczywistości. Konsekwentnie się doskonaląc, osiągniemy w końcu płynność działania. Opanujemy podstawowe umiejętności, co pozwoli nam podejmować coraz to nowsze, ambitniejsze wyzwania. Zaczniemy dostrzegać zależności, które przedtem pozostawały dla nas nieznane. Z czasem będziemy nabierać wiary we własne możliwości w zakresie rozwiązywania problemów i przezwyciężania słabości mocą własnej determinacji.

W pewnym momencie z ucznia przeobrażamy się w praktyka. Zaczynamy testować własne pomysły i zdobywamy cenne informacje zwrotne. Wykorzystujemy coraz bogatszą wiedzę w coraz bardziej twórczy sposób. Zamiast po prostu uczyć się, co i jak robią inni, zaczynamy kształtować własny styl i indywidualne podejście do danej sprawy.

Jeżeli w miarę upływu lat będziemy konsekwentnie realizować ten proces, w końcu nastąpi krok kolejny, tym razem prowadzący do osiągnięcia biegłości. Klawiatura fortepianu przestanie nam się wydawać czymś zewnętrznym. Ulega internalizacji i staje się integralnym elementem naszego układu nerwowego, nierozerwalnie związanym z opuszkami naszych palców. Jeżeli zaś chodzi o karierę zawodową, to z czasem zyskujemy rozeznanie co do dynamiki grupy i bieżącej sytuacji firmy. Potrafimy zastosować tę wiedzę w kontekście społecznym, aby lepiej zrozumieć ludzi i umieć przewidywać ich reakcje. Możemy podejmować bardziej kreatywne decyzje w krótszym czasie. Pomysły pojawiają się nam same. Poznaliśmy już zasady na tyle dobrze, że teraz niekiedy to nam zdarza się je łamać bądź modyfikować.

W procesie prowadzącym do uzyskania tej esencji siły wyróżnić można trzy odrębne fazy czy też poziomy. Pierwszy to terminowanie, drugi określimy mianem fazy aktywności i kreatywności, trzeci zaś nazwiemy biegłością. W fazie pierwszej znajdujemy się jak gdyby poza interesującą nas dziedziną i staramy się w maksymalnym stopniu przyswoić sobie jej podstawowe założenia i zasady. Dysponujemy jedynie częściowym obrazem zagadnienia, w związku z czym mamy bardzo ograniczone możliwości. W fazie drugiej poprzez liczne ćwiczenia i zgłębianie tajników danej dziedziny zaczynamy lepiej rozumieć jej wewnętrzne mechanizmy. Zdajemy sobie sprawę z istniejących zależności, dzięki czemu w większym stopniu orientujemy się w danym zagadnieniu. W tym momencie zyskujemy nową możliwość, która polega na prowadzeniu eksperymentów i kreatywnej zabawie z poszczególnymi aspektami nieco innej rzeczywistości. W fazie trzeciej dysponujemy zaś tak szeroką wiedzą i doświadczeniem, tak wielkim rozeznaniem, że potrafimy spojrzeć na daną dziedzinę w bardzo szerokim kontekście i w pełni ją zrozumieć. Zyskujemy dostęp do istoty życia, czyli do ludzkiej natury oraz zjawisk przyrodniczych. Właśnie dlatego tak mocno do nas przemawiają dzieła mistrzów - ponieważ tym artystom udało się uchwycić pewien aspekt istoty rzeczywistości. Właśnie dzięki tej sile genialni naukowcy mogą odkrywać nowe prawa fizyki, a wynalazcy czy przedsiębiorcy tworzą rzeczy, które wcześniej w ogóle nie mieściły się nam w głowie.

Siłę tę można nazywać intuicją, ale intuicja to nic więcej jak tylko nagłe i natychmiastowe uzmysłowienie sobie stanu rzeczywistego - bez konieczności odwoływania się do słowa czy wzoru. Słowa i wzory mogą się oczywiście później pojawić, ale to właśnie dzięki przebłyskom intuicji zbliżamy się do rzeczywistości. Nasz umysł dostępuje nagle pewnej cząsteczki prawdy, która wcześniej pozostawała ukryta zarówno przed nami, jak i przed innymi ludźmi.

Zwierzęta również się uczą, niemniej w ich przypadku w grę wchodzą przede wszystkim instynkty związane z odnajdywaniem się w otoczeniu i ochroną przed niebezpieczeństwem. Dzięki instynktowi zwierzę może działać szybko i skutecznie. Człowiek, który stara się zrozumieć swoje otoczenie, polega raczej na rozumie i logice. Takie myślenie zajmuje jednak dużo czasu i z tej racji bywa nieefektywne. Jakże często obsesyjny proces myślowy przebiegający gdzieś w głębi naszej głowy odrywa nas od rzeczywistości. Na poziomie biegłości korzysta się z sił intuicyjnych, które stanowią mieszankę instynktu i racjonalnego myślenia, świadomości i podświadomości, pierwiastka ludzkiego i zwierzęcego. To właśnie w ten sposób odkrywamy potężne zależności występujące w naszym otoczeniu, w ten sposób docieramy do głębi różnych zjawisk. W dzieciństwie każdy z nas potrafił korzystać z tej intuicyjnej siły i wykazywał się spontanicznością, potem jednak zostało to w większości przypadków wykorzenione, ponieważ w naszym umyśle musiało znaleźć się miejsce dla zalewu informacji. Mistrzowie potrafią wrócić do stanu właściwego dzieciom, a w ich pracach widać przejawy spontaniczności i zdolności uzyskania dostępu do podświadomości (znacznie większej jednakże niż w przypadku dzieci).

Jeśli uda nam się doprowadzić ten proces do końca, aktywujemy intuicyjną moc tkwiącą w umyśle każdego człowieka - tę właśnie, która ujawnia się na krótko podczas silnego zaangażowania w pracę nad pewnym konkretnym problemem bądź pomysłem. Tak naprawdę w życiu często doświadczamy pewnych przejawów tej siły, na przykład gdy coś nam podpowiada, jak się rozwinie dalsza sytuacja, bądź gdy nagle, zupełnie znikąd, w naszej głowie pojawia się idealne rozwiązanie jakiegoś problemu. Takie momenty są jednak niezwykle ulotne i w zbyt małym stopniu opierają się na doświadczeniu, aby dało się je powtarzać. Z chwilą osiągnięcia poziomu biegłości zdobywamy kontrolę nad intuicją, dzieje się tak jednak na skutek długotrwałego procesu. A ponieważ świat ceni kreatywność oraz wspomnianą zdolność do odkrywania nowych aspektów rzeczywistości, z taką umiejętnością wiążą się istotne korzyści natury praktycznej.

Na kwestię biegłości można spojrzeć w sposób następujący. Otóż historycznie rzecz biorąc, mężczyźni i kobiety pozostawali więźniami ograniczeń własnej świadomości, własnego braku kontaktu z rzeczywistością oraz niemożliwości oddziaływania na otaczający ich świat. Uciekając się do stosowania przeróżnych magicznych rytuałów, transów, śpiewów i środków farmakologicznych, poszukiwali różnego rodzaju skrótów, które zapewniłyby im poczucie kontroli oraz dostęp do stanu pogłębionej świadomości. W poszukiwaniu kamienia filozoficznego, czyli nieokreślonej substancji zdolnej zamieniać wszelką materię w złoto, poświęcali swoje życie alchemii.

To pragnienie odnalezienia magicznego skrótu pozostało w nas do dzisiaj. Obecnie przyjmuje ono postać uproszczonych przepisów na sukces bądź rozwikłanych zagadek starożytności, dzięki którym poprzez nieznaczną zmianę nastawienia mamy rzekomo przyciągnąć do siebie właściwą energię. W każdym z tych zabiegów tkwi ziarnko prawdy i pewna doza pragmatyzmu, na przykład w magii kładzie się duży nacisk na pełne skupienie. W ostatecznym rozrachunku wszystkie te poszukiwania zdają się jednak dążyć do odkrycia czegoś, co nie istnieje, a mianowicie ścieżki zdobywania praktycznych kompetencji całkowicie bez wysiłku - prostych i szybkich rozwiązań, eldorado umysłu.

Wielu ludzi gubi się gdzieś pośród tych bezgranicznych fantazji, ignorując jedyną prawdziwą moc, która pozostaje w ich zasięgu. W przeciwieństwie do przeróżnych magicznych i symplicystycznych formuł to rozwiązanie przynosiło na przestrzeni wieków wymierne rezultaty w postaci wielkich odkryć i wynalazków, wspaniałych budowli i dzieł sztuki, postępu technologicznego i wszelkich innych dokonań błyskotliwych umysłów. Posiadacze tej siły uzyskują kontakt z rzeczywistością oraz zdolność zmieniania świata, o czym mistycy i magowie przeszłości mogli co najwyżej pomarzyć.

W ciągu wieków ludzie wznieśli wysoki mur wokół tak rozumianej biegłości. Nazwali ją geniuszem i uznali za niedostępną. Zaczęli upatrywać w niej przywileju, wrodzonego talentu bądź skutku szczęśliwego układu gwiazd. W rezultacie biegłość stała się w ich świadomości równie ulotna jak magia. Tymczasem ten mur to wytwór naszej wyobraźni. Tak naprawdę bowiem nasz mózg stanowi owoc sześciu milionów lat rozwoju i absolutnie nie ma sobie równych, jeśli chodzi o zdolność do osiągnięcia biegłości, czyli siły drzemiącej w każdym z nas.

Ewolucja biegłości

Przez trzy miliony lat człowiek żył w społecznościach łowiecko-zbierackich. Ewolucyjna presja związana z takim życiem doprowadziła ostatecznie do ukształtowania się mózgu kreatywnego i zdolnego do przystosowania się. Dzisiaj pozostał nam po tym mózg łowiecko-zbieracki.

- Richard Leakey

Choć być może trudno to sobie wyobrazić, nasi najwcześniejsi przodkowie, którzy mniej więcej sześć milionów lat temu wyruszyli na zielone połacie Afryki Wschodniej, byli zaskakująco słabymi i delikatnymi stworzeniami. Mieli zaledwie półtora metra wzrostu. Co prawda poruszali się w pozycji wyprostowanej i potrafili biegać, ale szybkością dalece ustępowali zwinnym czworonożnym drapieżnikom, które rzucały się za nimi w pościg. Należeli też do istot raczej szczupłych, więc ramiona nie zapewniały im dostatecznej obrony. Nie mieli pazurów ani kłów, w razie ataku nie mogli korzystać z żadnej trucizny. Aby zgromadzić owoce, orzechy czy owady bądź zdobyć trochę padliny, musieli wyjść na sawannę, a tym samym narazić się na atak lampartów czy stada hien. Nie byłoby to zapewne dziwne, gdyby tak słaby i nieliczny gatunek po prostu wyginął.

Tymczasem w ciągu kilku milionów lat (co w skali ewolucyjnej stanowi niezwykle krótki okres) ci nasi - raczej słabi fizycznie - przodkowie przeistoczyli się w najskuteczniejszych myśliwych na powierzchni planety. Cóż takiego spowodowało owo cudowne przeobrażenie? Niektórzy przypuszczają, że chodzi o fakt przyjęcia postawy wyprostowanej, dzięki której ręce wyposażone w przeciwstawny kciuk mogły wytwarzać narzędzia i precyzyjnie się nimi posługiwać. Takie fizykalne wyjaśnienie wydaje się jednak nietrafione, albowiem źródła naszej dominacji i biegłości upatrywać należy nie w budowie dłoni, lecz w funkcjonowaniu mózgu. Mózg człowieka stał się bowiem najpotężniejszym narzędziem, jakie zna natura - znacznie potężniejszym niż jakiekolwiek pazury. U podstaw tego umysłowego przeobrażenia leżą tymczasem dwa proste fakty biologiczne, a mianowicie wzrok i umiejętności społeczne, które to kompetencje prymitywny człowiek potrafił wykorzystać jako źródło swojej siły.

Nasi najwcześniejsi przodkowie wywodzili się z grupy ssaków naczelnych, które przez miliony lat wiodły nadrzewny tryb życia i w rezultacie wykształciły najbardziej imponujący zmysł wzroku występujący w przyrodzie. Szybkie i sprawne poruszanie się wśród konarów wymagało dużej spostrzegawczości i koordynacji mięśniowej. Oczy tych istot z czasem zaczęły się więc przesuwać na przód twarzy, dzięki czemu zyskały one zdolność dwuocznego widzenia stereoskopowego. Takie ukształtowanie narządu wzroku pozwala mózgowi kształtować dość wąski, co prawda, ale bardzo dokładny, trójwymiarowy obraz osadzony w uszczegółowionej perspektywie. Zwierzęta dysponujące takim narządem wzroku - w przeciwieństwie do tych, u których oczy znajdują się z boku lub w pozycji półbocznej - zwykle doskonale radzą sobie jako drapieżniki (przykładem niech będą choćby sowy czy koty). Doskonały wzrok pozwala im zlokalizować ofiarę nawet z dużej odległości. Nadrzewne naczelne wykorzystywały tę umiejętność w innym celu, a mianowicie do sprawnego poruszania się pomiędzy konarami oraz do skuteczniejszego poszukiwania owoców, jagód czy owadów. Dodatkowo wykształciły one również zdolność do postrzegania świata w wielu kolorach.

Po zejściu z drzew i przeniesieniu się na trawiastą sawannę nasi przodkowie przyjęli pozycję wyprostowaną. Dysponowali już doskonale rozwiniętym zmysłem wzroku, który pozwalał im widzieć na duże odległości (żyrafy i słonie są co prawda wyższe, ale umiejscowienie oczu z boku głowy zapewnia im raczej panoramiczny obraz otoczenia). Zyskali więc zdolność wypatrywania drapieżników z dużej odległości, a także obserwowania ich ruchów nawet w porze zmierzchu. Aby znaleźć bezpieczne schronienie, wystarczyło im często jedynie kilka sekund czy minut. Jeżeli zaś skupili się na obserwowaniu bliższej rzeczywistości, potrafili wypatrzeć różne ważne szczegóły, takie jak tropy czy inne ślady po drapieżnikach. Posiadali też zdolność rozróżniania kolorów i kształtów, co umożliwiało im wybieranie kamieni potencjalnie nadających się na narzędzia.

Dopóki żyli w koronach drzew, doskonale rozwinięty wzrok zapewniał im przede wszystkim szybkość rejestrowania pewnych informacji i reagowania na nie. Po zejściu na równiny wykorzystywali go w dokładnie odwrotnych celach. Zapewnienie sobie bezpieczeństwa i pokarmu wymagało prowadzenia cierpliwej i dokładnej obserwacji otoczenia, zdolności do rejestrowania różnych szczegółów i interpretacji ich znaczenia. Przetrwanie naszych przodków zależało od tego, na ile mocno potrafili się skupić. Im dłużej i uważniej się czemuś przyglądali, tym łatwiej im było odróżnić szansę od zagrożenia. Szybki rzut oka na horyzont dostarczał co prawda wielu bogatych informacji, ale mózg nie radził sobie z zalewem danych - nie potrafił zarejestrować tak wielu szczegółów. Ludzki zmysł wzroku nadaje się raczej do prowadzenia uważnej obserwacji niż do szybkiego skanowania otoczenia (jak to robi krowa).

Zwierzęta funkcjonują w wiecznej teraźniejszości. Potrafią wyciągać wnioski z bieżących wydarzeń, ale widok pojawiający im się przed oczami może je łatwo rozproszyć. Z biegiem lat nasi przodkowie powoli pokonywali tę podstawową zwierzęcą słabość. Wpatrując się dostatecznie długo w dany obiekt i opierając się pokusie odwrócenia uwagi choćby na kilka sekund, mogli się na chwilę oderwać od swojego bezpośredniego otoczenia. W ten sposób zyskali zdolność dostrzegania pewnych schematów, formułowania uogólnień i wybiegania myślami w przyszłość. Nabrali intelektualnego dystansu, dzięki czemu mogli - na razie na niewielką skalę - zastanawiać się i oddawać refleksji.

Owa zdolność do odrywania się od rzeczywistości i myślenia stała się z czasem głównym źródłem siły wczesnych ludzi, jeżeli chodzi o unikanie drapieżników i poszukiwanie pożywienia. Człowiek zyskał dostęp do rzeczywistości, która pozostawała poza zasięgiem innych zwierząt. Myślenie na takim poziomie stanowiło najważniejszy punkt zwrotny całego procesu ewolucji, w tym momencie bowiem pojawił się świadomy umysł zdolny do logicznego rozumowania.

Drugi z naszych biologicznych atutów ma bardziej subtelny charakter, ale rodzi równie doniosłe konsekwencje. Wszystkie ssaki naczelne to istoty społeczne, niemniej z uwagi na duże zagrożenie czyhające na nich na otwartych terenach, nasi najwcześniejsi przodkowie odczuwali znacznie silniejszą potrzebę trzymania się w grupie. Dzięki grupie mogli skutecznie unikać drapieżników i gromadzić pożywienie. Ogólnie rzecz biorąc, wczesne człowiekowate utrzymywały znacznie silniejsze więzi społeczne niż jakiekolwiek inne naczelne. W ciągu setek tysięcy lat inteligencja społeczna stopniowo się rozwijała, zapewniając naszym przodkom możliwość współpracy na znacznie wyższym poziomie. Podobnie jak zdolność do obserwacji otoczenia zewnętrznego, również i ta kompetencja wymagała wzmożonej uwagi i koncentracji. W zwartej grupie błędna interpretacja sygnałów społecznych mogła pociągać za sobą bardzo negatywne konsekwencje.

Dzięki ukształtowaniu tych dwóch rodzajów kompetencji - wizualnych i społecznych - nasi prymitywni przodkowie już dwa do trzech milionów lat temu zdołali opanować trudną umiejętność polowania. Z czasem wykazywali się coraz większą kreatywnością, co pozwoliło im podnieść tę skomplikowaną kompetencję do rangi sztuki. Zaczęli organizować polowania sezonowo i rozprzestrzenili się po terenie Eurazji, przystosowując się do różnych warunków klimatycznych. Na skutek szybkiego procesu ewolucji mózg ówczesnego człowieka już około 200 tysięcy lat temu osiągnął niemal swoje obecne rozmiary.

W latach dziewięćdziesiątych XX wieku grupa włoskich neurobiologów odkryła coś, co być może przyczynia się do wyjaśnienia źródeł łowieckiej sprawności naszych prymitywnych przodków, a jednocześnie dostarcza pewnych informacji na temat biegłości w jej dzisiejszym rozumieniu. Badając mózg małp, uczeni odkryli, że pewne szczególne neurony motoryczne aktywują się nie tylko podczas wykonywania konkretnej czynności (na przykład pociągania za dźwignię w celu uzyskania orzecha albo przy chwytaniu banana), ale również gdy obserwuje się wykonywanie tej czynności przez kogoś innego. Wkrótce nazwano je neuronami lustrzanymi. Odkrycie tych neuronów doprowadziło do wniosku, że naczelne w taki sam sposób doświadczają zarówno wykonywania, jak i obserwowania pewnej czynności. To pozwala im postawić się w sytuacji innej jednostki i odbierać pewne czynności tak, jak gdyby wykonywały je samodzielnie. W ten sposób można wyjaśnić właściwą wielu naczelnym zdolność do naśladownictwa, a także dobrze rozwiniętą u szympansów umiejętność przewidywania zamiarów i działań rywala. Przypuszcza się, że te neurony rozwinęły się z uwagi na fakt prowadzenia przez ssaki naczelne społecznego trybu życia.

Niedawne eksperymenty dowiodły występowania neuronów lustrzanych u ludzi. Stwierdzono jednocześnie, że są one znacznie bardziej rozwinięte. Małpy potrafią spojrzeć na określone działanie z perspektywy podejmującej je jednostki, potrafią też wyobrazić sobie, co tą jednostką powoduje. My dysponujemy znacznie szerszymi możliwościami. Nawet przy braku jakichkolwiek bodźców wizualnych czy działania ze strony drugiej osoby potrafimy postawić się w jej sytuacji i wyobrazić sobie, co może ona myśleć.

Rozwój neuronów lustrzanych prawdopodobnie umożliwił naszym przodkom odczytywanie pragnień innych ludzi już na podstawie bardzo subtelnych sygnałów. To z kolei przełożyło się na rozwój kompetencji społecznych. Neurony te odegrały też zapewne istotną rolę w procesie tworzenia narzędzi, ponieważ ludzie uczyli się je wytwarzać poprzez naśladowanie działań podejmowanych przez eksperta w danej dziedzinie. Najdonioślejsze wydaje się jednak to, że człowiek zyskał dzięki nim zdolność do myślenia z perspektywy wszystkiego, co go otacza. Po latach obserwacji określonych zwierząt nasi przodkowi zaczęli się z nimi identyfikować i zdobyli umiejętność myślenia z ich perspektywy. Tym samym zyskali możliwość przewidywania pewnych schematów ich zachowań, co pozwoliło im skuteczniej tropić i zabijać swoje ofiary. Myślenie z perspektywy dawało się też zastosować w odniesieniu do materii nieorganicznej. Doświadczony wytwórca kamiennych narzędzi potrafił identyfikować się ze swoimi przyrządami. Kamienne bądź drewniane przyrządy stawały się przedłużeniem jego dłoni. Ponieważ potrafił traktować je jak element własnego działania, miał nad nimi większą kontrolę, i to zarówno na etapie ich wytwarzania, jak i potem, przy posługiwaniu się nimi.

Tego typu siła umysłu ujawnia się dopiero po latach gromadzenia doświadczenia. Po opanowaniu określonej umiejętności - czy to tropienia zwierzyny, czy wykonywania narzędzi - staje się ona automatyczna, w związku z czym podczas jej wykonywania umysł nie musi się już koncentrować na konkretnych działaniach i może zająć się czymś bardziej ambitnym, np. refleksją nad tym, co może sobie myśleć ofiara albo jak narzędzie powinno układać się w dłoni. Takie myślenie z perspektywy można by uznać za przedwerbalną wersję inteligencji trzeciego rzędu, czyli za prymitywny odpowiednik właściwego Leonardowi da Vinci intuicyjnego wyczucia anatomii czy krajobrazu bądź intuicji Michaela Faradaya w temacie elektromagnetyzmu. Zdobycie tego typu biegłości zapewniało naszym przodkom możliwość szybkiego i skutecznego podejmowania decyzji na podstawie pełnego rozeznania na temat otoczenia, a także zachowań zwierzyny łownej. Gdybyśmy nie wykształcili tej umiejętności, umysł naszych przodków nie radziłby sobie z zalewem informacji niezbędnych do skutecznego prowadzenia polowania. Te intuicyjne zdolności pojawiły się na setki tysięcy lat przed językiem i właśnie dlatego doświadczamy tej inteligencji jako czegoś niewerbalnego, czego nie potrafimy ująć w słowach.

Należy mieć świadomość, że zasadniczą rolę w kształtowaniu się naszego umysłu odegrał długi okres, w którym zachodził ten proces. W ramach tego rozwoju doszło do radykalnej zmiany naszego stosunku do upływu czasu. Dla zwierząt czas jest wielkim wrogiem. Jeżeli występują w środowisku w roli potencjalnej zwierzyny łownej, zbyt długie pozostawanie na otwartej przestrzeni może sprowadzić na nie natychmiastową śmierć. Jeżeli są drapieżnikami, zbyt długie oczekiwanie może pozbawić je szansy na zdobycie posiłku. Dla nich czas symbolizuje fizyczny upadek. Nasi przodkowie łowcy zdołali zasadniczo zmienić tę zależność. Im dłużej coś obserwowali, tym lepiej to rozumieli i tym mocniej zanurzali się w rzeczywistość. W miarę nabywania doświadczenia rozwijali swoje umiejętności łowieckie. Dzięki praktyce doskonalili się w sztuce wykonywania narzędzi. Ciało co prawda się starzało, ale umysł cały czas się uczył i przystosowywał. Wykorzystanie tego potencjału czasu stanowi istotny składnik biegłości.

Właściwie należałoby stwierdzić, że rewolucja podejścia do czasu doprowadziła do zasadniczej zmiany samego umysłu człowieka, zapewniając mu pewną szczególną cechę, wyjątkową naturę. Jeśli tylko poświęcimy czemuś czas i uwagę, jeśli uwierzymy, że wielomiesięczna czy wieloletnia praca przyniesie nam w pewnym momencie biegłość, możemy wykorzystać właściwości tego niesamowitego instrumentu, który rozwijał się przez wiele milionów lat. Będziemy osiągać kolejne poziomy inteligencji. Będziemy postrzegać pewne sprawy bardziej dogłębnie, bardziej realistycznie. Będziemy ćwiczyć pewne czynności i coraz lepiej sobie z nimi radzić. Nauczymy się myśleć samodzielnie. Zdobędziemy zdolność swobodnego radzenia sobie w trudnych sytuacjach. Podążając tą ścieżką, przeobrazimy się w Homo magister, czyli mistrza.

Jeżeli wszakże uwierzymy, że można pominąć któryś z tych kroków, uniknąć całego tego procesu albo w magiczny sposób - mocą koneksji politycznych czy prostych rozwiązań - zapewnić sobie siłę, albo że w tej kwestii wystarczy polegać po prostu na wrodzonych talentach, sprzeniewierzymy się tej właściwości i sami pozbawimy się naszych naturalnych uzdolnień. To uczyni nas niewolnikami czasu, ponieważ w miarę jego upływu będziemy stawać się coraz słabsi, coraz mniej kompetentni i utkniemy gdzieś w ślepym zaułku kariery. Zamiast pozwolić umysłowi nawiązać kontakt z rzeczywistością, oderwiemy się od niej i zamkniemy w ciasnej komnacie myśli. Człowiek funkcjonujący niegdyś dzięki zdolności do koncentracji uwagi stanie się wówczas łatwo rozpraszającym się zwierzęciem, które wodzi wzrokiem po horyzoncie i z jednej strony nie posiada zdolności do przeprowadzenia pogłębionej analizy, z drugiej zaś nie może polegać na własnych instynktach.

Za szczyt głupoty należy uznać przekonanie, że w ciągu naszego krótkiego życia (w ciągu zaledwie kilku dekad świadomego istnienia) możemy za pomocą jakichkolwiek technologii czy pobożnych życzeń przeprogramować mózg i przełamać skutki sześciu milionów lat jego rozwoju. Sprzeciwienie się naturze mózgu może na pewien czas odwrócić naszą uwagę od rzeczywistości, w końcu jednak czas bezlitośnie ujawni naszą słabość i niecierpliwość.

Na całe szczęście odziedziczyliśmy po przodkach instrument charakteryzujący się niezwykłą plastycznością. Nasi przodkowie (łowcy i zbieracze) nadali mózgowi jego dzisiejszy kształt poprzez wypracowanie kultury, która pozwalała im się uczyć, zmieniać i przystosowywać do okoliczności niezależnie od skrajnie powolnego trybu naturalnej ewolucji. Mózg człowieka współczesnego jest również plastyczny. W każdym momencie możemy zmienić nasz stosunek do czasu i świadomi jego właściwości oraz potencjału zacząć go wykorzystywać. Gdy czas pracuje na naszą korzyść, możemy wyzwolić się od złych nawyków i bierności oraz wspinać się po drabinie inteligencji.

Ta zmiana to w istocie powrót do naszych korzeni, do typowo ludzkiej przeszłości. W ten sposób możemy kontynuować (tyle że w formie współczesnej) tradycję naszych przodków ze społeczności łowiecko-zbierackich. Funkcjonujemy co prawda w zupełnie innym otoczeniu, ale dysponujemy w istocie takim samym mózgiem - jego umiejętność uczenia się, dostosowywania i panowania nad czasem ma charakter uniwersalny.

Klucze do biegłości

Człowiek powinien uczyć się rozpoznawać i obserwować wiązkę światła przebijającą się z wnętrza jego umysłu, zamiast wpatrywać się w blask firmamentu bardów i mędrców. Tymczasem odrzuca bezrefleksyjnie własne myśli tylko dlatego, że są jego własne. W każdym przejawie geniuszu potrafimy dostrzec własne odrzucone myśli. Nagle wracają do nas w jakiejś obcej chwale.

- Ralph Waldo Emerson

Skoro każdy człowiek przychodzi na świat z mniej więcej takim samym mózgiem, o mniej więcej takiej samej konfiguracji, a więc również o podobnym potencjale zdobycia biegłości, to dlaczego na kartach historii zapisało się tak niewielu naprawdę wyjątkowych ludzi, którym udało się ten potencjał w pełni wykorzystać? Z praktycznego punktu widzenia jest to niewątpliwie najważniejsze pytanie.

Wyjaśnienia dotyczące fenomenu Mozarta czy Leonarda da Vinci koncentrują się zwykle wokół ich naturalnych uzdolnień i geniuszu. Jakże inaczej można by wyjaśnić te nadzwyczajne osiągnięcia, jeśli nie poprzez odwoływanie się do wrodzonych talentów? Warto jednak pamiętać, że tysiące dzieci wykazuje nadzwyczajne umiejętności czy uzdolnienia w różnych dziedzinach, ale tylko nieliczne spośród nich faktycznie cokolwiek osiągają. Jednocześnie dzieci początkowo mniej błyskotliwe często odnotowują na swoim koncie znacznie większe sukcesy. Wrodzony talent czy wysokie IQ nie może zatem służyć jako prognostyk na przyszłość.

Klasycznego przykładu dostarcza porównanie życiorysów Sir Francisa Galtona i jego starszego kuzyna, Karola Darwina. Wedle wszelkich relacji Galton zasługiwał na miano supergeniusza, miał bardzo wysoki iloraz inteligencji, zdecydowanie wyższy niż Darwin (tak wynika z szacunków opracowanych przez ekspertów na długo po opracowaniu tego miernika). Galton był cudownym chłopcem, a potem doskonale sobie radził jako naukowiec, nigdy jednak nie osiągnął poziomu biegłości w żadnej z dziedzin, którymi się zajmował. Jak to często bywa w przypadku złotych dzieci, nigdy nie potrafił usiedzieć w miejscu i ciągle go nosiło.

Darwin tymczasem słusznie cieszy się opinią wybitnego naukowca, jednego z nielicznych, którzy na zawsze odmienili nasze spojrzenie na życie. Jak sam przyznawał, był "bardzo zwyczajnym chłopcem, o intelekcie raczej poniżej średniej (...)". "Nie chwytam w lot. (...) Mam bardzo ograniczoną zdolność pojmowania długich i abstrakcyjnych wywodów myślowych". Najwyraźniej jednak Darwin posiadał coś, czego Galtonowi zabrakło.

Już krótkie spojrzenie na dzieciństwo Darwina dostarcza wielu cennych wskazówek do rozwikłania tej zagadki. Jako dziecko Darwin przejawiał jedną nadrzędną pasję, a mianowicie zbierał próbki biologiczne. Jego ojciec lekarz chciał nakłonić syna, aby ten poszedł w jego ślady i podjął studia medyczne. Zapisał go więc na uniwersytet w Edynburgu. Darwin niespecjalnie palił się do medycyny i osiągał raczej kiepskie wyniki w nauce. Ojciec martwił się, że jego syn niczego w życiu nie osiągnie, więc wybrał dla niego karierę w Kościele. Darwin przygotowywał się właśnie do nowego życia, gdy jeden z dawnych profesorów powiedział mu o mającej się wkrótce rozpocząć wyprawie statku HMS Beagle dookoła świata. Załoga poszukiwała biologa, który mógłby podczas podróży zbierać i wysyłać do Anglii próbki materiałów. Nie zważając na sprzeciw ojca, Darwin przyjął to stanowisko. Kusiło go, aby wyruszyć w podróż.

Nagle jego pasja zbieracka znalazła doskonałe ujście. W Ameryce Południowej zgromadził nadzwyczajny zbiór materiału biologicznego, a także skamieniałości i kości. Znalazł sposób na to, aby osadzić swoje zainteresowanie różnorodnością życia na naszej planecie w znacznie szerszym kontekście pytań dotyczących pochodzenia gatunków. To przedsięwzięcie pochłonęło go bez reszty. Zgromadził tyle materiału, że wkrótce w jego głowie zaczęła kształtować się spójna teoria. Po pięciu latach na morzu powrócił do Anglii, gdzie resztę swojego życia poświęcił jednemu tylko zadaniu, a mianowicie dopracowywaniu swojej teorii ewolucji. Osiągnięcie założonego celu wymagało żmudnej pracy, między innymi ośmioletnich studiów poświęconych wyłącznie wąsonogom (aby w ten sposób zdobyć odpowiednią pozycję w dziedzinie biologii). Musiał też wykształcić subtelne umiejętności polityczne i społeczne, aby radzić sobie z uprzedzeniami powszechnymi w wiktoriańskiej Anglii. Przebrnął przez cały ten długi proces dzięki wielkiej fascynacji i więzi z zagadnieniem, którym się zajmował.

Pewne podstawowe elementy tej historii przewijają się w życiorysach wszystkich wielkich mistrzów w historii świata: młodzieńcza pasja bądź skłonność, przypadkowe zdarzenie, dzięki któremu zyskują sposobność do zastosowania jej w praktyce, wreszcie praktyka, dzięki której nabierają energii i uczą się koncentrować uwagę. Wszyscy wielcy mistrzowie osiągają doskonałość dzięki ciężkiej pracy i sprawnemu przechodzeniu przez kolejne etapy wspomnianego procesu, przy czym kompetencje te zawdzięczają silnemu pragnieniu uczenia się i głębokiej więzi z daną dziedziną studiów. U źródeł tego intensywnego wysiłku leży cecha genetyczna i wrodzona, ale nie talent czy geniusz, który to trzeba dopiero w sobie rozwinąć, a raczej głębokie i silne upodobanie do konkretnego zagadnienia.

To właśnie upodobanie należy uznać za odzwierciedlenie jednostkowej wyjątkowości. Owej wyjątkowości nie należy jednak rozpatrywać w kategoriach poetyckich czy filozoficznych, lecz naukowych. Nauka uczy, że pod względem genetycznym każdy człowiek jest wyjątkowy. Konkretna jednostkowa konfiguracja genetyczna nigdy wcześniej nie wystąpiła i nigdy się nie powtórzy. Wyjątkowość ta objawia się wrodzonymi preferencjami wobec określonych zajęć czy przedmiotów studiów. Upodobanie można odczuwać do matematyki albo muzyki, pewnych sportów czy gier, do łamigłówek, majsterkowania bądź prac konstrukcyjnych, a także do zabaw słownych.

Osoby, którym później przypisuje się biegłość w danej dziedzinie, odczuwają takie upodobania wyraźniej i z większą siłą niż pozostali ludzie. Doświadczają go jako wewnętrznego powołania. Rozważania o danej dziedzinie przepełniają ich myśli i sny. Przez przypadek albo dzięki świadomym wysiłkom wchodzą na ścieżkę kariery, która pozwala im rozwijać te upodobania. To silne pragnienie i poczucie więzi pomaga im przetrwać trudy tego procesu - przezwyciężać wątpliwości, poświęcać wiele godzin na ćwiczenia czy studia, podnosić się po nieuniknionych upadkach i znosić cięte uwagi zazdrośników. Takich ludzi cechuje wytrwałość i pewność siebie, czego innym wyraźnie brakuje.

W naszej kulturze sukces i osiągnięcia zwykło się utożsamiać z myśleniem i potencjałem intelektualnym. Tymczasem często cechą odróżniającą mistrzów w swoich dziedzinach od zwykłych wyrobników okazuje się pewien określony zestaw emocji. Siła pragnienia, cierpliwość, wytrwałość i pewność siebie odgrywają z punktu widzenia sukcesu znacznie większą rolę niż sama tylko zdolność logicznego rozumowania. Człowiek zmotywowany i pełen energii może przezwyciężyć niemal wszystkie trudności. Gdy zaś dopada nas nuda i dręczy niepokój, umysł zamyka się i w rezultacie nabieramy coraz bardziej biernego podejścia do życia.

Dawniej tylko przedstawiciele elit oraz ludzie wykazujący się niemal nadludzką energią i determinacją mieli możliwość podążania wybraną ścieżką kariery aż do osiągnięcia poziomu biegłości. Człowiek rodził się żołnierzem albo też wychowywano go z myślą o stanowiskach rządowych, wiele zależało również od klasy społecznej. Tylko przypadkiem mogło się zdarzyć, że wykazywał szczególne uzdolnienia czy zapał w danej dziedzinie. Z powodu przynależności do określonej klasy społecznej, płci bądź grupy etnicznej miliony ludzi pozbawiano możliwości realizacji swojego powołania. Nawet jeśli ktoś chciał przełożyć swoje upodobania na praktykę, dostęp do stosownej wiedzy, to i tak pozostawał pod kontrolą elit. Właśnie dlatego w przeszłości liczba prawdziwych mistrzów była stosunkowo niewielka. Z tego samego powodu tak bardzo się oni wyróżniali.

Tamte bariery społeczne i polityczne w większości jednak zniknęły. Dzisiaj dysponujemy dostępem do informacji i wiedzy, o których dawni mistrzowie mogli tylko pomarzyć. Dziś człowiek - jak nigdy wcześniej - ma możliwości i swobodę urzeczywistniania swoich upodobań, które drzemią w każdym z nas z racji naszej genetycznej wyjątkowości. Nadszedł zatem czas, aby odczarować słowo "geniusz" i zdjąć z niego aurę wyjątkowości. Ten rodzaj inteligencji jest zdecydowanie bardziej i powszechniej dostępny, niż mogłoby się wydawać. (Słowo "geniusz" pochodzi z łaciny i pierwotnie odnosiło się do ducha opiekuńczego, który czuwał od urodzenia nad każdym człowiekiem. Dopiero później zaczęto go używać na określenie wrodzonych zdolności stanowiących źródło wyjątkowego talentu danej osoby).

Żyjemy obecnie w czasach, które stwarzają nam szerokie pole do popisu w dziedzinie biegłości. Chociaż coraz więcej osób z tych możliwości korzysta i realizuje swoje upodobania, na drodze do zdobycia tej niezwykłej siły mamy jeszcze do pokonania ostatnią przeszkodę. Chodzi o zjawisko kulturowe, stanowiące źródło ogromnego niebezpieczeństwa. Otóż sama koncepcja biegłości cieszy się raczej złą sławą. Kojarzy się ją często z czymś staromodnym, niekiedy wręcz nieprzyjemnym. Zwykle nie upatruje się w niej tego czegoś, do czego należałoby dążyć. Do przewartościowania doszło jednak dopiero niedawno, co zresztą należy kojarzyć z uwarunkowaniami naszych czasów.

Żyjemy bowiem w świecie, który wydaje się w coraz większym stopniu wymykać nam spod kontroli. Często odnosimy wrażenie, że nasze zarobki pozostają na łasce globalnych sił. Stykamy się z problemami (ekonomicznymi, środowiskowymi itd.), których żaden jeden człowiek nie jest w stanie samodzielnie rozwiązać. Politycy wydają się funkcjonować gdzieś w odległej rzeczywistości i nie zważać na nasze oczekiwania. Człowiek przytłoczony wykazuje naturalną skłonność do różnego rodzaju form bierności. Ograniczając liczbę prób i działań podejmowanych w życiu, zapewniamy sobie złudzenie sprawowania kontroli nad rzeczywistością. Im rzadziej czegoś próbujemy, tym mniejsze jest ryzyko porażki. Jeżeli zdołamy wzbudzić w sobie przekonanie, że nie ponosimy odpowiedzialności za własny los i za to, co się z nami w życiu dzieje, wówczas poczucie bezsilności staje się mniej dolegliwe. Właśnie dlatego tak bardzo kuszą nas różne teorie, z których można wywnioskować, że nasze działania zależą w dużej mierze od genów, że jesteśmy jedynie wytworem naszych czasów, że indywidualizm to zaledwie mit oraz że ludzkie zachowanie można sprowadzić do postaci trendów statystycznych.

Wiele osób idzie nawet o krok dalej i stara się przedstawiać tę bierność jako coś pozytywnego. Tacy ludzie zachwycają się koncepcją autodestrukcyjnego artysty, który traci panowanie nad własnym życiem. Wszelkie przejawy dyscypliny czy wysiłki traktują jako wymyślność i anachronizm. Liczy się dla nich duch sztuki, a wszelkie pierwiastki kunsztu rzemieślniczego bądź faktycznej pracy stanowią jedynie pogwałcenie tego ducha. Tacy ludzie akceptują to, co zostało wykonane szybko i niskim kosztem. Upowszechnianie się urządzeń, które wyręczają nas w tak wielu kwestiach, zepchnęło na margines koncepcję wysiłku. Ludzie nabrali przekonania, że zasługują na wszystko, czego zapragną, i że posiadanie tego oraz konsumowanie stanowi ich wrodzone prawo. "Po co wysilać się przez wiele lat i dążyć do biegłości, skoro tak niewielkim nakładem sił można uzyskać tak wiele? Technologia rozwiąże wszystkie problemy". Na uzasadnienie słuszności idei bierności przytacza się nawet argumenty moralne, a przynajmniej do miana takich aspirujące: "Biegłość i siła to zło, stanowią one domenę patriarchalnych elit, które nas gnębią; władza to rzecz z gruntu zła; lepiej po prostu zupełnie wypisać się z systemu".

Trzeba bardzo uważać, aby nie ulec takiemu myśleniu. Ludzie często nieświadomie sami zawężają sobie horyzonty, a w rezultacie intensywność podejmowanego wysiłku i narzucanej sobie dyscypliny obniżają poniżej poziomu efektywności. Chcąc dostosować się do norm społecznych, zaczynają słuchać raczej innych niż siebie samych. Wiele osób, wybierając ścieżkę kariery, idzie za radą kolegów bądź rodziców lub kieruje się względami finansowymi. Można oczywiście odnieść w życiu sukces, nawet jeśli zignoruje się swoje powołanie, niemniej jednak brak prawdziwego pragnienia prędzej czy później da o sobie znać. Praca staje się mechaniczna, a człowiek zaczyna myśleć wyłącznie o rozrywce i natychmiastowych przyjemnościach. W rezultacie staje się jeszcze bardziej bierny i nigdy nie wychodzi poza pierwszą fazę rozwoju. Czasem dopada go frustracja i depresja, ale nie potrafi skojarzyć tych zjawisk z faktem oderwania się od własnego potencjału kreatywnego.

Zanim będzie za późno, każdy z nas powinien znaleźć sposób na wcielanie w życie własnych upodobań oraz wykorzystanie niesamowitych możliwości, jakie stwarzają nam obecne czasy. Mając świadomość ogromnej roli pragnienia oraz emocjonalnego przywiązania do pracy (które to odczucia odgrywają kluczową rolę z punktu widzenia dążenia do biegłości), można wręcz obrócić bierność naszych czasów na własną korzyść i na dwa sposoby wykorzystać ją jako czynnik motywujący.

Po pierwsze, na dążenie do biegłości należy spojrzeć jako na coś niezwykle ważnego i pozytywnego. Na świecie roi się od problemów, a wiele z nich stworzyliśmy sobie sami. Ich rozwiązanie wymaga ogromnego wysiłku i kreatywności. Nie możemy liczyć na to, że uratują nas geny, technologia, magia czy choćby życzliwość albo życie w zgodzie z naturą. Energii potrzeba nie tylko do rozwiązywania bieżących problemów praktycznych, ale również do stworzenia nowych instytucji oraz ładu na miarę nowych okoliczności. Musimy stworzyć własny świat, ponieważ w przeciwnym razie czeka nas śmierć na skutek bezczynności. Musimy odnaleźć sposób na to, aby powrócić do koncepcji biegłości, która wiele milionów lat temu zdefiniowała nas jako gatunek. Nie chodzi tu o biegłość rozumianą jako narzędzie panowania nad przyrodą czy innymi ludźmi, ale jako sposób na kształtowanie własnego losu. Bierna ironia nie ma w sobie ani nic fajnego, ani romantycznego, jest wręcz żałosna i destrukcyjna. Każdy z nas na własnym przykładzie pokazuje, co może w dzisiejszym świecie osiągnąć mistrz. Wszyscy bierzemy udział w walce o najważniejszą ze spraw, czyli o przetrwanie i pomyślność ludzkiego gatunku w czasach stagnacji.

Po drugie, powinniśmy wpoić sobie przekonanie, że moc umysłu i poziom naszych zdolności intelektualnych zależy od działań podejmowanych przez nas w życiu. Wbrew powszechnym przekonaniom o wpływie genów na nasze zachowanie, ostatnie odkrycia neurobiologiczne przeczą mocno zakorzenionym tezom o genetycznym "wdrukowaniu" pewnych procesów w naszym mózgu. Naukowcy pokazują, jak plastyczny jest nasz mózg i jak poprzez myślenie możemy kształtować nasz umysłowy krajobraz. Analizują zależności między siłą woli a fizjologią i zastanawiają się, w jak dużym stopniu umysł może wpływać na nasze zdrowie i funkcjonowanie. Zupełnie niewykluczone, że czekają nas kolejne odkrycia dotyczące roli pewnych operacji myślowych w kształtowaniu różnych schematów naszego życia. Pokażą one, w jak dużym stopniu sami w istocie odpowiadamy za to, co się nam w życiu przydarza.

W umyśle ludzi biernych kształtuje się raczej jałowy krajobraz. Z uwagi na niewielką liczbę doświadczeń i działań różnego rodzaju nieużywane połączenia w mózgu po prostu obumierają. Chcąc przeciwstawiać się biernym trendom naszych czasów, należy zabiegać o maksymalne zwiększanie kontroli nad własną rzeczywistością i dążyć do nadania umysłowi pożądanego kształtu - nie poprzez stosowanie substancji farmakologicznych, ale poprzez działanie. Uwalniając potencjał własnego umysłu, możemy znaleźć się w awangardzie eksplorującej szerokie granice ludzkiej siły woli.

Z wielu różnych względów przejście z jednego poziomu inteligencji na drugi można rozpatrywać w kategoriach rytualnej transformacji. Wraz z wykonywaniem kolejnych kroków do przodu stare pomysły i perspektywy odchodzą w niepamięć, a pojawiają się nowe źródła siły. Człowiek zyskuje nową perspektywę patrzenia na świat. Polecam potraktować tę książkę jako bogaty przewodnik po tym procesie transformacji. Powstała ona po to, aby przeprowadzić swoich czytelników z najniższego na najwyższy poziom tego procesu. Pomoże wykonać krok pierwszy, czyli odkryć życiowe zadanie, powołanie. Wyjaśni również, jak wyznaczyć ścieżkę, która prowadziłaby na kolejne etapy jego realizacji. Podpowie, jak w maksymalnym stopniu wykorzystywać etap terminowania - przedstawi różne strategie obserwacji i wyciągania wniosków, które warto wykorzystywać w tej fazie. Doradzi, jak znaleźć doskonałego mentora, jak rozgryźć niepisane zasady dotyczące zachowań politycznych, jak doskonalić inteligencję społeczną oraz jak stwierdzić, że nadszedł wreszcie czas, aby przejść z fazy terminowania do aktywnej fazy kreatywnej.

Z tej książki czytelnik dowie się, jak kontynuować proces nauki również na kolejnym poziomie. Pozna ponadczasowe strategie kreatywnego rozwiązywania problemów, utrzymywania elastyczności i zdolności dostosowawczych umysłu. Dowie się, jak uzyskać dostęp do bardziej prymitywnych, podświadomych warstw inteligencji i jak znosić nieuniknione przejawy zazdrości, z którymi niewątpliwie będzie się stykał. Książka wskaże konkretnie, jakie kompetencje zapewnia zdobycie biegłości. Tym samym pokieruje czytelnika w stronę intuicyjnego, dogłębnego rozeznania w interesującej go dziedzinie. Wreszcie wprowadzi go również w filozofię i sposób myślenia, który ułatwi mu poruszanie się po tej ścieżce.

Koncepcje przedstawione w tej książce opierają się na rozległych badaniach prowadzonych w dziedzinie neurobiologii i kognitywistyki, a także na badaniach nad kreatywnością oraz biografiach największych mistrzów w historii świata. Do tego grona zaliczają się: Leonardo da Vinci, mistrz zen Hakuin, Benjamin Franklin, Wolfgang Amadeusz Mozart, Johann Wolfgang Goethe, poeta John Keats, naukowiec Michael Faraday, Karol Darwin, Thomas Edison, Albert Einstein, Henry Ford, pisarz Marcel Proust, tancerka Martha Graham, wynalazca Buckminster Fuller, muzyk jazzowy John Coltrane oraz pianista Glenn Gould.

Aby lepiej wyjaśnić praktyczne zastosowania dla tej formy inteligencji w dzisiejszym świecie, przeprowadzono też wnikliwe wywiady z dziewięcioma współczesnymi mistrzami. W tym gronie znaleźli się: V.S. Ramachandran (neurobiolog), Daniel Everett (antropolog lingwista), Paul Graham (inżynier informatyk, pisarz i geniusz startupów technologicznych), Santiago Calatrava (inżynier architekt), Freddie Roach (niegdyś bokser, a obecnie trener), Yoky Matsuoka (inżynier robotyki i projektantka technologii zielonych), Teresita Fernandez (artystka specjalizująca się w sztukach wizualnych), Temple Grandin (profesor hodowli zwierząt i projektant rozwiązań przemysłowych) oraz Cesar Rodriquez (as przestworzy, pilot myśliwca U.S. Air Forces).

Historie życia tych współczesnych postaci pozwalają rozprawić się z koncepcją, według której pojęcie biegłości ma charakter elitarny i należy do przeszłości. Wspomniani ludzie wywodzą się z różnych środowisk i klas społecznych, mają różne pochodzenie etniczne. Ich dokonania stanowią owoc podjętego wysiłku i skutek pokonania pewnego procesu, nie wynikają z uwarunkowań genetycznych czy faktu posiadania pewnych przywilejów. Ich historie dowodzą, że koncepcję biegłości można z powodzeniem przełożyć na rzeczywistość naszych czasów i uczynić źródłem wielkich możliwości.

Treść niniejszej książki została uporządkowana w bardzo prosty sposób. Zawiera ona sześć rozdziałów, które przeprowadzą czytelnika przez kolejne etapy omówionego tu procesu. Rozdział 1. opisuje punkt wyjścia, czyli odkrywanie własnego powołania zwanego życiowym zadaniem. W rozdziałach od 2. do 4. omówione zostały różne aspekty fazy terminowania (zdobywanie umiejętności, współpraca z mentorami oraz rozwijanie inteligencji społecznej). Rozdział 5. poświęcony został fazie kreatywno--aktywnej, natomiast w rozdziale 6. mowa będzie o zasadniczym celu całej tej podróży, czyli o biegłości. Każdy z rozdziałów rozpoczyna się od opowieści o znanej postaci historycznej, której życie może stanowić ilustrację dla zagadnień opisywanych na kolejnych stronach. Dalej we fragmencie "Klucze do biegłości" czytelnik znajdzie szczegółową analizę danej fazy i konkretne pomysły na zastosowanie nowej wiedzy we własnej rzeczywistości. Scharakteryzowane zostanie również nastawienie, które należy przyjąć, aby w pełni wykorzystać te pomysły. Dalej pojawi się fragment poświęcony strategiom mistrzów, tak współczesnych, jak i tych znanych z historii. Chodzi o różne metody, dzięki którym można przejść przez kolejne fazy procesu. Strategie zostały przedstawione w taki sposób, aby czytelnik zyskał jeszcze lepsze rozeznanie co do możliwości praktycznego zastosowania koncepcji przedstawionych w tej książce. Mają one stać się inspiracją do naśladowania mistrzów i udowodnić, że każdy może osiągnąć podobną moc.

W kolejnych rozdziałach tej książki przewijać się będą historie wszystkich mistrzów współczesnych i niektórych mistrzów historycznych, w związku z czym niektóre informacje biograficzne mogą się powtarzać. Ma to służyć przypomnieniu wydarzeń z poprzedniej fazy życia danej osoby. Numery stron podane w nawiasach mają ułatwiać odnalezienie wcześniejszych informacji na temat konkretnej postaci.

Na koniec warto wspomnieć, że procesu przechodzenia na kolejne poziomy inteligencji nie należy rozpatrywać jako zjawiska o charakterze liniowym, które prowadzi do pewnego ostatecznego celu zdefiniowanego jako mistrzostwo. Całe nasze życie to swego rodzaju terminowanie, podczas którego możemy wykorzystać umiejętność uczenia się. Wszystko, co dzieje się w naszym życiu, stanowi potencjalne źródło nowej wiedzy - trzeba tylko umieć tę wiedzę wykorzystać. Człowiek powinien przez cały czas podsycać w sobie kreatywność poprzez dogłębne przyswajanie nowych umiejętności, zmuszając w ten sposób umysł do zachowania stanu otwartości. Nawet koncepcję powołania należy od czasu do czasu rewidować, ponieważ zmiana okoliczności życiowych może nas zmuszać do przyjęcia nieco innego kierunku.

Podejmując wysiłek na rzecz osiągnięcia biegłości, przybliżamy umysł do rzeczywistości i życia jako takiego. Wszelkie formy życia podlegają nieustannym zmianom i pozostają w ciągłym ruchu. Każdy moment zatrzymania, gdy w głowie pojawia się myśl, że oto osiągnęliśmy upragniony cel, oznacza dla części naszego umysłu wejście w fazę upadku. W tym momencie tracimy tę ciężko zdobytą kreatywność, co nasze otoczenie może bez trudu wyczuć. Ta siła i ta inteligencja muszą być stale odnawiane, w przeciwnym bowiem razie czeka je śmierć.

Nie mówcie o uzdolnieniach i wrodzonych talentach! Można wskazać różnego rodzaju wybitnych ludzi obdarzonych talentem w zaledwie niewielkim stopniu. Osiągnęli oni swoją wielkość, zdobyli miano "geniuszy" (tak się ich bowiem nazywa) dzięki umiejętnościom, których brakiem nikt świadom ich natury by się nie chwalił. Wszyscy oni wykazywali się poważnym podejściem typowym dla sprawnego wyrobnika, który najpierw uczy się prawidłowej budowy części, a dopiero potem podejmuje się stworzenia wielkiej całości. Nie spieszyli się z tym, ponieważ czerpali większą przyjemność ze skutecznego wykonywania prac pomniejszych i drugorzędnych niż z tworzenia olśniewającej całości.

- Friedrich Nietzsche

1. Powołanie, czyli zadanie życiowe

Posiadasz w sobie wewnętrzną siłę, która próbuje naprowadzić Cię na Twoje życiowe zadanie. Chodzi o to, co masz do osiągnięcia w trakcie swojego życia. W dzieciństwie doskonale rozumiałeś tę siłę. Skłaniała Cię ona do podejmowania działań i zajmowania się rzeczami, które odpowiadały Twoim wrodzonym upodobaniom rozbudzającym w Tobie głęboką i pierwotną ciekawość. W kolejnych latach siła ta traci jednak na znaczeniu, ponieważ w coraz większym stopniu kierujemy się radami rodziców i rówieśników, coraz więcej uwagi poświęcamy także nużącym sprawom dnia codziennego. To może stać się źródłem poczucia nieszczęśliwości, które wynika z braku kontaktu z własną tożsamością i źródłem indywidualnej wyjątkowości. Pierwszy krok na drodze do biegłości należy zatem wykonać do wewnątrz - należy poznać swoją prawdziwą naturę i odzyskać kontakt z wrodzoną siłą. Precyzyjne jej zrozumienie pozwoli Ci obrać właściwą ścieżkę kariery i uporządkować swoje życie. Nigdy nie jest za późno, aby ten proces rozpocząć.

Ukryta siła

Pod koniec kwietnia 1519 roku, po wielu miesiącach choroby, artysta Leonardo Da Vinci nie miał już wątpliwości, że śmierć przyjdzie po niego w ciągu kilku dni. Dwa ostatnie lata Leonardo spędził we francuskim zamku Cloux jako osobisty gość króla Franciszka I. Król nie żałował mu ani pieniędzy, ani zaszczytów, upatrywał w nim bowiem żywego symbolu włoskiego renesansu, który chciał importować do swojego kraju. Leonardo służył królowi ofiarnie, doradzając mu w różnego rodzaju ważnych sprawach. Teraz jako sześćdziesięciosiedmiolatek u schyłku swojego żywota zaczął jednak rozmyślać o innych sprawach. Sporządził testament, przyjął komunię świętą, po czym wrócił do łóżka, by tam doczekać końca swoich dni.

W tym czasie odwiedziło go kilku przyjaciół, w tym król. Zwrócili oni uwagę na refleksyjny nastrój chorego. Leonardo nie należał do ludzi, którzy dużo mówili o sobie, tymczasem teraz nagle dzielił się z nimi wspomnieniami z dzieciństwa i młodości, powracał myślami do dziwnych i nieprawdopodobnych zwrotów w swoim życiu.

Leonardo zawsze wierzył w los. Przez lata dręczyło go zwłaszcza jedno pytanie: czy żywe istoty mają w sobie jakąś siłę, która by je skłaniała do wzrostu i przeobrażania się? Gdyby taka siła w przyrodzie istniała, Leonardo chciał ją odkryć. Doszukiwał się jej we wszystkim, czemu się bliżej przyglądał. To była jego obsesja. Z całą pewnością zadawał sobie to samo pytanie, w tej bądź innej formie, również w odniesieniu do zagadki własnego życia. Po zakończeniu wizyt z pewnością poszukiwał przejawów tej siły czy też losu, który kierował jego własnym rozwojem i doprowadził go aż do tej chwili.

Z pewnością najpierw wróciłby myślami do swojego dzieciństwa, które spędził w wiosce Vinci położonej mniej więcej trzydzieści kilometrów od Florencji. Jego ojciec Ser Piero da Vinci, notariusz, godnie reprezentował potężną burżuazję, ponieważ jednak Leonardo był dzieckiem z nieprawego łoża, nie mógł pobierać nauki na uniwersytecie ani też podjąć się żadnego z zawodów powszechnie uważanych za szacowne. Ponieważ zapewniono mu jedynie minimalne wykształcenie, więc w dzieciństwie miał wiele czasu dla siebie. Najbardziej na świecie lubił przechadzać się pośród gajów oliwnych w okolicach Vinci lub przemierzać jedną konkretną ścieżkę wiodącą w zupełnie inne miejsce, a mianowicie do gęstych lasów zamieszkałych przez dziką zwierzynę, w których wartkie strumienie spadały w dół wodospadami, łabędzie pływały po stawach, a dzikie kwiaty porastały zbocza klifów. Różnorodność form życia występujących w tych lasach zawsze go fascynowała.

Pewnego dnia wkradł się do gabinetu ojca i wyniósł stamtąd kilka arkuszy papieru. W tamtych czasach papier należał do rzadkości, ale ojciec notariusz dysponował całkiem sporymi jego zapasami. Leonardo powędrował z arkuszami do lasu, rozsiadł się na skale i zaczął kreślić widoki roztaczające się wokół niego. Dzień po dniu powracał w to samo miejsce, aby tworzyć kolejne rysunki, nawet jeśli pogoda nie sprzyjała - szukał wówczas miejsca, w którym mógłby się schronić, żeby bez przeszkód rysować. Nie miał nauczyciela rysunku, nie wzorował się na żadnych obrazach. Wszystko robił "na oko", wzorując się na przyrodzie. Doszedł do wniosku, że tworzenie rysunków wymaga bardziej uważnej obserwacji i wychwytywania szczegółów, które nadają rzeczom wyrazisty charakter.

Pewnego razu rysował białego irysa. Przyglądał mu się tak uważnie, że zwrócił uwagę na jego nietypowy kształt. Irys rozpoczyna swoje życie jako nasionko, a następnie przechodzi przez kolejne fazy swojego rozwoju. Przez kolejne lata Leonardo uwieczniał te fazy na swoich rysunkach. Co sprawia, że roślina przechodzi przez kolejne fazy rozwoju, aby ostatecznie przeobrazić się we wspaniały, zupełnie niepowtarzalny kwiat? Być może jest w niej jakaś siła, która skłania ją do coraz to nowych przeobrażeń. Lata płynęły, a Leonardo cały czas zastanawiał się nad metamorfozą kwiatu.

Leżąc samotnie na łożu śmierci, prawdopodobnie powracał myślami do okresu, gdy terminował u florenckiego artysty Andrei del Verrocchia. Trafił tam w wieku czternastu lat, kiedy to został dostrzeżony jego talent rysowniczy. Verrocchio przekazywał swoim uczniom wszelką wiedzę niezbędną do wykonywania pracy, która odbywała się w jego warsztacie. Uczył ich inżynierii, mechaniki, chemii i metalurgii. Leonardo chętnie przyswajał sobie te umiejętności, wkrótce jednak odkrył w sobie pewne szczególne pragnienie. Otóż nie wystarczyło mu, że po prostu wykona zlecone zadanie. Starał się nie tylko naśladować swojego mistrza, ale też zawrzeć w swojej pracy coś od siebie.

Pewnego razu w ramach swoich obowiązków malował anioła, który miał stanowić element dużej sceny biblijnej zaprojektowanej przez Verrocchia. Postanowił tchnąć w swoje dzieło odrobinę samego siebie. Na pierwszym planie, przed postacią anioła, namalował więc kwiaty. Zamiast jednak ograniczyć się jedynie do typowych motywów roślinnych, przeniósł na obraz gatunki roślin, które studiował jeszcze jako dziecko. Wykazał się przy tym niespotykaną dotychczas naukową rzetelnością. Malując twarz anioła, eksperymentował z farbami i stworzył ich nową mieszankę, uzyskując w ten sposób blask o wiele lepiej oddający subtelność uwiecznianej istoty. (Aby lepiej tego ducha uchwycić, Leonardo spędził trochę czasu w miejscowym kościele, przyglądając się ludziom pogrążonym w gorliwej modlitwie. Malując swojego anioła, wzorował się na wyrazie twarzy pewnego młodego mężczyzny). Postanowił także, że jako pierwszy artysta postara się odwzorować anielskie skrzydła w sposób realistyczny.

W tym celu udał się na rynek i kupił tam kilka ptaków. Przez wiele godzin rysował ich skrzydła, starając się uchwycić precyzyjnie miejsce łączenia z ciałem. Zależało mu na wywołaniu wrażenia, że skrzydła wyrastają w sposób naturalny z ciała anioła i pozwalają istocie na swobodny lot. Na tym jednak nie koniec tej historii. Po zakończeniu tego dzieła Leonardo obsesyjnie zajmował się ptakami, a w jego głowie pojawił się pomysł, że być może ludzie faktycznie mogliby latać - gdyby tylko udało mu się rozszyfrować prawidłowości naukowe, które umożliwiają ptakom unoszenie się w powietrzu. Od tego momentu w każdym tygodniu poświęcał kilka godzin na lekturę i studia nad wszystkim, co dotyczyło ptaków. Tak już funkcjonował jego umysł - przechodził płynnie od jednego zagadnienia do kolejnego.

Leonardo z całą pewnością wspomniał również najtrudniejszy moment swojego życia, a mianowicie rok 1481. Papież poprosił wówczas Lorenza Medyceusza, aby ten wskazał mu grono najwybitniejszych florenckich artystów i zlecił im dekorowanie wznoszonej właśnie Kaplicy Sykstyńskiej. Lorenzo spełnił papieską prośbę i wysłał do Rzymu najlepszych florenckich artystów... Leonardo jednak nie znalazł się w tym gronie. Obaj panowie nigdy za sobą nie przepadali. Lorenzo należał do ludzi oczytanych, a Leonardo nie czytał łacińskich tekstów i niewiele wiedział na temat starożytności. Wykazywał raczej bardziej naukowe zainteresowania. Ten afront dotknął go raczej z innego powodu. Otóż zdążył już szczerze znienawidzić rzeczywistość, w której artyści muszą zabiegać o przychylność władców i zadowolić się życiem od zlecenia do zlecenia. Zmęczył się Florencją i dworskimi intrygami, na których opierało się tamtejsze życie.

Postanowił zatem radykalnie odmienić swój los. Przeniósł się do Mediolanu i zupełnie zmienił strategię zarobkowania. Został kimś więcej niż tylko artystą, zajmował się teraz przeróżnymi rzemiosłami i dziedzinami nauki, które wzbudzały jego zainteresowanie: architekturą, inżynierią wojskową, hydrauliką, anatomią, rzeźbą. W zamian za odpowiednie stypendium skłonny był służyć radą i talentem artystycznym każdemu mecenasowi. Doszedł do wniosku, że jego umysł pracuje najsprawniej, gdy zajmuje się jednocześnie kilkoma projektami i może wynajdywać przeróżne zależności między nimi.

Analizując dogłębnie swoje życie, Leonardo z pewnością wrócił myślami do jednego z największych zleceń, które przyjął w tamtym okresie swojego życia, a mianowicie do wielkiego posągu z brązu przedstawiającego Francesco Sforzę, ojca ówczesnego księcia Mediolanu. Po prostu nie mógł nie podjąć tego wyzwania. Miał stworzyć dzieło na skalę nieznaną od czasów starożytnego Rzymu. Odlanie tak wielkiego posągu z brązu było wielkim przedsięwzięciem inżynieryjnym, którego pozostali artyści jego epoki nie chcieli się podjąć. Leonardo pracował nad projektem przez wiele miesięcy, a w ramach testów stworzył wersję z gliny, którą następnie wystawił na największym placu Mediolanu. Gigantyczny posąg dorównywał rozmiarami pokaźnym budynkom. Tłumy gapiów podziwiały ogromną sylwetkę konia, którego artysta przedstawił jako zapalczywą, przerażającą bestię. Po Włoszech rozniosła się wieść o wspaniałości tego dzieła, ludzie z niecierpliwością czekali na wersję z brązu. Na potrzeby tego zlecenia Leonardo opracował zupełnie nowy sposób wykonywania odlewów. Zamiast odlewać poszczególne elementy konia osobno, Leonardo stworzył jedną formę (w tym celu zastosował dość nietypową mieszankę materiałów wedle własnego projektu). Miał zamiar odlać posąg w całości, aby nadać mu bardziej naturalny wygląd.

Niestety kilka miesięcy później wybuchła wojna i książę potrzebował brązu do produkcji broni. Ostatecznie gliniany posąg został rozebrany i koń z brązu nigdy nie powstał. Inni artyści szydzili z szalonych pomysłów Leonarda - że zmarnował tyle czasu na dopracowywanie rozwiązania i że w końcu los sprzysiągł się przeciwko niemu. Nawet sam Michał Anioł zadrwił z niego kiedyś, stwierdzając: "Ty, który sporządziłeś model konia, którego nigdy nie udałoby się odlać z brązu i który ostatecznie porzuciłeś ku własnej niesławie. A głupi lud mediolański uwierzył w ciebie?!". Leonardo zdążył już przywyknąć do drwin z tempa swojej pracy i nie żałował tamtego doświadczenia. Stało się ono okazją do pracy nad rozwiązaniami inżynieryjnymi przystosowanymi do potrzeb dużych projektów. Ta wiedza mogła się przydać przy innej okazji. Poza tym sam gotowy efekt zawsze mniej go interesował niż poszukiwania i proces tworzenia.

Wracając myślami do swojego życia, Leonardo z pewnością odnalazł w nim przejawy działania jakiejś tajemniczej wewnętrznej siły. Gdy był dzieckiem, ta siła pchała go w najdziksze ostępy, gdzie mógł obserwować najróżniejsze, najbardziej niesamowite formy życia. Potem skłoniła go do kradzieży papieru i poświęcenia czasu rysowniczej pasji. Motywowała go również do prowadzenia eksperymentów w okresie pracy u Verrocchia, a potem do opuszczenia dworu we Florencji i uwolnienia się od braku pewności siebie typowej dla innych artystów. Dzięki niej podejmował się ambitnych wyzwań - tworzył ogromne rzeźby, próbował latać, wykonywał setki sekcji w ramach badań anatomicznych. Wszystko to robił po to, aby dotrzeć do istoty życia.

Gdy patrzy się na to z takiej perspektywy, wszystko w jego życiu nabiera sensu. Brak szlachetnego urodzenia nagle okazał się błogosławieństwem, ponieważ jako dziecko z nieprawego łoża mógł sam sobie wybrać ścieżkę rozwoju. Nawet fakt, że w jego domu znajdował się papier, można uznać za szczęśliwe zrządzenie losu. Co by się stało, gdyby Leonardo zbuntował się przeciwko tej sile? Co by było, gdyby nie pogodził się z fiaskiem sykstyńskim, uparł się na wyjazd do Rzymu i za wszelką cenę starał się wkupić w łaski papieża, zamiast szukać własnej drogi? Mógł tak przecież zrobić. Co by było, gdyby w swoim życiu postanowił tworzyć przede wszystkim obrazy, aby w ten sposób zapewnić sobie godziwe środki na utrzymanie? Gdyby zachowywał się podobnie jak wszyscy inni i próbował jak najszybciej wykonać zleconą pracę? Niewykluczone, że radziłby sobie zupełnie nieźle, ale nie zostałby tym Leonardem da Vinci. W jego życiu zabrakłoby sensu i coś w końcu poszłoby nie tak.

Tymczasem wewnętrzna siła - tkwiąca zarówno w nim, jak i w irysie, którego malował wiele lat wcześniej - pozwoliła mu w pełni rozwinąć skrzydła. Wiernie szedł za jej głosem aż do samego końca, a gdy zrealizował swoje zadanie, mógł spokojnie odejść. Być może w chwili śmierci wspomniał słowa, które sam wiele lat wcześniej zapisał w notatniku: "Tak samo jak dobrze spędzony dzień przynosi błogi sen, tak samo dobrze wykorzystane życie przynosi błogą śmierć".

Klucze do biegłości

Pośród przeróżnych istot człowiek zawsze znajdzie tę jedną prawdziwą i autentyczną. Głos prowadzący go ku tej autentycznej istocie nazywamy "powołaniem". Większość ludzi stara się uciszać ten głos powołania i nie chce go słuchać. Udaje im się narobić hałasu we własnym wnętrzu (...), odwrócić własną uwagę tak, aby go nie słyszeć. W ten sposób oszukują sami siebie, zamieniając autentyczną tożsamość na fałszywą ścieżkę życiową.

- José Ortega y Gasset

Liczni wielcy mistrzowie na przestrzeni dziejów wspominali o oddziaływaniu siły, o jakimś głosie bądź poczuciu przeznaczenia, które skłaniały ich do podążania określoną ścieżką. Napoleon Bonaparte mówił o swojej "gwieździe", która miała wznosić się wysoko za każdym razem, gdy podejmował właściwą decyzję. Sokrates miał swojego demona, którego słyszał jako głos pochodzący być może od bogów. Ten głos zawsze przestrzegał go przed niekorzystnymi poczynaniami - mówił, czego należy unikać. Goethe również wspominał o demonie, mając na myśli ducha, który rezydował gdzieś w jego wnętrzu i skłaniał do realizacji własnego przeznaczenia. Jeżeli chodzi o bardziej współczesne postacie, to Albert Einstein mówił o swego rodzaju głosie wewnętrznym, który kształtuje jego rozważania. Wszystkie te relacje to kolejne wariacje na temat przeznaczenia, które tak wyraźnie odczuwał Leonardo da Vinci.

Tego typu odczucia interpretuje się niekiedy jako doznania mistyczne, wymykające się wszelkim wyjaśnieniom, niekiedy też upatruje się w nich przejawów halucynacji bądź złudzeń. Można jednak spojrzeć na nie zupełnie inaczej, jako na coś głęboko rzeczywistego, praktycznego i dającego się wyjaśnić. A wyjaśniać można je w sposób następujący.

Otóż każdy z nas rodzi się wyjątkowy. Ta wyjątkowość przejawia się w charakterystycznym układzie genów w naszym DNA. Każdy z nas jest zjawiskiem jednorazowym w skali wszechświata - taki sam układ genów nigdy wcześniej nie wystąpił i nigdy się już nie powtórzy. W przypadku każdego z nas wyjątkowość ta przejawia się już w dzieciństwie w postaci pewnych określonych pierwotnych zamiłowań. W przypadku Leonarda chodziło o zgłębianie tajemnic przyrody w okolicach jego rodzinnej wioski i przenoszenia ich na papier w jemu tylko właściwy sposób. W przypadku innych osób może chodzić o wczesne zainteresowanie schematami wizualnymi - taki zapał przejawiają często ludzie, którzy później zajmują się matematyką. W grę może wchodzić również pasja do pewnej formy fizycznego ruchu bądź ładu przestrzennego. Jak należy interpretować tego typu upodobania? Stanowią one przejaw wewnętrznych sił , które wywodzą się z miejsc niedostępnych dla języka świadomości. Siły te ciągną nas ku pewnym doświadczeniom, a od innych odwodzą. Pchając nas w tę czy inną stronę, w pewien bardzo charakterystyczny sposób oddziałują na rozwój naszego umysłu.

Ta pierwotna wyjątkowość pragnie się oczywiście umocnić i wyrazić, ale niektórzy doświadczają jej wyraźniej niż inni. U mistrzów przejawia się ona z taką mocą, że sprawia wrażenie zewnętrznej rzeczywistości - siły, głosu czy przeznaczenia. Każdy z nas może czegoś takiego doświadczyć, podejmując działania zgodne ze swoimi najgłębszymi upodobaniami. Odnosi się wówczas wrażenie, że słowa pojawiające się na papierze bądź fizyczne ruchy naszego ciała kształtują się z taką szybkością i łatwością, jak gdyby miały swoje źródło gdzieś na zewnątrz. Można wówczas mówić o "inspiracji" w oryginalnym tego słowa znaczeniu, albowiem po łacinie oznaczało ono element zewnętrzny wnikający do naszego wnętrza.

Spójrzmy na to w sposób następujący. W chwili narodzin człowieka zasiane zostaje ziarno, ziarno jego wyjątkowości. Ziarno to chce rosnąć i przeobrażać się, aby w pewnym momencie w pełni rozkwitnąć. Dysponuje naturalną, pozytywną energią, która mu to umożliwia. Życiowe zadanie człowieka polega na pielęgnowaniu tego ziarna, aby mógł z niego wyrosnąć kwiat, czyli na wyrażaniu własnej wyjątkowości poprzez wykonywaną pracę. Człowiek powinien wypełniać swoje przeznaczenie. Im silniej się je odczuwa i podsyca (jako siłę, jako głos czy w dowolnej innej formie), tym większe są szanse na wykonanie zadania życiowego i osiągnięcie biegłości.

Siła ta słabnie, a w każdym razie mniej się ją odczuwa i mocniej powątpiewa w jej istnienie, jeżeli ulega się oddziaływaniu innego czynnika odgrywającego istotną rolę w naszym życiu, a konkretnie społecznej presji na dostosowanie się. Ta przeciwwaga bywa niekiedy bardzo potężna. Człowiek chce pasować do grupy, więc podświadomie dochodzi do wniosku, że wszystko, co go odróżnia od pozostałych jej członków, należy traktować jako żenujące bądź dolegliwe. W roli przeciwwagi występują też często rodzice, którzy starają się wprowadzić dziecko na ścieżkę dostatniego i wygodnego życia. Jeżeli te przeciwważne siły oddziałują zbyt mocno, człowiek traci kontakt ze swoją wyjątkowością i swoją prawdziwą tożsamością. Jego upodobania i pragnienia zaczynają kształtować się na wzór tych, które wykazują inni.

Takie zjawisko może skłonić człowieka do obrania niebezpiecznej drogi. W rezultacie wybiera on zawód, który mu tak naprawdę nie odpowiada. Chęci i zainteresowanie z czasem słabną, na czym cierpi jakość wykonywanej pracy. Przyjemności i satysfakcji zaczynamy szukać gdzieś poza obszarem pracy zawodowej. Narastający brak zainteresowania przebiegiem kariery zawodowej przekłada się na lekceważenie zmian zachodzących w danej dziedzinie. W rezultacie człowiek przestaje być na bieżąco, co z kolei przynosi negatywne konsekwencje. Człowiek traci zdolność podejmowania ważnych decyzji i wzoruje się na innych, ponieważ brakuje mu wewnętrznego poczucia kierunku, nie może polegać na wskazaniach wewnętrznego radaru. Traci kontakt z przeznaczeniem, które zostało mu przypisane w chwili narodzin.

Takiego losu należy za wszelką cenę unikać. Proces realizacji zadania życiowego i dążenia do biegłości może się rozpocząć właściwie w dowolnym momencie. Ukryta siła cały czas tkwi gdzieś w naszym wnętrzu i czeka na przywołanie.

Wykonywanie zadania życiowego obejmuje trzy etapy. Najpierw należy nawiązać lub odzyskać kontakt z własnymi upodobaniami, z poczuciem wyjątkowości. Pierwszy krok wykonuje się zatem zawsze do wewnątrz. Należy przeanalizować własną przeszłość w poszukiwaniu wewnętrznego głosu bądź siły, uwolnić się od wszystkich innych głosów, które mogłyby nas rozpraszać - w szczególności tych należących do rodziców i kolegów. Chodzi o to, aby znaleźć pewien zasadniczy schemat, dotrzeć do istoty własnego charakteru i możliwie w pełni go zrozumieć.

Gdy ten etap zostanie zrealizowany, należy zastanowić się nad obecną lub obieraną właśnie ścieżką kariery. Wybór ten lub jego zmiana ma bowiem zasadnicze znaczenie dla naszych dalszych losów. Aby pomyślnie przejść przez ten etap, warto spojrzeć na kwestię pracy nieco szerzej. Nazbyt często ludzie dokonują w życiu rozgraniczenia na pracę i rzeczywistość pozazawodową, a następnie tylko w tej drugiej szukają prawdziwej przyjemności i satysfakcji. Praca bywa często postrzegana jako sposób na zarobkowanie, dzięki któremu można czerpać radość z drugiej części życia. Nawet jeśli ktoś czerpie satysfakcję z pracy zawodowej, to i tak często wykazuje skłonność do rozdzielania swojej rzeczywistości na tego typu segmenty. To dość deprymujące podejście, bo przecież poświęcamy na pracę znaczną część naszego świadomego życia. Jeżeli wydaje nam się, że musimy po prostu przez nią przebrnąć, aby potem móc doświadczać prawdziwych przyjemności, wówczas praca staje się tragiczną stratą cennego czasu, jaki został nam dany.

Powinniśmy więc dążyć do tego, aby praca była dla nas źródłem inspiracji, aby prowadziła do realizacji naszego powołania . Samo słowo "powołanie" wyraża wezwanie do podjęcia pewnych działań. W odniesieniu do pracy zaczęto je stosować w początkowym okresie chrześcijaństwa. Niektórzy ludzie odczuwali wtedy powołanie do życia w Kościele. Dochodzili do takiego wniosku, ponieważ dosłownie słyszeli głos Boga, który wyznaczał im takie zadanie. Z czasem słowo to uległo sekularyzacji i zaczęło odnosić się również do innej pracy czy przedmiotu studiów, do których dana osoba zdawała się szczególnie predysponowana z racji swoich zainteresowań. Dotyczyło to w szczególności różnych form rzemiosła. Nadszedł jednak czas, aby powrócić do pierwotnego sensu tego określenia, ponieważ pozwoli to lepiej zrozumieć koncepcję zadania życiowego oraz biegłości.

W tym konkretnym przypadku głos wcale nie musi pochodzić od Boga, ale z naszego wnętrza. Stanowi emanację naszej indywidualnej tożsamości. Podpowiada, jakie formy aktywności odpowiadają naszemu charakterowi. W pewnych momentach może też nawoływać do podjęcia określonej pracy bądź wejścia na konkretną ścieżkę kariery. Wówczas zadania podejmowane przez człowieka w sposób bezpośredni wiążą się z jego tożsamością i nie stanowią odrębnego elementu jego życia.