ARTUR DOMOSŁAWSKI
"Konkwista" ziem przejętych i jej wykonawcy. Wypisy z kilku lektur
Wędrowali ze wschodu, zachodu, południa i centrum kraju. Rozbitkowie wielkiej wojny - z robót przymusowych w Trzeciej Rzeszy, z obozów koncentracyjnych, z oflagów i stalagów;
przesiedleńcy z Wilna, Lwowa i pozostałych ziem, które Stalin włączył do
Związku Radzieckiego; a także ci z innych obszarów, m.in. z centralnej
Polski, którzy nie zastali po powrocie swych domów albo po prostu
liczyli na kolejną szansę w nowym miejscu (początkowo samorzutnie, z czasem organizowani przez nowe państwo). Ziemie Zachodnie to była nazwa
zapowiadająca coś nieznanego. O całej zachodniej Polsce mówiono wtedy
Dziki Zachód1.
Dziki Zachód budził wprawdzie niepokój, ale z drugiej strony wiązał się
z aspiracjami i wielkimi oczekiwaniami na zmianę stanu rzeczy.
Przeżyliśmy koszmar - przecież może być tylko lepiej. A także - jak
zauważa historyk tamtego czasu - na przykład "w centralnej Polsce udane
podróże na "Dziki Zachód" dowodziły męskiej zaradności i sprytu"2.
"Mieczysław - opisywany przez pewną współczesną badaczkę - który uda się
do Szczecina, po prostu chce znaleźć dla siebie jakieś mieszkanie. Jego
Warszawa leży w ruinach. Kiedy dowiaduje się, że "Rząd wydał odezwę
ażeby Ci co nie mają mieszkania udawali się na Zachód celem
zagospodarowywania Ziem Odzyskanych ażeby wykazać że na ziemiach tych
już zamieszkują [P]olacy, przed spotkaniem w Poczdamie", rusza. Ale
aby udowodnić prawa Polski do tych terenów, należy nie tylko sprowadzić
nowych, polskich mieszkańców. Trzeba także stworzyć sensowną
administrację terenową, która wesprze proces osadnictwa, a w perspektywie doprowadzi do scalenia "odzyskanych" terenów z resztą
kraju, ściętego na wschodnim przedwojennym krańcu. Trudno jednak jasno
wyłożyć, jakie są prawne podstawy działania polskiej administracji na
"Ziemiach Odzyskanych". Wojna się wszak jeszcze nie skończyła. A polska
obecność na zachodzie i północy sięga tak daleko, jak doszła
ofensywa"3.
Nim ustały działania wojenne, władze rodzącej się w 1945 roku nowej
Polski podjęły decyzję o stworzeniu administracji i zagospodarowaniu
ziem, które po zwycięskiej wojnie miały zostać włączone do państwa
polskiego. Organizowanie struktur administracji i bezpieczeństwa na
ziemiach nazwanych przez władzę odzyskanymi rozpoczęto jeszcze w marcu -
na dwa miesiące przed zdobyciem przez Armię Czerwoną Berlina i na cztery
przed konferencją poczdamską, która zapewniła formalne podstawy do
działań polskiego rządu na terenach przed wojną należących do Trzeciej
Rzeszy.
Na Pomorzu - i szerzej: na całych Ziemiach Zachodnich - zderzały się
różne światy: ofiary wojny ze sprawcami, a w każdym razie tymi, którzy
wspierali czynnie lub biernie imperialne zakusy przywódców Trzeciej
Rzeszy. Dalej: żołnierze Armii Czerwonej z miejscowymi (Niemcami) i przesiedleńcami. Przesiedleńcy z "lokalsami". Nowe władze z niechętnym
nastawieniem tych, którzy woleliby inną władzę, i obywatele polscy z obu
stron wojny domowej - z radzieckimi. "Frontów" zderzeń było co niemiara.
"Ruch na dworcach kolejowych jest duży, przybywają repatrianci z za
Buga, którzy często przebywają całemi nocami na dworcach, lub na
punktach rozdzielczych, z powodu braku opieki nad nimi - pisał autor
tzw. raportu sytuacyjnego nowo powstałej Milicji Obywatelskiej w jednym
z miast Pomorza. - Do ruchu kolejowego przyczyniają się także
"szabrownicy", którzy przybywają z całego kraju, tak że często widzi się
jadących na dachach wagonów"4.
Królowały chaos i strach, a językiem rozstrzygania sporów była zazwyczaj
przemoc. Po czasach hekatomby życie ludzkie wciąż miało niską cenę.
Marcin Zaremba, autor chyba najlepszej książki o tużpowojennym
społeczeństwie polskim, nazywa lata 1945-1947 Wielką Trwogą.
"Po ucieczce Niemców w niektórych regionach kraju zapanował chaos -
pisze. - Instytucje państwa rozpoczynały swoją działalność powoli i długo pozostawały słabe, pozbawione kapitału społecznego. Duże odłamy
społeczeństwa znajdowały się w stanie powojennej anomii. Dominowało
poczucie tymczasowości i zawieszenia. Z jednej strony Polacy żyli
olbrzymimi nadziejami na nowe życie po wojnie, z drugiej - doskwierały
im lęk i niepewność co do przyszłości. Radość z zakończenia okupacji
zakłócały realne zagrożenia, m.in.: głód, Armia Czerwona,
"bezpieczeństwo", bandytyzm. Lęk i strach generowały też procesy
migracyjne nie tylko te przestrzenne, ale również pionowe, związane z rewolucyjnymi przeobrażeniami struktury społecznej. Kumulujący się
strach skłaniał jednostki do podejmowania protestów, strajków głodowych.
Swoistą receptą na brak bezpieczeństwa była przynależność do grup
bandyckich i szabrowniczych"5.
Na przeciwległym krańcu Wielkiej Trwogi płonęła wcale nie mniejsza
nadzieja. Stanisław Dulewicz, pierwszy powojenny burmistrz Darłowa,
porównywał miasto, w którym dopiero co objął urząd, do obfitej w złoto -
a na pewno gwarantującej spokój i bezpieczeństwo - krainy ukrytej przed
hiszpańskimi konkwistadorami - Eldorado. Oto co zanotował w swoim
pamiętniku:
"W ciągu drugiej połowy 1945 r. i w roku następnym na skutek moich pism
skierowanych do kraju zaczęli napływać do Darłowa ludzie, na których mi
wiele zależało, a w ślad za zaproszonymi przeze mnie oraz przez
niektórych już stałych mieszkańców miasta zjawiło się również wielu
nieproszonych przez nikogo. Niektórzy wcześniej przybyli do Darłowa jak
mówili "na rekonesans", by na miejscu zbadać warunki bytowania, zanim
sprowadziliby do Darłowa swoje rodziny wraz z mieniem ruchomym. Wracali
do kraju, by w gronie swych najbliższych przedstawić to, na co własnymi
patrzyli oczyma. Widocznie musieli przedstawić Darłowo zbyt pochlebnie,
jak jakieś Eldorado, gdyż napływ ludzi pragnących się w naszym mieście
osiedlić był tak liczny, że gdy we wczesnych godzinach rannych
przybywałem do magistratu, zastawałem już duży ogonek kandydatów na
przyszłych obywateli miasta. Czekający nie mieścili się w sekretariacie,
tworzyli kolejkę rozciągającą się przez długi korytarz"6.
Metafora konkwisty powróci dekady później w zupełnie innym kontekście,
gdy Zbigniew Rokita, młody pisarz z Ziem Odzyskanych, zauważy, że w pierwszych powojennych latach Warszawa traktowała dawne ziemie
niemieckie (włączone do Polski) jako rodzaj kolonii: "kolonie ogołaca
się z surowców, a surowcem Odzyskanych po wojnie jest między innymi
cegła. Stolica zarządza akcję rabunkowej rozbiórki miast i wsi,
poniemiecka cegła ma pojechać do Polski, a głównie do odbudowywanej
Warszawy"7.
Stare zdjęcie rynku w Darłowie. Po prawej, za pomnikiem Rybaka, budynek, w którym mieści się obecnie ratusz miejski.
Fot. z archiwum Urzędu
Miejskiego w Darłowie
Przedwojenna fotografia przedstawiająca port w Rügenwaldermünde.
Fot.
akg-images/arkivi/BE&W
Epizody z jednego żywota (1)
Dulewicz dotarł do Darłowa - wówczas Rügenwalde - jeszcze w czasie
wojny, w maju 1944 roku; miał tu zostać robotnikiem przymusowym. Uczył
na tajnych kompletach, został aresztowany i wraz z dwiema córkami i synem wywieziony najpierw do obozu przejściowego w Poznaniu, a następnie
do obozu w Pile, gdzie przeżył piekło.
Przed wojną był nauczycielem w gimnazjach w Lublinie i tam też wykonywał
swój zawód w konspiracji. Uczył polskiego, łaciny, przyrody, matematyki.
Jeszcze wcześniej, przed odzyskaniem przez Polskę niepodległości należał
do piłsudczykowskiej Polskiej Organizacji Wojskowej i ukończył tajną
podchorążówkę. Był ochotnikiem w wojnie polsko-radzieckiej 1920 roku.
Wyjazd na roboty przymusowe do Darłowa był dla Dulewicza wybawieniem. "W obozie [...] w Pile ludzie ginęli jak muchy - wspominał. - Ileż razy
widziałem pędzonych do obozu jak bydło na rzeź mężczyzn o herkulesowej
budowie ciała, a mimo to po krótkim czasie pobytu w tym piekle wszelkich
udręk, ciała ich okaleczone i zniekształcone torturami i razami oprawców
obozowych powiększały liczbę zmarlaków. Słabszej konstrukcji fizycznej
kobiety i dzieci w najohydniejszych warunkach zdrowotnych, w straszliwej
ciasnocie (w baraku na 60-90 ludzi umieszczono do 600 zdrowych i chorych
kobiet i dzieci oraz mężczyzn), w powietrzu wypełnionym zaduchem,
miazmatami różnych chorób, a nawet ekskrementami ginęły masami. Śmierć
zbierała swe pokosy obficie, gdyż odżywianie więźniów nie tylko bardzo
skąpe i niewystarczające dla wegetatywnej egzystencji, było pozbawione
jakiejkolwiek organizacji, która zapewniłaby każdej jednostce przepisowe
racje. Zanim wyznaczeni do przyniesienia kotłów z pożywieniem więźniowie
przynieśli posiłek, na który i pies by się nie złakomił, zgłodniały
tłum, bez względu na kopniaki lub uderzenia pałek gumowych, łamał
szeregi kolejki i w masie rzucał się na kotły, przewracał niosących i kotły i chwytał zmieszaną z ziemią żywność. Wśród takich okoliczności
nie zawsze obozowa racja dochodziła do mnie. Gdyby dzieci moje nie
zatroszczyły się o mnie, niewątpliwie umarłbym śmiercią
głodową"8.
Pozbawiony całkowicie sił nie przydał się niemieckiemu gospodarzowi w polu. Pracował i głodował przy pracach domowych u innej gospodyni.
Nauczycielski fach i wiedza sprawiły, że dla pracujących przymusowo
cudzoziemców, nie tylko z Polski, ale także z Francji, Czechosłowacji,
Bułgarii i ZSRR, Dulewicz stał się centrum życia społecznego i towarzyskiego. Wypytywano go o sytuację na froncie czy prognozy na
przyszłość lub proszono o napisanie listu.
Gdy front był blisko i na Niemców padł strach, prosili Dulewicza awansem
o wstawiennictwo, pomoc, wręcz zagwarantowanie im bezpieczeństwa. To od
nich - a konkretnie od ordynatora szpitala - dowiedział się, że ramię w ramię z Armią Czerwoną walczy polska 1. Dywizja Piechoty im. Tadeusza
Kościuszki; dawni wrogowie byli teraz aliantami.
"Dzień wyzwolenia. Równocześnie z odgłosami szybko zbliżającej się do
nas wojny przelatywały nad nami coraz częściej eskadry powietrzne, a wówczas do wybuchu dział i jazgotu karabinów maszynowych dołączyła się
kakofonia potępieńczego wycia syren - wspominał Dulewicz. [...] -
Zebrani u mnie Polacy z rozradowanymi i zdziwionymi twarzami, słysząc
rozmowę polską żołnierzy w umundurowaniu radzieckim, przyjęli ich z wylewną serdecznością, lecz nie długo cieszyli się nimi, gdyż żołnierze
poznawszy ścisłość relacji, udzielonych przeze mnie komendantowi,
powrócili do oddziału. Ale przedtem mój Jędrek wyniósł 2 butelki z wódką
i wręczył dowódcy. Butelki te, puszczone w obieg, wędrowały od ust do
ust żołnierskich i po krótkiej chwili rozległ się brzęk rozbitych
butelek, gdyż z nich już całą zawartość wytrąbiono"9.
W nadchodzących dniach Dulewicz, jako lokalna osobistość, został wezwany
przez jednego z radzieckich dowódców. Po rozmowie "rozpoznawczej"
powierzono mu funkcję łącznika między zwycięską armią a miejscową
ludnością niemiecką, nie tylko bowiem zdobył społeczną pozycję, ale
również znał kilka języków, w tym i rosyjski, i niemiecki.
Było to zajęcie zapowiadające ważną w przyszłości funkcję w mieście,
które z Rügenwalde miało się wkrótce stać Darłowem.
Chaosu ogarnianie
Zanim Armia Czerwona wkroczyła do Rügenwalde, większość Niemców
ewakuowała się z miasta drogą morską. "Kilka kompanii niemieckich -
czytamy w rocznicowym wydawnictwie z okazji 70-lecia przynależności
Darłowa do Polski - dostało się do niewoli, a znaczna część ludności
cywilnej uciekła. Wcześniej zablokowali port, wysadzili dwa mosty:
kolejowy i drogowy na Wieprzy koło bazy rybackiej. Zniszczyli stocznię
statków żelbetowych oraz poligon artylerii kolejowej"10.
Armia Czerwona zajęła Darłowo 7 marca 1945 roku, a konkretnie były to
oddziały generała porucznika Władimira Romanowskiego i 3. Gwardyjski
Korpus Pancerny pod dowództwem generała porucznika Panfiłowa. Niemiecki
burmistrz wraz ze współpracownikami poddał miasto w cywilizacyjnej
rozsypce. Nie działały elektrownie i wodociągi, nie było też żadnych
środków transportu.
Nad Wielką Trwogą i równie wielkim chaosem dni wyzwolenia i następnych
musiały zapanować organizowane w warunkach owej trwogi i chaosu władze
administracyjne. Kluczową rolę odgrywały Urząd Bezpieczeństwa i Milicja
Obywatelska, ale początkowo, gdy Armia Czerwona dopiero zajmowała
zachodnie tereny dzisiejszej Polski, rządziły na nich komendantury
wojenne powoływane przez dowództwo radzieckie. Utrzymywały one na miarę
wojennych możliwości porządek na zapleczu frontu i sprawowały władzę
cywilną.
"Tworzenie polskiej administracji na "Ziemiach Odzyskanych" - pisze
Karolina Ćwiek-Rogalska w nowej pracy o powojennym zasiedlaniu ziem
będących dziś zachodnią Polską - jest kompromisem między śmiałym,
utopijnym planem zanurzonym w ideach przedwojennych, między niemal
naukowym pomysłem, wspieranym przez gremia badawcze, a rzeczywistością
nadzoru Związku Radzieckiego"11.
Nie inaczej było w Darłowie. Władzę, jak wszędzie na zdobytych
terytoriach, przejęła radziecka komendantura wojenna, którą dowodził
major Pietuchow.
"W magistracie usadowiło się dowództwo 26 dywizji II Frontu
Białoruskiego na czele z gen. Czudiesowem - czytamy w gazetce
rekonstruującej tamten czas. - Wprowadzono godzinę policyjną. Sowiecki
komendant wyznaczył 10 marca niemieckiego ślusarza Leopolda na
stanowisko burmistrza. Rosjanie zdemontowali i wywieźli broń, maszyny,
silniki i urządzenia z poligonu kolejowej artylerii, tartaków, fabryk
lodu i konserw, trzech cegielni, fabryki łożysk tocznych, fabryki maszyn
rolniczych, fabryki pieców, wytwórni mączki, stoczni kutrów rybackich,
wytwórni beczek oraz inne do ZSRR. Sowieci zajęli elewatory zbożowe, 3
fabryki konserw mięsnych i rybnych, rozlewnię piwa, mleczarnię,
wędzarnie ryb, rzeźnię miejską, warsztaty mechaniczne, dwa młyny,
mleczarnię, oraz port. Jednocześnie wywożono zboże, bydło, trzodę
chlewną, ryby, masło i żywność oraz meble, radia, aparaty fotograficzne,
maszyny do szycia, pościel. W mieście pozostało około tysiąca jego
mieszkańców"12.
Nie czekając na powojenne rozstrzygnięcia terytorialne, władze w Warszawie - te wyłonione z PKWN, które sformowały wkrótce Rząd
Tymczasowy - zaczęły wysyłać na Ziemie Odzyskane swoich pełnomocników.
Każdy z nich sprawował władzę i organizował urzędy w swoim tymczasowo
wyznaczonym okręgu. Armia Czerwona miała obowiązek udzielać im wsparcia
w budowaniu nowych struktur administracji, a na mocy ustaleń
polsko-radzieckich z maja 1945 roku pełnomocnicy ci przejęli na Ziemiach
Odzyskanych pełnię władzy (m.in. rozwiązano komendantury wojenne). Mniej
więcej rok później wskutek nowego podziału administracyjnego
pełnomocników zastąpili wojewodowie i starostowie.
"Na wieloletnie strategie i plany pięcioletnie przyjdzie jeszcze czas -
pisze Ćwiek-Rogalska. - Na razie pierwszym zmartwieniem są uszczuplone
wojną zasoby. Jeden samochód, z którym trzeba sobie jakoś radzić, bo w razie nieodesłania grozi paraliż całego okręgu. A jeśli dodać do tego,
że nie wiadomo, gdzie w zmiennokształtnej Polsce w połowie lat
czterdziestych XX wieku znajdują się właściwe centra decyzyjne, to
wypada za anonimowym korespondentem Biura Studiów
Osadniczo-Przesiedleńczych z jednej ze wsi powiatu myśliborskiego
jeszcze w 1947 roku powiedzieć: "Tu chaos""13.
Ramieniem wykonawczym pełnomocników, a potem ich następców, byli
funkcjonariusze UB i MO. Według czarnej legendy instytucje te zajmowały
się przede wszystkim szykanowaniem wrogów nowego ładu. Ich kompetencje,
podobnie jak rodzaj i obszar podejmowanych działań, były nieporównanie
większe.
"Funkcjonariusze - jak pisze Adam Makowski, historyk z Uniwersytetu
Szczecińskiego - podejmowali wiele decyzji dotyczących osadnictwa,
przydziałów gospodarstw rolnych, ich wyposażenia, warsztatów
rzemieślniczych, mieszkań, funkcjonowania instytucji, opiniowali
kandydatów do służby państwowej, uczestniczyli w przejmowaniu
przedsiębiorstw i majątków z rąk radzieckich, wydawali zezwolenia i kontrolowali działalność organizacji politycznych i społecznych,
odpowiadali za stan bezpieczeństwa publicznego, także w kontaktach z Armią Radziecką. Byli stałymi uczestnikami ważniejszych świąt i uroczystości państwowych. W bezpośrednio powojennych miesiącach Urząd
Bezpieczeństwa był najczęściej pierwszym - po siedzibie komendanta
wojennego - miejscem, które odwiedzali przybywający przedstawiciele
partii politycznych"14.
Między "bezpieczeństwem" a "cywilami" dochodziło do napięć. Formalnie
ubecy i milicjanci podlegali pełnomocnikom rządu, jednak w praktyce
działali zazwyczaj całkiem niezależnie. Niekoniecznie chodziło o samowolkę, której sprzeciwiali się "cywile", raczej o "porządek
dziobania", czyli naruszenie prestiżu, niezgłaszanie spraw, samodzielne
podejmowanie decyzji.
Ale plaga konfliktów dotykała bynajmniej nie tylko frontu
cywilno-bezpieczniackiego. "Kłócą się wysłannicy mający zabezpieczać
maszyny przemysłowe - entuzjastycznie demontowane i wysyłane na wschód
przez Sowietów - z urzędnikami administracji ogólnej i partyjnej. Kłócą
się milicjanci, służby bezpieczeństwa, urzędnicy Państwowego Urzędu
Repatriacyjnego. Ze sobą i z innymi. Nie wiadomo, gdzie zaczynają się
kompetencje jednego urzędu, a kończą drugiego"15.
Epizody z jednego żywota (2)
Darłowo, ze względu na stosunkowo dużą liczbę napływających Polaków,
miejscowy port rybacki i uprzemysłowienie (montowano tu działa dla wojsk
Trzeciej Rzeszy), odgrywało w nowym powiecie wiodącą rolę. Nie miało
jednak jeszcze swoich władz lokalnych. Początkiem ich organizacji było
przybycie do odległego o około 20 kilometrów Sławna pierwszego
pełnomocnika Rządu Tymczasowego - Józefa Czerneckiego, przedwojennego
inspektora szkolnego ze Lwowa.
Najpierw miastem zarządzał kierownik delegatury starostwa Piotr Paul.
Jednak już wkrótce pełnomocnik rządu zaproponował objęcie funkcji
burmistrza Darłowa Dulewiczowi.
"Gdym po raz pierwszy na ziemiach Pomorza Zachodniego dowiedział się o fakcie przybycia do Sławna pierwszego pełnomocnika Rządu Najjaśniejszej
Rzeczypospolitej Polskiej Ludowej [...] - wspominał Dulewicz - ogarnęła
mnie taka radość, że wrażenie tej chwili, w której zakomunikowali mi, że
ziemia, na której za czasów niemieckich tyle wycierpiałem i na której
zapracowywałem się dotąd dla radzieckich władz wojennych jako
kombatantów, przyjaciół i sprzymierzeńców Narodu Polskiego, stała się
polską, pozostało mi w pamięci tak żywe, jak gdyby rzecz, o której teraz
opowiadam [...] działa się [...] wczoraj"16.
Początkowo Dulewicz nie chciał się zgodzić - uważał, że przyda się
bardziej jako nauczyciel, a i obawiał się, że nie sprosta gigantycznemu
zadaniu kierowania lokalnymi władzami w chaotycznej rzeczywistości,
przekształcaniu miasta niemieckiego w polskie i setkom innych problemów.
"Dlatego - jak wspominał po latach - z miejsca odmówiłem przyjęcia tej
godności, dodając nadto, że po rocznej pracy fizycznej u Niemców i po
wyczerpującej pracy w paru instytucjach radzieckich jestem zbyt
osłabiony, bym mógł się stać przydatnym staroście. Oświadczyłem nadto,
że pożera mnie tęsknota za domem, z którego byłem nagle wywieziony
kolejno do 2 obozów koncentracyjnych niemieckich w Poznaniu i Pile.
Chciałbym sprawdzić, czy z dużej mej biblioteki, zawierającej wiele
wartościowych książek oraz manuskryptów mojej poezji, której było ze 3
tomy, nie zostało co w Radziejowie Kujawskim, do którego chcę powrócić,
aby później przenieść się do jednego z większych miast dla kontynuowania
zawodu nauczycielskiego w szkolnictwie średnim"17.
Stanisław Dulewicz (1893-1963), pierwszy powojenny burmistrz Darłowa.
Fot. za zgodą, z: Znani i nieznani mieszkańcy powiatu sławieńskiego,
pod red. Jana Sroki, Sławno 2015
Stanisław Dulewicz darzony jest w Darłowie wielką estymą. W 2015 roku odsłonięto na rynku rzeźbę Jacka Bernera przedstawiającą tego zasłużonego samorządowca.
Fot. Magdalena Burduk, z archiwum Urzędu
Miejskiego w Darłowie
Przekonały go argumenty pełnomocnika, późniejszego starosty, że
zarządzać Darłowem powinien ktoś, kto już zna topografię miasta i okolic
oraz stosunki, jakie panowały w mieście, gdy należało ono do Niemiec, i ma przetarte ścieżki do dowództwa wojsk radzieckich. A Dulewicz znał na
dodatek języki.
"Przede wszystkim należało zapewnić mieszkańcom ich osobiste
bezpieczeństwo oraz bezpieczeństwo mienia, które bądź przywieźli z kraju, bądź też otrzymali od miejskiego kwatermistrza - wspominał. - A z tym bezpieczeństwem było długo, bo prawie na przestrzeni 2 lat po
ukończeniu wojny, bardzo krucho.
Utworzyłem pierwszą milicję polską w Darłowie złożoną z 5-6 osób.
Zaopatrzyłem ją w mundury polowe, które znalazłem w magazynach
wojskowych oraz w karabiny i broń krótką, jaką po ewakuacji miasta
znajdowałem w mieszkaniach poniemieckich. Na czele tej grupy milicjantów
ochotniczych postawiłem Jana Jeżewskiego, Polaka, który ożeniwszy się z Niemką, mieszka do dziś w Darłowie, uprawiając obecnie parohektarowe
gospodarstwo i będąc nadto furmanem poczty. Pierwsi milicjanci obok
właściwej pracy, związanej z bezpieczeństwem ludności, mieli obowiązek
przeprowadzania łowów na zdziczałe zwierzęta domowe i dostarczania w ten
sposób mięsa dla stołówek miejskich"18.
Z czasu pełnienia funkcji burmistrza zapamiętał, że współpraca między
"cywilami" a "bezpieczeństwem" przebiegała względnie harmonijnie. Co w jednym miejscu było plagą, w innym nie wykraczało poza drobne, codzienne
incydenty19.
Tym lepiej - i cywile, i ludzie od bezpieczeństwa mieli co robić,
zamiast udowadniać jedni drugim swoją przewagę.
Z pomorskiej prasy
"Stan bezpieczeństwa jest tutaj problemem dotychczas nie rozwiązanym -
pisał 14 kwietnia 1946 roku Stanisław Babisiak w wydawanej w Bydgoszczy
gazecie "Ziemia Pomorska". - Osadnik dając wieczorem koniowi wodę do
picia, nie jest pewien czy rano koń będzie stanowił jego własność;
wracając wieczorem z pola nie wie, czy we nocy ktoś nie puści mu z dymem
jego gospodarstwa".
Artykuł nosił tytuł Kraina chaosu.
"Oto na przestrzeni dwóch tygodni dokonano w powiecie 20 rabunków i 23
napadów na rolników. W przeciągu tego samego czasu ograbiono 340
mieszkań, skradziono 82 konie, kilkadziesiąt krów, zanotowano 11
pożarów. Rolnicy, na wsiach położonych daleko od miasta nie mają
możności szybkiego skontaktowania się z władzami i dlatego nie podejmują
żadnych kroków w kierunku wykrycia przestępców. Chaos trwa i przybiera
na ostrości.
Panuje on także w aparacie administracyjnym. Na terenie powiatu nie są
zorganizowane dotychczas ani miejskie, ani gminne Rady Narodowe.
Burmistrzowie i wójtowie działają sami. Nie kontroluje ich żaden organ,
żaden czynnik społeczny".
Powszechne było zjawisko spekulacji.
"Od paru dni obserwujemy na Pomorzu dziwne zjawisko na rynku handlowym -
donosiła "Ziemia Pomorska" w styczniu 1946 roku. - W okresie jednego
tygodnia parokrotnie zmieniały się u nas ceny na produkty spożywcze. Raz
notowaliśmy skok w górę, inny raz w dół. Nie ma potrzeby głowić się nad
zgłębianiem tych wahań. Stanowią one zwykłe badanie podatności rynku na
wywołanie niepokoju. [...] uczciwe kupiectwo pomorskie pragnie jak
najprędzej pozbyć się ze swego środowiska spekulantów"20.
Stan chaosu, w tym brak opieki medycznej, a przede wszystkim głód i niedożywienie powodowały wysoką śmiertelność dzieci. "Ziemia Pomorska"
odnotowała 7 sierpnia 1945 roku, że "w dniach od 5 lutego do 15 lipca
br. zmarło w Bydgoszczy [należącej wówczas administracyjnie do Pomorza
- A.D.] 478 dzieci do lat 2. W czasie od 15 do 25 lipca zmarło 76
dzieci. Łącznie więc, w tym krótkim okresie zmarło 554 dzieci. Jest to
największa śmiertelność dzieci, jaką dotychczas zanotowała statystyka
miejska. Zaznaczyć należy, że liczba urodzeń dzieci jest bardzo niska. W czasie od 1 lutego do 15 lipca br. urodziło się 1097 dzieci (z tego
połowa zmarła!).
Skąd taka śmiertelność wśród dzieci? Na to pytanie odpowiedzą nam
kartoteki Miejskiej Stacji Opieki nad Matką i Dzieckiem. Pierwsza z brzegu kartka: Dziecko 10-miesięczne - waga 6040 gramów, a obok uwaga:
przeciętne zdrowe dziecko 10-miesięczne powinno ważyć 9500 gramów. Waga
6040 gramów odpowiada dziecku 3-miesięcznemu. Wystarczy popatrzeć na
dzieci, przynoszone przez matki do ośrodka Opieki. Są to małe
kościotrupki".
Los milicjanta, los ubeka
Chaos społeczny panujący zarówno na Pomorzu Środkowym - w okolicach
Sławna i Darłowa zaliczanych wówczas do Pomorza Zachodniego - jak i na
Pomorzu Gdańskim nieźle można odtworzyć również na podstawie raportów
sytuacyjnych MO. Oto jeden z nich:
"Aprowizacja ludności jest ciężka, ludność nie dostaje przydziałów
żywnościowych, powodem jest brak komunikacji i utrudnianie przez władze
sowieckie, ludność żyje z nagromadzonych zapasów podczas okupacji.
Zaopatrzenie ludności w opał, ubranie i obuwie jest ciężkie z powodu
braku materiału opałowego, ubrania i obuwia, z powodu zniszczeń
poczynionych przez wojnę i grabież żołnierzy sowieckich.
Bolączki ludności: to napady rabunkowe, spowodowane przez narodowość
niemiecką, bardzo przychylnie tolerowaną przez władze sowieckie, nawet
wypadki wspólnego dokonania rabunków przez żołnierzy niemieckich wraz
[z] sowieckimi np. w Malborku żołnierze niemieccy wraz z sowieckimi
skradli konie, gdzie zostali schwytani, a na drugi dzień przez
Kom[endanta]. Woj[ewódzkiego] zwolnieni, żołnierze niemieccy chodzą
w pasach z bagnetami, bez żadnego nadzoru, gdyż mają uprawnienia od
władz sowieckich i z tego powodu ludność polska jest
oburzona"21. (Warto tu wspomnieć, że jeszcze w miesiącach
rządów komendantur wojennych dowódcy radzieccy powołali także
przedstawicielstwo ludności niemieckiej i niemiecką milicję porządkową).
Mając do czynienia z pospolitymi rabunkami, czy to dokonywanymi przez
szabrowników, czy przez zwycięską armię, i działając w realiach, w których byli nieustająco narażeni na ryzyko, funkcjonariusze milicji
przeżywali frustracje z powodu nędznych pensji.
"Największą bolączką milicjantów jest niskie uposażenie w stos. do
innych zawodów i brak mundurów i butów - pisał we wrześniu 1945 roku
autor innego raportu sytuacyjnego na wybrzeżu. - Członkowie rodzin
milicjantów często trudnią się handlem, aby mogli jako tako egzystować.
Kwestia uposażeń i aprowizacji powoduje rozgoryczenie u wielu
milicjantów. Do tego przyczynia się także lukratyczne życie niektórych
kół społeczeństwa np. w Sopocie wszystkie bary, kawiarnie, których jest
moc są stale zapełnione. Na ogół rachunki jakie się tam płaci są
zawrotne"22.
W części dzisiejszej historiografii zorientowanej na "rozliczenia z komuną" zwraca się przede wszystkim uwagę na walki z podziemiem
antykomunistycznym. Dla organów porządkowych nowej władzy - UB i MO -
nie mniejszym wyzwaniem bywali jednak zwykli żołnierze dopuszczający się
napadów, rabunków, szabru czy gwałtów. By zapanować nad nadużyciami
mundurowych, dowództwa wojskowe pozwalały milicjantom zatrzymywać
łamiących prawo żołnierzy.
Nadużyć niezwiązanych z wojną domową między "starym" a "nowym"
dokonywali też ci, którzy mieli stać na straży porządku, m.in.
funkcjonariusze UB. Komendant powiatowy MO w Słupsku, narzekając na
fatalną współpracę z UB, raportował w kwietniu 1946 roku, że pracownicy
tej służby to "dzieci i ludzie wykolejeni, zdemoralizowani okresem
okupacji", a także że "dopuszczają się samowoli i nadużyć"23.
Historyk tych służb Tomasz Pączek przytacza taką historię:
"[...] 23 listopada 1945 r. [...] do IV Posterunku MO w Słupsku zgłosiła
się Aleksandra Chomicz, która powiadomiła, że do jej mieszkania przy
ulicy Szpitalnej 23 (dzisiejsza ul. Tuwima) wdarło się dwóch uzbrojonych
mężczyzn w stanie nietrzeźwym. Podawali, że są funkcjonariuszami PUBP
[Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego - A.D.]. Jeden z funkcjonariuszy grożąc kobiecie bronią, zażądał wydania futra męskiego
albo 20 000 zł. Groził również, że aresztuje całą rodzinę. Napastnicy
byli tak pijani, że po chwili zasnęli, i wtedy Chomicz powiadomiła
milicję. Na miejsce zdarzenia udali się Stanisław Kamiński,
funkcjonariusz IV Posterunku MO oraz Józef Celiński, funkcjonariusz
Brygady Śledczej KM MO. W mieszkaniu Chomicz zastali jednego śpiącego
mężczyznę uzbrojonego w broń palną. Funkcjonariusze MO odebrali mu broń,
obudzili i usiłowali doprowadzić na posterunek MO. Mężczyzna ten w trakcie doprowadzenia nie mówił, że jest funkcjonariuszem PUBP. Tuż
przed placem Dąbrowskiego do patrolu podjechał samochód z kilkoma
funkcjonariuszami PUBP. Funkcjonariusze bezpieczeństwa oświadczyli, że
zatrzymany to Józef Makwiński, funkcjonariusz PUBP, i mają go
natychmiast im przekazać oraz oddać jego broń. Milicjanci stwierdzili,
że całą sytuację trzeba wyjaśnić na posterunku MO. Wtedy funkcjonariusze
BP siłą przejęli zatrzymanego oraz odebrali milicjantom jego broń, którą
oddali Makwińskiemu. Podczas sprzeczki i szarpaniny Makwiński postrzelił
Kamińskiego w głowę oraz Celińskiego w nogę. Po przewiezieniu do
szpitala Kamiński zmarł"24.
Nadużycia tych, którzy mieli strzec bezpieczeństwa, niepokoiły też
Warszawę. W styczniu 1946 roku minister Ziem Odzyskanych Władysław
Gomułka pisał do ministra bezpieczeństwa publicznego Stanisława
Radkiewicza:
"Jak wynika z załączonych raportów, funkcjonariusze milicji
obywatelskiej i urzędów bezpieczeństwa, doprowadzają do zakłócenia
porządku publicznego (bójki, strzelanina), karygodnie nadużywają władzy,
dopuszczają się rabunków i nieprawnych rekwizycji, co wpływa na
szerzenie się nastroju rozgoryczenia wśród ludności.
Ażeby uzdrowić stosunki na odcinku bezpieczeństwa, uważam za konieczne:
1. skoszarowanie funkcjonarjuszów milicji obywatelskiej i wprowadzenie w jej szeregach surowej dyscypliny wojskowej;
2. zwiększenie stanu liczebnego milicji obywatelskiej;
3. stworzenie w małych miasteczkach i wsiach straży porządkowej,
zależnej od milicji obywatelskiej, a złożonej z ludzi godnych zaufania;
4. ściślejsze podporządkowanie milicji obywatelskiej wojewodom i starostom; milicja powinna być organem wykonawczym administracji; bez
egzekutywy władza organów administracji jest władzą iluzoryczną;
współpraca powinna być oparta na następujących zasadach:
a) periodyczne konferencje między władzami administracji ogólnej, a dowództwem milicji obywatelskiej i urzędów bezpieczeństwa;
b) na wniosek władz administracyjnych najsurowsze karanie nadużyć i przestępstw, popełnionych przez niesumiennych funkcjonariuszów, z wykluczeniem z szeregów milicji obywatelskiej i urzędów bezpieczeństwa
oraz pociągnięciem do odpowiedzialności karnej;
c) ustalanie w porozumieniu z władzami administracyjnymi stanu
liczebnego poszczególnych posterunków milicji obywatelskiej oraz ich
rozmieszczenia w terenie;
5. celem usprawnienia interwencji stworzenie w większych ośrodkach
pogotowia milicyjnego t.j. wzorowo wyszkolonych w odpowiednich szkołach
oddziałów milicji obywatelskiej, wyposażonych w mechaniczne środki
lokomocji i mających do dyspozycji połączenia telefoniczne ze wszystkimi
ośrodkami danego powiatu, pogotowie to na wezwanie władz
administracyjnych powinno jak najszybciej interweniować w przypadkach
zakłóceń spokoju publicznego;
6. wydanie bezwzględnego zakazu jakichkolwiek rekwizycyj przez
funkcjonariuszów milicji obywatelskiej i urzędów bezpieczeństwa oraz
przestrzeganie zakazu wywożenia mienia ruchomego z obszaru ziem
odzyskanych bez zezwolenia Ministerstwa Ziem Odzyskanych;
7. wydanie surowego zakazu używania przez funkcjonariuszów milicji
obywatelskiej i urzędów bezpieczeństwa w czasie pełnienia służby
alkoholu, z wykluczeniem z szeregów milicji obywatelskiej i urzędów
bezpieczeństwa w przypadku stwierdzenia wykroczeń tego rodzaju;
8. jak najściślejsze określenie kompetencyj urzędów bezpieczeństwa,
wydanie surowego zakazu przekraczania tych kompetencyj i mieszania się
do zakresu działania władz administracyjnych z jak najsurowszym karaniem
wszelkich tego rodzaju wykroczeń;
9. tworzenie na wniosek władz administracyjnych w porozumieniu z garnizonami wojskowymi radzieckimi i wojska polskiego w godzinach
nocnych patroli mieszanych.
Proszę o rozważenie możliwości wycofania niektórych nie stojących na
wysokości zadania jednostek milicji obywatelskiej i zastąpienia ich
nowymi oddziałami z centralnej Polski. Poddaję również pod rozwagę, czy
nie istniały by możliwości zasilenia kadr milicji obywatelskiej na
ziemiach odzyskanych oficerami i żołnierzami jednostek wojskowych
przybyłych z Francji"25.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki