O autorze
Dale Carnegie -?amerykański pisarz, wykładowca oraz autor sławnych
kursów samodoskonalenia, sprzedaży, szkoleń firmowych, wygłaszania mów
publicznych i rozwijania umiejętności interpersonalnych -?był drugim
synem ubogiego farmera Jamesa Williama Carnegiego i jego żony Amandy
Elizabeth Harbison. Przyszedł na świat w 1888 roku w miejscowości
Maryville w stanie Missouri. Choć wstawał co noc o czwartej, aby wydoić
krowy, ukończył State Teacher's College w Warrensburgu. Po studiach
zajął się sprzedażą kursów korespondencyjnych, a następnie bekonu, mydła
oraz smalcu, które produkowała firma Armour & Company.
W 1911 roku Carnegie zrezygnował z pracy sprzedawcy po odłożeniu
pięciuset dolarów, zamierzając zaangażować się w ruch Chautauqua, lecz
zamiast zostać wykładowcą, zapisał się na American Academy of Dramatic
Arts. Nie odniósł jednak sukcesu na scenie i wrócił bez oszczędności do
Nowego Jorku. Mieszkając w budynku należącym do YMCA, wpadł na pomysł
poprowadzenia wykładów z nauki publicznych przemówień. W trakcie
pierwszych zajęć omówił przed czasem cały przygotowany materiał i poprosił uczestniczące w nich osoby, aby opowiedziały o tym, co je
denerwuje. Okazało się, że rozmawiając na ten temat, odczuwały one
znacznie mniejszy lęk przed publicznymi wystąpieniami. Dzięki tej wiedzy
poszerzył w 1912 roku zakres zagadnień omawianych na kursie, a zaledwie
dwa lata później zarabiał pięćset dolarów tygodniowo, spełniając
pragnienia wielu Amerykanów pragnących rozwijać własne umiejętności. W 1916 roku stać go już było na wynajęcie Carnegie Hall i wygłoszenie w wypełnionej po brzegi operze wykładu.
Swoją wiedzę Dale Carnegie zawarł w książce Jak przemawiać publicznie.
Praktyczny kurs dla ludzi biznesu (wydanej w 1926 roku), lecz zmienił
kilka lat później jej tytuł na Jak przemawiać publicznie i wpływać na
ludzi biznesu (wydanie z 1932 roku). Opublikowana w 1936 roku przez
wydawnictwo Simon & Schuster książka Jak zdobyć przyjaciół i zjednać sobie ludzi stała się bestsellerem, a zarazem najlepiej
sprzedającą się pozycją w całym dorobku autora. Zawarł w niej praktyczne
porady pomagające wieść udane życie zawodowe i osobiste. Do dziś
korzystają z niej osoby korzystające z usług Dale Carnegie Training.
Książka składa się z czterech części:
Część 1: Podstawowe techniki obchodzenia się z ludźmi.
Część 2: Sześć sposobów na to, aby inni nas lubili.
Część 3: Jak przekonać innych ludzi do naszych pomysłów i sposobu
myślenia.
Część 4: Bądź liderem: jak zmieniać ludzi, nie obrażając ich i nie
wzbudzając w ich niechęci.
Do czasu śmierci autora przetłumaczono ją na trzydzieści jeden języków i sprzedano w pięciu milionach egzemplarzy.
W czasie I wojny światowej Dale Carnegie służył w amerykańskiej armii. W 1931 roku rozwiódł się z pierwszą żoną, a w 1944 roku ożenił ponownie, z Dorothy Price Vanderpool. Zmarł w 1955 roku we własnym domu, przeżywszy
sześćdziesiąt sześć lat. Pochowano go na cmentarzu w mieście Belton w stanie Missouri.
Wstęp
Pierwsze wydanie Jak zdobyć przyjaciół i zjednać sobie ludzi ukazało
się w roku 1937. Jego nakład liczył zaledwie pięć tysięcy sztuk. Autor
Dale Carnegie i wydawnictwo Simon & Schuster zakładali skromne zyski
ze sprzedaży. Ku ich ogromnemu zdziwieniu książka w mgnieniu oka stała
się hitem, a kolejne dodruki z trudem zaspokajały rosnące
zapotrzebowanie. Jak zdobyć przyjaciół i zjednać sobie ludzi przeszło
do historii jako jeden z największych światowych bestsellerów. Dotknęło
czułego miejsca i zaspokoiło potrzebę, która nie wynikała jedynie ze
skutków wielkiego kryzysu, czego dowodzą niezbicie kolejne wydania
ukazujące się ponad pół wieku po pierwszym.
Dale Carnegie zwykł mówić, że łatwiej zarobić milion dolarów, niż
trafnie ująć myśl w jednym zdaniu. Jak zdobyć przyjaciół i zjednać
sobie ludzi samo w sobie stało się takim zdaniem -?cytowanym,
parafrazowanym, parodiowanym i wykorzystywanym w rozlicznych kontekstach
w komiksach i powieściach. Książkę przetłumaczono na prawie wszystkie
używane dziś języki. Odkrywały ją na nowo kolejne pokolenia, znajdując w niej znaczące dla nich treści.
Tak oto dochodzimy do nasuwającego się logicznie pytania -?po co
wprowadzać korekty i poprawki do tekstu, który stale przemawia do
czytelników? Po co majstrować przy czymś, co odniosło sukces?
Na początek należy wszystkim uświadomić, że Dale Carnegie za życia sam
wielokrotnie i niezmordowanie redagował swoje prace. Książka Jak zdobyć
przyjaciół i zjednać sobie ludzi zrodziła się jako podręcznik używany
na kursach do nauki efektywnego przemawiania i nawiązywania relacji i do
dziś jest w ten sposób używana. Aż do śmierci w 1955 roku Dale nanosił
poprawki i korygował treści prezentowane w ramach kursu tak, by lepiej
odpowiadały potrzebom rosnącej grupy odbiorców. Był niedościgniony w dostrzeganiu zmieniających się nurtów współczesnego życia. Nieustannie
dopracowywał własne metody przekazywania wiedzy -?kilkukrotnie
aktualizował swoją książkę na temat efektywnego przemawiania. Gdyby żył
dłużej, własnoręcznie poprawiłby tekst Jak zdobyć przyjaciół i zjednać
sobie ludzi, aby lepiej odzwierciedlał on zmiany, jakie zaszły na
świecie od chwili jej powstania w latach trzydziestych XX wieku.
Sporo zamieszczonych w książce nazwisk należących do osób ówcześnie
dobrze znanych dziś mówi współczesnym czytelnikom bardzo niewiele.
Niektóre przykłady i frazy sprawiają w kontekście obecnych nastrojów
społecznych wrażenie równie staroświeckich co historie opisane w wiktoriańskiej powieści. A to osłabia siłę przekazu i samą treść
książki.
Z tego powodu zdecydowaliśmy się ją przeredagować, by stała się bardziej
przystępna i zrozumiała dla współczesnych czytelników, nie ingerując w jej zawartość. Jedyne "zmiany", jakie wprowadziliśmy do Jak zdobyć
przyjaciół i zjednać sobie ludzi, polegały na usunięciu kilku zdań i dodaniu odnoszących się do dzisiejszych czasów przykładów. Zachowaliśmy
zuchwały i pełen werwy styl pisania -?nie tknęliśmy nawet slangowych
określeń, których używano w latach trzydziestych. Dale Carnegie pisał
tak, jak mówił -?z entuzjazmem, posługując się kolokwializmami niczym
gawędziarz.
Z tego też powodu głos Dale'a stale rozbrzmiewa w jego książkach i pracach. Tysiące osób z całego świata uczestniczą rokrocznie w opracowanych przez niego kursach. Kolejne tysiące czytają Jak zdobyć
przyjaciół i zjednać sobie ludzi i czerpią z niego inspiracje do
wprowadzenia zmian we własnym życiu. To właśnie im oferujemy nowe
wydanie książki, dopracowując i doszlifowując bardzo sprawne narzędzie,
jakie ona niewątpliwie stanowi.
Jak powstała niniejsza książka -?a także z jakiego powodu
Dale Carnegie
Przez pierwsze trzydzieści pięć lat XX wieku amerykańskie wydawnictwa
opublikowały łącznie ponad dwieście tysięcy różnych książek. Większość z nich była straszliwie nudna, a wiele okazało się finansowymi porażkami.
Czy użyłem słowa "wiele"? Szef jednego z największych domów wydawniczych
na świecie zwierzył mi się, że aż siedem z ośmiu wydawanych przez jego
firmę tytułów notuje straty.
Skąd wzięła się w takim razie moja śmiałość do napisania kolejnej
książki? I dlaczego powinniście w ogóle po nią sięgać?
To bardzo dobre pytania. Postaram się odpowiedzieć na oba.
Od 1912 roku opracowuję i prowadzę kursy zawodowe dla mieszkańców Nowego
Jorku. Początkowo zajmowałem się wyłącznie nauką wygłaszania przemówień
publicznych. Dzięki moim kursom ludzie dowiadywali się, jak szybko
reagować i podejmować decyzje oraz klarownie, skutecznie i swobodnie
wyrażać własne myśli w rozmowach biznesowych, a także zwracając się do
większych grup słuchaczy.
Z czasem, wraz z upływem kolejnych pór roku, zdałem sobie sprawę, że
kursanci oprócz nauki efektywnego przemawiania potrzebowali również
wiedzy na temat tego, jak dogadywać się z innymi ludźmi na co dzień -?w kontaktach zawodowych i towarzyskich.
Równie stopniowo uświadamiałem sobie, że i mnie przydałoby się takie
szkolenie. Kiedy dziś spoglądam wstecz, poraża mnie własny brak finezji
i zrozumienia. Jakże żałuję, że podobna książka nie trafiła do moich rąk
dwadzieścia lat temu! Byłaby z pewnością drogocennym skarbem.
Obchodzenie się z ludźmi to najprawdopodobniej największy problem, z jakim mierzycie się w codziennym życiu -?a w szczególności na polu
zawodowym. Przeprowadzone kilka lat temu pod auspicjami Fundacji
Carnegiego dla Rozwoju Nauki badanie wykazało bardzo istotną rzecz,
którą potwierdziły następnie kolejne prace wykonane przez Instytut
Technologii Carnegiego. Okazuje się, że nawet na tak specjalistycznym
polu zawodowym jak inżynieria posiadana wiedza determinuje sukces w zaledwie 15 procentach, a w aż 85 procentach zależy on od umiejętnego
posługiwania się inżynierią społeczną, czyli od osobowości i zdolności
przewodzenia.
Przez wiele lat prowadziłem kursy dla Filadelfijskiego Klubu Inżynierów
i nowojorskiego wydziału Amerykańskiego Instytutu Inżynierów Elektryków.
Uczestniczyło w nich łącznie mniej więcej tysiąc pięciuset słuchaczy.
Zgłaszali się na nie, gdyż po latach pracy, obserwacji i gromadzenia
doświadczeń zdawali sobie w końcu sprawę, że najlepiej płatne stanowiska
zajmowały w ich firmach osoby, które niekoniecznie były świetnymi
inżynierami. Wykwalifikowany pracownik z wiedzą na temat inżynierii,
księgowości lub architektury może liczyć na nominalną stawkę. Lecz jeśli
taka osoba dodatkowo umie wyrażać własne pomysły, nie waha się
przejmować przywództwa i potrafi rozbudzać entuzjazm u innych, to z pewnością zarobi znacznie więcej.
W najlepszym okresie swojego zawodowego życia John D. Rockefeller
stwierdził, że "umiejętność obchodzenia się z ludźmi jest towarem takim
samym jak cukier czy kawa. I jestem gotów zapłacić za pozyskanie tej
umiejętności więcej niż jakiejkolwiek innej".
Czy nie uważacie, że wszystkie szkoły i uczelnie w kraju powinny
prowadzić kursy rozwijające tę najcenniejszą na całym świecie
umiejętność? Jeśli tak się dzieje, to musiałem ów fakt przegapić, zanim
zasiadłem do pisania.
Uniwersytet Chicagowski i organizacja YMCA zorganizowały ankietę, aby
ustalić, czego najchętniej chciałyby się uczyć dorosłe osoby.
Przygotowanie badania zajęło dwa lata, a kosztowało ono dwadzieścia pięć
tysięcy dolarów. Przeprowadzono je w Meriden w stanie Connecticut,
uznając je za typowe amerykańskie miasto. Wszystkim dorosłym mieszkańcom
i mieszkankom Meriden zadano sto pięćdziesiąt sześć pytań, takich jak:
Czym się pan zajmuje zawodowo? Jakie ma pan wykształcenie? Jak spędza
pan czas wolny? Ile pan zarabia? Jakie ma pan hobby? Jakie są pana
ambicje? Z jakimi mierzy się pan problemami? Jaką wiedzę chciałby pan
zdobyć? Badanie wykazało, że ludzie najchętniej interesowali się
zdrowiem oraz innymi ludźmi -?chcieli wiedzieć, jak się z nimi
dogadywać, jak sprawić, by ich lubili, i jak przekonywać ich do własnych
pomysłów.
Organizatorzy badania postanowili przygotować właśnie taki kurs dla
mieszkańców i mieszkanek Meriden. Rozpoczęli sumienne poszukiwania
podręczników zajmujących się tym zagadnieniem, lecz nie znaleźli
żadnego. W końcu zwrócili się do jednego z autorytetów w dziedzinie
edukacji i zapytali, czy może im polecić stosowną książkę. "Nie -
odparł. -?Rozumiem potrzeby tych ludzi, ale taka książka nigdy nie
powstała".
Wiem z doświadczenia, że podana odpowiedź była prawdziwa, gdyż latami
sam szukałem praktycznego i skutecznego podręcznika na temat relacji
międzyludzkich.
A skoro takowy nie istniał, postanowiłem napisać własny i wykorzystać go
w trakcie organizowanych kursów. Macie go przed sobą. Mam nadzieję, że
się wam spodoba.
Przygotowując się do jego stworzenia, przeczytałem wszystkie teksty,
jakie zdołałem znaleźć na interesujący mnie temat -?od felietonów w gazetach i artykułów w czasopismach, przez akta sądowe, po dzieła
dawnych filozofów i współczesnych psychologów. Dodatkowo zatrudniłem
badacza, który następne półtora roku życia spędził w bibliotekach,
czytając teksty, które przegapiłem, od uczonych wywodów po setki
artykułów i biografii sławnych osób, aby pomóc w ustaleniu, jak dawni
przywódcy radzili sobie w kontaktach z innymi. Przeczytaliście zapewne
niejedną z nich. Wszyscy lubimy czytać opowieści z życia Juliusza Cezara
czy Thomasa Edisona. My przeczytaliśmy ponad sto biografii Theodore'a Roosevelta. Byliśmy gotowi poświęcić mnóstwo czasu i pieniędzy, aby
poznać każdy praktyczny sposób, jakiego użyto kiedyś do zdobywania
przyjaciół i zjednywania sobie ludzi.
Osobiście przepytałem wiele osób, które odniosły sukcesy -?niektóre z nich cieszyły się nawet światową sławą, jak wynalazcy Marconi i Edison,
politycy Franklin D. Roosevelt i James Farley, przedsiębiorca Owen D.
Young, gwiazdy filmowe Clark Gable i Mary Pickford, podróżnik Martin
Johnson -?aby poznać stosowane przez nie w kontaktach z innymi techniki.
Korzystając ze zgromadzonego materiału, przygotowałem krótką przemowę i zatytułowałem ją "Jak zdobyć przyjaciół i zjednać sobie ludzi". Była ona
jednak krótka tylko początkowo, bo szybko rozrosła się do wykładu
trwającego półtorej godziny. Przez lata wygłaszałem go na kursach
organizowanych przez nowojorski Instytut Carnegiego.
Wygłaszałem i zachęcałem słuchaczy, by testowali zdobywaną wiedzę w życiu zawodowym i prywatnym, a potem dzielili się swoimi doświadczeniami
z pozostałymi osobami uczestniczącymi w kursie, a także tym, co zdołali
osiągnąć. Jakże interesujące było to zadanie! Pomysł uczestniczenia w nowego rodzaju badaniach zafascynował osoby łaknące samodoskonalenia.
Wspólnie stworzyliśmy pierwsze i jedyne na świecie laboratorium badające
ludzkie relacje.
Ta książka nie powstała jak inne. Rosła niczym dziecko. Zrodziła się i rozwinęła w laboratorium, dzięki doświadczeniom tysięcy dorosłych osób.
Lata temu rozpoczęliśmy od listy zasad spisanych na kartce papieru nie
większej od pocztówki. W następnym semestrze musieliśmy skorzystać z większej kartki, potem z broszury, a następnie z kilku stale się
rozrastających broszur. Po piętnastu latach zbierania doświadczeń i eksperymentowania powstała z nich niniejsza książka.
Reguły, które nakreśliliśmy, nie wzięły się z teorii ani zgadywanek.
Działają jednak znakomicie. Choć może to zabrzmieć dziwnie, na własne
oczy widziałem, jak odmieniają ludzkie życie.
Skorzystajmy z przykładu. Na kurs zapisał się mężczyzna nadzorujący
pracę trzystu czternastu osób. Przez lata otwarcie i bez umiaru je
krytykował. Z jego ust nie padały nigdy słowa uprzejmości, uznania ani
zachęty. Po zapoznaniu się z materiałami zawartymi w tej książce
drastycznie zmienił życiową filozofię. Jego pracownicy są teraz lojalni
i z entuzjazmem ze sobą współpracują. Trzystu czternastu wrogów zmienił
w trzystu czternastu przyjaciół. Jak z dumą oznajmił, przemawiając w trakcie kursu: "Kiedy przechodziłem korytarzami firmy, nikt się ze mną
nie witał. Pracownicy odwracali wzrok na mój widok. Teraz wszyscy są
moimi przyjaciółmi i nawet stróż zwraca się do mnie po imieniu".
Człowiek ten zarabiał teraz więcej, miał więcej czasu dla siebie i -?co
ma nieskończenie większą wartość -?był znacznie szczęśliwszy w życiu
zawodowym i prywatnym.
Wielu sprzedawców zwiększyło swoje zyski, stosując wspomniane reguły.
Wielu zyskało nowych klientów, choć wcześniej słyszało od nich odmowy.
Kierownicy uzyskali większe uprawnienia i podwyżki. Jeden z nich
przyznał, że stało się tak, gdyż zastosował w pracy poznane reguły.
Drugiego, zatrudnionego w Filadelfijskim Przedsiębiorstwie Gazowniczym,
czekała degradacja z powodu kłótliwego charakteru i nieudolnego
kierowania zespołem. Dzięki szkoleniom ów sześćdziesięciopięciolatek
otrzymał awans i większe wynagrodzenie.
Na przyjęciach organizowanych po zakończeniu kursów wielokrotnie
słyszałem od mężów i żon, że w domach zagościło więcej szczęścia, odkąd
ich drugie połówki zaczęły uczęszczać na wykłady.
Ludzie często są zadziwieni osiąganymi przez siebie rezultatami. Wydają
im się czarodziejską sztuczką. Zdarzało się, że dzwonili do mnie w niedzielę, gdyż chcieli się nimi pochwalić natychmiast i nie mogli
czekać kolejnych dwóch dni na kolejną sesję wykładów.
Pewien kursant dyskutował na temat reguł z innymi uczestnikami przez
cały wieczór. Gdy pozostali rozeszli się do domów o trzeciej w nocy, on
ani myślał o śnie -?tak bardzo poraziła go świadomość popełnionych
wcześniej błędów i perspektywa otwierającego się przed nim nowego
świata. Nie zdołał zmrużyć oka także następnego dnia i następnej nocy.
Kim był? Naiwną i słabo wykształconą osobą zawierzającą z miejsca każdej
nowej teorii? Wręcz przeciwnie. Był obytym w świecie handlarzem dzieł
sztuki, lwem salonowym władającym biegle trzema językami i absolwentem
dwóch europejskich uniwersytetów.
Pisząc ten rozdział, otrzymałem list od pewnego niemieckiego
arystokraty, którego przodkowie od pokoleń służyli w armiach
Hohenzollernów. Napisał go na pokładzie transatlantyckiego parowca,
przedstawiając zastosowanie poznanych na kursie zasad z religijnym
niemalże zapałem.
Inny człowiek -?wiekowy i zamożny Nowojorczyk, absolwent Harvardu i właściciel dużej fabryki dywanów -?oznajmił, że przez czternaście
tygodni trwania kursu dowiedział się o wywieraniu wpływu na ludzi więcej
niż przez cztery lata spędzone na uczelni. Czy powiedział
niedorzeczność? Coś śmiesznego? Niewyobrażalnego? Macie prawo zareagować
na moje słowa dowolnym przymiotnikiem, gdyż przytaczam jedynie -?bez
komentarza -?opinię konserwatywnego i odnoszącego sukcesy absolwenta
Harvardu, którą usłyszało prawie sześćset osób zgromadzonych w czwartkowy wieczór, 23 lutego 1933 roku, w nowojorskim Yale Club.
Sławny harvardzki profesor William James stwierdził: "W zestawieniu z tym, kim powinniśmy być, jesteśmy zaledwie półprzytomni. Robimy użytek
tylko z małej części fizycznych i psychicznych zasobów. Stwierdzając
ogólnie, człowiek żyje w granicach własnych ograniczeń. Dysponuje
rozlicznymi zdolnościami, z których notorycznie nie korzysta".
Zdolności, z których "notorycznie nie korzystacie"! Jedynym celem
powstania tej książki było udzielenie wam pomocy w odnalezieniu,
udoskonaleniu, a następnie czerpaniu zysków z niewykorzystanych i uśpionych talentów.
Były rektor Uniwersytetu Princeton dr John G. Hibben powiedział:
"Edukacja to zdolność sprostania życiowym sytuacjom".
Jeśli po przeczytaniu pierwszych trzech rozdziałów nie poczujecie, że
zyskaliście lepsze narzędzia do mierzenia się z życiowymi sytuacjami, to
uznam moją książkę za porażkę, gdyż jak stwierdził Herbert Spencer:
"największym celem edukowania nie jest wiedza, lecz działanie".
A to jest właśnie książka o działaniu.
Dale Carnegie
1936
Dziewięć wskazówek i rad, jak odnieść z czytania tej książki największe korzyści
1.
Jeśli chcesz zyskać jak najwięcej na czytaniu niniejszej książki, musisz
spełnić jeden bezwzględnie konieczny wymóg, znacznie istotniejszy niż
jakiekolwiek zasady bądź techniki. Jeśli nie masz tej fundamentalnej
cechy, nie pomoże stosowanie się do nawet tysiąca reguł. A jeśli masz tę
wrodzoną zdolność, zdołasz osiągnąć cudowne rzeczy bez czytania rad na
temat efektywnego korzystania z poradnika.
Jaki jest ten tajemniczy wymóg? Po prostu szczera i mocna chęć do nauki
i silna determinacja do doskonalenia umiejętności obchodzenia się z innymi ludźmi.
Jak można wykształcić w sobie powyższe cechy? Dzięki stałemu
przypominaniu sobie, jak bardzo są dla nas istotne. Musisz wyobrazić
sobie, jak ich udoskonalanie prowadzi cię ku bogatszemu, pełniejszemu,
szczęśliwszemu i udanemu życiu. Musisz powtarzać sobie raz po raz: "Moja
popularność, moje szczęście i poczucie wartości zależą w dużym stopniu
od mojej umiejętności obchodzenia się z innymi ludźmi".
2.
Czytaj kolejne rozdziały bez zagłębiania się w szczegóły, aby zyskać
właściwą perspektywę. Nie ulegaj pokusie i nie przeskakuj pospiesznie do
następnych -?chyba że czytasz wyłącznie dla przyjemności. Jeśli chcesz
poprawić umiejętności nawiązywania relacji, wróć do początku rozdziału i przeczytaj go uważniej raz jeszcze. W ten sposób zaoszczędzisz czas i szybciej osiągniesz rezultaty.
3.
Przerywaj często czytanie, aby zastanowić się nad tym, co przeczytałeś.
Spróbuj ustalić, jak i kiedy mógłbyś zastosować w praktyce zamieszczone
w tekście sugestie.
4.
Czytaj z ołówkiem, długopisem, markerem lub mazakiem w dłoni. Jeśli
natrafisz na radę, którą mógłbyś twoim zdaniem wykorzystać, podkreśl ją.
Jeśli będzie to sugestia czterogwiazdkowa, podkreśl lub zakreśl każde
zdanie, albo postaw przy nich jakiś znak. Zaznaczanie tekstu czyni
proces czytania bardziej interesującym, a dodatkowo ułatwia i przyspiesza jego późniejsze przeglądanie.
5.
Znałem kobietę, która przez piętnaście lat pracowała jako kierowniczka w firmie ubezpieczeniowej. Każdego miesiąca przeglądała umowy zawarte w tym okresie z klientami. Oznaczało to, że miesiąc po miesiącu i rok po
roku czytała często te same dokumenty. Dlaczego tak robiła?
Doświadczenie nauczyło ją, że tylko w ten sposób będzie w stanie
zapamiętać wszystkie klauzule.
Książkę o wygłaszaniu przemów pisałem przez dwa lata, a mimo to
zaglądałem do niej od czasu do czasu, aby przypomnieć sobie, co
napisałem. Szybkość, z jaką zapominamy, jest zdumiewająca.
Jeśli chcesz wynieść z czytania tej książki jak najwięcej, przejrzenie
jej pospiesznie raz z pewnością nie wystarczy. Po uważnym przeczytaniu
każdego rozdziału powinieneś wracać do niego każdego kolejnego miesiąca.
Trzymaj książkę na biurku, aby stale mieć ją przed oczami. Często ją
przeglądaj. Zaskakuj siebie różnorodnymi możliwościami rozwoju, które
czekają za horyzontem. Pamiętaj przy tym, że stosowanie reguł wejdzie ci
w nawyk tylko poprzez ich stałe i zdecydowane praktykowanie.
6.
Bernard Shaw powiedział: "Jeśli nauczysz człowieka czegokolwiek, niczego
się nie nauczy". I miał rację. Nauka to aktywny proces. Uczymy się
poprzez działanie. Jeśli chcesz zdobyć umiejętności opisane w tej
książce, musisz zacząć z nich korzystać i robić to przy każdej okazji. W przeciwnym razie szybko o nich zapomnisz. Zapamiętujemy tylko tę wiedzę,
z której robimy użytek.
Zastosowanie wszystkich reguł będzie z pewnością trudne. Dobrze o tym
wiem, bo chociaż napisałem o nich książkę, to sam miewam problemy z robieniem tego, do czego zachęcam czytelników. Posłużmy się przykładem.
Kiedy jesteśmy niezadowoleni, znacznie łatwiej krytykujemy i potępiamy
innych, a trudniej spoglądamy na sprawy z ich punktu widzenia. Znacznie
łatwiej wyszukujemy wady, niż udzielamy pochwał. Łatwiej przychodzi nam
mówienie o własnych potrzebach niż o potrzebach innych osób. Czytając tę
książkę, przypominaj sobie, że nie robisz tego wyłącznie w celu
pozyskania informacji. Próbujesz wykształcić w sobie nowe nawyki. Ba,
próbujesz żyć w nowy sposób. A do tego będziesz potrzebował czasu, uporu
i codziennej praktyki.
Dlatego często wracaj do przeczytanych już stron. Potraktuj tę książkę
jak podręcznik na temat relacji z innymi ludźmi, a gdy natkniesz się na
konkretny problem -?nieposłuszne dziecko, małżonkę lub małżonka, których
musisz przekonać do swoich pomysłów, czy poirytowanego klienta -?nie
ulegaj impulsom, gdyż jest to zazwyczaj działanie niewłaściwe. Wracaj do
książki, czytaj ponownie zakreślone wcześniej fragmenty, a następnie
wypróbowuj zamieszczone w nich rady w praktyce i przyglądaj się
zaskakującym efektom podejmowanych decyzji.
7.
Wręcz małżonce, partnerowi, dzieciom, kolegom z pracy po złotówce za
każdym razem, gdy złamiesz którąś z zasad. Zamień naukę w grę.
8.
Podczas rozmowy przed moimi zajęciami pewien prezes notowanego na
giełdzie banku opisał bardzo skuteczną metodę samodoskonalenia, z której
sam korzystał. Nie miał wyższego wykształcenia, a mimo to został jednym
z najważniejszych amerykańskich finansistów. Jak sam przyznał, jego
sukces zależał w dużym stopniu od ciągłego stosowania opracowanego
samodzielnie systemu. Postaram się przytoczyć poniżej jego słowa tak
wiernie, jak tylko zdołam.
"Latami korzystałem z terminarza, w którym notowałem wszystkie
spotkania, jakie odbyłem danego dnia. Moi bliscy nigdy nie robili planów
na sobotni wieczór, gdyż oddawałem się wtedy kształcącemu procesowi
rewizji i samooceny. Po kolacji otwierałem w samotności terminarz i przypominałem sobie przebieg każdej rozmowy, dyskusji i spotkania, w których uczestniczyłem w bieżącym tygodniu. Zadawałem też sobie pytania:
-?Jakie błędy popełniłem tym razem?
-?Co tym razem zrobiłem poprawnie i w jaki sposób mógłbym to zrobić
jeszcze lepiej?
-?Czego nauczyło mnie to doświadczenie?
Często cotygodniowe weryfikacje sprawiały, że czułem się nieszczęśliwy.
Zaskakiwały mnie popełniane notorycznie błędy. Co oczywiste, z upływem
lat wpadki zdarzały się coraz rzadziej. Czasami miałem ochotę pochwalić
siebie. Używałem tego systemu autoanalizy i edukacji przez lata.
Odniosłem dzięki niemu najwięcej korzyści w porównaniu z innymi
metodami, które zastosowałem.
Rozwinąłem za jego sprawą umiejętność podejmowania decyzji -?a ta wielce
mi pomogła w nawiązywaniu kontaktów z ludźmi. Polecam go z całego
serca".
Może zastosujesz w takim razie wspomnianą metodę do weryfikacji tego,
czy trzymasz się reguł opisanych w książce? Jeśli tak postąpisz, wydarzą
się dwie rzeczy.
Po pierwsze, zaangażujesz się w proces nauki, zarówno ciekawy, jak i bezcenny.
Po drugie, szybko zorientujesz się, że twoje umiejętności radzenia sobie
i obchodzenia z ludźmi ulegną gwałtownej poprawie.
9.
Na końcu tej książki znajdziesz kilka pustych stronic, na których
będziesz mógł wynotować odnoszone przez siebie sukcesy. Bądź szczegółowy
w opisach zdarzeń. Notuj nazwiska, daty, adresy, końcowe rezultaty. Taki
rejestr zachęci cię do bardziej wytężonych wysiłków, a po latach zapewni
fascynującą lekturę!
Aby odnieść z czytania tej książki największe korzyści, powinieneś:
Wykształcić w sobie silną potrzebę stosowania reguł relacji
międzyludzkich.
Przeczytać każdy rozdział dwukrotnie przed przejściem do kolejnego.
Często przerywać czytanie, aby zastanowić się nad zastosowaniem
podawanych rad.
Podkreślać w tekście najważniejsze fragmenty.
Wracać do tej książki każdego miesiąca.
Stosować opisane w niej reguły przy każdej okazji. Korzystać z niej
jak z poradnika pomagającego w rozwiązywaniu codziennych problemów.
Przekształcić proces nauki w grę, wręcza znajomym lub bliskim drobne
sumy za każde złamanie którejś z reguł.
Sprawdzać co tydzień czynione postępy. Zastanawiać się nad
popełnionymi błędami, rzeczami do poprawy i tym, czego już się
nauczyłeś.
Sporządzać notatki na końcu książki, zapisując przypadki stosowania
zasad.
Rozdział 1. "Jeśli chcesz zbierać miód, to nie przewracaj ula"
Rozdział 1
"Jeśli chcesz zbierać miód, to nie przewracaj ula"
7 maja 1931 roku najbardziej zaskakująca obława, jaka miała miejsce w Nowym Jorku, dobiegła końca. Po trwających tygodnie poszukiwaniach
Francis "Dwie Spluwy" Crowley -?morderca, który nie pił ani nie palił -
został osaczony w mieszkaniu swojej dziewczyny przy West End Avenue.
Stu pięćdziesięciu policjantów i detektywów zamknęło w potrzasku
ściganego, który ukrył się na ostatnim piętrze budynku. Próbowali wybić
dziury w dachu i wykurzyć Crowleya gazem łzawiącym. Kiedy to zawiodło,
ustawili na dachach pobliskich gmachów karabiny maszynowe. Przez ponad
godzinę w mieszkalnej dzielnicy Nowego Jorku rozbrzmiewały klekoczące
wystrzały. Ukryty za wyściełanym fotelem Crowley odpowiadał bezustannie
ogniem. Bitwie przyglądało się z chodników i okien dziesięć tysięcy
rozentuzjazmowanych gapiów. Taka strzelanina wydarzyła się na ulicach
Nowego Jorku po raz pierwszy.
Kiedy Crowley wpadł w końcu w ręce policji, komisarz E.P. Mulrooney
oznajmił, że posługujący się dwoma pistoletami desperat był jednym z najgroźniejszych przestępców w historii nowojorskiej metropolii.
"Potrafi zabić w mgnieniu oka" -?stwierdził.
A jak postrzegał samego siebie Crowley? Znamy odpowiedź na to pytanie,
bo gdy policjanci ostrzeliwali jego kryjówkę, napisał pożegnalny list i zaadresował go "do wszystkich zainteresowanych". Skapująca z ran krew
pozostawiła na kartce papieru czerwone ślady, pomiędzy którymi można
było odczytać słowa: "Pod moim płaszczem bije znużone, lecz dobre serce
-?takie, które nigdy nie wyrządziłoby nikomu krzywdy".
Dzień wcześniej Crowley wybrał się samochodem na Long Island i obcałowywał się z dziewczyną na poboczu drogi. Niespodziewanie do auta
podszedł policjant i powiedział: "Poproszę prawo jazdy".
Bez jednego słowa Crowley sięgnął po broń i zasypał funkcjonariusza
gradem ołowianych pocisków. Kiedy śmiertelnie ranny mężczyzna upadł na
ziemię, strzelec wyskoczył z samochodu, wyjął z kabury policjanta
rewolwer i wpakował w jego ciało jeszcze jedną kulę. I był to ten sam
człowiek, który utrzymywał, że "nie wyrządziłby nikomu krzywdy".
Crowleya skazano na śmierć na krześle elektrycznym. Czy przed wykonaniem
wyroku w więzieniu Sing Sing zadał pytanie: "Czy takie są konsekwencje
zabijania ludzi?"? Otóż nie. Zapytał za to: "Czy takie są konsekwencje
stawania w swojej obronie?".
Morał tej opowieści jest następujący -?"Dwie Spluwy" Crowley nie
poczuwał się do żadnej winy.
Jeśli uważacie, że taka postawa należy w gronie przestępców do
rzadkości, to posłuchajcie tego.
"Spędziłem najlepsze lata życia, zapewniając ludziom drobne
przyjemności, umożliwiając im dobrą zabawę, a w zamian dostałem tylko
obelgi i egzystencję zaszczutego człowieka".
To słowa Ala Capone. Tak, tego Ala Capone -?wroga publicznego numer
jeden i najstraszniejszego gangstera, jakiego wydało Chicago. On również
nie miał sobie niczego do zarzucenia. Co więcej, postrzegał siebie jako
niedocenianego i błędnie postrzeganego dobroczyńcę.
Podobnie mniemał o sobie niebezpieczny nowojorski gangster Dutch
Schultz, nim dosięgły go w Newark pociski konkurencji. W wywiadzie
udzielonym jednej z gazet właśnie w ten sposób siebie przedstawił. I święcie w to wierzył.
Wymieniłem na ten temat z Lewisem Lewesem, który przez wiele lat był
naczelnikiem okrytego złą sławą więzienia Sing Sing, wiele ciekawych
listów. W jednym z nich stwierdził: "Niewielu więźniów uważa siebie za
złe osoby. Są ludźmi, tak jak ja i ty, więc racjonalizują i szukają
wytłumaczeń. Potrafią wyjaśnić, dlaczego włamali się do sejfu albo
pociągnęli za spust. Większość znajduje argumenty, zmyślone bądź
logiczne, usprawiedliwiające ich antyspołeczne zachowania, także dla
nich samych, i w konsekwencji niezłomnie utrzymuje, że w ogóle nie
powinna trafić do więzienia".
Skoro Al Capone, "Dwie Spluwy" Crowley, Dutch Schulz, a także mężczyźni
i kobiety zamknięci za więziennymi murami nie upatrują w sobie winy, jak
zachowują się osoby, z którymi mamy regularny kontakt?
John Wanamaker, twórca jednej z pierwszych sieci domów towarowych, która
zawierała w nazwie jego imię i nazwisko, przyznał: "Nauczyłem się
trzydzieści lat temu, że besztanie innych jest nierozsądne. Pokonywanie
własnych ograniczeń nastręcza mi wystarczająco dużo trudności i naprawdę
nie muszę martwić się tym, że Bóg postanowił obdzielić ludzi
inteligencją bardzo nierówno".
Wanamaker poznał tę prawdę wcześnie. W moim przypadku musiała upłynąć
trzecia część wieku, nim zdałem sobie sprawę z tego, że w dziewięćdziesięciu dziewięciu przypadkach na sto ludzie nie skrytykują
samych siebie, bez względu na to, jak bardzo się mylą.
Krytyka jest jałowa, gdyż zmusza drugą osobę do obrony i tworzy w niej
potrzebę usprawiedliwienia własnych działań. Krytyka jest również
niebezpieczna, gdyż rani dumę drugiej osoby, umniejsza jej poczucie
własnej wartości i rodzi urazy.
Światowej sławy psycholog B.F. Skinner udowodnił poprzez swoje
eksperymenty, że zwierzęta nagradzane za dobre zachowanie uczą się
znacznie szybciej i dłużej zapamiętują to, czego się nauczyły, niż te
karane za zachowania złe. Późniejsze badania wykazały, że podobna reguła
ma zastosowanie również w przypadku ludzi. Krytykując innych, nie
wywołujemy trwałych zmian, a jedynie hodujemy urazy.
Inny sławny badacz Hans Selye stwierdził: "Łakniemy aprobaty tak mocno,
jak obawiamy się potępienia". Pretensje rodzone przez krytykę
demoralizują pracowników, bliskich i znajomych, a dodatkowo wcale nie
przyczyniają się do poprawy potępianej sytuacji.
George B. Johnson z miasta Enid w stanie Oklahoma pracuje w firmie
inżynieryjnej jako koordynator do spraw bezpieczeństwa. Do jego
obowiązków należy między innymi dbanie, aby pracownicy stale nosili
wytrzymałe kaski. Kiedy tego nie robili, przypominał im z poczuciem
wyższości o zasadach, do których musieli się stosować. Nadąsani
robotnicy wykonywali jego polecenia, ale gdy tylko się oddalił, ponowie
zdejmowali kaski.
George postanowił wypróbować inną metodę. Gdy następnym razem spotkał
pracowników bez kasków, zapytał ich, czy nakrycia głowy były za małe lub
niewygodne. Następnie przypomniał im w uprzejmy sposób, że kaski chronią
przed poważnymi urazami i powinny być noszone w trakcie wykonywanych
zadań. W konsekwencji robotnicy zaczęli stosować się do norm chętniej i bez cienia urazy bądź gniewu.
Na kartach historycznych książek znajdziemy tysiące jaskrawych
przykładów daremności krytyki. Takich jak sławny spór pomiędzy
Theodore'em Rooseveltem a prezydentem Taftem, który podzielił Partię
Republikańską, dał w wyścigu o Biały Dom zwycięstwo Woodrowowi Wilsonowi
i zmienił bieg historii, wpływając na przebieg I wojny światowej.
Przytoczę teraz pokrótce kilka związanych z nim faktów. W 1908 roku
Theodore Roosevelt przestał pełnić urząd prezydencki i udzielił poparcia
w następnych wyborach Williamowi Taftowi, a ten je wygrał. Następnie
Roosevelt udał się do Afryki, aby zapolować na lwy. Kiedy wrócił do
kraju, eksplodował z gniewu. Oskarżył Tafta o przesadny konserwatyzm,
próbował uzyskać nominację partyjną w kolejnych wyborach, a gdy tak się
nie stało, utworzył rozłamową Partię Łosia, omal nie doprowadzając do
zgonu Grand Old Party, dla której Taft wygrał jedynie dwa stany -
Vermont i Utah. Była to najdotkliwsza porażka odniesiona przez Partię
Republikańską w jej dotychczasowej historii.
Theodore Roosevelt obwinił za to Williama Tafta, ale czy ustępujący
prezydent widział winę po swojej stronie? Oczywiście, że nie. Stwierdził
ze łzami w oczach: "Nie sądzę, bym mógł zrobić cokolwiek inaczej, niż
zrobiłem".
Kto ponosił w takim razie winę? Roosevelt czy Taft? Nie mam pojęcia, ale
szczerze mówiąc, zupełnie mnie to nie obchodzi. Morał płynący z tej
historii brzmi: krytyka wygłaszana przez Roosevelta nie przekonała Tafta
do zaakceptowania faktu, że popełniał błędy. Sprawiła jedynie, iż
usilnie starał się usprawiedliwiać podejmowane decyzje, aby na koniec
wyznać ze łzami w oczach: "Nie sądzę, bym mógł zrobić cokolwiek inaczej,
niż zrobiłem".
A teraz zajmijmy się aferą Teapot Dome, o której rozpisywały się
wszystkie amerykańskie gazety na początku lat dwudziestych i która
wstrząsnęła całym krajem! We wcześniejszej historii Stanów Zjednoczonych
nie doszło do podobnego skandalu. Oto najważniejsze z dotyczących go
faktów: Albert B. Fall, piastujący w administracji prezydenta Hardinga
stanowisko sekretarza zasobów wewnętrznych, otrzymał zgodę na
wydzierżawienie państwowych złóż ropy naftowej znajdujących się w miejscowościach Elk Hills i Teapot Dome. W zamyśle miały one posłużyć za
rezerwy paliwowe dla amerykańskiej marynarki wojennej. Czy sekretarz
Fall rozpisał przetarg? Oczywiście, że nie. Z miejsca podpisał
lukratywną umowę ze swoim przyjacielem Edwardem L. Dohenym. A w jaki
sposób ten mu się odwzajemnił? Otóż wręczył mu sto tysięcy dolarów,
które Fall nazwał później "pożyczką". Sekretarz wydał następnie
polecenie żołnierzom piechoty morskiej, aby usunęli z pobliskich działek
konkurencję przyjaciela, która również wypompowywała ropę ze złóż
znajdujących się pod Elk Hills. Przepędzeni ze swojej ziemi przez
żołnierzy uzbrojonych w karabiny i bagnety przedsiębiorcy udali się
pospiesznie do sądów i tym samym ujawnili skandal. Polityczny smród,
jaki w jego następstwie powstał, zrujnował administrację Hardinga,
przyprawił o mdłości cały naród, omal nie zakończył istnienia Partii
Republikańskiej i posłał za więzienne kraty sekretarza zasobów
wewnętrznych.
Postępowanie Falla krytykowali wszyscy i z rzadko spotykaną zajadłością.
Czy ten odczuwał skruchę? A skądże! Kiedy kilka lat później Herbert
Hoover zasugerował w trakcie publicznego wystąpienia, że za śmierć
prezydenta Hardinga odpowiadało wyczerpanie i troski, które były
następstwem zdrady, jakiej dopuścił się jego bliski przyjaciel, pani
Fall poderwała się z krzesła, zalała łzami, uniosła pięści nad głowę i zakrzyknęła: "Co takiego?! Fall zdradził Hardinga? Mój mąż nigdy w życiu
nikogo nie zdradził. Nawet ten przepełniony złotem dom nie skusiłby go
do popełnienia złego uczynku. To jego zdradzono, posłano na rzeź i ukrzyżowano".
I tak właśnie działa ludzka natura -?winowajcy winią wszystkich poza
sobą. Wszyscy postępujemy podobnie. I dlatego, jeśli jutro najdzie nas
ochota na to, aby kogoś skrytykować, przypomnijmy sobie Ala Capone'a,
"Dwie Spluwy" Crowleya i Alberta Falla. Miejmy na uwadze, że słowa
krytyki przypominają hodowlane gołębie -?zawsze wracają do domu. Bądźmy
świadomi, że osoby, które zamierzamy zganić lub poprawić, same się przed
sobą usprawiedliwią i w rewanżu potępią za krytykę nas lub stwierdzą jak
William Taft: "Nie sądzę, bym mógł zrobić cokolwiek inaczej, niż
zrobiłem".
Rankiem 15 kwietnia 1865 roku Abraham Lincoln umierał w jednym z pokoików taniego pensjonatu stojącego naprzeciwko Teatru Forda, gdzie
postrzelił go John Wilkes Booth. Ciało prezydenta wystawało poza małe
łóżko, nad którym wisiała na ścianie reprodukcja sławnego obrazu Rosy
Bonheur Targ koni. Nad gazowym palnikiem obok niego migotał żółty
płomień.
Gdy Lincoln kończył swój żywot, sekretarz wojny Edwin Stanton
stwierdził: "Tu leży najdoskonalszy przywódca, jakiego widział świat".
W jaki sekretny sposób Lincoln wpływał na innych ludzi? Na badanie jego
życiorysu poświęciłem dziesięć lat, trzy zaś na pisanie i redagowanie
książki zatytułowanej Nieznany Lincoln. Uważam, że przedstawiłem w niej najbardziej wyczerpujący opis osobowości oraz prywatnego życia
dawnego prezydenta. Wiele uwagi poświęciłem metodom stosowanym przez
Lincolna w kontaktach z innymi osobami. Czy pozwalał sobie na krytykę?
Oczywiście.
Jako młody mężczyzna -?mieszkający wówczas w dolinie rzeki Pigeon Creek
-?nie tylko krytykował, ale wręcz wyśmiewał ludzi w listach i wierszach,
które pisał, a następnie podrzucał je tam, gdzie opisywane osoby musiały
je znaleźć. Jeden z takich listów zrodził urazę, która płonęła przez
całe życie adresata.
Lincoln atakował swoich przeciwników otwarcie nawet wtedy, gdy był już
prawnikiem i mieszkał w Springfield w stanie Illinois. Robił to,
publikując swoje listy w lokalnej gazecie. Postąpił tak jednak o jeden
raz za dużo.
Jesienią 1842 roku wyśmiał próżnego i awanturniczego polityka Jamesa
Shieldsa. Obsmarował go w anonimowym liście opublikowanym na łamach
miejscowej gazety Journal. Całe Springfield zanosiło się z tego powodu
śmiechem. Pyszałkowaty i drażliwy Shields kipiał ze wzburzenia.
Dowiedział się, kto napisał list, a następnie wskoczył na konia,
popędził za Lincolnem i wyzwał go na pojedynek. Lincoln nie miał zamiaru
się pojedynkować. Był przeciwny tego typu praktykom, lecz nie mógł
odmówić bez uszczerbku na własnym honorze. Shields pozwolił mu wybrać
oręż. Długoręki Lincoln postawił na kawaleryjskie szable i zapisał się
na naukę fechtunku do absolwenta akademii w West Point. W wyznaczonym
dniu spotkał się z Shieldsem na piaszczystym brzegu rzeki Missisipi,
gotów na śmierć. Pojedynek przerwali w ostatniej możliwej chwili
sekundanci.
Był to najbardziej niesamowity epizod z prywatnego życia Lincolna. Dał
mu jednak bardzo ważną lekcję obchodzenia się z innymi ludźmi. Od tamtej
pory Lincoln nie napisał już żadnego obraźliwego listu i nikogo nie
wyśmiał. I właściwie przestał krytykować innych.
W trakcie wojny secesyjnej Lincoln mianował na dowódców unijnej Armii
Potomaku kolejnych generałów i każdy z nich -?McClellan, Pope, Burnside,
Hooker, Meade -?popełniał katastrofalne błędy doprowadzające prezydenta
do rozpaczy. Połowa kraju potępiała działania niekompetentnych dowódców,
lecz "nieżywiący złych zamiarów do nikogo i wyrozumiały dla wszystkich"
Lincoln stał przy swoim. Jedno z najczęściej powtarzanych przez niego
zdań brzmiało: "Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni".
Kiedy pani Lincoln i inne osoby wypowiadały się niepochlebnie o mieszkańcach południowych stanów, Lincoln napominał: "Nie krytykuj ich,
w podobnych okolicznościach postępowalibyśmy podobnie".
A jeśli ktokolwiek miał prawo do wygłoszenia słów krytyki, to z całą
pewnością był to sam prezydent. Posłużmy się jednym przykładem.
Bitwę pod Gettysburgiem stoczono w pierwszych trzech dniach lipca 1863
roku. W nocy 4 lipca generał Lee zarządził odwrót na południe,
korzystając z osłony burzowych chmur i rzęsistego deszczu. Kiedy
pokonana południowa armia dotarła nad brzeg Potomacu, znalazła się w potrzasku pomiędzy wezbranymi wodami rzeki i zwycięskimi oddziałami
przeciwnika. Była to pułapka, z której Lee nie mógł się wydostać.
Lincoln miał tego świadomość. Dostrzegał idealną, zesłaną przez niebiosa
okazję do pojmania armii secesjonistów i zakończenia wojny. Tryskając
nadzieją, nakazał Meade'owi, aby nie zwoływał narady, lecz bezzwłocznie
zaatakował wojska generała Lee. Wpierw wysłał rozkaz telegrafem, a następnie za pośrednictwem gońca, domagając się od dowódcy
natychmiastowego działania.
A jak postąpił generał Meade? Odwrotnie, niż powinien. Łamiąc rozkaz
Lincolna, zwołał naradę wojenną. Wahał się, odwlekał, wysyłał telegramy
z kolejnymi wymówkami. Na koniec otwarcie odmówił wykonania rozkazu do
ataku na wojska generała Lee, a te, kiedy wody Potomacu opadły,
przedostały się bezpiecznie na drugi brzeg rzeki.
Lincoln kipiał ze złości. "Co to ma znaczyć? -?pytał krzykliwym głosem
swojego syna Roberta. -?Dobry Boże! Co to ma znaczyć? Mieliśmy ich w garści. Wystarczyło tylko wyciągnąć dłonie i byliby nasi. Nic nie było
jednak w stanie ruszyć z miejsca naszej armii -?ani moje słowa, ani
czyny. W takich okolicznościach każdy bez mała generał pokonałby Lee.
Gdybym tam się udał, sam spuściłbym mu baty".
Srogo rozczarowany Lincoln napisał następnie do generała Meade'a list.
Warto zaznaczyć, że w tym okresie życia prezydent starannie dobierał
słowa i mocno powstrzymywał się od używania obraźliwych. Dlatego treść
listu należy uznać za najbardziej surową naganę.
Drogi Generale,
nie sądzę, aby zdawał Pan sobie sprawę ze znaczenia nieszczęścia, jakim
jest ucieczka generała Lee. Był niemalże w naszej garści. Jego
pochwycenie, wraz z odniesionymi przez nas ostatnio sukcesami,
zakończyłoby wojnę. Teraz toczyć się ona będzie w nieskończoność. Jeśli
nie mógł Pan przypuścić ataku na Lee w poniedziałek, to jak zamierza Pan
to zrobić na południe od rzeki, skoro przeprawi się zaledwie dwie
trzecie z dostępnych Panu oddziałów? Takie oczekiwania byłyby
nierozsądne i nie zakładam, aby Pańskie dalsze działania miały
znaczenie. Przegapił Pan wyśmienitą okazję i jestem z tego powodu
niezmiernie zasmucony.
Jak waszym zdaniem zareagował na list prezydenta generał Meade?
Nie otrzymał go, bo Lincoln go nie wysłał. Został znaleziony dopiero po
śmierci prezydenta pośród innych dokumentów.
Osobiście podejrzewam -?i są to tylko moje domysły -?że po napisaniu
listu Lincoln wyjrzał przez okno i powiedział: "Chwileczkę. Może nie
powinienem tak pochopnie oceniać. Łatwo mi krytykować z Białego Domu i wydawać Meade'owi rozkazy do ataku, ale gdybym był pod Gettysburgiem i widział, tak jak on, rzeki przelanej w minionym tygodniu krwi, i gdyby w moich uszach rozległy się krzyki i wrzaski rannych i ginących żołnierzy,
to być może również nie spieszyłbym się do kolejnego natarcia. Gdybym
dorównywał bojaźliwością Meade'owi, to zapewne postąpiłbym podobnie.
Cóż, to niestety zeszłoroczny śnieg. Jeśli wyślę ten list, dam upust
emocjom, lecz jednocześnie sprawię, że Meade poszuka wymówek. Potępi
mnie za jego treść. Poczuje urazę, która umniejszy jego przydatność jako
dowódcy armii, a być może skłoni go do złożenia dymisji".
Lincoln, jak już napisałem wcześniej, odłożył na bok list, gdyż wiedział
z doświadczenia, że surowa krytyka i nagany niemal zawsze okazują się
daremne.
Theodore Roosevelt przyznał, że kiedy pełnił urząd prezydenta kraju i zmagał się z poważnymi trudnościami, zwykł wychylać się na fotelu,
spoglądać na wiszący nad biurkiem portret Lincolna i zadawać sobie
pytania: "Co na moim miejscu zrobiłby Lincoln? Jak rozwiązałby ten
problem?".
Mark Twain tracił niekiedy opanowanie i pisał listy, od których więdły
uszy. Do mężczyzny, który go rozgniewał, napisał: "Tobie należy się już
tylko pozwolenie na pochówek. Powiedz jeszcze słowo, a dopilnuję, żebyś
je otrzymał". Redaktorowi, który przesłał mu propozycje korekt
poprawiających "pisownię i interpunkcję" tekstu książki, nakazał: "Od
tej pory stosuj się tylko do nadsyłanych przeze mnie kopii i dopilnuj,
aby korektor zatrzymał swoje uwagi dla siebie -?w gnijącej papce, którą
nazywa mózgiem".
Dzięki kąśliwym listom Mark Twain poprawiał sobie humor i rozładowywał
napięcie. Nie wyrządzały nikomu krzywdy, gdyż jego żona wyjmowała je
potajemnie ze skrzynki pocztowej i nigdy nie trafiały do adresatów.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki