Jak zostać królem - Peter Conradi;Mark

Reflow text when sidebars are open.
Przede wszystkim mam ogromny dług wdzięczności wobec Petera Conradiego. Gdyby nie jego wielka determinacja w sytuacji bardzo napiętego planu pracy, ta książka mogłaby nie powstać.
Ponadto chciałbym podziękować członkom mojej wielopokoleniowej rodziny, a w szczególności Alex Marshall za odkrycie bezcennych listów, które pomogły nam lepiej zrozumieć życie i pracę Lionela Logue'a. Podziękowania niech też przyjmą Anne Logue - za jej wspomnienia, Sarah Logue - za poświęcony mi czas oraz Patrick i Nickie Logue'owie - za pomoc, jaką od nich otrzymuję, jeśli chodzi o opiekę nad archiwum naszej rodziny. Podziękowania należą się także mojej wspaniałej żonie Sarah i naszym dzieciom za ich zgodę, by realizacja tego projektu zawładnęła naszym życiem przez cały rok. Bez udzielanego mi przez nich wsparcia ta książka nigdy by nie została napisana.
Caroline Bowen dziękuję za odpowiedzi na moje liczne pytania dotyczące terapii mowy. To w głównej mierze dzięki niej rodzina Logueów nawiązała kontakt z producentami filmu Jak zostać królem i rozpoczęła gromadzenie materiałów do publikacji niniejszej książki. Francesce Budd należą się podziękowania za pomoc w przepisaniu dokumentów z archiwum Logueów i za wszelkie sugestie, jakie zgłaszała w trakcie kręcenia filmu. Dziękuję osobom zaangażowanym w stworzenie tego filmu: Tomowi Hooperowi, Davidowi Seidlerowi, Colinowi Firthowi, Geoffreyowi Rushowi i wszystkim w firmie producenckiej See-Saw Films, a w szczególności Iainowi Canningowi.
To Jenny Savill z agencji literackiej Andrew Nurnberg Associates doprowadziła do ukazania się tej książki, za co jej serdecznie dziękuję, tak samo jak Richardowi Milnerowi i Joshui Irelandowi z wydawnictwa Quercus, bez których książka by się nie ukazała.
Chciałbym także wyrazić wdzięczność Meredith Hooper za przekazanie mi różnych faktów, Michaelowi Thorntonowi za wyrażenie zgody na opublikowanie w książce informacji dotyczących Evelyn Laye, Neilowi Urbino, którego badania genealogiczne pomogły mi w drążeniu historii mojej rodziny, Mariście Leishman, córce Johna Reitha, za informacje dotyczące jego dzienników oraz Davidowi J. Radcliffeowi za relację z walki z własnym jąkaniem.
Ogromną pomoc w poszukiwaniu materiałów zgromadzonych w bibliotekach otrzymałem od Margaret Hosking i University of Adelaide oraz Susanne Dowling z Murdoch University w Perth.
Moje podziękowania otrzymują także: Tony Aldous, archiwista w Prince Alfred College w Adelajdzie, Peta Madalena, archiwistka w Scotch College w Melbourne, i Lyn Williams z firmy Lion Nathan. Szczególnie pomocny okazał się dla mnie również Royal College of Speech and Language Therapists, a zwłaszcza Robin Matheou, dyrektor do spraw PR. Na koniec chciałbym podziękować National Library of Australia, State Library of South Australia, State Library of Western Australia, Australian Dictionary of Biography oraz National Portrait Gallery w Londynie.
Mark Logue
W dzieciństwie i wczesnej młodości - w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XX wieku - mieszkałem w Belgii, gdzie mój ojciec Antony, prawnik, pracował w europejskiej centrali firmy Procter & Gamble. W tamtym czasie zmienialiśmy kilka razy mieszkanie, przenosząc się z domu do domu na przedmieściach Brukseli, ale jedno pozostawało niezmienne: bez względu na to, gdzie w danym momencie mieszkaliśmy, zawsze na gzymsie kominka lub na parapecie okna w salonie prezentowaliśmy pamiątki i zdjęcia należące do rodziny. Wśród tych ostatnich były między innymi: zdjęcie mojego ojca w mundurze Gwardii Szkockiej, zdjęcie ślubne jego i mojej matki Elizabeth z 1953 roku i wspólne zdjęcie Lionela, mojego urodzonego w Australii dziadka ze strony ojca, oraz jego żony Myrtle. Co jeszcze bardziej intrygujące, stało tam także oprawione w skórzaną ramkę i podpisane zdjęcie portretowe króla Jerzego VI, ojca obecnej królowej brytyjskiej, zrobione 12 maja 1937 roku, czyli w dniu jego koronacji; wspólne zdjęcie Jerzego VI, jego żony Elżbiety - osobom z mojego pokolenia znanej raczej jako królowa matka - i ich dwóch córek: przyszłej królowej Elżbiety II, wówczas jedenastoletniej, i jej młodszej siostry Małgorzaty Róży; i wreszcie pochodzące z roku 1928 zdjęcie przyszłego króla Jerzego VI i jego żony, ukazujące ich jeszcze jako księcia i księżną Yorku, podpisane "Elżbieta i Albert"
Zapewne rodzice powiedzieli mi wówczas, jaką te wszystkie zdjęcia mają wartość, ale jako mały chłopiec nie przywiązywałem do tego zbyt dużej wagi. Wprawdzie zdawałem sobie sprawę, że poprzez dziadka Lionela łączą nas jakieś relacje z rodziną królewską, dla mnie jednak wszystko to były zamierzchłe czasy. Dziadek zmarł wszak w 1953 roku, dwanaście lat przed moimi narodzinami. Wtedy wiedziałem na jego temat tylko tyle, że był terapeutą mowy króla - cokolwiek to znaczyło - i na tej informacji poprzestałem. Nie wypytywałem o niego, nikt też z własnej woli nie wzbogacał mojej wiedzy. Znacznie bardziej interesowały mnie eksponowane wraz ze zdjęciami medale i odznaki, a poza tym bardzo lubiłem nosić oficerski pas i kapelusz ojca, bawić się w żołnierza z dumą prezentującego przypięte do koszuli medale.
Już jako człowiek dorosły i ojciec zacząłem się zastanawiać nad tym, kim byli moi przodkowie i skąd pochodzili. Moją ciekawość wzmogło nasilające się wśród ludzi zainteresowanie genealogią. Śledząc swoje drzewo genealogiczne, natknąłem się na prababkę urodzoną w Melbourne, matkę czternaściorga dzieci, spośród których połowa zmarła we wczesnym dzieciństwie. Dowiedziałem się również, że w 1850 roku mój prapradziadek przybył do Australii z Irlandii na pokładzie parowca Boyne.
Ale dla mnie dziadek Lionel był tylko członkiem dużej rodziny, której część mieszkała w Australii, część w Irlandii, a część w Wielkiej Brytanii. I tak pozostało nawet po śmierci mojego ojca w 2001 roku, kiedy musiałem przejrzeć jego osobiste archiwum, które przechowywał w wysokiej szarej szafce na akta. Pośród testamentów, rozmaitych aktów prawnych i innych ważnych dokumentów znajdowały się setki starych listów i zdjęć zgromadzonych przez dziadka Lionela, który ułożył je starannie w porządku alfabetycznym w teczce na dokumenty.
Dopiero w czerwcu 2009 roku, kiedy producent filmu Jak zostać królem, Iain Canning, zwrócił się do mnie z pytaniami o Lionela Logue'a, zacząłem rozumieć, jakie znaczenie miała funkcja pełniona kiedyś przez mojego dziadka u boku ówczesnego księcia Yorku - który w grudniu 1936 roku po abdykacji swego starszego brata, Edwarda VIII, bez entuzjazmu został królem Wielkiej Brytanii jako Jerzy VI - jaką pomoc okazał on Albertowi w jego trwającej przez całe życie walce z chronicznym jąkaniem, przemieniającym każde publiczne przemówienie, włącznie z radiowymi, w gehennę. Zacząłem zdawać sobie sprawę, że życie i praca mojego dziadka mogą być interesujące dla znacznie szerszego grona.
W kwietniu tego roku w ramach cyklu Afternoon Play w BBC Radio 4 Mark Burgess poświęcił Lionelowi słuchowisko radiowe pod tytułem Jak zostać królem, tym samym, który nosi film. Ale film miał być czymś znacznie ambitniejszym - ważną produkcją z udziałem liczących się aktorów, takich jak Helena Bonham Carter, Colin Firth, Geoffrey Rush, Michael Gambon i Derek Jacobi. Jego reżyserem został Tom Hooper, autor cieszącego się uznaniem filmu Przeklęta liga, w którym ukazał bardzo kontrowersyjne wydarzenie ze współczesnej historii Anglii: krótką i burzliwą karierę trenera piłki nożnej Briana Clougha na stanowisku szkoleniowca Leeds United w 1974 roku.
Oczywiście Canning i Hooper chcieli, żeby ich film możliwie jak najwierniej ukazywał prawdę historyczną. Zacząłem więc poszuki - wać wszelkich możliwych informacji na temat dziadka. Oczywisty punkt wyjścia stanowiła zawartość należącej kiedyś do mojego ojca szafki na akta. Wówczas po raz pierwszy skrupulatnie zapoznałem się ze znajdującymi się w niej papierami Lionela Logue'a i odkryłem jego żywo napisane dzienniki, w których nader szczegółowo przedstawił swoje spotkania z królem Jerzym VI. Była tam też obszerna korespondencja dziadka z monarchą, często pełna serdecznych i przyjacielskich słów. Ponadto znalazłem inne materiały archiwalne, w tym kartkę, na której Lionel Logue przypominającym pajęczynę pismem spisał swoje uwagi po pierwszym spotkaniu z księciem Albertem, przyszłym królem Jerzym VI, w swoim małym gabinecie na Harley Street w Londynie 19 października 1926 roku.
Dzięki tym odkryciom i informacjom zdobytym za pośrednictwem Internetu oraz danym znajdującym się na kilku stronach poświęconych dziadkowi w biografiach Jerzego VI dowiedziałem się więcej na temat wyjątkowych relacji łączących Lionela Logue'a z królem. Mogłem także skorygować półprawdy i naciągane wspomnienia, w których przekazywane z pokolenia na pokolenie fakty uległy zatarciu. Wkrótce jednak stało się dla mnie jasne, że archiwum jest niekompletne. Brakowało w nim kilku listów i wpisów do dziennika z lat dwudziestych i trzydziestych XX wieku, których drobne fragmenty zacytował John Wheeler-Bennett w autoryzowanej biografii Jerzego VI wydanej w 1958 roku 1. Nie mogłem także nigdzie odnaleźć albumów z wycinkami z gazet gromadzonymi przez Lionela Logue'a przez całe lata, o których dowiedziałem się od moich kuzynów.
Być może największy zawód sprawił mi brak listu napisanego do dziadka przez króla w grudniu 1944 roku. List ten bowiem w sposób szczególny zawładnął moją wyobraźnią. Jego istnienie ujawnił Lionel Logue w dzienniku, opisując rozmowę, jaką odbył z Jerzym VI po wygłoszeniu przez monarchę dorocznego orędzia do narodu z okazji świąt Bożego Narodzenia - po raz pierwszy bez mojego dziadka u swego boku.
- A zatem zakończyliśmy naszą pracę - skomentował to wydarzenie w rozmowie z królem Lionel Logue.
- Wcale nie - zaprzeczył Jerzy VI. - Liczy się wstępne przygotowanie i w tym jesteś niezastąpiony.
Następnie - jak pisał w dzienniku dziadek - monarcha "podziękował, a po dwóch dniach przysłał bardzo piękny list, do którego, mam nadzieję, moi potomkowie będą bardzo przywiązani".
Gdybym miał ten list, rzeczywiście byłbym do niego bardzo przywiązany. Niestety, nie natknąłem się na niego w masie innych listów, wycinków z gazet i wpisów do dziennika. Przetrząsnąłem więc wszystko, co było możliwe, chcąc odnaleźć zgubę, sprawdzając w tym celu każdy możliwy trop. W rezultacie moje poszukiwania przerodziły się w misterne rekonstruowanie biografii dziadka na podstawie wszelkich informacji, jakie udało mi się zdobyć. Zamęczałem tą sprawą krewnych, ciągle wracając do rozmów na interesujący mnie temat, i wysyłałem listy do pałacu Buckingham, do Archiwów Królewskich w zamku Windsor i do autorów oraz wydawców książek poświęconych Jerzemu VI - wszystko w nadziei, że zguba znajduje się w materiałach, które ktoś wypożyczył od mojego ojca lub od któregoś z jego dwóch starszych braci i nie zwrócił. Niestety, nigdzie nie natrafiłem na ślad tego listu.
Pod koniec 2009 roku realizatorzy zaprosili mnie na plan filmu Jak zostać królem w czasie kręcenia zdjęć na Portland Place w Londynie. W czasie przerwy poznałem tam Geoffreya Rusha, który gra w filmie rolę mojego dziadka, i Bena Wimsetta odtwarzającego postać mojego dziesięcioletniego ojca. Dziwnie się poczułem, gdy jako człowiek dorosły zobaczyłem kogoś, o czyim istnieniu tylko słyszałem w dzieciństwie. Gdy już oswoiłem się z sytuacją, zafascynowany obejrzałem scenę, w której dziadek oceniał, jak mój ojciec i jego starszy brat Valentine, grany przez Dominica Applewhite'a, recytują wyuczone na pamięć fragmenty utworów Szekspira. Przypomniało mi to scenę z dzieciństwa, kiedy ojciec zmuszał mnie do tego samego.
Mój ojciec miał zamiłowanie do poezji i talent poetycki. Często bezbłędnie recytował fragmenty wierszy, których nauczył się w dzieciństwie. Sprawiało mu wielką frajdę bawienie gości na przyjęciach płynną i wolną od potknięć deklamacją utworów Hilaireego Belloca, których znał wiele. Ale największą satysfakcję czerpał z tego, jak odbierała jego recytatorskie popisy moja starsza siostra Sarah, którą często wzruszał do łez. Co do mnie, nie pamiętam, żebym w tamtych czasach był pod dużym wrażeniem tego rodzaju talentów ojca. Natomiast gdy wspominam tę scenę jako osoba dorosła, rozumiem jego wytrwałość, ale też frustrację w obliczu mojej niechęci do podzielania tak mu drogiej poetyckiej pasji, którą zawdzięczał swemu ojcu.
Zdjęcia do filmu ukończono w styczniu 2010 roku, co oznaczało początek podjętych przeze mnie badań rodzinnej historii. Canning i Hooper nie byli bowiem zainteresowani nakręceniem filmu dokumentalnego, lecz biograficznego, który prawdziwie ukazuje osobowość dziadka, lecz, niestety, obejmuje tylko krótki okres jego życia: od pierwszego spotkania z przyszłym królem w 1926 roku do wybuchu wojny w roku 1939.
Zainspirowany tym filmem postanowiłem opowiedzieć pełną historię życia dziadka - od dzieciństwa spędzonego w latach osiemdziesiątych XIX wieku w Adelajdzie w Australii Południowej aż po jego śmierć. Podjąłem więc rozległe i szczegółowe badania biograficzne dotyczące Lionela Logue'a i jego pracy. Pod wieloma względami było to zajęcie frustrujące, gdyż pomimo zawodowej pozycji dziadka bardzo niewiele wiadomo na temat metod, jakie stosował w terapii króla. Lionel Logue napisał wprawdzie kilka artykułów prasowych na temat leczenia jąkania i innych wad wymowy, ale nigdy nie wyłożył swoich metod w sposób systematyczny. Nie miał też ucznia czy praktykanta, któremu powierzyłby sekrety swej pracy. Poza tym nie opisał swojego najsłynniejszego przypadku - prawdopodobnie z uwagi na dyskrecję, z jaką zawsze traktował relacje łączące go z królem.
Gdy w lipcu 2010 roku wydawnictwo zaczęło mnie ponaglać do ukończenia książki, okazało się, że moja wytrwałość się opłaciła, gdyż właśnie wtedy skontaktowała się ze mną moja kuzynka, Alex Marshall, dowiedziawszy się o prowadzonych przeze mnie poszukiwaniach. Znalazła pudła z dokumentami dotyczącymi mojego dziadka i choć nie sądziła, że będę miał z nich pożytek, wprosiłem się do niej do domu w Rutland, chcąc rzucić na nie okiem. Na stole w jadalni czekało na mnie kilka tomów dokumentów, które stanowiły zawartość czterech pudeł - dwóch z korespondencją prowadzoną przez króla Jerzego VI i Lionela Logue'a w latach 1926-1952 i dwóch z rękopisami i wycinkami prasowymi, które dziadek starannie wklejał do dużych albumów: zielonego i niebieskiego.
Bardzo się ucieszyłem, że Alex miała także brakujące dokumenty z naszego rodzinnego archiwum, a poza tym trzy tomy listów i część dziennika prowadzonego przez moją babkę Myrtle w okresie podróży dookoła świata - w którą ona i dziadek wybrali się w 1910 roku - a także w pierwszych miesiącach drugiej wojny światowej. Napisany w sposób bardziej osobisty niż dziennik Lionela, dawał o wiele większy wgląd w ich codzienne życie. Te liczące setki stron dokumenty były dla mnie niczym fascynujący skarb, na którego odkrywaniu spędzałem całe dnie. Żałowałem tylko, że nie znalazłem wśród nich tak desperacko poszukiwanego listu.
Niniejsza książka powstała na podstawie całego materiału, jaki wymieniam w tym wstępie, a pomógł mi ją skomponować Peter Conradi, pisarz i dziennikarz "The Sunday Times". Mam nadzieję, że czytając ją, będziecie tak samo jak ja zafascynowani moim dziadkiem Lionelem Logue'em oraz jego wyjątkowymi i bardzo bliskimi relacjami z królem Jerzym VI.
Starałem się w sposób wyczerpujący poznać biografię mojego dziadka, ale może istnieje coś, o czym nie wiem. Dlatego proszę o kontakt wszystkich jego krewnych, byłych pacjentów i kolegów, a także inne osoby, które mają jakieś informacje na temat życia i pracy Lionela Logue'a. Proszę pisać do mnie na adres lionellogue@gmail.com.
Mark Logue
Londyn, sierpień 2010
Orszak królewski w drodze na koronację Jerzego VI
Albert Fryderyk Artur Jerzy, król Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej oraz dominiów, ostatni cesarz Indii, został wyrwany ze snu krótko po trzeciej w nocy. Sypialnia w pałacu Buckingham, którą zajmował, odkąd pięć miesięcy wcześniej został monarchą, była zwykle oazą spokoju w centrum Londynu. Niestety, tego szczególnego dnia sen Jerzego VI przerwały nad ranem trzaski bezceremonialnie sprawdzanych głośników zainstalowanych na Constitution Hill. "Zupełnie jakby jeden z nich znajdował się w naszym pokoju" - skomentował później król w dzienniku 2. W chwili gdy uznał, że będzie mógł znowu zasnąć, hałasować zaczęły przygotowujące się do dzisiejszej uroczystości orkiestry dęte i oddziały żołnierzy.
Był 12 maja 1937 roku. Czterdziestojednoletni król miał stawić czoło jednemu z największych i najbardziej wyczerpujących nerwowo wydarzeń w swoim życiu - koronacji. W Wielkiej Brytanii tradycyjnie dokonuje się tej ceremonii osiemnaście miesięcy po wstąpieniu monarchy na tron, nie tylko dając czas organizatorom na przygotowanie uroczystości, ale także zapewniając właściwy okres żałoby po śmierci poprzedniego króla lub królowej. Ta koronacja była inna. Jej datę ustalono z myślą o starszym bracie Alberta, Dawidzie, który po śmierci ich ojca Jerzego V, w styczniu 1936 roku, został królem jako Edward VIII. Jednak wytrwał na tronie niecały rok, uległszy wdziękom amerykańskiej rozwódki Wallis Simpson, i jego młodszy brat Albert, książę Yorku, bez entuzjazmu wziął na siebie monarsze obowiązki, gdy Edward abdykował w grudniu tego roku. Przyjmując imię Jerzy VI, Albert składał w ten sposób hołd zmarłemu ojcu i traktował to jako znak ciągłości władzy królewskiej po wydarzeniach, które w 1936 roku wstrząsnęły monarchią brytyjską, pogrążając ją w jednym z największych kryzysów w historii.
Mniej więcej w tym samym czasie co król Jerzy VI - w domu położonym na wzniesieniu Sydenham Hill na przedmieściu południowo-wschodniego Londynu, w miejscu znacznie odbiegającym od wspaniałości pałacu Buckingham - obudził się przystojny mężczyzna dobrze po pięćdziesiątce, o gęstej jasnej czuprynie i niebieskich błyszczących oczach. Ten mężczyzna także miał przed sobą ważny dzień. Był to Lionel Logue, urodzony w Australii syn właściciela pubu, pełniący dziwną, lecz od pierwszego spotkania z przyszłym monarchą Jerzym VI przed dziesięciu laty coraz bardziej wpływową funkcję w rodzinie królewskiej.
Logue, który niechętnie prowadził samochód, na wszelki wypadek przenocował dziś w domu swojego kierowcę. Z pomocą posągowej żony Myrtle, która miała mu towarzyszyć w tym doniosłym dniu, zaczął się przygotowywać do wyjazdu do miasta. Ozdobiona biżuterią wartą pięć tysięcy funtów, Myrtle promieniała. Po drodze byli umówieni z fryzjerem, który miał nadać ich wyglądowi ostatni szlif. Ubrany w dworski strój, Logue starał się pamiętać o tym, że włożył dziś jedwabne pończochy i że musi uważać, by nie potknąć się o lekki pałasz.
Gdy mijały kolejne godziny i ulice Londynu wypełniały się tłu - mami życzliwych gapiów, spośród których wielu spało tej nocy na rozstawionych na dworze łóżkach polowych, rósł niepokój zarówno Jerzego VI, jak i Lionela Logue'a. Król "czuł się niewyraźnie" i nie mógł zjeść śniadania. "Wiedziałem, że czeka mnie najbardziej męczący dzień i najważniejsza uroczystość w życiu - napisał wieczorem w dzienniku. - Najbardziej wyczerpujące nerwowo było dla mnie wielogodzinne oczekiwanie, żeby wyruszyć do opactwa westminsterskiego" 3.
Licząca niemal tysiąc lat tradycja koronacji monarchów brytyjskich w opactwie westminsterskim jest wielką narodową galą i nie ma sobie równych w świecie. Jej główną część stanowi namaszczenie, które następuje, gdy arcybiskup Canterbury nakłada święte oleje na ręce, pierś i głowę koronowanego, siedzącego pod baldachimem na średniowiecznym tronie koronacyjnym świętego Edwarda Wyznawcy. W tym celu z ampułki w kształcie orła kapłan nalewa na filigranową łyżeczkę mieszankę olejku pomarańczowego, różanego, cynamonowego, piżma i ambry i w akcie namaszczenia poświęca monarchę przed obliczem Boga, by służył ludowi, któremu składa uroczystą przysięgę na wierność. Człowiekowi tak głęboko religijnemu jak Jerzy VI trudno było przecenić znaczenie tego wyznania zależności monarchy od łaski Boga jako dawcy odwagi, siły i władzy potrzebnych, by postępować z poddanymi w sposób należyty.
Bycie bohaterem takiej ceremonii, a ponadto przez cały czas jej trwania dźwiganie na głowie ciężkiej, siedmiofuntowej 4 wiekowej korony, stanowiłoby gehennę dla każdego. Król jednak miał szczególny powód, by z trwogą oczekiwać na to, co nastąpi, gdyż od dziecka trapiły go różne dolegliwości, w tym osłabiające odporność psychiczną jąkanie. Ta wada wymowy, wystarczająco kłopotliwa już nawet w niewielkim gronie, powodowała, że publiczne wystąpienia Jerzego VI były dla niego koszmarem. Angielski król uchodził, jak ujął to amerykański magazyn "Time", za "najsłynniejszego współczesnego jąkałę" 5, dołączając do listy prominentnych osób, która sięgała aż do starożytności - znajdowali się na niej między innymi Ezop, Arystoteles, Demostenes, Wergiliusz, Erazm z Rotterdamu i Darwin.
Co gorsza, w tygodniach poprzedzających koronację Jerzy VI musiał borykać się z szeptaną propagandą na temat swego zdrowia, szerzoną przez stronników rozgoryczonego starszego brata żyjącego wówczas na wygnaniu we Francji. Nowy król - jak głosiły plotki - był w tak złym stanie fizycznym, że nie miał szans wytrwać do końca koronacji, nie mówiąc już o wypełnianiu funkcji monarchy. Propaganda rozgorzała, gdy Jerzy VI postanowił nie udawać się do Delhi na uroczystości z okazji objęcia tronu cesarza Indii, ponieważ jego poprzednik zgodził się, by odbyły się one w okresie indyjskiej zimy, na przełomie 1937 i 1938 roku.
Zaproszeni na koronację hierarchowie Kościoła anglikańskiego musieli być w opactwie westminsterskim około siódmej rano. Gdy szli do świątyni, tłumy wiwatowały na ich cześć. Specjalny pociąg metra zaś przywiózł ze stacji Kensington High Street do stacji Westminster członków Izby Gmin i parów płci obojga ubranych w uroczyste szaty i z diademami na głowach, stosownie do zajmowanej pozycji społecznej.
Logue i jego żona wyruszyli z domu o szóstej czterdzieści i udali się opustoszałymi ulicami na północ, podążając przez Denmark Hill i Camberwell Green, a następnie skręcili na zachód w stronę świeżo przebudowanego Chelsea Bridge, który przed niecałym tygodniem otworzył przybyły na koronację Jerzego VI premier Kanady, William Lyon Mackenzie King. Kolejni konstable przepuszczali ich, widząc na przedniej szybie samochodu zieloną literę P. Dopiero przed Tate Gallery samochód utknął w korku utworzonym przez auta nadjeżdżające w kierunku opactwa westminsterskiego z całego Londynu. Gdy dotarli do zabezpieczonego pasażu naprzeciwko pomnika Ryszarda Lwie Serce, stojącego na Parliament Square, wysiedli z samochodu i do siódmej trzydzieści zdołali się przecisnąć przez tłum na swoje miejsca.
Król i królowa przybyli do opactwa złotą karocą królewską - wspaniałym krytym powozem zaprzężonym w osiem koni. Po raz pierwszy jechał nią król Jerzy III na otwarcie obrad parlamentu w 1762 roku. Królowi Jerzemu VI ogromnego wsparcia udzielała towarzysząca mu podczas koronacji żona. W okresie czternastu lat, jakie minęły od ich ślubu, miała na niego bardzo uspokajający wpływ. Ilekroć w czasie wygłaszania przemówienia głos mu się załamywał, ściskała go czule za rękę, nakłaniając w ten sposób do kontynuowania wypowiedzi - zwykle z pozytywnym skutkiem.
Miejsca przeznaczone dla rodziny królewskiej zajmowała matka Jerzego VI, królowa Maria, wraz z jego dwiema małymi córkami. Młodsza, wówczas sześcioletnia, zawsze niegrzeczna księżniczka Małgorzata Róża nudziła się i wierciła. W trakcie niekończącego się nabożeństwa włożyła sobie palec do oka, ciągnęła się za uszy, wymachiwała nogami, podpierała się łokciem i łaskotała swoją raczej poważną starszą siostrę Elżbietę, która niedawno obchodziła jedenaste urodziny. Jak często się zdarzało, Elżbieta uznała, że jest odpowiednią osobą, by uczyć siostrę dobrych manier. W końcu królowa Maria uspokoiła Małgorzatę Różę, dając jej lornetkę teatralną, żeby sobie pooglądała uczestników koronacji.
Innego rodzaju wsparcia udzielał królowi Lionel Logue. Sam fakt, że wraz z Myrtle zajmowali miejsca na balkonie, tuż nad miejscami zarezerwowanymi dla członków rodziny królewskiej, świadczył o tym, jak jest dla króla ważny. Ten, jak sam siebie określił, "zwykły mieszkaniec kolonii", któremu nigdy nie udało się w pełni pozbyć australijskiego akcentu - choć zawodowo zajął się problemami dykcji i wymowy - wydawał się dziwnie nie na miejscu wśród przedstawicieli najwyższej angielskiej arystokracji, jeśli wziąć pod uwagę honorowe miejsce, jakie zajmował w świątyni. A jednak trudno byłoby przecenić wkład tego człowieka - określanego w gazetach mianem "lekarza wymowy" króla bądź "specjalisty od wymowy" - w doniosłe wydarzenia tego dnia. Logue osiągnął już taką pozycję w otoczeniu króla, że z okazji koronacji monarcha odznaczył go Królewskim Orderem Wiktorii, który mógł przyznać bez konsultacji z rządem. Informacja o tym wydarzeniu znalazła się na pierwszych stronach gazet. "Daily Express" tak pisał o Logue'u: "jedno z najbardziej interesujących nazwisk na liście wyróżnionych z okazji koronacji", a on podczas uroczystości w opactwie westminsterskim z dumą prezentował order na piersi.
W ciągu jedenastu lat od przybycia z Australii do Wielkiej Brytanii i wynajęcia gabinetu na Harley Street, w centrum działalności brytyjskiego establishmentu lekarskiego, stał się jednym z najwybitniejszych przedstawicieli powstającej wówczas nowej dziedziny - terapii mowy. Wówczas to dużo czasu poświęcał, pomagając ówczesnemu księciu Yorku zwalczać jąkanie.
Przez ostatni miesiąc Jerzy VI i jego australijski terapeuta wymowy przygotowywali się na ten wielki dzień, wciąż powtarzając uświęcone tradycją odpowiedzi, których król musiał udzielić w opactwie westminsterskim. W ciągu tych wszystkich lat, kiedy w małym gabinecie Logue'a czy w rezydencjach królewskich, takich jak Sandringham, Windsor bądź Buckingham, ćwiczyli wymowę ówczesnego księcia Alberta, stworzyli następujący system współpracy: najpierw Logue czytał tekst i wyszukiwał w nim słowa, na których można się było potknąć - zaczynające się od spółgłosek twardych "k" lub "g" bądź też powtarzających się - i tam, gdzie było to możliwe, zastępował je innymi słowami. Następnie zaznaczał w tekście przerwy na oddech i przyszły król, powtarzając tekst po wielokroć, zaczynał ćwiczyć wymowę, dopóki ta nie stała się prawidłowa. Często zajęcia te były dla księcia frustrujące. Niestety, ze słowami wypowiadanymi w trakcie nabożeństwa koronacyjnego Logue nie mógł nic zrobić. Wymowę monarchy czekał więc prawdziwy sprawdzian, który miał się niebawem rozpocząć.
O godzinie dziesiątej zaczęto odprowadzać piętnaścioro książąt i księżnych, zarówno z Wielkiej Brytanii, jak i z zagranicy, na ich miejsca w świątyni. Następnie przy dźwiękach majestatycznego marsza koronacyjnego weszła do środka matka króla. Po niej przybyły przedstawicielstwa różnych państw, po nich zaś królowa, której wspaniały tren niosło sześć dam dworu.
"Rozlega się fanfara i wkrótce zjawia się orszak królewski, w blasku złota i purpury - notuje Logue w dzienniku, w którym opisał dużą część swojego życia w Wielkiej Brytanii. - A na jego końcu idzie człowiek, któremu służę od dziesięciu lat z całego serca i z całej duszy. Posuwa się w naszą stronę wolno i ma raczej bladą twarz, ale jest to król w każdym calu. Serce podchodzi mi do gardła, gdy uświadamiam sobie, że ten człowiek, któremu służę, będzie koronowany na króla Anglii".
Gdy Cosmo Lang, arcybiskup Canterbury, odprawiał nabożeństwo koronacyjne, Logue prawdopodobnie słuchał wszystkiego uważniej niż inni zgromadzeni w opactwie westminsterskim, choć mógł go rozpraszać ból zęba. Na początku król wydał mu się zdenerwowany. A gdy zaczął wypowiadać słowa przysięgi, Logueowi omal nie stanęło serce. Ogólnie jednak wymowa Jerzego VI była poprawna. Gdy uroczystość się skończyła, Logue był uradowany. "Król zademonstrował piękną modulację głosu" - powiedział dziennikarzowi.
Jeśli wziąć pod uwagę napięcie, w jakim był Jerzy VI, to rzeczywiście można uznać za cud, iż mówił tak wyraźnie, arcybiskup bowiem, trzymając otwartą na stosownej stronie księgę liturgiczną zawierającą porządek nabożeństwa, nieumyślnie zasłonił mu słowa przysięgi kciukiem. Nie było to jedyne podczas tej uroczystości niefortunne zdarzenie. Gdy Lord Wielki Szambelan zaczął ubierać króla w ceremonialne szaty, tak mu się trzęsły ręce, że umieścił rękojeść jego miecza niemal pod brodą monarchy, zamiast przymocować ją w pasie, gdzie należało. Później zaś, kiedy Jerzy VI wstał z tronu koronacyjnego, biskup przydepnął mu szaty, tak iż król omal się nie przewrócił i ostrym tonem nakazał duchownemu się odsunąć. Podobne komplikacje zawsze towarzyszyły koronacji brytyjskich monarchów.
Poza tym Jerzy VI musiał dopilnować, by Lang nie włożył mu korony tyłem do przodu, gdyż takie pomyłki zdarzały się już w przeszłości. Nie chcąc do tego dopuścić, kazał wsunąć maleńki skrawek czerwonego płótna pod jeden z głównych kamieni szlachetnych zdobiących przód korony. Niestety, najwyraźniej ktoś nadgorliwy zabrał ten materiał i w rezultacie Jerzy VI nie był pewny, gdzie jest tył, a gdzie przód.
Koronacje wcześniej panujących monarchów czasami ocierały się o farsę. Na przykład w 1761 roku Jerzy III musiał czekać trzy godziny na rozpoczęcie uroczystości, gdyż gdzieś się zapodział miecz koronacyjny. Z kolei koronację jego syna i następcy, Jerzego IV, przyćmiła kłótnia, jaką ten miał z pozostającą z nim w separacji znienawidzoną żoną Karoliną Brunszwicką, którą straż królewska musiała powstrzymać przed wtargnięciem do opactwa westminsterskiego na nabożeństwo koronacyjne.
Żadna z drobnych komplikacji nie została jednak zauważona przez uczestników koronacji Jerzego VI, a tysiące osób stojących na ulicach Londynu pomimo pogarszającej się pogody w ogóle nie miało na to szans.
Po zakończeniu uroczystości król i królowa, przemierzywszy długą trasę, wrócili do pałacu Buckingham wspomnianą złotą karocą. Gdy jechali, padał deszcz, ale nie odstraszył on tłumów od wiwatowania na cześć mijającej ich monarszej pary.
Odprężeni Logue i jego żona Myrtle jedli zabrane z domu kanapki i czekoladę, gdy o trzeciej trzydzieści po południu usłyszeli przekazaną przez głośniki informację: "Osoby z bloku J mogą się udać do samochodów!". Wówczas ruszyli do wyjścia. Po trzydziestu minutach ich wóz został przyprowadzony i wsiedli do środka. Logue omal nie potknął się o swój lekki pałasz. Przejechali przez Westminster Bridge, a następnie obok opustoszałych już punktów widokowych i o czwartej trzydzieści byli w domu. Z powodu bólu głowy i zęba Lionel położył się do łóżka, aby się zdrzemnąć.
Koronacja, choć doniosła, nie była jedynym wydarzeniem, któremu tego dnia król stawił czoło. O ósmej wieczorem musiał bowiem znieść jeszcze większą gehennę, a mianowicie z okazji koronacji wygłosić przez radio orędzie do mieszkańców Zjednoczonego Królestwa i ogromnego imperium brytyjskiego. I znowu Australijczyk miał się znaleźć u jego boku. Przemówienie to obliczono na zaledwie kilka minut, ale i tak oczekiwanie na jego wygłoszenie wyczerpywało króla nerwowo. W miarę upływu lat Jerzy VI nabawił się panicznego lęku przed mikrofonem, tak iż mówienie do tego urządzenia wydawało się stanowić dla niego jeszcze większe wyzwanie niż zwracanie się do słuchaczy bezpośrednio. Zadania nie ułatwiał mu sir John Reith, dyrektor naczelny British Broadcasting Corporation (BBC), stworzonej przed dziesięciu laty na mocy edyktu królewskiego, bo to właśnie on nalegał, żeby król przemawiał na żywo.
Logue przez całe tygodnie pracował z królem nad tekstem tego przemówienia. Po wielu próbach, wyraźnie różniących się od siebie pod względem jakości, obaj wydawali się pewni pomyślnego rezultatu, woleli jednak nie ryzykować. W ciągu kilku dni poprzedzających wystąpienie monarchy Robert H. Wood, jeden z najbardziej doświadczonych w BBC inżynierów dźwięku i specjalista w dziedzinie powstającej wówczas sztuki transmisji radiowej, nagrał próbki przemówienia króla, któremu cały czas asystował Logue, na płyty gramofonowe, a następnie najlepsze fragmenty połączył w całość.
Mimo to Logue był zdenerwowany, gdy samochód przywiózł go o siódmej do pałacu Buckingham. Najpierw udał się na spotkanie z Alexandrem Hardingeem, osobistym sekretarzem króla, i z Reithem. Sekretarz poczęstował ich whisky z wodą sodową. Gdy wszyscy trzej stali, popijając alkohol, Logue został powiadomiony, że król czeka na niego na górze. Zobaczywszy monarchę, uznał, iż Jerzy VI jest w dobrej formie, choć ma za sobą tak emocjonalnie wyczerpujący dzień. Asystował monarsze przy wykonywaniu próby przemówienia do mikrofonu, a następnie obaj wrócili do królewskiej komnaty, gdzie dołączyła do nich królowa - zmęczona, ale szczęśliwa. Logue wyczuł jednak, że wbrew pozorom monarcha jest zdenerwowany. Dlatego aż do ósmej rozmawiał z nim o wydarzeniach mijającego dnia, chciał bowiem oderwać myśli Jerzego VI od czekającej go męki. Wówczas to z głośników popłynął hymn państwowy.
- Powodzenia, Bertie! - zawołała królowa, gdy jej mąż ruszył do mikrofonu.
"Zwracam się dziś do was całym sercem - zaczął król, a radio BBC przekazało jego słowa nie tylko poddanym w Wielkiej Brytanii, ale także tym mieszkającym na krańcach imperium brytyjskiego, również w ojczyźnie Logue'a. - Nigdy wcześniej król w dniu swej koronacji nie miał możliwości przemawiania do wszystkich swoich ludów w ich domach".
Logue poczuł, jak pot spływa mu po plecach.
"Królowa i ja życzymy wam wszystkim zdrowia i szczęścia. W tych chwilach świętowania nie zapominamy też o ludziach, którzy żyją w cieniu choroby" - "pięknie" przemawiał Jerzy VI, jak pomyślał Logue.
"Nie potrafię znaleźć właściwych słów, żeby wam podziękować za waszą miłość i wierność królowej oraz mnie (...) Powiem tylko, że jeśli w nadchodzących latach w służbie wam będę mógł okazać wszystkim swoją wdzięczność, uczynię to (...) Królowa i ja zawsze zachowamy w swych sercach inspirację tym dniem. Obyśmy zawsze zasługiwali na waszą życzliwość, na którą, jak myślę z dumą, możemy liczyć na początku mojego panowania. Dziękuję wam z całego serca! Niech was Bóg błogosławi!"
Gdy król skończył, Logue był tak zdenerwowany, że nie mógł wydobyć z siebie głosu. Wygłosiwszy przemówienie, Jerzy VI uhonorował Wooda pamiątkowym Medalem Koronacyjnym Jerzego VI, który ustanowił z okazji swej koronacji. Wkrótce potem dołączyła do nich królowa.
- Było wspaniale, Bertie! - pochwaliła męża za przemówienie. -Znacznie lepiej niż na nagraniu!
Król pożegnał się z Woodem, odwrócił się do Logue'a i uścisnął mu rękę.
- Dobranoc, Logue! Bardzo ci dziękuję! - powiedział.
Królowa uczyniła to samo.
- Wasza Królewska Mość, najwspanialszą rzeczą w moim życiu jest móc służyć Waszym Królewskim Mościom! - odparł wzruszony Logue.
Niebieskie oczy królowej rozbłysły.
- Dobranoc. Dziękuję - powtórzyła i dodała szczególnie łagodnym tonem: - Niech Bóg cię błogosławi.
Łzy napłynęły Australijczykowi do oczu i czuł się niezręcznie, gdy zszedł na dół do Hardinge'a. Pozwolił sobie na drugą whisky z wodą sodową, czego natychmiast pożałował. Jak później stwierdził, było czymś nierozsądnym pić alkohol na pusty żołądek, gdyż zaczęło mu się kręcić w głowie, a jego mowa stała się bełkotliwa. Wsiadł jednak z Hardingeem do samochodu, wysadził go w rejonie St James's i skręcił na południowy wschód, udając się do domu.
Gdy rozważał doniosłe wydarzenia tego dnia, ciągle powracał myślami do chwili, w której królowa powiedziała do niego "Niech Bóg cię błogosławi" i do bolącego zęba, którego postanowił wyleczyć.
Niemal cały następny dzień spędził w łóżku, nie odbierając telefonu, który bez przerwy dzwonił. Jak się domyślał, dzwonili przyjaciele i znajomi, którzy chcieli mu pogratulować dobrego przygotowania króla do publicznego występu. Zamieszczone w gazetach oceny przemówienia Jerzego VI były w przeważającej mierze pozytywne. "Wczoraj wieczorem król mówił silnym i głębokim głosem, zdumiewająco przypominającym głos jego ojca - napisano w "The Star". - Mówił pewnie i wyraźnie, bez wahania". Ani Jerzy VI, ani Logue nie mogliby sobie życzyć większej pochwały.