Rozdział I
rok 1992
Wszystko zaczęło się od krótkiego listu, który napisałam do moich rodziców wielkimi literami: MÓJ ŚWIAT PRZEWRÓCIŁ SIĘ DO GÓRY NOGAMI. To był punkt, w którym zrozumiałam, w jakiej sytuacji się znajdujemy. Zdobyłam się na to jedno zdanie, szczere, sięgające aż do środka mojego wnętrza, ale niestety zrozumiałe tylko dla mnie i moich córek. Nigdy nie chwaliłam się rodzicom z moich potknięć i niepowodzeń. Miałam ku temu powody. Ale o tym innym razem.
Przewrót w Polsce walnął z ogromną siłą w moje życie rodzinne. Mojemu mężowi, który zawsze lubił napoje wyskokowe, już na stałe wcisną do ręki ulubione trunki. W końcu już tylko na mnie ciążyła odpowiedzialność, by zaspokoić podstawowe potrzeby rodziny. Nie byłam zresztą wyjątkiem w mojej Ojczyźnie. W zasadzie we wszystkich rodzinach w Polsce obowiązki spadały na kobiety i to one były odpowiedzialne za rodzinę. Wywalczyłyśmy sobie równouprawnienie.
Starałam się, jak mogłam i padałam już z wyczerpania, a i tak nędza i perspektywa mieszkania na ulicy zbliżała się milowymi krokami. Jednak jako dobra żona z milczącą aprobatą przystawałam na to, by ojciec moich dzieci gasił wielkie pragnienia z moich małych dochodów, co robił chętnie i systematycznie - w każdą sobotę.
W dzieciństwie z wielkim entuzjazmem chłonęłam naukę religii, bo z racji zajmowanego przez mojego ojca stanowiska była mi raczej zakazana. A wiadomo, że zakazany owoc bardzo smakuje.
Uczynki Miłosierdzia wryły mi się głęboko w pamięć:
1. Spragnionego napoić.
2. głodnego nakarmić
Byłam cierpliwa i wyrozumiała, jak przystało na dobrą żonę. Na tyle miałam jednak zdrowego rozsądku, że najpierw karmiłam rodzinę i w miarę możliwości przyodziewałam. Resztki i tak nie starczyłyby na zapłacenie komornego i światła, więc choć odrobinę gasiły pragnienie mojego męża. Całkowite zaciemnienie, czyli wyłączenie światła, groziło nam lada moment. Nie byliśmy przy tym wyjątkową rodziną. W tych czasach setki rodzin oświetlało mieszkania niezapłaconym prądem. Modlili się każdego wieczora tak jak ja, żeby następnego wieczora także było jasno w mieszkaniu. Mój mąż, jak wielu innych, takimi przyziemnymi sprawami nie miał czasu sobie zawracać głowy. Jak to mężczyzna - był trochę słabszy psychicznie i takie sytuacje zwalały go z nóg.
Marzyliśmy obydwoje o wolnej Polsce. Ja pisałam wiersze i układałam tęskne piosenki. Marzyłam o Europie pod jednym niebem, bez granic. Najlepiej znieść granice na całym świecie - to było moje marzenie. Uparty Pawełek strajkował w kopalni na dole. Szanowany był i pracowity. Ale to była przeszłość.
Czasami tęskniłam jeszcze za kartkami na żywność. Wydzielane, co prawda, było wszystko, nawet gorzała i do tego trzeba było godzinami stać w kolejkach. Głód jednak nie zaglądał nam w oczy. Jako matka najbardziej bałam się, że któregoś dnia moje dzieci pójdą spać głodne. Tęskniłam uparcie i bardzo długo za tymi kartkami. Wtedy oboje mieliśmy pracę i pieniądze na koniec miesiąca zostawały, bo nie było co z nimi zrobić. To uczucie, że masz coś w portfelu, dawało pewne zadowolenie, wręcz komfort w porównaniu z obecną sytuacją.
Nasz patriotyzm i udział w strajkach mojego Pawełka dał takie wyniki, że oboje zostaliśmy bez pracy. Wielu czuło się zagubionych w tej sytuacji, a strata pracy była największym obciążeniem psychicznym zwykłego obywatela. Mówiło się coś o krótkiej pomocy dla bezrobotnych. Sporo ludzi z tego skorzystało, ale dla każdego była to sytuacja poniżająca. Tylko czasami i na krótko bezrobotne starczało na życie, ale w żadnym wypadku nie na opłaty za światło, gaz i czynsz. Kobiety musiały się trzymać, ale mężczyźni mają bardzo małą odporność psychiczną - jak już wspomniałam - i schodzą z drogi kłopotom. Pracowici są, to prawda, ale czy starczy na wszystko dla rodziny, to już nie ich sprawa. Tak to właśnie widziałam.
W każdych trudnych chwilach odpowiedzialne byłyśmy my, kobiety. Tak właśnie wyglądało równouprawnienie, które kobiety sobie wywalczyły. Żadna z nas nie narzekała. Kiedy niebezpieczeństwo, ruszamy do ataku i stawiamy czoła wszelkim burzom. Ja też taka byłam. Dotychczas nic się nie zmieniło. Za to miałam wrażenie, że mój Pawełek po prostu przyjmuje życie, jak leci. Walczyć mu się już nie chciało. Zresztą przeciwko komu? Może by udział w strajkach wziął, ale przeciwko komu? Kruk krukowi oka nie wydziobie, a kruków było co niemiara.
Przepowiadano nam, że każdy będzie miał szansę zostać milionerem. Ten czas zbliżał się milowymi krokami, a właściwie w końcu nadszedł. W latach 90 tych wszyscy byliśmy już milionerami. Chrupiące bułeczki były, owszem, ale nie bardzo smakowały. Nawet zmiany w recepturze wypieków nie smakowały w tych ciężkich czasach, więc wrócono do pieczenia takich jak zawsze. No i dobrze! Tradycyjne i zdrowsze. Każdemu z nas, co babcia upiekła, to było najsmaczniejsze na świecie. Bez wyjątku. Jestem przekonana, że nikt nie zaprzeczy.
Życie bez pracy było nie do przyjęcia. Wielu z nas nie mogło tego zrozumieć. Trudno było odnaleźć się w tej sytuacji. Panowie tracili całkowicie równowagę psychiczną. Paweł absolutnie nie był w tym wyjątkowy. Załamał się jako jeden z pierwszych. Całe swoje życie pracował i walczył o lepsze jutro. Jak to się skończyło? Po prostu... demokracją. Jakoś ta nasza demokracja dziwnie rozkwitła w Polsce. Nigdy mu nie robiłam z tego powodu wyrzutów, bo ja przecież też chciałam budować nową Polskę. Paweł czasami nawet coś napomykał na ten gorący temat, kiedy wieczorami wracał do domu, ale szybko zapadał w głęboki sen pachnący gorzałą. W pierwszej kolejności, jeśli chodzi o politykę, to mężczyźni mieli coś do powiedzenia. Starym obyczajem - baby do garów. W tym miejscu muszę powiedzieć, że gdyby to kobiety organizowały demokrację, to tyle machlojek, złodziejstwa, jednym słowem korupcji Rzeczpospolita Polska nie osiągnęłaby w takim stopniu. Wciąż z nadzieją czekałam na chrupiące bułeczki w dobrobycie, ale rozsądek podpowiadał mi, że moja naiwność i nadzieje są bezpodstawne.
Pobyty mojego Pawełka w knajpach lub w jakimś mieszkaniu z przyjaciółmi przy wódeczce dały w końcu niespodziewane efekty. W pewien mroczny wieczór roku 1991 mój mąż stwierdził, że we Francji jest łagodniejszy klimat i wyruszy tam ze swoim przyjacielem zdobyć Złote Runo. Nakła perspektywa, że zniknie mi z oczu, była tak czarująca, że w mgnieniu oka spakowałam mu plecak. Z błyszczącymi oczami obliczałam po cichu, ile to będę miała oszczędności, kiedy odpadnie mi z wydatków codzienne kieszonkowe mojego małżonka. Używki mojego męża to był bardzo duży wydatek, ale jako przykładna żona nie umiałam się buntować tym małym zachciankom.
- A co ja bym z tego życia miał, jakbym nie mógł sobie zapalić albo wypić z kolegami? To nasza jedyna rozrywka - twierdził Paweł i właściwie miał trochę racji.
Niestety nie umiał się bez nich obyć, nawet jeśli go straszyłam całkowitym zaciemnieniem. Narady naszych panów przy piwku były nadal starym zwyczajem. Nie byłam aż tak okrutna, a serce wciąż mi przypominało, że to mój mąż i nie jest taki zły. Zwyczajny, a może nadzwyczajny. Pomimo tych napoi nie bił mnie, nie mówił do mnie brzydko. Co więcej - nie mówił na mnie brzydko. Wręcz przeciwnie, zawsze wyrażał się o mnie z szacunkiem, czym wzbudzał zachwyt innych kobiet.
No cóż, na konto moich przyszłych oszczędności pożyczyłam pewną sumę pieniędzy i zakupiłam dewizy. Złość i żale trochę przeszły, bo prawdę mówiąc, Pawełek miał pecha w tej nowej Polsce. Próbował dwa razy podejmować pracę w spółkach z ograniczoną odpowiedzialnością. Pracować, pracował, ale te spółki zajmowały się dawaniem ciężkiej pracy, a pieniądze miały tak ograniczone, że pracownicy czekali na nie długo i bez rezultatu. Starając się zapomnieć o wszystkich paskudnych minusach charakteru mojego męża, oczekiwałam z utęsknieniem na pierwszy znak z dalekiej Francji.
Muszę wspomnieć, że ja też miałam pecha. Ze względu na prywatyzację w Polsce też straciłam pracę. Sprzedano moje stanowisko, a właściwie oddano najpierw w dzierżawę. Naturalnie stawałam do przetargu, szybko znajdując sponsora, ale nie miałam żadnej szansy. Jeszcze wtedy w swojej naiwności wierzyłam, że dobro, prawda i uczciwość zawsze zwyciężają. To, że w demokracji każdy ma jednakowe szanse, jednak nie było prawdą. Zwyciężył więc, niestety, zięć dyrektora. Otrzymałam możliwość pracowania jeszcze przez trzy miesiące, przyuczając nowego właściciela. Na temat biznesu w tym kierunku nie miał absolutnie żadnego pojęcia. Nie mogę jednak zaprzeczyć, że pojętny to był. Okazało się, że ta dzierżawa jest tylko chwilowa, bo kolejnym posunięciem jest sprzedaż.
Bądź co bądź zażegnałam całkowite zaciemnienie na następne trzy miesiące, a potem musiałam się zadowolić pracą na czarno, parę godzin dziennie. Być może normalne zatrudnienie było bardzo skomplikowane dla naszych pracodawców w tej nowej Polsce. Nie byliśmy do tego przyzwyczajeni ani przyuczeni. W każdym razie nasi pracodawcy tłumaczyli nam smutnym głosem, że cała procedura, te wszystkie składki, które trzeba opłacać, są tak kolosalne, że nie mogliby sobie pozwolić na prowadzenie interesu, zatrudnienie kogokolwiek byłoby całkowicie niemożliwe. Wierzyliśmy w to z pobłażaniem, współczując naszym pracodawcom. Moralne to nie było, ale kuszące i kto tylko miał możliwość, płynął z prądem do przodu, a właściwie utrzymywał się na powierzchni. Najczęściej właśnie my, kobiety, chwytałyśmy się obojętnie czego.
Mimo woli właśnie to my, kobiety, wzmacniałyśmy szerzącą się w kraju korupcję. Na nasze usprawiedliwienie - nic nie było nam wiadomo o tym wielkim grzechu. Myślałyśmy, że to tak właśnie zaczyna się demokracja. My musimy się trochę wysilić, poświęcić się, żeby nasza ojczyzna rosła w siłę, a nasze dzieci miały wspaniałą przyszłość. Nasi politycy głosili, że rozumieją, iż jest ciężko, to taki stan przejściowy, trzeba się liczyć, że może trwać i 30 lat. Długo trwało, zanim powstała demokracja. W międzyczasie co niektórzy politycy wyjechali z kraju, przeważnie do Ameryki. Cierpliwość im się skończyła. Wierzyłam im na słowo, zresztą nie tylko ja.
Nie śledziłam już, co dzieje się na wyżynach polityki naszego kraju. Kto przyszedł, a kto odszedł - nie miałam zielonego pojęcia. Przestało mnie to całkowicie interesować. Zajęta codziennymi problemami o przetrwanie płynęłam z prądem realności każdego dnia. Późnym wieczorem wracałam do domu, mając w kieszeni mój dzienny zarobek. Starczał na przeżycie następnego dnia dla naszej czteroosobowej rodziny. Miałam wrażenie, że płynę do przodu i zbliżam się do normalności.
To płynięcie do przodu jednak jakoś mi nie wychodziło. Przyznać muszę, że z pływaniem to u mnie krucho. Próbowałam, starałam się, dzieci się nauczyły pływać, a ja nie. Nigdy nie mogłam się utrzymać na powierzchni wody, moja głowa była tak ciężka, że po paru sekundach szłam głową w dół, co było bardzo niebezpieczne. Po kilku próbach zrezygnowałam z pływania z wielkim żalem. Nauka pływania była zagrożeniem dla mojego życia i jestem zdana do końca życia patrzeć z zazdrością na pływające osoby. Moje dzieci pływają doskonale.
Pierwszy, bardzo wyczekiwany telefon od męża otrzymałam już po 2 tygodniach z obrzeży Francji. Pawełek zatrzymał się w Nizza. Głos miał pełen uczucia i tęsknoty.
- Wyrabiaj paszport i przyjeżdżaj natychmiast - powiedział.
Postanowiłam próbować z tym paszportem. Może tym razem dadzą mi ten ważny dokument. Czasy trochę się zmieniły, głoszą wolność osobistą. Polski Ludowej już nie ma, więc jako tako i z rozpędu wrogów ludu też już nie ma, do których zapewne też mnie zaliczano z maniackim uporem, odmawiając mi wydania tego ważnego dokumentu.
- Dobrze, spróbuję z tym paszportem - obiecałam.
- Dobrze, próbuj, a tymczasem powiedz Jasiowi, żeby w te pędy do mnie przyjechał. Roboty jest dużo i dla niego też starczy.
Domyśliłam się, że doskwiera mu samotność. Wyrzuty sumienia zaczęły mnie gryźć z podwójną mocą. Wykonałam wszystko według życzenia Pawełka. Trzeciego dnia po pełnym optymizmu telefonie Jasio ruszył śladami Pawełka, ale wygodniej, bo autobusem. Muszę zaznaczyć, że Pawełek dojechał do Nizza autostopem. Uważałam to za bohaterstwo i nadal zresztą uważam.
Żona Jasia, pełna nadziei na przyszłość, zaciągnęła pożyczkę. Jasio dotarł do Pawełka szybko, bezpiecznie i niezmęczony, bo czekała na niego praca i dewizy. Po 36 godzinach dostałyśmy telefoniczną wiadomość, że obaj są ze sobą i od jutra wspólnie zaczynają się dorabiać. Pryncypał był zachwycony, chociaż nieco oszołomiony urodą Jasia. Czarna zarośnięta gęba Jasia, jego czarne oczy, wyraźnie zezowate nie budziły co prawda zaufania, ale był jakiś wyjątkowy... Wiadomo było, że obaj są pracowici, jak to Polacy.
- Viva Polonia!!! - Słychać było w słuchawce. To znaczyło, że Jasia przyjęto serdecznie.
Uroda mojego Pawełka, jego jasne blond loki, urodziwe niebieskie oczy i sportowa sylwetka budziły wciąż zaufanie i wprawiały w zachwyt napotkane kobiety. Dla mężczyzn zawsze był wspaniałym, dowcipnym kolegą. Wszystko szło ku lepszemu. Ponadto Pawełek mnie powiadomił, że wysłał 3000 franków, więc miałam nadzieję odsunąć nieco dalej całkowite zaciemnienie. Te 3000 franków brzmiały jakoś tak obiecująco.
Tymczasem dalej pracowałam w knajpie na czarno. Zaczynałam rano, a kończyłam po północy. Nie mniej niż 12 godzin w soboty. Zarabiałam na nasze dzienne wyżywienie. Gdy wracałam do domu, czekała na mnie pełna wanna gorącej wody rozpustnie nagrzanej wciąż niezapłaconym gazem. Z uczuciem rozkoszy zanurzałam się w niej, gdzie moje stopy jakby mniej boleśnie pulsowały ze zmęczenia. Moje jedno dziecko siadało na pralce, a drugie na ubikacji i mieliśmy pół godziny dla siebie, żeby pogawędzić. Po wyjściu z wanny owijałam się ręcznikiem kąpielowym i padałam na tapczan, natychmiast zasypiając i rozsądnie regenerując siły na dzień następny.
Przez dwa dni nasze pogawędki były jakby bardziej optymistyczne, kiedy dosięgła nas wiadomość, że Jasio i Pawełek obecnie znajdują się w Paryżu, bo ten przygłupi pryncypał kazał im iść do diabła. W tym wielkim momencie towarzyszyła mi żona Jasia. Spojrzałam na nią mocno zaciekawiona.
- Ile dałaś butelek Jasiowi?
- Trzy - odparła i siadła załamana widmem zaciemnienia, ponieważ zadłużyła się na ten ekskluzywny autobus.
Co prawda była w lepszej sytuacji, bo wciąż miała pracę. Nie musiałam więc jej współczuć. Z niewiadomego powodu, zamiast popaść w skrajną rozpacz, uklękłam na dywanie, śmiejąc się do łez. Przypuszczam, że to była pewnego rodzaju histeria. W każdym razie nie było to normalne. W tym momencie ktoś zapukał...
- Proszę - powiedziałyśmy obie zachęcająco, z napięciem wpatrując się w drzwi i zapewne oczekując, że wejdzie Jasio i Pawełek.
Żona Jasia głośno wciągnęła powietrze, w oczach miała burzę z piorunami. Otworzyły się drzwi i obie stwierdziłyśmy z ulgą, że to tylko komornik. Był osobą znaną na naszym osiedlu. Wszedł dostojnym krokiem, zerkając na nas niepewnie, bo obie uśmiechałyśmy się do niego miło. Nie był do tego przyzwyczajony z powodu swojego stanowiska. Pewnie miło uśmiechałybyśmy się i do krokodyla, ale na pewno nie do Jasia i Pawełka.
Odetchnęłyśmy tak jakby z ulgą. Na szczęście obaj panowie przebywali w sercu Europy i mogli się czuć bezpiecznie. Pan komornik zachęcony miłym przyjęciem rozsiadł się w skórzanym fotelu, ukradkiem naklejając na niego kartkę. Dług był za czynsz za jeden miesiąc, odsetki i "odsetki inne" w wysokości trzykrotnego czynszu. Zapytałam, co to są odsetki inne i dlaczego taka duża suma. Miły pan powiedział, że żąda tego, co tu jest napisane, i to wszystko, co może mi powiedzieć. Był bardzo uprzejmy. Byłam początkująca w tych sprawach, wiedziałam jeszcze mniej.
Zrobiłam panu kawę i próbowałam omówić termin, kiedy pozabiera to wszystko. Tym sposobem zadłużenie zniknie, a ja będę spokojnie mieszkać dalej chociaż w nieco opustoszałym mieszkaniu. Zawiodłam się, bo komornik powiedział, że kartki nakleja tak sobie, dla postraszenia, bo to, co mam, nawet nie starczy na odsetki dla spółdzielni mieszkaniowej. Spojrzałam na niego groźnym okiem. To był dorobek mojego życia. Dokładnie powiedziawszy - dwudziestoletni dorobek. Razem z Pawełkiem podwójnie liczony. Byłam w pełni przekonana, że należę do klasy średniej.
- Kto nie słucha matki, ojca - westchnęłam.
Odsetki były zastraszająco wysokie. Nie wiedziałam, czy będziemy w stanie spłacić chociażby tylko odsetki, pracując gdzieś tam w Europie. Wynik odwiedzin pana komornika był taki, że kartki będą sobie wisiały na naszych meblach, a dług będzie dalej wisiał nade mną. Odsetki będą rosły w zastraszającym tempie. Od tej tajemniczej nazwy, odsetki inne, miałam ciarki po skórze. Około 300% podstawy zadłużenia w skali roku. Zagadkowe to było, niepojęte i nierealne. Miałam wrażenie, że to jakaś pomyłka... ktoś tu się pomylił. Byłam nieco zbulwersowana, że dorobek mojego życia jest tak niewiele wart. Bądź co bądź zbliżałam się do czterdziestki.
Jeszcze nie wyszedł miły pan, kiedy otworzyły się drzwi i weszło moje młodsze dziecko w nienajlepszym humorze. Znało już miłego pana, zerknęło na niego niezbyt przychylnie i powiedziało niby w przestrzeń:
- Ja, choćbym zdychała z głodu, nikomu bym nie na naklejała kartek na meblach. I nawet butów nie zdejmie - dodało w zamyśleniu.
Pan miał buty solidne, ciepłe i lekko ubłocone. Zima była niezbyt zimna, ale za to wilgotna. Pan szybko podniósł się z fotela, biorąc pod pachę swoją elegancką teczkę. Dziecko z ciężkim wdziękiem usiadło w fotelu z naklejoną kartką i z naganą w oczach czekało, aż znikną za drzwiami obce buty.
- Ten głupek się mnie pytał, czemu w pantoflach chodzę, skoro jest minusowa temperatura - powiedziało zdenerwowane dziecko.
Według własnych zasad pedagogicznych milczałam, czekając na dalszy ciąg inteligentnego monologu mojej młodszej córki.
- Mieliśmy czyn społeczny na pracach ręcznych i porządkowaliśmy boisko. Kazali nam się ciepło ubrać i wyrzucili na zewnątrz. Każdy ubrał się, w co miał... a ten takie głupie pytanie... i zwolnił mnie z zajęć...
Zima się wnet kończyła, a moje dziecko jeszcze nie miało butów zimowych. Starych też nie miało, bo z racji swojego wieku buty wystarczały jej co najwyżej na 3 miesiące, albo i to nie. W poczuciu winy jakby wrzątek rozlał mi się na klatce piersiowej.
- Nie martw się, matuś moja - powiedziało do mnie dziecko i cały swój ciężar umieściło na moich kolanach.
Dostałam zimnego całusa, bo moje dziecko nie rozgrzało się jeszcze po boiskowych pracach ręcznych.
- Coś ci pokażę - szepnęło mi do ucha i pobiegło do swojego pokoju. Po chwili wróciło, niosąc białe, cudownej piękności adidasy.
- Jakie piękne - wyrwało mi się z głębi serca.
- Fajne - powiedziało dziecko. - Ale jeden jest pół numeru za duży.
- Dlatego rozdawali? - spytałam z naiwną nadzieją.
- Nową hurtownię otworzyli... tu, zaraz obok... Poszłyśmy tam z Kasią i Kingą. Kinga też była wkurzona na tego głupka od prac ręcznych.
- A gdzie jest twoja siostra? - spytałam, głośno przełykając ślinę.
- U Kasi... rzyga... Stała przed hurtownią. Jakby nas złapali, to miała cię powiadomić, żebyś się nie martwiła... Wiesz, jak z nią jest. Jak coś jest nie tak, to albo rzyga, albo mdleje. Wszystko poszło dobrze, włożyłyśmy buty na nogi i sobie poszłyśmy. Trochę się bałam i z tego wszystkiego jeden wzięłam pół numeru za duży. Nie brałam zimowych, bo zaraz będzie wiosna i znów byś się martwiła...
- Przyrzeknij mi - szepnęłam jej do ucha - że nigdy tego więcej nie zrobisz, nawet gdybyśmy miały wprowadzić nową modę chodzenia boso.
- Przyrzekam, przyrzekam, a ty mi przyrzeknij, że nie będziesz tą modelką.
- Przyrzekam, za stara jestem na modelkę. Nie szkoda mi tej hurtowni, która poniosła straty, ale twojej siostry... Rzyganie to nic przyjemnego. - Ogień na moich piersiach buszował, aż szedł dym i gryzł w oczy. - Idź po swoją siostrę. Niech kończy to rzyganie i wraca do domu. Zrobimy kolację.
- Ona już nie rzyga. Udzieliłyśmy jej pierwszej pomocy. Musiała trochę odpocząć u Kasi, bo była bardzo zielona. Kocham cię, mamo - dodało z głębi serca moje dziecko i znikło za drzwiami.
Zerwałam wszystkie pięknie naklejone kartki na meblach, by moje starsze dziecko nie dostało znowu torsji.
Następny dzień zaczął się cudownie. Miałam wolne, więc leżałyśmy wszystkie trzy jeszcze o 9:00, solidarnie przeprowadzając protest w łóżku przeciw pracom ręcznym w rozmokłym śniegu. Moje starsze dziecko protestowało przeciw wygórowanym opłatom na komitet rodzicielski i książki. Wcale nie brałyśmy pod uwagę innych opłat, bo to już był konkretny nonsens. Dzieciom opowiadałam brzydko bajkę o tym, jak czerwony kapturek zjadł wilka, co byłoby całkiem możliwe, gdyby czerwony kapturek miał takie dochody jak my. Potem zapukał listonosz i wręczył nam kartkę, która mówiła, że w banku czekają na nas dewizy. Po ciężkich trudach dotarły po trzech miesiącach. Właściwie do Polski dotarły w ciągu kilku dni, natomiast bardzo trudno było im przebyć drogę z miasta wojewódzkiego do powiatowego - tak mi wytłumaczył listonosz. Na przekazie widniała data nadania.
Listonosz wyszedł i wszedł jakiś mężczyzna z plecakiem. Z niejaką trudnością rozpoznałam ojca moich dzieci. Wyszczuplał, opalony na czekoladowy kolor był nie do rozpoznania. Dzieci jednak szóstym zmysłem rozpoznają rodziców, więc zaczęły witać tatę bardzo wylewnie, a ja podejrzewałam, że odrobinę w tym celu, żeby nie pytał, co robią o tej porze w domu. Dołączyłam się do tych powitań, lekko wstrzymując oddech, bo zionęło od niego jakąś nalewką.
Pawełek wytłumaczył mi, że podróż z Paryża miał ciężką, na koszt Rzeczypospolitej Polskiej. Natomiast w wytwornym towarzystwie. Co prawda wszyscy byli bez grosza w kieszeni, ale z zapasem potrzebnych napoi.
- Pieniądze doszły? - spytał rzeczowo.
- Wraz z tobą. - Podałam usłużnie dewizy, a raczej kartkę, która informowała o przesyłce.
W tej chwili znów ktoś zapukał do drzwi i zawitał pan z elektrowni, powiadamiając służbowym głosem, że przyszedł, by wyłączyć światło. W odpowiedzi pokazałam mu informację o dewizach i poprosiłam o kilka godzin zwłoki.
- Nie zapłaciliście jeszcze za światło? - zapytał z naganą w głosie Pawełek. Zapomniał, że nie było go kilka miesięcy, a dewizy zarobione przez niego właśnie są do odebrania. Moja 12-godzinna praca starczała na dzienne wyżywienie dla mnie i dziewczynek.
Nie odpowiedziałam, tylko czym prędzej oddałam mu dewizową kartkę, nagle czując, że to nie moje, ale jakiegoś kompletnie obcego mężczyzny. Obcy Pawełek chwilę zastanowił się i potwierdził moją prośbę o zwłokę. Czułam się, jakbym stała na ulicy z kapeluszem w ręku, a obcy Pawełek wrzucił mi łaskawie piątaka. Najchętniej powiedziałabym, by wziął plecak i szedł do diabła, a ja chętnie z pokorą zniosę zaciemnienie.
Nagle z całą świadomością uzmysłowiłam sobie, że to nie nasz Paweł, tylko inny, jakby z urzędu i tylko na papierze. Stoi obok, niby jest... Niby swój, ale całkiem obcy człowiek, z którym mam dzieci. O Boże, czy ja byłam ślepa? Z obcym człowiekiem mieć dzieci? I to całkiem dobrowolnie?! Dzieci bardzo kocham i zrobię dla nich wszystko, ale tego obcego mężczyzny nie chcę. Wiem, co to przysięga małżeńska, przykro mi jest i mam wyrzuty sumienia, ale resztki uczucia i przywiązania, chociażby z racji przeżytych lat, pofrunęły ku górze i widziałam gołym okiem, jak zamieniają się w mgławą mgiełkę i rozpływają w powietrzu. Na rzęsach została po nich tylko kropla rosy. Była mokra i nieprzyjemna, więc szybko ją ukradkiem wytarłam i spytałam uprzejmie obcego Pawełka:
- Pójdziesz sam po pieniądze czy mam iść z tobą?
- Czek jest na ciebie...
- No tak, to pójdę.
Zażegnaliśmy, a właściwie Pawełek odsunął w niedaleką przyszłość, całkowite zaciemnienie. O zaległym czynszu już nie przypominałam, będąc pewna, że to tylko moje sprawy, a Pawełek jest ponad to i nie trzeba go niepokoić. Czy można mówić o kłopotach z obcym mężczyzną? Jego dusza domagała się towarzystwa i trunków, więc poszedł do sąsiada opowiadać o swoich przeżyciach. Razem z Jasiem mieli wiele do opowiedzenia.
Czekałam cierpliwie, że teraz się coś zmieni... Po trzech miesiącach przestałam czekać i zaczęłam się buntować. Wszystko wróciło do punktu wyjścia. Pracowałam w knajpie od rana do późna w nocy. Pawełek przychodził po mnie, żeby wypić sobie piwo i tym sposobem zmniejszały się moje napiwki, z czego byłam bardzo niezadowolona. Jakoś tak z przyzwyczajenia zawsze dawałam Pawełkowi trzy miesiące na opamiętanie. Nigdy nie miałam czasu na romantyczne nastroje i widmo spędzania wieczorów przy zapalonych świecach mnie przerażało. Mycia w zimnej wodzie bałam się jak diabeł święconej wody. Gdy wracałam po północy do domu, z biciem serca dotykałam kontaktu, by sprawdzić, czy jeszcze można zapalić światło w mieszkaniu. Nadal jakimś cudem mogłam zanurzać zmęczone ciało w gorącej wodzie. Pławiłam się w tej rozkosznej, mokrej, gorącej wodzie, nie wiedząc, czy będę mogła to powtórzyć następnego dnia. Na szczęście odcięcie gazu było zabronione. Na czas ograniczony.
Takich rodzin jak nasza było w tym czasie setki albo i więcej w naszym mieście. Nastała piękna wiosna, a wraz z nią moje kruche ciało zaczęło odczuwać zmęczenie. Pewnego późnego wieczora na zapleczu zadymionej knajpy moje serce zaczęło wyprawiać brewerie. W szalonym tempie galopowało gdzieś do góry, próbując wydostać się na zewnątrz. Zabrakło mi tchu...
Leżałam za parawanem, pielęgniarka poinformowała mnie, że zrobiono mi EKG. Większego niebezpieczeństwa nie ma. Po prostu zasłabłam. Przyszedł lekarz, poklepał mnie po ręce i powiedział:
- Musi pani chwilę poczekać, przygotujemy oddziale łóżko, a jutro zrobimy solidne badania.
- Czuję się całkiem dobrze - odparłam.
- Porozmawiamy jutro, teraz... - Przerwał, bo pielęgniarka wzywała go do poparzonego dziecka.
Leżałam za parawanem i słuchałam szybkich kroków i płaczu. Powoli usiadłam. Poszło mi całkiem nieźle. Za parawanem lekarze uwijali się jak w ukropie. Był jakiś karambol i zwozili rannych ludzi. Stwierdziłam, że w porównaniu z innymi jestem całkiem zdrowa... Podniosłam się i postałam chwilę. Nikt nie zwrócił na mnie uwagi. Obok stały moje buty. Zrobiłam parę kroków, otworzyłam drzwi i znalazłam się na korytarzu. Usiadłam na krześle, nadal nikt nie zwracał na mnie uwagi. Nie byłam więc tak ważnym przypadkiem. Czułam, że nie zachowuję się zbyt poważnie, ale chciałam szybko wrócić do pracy, żeby przypadkiem ktoś mnie nie zastąpił.
W pracy koleżanka przywitała mnie wylewnie. Szefowa jeszcze nic nie wiedziała, więc postanowiłyśmy jej nie mówić. Następny dzień miałam wolny, więc wybrałam się do lekarza, żeby nie było więcej nieprzyjemnych niespodzianek. Wiedziałam z góry, że w pośpiechu przegapiłam łykanie w odpowiednim czasie żelaza na wzmocnienie. Moja anemia dała o sobie znać i to wszystko. Przypomniałam sobie, że od pewnego czasu jestem nadzwyczajnie śpiąca i dostawałam zadyszki, lekko przyspieszając kroku. Innych dolegliwości nie miałam.
Lekarz potwierdził moją diagnozę. Mój organizm opornie produkował żelazo i co jakiś czas musiałam zasilać się sztucznie. Czasami, kiedy nieco przegapiłam suplementację, serwowano mi w szpitalu litr krwi. Leżałam odłogiem przez miesiąc i potem znów ruszałam pełną parą. Tym razem też pani doktor nie była zachwycona, ale zgodziła się na intensywne leczenie domowe. Przyznałam się, że pracuję na czarno i nie mogę sobie pozwolić na utratę tego etatu. Lekarka taktownie nie spytała się o moje ubezpieczenie, chociaż w tym czasie jeszcze każdy miał prawo do darmowego leczenia. W końcu byłam stałym pacjentem i to dosyć ciekawym przypadkiem. Zamykając drzwi od gabinetu lekarskiego, zatrzymałam się, poprawiając szalik i usłyszałam:
- To druga osoba dzisiaj. Nie ma szans, by przeżyć więcej niż pół roku - dzieliła się nowinami pielęgniarka.
- Szkoda - dodała jej koleżanka. - Jest jeszcze młoda, mogłaby pożyć. Niestety dzisiaj mało kogo stać na zabieg za granicą.
Starałam się myśleć rozsądnie, ale mimo to świat zawirował mi w oczach, a gwiazdy odbijały się od bieli ścian i raziły oczy. Trzasnęły za mną drzwi i powitała mnie szara ulica. Potknęłam się o krawężnik chodnika lewą nogą... To na szczęście - pomyślałam całkiem logicznie według własnych przesądów. Tylko co tu mówić o szczęściu? No tak, dla mnie kończą się wszystkie kłopoty. Usłyszałam to, co nie było przeznaczone dla moich uszu, ale dotyczyło mnie.
Teraz wiedziałam, że muszę się spieszyć. Mam obowiązki, moje córki są najważniejsze. Muszę coś wymyślić, muszę się spieszyć. Muszę je zabezpieczyć. Mój mózg pracował na wysokich obrotach. Odezwała się we mnie jakaś druga osoba, pełna buntu, ale cichutka jak myszka. Przyglądałam się twarzom ludzi, z którymi widywałam się każdego dnia. Wszyscy byli dla mnie zawsze bardzo mili i uprzejmi. Czy dlatego, że ja byłam taka miła? Och, chyba nie. Wszyscy wiedzą, co mnie czeka? Może budzę w nich litość? Nie potrzebuję litości. Jeszcze jestem silna. Moja wyobraźnia pracowała na wysokich obrotach. Cała "ja" byłam zbuntowana. To była walka o przetrwanie i tylko to się liczyło.
W pierwszej kolejności po raz kolejny sprzeciwiłam się Pawełkowi. Nadzwyczajna opiekuńczość męża narażała mnie na straty. Przychodził po mnie do pracy, rozsiadał się przy stoliku i wypijał co najmniej dwa piwa. Moje dochody zmniejszały się przynajmniej o te dwa piwa! Koniec, żadnego piwa więcej! Pawełek z tego powodu poczuł się nieszczęśliwy i nadopiekuńczość w moim kierunku przestała go interesować.
Ponieważ był nieszczęśliwy, to szukał pocieszenia. Kiedy jak zwykle wróciłam późno do domu, Pawełek siedział wygodnie w fotelu, a na jego kolanach siedziała moja przyjaciółka, żona Jasia. Całowali się, mrucząc rozkosznie. Pawełek wyraźnie mścił się na mnie, a żona Jasia na Jasiu. Zdjęłam płaszcz i nastawiłam wodę na herbatę, nie przerywając miłosnych uniesień. Wcale mnie to nie zdenerwowało. Chciało mi się napić herbaty, usiąść wygodnie, położyć nogi na stół i zapalić papierosa. Pozwoliłam sobie na to wszystko, serwując też herbatkę dwojgu mruczącym. Oboje byli na dobrym rauszu i nie wiedzieli, jak zakończyć te umizgi. Pewnie oczekiwali, że zrobię scenę zazdrości i zaleję się łzami. Nie chciało mi się zrobić żadnego z tych wzniosłych czynów, chociaż naprawdę wypadało. Herbata była smaczna, papieros trochę mniej, ale siedziałam wygodnie i patrzyłam ubawiona, jak moja przyjaciółka próbuje wywołać na ustach niewinny uśmiech. Było jej naprawdę przykro, Pawełkowi też. Uśmiechnęłam się promiennie, żeby im pomóc.
- Chyba jestem trochę zmęczona - powiedziałam.
- To ja sobie pójdę...
- Och, nie, nie lubię sama siedzieć przy stole.
Moja przyjaciółka wzięła szklankę herbaty. Starając się ją jak najszybciej wypić i niepostrzeżenie wycofać się z kolan mojego męża, była w przykrej sytuacji. Pawełek, patrząc na mnie niewinnym wzrokiem, ukradkiem poprawiał jej spódnicę. Potem szarmancko odprowadził do drzwi i szybko wypchnął.
- Słyszałem, jak wracałaś - powiedział.
Sięgnął po moje zmęczone stopy i zaczął je masować.
- Nie dziwię się, że słyszałeś. Zawsze wracam ze śpiewem na ustach i jestem odrobinę hałaśliwa. Czy to znaczy, że ta miłosna scena była przeznaczona dla moich zmęczonych oczu?
Nie wypadało mi być tak całkiem obojętną. Pawełek skupił się na masażu moich stop. Złośliwie nie zwróciłam uwagi, że jeszcze nie brałam kąpieli. Moje stopy były przepocone i cuchnące. Milczenie było męczące, masowanie też. Mój czuły mąż przybrał wygodną pozycję w fotelu i smacznie usnął. Ja wzięłam prysznic i położyłam się wygodnie w łóżku. Z szumem skrzydeł nadleciał sen. Było cicho, spokojnie i bezpiecznie. Wśród zieleni stał mały dom. Płynęłam ku niemu i moje serce biło radośnie, bo przy tym domu stał ktoś, kto na mnie czekał. Nic nie powiedział. Nie widziałam wyraźnie twarzy, ale czułam go całego tak bardzo blisko i byłam szczęśliwa.
Dom miał wielką izbę, było w nim ciepło i przytulnie. Stało tam wielkie łoże, a blask z kominka oświetlał śpiące tam moje córki. To musiało być bardzo dawno, bo to wielkie łoże było przykryte skórami z niedźwiedzi. My oboje też ułożyliśmy się do snu. On wziął mnie w swoje wielkie ramiona i powoli zapadałam w bezpieczny sen. Obudził mnie głos skrzypiących schodów. Wstałam po cichu, przeczuwając niebezpieczeństwo. Zobaczyłam to coś i wiedziałam, że właśnie umieram. Odwróciłam się w jego stronę, by go ostrzec. Krzyknęłam głośno... i obudziłam się ze świadomością, że nie zdążyłam ich ostrzec. Nie wiedziałam, co stało się z nim i moimi córkami... Płakałam.
- Hej, mamuś! Opowiadasz jakieś koszmarne bajki. - Moja młodsza córka trzymała mnie za rękę.
- Mówiłam coś przez sen?
- Najpierw uśmiechałaś się szczęśliwie, a potem krzyczałaś, więc cię obudziłam.
- To dobrze, bo bajka skończyła się bardzo nieprzyjemnie.
- Co było nieprzyjemnego?
- Skrzypiały schody...
- Nie, to skrzypiały drzwi. Tata po cichu wyszedł na piwo.
- Ach, tak. Czy w tym domu podają kawę? Jestem taka zmęczona. Mam ochotę... nic nie robić.
- Jasne, wstawaj śpioszku. Kawę zrobiłam, a teraz należy mi się śniadanie.
- No dobrze, ale za jedną kawę całe śniadanie?
- Ale kawę wypijesz w łóżku.
- No tak - zgodziłam się - to całkiem sprawiedliwie. Co robi twoja siostra?
- Dzisiaj niedziela, ogląda bajki.
- Czy czerwony kapturek zjadł już wilka?
- Nie, ale za chwilę ja zjem ciebie, jeśli nie pospieszysz się z kawą.
- Czy twoja siostra nie mogłaby zrobić śniadania?
- Niestety o tej porze w telewizji jest program dla maluchów.
Ze zrozumieniem kiwnęłam głową. To była bariera nie do pokonania. Moje prawie pełnoletnie dziecko uwielbiało filmy rysunkowe. Wypiłam ostatni łyk pachnącej kawy i zamknęłam oczy. Chciałam śnić dalej... Tak było dobrze w tym wielkim łożu... Tak było bezpiecznie w tych wielkich ramionach... Ten ktoś był tak dla mnie ważny... Tak bardzo ważny... jak moje córki.
- Hej, mamuś, jesteś zmęczona?
- Nie, ale jest mi tak dobrze...
- No, myślę, że nie wszystkie dzieci są tak uprzejme na co dzień.
- Bądź tak uprzejma i wskocz do mnie pod kołdrę na pięć minut... Tak mi się chce poleniuchować.
Mojemu dziecku nie trzeba było dwa razy powtarzać. Szkoda, że nie mogłam jej wziąć do mojego snu. Więc tylko mocno przytuliłam do siebie, żeby chociaż przez chwilę czuła się bezpiecznie i szczęśliwie. Po chwili zapadła w sen, ufnie przytulając nos do mojego ramienia.
Pawełek wrócił późnym wieczorem, bo zatrzymały go naprawdę ważne sprawy. Krzątałam się po kuchni, szykując kolację, a on siedział przy stole i dowodził, że najwyższy czas, żeby coś zrobił. Przyznałam mu natychmiast rację. Tu nie było szans na pracę. Jeszcze raz spróbuje na Zachodzie, tym bardziej że jego miejsce jest właśnie tam. Tam jest jego rodzina, więc będzie się miał gdzie zatrzymać. Przyznałam mu znowu rację, tym bardziej że naprawdę nie groziło mu żadne niebezpieczeństwo. Naprawdę mógł się zatrzymać u rodziny. Jeśli chodzi o pracę, też można na nich liczyć. Odnosiłam się z niejaką sympatią do planów Pawełka. Uważałam, że ciąży mu ta sytuacja. Postanowiłam w duchu dać mu jeszcze jedną szansę.
- Myślę, że masz szansę. To znaczy, tym sposobem wszyscy mamy szansę wyjść z tej trudnej sytuacji. Jest tylko jeden problem, ale jeśli mnie posłuchasz...
- Oczywiście uważasz, że za dużo piję. - Paweł się zdenerwował.
- Jeśli nawet za dużo nie pijesz, to musisz pamiętać o tym, że nigdzie nawet najlepszego człowieka nie biorą poważnie, jeśli cuchnie gorzałą. Wiem, że potrafisz dobrze pracować...
Paweł zaklął brzydko i poszedł spać. Rano spakował plecak. Ja znowu zapożyczyłam się "akonto". Przez dwa miesiące byłam pełna optymizmu. Wciąż pracowałam, więc starczało nam na codzienne wydatki. Nasze zadłużenie się nie zwiększało. Starczało na miesięczne opłaty. Nie wiedziałam, co dalej z tymi odsetkami i dodatkowymi odsetkami, ale Paweł pracował i miałam nadzieję, że jeśli przyjedzie do nas, to wszystkie długi pokryjemy. Wciąż rozglądałam się za normalną pracą, ale prawdę mówiąc, na razie bałam się stracić tę, co mam. Jutro wciąż było niepewne.