Jak zdobyto Dziki Zachód. Prawdziwa historia podboju - Jarosław Wojtczak


Reflow text when sidebars are open.
Rozdział I Poszukiwacze ścieżek
Wiosną 1799 roku Daniel Boone, słynny traper i pionier amerykańskiego Pogranicza, ściął drzewo żółtego tulipanowca i rozpoczął budowę osiemnastometrowej łodzi. Wyzuty ze swej ziemi w Kentucky, nękany przez sąd i wierzycieli, wielki wędrowiec w pośpiechu czynił przygotowania do podróży, która miała go zaprowadzić rzeką Ohio do St. Louis w odległej krainie Missouri1. "Staruszko - rzekł ponoć pewnego dnia do swej żony Rebeki - musimy stąd iść, bo tu robi się dla nas za tłoczno".
We wrześniu spakował swój dobytek, załadował rodzinę na łódź i wyruszył w dół Ohio, zostawiając za sobą Kentucky - kraj, w którym żył i o który walczył przez ostatnie trzydzieści lat. Od granicy, którą wielką brunatną linią wyznaczała rzeka Missisipi, odgradzająca młode państwo amerykańskie od położonych na zachodzie posiadłości Francji i Hiszpanii, dzieliło go tysiąc kilometrów. Stary wędrowiec pokonał całą tę odległość pieszo, idąc brzegiem rzeki, po której w zasięgu jego wzroku płynęła rodzinna łódź. Miał wtedy sześćdziesiąt pięć lat i rozpoczynał nowe życie na Za-chodzie.
Dla Boone'a nie było to nic nowego. Urodzony 2 listopada 1734 roku w Birdsboro, małej osadzie kwakrów, niedaleko Filadelfii w Pensylwanii, dorastał na skraju nieprzebytej puszczy, którą przemierzali tylko jej pierwotni mieszkańcy i dzikie zwierzęta2. Od zaprzyjaźnionych Indian, którzy odwiedzali czasem farmę jego ojca i dziadka, oraz od myśliwych przemieszczających się z południa na północ w poszukiwaniu cennych futer młody Boone słyszał opowieści o niezmierzonym bezkresie ziem rozciągających się poza barierą Appalachów. Ich tajemniczy bezmiar rozpalał wyobraźnię i kusił nieograniczonymi możliwościami. Kusił i nęcił tak bardzo, że już wkrótce Daniel stał się jednym z pierwszych poszukiwaczy ścieżek (pathfinders), którzy przetarli drogę przez przełęcz Cumberland, główne przejście z południowych Appalachów na kontynent3.
Dzieciństwo doskonale przygotowało go do roli wielkiego odkrywcy dziewiczych, nieznanych terenów na zachodzie kraju. Już wtedy bowiem poznał życie leśnych Indian i tajniki polowań na dzikie zwierzęta, a gdy jako dwanastoletni chłopak otrzymał od ojca pierwszą strzelbę, sam stał się myśliwym. W maju 1750 roku rodzina Boone'ów porzuciła społeczność kwakrów i przeniosła się do doliny rzeki Yadkin w Karolinie Północnej. Podróż trwała blisko rok i Daniel na równi z dorosłymi musiał dbać o bezpieczeństwo i wyżywienie bliskich. Dzięki jego celnemu oku i pewnej dłoni wędrowcom nigdy nie zabrakło świeżego mięsa. Potem, już jako dwudziestoletni młodzieniec, zostawił na pewien czas rodzinę i wziął udział w nieudanej ekspedycji angielskiego generała Edwarda Braddocka przeciwko Francuzom i ich indiańskim sprzymierzeńcom, zakończonej straszliwą klęską Brytyjczyków nad rzeką Monongahelą 13 lipca 1755 roku. Poznał wówczas Johna Finleya - myśliwego, który w czasie tzw. długich łowów spędził na terenach zajmowanych przez Indian wiele tygodni, a nawet miesięcy i spenetrował liczne dzikie obszary Zachodu. Opowieści Finleya na nowo rozbudziły jego wyobraźnię, lecz młody Boone nie był jeszcze gotowy do rozpoczęcia życia odkrywcy. Wrócił na farmę ojca i w sierpniu 1756 roku ożenił się z córką sąsiadów, Rebeką Bryan, twardą pionierką, którą - jeśli wierzyć przekazom - cechowała wielka odwaga i równie wielka cierpliwość. Młoda para zamieszkała w chatce na farmie Boone'ów i z czasem dochowała się dziesięciorga dzieci.
W 1761 roku Daniel zorganizował swoją pierwszą nieudaną wyprawę do Kentucky, "mrocznej i krwawej krainy", jak ją nazywali Indianie. Trzy lata później zapuścił się na ziemie wschodniego Kentucky aż po rzekę Rock Castle, dopływ Cumberland River. Jesienią 1767 roku w towarzystwie brata Squire'a dotarł do skraju Kentucky i rozbił obóz zimowy w Salt Springs koło dzisiejszego Prestonburga. Dalej na zachód leżały ostatnie jako tako poznane tereny, oddzielone od reszty nieznanego kraju groźną przełęczą Cumberland. Tam przypadkiem spotkał starego druha Finleya, który namawiał go, aby ruszył z nim na zachód po wielką przygodę, do "raju myśliwych", pełnego dzikiej zwierzyny i soczystej trawy, idealnej dla farmerów i pasterzy. Daniel jednak odmówił. Dopiero po upływie dwóch kolejnych lat wielki poszukiwacz ścieżek zdecydował się zostawić rodzinny dom i podążyć ku swemu przeznaczeniu.
W maju 1769 roku Boone, Finley i czterech innych myśliwych: John Stewart, Joseph Halden, James Mooney i William Cooke, wyruszyli w nieznane. Pokonali Pasmo Błękitne w Appalachach (Blue Ridge Mountains) i w połowie czerwca rozbili obóz po drugiej stronie przełęczy, nad strumieniem, który nazwali Station Camp Creek. W grudniu, w czasie jednej z wypraw myśliwskich, Boone'a i Stewarta schwytali Indianie z plemienia Szaunisów, którzy uważali Kentucky za swoje tereny łowieckie i traktowali białych jak kłusowników. Myśliwi stracili wówczas wszystkie upolowane skóry, ale na szczęście zachowali skalpy. Szaunisi nakazali im wynosić się ze swojej ziemi, oni jednak nie posłuchali i jakiś czas później znów wpadli w ręce Indian. Boone'owi udało się uciec, ale Stewart tym razem nie zdołał ocalić skalpu. Nie odstraszyło to jednak nieulękłego trapera. We wrześniu 1773 roku Boone sprzedał swoją farmę i wraz z najbliższymi, dwoma braćmi oraz pięcioma innymi rodzinami znowu wyprawił się w głąb Kentucky. Zatrzymani przez niechętnych im Indian, wędrowcy spędzili jakiś czas nad rzeką Clinch, w pobliżu granicy z Wirginią. Boone najmował się wtedy jako przewodnik różnych grup mierniczych zmierzających do Kentucky. Podczas jednej z takich wypraw zbudował chatę nad strumieniem Big Spring, niedaleko miejsca, w którym w czerwcu 1774 roku pionier z Pensylwanii, kapitan James Harrod, wraz z grupą trzydziestu jeden osób założył nad rzeką Kentucky osadę Harrodstown (obecnie miasto Harrodsburg).
Potem Boone dotarł do ujścia rzeki Kentucky i spenetrował całe Kentucky, aż do wodospadów Ohio, gdzie dziś leży miasto Louisville. Nie obyło się przy tym bez niebezpiecznych przygód i dramatycznych przeżyć. Indianie, starając się za wszelką cenę odstraszyć niepożądanych osadników, nie cofali się przed niczym. Na przykład w październiku 1773 roku Delawarowie i Szaunisi - ku przestrodze pionierów - zamordowali wśród wymyślnych tortur najstarszego syna Boone'a, Jamesa, i jeszcze jednego białego chłopca. Tym razem strwożona grupa Boone'a wycofała się z Kentucky, a wieść o tym okrutnym czynie rozniosła się po całym Pograniczu. Niedługo potem Boone w stopniu kapitana milicji wziął udział w wojnie brytyjskiego gubernatora Wirginii, lorda Johna Dunmore'a, z Indianami rozsierdzonymi bezmyślnym mordem dokonanym w kwietniu 1774 roku nad Yellow Creek w Ohio. Mordu tego dokonała grupa białych pod przywództwem niejakiego Daniela Greathouse'a na dwudziestu Mingach, wśród których było trzynastu krewnych słynnego wodza Logana. Nie wiadomo jednak, czy 10 października Boone uczestniczył w nierozstrzygniętej bitwie nad Wielką Kanawhą (Point Pleasant), po której sprzymierzeni z Mingami Szaunisi pod wodzą Kaczana Kukurydzy ostatecznie zrezygnowali ze swych praw do Kentucky.
W marcu 1775 roku pułkownik Richard Henderson z Karoliny Północnej, stojący na czele Kompanii Transylwańskiej - firmy obrotu ziemią promującej osadnictwo po zachodniej stronie Appalachów z zamiarem założenia tam nowej kolonii angielskiej - odkupił wielki obszar od Indian z plemienia Czirokezów i wynajął Boone'a jako swego agenta do budowy drogi łączącej obie Karoliny z Zachodem. Traper przybył nad rzekę Holston w dzisiejszym Tennessee z bratem i grupą dwudziestu ośmiu drwali jeszcze w tym samym miesiącu. Wytyczyli oni i wyrąbali przez lasy i góry słynną puszczańską Dziką Drogę (Wilderness Road), przez ponad pięćdziesiąt lat główny szlak, którym podróżowali kupcy i osadnicy ze wschodu Ameryki w głąb Kentucky. Mimo straty kilku ludzi zabitych przez Szaunisów i borykania się z dziką przyrodą, do końca kwietnia wybudowali też ufortyfikowaną osadę Boonesborough, która stała się zalążkiem nowej kolonii o nazwie Transylwania. Nie zważając na zagrożenie ze strony Indian, we wrześniu Boone sprowadził do Boonesborough swoją rodzinę i liczną grupę osadników.
Pod koniec lipca pamiętnego 1776 roku, w którym zbuntowani przeciwko brytyjskiej metropolii koloniści amerykańscy ogłosili w Filadelfii Deklarację niepodległości Stanów Zjednoczonych, wojownicy Szaunisów porwali córkę Boone'a, Jemimę, i dwie inne dziewczyny z zamiarem uprowadzenia ich do swoich wiosek w głębi Ohio. Boone natychmiast zorganizował pościg i po dwóch dniach dogonił porywaczy. On i jego ludzie zabili z zaskoczenia trzech Indian, uwolnili porwane dziewczęta i szczęśliwie powrócili z nimi do domu. Zdarzenie to stało się głośne i rozsławiło imię Boone'a na całym Pograniczu. Wiele lat później słynny amerykański pisarz James Fenimore Cooper wykorzystał ten epizod w swojej powieści Ostatni Mohikanin. Dzięki tej i podobnym przygodom Daniel Boone stał się pierwowzorem Sokolego Oka - bohatera złożonego z pięciu ksiąg cyklu powieściowego tegoż pisarza.
W Kentucky często dochodziło do starć z Indianami. 24 kwietnia 1777 roku Boone wspólnie ze swym przyjacielem Simonem Kentonem i innymi pionierami zdołał obronić Boonesborough przed atakiem stu Szaunisów pod wodzą Czarnej Ryby. Miesiąc później odparł dwudniowe oblężenie osady przez Indian, ale podczas jednej z potyczek od jego kuli zginął syn Czarnej Ryby. 7 lutego 1778 roku, w czasie wyprawy po sól nad Blue Licks (Sina Lizawka), w pobliżu dzisiejszego Lexington w Kentucky, Boone i dwudziestu sześciu innych białych, zajętych warzeniem soli, wpadło w ręce licznego oddziału Szaunisów. Nie stawiali oporu, ponieważ byli w mniejszości i nie mieli szans na pokonanie Indian. Wódz Niebieski Kaftan przekazał jeńców Czarnej Rybie, a ten zabrał ich do swojej wioski Old Chillicothe nad rzeką Little Miami w Ohio. Tam przeszli rytualne biczowanie, po czym zostali wywiezieni do fortu Detroit, gdzie Czarna Ryba zamierzał sprzedać część z nich angielskiemu gubernatorowi Henry'emu Hamiltonowi. Boone przekonał Anglików, że jest lojalnym poddanym króla, powołując się na swój stopień oficerski w brytyjskiej milicji i udział w wojnie lorda Dunmore'a. Nie został sprzedany, lecz adoptowany przez Czarną Rybę w miejsce zastrzelonego syna i nazwany Wielkim Żółwiem. W czerwcu zauważył w Old Chillicothe przygotowania Indian do kolejnego ataku na białych, zmylił więc czujność opiekunów i uciekł z wioski. Po czterech dniach wędrówki przez puszczę, przebywszy dwieście sześćdziesiąt kilometrów, dotarł do Boonesborough, żeby ostrzec mieszkańców o niebezpieczeństwie. W osadzie zastał jednak tylko swoją córkę, Jemimę. Żona Rebeka bowiem, przekonana o jego śmierci, zabrała resztę rodziny i wróciła do Karoliny Północnej. Do oczekiwanego napadu na Boonesborough doszło 7 września. Osadę zaatakowało czterystu pięćdziesięciu Indian i francuskich Kanadyjczyków, ale przez dziesięć dni nie udało im się zdobyć dobrze przygotowanego do obrony fortu.
Pod koniec 1778 roku Boone'a oskarżono o zdradę i "działanie na korzyść władz brytyjskich", o czym miały świadczyć wydarzenia lutowe nad Blue Licks oraz rzekoma obietnica poddania Brytyjczykom Boonesborough, złożona jakoby w czasie niewoli u Indian. Proces przed sądem wojennym odbywał się w forcie Logan, wzniesionym w lutym 1777 roku przez znanego pioniera i żołnierza z Wirginii, Benjamina Logana. Po rozpatrzeniu sprawy sąd nie tylko uznał Boone'a za niewinnego, ale zarekomendował jego awans na majora wirginijskiej milicji.
W roku 1780 Boone wrócił z rodziną do Boonesborough. Dwa lata później, 19 sierpnia 1782 roku, wziął udział w słynnej bitwie z Indianami nad Blue Licks, w której zginął jego dwudziestotrzyletni syn, Israel. Po wojnie o niepodległość (1775-1783) pracował jako mierniczy nad rzeką Ohio. W 1788 roku przeniósł się do osady Point Pleasant w okręgu Kanawha, w dzisiejszej Wirginii Zachodniej. W nowym miejscu wytrzymał kilka lat, po czym w 1795 roku wrócił z Rebeką do Kentucky, które tymczasem zostało piętnastym stanem Unii. Cztery lata później niespokojna natura kazała mu rzucić spokojne życie i jeszcze raz podążyć w stronę zachodzącego słońca, tym razem do Missouri, krainy znajdującej się pod rządami Hiszpanii, gdzie gospodarował już jego syn, Daniel Morgan Boone. Dostał tam znaczny obszar dobrych gruntów nad strumieniem Femme Osage w St. Charles i zaczął z ramienia władz hiszpańskich pełnić funkcję urzędową. W 1803 roku Missouri przeszło jednak pod administrację Stanów Zjednoczonych jako część zakupionej od Francuzów Luizjany i Boone znów utracił swoją ziemię. Resztę życia spędził z synem Nathanem w Charette Village koło Marthasville w Missouri. Spokojny już żywot dwukrotnie zakłócił, wracając do Kentucky, aby spłacić stare długi z czasów, gdy zajmował się handlem ziemią. Zmarł 26 września 1820 roku w wieku osiemdziesięciu sześciu lat. Pochowano go w Missouri obok ukochanej Rebeki, która odeszła siedem lat wcześniej. Ćwierć wieku później szczątki Daniela Boone'a i jego żony przewieziono do Kentucky i pogrzebano na cmentarzu we Frankforcie. Leżą tam do dzisiaj na wysokiej skarpie, skąd rozciąga się widok na rzekę i miasto, tak jak z licznych wzniesień, na które wspinał się Boone, rozciągała się bezkresna panorama dzikich puszcz i łąk, czekających na odkrycie i zasiedlenie.
Legendarny Daniel Boone był bez wątpienia najsłynniejszym, ale nie jedynym odkrywcą nowych ziem na Zachodzie. Na długo przed nim, w 1750 roku, angielski lekarz Thomas Walker (1715-1794), przedstawiciel wirginijskiej kompanii ziemskiej Loyal Land Company, odkrył nową drogę przez przełęcz w Appalachach, którą nazwał przełęczą Cumberland (Cumberland Gap), na cześć bohatera tamtych czasów, Wilhelma Augusta Hanowerskiego, księcia Cumberland, syna króla Anglii Jerzego II4.
Po Walkerze środkową część Kentucky eksplorował wspomniany już John Finley (1706-1773). Mieszkając w Shippensburgu w Pensylwanii, usłyszał on o bogatych terenach na zachodzie kraju, co zachęciło go do wypraw myśliwsko-badawczych. Pierwszą z nich podjął jesienią 1767 roku w górę doliny Ohio. Nad Big Bone Lick spotkał przyjaźnie nastawionych Szaunisów, którzy zaprosili go do swojej wioski Eskippakithiki, w samym sercu Kentucky. Finley osiedlił się nad Cabin Creek, gdzie był dostatek świeżej wody, żyzna ziemia oraz mnóstwo zwierzyny łownej, i zajął się zyskownym handlem futrami. Skóry kupowali od niego Indianie.
Przyjacielem i towarzyszem broni Daniela Boone'a był Simon Kenton (1755-1836) z Wirginii. W 1771 roku jako szesnastolatek w szale zazdrości pobił do nieprzytomności człowieka i myśląc, że ten nie żyje, uciekł na dzikie tereny Kentucky i Ohio. Przez dwa lata występował tam pod nazwiskiem Simon Butler. W 1782 roku przybył w rodzinne strony i widząc, że domniemana ofiara jego złości żyje, wrócił do prawdziwego nazwiska. Kenton służył jako zwiadowca w wojnach z Indianami. Słynął z wielkiej odwagi i męstwa w boju. Szczególnie zasłużył się dla zdobycia i utrzymania granic osadnictwa białych w północnej i środkowej części Kentucky. W kwietniu 1777 roku uratował życie Boone'owi, gdy Boonesborough zaatakowali Szaunisi. W październiku następnego roku jego samego uchronili od tortur i utraty skalpu wódz Mingów Logan oraz biały renegat Simon Girty, wychowanek irokeskich Seneków i dawny znajomy z czasów wojny lorda Dunmore'a, który do końca życia pozostał wierny sprawie angielskiej i swych indiańskich przyjaciół. Przekazany w ręce Brytyjczyków, Kenton uciekł z fortu Detroit w czerwcu 1779 roku i po miesięcznym marszu przez puszczę wrócił do swoich. Do sześćdziesiątego roku życia służył pod rozkazami amerykańskich dowódców: George'a Rogersa Clarka, Anthony'ego Wayne'a i Williama Harrisona, zwalczających opór plemion indiańskich. Zmarł w Ohio i został pochowany w miejscowości Urbana.
Mniej znany od Daniela Boone'a i Simona Kentona jest Lewis Wetzel (1763-1808), syn niemieckiego imigranta z Pensylwanii i Mary Bonnet, w której żyłach płynęła francuska krew. Uważany za "ciemnego bohatera" Pogranicza, Wetzel zyskał ponurą sławę najsłynniejszego chyba w swoim czasie pogromcy Indian. Źródłem jego nienawiści były tragiczne przeżycia z dzieciństwa: w 1777 roku Indianie zabili mu rodziców na odległej farmie nad rzeką Ohio, a jego samego wraz z młodszym bratem Jacobem wzięli do niewoli. Chłopcy zdołali uciec i dotrzeć do siedzib białych ludzi, ale Lewis zaprzysiągł Indianom krwawą zemstę. Istotnie, w późniejszych latach wziął udział we wszystkich wojnach indiańskich w regionie Ohio. Świetnie znał taktykę walki partyzanckiej i był doskonałym strzelcem, który potrafił przeładować muszkiet w pełnym biegu. Z tego powodu Indianie nadali mu przydomek Śmiertelny Wiatr. W latach 1782-1787 wielokrotnie wyprawiał się samopas po skalpy wrogów; zgładził co najmniej kilku spokojnych Indian, a paru zabił w walce. W 1788 roku, opętany żądzą zemsty, zamordował jednego z pokojowo nastawionych wodzów. Został wówczas aresztowany i uwięziony w forcie Harmar, koło dzisiejszej Marietty w Ohio. Mimo związanych rąk i nadzoru uzbrojonych strażników, zdołał jednak zbiec ku ogromnej radości ludzi tak jak on nienawidzących Indian. Do końca życia ukrywał się w hiszpańskiej Luizjanie i w Missisipi. Równie zażartym wrogiem Indian, specjalizującym się w walce tomahawkiem, był jego starszy brat Martin, zaprzyjaźniony z Danielem Boone'em.
Na koniec warto wspomnieć Jamesa (ok. 1748-1831) i Jacoba (ok. 1750-1832) Sadowskich, wnuków polskiego szlachcica Antoniego Józefa Sadowskiego (ok. 1669-1736) herbu Nałęcz, z okolic Ostrowca Świętokrzyskiego na Kielecczyźnie, uczestnika wielkiej wojny północnej, który po ucieczce z niewoli szwedzkiej wyemigrował do Ameryki na początku XVIII wieku. W 1712 roku przeniosł się wraz z rodziną z New Jersey do Pensylwanii i osiedlił nad brzegami rzeki Schuylkill. Wkrótce zasłynął jako pionier oraz zdolny tłumacz, handlarz futrami i agent indiański, nadzorujący z ramienia gubernatora Pensylwanii Patricka Gordona sprawy Delawarów i niektórych plemion irokeskich. W 1719 roku razem z George'em Boone'em, dziadkiem Daniela, i innymi sąsiadami założył osadę Amity w hrabstwie Berks5. Dziesięć lat później, w 1729 roku, wraz z dwoma wspólnikami otworzył punkt handlowy na terenie dzisiejszego Kittanning w Pensylwanii, a prawdopodobnie około roku 1734 on i jego syn Andrzej (1705-1768) dali początek faktorii handlowej na zachodnim brzegu jeziora Erie (w 1749 Francuzi utworzyli tam ważny posterunek wojskowy Fort Sandoské, w latach 1761-1763 brytyjski Fort Sandusky, zdobyty i zniszczony w maju 1763 przez Indian podczas powstania Pontiaka). Od zniekształconego nazwiska "Sadowski" pochodzi nazwa "Sandusky", którą dziś noszą niektóre miejscowości w Indianie, Iowa, Illinois, Ohio, Teksasie i Wisconsin oraz rzeka (Sandusky River) i zatoka (Sandusky Bay) na jeziorze Erie w Ohio. Z kolei James i Jacob Sadowscy (Sandusky), synowie Andrzeja (Andrew), ruszyli dalej na zachód. W latach 1773-1775 wędrowali po Kentucky i Tennessee razem z Jamesem Harrodem, Abrahamem i Isaakiem Hite'ami oraz innymi słynnymi traperami jako członkowie pierwszej grupy mierniczych kapitana Thomasa Bullitta i Daniela Boone'a, wysłanej przez gubernatora Wirginii z Pittsburgha w dół rzeki Ohio i w górę rzeki Kentucky w celu wytyczenia działek ziemi dla weteranów wojny z Francuzami i Indianami (1755-1760). W lipcu 1774 roku Jacob oraz jego towarzysz John Smith i jeszcze jeden traper, uciekając z okolic Harrodstown przed Indianami, dotarli rzeką Ohio do brzegów Missisipi i odważyli się spłynąć w dół wielkiej rzeki. Podobno dotarli do samego Nowego Orleanu i stamtąd przypłynęli statkiem do Baltimore. Dwa lata później Jacob i James Sandusky założyli nad strumieniem Pleasant Run w Kentucky faktorię handlową, znaną jako Sandusky's Station. Po wybuchu wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych bracia Sandusky wrócili na wschód kraju i zaciągnęli się do Armii Kontynentalnej Jerzego Waszyngtona. Przez pewien czas walczyli pod rozkazami twórcy kawalerii amerykańskiej, generała Kazimierza Pułaskiego, a 19 października 1781 roku byli świadkami kapitulacji dowódcy wojsk brytyjskich, lorda Charlesa Cornwallisa, pod Yorktown. Dziesięć miesięcy później, w sierpniu 1782 roku, Jacob u boku Daniela Boone'a brał udział w krwawej bitwie nad Blue Licks, zwanej "ostatnią bitwą rewolucji amerykańskiej", w której trzystu pięćdziesięciu probrytyjskich Indian i kanadyjskich lojalistów kapitana Williama Caldwella pobiło na głowę liczący stu osiemdziesięciu dwóch ludzi oddział amerykańskiej milicji pułkownika Johna Todda.
Bitwa nad Blue Licks nie zmieniła biegu historii, ale członkowie rodziny Sadowskich (Sanduskych) są dziś zaliczani do grona największych pionierów amerykańskiego kontynentu. "Wielce szacowna rodzina" - tak określił ją późniejszy prezydent Theodore Roosevelt, autor słynnej książki Winning of the West (Podbój Zachodu), i hołd ten jest w pełni uzasadniony. Sadowscy rzeczywiście zasługują na szacunek i wdzięczną pamięć Amerykanów. Dzięki odwadze, determinacji, ciekawości i żądzy przygód przyczynili się swymi dokonaniami i pionierskim geniuszem do odkrycia nowych ścieżek i przetarli szlaki, które później powiodły następne pokolenia amerykańskich śmiałków na podbój Zachodu.
Poszukiwacze ścieżek i odkrywcy z dawnych kolonii angielskich, wśród których prym wiódł Daniel Boone, otworzyli drogi na Zachód, a ich dzieło kontynuowali liczni następcy. Najmłodszy syn Boone'a, Nathan (1781-1856), był oficerem w słynnym oddziale strzelców konnych (Mounted Rangers), a potem w pułku dragonów pułkownika Henry'ego Dodge'a, i jednym z pierwszych Amerykanów, którzy obozowali w miejscu dzisiejszego miasta Denver w Kolorado. Wnuk Daniela, Albert Gallatin Boone, pracował dla Biura do spraw Indian i w latach 1859-1861 pełnił obowiązki agenta rządowego plemion Czejenów, Arapahów, Kiowów, Komanczów i Kiowa-Apaczów w Kolorado. Matka innej legendy Dzikiego Zachodu, słynnego Kita Carsona (1809-1868), Rebeka Robinson także pochodziła z rodziny Boone'ów. Na ścianie budynku sądu w pierwszym miejscu wiecznego spoczynku Daniela Boone'a w St. Charles, po drugiej stronie Missouri, naprzeciwko St. Louis, znajduje się tabliczka upamiętniająca jeden ze szlaków odkrytych przez starego wędrowca. Napisano na niej, że zakurzona ścieżka dała początek drodze na Zachód, która potem wytyczyła szlak Santa Fe, szlak do Salt Lake City i szlak Oregoński. W napisie tym jest zawarta jakaś sprawiedliwość dziejowa: słuchając ciągłych nawoływań Zachodu, Daniel Boone stał się przewodnikiem w przyszłość Ameryki.
Kraina zwana Missouri leżała wówczas w granicach Luizjany, którą Francja po przegranej wojnie z Wielką Brytanią (1756-1763) odstąpiła swojej sojuszniczce Hiszpanii, żeby ziemie te nie dostały się w ręce Anglików. [wróć]
Daniel był szóstym z jedenaściorga dzieci w kwakierskiej rodzinie Boone'ów. Jego ojciec Squire (1696-1765), tkacz i kowal, przybył do Pensylwanii w 1713 r. z hrabstwa Devon w Anglii. W 1720 r. ożenił się z Sarą Morgan, pochodzącą z kwakierskiej rodziny z Walii, i osiadł w miejscowości Towamencin. W 1731 r. Boone'owie zbudowali swój pierwszy drewniany dom w dolinie Oley w dzisiejszym hrabstwie Berks. To tam właśnie urodził się Daniel. [wróć]
Oblicza się, że do roku 1810 przez przełęcz Cumberland przeszło do Kentucky i doliny Ohio 200-300 tys. ludzi. [wróć]
Pierwszy książę Cumberland (1721-1765) zasłynął jako zdolny wódz w czasie austriackiej wojny sukcesyjnej (1740-1748) oraz pogromca Szkotów w bitwie pod Culloden Moor (1746), która przypieczętowała los jakobitów i przyniosła mu przydomek Rzeźnik (Butcher Cumberland). W późniejszym okresie bez powodzenia brał udział w wojnie siedmioletniej (1756-1763) na terenie Niemiec. Jego imieniem nazwano wiele miejsc w angielskich koloniach w Ameryce Północnej. [wróć]
Nazwa Amity, czyli "przyjaźń", świadczy o przyjaznym stosunku osadników do miejscowych Indian. [wróć]
Rozdział II Wielcy odkrywcy kontynentu amerykańskiego
Wczesna historia Stanów Zjednoczonych jest przede wszystkim historią migracji Amerykanów na Zachód w poszukiwaniu ziemi i bogactw. Zachód to nie tylko strona świata, to także region geograficzno-kulturowy i cały złożony problem polityczno-społeczny związany z ekspansją i podbojem kontynentu; w tym znaczeniu pisze się go wielką literą: Zachód (West).
Kolonizacja Zachodu różniła się od kolonizacji obszarów zamorskich przez inne wielkie mocarstwa. Jej bohaterami bowiem byli głównie odkrywcy, myśliwi, osadnicy i awanturnicy, którym przyświecał miraż bogactwa i szczęścia czekającego na nieznanych ziemiach, nie zaś niezbyt liczne jeszcze w młodym kraju wojsko. Z tej romantycznej wizji zachodnich ziem Stanów Zjednoczonych zrodziła się w początkach XIX wieku legenda Dzikiego Zachodu.
Po zakończeniu wojny o niepodległość władze amerykańskie zaczęły z całą bezwzględnością żądać od Indian zamieszkujących tereny pomiędzy Appalachami a Missisipi, w większości sojuszników pokonanej Anglii, scedowania tych ziem na rzecz zwycięskiej Unii. Podstawę prawną ekspansji poza granice Appalachów stanowiły trzy akty Kongresu z lat 1784, 1785 i 1787. Wyznaczały one zasady pomiarów i sprzedaży ziem na zachodnich rubieżach kraju oraz określały organizację polityczną nowych terytoriów i kryteria pozwalające im w przyszłości stać się pełnoprawnymi stanami Unii. Głównym twórcą tego systemu był wybitny polityk amerykański, jeden z założycieli Stanów Zjednoczonych i faktyczny autor Deklaracji niepodległości, Thomas Jefferson (1743-1826).
Stosując na przemian politykę siły i dyplomacji (tylko w latach 1784-1796 podpisano piętnaście traktatów o przejęciu terenów indiańskich), około roku 1800 Stany Zjednoczone doprowadziły swoją zachodnią granicę do Missisipi. Tam kończyła się cywilizacja, a zaczynała ogromna, dzika i niezbadana kraina zwana Luizjaną (Louisiana), przejęta swego czasu od Francji przez Hiszpanię. O krainie tej Amerykanie mieli bardzo mgliste wyobrażenie; nikt nie znał jej geografii, jej bogactw i czyhających w niej zagrożeń, a jej tajemniczość rozpalała wyobraźnię. Wysokie góry i rozległe prerie zamieszkane tylko przez Indian stawały się przedmiotem ożywionych dyskusji pierwszych pionierów i podstawą licznych mitów. Oczami wyobraźni widziano tam krainę szczęśliwości i bezpieczny azyl dla wszystkich, którzy szukają prawdziwej wolności, przygody, bogactwa i swobód religijnych. Spekulowano, że góry przewyższają tam "wszystko, co istnieje w innych częściach świata" i że być może "zawierają większe bogactwa niż Indie i pozostałe kraje Wschodu", a na zachód od nich przyszłe pokolenia znajdą "swój upragniony raj". Na razie jednak były to tylko marzenia, bo nikt jeszcze nie znał tych ziem.
Brak wiarygodnych informacji o ogromnych obszarach rozciągających się na zachód od Missisipi to tylko jedna z przyczyn hamujących dalszą ekspansję na te ziemie. Druga, znacznie poważniejsza, wynikała z faktu, że pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a wybrzeżem Pacyfiku rozciągał się pas terytorium przynależnego do obcego państwa. Ziemie Unii ograniczały się do regionu położonego na wschód od Missisipi, a w szczególności do wybrzeża Atlantyku. Środek kontynentu zajmowała Luizjana, która jeszcze wciąż niby należała do Hiszpanii, ale w istocie ponownie była już w posiadaniu Francji. Obejmowała ona ziemie na zachód od Missisipi, w tym niemal wszystkie środkowe Równiny, aż po Góry Skaliste. Na południowy zachód od Luizjany rozciągały się tereny Kalifornii, Teksasu i Meksyku, od ponad dwóch wieków pozostające pod władzą Hiszpanii. Na północnym zachodzie, poza pasmem Gór Skalistych, leżała kraina zwana Oregonem, penetrowana przez białych myśliwych i handlarzy futrami, ale całkowicie jeszcze niezasiedlona. Do tej deszczowej, skalistej i zalesionej krainy swoje pretensje zgłaszały Hiszpania, Wielka Brytania i Stany Zjednoczone.
Pierwsze opisy Oregonu pochodzą od europejskich żeglarzy, którzy docierali do zachodnich wybrzeży Ameryki Północnej pod koniec XVIII wieku, i od traperów z kanadyjskich kompanii futrzarskich. Hiszpański kapitan Juan P?rez Hernández już w roku 1774 dopłynął do wysp Vancouver i Królowej Charlotty. W 1788 roku słynny angielski żeglarz James Cook, odbywający wyprawę dookoła świata, zawinął dwoma małymi statkami "Discovery" i "Resolution", mocno uszkodzonymi podczas sztormu, do zatoki Nootka Sound w dzisiejszej prowincji Kolumbia Brytyjska, gdzie został gościnnie przyjęty przez miejscowych Indian. W końcu XVIII wieku oprócz Hiszpanów, Brytyjczyków oraz Rosjan z Alaski zaczęli się tam pojawiać także Amerykanie. W maju 1792 roku kapitan Robert Gray odkrył ujście wielkiej rzeki, której nadał miano Kolumbia, od nazwy dowodzonego przez siebie statku "Columbia". Gray wpłynął ponad trzydzieści kilometrów w głąb Kolumbii, kilkakrotnie spotkał się z miejscowymi Indianami i sporządził pierwszą mapę ujścia rzeki do oceanu. Odpływając, wziął symbolicznie odkryte ziemie w posiadanie Stanów Zjednoczonych.
W październiku 1792 roku u ujścia Kolumbii pojawił się angielski żeglarz George Vancouver (1757-1798), uczestnik dwóch wypraw Jamesa Cooka dookoła świata. Wyposażony w najnowocześniejsze w owym czasie przyrządy nawigacyjne, mając doskonale wyszkoloną załogę, przez trzy lata badał na statku "Discovery" północno-zachodnie wybrzeże Ameryki w poszukiwaniu drogi wodnej łączącej Ocean Spokojny ze wschodnią częścią kontynentu. Wykorzystując kopię mapy Graya zdobytą w hiszpańskiej faktorii Nootka Sound, wysłał jednego ze swoich oficerów, porucznika Williama Broughtona, na zbadanie Kolumbii. Broughton posunął się na niewielkim statku "Chatham" prawie sto sześćdziesiąt kilometrów w głąb rzeki, aż do miejsca położonego naprzeciw dzisiejszego miasta Portland w Oregonie, które nazwał Point Vancouver. Majestatycznemu szczytowi na wschód od niego Anglicy nadali nazwę Mount Hood (Góra Hooda). Broughton błędnie jednak ocenił, że łańcuch górski, z którego wyrasta ten szczyt, czyli Góry Kaskadowe, stanowi kontynentalny dział wód, za którym rozciągają się równiny Luizjany. Niemniej efekty wyprawy Vancouvera były bezsporne, wzbogacone dodatkowo o wspaniałą mapę północno-zachodniego wybrzeża Ameryki Północnej oraz pracę zatytułowaną Wyprawa odkrywcza do Północnego Pacyfiku i dookoła świata, wydaną drukiem w Anglii w roku 1798.
W tym samym mniej więcej czasie podróż z głębi kontynentu do wybrzeży Pacyfiku odbył Szkot, Alexander Mackenzie (1763-1820). W latach 1788-1796 kierował on placówką handlową w kanadyjskim forcie Chippewyan nad jeziorem Athabaska w dzisiejszej prowincji Alberta. Z ramienia Północno-Zachodniej Kompanii Futrzarskiej (North West Fur Company) podjął kilka wypraw badawczych w kierunku zachodniego wybrzeża szlakami wytyczonymi przez Indian. W 1789 roku dotarł do Morza Arktycznego, a cztery lata później przebił się przez góry i w lipcu 1793 roku jako pierwszy Europejczyk osiągnął od wschodu wybrzeże Oceanu Spokojnego na północ od Meksyku. W 1801 roku powrócił do Anglii i opublikował dziennik z podróży, w którym z chronologiczną dokładnością opisał własne osiągnięcia w eksploracji zachodniej Kanady. Już jako uznany odkrywca i polityk, uhonorowany przez króla Jerzego II tytułem szlacheckim, stał się gorącym orędownikiem rozciągnięcia przez Wielką Brytanię kontroli nad północno-zachodnim wybrzeżem Oceanu Spokojnego.
Sukcesy Brytyjczyków w eksploracji zachodniego wybrzeża Pacyfiku poważnie zaniepokoiły Amerykanów. Thomas Jefferson, podówczas wiceprezydent Stanów Zjednoczonych, dowiedział się o wyprawie Mackenziego w 1797 roku, ale dokładnie zapoznał się z jej przebiegiem dopiero w roku 1802, już jako prezydent. Sprawozdanie szkockiego podróżnika zelektryzowało go jeszcze bardziej niż wcześniejsze raporty Vancouvera i Broughtona o możliwości nawigacji po wodach Kolumbii i o rzekomym kontynentalnym dziale wód. Nikt lepiej od niego nie dostrzegał trudności w dalszej ekspansji na zachód, nikt też bardziej od niego nie był zdecydowany, żeby je pokonać.
Docierające do Waszyngtonu wieści o usilnych zabiegach Mackenziego, aby skłonić rząd w Londynie do podjęcia wysiłków w celu zapewnienia Wielkiej Brytanii panowania nad zachodnią częścią kontynentu, skłoniły Jeffersona do działania. 18 stycznia 1803 roku skierował on do Kongresu tajny wniosek o wyasygnowanie kwoty dwóch i pół tysiąca dolarów na zorganizowanie ekspedycji na północny zachód. Kongres zaakceptował tę propozycję i wyraził zgodę na powołanie tzw. Korpusu Odkrywców (Corps of Discovery), w składzie jeden oficer i dwunastu żołnierzy, mających stanowić trzon wyprawy.
Wiosną 1803 roku Jefferson polecił swojemu osobistemu sekretarzowi, kapitanowi Meriwetherowi Lewisowi (1774-1809), zorganizowanie ekspedycji w celu znalezienia drogi wodnej ze wschodu do wybrzeża Pacyfiku. Pozwoliłoby to potwierdzić prawo Stanów Zjednoczonych do Oregonu, z powołaniem się na roszczenia zgłoszone do tego terytorium przez kapitana Roberta Graya w 1792 roku. Szczęśliwie dla Jeffersona realizacji jego planów pomogły nieoczekiwane wydarzenia w Europie.
W 1762 roku Francja przekazała Luizjanę Hiszpanii, żeby nie dopuścić do jej przejęcia przez Wielką Brytanię po zakończeniu wojny siedmioletniej. Jednakże w październiku 1800 roku kraina ta powróciła do napoleońskiej Francji w wyniku tajnego traktatu w San Ildefonso, a wraz z nią Francja odzyskiwała ważny port w Nowym Orleanie z bogatym zapleczem handlowym. Rodziło to nowe zakusy imperialne związane z Ameryką i nadzieje na odbicie Kanady z rąk Brytyjczyków. Stany Zjednoczone uznały ten fakt za zagrożenie dla swoich żywotnych interesów handlowych, ponieważ przez port w Nowym Orleanie przechodziło prawie czterdzieści procent amerykańskiej produkcji. Dopóki była tam administracja hiszpańska, Amerykanie korzystali ze strefy wolnocłowej i wielu przywilejów, Francuzi jednak nie zamierzali stosować wobec nich żadnej taryfy ulgowej. Znaczna część opinii publicznej w Stanach Zjednoczonych uznała to za dostateczny powód do walki o ujście Missisipi i zaczęła domagać się wojny.
Jefferson jednak wolał uniknąć wojny i podjął kompromisową próbę odkupienia od Francji Nowego Orleanu. Skutek tych działań okazał się całkowicie nieoczekiwany. Wysłani do Paryża amerykańscy negocjatorzy dowiedzieli się ze zdumieniem, że Napoleon postanowił zrezygnować z planów imperialnych w Ameryce i sprzedać całą Luizjanę! Decyzja ta wynikała ze strat poniesionych przez armię francuską w czasie tłumienia powstania murzyńskiego na Santo Domingo (Haiti) i prawdopodobieństwa nowej wojny w Europie. Po dwutygodniowych negocjacjach podpisano 30 kwietnia 1803 roku traktat o kupnie Luizjany. Stany Zjednoczone zobowiązały się zapłacić Francji piętnaście milionów dolarów (łącznie z anulowanym długiem) i przyznać mieszkańcom tych ziem obywatelstwo amerykańskie. Tak więc za jednym pociągnięciem pióra powiększyły swoje terytorium o dwa miliony sto czterdzieści pięć tysięcy kilometrów kwadratowych, płacąc nieco ponad cztery centy za akr ziemi! Był to jeden z najkorzystniejszych interesów w historii handlu międzynarodowego. W przyszłości na tym terenie miało powstać piętnaście nowych stanów o obszarze sześciokrotnie większym od trzynastu stanów założycielskich Unii.
Jefferson wiedział, że podjęta przez niego decyzja zakupu Luizjany (Louisiana Purchase) wykracza poza jego uprawnienia, konstytucja bowiem nie zezwalała władzom federalnym nabywać nowych terytoriów. Nie mógł jednak zrezygnować z korzyści, jakie się z tym wiązały. Wzrokiem wizjonera sięgał już ku wybrzeżom Pacyfiku i dlatego zrobił wszystko, aby przekonać Kongres, że postąpił słusznie.
Jednocześnie czynił starania, żeby jak najszybciej wysłać ekspedycję Lewisa. "Kapitan Lewis jest odważny, mądry i przezorny" - mówił o swoim protegowanym wiosną 1803 roku. "Zna lasy, obyczaje i charaktery Indian. Nie uzyskał wprawdzie regularnego wykształcenia, ale ma niezwykły dar obserwowania natury i dlatego niewątpliwie zwróci uwagę na wszystkie jej nowe fragmenty, jakie napotka na swej drodze".
Lewis, świadom swoich ograniczeń, zaproponował współudział w wyprawie przyjacielowi z wojska, kapitanowi Williamowi Clarkowi (1770-1838), który był nie tylko znakomitym geografem, ale także miał duże doświadczenie w nawigacji po wodach śródlądowych i doskonale znał Pogranicze z okresu służby na tamtym terenie. Rudowłosy Wirginijczyk przyjął propozycję z entuzjazmem, zapewniając, że z nikim tak bardzo nie chciałby dzielić trudów tej niebezpiecznej wyprawy jak właśnie z Lewisem.
Ekspedycję zaplanowano z dużą starannością i dokładnością. Lewis i Clark zamierzali najpierw udać się ku nieznanym źródłom Missouri, przekroczyć Góry Skaliste i kontynentalny dział wód, a następnie spłynąć nurtem legendarnej już niemal Kolumbii do wybrzeży Oceanu Spokojnego. Po drodze mieli dokonywać pomiarów geograficznych, badać naturę przemierzanych obszarów, poznać ich mieszkańców oraz wytyczyć nowe szlaki i sporządzić mapy nieznanych dotychczas części kontynentu z myślą o przyszłej ekspansji i handlu.
Przygotowania zaczęto od zlecenia budowy w Pittsburghu dużego (siedemnastometrowego) płaskodennego statku rzecznego typu keelboat z przybudówką w kształcie drewnianej chaty, masztem z czworokątnym żaglem i jedenastoma parami wioseł. W tym czasie Lewis uczył się zasad wykonywania pomiarów geograficznych i studiował plany opracowane przez kartografa Nicholasa Kinga na podstawie map dolnego biegu Kolumbii sporządzonych przez Broughtona dla Vancouvera w 1792 roku. Organizatorzy ekspedycji błędnie założyli, że po dotarciu do źródeł Missouri wystarczy przekroczyć jedno pasmo górskie, aby dostać się do zlewiska Kolumbii i spłynąć nią do oceanu. Miało to poważnie oddziałać na przebieg wyprawy i czas jej trwania.
4 lipca 1803 roku ogłoszono wreszcie oficjalną wiadomość o zakupie Luizjany, a 31 sierpnia Lewis opuścił Pittsburgh i popłynął w dół rzeki Ohio. W końcu października w Clarksville (Terytorium Indiany) dołączył do niego Clark z kilkoma ludźmi. 7 grudnia dziewiętnastoosobowa załoga dopłynęła w pobliże St. Louis, gdzie u zbiegu Missisipi z Missouri, nieco powyżej miasta, rozbito obóz zimowy Camp Wood. Tam na przełomie lat 1803/1804 kompletowano skład ekspedycji, przygotowywano sprzęt i zapasy oraz zbierano dodatkowe informacje przed dalszą podróżą.
Uczestników wyprawy Lewis werbował spośród "dobrych myśliwych, odważnych, zdrowych, nieżonatych mężczyzn nawykłych do lasów i zdolnych znosić niewygody w dostatecznym stopniu". W końcu wybrał czternastu żołnierzy ochotników, dziewięciu tęgich drwali z Kentucky, dwóch francuskich przewoźników i półkrwi francuskiego trapera George'a Drouillarda, który miał służyć załodze jako tłumacz, tropiciel i przewodnik. Poza tym wziął ze sobą wielkiego czarnego psa, nowofundlanda Scannona, Clark zaś swego murzyńskiego służącego Yorka.
Wiosną 1804 roku wszystko było gotowe do drogi. W deszczowy poniedziałek 14 maja mała flotylla, w której skład oprócz statku wypełnionego dziesięcioma tonami zapasów i prezentami dla Indian wchodziły dwie mniejsze trzynastometrowe łodzie wiosłowe, opuściła Camp Wood i popłynęła na zachód w górę Missouri.
Po niedawnych wiosennych roztopach rzeka płynęła szerokim, wartkim nurtem, a jej żółte zamulone wody zakrywały przed wzrokiem podróżników naturalne pułapki: zdradliwe dziury, mielizny i zakola. Kapryśna, dzika Missouri, którą uczestnicy wyprawy mieli zapamiętać jako "diabelską rzekę", w wielu miejscach zmieniała swoje koryto w taki sposób, że niełatwo było natrafić na główny nurt. Tylko dzięki francuskim przewoźnikom, którzy dobrze znali okolice, oraz doświadczeniu Clarka wielokrotnie udało się uniknąć katastrofy. Dodatkowo żeglugę utrudniały wiosenne burze i stale zmieniający się kierunek wiatru. W tych warunkach żagiel na niewiele się zdawał, a wiosła przydawały się tylko na spokojniejszych odcinkach rzeki. Niejednokrotnie załoga musiała wysiadać na brzeg i ciągnąć na linach pod prąd statek i łodzie, często zapadając się w głębokie doły wydrążone przez wodę w grząskim terenie. Gdzie indziej zatopione drzewa tworzyły niebezpieczne podwodne zapory, które trzeba było omijać lub usuwać za pomocą siekier. Mimo ogromnego wysiłku wszystkich uczestników ekspedycji dziennie pokonywano nie więcej niż piętnaście kilometrów. Na domiar złego wkrótce zaczęły się nieznośne upały i podróżnikom dały się we znaki roje dokuczliwych komarów. Dopiero kiedy rzeka skręciła na północ, południowy wiatr ułatwił dalszą drogę i umożliwił zwiększenie szybkości do ponad trzydziestu kilometrów dziennie.
Clark i większość załogi zajmowali się nawigacją, a Lewis z nieodłącznym Scannonem penetrował brzeg rzeki, polował, badał miejscową przyrodę, zbierał nieznane okazy roślin i robił notatki w dzienniku.
Święto 4 lipca podróżnicy uczcili w pobliżu ujścia rzeki Platte wystrzałem armatnim i dodatkową porcją whisky. Pod koniec miesiąca napotkali pierwszych Indian, a cztery dni później w miejscu, które nazwali Council Bluffs w dzisiejszym stanie Iowa, Lewis i Clark odbyli przyjazną naradę z wodzami plemion Oto i Missouri. Wręczyli Indianom zaproszenie do Waszyngtonu oraz obdarowali ich medalami pokoju, amerykańskimi flagami i różnymi drobiazgami1.
20 sierpnia w pobliżu dzisiejszego Sioux City w stanie Iowa wyprawa poniosła pierwszą i, jak się okazało, jedyną ofiarę: prawdopodobnie wskutek pęknięcia wyrostka robaczkowego zmarł sierżant Charles Floyd. Na jego cześć Lewis i Clark nazwali pobliskie wzgórza Floyd's Bluffs, a płynącą opodal rzekę - Floyd's River. W ostatnich dniach sierpnia doszło do przyjaznego spotkania z Siuksami z grupy Yankton2. Kilka dni później Amerykanie po raz pierwszy zobaczyli pieski preriowe. Z wielkim trudem schwytali jednego osobnika, żeby przesłać go wraz z innymi nieznanymi okazami fauny i flory prezydentowi Jeffersonowi.
25 września w pobliżu ujścia rzeki Bad w dzisiejszej Dakocie Południowej omal nie doszło do tragicznego w skutkach starcia z liczną grupą groźnych, dobrze uzbrojonych Siuksów Teton. "Dzielnie wyglądający" - jak ich opisywał Lewis - pobratymcy Yanktonów nie chcieli przepuścić ekspedycji przez swoje terytorium, dopóki nie otrzymają w zamian jednej łodzi. Lewis jednak nie dał się zastraszyć i podjął ostrożne negocjacje z wodzem Czarnym Bizonem. Ostatecznie mądra, rozważna dyplomacja, wsparta paroma łykami mocnej whisky, garścią tytoniu i drobnymi prezentami, rozładowała napięcie. Amerykanie pozostali w obozie Siuksów trzy dni, starając się poznać ich zwyczaje i nawiązać pierwsze kontakty handlowe.
Potem ruszyli dalej i w końcu września dotarli do wiosek plemienia Arikara w pobliżu ujścia Grand River. Odwieczni wrogowie Siuksów powitali ich z radością. Odkrywcy spędzili wśród nich pięć przyjemnych dni i odnotowali, że "wszyscy oni byli przyjaźni i zadowoleni z naszej wizyty". Wykonując otrzymane rozkazy, Lewis i Clark namówili wodza Arikarów, Ankedoucharo, aby dołączył do delegacji wodzów plemion z doliny Missisipi, którzy zgodzili się jechać do Waszyngtonu3.
Przez kilka następnych tygodni podróżnicy płynęli w górę Missouri przez półpustynne obszary Dakoty. W połowie października przekroczyli dzisiejszą granicę Dakoty Południowej i Dakoty Północnej, a dziesięć dni później dotarli do osad prowadzących półosiadły tryb życia plemion indiańskich Mandanów i Hidatsa. Były to duże wioski położone w dolinie Missouri, przy ujściu rzeki Knife. W dwu z nich, w solidnie zbudowanych okrągłych ziemiankach, mieszkali Mandanowie, a w trzech pozostałych sprzymierzeni z nimi Hidatsa.
Przyjazne przyjęcie, jakie zgotowali białym podróżnikom Indianie, sprawiło, że pod koniec października Lewis i Clark zdecydowali się rozbić obóz stały ponad dwa i pół tysiąca kilometrów od punktu wyjścia, żeby przeczekać nadchodzącą zimę. Na miejsce obozowiska wybrali plażę na wschodnim brzegu Missouri w pobliżu wiosek Mandanów: niecałe dziesięć kilometrów na południe od Roophate i około pięciu kilometrów od położonej po przeciwnej stronie rzeki wioski Matootonha.
Amerykanie czuli się bezpiecznie w sąsiedztwie przyjaznych im Mandanów i Hidatsów, musieli jednak mieć się na baczności przed handlującymi z nimi wojowniczymi Siuksami, Assiniboinami, Czejenami i Wronami. Dlatego ze względów bezpieczeństwa na początku listopada rozpoczęli budowę umocnionego obozu. W ciągu trzech tygodni wznieśli na przecięciu ważnych granicznych szlaków handlowych prymitywną trójkątną palisadę wysokości ponad pięciu metrów z dwoma rzędami drewnianych chatek stykających się w jednym rogu i czymś w rodzaju bastionu naprzeciwko bramy wejściowej. Obóz nazwali Fort Mandan.
Do fortu docierali przedstawiciele licznych plemion indiańskich z północnych prerii, hiszpańscy i francuscy handlarze z Luizjany, a także traperzy i kupcy z kanadyjskich kompanii futrzarskich. Mimo niesprzyjającej pogody i oddalenia od cywilizacji przez całą zimę w Fort Mandan trwał ożywiony ruch. Lewis i Clark pracowicie nawiązywali kontakty z przybyszami i skrzętnie zbierali wszelkie informacje o ziemiach leżących na zachodzie i zamieszkujących je plemionach. Największe ich zainteresowanie wzbudził kanadyjski traper i handlarz Touissaint Charbonneau, znawca i przyjaciel Indian znad górnej Missouri, władający kilkoma indiańskimi narzeczami. Doceniając jego umiejętności, zaproponowali mu udział w dalszej wyprawie w charakterze tłumacza, a on chętnie wyraził na to zgodę.
Charbonneau był barwną postacią. Mniej więcej na rok przed przybyciem Lewisa i Clarka wykupił z niewoli u Hidatsów dwie dziewczyny z plemienia Szoszonów i zgodnie z obowiązującym zwyczajem obie pojął za żony. Jednej z nich, znanej pod imieniem Sakakawea, czyli Kobieta Ptak, warto poświęcić nieco więcej uwagi, albowiem należy ona do tych nielicznych Indianek, które przeszły do historii Stanów Zjednoczonych.
Sakakawea (Sacagawea, Sacajawea) urodziła się około 1787 roku w dolinie Lehmi w dzisiejszym stanie Idaho w jednej z grup wschodniego odłamu plemienia Szoszonów. Jako młoda dziewczyna obozowała ze swoimi współplemieńcami w miejscu zwanym obecnie Three Forks, gdzie trzy mniejsze dopływy dają początek rzece Missouri. Latem 1799 lub 1800 roku na obóz napadli wojownicy Hidatsa, którzy najeżdżali bliższych i dalszych sąsiadów w rejonie Gór Skalistych, porwali ją, a następnie adoptowali. Przez kilka lat mieszkała w ich osadzie nad górną Missouri i tam właśnie spotkał ją przebywający wśród Indian Charbonneau. Zimą 1803/1804 roku ona i inna branka z jej plemienia, zwana Kobieta Wydrą, zostały jego żonami. Kiedy Kanadyjczyk, zachęcony perspektywą znacznego zarobku, zgodził się towarzyszyć Lewisowi i Clarkowi w dalszej podróży na zachód, Sakakawea zaoferowała swoją pomoc w dotarciu do krainy Szoszonów i znalezieniu przejścia przez Góry Skaliste. Chociaż była chora i spodziewała się dziecka, obaj odkrywcy uznali, że może im się bardzo przydać ze względu na znajomość zachodnich Indian i ich języka. Clark zajął się nią troskliwie ("kobieta w grupie mężczyzn jest oznaką pokoju" - twierdził), wyleczył ją, a potem cieszył się, gdy w lutym 1805 roku urodziła zdrowego synka Jeana Baptiste'a, którego nazywał pieszczotliwie Małym Ważniakiem (Little Pomp).
W marcu 1805 roku lód na Missouri zaczął puszczać i wkrótce rzeka znów stała się żeglowna. W pierwszych dniach kwietnia Lewis i Clark odesłali do St. Louis statek z załogą. Znajdowały się na nim, oprócz listów do rodzin, przeznaczone dla prezydenta Jeffersona mapy, raporty, wyroby sztuki indiańskiej oraz liczne zebrane po drodze egzemplarze fauny i flory4. 7 kwietnia pozostała część ekspedycji w liczbie trzydziestu trzech osób (obaj dowódcy, trzech sierżantów, dwudziestu trzech szeregowych oraz pięcioro cywili: Charbonneau, Sakakawea, Jean Baptiste, York oraz Drouillard) podążyła na zachód w dwóch łodziach i sześciu dłubankach, wydrążonych w czasie przerwy zimowej z wielkich pni amerykańskiej topoli. Dopiero teraz zaczęła się prawdziwa przygoda odkrywcza. "Mieliśmy spenetrować kraj szeroki na co najmniej 2000 mil, którego nie tknęła nigdy stopa cywilizowanego człowieka. Sami musieliśmy się przekonać, czy czeka nas tam dobre, czy złe" - odnotował w dzienniku Lewis.
27 kwietnia podróżnicy przekroczyli dzisiejszą granicę Montany. Lewis ze Scannonem oraz Drouillard szli brzegiem i wypatrywali śladów Indian i zwierzyny. Przedostatniego dnia tego miesiąca upolowali tak ogromnego niedźwiedzia grizzly (dwieście sześćdziesiąt centymetrów długości i sto osiemdziesiąt centymetrów wysokości w kłębie), że do jego powalenia musieli użyć aż dziesięciu kul. Był to pierwszy w historii okaz tego gatunku poddany badaniom naukowym.
Na początku maja odkrywcy minęli ujście rzeki Milk. Teren zaczął się wznosić, utrudniając nawigację, dezorientowały liczne dopływy Missouri płynące z różnych kierunków. W pierwszych dniach czerwca wyprawa zatrzymała się w rozwidleniu Missouri z rzeką Marias, ponieważ nie było wiadomo, która z nich prowadzi do oceanu. Po tygodniu badań, nadal nie mając pewności, dowódcy obrali kurs na południe. Zanim jednak wyruszyli w góry, postanowili zmniejszyć obciążenie i dlatego jedną z większych łodzi wraz z częścią zapasów na drogę powrotną ukryli w bezpiecznym miejscu.
W połowie czerwca wyprawa dotarła do wodospadów Great Falls na rzece Missouri, o których wspominali Indianie we wioskach Mandanów. Dowódcy uzyskali pewność, że obrali właściwy kierunek, musieli jednak znaleźć sposób na pokonanie serii wodospadów i kaskad. Nawigacja była niemożliwa, pozostawało więc tylko przetransportowanie łodzi i bagażu lądem na odcinku prawie trzydziestu kilometrów. Ciężką pirogę pozostawiono w ukryciu u stóp wielkiego wodospadu, a pozostałe czółna i zapasy przewieziono na prymitywnie skleconych wozach wykonanych ze ściętych drzew. Budowa wozów i transport czółen zajęły cały miesiąc. W tym czasie myśliwi polowali i uzupełniali niezbędny zapas żywności. Udało się zgromadzić dużą ilość prowiantu, głównie suszone mięso, ryby i sporządzony indiańskim sposobem pożywny pemmikan, czyli sproszkowane mięso zmieszane z tłuszczem zwierzęcym i suszonymi jagodami.
13 lipca przewiezione z trudem czółna ponownie spuszczono na wodę tuż powyżej ostatniego wodospadu. Sześć dni później odkrywcy dotarli do Gór Skalistych i wpłynęli do gigantycznego skalnego kanionu o stromych zboczach, piętrzących się na wysokość czterystu metrów; Lewis nazwał go Bramą w Góry Skaliste (Rocky Mountains Gate). Następnego dnia nad szczytami gór pojawiły się ostrzegawcze sygnały dymne: znak, że odkryli ich Indianie i nie życzą sobie kontaktu z obcymi. Po upływie następnych dwóch dni Sakakawea zaczęła rozpoznawać otoczenie. "Indianka poznaje kraj i zapewnia nas, że to wody, nad którymi żyją jej pobratymcy i że niedaleko już stąd do rozwidlenia trzech rzek - zanotował tego dnia Lewis. - Ta wiadomość podniosła nas wszystkich na duchu".
25 lipca Clark, Charbonneau i trzech szeregowców dotarli do Three Forks, a po dwóch dniach dołączyła do nich główna część wyprawy. Znaleźli się w miejscu, w którym przed kilkoma laty Sakakaweę porwali wojownicy Hidatsów. Lewis uznał, że to "ważny punkt geograficzny zachodniej części kontynentu", i zaproponował, żeby zatrzymali się na dłużej i zbadali źródła Missouri. W wyniku dokonanych pomiarów odkrywcy ustalili, że początek dają jej trzy mniejsze rzeki wypływające z Gór Skalistych, które nazwali Gallatin, Madison i Jefferson, na cześć najbardziej znanych wówczas polityków administracji rządowej w Waszyngtonie5.
Dalej ekspedycja pokonała największy z dopływów, Jefferson (znany także jako Beaverhead River), i ruszyła lądem ku połyskującej w letnim słońcu ścianie Gór Skalistych. 1 sierpnia Lewis z trzema ludźmi podążył przodem na poszukiwanie Szoszonów, bez których pomocy los wyprawy zdawał się przesądzony. Śmiałkowie wspięli się między strzeliste szczyty i przekroczyli kontynentalny dział wód. Reszta wlokła się za nimi "schorowana, rozpalona gorączką i bardzo zmęczona", przenosząc przez groźne krawędzie skalne, rwące potoki i ziejące śmiercią przepaście osiem ciężkich czółen, wyładowanych sprzętem i zapasami. Karkołomna wspinaczka wydawała się nie mieć końca. Według relacji Clarka ludzie byli tak wyczerpani, że woleliby nadal zmagać się z rzeką, niż pokonywać drogę lądem.
4 sierpnia Lewis zszedł do doliny Big Hole z nadzieją, że ujrzy rzekę płynącą do oceanu. Zawiedziony widokiem kolejnego masywu górskiego, uznał, że dalszy marsz w kierunku zachodnim jest niemożliwy. Wycieńczeni wędrowcy musieli zawrócić i cofnąć się do rzeki Jefferson. Cztery dni później, kilka kilometrów poniżej ujścia potoku Ruby, Sakakawea rozpoznała samotną skałę, nazwaną z powodu kształtu Głową Bobra (Beaver's Head). Ucieszona, poinformowała dowódców wyprawy, że niedaleko, w dolinie Lemhi, znajdują się letnie łowiska jej plemienia. Te słowa wlały otuchę w serca skrajnie zmęczonych ludzi i dodały im sił. Nazajutrz ekipa zwiadowcza (Lewis i jego trzej towarzysze) znowu ruszyła przodem w poszukiwaniu Indian. Posuwając się uparcie wzdłuż kolejnych odnóg rzeki Jefferson, 12 sierpnia zwiadowcy dotarli do źródeł potoku Trail, który Lewis błędnie wziął za miejsce narodzin wielkiej Missouri6. Nieco dalej otworzyła się przed nimi szeroka szczelina skalna, przez którą wiódł odwieczny szlak indiański do doliny Lemhi. Lewis i jego ludzie zeszli na zachodnią stronę pasma Bitterroot Range, po raz drugi przekroczyli kontynentalny dział wód i wyszli poza granice Terytorium Luizjany. Tym samym jako pierwsi Amerykanie wkroczyli od wschodu na ziemie leżące w dorzeczu Kolumbii.
Tymczasem główna część wyprawy z trudem posuwała się w górę rzeki Jefferson po znakach pozostawionych przez Lewisa. Wkrótce rzeka zmieniła się w wąski górski potok, uniemożliwiając dalszą żeglugę. Znowu trzeba było zejść na ląd i iść pieszo, dźwigając obciążone zapasami łodzie.
W deszczowy wtorek 13 sierpnia Lewis i jego towarzysze natknęli się w końcu na wioskę Szoszonów z grupy wodza Cameahwaita. Na widok Indian odkrywca demonstracyjnie odłożył broń i rozwinął amerykańską flagę. Wódz, otoczony świtą sześćdziesięciu konnych wojowników, właściwie odczytał gest białego przybysza, wypalił z nim fajkę pokoju, a następnie powiódł uroczyście do swojego obozu. Kiedy jednak Lewis poprosił za pośrednictwem Drouillarda o pomoc w odszukaniu trzonu wyprawy, podejrzliwi Indianie odmówili, obawiając się zasadzki. W końcu jednak udało się przełamać ich nieufność i po dwóch dniach pobytu w obozie Szoszonów zwiadowcy w towarzystwie dwudziestu ośmiu mężczyzn i kobiet ruszyli na poszukiwanie oddziału Clarka.
17 sierpnia obie grupy połączyły się szczęśliwie w górnym biegu rzeki Jefferson. Ku swej wielkiej radości Sakakawea rozpoznała w towarzyszących Lewisowi Szoszonach dawno niewidzianych ziomków z doliny Lemhi, co dowódcy wyprawy uznali za nadzwyczajne wydarzenie. Na jego pamiątkę miejsce, w którym spotkały się obie grupy, nazwali Szczęśliwym Obozem (Camp Fortunate). Jeszcze większa radość czekała wszystkich w wiosce Cameahwaita. Podczas uroczystego powitania białych w wielkim namiocie rady Sakakawea, która miała być tłumaczką, podbiegła nagle do wodza, zarzuciła mu swój koc na ramiona i z płaczem objęła go za szyję. Rozpoznała w nim bowiem starszego brata, o którym sądziła, że dawno nie żyje. To całkowicie przełamało lody. Lewis i Clark poinformowali Szoszonów o celu swojej wyprawy, ale życzliwi Indianie odradzali im dalszą drogę na zachód. Przestrzegali przed głodem w dzikiej głuszy, gdzie nie sposób nic upolować, złowrogimi górami pokrytymi gęstym lasem, przez które ciężko się przedrzeć, i "krainą duchów" czyhających na śmiałków.
Mimo tych przestróg nieustraszeni odkrywcy postanowili kontynuować wyprawę trudnym szlakiem północnym, prowadzącym ku żeglownej rzece Clearwater. Rozpoznali okolicę, kupili od Szoszonów konie potrzebne do przebycia gór (choć nie było to łatwe, bo na krótko przed przybyciem ekspedycji wiele koni skradły Szoszonom Czarne Stopy) i ostatniego dnia sierpnia ruszyli w dalszą drogę, do doliny rzeki Bitterroot. 4 września kawalkada złożona z trzydziestu jucznych koni, prowadzona przez dwóch wynajętych indiańskich przewodników, napotkała obóz przyjaznych Indian Płaskich Głów. Biali kupili od nich trzynaście dodatkowych koni i pięć dni później w okolicach dzisiejszej Missouli w Montanie rozbili obozowisko, które nazwali Miejscem Odpoczynku Podróżnych (Travellers Rest). Tam, nad strumieniem Lolo wijącym się pośród wzgórz pokrytych wczesnym wrześniowym śniegiem, przez dwa dni zbierali siły do pokonania ostatniego odcinka drogi przez dzikie pustkowia Gór Skalistych oddzielające ich od żeglownej rzeki Clearwater.
11 września ekspedycja ruszyła dalej i po dwóch dniach dotarła do strasznej przełęczy Lolo, którą później nazwano Piekielnymi Wrotami (Hell Gate). Nazajutrz rozpoczął się najtrudniejszy etap całej wyprawy: mordercza wspinaczka przez góry Bitterroot wśród szalejących wichrów, śnieżycy i dokuczliwego zimna. Na domiar złego indiański przewodnik pomylił w zamieci drogę i wybrał niewłaściwy szlak. Głodni, spragnieni i przemarznięci wędrowcy musieli przedzierać się przez dzikie pustkowia w skrajnie trudnych warunkach. Słaniali się ze zmęczenia, ostre odłamki skał i ciernie kolczastych krzewów przebijały im mokasyny i raniły zmarznięte stopy, zwalone drzewa blokowały przejścia. Konie ślizgały się po stromych zboczach i zsuwały w głębokie przepaście.
Skończyły się zapasy żywności i wody. O polowaniu w tym górskim piekle nie było mowy, więc zdesperowani podróżnicy zarżnęli trzy konie, zjedli psa i resztki sadła niedźwiedziego, a nawet wszystkie świece łojowe. Pragnienie gasili stopionym śniegiem. Sakakawea z dzieckiem w nosidełku na plecach pomagała wyszukiwać pod śniegiem jadalne korzenie, czym niewątpliwie przyczyniła się do uratowania wyprawy od śmierci głodowej.
Wprost graniczy z cudem, że ekspedycja zdołała pokonać ten piekielny, dziki szlak Lolo (Lolo Trail). Udało się jednak i 20 września Clark z sześcioma ludźmi jako pierwsi resztkami sił przebyli góry i zeszli na zachodnią stronę pasma Bitterroot. U podnóża gór, na wolnej od śniegu prerii Weippe, natknęli się na indiańską osadę. "W odległości jednej mili od szałasów - napisał w swoim dzienniku Clark - napotkaliśmy trzech indiańskich chłopców, którzy na mój widok uciekli i ukryli się w trawie. Zsiadłem z konia i wraz z bronią oddałem go pod opiekę jednemu z moich ludzi. Potem przeczesałem trawę i znalazłem dwóch chłopców. Dałem im po kawałku kolorowej wstążki i wysłałem do obozu. Wkrótce ostrożnie wyszedł mi na spotkanie mężczyzna. Zaprowadził mnie do dużej, przestronnej chaty, gdzie otoczyła mnie gromada wystraszonych kobiet i dzieci. W zamian za kilka drobiazgów otrzymaliśmy po kawale bizoniego mięsa, trochę suszonych jagód i różnych korzeni".
Indianami, których spotkał Clark, byli Nez Percé (Przekłute Nosy) z jesiennego obozu wodza Kręcone Włosy znad rzeki Clearwater w dzisiejszym stanie Idaho7. Przyjazne przyjęcie uczestnicy wyprawy zawdzięczali kobiecie o imieniu Wet-khoo-weis. Na krótko przed przybyciem ekspedycji powróciła ona z Kanady, gdzie zetknęła się z białymi, i to ona najprawdopodobniej przekonała swoich współplemieńców, aby nie robili przybyszom krzywdy i powitali ich gościnnie.
Nazajutrz wódz Kręcone Włosy osobiście poprowadził swoich gości z powrotem na prerię Weippe, gdzie 22 września nadciągnęła skrajnie wycieńczona grupa Lewisa. Od wyjścia z Travellers Rest ludzie, z których wielu chorowało na czerwonkę, przebyli w ciągu jedenastu dni ponad dwieście pięćdziesiąt kilometrów.
Indianie powiedli ich do swojego obozu i nakarmili suszonymi łososiami, jagodami i kamasją8. Wygłodniali Amerykanie ciężko odchorowali łapczywość, z jaką rzucili się na jedzenie. Gdyby Nez Percé chcieli ich wtedy zniszczyć, chociażby po to, aby przejąć cenne konie i broń, zrobiliby to bez trudu, bo bezsilna większość białych nie była zdolna do jakiegokolwiek wysiłku. Indianie jednak okazali im autentyczną życzliwość i gościnność. Otoczeni szczerą opieką, uczestnicy wyprawy szybko odzyskiwali siły po strasznych doznaniach górskich.
Przyjaźni Indianie z udziałem samego wodza wykonali na białej jeleniej skórze mapy terenu, wskazali gościom dalszą drogę wodną do wybrzeży Oceanu Spokojnego, a następnie poprowadzili ich w dół Clearwater. W obozie Canoe Camp, założonym u ujścia północnej odnogi rzeki, odkrywcy przez jedenaście dni ciężko pracowali, wydłubując z pni sosnowych pięć prostych czółen. 7 października zostawili wszystkie konie pod opieką rodziny Kręconych Włosów, spuścili dłubanki na bystre wody Clearwater i popłynęli z jej biegiem na zachód.
W napotykanych po drodze wioskach i obozach rybackich Nez Percé zaopatrzyli się dodatkowo w suszone ryby, jadalne korzenie i psy. W negocjacjach z innymi plemionami pomagał im wódz Kręcone Włosy i jeszcze jeden wojownik, którzy zostali z nimi po odejściu obu szoszońskich przewodników. Spływ był bardzo niebezpieczny, lecz nadchodząca szybko zima zmuszała do pośpiechu. Silny prąd dzikich, nieujarzmionych rzek Snake i Kolumbii miotał chybotliwymi łodziami wśród grzmotu i piany wód przewalających się z olbrzymią prędkością, a liczne katarakty i wodospady trzeba było obchodzić pieszo.
22 października wspaniałe wodospady Celilo na Kolumbii, przerażające masami wód spadających z hukiem w czterdziestosześciometrową otchłań, zmusiły wyprawę do ostatniego większego obejścia. Trzy dni później w wielkim centrum handlowym ludów Zachodniego Wybrzeża i Płaskowyżu (dzisiejszym The Dalles), w miejscu gdzie Kolumbia przecina pasmo Gór Kaskadowych, odkrywcy pożegnali życzliwych im Indian i już sami kontynuowali podróż w kierunku oceanu9. Wreszcie 7 listopada 1805 roku, kiedy ciężka mgła uniosła się znad rzeki pod przysłonięte ciemnymi deszczowymi chmurami niebo, ujrzeli bezkresne wody Pacyfiku. "Wielka radość w obozie, ocean na horyzoncie! - zapisał tego dnia Clark w swoim dzienniku. - Wielki Ocean Spokojny, którego wyglądaliśmy niecierpliwie od tak dawna!".
Zanim jednak zanurzyli dłonie w wodach "zachodniego oceanu", minęły jeszcze całe trzy tygodnie. Straszliwe burze i sztormy zatrzymały ich bowiem w odległości ponad trzydziestu kilometrów od wybrzeża. Do oceanu dotarli dopiero w pierwszych dniach grudnia, po przeszło osiemnastu miesiącach od rozpoczęcia podróży. Dla podkreślenia wagi tego wydarzenia Clark - czy to z właściwej odkrywcom próżności, czy też przejęty powagą chwili - wyrył na pniu wielkiego drzewa napis: "William Clark, 3 grudnia 1805 roku. Lądem ze Stanów Zjednoczonych w 1804 i 1805 roku".
Tak więc Lewis i Clark wypełnili doniosłe zadanie zlecone im przez prezydenta Jeffersona, co pozwoliło później Stanom Zjednoczonym opanować kontynent od morza do morza. Niedaleko ujścia Kolumbii wybudowali prymitywną palisadę, którą nazwali Fort Clatsop. Przez prawie pięć miesięcy badali wybrzeże Oregonu po obu stronach Kolumbii, spotykali się z miejscowymi Indianami, pisali raporty, rysowali mapy, polowali i przygotowywali zapas ponad trzystu par mokasynów na drogę powrotną.
Pobyt nad oceanem nie był sielanką. Wybrzeże Pacyfiku okazało się groźne i niegościnne, a miejscowi Indianie z plemienia Czinuków opryskliwi i niezbyt przyjaźni. Ludziom dokuczały tęsknota za domem, choroby, brak pożywienia i ciągłe deszcze (przez całą zimę nie padało tylko przez dwanaście dni). Na początku marca dla członków wyprawy nadeszły szczególnie ciężkie dni, gdy skończył się zapas tytoniu i whisky. Ostatecznie 23 marca 1806 roku ekspedycja opuściła Fort Clatsop i ruszyła w drogę powrotną na wschód.
Podróż znanym już szlakiem w górę Kolumbii i Snake była znacznie łatwiejsza. Łodzie, opróżnione z zapasów i prezentów dla Indian, już tak nie ciążyły, a obchodzenie przeszkód na rzece nie sprawiało tylu trudności co poprzednio.
W pierwszych dniach maja podróżnicy dotarli do gościnnych Nez Percé w dolinie Kamiah, u których jesienią pozostawili konie, i z przykrością dowiedzieli się, że z trzydziestu ośmiu zwierząt zimę przeżyło tylko dwadzieścia jeden. Musieli więc koniecznie postarać się o nowe, co wcale nie było łatwe. Na szczęście dzięki ostatnim zachowanym prezentom oraz pomocy medycznej świadczonej Indianom udało się Clarkowi zdobyć czterdzieści cztery sztuki. Dalszą podróż powrotną uniemożliwiły jednak obfite opady, które pokryły prerię nad Clearwater dwudziestocentymetrową warstwą śniegu i całkowicie zasypały przełęcze górskie. Trzeba było zaczekać, aż śnieg stopnieje i odsłoni przejście przez góry Bitterroot.
Wódz Kręcone Włosy przedstawił białych naczelnikom innych grup Nez Percé. Wszędzie przyjmowano ich gościnnie, obficie karmiono i nie szczędzono opieki. Zachwycony przyjęciem Lewis określił ludzi z tego plemienia jako "najbardziej gościnnych, najuczciwszych i najszczerszych", jakich spotkał podczas całej podróży. Clark z kolei, którego podziw dla Nez Percé rósł w miarę przedłużania się pobytu wśród nich, napisał, że okazali oni członkom wyprawy "więcej gościnności niż jakikolwiek inny naród lub szczep". Zwracał też uwagę na ich wygląd i urodę. W dzienniku pod datą 24 września 1805 roku zanotował: "Indianie Chopunnish są najprzystojniejszymi ludźmi, jakich widziałem. Kobiety noszą suknie z koźlej skóry przystrojone paciorkami, muszelkami i ciekawie wyglądającymi zwierzęcymi kośćmi. Mężczyźni ubierają się w wyprawione na biało skóry bizonów lub jeleni, które dekorują koralikami i morskimi muszelkami".
Na znak przyjaźni Lewis i Clark rozdawali wodzom pamiątkowe medale i amerykańskie flagi10. Przy pomocy Sakakawei i pewnej kobiety z plemienia zachodnich Szoszonów, która w niewoli u Nez Percé dobrze poznała ich język, opisywali starszyźnie potęgę Stanów Zjednoczonych i wyjaśniali cele ekspedycji. Zapewniali, że jednym z głównych zadań wyprawy jest zaprowadzenie pokoju pomiędzy zwaśnionymi szczepami Indian i stworzenie warunków do budowy na ich ziemiach faktorii handlowych, w których mogliby się zaopatrywać w towary białych ludzi. Wodzowie Nez Percé sceptycznie odnieśli się do możliwości zawarcia pokoju z odwiecznymi wrogami: zachodnimi Szoszonami, Pajutami i Bannokami oraz Czarnymi Stopami z równin Montany, ale perspektywa dostępu do broni palnej i amerykańskich towarów wyraźnie ich zainteresowała. Ostatecznie przywódcy, wśród których prym wiedli wielcy wodzowie wojenni Złamane Ramię, Czerwony Niedźwiedź Grizzly i Ucięty Nos, obiecali "rozważyć korzyści płynące z pokoju i chętniej działać na rzecz utrzymania pokojowych stosunków z sąsiadami". Co więcej, złożyli uroczystą deklarację, że odtąd biali mogą być pewni ich gorących uczuć i liczyć na wszelką pomoc z ich strony, bo chociaż Nez Percé są biedni, mają dobre serca.
Późniejsza historia pokazała, że ta obietnica przyjaźni i sojuszu z Amerykanami zaważyła na przyszłych stosunkach plemienia z białymi. Wieść o przymierzu zawartym w czasie pamiętnej narady 1806 roku rozniosła się po wszystkich obozach Nez Percé i była przekazywana z pokolenia na pokolenie. Indianie, którzy mieli okazję osobiście spotkać obu wielkich odkrywców, Clarka i Lewisa, mówili o tym z dumą i dbali, aby młodzi honorowali przyrzeczenie tak jak ich przodkowie. Mimo późniejszych kłopotów z białymi i krzywd, jakich Nez Percé od nich doznali, tradycyjna przyjaźń do Amerykanów przetrwała z małymi wyjątkami do roku 1877.
Obfite opady śniegu i zasypane przełęcze górskie zatrzymały wyprawę w dolinie Kamiah na wiele dni. Niemal codziennie uczestnicy ekspedycji niecierpliwie wyglądali oznak poprawy pogody. "Widok szybko podnoszącej się wody w rzece napełnia mnie radością - zanotował Lewis 17 maja - gdyż jest to bez wątpienia skutek topnienia śniegu w górach. Trochę cierpliwości, a padnie lodowa bariera, która odgradza mnie od przyjaciół i kraju".
10 czerwca ekspedycja ruszyła dalej na wschód, prowadzona przez kilku młodych Indian, którzy postanowili zapolować na bizony. "O godzinie 11 wyjechaliśmy, każdy konno, z lekkim ładunkiem na drugim koniu, nie licząc zapasowych wierzchowców, które w razie konieczności można będzie nawet zjeść. Tym razem czujemy się doskonale przygotowani do przebycia gór" - zapisał skrupulatny Lewis.
Chociaż dni były już coraz cieplejsze, a w dolinach kwitły łąki, zima w wyższych partiach gór nie chciała ustąpić. Zapiski Lewisa z 17 czerwca wskazują, że tego dnia wyprawę zatrzymał śnieg głęboki na ponad trzydzieści centymetrów, zalegający nawet na południowych, najbardziej nasłonecznionych stokach. "Dalsze posuwanie się w tych warunkach uznaliśmy za szaleństwo, gdyż nasze konie nie wytrzymają bez jedzenia dłużej niż przez pięć dni" - brzmi zapis.
Jefferson przyjął w Waszyngtonie delegację wodzów plemion Oto, Missouri, Arikara i Siuksów Yankton, którzy spotkali się z Lewisem i Clarkiem, prawie półtora roku później, 4 stycznia 1806 r. [wróć]
Siuksowie tworzyli konfederację, na którą składały się trzy odłamy plemienia: Santee (wschodni), Yankton (środkowy) i Teton (zachodni). Sami Siuksowie nazywali siebie Dakota, czyli "sprzymierzeni". W dialekcie Santee nazwę tę wymawiano Dakota, w narzeczu Yankton - Nakota, a u Tetonów - Lakota. [wróć]
Podczas wizyty w Waszygtonie Ankedoucharo i kilku innych wodzów zmarło, o czym zawiadomiono Indian w 1807 r. Wywołało to podejrzenia o celowe uśmiercenie wodzów i było jednym z powodów wrogości Arikarów wobec Amerykanów nad Missouri. [wróć]
Przesyłka wysłana z fortu Mandan dotarła do Waszyngtonu 12 sierpnia 1805 r. [wróć]
Na cześć urzędującego sekretarza skarbu Alberta Gallatina, sekretarza stanu Jamesa Madisona i prezydenta Thomasa Jeffersona. [wróć]
W rzeczywistości początek rzece Missouri daje potok Hell Roaring Creek, wypływający z doliny Centennial. [wróć]
Lewis i Clark, nie wiedzieć czemu, w swoich dziennikach określali Indian Nez Percé jako "Chopunnish". Jest to prawdopodobnie zniekształcona forma wyrazu oznaczającego którąś z grup tego plemienia. [wróć]
Dziko rosnąca roślina bulwiasta z rodzaju Cammasia, z której bulw przyrządzano słodkie, pożywne danie. [wróć]
Miejsce to leży około 50 km na północny zachód od charakterystycznego szczytu Mount Hood (3427 m n.p.m) w Górach Kaskadowych, w obecnym stanie Oregon. [wróć]
Późniejsze badania nad kulturą materialną Nez Percé wykazały, że plemię to bardzo chętnie używało motywów amerykańskiej flagi (pasów i gwiazd) do ozdabiania swoich wyrobów na znak szczególnie przyjaznych stosunków z Amerykanami od czasu spotkania z Lewisem i Clarkiem w latach 1805-1806. [wróć]
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki